Rosja - Maksym Gorki

Kup ebooka

22.00 zł
15.52 zł (15,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

To jest Gorki, jakiego nie znamy. Znamy ikonę literatury stalinowskiej, nudnego i spodlonego piewcę sowieckiego komunizmu, którego doszczętnie obrzydziły kilku pokoleniom obowiązkowe lektury szkolne. Ale oto inny Maksym Gorki - bystry obserwator Rosji rewolucyjnej i bolszewickiej, namiętny krytyk carskiego samodzierżawia i okrutnej dyktatury. Wyłania się z kart tej książki fascynujący wielogłos rosyjskiej inteligencji, wszystkie przeklęte problemy literatury rosyjskiej. Na te dylematy towarzyszące inteligencji i literaturze Rosji spoglądamy przez pryzmat portretów Tołstoja, Czechowa, Błoka i Leonida Andriejewa. Śledzimy zmagania Gorkiego, bezpartyjnego socjalisty i wroga dyktatury, z monarchistami i rosyjską czarną sotnią. Na szczególną uwagę zasługują refleksje pisarza o rządzących bolszewikach. Ta książka to "wyznania duszy rosyjskiej zatrutej złym pokarmem".

Gorki był znakomitym pisarzem, choć trudno w to uwierzyć po lekturach jego stalinowskiej twórczości. Tu natomiast śledzimy refleksje naznaczone mądrością i pasją moralną. Powtarzał Gorki za Leskowem: "Jeżeli na Świętej Rusi człowiek zacznie się dziwić, to osłupieje ze zdumienia i będzie tak stał jak słup do samej śmierci".

Jeden z jego rozmówców, Bugrow, powiedział: "U nas, w Rosji, sumienie jest szczególne, jakby wściekłe. Sumienie przerażone do utraty zmysłów, sumienie, które uciekło do lasu, w wąwozy, w gąszcz, i tam się schowało. Idzie człowiek swoją drogą, a ono wyskakuje jak drapieżnik - i cap go za duszę".

Najwyraźniej sumienie capnęło Gorkiego, gdy pisał: "Czasem wydaje mi się, że myśl rosyjska choruje ze strachu przed samą sobą; usiłuje być pozarozumowa, nie lubi rozumu, boi się go". Od Leonida Andriejewa usłyszał: "Rozum ma w sobie coś ze szpiega, coś z prowokatora. Bardzo możliwe, że rozum to zamaskowana stara wiedźma: sumienie".

Przypomina w pewnym momencie, jak podczas przesłuchania usłyszał od policmajstra: "Jaki z pana rewolucjonista? Nie jest pan ani Żydem, ani Polakiem".

Nie miał złudzeń co do natury swoich rodaków: "Jak wiadomo, najłatwiej jest oszkalować, dlatego też ludzie małego ducha i rozumu szczodrze raczyli Korolenkę rozmaitymi oszczerstwami"; "Kiedy ktoś chociaż troszkę wysuwa się przed szereg, na wszelki wypadek biją go po głowie".

Czytając tę książkę, myślałem, jak bardzo Polacy podobni są do Rosjan... Gorki zauważał za Leonidem Andriejewem: "Co koń, to charakter; tak samo jest z narodami. Są konie, które z każdej drogi zboczą do oberży - i nasza ojczyzna zboczyła do miejsca, które najbardziej kocha, i znów długo będzie tam chlać z dala od świata".

Nie idealizował swojego narodu. Powtarzał: "Nasi wrogowie to głupota i okrucieństwo. (...) Czysta prawda mówi nam, że bestialstwo jest w ogóle czymś typowym dla ludzi - cechą nieobcą im nawet w czasie pokoju, o ile taki czas w ogóle bywa na świecie. Przypomnijmy sobie, jak dobroduszny Rosjanin wbijał gwoździe w głowy Żydów w Kijowie, Kiszyniowie i innych miastach, jak strażnicy więzienni sadystycznie katowali osadzonych, jak czarnosecińcy rozrywali młodziutkie rewolucjonistki, wbijając im pale w genitalia; przypomnijmy sobie na chwilę wszystkie krwawe podłości lat 1906, 1907, 1908".

Nie uważał, że patriotyzm polega na schlebianiu własnemu narodowi. Pisał, że "lud rosyjski jest organicznie skłonny do anarchizmu, jest bierny, ale okrutny, kiedy władza trafia w jego ręce, jego osławiona dobroduszność to karamazowski sentymentalizm, jest przerażająco zaimpregnowany na wpływy humanizmu i kultury".

Pisał: "My, Ruś, jesteśmy z natury anarchistami, okrutnymi bestiami, w naszych żyłach wciąż jeszcze płynie ciemna i zła krew niewolników, zatrute dziedzictwo tatarskiego i pańszczyźnianego jarzma - to prawda. Nie ma słów zbyt ostrych wobec Rosjanina - płaczesz krwawymi łzami, ale klniesz na niego, bo sam, nieszczęsny, dał i wciąż daje powody, żeby kląć i wyć na niego smętnym, psim wyciem, wyciem psa, którego miłości jego dziki pan, też zwierzę, nie jest w stanie przyjąć ani zrozumieć.

Najbardziej grzeszny i brudny lud na świecie, nierozróżniający dobra od zła, spity wódką, okaleczony cynizmem przemocy, odrażająco okrutny i jednocześnie niezrozumiale dobroduszny, a do tego bardzo utalentowany.

Teraz, kiedy przecięliśmy nabrzmiały wrzód ustroju policyjno-urzędniczego i trująca, nagromadzona przez wieki ropa rozlała się po całym kraju, teraz wszyscy powinniśmy przeżyć ciężką zemstę za grzechy przeszłości - za naszą azjatycką gnuśność, za tę bierność, z jaką znosiliśmy wyrządzany nam gwałt".

W tamtym czasie nie miał złudzeń co do przyszłości Rosji rządzonej przez bolszewików:

"Lenin i Trocki oraz ich otoczenie zatruli się już trupim jadem władzy, o czym świadczy ich podły stosunek do wolności słowa, jednostki i do wszystkich tych spraw, o trumf których walczyła demokracja.

Ślepi fanatycy i pozbawieni sumienia awanturnicy na złamanie karku pędzą rzekomo ku "rewolucji społecznej", a tak naprawdę ku anarchii, zgubie proletariatu i rewolucji.

Na tej drodze Lenin i jego zwolennicy zamierzają dopuścić się wszelkich zbrodni w rodzaju rzezi pod Petersburgiem, pogromu moskiewskiego, zniszczenia wolności słowa, bezsensownych aresztowań - wszelkich podłości, jakie wyczyniali Plehwe i Stołypin. (...) Oto dokąd prowadzi proletariat jego dzisiejszy wódz, i trzeba pamiętać, że Lenin nie jest wszechmocnym czarodziejem, ale szarlatanem o zimnej krwi, któremu nie szkoda honoru ani życia proletariatu".

To tylko kilka przytoczeń z tej fascynującej i pasjonującej książki rzucającej nowe światło na biografię Gorkiego - pisarza, który później stał się twarzą dla stalinowskiej polityki mordu i upodlenia kultury rosyjskiej.

Adam Michnik

Miasteczko

...Siedzę za miastem, na łysych wzgórzach pokrytych cienką darnią; wokół ledwie widoczne groby, stratowane kopytami bydła, rozwiane wiatrem. Siedzę pod murem małego jak zabawka pudełka z cegły, krytego blaszanym dachem - z daleka można je wziąć za kaplicę, ale z bliska bardziej przypomina psią budę. Za okutymi drzwiami leżą łańcuchy, knuty, bicze i jeszcze jakieś narzędzia tortur - bili nimi ludzi, zakopanych tutaj, na wzgórzach. Zostawiono je, żeby miasto pamiętało: żadnych buntów!

Ale mieszkańcy już zapomnieli: czyich ludzi tu pomordowano? Jedni mówią, że Kozaków Stiepana Riazina, inni, że Mordwinów i Czuwaszów Jemieliana Pugaczowa.

I tylko wiecznie pijany stary biedak Zatinszczikow mówi z dumą:

- Za obuśmy się buntowali...

Z jałowego pola na wzgórzach domy miasta, zapadnięte w ziemię, zdają się stertami śmieci; tu i tam zarosły po dach gęstymi, zakurzonymi krzakami. Z szarych grud sterczy z dziesięć dzwonnic i wieża strażacka, migocą w słońcu białe mury cerkwi - jak czyściutkie płócienne łaty na brudnych łachmanach.

Dzisiaj święto. Do południa mieszkańcy stali w świątyniach, do drugiej jedli i pili, teraz odpoczywają. Miasto milczy, nie słychać nawet płaczu dzieci.

Dzień jest męcząco upalny. Szarobłękitne niebo spływa na ziemię przejrzystym roztopionym ołowiem. W niebie jest coś nieprzeniknionego i smętnego; oślepiająco białe słońce jakby rozlało się po nieboskłonie, roztajało. Żałosne rudawe trawy na grobach, nieruchome i suche. Ziemia pęka, łuszczy się w słońcu jak suszona ryba. Na lewo od wzgórz, za niewidoczną rzeką, nad nagimi polami drży rozprażone powietrze, kołysze się w nim i taje uszata dzwonnica osady za rzeką - sto lat temu osada należała do znamienitej Sałtyczychi, wsławionej wyrafinowanym dręczeniem chłopów pańszczyźnianych.

A miasto pokrywa chmura jakiegoś mętnego, żółtawego kurzu. Może to oddechy śpiących ludzi.

Dziwni ludzie mieszkają w tym mieście. Właściciel fabryki filcu, człowiek solidny i niegłupi, czwarty rok czyta "Historię Państwa Rosyjskiego" Karamzina; doszedł już do dziewiątego tomu.

- Wspaniałe dzieło! - mówi, z szacunkiem głaszcząc skórzaną okładkę. - Królewska książka. Od razu widać, że pisał artysta. W zimowy wieczór zaczniesz czytać - i zaraz zapomnisz o całym świecie. Tak ci dobrze. Książka to wielka pociecha! O ile napisana z wiedzą i rozumem...

Kiedyś, bawiąc się swoją imponującą brodą, zaproponował mi z uprzejmym uśmieszkiem:

- Chce pan zobaczyć coś ciekawego? Mieszka u mnie w oficynie lekarz i chodzi do niego pewna panna, nie nasza, przyjezdna. Patrzę ze strychu, przez świetlik, jak się tam zabawiają; okno mają zasłonięte do połowy i przez górną szybę bardzo dokładnie widać ich zabawy. Nawet kupiłem przypadkiem lornetkę od Tatara i czasem zapraszam przyjaciół, żeby się zabawili. Bardzo ciekawa rozpusta...

Fryzjer Baliasin mówi o sobie "miejski golibroda". Jest wysoki i chudy, chodzi z wyprostowanymi ramionami i dumnie wypiętą piersią. Ma głowę węża - malutką, z żółtymi oczami, spojrzenie dobrotliwie nieufne. Ludzie w miasteczku uważają, że jest mądry, i leczą się u niego chętniej niż u lekarza z ziemstwa.

- Jesteśmy prości ludzie, a lekarze są dla wykształconych - mówią mieszkańcy.

Fryzjer stawia bańki, puszcza krew, niedawno wyciął pacjentowi odcisk i pacjent umarł od zakażenia krwi. Ktoś zażartował:

- Nadgorliwy; mówią mu: wytnij odcisk, a on całego człowieka wyciął z tego świata...

Baliasina męczy nietrwałość bytu.

- Myślę sobie, że uczeni kłamią - mówi. - Nie znają dokładnie ruchu Słońca. Patrzę, kiedy słoneczko zachodzi, i myślę: a jakby tak jutro nie wzeszło? Nie wzejdzie - i klapa! Zaczepi się o coś, o kometę na przykład, i żyj tu potem w ciemności. Albo zatrzyma się po tamtej stronie Ziemi i zostaniemy pod korcem wiecznego mroku. A można przypuszczać, że słońce ma swój charakterek. I wtedy żeby przeżyć, przyjdzie nam palić lasy, bez ustanku dorzucać do ognisk.

Chichoce, mruży oczy i ciągnie:

- Ła-adne niebo będziemy wtedy mieli: gwiazdy są, a Słońca i Księżyca ani śladu! Zamiast Księżyca czarny krążek będzie wisiał, jeśli to prawda, że Księżyc pożycza światło od Słońca. I żyj, jak chcesz: nic nie widać. Tylko złodzieje dobrze na tym wyjdą, a wszystkie inne profesje - nieciekawie. Co?

Kiedyś strzygąc mi włosy, powiedział:

- Ludzie do wszystkiego się już przyzwyczaili, niczym ich nie nastraszysz, pożarami, niczym. Gdzie indziej zdarzają się powodzie, trzęsienia ziemi - a u nas nic! Nawet cholery nie było, jak cholera była wszędzie naokoło. Chciałby człowiek zobaczyć coś niezwykłego, strasznego. Strach jest dla duszy jak łaźnia dla ciała - samo zdrowie...

Jednooki dzierżawca kąpieliska miejskiego, przy tym też "czapkarz", szyje kaszkiety ze starych spodni; miasto boi się go i nie lubi. Mieszkańcy lękliwie omijają go na ulicy i patrzą za nim wilkiem; czasem ktoś z pochyloną głową szarżuje na czapkarza, jakby chciał go pobóść. Wtedy czapkarz ustępuje drogi i ogląda się za takim człowiekiem, z uśmieszkiem mruży oczy.

- Za co pana nie lubią? - pytam.

- Jestem bezlitosny - mówi dumnie. - Tak już mam, że jak tylko ktoś coś, zaraz ciągnę go do sądu polubownego.

Białka oczu ma podrażnione, poznaczone siecią krwawych żyłek, i w tej siatce dumnie błyszczy rudawa okrągła źrenica. Czapkarz jest krępy, długoręki, nogi na beczce prostowane. Przypomina pająka.

- Faktycznie, nie szanują mnie, bo znam się na prawie - opowiada, skręcając papierosa z machorki. - Cudzy wróbel wleci do mojego ogrodu i zaraz: proszę do sądu! O koguta cztery miesiące się procesowałem. Aż mi sam sędzia powiedział: "Przez pomyłkę urodziłeś się jako człowiek, ty jesteś czysty giez!" Nawet pobili mnie za to pieniactwo, ale mnie bić to bez sensu. Jakbyś bił rozżarzone żelazo, tylko ręce sobie poparzysz. Bo po bójce to ja dopiero zaczynam...

Gwizdnął przenikliwie. Naprawdę jest pieniaczem, zasypał miejscowego sędziego skargami i podaniami. Z policją żyje w przyjaźni; powiadają, że lubi pisać donosy i prowadzi jakąś księgę, gdzie zapisuje różne przewinienia mieszkańców miasta.

- Po co pan to robi?

- Bo szanuję swoje prawa! - odpowiada.

Łysy gruby Puszkariow, ślusarz i kotlarz, wolnomyśliciel i ateista. Zaciska zwiotczałe wargi, dziwnie wygięte, koloru dżdżownicy, i mówi ochrypłym basem:

- Bóg to czysty wymysł. Nad nami nie ma nic, tylko błękitne przestworza. Wszystkie nasze myśli biorą się z tych przestworzy. Żyjemy błękitnie, myślimy błękitnie, w tym rzecz. Cała istota życia, mojego i pańskiego, jest bardzo prosta: byliśmy i zgniliśmy.

Jest oczytany, głównie w powieściach, szczególnie dobrze pamięta jedną: "Krwawa ręka".

- Tam francuski kardynał zbuntował się i oblegał La Rochelle. A przeciwko niemu stanął kapitan Lacousonne - co on wyprawiał, sukinsyn! Aż ślinka leci przy czytaniu. Robił szpadą bezbłędnie: dźgnie - i zaraz trup. Wspaniały rycerz...

Puszkariow opowiedział mi taką historię:

- Siedzę sobie tak jak teraz, wieczorem, w święto, i czytam; nagle zjawia się rachmistrz z ziemstwa, po ichniemu statystyk: "Byłbym wielce rad poznać pana". "Nie ma sprawy - mówię - niech pan poznaje śmiało". I siedzę do niego bokiem. A on i tak, i tak - a ja udaję wariata, buczę i gapię się w ścianę. "Słyszałem - mówi - że pan nie wierzy w Boga?" No, tu już nie wytrzymałem: "Że jak, znaczy? - mówię. - A to tak można? To po co te wszystkie cerkwie, popi, mnisi? A jak zawiadomię policję, że mnie pan skłania do niewiary?" Przestraszył się: "Przepraszam - mówi - myślałem..." - "O to, to - mówię - nie trzeba tyle myśleć. Nic mi po pańskim myśleniu". Wyturlał się stąd jak piłeczka. A niedługo potem się zastrzelił. Nie lubię tych z ziemstwa, fałszywców. Żyją ze ssania krwi z chłopów. Nie ma co robić z takimi uczonymi, to załatwiają im posady w ziemstwie. Rachujcie! Rachują. Człowiekowi bez różnicy, co robi, byle pensję dostawał jak największą...

A zegarmistrz Korcow, zwany Pchłą Myśliwską, mały włochaty człowieczek z długimi rękami, jest patriotą i wielbicielem piękna.

- Nigdzie nie ma takich gwiazd jak nasze, rosyjskie! - mówi, patrząc w niebo okrągłymi oczami, płaskimi jak guziki. - I rosyjski ziemniak względem smaku jest najlepszy na świecie. Albo takich, powiedzmy, harmonii też nigdzie lepszych nie robią! Albo kłódek. Mało to u nas różności, żeby utrzeć nosa tym wszystkim amerykom!

Układa piosenki i śpiewa je po pijaku. Teksty wychodzą mu jakby specjalnie, z premedytacją głupie, ale piosenka, którą śpiewa najczęściej, brzmi tak:

Błękitna sikorka z drzewa

Pod moim oknem śpiewa.

Pojutrze jajko zniesie

Ukradnę je i w lesie

Włożę do gniazda sowie.

Tak mi się lęgnie w głowie,

Bo śni mi się po nocach

Że dziobie mnie po włosach

Ten leśny, nocny ptak,

Zamiast chociażby szpak.

Korcow śpiewa tę piosenkę na chwacką, wesołą nutę. A głowę ma idealnie okrągłą i z wierzchu całkiem łysą, tylko od ucha do ucha wiszą mu na karku rudawe frędzle kręconych kłaków.

Lubi zachwycać się pięknem przyrody, chociaż miasto otaczają pustkowia, napuchnięte jałowymi pagórkami, pocięte wąwozami, ubogie i paskudne. Ale zegarmistrz, stojąc na brzegu mętnej, śmierdzącej rzeki, zatrutej przez fabryki filcu, pokrzykuje w przystępie szczerego lirycznego uniesienia:

- Ech, jak pięknie! Jak szeroko, jak płasko. Idź, dokąd chcesz. Kocham to nasze piękno ponad życie!

Podwórko przy domu ma błotniste, gęsto zarośnięte pokrzywą i łopianem, wszędzie leżą kawałki drewna i jakieś żelastwo, a pośrodku gnije szeroka kanapa, z siedziska sterczą kępy włosia. W pokojach kurz, wszystko poprzestawiane, na łańcuszkach ściennego zegara zamiast obciążnika wisi kawałek ołowianej rury. Gdzieś w kącie jęczy i warczy potężna żona, a po podwórku lata w milczeniu jej siostra, stara panna, żółta i chuda, z wyszczerzonymi zębami; na nogach ma resztki męskich buciorów, podołek podwinięty do kolan, gołe łydki w sinych węzłach żył.

Korcow wynalazł kłódkę, którą ładuje się trzema nabojami do broni palnej. Wkładasz klucz, a ta strzela. Kłódka waży dwanaście funtów i wygląda jak podłużna skrzynka. Moim zdaniem powinna strzelać w niebo, a nie w tego, kto chce ją otworzyć.

- Nie, prosto w pysk wypali! - zapewnia wynalazca.

Miejscowi lubią dziwaka. A może podoba im się, że wiecznie nie idzie mu karta, wszyscy go ogrywają. On z kolei lubi bić dzieci, mówi, że swojego syna zabił rózgą na śmierć, co nie przeszkadza znajomym zapraszać go w charakterze eksperta na pranie chłopców kradnących po sadach i ogrodach.

Bez pośpiechu, ręce za plecami, chodzi sobie po mieście Jakub Lesnikow, wysoki, szczupły, z długą cienką brodą i wielkim, spuszczonym na kwintę nosem. Nieszczęśliwy, brudny, ubrany w jakiś łach w rodzaju mnisiego habitu; na puklach jego posiwiałych, sztywnych włosów sterczy studencki kaszkiet. Duże wodniste oczy nerwowo wytrzeszczone, jakby bardzo chciał spać i starał się nie zasnąć. Wciąż ziewa, patrzy w dal ponad głowami ludzi i pyta przechodniów:

- No, jak tam?

Odpowiedzi go nie interesują, zresztą pewnie je zna:

- Tak sobie. Jakoś leci. Żyjemy.

Ma opinię babiarza i wielkiego rozpustnika. Korcow mówił mi nie bez dumy:

- Był nawet z Hiszpanką! No, jasne, teraz to nawet Mordwinkami nie pogardzi...

Mówią, że Lesnikow jest synem z nieprawego łoża znanej osoby, wysoko postawionego duchownego albo gubernatora. Ma kilka dziesięcin ziemi, ogrodów i łąk, puszcza je w dzierżawę osadnikom i mieszka samotnie na kwaterze u mojego sąsiada, urzędnika skarbowego.

Kiedyś wieczorem wylegiwał się w ogrodzie, na trawie, pod lipą, pił piwo z lodem, porykiwał i ziewał. Podchodzi do niego pan domu, chudziutki, kwaśno uprzejmy człowieczek w okularach.

- Co tam, Jasza?

- Nuda - powiedział Lesnikow. - Tak sobie myślę, czym by tu się zająć.

- Dla ciebie już za późno, żeby się czymś zajmować.

- Ano za późno.

- Stary jesteś.

- Tak.

Chwilę milczeli. Potem Lesnikow bez pośpiechu powiedział:

- Bardzo nudno. Może by tak zacząć wierzyć w Boga?

Urzędnik go poparł:

- Niezły pomysł. I do cerkwi byś chodził...

A Lesnikow ziewnął, aż zawył, i mówi:

- No-o...

Zimin, kupiec galanteryjny, chytra sztuka, starosta cerkiewny, powiedział mi:

- Ludzie cierpią z nadmiaru rozumu, w całym tym naszym bajzlu rozum najwięcej mąci. Brakuje nam prostoty, utraciliśmy prostotę. Serca mamy czyste, ale rozum żulerski!...

Siedzę, łykając rozżarzone powietrze, i wspominam słowa, gesty, twarze tych ludzi, patrzę na miasto, otulone gorącym migotliwym zaduchem. Komu potrzebne to miasto i ludzie, którzy je zamieszkują?

Tutaj Lew Tołstoj po raz pierwszy odczuł grozę życia - "arzamaską", mordwińską grozę - ale czy tylko po to miasto istniało i wciąż istnieje od czasów Iwana Groźnego?

Myślę, że nie ma kraju, w którym ludzie gadaliby tak dużo i myśleli tak chaotycznie, tak jałowo jak w Rosji, szczególnie w tej powiatowej.

Arzamaskie myśli są przypadkowe i przypominają zadręczonych chłopców, na wpół oskubane ptaki, które czasami ze strachu wlatują do ciemnych pokojów, żeby się rozbić na śmierć o twardą iluzję przejrzystych jak powietrze szyb w oknach. Jałowe "niebieskie" myśli.

Podpatruję tych ludzi i zdaje mi się, że żyją przede wszystkim głupio, a potem dopiero - i dlatego właśnie - w brudzie, nudzie, złości i występku. Mają talent, ale to ludzie z dowcipów.

Od rzeki dobiega szum i plusk wody - chłopcy przybiegli się kąpać. W mieście jest ich niewielu, większość poszła do lasu, na pola i w chłodny cień wąwozów. Nad ogrodami unosi się błękitny dym, to gospodynie obudziły się i rozpalają samowary na wieczorną herbatę.

Przenikliwie wibruje wysoki głos dziewczynki:

- Oj, ma-amusiu, oj, kochana, nie bij mnie po brzuszku...

I krzyk zapada się pod ziemię.

Upał jest coraz cięższy. Słońce jakby stanęło. Ziemia dyszy suchym, pełnym kurzu żarem. Niebo zdaje się jeszcze bardziej twarde, i ta matowa twardość jest bardzo nieprzyjemna, wręcz straszna. Można pomyśleć, że to nie to samo niebo co wszędzie, ale jakieś inne, tutejsze, płaskie, stwardniałe, zlepione z ciężkiego oddechu ludzi dziwnego miasteczka. Majaczy niebieskawa dal, nabierając barw szkła wypalonego na słońcu, gęstnieje i podpełza do miasta przejrzystym, ale nieprzenikalnym murem.

Bez ładu i składu migają czarne kropki much, znowu przypominając, jak twarde jest szkło.

A ciężka, gorąca cisza robi się jeszcze gęstsza i cięższa.

W ciszy śpiewnie brzmi półsenny, rozmemłany głos kobiety:

- Taisia, ubieraj się.

I taki sam, tylko niższy głos odpowiada sennie:

- Ubieram się.

Milczenie. I znowu:

- Taisia, niebie-es?...

- Niebie-es...

Pożary

W ciemną lutową noc wyszedłem na plac Oszarski i widzę: z lukarny którejś kamienicy wychylił się gęsty, lisi ogon ognia i merda w powietrzu, cętkowany mnóstwem wielkich płatków śniegu - płatki padały na ziemię niechętnie, powoli.

Płomień był piękny i fascynujący. Jakby w okno, pod dach, skoczył z ciepławej mokrej ciemności czerwony drapieżnik; pręży się i kąsa. Słyszałem suchy trzask, tak trzeszczą w zębach ptasie kości.

Patrzyłem na to lisie krętactwo płomienia i myślałem: "Trzeba łomotać do drzwi domów, budzić ludzi, krzyczeć - pożar". Ale nie chciało mi się krzyczeć ani ruszać; stałem, oczarowany, obserwując jak szybko rośnie ogień, a na skraju dachu migały już kogucie pióra, najwyższe gałęzie ogrodu złociście poróżowiały, na placu zrobiło się jaśniej.

"Trzeba budzić ludzi" - przekonywałem sam siebie i w milczeniu gapiłem się do czasu, aż dostrzegłem postać pośrodku placu; człowiek przywarł do paskudnej żeliwnej pompy przy fontannie i dla postronnych oczu całkiem się z nią stopił. Podszedłem do niego. To Łukin, stróż nocny, bojaźliwy dziadek.

- Co z tobą? Gwizdż, budź ludzi!

Nie odrywając oczu od ognia, odpowiedział głosem sennym czy pijanym:

- Zaraz...

Wiedziałem, że nie pije, ale widziałem w jego oczach pijany uśmiech rozkoszy i wcale mnie nie zdziwiło, kiedy półgłosem, dławiąc się słowami, zaczął mamrotać:

- Patrz no go, jaki spryciarz! Patrz, patrz, co wyprawia! Ale żre, ale kąsa, co za siła! A ledwie co malutki płomyczek wychylił się koło rynny, jak dłuto, nie większy, i zaczął kuć, i zaraz się rozhasał. Aj, Boże, Boże, pożar - jakie to ciekawe...

Włożył gwizdek do ust i chwiejąc się na nogach, napełnił pusty plac raniącym uszy świstem, zamachał dłonią - pospiesznie zaklekotała kołatka. Ale jego oczy wciąż nie mogły oderwać się od tego, co w górze - a tam, ponad dachem, wirowały czerwone i białe śnieżynki, gęstniała czapa czarnego, ciężkiego dymu.

Łukin burczał, uśmiechając się pod nosem:

- Patrzcie go, jaki łajdak... No, trzeba budzić ludzi... Chodź, budzimy...

Biegaliśmy po placu, tłukliśmy w okna i drzwi i ryczeliśmy:

- Po-ożar!

Czułem, że działam energicznie, ale przy tym nieszczerze, a Łukin co stuknął w okno, odbiegał na środek placu, zadzierał głowę i wrzeszczał z nieskrywaną radością:

- Poża-ar, he-ej!

...Potężny jest urok magicznej mocy ognia. Często widziałem, jak ludzie w zapamiętaniu poddają się złemu pięknu żywiołu, i sam nie jestem wolny od tej fascynacji. Zawsze z rozkoszą rozpalam ognisko i gotów jestem dzień i noc nienasycenie patrzeć w ogień, podobnie jak mogę całą dobę słuchać muzyki bez znużenia.

Pożar na Sujetinskiej w Niżnym Nowogrodzie; płoną domy nad wąską szczeliną wąwozu; jar przecina gliniastą górę i stromo zbiega z górnej części miasta do dolnej, ku Wołdze. Drużyna strażacka z powodu ukształtowania terenu nie mogła podjechać do samego pożaru, samochody i beczki z wodą stoją w dole, na ulicy, węże rozciągnięto na stoku wąwozu, a z góry lecą głownie, turlają się płonące belki. Gęsty tłum gapiów stoi na drugim stoku, skąd świetnie widać pożar, ale kilkudziesięciu ludzi zeszło na dół, gdzie strażacy klną na nich wściekle i gdzie lecące belki mogą w każdej chwili połamać im nogi.

Żeby widzieć, jak ogień pożera suche drewno starych domów, ludzie muszą niewygodnie zadzierać głowy, na twarze leci im popiół, iskry kąsają i żądlą skórę. Ale nic się tym nie przejmują; pokrzykują, śmieją się i wrzeszczą, uciekają przed turlającymi się im pod nogi belkami, gramolą się na czworaka po stromym stoku naprzeciw pożaru i znów, jak czarne grudy, zeskakują na dół. Zabawa szczególnie wciągnęła statecznego pana w modnym płaszczu, słomkowym kapeluszu i wyczyszczonych do połysku butach. Ma okrągłą, starannie ogoloną twarz, wielkie wąsy, w dłoni laseczkę ze złotą gałką, trzyma ją z drugiej strony i wymachuje jak buławą, odskakuje przed lecącą z góry belką i ryczy basem:

- Hur-r-raaa!

Gapie podpuszczają go okrzykami, nad jego głową wiruje, pobłyskując, złota gałka laski, iskry ponadpalały rondo kapelusza, pod brodą furkoce czarna żmija rozwiązanego krawata. Ale on nic nie widzi i chyba nie słyszy, zachowuje się jak rozbrykany chłopiec: czeka, aż płonąca belka sturla się ludziom pod nogi, i odskakuje ostatni. Za każdym razem mu się udaje, skacze lekko, choć jest wysoki i dobrze zbudowany. Belka już-już ma go uderzyć, ale hop, zgrabny sus do tyłu, i niebezpieczeństwo mija:

- Hur-r-raaa!

Parę razy nawet przeskoczył belkę, za co dostał oklaski od jakichś pań z tłumu, prawdziwe owacje. Ludzi na górze jest mnóstwo, barwnie ubranych kobiet, niektóre rozłożyły parasolki, chroniąc się przed czerwonym deszczem iskier.

Pomyślałem: pewnie ten człowiek się zakochał i pokazuje swojej pani, jaki jest zręczny i odważny - prawdziwy mężczyzna.

- Hur-r-raaa! - krzyczy. Kapelusz zjechał mu na kark, twarz poczerwieniała, wokół szyi wciąż powiewa czarna wstążka krawata.

Strażacy wrzasnęli, zagłuszając chciwy trzask płomieni, i wyrwali bosakami kilka belek naraz, i belki dymiąc, migając złotem węgli, niezgrabnie podskakując, potoczyły się zboczem wąwozu. Toczą się coraz szybciej, straszliwe i ciężkie, wymachują końcami, przewalają się jedna przez drugą i już turkocą po bruku ulicy.

- Hur-r-raaa! - ryczy mężczyzna w kapeluszu, macha laską i przeskakuje przez belkę, a koniec sąsiedniej leniwie uderza go w nogę; mężczyzna unosi ramiona i nurkuje w ziemię, i wtedy iskrzący koniec trzeciej gigantycznej głowni kąsa go w bok, jak łeb ognistego smoka.

Tłum jęknął setkami głosów, trzech strażaków szybko wyciągnęło amatora rozrywek za nogi i dokądś odniosło, a pośród żarzących się belek, na bruku ulicy został słomkowy kapelusz, i zaszamotał się, nastroszył i nagle wesoło buchnął pomarańczowym płomieniem, cały w jednej chwili...

W '96 roku w Niżnym Nowogrodzie palił się "Dom pracowitości"; na parterze zajęły się pakuły, ogień szybko rozprażył żelazne schody na piętro i dosięgnął tam stare robotnice. Wszystkie, a było ich bodaj ponad dwadzieścia, zaczadziły się i spłonęły.

Widziałem samą końcówkę pożaru: dach zapadł się, w wielkiej ceglanej skrzyni z żelaznymi kratami na oknach skakał i prychał ogień, plując gęstym, tłustym dymem. Poprzez rozpalone żelazo krat dym wylatywał jakimiś szczególnie ciężkimi, czarnymi kłębami, snuł się tuż nad pogorzeliskiem i osiadał na dachu, jak smolista mgła.

Obok mnie stał człowiek o fatalnej opinii, kamienicznik Kapitan Sysojew, silny i rumiany mimo pięćdziesiątki na karku i rozpustnego, pijackiego życia.

Na wygolonej twarzy o potężnych szczękach, głęboko w kościstych dołkach kryły się wąskie, niespokojne oczka. Ubrany był źle, niedbale, wszystko wisiało na nim jak ze starszego brata; robił okropne wrażenie i pewnie o tym wiedział - patrzył na ludzi bezczelnie, wyraźnie wyzywająco.

Na pożar natomiast spoglądał spojrzeniem człowieka, dla którego życie i wszystko, co się w nim zdarza, to tylko widowisko. Mówił coś cynicznie o "usmażonych" staruszkach i że dobrze byłoby spalić wszystkie takie staruchy. Ale coś jednak nie dawało mu spokoju, co chwila wkładał rękę do kieszeni płaszcza, gwałtownie wyciągał z powrotem, dziwnie nią wymachiwał i wkładał znowu, patrząc na ludzi spode łba. Potem w jego palcach zjawił się zwitek papieru, starannie przewiązany czarną nitką; kilka razy podrzucił go na dłoni i raptem zręcznie cisnął w ogień, przez ulicę.

- Co pan tam rzucił?

- Wierzę w taki jeden przesąd - odpowiedział, mrugając do mnie, cały zadowolony, z szerokim uśmiechem.

- Jaki?

- A nie, nie powiem!

Dwa tygodnie później spotkałem go u adwokata Wienskiego, hulaki i cynika, ale człowieka świetnie wykształconego; gospodarz sporo wypił i zasnął na kanapie, a ja przypomniałem sobie pożar i namówiłem Sysojewa, żeby opowiedział mi o swoim "przesądzie". Sysojew sączył benedyktynkę rozmajoną koniakiem - napój, po którym uszy mu puchły i robiły się fioletowe; opowieść zaczął niby żartobliwie, ale szybko zauważyłem, że to tylko pozór.

- Rzuciłem w ogień paznokcie, moje obcięte paznokcie. Zabawne, co? Od dziewiętnastego roku życia je zbieram, zbieram i czekam na pożar, a wtedy rzucam w ogień. Zawijam w papierek razem z trzema czy czterema miedziakami i rzucam. Po co? A to już całkiem głupie...

- Kiedy miałem dziewiętnaście lat, zupełnie mi się nie wiodło, byłem nieszczęśliwie zakochany, podarły mi się buty, nie miałem pieniędzy na czesne na uniwersytecie; wpadłem w pesymizm i chciałem się otruć. Zdobyłem cyjanek potasu, poszedłem na bulwar Strastny, miałem tam za klasztorem ulubioną ławkę, siedzę i myślę sobie: "Żegnaj, Moskwo, żegnaj, życie, diabli by was wzięli!" I nagle - co widzę: obok mnie siedzi taka gruba starucha, czarna, brwi zrośnięte, morda okropna! Wytrzeszczyła na mnie oczy i nic, ani słowa, tylko się gapi. "Czego pani chce?" - "Daj no rękę, studencie" - takim, wie pan, rozkazującym tonem, bezczelnie...

Sysojew rzucił okiem na chrapiącego gospodarza, potem omiótł wzrokiem pokój - szczególnie ciemne kąty - i mówił już ciszej, bez sztucznej żartobliwości.

- Wyciągnąłem rękę i - przysięgam - poczułem na skórze ciężar spojrzenia jej wytrzeszczonych oczu. Długo wpatrywała się w dłoń i w końcu mówi: "Jesteś skazany na życie". Tak właśnie powiedziała - skazany! - "Jesteś skazany na długie, lekkie i dobre życie". A ja na to: "Nie wierzę w te bzdury, w przepowiednie, wróżby..." A ona: "Dlatego żyjesz w smutku, dlatego ci źle. Spróbuj uwierzyć..." Roześmiałem się i pytam: "Jak mam spróbować uwierzyć?" - "Zwyczajnie. Obetnij paznokcie i rzuć je w cudzy ogień. Tylko pamiętaj - w cudzy!" - "Co to jest cudzy ogień?" - "Nie rozumiesz? Ognisko w mroźny dzień na ulicy, albo pożar, albo siedzisz w gościach, a tam palą w piecu..."

- I czy to dlatego, że jednak nie chciałem umierać - bo przecież wszyscy umieramy z musu nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że to nasz własny wybór; czy to dlatego, że dała mi niejasną nadzieję - przełożyłem samobójstwo na potem. Przyszedłem do domu, obciąłem paznokcie, zawinąłem w papierek, a co, spróbuję tych czarów.

- Nie minął tydzień, jak rano wybuchł pożar na Bronnej, naprzeciw kamienicy, w której mieszkałem. Przywiązałem do paznokci stary gwóźdź i cisnąłem w ogień. "No - myślę sobie - gotowe: złożyłem ofiarę; ciekawe, co na to bogowie?" A miałem znajomego matematyka, świetnie grał w bilard i zawsze ogrywał mnie do szczętu. I żeby wypróbować skutki moich czarów, zaproponowałem mu partię. "Jakie chcesz fory?" - zapytał. - "Żadnych, ani zera". I niech no pan sobie teraz wyobrazi, co się ze mną działo, kiedy go ograłem! Pamiętam, jak nogi drżały mi z radości, jakby ktoś spryskał mnie żywą wodą. "Czekaj no - myślę - co jest? Przypadek?"

- Idę do mojej nieosiągalnej damy - a nuż i z nią się uda? Udało się, i to tak łatwo, że aż się wystraszyłem, do tego stopnia, że całkiem spać przestałem. Kolejny przypadek? Żyję tak wzięty w dwa ognie, między pierwszą, zachłanną miłością, i strachem. Po nocach śni mi się tamta baba: stoi gdzieś w rogu i roszczeniowo gapi się na mnie ciężkim wzrokiem, milczy i marszczy brwi. Powiedziałem mojej ukochanej - a była, jak wszystkie aktorki, szczególnie te kiepskie, przesądna - zdenerwowała się strasznie, jęczy i błaga: "Obcinaj paznokcie, szukaj pożarów!" No to obcinam i zbieram, i ciągle pamiętam, że to zwykła głupota i że może rzecz w tym, że kiedy człowiek stracił wiarę w siebie, musi się opancerzyć wiarą w jakieś bzdury. Ale taka świadomość nie zmniejsza grozy sytuacji. Nazbierałem paznokci, całkiem sporo, wrzuciłem w ogień - i znowu czarna magia: przychodzi do mnie łysy facet z teczką. "W Niżnym Nowogrodzie, mówi, zmarła pańska stryjeczna ciotka, stara panna, jest pan jej jedynym spadkobiercą". Nigdy o żadnej ciotce nie słyszałem, w ogóle krewnych mam mało, tak mało, jak oni pieniędzy. Zawsze miałem ich tylko dwoje: dziadka ze strony matki, w przytułku, i jakiegoś wielodzietnego wuja, inspektora więziennego, którego w życiu na oczy nie widziałem. Pytam łysego: "A pan jest kto, diabeł?" Obraził się: "Nie - mówi - jestem zaufanym pańskiej cioci i jej starym przyjacielem". - "A może stara pana przysłała?" - "Tak, mówi, pewnie że stara, miała pięćdziesiąt siedem lat". Patrzę na niego prawie z nienawiścią i uprzedzam: "Nie dam rady zapłacić panu za fatygę". - "Zapłaci pan po przejęciu spadku". Wyjątkowo paskudny staruszek, natrętny, z pretensjami, i otwarcie mną gardził. Przywiózł mnie tutaj i tak oto zostałem kamienicznikiem. Czemuś mi się zdawało, że dostanę drewniany domek z trzema oknami, pięćset rubli w gotówce i krowę, a tu proszę: dwie kamienice, sklepy, magazyny, lokatorzy i tak dalej. Na bogato. Ale czuję się głupio, moim życiem kieruje czyjaś tajemnicza wola, i rośnie we mnie szczególny stosunek do Jaśnie Oświeconego ognia: stosunek dzikusa do istoty, która ma moc go uszczęśliwić albo zniszczyć. "Nie - myślę - niech to diabli, nie chcę tego, nie!" I zacząłem puszczać majątek na wiatr: miotałem się jak pies na łańcuchu, bawiłem do upadłego. Ale paznokcie obcinam, zbieram i rzucam w pożar, w "cudzy ogień". Nie powiem panu dokładnie, po co to robiłem i czy wierzyłem w czarną magię, ale tamtej baby zapomnieć nie mogłem i nie zapomniałem do dzisiaj, chociaż mam nadzieję, że dawno już umarła. Opanowała mnie taka dziwna ciekawość - o co chodzi? Rzuciłem studia, prowadzę hulaszczy tryb życia, czuję w sobie jakąś chorą odwagę, wciąż nadużywam cierpliwości policji, niszczę zdrowie, kuszę los. Ale bez skutku, wszystko uchodzi mi płazem. I tylko wciąż mi się zdaje, że zaraz ktoś przyjdzie i powie: "Proszę ze mną!" Kto to będzie i dokąd mnie zabierze - nie wiem, ale czekam. Zacząłem czytać Swedenborga, Jacoba Böhme, Carla du Prela - ale to wszystko bzdury. Bzdury, że aż wstyd. A w nocy budzę się i czekam. Na co? A tak w ogóle. Bo przecież skoro jedna taka magia działa, to dlaczego nie miałaby działać również inna, jeszcze gorsza albo jeszcze lepsza? Nic, naprawdę całkiem nic nie robię, żeby mi się wiodło, i ciągle się dziwię: dlaczego nie zwariowałem? Bogaty, kawaler, kobiety mnie kochają, w kartach mam takie szczęście, że to aż obrzydliwe. I nawet wśród przyjaciół ani jednego łajdaka, ani jednego drania - sami pijacy, ale porządni ludzie. Tak dożyłem czterdziestki, a w tym wieku każdy mężczyzna powinien przejść kryzys wieku średniego, coś jakby z obowiązku. No to czekam na kryzys.

- W Kijowie, na kontraktach, poprztykałem się z jakimś honorowym Polakiem, wyzwał mnie na pojedynek. Aha, myślę, kryzys! Dzień przed pojedynkiem wybuchł pożar na Podolu, zapaliły się żydowskie chałupy. Pojechałem, rzuciłem paznokcie w ogień i pomyślałem życzenie: żebym nazajutrz zginął albo przynajmniej został ciężko ranny. Ale tegoż wieczora mój Polak jechał konno, koń wystraszył się czegoś i go zrzucił - złamana ręka i rozbita głowa. Powiadomił mnie o tym sekundant Polaka, no to pytam: "Jak to się stało?" - "Jakaś staruszka rzuciła mu się pod konia". Staruszka? Jaka znowu staruszka? Przypadek czy diabły?

- I wtedy po raz pierwszy i jedyny w życiu wpadłem w dziką histerię, i wysłali mnie do Saksonii, w góry, do sanatorium. Tam opowiedziałem o wszystkim profesorowi. "O - mówi mi ten Niemiec. - Bardzo interesujący przypadek". Niemiec nazwał przypadek, jak owada, po łacinie. Potem polewał mnie wodą, dwa miesiące przeganiał po górach, i nic z tych spacerów nie wyszło. Czuję się paskudnie i tęsknię za pożarami. Rozumie pan? Tęsknię. Za "cudzym ogniem". I zbieram obcięte paznokcie. W głębi duszy śmieję się sam z siebie: przecież to wszystko bzdury, głupota i obrzydlistwo. Kamienice poszły już pod zastaw, pieniądze się kończą. "No, to co dalej?" - myślę. Podróżuję. Norymberga, Augsburg - nudy. Siedzę sobie w hotelowym holu, wrzuciłem paznokcie do kominka. Następnej nocy leżę w łóżku, ktoś puka: telegram - jedna z moich trzech obligacji państwowych wygrała w losowaniu pięćdziesiąt tysięcy, a druga tysiąc. Pamiętam, jak siedziałem wtedy w łóżku, oglądałem się za siebie i strasznie na kogoś kląłem. Bałem się jak nigdy, tak głupio, po babsku się bałem.

- Nie ma co opowiadać całego tego koszmaru, na dłuższą metę jest nudny. Żyję w nim już trzydzieści cztery lata. Przysięgam: robiłem wszystko, żeby zbankrutować albo skręcić kark, ale jak pan widzi - bez powodzenia. Koniec końców zmęczyłem się i machnąłem ręką: niech się dzieje, co chce!

Był chyba przygnębiony, ze złości nadymał policzki, wąskie bystre oczka przygasły.

- I dalej wrzuca pan paznokcie do ognia? - zapytałem.

- A co niby mam robić w życiu, na co czekać? Przecież ten koszmar musi się kiedyś skończyć? Czy nie? Może nigdy nie umrę?

Uśmiechnął się i zamknął oczy. Potem zapalił cygaro i wpatrując się w jego koniuszek, powiedział cicho:

- Chemia to chemia, ale jednak w ogniu oprócz tego, o czym wiemy, jest też coś, czego nigdy nie uda nam się zrozumieć. A jak ogień się chowa, niewiarygodne, jak sprytnie. Nikt inny tak nie umie. Kawałek sprasowanej bawełny albo kilka kropli kwasu pikrynowego, parę kryształków piorunianu rtęci, a tymczasem...

Mlasnął i zamilkł.

- Wydaje mi się - powiedziałem - że sam pan to wszystko bardzo dobrze wyjaśnił, mówiąc: kiedy człowiek nie wierzy w swoje siły, musi wierzyć w coś poza sobą. Pan uwierzył...

Pokiwał głową, ale najwyraźniej nie rozumiał albo nie słyszał moich słów, bo zaraz posmutniał i zapytał:

- Ale to jednak bzdura. Po co mu moje paznokcie?

Dwa lata później umarł na ulicy na "paraliż serca", jak mi powiedziano.

Ksiądz Zołotnicki spędził za jakieś heretyckie myśli trzydzieści lat w klasztornym więzieniu, zdaje się w Suzdalu, w surowej izolacji, w kamiennym lochu. W powolnym ciągu jedenastu tysięcy dni i nocy jedynym pocieszeniem więźnia miłującej Chrystusa Cerkwi i jedynym rozmówcą był ogień: heretykowi pozwalano samodzielnie palić w piecu w celi.

W pierwszych latach stulecia Zołotnickiego wypuszczono na wolność, ponieważ nie tylko zapomniał o swojej herezji, ale i umysł jego przestał działać, niemal całkiem wygasł. Uwolniony po tak długiej karze mało przypominał mieszkańca powierzchni ziemi, chodził po niej z nisko pochyloną głową i tak, jakby szedł cały czas w dół, schodził do lochu, szukał miejsca spoczynku dla marnego, żałosnego ciała. Mętne oczy miał zawsze załzawione, głowa mu się trzęsła, bełkotał niezrozumiale. Włosy na brodzie zrobiły się już nie siwe, ale zielonkawe; wyraźnie zielonkawego, zgniłego odcienia nabrały nawet ciemne policzki pergaminowej, starczej twarzy. Na wpół oszalały bał się chyba ludzi, ale ukrywał to ze strachu przed nimi. Kiedy go zagadywali, unosił suche, dziecięce ramię tak, jakby oczekiwał ciosu w oczy i zamierzał powstrzymać go tą słabą, drżącą ręką. Był spokojny, mówił mało i zawsze półgłosem, bojaźliwie szeleszczącymi dźwiękami.

Wyszedł z więzienia jako wyznawca ognia i ożywiał się tylko wtedy, kiedy pozwalano mu rozpalić drwa w piecu i usiąść przed nimi. Siadał na niskiej ławeczce, rozpalał drwa z miłością, żegnał je znakiem krzyża i mamrotał, trzęsąc głową, wszystkie słowa ocalałe w pamięci:

- Jedyny prawdziwy... Przedwieczny ogień. Który jest wszędy. Który spopiela grzesznych...

Szturchał płonące polana króciutkim pogrzebaczem, kołysał się, jakby chciał wsunąć głowę w ogień; powietrze zasysało do pieca zielone cienkie włosy jego brody.

- Wszechmocny. Do niczego niepodobny. Oblicze twoje niechaj po wieki wieków promienieje. I uciekają... Uciekają w popłochu... Sprzed oblicza ognia... Jako dym od jego oblicza... Tobie cześć i chwała, krzaku gorejący...

Otaczali go współczujący ludzie, zdumieni, jak strasznie można zamęczyć człowieka - i jak przy tym człowiek jest żywotny i silny.

Wielkie było przerażenie Zołotnickiego, kiedy zobaczył żarówkę elektryczną, kiedy na jego oczach zapłonęło białe, bezkrwiste światło, zamknięte w szkiełku.

Starzec przyjrzał się mu, zamachał rękami i zaczął żałośnie mamrotać:

- I jego - biada! - i jego... I na co? Toż to nie diabeł! Na co?

Długo nie mogli uspokoić starego więźnia; z mętnych oczu płynęły drobne łzy, cały się trząsł i gorzko wzdychając, błagał wszystkich wokół:

- Słudzy Pańscy - po co? Po coście uwięzili słoneczny promyczek... Ludzie! Lękajcie się gniewu ognistego...

I suchą drżącą dłonią ostrożnie dotykał ludzi, i chlipał:

- Och, wypuśćcie go...

Mój prawnik A.I. Łanin wszedł do gabinetu i powiedział rozdrażnionym i zmęczonym głosem:

- Byłem w więzieniu, u aresztanta; miły, spokojny chłopak, ale jest oskarżony o cztery podpalenia. Akt oskarżenia bardzo przekonujący, twarde dowody z zeznań świadków. A chłopak wyraźnie zastraszony, otępiały, milczy. Diabli wiedzą, jak go będę bronił...

Po jakimś czasie, siedząc przy biurku i pracując, wbił wzrok w sufit i ze złością powtórzył:

- Pewnie chłopak jest niewinny...

Łanin był adwokatem doświadczonym i miał szczęśliwą rękę, w sądzie mówił pięknie i przekonująco; wcześniej nie widziałem, żeby los podsądnego jakoś specjalnie go wzruszał.

Nazajutrz poszedłem do sądu. Sprawa podpaleń była pierwsza na wokandzie. Na ławie oskarżonych siedział dwudziestolatek z ciężką szopą rudawych kręconych włosów. Bardzo blada, "więzienna" cera, szeroko otwarte szaroniebieskie oczy, złociste, ledwie zarysowane wąsiki i pod nimi jaskrawoczerwone wargi. Szary kitel zwykle szpeci chłopaka, chciałoby się go widzieć w malinowej koszuli, plisowanych szarawarach, butach z marszczonymi cholewami, z harmonią albo bałałajką w rękach. Kiedy przewodniczący składu sędziowskiego W.W. Ber albo oskarżyciel zwracają się do podsądnego z pytaniami, ten szybko zrywa się z ławy, otula kitlem i odpowiada bardzo cicho.

- Głośniej - upominają go.

Odchrząkuje, ale wciąż mówi cicho. Irytuje to sędziów i ławę przysięgłych. Na sali jest nudno i duszno, motyl tłucze się o szybę, i ten drobny dźwięk jeszcze wzmaga nudę.

- Zatem nie przyznaje się pan?

Przed sędziami stoi wysoki jednooki staruszek, twarz ma stalową, od uszu do podbródka zwisają proste siwe włosy. Na pytanie, czym się zajmuje, głucho, grobowo odpowiada:

- Żyję jak Bóg da...

Potem przekrzywia głowę i buczy:

- Wracam ja z miasta, mocno spóźniony wracam, słoneczko dawno już zaszło, i dochodzę do tej ichniej wioski, a tu światełko w ciemności, i nagle - jak nie buchnie...

Oskarżony siedzi, mocno wczepiony w brzeg ławki, usta półotwarte, słucha uważnie. Spojrzenie ma dziwne, jasne oczy w skupieniu wpatrują się nie w twarz świadka, ale w podłogę, koło jego stóp.

- To ja w nogi, a on łubu-du...

- Kto?

- Ogień, no, pożar...

Oskarżony pochylił się raptownie naprzód i spytał nieoczekiwanie głośno, z wyraźną pogardą i kpiną:

- A kiedy to niby było?

- Już ty sam wiesz kiedy - odpowiedział biedak, nie patrząc na niego, a chłopak wstał, surowo zmarszczył brwi i mówi do sądu:

- Kłamie; z drogi od miasta nie widać tego miejsca, gdzie był pożar...

Oskarżyciel przyciskał go, ostronosy towarzysz prokuratora; poświstując, kąsał chłopaka pytaniami, ale ten znowu odpowiadał cicho, niechętnie, i to jeszcze bardziej nastawiło sędziów przeciw niemu. Równie mętnie i niechętnie odpowiadał na pytania obrońcy.

- Świadek, proszę kontynuować - zaproponował Ber.

- Biegnę, a ten hop przez płot i prosto na mnie.

Chłopak uśmiechnął się i mruknął coś pod nosem, szurając po podłodze nogami w ciężkich aresztanckich "mesztach".

Biedaka zastąpił gruby chłop; mówił szybko i składnie, wesołym tenorkiem:

- Dawno już mieliśmy na niego oko, choć taki niby spokojny, niepalący, ale my swoje wiemy - lubił się bawić z ogniem... Jadę z nocnego wypasu, a pochmurno było, i nagle u sąsiada na gumnie ja-ak łupnie, jakby w kominie wybuchło...

Oskarżony szturchnął łokciem żołnierza z konwoju więziennego, zerwał się na równe nogi i wyraźnie, niemal ze złością krzyknął:

- Łżesz! Z komina! Co ty wiesz? Nie tak szybko - łupnęło, zapłonęło! Najpierw idą robaczki, czerwone robaczki pełzną we wszystkie strony po słomie, dopiero potem skoczą, zbiją się w kłęby, i wtedy jest płomień. A nie tak, że od razu...

Twarz mu poczerwieniała i potrząsał głową, oczy błyszczały, był mocno poruszony, tłumaczył szczegółowo i z zaangażowaniem. Sędziowie, przysięgli, publiczność - wszyscy zamarli, słuchają, a Łanin obrócił się do klienta i patrzył na niego zdumiony. Podsądny zaś gestykulował coraz szerzej, coraz wyżej wymachiwał rękami, i w zapamiętaniu mówił:

- Tak - o tak, i tak - o tak, i zaczyna skakać, powiewa jak płótno na wietrze. Całkiem jak ptak, wtedy go już nie złapiesz! Ale najpierw pełzną tylko robaczki, i z nich rodzi się ogień, z czerwonych robaków, z nich całe nieszczęście! I trzeba je wypatrzyć. Połapać i - do studni. A wyłapać można! Trzeba narobić stalowych sit, gęstych, jak do pszennej mąki, i łowić je tymi sitami, i - w błoto, do rzeki, do studni! Wtedy nie będzie pożarów. Bo powiedziane jest: wypuścisz ogień - już go nie zagasisz. A tamci ślepi są, łżą...

Łowca ognia ciężko opadł na ławę, potrząsnął głową, żeby ułożyć rozczochrane włosy, potem wysmarkał się i głośno westchnął.

Proces nabrał tempa. Oskarżony przyznał się do pięciu podpaleń, ale ze smutkiem zaznaczył:

- Szybkie są strasznie, robaki, nie nadążysz za nimi...

Ber zimno wygłosił oklepaną frazę:

- Wobec tego, że oskarżony w całości przyznał się do winy...

Obrońca wniósł o ekspertyzę psychiatryczną, sędziowie naradzili się szeptem i oddalili wniosek. Obrońca wygłosił krótką mowę, Łanin mówił długo i pięknie, przysięgli wyszli i po siedmiu minutach postanowili:

- Winny.

Oskarżony w zamyśleniu wysłuchał surowego wyroku, a na propozycję Łanina, żeby wnieść apelację, powiedział obojętnie, jakby to wszystko go nie dotyczyło:

- Pewnie, można wnieść...

Żołnierz, wkładając szablę do pochwy, szepnął coś chłopakowi, i ten, gwałtownym ruchem owijając się w kitel, odpowiedział mu głośno:

- Przecież mówiłem - ślepcy...

W '93 albo '94 roku za Wołgą, naprzeciwko Niżnego Nowogrodu, paliły się lasy - ogień ogarnął setki dziesięcin. Nad miastem stał gorzki perłowy dym, w dymie wisiało pomarańczowe słońce, bez promieni, żałosne, straszliwe; a szczególnie ohydne było matowe odbicie oskubanego słońca, kołyszące się w mętnych wodach Wołgi, jakby nie chciało opaść na muliste dno.

Łąki za Wołgą zrobiły się bure, w mieście również zblakły wszystkie barwy. W dymnej, cuchnącej spalenizną mgle wszystko brzmiało głucho, z ogrodów zniknęły pszczoły i motyle, i nawet niepoprawnie łobuzerskie wróble ćwierkały ciszej i latały wolniej.

Ciężko było patrzeć, jak za Wołgą osiada wyblakłe słońce, jak zapada się w ziemię bez wspaniałych barw zorzy wieczornej. W nocy z miasta widać było, jak nad czarną ścianą dalekiego lasu wije się kolczasty grzbiet ognistego smoka i zieje w niebo czarnymi obłokami, jak Zmiej Gorynycz ze staroruskich baśni.

Dym napełniał ulice, przesączał się do mieszkań, miasto zmieniło się w wędzarnię ludzi. Mieszkańcy, klnąc i kaszląc, wychodzili wieczorem na stromy brzeg rzeki, na Skarpę, patrzyli na pożar i jedli lody, pili lemoniadę i piwo, przekonując się nawzajem, że to chłopi podpalili lasy. Ktoś ponuro powiedział:

- Pierwsza próba spektaklu "Koniec świata".

Znajomy ksiądz, spoglądając w dal czerwonymi oczami pijaka, mamrotał:

- Apokalipsa... Tymczasem trzeba się napić...

Żarty zdawały się nie na miejscu, irytowały, i wszystko, o czym mówiono w te duszne, popielne dni, ostro obnażało nędzę i nudę codziennego życia.

Oficer piechoty, marzyciel, autor "Botaniki wierszem dla dziewcząt w średnim wieku", zaproponował, żebym pojechał z nim do pożaru - pracowała tam część żołnierzy z jego oddziału. Pojechaliśmy parną nocą zaprzęgiem z dwu taborowych koni; prom przeprawił nas do wioski Bor, i syte zwierzęta, prychając ze złością, ruszyły z kopyta piaszczystą drogą - w cuchnącą mgłę. Mgła objęła bezruchem sielskie pola, zasłoniła horyzont szarym muślinem; powoli przebijał się przez nią blady świt i im bliżej byliśmy lasu, tym dym stawał się bardziej błękitny i gorzko drapał gardło, i wyżerał oczy.

Żołnierz na koźle głośno kichał, a oficer przecierał pince-nez, kaszlał i raczył nas poezją własnej produkcji, odważnie rymując "petunie" i "w trumnie".

Trzech chłopów z łopatami i siekierami ustąpiło nam drogi, mundurowy poeta zawołał za nimi:

- Gdzie pracuje kompania?

- Nie wiemy...

Żołnierz ściągnął wodze i zapytał:

- Gdzie tu są żołnierze?

Chłop w czerwonej koszuli machnął siekierą na lewo od drogi:

- A o tam...

Kilka minut później dotarliśmy do zagajnika. W gęstwinie młodych świerków i sosen uwijali się ludzie w białych koszulach, podbiegł feldfebel, zasalutował i wyskandował raport: wszystko idzie jak trzeba, tylko jeden Czuwasz trochę się poparzył. Następnie "ośmielił się zameldować", że na jego rozum cała ta robota nie ma większego sensu:

- Nie ma tu co ratować, ogień idzie górą, półkolem, zeżre ten cypel, a dalej już się nie pożywi i sam wygaśnie...

I wskazał długim ramieniem w prawo, uprzedzając:

- A tam jest torfowisko, suche bagno, stamtąd ogień pełznie tutaj dołem. Ludzie się denerwują...

Oficer również się zaniepokoił, nie wiedząc chyba, co robić, ale wtedy z lasu wypadł jak niedźwiedź wielki brodaty starzec z kosturem w ręce i z miedzianą blachą na piersi, zdjął zasypaną popiołem czapkę i zastygł, wbijając w oficera puste spojrzenie niebieskich oczu.

- Starosta?

- Tak jest.

- No, co tam?

- Pali się.

- Trzeba walczyć z ogniem - poradził oficer. - Las to nasz skarb. Tak... Las to są, bracie, nie tylko drzewa, to cały ekosystem inteligentnych stworzeń, na przykład - wasza osada...

- To wieś, nie osada...

Po ziemi, pod moimi stopami, ciemnym koronkowym pasem biegły mrówki, omijając żuka gnojarza, pospiesznie toczącego swoją kulę. Poszedłem zobaczyć, skąd przeprowadza się mrowisko. Wokół skradał się dziwny chrzęst, ktoś niewidzialny szedł obok mnie, deptał trawę, szeleścił gałęziami. Same gałęzie kołysały się jakoś niepewnie, niejasno.

Starosta dogonił mnie i poskarżył się:

- Trzecią dobę tak łażę. Pan będzie z władz? A-a, popatrzeć? Czemu nie. Chodź pan ze mną, zaprowadzę na pagórek, tu niedaleko, dobrze stamtąd widać...

Piaszczysty pagórek ocieniało ze dwadzieścia potężnych sosen; ich korony, rozpostarte jak kopuły, czerniały od sadzy. Przed pagórkiem, w jarze, sterczały tu i ówdzie marne świerczki, brzozy o cienkich pniach, bojaźliwie trzepotała liśćmi osika; dalej drzewa rosły coraz gęściej, a górowały ponad nimi sosny z zieloną śniedzią porostów na spiżowych pniach.

Przy korzeniach drzew biegały jak wiewiórki, wymachując czerwonymi kitami, wesołe płomyki; unosił się błękitny dymek. Było dobrze widać, jak ogień bawi się, wspina po korze pni, owija wokół nich, chowa, a w ślad za nim drepcą złote mrówki, i zielonkawe liszaje robią się szare, a potem czernieją. I znów skądś pojawia się ogień, gryzie zrudziałą trawę, niskie krzaki, i - znów się chowa. I raptem między korzeniami aż się roi od zaaferowanych, czerwonych odważnych zwierzątek.

Starosta opiera się obiema rękami o kostur i warczy:

- Tam są nasi... Zachowaj ich, Boże...

Ludzi nie widać, ale przez chrzęst, szurgot i dalekie głuche wycie z lasu dobiega szybki stukot siekier, dźwięczne pokrzykiwania i ciężki, skrzypliwy odgłos padających drzew. Pod nogi poturlał mi się ciemny kłębek - mysz polna; po bagnie przemknęła skokami biała piłka - zajączek.

Nie słychać szczebiotu ptaków, chociaż lasy Zawołża pełne są najróżniejszych śpiewających gatunków. W ciężkim powietrzu i niebieskawej, oszałamiającej, gorącej mgle nie ma też pszczół ani trzmieli, ani os. I smutno się robiło, kiedy zieleń martwo szarzała albo rudo rdzewiała i często, nie zajmując się ogniem, liście osiki spadały na ziemię jak popielne ćmy, żałobnie obnażając cienkie gałązki. Czasami wysuszony żarem liść nagle wybuchał płomieniem i opadał setkami żółtych i czerwonych motylków. Widziałem, jak najniższe łapy wspaniałych świerków tam, daleko, błyskawicznie tracą aksamitny ciemnozielony połysk, rudzieją, rdzewieją i zaraz się wyzłacają, bryzgają na wszystkie strony gęstym deszczem czerwonawych iskier, podobnych do przecinków. Oto iskry z lekkim, wesołym trzaskiem chmarą wzbiły się w górę, wyzłacając całą piramidę świerka, zawirowały i znikły, a drzewo zrobiło się czarne i tylko gdzieniegdzie na końcach gołych gałęzi błyskają malutkie żółte kwiaty płomieni. I zaraz następny świerk tak samo szybko rozkwitł i zginął, i jeszcze jeden, i jeszcze... Coś huknęło jak zepsute jajo i po bagnie popełzły, wijąc się na wszystkie strony, czerwono-żółte żmije, podnosząc spomiędzy traw ostre łebki, kąsając pnie drzew. Szybko żółkły drobne brzozowe liście, kiedy po białym pniu, po żywicznych zwitkach kory zręcznie piął się ogień, gałęzie dymiły błękitnie i wąskie strużki dymu wiły się nad podziw pięknie, cichutko poświstując. W cichym świście pożaru brzmiały, zdawało się, pierwsze nuty pieśni, dziwnych i głębokich.

Niepowstrzymanie ciągnęło mnie do ognia, coraz bliżej i bliżej. Starosta jęczał i też jak zahipnotyzowany schodził z pagórka, wymachując kosturem i wołając:

- Ach, Boże, jakie cuda czynisz... Ach ty, Boże!

Raptem głosy w głębi lasu ścichły i zamiast nich rozległo się wilcze wycie:

- U-u-u...

- Idziemy - powiedział starosta, ponuro nasłuchując.

I rzeczywiście: na lewo od nas, w oddali pomiędzy drzewami pojawiły się jakieś postacie; wybiegały tak szybko, jakby las je wypluwał. A z prawej dwaj żołnierze w butach szarych od popiołu, w koszulach bez pasów, prowadzili krótkonogiego chłopa, trzymając go pod ręce, jakby był pijany. Chłop prychał i pluł, bryzgając krwią na rozczochraną brodę i rozerwaną koszulę; nos i wargi miał rozbite, a nieruchome, jakby ślepe oczy śmiały się żałosnym dziecięcym uśmiechem.

- Gdzie go bierzecie? - zapytał surowo starosta.

Żołnierz-Tatar wyszczerzył dobrodusznie zęby i odpowiedział:

- Podpalał las, przenosił ogień z miejsca na miejsce!

Jego kolega dorzucił wściekle:

- Podpalał, widzieliśmy! I dmuchał.

- Ta-a, widzieli, a jakże! Kurzyć mi się chciało...

- Mamy rozkaz, żeby was pilnować, a ten zapalił gałązkę i podkłada...

- Ta-a, ta-a, a jakże! Zapalił! Do buta się przylepiła...

Żołnierz uderzył chłopa w szyję.

- Nie, czekaj, nie bij - ostro powstrzymał go starosta. - To nasz chłop. I to ci powiem, że on jest niespełna rozumu...

- To trzymaj go na łańcuchu...

Zaczęli się kłócić, ze złością, ale bez przekonania, a po bagnie krążyły płomienie, wpadając na chłopów uciekających z lasu. Siedmiu ludzi, ciężko skacząc, kierowało się ku nam; podbiegli i padli na piasek u podnóża pagórka, kaszląc, chrypiąc i klnąc.

- Mało nas nie dopadł...

- A ile się ptaków popaliło...

Na widok złych, wyczerpanych chłopów żołnierze odpuścili; zostawili zbitego podpalacza i odeszli w ciepły dym, który robił się coraz bardziej niebieski i gryzący. Na bagnie wciąż kłębiły się płomienie, otaczały pnie drzew; blakły i skręcały się, żółknąc, liście olszyn i brzóz, ożywały liszaje na pniach sosen, ruszając się, rojąc jak pszczoły.

Na pagórku zrobiło się gorąco, trudno było oddychać, i chłopi po krótkim odpoczynku jeden za drugim odchodzili w las, na stok powyżej. Starosta smętnie strofował pobitego:

- Zawsze z tobą jakieś awantury, Mikita. Ani pożar, ani procesja, nic się bez ciebie nie obejdzie...

Chłop milczał, dłubiąc czarnym palcem w przednich zębach.

- Dobrze mówili, żeby cię wziąć na łańcuch...

Chłop wyjął palec z ust i mocno wytarł go krajem koszuli. Kręcił głową, jego nieruchome oczy szperały po bagnie, śledząc strużki dymu. Paliło się całe bagno, wszędzie z czarnej ziemi wypełzały błękitne i szare pukle dymu. I wszędzie w ślad za nimi z torfu ostrym szpicem wyskakiwał ogień, kołysał się, kłaniał i znikał, a na jego miejscu wykwitała czerwonawo-złota plama, i we wszystkie strony biegły od niej cienkie czerwone nitki, same splatając się w węzły nowych płomieni.

Nagle u podnóża pagórka buchnął ogniem krzak jałowca; starosta machnął kosturem i odsunął się.

- Oż ty... Trzeba się stąd zbierać...

I ciężko stąpając po piasku między sosnami, burczał:

- Łażę tak, a - po co łażę? Co człowiek może zrobić z takim ogniem? A moja robota leży! Z tysiąc ludzi, nie mniej, tylko czas tu marnuje...

Dym spłynął po krzaczastych zaroślach do jaru, na dnie którego matowo błyskał strumień; dym osiadł tu gęściej i nawet strumień zdawał się strugą dymu. Z trawy wyleciała kuropatwa i jak kamień opadła w krzaki, szybko przepełzł malutki wąż, a za nim do wody sturlał się zwinięty w kulę jeż.

- Dogoni - powiedział Mikita i jak szarżujący byk, z pochyloną głową wlazł w krzaki.

- Uważaj, nie szalej - krzyknął za nim starosta i spojrzał na mnie spode łba. - Niespełna rozumu, co robić. Trzy razy się palił i tego... Żołnierze głupio gadali, on nic nie podpala, ale głowa już nie ta, ciągnie go do psot...

Dym wyżerał oczy, wyciskał łzy, w nosie kręciło i trudno było oddychać. Starosta głośno kichnął, rozejrzał się niespokojnie i machnął kosturem:

- Litości, powiedz, gdzie on polazł!

Przed nami po jałowcach wróblimi skokami schodziły do jaru płomyki, jak stado czerwonych na piersi gilów, w trawie odważnie łyskały ostre skrzydełka, kiwały się i cicho znikały ptasie łebki.

- Mikita? - zawołał starosta i nasłuchiwał. Słychać było suchy chrzęst, ostrzegawczy syk i cichutki świst. Gdzieś bardzo daleko pokrzykiwali ludzie.

- Cholernik - powiedział starosta. - Ale nie spaliłby się. Dla niego ogień - jak wódka dla pijaka. Jak tylko pożar, pierwszy leci na złamanie karku. Przyleci, wytrzeszczy oczy i stoi jak wrośnięty w ziemię. Ani ludziom nie pomoże, ani nic, tylko stoi i szczerzy zęby. Już go za to bili. Przegonią z jednego miejsca, zaraz wyrośnie w drugim. Opętany ogniem...

Oglądając się za siebie, widziałem, jak ogień, schodząc coraz niżej, próbuje za nami nadążyć, a nurt strumienia czerwieni się tu i ówdzie i świeci jak złoto.

- Miki-ita-a?

Przez las ktoś biegł w naszą stronę, starosta przystanął i wytarł łzawiące oczy; zza drzew wypadł chłopak bez koszuli, koszulę owinął wokół głowy, jak turban.

- Gdzie lecisz?

Mocno zdyszany, aż chodziły mu żebra, chłopak machał ręką za siebie i mamrotał:

- Wszyscy stamtąd uciekli... poszedł górą... nie idźcie tam. Od razu nas dogonił... Oj, wystraszyłem się, Boże...

- To jak tu teraz iść? - spytał sam siebie starosta. - Musi prosto, bo jak! Nie znamy tego lasu, na próżno nas tutaj spędzili. Łazimy wte i wewte, i po co? Każdy tylko myśli, jak tu się schować przed władzą.

Mówił z rosnącą złością.

- Życie! Jak tylko jaki topielec, albo trupa czy ofiarę morderstwa znajdą gdzieś na drodze, albo jak pożar lasu - zawsze potrzebny im chłop. A chłop ma swoją robotę! I czego on potrzebuje? Tylko jednego: dajcie mu spokojnie żyć. Nic więcej... Mikita-a? Diabli by cię wzięli...

Przeszliśmy jakąś wiorstę rzadkim, młodym sosnowym zagajnikiem i wyszliśmy na polanę, gdzie siedziało i leżało z pół setki chłopów; parę bab przyniosło na koromysłach wiadra z kwasem i chleb. Na widok starosty ludzie zawyli chórem:

- Długo jeszcze będziemy łykać ten dym? Mamy robotę...

Niebieskawe strużki pełzały po trawie, głaskały szpadle i siekiery. Z góry padał deszcz drobnego szarego popiołu, niewidocznego w rozedrganej mgle, szarzały od niego brody, poszarzała trawa i szeroko rozpostarte łapy sosen pokryły się jakby pianą. Był to niechybny znak, że pożar idzie górą.

- Zabierać się stąd! - zarządził starosta. - I w pole...

Chłopi ciężko wstali, pokrzykując na siebie nawzajem i na baby, i poszli przesieką w ślepą szarą dziurę.

Aż do nocy błąkałem się z nimi po lesie i po polach, wokół nas wojowniczo harcowali na sytych koniach dwaj podoficerowie policji, bezsensownie przepędzając tłum z miejsca na miejsce. Jeden z nich, czarny, hardy, wywijał nahajką i wrzeszczał:

- Diabły, a jakby tak wasze się paliło...

Wieczorem leżałem w polu na suchej, gorącej ziemi i patrzyłem, jak nad lasem nadyma się i kołysze purpurowa łuna i Boruta kadzi gęstym dymem, składając komuś szczodrą ofiarę. Po wierzchołkach drzew łaziły, biegały czerwone zwierzątka, wzbijały się w dym szerokoskrzydłe ptaki i wszędzie fascynująco, magicznie grał ogień, ogień, ogień.

A w nocy las zrobił się nieopisanie straszny i bajkowy: jego niebieska ściana wyrosła wyżej, a w głębi, między czarnymi pniami szaleńczo kłębiły się i hasały czerwone kudłate bestie. Rzucały się do korzeni, obejmowały pnie, małpio zręcznie wspinały się na nie, walczyły ze sobą, łamały gałęzie, gwizdały, łomotały, jęczały i las chrzęścił, jakby tysiące psów gryzły kości.

Nieskończenie różnorodnie mieniły się i niezmordowanie tańczyły formy ognia między czarnymi pniami. Oto niezgrabnie podskakując, turlając się, wytacza się na skraj lasu wielki rudy niedźwiedź i sypiąc kępkami ognistej sierści, wdrapuje się jak po miód w górę drzewa, dociera do korony, obejmuje gałęzie kudłatymi szkarłatnymi łapami, huśta się na nich, strząsając igły złotych iskier; oto bestia lekko przeskoczyła na sąsiednie drzewo, a tam, gdzie była przed chwilą na czarnych nagich gałęziach, zapaliło się mnóstwo niebieskich płomyków, po konarach harcują purpurowe myszy i przy ich jasnych skokach wyraźnie widać, jak zawile plączą się niebieskie dymki i jak po korze pnia suną w górę i w dół setki ognistych mrówek.

Czasami ogień wyłaził z lasu powoli, skradał się jak kot polujący na ptaka i raptem unosił ostry pyszczek, rozglądał się - co by tu zjeść? Albo nagle pojawiał się błyszczący płomienny miś - amator owsa, i czołgał się po ziemi na brzuchu, z szeroko rozłożonymi łapami, zagarniając trawę w ogromną czerwoną paszczę.

Wybiegał z lasu tłum ludzików w żółtych czapeczkach, a w oddali, w dymie, za nimi szedł ktoś wysoki jak masztowa sosna, osmalony, ciemny - szedł, wymachując czerwonym sztandarem, i gwizdał. Skokami, jak zając, wypadał spomiędzy drzew czerwony kłąb, cały w ognistych igłach, jak jeż, a za nim merdał w powietrzu dymny ogon. I po wszystkich pniach na skraju lasu biegały ogniste robaki, złote mrówki, i latały, oślepiająco błyszcząc, czerwone chrząszcze.

Powietrze było coraz duszniejsze i parzące, dym coraz gęstszy i gorzki, ziemia rozprażona, oczy wysychały, rzęsy robiły się gorące, a brwi zjeżone. Nie miałem siły leżeć w tym palącym, trującym zaduchu, ale nie chciałem odchodzić: kiedy jeszcze zobaczę tak wspaniałe święto ognia? Z lasu wypełza, wijąc się i garbiąc, ogromna żmija, chowa się w trawie, kołysze ostrym łbem i nagle znika, jakby zapadła się pod ziemię. Włos mi się jeży, podciągam nogi pod siebie, żmija zaraz pojawi się gdzieś blisko - na pewno mnie szuka. I ostra świadomość niebezpieczeństwa upaja, męczy bardziej niż żar i dym.

...Obłoki na zachodzie są gęste, niebieskie i rude. Na perłowym niebie, nad puszystą watahą świerków, zawisł stopiony, niemal przezroczysty odłamek księżyca. Świerki rozlazły się po bagnie, doszły do horyzontu i zbiły się w ciemną masę - tam grozi im czerwonym kamiennym palcem komin fabryki.

W południe spadł ulewny deszcz, a potem aż do wieczora ziemię prażyło ostre słońce; teraz ziemia jest mokra, powietrze wilgotnie duszne. Bagno napuchło ze smutku; smutek jest również wilgotny, spocony.

Felczer Sasza Winokurow łazi jak niedźwiedź, na czworaka, po pagórku obsianym żytem, rozstawia siatki na przepiórki, a ja leżę pod krzakiem kaliny i głośno myślę:

- Dobrze byłoby zacząć żyć jeszcze raz, znów mieć piętnaście lat...

Sasza grubym szeptem podtrzymuje konwersację:

- Nikomu nie podoba się, jak teraz żyje.

Stoczył się z pagórka do mnie pod krzak, wytarł zabłocone dłonie o cholewy i ogląda "wabik" - świstawkę na przepiórki. Po czole wbiegają na łysinę faliste zmarszczki, oczy robią się okrągłe jak u ryby.

Ciekawy z niego człowiek. Syn urzędnika sądowego, "nie uniósł ciężaru nauki w gimnazjum i wygnany barbarzyństwem ojca" uciekł z domu, dwa lata wędrował po więzieniach i katorgach jak włóczęga bez nazwiska, a potem "zmęczony do utraty pamięci nawet o tym, czego nie sposób zapomnieć", wrócił do ojca i został "zaciągnięty jak martwa mysz w mrowisko" na ochotnika do pułku piechoty; tam trafił do szkoły dla wojskowych felczerów. Odsłużył wojsko, siedem lat pływał na statkach "Floty ochotniczej" i -

- Piłem wszystkie alkohole świata, nie dlatego, żebym był pijakiem, ale dlatego że trzeba przecież jakoś pokazać ludziom oryginalny charakter! Piłem w takich ilościach, że nawet Anglicy przychodzili się na mnie pogapić. Stoją jak wryci, wzruszają ramionami, uśmiechają się, dumni - proszę, to jest konsument! Właśnie dla takich pędzimy gin i whisky. Jeden powiedział mi nawet: "A nie próbował pan kąpać się w whisky?" Zresztą Anglicy to porządni ludzie, tylko język mają gorszy od chińskiego...

- Sam nie wiem, jak trafiłem do Persji, ożeniony z pokojówką angielskiego kupca; bardzo miła kobieta, ale pijaczka, jak się okazało - a może to ja ją spiłem. Dwa lata później zmarła na cholerę, ja zaś wyjechałem do najpaskudniejszego miasta na świecie, Baku, a potem tu, do tej dziury. Też niby miasto, żeby je diabli porwali na drobniutkie strzępki.

- Sasza - proszę - niech pan opowie o swojej podróży do Chin.

- Podróż jak podróż: wsiadasz na statek, a reszta to już zmartwienie kapitana - mówi, sprawdzając świstawki. - A każdy kapitan pije, klnie i bije, tak już mają z natury. Niech mi pan da papierosa!

Zapalił papierosa, wciągnął jednym nozdrzem strużkę dymu.

- Tytoń leciutki, pour les dames.

Winokurow jest po pięćdziesiątce, ale to mocny człowiek. Jego żołnierską, drewnianą twarz rozświetlają jasne oczy; ich spojrzenie jest spokojne, to spojrzenie człowieka, który wiele widział, niczemu się już nie dziwi ani niczego nie boi. Patrzy przez ludzi na wskroś, obok nich, odnosi się do nich pobłażliwie, nieco po pańsku. Nie praktykuje medycyny:

- Doszedłem do tego, że medycyna to ślepa nauka.

Ma w mieście "Pyszne kefiry i handel bułgarską serwatką z dostawą do domu metodą I. Miecznikowa".

- Niechże pan coś opowie - nalegam.

- Zadziwia mnie pańska łapczywość! I gdzie pan upycha te śmieci ludzkich słów? Co mam opowiedzieć?

- Co pan widział.

- Noo-o! Rok bym opowiadał. Widziałem wszystko, co trzeba, wszystkie możliwe przeszkody. Dlaczego przeszkody? A jak inaczej to nazwać? Statek odbija od brzegu, przeżegnasz się - wieźcie mnie, gdzie trzeba. I płyniesz dzień, noc, dzień, noc; wokół puste morze i puste niebo, a ja jestem człowiek spokojny, więc mi się to podoba. Ale - gwiżdżą, znaczy: dokądś przypłynęliśmy. I ten postój zdaje się przeszkodą. Jakbyś pan szedł nocą i raptem natknął się na płot.

- N-no, i wtedy na pokładzie wybucha histeryczne zamieszanie wszystkich tych niepozbieranych pasażerów. Pasażerowie to bardzo szczególny typ ludzi, typ najgłupszy. Człowiek na morzu, na pokładzie statku staje się śmieszny jak dziecko, nie mówiąc już o tym, że wszystkich paskudnie mdli. I w ogóle - na morzu zauważasz, że człowiek jest jeszcze marniejszy niż na lądzie, i właśnie to jest nauka płynąca z podróży morskich. Powiem to wprost: na powierzchni ziemi nie ma nic gorszego od pasażerów.

- Leń nudzi się wszędzie; na morzu nuda jest szczególnie trująca, a pasażerowie z natury wszyscy są leniami. Z nudów tak im odbija, że nie oglądając się na swój status społeczny, ordery, majątek i inne zasługi, gadają z palaczem jak z równym; na własne oczy widziałem taki przypadek. Jak psy na owsiankę rzucają się do burt, karmić oczy obcymi brzegami. Gap się, gap - ale siedź spokojnie! Ale nie, zaraz tupot i wrzaski: "Ach, patrzcie, patrzcie!" Nawiasem mówiąc, nie ma na co patrzeć: wszystko całkiem zwyczajne - ziemia, domy, ludzie mniejsi od myszy. I zawsze w tym czasie się zdarzy nieszczęśliwy wypadek: w Aleksandrii przeklęta pokojówka rozlała mi drachmową szklankę acidum carbonicum, oczywiście smród w całej pierwszej klasie, pierwszy oficer sklął mnie tak, że jakaś dama poskarżyła się kapitanowi, przez pomyłkę również na mnie. Albo, na przykład: dziewczynka przytrzasnęła sobie palec drzwiami ambulatorium, a jej ojciec szturcha mnie laską w śledzionę, bo jest dyplomatą. I zawsze tak: niespodziewanie i głupio.

- Krótko mówiąc, na tej ziemnowodnej planecie nie widziałem nic nadzwyczajnego; wszędzie ludzie jednakowo obrażają się słowem i czynem; szczególnie gorliwie na półkuli azjatyckiej, ale na innych też. Powiada pan, że są tylko dwie półkule? Uważam, że to złudzenie intelektualne: jeśli spojrzeć na rzecz czysto praktycznie i przeciąć naszą planetę od biegunów wzdłuż dowolnego południka, otrzymamy tyle półkul, ile mamy południków, a może i więcej. Poproszę papierosa!

Zapalił, zmrużył oczy i powiedział:

- Nie powinienem palić, przepiórka nie lubi dymu.

I ciągnął spokojnie, półgłosem:

- Czasem trafiają się przypadki ciekawe, ale dla spokoju duszy lepiej, żeby ich nie było. Na przykład: na Morzu Chińskim - jest takie, niczym nie różni się od innych mórz... A więc płyniemy po tym samozwańczym morzu do Hongkongu z dużym opóźnieniem i nocą, w gęstej mgle, wachta dostrzega dziwny ogień. Ja, drugi oficer, bosman i bufetowy graliśmy w preferansa i nagle słyszymy: "Pożar na morzu..."

- Oczywiście poszliśmy zobaczyć, nawet nie skończyliśmy rozdania. Podczas długiego rejsu każde głupstwo budzi ciekawość, nawet na delfiny gapisz się z przyjemnością, chociaż ta niejadalna ryba przypomina świnię - i w tym cały dowcip. Tak więc patrzę: zwykła parna noc, gorąco jak w łaźni, nieboskłon pokryty czarnym filcem i równie kosmaty jak morze. I naturalnie gęsta mgła, a w dali barwnie płonie małe ognisko, tak kłując, wie pan, płomieniami niebo i morze, nastroszone jak jeż, tylko duży, wielkości, powiedzmy, barana. Drży i rośnie. Nic specjalnie ciekawego, tym bardziej że karta mi szła.

- Zauważyłem u ludzi pogańską fascynację ogniem. Sam pan wie, że największym świętom rodziny carskiej, imieninom, ślubom i tym podobnym rozrywkom - z wyłączeniem pogrzebów - towarzyszą iluminacje, zabawa ogniem. Podobnie jak nabożeństwom, i tu już bez wyjątku dla pogrzebów. Chłopcy nawet latem lubią palić ogniska, za co należy ich lać bez litości celem zapobieżenia straszliwym pożarom lasów. Generalnie, muszę powiedzieć, pożar to ulubione widowisko ludzi i każdy na łeb na szyję leci w ogień jak ćma. Biedak cieszy się z pożaru u bogacza, a każdy człowiek, jeśli nie jest ślepcem, czuje pociąg do ognia; to jest znana sprawa.

- Pasażerowie wysypali się na pokład, obserwują wspaniałe widowisko i dyskutują: co się pali? Tak jakby nie znali oczywistej odpowiedzi: na morzu płonąć mogą jedynie statki różnych bander; pośród takiego ogromu wód nie ma żadnych innych dzieł ludzkich rąk, to rozumie nawet głuchonieme dziecko. Zadziwiające, że pasażerowie nie rozumieją rzeczy oczywistej: potok zbędnych słów nie potrafi rozproszyć nudy życia.

- No-o, stoję skromnie z boku i słucham ożywionej rozmowy obserwatorów, i nagle kobiecy okrzyk: "Ale przecież tam mogą być ludzie!"

- Aż się uśmiechnąłem: no, no, jaka domyślna! Rozumie się samo przez się, żaden statek nie wyjdzie w morze bez ludzi, a ona wpadła na to dopiero teraz. I znowu krzyczy: "Musimy ich ratować!"

- Zaczęła się kłótnia: jedni przyznają, że trzeba, inni, trzeźwiej myślący, wskazują, że już i bez tego mamy opóźnienie. Ale dama okazała się uparta i nieprzejednana - później się dowiedziałem, że podróżowała z Karsu do Japonii, do siostry, której mąż pracował w ambasadzie, a także z powodu gruźlicy płuc; tak więc dama okazała się nieprzejednana - żąda ratowania ginących ludzi i namawia pasażerów do wysłania delegacji do kapitana z prośbą o pomoc dla płonącego statku. Tłumaczą jej, argumentują, że może to statek chiński i ludzie na nim to Chińczycy, ale to jej nie zraża, odwrotnie: histerycznym wizgiem doprowadziła jakąś trójkę nieszczęśników do tego, że poszli do kapitana, i chociaż ten próbował wykręcić się opóźnieniem, dowiedli mu, że rzekomo istnieje prawo morskie, nakazujące pomagać podczas katastrof, i nawet zagrozili spisaniem protokołu.

- Histeryczka tryumfowała: kapitan zmienił kurs i popluskaliśmy po kosmatym morzu, po kępach fal w gęstą mgłę, w stronę owego ognia. Załoga klnie i pracuje, szykuje szalupy; podpłynęliśmy blisko i co widzimy: pali się stareńki chiński dwumasztowiec, obok skaczą na falach dwie łódki pełne ludzi, ludzie wyją, wrzeszczą, a na płonącym statku, na dziobie, stoi wysoki szczupły mężczyzna; stoi jak skamieniały. Ogień szaleje całkiem już na serio, cała rufa w ogniu, maszty jak świece, płomień smaga nawet kubryk, a mężczyzna sterczy jak na warcie honorowej - ani drgnie. Widać go wyraźnie.

- Nasza załoga zabrała ludzi z łódki, było ich siedmiu, i z drugiej łódki, trzech - reszta spanikowała, skoczyła do wody i utonęła. Uratowani powiedzieli, że na statku został ich pan i że życzy sobie zginąć razem z majątkiem. Nasi marynarze wołali go jak mogli: "Skacz, cholero, do wody!" Ale przecież nie ściągną go arkanem? Nie mieliśmy czasu na takie zabawy, kapitan ostro gwizdnął. W chwili, kiedy ogień ogarnął dziób statku, widziałem bardzo wyraźnie, jak ten Azjata podskoczył, raptem cały stanął w płomieniach, złapał się za głowę i zanurkował w ogień - jak w morze.

- Ale clou tej historii nie w zachowaniu Chińczyka, Chińczycy są całkowicie obojętni na swój osobisty los, bo jest ich bardzo wielu i żyją w ciasnocie; doszli nawet do tego, że przy dużym przeludnieniu losują: kto umrze? I wylosowani uczciwie umierają. A kiedy w rodzinie rodzi się druga dziewczynka, wrzucają ją do rzeki; nie tolerują w rodzinie więcej niż jednej panny.

- Ale clou, powiadam, nie w nich, ale w zachowaniu owej damy-gruźliczki - wrzeszczy na kapitana: dlaczego nie rozkazał gasić pożaru na statku? Ten jej tłumaczy: "Szanowna pani, nie jestem strażakiem!", a ona: "Ale przecież zginął człowiek!" Wyjaśniają jej, że to bardzo częsty przypadek nawet na lądzie, a ta dalej swoje: "Czy wy w ogóle wiecie, co to jest człowiek?" Jasne - wszyscy uśmiechają się kpiąco. A ona, jak piesek kanapowy, skacze na ludzi i piszczy: "Człowiek, człowiek..." Publiczność obrażona odsuwa się od niej, i wtedy ona podbiega do burty i w płacz. Podszedł pewien dostojnik, wielmoża, że tak powiem - nazwiska zapomniałem! - i całą swoją powagą uspokaja damę: "Zostało zrobione - mówi - wszystko, co można było zrobić..." Ale i jego potraktowała nader nieuprzejmie. Wtedy mówię do niej z najwyższym szacunkiem: "Szanowna pani, zechce pani zażyć kilka kropli waleriany..." Nawet na mnie nie spojrzy i szepce: "O, idioci..." Jestem człowiekiem skromnym, ale mnie uraziła. Mimo to mówię, jak można najdelikatniej: "Szanowna pani, skandal, który pani urządza, powodowany szlachetnością serca, również i mnie wzrusza..." Ale odtrąciła moją subtelną pomoc - i wrzeszczy mi prosto w nos: "Precz! Won!..."

- No to wtedy już oczywiście odszedłem, wielkodusznie zostawiwszy jej kieliszek z olejkiem walerianowym. Stanąłem sobie z boku, słucham, jak pochlipuje, cała zasmarkana. Stoję i czuję: w tych jej łzach, w płaczu po nieznanym Chińczyku jest coś bardzo dla mnie obraźliwego. Nie może przecież być, żeby zawsze szczerze opłakiwała wszystkich ginących na jej oczach z rozmaitych powodów. W Singapurze setki Hindusów umierały z głodu - nikt z naszych pasażerów nad nimi nie płakał. No dobrze, to obcy naród, ale też na moich oczach dziesiątki naszych, rosyjskich marynarzy, robotników portowych i innych ludzi rwało, łamało i zgniatało - pasażerowie patrzyli całkiem obojętnie, jeśli nie liczyć strachu i rozstrojów nerwowych na widok mnóstwa krwi.

- Myślałem, myślałem o tej historii z kobietą, myślałem paskudnie dużo, ale do niczego nie doszedłem...

Winokurow poskubał wąsy, chwilę nasłuchiwał, a potem powiedział ze złością:

- Przypuszczam, że zachowała się bez sensu.

Noc. Na mętnoniebieskim niebie przyćmione gwiazdy. Odłamek księżyca gdzieś zniknął. Niziutki chudy świerk, niedaleko od nas, pociemniał i zrobił się podobny do mnicha.

Sasza Winokurow proponuje iść do szałasu leśnika i tam przeczekać do rana, kiedy przepiórka się zbudzi. Idziemy. Ciężko wlokąc nogi po mokrej trawie, mówi z naciskiem:

- Jak się robi gorąco, nie czujesz już, czy gorzko.

A.N. Szmidt

Po reprezentacyjnej ulicy Niżnego Nowogrodu, Niżnej Pokrowce, ciemnym kłębkiem, mysim truchtem toczy się Anna Nikołajewna Szmidt, reporterka "Gońca Niżniegrodzkiego". Woźnice mówią do siebie nawzajem:

- O, Szmicicha leci szukać skandali.

I szlachetnie proponują:

- Mateczko, podwieźć za dziesięć kopiejek?

Anna Szmidt targuje się, zawsze chce dać dlaczegoś siedem kopiejek. Zabierają ją za siedem - woźnice i w ogóle wszyscy "prości ludzie" uważają ją za nawiedzoną i tytułują "mateczką", choć chyba powinni "dziewicą", i lubią jej pomagać, czasem nawet ze stratą dla własnych interesów.

Od rana przez cały dzień Anna Szmidt biega po rozmaitych instytucjach miejskich, zbiera "wiadomości", dręczy pytaniami "działaczy" miejskich, którzy oganiają się od niej jak od pszczoły czy osy. Niekiedy zmusza ją to do stosowania metod, które nazywa "amerykańskimi": kiedyś namówiła stróża, żeby zamknął ją w szafie, i siedząc tam zanotowała rozmowę konserwatywnych ziemian - wyczyn całkiem bezinteresowny, bo zdobyte przez nią informacje nie mogły iść do druku ze względu na cenzurę.

Patrząc na nią, trudno było uwierzyć, że ten łagodny, dobrze wychowany człowiek gotów jest na takie śmieszne akcje szpiegowskie.

Jest malutka, życzliwa i spokojna; na jej twarzy, mocno poznaczonej wiekiem, jasno i dobrodusznie uśmiechają się szafirowe oczka, zabawnie marszczy się ptasi, ostry nos. Ręce ma ciemne jak ptasie łapki, w cienkich palcach zawsze nerwowo podryguje krótki ołówek - szósty palec. Jest zmarzluchem, zimą wkłada trzy albo i cztery wełniane spódnice, owija się w dwa szale, co nadaje figurce krągły wygląd główki kapusty.

Wpada do redakcji i gdzieś w kącie ściąga dwie czy trzy spódnice, odsłaniając do kolan nogi w grubych pończochach z wiejskiej wełny, zdejmuje szale, przyczesuje włosy, siada za długim biurkiem na środku sporego pokoju, zasłanego porwanym papierem i starymi gazetami, przesiąkniętego tłustym zapachem farby drukarskiej.

Długo w milczeniu pisze starannym, drobnym charakterem pisma, i nagle, jakby ją ktoś szturchnął, podskakuje, szybkim ruchem unosi głowę, rozgląda się, jakby pierwszy raz przypadkiem trafiła do tego pokoju. Jej oczy robią się surowo niebieskie, pomarszczona twarz mocno zmienia wyraz, grają mięśnie szczęk - pewnie zaciska zęby. I tak omiatając wszystkich i wszystko ponurym wzrokiem, siedzi bez ruchu minutę albo dwie. Zdaje się, że w takich chwilach Anna Szmidt tłumi atak ostrej pogardy do wszystkiego, co kręci się i gada wokół niej, a jeden ze współpracowników, A.W. Jarowicki, szepnął mi kiedyś:

- Aniutę porwała alternatywna rzeczywistość...

Liczne spódnice Anny Szmidt były mocno znoszone, buty połatane, bluzki sprane, przetarte i byle jak pocerowane. Jej matka, chora staruszka koło osiemdziesiątki, mogła jeść wyłącznie rosół z kury, codziennie trzeba było kupować tę kurę, co kosztowało sześćdziesiąt do osiemdziesięciu kopiejek, co znów znaczy trzydzieści do czterdziestu wierszy, a Szmidt drukowała średnio nie więcej niż sześćdziesiąt.

Mówiąc o matce, robiła się podobna do nastolatki, która kocha mamę i uważa ją za autorytet we wszystkich kwestiach życiowych. Dziwnie i wzruszająco było słyszeć z ust staruszki miękkie, dziecięce słowo - mama.

Mówili mi, że ta mama jest po starczemu egoistyczna i skłonna do złości; jeśli kura była łykowata albo jej się znudziła, tupała na córkę i rzucała w nią łyżkami, widelcami, chlebem. Do mnie Anna Szmidt odnosiła się z dużym zainteresowaniem, ale że nie widziałem w niej nic ciekawego, unikałem nieco natarczywych pytań - niemal zawsze dotyczyły intymnych sfer życia. Zazwyczaj mówiła mało i niemal zawsze o "sprawach" miasta czy gazety. W jej bezbarwnych słowach nie mogłem odnaleźć ani jednego oryginalnego, celnego sformułowania, które na zawsze zapadłoby w pamięć, a byłem na takie frazy bardzo łakomy - bo jak promienie słońca, rozświetlając mrok duszy bliźniego, nagle ukazują jakąś jej nieznaną część i pozwalają zajrzeć w duszę człowieka.

Ubóstwo zewnętrznej postaci Anny Szmidt beznadziejnie podkreślało ubóstwo jej poglądów na politykę miasta i państwa, co dawało wszystkim w redakcji prawo traktować ją tak, jak traktowali woźnice - jako "stukniętą", niespełna rozumu.

Tym bardziej wstrząśnięty i zdumiony byłem, kiedy ksiądz F., utalentowany organizator debat publicznych z niezliczonymi sekciarzami ziemi niżnienowogrodzkiej, powiedział mi, wrogo marszcząc nos:

- Chytra staruszka, ta pańska Szmidt! Bardzo sprawnie łapie ludzi. Straszny szkodnik.

Byłem szczerze zdumiony, ale mi nie uwierzył. Uśmiechając się ironicznie, odpowiadał na moje pytania:

- Że niby nic pan nie wie? Mało prawdopodobne, i mówię to, doskonale znając pańską ciekawość ludzi...

Cierpiał na jakąś nieuleczalną chorobę, jego ascetycznie kościstą, chrystusową twarz obciągała ciemna skóra, oczy błyszczały gorączkowo, często oblizywał wargi burym językiem i nerwowo wyłamywał długie palce, aż trzeszczały. W dyskusjach z "heretykami" był złośliwy, sprawnie stosował erystykę i umiał zirytować przeciwników tak, że gubili się i ułatwiali mu wygraną. Bardzo lubiłem obserwować jego sztuczki, ale zdawało się, że ten człowiek o twarzy męczennika nie kocha ani Boga, ani wiary, ani ludzi, że życie mu obrzydło, że chodzi dyskutować, tak jak chodziłby do knajpy pograć w bilard - przypominał mi aktora, który recytuje rolę prawowiernego żyda w sztuce "Uriel Acosta". Strzelając palcami, wypytywał mnie:

- I niby nie wie pan również, że ta Szmidt koresponduje z filozofem Włodzimierzem Sołowjowem, słusznie oskarżanym o skłonność do herezji katolickiej?

Powiedziałem:

- Jestem tym równie zdumiony, jak gdyby ojciec Aleksander nagle okazał się nie księdzem, a strażakiem.

Ku mojemu zaskoczeniu duchowny parsknął śmiechem i zaczął mnie punktować:

- I proszę, wygadał się pan! Oj, marny z pana dyplomata! Czyli zna pan jej ucznia, strażaka Simakowa?

Po moich - oczywistych w tej sytuacji - zapewnieniach, że nie znam żadnego strażaka, ksiądz, nie kryjąc niedowierzania, leniwie opowiedział mi, że Anna Szmidt założyła kółko religijne, które może rozwinąć się w sektę, i że w kółku tym są woźnice, czeladnicy, jakiś strażnik więzienny i strażak.

- Ludzie u nas lubią gadanie i bajki. Ten strażak był bezpopowcem; teraz został gorącym adeptem Szmidt. Ale że jest z natury głupi, plecie najwięcej z prozelitów nowej sekty - i jeśli chce się pan dowiedzieć, co pustosłowie tej staruchy robi w głowach prostych ludzi, niech pan z nim porozmawia. Przychodzi na moje dyskusje i ryczy jak głupi...

Łuka Simakow, szeregowiec z pułku grenadierów - potężny, wysoki mężczyzna z czarną szczotką wąsów i siną, gładko wygoloną głową. Policzki ma również sine, a gruba dolna warga jest barwy świeżej wołowiny. Lewe oko ciemne i mniejsze od prawego trwożnie ucieka w skroń, szczególnie kiedy Łuka denerwuje się i twardą dłonią, wielką jak łopata, mocno pociera czaszkę, trze tak, że słychać trzask włosów. Prawe oko duże, wytrzeszczone, niemal nieruchome, zgaszone i obrzeżone bardzo długimi rzęsami przypomina jakiegoś owada.

W ciemnej knajpie, oparty piersią o stół, głuchym głosem poucza:

- A ty jak myślisz, jak rozumieć Chrystusa?

Łuki nie trzeba było wypytywać, słowa płynęły z jego ust jak strumień ze skalnej szczeliny. Mówił z dzikim zapałem wierzącego, wykluczającym jakikolwiek sprzeciw:

- Chrystus to "liogost'"!

Tak nazywają u nas linę z obciążnikiem na końcu; marynarze, podpływając do przystani, rzucają ją na brzeg.

- Nie-e! - powiedział ze złością Łuka. - Chodzi o lekkość. Chrystus to lekkość, bo lekko z nim żyć. A przystań też pasuje, bo poprzez Chrystusa człowiek dopływa do prawdziwej wiary. Tylko - zrozum! - Chrystus to nie natura ani nie istota, Chrystus to słowo...

- Logos?

Zdumiony Simakow krzyknął:

- Tak! Tak!

Przysunął się jeszcze bliżej i zapytał:

- Skąd wiesz? Kto ci powiedział? Mateczka? Ech, to ci staruszka! - ciągnął już szeptem. - Niby nędzarka, ale... My tu się wysilamy, cali dumni z siebie, a jej, wcielonej świętości - prawie że nie widać. Mądrość Boża kryje się w małej muszce...

- A tego słowa nie mów nikomu - uprzedził. - I szczególnie żeby popi nie usłyszeli, dla nich to jak trucizna. Bo jak usłyszą - będziesz miał kłopoty!

Potem wyjawił mi wielką tajemnicę: Chrystus żyje i mieszka w Moskwie, na Arbacie.

- To wszystko wymysły popów, że umarł na krzyżu, a potem zmartwychwstał i wstąpił na niebiosa - nie, on jest na ziemi, blisko ludzi. Słowa nie zabijesz! No spróbuj tylko - zabijesz? Patrz, mówię ci słowo, tak - i spróbuj je zabić. Rozumiesz?

Dwie godziny słuchałem jego mętnych wywodów; kiedy wychodziłem, wielkodusznie obiecał:

- Czekaj, umówię cię z samą mateczką! Wszystkiego cię nauczy.

O moim spotkaniu ze strażakiem Szmidt dowiedziała się sama, zanim zdążyłem jej powiedzieć. Nerwowo postukując krótkim ołówkiem po paznokciach, pytała:

- I co panu mówił ten prostaczek boży?

Kiedy usłyszała, że mówił mi o Chrystusie mieszkającym w Moskwie, na Arbacie, zabębniła ołówkiem jeszcze bardziej nerwowo.

- Nie jest specjalnie mądry, kilka razy mocno poparzył się w pożarach i teraz takie skutki.

Jej oczy pociemniały, błyszczały teraz surowo; mocno zacisnęła wargi i jej malutka twarz gorzko się ściągnęła.

- Jeżeli poważnie interesują pana takie kwestie, możemy porozmawiać, mam czas w święto Trójcy...

I zaraz uśmiechnęła się i zapytała:

- Ale pan przecież tylko z ciekawości, z nudy, prawda?

Powiedziałem, że życie mnie nie nudzi i że chęci poznania, jak myślą inni ludzie, nie nazwałbym zwykłą ciekawością.

- Oczywiście, oczywiście że nie! - zawołała cichutko Szmidt i nagle półgłosem, składnie, językiem wprawnego mówcy, szybko obracając ołówek w palcach mumii, zaczęła opowiadać, jak bardzo ludzie oddalili się od siebie, jak mało w nich pragnienia i umiejętności dotarcia w głąb duszy bliźniego.

- W mętnym nurcie życia pływamy niemi jak ryby. "Daj pokój twojemu światu" - modlimy się, ale przecież pokój to harmonia dusz, ich wzajemny związek, a jak wejść w związek z duszą niemą, niepoznaną?

Wezwali ją do biura; wychodząc, poprosiła łagodnie:

- Niech się pan nie wyśmiewa z Łuki, to szaleniec boży; na takich opiera się prawdziwa wiara.

W święto Trójcy, wieczorem, przyszła do mnie - odświętnie ubrana: w brązowej spódnicy z łatą na brzegu (kawałek materiału urwała o gwóźdź, a może wyszarpał go pies); niebieską bluzkę zdobiła na piersi błękitna kokarda, a na nogach błyszczały nowe kalosze, choć na dworze było sucho i gorąco. Okazało się, że Szmidt oddała buty do naprawy, ale szewc z tym nie zdążył; musi chodzić w kaloszach.

Piliśmy herbatę z konfiturą wiśniową i sucharkami - wiedziałem, że to ulubione łakocie Anny Nikołajewny. Bliżej północy dowiedziałem się, że stareńka zabawna reporterka prowincjonalnej gazety Anna Szmidt jest wcieleniem jednej z kobiet, które przyszły do Grobu Pańskiego, zdaje się Marii Magdaleny, która z kolei była wcieleniem Sofii, Przedwiecznej Mądrości. Pomiędzy Marią Magdaleną a Anną Szmidt Przedwieczna Mądrość oczywiście wcielała się niejednokrotnie, na przykład w Katarzynę ze Sieny czy Elżbietę z Turyngii, pozostałych wcieleń nie pamiętam.

Na początku słuchało mi się Anny Szmidt nieco głupio - wszystko, co mówiła, nijak się miało do codziennej kury, gumowych kaloszy i całej reszty zewnętrznej formy wcielenia Przedwiecznej Mądrości. Siedziałem ze spuszczoną głową, próbując nie widzieć, jak wcielenie łamie sucharki i nabiera nimi kleiste jagody z konfitury, a potem obsysa wąskimi wargami; sucharki śmiesznie chrupały w zębach.

Ale przede mną siedział nieznany mi człowiek i mówił bardzo składnie, pięknie inkrustował wywód cytatami z dzieł ojców Kościoła, rozprawiał o gnostykach, o Basylidesie i Enoju; głos brzmiał pouczająco i władczo, niebieskie źrenice oczu rozszerzyły się i płonęły tak całkiem na nowo, jak nowe było dla mnie wiele z jej myśli i słów. Stopniowo wszystko co banalne i śmieszne w tym człowieku zniknęło i dobrze pamiętam radosne i wzniosłe zdumienie, z jakim patrzyłem, jak spod zewnętrznego szarego kokonu ukazują się, wyskakują ognie myśli o roli zła w życiu, o przeciwstawieniu ciała i ducha, jak pewnie i twardo brzmią starożytne słowa poszukiwaczy prawdziwej mądrości, niezłomnej prawdy. O Annie Szmidt przypominał już tylko krótki ołówek, nieustannie i coraz szybciej wirujący w jej suchych, ciemnych palcach mumii. Była jakby nieco pijana, rysując ołówkiem powietrzu zawiły tok myśli, podskakiwała na krześle i uśmiechając się, mówiła radośnie:

- Niech pan tylko sobie wyobrazi beznadziejne przerażenie Diabła...

Na podbródku Anny Szmidt błyszczała kropelka konfitur.

Uniosła prawą rękę nad głowę i powiedziała:

- I Chrystus - żyje!

Dowiedziałem się, że Chrystus to Włodzimierz Sołowjow, alias Logos; Chrystus nieprzerwanie wciela się w kolejnych ludzi i wiecznie żyje między nimi. Ale wcielenia Sofii nie podlegają działaniu niszczących wpływów tego marnego świata tak łatwo, jak wcielenia Logosu, szczególnie wrogie wobec Diabła.

- Czysta duchowość Logosu nie znosi fałszu, ale człowiek, który wciela w siebie Logos, często zaciemnia go czarną mądrością Szatana.

Wyciągnęła z kieszeni spódnicy skórzany portfel, a z niego, ostrożnie, kilka listów.

- To listy Sołowjowa, niech pan posłucha, jak mu ciężko...

Wieloznacznie podkreślając niektóre słowa, przeczytała mi kilka urywków; nic z nich nie zrozumiałem, ale w jednym Sołowjow cytował Fryderyka Wielkiego, który po jakiejś bitwie powiedział do swoich żołnierzy, którzy uciekli przed wrogiem:

"Świnie! Czy chcecie żyć wiecznie?"

Te słowa przypomniały mi czterowiersz Sołowjowa:

W lesie bagno,

W bagnie mech,

Ktoś urodził się

I zdechł.

Przypomniałem też sobie jego epitafium:

Pod tym kamieniem leży

Włodzimierz Sołowjow

Kiedyś poeta świeży,

A potem - filozof.

Przechodniu! Niech oświeci cię ta prawda stara:

Jak zgubna bywa miłość i jak korzystna wiara.

Zapytałem Szmidt: co myśli o takich żartach? Opadła na oparcie krzesła, jej ostry nosek poczerwieniał, a źrenice zrobiły się całkiem niebieskie i w jej głosie usłyszałem chyba gniew:

- Kto panu powiedział, że to jego, że to on napisał? To zwykłe oszczerstwo! To jego koledzy sobie tak żartują...

Ale zaraz potem szara staruszka, podobna do samiczki wróbla, znów mówiła o sławnym człowieku, filozofie, wyrafinowanym dialektyku i utalentowanym poecie tonem matki, zaniepokojonej wybrykami syna.

- Wie pan, nawet samego Chrystusa Diabeł zbałamucił ziemską sławą.

Powiedziała to, jakby kogoś pocieszając, i spojrzała na mnie tak pytająco, niemal błagalnie, że poczułem się w obowiązku odpowiedzieć:

- O, tak...

- Za bardzo ciągnie go do ludzi; to z dobroci serca. Ale człowiek tylko wtedy umie się oprzeć pokusom, kiedy w każdej sytuacji pozostaje sobą. Chrystus, zanim wyszedł do ludzi, zahartował duszę na pustyni, a Sołowjow wychodzi do nich przedwcześnie...

Nazywała Sołowjowa kryształowym naczyniem Logosu, Świętym Graalem, największym synem epoki i - dzieckiem, zagubionym w ciemnym lesie grzechu i czasem wzywającym na pomoc oblubienicę, siostrę swoją i matkę - Sofię, Przedwieczną Mądrość.

- Rozumie pan? Oblubienicę i matkę...

Czasami zdawało mi się, że w słowach Anny Szmidt słyszę urazę zakochanej kobiety, nawet rozrzewnienie starej panny, ale błyskała ona w jej słowach bladziutkimi iskrami i zaraz zastępował ją opiekuńczy stosunek do Sołowjowa jako człowieka, którym trzeba kierować na drodze życia.

Mówiła szeptem, jak w sekrecie:

- Ludzie sprowadzają go na złą drogę, ale jeszcze bardziej - diabły. I on o tym wie. W jednym z listów pisze, że diabły zaglądają do niego przez okno, a jeden nawet schował się w bucie i całą noc tam siedział, skrobał wyzywająco...

O diabłach mówiła zwyczajnie, jak mówi się o czymś realnym: o karaluchach, komarach.

- I jeszcze ta sława. Sława zmienia człowieka w aktora - powiedziała uroczyście. - Kiedy tak się uważnie wpatrują w człowieka, ten zaczyna się kryć w różnych wymysłach, chce być taki, żeby ludzie go lubili. Zna pan to?

Niestety, znałem. I z coraz większym trudem wierzyłem oczom i uszom, tak celne myśli płonęły w duszy marnego człowieka. Znowu zaczęła mówić o pustyni, o wielkim znaczeniu autorefleksji i samotności, i mówiła o tym tak wiele, że - pamiętam - pomyślałem mimochodem: a może jest bardzo samotna i dlatego rozmawia ze mną tak otwarcie? Jak mały ptaszek, który odłączył się od stada, leci nad morzem ku dalekiemu światłu pośród nocy, ku latarni na niewidocznym i nieznanym brzegu. A tą latarnią jest Włodzimierz Sołowjow, i tylko on rozświetla jej spokojne, samotne życie pośród zdrowo myślących ludzi.

- Bo czy Chrystus nie czuł ludzkiego strachu przed tym, co mu pisane? - spytała nagle i zaraz zamknęła oczy, i wyrecytowała śpiewnie, jak psalm, czyjś wiersz:

Dusza do ciała zeszła z nieba,

Lecz bardzo kocha ziemskie życie,

Dusza się z ziemią zrasta przecie,

I pije jak zmęczona pszczoła

Ziemskiego zła truciznę słodką.

Był długi, czytała go cicho, dla siebie, i tylko dwa ostatnie wersy wymówiła głośno, z uroczystą groźbą, otworzywszy mokre oczy i wysoko wymachując ołówkiem:

I oto wieczności dzwony

Nie zbudzą martwej duszy.

Długo po północy poszedłem ją odprowadzić. Wiał silny wiatr, wzbijał kurz, szeleściły brzozy; brzozy były przywiązane do palików, a niektóre leżały już na ziemi. Pałętali się pijacy, gdzieś wrzasnęła przenikliwie kobieta, z bramy wybiegł czarny kociak, Szmidt z obrzydzeniem odsunęła go nogą:

- Diabełek, jak nic.

Przyczepił się do nas pijany listonosz, opowiadał chaotycznie o jakiejś krzywdzie, która mu się stała, walił się pięścią w pierś i chlipiąc, pytał:

- A czy ja jestem jego wrogiem?

- Chodźmy szybciej - powiedziała Szmidt, przyspieszając kroku, i też się poskarżyła: - I to ma być święto? Czy tak powinno się świętować?

Po tym wszystkim, wpadając na nią w redakcji, nieodmiennie czułem się skrępowany; nie mogłem zachowywać się w stosunku do niej jak wcześniej, nie potrafiłem rozmawiać o banalnych sprawach nudnej codzienności. Ona zaś widać inaczej tłumaczyła sobie tę wstrzemięźliwość i mówiła ze mną sucho i niechętnie. Jej szafirowe oczy patrzyły poprzez mnie na mapę Rosji, zapaskudzoną przez muchy tak, jakby całą ziemię ruską pobił czarny grad.

Bardzo chciałem poznać uczniów Szmidt, ale powiedziała:

- Raczej nie zaciekawią pana - to prości, bardzo prości ludzie...

A Łuka Simakow, pocierając głowę, bojaźliwie łypiąc zezowatym okiem, oświadczył:

- Nie spodobałeś się mateczce, nie kazała mi z tobą gadać.

Ale po dwu minutach znów przyparł mnie swoim potężnym ciałem do kąta służbowej strażackiej klitki, w której mieszkał, i wyszeptał:

- Chrystus ukrywa się przed popami, popi chcą go aresztować, to jego wrogowie, jasne! A Chrystus ukrył się pod Moskwą, na stacji Pietuszki. Niedługo car dowie się o wszystkim i wtedy we dwu rozniosą kłamstwo na strzępy, w trzy dni i trzy noce! I będzie po popach! Zimny trup!

W bełkocie Łuki słyszałem ślepą wściekłość sekciarza i jeszcze strach - strach przed czymś, czego nie umiał wyrazić; gryzący czarny strach błyskał w jego lewym oku i wciąż wybiegał na skroń. Z dwu czy trzech rozmów ze strażakiem wyniosłem niemal upiorne wrażenie: Chrystus zdawał mu się istotą mściwą i złą, wrogo śledzącą życie ludzi z jakiegoś ciemnego kąta i tylko czekającą, żeby stamtąd wyskoczyć.

- Chce zburzyć cerkwie - szeptał mi strażak. - Od tego zaczął, pamiętasz, w Jerozolimie? No właśnie...

Mimo wszystko poznał mnie z uczennicą Anny Szmidt, samotną krawcową Pałaszą, panną koło trzydziestki. Krótkonoga, krępa, bez szyi, z płaską twarzą i ostrymi szklanymi oczkami - była fałszywie miła w rozmowie i wyraźnie nie wierzyła ludziom. Mieszkała w ślepym zaułku nad wąwozem, w jej dwu pokojach nieustannie brzęczały wielkie czarne muchy, dźwięcznie tłukąc się o matowe szyby okien. Na parapecie siedział nieruchomo tłusty kot bardzo rzadkiej maści, w trzech kolorach: rudym, białym i czarnym; bardzo zdziwił mnie jego stosunek do much: siadały mu na głowie, łaziły po grzbiecie, a kot wciąż nieporuszenie wyglądał przez okno i ani razu się nie otrząsnął, żeby je przegonić.

Śpiewnie, nienaturalnie, słowami jakby specjalnie zwichrowanymi, Pałasza mówiła, sprawnie przyszywając guziki do barwnej batystowej bluzki:

- Nasze życie, mój miły panie, całkiem jest bezbożne i grzeszne tak, że strachy! A Chrystus niewidzialnie krąży naokół nas, smutny taki, cały biedny: oj wy, ludzie nieszczęsne! I po co rozdzielałem między was moją duszyczkę? Na kpiny, na męki...

Potem czytała nieprzyjemnie nudne wiersze z apokryfu "Sen Bogurodzicy" i wreszcie oświadczyła:

- Prawdziwe imię mateczki naszej bożej to wcale nie będzie Maria, a Enochia, co pochodziła od tego proroka Enocha, co to był wcale nie Żydem, tylko Grekiem.

Kiedy ją zapytałem, czy zna Annę Nikołajewną Szmidt, Pałasza spuściła głowę, odgryzła nitkę i odpowiedziała pytaniem:

- Szmidt? Musi nie Rosjanka.

- Ale przecież pani ją zna!

- A kto to wie? - spytała Pałasza, drapiąc małym palcem swój szeroki nos i troskliwie oglądając bluzkę. - Jeśli to panu powiedział Simakow, niech mu pan w niczym nie wierzy, to zepsuty człowiek, bardziej taki wariat.

A Simakow mówił o Pałaszy:

- To, bracie, mądra panna, i u mateczki robi coś jakby za skrzydło, ona i jeszcze jeden człowiek wznoszą ją wysoko nad ludźmi...

W końcu nie zrozumiałem, jak i co wzięła krawcowa od Anny Szmidt; im intensywniej o to wypytywałem, tym bardziej pokrętnie Pałasza bredziła o Simakowie, o podstępach Diabła.

- Rzuca nami zły duch jak chłopiec kamieniem z góry, a my się turlamy, obijamy człowiek o człowieka, i nie ma dla nas ratunku...

Przygładzając dłońmi rudawe włosy, i tak już ściśle oblepiające czaszkę, Pałasza patrzyła na mnie szklanymi oczkami i jej spojrzenie mówiło: "Niczego się ode mnie nie dowiesz!"

Chodziłem do niej jeszcze dwa razy, przyjmowała mnie uprzejmie, chętnie i nawet z rozkosznym zapałem opowiadała żywoty męczenników; słuchałem i patrzyłem na kota.

- I bili ją podli Rzymianie po białym ciele, po atłasowych piersiach prętem rozpalonym, żelaznym, i lała się, i pieniła jej krew - śpiewnie zaciągała Pałasza.

Brzęczały muchy. Obojętny, nieruchomy kot; w pokoju pachnie zjełczałą pomadą...

Wkrótce zachorowałem i wyjechałem na Krym; od tego czasu nie spotkałem już więcej Anny Szmidt, niżniegrodskiego wcielenia Sofii Mądrości Bożej.

Obcy ludzie

Czasopismo "Lekarz" opublikowało korespondencję z Władywostoku:

"Pośród bosiaków zmarł tu doktor A.P. Riuminski. Kiedy biedak zachorował, zabrano go do szpitala miejskiego, ale nie został tam przyjęty z powodu nieopłaconego ubezpieczenia, i musiał umierać w cyrkule. Bosiacy wyprawili mu ciepłe pożegnanie, przy czym jeden z nich wygłosił następującą mowę pogrzebową: "Żyłeś pomiędzy nami, opuszczony i zapomniany przez swoich... Bieda i występki, które dzieliliśmy z tobą, były naszym wspólnym nieszczęściem. I oto teraz... zebraliśmy się, żeby odprowadzić cię do grobu, którego wszyscy pragniemy...""

Spotkałem tego człowieka dwukrotnie: w roku '91 pod Majkopem, nad Łabą, i dziesięć lat później w Jałcie. Na szosie nad Łabą brygada rostowskich bosiaków "tłukła żwir". Trafiłem na nich wieczorem, kiedy skończyli pracę i zbierali się na herbatę. Gruby włóczęga z długą siwą brodą starannie ustawiał czajnik nad malutkim ogniskiem; z boku, pod krzakami, leżało trzech jego towarzyszy, a na stercie brukowca siedział ktoś w jedwabnym garniturze, szerokim słomianym kapeluszu i białych pantoflach. Trzymał w palcach papierosa, siekał z rozmachu cieniutką laską szary tytoniowy dym i nie patrząc na ludzi, pytał ich:

- To jak będzie - co?

Na niebieskawym nurcie bystrej Łaby kołysały się pąsowe odblaski zachodu; ruda szczecina stepu pałała żarem, za rzeką połyskiwały jak grudy złotogłowiu ogromne stogi słomy, w zamglonej dali rosły ku niebu liliowe góry i gdzieś daleko spiesznie terkotała młockarnia.

Człowiek z nalaną twarzą chorego na puchlinę powiedział nieuprzejmie:

- Nie leźcie do mnie, paniczu, ja sam jestem felczer.

- Ach tak?

- A tak...

- Ach tak? - powtórzył panicz, wciąż wymachując laseczką i siekąc dym. Spojrzał na mnie dziwnymi oczami i zapytał:

- A pan kim jest, młody człowieku?

- Młodym człowiekiem - odpowiedziałem; bosiacy spojrzeli na mnie z uznaniem.

Wypukłe, bystre oczy "panicza", śmiejąc się kpiarsko, wręcz przyssały się do mojej twarzy. To suche, chwytne spojrzenie odczułem nieprzyjemnie, jak łaskotki; na zawsze zostało mi w pamięci. Subtelna, wypielęgnowana, gładko wygolona twarz promieniała dumą. Kiedy jeden z bosiaków, leniwie przekręcając się z boku na bok, dotknął jego nóg, mężczyzna szybko odsunął swoje małe stopy i ostrzegawczo uniósł laseczkę w białej, szlachetnej dłoni. Na palcu miał złoty pierścień z dużym opalem, "kamieniem nieszczęścia"; opal połyskiwał tęczowo, w jakiś sposób podobnie do oczu dumnego panicza. Rozlazłym, ale irytującym, chwackim barytonem wciąż pytał ludzi: kim są? Odpowiadali mu niechętnie, prostacko, ale to go nie zniechęcało; przenosił chwytne spojrzenie z jednej twarzy na drugą i natarczywie mówił:

- A co będzie, jeśli wszyscy zaczną żyć tak nieodpowiedzialnie jak wy?

- Co mnie to obchodzi? - mruknął wściekle felczer, a brodacz przy ognisku spytał ochrypłym głosem:

- A pan - przed kim pan odpowiada?

I tryumfalnie dorzucił:

- No właśnie!

Zadziwiająco szybko, niezauważenie na step opadła południowa noc, na pociemniałym niebie zapłonął gęsty siew gwiazd, rzeka falowała czarnym aksamitem, błyskały złote iskry. W uroczystej żałobnej ciszy czuć było czemuś mocniej gorzki zapach dymu.

Ludzie wyciągnęli z węzełków chleb i smaczną słoninę, zaczęli jeść, a panicz, postukując laseczką po swoich pantoflach, ciągle pytał:

- I co będzie, jeśli zerwiecie wszystkie związki z życiem?

Siwy ponuro odpowiedział:

- A nic nie będzie.

Gdzieś za rzeką smutnie skrzypiał wóz, poświstywały susły. Ognisko dogasało, czerwone iskry skakały w powietrze, bezszelestnie rozsypywały się na boki okrągłe węgielki spalonych gałęzi.

- Arkadiju Pietrowiczu! - doleciał z oddali dźwięczny głos kobiety. Mężczyzna z pierścieniem zerwał się na równe nogi, laseczką otrzepał kurz ze spodni, powiedział "Do widzenia!" i brzegiem rzeki oddalił się w ciemność. Ludzie spoglądali za nim w milczeniu.

- Kto to był? - zapytałem.

- A diabli go wiedzą...

- Pewnie mieszka tu na letnisku, u Kozaków...

- Mówił, że jest lekarzem.

Odpowiadali specjalnie głośno, chcieli, żeby mężczyzna słyszał, że o nim mówią. Szczuplutki rudy bosiak z owrzodzonym obliczem wyciągnął się na ziemi twarzą w górę i powiedział:

- Nie dopluniesz do gwiazd.

A felczer wściekle warknął:

- Do Turcji nam trzeba, bracia. Turcy to dobrzy ludzie. Mam już dość tego wszystkiego...

...Kiedyś, nie zastawszy D.N. Mamina-Sybiraka w parku miejskim w Jałcie, stałym miejscu naszych spotkań, poszedłem do niego do pensjonatu; w pokoju zaraz natknąłem się na wypukłe oczy. Jasny ich blask z miejsca przypomniał mi wieczór nad Łabą, bosiaków i lekarza w garniturze.

- Poznajcie się, panowie - powiedział Dmitrij Narkisowicz, prosząc gościa gestem krótkiej, grubej ręki. - Ciekawy miazmat!

Gość uniósł głowę i znów ją opuścił, opierając podbródek o brzeg stołu, tak że głowa zdawała się odcięta. Siedział zgarbiony, na daleko odsuniętym krześle, ręce chował pod blatem. Po obu stronach łysej czaszki chwacko sterczały jak rogi pęczki siwych włosów, odsłaniając malutkie uszy. Płatki uszu wydatne, jakby opuchnięte. Na wygolonej twarzy wojowniczo zjeżone szare wąsy. Był w starej koszuli z oderwanym i rozpiętym kołnierzykiem, odsłaniającym kawałek brudnej szyi i umięśnione prawe ramię. Siedział tak, jakby gotował się do skoku przez stół, a pod stołem trzymał bose nogi w tatarskich pantoflach. Wpatrywał się we mnie uważnie i mówił znajomym przeciągłym barytonem:

- Jest sobie taki grzybek, po łacinie nazywa się Merulius lacrymans - płaczący; ma zadziwiającą zdolność absorpcji wilgoci z powietrza. Zarażone nim drewno ginie błyskawicznie. Wystarczy, że zachoruje jedna belka - i cały dom zaczyna gnić.

Lekarz uniósł głowę i powolutku sączył piwo ze szklanki, poruszając ostrą grdyką; grdykę i policzki miał pokryte ciemną, gęstą szczeciną.

Mamin, mocno już podpity, uważnie słuchał, wytrzeszczając wielkie okrągłe oczy. Pod jego ormiańskim nosem dymiła ukochana krótka fajka, gestykulował głową i sapał, wcisnąwszy okrągłe, spasione ciało w wiklinowy fotel.

- Ciągle łże, miazmat jeden - powiedział, kiedy gość zrobił przerwę na łyk piwa; gość, osuszywszy szklankę, znów ją napełnił i oblizując oblepione pianą wąsy, ciągnął:

- No więc literatura rosyjska bardzo przypomina ten grzybek; wchłania całą wilgoć życia, brud, podłość - i nieodmiennie zaraża zgnilizną zdrowe ciało, kiedy tylko się z nim zetknie.

- A co? - spytał Mamin, szturchając mnie łokciem. - Jak?

- Literatura to właśnie taki chorobotwórczy, gnilny czynnik, jak ten płaczący grzybek - uparcie i spokojnie powtórzył gość.

Mamin zaczął ostro ochrzaniać złośliwego krytyka, chwycił pustą butelkę i uderzał nią w blat. Bałem się, żeby nie trzasnął po suchej głowie gościa, więc zaproponowałem mu spacer, ale gość wstał i bezceremonialnie - zdaje się, udawał - ziewnął.

- To ja pójdę na spacer - powiedział, uśmiechając się, i wyszedł lekkim, szybkim krokiem wprawnego piechura.

Dmitrij Narkisowicz powiedział mi, że ten człowiek przyczepił się do niego w porcie, zaciekawił go złośliwością opinii i już drugi dzień drażni, na różne sposoby najeżdżając na literaturę.

- Przyssał się jak pijawka. Wyrzucić go nie mam siły, jakby nie patrzeć - inteligentny gad. Doktor Arkadij Riuminski, nazwisko zapewne od słowa "riumka", kieliszek. Mądra bestia, a zła! Pije jak wielbłąd, ale się nie upija. Wczoraj piłem z nim cały wieczór, mówił, że przyszedł tutaj zobaczyć się z żoną, żona jest niby wybitną aktorką...

Mamin wymienił znane w tamtych latach nazwisko.

- I faktycznie, jest tutaj, ale ten miazmat pewnie łże!

I przewracając oczami, zaczął się pastwić nade mną:

- To pański towar, pański bohater, bardzo nawet udany! Kłamca. Wszyscy nieudacznicy to kłamcy. Pesymizm jest kłamstwem, bo pesymizm to filozofia nieudaczników...

...Dwa dni później, późno w nocy, spacerując po wzgórzu Darsan, znów spotkałem doktora: siedział na ziemi z szeroko rozstawionymi nogami, przed nim stała butelka wina i na kartce papieru leżała zakąska: chleb, kiełbasa, ogórki.

Uchyliłem kapelusza. Zadarł głowę, przyjrzał mi się i powitał gestem, wykrzykując żarliwie:

- Aha, poznaję! Dotrzyma mi pan towarzystwa? Proszę siadać.

I kiedy usiadłem, podając mi butelkę, zmierzył mnie łaskocącym spojrzeniem.

- Z gwinta, nie mam szklanki. Dziwna sprawa: jakbym już pana spotkał kiedyś, w dzieciństwie.

- Nie, nie w dzieciństwie.

- No tak, jestem od pana starszy jakieś dwadzieścia lat. Ale dzieciństwem nazywam czasy do trzydziestki; cały ten okres, kiedy prowadziłem kulturalne życie.

Wielkopański baryton brzmiał wesoło, słowa lekko zeskakiwały z języka. Wojskowa koszula z mocnego płótna, tureckie szarawary i buty świadczyły, że dobrze zarabiał.

Przypomniałem mu, gdzie się już spotkaliśmy; wysłuchał mnie z uwagą, dłubiąc w zębach trawką, a potem zawołał znanym mi już tonem:

- O proszę! A czym się pan zajmuje? Książki pisze? Ba! Nieźle! Pańskie nazwisko? Nie znam, nie słyszałem. Zresztą kompletnie nic nie wiem o współczesnej literaturze - i nie chcę wiedzieć. Jakie mam na jej temat zdanie, słyszał pan u tego, no, Sybiraka - który wygląda jak krab! Literatura - szczególnie rosyjska - to zgnilizna, trucizna dla ludzi, a dla was - pisarzy, grafomanów, twórców - źródło ostrych manii.

W tym tonie, ale dobrodusznie i z wyraźną przyjemnością, mówił jeszcze długo, a ja słuchałem cierpliwie i nie przerywałem.

- Pan nie zaprzecza?

- Nie.

- Pan się zgadza?

- Nie, oczywiście.

- Aha! Zaprzeczać mi, to niżej pańskiej godności!

- Też nie. Ale to niżej godności literatury.

- O, proszę? A to w porządku.

Zadarł głowę, zamknął oczy, przyssał się do butelki; łyknął, odchrząknął i powtórzył:

- To w porządku. Słyszę głos człowieka kościoła. Dla kowala kościołem jest kuźnia, dla marynarza - statek, dla chemika - laboratorium, i tylko tak można żyć, nie szkodząc nikomu swoją złością, kaprysami, przyzwyczajeniami. Żyć dobrze - to znaczy żyć na wpół ślepo, nic nie widząc i niczego nie pragnąc prócz tego, co się lubi. To prawie szczęście, przytulny kącik, gdzie człowiek wsadził nos, taki malutki ciemny zakamarek. Chateaubriand - czytał pan "Pamiętniki zza grobu"? - mówił: "Szczęście to jałowa wyspa, zamieszkiwana przez twory mojej wyobraźni".

Mówił jak człowiek ledwie co wypuszczony z więziennej izolatki, jakby chciał sprawdzić: czy nie zapomniał słów?

W mieście, gdzieś blisko, ktoś grał na fortepianie, na bulwarze tętniły końskie kopyta, czarna pustka wisiała nad miastem, w oddali pełzł złoty żuk - światło statku, przypomnienie, jak szerokie jest morze. Mężczyzna patrzył w dal i jego oczy przypomniały mi opal pierścienia, dumnie błyszczący wieczorem, na brzegu Łaby.

- Człowiek jest szczęśliwy, kiedy wymyślił siebie i lubi to, co wymyślił - mówił cicho; papieros rozżarzał się, oświetlając cienki prosty nos, szczotkę wąsów i ciemny podbródek.

- Kochać siebie może nawet świnia, pies, każde zwierzę, ale to instynkt. Człowiek powinien kochać tylko to, co sam dla siebie stworzył.

Zapytałem:

- A co pan kocha?

- Moje jutro - odpowiedział szybko. - Tylko moje jutro! Na szczęście nie wiem, jakie będzie. Pan wie: obudzi się pan i będzie pisał albo robił coś innego, coś, co pan robić musi, potem spotka pan grubego raka Mamina i jeszcze jakichś znajomych; pewnie nosi pan swój garnitur już nie pierwszy miesiąc. Ja natomiast nie wiem, co będę jutro jadł, co robił, z jakimi ludźmi pozwolę sobie porozmawiać. Pan, oczywiście, sądzi, że ma przed sobą alkoholika, człowieka skończonego i odrzuconego? Jeżeli tak - myli się pan. Nie znoszę wódki, piję tylko wino, rzadziej piwo, nie jestem też odrzucony - to ja odrzuciłem.

Mówił z takim zapałem, że nie mogłem nie wierzyć. Poprosiłem, żeby opowiedział, co popchnęło go do odrzucenia zwykłego stylu życia inteligenta? Klepnął mnie dłonią w kolano i żartobliwie powiedział:

- Zbiera pan materiał?

Potem chętnie i nieco się przechwalając, smakując własne słowa jak adwokat, zaczął opowieść o sobie - opowieść, w której być może było nie mniej prawdy, niż w każdej innej autobiografii.

- Świadome życie zacząłem od błędu: fascynacji naukami przyrodniczymi, biologią, fizjologią - nauką o człowieku. Ta fascynacja naturalnie zaprowadziła mnie na wydział medyczny. Od pierwszego roku, preparując trupy, rozmyślałem o marności człowieka, czułem nad sobą czyjąś złośliwą ironię i rosło we mnie obrzydzenie do ludzi i obrzydzenie do siebie - człowieka, który powinien być trupem. Powinienem był rzucić ten brudny fach, ale jestem uparty i chciałem wygrać sam ze sobą. Próbował pan wygrać ze sobą? To równie niemożliwe, jak odciąć sobie głowę i w jej miejsce przyszyć głowę bliźniego; to niemożliwe nie tylko dlatego, że bliźni raczej nie zgodzi się na tę zamianę.

Spodobał mu się żart, roześmiał się soczyście, potem zamknął oczy i głęboko wciągnął słony świeży wiatr.

- Pięknie pachnie morze... Tak więc rozmyślałem: co to takiego i gdzie - dusza, rozum i tak dalej? Szybko pojąłem, że rozum, zawsze posłuszny pies Szatana, zależny jest od funkcji organizmu, a świat jest szczególnie parszywy, kiedy bolą mnie zęby, głowa czy wątroba. Myślenie jest funkcjonalne, a tylko wyobraźnia - niezależna. Nieźle rozumiał to pewien angielski biskup, niech pan jednak nie sądzi, że jestem idealistą czy jakimś innym "-istą". Zawzięcie nienawidzę każdej filozofii, chociaż - chociaż, oczywiście, rozumiem, że filozofia jest nieuleczalną chorobą mózgu. Krótko mówiąc, jestem człowiekiem, który odmówił traktowania bzdur serio, oszukiwania siebie i innych. To, co nazywamy kulturą, cały ten wewnętrzny i zewnętrzny blichtr, zwodzący ludzi coraz głębiej i dalej w chaotyczny bezsens - a, pan zapewne jest miłośnikiem kultury? Nie chciałbym pana urazić...

- Niech pan uraża śmiało - przyzwoliłem i poprosiłem. - Tak bardzo chciałbym zrozumieć, co z pana za człowiek?

- Ach tak? Więc dobrze...

Setką zgrabnie wypowiedzianych słów ten człowiek rozbił kulturę, rozbił i podeptał. Zrobił to z wesołą złością, jak gimnazjalista, który po zakończeniu nauki niszczy swój podręcznik. Świeżość nocy ziębiła i męczyła doktora; wsunął dłonie w rękawy koszuli, skurczył się i drobny, zwinny, wyglądał teraz jak chłopiec. W dole, w oddali, w ciemnościach zawisł rozczochrany pęk świateł; płynął na północ, gdzie mgła dyszała zimną wilgocią. W oknach domów miasta drżały i gasły żółte plamy; zdawało się, że domy jeden po drugim spiesznie zbiegają w czerń morza.

- Byłem przystojny, zdolny, umiałem zabawnie mówić i kobiety bardzo mnie lubiły. Z jedną z nich, aktorką, ożeniłem się, mając lat trzydzieści; ożeniłem się z uporu, kochała mnie mniej niż inne. W tym czasie czułem już, że wszystko to: teatrzyki, koncerty, gadanie o literaturze, achy i ochy w kwestii polityki - że to nie dla mnie. Po tym jak zobaczyłem dwudziestu, trzydziestu, wreszcie stu ludzi, nie wiedzieć po co zżeranych i zabijanych okrutną chorobą - Czajkowski, Ostrowski, Dostojewski i inni im podobni przypominali mi śmiertelnie obojętną i obrzydliwą staruchę Buliną, pielęgniarkę ze szpitala; miała paskudny zwyczaj pocieszać chorych i umierających, słodko opowiadając im o mękach piekielnych. Czułem się w kulturze kimś typu subiekta w sklepie z modnym ubraniem: osobiście nie potrzebowałem tych rzeczy, ale musiałem z nimi pracować, a nawet używać ich i chwalić: z uprzejmości. Życie to walka; uprzejmość jest listkiem figowym, który zasłania to, co w człowieku bydlęce i bestialskie.

Mam niezłą talię, nie lubiłem szelek, spodnie bez szelek leżały na mnie dobrze, a żona żądała, żebym nosił szelki - bo wszyscy noszą! I, niech pan sobie wyobrazi! - o takie sprawy: szelki, krawaty, książki - dramatycznie się z żoną kłóciliśmy. Myślę, że często urządzała mi sceny z powodów zawodowych, w ramach ćwiczeń. Często mówiła mi: "O, Arkadiuszu, nihilizm wyszedł z mody!" Jest niegłupią kobietą, mówią o niej i piszą, że nawet ma talent.

Doktor roześmiał się - niezbyt wesoło, jak zauważyłem. Potem zwijając się na ziemi, powiedział:

- Zdaje się, będzie padać, niech to diabli!

Wyjął z kieszeni spodni filcowy krymski kapelusz i mocno naciągnął na swoją łysą głowę.

- Długo by opowiadać. Zresztą to nudne. Morał jest prosty: jeśli jestem skazany na śmierć, mam prawo żyć, jak mi się podoba. Nie potrzebuję ludzkich praw, skoro podlegam naturalnemu prawu powszechnej zagłady. Spotkał mnie pan tam, na Kubani, akurat w czasie, kiedy zaczynałem się tego domyślać. Teoria przyszła, oczywiście, post factum, jak mawiali Rzymianie, najlepsi ludzie na świecie, bo wszelki sentymentalizm, humanizm i temu podobne były dla nich organicznie, zdecydowanie wrogie. Teorie zawsze zjawiają się po faktach, prowokuje je nasz głupi zwyczaj tłumaczenia się i wyjaśniania. Po co się tłumaczyć? Nie wiem. Tak. Odszedłem zatem dlatego, że chciałem; wytłumaczenie zjawiło się później. W naszym życiu jest obrzydliwie wiele obowiązków, odpowiedzialności i innych komedii. Nie chcę komedii, powiedziałem sobie - i pożegnałem się z kulturą. Od tego dnia minęło dziesięć lat. Przeżyłem je bardzo ciekawie, w pełni niezależnie, i tak też zamierzam przeżyć kolejnych dziesięć. No, dziękuję panu za towarzystwo - i do zobaczenia w lepszym świecie!

- To znaczy w jakim?

- Och, oczywiście w tym tutaj, na ziemi, ale takim, w którym żyję ja. Mam nadzieję, że pan popadnie w pijaństwo i że to skieruje pana na właściwą drogę - byle dalej od głupstw!

Szybko poszedł w dół, w stronę Parku Mordwinowskiego, i w ślad za nim szklanymi koralami posypał się deszcz, zaszumiała trawa... Dwa dni szukałem go w kawiarniach na bazarze, w noclegowniach, w porcie, ale nie znalazłem. Chciałem go raz jeszcze posłuchać.

Mamin-Sybirak napisał opowiadanie o spotkaniu bosiaka-doktora z jego żoną, sławną artystką. Tytułu nie pamiętam. Bosiak przedstawiony tam został jako nieszczęśliwy pijaczek i w niczym nie przypomina człowieka, którego doktor Riuminski pokazał mi w swojej osobie.

Ludzi tego rodzaju - ludzi, którzy - jak sami mówili - porzucili "normalne" życie, zapewne jest w Rosji niemało. Oto kolejna notka "Nowego Czasu" o człowieku podobnym, jak mi się zdaje, do doktora Riuminskiego:

"Oryginalny włóczęga.

Podczas jednej z obław, zorganizowanych przez władze policyjne, zatrzymano - wg "Kuriera Warszawskiego" - oryginalnego włóczęgę, niejakiego G., człowieka starszego już, w wieku lat pięćdziesięciu. Wszystkie dokumenty miał w zupełnym porządku, nie potrafił tylko podać swojego miejsca zamieszkania. Po zbadaniu sprawy G. okazał się człowiekiem majętnym, amatorem mocnych wrażeń. Interesując się życiem włóczęgów i bezdomnych, po śmierci żony umieścił córkę na pensji, a sam rozpoczął życie zawodowego włóczęgi, nocując w piecach cegielni itp. Jedynie zimą, podczas silnych mrozów, G. wraca do Warszawy, przeczekać mrozy w jednym z hoteli. Zatrzymany wraz z grupą włóczęgów G. obiecał zmienić styl życia, "chociaż - dodał - nie mogę za to ręczyć"".

W latach dziewięćdziesiątych kolekcjonowałem notki na ten temat i zebrałem ich około trzydziestu, ale w 1905 roku paczkę, w której je trzymałem, zabrano mi podczas przeszukania i zagubiono na posterunku żandarmerii w Piotrogrodzie. Osobiście również spotkałem niemało takich ludzi. Szczególnie zapamiętałem Baszkę, człowieka, którego poznałem na budowie linii kolejowej Biesłan-Pietrowsk.

W wąskiej górskiej rozpadlinie, pośród gwarnego tłumu robotników, od razu przykuł moją uwagę: siedział na słonecznym stoku, w stercie wysadzonych dynamitem głazów, a u jego stóp kuli, rozbijali i wozili kamienie barwni, hałaśliwi ludzie. Sądząc, że jest tu "władzą", wspiąłem się do niego i zapytałem: znajdzie się dla mnie praca? Cieniutkim, wiercącym w uchu głosem odpowiedział:

- Nie jestem idiotą, nie pracuję.

Nie po raz pierwszy słyszałem podobne słowa; mało mnie zdziwiły.

- To co pan tu robi?

- Widzisz - siedzę i palę - powiedział, szczerząc zęby.

W szerokiej kufajce, w meloniku z oderwanym rondem przypominał nietoperza. Jego malutkie spiczaste uszy sterczały czujnie. Miał szerokie żabie usta; kiedy się uśmiechnął, dolna warga bezwolnie opadła, ukazując ścisłe rzędy drobnych zębów. Przez to uśmiech zdał się zimny i zły. Oczy miał niezwyczajne: w wąskim złocistym krążku białek błyskały ciemne okrągłe źrenice nocnego ptaka. Twarz wygolona jak u pastora, nozdrza długiego cienkiego nosa paskudnie spłaszczone. W długich palcach muzyka trzymał grubego papierosa, szybkim gestem podnosił go do ust, zaciągał się głęboko dymem i kaszlał.

- Palenie panu szkodzi.

Odpowiedział natychmiast:

- A tobie szkodzi gadanie, od razu widać, żeś dureń...

- Dziękuję.

- Noś na zdrowie.

Pomilczał chwilę, spojrzał spode łba i poradził nieco uprzejmiej:

- Idź stąd, tu nie ma pracy!

Na niebie nad rozpadliną uwijał się wiatr, pędząc obłoki jak stado owiec. Na słonecznym stoku falowały rude jesienne krzaki, zrzucały martwe liście. Gdzieś blisko ludzie wysadzali skałę, głośny huk niósł się po górach; piszczały koła taczek, miarowo uderzał młot, wbijając w górotwór stalowe "szpilki", wiercąc głębokie otwory pod ładunki.

- Głodny? - spytał garbus. - Zaraz zagwiżdżą na obiad. Ilu was się szlaja po świecie - warknął i splunął.

Przenikliwy gwizd przeciął powietrze - jakby stalowa struna trzasnęła po rozpadlinie, zagłuszając wszystkie inne dźwięki.

- Idź - powiedział garbus.

Szybko rozrzucił na kamieniach ręce i nogi, zręcznie wczepiając się nimi, jak małpa, bezgłośnie i ohydnie zlazł na dół. Ludzie posilali się, siedząc na głazach i taczkach wokół kotłów, jedli kaszę jaglaną z baranim sadłem, gorącą i bardzo słoną. Przy naszym kotle sześciu ludzi, nie licząc mnie. Garbus zachowywał się jak pan: spróbował kaszy, zmarszczył wygoloną twarz i grożąc łyżką staruszkowi w damskim słomianym kapeluszu, wrzasnął ze złością:

- Znów przesoliłeś, świnio!

Pięciu ludzi zaryczało, a wielki czarny chłop zaproponował:

- Trzeba by go sprać...

- Umiesz gotować kaszę? - zapytał mnie garbus. - Nie łżesz? Uważaj! Wypróbujemy cię - zarządził, i wszyscy go poparli.

Po obiedzie garbus poszedł do baraku, a stary kucharz, dobroduszny, z czerwonym nosem, pokazując mi, gdzie leży słonina, gdzie proso, chleb i sól, mówił półgłosem:

- Nie patrz na garb, to panicz, ziemianin, rządził szlachtą, ta-ak! Taka głowa! Jest u nas jakby za starostę, ta-ak! Taki szczególny człowiek, ta-ak...

Godzinę później w rozpadlinie znów ruszyła praca, ludzie biegali, a ja poszedłem szorować w potoku kotły i łyżki, rozpaliłem ognisko, powiesiłem nad nim czajniki z wodą, potem zacząłem obierać ziemniaki.

- Byłeś kucharzem? - rozległ się cienki głos garbusa; podszedł bezszelestnie, stanął za mną i uważnie patrzył, jak posługuję się nożem. Kiedy stał, jeszcze bardziej przypominał nietoperza.

- W policji nie służyłeś? - zapytał i zaraz odpowiedział sam sobie: - Na to jesteś za młody.

Machnął połami peleryny, znów jak nietoperz, wskoczył na kamień, na kolejny, szybko wspiął się na górę i usiadł, gęsto dymiąc papierosem.

Moje jagły zasmakowały robotnikom, pochwalili mnie i rozeszli się po rozpadlinie, trzech grało w karty, pięciu myło się w zimnym górskim potoku; gdzieś spośród głazów i krzaków dobiegła kozacka pieśń. W grupie było dwudziestu trzech ludzi, łącznie ze mną i garbusem; wszyscy zwracali się do niego per "ty", ale z szacunkiem i nawet jakby strachem.

W milczeniu usiadł na kamieniu przy ognisku, rozgrzebywał żar długim patykiem, a obok bez pośpiechu zebrało się z dziesięciu ludzi; czarny chłop, jak wielki pies, położył się u jego stóp, szczuplutki chłopak poprosił:

- Ej, nie kręćcie się! Ciszej...

Garbus zaczął mówić, nie patrząc na nikogo, wyraźnie i dźwięcznie:

- To jest tak: mamy losy, półloski i dole...

Spojrzałem na niego zdumiony; zauważył to i surowo zapytał:

- No co?

Wszyscy patrzyli na mnie, jakby na coś czekając; patrzyli nieprzyjaźnie. Garbus pomilczał, dokładniej okrył ramiona i ciągnął:

- Dole - to coś jak anioły stróże, tyle że posyła ich człowiekowi Szatan.

- A dusza? - spytał ktoś cichutko.

- A dusza to ptak, i Szatan na niego poluje!

Gadał bzdury, ale pełne grozy. Widać znał artykuł Potiebni "O doli i podobnych jej istotach", ale poważna treść pracy naukowej mieszała się w jego głowie z bajkami i ciemnymi wymysłami. W dodatku szybko zmienił język z prostego na literacki, niemal wykwintny.

- Od początku czasów ludzkość otaczają tajemnicze siły, których nie rozumiemy i z którymi nie umiemy walczyć. Starożytni Grecy...

Jego ostry, nerwowo wibrujący głosik, niezrozumiałe kombinacje słów i zapewne też okropny wygląd - wszystko to działało na ludzi przytłaczająco: słuchali w ciszy, patrząc w twarz nauczyciela jak wierzący wpatrują się w ikonę. Ptasie oczy garbusa błyskały niespokojnie, obwisła dolna warga ruszała się i jakby puchła, coraz grubsza i cięższa. Zdawało mi się, że w jego mrocznych wymysłach jest coś, w co sam wierzy i czego się boi. Czerwone odblaski ogniska omiatały mu twarz, i ta robiła się coraz ciemniejsza i bardziej ponura.

Nad rozpadliną zawisły nieruchomo szare chmury; w zapadającym mroku płomień ogniska gęstniał i coraz mocniej czerwieniał, skały rosły nad nami, zawężając głęboką górską rozpadlinę. Za moimi plecami skradał się i pluskał potok, i coś szurało jak jeż w suchej trawie.

Kiedy zrobiło się całkiem ciemno, robotnicy, rozglądając się wokół, poszli do baraku, a ktoś przygnębionym półgłosem powiedział:

- Taka to nauka...

W odpowiedzi padło jeszcze ciszej:

- Zeszła już na diabły...

Garbus został przy ognisku, grzebał patykiem w żarze. Kiedy koniec patyka zaczynał się palić, podnosił go i trzymał w powietrzu jak pochodnię, i patrzył sowimi oczami na żółte pióra ognia. Pióra odrywały się i ulatywały w ciemność, wtedy szybko kręcił patykiem i nad jego głową, w powietrzu, powstawał czerwony nimb. Głowa w meloniku bez ronda przypominała żeliwny odważnik, wetknięty kabłąkiem między szerokie bary.

Dwa dni obserwowałem, usiłując zrozumieć: co to za człowiek? On również przyglądał mi się podejrzliwie i czujnie, ale nie zwracał się do mnie i na moje pytania odpowiadał opryskliwie. Po kolacji, przy ognisku, opowiadał ludziom przerażające rzeczy:

- Ciało człowieka zbudowane jest jak pumeks albo gąbka, albo jak chleb - jest porowate, rozumiecie? I przez te wszystkie pory płynie krew. Krew to jest płyn, w którym pływają miliony niewidocznych gołym okiem pyłków, ale te pyłki są żywe, jak meszki, tylko mniejsze od meszek.

Podniósł głos niemal do pisku:

- I właśnie do tych pyłków włażą diabły!

Dobrze widziałem, że ludzie boją się jego opowieści. Chciałem z nim dyskutować, ale kiedy zadawałem pytania, nie odpowiadał mi, a słuchacze kopali mnie i szturchali, powarkując:

- Siedź cicho!

Jeśli odłamek kamienia kaleczył komuś skórę na twarzy albo nodze, garbus tajemnym szeptem zamawiał krew. Pewnemu chłopcu wyrósł na dziąśle wielki ropień; garbus wspiął się na górę, nazbierał tam jakichś korzeni, ziół, ugotował je w czajniku, zrobił z burej mazi kataplazm, trzy razy przeżegnał chłopaka, powiedział coś zabawnego o głazie Ałatyrze i o tym, jak siedziała na nim Alleluja.

- No, idź!

Nie zauważyłem, żeby się uśmiechnął, choć miał wystarczająco dużo powodów, żeby śmiać się z ludzi. Jego twarz była zawsze nieufnie poważna, uszy nastroszone. Rano właził na słoneczny stok rozpadliny i jak czarny ptak siedział tam pośród głazów, obserwując harówkę ludzi na dole. Ludzie wołali go czasem:

- Baszka!

Szybko złaził, i zawsze dziwiła mnie sprawność, z jaką wczepiał się rękami i nogami w kamienie potrzaskane przez dynamit. Rozsądzał sprzeczki, rozmawiał z dziesiętnikiem, jego cieniutki głos nie tonął w harmidrze pracy.

Dziesiętnik, gruby mężczyzna z drewnianą twarzą żołnierza, słuchał go z szacunkiem.

- Kim jest ten człowiek? - zapytałem dziesiętnika, kiedy rozpalał fajkę przy ognisku.

Ten rozejrzał się i ostrożnie odpowiedział:

- Cholera go wie. Jakiś szaman czy coś. Może i wilkołak...

A jednak udało mi się porozmawiać z garbusem. Kiedy po kolejnym wykładzie o diabłach i mikrobach został przy ognisku, zapytałem:

- Po co pan im to wszystko mówi?

Spojrzał na mnie, zmarszczył nos, który zrobił się przy tym jeszcze ostrzejszy, i rozżarzonym kijem chciał ukłuć mnie w nogę. Odsunąłem się i pokazałem mu pięść. Wtedy ostrzegł mnie z pełnym przekonaniem:

- Jutro cię spiorą.

- Za co?

- Spiorą.

Jego dziwne oczy groźnie błysnęły, warga opadła jeszcze mocniej, obnażając zęby. Powiedział:

- Co za morda!

- Nie, poważnie! Przecież pan nie wierzy we wszystkie te bzdury?

Długo milczał, grzebiąc kijem w ognisku i wymachując nim nad głową, i znowu świecił nad nim, wirował czerwony nimb.

- W diabły? - spytał raptem. - Dlaczego miałbym nie wierzyć?

Głosik garbusa brzmiał słodko, ale fałszywie, i sam garbus patrzył na mnie nieprzyjemnie.

"Każe mnie sprać" - pomyślałem.

A on, wciąż słodko, zaczął wypytywać: kim jestem, gdzie się uczyłem, dokąd idę? I wreszcie mimowolnie chyba zmienił ton, w jego słowach poczułem wielkopańską łaskę, zabawną nonszalancję "wyższego" wobec "niższego". Kiedy znów zapytałem go o wiarę w diabły, uśmiechnął się i powiedział:

- W coś przecież wierzysz? W Boga? W cuda?

I mrugnął do mnie:

- A może w postęp, co?

Ogień rumienił jego żółtą twarz i nad górną wargą połyskiwały srebrne igiełki rzadkich, krótko przystrzyżonych wąsów.

- Po seminarium? Siejesz wśród ludu to, co "mądre, dobre i wieczne", tak?

Kiwnął głową i dodał:

- Głupiś! Od razu zrozumiałem, co z ciebie za ptaszek, znam te wasze numery...

Ale mówiąc to, rozglądał się podejrzliwie, coś zaczęło go niepokoić.

Na złocie węgielków wiły się liliowe jęzory, wykwitały błękitne kwiaty. W mroku nad ogniskiem utworzył się złocisty dzwon, siedzieliśmy pod jego czaszą, zewsząd napierała nań mokra mgła, drżał. Ciężka cisza jesiennej nocy napełniała powietrze, rozbite kamienie zdawały się grudami ciemności.

- Dołóż drew.

Wrzuciłem na żar pęk gałęzi, dzwon napełnił się gęstym dymem, zrobiło się jeszcze ciemniej i ciaśniej, potem spod gałęzi wypełzły z trzaskiem żółte żmije, zbiły się w kłąb, strzeliły jasnym płomieniem, odsunęły granice ciemności. Jednocześnie rozległ się głos garbusa, pierwsze słowa zabrzmiały niejasno i przepadły, zanim zdążyłem je pojąć. Mówił cicho, jakby przysypiał.

- Tak, diabły to nie żarty... To taka sama rzeczywistość jak ludzie, karaluchy, mikroby. Diabły bywają różnych form i kategorii...

- Pan tak poważnie?

Nie odpowiedział, pokiwał tylko głową, jakby uderzał czołem w coś niewidzialnego, nie dającego głosu, ale twardego, i patrząc w ogień, ciągnął:

- Są, na przykład, diabły liliowe; nie mają kształtu, przypominają ślimaki bez skorup, ruszają się bezgłośnie, takie półprzejrzyste. Kiedy jest ich dużo, robi się z nich galeretowata masa, przypominająca obłok. A jest ich strasznie dużo. Rozsiewają nudę. Pachną kwaśno, na sercu robi się od nich ponuro i leniwie. Nienawidzą wszelkich ludzkich pragnień...

"Żartuje?" - pomyślałem. Ale jeśli żartował, to doskonale, jak subtelny artysta. Oczy błyskały mu ohydnie, koścista twarz wyostrzyła się. Wygrzebywał węgielki końcem kija i lekkimi uderzeniami rozbijał, zmieniał w pęczki iskier.

- Diabły holenderskie są dla odmiany małe i koloru ochry, okrągłe jak piłeczki, i wiecznie się łuszczą. Główki pomarszczone jak ziarna pieprzu, łapki długie, cienkie jak nitki, palce zrośnięte błoną i na końcu każdego czerwony haczyk. Z ich podszeptu człowiek może powiedzieć gubernatorowi "Głupek!", zgwałcić własną córkę, zapalić papierosa w cerkwi, tak-tak! To są diabły nieświadomego skandalu...

- Diabły kraciaste - to chaos pokrzywionych linii; gorączkowo, nieprzerwanie miotają się w powietrzu, tworząc i zaraz niszcząc dziwne wzory, stosunki, związki. Bardzo męczą wzrok. Coś jak łuna wschodu. Ich zadaniem jest przecinać drogi człowieka, dokądkolwiek ten idzie... Dokądkolwiek...

- Diabły sukienne przypominają kształtem gwoździe o rozdwojonym ostrzu. W czarnych kapeluszach, twarze mają zielonkawe i tlą się mętnym fosforycznym blaskiem. Chodzą skokami, ruchem konia szachowego. W mózgu człowieka wzniecają błękitne płomienie szaleństwa. To przyjaciele pijaków.

Garbus mówił coraz ciszej i tak, jakby zdawał wyuczoną lekcję. Słuchałem chciwie i nie rozumiałem: to brednie szarlatana czy bełkot wariata?

- Straszne są diabły bicia dzwonów. Skrzydlate, jedyne skrzydlate pośród legionów diabłów. Ciągną do rozpusty i nawet wyglądem przypominają kobiece genitalia. Migają jak jaskółki, przenikając człowieka, i opalają go chucią. Mieszkają, jak się zdaje, na dzwonnicach, dlatego też szczególnie mocno prześladują ludzi podczas bicia dzwonów.

- Ale jeszcze straszniejsze są diabły księżycowych ludzi. To takie bańki. W każdym punkcie wokół każdego z nich nieustannie pojawia się, znika ta sama twarz, przejrzyście niebieska, bardzo smutna, ze znakami zapytania w miejscu brwi i okrągłymi oczami bez źrenic. Poruszają się jedynie w pionie, w górę i w dół, i wszczepiają człowiekowi natrętną myśl o wiecznej samotności. Wbijają w głowę: na ziemi, pośród ludzi, żyję dopiero w przeczuciu samotności. A kompletna samotność dopadnie mnie po śmierci, kiedy mój duch uniesie się w nieskończoność wszechświata i tam, na zawsze martwo przykuty do jednego punktu, nie widząc nic prócz pustki, będzie skazany na wieczne wpatrywanie się w samego siebie, wspominając swoje ziemskie życie do najdrobniejszych szczegółów. I tak przez tysiąclecia: tylko wspomnienia o smutnej głupocie ziemskiego życia. I nieruchomość. Pustka...

Trzymał kij opuszczony w ognisko, zębate ogniki chyłkiem podbiegały po nim ku dłoni. Kiedy skórze na ręce zrobiło się gorąco, garbus ocknął się, machnął kijem, przepędził ogniki, zeskrobał żar z opalonego końca kija o kamienie - kij mocno dymił. Potem znów zaczął dymiącym kijem wygrzebywać z ogniska węgielki i rozbijać je, bryzgając iskrami. Zamilkł.

Minęła minuta, dwie. Było dziwnie. Zapytałem:

- Pan naprawdę wierzy...

Nie dał mi skończyć, zawołał dźwięcznie:

- Wynocha!

I pogroził mi dymiącym kijem:

- Jutro cię spiorą!

To mi się nie uśmiechało, a byłem pewien, że może się tak zdarzyć. Kiedy więc garbus poszedł do baraku, spać, odszedłem drogą na Władykaukaz.

Znachorka

Na przyzbie starej chałupy chudziutki staruszek Mokiejew, bez koszuli, wygrzewa znoszoną skórę w ostrym słońcu czerwca, haczykowatymi palcami reperuje niewód. Pod skórą starca żałośnie sterczą pręty obojczyków, ostrożnie unoszą się żebra.

Dzień jest wspaniały; słońce uczciwie praży, cudownie pachnie kwitnąca lipa, w gorącym powietrzu brzmi cicha muzyka: brzęczą pszczoły, w dni koszenia pracują jakby szczególnie gorliwie.

- Jeden przechodzień mówił - chrypi starzec - że niby życie człowieka to samo dobro, i niby nie tylko panowie, ale każdy człowiek, choćby i chłop, też jest szlachetny. A my jak mówimy: do-obry - to znaczy: szalony, niedorzeczny - czyli że niedobry. U nas wszystko tak, po swojemu...

Już od pół godziny ćwiczy retorykę i jego ochrypłe gruchotanie dobrze zlewa się z cichym brzęczeniem pszczół, z ćwierkaniem wróbli, z pieśniami niewidocznych skowronków. Zza rzeczki donosi się brzęk kos, szurgot ostrzałek, ale wszystkie te dźwięki nie przeszkadzają słuchać spokojnej ciszy błękitnego, wonnie czystego, bardzo wysokiego nieba. Wszystko wkoło jest tak po rosyjsku proste i takie cudowne.

- No, książęta, Golicynowie na ten przykład, to oczywiście książęta; choćbyś pękł - książęta! I ja kiedyś tłukłem chłopom do łbów - dajcie spokój, czy to na książąt jest sąd? A Iwanicha znów ich napuściła... Witaj, Iwanicha!

Bezgłośnie podeszła do nas przysadzista baba w ciemnym sarafanie, niebieskiej chustce na upiornie wielkiej głowie, z laską w jednej ręce i mocnym koszem z łyka w drugiej; kosz pełen był pachnących ziół i korzeni. Z trudem unosząc ciężką głowę, baba głucho i ze złością odpowiedziała:

- Witaj, witaj, gaduło...

Miała grubo ciosaną, męską ciemną twarz o wystających kościach policzkowych, ozdobioną siwym wąsikiem, poznaczoną siecią drobnych zmarszczek, i policzki obwisłe jak u psa. Mętne, czerwone żyłki na białkach krowich oczu sprawiały, że wyglądała ponuro. Wciąż przebierała palcami lewej ręki, słyszałem suchy szelest jej skóry. Wskazując na mnie laską, spytała:

- A to kto?

Mokiejew zaczął zawile wyjaśniać, że przyjechałem od adwokata, w sprawie wieś przeciwko księstwu Golicynom, że w niedzielę będzie zgromadzenie wiejskie - ale stara już go nie słuchała; pochyliła głowę i dotknęła laską mojego kolana.

- Zajdź no do mnie.

- A gdzie to?

- Powiedzą ci. Za godzinkę...

I poszła sobie, krokiem dziwnie lekkim jak na jej wiek i ciężkie, niezdarne ciało.

Z tą dumą, z jaką chłopi na wsiach opowiadają o tym, co u nich niezwykłe, Mokiejew poinformował mnie, że Iwanicha jest znachorką znaną w całym powiecie:

- Nie myśl, że to wiedźma - ona jest taka od Boga! Wozili ją nawet do Penzy, leczyła beznogą pannę, i zaraz wydała ją za mąż! I poszła panna za mąż, poszła, bratku! "Durnie - powiedziała wtedy Iwanicha jej rodzicom. - Rodzicie dzieci, a sami nie wiecie, po co". A ci rodzice to tacy niebogaci fabrykanci. Leczy co popadnie: bydło, ludzi, nawet gęsi i kury, wszystko jej jedno. Wzywali ją do Niżnego: zległ tam czyjś synek i leżał bez ducha dwa tygodnie, nic tylko zakopać do ziemi! A ona go tu i ówdzie ukłuła igiełką, aż skoczył pod sufit, dzieciak; a jej za to dali w podzięce dwadzieścia pięć rubli i wełnianą chustę!

- Tu u nas jest najważniejsza, szanują ją na zgromadzeniu, słuchają, nawet policmajster się jej boi. Trzy zęby mu wyrwała z korzeniami, a korzenie długie na werszek i z haczykami na końcach. Nikt nie mógł wyrwać, a ona - wszystko może! Ma władzę nad nieustraszonym życiem i wszelką tajemnicą. Spojrzy tylko na ciebie i raptem jak zapyta: "Co myślisz?" A ty zaraz duszę przed nią na oścież otwierasz: masz, patrz!

Mokiejew zaczął mówić z przechwałką i dumą, ale szybko ściszył ochrypły starczy głosik i ciągnął już ze strachem. Powykręcane palce wplątały się w oka niewodu i przestały pracować, bezsilnie spoczęły na spiczastych kolanach.

Dowiedziałem się, że Iwanicha jest córką niechrzczonego Mordwina, szamana i łowcy niedźwiedzi, poległego podczas powstania mordwińskiego w latach czterdziestych.

- Jej ojciec był przyjacielem samego Kuźmy, boga mordwińskiego, powstańca...

Po śmierci ojca Iwanicha, dziecko jeszcze, została sierotą; ochrzczono ją dopiero, kiedy dorosła, a potem wkrótce ożenił się z nią leśniczy.

Trzy lata przeżyła z nim bezdzietnie, a na czwarty rok wiosną leśnika rozszarpał niedźwiedź. Iwanichę zostawili w leśniczówce i wtedy zaczęła polować na niedźwiedzie - lasy Siergaczu słynęły z obfitości tego zwierza i do siedemdziesiątych lat XIX wieku chłopi - "siergacze" - byli najlepszymi treserami i "przewodnikami" niedźwiedzi w całej Rosji. Polowała Iwanicha "po mordowsku": okładała prawą rękę łubkami, obwiązywała po bark niegarbowanym pasem, w dłoń brała nóż, a do lewej ręki - krótką jak siekacz siekierę. Kiedy zwierz szedł na nią z rozdziawioną paszczą, uderzała siekierą po łapach i pchała nóż do gardła, żeby je przeciąć od środka.

- Tak zabijali niedźwiedzie tylko Mordwini, do tego trzeba nieludzkiej siły. A siedemnasta bestia wywichnęła jej żebro, a trzydziesta któraś szyję ciut skręciła - widziałeś, jaką ma szyję wykrzywioną? To od tego. Do czterdziestego niedźwiedzia nie podeszła, wystraszyła się - czterdziesty niedźwiedź jest dla myśliwego pechowy, mało kto z życiem uchodzi z tej walki. Wszyscy na świecie wiedzą: czterdziesty niedźwiedź wie, ile myśliwy pożyje.

- Gdzieś ze dwadzieścia lat temu mieszkał u mnie pewien Hindus, zawołany myśliwy, przyjechał ze stolicy, strzelby miał - i dubeltówki, i różne, rohatyny, i tasaki straszliwe, ale czterdziesty niedźwiedź nic się tym nie przejął, oberwał mu ucho i brodę razem z policzkiem.

- Dlaczego Hindus? A, taki się już urodził, hrabią był, rodem z Indii, jest taki kraj za Morzem Kaspijskim. Dużo ich tam żyje, włos mają niebieskawy i piją okrutnie. Persowie? Nie, to inni, tymi to my rządzimy, coś jakby jeńcami, jako i Tatarami albo Mordwinami, a Hindusi są wolni, mają własnego króla. I każdy z nich ma w gębie złoty ząb, dla odróżnienia od pozostałych ludzi. Mocny i dumny naród. Przez jedną zimę i wiosnę napsuł u nas ten Hindus panien co najmniej z pięć. Potem zabrali go na leczenie. U nich bez brody to żadne życie, wstyd, w tym są do nas podobni - a we wszystkim innym mają własny obyczaj. Jak się nazywał? Nazywał się Fiodor Karłycz. Do-obry był z niego pan...

Mokiejew opowiadał, jakby zjeżdżał z góry wijącą się drogą i pewnie nie skończyłby do nocy, ale pomyślałem, że na mnie już pora, i zapytałem: gdzie mieszka Iwanicha?

- A o tam, o, w tej ładnej chatce na uboczu. Ludzie takiej profesji zawsze mieszkają gdzieś z boku...

Kiedy doszedłem do czyściutkiego domku Iwanichy, w otwartej bramie stał wóz świeżo skoszonej trawy, oś zaczepiła o słupek, jasnowłosy chłopiec próbował cofnąć bułanego konia, ale mu nie wychodziło. Iwanicha stała na ganku, myła ręce przy glinianej umywalce i gniewnie pokrzykiwała:

- Wyprzęgaj! Wyprzęgaj, mówię!

Chłopiec nie odpowiadał, bił konia po pysku i burczał. Stara zeszła z ganku, szybko wyprzęgła konia, uniosła hołoble, schyliła się, zaparła w ziemię stalowymi nogami, wypchnęła wóz na arszyn za bramę, zgrabnie obróciła się, wprzęgła w hołoble i z łatwością wciągnęła na podwórze, mówiąc:

- Nieposłuszny dureń.

- Bo ty to masz siłę - mruknął urażony chłopiec, odprowadzając konia pod dach.

- Mam siedemdziesiąt lat. Do czego wy się nadajecie, mięczaki?

Zauważyła mnie, badawczo zmierzyła wzrokiem i zaprosiła:

- Proszę, proszę do domu...

Wieczorne słońce bacznie zaglądało w otwarte okna chaty, po wyszorowanej podłodze turlały się puszyste kociaki; zapach suchych ziół napełniał jasną izbę, prychał parą błyszczący samowar. Przy piecu połyskiwały na półkach butelki, słoje i blaszane puszki po sardynkach. Pod powałą wisiały pęki ziół: dziurawiec, bukwica, niedźwiedzia kapusta - brzydka roślina, lubiąca wilgoć, nadecznik, korzonki szczwołu i jakieś gałązki powiązane w pęczki.

Trzymając po handlarsku spodek na rozcapierzonych palcach, Iwanicha pytała:

- Co mówią w mieście? Dadzą chłopom ziemię? Uważajcie no tam - chłopi robią się źli! Powiedziałbyś Golicynom! Co oni wyprawiają? Dziewiąty rok się sądzą, za grosz wstydu, ani oni nic z tego nie mają, ani ludzie. Tylko mącą chłopom w głowach. Niby dali wolność, tylko gdzie ta wolność? Zawiesili chłopów nad ziemią, ci roją się jak meszki i tyle ich wolności!

Jej ciemna twarz z policzkami wymiętymi jak szmata jest przygnębiająco brzydka. Przekrwione oczy wpatrują się w talerz, na górnej wardze ruszają się mokre białe wąsy, na szyi pod lewym uchem sterczy włochata brodawka. Iwanicha głośno chrupie cukier, mlaszcze i niczym, prócz wysokich piersi, nie przypomina kobiety.

Ostrożnie wypytuję, jak zabijała niedźwiedzie, odpowiada niechętnie i jakby specjalnie zniżając matowy warkliwy głos.

- Miałam siłę. W tamtych czasach tylko dwu chłopów mogło się ze mną równać w całym powiecie. Oprócz męża. Zresztą i z mężem bym wygrała, ale mąż to mąż, nie wypada. Tłukłam go w żartach, a na poważnie - nigdy, nie ośmieliłabym się. U nas tu chłopi leśni, mocni.

Spociła się, zdjęła chustkę z głowy i w sztywnej grzywie zauważyłem siwe kosmyki. Otarła chustką pociętą zmarszczkami twarz i okutała nią wykręconą szyję. Dłonie miała pojemne, jak kosze, palce wciąż się ruszały, jakby skubiąc, rozplątując kłębek przędzy. Nieprzyjemnie było na to patrzeć. Cała Iwanicha była nieludzko ciężka.

O czterdziestym niedźwiedziu powiedziała:

- Bestia niedźwiedź służy bogu, Keremet jeździ po niebie na niedźwiedziach, wozi słońce. Słońce jest wielkie jak jezioro i ciężkie jak z czystego złota. Ludzie też są potrzebni bogu. Pszczoła służy człowiekowi, a człowiek bogu. Keremet powiedział: "Zabijaj niedźwiedzia, póki jestem cierpliwy, zabijesz ich wiele - słońce wstanie, pamiętaj! Wtedy poślę ci niedźwiedzia silnego, który zabije ciebie". I człowiek się zgodził: szkoda mu było bydła. Szkoda miodu i owsa. Niedźwiedź to straszny szkodnik.

Podrapała końcem noża skórę na głowie, splunęła w dłoń, przygładziła mocno rozczochrane włosy i wbiła w moją twarz mętne, ciężkie spojrzenie. Nos miała szeroki, nozdrza wywinięte, jak wielbłąd.

- Ty, młody, musisz wiedzieć: baba jest taka sama jak czterdziesty niedźwiedź. Z trzecią się kochasz - nic, z dziewiątą - też nic, a trafisz na czwartą albo tam na siódmą - i po tobie. Zaczaruje, przywiąże, świata poza nią widzieć nie będziesz, jak ślepy. To jest fatalna baba, Keremet posyła taką za karę. Bóg potrzebuje dzieci, ludzi. Nie podobają mu się puste figle, bez dzieci. Nie tego potrzebuje...

- Chodzi pani do cerkwi? - zapytałem.

Odpowiedziała ponuro, jakby nieco zdziwiona:

- Chodzimy, chodzimy. A czemu nie chodzić? Mamy tu dobrą cerkiew, pobudowaną przez książąt. I księdza dobrego, mądrego. Pszczoły go lubią. Spokojnie sobie żyjemy. Dobrze. Wkoło lasy.

Kociaki wlazły jej na kolana, podniosła ogromną dłonią dwa z nich do twarzy, zapytała:

- No, co?

Nalała mleka na spodek i dała im wprost na stole - tak nie zrobiłaby żadna prosta baba.

- Pijcie. A trzeci gdzie? Gdzie wasz braciszek?

Braciszek gryzł mój but; podniosłem kociaka i postawiłem na stole.

- Mądre zwierzaki, nikomu nie wierzą - powiedziała Iwanicha. - I pamięć mają dobrą: uderzysz takiego, zapamięta ci to. Po pięciu latach jeszcze sobie przypomni, kiedy się nie spodziewasz. A ludzie pamięć mają marną: nie pamiętają, kto ich bił...

Zrobił się późny wieczór, spędzono już bydło z pastwisk, ulicą szli chłopi, pod oknem płynęły kosy, a w nich odbijała się czerwonawa łuna zachodu; do okien zaglądały baby.

- No, muszę wyjść - powiedziała Iwanicha. - Po co zatrzymałeś się u Mokiejewa? To pechowa rodzina. Na drugi raz nocuj u mnie. Lubię nietutejszych.

I odprowadzając mnie do wrót, krzyknęła do jakiejś baby:

- Mario, nogę opatrzyłaś?

- Oj, mateczko, czasu jakoś nie było...

- Głupia. Zostaw już teraz, sama się tym zajmę...

Po kolacji Mokiejew zabrał mnie nad rzekę, stawiać żaki; po drodze opowiedział, że Iwanicha jeszcze niedawno, przed dziesięciu laty, uczyła chłopaków różnych technik miłosnych.

- Brała piątaka albo funt obwarzanków, lubi obwarzanki z anyżem. Najpierw się z niej wyśmiewali, a potem wszyscy przywykli. A umiała nakrzyczeć: durnie, wrzeszczała. Zawsze wszystkich od durni wyzywa. "Koni, krzyczy, doglądacie, krów doglądacie, bo bydła wam szkoda, a dziewczyn co, nie szkoda?" No i tak, miała rację. Chłopaki jak niedźwiedzie, uczą się, gapiąc na psy, na bydło, a po ślubie tylko krzywdzą dziewczyny, bo nic nie umieją. Bywa, że jakiś za pierwszym razem żonę popsuje, a potem bije, że mu niechętna, że nie chce...

Świecił księżyc, w powietrzu unosił się gęsty, mokry zapach świeżo skoszonej trawy. Stary potknął się o wystający z ziemi korzeń drzewa, zaklął mocno, potem wezwał Boga i lekko kulejąc, przeszedł do kolejnej historii:

- Boją się jej, Iwanichy. Szanują. Ona to jest taka!... Wprost ci powiem...

Pomyślał i powiedział:

- Potrzebna. Chcieli przepędzić ją z lasu, z leśniczówki, przyjechał urzędnik - wyganiał i wyganiał. "Nie, mówi, nie ma takiego prawa ani zwyczaju, żeby lasu pilnowała baba. Nigdy tak, mówi, nie było". A ludzie do niego: "Może i baba, ale straszniejsza od Boruty". Ten nie wierzy. To sama na niego ruszyła, jak na niedźwiedzia, owinęła rękę skórą, wzięła nóż, wszystko jak należy. Dopiero się wystraszył: "Precz, precz, idź do swojego Boruty! Na Sybir wywieźć cię trzeba, siło nieczysta!" I tak została u nas za leśnika, a potem sama wróciła do wsi, na jej miejsce poszedł kum Jakow i zaraz tej samej zimy wilki go zjadły, pijanego. Okolica tu dobra, spokojna okolica - podsumował stary ciut nieoczekiwanie, ale z pełnym przekonaniem.

Czule, ostrożnie wychodziła z lasu noc, pokrywając łąki i pola ciepłymi cieniami, cisza zastygła nad niebieską leniwą rzeczką i jak pszczoły nad kwiatem wokół księżyca migotały gwiazdy...

...Trzy miesiące później, w święto, znowu trafiłem do Bieriezianki. Zatrzymałem się u Iwanichy, skrzyknąłem chłopów, opowiedziałem im, jak się tymczasem rozwinęła ich sprawa, i wreszcie w jesienny wieczór, siedząc ze starą przy herbacie, słuchałem jej opowieści. Opowiadała o wydarzeniach lata, o pożarze, który zniszczył, na szczęście, tylko trzy chałupy, o tym, kto na co chorował, kto kogo pobił, o ludziach, którzy przejedli się grzybami, o dziewczynce, która wystraszyła się czegoś w lesie i straciła rozum.

- Siedzi na piecu, w ciemnym kącie i dniem i nocą śpiewa: "Mamusiu, uciekajmy, kochana, uciekajmy!"

Potem, przebierając palcami, spytała surowo:

- Z ziemią nic tam u was nie postanowili?

I kiedy odpowiedziałem: jeszcze nie! - spojrzała na mnie z niedowierzaniem i poradziła:

- Nic tutaj nie ukrywaj. Patrz, jak chłopi chcą ziemi...

Za oknem wiatr targał drzewa, siekł szyby deszczem, wył w kominie, wioskę wzięła w duszące objęcia rosyjska nuda - nuda, od której smutniejsza jest tylko nieuleczalna, śmiertelna choroba.

Chciałem zapytać znachorkę o Keremeta - co to za bóg? Kiedy wypiła herbatę, zabrała i zmyła naczynia, i usiadła przy stole z robótką na drutach, pończochą, zacząłem ostrożnie pytać.

Paskudnie zaciskając grube wargi, szybko przebierając palcami, błyskając stalą drutów, odpowiadała niechętnie, wielbłądzie nozdrza drżały, a ciemny nos się wyostrzył.

- Nie jestem popem, nie znam Boga - mówiła.

- A ten Keremet - czy to dobry bóg?

- Bóg to nie koń, po zębach go nie poznasz. Przecież nie zajrzysz mu w zęby...

Długo odpowiadała w ten sposób, ze złością i lakonicznie, aż w końcu poruszyłem ją jakimiś słowami; rozdęła nozdrza, obnażyła zielonkawe zęby owcy, jeszcze szybciej zastukała drutami i warknęła:

- I co tak się tłuczesz jak bednarz - bóg, bóg! Człowieka nie można ot tak oddać bogu - jak i dziewczyny starcowi, nie wolno go do boga ciągnąć siłą. Żadna z tego rodzina. I żadna prawda.

Ze zdumieniem spostrzegłem, że stara buduje swoje wypowiedzi jakby nie po rosyjsku, choć tak w ogóle mówiła soczyście i składnie. Raptownym gestem szarpnęła chustkę na głowie, czoło zrobiło się wyższe, a spod krzaczastych brwi wpatrywały się teraz we mnie całkiem inne oczy - mniejsze i jaśniejsze. I cała jej pomarszczona twarz też zrobiła się mniejsza, twardsza.

- Wasz Bóg lubi wiarę, a Keremet prawdę - mówiła. - Prawda jest ważniejsza od wiary. Keremet wie: jak bóg żyje z człowiekiem w przyjaźni, będzie z tego prawda! Ludzka dusza jest jego, nie odda jej diabłu. Wasz Bóg, Chrystus, nie chce niczego prócz wiary. Keremet chce człowieka, bo wie: bóg z człowiekiem to prawda, a sam bóg - nieprawda. Jest troskliwy. To on daje człowiekowi zwierzynę, ryby, pszczoły. Ziemię daje. Jest pasterzem człowieka. Nie ksiądz jest pasterzem, a bóg. A u was - ksiądz. Chrystus mówi: wierz! A Keremet: rób prawdę! Zrobisz - będziesz mi przyjacielem. Za pieniądze prawdy nie zrobisz. Księża lubią pieniądze. Pokłócili, pożarli Chrystusa z Keremetem, jak psy, teraz ci się biją, złoszczą, wasz na naszego, a nasz na waszego.

Przestała dziergać pończochę, rzuciła na stół wełnę i druty i mlaskając, mówiła głucho, ponuro:

- Mordwini to już nie ludzie, sami nie wiedzą, komu wierzyć. I wy - też nie ludzie. Keremet jest na was zły, szkodzi wam w życiu, obaj szkodzą, jeden wam, drugi nam. Obaj źli. Bóg żywi się człowiekiem, a człowiek też zrobił się zły, gorzki...

Oczy jej pojaśniały, świeciły twardo i oskarżycielsko i stara coraz mniej przypominała Rosjankę; coś władczego pobrzmiewało w jej słowach. Powoli wykręcała pokrzywioną szyję, jakby chciała uderzyć mnie głową, i było to tak okropne, że aż się wyprostowałem na krześle. Coraz częściej słyszałem w tym, co mówiła, słowa, których nie znałem, słowa mordwińskie. Mój ruch widać nieco ją uspokoił, złapała pończochę ze stołu i znów szybko zamigały druty. Milczała chwilę, a potem powiedziała ciszej:

- Bóg jest zły, człowiek zły, a ksiądz najgorszy. Ludzi trzeba podzielić uczciwie: jednych dać temu bogu, drugich temu. Wtedy bogowie będą żyć w przyjaźni. Każdy ze swoim stadem. Dobrzy gospodarze nie żyją w nieprzyjaźni. Pan mówi: "Bóg widzi prawdę, tylko nieprędko powie". A dlaczego nieprędko? Właśnie, że powie zaraz! Keremet wie: prawda jest lepsza od wiary. Kiedyś mówił, a jak go zaczęli prześladować - zamilkł. Obraził się: żyjcie sobie beze mnie. Na nasze nieszczęście. I na pożytek diabłu...

Przyszli ze mną pogadać przemoknięci chłopi; prychali, wycierali dłońmi brody, wreszcie siedli na ławie i zaczęli ostrożną rozmowę o mieście, o ziemi, sondując: czy nie ma jakichś znaków, że życie stanie się lżejsze? Nic nie wysondowali.

A kiedy, ciężko wzdychając, poszli sobie, Iwanicha poprosiła:

- Nie mów w mieście, co chłopi gadali. Nie mów gubernatorowi, proszę...

Spać poszła na piec, a ja na przypiecek, w duszny aromat suszonych ziół.

W nocy zbudził mnie świst wiatru w kominie i ciężki, bulgotliwy szept. Ostrożnie spojrzałem z przypiecka i zobaczyłem, jak Iwanicha modli się na kolanach. Z góry zdawała się bezkształtną grudą czegoś szarego, kanciastego, jakby kamienia. Jej niezwykły, głuchy głos dziwnie bulgotał, jakby wściekle kipiała woda albo ktoś płukał gardło. Potem z ukropu wypłynęły dziwnie powiązane słowa.

- Aj-aj, Chryste, aj-aj... Wstyd, Chryste!... Ilia się złości, ty się złościsz, i Keremet też. Ty jesteś silny, za tobą idzie dużo ludzi. Musisz być dobry. Kto będzie dobry dla ludzi, jeśli bóg będzie zły? A-ja-jaj, Chryste! Słuchaj mnie, słuchaj, bo ja dużo wiem! Baby twoje cierpią, chłopi cierpią - i po co? E-ech...

Nie żegnała się; wymachiwała rękami, wyciągając je ku ciemnym plamom okien, to znów przyciskając do bioder, albo waliła dłońmi w piersi. I ciągle szeptała, głucho, ale gorąco czyniąc Bogu wyrzuty, dławiła się słowami:

- Keremeta twoi popi prześladują, och! Jak tak można? A co, Keremet jest gorszy od ciebie? E-e, nieładnie, Chryste! Bóg boga prześladuje, czego to uczy ludzi? Och, Chryste, niedobry z ciebie Bóg, zawistny, zły, nieludzki! Ciężko ludziom z tobą! Co ty robisz? Po co Iwan umarł tak młodo? Po co Miszka - jedyne dziecko, taki niewinny Miszka - po co? I krowa Gusiewych padła, aj-aj-aj! Nie szkoda ci swoich, nie? I obcych nie żal, tym bardziej! Oj, nieładnie! Komu ty służysz, Chryste? Jakim ludziom służysz? Ja, baba, służę ludziom, i twoim pomagam, i Tatarom, i Czuwaszom - mnie wszystko jedno, widzisz? A ty - komu? Pop twój mówi, że jesteś dla wszystkich, ale nie kochasz ty swoich, nie! Wstydź się, wstydź, och, nieładnie! Prawdę mówię: wstydź się! Popatrz na swoich ludzi - to są dobrzy ludzie, a jak żyją? E, Chryste! Sam wiesz: bóg dobrze żyje, jeśli słucha ludzi, a ludzie - jeśli słuchają boga. Słuchaj mnie, mówię nie po złości, a prawdę mówię, i zrozum: bóg musi znać prawdę lepiej od ludzi, a ja, człowiek, starucha, znam prawdę lepiej od ciebie, znam prędzej od ciebie, e-ech ty, Chrystusie...

Długo tak robiła Chrystusowi wyrzuty; upiornie dudnił jej głuchy głos, gorące słowa, bulgocąc w gardle, brzmiały to żałośnie, to znów gorzko i gniewnie.

Deszcz chlastał cienkimi strużkami po słomianej strzesze, cienko i złośliwie gwizdał wiatr, zagłuszając serdeczne żale człowieka.

...O świcie wyjechałem z wioski i zabrałem ze sobą w pamięci jedną z lepszych rozmów człowieka z Bogiem, może najlepszą ze wszystkich, jakie dane mi było słyszeć.

"E, Chryste..."

Pająk

Jermołaj Makow, starzec, handlarz "antykwariatem" jest człowiekiem wysokim, chudym i prostym jak słup milowy. Chodził po ziemi jak żołnierz na paradzie, patrzył na wszystkich wielkimi oczami byka - w ich szaro-niebieskim, mętnym blasku było coś ponurego i tępego. Zdawał mi się głupi i w tej opinii szczególnie umacniała mnie bezczelna i kapryśna cecha jego charakteru: przyniesie na sprzedaż kałamarz gryzipiórka, pamiątkowy czerpak urzędnika albo starą monetę, targuje się do upadłego, wytarguje i nagle grobowym głosem mówi:

- Nie, nie chcę.

- Dlaczego?

- Nie mam ochoty.

- To po co tyle gadałeś po próżnicy?

W milczeniu wkłada fant do bezdennej kieszeni kapoty, ciężko wzdycha i odchodzi, nawet się nie żegnając, jakby mocno urażony. A mija dzień, a czasem zaledwie godzina, i raptem zjawia się znowu, kładzie fant na stół.

- Bierz.

- A czemu tamtym razem nie sprzedałeś?

- Nie miałem ochoty.

Nie był skąpy, sporo dawał biednym, a o siebie dbał mało: zimą i latem chodził w starej kapocie na wacie, w ciepłym wymiętym kaszkiecie, w lichych butach. Nigdzie nie zagrzał miejsca, koczował od folwarku do folwarku, z Niżnego do Muromia, z Muromia do Suzdala, Rostowa, Jarosławia, i znów wracał do Niżnego, zawsze zatrzymując się w brudnych "Pokojach" Bubnowa; gnieździli się tam sprzedawcy kanarków, szulerzy, szpicle i wszelkiej maści poszukiwacze szczęścia - szukali go, leżąc na dziurawych kanapach, w chmurach tytoniowego dymu. Pośród tych ludzkich śmieci Makow przyciągał szczególną uwagę jako "bywały w świecie" i dobry gawędziarz; opowiadał nieodmiennie o tym, jak upadają - "wyzdychają" - stare "szlacheckie gniazda". Mówił o tym z tępą, ponurą złością, szczególnie obrazowo i uparcie podkreślając lekkomyślność ziemian.

- Latają za piłkami. Bardzo lubią latać za piłkami z drewnianym młotkiem, to taka gra. Sami są już jak piłki, całkiem bezmyślnie toczą się tu i tam po ziemi.

Kiedyś, mglistą jesienną nocą, spotkałem Makowa na statku, w drodze do Kazania. Parowiec ledwie poruszał łopatkami, przedzierał się na ślepo, ostrożnie przez mgłę, z nurtem; w szarej wodzie i szarej mgle rozmywały się, gasły jego światła, głucho i nieprzerwanie chrypiała syrena, było ponuro jak w koszmarnym śnie. Makow siedział na rufie, sam, jakby ukrywał się przed kimś. Rozgadaliśmy się i oto, co mi opowiedział:

- Dwadzieścia trzy lata żyję w nieuleczalnym strachu i nie potrafię się od niego uwolnić. Ten strach jest, widzisz pan, szczególny: w moim ciele zalęgła się cudza dusza. Miałem trzydzieści lat i zadawałem się z taką jedną babą, nic tylko wiedźmą. Jej mąż - mój przyjaciel - był dobrym człowiekiem, ale chorował, umierał. I tej nocy, kiedy umarł, a ja spałem, przeklęta baba zabrała mi moją duszę, a jego duszę włożyła w moje ciało. Opłacało jej się, szantrapie - mąż był dla niej milszy niż ja. Kiedy zmarł, od razu zauważyłem: jestem innym człowiekiem. Baby tej, powiem wprost, nie kochałem, zabawiałem się z nią, a tu widzę - dusza ciągnie mnie do niej. Jak to? Nie lubię tej kobiety, ale nie mogę się od niej oderwać. Wszystkie moje zalety i talenty znikły jak sen złoty, dręczy mnie jakiś smutek, słucham jej jak pantoflarz i widzę: wszystko jest wokół szarawe, jak posypane popiołem, a ta baba - jak ogień! Bawi się ze mną, ciągnąc mnie nocą do grzechu. Wtedy zrozumiałem: zamieniła dusze, chodzę z cudzą duszą. A gdzie jest moja, prawdziwa moja, dana mi od Boga? Wystraszyłem się...

Trwożnie wyła syrena, jej głuchy dźwięk tonął we mgle i statek kręcił rufą jak raniony, bulgotała i pluskała woda w dole, ciemna i tłusta jak smoła. Starzec opierał się plecami o burtę, przestawiał nogi w ciężkich buciorach, paskudnie macał wokół siebie rękami i cichutko mówił:

- Wystraszyłem się, poszedłem na strych, zawiązałem pętlę, powiesiłem na belce - zauważyła to praczka, narobiła szumu - odcięli mnie. I wtedy zjawił się koło mnie ohydny stwór - sześcionogi pająk wielkości małego kozła, brodaty, rogaty, z babskimi cyckami i trzema oczami: dwa na głowie i trzecie między piersiami i gapi się w dół, w ziemię, na moje ślady. I dokądkolwiek pójdę, lezie za mną, z tą swoją szczeciną, na sześciu nogach, jak cień księżyca, i nikt poza mną go nie widzi - teraz też jest tutaj, o tu, ale go pan nie widzisz!

Makow wskazał ręką na lewo od siebie, pogłaskał coś w powietrzu, jakieś dziesięć werszków nad pokładem; potem, wycierając dłoń o kolano, powiedział:

- Mokry jest.

- I co, dwadzieścia lat żyjesz tak z pająkiem? - spytałem.

- Dwadzieścia trzy. Myślisz pan, że zwariowałem? Mój strażnik, chociaż go nie widać, mój pająk...

- A rozmawiałeś o nim z lekarzami?

- Dajże pan, panie, spokój, co tu pomoże lekarz? Toż to nie wrzód, nożem go nie wytniesz, miksturą nie wypalisz, maściami nie wytrzesz. I lekarz go nie widzi. Pająka.

- Ten pająk z tobą rozmawia?

Makow spojrzał na mnie zdumiony i zapytał:

- Kpisz sobie? Jak pająk może gadać? Jest tutaj żeby mnie straszyć, żebym nie miał władzy nad sobą, żebym nie próbował zabić cudzej duszy. Bo przecież duszę mam cudzą, coś jakby kradzioną. Dziesięć lat temu chciałem się utopić - skoczyłem z barki do rzeki, a on, pająk, wczepił się nogami w burtę i we mnie, i nie puścił. Musiałem udawać, że wypadłem przypadkiem. Potem marynarze mówili: kapota mnie przytrzymała, o coś się zaczepiła. O proszę, to ta kapota, ładna mi kapota...

Stary znowu pogłaskał, podrapał dłonią wilgotne powietrze.

Milczałem, nie wiedząc, co mam powiedzieć człowiekowi, który żyje w towarzystwie dziwnego wytworu swojej wyobraźni, a przy tym nie jest tak znów całkiem szalony.

- Już dawno chciałem z tobą o tym porozmawiać - mówił cicho i prosząco. - Mówisz wszystko wprost; wierzę ci. Powiedz, bądź tak dobry, jak to jest według ciebie: ten pająk to od Boga, żeby mnie pilnować, czy li od diabła będzie?

- Nie wiem.

- Mógłbyś pomyśleć... Mnie tam się wydaje, że od Boga, że strzeże, że ochrania we mnie cudzą duszę. Bóg nie chciał mi dawać anioła, nie jestem warty anioła. Mądry jest, dał pająka. Strasznego, co najważniejsze. Długo nie mogłem się do niego przyzwyczaić.

Makow zdjął kaszkiet, przeżegnał się i szepnął z uczuciem:

- Potężny i miłościwy jest Bóg nasz, pan i ojciec rozumu, pasterz dusz naszych.

...Kilka miesięcy później, księżycową nocą, wpadłem na Makowa na jednej z nędznych ulic Niżnego Nowogrodu; szedł chodnikiem, przyciskając się do płotów, jakby ustępował komuś drogi.

- Jak tam, pająk wciąż żyje?

Stary uśmiechnął się, schylił, pogłaskał powietrze i czule powiedział:

- Jest tutaj...

Trzy lata później powiedziano mi, że w 1905 Makowa obrabowali i zamordowali gdzieś koło Bałachny.

Grabarz

Kiedy podarowałem stróżowi cmentarnemu Bodriaginowi harmonijkę, o której od dawna marzył, ten - jednooki, rozczochrany - mocno przycisnął prawą dłoń do serca i promieniejąc z radości, przymknął swoje jedyne, sympatyczne, a czasem straszliwe oko, i powiedział:

- E-ech...

Dławiąc się z przejęcia, potrząsnął łysawą głową i rzucił jednym tchem:

- Umrze pan, Leksiju Maksimyczu - już ja się panem zajmę!

Brał harmonijkę ze sobą nawet do kopania grobów i kiedy się zmęczył robotą, grał sobie rozkosznie i cichutko polkę. Czasem nazywał ją z "zagramanicznym" akcentem "Tritsch-Tratsch", a czasem zwyczajnie - "Trach-Ciach". Był to jedyny kawałek, jaki potrafił zagrać.

I zdarzyło się, że zagrał w czasie, kiedy opodal ksiądz odprawiał nabożeństwo żałobne. Ksiądz skończył, wezwał Bodriagina i dalej na niego wrzeszczeć:

- Zmarłych obrażasz, bydlaku!

Bodriagin skarżył mi się:

- Jasne, niedobrze zrobiłem, ale mimo wszystko: skąd on może wiedzieć, że uraziłem zmarłego?

Był pewien, że nie ma piekła; dusze dobrych ludzi ulatują po śmierci z ciała do "przeczystego" raju, a dusze grzeszników pozostają w ciele i siedzą w grobach do czasu, aż ciało się rozłoży.

- I potem ziemia wydycha duszę na wiatr, i wiatr rozwiewa ją w nieczuły kurz.

Kiedy zakopano na cmentarzu ciało mojej ukochanej sześcioletniej dziewczynki Nikołajewej i wszyscy się rozeszli, Kostia Bodriagin, oklepując gliniany pagórek łopatą, tak mnie pocieszał:

- Nie smuć się, przyjacielu! Może na tamtym świecie mówią innymi słowami niż u nas, lepszymi, weselszymi. A może i nic nie mówią, tylko grają na "wiłolonczelach".

Kochał muzykę zapamiętale, aż śmiesznie i niebezpiecznie: usłyszy w oddali orkiestrę wojskową, akordeon czy fortepian, i zaraz się cały nastroszy, wyciągnie szyję w stronę dźwięku, ręce założy za plecy, zastygnie, szeroko otwierając ciemne oko, jakby tym okiem słuchał. Czasem potrafił skamienieć tak na ulicy, dwa razy stratowały go konie i wiele razy bili batami woźnice, kiedy stał jak zaczarowany, nie słysząc ostrzegawczych krzyków, nie widząc niebezpieczeństwa. Tłumaczył potem:

- Usłyszę muzykę - jakbym zanurkował na dno rzeki!

"Prowadzał się" z cmentarną żebraczką Sorokiną, pijaczką starszą od niego ze dwadzieścia lat - sam był już po czterdziestce.

- Po co ci ona? - spytałem.

- A niby kto ją pocieszy? Nikt prócz mnie. Lubię pocieszać tych, którzy nie mają nadziei. Mnie nie dopadło nieszczęście; pomagam tym, których dopadło.

Rozmawialiśmy, stojąc pod brzozą, w strugach niespodziewanej czerwcowej ulewy.

Kostia z rozkoszą jeżył się pod kroplami, bębniącymi o jego gołą, kanciastą głowę, i mamrotał:

- Lubię, kiedy moje słowa osuszają łzy...

Miał, zdaje się, raka żołądka, dyszał zgniłym smrodem trupa, nie mógł jeść, wymiotował, ale pracował z zapałem, chodził po cmentarzu wesoło i umarł przy kartach, grając z drugim stróżem w durnia.

N.A. Bugrow

...W 1901 roku władze wypuściły mnie z więzienia, zamieniwszy je na bardzo zabawny "środek prewencji i zapobieżenia przestępczości" w postaci aresztu domowego. Do kuchni w moim mieszkaniu przysłali policjanta, do przedpokoju - drugiego, a z domu wychodzić mogłem tylko w towarzystwie jednego z nich.

Strażnik kuchenny pomagał kucharce nosić drwa, obierać warzywa, myć naczynia; strażnik w przedpokoju otwierał drzwi gościom, rozbierał ich, podawał kalosze, a kiedy akurat nie było gości, zatykał swoim niezgrabnym cielskiem drzwi do mojego pokoju i pytał babskim głosem:

- Obywatelu Gorkow - proszę wybaczyć! - jak to tak? Mówią: niebieski, bez biesa, czyli, znaczy, niebiański, ale czemu - biesiada? Gdzie i z kim bies siada? Czy to grzech biesiadować?

Pooraną ospą twarz żołnierza zdobił tępy nos, zwisający jak warga; pod nosem sterczały pęczki czarnej szczeciny, muszla lewego ucha była rozerwana w poprzek, a lewe oko zezowało, uciekając w stronę ucha.

- Lubię czytać żywoty męczenników - mówił wysokim głosem i jakby w poczuciu winy. - Trafiają się tam niesamowite słowa...

I pytał zakłopotany:

- A - przepraszam! - niepokolana znaczy: niżej kolana? Na przykład: niepokolana dziewica?

Pospiesznie wyjaśniałem mu różnicę między kolanem a kalaniem i prosiłem:

- Niechże mi pan teraz nie przeszkadza.

- Dobrze - zgadzał się dobrodusznie. - Pisz pan sobie...

I pięć czy dziesięć minut później znów słyszałem irytujący głosik:

- A - przepraszam!...

Kiedyś o siódmej rano obudziły mnie słowa:

- Śpi jeszcze, położył się nad ranem...

Inny głos zapytał:

- W nocy też pilnujesz?

- A jak? Toż oni spiskują po nocach...

- Budź. Powiedz, że przyszedł Zarubin.

Kwadrans później siedział przede mną, kaszląc i ledwie chwytając powietrze, stary Zarubin; jego ciężka głowa trzęsła się; wycierał brodę kraciastą chustką, patrzył mi w twarz wyblakłymi oczami i chrypiał:

- Przyszedłem poznać twoją osobistość. Chciałem przyjść do więzienia, prokuratorek nie puścił.

- Po co to panu?

Mrugnął chytrze:

- A bo to trzeba ich poniepokoić, władze nasze, wojewodów naszych! Myślą, że nie ma sprzeciwu wobec ich bezprawia. A ja im pokazuję: jest sprzeciw, kłamiecie!

Obejrzał pokój zmrużonymi czerwonymi oczami królika.

- Biednie mieszkasz, bez luksusów, widzę. A mówią, żeś wielki pieniądz wziął od cudzoziemców za książkę o Gordiejewie, za hańbę naszego kupiectwa. Jakby nie patrzeć, książka godna uwagi; niby wymyślone, a jest w niej i prawda! Czytają ją ludzie i zaraz się zgadzają: słusznie, mówią, napisał, właśnie tacy jesteśmy! Jakow Baszkirow się chwali: "Majakin to ja! Mnie opisał, i patrzcie, jaki jestem mądry". Nawet Bugrow czytał, Mikołaj Aleksandrow. "Książka, mówi, naprawdę dla nas gorzka!" A ja niby od niego właśnie przychodzę: wyrazy szacunku! Bugrow nie wierzy, że jesteś z prostych ludzi, niby nawet z bosiaków; chce sam na ciebie popatrzeć. Ubieraj się, jedziemy do niego na herbatę.

Odmówiłem wizyty u Bugrowa, na co stary bardzo się zezłościł. Ciężko wstał z krzesła, kręcąc trzęsącą się głową i bryzgając śliną.

- Dumny jesteś, a głupi! Bugrow nie bardziej jest grzeszny od ciebie. A że z domu nie wolno ci wyjść bez policjanta, to Bugrow ma w nosie, razem z wszystkimi waszymi prawami i zakazami.

I wyszedł bez pożegnania, wściekle szurając nogami. Policjant, odprowadzając go, spytał:

- Co, miało miejsce nieporozumienie?

Zarubin wrzasnął na niego:

- A ty - milcz!

Milioner, poważny handlarz zbożem, właściciel młynów parowych, dziesięciu statków, flotylli barek i rozległych lasów - N.A. Bugrow odgrywał w Niżnym i w guberni rolę udzielnego księcia.

Staroobrzędowiec "bezpopowskiego rytu" wybudował w polu, wiorstę od Niżnego, wielki cmentarz, otoczony wysokim ceglanym murem, a na cmentarzu cerkiew i "pustelnię" - przy tym że chłopów ze wsi skazywano na rok więzienia z paragrafu 103 "Kodeksu kar kryminalnych" za to, że we własnych chatach urządzali zakonspirowane "kaplice". We wsi Popowka Bugrow wzniósł wielki gmach, przytułek dla staroobrzędowców - wszyscy dobrze wiedzieli, że edukuje tam swoich sekciarzy. Otwarcie popierał tajne sekciarskie pustelnie w lasach nad Kierżeńcem i Igrizem, i w ogóle był nie tylko aktywnym obrońcą herezji, ale też mocną opoką, na której wspierał się "raskoł" Powołża, Przeduralu i nawet części Syberii.

Przełożony państwowego kościoła, nihilista i cynik Konstantin Pobiedonoscew pisał - zdaje się w roku 1901 - w raporcie dla cara o wrażej, antycerkiewnej działalności Bugrowa, ale milioner dalej robił swoje. Był na "ty" z rozkapryszonym gubernatorem Baranowem i widziałem, jak w 1906 roku na Wystawie Wszechrosyjskiej przyjacielsko poklepywał po brzuchu premiera Wittego i tupiąc nogą, krzyczał na ministra dworu Woroncowa.

Był hojnym filantropem: zbudował w Niżnym porządną noclegownię; wielki, na trzysta mieszkań, budynek dla wdów i sierot; wspaniale wyposażył mieszczącą się w nim szkołę; sfinansował wodociąg miejski; zbudował i przekazał miastu gmach rady miejskiej; robił ziemstwu prezenty w postaci lasu dla wiejskich szkół i w ogóle nie żałował pieniędzy na "dobroczynność".

Dziadek opowiadał mi, że ojciec Bugrowa "dorobił się" na druku fałszywych banknotów, ale dziadek miał wszystkich znaczniejszych kupców w mieście za fałszerzy, zbójów i morderców. Nie przeszkadzało mu to odnosić się do nich z szacunkiem i nawet zachwytem. Z jego epickich opowieści wynikało mniej więcej: jeśli przestępstwo się nie udało, to jest przestępstwem i wymaga kary, a jeśli sprawca sprytnie zamiótł ślady - to sukces i powód do chwały.

Mówiono, że Mielnikow-Pieczerski na płótnie "W lasach" pod nazwiskiem Maksima Potapowa przedstawił ojca Bugrowa; tak wiele złego słyszałem o ludziach, że chętniej wierzyłem Mielnikowowi niż dziadkowi. O Nikołaju Bugrowie opowiadano, że podwoił miliony ojca, spekulując podczas głodu w Samarze na początku lat osiemdziesiątych.

Swoje rozległe interesy Bugrow prowadził osobiście, sam, nosząc weksle i rozmaite papiery w kieszeni kapoty. Przekonano go, żeby założył biuro i wziął księgowego; wynajął lokal, umeblował go z gustem i rozmachem, sprowadził z Moskwy księgowego, ale żadnych spraw ani dokumentów do biura nie przekazał, a kiedy księgowy zaproponował, że zrobi inwentaryzację majątku, zamyślił się i powiedział, pocierając policzek:

- To wielkie zadanie! Majątek mam ogromny, długo by go liczyć!

Księgowy przesiedział trzy miesiące w pustym biurze, bez zajęcia, po czym oświadczył, że nie chce brać pensji za nic i przyszedł się zwolnić.

- Wybacz, bracie! - powiedział Bugrow. - Nie mam czasu zajmować się biurem, tylko mi ono ciąży. Całe biuro mam tutaj.

Uśmiechnął się i uderzył dłonią po kieszeni i po czole.

Często spotykałem go na handlowych ulicach naszego miasta: wielki, ciężki, w długim surducie, wyglądającym jak kapota, w wypolerowanych butach i w sukiennej czapce, szedł ciężkim krokiem, z rękami w kieszeniach, szarżował na ludzi, jakby ich nie widział, a oni ustępowali mu drogi nie tylko z szacunkiem, ale jakby nawet ze strachem. Jego czerwonawe policzki porastała nieforemna szara bródka Mordwina, proste rzadkie włosy nie zasłaniały malutkich uszu z przyrośniętymi płatkami ani pomarszczonej szyi i policzków, wydłużały tępy podbródek, zabawnie go wyciągały. Twarz niejasna, nieskończona, bez ani jednej rysy, która ostro rzucałaby się w oczy i na zawsze zostawała w pamięci. Takie niezrozumiałe, jakby specjalnie starte, bezokie twarze często spotkać można u ludzi z górnego i środkowego Powołża - pod nudną, nieokreśloną maską skrywa się bystry umysł, zdrowy rozsądek i dziwne, niczym nieusprawiedliwione okrucieństwo.

Za każdym razem, kiedy spotykałem Bugrowa, ogarniało mnie niepokojące, wewnętrznie sprzeczne uczucie: pełna napięcia ciekawość i instynktowna wrogość. Niemal zawsze musiałem siłą przypominać sobie "dobre uczynki" tego człowieka i zawsze pojawiała się w mojej głowie myśl: "Dziwne, że w jednym mieście, na cieniutkim pasie ziemi mogą spotykać się ludzie tak radykalnie obcy sobie, jak obcy jesteśmy ja i ten geniusz biznesu".

Doniesiono mi, jakoby Bugrow przeczytał moją książkę "Foma Gordiejew" i ocenił mnie tak:

- To szkodliwy twórca, książka jest napisana na szkodę naszego stanu. Takich trzeba zsyłać na Syberię, i to daleką, na sam koniec Syberii...

Ale moja niechęć do Bugrowa pojawiła się kilka lat wcześniej, przed historią z książką, i sprowokował ją cały ciąg takich oto historii: człowiek ten brał od nędzników-rodziców córkę i żył z nią, póki mu się nie znudziła, a potem wydawał ją za mąż za któregoś z setek swoich służących albo robotników, dając w posagu trzy czy pięć tysięcy rubli, i zawsze budował młodemu małżeństwu domek - mały, na trzy okna, jaskrawo pomalowany i z blaszanym dachem. W Sejmie, gdzie Bugrow miał wielki młyn parowy, takie domki stały na wszystkich ulicach. Nowiutkie, przytulne, z kwiatami i muślinowymi firankami w oknach, z zielonymi albo niebieskimi okiennicami, bezczelnie kłuły ludzi w oczy jaskrawymi barwami i jakby specjalnie podkreśloną identycznością. Prawdopodobnie domki rozpalały wyobraźnię i chciwość, przez co bardzo przyczyniały się do rozwoju handlu dziewczęcym ciałem.

Rozrywka milionera była szeroko znana - na peryferiach miasta i po wsiach panny i chłopcy śpiewali smutną piosenkę:

Pewnie kochasz Bugrowa,

I oddałaś mu serce;

Słowa mu nie dochowasz,

A mnie cierpieć do śmierci!

Z jedną z takich "wypróbowanych panien" ożenił się mój znajomy maszynista, trzydziestoletni wdowiec, miłośnik i łowca ptaków, autor znakomitego opowiadania o życiu pierzastych drapieżników, opublikowanego, zdaje się, w czasopiśmie "Przyroda i Polowanie".

Dobry, uczciwy człowiek tak wyjaśniał powód swojego ożenku:

- Szkoda dziewczyny; skrzywdzona - a dobra! Nie będę ukrywał: wniosła w posagu cztery tysiące i domek. Będę żył sobie spokojnie, zacznę się uczyć, pisać...

Po kilku miesiącach zaczął pić, a w karnawał pobili go w pijackiej burdzie; wkrótce umarł. Niedługo przed śmiercią przysłał mi rękopis opowiadania o lisie - jak sprytnie poluje na leśne ptaki; pamiętam, że opowiadanie zaczynało się tak:

"Barwnie i odświętnie odział się jesienny las, ale dyszy smutkiem i zgnilizną".

Przyszła do mnie kobieta, poruszona niemal do szaleństwa, i powiedziała: jej bliski przyjaciel zachorował na dalekim zesłaniu, pod kręgiem polarnym. Powinna natychmiast jechać do niego, potrzebuje pieniędzy. Wiedziałem, że mowa o człowieku nietuzinkowym, ale nie miałem dużej kwoty, której potrzebowała na podróż.

Poszedłem do zdziwaczałego bogacza Mitrofana Rukawisznikowa; ten malutki, garbaty człowieczek żył - jak des Esseintes, bohater powieści Huysmansa - wymyślonym życiem, sądząc, że jest ono bardzo wykwintne i piękne: chodził spać rano, wstawał wieczorem, po nocach gościli u niego przyjaciele: dyrektor gimnazjum, nauczyciel pensji dla szlachetnie urodzonych panienek i urzędnik z wydziału majątkowego; całą noc pili, jedli, grali w karty, a czasem zapraszali miejscowe ślicznotki "lekkiego prowadzenia" i urządzali malutkie orgie.

W półmroku gabinetu, gęsto zastawionego meblami z rogu teksańskich byków, w głębokim fotelu siedział z pledem na nogach garbus o twarzy młodego chłopca; bojaźliwie patrzył na mnie ciemnymi oczami; w milczeniu wysłuchał prośby o pożyczkę i również w milczeniu podał dwadzieścia pięć rubli. Potrzebowałem czterdzieści razy więcej. Nic nie powiedziałem i wyszedłem.

Trzy dni biegałem po mieście, szukając pieniędzy, i kiedy przypadkiem wpadłem na Zarubina, spytałem: czy by mi nie pomógł?

- Poproś Bugrowa, on da! Chodź, jedziemy do niego, jest o tej porze na giełdzie!

Pojechaliśmy. W hałaśliwym tłumie kupców z miejsca zauważyłem ogromną postać Bugrowa; stał oparty plecami o ścianę, napierał nań tłum podekscytowanych ludzi, wykrzykujących coś jeden przez drugiego; Bugrow z rzadka, spokojnie i leniwie mówił:

- Nie.

I słowo to w jego ustach przypominało "sza!", jakim się ucisza rozszczekanego psa.

- Proszę, Gorki we własnej osobie - powiedział Zarubin, bezceremonialnie przepychając się przed kupców.

Z twarzy pomiętej starością spojrzały na mnie nieufnie i ślisko malutkie zmęczone oczka; powieka pod jednym z nich była sparaliżowana i zwisała, obnażając białko, poznaczone czerwonymi żyłkami; z kącika oka przy nosie ciągle spływała łza. Źrenice zdały mi się mętne, ale raptem zapaliły się w nich zieloniutkie iskry, rozjaśniając na sekundę mordwińską twarz sympatycznym uśmiechem. Bugrow, ściskając mi rękę napuchniętą, ale mocną dłonią, powiedział:

- Duma naszego miasta... Zechce pan napić się ze mną herbatki?

W hotelu "Giełdowym" wszyscy kłaniali mu się do ziemi i nawet kanarki na oknach z szacunku przestały śpiewać; Bugrow ciężko usiadł na krześle i zapytał kelnera:

- Dasz herbatki, bracie?

Zarubina zatrzymał jakiś gruby człowiek z czerwonym nosem i żołnierskimi wąsami, stary krzyczał na niego:

- Policji się boisz, a sumienia nie!

- Nasz staruszek jak zwykle walczy niewprawnym językiem - powiedział Bugrow, westchnął, otarł łzę z twarzy niebieską chustką i przewiercając mnie wzrokiem, zapytał:

- Słyszałem, że jest pan samoukiem - sam pan doszedł do takiego mistrzostwa, bez żadnych szkół i gimnazjów? Tak. Duma naszego miasta... I ponoć zaznał pan wielkiej biedy? I pomieszkiwał w mojej noclegowni?

Powiedziałem, że w dzieciństwie zdarzało mi się bywać w piątki u niego na podwórzu - tego dnia "z pamięci o ojcu" dawał nędzarzom po dwa funty pszenicznego chleba i po srebrnej dziesięciokopiejkówce.

- To o niczym nie świadczy - powiedział, ruszając szarymi włoskami rzadkich brwi. - Po dziesięć kopiejek przychodzili nie tylko biedni, ale i chciwi. Ale że mieszkał pan w noclegowni - to mnie bardzo zdziwiło. Bo zawsze myślałem, że z tego domu, jak z wiru, nikt się już nie wyrwie.

- Człowiek jest wytrzymały.

- Pańska racja, ale dodajmy: kiedy wie, czego chce.

Mówił poważnie, powoli, jak przystoi człowiekowi z jego pozycją, słowa dobierał ostrożnie - i pewnie przez tę ostrożność brzmiał groteskowo i ciężko. Zęby miał małe, ściśle przylegające do siebie, jak dwie żółte kości. Dolna warga gruba i wywrócona, jak u Murzyna.

- Skąd pan zna kupiectwo? - zapytał, a kiedy odpowiedziałem, powiedział:

- Nie wszystko w pańskiej książce jest prawdą i wiele rzeczy przedstawił pan bardzo ostro, ale Majakin - to jest świetna postać! Znał pan kogoś takiego? Sam nie spotkałem w swoim otoczeniu, ale czuję, że taki człowiek musi istnieć! Na wskroś rosyjski w duszy i rozumie. Ze zmysłem politycznym...

I uśmiechając się szeroko, dorzucił:

- Bardzo pouczająco podpowiada pan kupcom, jak mają żyć i myśleć, o, bardzo!

Podszedł Zarubin, wściekły, usiadł ciężko na krześle i spytał ni to mnie, ni to Bugrowa:

- Co z tymi pieniędzmi?

Jego pytanie tak mnie speszyło, że mało nie zakląłem i chyba się zaczerwieniłem. Bugrow to zauważył i zaraz spytał kpiąco:

- Z czyimi?

W krótkich słowach przedstawiłem moją prośbę, ale Zarubin znów się wtrącił:

- Nie dla siebie prosi, sam żyje skromnie...

- A dla kogo, jeśli wolno spytać? - zwrócił się do mnie Bugrow.

Byłem zirytowany, nie chciałem nic zmyślać, więc powiedziałem prawdę i czekałem na odpowiedź.

Ale milioner drapał się po policzku, ocierał palcem łzę i słuchał mnie uważnie, a potem wyciągnął portfel i odliczając pieniądze, zapytał:

- A czy tyle wystarczy? To daleka podróż, po drodze różne rzeczy mogą się wydarzyć...

Podziękowałem mu i zaproponowałem, że napiszę pokwitowanie; uśmiechnął się uprzejmie:

- Przyjmę jedynie z ciekawości, jaki też ma pan charakter pisma...

Potem przeczytał pokwitowanie i zauważył:

- Pisze pan jakby dawną kaligrafią, staroobrzędową, każda litera oddzielnie. Bardzo ciekawie pan pisze!...

- Uczyłem się z Psałterza.

- To widać. Może weźmie pan to pokwitowanie z powrotem?

Odmówiłem i pożegnałem się, żeby jak najszybciej przekazać pieniądze. Ściskając mi dłoń z przesadną uprzejmością, Bugrow powiedział:

- Miło było poznać! Jeśli pan pozwoli, któregoś dnia przyślę po pana konie, daleko pan mieszka. Bardzo nalegam, żeby mnie pan odwiedził.

Kilka dni później, rano, koło ósmej, przysłał po mnie konia, i oto siedzę z nim w małym pokoju; okno wychodzi na podwórze, zabudowane murowanymi magazynami, zawalone kotwicami, złomem, belami grubego płótna i workami mąki. Na stole głośno wrze malutki samowar, stoi talerz gorących kołaczy, misa kawioru i cukiernica z różnokolorowymi kostkami cukru owocowego, zwanego "postnym".

- A rafinowanego nie używam - uśmiecha się Bugrow. - I nie dlatego, że niby rafinowany płuczą psią krwią i robią nim różne... "mapulinacje", jak to się naukowo nazywa?

- Manipulacje?

- Właśnie. Nie, postny cukier jest po prostu smaczniejszy i lepszy dla zębów...

W pokoju jest pusto - dwa krzesła, na których siedzimy, mały składany stół, jeszcze jeden stolik i krzesło w rogu, pod oknem. Ściany oklejone tanią, brudnoniebieską tapetą, koło drzwi w przeszklonej ramie rozkład rejsów statków pasażerskich. Błyszczy niedawno malowana ruda podłoga, wszystko wylizane, do znudzenia czyste, i od tej czystości wieje chłodem, jest w niej coś "nieludzkiego". Powietrze mocno nasycone cerkiewnym zapachem kadzidła i oleju do lampek; krąży w nim wielka niebieska mucha i natrętnie brzęczy. W rogu ikona Matki Boskiej w sukience z pereł; w koronie - trzy czerwone kamienie; przed ikoną lampka z niebieskiego szkła. Błękitny płomyk kołysze się samotnie, a po ikonie jakby płynęły kropelki potu albo łzy. Czasem mucha siada na sukience i łazi po niej, mała czarna kulka.

Bugrow jest w surducie z cienkiego sukna, długim i zapiętym pod samą szyję - surdut przypomina cerkiewną szatę. Smakując aromatyczną herbatę, Bugrow pyta:

- Tak, czyli zdarzało się panu pomieszkiwać w noclegowni?

W jego głosie pobrzmiewa współczucie, jakby mówił o śmiertelnej chorobie, z której szczęśliwie wyszedłem.

- Trudno uwierzyć - ciągnie, w zamyśleniu ocierając łzę z policzka. - Nasz bosiak jest jak jesienny liść. A właściwie jeszcze mniej pożyteczny, bo jesienny liść przynajmniej użyźnia ziemię...

I w takt brzęczenia muchy opowiada:

- Tutaj u nas, na brzegu, jest taki dostawca siły roboczej, ma artel tragarzy, nazywa się Sumarokow; no więc ten Sumarokow jest potomkiem wielkiego człowieka, za czasów Katarzyny jego dziadek miał ogromne wpływy, a wnuk - kawał łobuza, coś jak ataman bandy rozbójników, pije ze swoimi robotnikami i ukrywa ich złodziejstwo. Proszę, jaka historia! A pan - odwrotnie. Ciężko zrozumieć, na jakich szalach los waży ludzkie losy... Niech pan weźmie jeszcze kawioru!

Niespiesznie żuje kołacz, głośno mlaszcze i lustruje mnie kątem oka.

- Nie czytam książek, a pańskie - przeczytałem, radzili mi, żebym przeczytał. Bardzo niezwykłych ludzi pan spotykał. Na przykład: w jedną stronę idzie Majakin, a w drugą - ten "wędrowiec", jak mu?

- Promtow.

- Tak. Jedni, niczego nie szczędząc, pracują dla Rosji, dla wszystkich ludzi w naszym państwie, a inni - brukają życie knajackim językiem, brudnym szydłem swoich małych móżdżków. A pan opowiada o jednych i o drugich jak... Nie wiem, jak to powiedzieć: jak o obcych, nierosyjskich ludziach, a jednak jakoś bliskich, co? Nie całkiem to rozumiem...

Zapytałem: czy czytał opowiadanie "Mój towarzysz"?

- Czytałem. Bardzo ciekawe.

Odchylił się na oparcie krzesła, wielką chustką z kolorowym brzegiem otarł pot z czoła, a potem machnął nią jak flagą.

- No, to oczywiście człowiek dziki, nie Rosjanin. A ten "wędrowiec", co? Majakin, powiada pan, co?

Kiwając głową z żółto-siwymi włosami, gładko przylepionymi do czaszki, powiedział cicho:

- To niebezpieczne. Mówią, że nasze państwo to dom, który wymaga remontu, trzeba go przebudować! Tak, tak. Ciekawe tylko, czyimi siłami? Gdzie te siły, jak pan myśli? Jak włączyć do tego zadania wszystkich ludzi, skoro niektórzy pasą się swobodnie, jak bydło na pastwisku, i niczego więcej nie pragną? A Majakin? Gospodarz? Niczego nie żałuje dla przebudowy państwa, oddaje mu wszystkie siły i sumienie, a inni - mają go w nosie, co?

Tę poważną rozmowę przerwała nam mucha - ślepo wleciała w nikły płomień lampki, rozpaczliwie zabrzęczała, zgasiła ogień i wpadła do oleju. Bugrow wstał, wyszedł za drzwi i krzyknął:

- Ej!

Zjawiła się sympatyczna dziewczyna ubrana jak mniszka, cała na ciemno, ukłoniła się nam, przyciskając rękę do brzucha, położyła na stole kilka telegramów i w milczeniu wyczyściła lampkę. Później znów się ukłoniła i zniknęła, nie unosząc wzroku, skubiąc palcami wiszący przy pasie skórzany starowierski różaniec.

- Dopadły mnie interesy, pan wybaczy - powiedział Bugrow, prześlizgując się wzrokiem po kwadratowych kartkach telegramów. Wyjął z kieszeni ogryzek ołówka, zmarszczył nos, nabazgrał jakieś znaki i niedbale rzucił telegramy na stół, mówiąc:

- Chodźmy stąd...

Zaprowadził mnie do wielkiej sali z oknami wychodzącymi na brzeg Wołgi; na malowanej podłodze leżały czyste chodniki z surowej bawełny, pod ścianami stały krzesła. Między nimi skórzana kanapa. Okropnie pusto i wciąż ten cerkiewny, oleisty zapach. A w szyby okien nieprzerwanie bije mocny, żelazny hałas dnia pracy, na rzece gwiżdżą statki...

- Ładny obrazek? - zapytał Bugrow, wskazując ścianę. Wisiała na niej kopia "Bojaryni Morozowej" Surikowa, a naprzeciwko niej, na drugiej ścianie, wspaniałe stare płótno: kwiaty namalowane zadziwiająco subtelnie i szlachetnie. Miedziana tabliczka na dole ramy mówiła, że to praca Rosy Bonheur.

- Ten bardziej się panu podoba? - zapytał z uśmiechem stary. - Kupiłem go w Paryżu; idę ulicą i widzę - w witrynie obraz, i na nim cyfry: dziesięć tysięcy! Co to jest? - myślę sobie. Przyjrzałem się - kwiaty i tyle. Dobra sztuka, ale i dobra cena. Trzy tysiące rubli, jakby nie liczyć. Posłałem znajomego, żeby zapytał: dlaczego tak drogo? Mówią mu: unikat. Poszedłem znów, popatrzyłem. O nie, myślę, a figę! Ale następnego dnia rano mówię do przyjaciela: "Idź, kup mi go".

Roześmiał się.

- Kaprys, oczywiście. Ale skoro tak mi się spodobał, nie mogłem nie kupić...

Wszystko wokół błyszczało zimną nieludzką czystością, przywodząc na myśl nudne, samotne życie.

- Proszę mi wybaczyć, pora iść na giełdę - powiedział Bugrow. - Nie udało nam się dokończyć tak ciekawej rozmowy, bardzo żałuję. Za pańskim pozwoleniem - dokończymy innym razem... Do widzenia!

Często przysyłał po mnie konia, a ja chętnie jeździłem do niego na poranną herbatę z kołaczami, kawiorem i "postnym" cukrem. Lubiłem słuchać jego ostrożnie badawczych słów, obserwować uważne spojrzenie mądrych oczu, domyślać się - czym żyje ten człowiek poza interesami i handlem, i na czym - poza pieniędzmi - opierają się jego wpływy?

Miałem wrażenie, że chce coś ode mnie wyciągnąć, o coś mnie wypytać, ale albo nie umiał tego zrobić, albo sam nie wiedział, czego chce.

Często wracał do nudnego pytania:

- Jak to się stało, że pan, wędrując po tak niebezpiecznych - wręcz śmiertelnie - szlakach, wydostał się jednak na drogę pożytecznej pracy?

Drażniło mnie to. Mówiłem mu o Sliepuszkinie, Surikowie, Kulibinie i innych rosyjskich samoukach.

- Proszę, ilu ich jest! - dziwił się niechętnie, w zamyśleniu tarł policzek i bez powodzenia próbował zmrużyć chore oko. Wreszcie mrużył zdrowe i uparcie pytał:

- Przecież takie życie bez celu, bez roboty, powinno wykolejać - więc jak to się stało, że pan się nie wykoleił? Że wziął się pan do roboty?

Wreszcie jednak udało mu się sformułować myśl, która tak go gryzła:

- A wie pan, to ciekawe: żyjemy syto i bogato, a pod nami bytują ludzie o szczególnych właściwościach i podkopują nasze życie. To są źli ludzie, sam pan tak o nich pisze, ludzie bezlitośni. I jeśli tych ludzi zacznie wypierać tam z dołu, jak garb - to całe nasze życie stoczy się z garbu w dół...

Mówiąc to, uśmiechał się, ale oczy mu pozieleniały i spoglądały na mnie sucho i przenikliwie. Wiedziałem, że nic do niego nie dotrze, więc powiedziałem dość ostro, że życie jest całkiem niesprawiedliwe i dlatego - niepewne, i że prędzej czy później ludzie zmienią nie tylko formy, ale i istotę swoich wzajemnych stosunków.

- Niepewne! - powtórzył, jakby nie dosłyszał słowa "niesprawiedliwe". - To prawda, jest niepewne. I widać coraz więcej oznak tej niepewności.

Zamilkłem. Posiedzieliśmy minutę czy dwie i zacząłem się żegnać, przekonany, że nasza znajomość właśnie się skończyła i że nie będę pił więcej u Bugrowa herbaty z kołaczami i kawiorem. Bugrow również w milczeniu i oschle podał mi rękę, ale w przedpokoju raptem powiedział półgłosem, w napięciu wpatrując się w ciemny, bardzo ciemny kąt:

- A przecież człowiek jest straszny! Oj, jaki straszny! Czasami otrząśniesz się z codziennej krzątaniny i nagle dusza jak zadrży, aż pomyślisz w duchu - Boże! Czyżby wszyscy - albo prawie wszyscy - ludzie żyli w takich ciemnych oparach jak ja? Czy wicher życia miota nimi jak mną? Strach pomyśleć, że spotkany na ulicy obcy człowiek zagląda ci w duszę i rozumie twoją panikę...

Mówił śpiewnie, a mnie dziwnie było słuchać tych wyznań.

- Człowiek jest jak ziarno pod żarnem, i każde ziarno chce uciec przed swoim losem - przecież to ono, najważniejsze, to wokół niego kręci się świat i wznieca wicher życia...

Zamilkł, uśmiechnął się, a ja powiedziałem pierwsze, co mi przyszło do głowy:

- Z takimi myślami musi być ciężko żyć!

Cmoknął wargami.

Wkrótce znów przysłał po mnie konia i kiedy z nim rozmawiałem, poczułem, że niczego ode mnie nie potrzebuje, po prostu mu się nudzi; rozmowa z kimś z innych kręgów, spośród inaczej myślących jest dla niego rozrywką. Odnosił się do mnie coraz mniej ceremonialnie i nawet zaczął wpadać w protekcjonalny ton. Wiedząc, że siedziałem w więzieniu, zauważył:

- Niepotrzebnie! Pan ma opowiadać, a nie zapowiadać...

- Jak to: zapowiadać?

- A tak to: zapowiadać rewolucję, która przetnie wszelkie więzy, umocnione prawem i jednające ludzi we wspólnej pracy. Albo jest pan sędzią, albo podsądnym...

Kiedy powiedziałem mu, że dojrzewa konieczność wprowadzenia konstytucji, odpowiedział z szerokim uśmiechem:

- Przecież z konstytucją my, kupcy, dokręcimy wam, wichrzycielom, śrubę jeszcze mocniej!

Ale o polityce rozmawiał niechętnie i lekceważąco, tonem, jakim szachista mówi o grze w warcaby.

- Pewnie, każdy pionek chciałby zostać damką, a wszystkie inne pionki przez to przegrywają. Głupota. W szachach cel jest konkretny: dać królowi mata!

Kilka razy rozmawiał z carem Mikołajem.

- Brak mu iskry bożej. Powie dziesięć słów - siedem niepotrzebnie, a trzy cudze. Ojciec też był niespecjalnie mądry, ale chłop jednak solidny, prawdziwy gospodarz! A ten - uprzejmiutki taki, oczy babskie...

Dorzucił obraźliwe słowo i westchnął:

- Nie po ziemi chodzą nasi carowie, nie wiedzą, jak się żyje poza dworem. Siedzą jak szpaki w budkach w tych swoich pałacach, ale nawet nie umieją tłuc karaluchów i - wychodzą z mody. Nie są już straszni. A car jest władcą tylko wtedy, kiedy się go boją.

Mówił lekceważąco, leniwie, bez powodzenia próbując złowić łyżeczką listek herbaty w szklance.

Nagle jednak odrzucił łyżkę, uniósł brwi i szeroko otworzył zielone, bagienne oczy.

- O tym warto pomyśleć, panie Gorki - jak będziemy żyć, jeżeli strach zniknie, co? Nikt się nie będzie bał cara. Kiedy przyjeżdżał do nas, do Niżnego, ojciec Mikołaja, mieszkańcy odprawiali nabożeństwa, dziękowali Bogu, że im się poszczęściło - zobaczyli cara. Tak! A kiedy ten przyjechał w '96 na wystawę, mój stróż Michajło mówi: "Mizernego mamy cara! I z pyska niewyględny, i pochodzenie marne jak na tak wielki kraj. Zagraniczni carowie pewnie patrzą na niego i myślą: e, jaka tam ta Rosja, z takim mizernym carem!" Aha, widzi pan. A ten Michajło służył w ochronie cara. I nikogo wtedy nie ucieszyła ta wizyta - jakby wszyscy myśleli tak samo: "Oj, mizerny ten nasz car!"

Spojrzał w kąt na przygasający płomyk lampki, wstał, podszedł do drzwi, otworzył je i krzyknął:

- Lampka gaśnie, ej!

Jak zwykle bezszelestnie przybiegła, kłaniając się nisko, czarna dziewczyna i weszła na krzesło, żeby zająć się lampką. Bugrow patrzył na jej zgrabne nogi w czarnych pończochach i warczał:

- Co tu u was w tej izbie lampka zawsze się tak źle pali?

Dziewczyna zniknęła, odpłynęła jak kawałek czarnej chmury.

- I z Bogiem to samo - ciągnął Bugrow. - Nawet w naszym raskole, gdzie Boga kochają i troszczą się o niego bardziej niż u was, nikonian - nawet u nas, w lasach, Bóg ma już kłopoty! Jego potęga jakby podupadła. Nie ma już dawnej miłości, popada w zapomnienie. I odchodzi od ludzi. Wszędzie tylko sztuczki, ludzie zasłaniają sztuczkami cud życia, który On stworzył. Niech pan posłucha historii.

Z rozmysłem, mocnymi, ważkimi słowami opowiedział: w zapadłej leśnej wiosce na Zawołżu nauczyciel przywiózł fonograf i w święto w szkole pokazywał go chłopom. Kiedy ze stołu, z małej drewnianej skrzynki ludzki głos zaśpiewał znaną wszystkim piosenkę, chłopi wstali, nachmurzyli się, a szanowany w całej wsi starzec zawołał:

- Zamknij go, żeby cię!...

Nauczyciel zatrzymał urządzenie, a wtedy chłopi obejrzeli skrzynkę i postanowili:

- Trzeba spalić diabelską zabawkę!

Ale nauczyciel przewidująco zaopatrzył się w dwa walce z pieśniami cerkiewnymi. Z trudem namówił chłopów, żeby jeszcze trochę posłuchali, i skrzynka ryknęła "Pieśń cherubinów". Chłopi stali zdumieni i przerażeni, a starzec włożył czapkę i wyszedł, rozpychając wszystkich jak ślepy; za nim, jak stado za pasterzem, poszli w milczeniu pozostali.

- Ten starzec - mówił surowo Bugrow, patrząc mi w twarz zmrużonymi oczami - wrócił do domu i powiedział do swoich: "No, jasne. Oporządźcie mnie, chcę umierać". Włożył śmiertelną koszulę, zległ pod obrazami i ósmego dnia umarł - zamorzył się głodem. I od tej pory w wiosce ludzie poszaleli. Wrzeszczą nie wiedzieć co - o końcu świata, antychryście i diable w drewnianej skrzynce. I wielu zaczęło pić.

Postukał w stół grubym palcem i ciągnął z trwogą i smutkiem:

- Bóg dał człowiekowi konia do pracy, a tu ulicą jedzie furgon - kto go ciągnie? Nie wiadomo. Pytałem uczonych: "Co to znaczy: elektryczność?" - Siła, mówią, a jaka - nie wiadomo. Nawet uczeni nie wiedzą! To co ma powiedzieć chłop? Przecież mu nie wyjaśnisz, że to Bóg ciągnie furgony po ulicach. A co nie jest od Boga, od kogo jest? No właśnie. A jeszcze telefon i reszta. Mam w artelu chłopaka, mądrego, piśmiennego - po dziś dzień żegna się krzyżem, podchodząc do telefonu, a po rozmowie myje ręce mydłem. Tak, tak! Wszystko to sztuczki. Jest z nich pożytek, przyznaję, pytam tylko: jak ma to zrozumieć chłop, człowiek z lasu? Chłop świetnie rozumie zwierza, rybę, ptaka, pszczołę, ale jeśli drewniana skrzynka wyśpiewuje modlitwy, to po co cerkiew, pop i cała reszta? Cerkiew już niepotrzebna?! I - gdzie w tym wszystkim Bóg? Że niby on do skrzynki wsadził tego anioła? Oto jest pytanie!

Bugrow odgryzł kawałeczek cukru owocowego, łapczywie łyknął herbaty, wytarł wąsy i ciągnął pewnie, cicho:

- Nadeszły groźne czasy, czasy wielkiej trwogi! Pan mówi - rewolucja, wskrzeszenie wszystkich na ziemi. Tylko co to za siły, skąd się nagle wzięły? Lud tego nie pojmuje. Pan ciągle wybiega naprzód, coraz dalej i dalej, a chłop zostaje coraz bardziej w tyle. Nad tym warto pomyśleć...

I nagle zaproponował niemal wesoło:

- A niech pan jedzie ze mną do Gorodca, zaszalejemy, co?

Każdy człowiek otoczony jest - jak Ziemia - własną atmosferą, niewidocznym obłokiem wyciekającej energii, niewidzialnym dymem pożaru swojej duszy.

Bugrowa otaczała atmosfera zatroskanej nudy, ale czasem ta nuda zmieniała się w gęsty wicher mrocznej trwogi. Błąkał się, krążył po swoich pokojach jak schwytane w sidła zwierzę, dawno już wyczerpane i zrezygnowane, i przystawał przed obrazem Rosy Bonheur, i wodząc po płótnie tępym żółtym palcem, mówił w zamyśleniu:

- Na ziemi, w naszych ogrodach, nie ma takich cudownych kwiatów. Piękne... Nie widziałem takich...

Zdawało się, że żyje jak człowiek, którego oczom sprzykrzyło się patrzeć na świat - i oślepły, ale czasem na wszystko wokół padało nowe światło i w takich chwilach stary był ogromnie interesujący.

- Pan mówi, że Majakin to wymyślona postać? A Jaszka Baszkirow twierdzi, że Majakin to on. Łże! Jest chytry, ale nie taki mądry. To tak a propos tego, że kwiaty można wymyślić, a człowieka się nie da! Człowiek może, owszem, wymyślić sam siebie, ale to już nieszczęście. Pan przecież nie może stworzyć człowieka z niczego. A to znaczy, że widział pan podobnych do Majakina. I jeśli tacy istnieją, podobni do niego - to dobrze!

Często wracał do tego tematu.

- W teatrach zawsze robią z kupców dziwaków, zawsze się z nich śmieją. To głupie. Pan potraktował Majakina serio, jak człowieka wartego uwagi. I za to pana szanuję.

I co jakiś czas niestrudzenie pytał:

- Tak, czyli mieszkał pan w noclegowni? Zupełnie nie chce się wierzyć!

Kiedyś zapytał:

- A czy pan widzi różnice między ludźmi? Na przykład między mną a marynarzem z barki?

- Niewielką, Nikołaju Aleksandrowiczu.

- Aha, i ja też tak myślę: nie ma dla pana wielkiej różnicy między ludźmi. Prawda? A według mnie trzeba bardzo starannie odróżniać ludzi od siebie. I podpowiadać człowiekowi, co w nim jest jego własne, a co cudze. A pan jak w komisji wojskowej: nadaje się - nie nadaje! Do czego się nie nadaje? Do bitki?

I stukając grzbietem dłoni po blacie, powiedział:

- Człowiek nadaje się tylko do jednego: do pracy! Lubi i umie pracować - nadaje się! Nie umie? Wynocha! I to jest najwyższa mądrość, z którą można przeżyć bez żadnych konstytucji.

- Gdybym miał władzę - ciągnął, mrużąc zdrowe oko w szczelinę wąziutką jak ostrze noża - tak bym ludzi podbechtał, że Anglicy i Niemcy tylko by piszczeli. Za pracę dawałbym krzyże i ordery - stolarzom, maszynistom, zwykłym robotnikom. Dobrze, porządnie pracujesz - masz szacunek i sławę! Staraj się dalej. A to, że w ferworze pracy wlazłeś komuś na głowę - to nic, to się zdarza! Tu nie pustynia, nie szturchniesz innych - nie przejdziesz! I kiedy poderwiemy cały świat i popchniemy do pracy, zaraz zrobi nam się więcej miejsca do życia. Ludzi mamy dobrych, z takimi ludźmi można góry przenosić, cały Kaukaz przekopać. O jednym trzeba tylko pamiętać: nikt swojego syna, kiedy mu krew zakipi, sam do rozpustnej baby prowadzić nie będzie. Tak? Tak i człowieka nie wolno od razu w wir pracy rzucać głową naprzód - bo się zadławi, zadusi w naszym trującym dymie! Trzeba pomalutku. Dla chłopa rozum jest jak rozpustna baba: zna różne sztuczki, a duszy nie wzrusza. Chłop ma za sąsiada Borutę, pod piecem krasnoludki, a my go, biednego chłopa, telefonem po łbie. Uważa pan: trudno zrozumieć, co jest prawdą, a co wymysłem? Bo kiedy wymysł ciągnie się z dawien dawna, od starożytności, to przecież też nabywa siłę prawdy! Dlatego krasnoludki i Boruta są bardziej prawdziwi niż jakiś telefon, modna od wczoraj zabawka...

Wstał, wyjrzał przez okno i warknął:

- Co za durnie!

Postukał pięścią po ramie, a potem, z wyrzutem kiwając głową, pogroził komuś palcem... Włożył ręce w kieszenie i wciąż stojąc przy oknie, zaproponował:

- Chce pan, opowiem historię? Może się panu przyda? Żyła w Muromiu panna niesłychanej urody, aż dusza się do niej rwała. Sierota, mieszkała u wujka, a wujek był zarządcą przystani, złodziejem, sknerą i wdowcem z mnóstwem dzieci; krewna robiła u niego za nianię, kucharkę i stróża. Miała już dwadzieścia lat i z racji urody swatali się do niej nawet bardzo zamożni ludzie, ale wuj jej za mąż nie puszczał, żal mu było stracić darmową służącą. Zakochał się w niej pewien urzędnik - i zapił się na amen. Mówiono, że pop chciał ją uwieść, ale też nic mu z tego nie przyszło oprócz nieszczęścia i rozpaczy. A Boga kochała. Jedyną jej radością było chodzenie do cerkwi i lektura religijnych książek. Kochała też kwiaty - i miała piękne kwiaty w doniczkach i w ogródku. Skromna, spokojna jak mniszka, oczy przepiękne i dobre.

Zamilkł na chwilę, potarł policzek, dziwnie mrugnął zdrowym okiem i powtórzył:

- O takich oczach dobrze się mówi w bajkach. Któregoś dnia zobaczył ją pan wujka, kupiec, starzec mocno rozpustny, zobaczył - i zaraz jakby mu rozum odjęło. Całą zimę próbował tak i siak, a ona nic, jakby nie rozumiała, w czym rzecz. I żadne pieniądze też nic nie pomagały. Wtedy postarał się, żeby wuj posłał ją do Moskwy, w interesach, a w Moskwie namówił pannę, żeby pojechała z nim do "Jaru". Jak tylko trafiła do tej jaskini rozpusty, jak się napatrzyła - zaraz jej się oczy otworzyły. I mówi do starego: "Teraz rozumiem, czego pan chce, i na wszystko się zgadzam, niech pan mi tylko da choćby przez miesiąc tak wspaniale pożyć".

Stary, jasna sprawa, ucieszył się - dostaniesz wszystko, a teraz jedziemy do łaźni! "Zaraz - mówi panna - nie mogę, dziś sobota, pójdę na nabożeństwo wieczorne i dopiero potem". I proszę, minęło pięć lat - i panna jest najdroższą rozpustnicą w Moskwie...

Powoli oderwał się od ściany, usiadł na krześle i powiedział cicho, w zamyśleniu:

- To oczywiście nie taka znów rzadka historia, jeżeli się nie wie, jaka panna była wcześniej. A jednak niech pan patrzy, jaka jest siła tych sztuczek! I niech pan doda ten przykład do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, i potem pomyśli: żyje dusza w mrokach niewoli wielkiej nudy i nagle pokażą jej coś takiego... No przecież raj! A to nie raj, to jest kurz, proch! I nie na całe życie, a ledwie na godzinę! A wrócić od sztuczek do krasnoludków i Boruty - nie ma już ochoty ani możliwości. I tak dusza zostaje na amen pochowana w ziemskim prochu.

Widział wiele takich pogrzebów, wszystkie były do siebie podobne, a opowiadał o nich zawsze nudno, jakby myślał o czymś innym, ważniejszym i głębszym. Patrzył w okno. Szyby były od zewnątrz zakurzone, zakopcone dymem statków, prześwitywały przez nie ciemne wody Wołgi, przystanie i barki. I wszędzie na brzegu - sterty towarów, skrzynie, beczki, worki, maszyny. Statki skrzypią i gwiżdżą, w powietrzu chmury dymu, na kamieniach nabrzeża - obłoki kurzu, śmieci, wizg i łomot stali, krzyki ludzi, turkot wozów i ciągle wir życia, ciągle wielka praca.

A jeden z ludzi, którzy stworzyli tę całą mrówczą krzątaninę i z roku na rok rozszerzają ją i umacniają, patrzy na swoje dzieło przez brudną szybę obojętnym spojrzeniem obcego człowieka i powtarza w zamyśleniu:

- Nie od razu... Nie nagle...

O pracy mówił dużo i ciekawie, i zawsze w jego słowach pobrzmiewało coś cerkiewnego, sekciarskiego. Sądzę, że miał do pracy stosunek omal religijny, twardo wierzył w jej wewnętrzną siłę, która z czasem zjednoczy wszystkich ludzi we wspólnym pragnieniu, w jedną rozumną energię z jednym celem: przemienić naszą brudną ziemię w rajski ogród.

Miałem podobny stosunek do pracy; praca to sfera, w której moja wyobraźnia nie zna granic; wierzę, że wszystkie tajemnice i tragedie naszego życia rozwiązać można tylko poprzez pracę, i tylko praca pozwoli nam spełnić fascynujące marzenie o równości ludzi, o sprawiedliwym życiu.

Wkrótce jednak przekonałem się, że Bugrow nie jest "fanatykiem pracy", mówi o pracy dogmatycznie, jak człowiek, który musi jakoś możliwie szlachetnie zapełnić dojmującą pustkę swego życia, nasycić nienasyconą chciwość duchowej nudy. Był zbyt zdrowy i silny, żeby pić i grać w karty; był też już za stary na rozpustę i wszelkie bzdury, którymi ludzie z jego pozycją zapełniają otchłań duchowej pustki.

Kiedyś w pociągu do Moskwy podszedł do mnie konduktor i powiedział, że Bugrow zaprasza mnie do swojego przedziału. Miałem do niego interes; poszedłem.

Siedział w rozpiętym surducie, z zadartą głową, i patrzył na wentylator na suficie.

- Świetnie! Niech pan siada. Pisał mi pan coś o bosiakach, nie pamiętam już...

Dmitrij Sirotkin, właściciel statku, staroobrzędowiec zdaje się "austriackiego rytu", a później też biskup, mer Niżnego Nowogrodu, wydawca pisma "Cerkiew", człowiek mądry i ambitny, energiczny, z gestem, zaproponował mi, żebym zorganizował dzienny przytułek dla bezrobotnych - bardzo potrzebny, żeby ratować ludzi przed wyzyskiem karczmarzy. Zimą z noclegowni wyganiano ludzi o szóstej rano, kiedy na dworze było jeszcze ciemno i pusto; bosiacy i bezrobotni szli więc do "knajp" - brudnych spelun, raczyli się tam herbatą i wódką, przepijali i przejadali w ciągu jednej zimy po sześćdziesiąt rubli. Wiosną, kiedy ruszała praca na Oce i Wołdze, karczmarze dysponowali robotnikami, jak im się podobało, wykorzystując zimowe zadłużenie i egzekwując jego spłatę. Wynajęliśmy pomieszczenie, w którym ludzie mogli siedzieć w cieple i dostawali za dwie kopiejki porcję herbaty i funt chleba; zorganizowaliśmy malutką bibliotekę, wstawiliśmy pianino i w święta urządzaliśmy koncerty i spotkania literackie. Nasz przytułek mieścił się w kamienicy z kolumnami, nazywanej "Słupy"; od rana do wieczora kłębił się tam tłum ludzi, a "bosiacy" czuli się prawdziwymi gospodarzami i sami surowo pilnowali czystości i porządku.

Oczywiście wszystko to kosztowało niemałe pieniądze i musiałem poprosić o nie Bugrowa.

- Nic z tego nie będzie - westchnął Bugrow. - Do czego ci ludzie się nadają? Same lenie i łajdaki. Proszę, nawet zegara nie umieją sobie zorganizować.

Zdziwiłem się.

- Jakiego zegara?

- W noclegowni nie mają zegara, nie wiedzą, która godzina. Mieli, ale się zepsuł...

- To niech pan każe naprawić albo kupi nowy.

Bugrow zezłościł się i warknął:

- Zawsze ja! A sami co - nie mogą?

Powiedziałem mu, że byłoby bardzo dziwne, gdyby ludzie, którzy nie mają nawet koszul, a często i kopiejki na chleb, zdychając z głodu, zbierali pieniądze na kupno ściennego zegara firmy Moser & Co.

Bardzo go to rozbawiło, otworzył usta, zmrużył oczy i ze dwie minuty kołysał się, chlipiąc i bijąc dłońmi po kolanach, a kiedy się uspokoił, powiedział wesoło:

- Oj, strzeliłem głupotę! Wie pan, czasem mi się zdarza - nagle wyobrażam sobie, że jestem biedny, i robię się wtedy skąpy, wyrachowany. Niektórzy nasi bracia specjalnie udają biedniejszych, niż są naprawdę, bo wiedzą, że biedakowi jest lżej, również na duszy, od biedaka mniej wymagają i ludzie, i Bóg. Ja to nie ten przypadek - po prostu zapominam, że jestem bogaty, że mam statki, młyny i pieniądze, zapominam, że los zaprzągł mnie do wielkiego wozu. W głębi duszy nie jestem skąpy, pieniądze mnie nie zepsuły, jak mnie kto prosi - daję.

Mocno wytarł chustką załzawione oko i w zamyśleniu ciągnął:

- A zdarza się też, że najdzie mnie ochota posiedzieć w nędznej knajpie, wypić herbatę i zagryźć żytnim chlebem, i zjeść go do ostatniego okruszka. Można by to zrozumieć, gdybym kiedyś był biedny, ale urodziłem się bogaty. Bogaty, a chce mi się czasem prosić o jałmużnę, żeby lepiej pojąć, jak żyją biedacy. Nie rozumiem tej mojej fanaberii, i pan pewnie też nie zrozumie. Takie zachcianki, słyszałem, mają baby w ciąży...

Odchylił się na oparcie krzesła, zamknął oczy i mamrotał:

- Człowiek jest kapryśny... okropnie! Na przykład taki Gordiej Czernow, raptem rzucił cały swój majątek i interesy i uciekł do klasztoru, i to na górę Atos, gdzie jest najsurowiej. Kiriłłow, Stiopa, żył porządnie i mądrze, był skromny i uczony, dożył sześćdziesiątki - i nagle poszedł w tango jak młody hulaka, wystawił się na pośmiewisko i wstyd. "Wszystko to, mówi, kłamstwo, wszystko fałsz i zło, bogaci to bestie, biedacy - głupcy, car - bandyta, uczciwe życie - wyrzekanie się siebie!" Tak. No, i Zarubin to samo. Sawwa Morozow, bardzo mądry człowiek, i Mikołaj Mieszkow, ten z Permu, zwąchali się z waszymi rewolucjonistami. A jak! Jakby ludzie całe życie błądzili w ciemności, chodzili po cudzych drogach i raptem przejrzeli na oczy: o, nasza prosta ścieżka. Tylko ciekawe, dokąd ta ścieżka prowadzi?

Zamilkł i ciężko westchnął. Za oknem w blasku księżyca drzewa pędziły na złamanie karku. Żelazny turkot pociągu rozdzierał ciszę nocy, rozpychał ciemne chaty wsi. Księżyc bojaźliwie sunął i chował się w drzewach, a potem nagle turlał się na pole i powolutku płynął nad nim, zmęczony.

Bugrow przeżegnał się i powiedział smętnie:

- U nas, w Rosji, sumienie jest szczególne, jakby wściekłe. Sumienie przerażone do utraty zmysłów, sumienie, które uciekło do lasu, w wąwozy, w gąszcz, i tam się schowało. Idzie człowiek swoją drogą, a ono wyskakuje jak drapieżnik - i cap go za duszę. I - koniec! Całe życie w ruinie, na śmietnik... Złe, dobre - wszystko bez różnicy w ogień...

Znowu przeżegnał się i zmrużył oczy. Zacząłem się zbierać do wyjścia.

- Dziękuję, że pan do mnie zajrzał! A jutro proszę przyjść o pierwszej do Tiestowa, do restauracji, zjemy razem obiad. I niech pan weźmie Sawwę - dobrze?

Kiedy przyszliśmy z Sawwą Morozowem do Tiestowa, Bugrow już czekał w osobnym gabinecie, przy nakrytym stole; dwaj kelnerzy na biało, jak trupy w śmiertelnych koszulach, krzątali się z szacunkiem i cicho, rozstawiając półmiski z zakąskami. Bugrow mówił do jednego z nich, zwracając się doń z szacunkiem - po imieniu i po imieniu ojca:

- Dasz mi to reńskie wino, jak mu tam?

- Wiem które!

- Przyszła Ruś - powitał nas, a Morozow, ściskając mu dłoń, powiedział:

- Puchniesz, Bugrow, i puchniesz, pora ci już umierać...

- Pewnie pora...

- Zapisałbyś mi swoje miliony...

- Muszę pomyśleć...

- Wiedziałbym, co z nimi zrobić...

Bugrow przytaknął:

- Aha, karierowiczu! No, raz-raz, siadajcie!

Sawwa był tego dnia nerwowy i rozdrażniony; pochylił nad talerzem mądrą tatarską twarz i szybko, ostro relacjonował opowieść jakiegoś astrachańskiego przemysłowca o tym, jak w Morzu Kaspijskim marnują śledzie, zakopując w piaszczystych brzegach miliony niepotrzebnych ryb.

- A można by z nich zrobić doskonały nawóz, a z rybiej łuski klej...

- Na wszystkim się znasz - westchnął Bugrow.

- A tacy jak ty siedzą jak bożki na swoich milionach i nic nie chcą wiedzieć o potrzebach tej ziemi, która pozwala im pić swoją krew. Nie mamy rozwiniętego przemysłu chemicznego, wykwalifikowanych robotników, musimy otworzyć instytut badawczy chemii, specjalne wydziały chemiczne... A wy, dzikusy...

- O, już poszły wyzwiska - powiedział dobrodusznie Bugrow. - Jedz, zaraz ci się humor poprawi!

- Jeść to umiemy, a kiedy zaczniemy pracować?

Bugrow spróbował wina, głośno cmoknął i patrząc w kieliszek, powiedział:

- Bardzo wiele wymagasz, Sawwa, od ludzi, a oni od ciebie potrzebują mniej. Daj im żyć, jak chcą.

- Jakby im tak pozwolić, do dzisiaj chodziliby na czterech łapach...

- Nigdy tego nie pojmę! - zawołał ze złością Bugrow. - Jakieś nieroby zaczęły myśleć: skąd się wziął człowiek? I wymyśliły: od małpy! I jeszcze się cieszą!

Ze zdumieniem i smutkiem zapytał:

- Ty naprawdę wierzysz w te głupoty? Przecież gdyby to była prawda, trzeba by ją ukryć przed ludźmi.

Sawwa spojrzał na niego, zmrużył oczy i nie odpowiedział.

- Myślę, że nie trzeba człowiekowi wypominać, że był bydlęciem, ale że był lepszy niż teraz...

Morozow uśmiechnął się i odpowiedział prostacko:

- A co, starucha odmłodnieje, jak jej przypomnisz, że kiedyś była panienką?

Jedliśmy bez apetytu, piliśmy mało, mocne podenerwowanie Morozowa działało na nas przygnębiająco. Kiedy podali kawę, Bugrow zapytał:

- A ty co, Sawwa? Źle ci się żyje? Niedobrze ci w fabryce?

Morozow ostro obrócił się do niego i powiedział tonem starszego:

- U nas jest wszędzie niedobrze: i w fabrykach, i w młynach, a szczególnie w głowach!

I zaczął mówić o zgubnym dla kraju konserwatyzmie ziemian, o drapieżności banków, o tym, że przemysłowcy nie mają za grosz kultury i nie rozumieją swojego znaczenia, o prawnych podstawach żądań robotników i o tym, że rewolucja jest nieunikniona.

- A wybuchnie przedwcześnie, zanim zbierze siły, i - padnie!

- Nie wiem, co będzie - powiedział w zadumie Bugrow. - Żandarm z Niżnego Nowogrodu, generał i przy tym dureń, też mnie niedawno straszył. Że niby w Sormowie, na Wyksie i u mnie w Sejmie robotnicy spiskują. No cóż, Sawwo Timofiejewiczu, sam mówisz - mają prawo! Powiedzmy sobie wprost: robotnik żyje u nas marnie, a to dobry robotnik!

- No, nie taki znów dobry - warknął znużony Morozow.

- Nie, nie, właśnie że dobry! Ludzi mamy dobrych. Z ogniem w duszy. Nie kupisz ich tanio, nie zwiedziesz głupotami. Nasz lud ma, bracie, takie niewinne marzenie o dobrym życiu, o prawdzie. Nie śmiej się - niewinne! Czasem u siebie na letnisku, w Sejmie, rozmawiam z nimi wieczorami, w święta. Pytam: "Co, chłopcy, ciężko żyć?" - "Ciężkawo" - "A jak myślicie, jak zrobić, żeby było lżej?" I powiem ci, że bardzo mądrze rozumieją życie. Może nie własnym rozumem, może się wyuczyli, mają już książki, ulotki z Sormowa... Proszę, Gorki świetnie wie, o czym mówię. Bierze ode mnie pieniądze na ulotki. A ja daję...

- Nie chwal się - powiedział Morozow.

- Ani myślę! - spokojnie zaoponował stary. - Piszą tam przeciwko mnie, ale im daję! Grosze, oczywiście. Ale skoro nawet za grosze tyle można zdziałać, to wyobraź sobie - jakbyśmy tak zainwestowali cały swój kapitał?...

- Inwestuj...

- A co? Brzmi kusząco. To psota, a psota zawsze jest kusząca.

Postukał Morozowa pięścią po kolanie, schylił się na krześle, jakby zaraz miał skoczyć, i ciągnął:

- Tak, tak, to niezła psota, kiedy człowiek wyrzeka się samego siebie, dobrze to rozumiem! Ale przecież wyrzeka się w przekonaniu, że to dla świętości, dla prawdy. Znam takich. I może nawet niektórym zazdroszczę ich głupoty. Na przykład Gorki mówił, że pewien książę, Kropotkin, czy jak mu tam... A co, czy to nie kuszące - zrzucić z siebie jarzmo...

- Bzdury, Nikołaju Aleksandrowiczu - powiedział Sawwa.

Uważnie obserwowałem Bugrowa. Mógł dużo wypić, ale się nie upijał, teraz zresztą wypił jeden kieliszek. Ale jego twarz chorobliwie się zaczerwieniła, bagienne oczka pozieleniały i błyszczały gorączkowo. Bugrow mówił szybko, jakby zadyszany:

- Człowiek od zawsze przeczuwał, że życie jest niesolidne, niepewne; od zawsze dobrzy ludzie uciekali od życia. Sam wiesz - bogactwo to nic miłego, raczej niewola i brzemię. Wszyscy jesteśmy niewolnikami naszej pracy. Tracę duszę, żeby zarobić trzy tysiące dziennie, a robotnik cieszy się z trzydziestu kopiejek. Ta machina mieli nas na pył, mieli do śmierci. Wszyscy pracują. Dla kogo? I po co? Tak, tego nie rozumiem - dla kogo pracujemy? Lubię pracę. Ale czasem myślę, jakby ktoś zapalił zapałkę w mroku nocy - a jaki sens ma ta praca? Dobrze, jestem bogaty. Pokornie dziękuję! A dalej? I tak mi parszywie na duszy...

Westchnął i powtórzył innym słowem:

- Ohydnie.

Morozow wstał, podszedł do okna i powiedział z uśmiechem:

- Słyszałem już to wszystko od ciebie i od innych...

- Może świętość jest tylko słabością, ale dobrze od niej na duszy.

Ciężka rozmowa urwała się, obaj milczeli. Czułem się, jakby ktoś nalał mi patoki do ust i do mózgu. Nie miałem powodu wątpić w szczerość Bugrowa, ale nie spodziewałem się usłyszeć z jego ust takich rzeczy. Tak, również wcześniej zdawał mi się człowiekiem, którego życie pozbawione jest wewnętrznego sensu, płynie nudno, ciemnym korytem, pokornie ulegając bodźcom codziennych kłopotów i wrażeń. Sądziłem jednak, że udzielny książę niżnienowogrodzki wysoko ceni i rozumie ludzką pracę.

I było mi dziwnie, bo wiedziałem, że człowiek ten żyje z pracy wielu tysięcy ludzi, a jednocześnie słyszałem, że praca ta nie jest mu potrzebna, że nie ma sensu w jego oczach.

Przemknęło mi przez głowę:

"Tak żyć i czuć mogą pewnie tylko Rosjanie..."

Kiedyś spotkałem go w maleńkiej wiosce pośród zawołżskich lasów. Szedłem nad jezioro Kitież, zatrzymałem się w wiosce na nocleg i dowiedziałem się, że "czekają Bugrowa" - jedzie do jakichś pustelni.

Siedziałem na przyzbie, przy opłotkach; był wieczór, chłopi spędzili już z pól bydło, z podwórza dobiegał słodkawy zapach świeżego mleka. W rozżarzonym niebie na zachodzie nurzała się leniwie ciemnoniebieska chmura, z kształtu podobna do wyrwanego z korzeniami drzewa. Na perłowym niebie ponad wioską pływały dwa jastrzębie, z lasu nadpełzał gęsty zapach igliwia i grzybów, przede mną wokół brzozy brzęczały chrząszcze. Zmęczeni chłopi powolnie snuli się po ulicy i podwórzach. Zaczarowane leśną ciszą, zastygało w półśnie bajkowe życie nieznanych mi ludzi.

Już po zmroku do wioski wjechał powóz, zaprzężony w parę wielkich czarnych koni; w powozie rozwalił się Bugrow w otoczeniu jakichś tobołków i skrzynek...

- A pan tu skąd? - spytał.

I zaraz zaproponował:

- Proszę ze mną! Zobaczy pan ładne panienki. Jest tu niedaleko pustelnia, przytułek dla sierot, uczą tam panny robótek ręcznych i różnych takich...

Stangret napoił konie przy studni i pojechaliśmy, odprowadzani milczeniem i pokłonami chłopów. Kłaniali się w pas, jak w cerkwi przed ikoną bardzo czczonego świętego. Starcy i staruszki mamrotali:

- Pan miłosierny... Chlebodawca... Niech ci Bóg wynagrodzi...

I nawet ryk krów zdawał się przesycony rzewną wdzięcznością.

Konie przemknęły przez wieś chyżym kłusem, a potem ostrożnie skręciły w las, na mroczną bitą drogę, mieszając zapach swojego potu z ciężkim aromatem żywicy i kwiatów.

- Dobre tu lasy, suche, bez komarów - mówił życzliwie Bugrow i machał chustką przy twarzy. - Ciekawski z pana człowiek, jak pan tutaj trafił! Oj, będzie miał pan co wspominać na starość - już teraz wie pan zresztą tyle, co starzec. A nasi bracia wiedzą tylko, co i za ile sprzedać...

Był w wesołym nastroju, żartował ze stangretem, opowiadał mi o życiu leśnych wiosek.

Wjechaliśmy na malutką polanę, dwie czarne ściany lasu zbiegały się na niej pod kątem, a w kącie, na aksamitnym tle miękkiego mroku przysiadła chata z pięcioma oknami i obok niej gospodarka, kryta świeżą tarcicą. W oknach chaty płonęło tłuste żółte światło, jakby w środku paliło się ognisko. Przy bramie stał wielki kudłaty chłop z długą żerdzią, podobną do kopii, i wszystko to wyglądało jak żywcem wzięte z jakiejś bajki. Psy szczekały i aż się dławiły, kobiecy głos wołał ze strachem:

- Iwan, zabierz psy, panowie jadą!

- Ocknęła się - warczał Bugrow. - Proszę, panów pamięta! Wiele jeszcze strachu przed panami tkwi w naszym ludzie...

Przy bramie wyginała się kurczowo i kiwała głową malutka staruszka, ciemna jak ziemia, i z wizgiem chwytała rękę Bugrowa:

- Ojczulku... Anioły cię przywiodły...

Anioły prychały, młóciły kopytami miękką ziemię i dzwoniły uprzężą.

Na ganek wyszła dorodna kobieta, ubrana w sarafan, i nisko się pokłoniła, przyciskając dłonie do piersi, a za nią chichocąc i szeleszcząc perkalowymi sukienkami, tłoczyły się panienki w różnym wieku.

- Idźcie się witać, głupie! - krzyknęła miękko kobieta.

Panienki, zbite w ciasną grupę, zaśpiewały bez specjalnego ładu:

- Świecił księżyc na niebie - oj świecił!...

- Nie trzeba - machnął ręką Bugrow. - Ile razy mam ci powtarzać, Jefimia: nie trzeba! Dobry wieczór, panienki!

Odpowiedział mu chór wesołych głosów i ze schodów na ganek spłynęła do brzucha Bugrowa fala dziesięciu dzieciaków.

Kobieta coś tam ględziła, a Bugrow, głaszcząc dzieci po głowach, powiedział:

- Dobrze już, dobrze! Cicho, myszy! Przywiozłem wam podarki... No, no. Zaraz mnie udusicie. Proszę, to mój znajomy, już on was opisze, wszystkie wasze psoty...

Leciutko popychając dzieci naprzód, wszedł na ganek, a kobieta krzyknęła:

- Spokój tam, słyszycie!

I raptem nienaturalnie zamachała rękami i zaskrzypiała staruszka, i dzieci w moment zamilkły i poszły do chaty grzecznie i bezszelestnie.

W wielkiej świetlicy, do której weszliśmy, wisiały na ścianach dwie lampy, a trzecia z czerwonym papierowym abażurem stała na długim stole pośród serwisu do herbaty, spodków z miodem, poziomkami i racuszkami. W drzwiach powitała nas wysoka piękna panna z miedzianą misą wody; inna, podobna do niej jak siostra, wyciągnęła ręce z przewieszonym przez nie długim haftowanym ręcznikiem.

Wesoło żartując, Bugrow umył ręce, wytarł twarz mokrym ręcznikiem, włożył do miski dwie złote monety, podszedł do ściany, gdzie stały cztery ramy krosien, przyczesał włosy przed malutkim lusterkiem, potem brodę, i patrząc w kąt, na płomyk lampki przed ikonami w sporym ołtarzyku, rzeźbionym w złote "winne grona", zadarł głowę i trzy razy przeżegnał się od serca.

- I jeszcze was witam!

Dziewczynki odpowiedziały mu wesoło i głośno - a wtedy w drzwiach stanęła wciąż wygięta staruszka, potrząsnęła główką jak u żmii i zniknęła jak cień.

- No jak, dziewczynki, Natalia dalej psoci? - pytał Bugrow, siadając przy stole na poczesnym miejscu.

Dzieci garnęły się do niego śmiało i chętnie. Wszystkie były rumiane, zdrowe, i prawie wszystkie ładne. Ta, która podawała wodę, mocno wyróżniała się zgrabną figurą i klasyczną urodą opalonej twarzy. Szczególnie piękne miała ciemne oczy, uskrzydlone gęstymi brwiami - jakby szerokim wzmachem wzlatywały w górę.

- O - powiedział Bugrow, wskazując ją palcem - to główna grzesznica, okropnie tu psoci! Wyślę ją do pustelni, w leśną głuszę, nad Irgiz, tam gdzie niedźwiedzie łażą całymi stadami...

Ale potem westchnął, potarł policzek i dodał:

- Trzeba by ją wyprawić do Moskwy i uczyć, ma niezwykły głos. Ale ojciec, pilot portowy, wdowiec - nie pozwala: nie oddam, mówi, dziecka mojego nikonianom na rozrywkę...

Wielki kudłaty chłop, ciężko tupiąc i nadymając policzki, wniósł wypolerowany do błysku ogromny samowar i postawił go na stole z takim rozmachem, że wszystkie naczynia podskoczyły i zadzwoniły; chłop wytrzeszczył oczy ze zdumienia, wsunął łapska w szopę rudych włosów i jakby siłą nisko skłonił głowę.

Przyszła Jewfimia, piersi sterczały jej jak dwa arbuzy, nastawiała na nie pudełek z cukierkami i przytrzymywała podwójnym podbródkiem; za nią trzy dziewczynki niosły talerze z piernikami i orzechami.

Bugrow przyglądał się dziewczynkom; zdawał się teraz szlachetniejszy i młodszy. Mówił do mnie półgłosem:

- O ta, z zadartym noskiem, oczy niebieskie, tak, ta jest ciekawa! Z twarzy niby trzpiotka, ale niezwykle pobożna i ma złote ręce. Wyhaftowała jedwabiem korporał i anioła z palmą - cudownie! Na chwałę Pana Boga. Wzór wzięła z ikony, kolory dobrała sama...

I tak opowiadał niemal o każdej swojej wychowanicy i w każdej znajdował te czy inne zalety. Dziewczynki zachowywały się swobodnie, były ożywione, przyjazd Bugrowa był dla nich wielkim świętem, a dorodnej Jewfimii wcale się nie bały. Jewfimia siedziała przy drugim końcu stołu i nieprzerwanie, w skupieniu jadła pierniki i cukierki, potem, ciężko wzdychając, nalewała herbaty i znów w milczeniu, niespiesznie jadła poziomki z miodem, rozcierając je na spodku w słodką masę. Robiła to wszystko, nie zwracając uwagi na dziewczynki i gości, i chyba nikogo i nic nie widząc ani nie słysząc, całkowicie pochłonięta swoimi zajęciami. Dziewczynki zachowywały się coraz głośniej, ale za każdym razem, kiedy w drzwiach zjawiał się cień czarnej, kurczowo powykręcanej staruszki, w wielkim pokoju robiło się ciszej i wiało chłodem.

Po herbacie piękna Natalia wzięła gęśle i zaśpiewała:

- Miał malutki Chrystus ogród...

Śpiewała, lekko fałszując, na smętną cerkiewną melodię, pewnie nie znała muzyki napisanej do tych słów. Nadawała jej ponury, wręcz mściwy charakter, śpiewała, patrząc w kąt i jej uskrzydlone oczy błyszczały surowo. Ale głos, niski i szeroki, był naprawdę piękny, przedziwnie bogaty w odcienie. Zabawnie było patrzeć, jak przy wysokich tonach unosi się nad krzesłem, a przy niskich opuszcza głowę i chowa nogi pod krzesło. Gęśle były źle nastrojone, ale śpiewaczka chyba tego nie słyszała, jej smagłe dłonie skubały struny gwałtownie i mocno.

Bugrow słuchał, siedząc nieruchomo, z półotwartymi ustami. Sparaliżowana powieka zwisła jeszcze niżej, a z oka nieprzerwaną wilgotną kreską płynęła łza. Patrzył w czarny kwadrat okna, wychodzącego na ciemność nocy; podobnie jak dwa pozostałe zdobiły je haftowane ręczniki - i okna były jak ołtarze, w które wprawiono okopcone ikony. Jeśli uważnie i długo wpatrywać się w ciemność za szybą, zjawiają się w niej wielkie twarze bez oczu.

W pokoju zrobiło się duszno. Gładko oheblowane ściany z bali pachniały mydłem i pakułami, a nad stołem unosiła się delikatna woń miodu i poziomek, i tłusty zapach słodkiego ciasta. Dziewczynki przycichły, pijane obfitym posiłkiem, śpiew usypiał je, jedna już zasnęła, chrapała cichutko z głową na ramieniu koleżanki. Jewfimia nadal siedziała jak posąg, jej policzki błyszczały jak wymazane olejem, i tak samo błyszczała żółta skóra obnażonych do łokci, pulchnych rąk.

A dziewczynka, uporczywie wpatrując się w kąt, szarpała struny i wciąż śpiewała gniewnym tonem smutne i martwe słowa:

Pierścień dziewi-i-iczej duszy-y

Upu-uściłem do mo-o-orza...

- No - dziękuję! - powiedział raptem jakoś trwożnie, przesadnie głośno Bugrow.

W drzwiach zakołysała się staruszka, sycząc:

- Szszszpać!

- Idźcie, dziewczynki, dobranoc! Jewfimia, pokaż ich prace!

Żegnał dzieci, całując je w czoło, a kiedy podeszła Natalia, powiedział, kładąc jej dłoń na głowie:

- Ładnie śpiewasz... Śpiewasz coraz lepiej! Charakter masz zły, ale duszę... No, idź z Bogiem...

Natalia uśmiechnęła się - drgnęły jej brwi - i posuwiście, lekko poszła do drzwi, a stary, patrząc za nią, potarł policzek i jakoś żałośnie, tonem skrzywdzonego dziecka powiedział:

- Patrz ją, jaka... Ta-ak...

Jewfimia wniosła naręcze starannie złożonych tkanin i rozłożyła je na krosnach i na stole pod lampą.

- Niech pan rzuci okiem - zachęcił mnie Bugrow, nie odrywając oczu od drzwi.

Zacząłem oglądać hafty na poduszki, buty, koszule, korporały, ręczniki. Wszystko bardzo barwne, misternie naśladujące zawijasy cerkiewnej kaligrafii, a czasem też rysunki dodawane w prezencie do mydła Brokara. Ale jeden haft zadziwił mnie pięknem i starannością wzoru: na szarym kawałku jedwabiu widniał kwiat fiołka i duży czarny pająk.

- To jedna nasza nieboszczka haftowała - głupio i lekceważąco wyjaśniła Jewfimia.

- Co, co? - spytał Bugrow, podchodząc.

- Waria...

- A... Tak, Waria zmarła. Taka garbata dziewczynka. Gruźlica ją zeżarła. Widywała diabły, jednego nawet wyhaftowała wełną, ale spalili. Sierota. Ojciec przepadł bez wieści, a może utonął. No, Jewfimio, połóż nas już spać...

Spać poszliśmy na polanie, pod oknami chaty. Bugrow w powozie wymoszczonym sianem, a ja na grubym wojłoku, na trawie. Rozbierając się, stary warczał:

- Głupia ta Jewfimia, ale nikogo mądrzejszego nie ma. Trzeba by tutaj przywieźć prawdziwą nauczycielkę, wykształconą - ale ojcowie i matki nie chcą się na to zgodzić. Że niby heretyczka nikoniańska. Wybacz, Boże, ale nasza prawowierność nie idzie w parze z rozumem! I jeszcze - ta staruszka... Nijak nie chce umrzeć. Ile już razy przychodziła na nią pora - i nic! Jest zła. I robi tutaj za postrach dziewczynek. A może i mój, z racji mojej reputacji... Ech...

Uklęknął i patrząc w gwiazdy, poruszając wargami, zaczął się z żarem żegnać, szeroko machał ręką, mocno przyciskał palce do czoła, piersi i ramion. I głęboko wzdychał. Potem ciężko zwalił się na bok, owinął kołdrą i chrząknął.

- Dobrze. Pożyłbym sobie jak Cygan. A pan - pan się nie modli do Boga? Nie umiem tego zrozumieć. A czego nie rozumiem, to dla mnie nie istnieje, tak że, myślę sobie, pan też ma swojego boga... Musi pan mieć! Inaczej - na czym tu się oprzeć. No, śpijmy...

W niewzruszonej ciszy lasu zahukał puszczyk, ponuro i beznadziejnie. Las stał zwartą czarną ścianą i miałem wrażenie, że to z niego wychodzi mrok. Poprzez wilgotną mgłę na ciemnym malutkim niebie ponad nami mrugał złoty siew gwiazd.

- Tak - powiedział Bugrow. - Wyrosną nasze panienki, będą kisić kapustę, ogórki i grzyby - i po co im te hafty? Jest w tym jakaś obraźliwa głupota. W ogóle w naszym życiu jest sporo głupoty, co?

- Sporo.

- No właśnie. A słyszał pan, co o mnie gadają, że niby nakłoniłem mnóstwo panien do rozpusty?

- Słyszałem.

- Wierzy pan?

- Raczej tak...

- Nie jestem bez grzechu, tak, zdarzało mi się. W tych sprawach człowiek jest gorszy od bydlęcia. I bardziej pożądliwy. Jak pan myśli, hę?

Powiedziałem, że moim zdaniem mamy chory stosunek do relacji między płciami. Cerkiew uznaje życie seksualne za cudzołóstwo, za grzech. Kobietę upokarza oczyszczająca modlitwa w czterdziesty dzień po porodzie - upokarza, ale kobieta tego nie rozumie. I przytoczyłem przykład: kiedyś słyszałem, jak moja znajoma, kobieta mądra i przy tym filantropka, robiła mężowi wyrzuty:

- Bój się Boga, Stiepanie Timofiejewiczu. Ledwie co mnie po piersiach macałeś, nawet rąk nie umyłeś, i teraz się żegnasz znakiem krzyża...

- O, to jeszcze nic! - powiedział ponuro Bugrow. - Biją u nas żony za to, że w środy i piątki, w postne dni, dopuszczają do siebie mężów. Grzech. Mój przyjaciel co czwartek i co sobotę prał za to żonę batem - bo go skusiła do grzechu! A to, że wielki z niego chłop i śpi z nią w jednym łóżku, to jak go ma nie dopuścić - to już nieważne... Tak, tak, głupie to nasze życie...

Zamilkł i ciszę znowu napełniły tajemnicze szelesty nocnego życia - trzaskały, łamiąc się, suche gałązki, szurało igliwie, zdawało się, że ktoś po cichutku wzdycha. Jakby ze wszystkich stron skradało się do nas coś niewidzialnego - i żywego.

- Śpi pan?

- Nie.

- Głupie życie. Straszliwie zagmatwane i sensu w nim nie widać... A jednak - dobre?

- Dobre.

- Bardzo. Tylko trzeba umierać.

Po minucie czy dwu dodał cichutko:

- Już niedługo... Umierać...

Zamilkł i chyba zasnął.

Rano pożegnałem się z nim i powędrowałem nad jezioro Kitież, i nigdy już nie spotkałem N.A. Bugrowa.

Umarł, zdaje się, dziesięć lat później, i został uroczyście, jak mu się należało, pochowany w swoim mieście...

Kat

Naczelnik niżnienowogrodzkiego urzędu bezpieczeństwa Greszner był poetą, jego wiersze drukowały konserwatywne pisma i, zdaje się, "Niwa" czy "Ojczyzna".

Pamiętam kilka wersów:

Wyłazi smutek zza pieca

Wyłazi ze wszystkich drzwi

Ale, choć duszę kaleczy,

I tak weselej z nim żyć.

Bez smutku jestem samotny

Jak ziemia bez ludzi i zwierząt...

W albumie pewnej damy umieścił erotyk:

Sterczy chłopiec koło bramy,

Siedmiolatek zasmarkany,

Pani tego łebka zna?...

O cholera, toż to ja!

Dalej szły metafory i alegorie mocno nieprzyzwoite.

Gresznera zastrzelił dziewiętnastoletni chłopak, Aleksander Nikiforow, syn znanego w swoim czasie "tołstojowca" Lwa Nikiforowa, dotkniętego bardzo tragicznym losem: miał czterech synów i wszyscy zginęli, jeden po drugim. Najstarszy, socjaldemokrata, wycieńczony więzieniem i zsyłką, zmarł na chorobę serca; kolejny oblał się naftą i podpalił; następny otruł się, a najmłodszego, Saszę, powieszono za zabójstwo Gresznera. Zabił go w dzień, na ulicy, niemal przed drzwiami urzędu bezpieczeństwa; Greszner szedł pod rękę z damą. Sasza dogonił go i krzyknął:

- Ej, żandarmie!

I kiedy Greszner obrócił się na okrzyk, Nikiforow strzelił mu w twarz i w pierś. Saszę natychmiast aresztowano i skazano na śmierć, ale żaden z kryminalistów w niżnienowogrodzkim więzieniu nie zgodził się wziąć na siebie ohydnych obowiązków kata. Wówczas komisarz policji Poirot, wcześniej kucharz gubernatora Baranowa, samochwała i pijak - podawał się za rodzonego brata znanego karykaturzysty Pfarbo van Ego - skłonił za dwadzieścia pięć rubli łowcę ptaków Griszkę Mierkułowa, żeby ten powiesił Saszę.

Griszka również był pijący, miał trzydzieści pięć lat; wysoki, chudy, żylasty; końska szczęka porośnięta kępkami ciemnej szczeciny; spod nastroszonych brwi marzycielsko patrzą półsenne oczy. Griszka powiesił Nikiforowa, kupił czerwony szalik, okręcił długą szyję z wielką grdyką, przestał pić wódkę i zaczął jakoś podejrzanie statecznie i donośnie pokasływać. Przyjaciele pytają go:

- Co tak nosa zadzierasz, Griszka?

Griszka odpowiada:

- Służę tajnej sprawie na chwałę państwa!

Ale kiedy wygadał się komuś, że powiesił człowieka, przyjaciele odwrócili się od niego i nawet go pobili. Wówczas poszedł do komisarza urzędu bezpieczeństwa Kiewdina z prośbą, żeby pozwolono mu nosić czerwoną kurtkę i spodnie z czerwonymi lampasami.

- Żeby cywile wiedzieli, z kim mają do czynienia, i bali się ruszać mnie brudnymi łapami, bo jestem postrachem przestępców.

Kiewdin wykorzystał go do jakichś jeszcze zabójstw, Griszka jeździł do Moskwy, wieszał tam kogoś i ostatecznie upewnił się, że jest ważną figurą. Ale kiedy wrócił do Niżnego, poszedł do doktora Smirnowa, okulisty i "czarnosecińca", i poskarżył się, że na piersi, pod skórą, wyrósł mu "powietrzny pęcherz" i ciągnie go w górę.

- Ciągnie tak mocno, że ledwo się trzymam ziemi i muszę co chwila za coś łapać, żeby nie podskakiwać ku uciesze pospólstwa. A zaczęło się to, kiedy powiesiłem jakiegoś bandytę, w piersi mi tak jęknęło i zaczęło się nadymać. I teraz tak się już nadęło, że nawet spać nie mogę, ciągnie mnie nocą pod sufit - rób co chcesz! Wkładam na siebie całe ubranie, jakie tylko mam, i jeszcze cegły do rękawów i kieszeni, żeby było cięższe - ale i tak ciągnie w górę. Pokornie proszę, niech mi pan przetnie skórę i spuści to powietrze, bo niedługo już całkiem nie będę mógł chodzić po ziemi.

Doktor poradził mu szpital psychiatryczny, ale Griszka zezłościł się i odmówił.

- Mam chorą pierś, a nie głowę...

Niedługo potem spadł z dachu i złamał sobie kręgosłup, rozbił głowę i umierając, pytał doktora Nifonta Dołgopołowa:

- A pogrzeb wyprawią mi z orkiestrą?

A kilka minut przed śmiercią westchnął i wymamrotał:

- Oho, odlatuję...

Eksperymentatorzy

W kurorcie Siestrojeck był sobie łaziebny Stiepan Prochorow, przystojny, silny staruszek koło sześćdziesiątki. Dziwnie patrzyły na ludzi jego wypukłe porcelanowe oczy - błyszczało w nich coś nazbyt jasnego i okrutnego, ale przy tym uśmiechały się czule i nawet, można by rzec, miłosiernie. Jakby Stiepan widział w każdym człowieku coś godnego współczucia. Jego stosunek do ludzi sugerował, że uważa się za najmądrzejszego. Poruszał się ostrożnie i mówił cicho, jakby wszyscy wokół niego spali, a on nie chciał ich budzić. Pracował solidnie, niestrudzenie i chętnie przejmował obowiązki innych. Kiedy ten czy inny pracownik uzdrowiska prosił go o coś, Prochorow, generalnie małomówny, mówił szybko i uspokajająco:

- Tak, tak - zrobię, bracie, nic się nie martw!

I wykonywał cudzą pracę starannie, bez przechwałek, jakby dawał leniom jałmużnę.

A trzymał się z dala od ludzi, samotnie; prawie nie widziałem, żeby w wolnym czasie stary gawędził z kimkolwiek ze współpracowników. Ludzie odnosili się do niego obojętnie, ale widać uważali go za przygłupa. Kiedy pytałem o Prochorowa - "Co to za człowiek?" - odpowiadali mi:

- Człowiek jak człowiek, zwyczajny.

I tylko lokaj powiedział po namyśle:

- Ten stary jest dumny. I czyścioch.

Zaprosiłem Prochorowa wieczorem na herbatę do mojego pokoju, wielkiego jak stodoła, z dwoma weneckimi oknami wychodzącymi na park, z ogrzewaniem parowym; codziennie wieczorem o dziewiątej rury grzewcze szumiały, mruczały i zdawało się, że ktoś stłumionym szeptem pyta:

- Chcesz ryby?

Stary przyszedł wystrojony: w nowej koszuli z różowego perkalu, szarej marynarce i nowych walonkach; starannie rozczesał szeroką brodę i pociągnął szare włosy na głowie jakąś tłustą mazią o ostro-gorzkim zapachu. Powoli pijąc herbatę z czerwonym winem i konfiturą malinową, półgłosem, bardzo składnie i płynnie opowiadał:

- Słusznieś pan zauważył - jestem dobrym człowiekiem. A przecież urodziłem się i przeżyłem pół życia bez żadnej uwagi do ludzi, a dobry zrobiłem się dopiero po tym, jak straciłem wiarę w Pana Boga. A stało się tak w wyniku ciągłego szczęścia w życiu. Szczęście prześladowało mnie od urodzenia; mój ojciec, ślusarz w Mceńsku, zawsze powtarzał: "Stiopańka urodził się na szczęście" - bo w roku mojego urodzenia udało mu się wzbogacić, otworzył własny zakład. I w grach zawsze wygrywałem, i uczyłem się, jakby to była zabawa; nie znałem żadnych chorób ani nieszczęść. Skończyłem szkołę i od razu trafiłem do bogatego folwarku, do biura, do dobrych ludzi; gospodarze lubili mnie, panienka mówiła: "Ty, Stiepan, jesteś zdolny, uważaj na siebie". I prawda: zdolności różnych miałem tyle, że sam się dziwiłem: skąd? Nawet konie leczyłem, nie mając bladego pojęcia, na co chorują. Każdego psa mogłem nauczyć chodzić na tylnych łapach, a uczyłem nie biciem, ale samą zachętą. I z kobietami też mi się szczęściło: która mi się spodobała, zaraz przychodziła, bez pudła. Miałem dwadzieścia sześć lat, byłem już starszym pracownikiem biurowym - i mogłem zostać kierownikiem, mówię to bez przesady. Pan Markiewicz, pisarz od książek, jak pan, ciągle się mną zachwycał: "Prochorow to prawdziwy Rosjanin, jak Pursam". Nie wiem, kto to ten Pursam, ale pan Markiewicz był dla ludzi surowy i jego pochwała to nie byle co! Byłem dumny z siebie i wszystko szło doskonale. Odłożyłem pieniążki, chciałem się żenić i upatrzyłem już sobie odpowiednią pannę, aż tu nagle, nie wiedzieć skąd, poczułem śmiertelne zagrożenie. Zabrzęczało mi w głowie bardzo ciekawe pytanie: "Dlaczego tak mi się we wszystkim szczęści? Dlaczego akurat mnie?" I już spać po nocach nie mogę. Czasem cały dzień haruję jak koń, przyjdę wykończony, kładę się spać i myślę z otwartymi oczami: "Dlaczego mi się szczęści?" Jasne, tak, jestem zdolny, bogobojny, niegłupi, skromny i trzeźwy. Ale mimo to: widzę przecież ludzi dużo ode mnie lepszych, którym się jakoś nie wiedzie. Tak już jest. I myślałem, wiesz pan, tak myślałem: "Jakże ty, Panie Boże, na coś takiego pozwalasz? Żyję jak pączek w maśle, ale - kto mnie zje?" I ciągle tylko to w głowie. Czuję, że w moim szczęśliwym życiu kryje się jakiś haczyk, jakby coś zwodziło mnie powodzeniem - tylko dokąd zwodziło? I pytam w myślach: "Dokąd mnie, Boże, prowadzisz?" A Pan Bóg milczy... Milczy.

I wtedy pomyślałem: aha, spróbuję żyć nieuczciwie i zobaczymy, co z tego wyniknie. I wziąłem z kasy czterysta dwadzieścia rubli, licząc, że za kradzież powyżej trzystu rubli trafię pod sąd okręgowy. No dobrze. Wziąłem. Oczywiście połapali się, kierownik Filipp Karłowicz, dusza człowiek, pyta: "Gdzie?" - "Nie wiem". A zrobiłem tak, że na nikogo prócz mnie nie dało się tego zwalić. I widzę, że Filipp Karłowicz chodzi nerwowy i smutny. No nie, myślę, po co męczyć porządnego człowieka? Mówię mu: "To ja ukradłem pieniądze". Nie wierzy, żartujesz, krzyczy. Ale w końcu uwierzył, powiedział pani, a ta się wystraszyła: "Co z tobą, Stiepan?" - "Bierzcie mnie do sądu" - mówię. Rozgniewała się, zaczerwieniła, skubie palcami brzeg bluzki: "Do sądu z tobą - mówi - nie pójdę, ale jesteś taki bezczelny, że sam rozumiesz..." Zrozumiałem i odszedłem od nich, wyjechałem do Moskwy, a pieniądze oddałem pocztą, przekazem nie ode mnie, niby od kogo innego...

Zapytałem starego:

- Po co pan to wszystko zrobił? Chciał pan sobie pocierpieć?

Ten uniósł w zdumieniu gęste kłujące brwi, uśmiechnął się w brodę i wytrzepał uśmiech z jej kręconych włosów klepnięciami czysto umytej dłoni.

- Nie no, po co mam cierpieć? Lubię spokojne życie. Nie, zwyczajnie wzięła mnie ciekawość: dlaczego mi się udaje? A może to była ostrożność: chciałem sprawdzić, na ile mocny będzie ten mój fart. A tak w ogóle to młodość, he-ech! Człowiek pogrywa sam ze sobą. Chociaż tu była nieczysta gra, to znaczy nie tylko czysta. Żyłem niezwykle: wśród troski i czułości, jak piesek kanapowy. Ludzie wokół krzywią się, jęczą - a mnie widać Bóg skazał na spokojne życie aż do śmierci. Wszyscy ludzie przechodzą jakieś próby, a ja nie, jakbym nie był godny zwykłego ludzkiego losu. I chyba tyle...

- I leżę tak sobie w Moskwie, w hotelu, i myślę: "Innego za rubla postawiliby przed sądem, a ja wykpiłem się z czterystu rubli!" Aż mi się śmiać zachciało - proszę, jaki pech! "Nie - myślę - czekaj no, Stiepanie!" I przyglądam się ludziom; a hotel brudny, goście niespecjalni - karciarze, aktorzy, pomarszczone babcie. Jeden udawał kucharza, a okazało się, że jest złodziejem. Poznałem się z nim: "Jak życie?" - pytam. "Jak to życie - mówi. - Raz na wozie, raz pod wozem". Rozgadaliśmy się. "Mam - mówi - na oku jedną robotę, ale potrzebne mi dobre narzędzie, drogie narzędzie, a nie mam pieniędzy". "Aha - myślę - coś dla mnie!" Pytam go: "Niczyje życie przy tym nie ucierpi?" Aż się oburzył: "Panie, coś pan? Własne życie mi miłe!" Jak tak, to dałem mu na narzędzia i zastrzegłem, żeby w zamian zabrał mnie na włamanie ze sobą. Wahał się, wykręcał, ale w końcu wziął. Nie spodobała mi się ta jego robota - jakbyśmy przyszli w gości, tylko nie zastali gospodarzy w domu. Drzwi otworzyła nam czarnulka, widać jego znajoma, zaraz sprawnie związał jej ręce i nogi i zaczął przekopywać jakąś szafę, kopie i cichutko gwiżdże. Łatwizna. Jak przyszliśmy, tak poszliśmy, bez najmniejszych nerwów. On od razu wyjechał z Moskwy, a ja mieszkam sam, bałwan ostatni. "Co - myślę - znów mi się upiekło?" Śmiać mi się chce i jestem na siebie zły. W tej złości na siebie i na Pana Boga, który przecież powinien widzieć wszystko, co robię, poszedłem do teatru, siedzę na balkonie, a dwa miejsca ode mnie ta czarnulka, patrzy w ścianę i ociera łzy chusteczką. W przerwie komedii podchodzę: "My się chyba znamy?" - mówię. A ona nic. Przypomniałem jej to i owo. "Oj - mówi - ciszej, proszę". Pytam: "Co za nieszczęście, że tak pani płacze?" - "Księcia mi szkoda!" - mówi. Akurat na scenie wił się jakiś książę. Po teatrze poszła ze mną do knajpy, a z knajpy zabrałem ją do siebie do hotelu - i zamieszkaliśmy razem, coś jakby kochankowie. Myślała, że jestem prawdziwym złodziejem, pyta: "Kroi się jakaś robota?" - "Nie, nic" - mówię. "Dobra, poznam cię z chłopakami". Poznała. Złodzieje, ale porządne chłopaki. Szczególnie jeden, Kostia Baszmakow, przedziwny wytwór okoliczności przyrody, jak dziecko - taki dobry i wesoły! Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Zwierzyłem mu się: "Właściwie nic mi nie trzeba, złodziejem zostałem z ciekawości". A on na to: "I ja też bardziej z temperamentu - mówi - tyle fajnych rzeczy na świecie, tak przyjemnie się żyje. Czasem - mówi - chce się krzyknąć na ulicy: bracia, łapcie mnie, jestem złodziej!" Zabawna postać, ale niedługo potem wyskoczył z pociągu i złamał sobie rękę, a potem zapadł na gruźlicę i wyjechał na stepy, pić kumys. Prowadzałem się z tym towarzystwem - trzech ich było - czternaście miesięcy, kradliśmy po mieszkaniach i pociągach, i ciągle się spodziewałem, że lada chwila zdarzy się coś niezwykłego, strasznego, ale nie, nieustanny fart. Szef szajki Michajło Pietrowicz Worochow, bardzo szacowny człowiek i wyjątkowo mądry, mówi mi kiedyś: "Szczęście nam sprzyja, od kiedy Stiepan do nas przystał". Otrzeźwiły mnie jego słowa, zwróciłem się od lekkiego życia do siebie samego, zacząłem myśleć: "Co teraz? Mam zabić człowieka, czy jak?" I podła ta myśl utkwiła mi w sercu jak drzazga, i ćmi. Siedzę w nocy na łóżku, wsunę dłonie między kolana i myślę: "Jakże to tak, Panie Boże? Nic ci do tego, jak żyję? A przecież chcę zabić człowieka, podobnego do mnie, i mogę to zrobić bardzo łatwo. To jak?" A Pan Bóg milczy...

Stary westchnął głęboko i zaczął rozsmarowywać łyżką powidła na chlebie.

- Dumny z pana człowiek - powiedziałem.

Znów uniósł ciężkie krzaczaste brwi, wnikliwie spojrzał na mnie porcelanowymi oczami, teraz zdały mi się całkiem puste i ostro jasne.

- Nie, dlaczego! - powiedział, starannie odgarniając brodę, żeby nie wymazać jej powidłami. - Człowiek nie ma być z czego dumny, myślę.

I ostrożnie podnosząc do zarośniętych ust malutkie kawałki chleba, ciągnął wciąż półgłosem, jakby mówił o obcym człowieku, niezbyt mu sympatycznym:

- I Pan Bóg, widzisz pan, milczy. A mnie tymczasem trafia się pokusa: wleźliśmy nocą na letnisko, pracujemy, i nagle skądś z ciemności senny głosik: "Wujku, to ty?" Mój towarzysz wymknął się na balkon, a ja patrzę i widzę: drzwi, i za nimi ktoś się rusza. Uchylam, a tam w kąciku, na łóżku leży chłopczyk, lat ze dwanaście, i drapie główkę rękami, długowłosy taki. I znowu pyta: "Wujku?" Patrzę na niego, a ręce i nogi mi się trzęsą, serce zamiera: "No, Stiepanie - myślę - masz swój przypadek, dalej!" Ale opamiętałem się w porę: "Nie - myślę - nie zrobię tego, nie! Możeś mnie, Panie Boże, całym moim szczęściem do tego grzechu - zabójstwa niewiniątka - przywodził? Spokojną ścieżką prosto do tego dołu? Nie, nie-e..." I tak mnie to podejrzenie rozwścieczyło, że nawet nie pamiętam, jak stamtąd wyszedłem i znalazłem się w lesie.

- Siedzę pod drzewem, obok mój towarzysz pali papierosa i cichutko klnie. Deszczyk na nas pada, w lecie dźwięczny szept, a przed moimi oczami, w ciemności, ten rozespany chłopczyk, zdany ma moją łaskę. Minutka - i po nim! He-ech, myślę sobie...

- I tak mnie to rozebrało, nie mogłem sobie poradzić, i aż sam się poczułem tym bezbronnym chłopczykiem. Niech no pan tylko pomyśli, ale tak poważnie: siedzisz pan sobie i nie wiesz, co zrobię za minutę, a ja też nie wiem tego o panu. A gdyby pan tak nagle - różne rzeczy przychodzą przecież do głowy - mnie, albo znów ja - pana... Co? Oj, prowokuje taka wzajemna bezbronność. I w ogóle - kto nami kieruje? O to, to...

- Rano przyszedłem do miasta i prosto do śledczego sądowego: "Będzie pan łaskaw mnie aresztować, wielmożny panie, jako że jestem złodziejem". A ten okazał się bardzo dobrym panem, taki uprzejmy, szczupły, tyle tylko że głupi. "Dlaczego - pyta - sam się pan przyznaje, pokłócił się pan z kolegami przy podziale łupów?" - "Nie miałem kolegów - mówię - pracowałem sam". I z głupoty opowiedziałem mu wszystko szczegółowo, całą historię moich rozterek i jak Pan Bóg nieładnie się ze mną bawił.

Przerwałem mu i zapytałem:

- A czemu to, Stiepanie Iljiczu, Bóg, a nie diabeł?

Stary bez wahania spokojnie wyjaśnił:

- Bo diabła nie ma, diabeł to wymysł chytrego rozumu, ludzie wynaleźli go dla usprawiedliwienia swojej podłości, no i dla dobra Boga, żeby nie stracił twarzy. Jest tylko Bóg i człowiek - i nikogo więcej. A wszyscy podobni do diabła, na przykład Judasz, Kain albo car Iwan Groźny, to też ludzkie fantazje, wymyślone po to, żeby grzechy i podłości wielu zwalić na jedną postać. Niech mi pan wierzy... He-ech, pogubiliśmy się, podli, i ciągle wymyślamy sobie gorszych od nas - diabła i takie tam. Źli jesteśmy, ale - a pewnie, są i gorsi...

- No więc ten śledczy. Na ścianach miał obrazki i w ogóle ładnie jak w domu wykształconego człowieka. I z twarzy dobry. Ale dobra twarz nic nie znaczy, pod takim szyldem często handlują bardzo marnym towarem. Mówię do niego, a jakby mi kto nad głową tłukł na fortepianie, i tak nieprzyjemnie mi słuchać swoich własnych głupot. "He-ech - myślę - Panie Boże, jakie to wszystko brzydko pokręcone!" Mówiłem długo, śledczy słuchał jak staruszka popa w cerkwi, ale nic nie zrozumiał. "Trzeba by pana, oczywiście, postawić przed sądem, ale zaręczam, że skończy się uniewinnieniem, jeśli opowie pan sędziom to samo, co mnie. A czeka pana pewnie nie więzienie, ale klasztor!" Poczułem się urażony. "Nic pan - mówię - nie zrozumiał, nie chcę z panem dłużej rozmawiać". Dobrze, wysłał mnie na policję, a tam uczepili się mnie komisarze: "Wiemy - mówią - że kradzieży, do których się przyznałeś, nie dokonałeś sam - gdzie twoi wspólnicy? A poza tym, chodź do nas na służbę". Odmówiłem, oczywiście, to zaczęli mnie bić. Morzyli głodem. Wtedy faktycznie trochę sobie pocierpiałem. A potem - sąd. Sąd bardzo mi się nie spodobał, nie miałem ochoty z nim gadać. Sędziowie się zezłościli, wpakowali mnie do więzienia. Siedzę w więzieniu, wokół ludzie podobni do robaków i bestii; wybrali mnie na starostę. "He-ech - myślę - niedobrze, Panie Boże, bardzo niedobrze!" Myślę i widzę: jakkolwiek byś żył, człowieku, nikt poza tobą nie kieruje życiem! A o więzieniu to jak o brodawce - nic dobrego nie da się powiedzieć. Wyszedłem, rozejrzałem się tam i siam, połaziłem po świecie, zacząłem pracować w hucie - rzuciłem tę robotę. Gorąco. Do tego nie lubię żeliwa, stali i w ogóle metalu - od niego idzie cały ciężar życia, ciężar, brud i wszelka rdza. Bez metali człowiek żyłby prościej i lepiej. Robiłem, co popadło, nawet czyściłem szalety - przyznam się, że ciągnęło mnie do najbrudniejszych prac. A potem wymyśliłem: "Pójdę robić do łaźni!" I proszę, od siedemnastu już lat myję ludzi i staram się niczym ich nie niepokoić. Bo mało jest sensu w naszych niepokojach, nie ma w nich sensu, jak się tak dobrze przyjrzeć! Żyję bez Boga. Szkoda mi ludzi, że są tacy samotni, i nudno mi się żyje...

Dwa miesiące przed śmiercią L.N. Swiatuchin opowiadał:

- Ze wszystkich zabójców, którzy przewinęli się przede mną w ciągu piętnastu lat, tylko woźnica pociągowy Mierkułow wzbudził we mnie strach przed człowiekiem i o człowieka. Zazwyczaj zabójca to beznadziejnie tępe stworzenie, półczłowiek, niezdolny do zrozumienia zbrodni, albo sprytny podlec, lis wijący się w sidłach, albo wykończony pechem, zrozpaczony, rozwścieczony mały człowiek. Ale kiedy stanął przede mną Mierkułow, natychmiast poczułem coś okropnego i niezwykłego.

Swiatuchin przymknął oczy, wspominając:

- Wielki, barczysty chłop, lat koło czterdziestu pięciu, szczupła, szlachetna twarz - taka, o jakiej mówi się "jak na ikonie". Długa siwa broda, kręcone włosy, też siwe, zakola na skroniach, a pośrodku czoła sterczy jak róg taki zadziorny wicherek i całkiem niepasujące do niego, łagodnie i współczująco patrzące na mnie z głębokich oczodołów mądre szare oczy.

Śledczy ciężko westchnął trupim odorem - umierał na raka żołądka - i nerwowo zmarszczył udręczoną, ziemistą twarz.

- Szczególnie poruszyło mnie właśnie to współczucie w jego spojrzeniu - skąd się brało? I cała moja urzędnicza obojętność prysła, i poczułem niespokojną ciekawość, nową i nieprzyjemną.

- Na moje pytania odpowiadał przytłumionym głosem człowieka, który nie ma okazji albo nie lubi dużo mówić; odpowiadał krótko, precyzyjnie, i jasne było, że zamierza zeznawać szczerze. Powiedziałem mu coś, czego nie powiedziałbym innemu podejrzanemu: "Ma pan dobrą twarz, Mierkułow, nie wygląda pan na kogoś, kto zabił człowieka".

- Wtedy, jakby był gościem, wziął krzesło i ciężko na nim usiadł, zaparł się dłońmi o kolana i od razu zaczął mówić, zupełnie jakby - głupie porównanie - grał na dudach, dudy mają taką dużą przytłumioną piszczałkę, jak fagot: "Myślisz, wielmożny panie, że skoro zabiłem, jestem bestią? Nie, nie jestem, i jeśli to wyczułeś, opowiem ci moją historię".

- I opowiedział - spokojnie, z rezygnacją, jak nie opowiadają o sobie zabójcy - nie usprawiedliwiając się ani nie próbując brać mnie na litość.

Śledczy mówił bardzo powoli i niewyraźnie, jego szorstkie wargi, pokryte jakąś łuską, poruszały się z trudem, często oblizywał je ciemnym językiem, zamykając oczy.

- Chcę sobie przypomnieć, co dokładnie powiedział. To było bardzo znaczące. Wstrząsające... Wciąż byłem pod wrażeniem współczucia, które w nim widziałem. Niech pan mnie dobrze zrozumie: nie oczekiwał współczucia, ale sam współczuł. Mnie współczuł. Chociaż wtedy byłem jeszcze zdrowy...

- Pierwszy raz zamordował w takich okolicznościach: jesienią, wieczorem wiózł z przystani worki z cukrem i zauważył, że za wozem ktoś idzie; ten ktoś rozcina worek, nabiera garściami cukier i wsypuje go sobie do kieszeni i za pazuchę; Mierkułow rzucił się na niego, uderzył w skroń - i człowiek upadł. "Tak, kopnąłem go jeszcze, poprawiam rozcięty worek, a ten leży mi pod nogami, leży twarzą do góry, oczy wytrzeszczone, usta otwarte. Przestraszyłem się, kucnąłem, wziąłem go za głowę, a głowa ciężka jak wielki odważnik i leci mi z ręki na rękę, i oczy niby mrugają, a z nosa płynie krew, mam całe ręce we krwi. Zerwałem się i krzyczę: "Wszyscy święci, zabiłem!""

- Zabrali go na policję, a potem do więzienia. "Siedzę w więzieniu, wkoło sami przestępcy, i wszystko widzę jak przez mgłę, i nic nie rozumiem, boję się, nie śpię, chleba jeść nie mogę, ciągle myślę: "Jak to? Szedł sobie człowiek ulicą, uderzyłem go i - nie ma człowieka! Jak to możliwe? Przecież to nie baran, nie cielak; przecież wierzył w Boga i chociaż może charakter miał nie najlepszy, to był taki jak ja. A ja złamałem mu życie, zabiłem jak bydlątko. I mnie też tak mogą - r-raz! - stuknąć i koniec". I tak mi było strasznie od tych myśli, panie, że słyszałem po nocach, jak rosną mi włosy na głowie".

- Mierkułow, opowiadając, wpatrywał się we mnie uważnie, ale choć jego jasne oczy były nieruchome, zdawało mi się, że w szarawych źrenicach widzę odblask strachu tamtej nocy. Złożył dłonie i mocno zacisnął je między kolanami. Wyrok za nieplanowane zabójstwo dostał niski, zaliczono mu areszt i wysłano na pokutę do klasztoru. "Tam - opowiadał Mierkułow - dostałem kierownika duchowego, mnicha, który miał nauczyć mnie, jak żyć; staruszek był miły i bardzo ładnie mówił o Bogu. Porządny człowiek. Był dla mnie jak ojciec, wciąż powtarzał - synu, synu mój. Słucham go, słucham, i raptem pytam: "No dobrze, Bóg! Ale dlaczego człowiek jest taki nietrwały? Na przykład ty, ojcze Pawle: kochasz Boga i on cię pewnie kocha, a ja uderzę cię i zabiję jak muchę. I co wtedy z twoją dobrotliwą duszą? Rzecz nie w twojej duszy, ale w mojej złej myśli: mogę cię zabić w każdej chwili. Zresztą moja myśl wcale nie jest zła, mogę cię zabić wręcz czule, nawet pomodlę się przedtem, a potem - zabiję! Wyjaśnij mi to". Nie potrafił wyjaśnić i ciągle tylko powtarzał: "To diabeł budzi w tobie bestię! To on cię dręczy". Mówię: "Wszystko mi jedno, kto dręczy, naucz mnie, co mam robić, żeby już nie dręczył? Nie jestem - mówię - bestią, nie ma we mnie nic z bestii, tylko moja dusza boi się o siebie". - "Módl się - mówi - módl się do upadłego!" Modliłem się, wychudłem, skronie zaczęły mi siwieć, a wtedy liczyłem sobie lat dwadzieścia osiem. Modlitwa nie może przepędzić mojego strachu i modląc się, myślę: "Jakże to tak, Panie Boże? Proszę, mogę w minutę pozbawić życia każdego człowieka i każdy człowiek może mnie zabić, kiedy zechce. Zasnę, a ktoś przejedzie mi nożem po gardle albo da cegłą czy obuchem po głowie. Odważnikiem jakimś. Czymkolwiek!" I od tych myśli nie mogę spać, wciąż się boję. Na początku spałem z nowicjuszami, jak tylko któryś drgnął w nocy, zaraz zrywałem się i w krzyk: "Który tam się kręci? Leżcie spokojnie, dranie!" Wszyscy się mnie bali i ja wszystkich się bałem. Poskarżyli się na mnie i potem już spałem w stajni; tam, z końmi, czułem się spokojniej, koń to bydlę bezduszne. Ale i tak spałem jak zając na miedzy. Bałem się".

- Po odbyciu pokuty Mierkułow wrócił do fachu woźnicy, mieszkał w sadach za miastem, nie pił i ciągle rozmyślał. "Żyję jak we śnie - mówił. - Zawsze milczę i unikam ludzi. Woźnice pytają: "Wasilij, coś ty taki ponury, do klasztoru się wybierasz?" A po co mi klasztor? W klasztorze też są ludzie, a gdzie ludzie - tam strach. Patrzę na wszystkich i myślę: "Zachowaj was, Boże! Wasze życie wisi na włosku, nie obronicie się przede mną - ani ja przed wami". Wyobraź sobie, panie, jakie to życie z takim ciężarem na duszy".

Swiatuchin westchnął, poprawił czarną jedwabną czapeczkę na łysej głowie, matowej jak stara, zwietrzała kość.

- A mówiąc to, Mierkułow uśmiechnął się i nieoczekiwany, niedorzeczny uśmiech tak wykrzywił, skaził jego szlachetną twarz, że z miejsca uwierzyłem: bez wątpienia jest bestią. I pewnie zabijał ludzi właśnie z tym uśmiechem. Zrobiło mi się niedobrze. A on wciąż mówi, i jakby już ze złością: "Chcę do ludzi, jak kura z jajkiem, ale jajko mam zepsute i dobrze o tym wiem. Lada chwila rozbije się we mnie - i co wtedy? Nie wiem, nie mogę wymyślić, ale rozumiem, że coś bardzo strasznego".

- Zapytałem go: czy myślał o samobójstwie? Chwilę milczał, marszczył brwi, wreszcie powiedział: "Nie pamiętam, chyba nie myślałem ani razu". I też zapytał, ze szczerym, zdaje się, zdumieniem: "Ale dlaczego nie myślałem? Dziwne..." Uderzył dłonią w kolano, spojrzał gdzieś w kąt i mamrocze, jakby urażony: "Patrzcie, patrzcie... Czyli, wychodzi, nie chciałem iść za głosem duszy. Bardzo dręczyła mnie jej ciekawość ludzi, jej podłe tchórzostwo. Zapomniałem o sobie. A ona wciąż kombinuje: a jakby tak tego zabić - to co? Tak się ciągle przymierzała..."

- Dwa lata później Mierkułow zabił niedorozwiniętą pannę Matrioszkę, córkę ogrodnika. Opowiadał mi o tej zbrodni niejasno, widać sam nie rozumiał motywów zabójstwa. Z jego słów wynikało, że Matrioszka była szalona: "Nachodziło ją zaćmienie rozumu: raptem rzuca kopanie grządek czy pielenie i idzie dokądś, oczy szeroko otwarte i uśmiecha się, jakby ktoś niewidzialny wołał ją za sobą. Wpada na drzewa, płoty, ściany, jakby chciała przez nie przeniknąć. Kiedyś nastąpiła na żelazne grabie, przebiła sobie nogę, krew leci, a ta idzie dalej, nic nie czuje, nawet się nie skrzywiła. Była brzydka, gruba, ale z głupoty rozpustna, sama zaczepiała chłopów, a oni, oczywiście, wykorzystywali jej głupotę. Mnie też się czepiła, ale miałem co innego w głowie. Ciągnęło mnie do niej to, że ze wszystkiego wychodziła bez szwanku: to wpadnie do dołu, to zleci z dachu - i nic. Inny zwichnąłby rękę, złamał jakąś kość, a ona - nic. Jakby nie chodziła po ziemi. Pewnie, cała w siniakach, podrapana, ale mocna okrutnie. Jakby żyła, wariatka, w twardej skorupie. Zabiłem ją przy ludziach, w niedzielę, siedziałem na ławce przy bramie, a ta zaczęła brzydko do mnie uderzać, to ja ją - polanem. Upadła. Patrzę - nie żyje. Usiadłem na ziemi koło niej i aż zapłakałem: "Jakże to, Panie Boże? Taka słabość, taka bezbronność!""

- Długo, słowami ciężkimi jak w malignie, mówił o bezbronności człowieka i w jego oczach zapłonął ponury strach. Chuda twarz ascety pociemniała, kiedy syknął przez zęby: "Pomyśl no, panie, przecież teraz, w tej chwili mogę cię zabić, co? Pomyśl... Kto mi zabroni? Gdzie jest taki zakaz? Nigdzie nie ma zakazu, zakaz nie istnieje..."

- Skazali go za zabójstwo panny na trzy lata więzienia, tłumaczył łagodną karę dobrą obroną, ale swojego obrońcę ponuro skrytykował: "Młody taki, kudłaty krzykacz. Ciągle krzyczał: "Kto może powiedzieć coś złego o tym człowieku? Żaden świadek nie powiedział nic złego. A zabita była szalona i rozpustna". Ci wszyscy obrońcy to zbytek. Obroń mnie, zanim zgrzeszę, a jak już zgrzeszyłem, zabiłem - nie potrzebuję obrony. Trzymaj mnie, póki stoję, bo jak pobiegnę, nie złapiesz! Biegnę i będę biegł, aż padnę z nóg, tak... A więzienie to też zbytek, lenistwo. Rozpusta. Wyszedłem z więzienia i jak we śnie - nic nie rozumiem. Ludzie chodzą, jadą, pracują, budują domy, a ja wciąż myślę o jednym: "Każdego mogę zabić, i mnie każdy może zabić". Boję się. I jakby ręce mi rosły, wciąż rosły, jakby całkiem cudze. Zacząłem pić - nie mogę, mdli mnie. Wypiję - płaczę, zaszywam się w ciemny kąt i płaczę: wariat, nie człowiek, nie da się tak żyć. Piję i nie upijam się, a trzeźwy gorszy jestem niż pijany. Zacząłem wrzeszczeć, wrzeszczę na wszystkich, odstraszam ludzi, boję się ich. I wciąż myślę: ja jego - czy on mnie? I chodzę po świecie jak mucha po szybie - szyba pęknie i spadnę, polecę nie wiedzieć gdzie.

- Gospodarza, Iwana Kiryłycza, zabiłem z tego samego powodu, z ciekawości. To był wesoły, dobry człowiek. I niezwykle odważny. Kiedy u jego sąsiadów wybuchł pożar, rzucił się prosto w ogień, jakby był nieśmiertelny, wyprowadził nianię, potem znowu poszedł, po jej kuferek - bo niania płakała po swoim kuferku. Szczęśliwy człowiek był z tego Iwana Kiryłycza, wieczne odpoczywanie! Męczyć go - tak, męczyłem. Tamtych dwoje ciach, od razu, a tego ciut pomęczyłem, chciałem zobaczyć - wystraszy się czy nie? Ale słabego był ciała i zaraz się zadusił. Na krzyk przybiegli ludzie, zaczęli mnie bić. Mówię im: "Nie ręce mi wiążcie, durnie, ale duszę...""

- Mierkułow skończył opowiadać, wytarł dłonią spocone czoło i spokojnie poradził: "Wielmożny panie, osądźcie mnie surowo, skażcie na śmierć, bo jakże to? Nie mogę żyć z ludźmi na katordze, obraziłem się na moją duszę, obrzydła mi i wciąż się boję, że znowu będę ją wypróbowywać, no, eksperymentować, a ludzie od tego ucierpią... Zniszczcie mnie, panie..."

Śledczy mrugnął umierającymi oczami i powiedział:

- Sam się zniszczył, powiesił. Jakoś dziwnie, na kajdanach, diabli wiedzą jak! Nie widziałem, opowiadał mi asystent prokuratora: "Wielkiej - powiedział - trzeba było siły woli, żeby zabić się tak okrutnie i tak niewygodnie". Tak właśnie powiedział: niewygodnie.

Potem Swiatuchin zamknął oczy i wymamrotał:

- Możliwe, że podsunąłem Mierkułowowi myśl o samobójstwie... Tak-tak, ojczulku, prosty rosyjski chłop, a - widzi pan? Ta-ak...

Nauczyciel kaligrafii

...Przyszedłem do A.A.J. - i nie zastałem go w domu.

- Poleciał gdzieś - powiedziała jego gospodyni, sympatyczna staruszka w rogowych okularach i z włochatą brodawką na lewym policzku. Zaproponowała, żebym odpoczął, i z czułym uśmiechem powiedziała:

- Patrzę: żyjecie w biegu, dzisiejsi młodzi ludzie, jakby ktoś wami strzelił jak śrutem z wiatrówki. Kiedyś ludzie żyli spokojniej i nawet chodzili inaczej. I buty nosili dłużej, nie dlatego, że z mocniejszej skóry, ale dlatego, że ostrożniej stąpali po ziemi. Proszę, w tym pokoju jeszcze przed Jarowickim mieszkał nauczyciel kaligrafii; też nazywał się Aleksiej Aleksiejewicz, nazwisko Kuźmin. Jaki to był spokojny człowiek, aż dziwnie się robi, kiedy sobie przypomnę. Czasem obudzi się rano, wyczyści buty, spodnie, surdut, umyje się, ubierze, a wszystko po cichutku, jakby wszyscy ludzie w mieście spali, a on bał się ich obudzić. Modlił się, zawsze odmawiał: "Boże, Panie mojego żywota". Potem pił szklankę herbaty, zjadał jajko z chlebem i szedł na pensję, a po powrocie znowu coś zjadał, odpoczywał i siadał rysować obrazki albo zbijać ramki. To wszystko tutaj sam zrobił.

Ściany malutkiego pokoju były obwieszone rysunkami ołówkiem w ramkach z czarnych listewek; obrazki przedstawiały wierzby i brzozy nad grobami, nad stawem, przy ruinach młyna wodnego - wszędzie: wierzby i brzozy. I tylko na jednym, większym, starannie narysowano wąską ścieżkę wijącą się pod górę, przeplecioną wężowymi korzeniami pokrzywionej brzozy z ułamanym wierzchołkiem i mnóstwem suchych gałęzi. Patrząc na skromne, szare rysunki, staruszka mówiła wzruszona:

- Na spacer chodził wieczorem, po zmierzchu, szczególnie lubił spacerować, kiedy było pochmurno i zbierało się na deszcz. Zachorował od tego, przeziębił się. Czasem mu mówiłam: "Czemu pan spaceruje w taką brzydką pogodę?" - "W takie wieczory - mówi - na ulicach jest mniej ludzi, a ja jestem skromny i nie lubię się z nikim spotykać. Ludzie często skłaniają mnie - powiada - żebym źle o nich myślał, a tego unikam". Włoży płaszczyk, czapkę z bączkiem, weźmie parasol i cichutko przemyka pod płotami, i ustępuje każdemu po drodze. Ładnie chodził, tak lekko, jakby nie po ziemi. I taki miły człowiek - malutki, zgrabny, jasnowłosy, nos z garbkiem, twarz starannie ogolona i taka młodziutka, choć miał już prawie czterdziestkę. Kaszlał zawsze w chusteczkę, żeby nie robić hałasu. Aż przyjemnie popatrzeć, żeby tak wszyscy ludzie tacy byli, myślę. Pytam go: "A nie nudno się tak panu żyje?" - "Nie - mówi - wcale nie nudno, żyję życiem duchowym, a dusza nie zna nudy, nuda to niemoc ciała". I zawsze odpowiadał tak mądrze, jak starzec. "A płeć kobieca - pytam - też pana nie ciekawi, nie myśli pan o rodzinie?" - "Nie - mówi - to nie dla mnie, o rodzinę trzeba się troszczyć, a i zdrowie mi nie pozwala". I tak jak cicha myszka mieszkał u mnie coś koło trzech lat, a potem pojechał pić kumys, leczyć się, i tam na stepach umarł. Czekałam, aż ktoś przyjdzie po jego rzeczy, ale widać nie miał, odludek, krewnych ani przyjaciół, bo nikt nie przyszedł i wszystko zostało u mnie: bielizna, te obrazki i zeszyt z notatkami.

Poprosiłem, żeby pokazała mi zeszyt; staruszka chętnie wyciągnęła z komody gruby brulion oprawiony w czarne płótno; na kawałku kartonu przyklejonym do okładki napisane było gotycką czcionką:

"Strawa dla duszy.

Notatki ku pamięci.

A.A. K-mina.

Anno Domini 1889, 3 stycznia"

Na odwrocie winietka, subtelnie narysowana piórem: w ramce z liści dębu i klonu pień, i na pniu zwinięta w kłębek żmija unosi głowę i wysuwa język. A na pierwszej stronie przeczytałem słowa, umieszczone tam widać w charakterze motta, starannie wykaligrafowane drobnym, krągłym charakterem pisma:

"Wkrótce okazało się, że chrześcijan jest dużo - jak zwykle, kiedy rusza śledztwo w sprawie jakiejś zbrodni (Z listu Pliniusza do cesarza Trajana)".

Dalej rzuciło mi się w oczy zdanie zapisane dużym i jakby uroczystym charakterem pisma, zdobionym ogonkami i zawijasami:

"Jestem o wiele mądrzejszy od Apollona Korynckiego. Poza tym on jest pijakiem".

Niemal na każdej stronie widniały rysunki, winietki i co chwilę krągła kobieca twarz z płaskim nosem i kałmuckimi oczami. Tekstu było niewiele, rzadko zajmował jedną czy dwie strony, częściej kilka linijek, ale zawsze starannie wykaligrafowany. Nigdzie ani jednej poprawki, wszędzie czuło się perfekcję; notatki pieczołowicie i z rozkoszą przepisywane z brudnopisu.

Zaciekawiło mnie to i zabrałem "Strawę duchową" skromnego nauczyciela do domu; oto co znalazłem w czarnym brulionie:

"Tak zwana sztuka karmi się przede wszystkim ukazywaniem i opisywaniem różnego rodzaju przestępstw; zauważyłem, że im podlejsze przestępstwo, tym poczytniejsza książka i bardziej znany obraz, który je przedstawia. Tak naprawdę zainteresowanie sztuką to ciekawość zbrodni. Stąd oczywista szkodliwość sztuki dla młodzieży".

"Karpia należy faszerować marchewką, ale nikt tego nie robi".

"Książę Włodzimierz Halicki jeździł do króla węgierskiego i służył mu cztery lata; potem wrócił do Halicza i zaczął budować cerkwie".

"Każde przestępstwo wymaga wrodzonego talentu, szczególnie zabicie człowieka".

"Ap. Kor. zakpił sobie ze mnie w paskudnych wierszykach. Na wszelki wypadek bez żadnych emocji odnotuję je tutaj:

Żeby dusza była elastyczna,

I jak gumoleum się zginała,

Trzeba ćwiczyć formę gimnastyczną,

Mówiąc prościej - robić z siebie wała".

"Udane - tj. bezkarne - morderstwo musi być całkiem nagłe, nieoczekiwane".

Skromny człowiek kaligrafował swoje nader ciekawe myśli najróżniej: rondem, gotykiem, pismem angielskim, słowiańskim i innymi; wyraźnie popisywał się swoim kunsztem. Ale wszystko, co dotyczyło zabójstw, zawsze notował drobnym, krągłym pismem, tym samym co cytat z listu Pliniusza do Trajana. Prawdopodobnie był to jego indywidualny, pierwotny charakter pisma. Ozdobnie natomiast wykaligrafował:

"Myślenie jest obowiązkiem każdego wykształconego człowieka".

I po słowiańsku:

"Nigdy nie daruję, kiedy ktoś ze mnie zakpi".

A dalej, krągłymi literami:

"Nagłość nie wyklucza uprzedniego dokładnego zbadania warunków życia wyznaczonej osoby. Bardzo ważne są czas i miejsce spacerów. Godziny powrotu z lekcji w gimnazjum. W nocy z klubu".

Dwie strony zajmował szczegółowy i suchy opis wycieczki na łódkach po Wołdze, dalej pochyłym pismem, łamanymi pośrodku literami, zanotowano:

"Pol. Pietr. ma paskudny zwyczaj drapania się palcem pod lewym kolanem. Lubi siedzieć z nogą założoną na nogę, dlatego drapie się pod kolanem, pewnie krew nie dochodzi do nogi. On jest głupi; nie kojarzy tego. W ogóle jest głupi. I niedobrze, że Pol. Pietr. ciągle pyta: "Ależ co pan?" - to brzmi jak kpina. Polina, czyli Pelagia; Pelagia to w zasadzie imię wulgarne, wiejskie".

I znowu krągłym pismem:

"Wyjechać z miasta i niespodziewanie wrócić. Wziąć dorożkę - głupio brzmi, lepiej: zamówić dorożkę. W drodze do domu wyskoczyć pod pozorem bólu brzucha, pobiec, zabić i jechać dalej..."

I znów kałmucka twarz kobiety i kuriozalnie krótkonogi człowieczek z małą twarzą bez oczu; w miejscu oczu znaki zapytania. Bardzo bujna broda.

Później sprytnym pismem drobnego urzędnika:

"Zacząłem bywać, tj. chodzić w gości do starej wiedźmy, poetki Mysowskiej. Spotykają się u niej miejscowi rewolucjoniści".

Krągłe pismo:

"Nagłość działania gwarantuje sukces. Dorożkarza zamówić starego, najlepiej ze słabym wzrokiem. Wyskoczyć - raptowny ból brzucha. Iść przez podwórza wprost na niego, ale - przywitać się, żeby nie wiedział, co robić. Minąć go i nagle odwrócić się, uderzyć z boku w m. c. (skrócona łacińska nazwa mięśnia sercowego). Szybko wrócić do dorożkarza, poprawiając ubranie i prymitywnie nabijając się z siebie. W domu posłać do apteki po krople na żołądek. Kiedy wszystko wyjdzie na jaw, okazywać ciekawość i nonszalancję. Wziąć udział w uroczystości pogrzebowej. Oczywiście".

Więcej notatek na ten temat nie było, ostatnia natomiast kończyła się winietką: grób bez krzyża, nad nim suche złamane drzewo, wkoło gęsty łopian, na niebie płacze kałmucka twarz księżyca.

I dalej jeszcze cztery notatki:

"Przeczytałem w niemieckiej powieści głupie zdanie: profesor pyta swoją narzeczoną:

- Adelo, dlaczego pani zawsze powtarza wszystko, co pani powiem?"

"Dziś o zachodzie słońca w ogrodzie cudownie śpiewał szpak - jakby śpiewał po raz ostatni".

"Spotkanie z człowiekiem nie zawsze grozi niebezpieczeństwem, ale jednak trzeba wybierać znajomych bardzo, bardzo ostrożnie. Nigdy więcej nie pozwolę sobie na znajomość z rudymi".

"Ból zębów dobrze czuje tylko ten, kogo bolą zęby, i tylko wtedy, kiedy akurat go bolą. Potem człowiek zapomina, jakie to okropne cierpienie. Dobrze by nam zrobiło, gdyby zęby bolały przynajmniej raz w miesiącu, i koniecznie wszystkich ludzi na świecie - tego samego dnia. Wtedy pewnie ludzie nauczyliby się wzajemnie rozumieć".

Na tym kończyła się książka spokojnego nauczyciela, zatytułowana "Pokarm dla duszy".

Moskiewski student Mańkow, który zabił swoją żonę, w ostatnim słowie w sądzie bronił się tak:

- Została zabita, jest męczennicą, jest już być może świętą w raju, a ja do końca życia będę niósł krzyż grzechu i skruchy. Za co mnie jeszcze karać, skoro sam już siebie ukarałem? Proszę, teraz jem jabłka, jajka, jak kiedyś, ale nie mają już tak dobrego smaku, jak kiedyś, i nic już mnie nie cieszy - za co tu mnie karać?

Niespełniony pisarz

Nocą w brudnej knajpie, w parującym tłumie podpitych, wesołych ludzi, człowiek jeszcze nie stary, ale mocno zszargany życiem, opowiadał:

- Załatwił mnie telegrafista Małaszyn.

Pochylił głowę w wymiętej dżokejskiej czapce, zajrzał pod stół, przesunął swoją chorą nogę, unosząc ją rękami, i przeciągle, ochryple westchnął:

- Tak, telegrafista Małaszyn. Nasz wielebny nazywał go przebrzydłym dziecięciem, a dziewczyny - Małaszą. Był niski, zgrabny, różowe policzki, czarne oczy, ciemne brwi i kobiece dłonie; o takich się mówi "chłopak jak malowanie". Wesoły, dla wszystkich uprzejmy, wszyscy znali go i wręcz kochali w naszym miasteczku, gdzie trzy tysiące pięciuset mieszkańców niespiesznie wypełniało zwykłe ludzkie obowiązki. Kiedy miałem dwadzieścia lat, moją duszę ogłuszył smutek; bardzo drażniła mnie i wręcz przerażała niepozorna krzątanina ludzi, nie pojmowałem jej sensu, patrzyłem na wszystko w zdumieniu i pewnego dnia w porywie serca napisałem opowiadanie "Jak żyją ludzie". Napisałem i wysłałem rękopis do pisma "Niwa". Czekałem na wyrok losu tydzień, potem miesiąc, dwa i machnąłem ręką: nie dla psa kiełbasa!

- A trzy miesiące później, a może i więcej, spotykam Małaszyna. "Mam dla ciebie pocztówkę", mówi. I podaje mi pocztówkę, a na niej jest napisane: "Pańskie opowiadanie jest nudne i nieudane, ale, zdaje się, ma Pan zdolności. Proszę przysłać coś jeszcze".

- Nie muszę mówić, jak się ucieszyłem. Małaszyn uprzejmie wyjaśnił, że pocztówka przeleżała u niego trzy dni. "Przypadkiem zabrałem z poczty, żeby ci zanieść, ale wciąż zapominałem. Czyli co - mówi - piszesz opowiadania, nowy hrabia Tołstoj nam rośnie?"

- Pośmialiśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Ale jeszcze tego samego dnia wieczorem, kiedy wracałem do domu, siedzący w oknie diakon krzyknął za mną: "Ej, te, pisarz! Ja ci!..." I pogroził pięścią. Byłem tak szczęśliwy, że zlekceważyłem ten gest. Wiedziałem, że to niesamowity człowiek: w młodości chciał trafić do opery, ale nie zaszedł dalej jak na posadę dyrygenta chóru arcybiskupiego i w guberni nie mógł zrobić kariery z racji skłonności do samowolnych zachowań. Pił i po pijaku na zakład łupał czołem włoskie orzechy, potrafił nałupać cały funt, aż skóra na czole pękała. Nosił w kieszeni blaszaną puszkę z dziurkami, latem na żaby, a zimą na myszy, czekał tylko na sposobny moment i wpuszczał zwierzątka paniom za kołnierze. Wybaczano mu te żarty, bo był człowiekiem wesołym i doskonale znał zwyczaje ryb - mistrz wędkarstwa! Ale ryb nie jadał, bał się udławić ością i wszystko, co złowił, oddawał znajomym, za co też jeszcze bardziej go lubiano.

- No więc cieszyłem się. Byłem w owym czasie chłopcem skromnym, z natury refleksyjnym i nieładnym.

Ścisnął wargami rzadkie, wypłowiałe wąsy, zmrużył żółte białka smutnych oczu i drżącą dłonią ostrożnie nalał kieliszek wódki. Jako dwudziestolatek musiał być niezgrabny, kościsty, szare wzburzone włosy miał wtedy pewnie rude, a mętne oczy - niebieskie. I mnóstwo piegów na twarzy. Teraz obwisłe policzki gęsto przeorały arabeski czerwonych żyłek, siny nos pijaka smętnie zwisał na wąsy. Wódka nie podniecała go już. Mamrotał z trudem i jakby przez sen.

- Poczułem się piękny i ważny. A pewnie: z takimi wybitnymi zdolnościami! Moja dusza śpiewała jak słowik. Zacząłem ostro pisać, pisałem po całych nocach, słowa strumieniem spływały z pióra. Radość! Zauważyłem, że mieszkańcy miasteczka patrzyli na mnie z jakąś szczególną uwagą. Aha, myślę sobie...

- Małaszyn zaprosił mnie w gości do poborcy akcyzy, a ten miał córkę, taką dziarską pannę. Przyszli też różni inni młodzi ludzie. Interesują się mną, pytają: "Pan pisze? Dajcie no herbaty! I nie żałujcie cukru!"

- "Oho - myślę - żeby aż nie żałować?!" Zamieszałem herbatę łyżeczką, piję - co to? Słona. Taka słona, że aż gorzka. Obrzydliwa. Ale piję, krępuję się odstawić. I nagle wszyscy chórem, jak się zaczną śmiać, a Małaszyn z nimi, a potem mówi: "Jak to? Pisarz powinien we wszystkim się orientować, a ty nie umiesz odróżnić soli od cukru, jak to tak?"

- Zrobiło mi się głupio, straciłem humor: ech, myślę... "Jasne, to taki żart..." - mówię.

- A ci jeszcze bardziej się śmieją. Potem mnie namawiają, żebym przeczytał wiersze - próbowałem pisać również poezję. Małaszyn o tym wiedział. Przekonują: "Poeci w gościach zawsze czytają wiersze, to pan też musi".

- Ale wtedy wtrącił się syn pana domu, z nalanym pyskiem, i mówi: "Dobrą poezję piszą tylko wojskowi".

- Panienki zaczęły przekonywać go, że się myli, a ja niepostrzeżenie wyszedłem. Od tego wieczoru całe miasto gnębiło mnie jak bezpańskiego psa. Już pierwszej niedzieli spotkałem diakona, idzie z wędkami, tratuje wszystko po drodze jak potworny słoń. "Stój! - woła. - Piszesz, idioto? Ja - mówi - trzy lata próbowałem dostać się do opery, do pięt mi nie dorastasz! Ty mucho! Takie muchy - mówi - tylko paskudzą zwierciadło literatury, matole..." I tak mnie sklął, że mi poszło w pięty. "Za co?" - myślę sobie.

- Jakiś czas później ciotka - jestem sierotą, mieszkałem u ciotki - pyta: "Co tam o tobie gadają, że niby piszesz? Rzuć to, pora się żenić..."

Próbowałem jej wyjaśnić, że to przecież nic złego, że nawet hrabiowie i książęta piszą i że to czysta praca, szlachecka; ale ciotka w płacz - i ryczy: "Boże, co za łajdak cię tego nauczył?"

- A Małaszyn wpada na mnie na ulicy i wrzeszczy: "O, witaj, Tołstoju niedorobiony!" Ułożył głupawą piosenkę i cała młodzież z miasta wyła ją na mój widok:

Wszystkie kanarki

Żałośnie śpiewają,

Choć ludzie im za to,

Ni grosza nie dają...

- "Ech - myślę - wpadłem jak śliwka w kompot!" I tak mnie wyśmiewają, że boję się wyjść z domu. Szczególnie ten diakon - tak się zawziął, że aż się brał do bicia. "Ja - ryczy - trzy lata, a ty, matole..."

- Czasem w nocy siedzę nad rzeką i myślę: "Co się dzieje? Za co?"

- Był nad rzeką taki cichy zakątek, cypel porośnięty olszyną, schowam się tam, patrzę na rzekę i czuję, jakby ta ciemna woda omywała miasto i płynęła przez moją duszę, nanosząc do niej mętny i gorzki muł.

- Miałem znajomą dziewczynę, hafciarkę, zakochałem się w niej, a i ona chyba darzyła mnie sympatią. Ale też zaczęła mi dogryzać, pyta mnie tak ostrożnie: "To prawda, że napisał pan do gazet o nas, o mieście?" - "Kto pani powiedział?". Nastroszyła się i mówi: "Małaszyn ma to pańskie dzieło, wszystkim je czyta i wszyscy się śmieją, i nawet chcą pana bić za to, że zaprzedał się pan hrabiemu Tołstojowi. Po co pan je dawał Małaszynowi?"

- Kolana się pode mną ugięły, oj-oj-oj, myślę. A pisałem tam i o poborcy akcyzy, i o diakonie, i o wszystkich, i nie najlepsze, jak to mówią, rzeczy. I pewnie, że nic Małaszynowi nie dawałem, sam sobie wziął rękopis z poczty. A moja ukochana jeszcze mnie dobiła: "Koleżanki śmieją się, że z panem chodzę - i sama już nie wiem, co robić". Ech, myślę sobie.

- Poszedłem do Małaszyna. "Oddaj rękopis, proszę!" - "A po co ci on - mówi - skoro go odrzucili?"

- Nie oddał. Lubiłem go; zauważyłem, że tak jak niepotrzebne rzeczy lubisz bardziej od potrzebnych, tak czasem lubisz złego człowieka. I jeszcze przykład: żaden koń pociągowy nie jest droższy od wyścigowego, choć ludzie żyją pracą, a nie wyścigami.

- Przyszły święta, Małaszyn zaprosił mnie na maskaradę, przebrał za diabła, w kożuszek wełną na wierzch, na głowę wsadzili mi koźle rogi, na twarz maskę. Tańczyliśmy sobie i tak dalej, spociłem się i czuję: okropnie szczypie mnie twarz. Poszedłem do domu, po drodze dogoniło mnie trzech takich też w maskach i wołają: "O, diabeł! Bij, zabij!"

- No to ja w nogi. Złapali mnie, oczywiście. Pobili nie za mocno, ale twarz dalej szczypała tak, że chciało mi się krzyczeć. O co chodzi? Rano dowlokłem się do lustra, a tu skóra chorobliwie czerwona, nos rozdęty, oczy zapuchnięte, załzawione. No, myślę, a to mnie urządzili! Wysmarowali maskę w środku czymś drażniącym i kiedy się spociłem, maść rozjątrzyła skórę. Leczyłem się pięć tygodni, myślałem, że oczy mi pękną. Ale nie, nic, przeszło.

- I wtedy zrozumiałem: nie mogę zostać w mieście. Wyjechałem po cichu. Od tamtej pory już trzynaście lat tak się szwendam.

Ziewnął i zmęczony przymknął powieki. Wyglądał na pięćdziesiąt lat.

- Z czego pan żyje? - zapytałem.

- Z koni wyścigowych. Zbieram materiały dla jednego takiego reportera.

Uśmiechnął się niespiesznie, łagodnie, i powiedział:

- Jakie to wdzięczne zwierzęta, te konie! Koni nie da się z niczym porównać. Tylko jeden akurat skaleczył mi nogę...

Westchnął i dodał cicho, jakby cytował wiersz:

- Mój najukochańszy...

Weterynarz

Spośród mnóstwa wielbicieli ludu, których spotkałem na szlaku mego życia, szczególnie wbił mi się w pamięć weterynarz Milij Samojłowicz Petrenko.

Wysoki, przygarbiony. Długi do kostek, wąski płaszcz z surowego płótna dodawał mu wzrostu. Na wygolonej twarzy bujne wąsy, koniuszki fantazyjnie opadają na pierś. Spod gęstych brwi nieustępliwie i surowo błyszczą jasne oczy. Wypukłe czoło głęboko poorane zmarszczkami, na głowie sterczą na wszystkie strony sztywne pęczki siwych włosów, nakryte spłowiałym kapeluszem o szerokim rondzie, kapelusz zsunięty na kark, co sprawia, że stary wygląda zadziornie i bojowo.

Spotkaliśmy się w 1903 roku w Siedlcach, u M.A. Romasia, i Petrenko postanowił zapoznać mnie z "dziełem swojego życia". Kawaler, wynajmował pokój w zapuszczonym drewnianym domku woźnicy Żyda; za oknami smętnej kwatery sugestywnie wznosił się czerwony potężny mur siedleckiego więzienia.

Machając długimi jak wiosła ramionami, weterynarz posadził mnie przy stole i ryknął głębokim basem, starannie artykułując każde słowo:

- Sura. Piwa. Dwa.

Rzucił kapelusz w kąt, na łóżko, wyciągnął z małej żółtej komody gruby zeszyt w ceratowej okładce, głośno odchrząknął i zaczął:

- Tak. Tytuł:

"Garść uwag w kwestii przyswajania substancji odżywczych przez konsumentów różnych stanów. Szkic socjologiczno-ekonomiczny".

Częściowo opowiadając, a czasem czytając, przez dobre półtorej godziny prezentował mi swoją pracę. Opierała się na badaniu chemicznym ekskrementów. Wypływał z niej potwierdzany długimi kolumnami liczb wniosek, że im wyżej stoi człowiek na stopniach drabiny społecznej, tym gorzej trawi jedzenie, tym więcej wartościowych substancji, nieprzyswojonych przez organizm, wyrzucają jego jelita. Najgorsi są pod tym względem urzędnicy i szczególnie prawnicy: żołądek prawnika trawi mniej niż pięćdziesiąt procent przyjmowanego pokarmu, całą zaś resztę odrzuca bez żadnych dla siebie korzyści i na wyraźną szkodę gospodarki państwa.

- Siedzący tryb życia! - ryczał tryumfalnie Petrenko. - Nienormalne działanie trzustki. Wszystkich urzędników żółć zalewa.

Uderzając w stronice zeszytu szeroką dłonią z kępkami szarych włosów na zgięciach palców, weterynarz uroczyście klarował:

- Liczymy tak: cztery funty dziennie. Trzy pudy miesięcznie. Trzydzieści sześć rocznie. Na każdego spożywcę. Dwadzieścia pudów się marnuje. Przyjmuję jako średnią życia spożywcy minimalnie trzydzieści lat. O!

I zniżając głos do głębszej oktawy, z gniewem i grozą zadudnił:

- Uprzywilejowane stany społeczne, co? Tak zwane. Bezsensownie marnują jedzenie, o! W wymiarze paru milionów pudów rocznie. Grabież, o!

Następnie dowiódł niezbicie, że najidealniej przyswaja substancje odżywcze żołądek chłopa - w wydalinach chłopskich jelit niemal całkiem brak niestrawionego jedzenia.

- Chłop przyswaja wszystko. Całkiem. Do zera!

Wstał z krzesła i wymachując ręką nad moją głową, prychnął:

- Liczby! Chłopskie słowo "darmozjady" ma głębokie znaczenie naukowe. Za chłopem stoją liczby! Liczby nie kłamią. Kto może je podważyć? Prawda jest zawsze w liczbach. U podstaw nauk ścisłych leżą liczby!

Kiedy wymawiał słowo "liczby", jego bujne wąsy rozwiewały się zwycięsko. Usiadł, wlał pod wąsy szklankę piwa, otarł usta połą płaszcza i ciągnął, stukając w zeszyt silnym palcem:

- Tu mamy r-radykalne r-rozwiązanie pr-roblemu r-racjonalnego żywienia populacji Rosji. Rozumie pan? Ho-ho! Możemy albo zmniejszyć pracę chłopa o pięćdziesiąt procent, albo wykarmić cały świat. Do wyboru. A to dlatego, że chłop wypróżnia się uczciwie. Uczciwie trawi jedzenie, o! Chłop to pierwotna substancja wszelkiego ciała społecznego, o! Chłop to substancja najlepsza. Wszystko jest jego ciałem. Jego krwią, o!

Znów zerwał się z krzesła i dwukrotnie uderzył pięścią w ścianę, i natychmiast przez uchylone drzwi zajrzały trzy rude łebki, trzy upaprane buzie. Jedna z nich cieniutkim głosem o coś zapytała w niezrozumiałym języku żydowskim. Weterynarz wyciągnął skądś pomiętą jednorublówkę, pokazał dzieciom cztery palce i zarządził:

- Cztery. I żeby nie było wstrząśnięte.

Podbiegł siedmiolatek z kręconymi włosami, chwycił banknot, solidnie splunął na niego i zaczął starannie rozprostowywać na dłoni.

- Sza! - krzyknął stary, ale dzieci się nie przestraszyły.

Zapytałem:

- Nie czytał pan artykułu o ideach i idolach?

- Nie pamiętam. Nie. Marksistowski?

Jego oczy rozszerzyły się, nos poczerwieniał i nad brwiami pojawiły się również czerwone plamy.

- Nie lubię Marksa. A marksistów nienawidzę. Wrogowie ludu. Żydowskie mądrości. Jestem antysemitą. Judeofobem, o! Żydzi to pasożyty. Jak wszystkie nacje, które nie uprawiają ziemi. Chrześcijaństwo to żydowska pułapka. Nietzsche miał rację. Chrystus to trucizna. Odbiera siły. Ojczyzną człowieka jest ziemia. Człowiek jest chłopem, wszystko pochodzi od chłopa, wszystko się dzieje przez chłopa, o! To jest moja wiara. Tołstoj przekombinował. Wiara musi być prosta. Prosta i jasna. Zna pan Juzowa? Kablica? Czytał pan? O! To jest uczciwy pisarz. Znałem go. W młodości. Mądry człowiek. Kochał. Wiedział. Wierzył.

Zapytałem:

- Czy próbował pan publikować swoje prace?

- Nie. Jestem biedny. Posyłałem do czasopism. Nie biorą. Jasne! Inteligencja. Pasożytnicza narośl. W istocie, w głębi umysłu odnosi się do chłopa wrogo. Traktuje go jak siłę fizyczną. Jak narzędzie. Wyłącznie. Marzy, że jego siłą zdobędzie władzę, o! Kombinatorzy!

Łupnął pięścią w stół, szklanki zadzwoniły z oburzeniem.

- Chłop to czuje. Nie pójdzie za inteligencją. Ma własną drogę. Własny rozum. Wszystko, co nie jest nim - jest zbyteczne. Chłop to wie, o!

Wbiegły dzieci. Najstarszy dźwigał dwie butelki, dwaj pozostali - po jednej. Weterynarz, uśmiechając się, warknął miękko:

- Motke! Przecież mówiłem: żeby niewstrząśnięte!

I pogłaskał rude loki chłopca, wsunął mu w łapkę jakieś monety, a kiedy ten, piszcząc i podskakując, wybiegł, odprowadził go szerokim uśmiechem, mówiąc:

- Lubię ich. Uczciwie trawią. Żydowskie dzieci są fajne, o!

- Przecież jest pan judeofobem?

Pokręcił głową, uśmiechając się:

- Teoretycznie. Oczywiście Żydzi są do niczego. Okropnie żyją. Ale jakby tak dać im ziemię...

Oparł się piersią o stół i błagalnie patrząc na mnie jasnymi oczami fanatyka, poprosił:

- Dajcie ziemię! Wszystkim. Całą. Nic więcej. Ziemię! Reszta sama się ułoży. Życie poszło od chłopa. Do ideału doprowadzi je tylko chłop, o! Miasta to błąd. Historia to błąd. Trzeba wszystko od początku...

Gwałtownym gestem chwycił butelkę i nalewając do szklanki ciepłe pieniste piwo, powiedział już spokojniej:

- Nic to! Chłop wszystko naprawi...

Potem znów zaczął mówić o racjonalnym przyswajaniu żywności, długo opowiadał mi o wyższości żołądków koni, krów, szczególnie zachwycał się żołądkiem owcy i zakończył przemowę mocnym, żarliwym okrzykiem:

- Energia duchowa jest rezultatem pracy żołądka i jelit! Tylko tym. Niczym więcej, o!

A kiedy wychodziłem, powiedział na pożegnanie:

- Trzeba uczciwie trawić! I tyle. Chłop to udowodnił. Ho-ho! I to jak udowodnił!...

Pasterz

Timofiej Borcow, wiejski - ze wsi Wyszynki - pasterz, to człowiek nietuzinkowy: trochę szaman i jasnowidz, "konował", ale leczy też ludzi, także "sędzia rodzinny" i - jak sam się z uśmiechem tytułuje - "mistrz słomiarski": świetnie wyplata ze słomy woreczki, pudełka, papierośnice i ramki, zdobiąc je kolorowymi papierkami i folią.

Porządni chłopi mówią o nim z szacunkiem:

- Ma chłop rozum, robi tu u nas za ministra!

Młodzi boją się go i nazywają wujaszkiem Timem.

W ogóle wioska bardzo szanuje Borcowa za rozum, sprawiedliwość, za trzeźwe życie i dostatek. Na zebraniach jest pierwszy, ale mówi zawsze ostatni, uważnie wysłuchawszy wszystkich krzykaczy.

Kiedy był jeszcze pastuszkiem, byk trzasnął go rogiem w udo, a w młodości rekruci połamali mu żebra, dlatego Borcow chodzi, dziwnie kołysząc swoim silnym ciałem - jakby chciał się położyć na prawym boku, przyłożyć do ziemi ucho i coś w niej podsłuchać, a ziemia tego nie chce i go odpycha.

Ma sześćdziesiąt lat, ale jest krzepki, ma szeroką pierś i ogorzałą twarz; zwarte, zdrowe białe zęby; w siwych włosach sterczą rude kępki - wygląda, jakby rudział zamiast siwieć. Włosy ma tak puszyste i gęste, że nie nosi czapki nawet zimą, w mrozy. Na pastuszków i bydło umie ryknąć, a z ludźmi rozmawia niespiesznie i jakby specjalnie cicho, żeby uważniej go słuchali.

Ale co najważniejsze - jest filozofem. Często bywa w mieście, sprzedaje swoje wyroby ze słomy, dużo widział, wszystko zdążył przemyśleć.

Od rana do wieczora siedzi w polu, gdzieś na pagórku w cieniu samotnej brzozy albo na skraju lasu, groźnie wykrzykuje polecenia dla pastuszków i zręcznymi wełnianymi palcami nieustannie splata słomę - obok leży cały snop.

- Dlaczego ludzie żyją każdy osobno? - zadaje pytanie i zaraz sam odpowiada: - A dlatego, że wyuczyli się czytać. Każdy siedzi osobno od dnia, kiedy nawymyślali całą tę pisaninę, książki różne, prawa, przepisy. A tak. Ty mi coś nakazujesz, a ja nic nie rozumiem, bo nie umiem czytać! Na przykład: jesteś bydlęcym doktorem, weterynarzem po waszemu, ja też rozumiem bydlęta, ale nie rozumiemy się z tobą nawzajem z przyczyny pisarstwa. Tak.

Słucham i patrzę na jego dwukolorową, rudo-siwą brodę, na zaplątany w niej szeroki małpi nos, na łyskające jak szydła, chytrze błyszczące, zielone, ropusze oczy. A ust nie widać. Kiedy Borcow mówi, widać tylko, że w brodzie coś się rusza i biało przeziera przez włosy zimna kreska zębów.

- I stoisz naprzeciw mnie jak człowiek obcego języka, jak Niemiec jakiś. Tak samo komisarz policji i każdy inny urzędnik. Jak wyzywa i klnie, jeszcze go rozumiem, ale jak tylko zagada po pisanemu - jakby się przepaść między nami otwarła! Ja po jednej, on po drugiej, i już się nie słyszymy. Albo taki pop: czy kto rozumie, co on tam w cerkwi wrzeszczy? W cerkwi jak we śnie, wszystko bardzo ładnie, tylko nic nie rozumiesz. Albo nauczyciele: zanudzają dzieciaki, do gardła im pchają tę nudę! I bardzo dobrze, że dzieci, jak tylko podrosną, zapominają całą tę pisaninę, boby nawet ze sobą dogadać się nie mogły. Widzisz? Największa szkoda dla ludzi idzie od pisaniny.

Próbuję przekonać go, że jest wręcz odwrotnie, ale bez powodzenia. Mrużył - chował chytre oczka, słuchał w milczeniu i nadymał wargi tak, że wąsy jak kudłata kępa wyłaziły z brody. Jego twarz robiła się głupia; uparcie kręcił łbem i tylko się skarżył:

- Boże, aj, Boże! I co tu robić? Nie rozumiem! Nawet twoich słów nie rozumiem, nie tylko myśli. Mówisz "nauka", a ja słyszę - "żuka" i od razu widzę cię jako żuka czy innego pająka, i jakbyś mnie, muchę, oplatał pajęczyną. A ty jeszcze mówisz, żeby wszyscy uczyli się czytać. Przecież to głupota, nie starczy czytania dla wszystkich. Nawet jedzenia nie starczy! Aj-aj, i do czego ta pisanina prowadzi, aj-aj...

Oczywiście wiedziałem, że pasterz kpi ze mnie, ale też byłem uparty i chciałem przełamać upór wujaszka Tima. Chyba mu się to podobało, rozmawiał ze mną coraz sympatyczniej i chętniej.

Ale po pewnej opowieści odskoczyłem od Borcowa jak piłka odbita kijem.

Siedział wieczorem, po zachodzie słońca, na ławce pod drzwiami swojej chaty, na przyzbie; w ciemnozielonej oleistej wodzie stawu rechotały żaby, nad nami brzęczały komary. Borcow wyciągał ze snopka źdźbła słomy i leniwie filozofował, pouczając mnie:

- No dobrze, musisz przyznać: trzeba nam dobrego człowieka. A dobry człowiek - to jaki? Powiedzmy: nie grabi bliźnich, daje jałmużnę, dobrze gospodarzy - czyli bardzo dobry. Zna zasady: cudzego nie ruszaj, a swojego pilnuj; kto chleba nie żałuje, nigdy go nie straci; strzeżonego Pan Bóg strzeże - taka to jego wiedza. Jak pisanina, tyle że potrzebna. Takim chłopem stoi nasze państwo, które trzyma pod butem różnych pogan. Taki to chłop, gospodarz ziemski, karmi cały wszechświat, i wszelkie narody się do niego garną: i Niemiec, i Francuz, i Turek - lezą jeden przez drugiego. Nawet - sam wiesz - ile razy chcieli nas podbić, zagarnąć: zbroili się po zęby i jazda na Moskwę. A chłop siedzi spokojnie i czeka. Tak. Ci podejdą, dwunastu pogan, albo i więcej, a wtedy on wstanie i ja-ak im przyleje! I zaraz wrogowie rozsypują się w pył, i tyle. Nawet śladu po nich nie zostaje. Byli - i nie ma! I z czasem coraz mniej ich tu lezie, a nas robi się coraz więcej, ledwo się już mieścimy. Tak.

- Z twojego gadania wychodzi, że dobry człowiek musi być jak nic nieszczęśliwy i właściwie jakiś półgłupi. Nad czym pracuje? A nad niczym. Jaki z niego pożytek? Wrzeszczy bez ładu i składu, za co też wsadzają go do więzienia - to jest twój dobry człowiek.

- Znałem takich, znam sporo różnych mętów. Sam miłościwy naczelnik policji powiedział mi kiedyś: "Ty, Borcow, dużo wiesz, mądry masz łeb". Pewnie, kłaniam mu się nisko, a swoje wiem: głupi jest. Jego żona od siedmiu lat żyje bez nóg, a ten siedzi nad nią jak syty pies nad padliną. Nawet umarł tego roku co ona; mówili, że z tęsknoty. I o nim też gadali: dobry człowiek. A dobrego to on miał tylko konia. Puszczałem mu krew. Wałach. Silny, mięśnie jak ze stali.

- A najśmieszniejszy z tych dobrych był syn naszej ziemianki Dubrowinej, Olgi Nikołajewny; rozpustna z niej była baba, mąż ją rzucił, uciekł aż za granicę. Z ostrym takim nosem, awanturna. Chodziła w okularach, okulary na czarnym sznurku, sznurek przyczepiony do ucha. "Jestem doktorem", mówiła. I leczyła niektórych. Jak jej przy pożarze nogi połamało, uspokoiła się trochę.

- A jej syn, Mitia, był moim kolegą, razem żeśmy psocili, jak byliśmy mali. Potem popadł w nauki i zniknął na długie lata. I nagle - jakby z bagna wyskoczył; byłem już wtedy pasterzem, siedzę sobie pod lasem, strugam fujarkę, a ten leci. "Poznałeś mnie?" - pyta. Taki się zrobił chudy, wysoki, wyłysiał i też w okularach, jak matka. W ręce kij z siatką z muślinu, przez ramię na pasku blaszanka, nóżki cieniutkie - pajac! Motyle łapie, chrząszcze z trawy zbiera, jak jakiś znachor. A ze mną gada po staremu, jak z dzieciakiem: a pamiętasz, pyta, a pamiętasz? Widzę, że na głupiego wyuczył się nasz Mitia; aż wstyd mi było wspominać, byłem już wtedy żonaty. "Co robisz, Mitriju Pawłyczu?" - pytam się go, a on: "Książki piszę o życiu owadzim". - "A tak. Przyjemniaste zajęcie".

- Przyjrzałem się i widzę, że dobry jest, dobry jak pijak, co to mu nic nie żal. I zaraz chłopi wzięli go w obroty - ten prosi, tamten ciągnie. I ja z nimi. Wyprosiłem słomiany kapelusz, bardzo porządny kapelusz, z niego się nauczyłem pleść to o badziewie. I - jasne - po starej przyjaźni pieniądze pożyczałem. I jeszcze niezły scyzoryk wyprosiłem.

- Rozumu miał tyle co mysz, zauczył się na amen. Czasem jak powie: "Komar roznosi malarię, uważaj na komara!" No, ja się nie śmieję, udaję, że wierzę, i pytam: jak to? A ten jak zacznie pleść, aj, Boże! Tysiąc słów powie, a sensu co w ptasiej głowie. Albo znów gada o chłopach: jak to się chłopom ciężko żyje. Wtedy proś, o co chcesz - ciężko, ciężko, pomóż! I daje, nawet sto rubli dawał - litościwy jak baba. Patrzę na niego i myślę: "Nawyuczony po uszy, a żyje do niczego! Czego on chce? Ubrany, obuty, je smacznie, ziemię puszcza w dzierżawę, pieniążki same płyną - czego ci jeszcze trzeba, bałwanie ty grubo ciosany, idolu mordwiński?" I zły byłem na niego.

- Łapie te drobne robaki, węszy po całej łące, a ja go wypycham na bagna, mamy tam między kępami studnie takie, topiele - że oho! Czasem jak pastuszki nie upilnowali, jak poszedł cielak czy owca - kamień w wodę! Zassało. No i Mitia wciąż wpadał w te topiele, grzązł i wrzeszczał.

Pasterz zmarszczył czoło i szarpiąc palcami brodę, mówił już ciszej i z wyraźną złością:

- Raz ugrzązł po szyję, wyciągnęli go, zdjął ubranie, powiesił na krzakach, żeby się suszyło. Mówię do pastuszka: "Nikołka, leć no schowaj pańskie spodnie". Chłopak cały dumny, że może napsocić, schował i spodnie, i gacie, a było już pod wieczór, kazałem pędzić stado do wsi, i panicz musiał lecieć bez gaci, a to było w święto, wszędzie baby, dziewczyny - ale się śmiały! No, ale źle na tym wyszedłem. Nikołka się wygadał, że to był mój kawał, panicz się dowiedział, przyleciał do mnie i jak nie zacznie gadać. Gadał i gadał, aż mu pysk poczerwieniał i mało się łzami nie zalał. "To ja ci, mówi, i to, i tamto, a ty mi tak?" I od tego dnia skończyła się nasza przyjaźń, nie znał mnie więcej i zresztą zaraz zachorował, a na wiosnę zmarł w mieście. Suchotnik...

- I masz swojego dobrego człowieka, w czym on taki dobry? Na co on komu i po co? Dla mnie jak drzazga w palcu. Niemało takich widziałem pośród panów. Jak to mówią: między panami bydlaki z bestiami. Cielak. Był tu nauczyciel, Piotr Aleksandrow, tak się powynauczał, że zaczął chłopcom klarować: całe zło idzie od cara. Nie wiadomo, co mu ten car zrobił. A Fiedźka Sawin, co teraz jest wójtem, zaraz się połapał i do miasta, i na policję. Dali Fiedźce złotą monetę - siedem i pół rubla, a nauczyciela w nocy żandarmi zabrali. Mało to tu się działo!

- Powtarzam: wszyscy ci ludzie kształceni nie mają rozumu, całkiem się pogubili. Pożytku z nich za grosz, same tylko kłopoty. Popatrz no na siebie: silny chłop, z ludźmi gadasz zwyczajnie, nawet coś tam rozumiesz. Ale jest w tobie coś niebezpiecznego i ja cię nie rozumiem. Czego ty chcesz? Ja bym na przykład chciał kapciuch na tytoń, skórzany. Wiem, wiem, że jak cię poproszę, kupisz i mi dasz. A to przez to, że tanio cenisz pieniądz, u was, u kształconych, cała ta dobroć idzie od tanich pieniędzy, same wam lezą w ręce. A czego tobie trzeba, to pewnie i sam nie wiesz. Dla mnie jest wszystko jasne jak przy świecy. Ja, na ten przykład, idę szeroką drogą, a ty wałęsasz się gdzieś opłotkami.

Pasterz zamknął oczy, odchylił głowę w tył, wypiął kudłatą grdykę i wydał z głębi brody dziwne porykiwania - śmiech. Potem pogrzebał palcem przy oczach i znowu mówił:

- Niedawno głupoty gadałeś: że ziemia się kręci. Już wcześniej o tym słyszałem. A kręci się, kręci się od tego, że wszystkim wam kształcenie we łbach pokręciło. I wrzeszczycie: aj, ziemia się kręci! Aha, kręci się! Łżecie! Bo ziemia kręcić się nie może, bo człowiek by tego nie ścierpiał.

Borcow tryumfalnie błysnął oczami, popatrzył na czerwony krąg księżyca i wlepił wzrok w jego odbicie w tłustej wodzie stawu.

- Nie wiesz nawet, jaka będzie jutro pogoda, a ja wiem: jutro pogoda będzie zła! A skąd wiem? Znowu nie rozumiesz, a ja ci nie powiem.

Skręcając papierosa, dodał z przechwałką:

- Pasterz zawsze wyczuje pogodę...

Tego wieczora przestałem lubić Borcowa, nie chciałem już z nim rozmawiać i kilka miesięcy się nie widzieliśmy.

Aż raptem dowiaduję się - nie pamiętam od kogo - że pasterz ma dwu siostrzeńców, sieroty, i obaj uczą się za jego pieniądze, jeden w Kazańskim Instytucie Weterynarii, drugi we Włodzimierzu, w gimnazjum.

Spotkałem Borcowa w sklepie z rękodziełem i mówię z wyrzutem:

- Wujaszku Timie, i po co mnie okłamałeś? Niby odrzucasz wykształcenie, a sam siostrzeńców uczysz, i to jeszcze gdzie!

Zmrużył ropusze oczka i poruszając brodą, odpowiedział:

- A niby kto mi każe tobie prawdę gadać? I zresztą za prawdę można i w pysk dostać!

Zachichotał diabelsko, zakołysał się na nogach, puścił do mnie oko i mówi cicho, chichocąc:

- Siostrzeńcy to krew z mojej krwi, a ty jesteś obcy, jak jakiś żebrak włóczęga. Robię tak, żeby mnie było dobrze, jak każdy mądry człowiek. Moi niech się uczą, a obcy nie muszą. Rozumiesz? No właśnie...

Położył mi na ramieniu ciężką łapę i łaskawie, pouczająco dodał:

- Bo powiedziane jest: swój dla swego chce czy nie chce - brat. Aha, pomagam swoim. Co, niby nie chciałbym, żeby swoi zostali panami? My też jesteśmy z panów, tylko tych od baranów. No, chodź, zapalimy, ty dobry człowieku...

Zapaliliśmy. Pochwaliłem go:

- Aleś mnie, wujaszku Timie, podpuścił! Niezły z ciebie aktor.

Nie spodobało mu się, warknął tylko:

- Znowu jakieś słowo niezrozumiałe! Co za dziwak! Trudno ci gadać po ludzku, trudno to samo powiedzieć po rosyjsku - pajac... Jak małpy od tego kształcenia jesteście, jak małpy...

Dora

Ośmiu gruźlików - a gruźlik to człowiek okropnie kapryśny: wystarczy, że temperatura skoczy mu o dwie czy trzy kreski, i zaraz niemal szaleje ze strachu, przygnębienia i złości.

Prątek gruźlicy ma pewną ironiczną właściwość: zabijając, rozpala żądzę życia; świadczy o tym podwyższony erotyzm, towarzyszący suchotom, i często radosne przedśmiertne przekonanie chorych o tym, że zdrowieją. Bodaj patolog Strümpel nazwał ten stan "nadzieją suchotników".

Ośmiu gruźlików w jednym z pensjonatów na Krymie obsługiwała pokojówka Dora, narodowości nieznanej; czasami podawała się za Estonkę, czasem za "Karelkę". Mówiła jednak gwarą mieszkańców Taurydy, z akcentem raz tatarskim, innym znów razem ormiańskim.

Była wielka i gruba, ale przy tym zręczna, ruszała się zgrabnie i żwawo. Dobra końska twarz, czerwone wargi rozciągnięte w tłustym uśmiechu; uśmiech ten oliwił jej ogromne oczy dziwnego koloru lila. Kiedy się zamyślała, jej tępe oczy mętniały i ich spojrzenie stawało się ciężkie jak ołów.

Była niepiśmienna i głupia, głupia zwłaszcza wtedy, kiedy usiłowała kombinować. Chorzy tak ją właśnie - niezbyt inteligentnie - przezwali: głupia, durna Dora - Dura.

Nie obrażało to jednak grubej dziewczyny, nie gasiło jej uśmiechu, Dora traktowała chorych pobłażliwie, jak matka dzieci. I kiedy suchotnicy chciwie obłapiali szarymi spoconymi dłońmi jej zdrowe, pełne gorącej krwi ciało, spokojnie odrywała czerwoną ręką te spocone, żałosne dłonie umierających:

- Nie macać, to panu szkodzi.

Uporczywie uderzali do niej w konkury przyzwoici ludzie: sklepikarze, dostawcy i surowy, silny wdowiec rybak, kusiła ich jej prostacka uroda, siła, pracowitość, spokojny charakter; każdy chciał wziąć sobie na całe życie do roboty to spokojne, łagodne, człekokształtne stworzenie. Ale ona zachowywała się wobec mężczyzn jak człowiek wolny i bogaty, który świetnie wie, kiedy i gdzie ulokować swój kapitał. Odmawiała absztyfikantom z tym głupim, ale uspokajającym uśmiechem, z jakim wysłuchiwała niekończących się kaprysów chorych i z jakim odganiała od piersi ich nachalne pieszczoty.

Było jej gorąco nawet wtedy, kiedy gwizdał północny wiatr albo kiedy mgła otulała mętną wilgocią pensjonat, mały budynek na wzgórzu, i chorzy, owinięci w koce i płaszcze, przeklinali pogodę. Po nocach, kiedy już ułożyła wszystkich do snu, Dora owijała głowę czarną chustką z czerwoną różą w jednym z rogów, wychodziła na taras i tam, klęcząc i patrząc w niebo, długo się modliła, wzdychając pod moim oknem.

- O, Matko przenajświętsza... Chryste, Panie nasz! I ty, święty Pański, Mikołaju...

Dora nie przepadała za poezją, liryką. Nie lubiła kwiatów, uważała, że bardzo śmiecą w pokojach, a kiedy pewnej nocy umierająca na gruźlicę jelit córka popa zachwycała się pięknem nieba i gwiazd, Dora zgasiła jej zachwyt czterema słowami:

- Niebo jest jak jajecznica...

Przyjechał dziewiąty chory. Z wielkim trudem, zasapany wszedł po schodach na taras i trzymając się brzegu poręczy, powiedział do Dory:

- A co, nieźle mi poszło?

Zabrzmiało to zarazem żałośnie i wesoło. Uśmiechał się, patrząc na wielką dziewczynę, na pagórki jej potężnych piersi.

- Oho, jaka moc! - chrypiał, szybko i często łapiąc oddech. - Wyleczy mnie pani, nie?

- A pewnie - powiedziała z ormiańskim akcentem Dora.

Miał sowią twarz z okrągłymi, kocimi oczami, haczykowatym nosem i czarnym wąsikiem, twarz złą i prześmiewczą.

Od tego dnia Dora zmieniła się jak pod wpływem czarów - i bardzo boleśnie dla nas, innych chorych: zapominała o naszych prośbach, pokoje sprzątała szybko i niestarannie, a na pretensje i skargi tylko gniewnie buczała i w jej końskich oczach błyskały pijane ogniki. Niby ogłuchła, oślepła i wciąż niespokojnie zerkała w bok, na taras. Gdzie leżał, krztusząc się i kaszląc, maleńki student Filippow, podobny do sowy. W każdej wolnej chwili biegła do niego, a po zachodzie słońca chowała się w jego pokoju i trudno było ją stamtąd wywołać.

A on umierał. Umierał bardzo dziwnie: śmiejąc się, żartując, próbując gwizdać melodie z operetek, w czym przeszkadzał mu kaszel. Była w nim jakaś sztuczność: zuchwałość, nawet cynizm, ale jednak sztuczne.

- Jak się panu, kolego, podobają te drobne głupstwa? - pytał mnie, mrugając kocim okiem. - Jak się panu podoba to wszystko: dzień, noc, narodziny, miłość, mądrość, śmierć - co? Zabawne, prawda? N'est pas? - jak mawiają Francuzi. Szczególnie zabawne dla dwudziestosześciolatka - mówię o sobie... Dora!

Rozlegał się gdzieś brzęk naczyń albo stukot mebli i pojawiała się Dora, i z wytrzeszczonymi oczami w milczeniu czekała, co jej rozkaże ten człowiek.

- Moja kochana słonico, niech no mi pani przyniesie winogron, tylko biegiem! - rzucał i mówił do mnie:

- Bardzo nieoświecona i wręcz tępa osoba.

Nienawidził wszystkich chorych i złośliwie wyśmiewał w każdym komiczne strony. Jego również nie lubiano. Zaprzyjaźnił się ze mną, bo lubił literaturę, bardzo nas to zbliżyło.

- Literatura to najlepszy wynalazek ludzkości - mówił, oblizując wargi sinym językiem. - I im jest dalej od życia, tym lepiej...

Zdawało mi się, że umiera nie tyle na gruźlicę, ile z powodu jakiegoś ciężkiego urazu duszy.

Umarł sześćdziesiątego dziewiątego dnia pobytu w pensjonacie i umierając, majaczył:

- Fima, na całe życie... tylko ciebie... ciebie kocham... o, Fimoczka...

Siedziałem w nogach jego łóżka, a Dora ponuro stała przy wezgłowiu: pochlipując, głaskała szerokim łapskiem suche włosy umierającego. Pod pachą trzymała jakiś pakunek.

- Co on mówi? - spytała, prostując się niespokojnie. - Co to takiego Chwima?

- Pewnie dziewczyna albo kobieta, którą kochał, kocha.

- On? Tę tam Chwimę? - głośno i ze zdumieniem zapytała Dora. - Nie-e, on kocha mnie. Jak tylko przyjechał, zaraz mnie pokochał...

Ale kiedy przysłuchała się jeszcze majaczeniom studenta Filippowa, wysoko uniosła jasne brwi, wytarła fartuszkiem swoją spoconą twarz, rzuciła mi pakunek na kolana i powiedziała:

- To dla niego, do trumny: spodnie, koszula, buty.

I cichutko wyszła.

Dwadzieścia minut później student Filippow przestał majaczyć. Z wielką powagą spojrzał w czarny kwadrat okna na białej ścianie, westchnął, chciał chyba coś powiedzieć, ale zakrztusił się i jego drobniutkie, wypalone do kości ciało spokojnie się wyciągnęło.

Poszedłem szukać Dory. Stała na tarasie, patrzyła w dół, na niebo i morze, niemożliwe do rozróżnienia, ciemne. Obróciła się do mnie pulchną twarzą i zdumiałem się, widząc, jak surowa jest ta twarz.

- Umarł. Niech pani idzie go ubrać, Doro.

- Nie chcę.

Dora zaczęła szurać stopą, jakby rozcierała plwocinę.

- Nie chcę - powtórzyła. - Nie chcę go nawet widzieć, jak tak. Patrzcie go! Mówił, że mnie kocha, a tu...

- Przecież widziała pani, że umiera...

- I co z tego? Pewnie, że widziałam, co ja, ślepa jestem? Nawet ze swoich pieniędzy kupiłam mu wszystko do trumny. Od razu widziałam, jak tylko przyjechał: oj, myślę sobie... umiera! Wszyscy umierają. I po co mnie oszukiwał: "Nigdy - mówi - nie kochałem dziewczyny". A tu dziewczyna... Umieraj i nie oszukuj...

Mówiła cicho i jakby nie myśląc, co mówi. I raptem zachłysnęła się z takim bólem, jakby połknęła pełen kubek gorącego płynu i okropnie się oparzyła.

- Chodźmy, Doro!

- Niech pan idzie i sam go ubiera, jak pan taki dobry. Ja nie idę. Nie chcę. Kim on był dla mnie - zabawką?

- Nie umiem ubierać zmarłych...

- I co z tego? Ja jestem dla niego obca.

- Ale przecież umarł.

- No to co? Niech mnie pan nie ciągnie, nie chcę widzieć tego człowieka. Nie oszukuj...

I nie poszła ubierać nieboszczyka, została na tarasie.

Ubierając studenta Filippowa, usłyszałem ciche, ale wstrząsające wycie. Wybiegłem na taras.

Są takie szczególne, żrące, wściekłe łzy - takimi łzami płakała Dora, klęcząc i głośno waląc głową o poręcz, płakała i wyła, skamlała, plując głupimi, sztucznymi słowami:

- Moja ty krzywdo... potworku... dzieciaku... dziecko nie-pomniane...

Ludzie sam na sam ze sobą

Patrzyłem dzisiaj, jak malutka pańcia w kremowych pończoszkach, blondynka o niedojrzałej twarzy dziewczynki, stojąc na moście Troickim trzymała balustradę dłońmi w szarych rękawiczkach, jakby zaraz miała skoczyć do Newy, i pokazywała księżycowi ostry czerwony języczek. Stara, chytra lisica skradała się po niebie przez chmurę brudnego dymu, wielka, czerwona na pysku, jak pijana. Pańcia drażniła ją poważnie i wręcz mściwie - tak mi się zdawało.

Pańcia wskrzesiła w mojej pamięci pewne "dziwactwa", które od dawna i stale mnie niepokoją. Obserwując, jak zachowuje się człowiek sam na sam ze sobą, uważam go za szaleńca - nie znajduję innego określenia.

Pierwszy raz spostrzegłem to jeszcze jako chłopiec: klown Rondal, Anglik, mijając lustro w pustym cyrkowym korytarzu zdjął cylinder i z szacunkiem ukłonił się swojemu odbiciu. Na korytarzu nie było prócz niego żywej duszy, siedziałem w zbiorniku na wodę nad głową Rondala, nie mógł mnie widzieć, ja zresztą też nie słyszałem jego kroków, przypadkiem wychyliłem głowę ze zbiornika, akurat kiedy klown kłaniał się sam sobie. Jego zachowanie napełniło mnie mrocznym, paskudnym zdumieniem. Potem zrozumiałem: klown - i w dodatku Anglik - to człowiek, którego zawodem, a może talentem jest ekscentryzm...

Ale widziałem, jak Antoni Czechow, siedząc u siebie w ogrodzie, łapał kapeluszem promień słońca i próbował - całkiem bez powodzenia - włożyć go sobie na głowę razem z kapeluszem, i widziałem, jak niepowodzenie irytuje łowcę słonecznych promieni: na jego twarzy malowała się coraz większa złość. W końcu zrezygnowany trzepnął kapeluszem w kolano, gwałtownym gestem wcisnął go na głowę i ze złością odtrącił nogą psa Tuzika, mrużąc oczy, zerknął spode łba na niebo i poszedł do domu. A widząc mnie na werandzie, powiedział z uśmiechem:

- Dzień dobry! Czytał pan Balmonta: "Słońce pachnie ziołami?" Głupio. W Rosji słońce pachnie kazańskim mydłem, a tutaj - tatarskim potem...

Również Czechow długo i uporczywie próbował włożyć gruby czerwony ołówek do szyjki malutkiej aptecznej fiolki. Ewidentnie usiłował naruszyć jakieś prawo fizyki. Oddawał się temu zajęciu z pełną powagą i uporczywą gorliwością eksperymentatora.

Lew Tołstoj cichutko pytał jaszczurkę:

- Dobrze ci, co?

Jaszczurka wygrzewała się na kamieniach w krzakach przy drodze do Dulber, a on stał przed nią z palcami dłoni wsuniętymi za skórzany pas. Ten wielki człowiek ostrożnie rozejrzał się i zwierzył jaszczurce:

- Bo mi niedobrze.

Profesor M.M. Tichwinski, chemik, siedząc u mnie w jadalni, pytał swoje odbicie w miedzianej tacy:

- Jak tam, bracie, żyjesz?

Odbicie nie odpowiedziało. Ciężko westchnął i zaczął je delikatnie wycierać dłonią, marszcząc czoło i nieprzyjemnie ruszając nosem, przypominającym zawiązek trąby.

Opowiadano mi, że kiedyś ktoś zastał Mikołaja Leskowa przy następującym zajęciu: siedząc przy stole, wysoko unosił strzęp waty, wrzucał ją do porcelanowej umywalki, przechylał głowę i pilnie się przysłuchiwał: czy wata wyda dźwięk, spadając na porcelanę?

Ojciec Fieodor Władimirski stawiał przed sobą but i mówił do niego ostro:

- No - idź!

Pytał:

- Nie możesz?

I z godnością konstatował:

- A widzisz! Beze mnie nigdzie nie pójdziesz!

- Ojcze Fiodorze, co ojciec robi? - zapytałem, wchodząc do pokoju.

Popatrzył na mnie uważnie i wyjaśnił:

- Proszę - but. Schodzony. Marne teraz robią buty...

Niejednokrotnie widziałem, jak ludzie śmieją się i płaczą, zostając sam na sam ze sobą. Pewien pisarz, najzupełniej trzeźwy i w ogóle mało pijący, płakał, pogwizdując melodię katarynki:

- Wychodzę samotnie na drogę...

Gwizdał fatalnie, bo ciągle chlipał jak kobieta i drżały mu wargi. Z oczu powolutku płynęły łzy, wsiąkając w ciemne włosy brody i wąsów. Płakał w pokoju hotelowym, stojąc plecami do okna, i szeroko rozkładał ręce, wymachując nimi jak pływak, ale nie w ramach gimnastyki, wymachy były powolne, flegmatyczne, pozbawione rytmu.

To jednak nie takie dziwne: płacz i śmiech, przejawy zrozumiałych emocji, nic w nich osobliwego. Nic też osobliwego, że ludzie samotnie modlą się nocą na polach, w lasach, na stepie i na morzu. Wrażenie absolutnie sfiksowanych sprawiają onaniści, ale to też naturalne, niemal zawsze obrzydliwe, choć czasem - bardzo śmieszne. I przy tym straszne.

Studentka medycyny, bardzo niesympatyczna pannica, pewna siebie i zarozumiała, zaczytywała się Nietzschem do oczadzenia, wulgarnie i naiwnie popisywała ateizmem, a przy tym onanizowała pod reprodukcją obrazu Kramskiego "Chrystus na pustyni".

- Chodź! - jęczała cichutko i czule. - Kochany, nieszczęsny, chodź, chodź!

Potem wyszła za mąż za bogatego kupca, urodziła mu dwóch synów i uciekła z atletą z cyrku.

Pewien ziemianin z Woroneża, który zatrzymał się w "Gospodzie Książęcej" w pokoju obok mojego, w nocy, całkiem trzeźwy, na wpół rozebrany, przez pomyłkę wszedł do mnie; leżałem w łóżku, światło już zgasiłem, pokój napełniało światło księżyca i przez szparę w zasłonie widziałem chudą, uśmiechniętą twarz i słyszałem cichą rozmowę człowieka z samym sobą:

- Kto to?

- Ja.

- To nie pański pokój.

- Och, przepraszam!

- Nie szkodzi.

Zamilkł, rozejrzał się po pokoju, poprawił przed lustrem wąsy i cichutko zaśpiewał:

- Pokój zły, zły, zły! Czy to ja, czy ty-ty-ty?

Następnie zamiast wyjść, wziął ze stołu książkę, ustawił ją w daszek - grzbietem do góry - i patrząc na ulicę, powiedział na cały głos, jakby robił komuś wyrzuty:

- Jasno jak w dzień; a dzień był taki ciemny, paskudny - ech! Wymyślili...

Ale wyszedł na paluszkach, łapiąc równowagę rękami, i drzwi za sobą zamknął bardzo ostrożnie, bezgłośnie.

Kiedy dziecko próbuje zdjąć palcami rysunek z kartki w książce, nie ma w tym nic dziwnego, dziwnie jest jednak widzieć, jak zajmuje się tym wykształcony człowiek, profesor, rozglądając się i nasłuchując, czy aby nikt nie idzie. Był, zdaje się, pewien, że wydrukowany rysunek można ściągnąć z papieru i schować do kieszeni kamizelki. Dwukrotnie myślał, że mu się udało - brał coś z kartki i dwoma palcami, jak monetę, próbował włożyć do kieszonki, ale potem spoglądał na palce i marszczył brwi, oglądał rysunek pod światło i znów usilnie próbował zrolować druk, ale mu się nie udało; rzucił książkę i szybko wyszedł, gniewnie przy tym tupiąc.

Bardzo starannie obejrzałem tę książkę: literatura techniczna po niemiecku, ilustrowana fotografiami rozmaitych silników elektrycznych i ich części, w książce nie było ani jednego wklejonego rysunku, a przecież wiadomo, że druku nie da się zdjąć palcami i włożyć do kieszeni. Prawdopodobnie profesor też to wiedział, chociaż był humanistą, nie technikiem.

Kobiety często rozmawiają same ze sobą, układając pasjanse i "zajmując się toaletą", ale dobry kwadrans obserwowałem, jak inteligentna kobieta, jedząc samotnie czekoladki, mówiła każdej z nich, łapiąc ją szczypczykami:

- Zjem cię!

Zjada i pyta, ciekawe tylko kogo:

- I co, zjadłam?

A potem znów:

- Zjem cię!

- I co, zjadłam?

Konwersowała tak sobie w fotelu pod oknem, był letni wieczór, piąta, z ulicy do pokoju pchał się duszny hałas życia wielkiego miasta. Twarz kobiety była poważna, szaro-niebieskie oczy w skupieniu wpatrywały się w bombonierkę na kolanach.

W foyer teatru piękna brunetka, która spóźniła się na spektakl i poprawiała fryzurę przed lustrem, surowo i dość głośno zapytała kogoś:

- I co, mam umrzeć?

W foyer nikogo już nie było, tylko ja, który też się spóźniłem, ale ona mnie nie widziała, a nawet gdyby zobaczyła, mam nadzieję, że nie zadałaby mi tego - raczej nie na miejscu - pytania.

Wiele widziałem takich "dziwactw".

No i jeszcze:

Aleksander Błok, stojąc na schodach w wydawnictwie "Literatura Świata", pisał coś ołówkiem na marginesie książki; raptem przycisnął się do balustrady, z szacunkiem ustępując drogi komuś, kogo nie widziałem. Stałem na górze, na podeście, i kiedy Błok z uśmiechem odprowadzał tego kogoś spojrzeniem, napotkał mój - pewnie zdumiony - wzrok; upuścił ołówek, schylił się, żeby go podnieść, i zapytał:

- Jestem spóźniony?

Z dziennika

Zabójczo smętne są jesienne fińskie noce. W ogrodzie deszcz mamroce jak zła czarownica, pada tak trzeci dzień i pewnie jutro też będzie padało, będzie padało aż do samej zimy.

Wiatr wieje porywiście, jak wielki zdychający pies. Mokrą mgłę przecinają promienie reflektorów; błękitne zimne pasma upiornego światła cętkują paciorki deszczu. Smutek. I - nienawidzę ludzi. Napisałem coś na kształt wiersza:

Strzępy obłoków pędzą,

Księżyca koło zbyt jasne.

Znowu w tę noc straszliwą,

Ani na chwilę nie zasnę.

Sosna o szybę się tłucze,

Leżę i jestem niezdrowy,

Serce mi w piersi trzepoce

Jak ptaszek, co boi się sowy.

Myśli mam ciężkie, uparte,

Myśli mam zimne jak lód.

A czarna łapa o ramę

Wali jak w bęben, łup, łup.

Giętkie, kudłate żmije

Drżąc, po podłodze się wiją

I drżąc, wyciągają szyje,

I zwinnie w kącie się kryją.

Poprzez niebieskie szyby

Wpatruję się gdzieś w dal pustą

Jak wodnik albo jak ryby

Z dna rzeki przez toń przejrzystą.

I drży od smutnego pomruku

Ziemia w zimnej męczarni,

Zły pająk smutku tka w sercu

Czarną sieć myśli czarnych.

Księżyca złamana tarcza

Tonie w ciemności bezdennej,

Na polu słoma złocista

Wybucha żółtym płomieniem.

I księżyc ciemność przegania

I czuję się jeszcze słabiej:

Skręcony w znak zapytania

Staje przede mną diabeł.

Diable, co ci odpowiem?

Tak, oto rozum mój zamilkł.

Tak, całą ludzką głupotę

Udało ci się rozpalić.

Ziemia zjeżyła się wszędy

Uzbrojonymi bestiami,

Ku twojej chwale, przeklęty,

Kwitnie krwawymi kwiatami.

Dziki ryk nienawiści,

Płacze, skowyty, jęki.

Miliony trupów i kości.

- Czy to nie twoje święto?

Dorobek tysięcy lat pada,

Świat cały w gruzy się wali.

Ziemię ognisty bicz smaga,

Z ołowiu, żelaza, stali.

Co dumny rozum budował,

By człowiek szczęśliwy był,

To krwawy wicher przeorał,

Rozniósł w mig w proch i pył.

Na szlaku do szczęścia, wolności,

Nienawiść druty rozpina,

Ogryza skrwawione kości

Śmierć, jak szalona świnia.

Z kim w dalszą podróż wyruszę,

Gdy świat z koszmaru się zbudzi?

Co wyratuje mą duszę

Od nienawiści do ludzi?

Zabawne

...Na wojnie też bywa zabawnie: na przykład - poszliśmy w pięciu do lasu po drwa, a tu ja-ak gruchnie o ziemię ta-aka niemiecka krowa! Rzuciło mnie w jakiś rów, zasypało ziemią, pobiło kamieniami; ocknąłem się, leżę i myślę: "No, kropka, koniec z tobą, Siemion!" Doszedłem do siebie, przetarłem oczy, a towarzyszy nie widać, tylko obdarte drzewa i tu i ówdzie na gałęziach wiszą kiszki. A ja - w śmiech! Strasznie to było zabawne, kiszki na gałęziach. Potem zrobiło mi się trochę smutno. W końcu to też byli ludzie, ci moi towarzysze, w sumie tacy jak ja. I raptem nie został ani jeden, jakby ich nigdy nie było. No, ale na początku zdrowo się uśmiałem!

Przyszliśmy do wsi, a tam wszystkiego trzy domy, w jednym siedzi starucha, a obok łazi krowa. Mówimy jej: "Babciu, czyje to bydlę, może twoje?" A ona w płacz, i zawodzi, i klęka przed nami i robi już, co może. "Wnuczki mam - gada - siedzą teraz w piwnicy i poumierają" - "Nie rycz, mówimy, damy ci potwierdzenie". A był z nami chłopak z naszego oddziału, a tak w ogóle z Kostromy - zawołany złodziej, no i napisał dokument: "Ta stara przeżyła dziewięćdziesiąt lat i zbiera się żyć jeszcze drugie tyle, ale jej się nie uda". I podpisał się, sukinsyn: "Pan Bóg".

Wcisnęliśmy jej to potwierdzenie, a krowę zabraliśmy ze sobą. I tak się z tego śmialiśmy, że aż się nie dało iść - stajemy i rżymy do łez.

Bohater

Na strzępie "Nowego Czasu" z 14 lipca 1915 r. przeczytałem:

"Wysuwam peryskop, patrzę, widzę zielone falujące żyto i rozrzucone w nim błękitne plamy chabrów. Nieco dalej jest droga, obsadzona drzewami. W poprzek niej i dalej, przez całe pole, ciągnie się niziutki nasyp z żółtej ziemi. To właśnie okop wroga. Siedzą w nim Niemcy. Jakieś dwieście kroków stąd.

Pytam:

- Da się stad zobaczyć niemiecki hełm, nad brzegiem okopu?

Można, ale zdarza się to rzadko, bardzo rzadko, szczególnie za dnia. Nasi też nie żartują i obserwują wroga bez ustanku. Mamy takich specjalistów. I pokazują mi jednego z nich.

Mały, niepozorny żołnierzyk, na pozór ospały i niemrawy, siedzi nieruchomo przy strzelnicy, chroniony stalową płytą. Siedzi i uparcie wpatruje się w szczelinę. W takiej pozycji spędza całe dnie. Nikt go tu nie posadził, nikt go nie zmusza, po prostu taką ma pasję. Akurat z tej strzelnicy - i tylko z niej - widać dolinkę, którą Niemcy chodzą po wodę. Chodzą, oczywiście, przygięci do ziemi, ale jeśli któryś za wcześnie się wyprostuje, można go zauważyć. I wtedy - paf! Karabin leży w pogotowiu, wystarczą dwie sekundy, żeby wycelować i nacisnąć spust. Bez pudła.

- Jeńcy twierdzą - mówi oficer - że tę ścieżkę nazywają u nich ścieżką śmierci. W ostatnich tygodniach zginęło tam około czterdziestu ludzi. I pomyśleć - wszystko to robota tego oto pana.

"Pan" słucha naszej rozmowy całkiem obojętnie, jakby w ogóle go nie dotyczyła. Jego puste, jakby zaspane oczy są przykute do szczeliny w płycie".

Ten mechaniczny niszczyciel podobnych sobie przypomniał mi innego "pana", nie mniej poważnego.

W przedziale jechało sześciu ludzi, ale na stacji Wołchow wlazł, schylając się w drzwiach, jeszcze jeden - krępy, barczysty żołnierz. Położył worek na kolanach mojego sąsiada, poprawił na piersi order świętego Jerzego i przyjrzał nam się, poruszając wargami.

- Sześciu - powiedział. - W porządku. Ale zróbcie mi miejsce.

Mój sąsiad, urzędnik celny, warknął ze złością:

- Jak niby zrobić tu miejsce?

- Da się. Dla bohatera da się zrobić wszystko.

Bohater odepchnął urzędnika najpierw kolanem, a potem wcisnął się na siedzenie i rozsunął nas udami...

- I dało się.

Jego pełna twarz była wygolona i lekko granatowa, podobnie jak spiczasty łeb. Rzadkie czarne brwi zdawały się wyskubane, spod nich patrzyły okrąglutkie, wytrzeszczone i jakby odmrożone rybie oczka.

Wagonem szarpnęło, zakołysało; przysypiający podróżni poklęli i umilkli. Żołnierz śmiało zapalił papierosa, a ja zapadłem w drzemkę i słuchałem przez sen jego rozmowy z rudzielcem, siedzącym naprzeciw mnie.

- Przeogromny interes mają wszyscy w tej wojnie - mówił wąsaty rudzielec; żołnierz odchrząknął, splunął i przytaknął:

- A tak.

- Najważniejsze, że tak się od niej ożywiło... I wszędzie droga otwarta.

- Dobrze pan gadasz!

- Choć, oczywiście, dużo ludzi ginie...

- No, człowiek może umrzeć z najróżniejszych powodów...

I po takim wstępie mocno i samotnie zabrzmiał przy wtórze kół ochrypły głos żołnierza:

- Weźmy na ten przykład mnie, byłem zwykłym cywilem, jak wy, pięć lat spławiałem tratwy, a teraz, jak potraciliśmy dużo dowódców, zdam egzaminy i będę podoficerem. Właśnie jadę zdawać. Leżałem ranny, to się uczyłem. Mam surowy charakter i celne oko. Oko mam złodziejskie, takie mi Bóg dał dobre oko, że aż sam się dziwię - za co? Panowie oficerowie, strzelcy wyborowi, przychodzili podziwiać, tak dobrze strzelam! Do pierwszego ranienia położyłem dwudziestu dziewięciu Niemców. Uczciwie mówię, nie ja liczyłem zabitych, bo zrozumiałem, że jak sam liczysz, zawsze się pomylisz. Czasem myśliwy przez całe życie tylu zajęcy nie ubije, ilu ja w rok ludzi nakosiłem. Pewnie, człowiek nie zając, nie kaczka, ale przecież rzadko można strzelać do całego tułowia, zwykle celujesz w głowę, jak się wysunie z okopu albo będzie przemykał łącznikami. A ja, widzi pan, umościłem się w okopie, przy strzelnicy, a przed okopem takie wąskie bagno, na sto kroków, a za bagnem - Niemiec. Miejsce, mówiąc wprost, mało dla nich korzystne. Kiedyś jednego dnia położyłem ośmiu.

Żołnierz roześmiał się parskliwym, kirgiskim śmiechem i głośno westchnął:

- Bardzo mnie dziwi to moje bohaterstwo!

Spojrzałem na niego. W mroku jesiennego poranka wygolona okrągła twarz bohatera lśniła jak wysmarowana sadłem - rozkoszną dumą, rybie oczka uśmiechały się szczęśliwie.

Opowiedziałem o tym żołnierzu znajomemu duchownemu, a ten powiedział:

- I co cię tak oburza? Jeżeli wierzymy w nieuchronność tego, co robimy - powinniśmy robić to jak najlepiej. I jeśli Bóg nasz dopuszcza straszną plagę wojny, to znaczy, że mamy obowiązek przyjąć to jako prawo. A skoro prawo, to - proszę wybaczyć! - Bóg nie jest bardziej okrutny niż my, i dlatego wypełnimy jego wolę z pokorą i, powtórzę, jak najlepiej...

Duchowny był mały, chudziutki, jego jasne oczy patrzyły ze smutkiem. Opuścił wzrok i cicho powtórzył:

- Bóg nie jest okrutniejszy niż my...

O wojnie i rewolucji

Moskiewski woźnica: kudłata morda bez oczu, koń - skrzyżowanie wielbłąda z owcą. Na głowie woźnicy pognieciona, poszarpana czapka, niebieska kapota też podarta pod pachami, z dziury w walonku wysunął się - i kole w oczy - brudny brzeg onucy. Można pomyśleć, że woźnica specjalnie wystroił się w łachmany, żeby pokazać: "Patrzcie, jaki jestem biedny!"

Siedzi na koźle bokiem, żegna się pod każdą cerkwią i leniwie opowiada, jakie drogie zrobiło się życie, nie żeby się skarżył, po prostu opowiada ochrypniętym głosem.

Pytam: co myśli o wojnie?

- A co my mamy myśleć? Car walczy, to i car myśli.

- Gazety pan czyta?

- My nie z czytających. Czasem w herbaciarni coś słyszę: wycofują się, atakują. A taka gazeta to co? U nas na wsi jest chłop, co dużo kłamie, to go przezwali - Gazeta.

Drapie się batem pod pachą i pyta:

- Bije nas Niemiec?

- Bije.

- A gdzie jest więcej ludzi - u nas czy u niego?

- U nas.

Macha batem nad skołtunionym zadem konia i z filozoficznym spokojem mówi:

- Ot, widzisz: oliwa zawsze na wierzch wypływa...

Fryzjer, goląc urzędnika celnego w zielonym mundurze, mówi zdecydowanie:

- A pewnie, że Niemcy dadzą nam łomot, zawsze nas przecież bili...

Urzędnik oponuje: nie, my też ich biliśmy, na przykład za carycy Elżbiety weszliśmy do Berlina.

- Pierwsze słyszę - mówi fryzjer. - Sam jestem żołnierzem, ale o tym jakoś nie słyszałem!

I po zastanowieniu:

- Może tak wymyślili, żeby nas pocieszyć, duch podnieść w narodzie?

A w zeszłym roku, po ogłoszeniu wojny, ten sam fryzjer opowiadał mi, jak to klęczał przed Pałacem Zimowym i zalewając się łzami, śpiewał "Boże, chroń cara".

- Dusza mi aż śpiewała w godzinie wielkiej radości...

W parku naprzeciw Domu Ludowego grupa rozmaitych ludzi słucha śmiałej przemowy małego żołnierza. Żołnierzyk ma obandażowaną głowę, jasne oczka błyszczą mu w natchnieniu, łapie ludzi rękami, żeby słuchali uważnie, i wysokim tenorkiem sieje słowa:

- Tak naprawdę to oczywiście jesteśmy mocniejsi, ale we wszystkim innym nie dajemy im rady! Niemiec walczy z pomyślunkiem, nie traci żołnierza ot tak, a u nas - hura! I rzucamy do kotła całą kaszę naraz...

Wielki, silny chłop w dziurawym kaftanie mówi dobitnie, basem:

- My mamy, chwała Bogu, ludzi aż za dużo; i inne rozrachowanie: zrobić tak, żeby żyło się luźniej.

Powiedział i szeroko ziewnął. Chciałbym słyszeć w jego słowach ironię, ale twarz miał jak z kamienia, oczy spokojne i senne. Szary, wymięty człowieczek przytaknął:

- A tak! Po to jest wojna: albo zabrać cudzą ziemię, albo swoich ludzi poprzerzedzać.

A żołnierz ciągnie:

- I jeszcze źle było zrobione: że Polskę oddali Polakom, a ci się rozbiegli, jedni do tamtych, inni do nas, i teraz zamieszanie: swój swojego bić nie chce...

Wielki chłop mówi z pewnością i spokojem:

- Jak się ich zmusi, to będą! Byleby miał kto zmusić, a bić pójdą. Lud lubi się bić...

I w ogóle o tej ohydnej, haniebnej wojnie "obywatele" mówią jak o wydarzeniu, które ich zupełnie nie dotyczy, jak widzowie, często wręcz złośliwie, ale wciąż nie rozumiem - na kogo ta ich złość? Jakoś wcale nie widać, żeby krytyka "władzy" i negatywny stosunek do niej jakoś szczególnie wzrosły. Rośnie za to odrażająca, mieszczańska anarchia.

Porównując ją z opiniami robotników, jasno widać, jak niepomiernie wyżej rozwinięte jest u tych ostatnich rozumienie tragizmu wydarzeń i nawet poczucie "państwowości" albo, dokładniej, człowieczeństwa. Widać to nawet u "niezorganizowanych", nie mówiąc już o członkach partii, takich jak na przykład P.A. Skorochodow. Na dniach mówił:

- Jako klasa wiele wygramy na klęsce w tej wojnie, i to jest oczywiście najważniejsze. A mimo to pęka mi serce! Tak mi wstyd, że walczymy. I tak mi szkoda ludzi, aż brakuje słów. Niech pan tylko pomyśli, giną najsilniejsi, najzdrowsi, a jutro powinni pracować. Rewolucja zażąda najsilniejszych... Czy nas wystarczy?

Dobrze rozumie znaczenie kultury:

- Głupio tak mówić, że kultura jest burżuazyjna i zwrócona przeciwko mnie. Kultura należy do nas, jest naszym prawowitym dziedzictwem. Sami zdecydujemy, co w niej niepotrzebne i szkodliwe, i sami odrzucimy, co należy. Najpierw trzeba pomyśleć, co jest czego warte. Niech nikt oprócz nas nie śmie o tym decydować. Niedawno u nas na Sampsonijewskiej jakiś przyjemniaczek półtorej godziny najeżdżał na kulturę, a ja sobie myślałem: ten facet chce mnie przekonać, że łapeć jest lepszy od buta. Też mi nauczyciel! Uszy by takim obrywać...

Profesor Z., bakteriolog, opowiadał mi:

- Kiedyś w obecności generała B. powiedziałem, że do niektórych moich doświadczeń przydałyby się małpy. Generał całkiem poważnie zapytał: "A Żydzi się nie nadadzą? Mam tu Żydów; to szpiedzy, tak czy tak ich powieszę, niech pan bierze Żydów!"

- I nie czekając na moją odpowiedź, wysłał oficera, żeby sprawdził, ilu jest tych szpiegów skazanych na powieszenie. Zacząłem przekonywać jego ekscelencję, że ludzie nie nadają się do moich doświadczeń, ale on nie rozumiał i mówił, wytrzeszczając oczy: "Przecież ludzie są mimo wszystko mądrzejsi od małp; przecież jak pan wstrzyknie człowiekowi jakąś truciznę, to on powie panu, co czuje, a małpa nie powie!"

- Wrócił oficer i zameldował, że wśród aresztowanych za szpiegostwo nie ma ani jednego Żyda, sami Cyganie i Rumuni.

- "Cyganie pewnie też się nie nadają? - spytał generał. - Szkoda!..."

Kiedy myślę o Żydach, czuję się zhańbiony. Chociaż ja osobiście pewnie przez całe życie nie zrobiłem nic złego ludziom tej zadziwiająco wytrzymałej rasy, i mimo to kiedy spotykam Żyda, zaraz myślę o moim pokrewieństwie z bestialską sektą antysemitów i o swojej odpowiedzialności za idiotyzm rodaków.

Uczciwie i uważnie przeczytałem całą stertę książek, które próbują uzasadnić judeofobię. To obowiązek trudny i wręcz odrażający - czytać książki pisane w konkretnym brudnym celu: oszkalowania narodu, całego narodu! Przedziwne zadanie. Nie znalazłem w tych książkach nic poza moralnym analfabetyzmem, złośliwym skomleniem, bestialskim wyciem i zawistnym zgrzytaniem zębów. Z takim arsenałem można udowodnić, że Słowianie - i zresztą wszystkie inne narody - również są nieuleczalnie zepsute.

Czy nie stąd nienawiść do Żydów, że pośród innych plemion mieszanej krwi zachowali - względnie - największą czystość twarzy i ducha? Czy nie więcej "Człowieka" jest w semicie niż w antysemicie?

Haniebnej sprawie szerzenia antysemityzmu wśród mas bardzo sprzyjają autorzy i opowiadacze "żydowskich" dowcipów.

Co dziwne, często zdarzają się wśród nich sami Żydzi. Może niektórzy z nich chcą pokazać, jaki dobry jest smętny żydowski humor... w nadziei, że wzbudzi to sympatię do ich narodu pośród jego wrogów? A inni dowcipnisie - może chcieliby, pokazując Żyda jako zabawną personę, przekonać idiotów, że ten wcale nie jest "straszny"? Ale, oczywiście, nie brak też łajdaków i wyrodnych synów swojego narodu.

Takich "dowcipnisi" było, jak mi się zdaje, szczególnie wielu w latach osiemdziesiątych. Sporą sławą cieszył się Weinberg-Puszkin, ponoć brat P.I. Weinberga, zwanego Heinem z Tambowa, znakomitego tłumacza Heinricha Heinego. Ów Weinberg-Puszkin wydał nawet zbiorek albo i dwa bardzo głupich i grafomańskich "Anegdot żydowskich" czy "Scenek z życia Żydów". Lubiłem słuchać jego opowieści - był doskonałym mówcą - i chodziłem do Parku Panajewskiego w Kazaniu, gdzie Weinberg występował na scenie na wolnym powietrzu. Byłem w tym czasie piekarzem.

Pewnego dnia poszedłem tam z niziutkim studentem Grejmanem, wielce miłym człowiekiem; później się zastrzelił. Bardzo bawiły mnie żarciki Weinberga, ale nagle tuż obok usłyszałem rzężenie, jakie wydaje człowiek, którego ktoś dusi, dusi, ściskając za gardło. Obejrzałem się - twarz Grejmana, oświetlona księżycem i czerwonymi lampami sceny, wyglądała niesamowicie: szaro-zielona, dziwnie wyciągnięta, cała drżała, zdawało się, że zęby też drżały - usta chłopaka były otwarte, a oczy wilgotne i jakby nalane krwią. Grejman rzęził:

- Skurwysyn... O, skur-rwysyn...

I wyciągnąwszy rękę, uniósł malutką pięść tak powoli, jakby ważyła ze dwa pudy.

Przestałem się śmiać, a Grejman ostro się odwrócił, schylił głowę i odszedł, taranując tłum widzów. Wówczas również odszedłem, ale nie za nim, w inną stronę, i długo chodziłem po ulicach, wciąż mając przed oczami wykrzywioną twarz człowieka, którego torturują, i dobrze rozumiejąc, że sam radośnie brałem udział w tych torturach.

Naturalnie pamiętam, że ludzie robią sobie nawzajem mnóstwo różnych świństw, ale antysemityzm uważam za najparszywsze z nich.

Płonie gmach sądu okręgowego.

Dach już się zawalił, wewnątrz murów chrypi ogień, jego żółto-czerwona wata wyłazi z okien, wyrzucając w czarne niebo nocy papierowy popiół. Pożaru nikt nie gasi.

Szaleństwu płomieni przygląda się z fascynacją ze trzydziestu gapiów. Stoją jak czarne ptaki przy starych, muzealnych armatach zakładów zbrojeniowych, siedzą na długich lufach. W lufach tych jest coś głupiego i ciekawskiego; wszystkie pochyło, ukosem wyciągają się w stronę Dumy Państwowej, gdzie wrze życie, dokąd zwozi się samochodami i wprowadza aresztowanych generałów, ministrów, dokąd ciemnymi grupami spiesznie idą i biegną ludzie.

Młody głos woła dźwięcznie:

- Towarzysze! Kto zgubił kawałek chleba?

Koło armat spaceruje jak wartownik wysoki przygarbiony mężczyzna w kudłatej baraniej czapie, twarz zasłania mu podniesiony kołnierz owczego kożucha. Przystaje i głucho pyta nie wiedzieć kogo:

- Czyli jak, sądownictwo idzie w cholerę? Wyroki pounieważniają, czy jak?

Nikt mu nie odpowiada. Noc jest zimna. Skurczone postacie mieszkańców nieruchomo, jak zaczarowane patrzą na gigantyczne ognisko w kamiennych murach. Płomień oświetla szare twarze, odbija się w martwych oczach. Ludzie na armatach są jacyś wymiętoszeni, nieświeży, dziwnie niepotrzebni tej nocy, kiedy Rosja robi zwrot na nową, jeszcze trudniejszą, heroiczną drogę.

- Pytam: co z przestępcami? Co, nie będzie już sądów?

Ktoś odpowiada niezbyt głośno, żartobliwie:

- Nie bój się, nie zostawią cię tak, dadzą wyrok.

I leniwie toczy się dziwna rozmowa nocnych, niepotrzebnych ludzi:

- Będą sądzić.

- Kto to podpalił?

- Kryminaliści, a kto. Złodzieje.

- Dla nich to lepiej...

- Tacy jak ten tam...

Mężczyzna w kudłatej czapie mówi surowo i głośno:

- Nie jestem podsądnym ani złodziejem, jestem w tym sądzie stróżem. I nikogo nie ma tutaj, tylko ja!

Spluwa pod nogi i długo, starannie szura po kamiennej płycie skórzanym kaloszem, rozciera ślinę, potem mówi:

- No nie wiem: jeśli chcą wszystkim wybaczyć, to się z tym pospieszyli. Najpierw trzeba by wytępić całą przestępczość. A palić papiery, palić gmachy - dziecinada! Najpierw trzeba wytępić przestępców, bo zaraz znowu zaczniemy pisać pisma, sądzić i budować więzienia. Powiadam: najpierw trzeba wytępić wszelkie zło... Całe stare zło.

Potrząsnął głową i dodał:

- Pójdę i powiem im, co mają robić...

Gwałtownie zawrócił i poszedł Szpalerną, w stronę Dumy; ludzie odprowadzali go burkliwym kpiarskim warkotem, ktoś roześmiał się i zakrztusił głuchym kaszlem.

Był to pierwszy człowiek, który zdecydowanie podniósł - nie dlatego że był taki mądry, ale pewnie instynktownie - hasło:

"Trzeba wszystko wytępić".

Teraz, latem, mówi się o tym coraz ostrzej i częściej.

Wczoraj po mityngu w Domu Ludowym brodaty żołnierz w natchnieniu, jąkając się i połykając słowa, rozważał przed grupą jakichś pięćdziesięciu ludzi:

- Co oni wygadują? Znowu to samo, od czego giniemy. Nie, bracia, dajmy no im wszystko: jedzcie, pijcie, gadajcie sobie, ile wlezie, i tylko nie przeszkadzajcie nam - ludowi! Sami już sobie poradzimy. Bo tak żeśmy postanowili: wypalić wszystkie wasze chwasty, wykarczować pniaki i korzenie, o! Co nie?

Ludzie dziesiątkami okrzyków potwierdzają:

- Tak. Racja.

- No-o. I tak im trzeba mówić, od razu: odejdziecie, panowie, na bok, nie mąćcie, nie przeszkadzajcie. Pijcie, jedzcie, a nas nie ruszajcie. A oni tylko: znowu do ataku, znowu - do walki. Nie-e, bracia, myśmy się już swoich naatakowali, basta! Co nie?

Tłum niemal jednogłośnie odpowiada:

- Tak.

Żądania radykalnej - społecznej - rewolucji rozlegają się coraz głośniej, wychodzą od mas. W masach pojawia się dążenie do samodzielności, do aktywnego życia. To dążenie powinno organizować masy, czynić je świadomymi politycznie.

"Przywódcom" nikt już nie wierzy. Na dniach w cyrku "Modern" młody chłopak, chyba szofer, zręcznie grał podobnie brzmiącymi słowami "wodzowie" i "wodze" - ze dwustu ludzi śmiało się, zadowolonych z żartu.

I z każdym dniem życie przyjmuje coraz surowszy, poważniejszy charakter: wszędzie czuje się natężenie jego sił...

Ogrodnik

Rok 1917, luty

Rozbryzgując błoto na ściany domów, na ludzi, ulicą pędzą z łoskotem i wyciem samochody. Zapchane żołnierzami i marynarzami, najeżone stalowymi igłami bagnetów jak ogromne rozwścieczone jeże. Czasem sucho klaszczą wystrzały. Rewolucja. Naród rosyjski krząta się, miota wokół wolności, jakby tropił ją, szukał jej gdzieś poza sobą. W Parku Aleksandryjskim pracuje samotny ogrodnik, człowiek koło pięćdziesiątki; krępy, niezgrabny, spokojnie zamiata liście i śmieci z alejek i klombów, zgarnia tający śnieg. Najwyraźniej ani trochę nie interesuje go szaleńczy ruch wokoło, jakby nie słyszał ryku klaksonów, krzyków, pieśni, strzałów, nie widział czerwonych sztandarów. Obserwując go, czekam, aż uniesie głowę, żeby popatrzeć na ludzi, biegnących obok niego, na pobłyskujące bagnetami ciężarówki. Ale on uparcie pracuje, przygarbiony, jak kret - i chyba równie ślepy.

Marzec

Ulicą i parkowymi alejkami, zmierzając w stronę Domu Ludowego, powoli maszerują setki, tysiące szarych żołnierzy, niektórzy z nich ciągną za sobą na sznurkach karabiny maszynowe, jak żelazne prosiaki. To z Oranienbaumu nadciągnął jakiś nieprzeliczony pułk karabinów maszynowych, podobno ponad dziesięć tysięcy ludzi. Nie mają co ze sobą zrobić, od rana szwendają się po mieście, szukają schronienia. Obywatele boją się ich - żołnierze są zmęczeni, głodni i źli. Kilku ludzi usiadło i położyło się na brzegu dużego okrągłego klombu, porozrzucali na nim karabiny, broń, plecaki. Niespiesznie podchodzi do nich z miotłą w rękach ogrodnik i z irytacją upomina:

- No, gdzie się rozłożyliście? Tu jest klomb, tu się posadzi kwiaty. Ślepi jesteście? To jest miejsce dla dzieci. Wstawać i wynocha!

I źli uzbrojeni ludzie pokornie wynoszą się z klombu.

6 lipca

Żołnierze w stalowych hełmach, sprowadzeni z frontu, otaczają Twierdzę Pietropawłowską; bez pośpiechu idą po drewnianym bruku, przez park, ciągną karabiny maszynowe, niedbale niosą broń. Czasem któryś dobrodusznie krzyknie do obywateli:

- Rozejdźcie się, zaraz będą strzelać!

Mieszkańcy miasta chcieliby zobaczyć walkę, w milczeniu, skradając się jak lisy, podążają w ślad za żołnierzami, chowają za pniami drzew i wyciągają szyje, chciwie wyglądając naprzód.

Na stojakach w Parku Aleksandryjskim kwitną kwiaty, alejkami przechadza się ogrodnik. Jest w czystym fartuchu, w rękach ma łopatę, pokrzykuje na gapiów i na żołnierzy jak na stado baranów:

- Gdzie? Gdzie leziesz po trawie? Mało ci alejki?

Brodaty stalowogłowy mężczyzna w mundurze, z bronią pod pachą, mówi do ogrodnika:

- Uważaj no, wujaszku, bo cię zastrzelimy...

- Idź, jak masz iść! Zastrzelec...

- To jest walka, bracie...

- To sobie walcz, a ja mam swoją robotę.

- No tak. Dałbyś zapalić?

Wyciągając z kieszeni kapciuch, ogrodnik głośno warczy:

- Łazicie, gdzie nie trzeba.

- Wojna!

- No i co? Walczyć to żadna sztuka, a ja tu jestem sam! Lepiej byś broń wyczyścił, o, cała zardzewiała...

Słychać gwizdek i żołnierz, który nie zdążył zapalić, biegnie między drzewami, a ogrodnik spluwa w ślad za nim i woła:

- Gdzie cię diabli ponieśli? Nie widzisz, gdzie alejka?

Jesień

Ogrodnik chodzi aleją z drabiną na ramieniu, z sekatorem w ręce, przycina gałęzie na drzewach. Schudł, nastroszył się, ubranie wisi na nim jak żagiel na maszcie w bezwietrzny dzień. Sekator, przegryzając nagie gałęzie, zgrzyta głośno, ze złością.

Patrząc na ogrodnika, pomyślałem, że ani trzęsienie ziemi, ani ogólnoświatowy potop nie przeszkodziłyby mu robić swoje. I gdyby się okazało, że trąby archaniołów, wieszczące koniec świata, dzień Sądu Ostatecznego, niedostatecznie błyszczą, człowiek ten pewnie rzeczowo i surowo upomniałby archanioły:

"Wyczyścilibyście te trąby..."

Ustawodawca

W mokry marcowy poranek w roku 1917 przyszedł do mnie nader porządnie wyglądający człowieczek lat około czterdziestu, wbity w znoszoną, ale czystą marynarkę. Usiadł na krześle, wytarł chustką twarz i sapiąc, powiedział nie bez pretensji:

- Wysoko pan raczysz mieszkać, wolny lud nie ma czasu łazić na czwarte piętro!

Rączki miał małe i ciemne, jak ptasie łapy, szklane oczka surowe, świecił w nich jakiś upór, nieufność. Na żółtej kościstej twarzy nos ostry i żółty jak dziób gawrona. Człowieczek, ostrożnie węsząc, obejrzał sobie mnie, regały z książkami i zapytał:

- Faktycznie jest pan panem Pieszechonowem?

- Nie, jestem Pieszkow.

- A to nie to samo?

- Nie całkiem.

Westchnął i raz jeszcze zmierzywszy mnie wzrokiem, potwierdził:

- A tak, niepodobny - tamten ma bródkę. Znaczy, niechcący popełniłem błąd.

Z żalem pokręcił głową:

- Takie zawiłe czasy!

Poinformowałem go, że prawdopodobnie znajdzie A.W. Pieszechonowa na Kamiennoostrowskiej, w kinie "Elit", gdzie powstaje Komisariat Dzielnicy Pietrogradzkiej.

- Jaką pan ma do niego sprawę, jeśli wolno spytać?

Mężczyzna najpierw niezależnie i głośno wysmarkał nos, następnie wziął z biurka książkę, spojrzał na grzbiet i w końcu odpowiedział:

- Z poczucia dobrowolnego obywatelskiego obowiązku chcę zaproponować małą uchwałę do rozlepienia na płotach...

Przeczuwając jakieś kuriozum, zapytałem: a jaką konkretnie?

- A, o proszę!

Sięgnął za pazuchę, wyciągnął i podał mi kartkę, złożoną na czworo; na papierze dużymi literami wykaligrafowano:

"Obowiązkowe przepisy.

Niniejsze przepisy mają na celu wobec ogólnego zamętu surowo strzec wolności i dlatego:

Niezwłocznie należy:

Punt 1. Aresztować wszystkie osoby które komentrują wydarzenia i wolność scebzdycznie. A same żyją po staremu jak pany.

Punt 2. A detalicznie: żonę właściciela domu publicznego: w Nowej Wsi w domu Jakowa Fiodorowa Annę Pogosową zwaną Warnaszka.

Punt 3 i uwaga. Rzeczona Warnaszka złośliwie gdacze na Szanownego Pana obywatela Pieszechonowa że nie ma on oznak władzy i wygląda jak cywil a także z powodu że jej zgodnie z prawem nie pozwolił zabrać cudzych beczek chociaż nawet były puste.

Punt 4 i dalej uwaga. I jeszcze krytykuje brodę i resztę wyglądu. I mówiła: że Wolność jak Niewinne Dziewczę drogo kosztuje. Nie każdy może macać.

Punt 5. Toteż ją w pierwszej kolejności bez żadnych tłumaczeń. Na pewno. Autor uchwały

Jakow Fiodorow"

Przeczytawszy uchwałę, poprosiłem uchwałodawcę, żeby pozwolił mi zrobić kopię jego dzieła. Zmrużył oczy i podejrzliwie zapytał:

- A to w celu?

- Na pamiątkę!

Starannie złożył kartkę, mówiąc:

- Jak już ją rozlepią, zedrze pan sobie z płotu.

Ale zacząłem go prosić, przemyślał sprawę i łaskawie podał mi kartkę.

Kiedy przepisywałem, znów węszył, czytał tytuły książek na biurku, wzdychał, kiwając głową, i warczał:

- Teraz to dużo książek będzie zabronione. Też by się uchwała przydała. Obowiązkowo.

Skończyłem kopiować i spytałem:

- Tak, czyli pańskim zdaniem powinno się aresztować wszystkich...

- Obowiązkowo, tych, co to scebzdycznie...

- Chce pan powiedzieć - sceptycznie?

Ale on poprawił mnie surowo:

- Bzdyczą bzdury, to czyli scebzdycznie. Nie wystarczy powykręcać słowa, prawda wyjdzie na wierzch. Ci, co tak bzdyczą, nie uważają mnie nawet za członka życia.

Widząc, że rozmowa idzie nam jak po grudzie, zapytałem: czym się zajmuje?

- A tym!

I groźnie potrząsnął w powietrzu ustawą.

- A zanim został pan ustawodawcą?

Wstał z krzesła, obciągnął marynarkę i powiedział:

- Myślałem.

Potem wyprostował się i nieufnie warknął:

- Czyli pan Pieszechonow to nie to samo, co pan Gorki? Pisarz?

- Nie, nie to samo...

- Bardzo to zagmatwane - powiedział, mrużąc oczy, jakby z wysiłkiem próbował coś zrozumieć. - Niby dwie osoby, a okazuje się - trzy! A jak liczyć, że trzy, to dwie. Czy władze nie zabroniły łamania zasad arytmetyki?

- Nie ma jeszcze władz...

- Hm... Tak! I z punktu widzenia ustawy o dokumentach osobistych nie można mieć dwu dokumentów. Takie prawo!

Z wyrzutem pokiwał głową. Podszedł do drzwi, ale po drodze o coś zaczepił, obrócił się i powiedział:

- Przepraszam, niechcący popełniłem błąd. Zaczadzony myślami, chociaż głowę mam jasną, jak jest powszechnie wiadomo. Czasy, wie pan, zawiłe...

Za drzwiami, wbijając nogi w kalosze, mamrotał:

- Bismarcka na nich trzeba... Raz dwu... Drugi raz trzech...

Monarchista

W latach osiemdziesiątych po ulicach Niżnego Nowogrodu chodził ze skrzynką na piersi bystry chłopak, nawołując niegłośno, prosząco i jakoś szczególnie nachalnie:

- Krzyżyki na szyję, modlitwy za zmarłych, szpile do włosów, szpilki!

Często na niego wpadając, zauważyłem, że chłopak ma skłonność do psot: upatrzył sobie jakiegoś przechodnia i lazł za nim jak cień, zachodził z boków i nachalnie jęczał:

- Krzyżyki na szyję, modlitwy?

Rozzłoszczony przechodzień oganiał się od niego, czasem klął, a sprzedawca wybiegał naprzód, zawracał i służalczo zaglądając w oczy zirytowanego przechodnia, znów proponował kupno krzyżyków. Zdawało mi się, że chłopak szuka awantury, chce, żeby go ktoś popchnął, uderzył, i dlaczegoś wyobrażałem sobie, że handel nie leży mu na sercu, że oprócz niego zajmuje się jeszcze czymś ciekawszym, a może i bardziej niebezpiecznym.

I byłem nieco rozczarowany, kiedy chłopak postawił "stragan" w niszy w murze cerkiewnym na ruchliwej ulicy Rożdiestwienskiej i zaczął handlować kalendarzami i broszurami Sytina, aż wkrótce jego stragan awansował na kiosk z szyldem "Sprzedaż i skup książek W. Brejewa".

Następnie pojawiła się w Niżnym różowiutka książeczka "Żywot starca Fiodora Kuźnicza". Na okładce widniał portret bardzo wysokiego łysego starca z ogromną brodą, a pod jego stopami było napisane:

"Nakładem W.I. Brejewa".

Dowiedziałem się, że książkę wydano w następujących okolicznościach: w traktierni "Gawrony" jakiś włóczęga opowiadał historię o tajemniczym syberyjskim pustelniku; Brejew z miejsca zaproponował "bosiakowi" Terentiewowi, byłemu nauczycielowi, żeby ten "za rubla srebrem" napisał żywot starca. Okazało się, że Terentiew słyszał już co nieco o Fiodorze Kuźmiczu i udało mu się stworzyć całkiem ciekawy "żywot"; rozszedł się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy po całej Wołdze i Oce, i Brejew dobrze na nim zarobił.

Kiedy ukazały się pierwsze zbiory moich opowiadań, Brejew przyszedł do mnie, skromnie, ale porządnie ubrany w aksamitną niebieską marynarkę, z ciężkim srebrnym zegarkiem w kieszonce kamizelki, z łańcuszkiem z tombaku na piersi i w nowych skrzypiących butach. Mocno pachniał szuwaksem i perfumowanym mydłem, uśmiechał się promiennie i w natchnieniu, niegłośno mówił:

- Niechże pan pozwoli powiedzieć o moim najserdeczniejszym marzeniu! Na sławę naszego starożytnego miasta i na pożytek historii państwa, założyłem serię książek niewielkiego formatu, traktującą o naszych znakomitych krajanach, takich jak: Kuźma Minin, patriarcha Nikon, protopop Awwakum, Kulibin, Milij Bałakiriew, pan Boborykin, oczywiście Dobrolubow, a także Mielnikow-Pieczerski i wszyscy pozostali geniusze ziemi niżnienowogrodzkiej. Niechże pan zechce literacko wspomóc to wielkie dzieło...

Mówił półgłosem, jakby "w tajemnicy", gładko, przygotowanym tekstem i cały aż się trząsł: przebierał nogami, wymachiwał starą chusteczką, łapał mnie pod kolana i nagle, włożywszy ręce do kieszeni, brząkał tam czymś, jak okuciami końskiej uprzęży, a potem wycierał twarz dłońmi jak mahometanin przy modlitwie. Wyglądał, jakby cierpiał na jakąś chorobę skórną i całe ciało nieznośnie go swędziało.

Było w nim coś lisiego, zabawnego, ale niemal sympatycznego, taki jakiś rosyjski spryt, spryt i śmiałość. Twarz o wystających kościach policzkowych, na podbródku niezdecydowana kępka bezbarwnych kłaków, głupawo wywinięta na szyję, jakby zamierzała wrosnąć w nią końcami włosów. Wąsy sterczały nastroszone jak w kłosie jęczmienia, podobnie sztywna szczecina brwi. Patrząc na Brejewa, pomyślałem: "To właśnie o takich mówią: jeżowa głowa".

Bardzo niezwykłe miał oczy - okrągłe, nagie, zielonkawe; lśniły z podniecenia, łyskając kolącymi promyczkami czy raczej obłoczkami drobnych iskier. Zdawało się, że zaraz wybuchną i na ich miejscu zostaną czarne doły.

Kiedy odmówiłem mu "literackiego wspomożenia", wysmarkał się energicznie, westchnął i ciągnął, wciąż jakby w natchnieniu:

- Wobec tego niechaj pan pozwoli, że złożę inną propozycję, mniej pana angażującą.

Wstał i rzucił rytmicznie, jakby recytował poezję:

- Ciekawa historia pańskiego niezwykłego życia i zarazem jej nowy początek to góra pieniędzy! I jeśli się pan zgodzi napisać swoją autohistorię za pięćdziesiąt rubelków, będę - tak! - pańskim wydawcą!

Pisania "autohistorii" również odmówiłem, nie przeszkodziło to jednak Brejewowi: wydał czyjegoś tam autorstwa idiotyczną książkę - niby moją biografię. Wydawcy grożono więzieniem, jeśli nie zniszczy nakładu.

- Niechże pan wierzy sercu krajana - tłumaczył się Brejew, zabawnie podskakując. - To nie z chciwości na pieniądze - bo co są warte pieniądze? - ale z pobudek czysto patriotycznych postanowiłem obejść pańską skromność.

W 1905 roku doszły do mnie wieści, że Brejew został prezesem niżnienowogrodzkiego oddziału "Związku Narodu Rosyjskiego" i nader energicznie walczy z wszelkim buntem, broniąc samodzierżawia.

Następnie w roku bodaj 1910 Brejew przysłał mi na wyspę Capri list, w którym, chwaląc pod niebiosa dobroć i wielkoduszność cara Mikołaja, namawiał mnie, żebym pokajał się za grzechy i prosił o zezwolenie na powrót do Rosji. List napisany był bardzo zabawnie i wcale mnie nie zirytował. Nawet odpowiedziałem Brejewowi, że nie uważam się za emigranta, że mogę wrócić do Rosji, kiedy tylko zechcę, bez proszenia o jakieś zezwolenia, i dorzuciłem do tego studium samodzierżawia; moją odpowiedź wydrukował "Manchester Guardian" pod tytułem "List do monarchisty".

W roku 1914, kiedy wróciłem do Rosji, okazało się, że Brejew wyjechał dokądś z Niżnego, a w 1917, w pełen zamieszania majowy dzień poproszono mnie do telefonu i usłyszałem podniecony głos:

- Brejew przy telefonie, Wasilij Iwanowicz Brejew, pamięta mnie pan? Niżnienowogrodzki marzyciel?

Godzinę później kręcił się na krześle przede mną, bryzgając na wszystkie strony szybkimi słowami, wciąż lisio aksamitny i zabawny, jak przed dwudziestu laty. Jeżowe włosy zmiękły, straciły ostrość, przystrzygł głupawą bródkę i sterczące wąsy, i tylko brwi jak kiedyś przypominały mi płetwy młodego jazgarza. I tak jak kiedyś, młodo i zadziornie błyszczały zielonkawe oczy, pyląc ostrymi iskrami. Miał ubranie z jakiegoś grubego, szarego materiału, w krawacie błyszczał brylant, na palcu lewej ręki wielki rubin oprawiony w złoto, generalnie jednak był to ten sam podekscytowany człowieczek, jakby cierpiący na świerzb.

Wymachiwał rękami, wkładał je do kieszeni spodni, marynarki, kamizelki, wyciągał stamtąd kawałeczki rozmaitych rud i terkotał, turlając je po stole:

- Złotonośny kwarc! Wolfram, panie - wolfram! Kamień litograficzny o unikalnych właściwościach! Nieznany metal, nikt go nie umie rozpoznać! I wszystko to jest moje! Złożyłem już podania. Przyjechałem do pana jako do krajana - niechże mi pan pomoże, jako człowiek w dobrej komitywie z nową władzą dusz naszych!

Moja odmowa nijak nie ostudziła jego zapału, zdziwił się tylko co nieco:

- Czwarty raz mi pan odmawia...

- Ale ja się na tym kompletnie nie znam!

Wzruszył ramionami:

- Na złocie nie trzeba się znać. Wystarczy je zdobywać, żeby życie nam się ozłociło...

Zmrużył oczy i kiwając głową, ciągnął lirycznie:

- Gdyby pan wiedział, jak nieprzyzwoicie bogata jest Syberia! Panie, to nawet nie ziemia, to wymię simentalskiej krowy, daję słowo! A doić nie ma komu. Nie umiemy. Jedyni dobrzy dojarze to Anglicy, nad Leną...

Zapytałem: czy dawno mieszka na Syberii?

- Trzy lata, trzy. Jak tylko wybuchła ta bezsensowna wojna, zaraz tam wyjechałem. Z całego serca pragnę opowiedzieć panu niezwykłe meandry mojego życia, w przekonaniu, że panu, człowiekowi z Niżnego, przyjemnie będzie posłuchać o sukcesie krajana. A któż zna lepiej od pana niezwykłe życie Rosjanina? Przecież oprócz tego, że jest pan moim krajanem, jest pan też, że się tak wyrażę, oficjalnym kronikarzem wzlotów duszy rosyjskiej i sam los pana wyznaczył do budowania pomników literackich nas, ludzi tego starożytnego miasta, któremu cała Rosja jest wdzięczna za wyratowanie trzysta lat temu od przedwczesnego upadku...

Wychodząc, zapytał:

- Słyszałem, że pana też mają nominować na ministra? Nie? Wielka szkoda! My, niżnienowogrodczanie, bylibyśmy dumni, mając w radzie ministrów swojego człowieka.

Przyjrzał mi się pytająco i dodał:

- Chociaż pan to byłby raczej od edukacji?

Nazajutrz wieczorem Brejew, siedząc u mnie, zdenerwowany, spocony, ze zjeżoną blond sierścią, mieląc łapami, jakby zagniatał ciasto, opowiadał:

- Zwrot w moim życiu zaczął się w najokropniejszych latach wojny japońskiej. Wcześniej żyłem jedynie miłością do naszego pięknego miasta, polityka nawet mi się nie śniła, śniłem o czym innym, i to nawet na jawie. Marzyłem: popracuję, wzbogacę się i zbuduję w Niżnym Nowogrodzie najpiękniejszą kamienicę, taką, że nie tylko swoich, ale i obcokrajowców zadziwię. Żeby przyjeżdżali z Paryża i Londynu oglądać kamienicę Brejewa! Żeby w gazetach pisali: nawet w prowincjonalnych miastach Rosji buduje się takie kamienice, jakich u nas nie uświadczysz!

Z dołu, z ulicy, niósł się ciężki hałas, ryczały klaksony samochodów, płynęła niekończąca się szara rzeka brodatych żołnierzy, ziemia drżała od łomotu ich butów, ktoś krzyczał - państwo rosyjskie chwiało się i rozpadało.

- Nie jestem głupi, umiem ocenić swoje możliwości. Ale jeżeli ja, Wasiutka Brejew, pchła ziemi rosyjskiej, mogę tak rozpaczliwie odczuwać tę krzywdę, tę hańbę, żeby jakiś nieznany naród dawał łupnia mojemu państwu, ojczyźnie, matce genialnych ludzi - jeżeli moje małe serce tak zatruwa ta gorzka krzywda, to jak muszą się czuć, myślę, inni Rosjanie, znaczniejsi, mądrzejsi ode mnie? Od tego zaczęła się moja złość na wszystkich inteligentów, ludzi wykształconych, bo widziałem w nich jedynie niezrozumiałą dla mnie obojętność serca i rozumu wobec losów Rosji. A złość to początek wszelkiej polityki, w każdym razie tak właśnie rozumiem politykę - to rozeźlenie.

- I myślę: jakże to? Że biją nasz lud, nasze wojska, i wam nie żal - to potrafię zrozumieć: ludu nikomu nie żal, lud nawet sam siebie nie umie żałować, znam ja lud! Pan wybaczy, ale uważam, że nie ma w ogóle żadnego ludu, lud nie istnieje, dopóki nie zbierze się ludzi do kupy i nie wrzaśnie na nich, nie nastraszy, nie rozkaże. A ludu, który miałby wspólny interes - nie ma! Lud to jest piasek, glina! I żeby się zaczął nadawać do budowy państwa, trzeba go długo i mocno ugniatać i wypalać w ogniu.

- Tak, czyli nie żal panu ludu? Dobrze, zgoda. A marzenia - też panu nie żal? Człowiek żyje marzeniem, nie ma nic więcej, czym mógłby żyć. Każdy z nas odczuwa uporczywy pociąg do tego, co najpiękniejsze, i to jest ta elektryczność, która napędza ludzi. I to jest marzenie o wspaniałym państwie, najlepszym na świecie. Wszyscy ludzie mają marzenie, oprócz, oczywiście, Żydów, którzy odkąd stracili ziemię pod nogami, mogą marzyć już tylko egoistycznie. Dla Żyda marzenie o pięknie wspólnego życia jest równie niedostępne, jak dla Cygana czy każdego innego koczownika. Wiem, że pan się z tym nie zgadza, że pan jest do Żydów przywiązany, czego zresztą nikt nie rozumie - proszę wybaczyć, ale myślę, że to jakaś dewiacja duszy, coś w rodzaju choroby. Ale odszedłem od tematu.

- A zatem rok 1905. Skandal na cały świat, wszyscy robią rewolucję, nawet ci, co to nie potrafią przyszyć guzika do własnych spodni. Wszyscy biegają po ulicach jak młodożeńcy, chociaż niektórzy, a nawet wielu z nich nastrój ma bardziej pogrzebowy. I wtedy kiełkuje marzenie: trzysta lat temu miasto Niżny Nowogród uratowało Rosję od upadku - czy nie pora przypomnieć ten bohaterski czyn? Bo co to jest rewolucja? Miałem takiego subiekta Leonidkę, niegłupi był chłopak, też się zapisał do rewolucjonistów, wydzierał się codziennie na wszystkich ulicach. Pytam go: "Dobra, Leonid, zrobisz tę rewolucję, a potem - czym się będziesz zajmował?" - "Jak tylko - mówi - wszystko się skończy i wejdzie na nową drogę, zajmę się grzybami, będę uprawiał i marynował grzyby, znam taki sposób - mówi - że każdy grzyb mi przyniesie czterdzieści procent urodzaju!" - "Głupi jesteś - mówię. - To dla tych grzybów niszczysz ustrój państwowy?" I wszędzie tak: kogo nie spytasz o cele rewolucji, wszyscy koniec końców przyznają się do jakiejś błahostki w rodzaju tych grzybów.

- Cóż, jako "czarna sotnia" daliśmy waszemu, pan wybaczy, szaleństwu godny odpór i nawet tego i owego pobiliśmy. Przyznaję, że niektórych - niesłusznie, na przykład pańskiego znajomego, aptekarza Gejnce. Zdarza się. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. A im mniej porządnych ludzi, tym więcej diabli się cieszą.

- Po zwycięstwie nad buntownikami byliśmy, oczywiście, bardzo dumni z siebie i zaraz zabraliśmy się za afirmację życia. Zbliżały się wielkie rocznice, rok 1912 i 1913, stulecie i trzystulecie arcyważnych wydarzeń. Zacząłem przygotowania...

- Powiem panu szczerze - w końcu nie po to się spotkaliśmy, żeby owijać w bawełnę - powiem wprost: list pański, odpowiedź na mój, był tak odważny, że aż mnie to zachwyciło: proszę, jak niżnienowogrodczycy potrafią pisać! Ale z pańskimi opiniami nie mogłem się zgodzić, i nie mogę też teraz, kiedy oczywista opoka imperium runęła i car stał się zakładnikiem swoich poddanych. Aż strach pomyśleć, jak łatwo pozbawił nas rozumu ten nieszczęsny sojusz z Francuzami - i obaliliśmy tron!

- Tak więc nie mogę się z panem zgodzić. Znam lud. Lud ma w nosie, kto siedzi tam, na tronie, niech sobie siedzi choćby Tatar albo Kirgiz, byleby tylko siedział - i byleby marzenie miało punkt zaczepienia. Lud żyje marzeniem, lud musi mieć ogromną fantazję, żeby pogodzić się ze swoim życiem, a życie to nie zmieni się po wieki wieków...

Przerwałem Brejewowi uwagą, że znów żyjemy w czasach rewolucji - poderwał się na równe nogi, twarz z oburzenia nabiegła mu krwią i zaczął mówić przytłumionym głosem:

- Rewolucja? Wolność? Niechże pan da spokój! Jutro ktoś wyskoczy, wrzaśnie: "Ej! Pokażę wam, jak żyć!" I pójdą za nim, a on ich poprowadzi, i dojdą znowu tylko do katorgi. Niech mi pan wierzy, szanowny krajanie: prawdziwie ludowa wolność - to wyłącznie wolność fantazji. Dla ludu życie nie jest i nigdy nie będzie szczęśliwe, ale szczęściem będzie - teraz i zawsze, i na wieki wieków - oczekiwanie szczęścia. Lud potrzebuje bohatera, dobrego człowieka - jak generał Skobielew, Fiodor Kuźmicz czy Iwan Groźny, wszystko jedno kto! I im bardziej odlegli, niepojęci, niedostępni są bohaterowie, tym większa wolność fantazji i tym łatwiej żyć. Musi być coś za siedmioma górami! Potrzeba nam bajek. Nie Boga na niebiosach, ale kogoś na naszej ciemnej ziemi, kogoś o wielkim rozumie i cudownej mocy. Żeby mógł wszystko. Skinie - i wszyscy staną się szczęśliwi - takiego trzeba sobie wyobrazić!

- Tak więc uświadamiać lud, że Romanowowie to Niemcy, nie ma większego sensu. Mogą być i Mordwinami, powtarzam, a ja znam lud! Lud nie potrzebuje ani wielowładzy, ani angielskiego parlamentu, lud nie lubi mechaniki, maszyny - lud kocha tajemnicę. Potrzebuje u władzy potężnej jednostki, choćby ta jednostka była okrągłym zerem - sam napełni to zero siłą swojej fantazji - tak, tak!

- Wrócę do pańskiego listu: mimo wszystko zrobiłem z niego z pięć kopii i rozdałem krajanom, a oryginał odniosłem gubernatorowi Chwostowowi: "Proszę, proszę tylko spojrzeć, co pisze Gorki!" Po co to zrobiłem? Przecież trzeba było zapoznać mieszkańców Niżnego z pańskimi przemyśleniami, chociaż są to przemyślenia szkodliwe. I przecież nie od parady jestem patriotą, a pan wprawdzie zszedł na manowce, ale wciąż jest swój. A list oddałem gubernatorowi po to, żeby nie podejrzewano mnie o rozpowszechnianie kopii.

- Bardzo chciałbym, żeby powrócił pan na ojczystą ziemię na uroczyste jubileusze pamiętnych wydarzeń z historii naszego potężnego państwa, w roku 1912 i 1913!

Brejew zatkał uszy dłońmi i kręcąc głową, pobłyskując ostrymi oczami, wymamrotał:

- Dezorientuje mnie to liczenie wstecz: trzynaście, dwanaście, a potem czternaście, nieprawidłowa kolejność liczb! Gdyby Romanowów wybrano w 1611, zamiast w 1613 roku, a zwycięstwo nad Napoleonem zostało jak jest, w 1812, może żadnego czternastego w ogóle by nie było...

Wypuścił głowę z rąk, westchnął i znów zaterkotał:

- My, którzy wierzymy w zasadę jednowładzy, zamierzaliśmy świętować zakończenie smuty i zwycięstwo nad Europą, przy czym hucznie i bardzo wystawnie, jakby pokazując: patrzcie, wojna przeciwko całej Europie, nasze wojska w Paryżu, i dlaczego? A dlatego, że trzysta lat temu Rosja trafiła w szczęśliwe ręce Romanowów! Rozumie pan? Plan ten urodził się w mojej głowie i aż rozpuchłem od myślenia o nim, jak ciężarna kobieta. Musiałem zorganizować to tak, żeby wspaniałość jubileuszy zaćmiła w pamięci ludu i gorzką klęskę wojny japońskiej, i haniebne szaleństwo popa Gaposzki, tego... tego Mazepy, i w ogóle wszystkie fatalne przeszłe wydarzenia - chciałem pokazać tylko słoneczne dni naszej historii w całej ich oślepiającej chwale.

Podskoczył na fotelu, jakby go kto ukłuł, chwycił się za oparcia i pochylił naprzód. Oczy zamgliła mu zielona wilgoć, spocona, czerwona twarz pociemniała i rozpuchła, nozdrza rozdęły się, szczęka aż chodziła. Ruszał grdyką, jakby chciał coś przełknąć i nie mógł. Dobrą minutę nie był w stanie zapanować nad sobą, potem kolistym gestem wytarł z policzków łzy, uśmiechnął się krzywo i ciągnął, wciąż równie żarliwie, półgłosem, niemal szeptem:

- I raptem mówią mi: "Wasiliju Iwanowiczu, nasz sojusz z Francją nie pozwala tak hucznie świętować rocznicy zwycięstwa w 1812, bo nam się sojusznicy obrażą". Tak, tak mi powiedzieli! A ja na to: chwileczkę! Jeśli moja rozumna twarz nie podoba się sojusznikowi, to powinienem włożyć maskę błazna? Przecież, powiadam, od dawna nosimy taką błazeńską maskę, i świętą rację mają ci, którzy kpią, że kiedy samodzierżawny monarcha tańczy z republiką, właśnie jemu pierwszemu zakręci się w głowie. Tak, już się zakręciło: w parlamencie bajzel, a pan Milukow szykuje się na prezydenta.

- Pan naturalnie wie, że "Związek Narodu Rosyjskiego" oceniał sojusz francusko-rosyjski jako wielki błąd, przyjaźń jastrzębia z niedźwiedziem: jeden na niebie, drugi w lesie, wcale sobie nawzajem niepotrzebni. Szczerze sądziliśmy, że lepsza byłaby dla nas przyjaźń z Niemcami, przyjaźń kamienna, żelazna, przyjaźń nie do złamania!

- Krótko mówiąc, jubileusz pouczającej wojny 1812 roku nam nie wyszedł, pograliśmy sobie gdzieś na placach "Dwunasty rok", muzykę Czajkowskiego, i tyle, daliśmy spokój.

- Z tym większym zapałem rozpocząłem przygotowania do trzystulecia dynastii Romanowów. Wystosowałem apel do studentów Akademii Sztuk Pięknych: "Malujcie, chłopcy, obrazy z życia Niżnego Nowogrodu w roku 1613, rysujcie grób Minina, pracujcie z całego serca!" I faktycznie postarali się, namalowali wspaniałe obrazy, wydrukowałem potem ich reprodukcje, sprzedały się w dziesiątkach tysięcy. Wynająłem barkę, zrobiłem na niej wystawę obrazów i popłynąłem w górę Wołgi: patrz, ludu, do czego jesteś zdolny! Przychodziły tysiące. Pogapią się, pobuczą... Ech, lud... Żelazne plemię.

Założył ręce na kark, splótł palce, wbił wzrok w sufit, potem zamknął oczy i długo milczał.

- Były to w moim życiu ważne dni, czułem się kimś znaczącym. Wszystko takie wystawne, uroczyste, we wszystkich wsiach nadwołżańskich bicie dzwonów, muzyka, jakby całe nasze pospolite życie zmieniło się nagle w carską operę. Wielkie dni...

Wziął ze stołu łyżeczkę do herbaty, starannie obejrzał i niespiesznie, w zamyśleniu wygiął i owinął wokół palca. Odłożył na stół, westchnął i oblizał wargi.

- Żyłem wówczas jak pijany emocjami - i wtedy spadł na mnie ogłuszający cios. Przedstawiono mnie carowi Mikołajowi, ten bardzo był dla mnie łaskaw i nawet podarował mi pierścień, o, proszę, z rubinem. Ale znany właściciel cyrków, Akim Nikitin, też chwalił mi się carskim pierścieniem...

- A z carem było z grubsza tak: gdyby pan wierzył w jakiegoś niedostępnego dla pana człowieka, myślał, że skoncentrowały się w nim wszystkie możliwe wartości, cała siła, mądrość i świętość Rosji, że jest on jakby duchowym trzonem, osią życia narodu, przenikającą wszystko. I nagle z woli ślepego losu stanąłby pan oko w oko z tym człowiekiem, i raptem ze smutkiem, ze strachem zobaczył, że to nie to! Nie to, czym pan żył, nie pańskie marzenie. Cały ten jego blask, cała zewnętrzna wspaniałość to tandetna pozłota! Tak właśnie zobaczyłem nie cara moich marzeń, mojej fantazji, i nawet nie wielkiego człowieka, ale takiego sobie faceta na zwyczajnych nogach. I nawet jakby nic nie mądrzejszego od Wasilija Brejewa, który od najmłodszych lat sam jest sobie panem. I ta zwyczajna twarz. Uprzejmy, oczywiście, sympatyczny, ale na tym koniec.

Brejew wstał, zjeżył się, machnął ręką i powiedział z cichą, upiorną złością:

- Rosyjski car powinien być straszliwy! Okrutny! Straszliwy nawet z wyglądu, nie tylko z charakteru. Albo piękny jak królewicz z bajki, albo jak potwór z bajki, a przy tym straszliwy i okrutny, taki powinien być rosyjski car...

Rozcierając gardło, podszedł do okna, głośno odchrząknął i splunął na ulicę, w jej niecichnący rejwach, a potem głucho zapytał:

- Portret cara Iwana Groźnego pędzla artysty Wasniecowa pan widział? O-o-o właśnie! To jest car dla rosyjskiego ludu! Pamięta pan, jak mu oczko lekko leci w bok? To carskie oko. Oko wszechwidzące. Taki car wszystko widzi i nikomu nie wierzy. Sam! Sam w każdym calu. Przed takim zaraz stajesz pan na baczność i jeszcze się obmacasz, czy aby na pewno wszystko pozapinane? Car, pan i władca...

Brejew znów usiadł, oparł łokcie na stole i ciągnął już spokojniej:

- Właściwie to dalej aż nudno opowiadać. Wysadziło mnie z siodła. Żyłem jak wszyscy, czapkę nosiłem jak wszyscy, aż raptem przejrzałem na oczy: przecież nie mam głowy!

- I wtedy przyszedł rok 1914 i wybuchła ta przeklęta wojna. No, myślę sobie, przyszedł koniec na Rosję, trzeba się zaszyć byle dalej w jakimś cichym kącie, do końca swoich dni. Postanowiłem jechać na Syberię, bo od niej, przez starca Fiodora Kuźmicza, zaczęło się moje szczęście w interesach. Wówczas myśleliśmy, wielu z nas myślało, że Niemcy wyprą nas aż za Ural. Znam ja nasz lud! Lud umie cierpieć, ale nie umie się bronić. No i ciągnęło mnie na Syberię jeszcze jedno: wpadła mi w oko syberyjska dziewczyna, uczyła się w Kazaniu, gdzie mam dom, księgarnię i rodzinę. Jak wiadomo, miłość nie dba o wiek. Pokochaliśmy się nawzajem, chociaż ja jestem po pięćdziesiątce, a ona ma dwadzieścia lat. Mówię do swoich - do żony, do dzieci: "Całe życie na was pracowałem, a teraz - koniec! Chcę żyć sam. Biorę pięćdziesiąt tysięcy, a wszystko pozostałe tutaj i w Niżnym jest wasze! Powodzenia. Żegnajcie!" I wyjechałem.

- Na Syberii przypadkiem spotkałem człowieka, który zna się na bogactwach naturalnych, i tak zająłem się rudą. Tam trzeba wciąż coś budować, a ja nie przywykłem leżeć do góry brzuchem. Straciłem moje marzenie. Widzę Rosję w rozpadzie i szaleństwie, pan wybaczy! Nie poznaję mojego ludu. Oczywiście nie wierzę, że długo będzie tak sobie łaził i stroszył piórka... Przycisną go do ziemi.

Brejew mówił od niechcenia i chyba nie to, o czym akurat myślał. Mrużył zielonkawe oczka, strzelał nimi, znów widziałem drobne, ostre iskierki w pociemniałych źrenicach. Otwierał usta jak ryba i szybko oblizywał suche ciemne wargi. Raptem jakby zakrztusił się jakimś słowem, machnął ręką, przerwał przemówienie, wstał i złapał się dłońmi za oparcie krzesła. Najwyraźniej tknęła go jakaś ekscytująca myśl. Zmrużył oczy, znajomo zjeżył szczecinę brwi; brwi drżały. Sucho pokasłując, znów zaczął mówić, niemal szeptem:

- Powiedziałem, że człowiek żyje marzeniem. Powiedziałem, że trzeba mieć wielką wyobraźnię, żeby przyjmować życie jako coś dobrego, bez złości, bez sprzeciwu, tak zwyczajnie, po prostu, jako materiał do opracowania przez rozum. A człowiek i lud bez marzenia są jak od urodzenia ślepi... I dlatego...

Rozkaszlał się, potarł ręką pierś, oczy rozpalały mu się coraz bardziej.

- Z takiej skłonności ludzkiej duszy trzeba umieć korzystać. Jeżeli pan potrafi rozpalić przed ludźmi jakieś dostępne im piękno, pójdą za panem w ogień! I wszystko wybaczą, zapomną wszelkie grzechy i błędy. I dlatego...

Chwycił obiema rękami moją dłoń i mocno uścisnął.

- Pan przecież też jest człowiekiem marzenia! I oto teraz przed panem staje tak szlachetne zadanie! Pański talent w godzinę może wszystko naprawić...

Bez wątpienia bredził, cały się trząsł i sprawiał wrażenie szaleńca. Niezbyt się zdziwiłem, kiedy szarpiąc mnie za rękę, szepnął na ucho:

- Zapyta pan: jak? Bardzo prosto. Wśród ludu chodzi słuch, że tajemniczy starzec Fiodor Kuźmicz to tak naprawdę car Aleksander I, Aleksander Błogosławiony, a Grigorij Rasputin to syn rosyjskiego cara i zwykłej wieśniaczki, a carewicz Aleksiej to syn Rasputina, wnuk Aleksandra Błogosławionego, carewicz ludowej krwi! Rozumie pan? Odkupienie! Wszystkie grzechy przeszłości, wszystkie błędy zmyte prawdziwie rosyjską, czysto ludową krwią. Car chłopskiej krwi, pan rozumie?

- Może to wszystko nieprawda, ale co z tego, co z tego? Niech mi pan wierzy, tutaj nie trzeba prawdy, tu trzeba marzenia, na nagiej prawdzie nie zbuduje się państwa, nie ma takiego państwa! A gdyby tak pan oddał swój talent w służbę wielkiej sprawy wskrzeszenia marzenia, prawdziwie państwowego, prawdziwie rosyjskiego...

Uniósł ręce, jakby zamierzał wniebowstąpić, i z szalonym - albo dziecięcym? - uśmiechem zawołał ochryple, dławiąc się słowami:

- I - niech pan tylko pomyśli - co to by znaczyło dla mnie, dla Brejewa, Wasiutki, Wasilija Iwanycza? Zacząłem życie z łaski tajemniczego starca Fiodora - a Fiodor to przecież Filaret! - ojciec Michała Romanowa! - a skończyłbym je, życie, wznosząc jego imię na najwyższe wyżyny. Co? Bajka? Co?

W dole, na ulicy, ogłuszająco hałasował rosyjski lud, łamiąc i rozszarpując kutą przez tysiąclecie żelazną klatkę państwa...

Petersburskie typy

Tej wiosny, od pierwszych jej ciepłych dni, na ulice Petersburga wyleźli fantastyczni, upiorni ludzie. Gdzie i czym żyli do tej pory? Można sobie wyobrazić, że w jakiejś zakazanej dzielnicy zburzono ogromny, stojący samotnie dom, w którym wszyscy ci ludzie chowali się przed życiem, skrzywdzeni i odrzuceni przez życie.

Są obdarci, brudni, pewnie bardzo głodni, ale niepodobni do nędzarzy i nie żebrzą. Milczący, chodzą ostrożnie, patrzą na zwykłych mieszkańców miasta z nieufną ciekawością. Przystają przed wystawami sklepowymi i oglądają przedmioty oczami ludzi, którzy chcą się czegoś domyślić albo coś sobie przypomnieć, na przykład - do czego to służy? Boją się samochodów, jak dwadzieścia lat temu bali się ich wieśniacy.

Wysoki starzec o ciemnej twarzy z zapadniętymi oczami, krzywym nosem i zielonkawą brodą uprzejmie uchyla wymiętoszonego kapelusza z dziurą w denku i pyta przechodnia, wskazując długą ręką odjeżdżający samochód:

- Elektryczność? Aha... Dziękuję.

Chodzi z wypiętą piersią i dumnie uniesioną głową, nikomu nie ustępuje drogi; mierzy przechodniów odstręczającym spojrzeniem zmrużonych oczu. Jest bosy i kiedy stawia stopy na płytach chodnika, podwija palce, jakby sprawdzał wytrzymałość kamienia.

Zadziorny chłopak w świątecznym nastroju spytał takiego:

- Kim pan jest?

- Prawdopodobnie człowiekiem.

- Rosjaninem?

- Od urodzenia.

- Wojskowym?

- Możliwe.

Przygląda się chłopakowi i teraz on pyta:

- Robicie rewolucję?

- Już zrobiliśmy!

- Aha...

Stary odwrócił się i zapatrzył w wystawę antykwariatu; lewą ręką trzymał się za brodę. Chłopak krążył wokół niego, zapytał jeszcze o coś, ale stary, nie patrząc na niego, powiedział spokojnie, niegłośno:

- Idź pan stąd.

Na ulicy Siemionowskiej przytulona do muru cerkwi stoi kobieta około czterdziestki; jej żółta twarz zapuchła, oczu prawie nie widać, usta na wpół otwarte, jakby się dusiła. Gołe nogi wsunęła w ogromne buciory, na buciorach gruba warstwa zaschniętego błota. Jest zakutana w nankinowy męski szlafrok, ręce złożyła na piersiach, głowę zdobi słomiany kapelusz z wyświechtanymi listkami i jedną wisienką; wiśni była cała kiść, ale została tylko ta jedna, puste ogonki i jakieś resztki, błyszczące jak szkło. Kobieta marszczy gęste, pięknie wygięte brwi i uważnie patrzy, jak ludzie wpychają się nawzajem do wagonów tramwaju, jak wyskakują, wysypują się na przystanku i rozbiegają na wszystkie strony. Wargi kobiety drżą, jakby liczyła pasażerów. A może na kogoś czeka i powtarza słowa, które musi powiedzieć przy spotkaniu. W czerwonych wąziutkich szczelinach zapuchniętych oczu błyszczy coś niedobrego, suchego i ostrego. Z obrzydzeniem odsuwa się od dziewczynek i chłopców, sprzedających papierosy, dwa czy trzy razy nawet odepchnęła ich łokciem i biodrem.

Ktoś zapytał ją cicho:

- Może potrzebuje pani pomocy?

Zmierzyła pytającego wściekłym spojrzeniem i odpowiedziała równie cicho:

- Dlaczego pan tak sądzi?

- Przepraszam.

Obok stała czyściutka staruszka w koronkowym czepku i sprzedawała coś tam z konopi czy gliny. Kobieta spytała ją:

- Pani będzie ze szlachty?

- Z kupiectwa.

- A... Ilu ludzi mieszka w tym mieście?

- Nie wiem. Dużo.

- Okropnie dużo!

- Pani przyjezdna?

- Ja? Nie. Miejscowa.

Zakołysała się, skinęła staruszce zabawną główką i poszła w stronę cyrku, szurając po chodniku ciężkimi buciorami; spadały z jej gołych, brudnych nóg.

...Siedzi na ławce w parku za cyrkiem, a obok oparta na lasce ciężko dyszy wielka, gruba starucha z kamienną twarzą, w okrągłych czarnych okularach, ubrana w resztki futra, w strzępy jedwabiu i szarej pelisy.

Mijając je, słyszę ochrypły głos, ostre słowa:

- Ostatni porządny człowiek w tym mieście zmarł dziewiętnaście lat temu...

A stara wrzeszczy jak głucha:

- Sąd okręgowy się spalił, poszłam zobaczyć, same mury zostały. Spalił się. Kara boska...

Kobieta w wielkich buciorach mówi jej na ucho:

- Moi siedzą w więzieniu. Wszyscy.

Chyba się roześmiała.

Szybko, wielkimi krokami chodzi, niemal biega malutki i bardzo włochaty człowieczek o małpiej twarzy, z rozpłaszczonym nosem. Ciemnoniebieskie źrenice oczu ma niespokojnie rozszerzone, otacza je cieniutki opalizujący krążek białka. Płaszcz z żaglowego płótna jest na niego za duży, nierówno obcięte poły wiszą jak frędzle, jakby poszarpały je psy. Na nogach ma rozdeptane walonki. Jest bez kapelusza, na głowie sterczą szare kępy kudłów, gęsta, mocno posiwiała broda rośnie na wszystkie strony zaraz spod oczu, zza szczęk, z uszu. Biega i trwożnie coś mamrocze, wymachując rękami, często i mocno splatając palce.

Na bulwarze koło Domu Ludowego mówił do żołnierzy:

- Zrozumcie - szczególnie wy musicie to zrozumieć! - człowiek tylko wtedy jest szczęśliwy, kiedy pamięta, że człowiekiem jest tylko na krótko, i kiedy się z tym pogodzi...

Mówi cichutko, cienkim głosem, choć z jego wyglądu należałoby się spodziewać basowego ryku. Kołysze się na nogach, jedną rękę przyciska do serca, dłonią drugiej dyryguje - ręce ma też włochate, na palcach ciemne kępki. Przed nim na ławce trzech żołnierzy pogryza słonecznik, wypluwając łuski na brzuch i na nogi brodacza, czwarty żołnierz - z czerwonym kraterem na policzku - pali i próbuje wdmuchać strużkę dymu do ust i nosa mówcy.

- Zapewniam: nie ma sensu budzić w nas, ludziach, nadziei na coś lepszego, to wręcz nieludzkie i zbrodnicze, to tak jakby przypiekać ludzi na ogniu...

Żołnierz zgasił śliną niedopałek papierosa, pstryknął go w powietrze i wyciągnąwszy nogi, zapytał:

- Kto ci płaci?

- Komu? Mnie?

- Tobie. Kto?

- Co znaczy: płaci?

- To znaczy. Burżuje, Żydzi?

Brodacz uśmiecha się niepewnie i milknie, a jeden z trzech żołnierzy leniwie radzi przesłuchującemu:

- Kopnij go w brzuch.

Inny mówi:

- On nawet nie ma brzucha.

Brodacz odstępuje o krok, wkłada ręce do kieszeni, potem gwałtownie wyciąga i zaciska pięści:

- Mówię, co myślę. Nikt mi nie płaci. Ja też myślałem i czytałem, i wierzyłem. Ale teraz wiem: człowiek żyje krótko, wszystko ginie, i on...

Żołnierz z kraterem na policzku krzyczy wściekle:

- Won!

Brodacz odbiegł, wzbijając walonkami kurz, a żołnierz powiedział do kolegów:

- Straszy nas, sukinsyn. I niby tego, no, że go nie rozumiemy. Aha, no, rozumiemy, wszystko rozumiemy...

Wieczorem tegoż dnia brodacz rozważał, siedząc na ławce przy moście Troickim:

- Zrozumcie: tak naprawdę człowiek większości, prosty człowiek, ten, którego uważamy za głupca, to właśnie on jest prawdziwym budowniczym życia. Większość ludzi jest głupia...

Słuchali go: ospowaty marynarz z krzywym nosem, szeroki i ciężki, milicjant, gruba kobieta w niebieskiej sukience, trzech szarych ludzi, pewnie robotnicy, i żydowski chłopiec, zaszyty w czarną skórę. Chłopiec gorączkował się i złośliwie pytał:

- Może i proletariat jest głupi, co?

- Mówię o ludziach, którzy chcą bardzo niewiele i przede wszystkim żeby im nie przeszkadzano żyć - jak potrafią...

- Burżuje, tak?

- Czekaj no, towarzyszu - powiedział ciężko marynarz. - Niech mówi...

Orator skinął głową w stronę marynarza.

- Dziękuję panu.

- Nie ma po co.

- Człowiek zdaje się głupi tylko z naszego książkowego punktu widzenia, natomiast sam jest całkiem zadowolony z tej ilości rozumu, jaką obdzieliła go natura, i dobrze się nim posługuje...

- Racja! - powiedział marynarz. - Dawaj dalej!

- Jest człowiekiem nie na długo, wie o tym i wcale się nie martwi, że za jakiś czas przyjdzie mu spocząć w grobie...

- Racja, wszyscy pomrzemy! - powtórzył marynarz, mrugając do skórzanego chłopaka, i uśmiechnął się szeroko na dowód, że jest głęboko pewien swojej osobistej nieśmiertelności.

A brodaty mówca ciągnął wciąż cicho, bardzo dziwnym tonem, jakby prosił, błagał, żeby mu wierzyć:

- Nie chce wzburzać życia nadzieją, wystarczy mu wolno płynące, spokojne życie pod nocnymi gwiazdami. Powiadam: wzbudzanie jałowych nadziei w ludziach, którzy są tu nie na długo, to łamanie im życia. Co może dać komunizm?

- Aha! - powiedział marynarz, oparł się dłońmi o kolana, pochylił naprzód i wstał:

- No, idziemy!

- Dokąd? - spytał brodacz, cofając się o krok.

- Nie wiem. Towarzyszu, was też proszę ze mną...

- E, zostawcie go - powiedział pogardliwie chłopak, machając ręką.

- Proszę za mną! - powtórzył marynarz ciszej, ale jego ospowata twarz poczerwieniała i oczy groźnie błysnęły.

- Nie boję się - powiedział brodacz, wzruszając ramionami.

Baba przeżegnała się i poszła sobie, milicjant również odszedł, grzebiąc palcem w zamku karabinu, a trzech pozostałych wstało tak machinalnie, tak jednocześnie, jakby wszystkimi kierowała jedna wola.

Marynarz i skórzany chłopak zabrali zatrzymanego do Twierdzy Pietropawłowskiej, ale dwu przechodniów dogoniło ich na mostku i zaczęło przekonywać marynarza, żeby puścił filozofa wolno.

- Nie-e - oponował marynarz - trzeba pokazać temu psiemu pudlowi, jak bardzo niedługo żyje człowiek.

- Nie boję się - cicho powtórzył pudel, spoglądając pod nogi. - Ale dziwi mnie, jak mało rozumiecie...

Nagle ostro zawrócił i poszedł z powrotem, w stronę placu.

- Patrzcie, ucieka! - niegłośno i ze zdumieniem powiedział marynarz. - Poszedł! Ej, dokąd to?

- Zostawcie go, towarzyszu, sami widzicie - nienormalny...

Marynarz gwizdnął w ślad za włochatym człowieczkiem i powiedział z uśmiechem:

- Cholera, poszedł sobie i - ani pisnęliśmy! Odważny, pudel jeden, faktycznie całkiem wariat...

Pod Domem Ludowym kręci się, szwenda między ludźmi bystry staruszek w wypłowiałym meloniku i długim sukiennym płaszczu z szalowym kołnierzem. Przystaje przy każdej grupce i przechylając głowę, grzebiąc w ziemi laską z kościaną rączką, słucha uważnie: co tam ludzie gadają? Ma okrągłą jak piłka, różową twarz, okrągłe błyszczące oczy nocnego ptaka, pod jastrzębim nosem szare, kłujące wąsy, a na podbródku koźlą kępkę jasnożółtych włosów - szybkimi ruchami trzech palców lewej ręki zwija ją, wsuwa do ust, żuje chwilę i wypluwa:

- Pp!

Wkręca się ramieniem między ściśniętych ludzi, jakby chował się między nimi, i słychać jego terkocący głosik, spieszne, dobitne słowa:

- Ja tam wiem, które stany to największe szkodniki i trzeba zniszczyć je do szczętu, żeby nawet kosteczki i prochu...

Słuchają go bardzo uważnie żołnierze, robotnicy, służba i "panie do towarzystwa", słuchają patrząc mu w usta i jakby wysysając dźwięczne dzwoniące słowa. Mówiąc, trzyma swoją laskę w poprzek tułowia i szybko przebiera po niej palcami, jak po flecie.

- Po pierwsze: wszelkiego stopnia urzędnicy; sami wiecie, jaka to dla nas plaga i koszmar, co może być gorszego od urzędników? Sędziowie, więzienia, kancelarie - wszystko jest w ich rękach. Mają, jak szarlatani, całe gabinety tajemnic. Ich trzeba zniszczyć nasamprzód...

Jakaś ruda dziewczyna, zdaje się pokojówka, spytała rozeźlona:

- A ty kto jesteś? Pewnie też urzędnik?

Pospiesznie odpowiedział urażony:

- Nigdy nie robiłem nic przeciwko biednemu ludowi, nigdy. Jestem wróżem, prorokiem, znam przyszłość...

Zaproponowali mu, żeby powróżył.

- To zakazane, nie można tak przy ludziach!

A na pytanie: "Co z nami będzie?" - odpowiedział, spuściwszy wzrok:

- Będzie źle, jeśli od razu nie skończymy tego, co zaczęliśmy! Zęby trzeba wyrywać z korzeniami. Urzędników - wykosić. I razem z nimi uczonych - niech nie oślepiają nam rozumu, niech nie wmawiają, że kopiejka to rubel, tak! My jesteśmy uczeni, aha, słuchajcie nas, aha, napiszemy wam prawa! Napisali, porozlepiali wszędzie: "Nie pij surowej wody!" A co? Che-che-che...

Śmiał się, czy może wzdychał, wyrzucając z zaokrąglonych ust to wściekłe:

- Che-che-che-e...

I krzywiąc twarz, pytał tryumfalnie:

- A my co, pijemy taką surową, czy nie pijemy, co?

Słuchacze śmiali się i odpowiadali kilkoma głosami:

- Pijemy.

- I żyjemy?

- Niby żyjemy.

- No właśnie! Tyle są warte ich prawa. Tyle! I za to ich wykosimy...

I przekonany, że zrobił, co do niego należało, ulatniał się z tłumu, odchodził, wymachując laską, a w nowej grupie znów zaczynał terkotać:

- Dwa, dwa stany nadokuczyły nam najgorzej, sam ból i hańba...

Bez wątpienia on również wylazł z jakiegoś ciemnego kąta, do którego zapędziło go życie i gdzie latami siedział samotnie i wił się, gromadząc złość i pragnienie zemsty.

Niemało jest ludzi wzniecających wrogość wobec inteligencji; zdaje mi się, że najczęściej są to stróże, lokaje, kucharki i w ogóle służba domowa.

Po jednym z mityngów w cyrku "Modern" gruba kobieta z czerwoną twarzą opowiadała żołnierzom, "jak żyją panowie", opowiadała dowcipnie i takimi słowami, że nawet trzy na dziesięć nie przejdą w druku. Żołnierze dziko rechotali i spluwali od serca, słuchając, co robił doktor, specjalista od chorób kobiecych, jak zachowywała się Żydówka-dentystka i jak aktor "opracowywał" swoje uczennice.

- Bić tych skurwysynów - powiedział surowo czarny żołnierz z podwiązaną szczęką. - Wybić do ostatniego...

A w innej grupie kulawy mężczyzna koło czterdziestki, bezwłosy jak skopiec, krzyczał:

- Całe życie robiłem w stajni przy koniach, w gnoju, a oni w pięknych mieszkaniach na mięciutkich kanapach bawią się z pieskami. Czekaj no! Teraz ja chcę pobawić się z pieskiem, a wy marsz do stajni, zrozumiano? A niby czemu nie, co?

Straszliwie i okrutnie przemawiała młoda kobieta, jednooka, o twarzy spalonej kwasem siarkowym:

- Zajrzyjcie do Biblii - widzieliście tam panów? W Biblii nie ma panów! Są królowie, sędziowie, prorocy - a panów nie ma! I sam Bóg nakazał wybijać plemiona, w których byli panowie, wybijać co do nogi, z kobietami i dziećmi, i nawet z niewolnikami. Bo od panów psuje się i służba, i służba to też już nie ludzie, nie!

- Udław się, babo - poradził jej ktoś z tłumu.

Ale ona, ściskając dłońmi swoje krągłe sterczące piersi, krzyczała ostro i dźwięcznie:

- Jedenaście lat byłam pokojówką, wszystkiego się napatrzyłam...

Napatrzyła się takich rzeczy, o jakich nie miał pojęcia Octave Mirbeau, pisząc "Dziennik panny służącej", i kiedy mówiła o tym, co widziała, słuchali jej bez śmiechu, w ponurym milczeniu.

Dopiero gdy sobie poszła, cała czerwona i spocona z podniecenia, żołnierzyk z zadartym nosem powiedział, patrząc za nią:

- Nie darmo jej pysk zeszpecili.

Skrzywdzony człowiek robi się straszliwy, kiedy uświadamia sobie swoje prawo do zemsty i może mścić się swobodnie.

I właśnie o takim człowieku powinni przede wszystkim pamiętać reformatorzy społeczni i przywódcy polityczni.

Marzenie

"Towarzyszu Gorkow, opowiem wam coś bardzo śmiesznego o sobie: miałem taką zachciankę nie do wytrzymania - żeby tak jakąś hrabinę, no, żeby z nią pospać. Długo szukałem, nawet mi się śniła: wysoka, biała, oczy stalowe - i cała taka twarda.

Trafiały się różne ziemianki, szlachcianki, u nas w obozie było takich na pęczki, ale hrabiny - nie. Koledzy, oczywiście, śmieją się ze mnie, a ja sobie myślę: "Chrzanicie, znajdę!" I znalazłem. Przyprowadzili mi ją, aresztowaną za kontrrewolucję, a jakże; leci do mnie taki jeden matoł: "Jepifaniew - wrzeszczy - chodź tu zaraz, przyprowadzili twoją!" Przychodzę, a ona ma z pięćdziesiątkę, wielki nochal i dzioby po ospie! Wściekłem się: "Co z tobą, taka owaka?" A ona do mnie: "Won, głupi, taką mnie Pan Bóg stworzył". Mało jej nie trzasnąłem. "Ta-ak - mówię. - To niech cię Bóg sam ..., bo ja nie będę". I nawet jej nie tknąłem. Pośmiać się, pewnie, pośmiałem do rozpuku, ale od babskiej strony ani tknąłem. I od tej historii przeszło jak ręką odjął: śpię teraz z różnymi babami i żadnej hrabiny nie szukam. Na co mi ona. I tylko czasem myślę: "Czym się to wszystko skończy, ta nasza zawierucha?" Bo przecież, faktycznie, jak byś nie żył, co byś nie wyprawiał, a tak czy tak umrzesz, co nie?"

Stare psy

...Szyby w oknie poszarzały, koścista twarz mojego rozmówcy pociemniała, gęsto zaległy cienie we wgłębieniach pod oczami. Miałem wrażenie, że jego błądzące spojrzenie stało się skupione, głębsze; nudne narzekania brzmiały teraz bardziej wiarygodnie, a nerwowy ochrypły głos - łagodniej. Bezlitośnie i pewnie do bólu mocno nawijając na palec bezbarwne włosy rzadkiej brody, mówił:

- Lud świętujący wolność widziałem we śnie jakieś dziesięć lat temu; siedziałem wówczas w więzieniu w Orle, a wydarzenia 1905 roku były wciąż świeże. Pan wie, jak bestialsko bito ludzi w tym więzieniu. Tak. Mój sen zaczął się od koszmaru: grupka ludzi, wśród nich Borisow, zecer, mój uczeń, dźgała, rozsmarowywała pałkami czyjeś zmasakrowane ciało. Spytałem Borisowa: "Za co mu to zrobiliście?" - "To wróg!" - "Ale przecież człowiek?" - "Że co? - ryknął Borisow i zamachnął się na mnie pałką. - Bić go!"

- Ale pałka wypadła mu z rąk, wyciągnął je naprzód i szepnął w zachwycie, tanecznie podskakując: "Patrzcie, idą, idą, no pewnie!"

- A szły nieprzeliczone rzesze uduchowionych ludzi i widziałem niesamowity, gwiezdny blask tysięcy oczu. Właśnie po oczach poznałem najważniejsze: naród zmartwychwstał! Rozumie pan? Zmartwychwstał, przeszedł przemianę duchową. I zaraz się w nim rozpłynąłem, i jakbym zajął się ogniem, wybuchł i zaraz spłonął.

Mój gość zastukał ołówkiem o brzeg stołu, wsłuchał się w suche dźwięki i znowu zastukał.

- Teraz widzę tryumfujący lud na jawie, ale czuję się wśród niego obco. Tryumfuje, ale nie ma w nim tej nowej jakości, którą widziałem we śnie - nie ma przemiany duchowej. Tryumfuje, włożyłem wszystkie swoje siły w to, żeby zatryumfował, i - pozostałem mu obcy. Bardzo dziwne...

Spojrzał w okno i chwilę nasłuchiwał; ostrożnie, niepewnie dzwonili na nabożeństwo wieczorne, w Twierdzy Pietropawłowskiej szczekał karabin maszynowy: żołnierze albo robotnicy studiowali techniki obrony wolności.

- Może, jak wielu ludzi, nie potrafię świętować. Cała energia poszła na walkę, na pragnienie, straciłem zdolność cieszenia się zdobyczą. Może po prostu zabrakło mi sił. Ale rzecz w tym, że widzę dużo złości, widzę zemstę, ale wcale nie widzę radości, tej radości, która odmienia człowieka... I nie widzę wiary w zwycięstwo.

Wstał, rozejrzał się, mrugając jak oślepiony, podał mi rękę i ściskając moją, powiedział:

- Źle się czuję. To jakby Kolumb dopłynął w końcu do brzegów Ameryki, ale Ameryka okazała się obrzydliwa.

Wyszedł.

...Wielu ludzi czuje się dzisiaj jak on. To znaczy jak pies stróżujący pod koniec swojego pieskiego życia: od szczeniaka szczekał i wył tak uczciwie, z niezachwianą wiarą w słuszność swojej sprawy, a w nagrodę dostawał kopniaki. I nagle widzi, że nie ma już czego pilnować, że nikt już o nic nie dba. Po co wobec tego siedział całe życie w ciemnej budzie "sprawy" na łańcuchu "obowiązku"? I stary uczciwy pies czuje się do szaleństwa skrzywdzony...

...Inny człowiek tego rodzaju powiedział o rewolucji:

- Uwielbialiśmy ją, jak zakochani romantycy, ale przyszedł cham i brutalnie zgwałcił naszą ukochaną.

Sąsiedni wagon "buksuje", oś natrętnie piszczy:

- Riga-igo-igo, riga-riga-igo...

A koła pociągu wystukują:

- Po-dróż-ny, po-dróż-ny...

Podróżny jest tak bezbarwny, że w ostrym słońcu pewnie go nie widać. Jakby spleciony z mgły i cieni, rysy głodnej twarzy niewyraźne, oczy przysłonięte ciężkimi powiekami, obwisłe policzki i zmierzwiona bródka niby na łapu-capu zbite z juty. Wymiętoszona szara czapka podkreśla to skojarzenie. Podróżny pachnie naftaliną. Siedzi w rogu kanapy, podwija nogi, czyści paznokcie zapałką i przeziębionym głosem cichutko mamroce:

- Prawda to jest twierdzenie przesiąknięte wiarą.

- Każde twierdzenie?

- Tak, każde...

- Igo-igo-riga...

Za oknem, w półmroku jesiennego poranka, drzewa wymachują czarnymi gałęziami, lecą liście i iskry.

- W księdze proroka Jeremiasza powiedziano: "Ojcowie jedli cierpkie jagody, a synom zdrętwiały zęby". Dla naszych dzieci prawda to zdrętwiałe zęby. Jedliśmy cierpkie jagody analizy, a oni uznali za prawdę niewiarę i negację.

Owinął spiczaste kolana połą letniego płóciennego płaszcza i starannie dłubiąc zapałką pod paznokciami, mówił:

- Mój syn zanim zaciągnął się do Armii Czerwonej, powiedział mi: "Jesteś, ojcze, uczciwym człowiekiem, więc otwórz oczy i patrz: w teorii wszystkie podstawy życia zostały zniszczone przez twoją, twojego pokolenia wieloletnią i wielostronną krytykę - więc czego, tak naprawdę, bronicie?" Mój syn był niemądry, formułował myśli książkowo i niezgrabnie, ale był chłopcem uczciwym. Został bolszewikiem zaraz po publikacji tez Lenina. Mój syn miał rację, bo wierzył w siłę negacji i zniszczenia. Mój rozum też akceptował bolszewizm, ale serce nie umiało go przyjąć. Tak właśnie powiedziałem śledczemu z Czeka, kiedy aresztowano mnie za kontrrewolucję. Śledczy, młody chłopak, elegant i, zdaje się, prawnik, przesłuchiwał mnie bardzo fachowo. Wiedział, że mój syn zginął na froncie Judenicza i traktował mnie względnie dobrze, ale czułem, że chętniej by mnie rozstrzelał. Kiedy wspomniałem mu o konflikcie rozumu i serca, uderzył dłonią w papiery i powiedział w zamyśleniu: "Wiemy o tym z pańskich listów do syna, ale to, oczywiście, nie poprawia pańskiej sytuacji". - "Rozstrzelacie mnie?" - zapytałem. Odpowiedział: "Najprawdopodobniej tak, jeżeli nie pomoże nam pan rozwikłać tej paskudnej sprawy". Rzekł to bez emocji, ale z takim jakby przepraszającym uśmieszkiem. Ja chyba też się uśmiechałem, podobał mi się jego stosunek do obowiązków. A jeszcze bardziej mnie ujął, kiedy powiedział tak, wie pan, wprost, całkiem zwyczajnie: "Może to dla pana lepiej - umrzeć, prawda? Przecież życie w takim wewnętrznym konflikcie musi pana męczyć?" Potem przeprosił: "Proszę wybaczyć pytanie bez związku ze sprawą".

- Igo-riga-riga, igo-igo - piszczy oś.

Podróżny ziewa, kuli się, patrzy przez okno, strużki deszczu płyną po szybie.

Pytam:

- Ale jednak pana wypuścili?

- Jak widać. Żyję. Jak widać.

I obracając ku mnie jutową twarz, powiedział z lekką ironią, prowokacyjnie:

- Pomogłem mu w pewnych aspektach śledztwa...

- Po-dróż-ny, po-dróż-ny - stukają koła pociągu. Deszcz pada coraz mocniej - oś piszczy coraz przenikliwiej.

- I-gui-guigu-igui...

Życie

Na szklanym niebie wściekle płonie słońce lipcowego popołudnia. Miasto dusi się w skwarze, nieme, milczące, tylko czasem szemrzą niejasne dźwięki, słowa z maligny.

Marny falsecik w zadumie wyśpiewuje:

Nad srebrną rzeką

Na piasku złociutkim,

Szukałem śladów

Dziewczyny młodziutkiej...

Bas z rozdrażnieniem pyta:

- Gdzie was ciągali nad ranem?

- Na rozstrzelanie.

- Dużo ludzi?

- Trzech.

- Skomleli?

- Po co?

- Co, bez krzyków?

- Porządni. Też mają swoją dyscyplinę: nabroiłeś, trzeba płacić.

- Panowie?

- Raczej że nie. Przeżegnali się.

- Musi z ludu.

Minuta milczenia, potem znów falsecik:

Pokaż mi, księżycu,

- Strzelałeś?

- No a jak?

Kędy tu chodziła...

Bas kpi:

- Śpiewasz sobie o dziewczynach, a koszulę sam łatasz. Łajza...

- Poczekaj, będę miał dziewczynę. Wszystko będę miał...

Opowiedz, wietrzyku,

O czym tu marzyła...

...Kolumny w sali przystrojono czerwonym płótnem i delikatną zielenią brzozowych gałązek. Przez ażur listków prześwitują złote litery, składając się w słowa:

"Proletariusze... Niech żyje..."

Przez otwarte okna wpada świeżym powiewem wiosna, widać czarne drzewa i gwiazdy nad nimi.

W rogu sali czarny człowiek, zginając cienką szyję, wali długimi łapami w klawisze fortepianu. Na parkiecie płynnie wirują marynarze i robotnicy, obejmując różnobarwne dziewczyny, głośno szurając, przytupując. Diabelski harmider, dzika wesołość.

- Grande roue, diabły! - ryczy młody wielkolud w białych pantoflach i niebieskiej koszuli, z grzywą i bliznami na czole i policzku. - Czekaj, nie grande roue, tylko jak mu tam? Złapcie się za ręce i w koło - ma-arsz!

Formuje się piszczący korowód, wiruje wicher różnobarwnych plam, łomoce parkiet pod obcasami, trwożnie podzwaniają kryształy wielkiego żyrandola.

Za kolumną, pod fałdami czerwonego sztandaru, schroniła się wytańczona już para: barczysty marynarz z nagą piersią, ospowaty i rudy, i panienka cała w lokach i w błękitnej sukience. Jej szare oczy błyszczą w zdumieniu - pewnie pierwszy raz tak pokornie klęczy przed nią taka bestia, zaglądając w jej porcelanową twarzyczkę dobrymi okrągłymi oczami. Dziewczyna wachluje się bielutką chusteczką i co chwilę mruga, widać i boi się, i jest jej przyjemnie.

- Olgo Stiepanowno, proszę pozwolić, że wrócimy do tematu pani uczuć religijnych...

- Oj, chwilkę, tak tu gorąco...

- Nie, wróćmy! Dobrze, no, powiedzmy - Bóg! Przecież Bóg to tylko fantazja, a ja jestem realny, a przy tym - jakbym dla pani nie istniał.

- Wcale że nie...

- Proszę pozwolić! Czy pani myśli, że mi z tym przyjemnie? Wytwór fantazji zwodzi panią w niepojętą pustkę i bezradność, a tu przed panią jest człowiek, gotów iść za panią do piekła...

- Równać do dam! - groźnie rzuca komendę wielkolud, unosząc rękę nad głową. - Ósemkami wokół kolumn - marsz!

- Olgo Stiepanowno, proszę...

Łapie panienkę tak, że jej oderwane od podłogi stopy migają w powietrzu, i rzuca się z nią w pstry, hałaśliwy wir tańca.

Potem zdyszana panna siedzi na parapecie, a on, stojąc przed nią, przekonuje półgłosem:

- Pewnie, że jesteśmy już nowymi ludźmi, prostymi, z ludu - ale nie zwierzętami ani nie diabłami...

- A czy ja powiedziałam coś takiego? Nie...

- Chwileczkę! Jeśli pani koniecznie chce, żeby brać ślub w cerkwi, to niby głupstwo, ale koledzy mogą się ze mnie nabijać...

- To niech pan nikomu nie mówi...

- Pobrać się po cichu? Nawet na taki grzech przeciw ateizmowi jestem gotów dla mojej kochanej duszki; ale jednak, Olgo Stiepanowno, lepiej będzie, jeśli zaczniemy się przyzwyczajać do ateizmu, jak mi Bóg miły! Musimy żyć, Olgo Stiepanowno, na własny rachunek, bez obaw - dość już tego strachu! Teraz nikogo nie musimy się bać, tylko samych siebie. Ej, towarzyszu? Czego tu szukacie? Może tego?

W powietrzu powoli unosi się pięść wielkości półpudowego odważnika.

A pośrodku sali ryczy jak opętany wodzirej-wielkolud:

- Wycofać się o dwa kroki od pań i ukłon - r-raz, dwa-a! Panie wybierają kawalerów, który się której podoba, bez krępacji...

Z listu

Z listu obywatela F. Popowa:

"Jako że sławny Darwin bez wątpienia stwierdził fakt konieczności walki o byt i nie ma nic przeciwko likwidacji słabych, to znaczy niezdolnych do pożytecznej pracy ludzi, i biorąc pod uwagę, że w starożytności wiedziano to i bez Darwina: starców odwoziło się do wąwozów na śmierć głodową albo sadzało na drzewach i strząsało stamtąd, żeby się połamali - stąd jest oczywiste, że nauka wyprzedziła naszą ckliwą moralność. Jednak protestując przeciwko nierozumnemu okrucieństwu, proponuję, co następuje: likwidować niezdolnych do społecznie pożytecznej pracy metodami bardziej humanitarnymi, na przykład: nakarmić ich czymś smacznym, na przykład szynką albo ciastem ze strychniną, albo taniej - z arszenikiem. Tak ludzkie metody złagodziłyby formy powszechnej dziś walki o byt. Podobnie potraktować należy idiotów, wiejskich głupków, niektóre kaleki i nieuleczalnie chorych na gruźlicę, raka itd. Prawo takie nie spodoba się, oczywiście, naszej wiecznie jęczącej inteligencji, ale pora już zdecydowanie przestać oglądać się na jej reakcyjną ideologię".

Mitia Pawłow

Gdzieś w Jelcu zmarł na tyfus Mitia Pawłow, robotnik z Sormowa.

W 1905, podczas powstania w Moskwie, przywiózł z Petersburga duże pudełko kapsułek z piorunianem rtęci i piętnaście arszynów sznura Bickforda, którym obwiązał się wokół piersi. Sznur czy to skurczył się pod wpływem potu, czy to był zbyt mocno namotany, w każdym razie Mitia wszedł do mojego pokoju i zwalił się z nóg, twarz mu posiniała, oczy wyszły z orbit jak u ludzi umierających na asfiksję.

- Mitia, zwariował pan? Przecież mógł pan zemdleć po drodze - wie pan, co by się stało?

Ciężko łapiąc powietrze, odpowiedział skruszony:

- Stracilibyśmy sznur, i kapsułki też...

M.M. Tichwinski, rozcierając jego pierś, też warczał i klął, a Mitia mrużył oczy i pytał:

- Ile będzie bomb? Rozbiją nas? Presnia się trzyma?

Potem, leżąc na kanapie, wskazał wzrokiem Tichwinskiego, który oglądał kapsułki, i zapytał szeptem:

- To on tu robi bomby? Profesor? Z robotników? Tak? No-o?

I nagle zaniepokoił się:

- A nie wysadzi nas w powietrze?

O sobie, o niebezpieczeństwie, którego dopiero co cudem uniknął - ani słowa.

Aleksander Błok

...Czasem wydaje mi się, że myśl rosyjska choruje ze strachu przed samą sobą; usiłuje być pozarozumowa, nie lubi rozumu, boi się go.

Chytry gad Wasilij Rozanow gorzko wzdycha w "Osamotnionym":

"O, moje smutne doświadczenia! I po co chciałem wszystko wiedzieć? Teraz już nie umrę spokojnie, jak miałem nadzieję".

Lew Tołstoj w "Dzienniku młodości" - 4 maja 1951 roku - stwierdza surowo:

"Świadomość to największe zło moralne, jakie może dosięgnąć człowieka".

To samo mówi Dostojewski:

"...być nazbyt świadomym to choroba, prawdziwa, ciężka choroba... Zbyt wiele świadomości i nawet świadomość w ogóle to choroba. Obstaję przy tym".

Realista A.F. Pisemski krzyczał w liście do Mielnikowa-Pieczerskiego:

"Niech diabli wezmą ten nawyk myślenia, świerzb duszy!"

Leonid Andriejew mówił:

"Rozum ma w sobie coś ze szpiega, coś z prowokatora".

I nawet przypuszczał:

"Bardzo możliwe, że rozum to zamaskowana stara wiedźma: sumienie".

Takich aforyzmów znalazłoby się u rosyjskich pisarzy kilkadziesiąt - wszystkie dobitnie świadczą o braku wiary w siłę rozumu. To niezwykle typowe dla ludzi w kraju, gdzie życie urządzone jest całkiem nieracjonalnie.

Co ciekawe, również P.F. Nikołajew, autor książki "Aktywny postęp", człowiek, zdawałoby się, daleki od takich poglądów, pisał do mnie w roku 1906:

"Wiedza prowadzi do wzrostu wymagań, wymagania powodują uczucie niezaspokojenia, a człowiek niezaspokojony jest nieszczęśliwy - i dlatego wartościowy społecznie i osobiście sympatyczny".

Myśl kompletnie niezrozumiała i jakaś taka buddyjska.

Nawiasem mówiąc, także Montaigne wzdychał:

"Po co zbroimy się w jałową wiedzę? O, jakże słodkie i miękkie jest wezgłowie wybrańców - niewiedza i prostota serca".

Tłumaczył długowieczność dzikusów tym, że nie znają nauk ani religii, ale nie wiedział, że dzicy wszystko to mają, tyle że w zalążku. Epikurejczyk Montaigne żył w epoce wojen religijnych. Był wesoło mądry i uważał, że kanibalizm dzikich jest mniej obrzydliwy od tortur inkwizycji.

Trzysta lat później Lew Tołstoj powiedział o nim:

"Montaigne to bydlak".

Lew Tołstoj rozumował na sposób kościelny - w treści i w formie. Nie sądzę, żeby lubił dogmatyzm, i wątpliwe, czy proces myślenia dawał mu tę rozkosz, którą bez wątpienia czuli tacy filozofowie jak na przykład Schopenhauer. Moim zdaniem, dla Lwa Tołstoja myślenie było przeklętym obowiązkiem, i sądzę, że zawsze pamiętał słowa Tertuliana - słowa wyrażające rozpacz fanatyka, zżeranego przez wątpliwości:

"Myśl to zło".

A może źródła strachu przed myślą i nienawiści do niej leżą - dla dogmatyków - w Biblii, w Księdze Henocha, VIII, 1-2:

"Azazel nauczył ludzi wyrabiać miecze, sztylety, tarcze i napierśniki. Pokazał im metale i sposób ich obróbki: bransolety i ozdoby, sztukę malowania oczu i upiększania powiek, bardzo cenne i wyszukane kamienie i wszelki [rodzaj] kolorowych barwników. I świat uległ zmianie. Nastała wielka niegodziwość i wielki nierząd. Pobłądzili, a wszystkie ich drogi stały się zepsute".

Wszystko to przypomniało mi się po wczorajszej niespodziewanej rozmowie z Aleksandrem Błokiem. Wyszliśmy razem z wydawnictwa "Literatura Świata"; zapytał, co sądzę o jego "Krachu humanizmu".

Kilka dni temu wygłosił na ten temat coś w rodzaju referatu, krótkie wystąpienie. Wystąpienie wydało mi się niejasne, ale pełne dramatycznych przeczuć. Błok przypominał dziecko z bajki, zagubione w lesie: dziecko czuje, że we mgle zbliżają się do niego potwory i paple jakieś zaklęcia w nadziei, że to je odstraszy. Kiedy przeglądał rękopis, palce mu drżały. Nic nie zrozumiałem: czy krach humanizmu smuci go, czy cieszy? W prozie nie jest tak sprawny i utalentowany jak w poezji, ale to człowiek, który czuje bardzo głęboko i niszcząco. Generalnie to człowiek "dekadencji". Sądzę, że wierzenia Błoka są niejasne również dla niego samego; słowa nie przenikają do głębi myśli, niszczącej tego człowieka wraz ze wszystkim, co nazywa on "destrukcją humanizmu".

Niektóre tezy wystąpienia zdały mi się niezbyt przemyślane, na przykład:

"Nie da się ani nie należy cywilizować mas"; "Odkrycia ustępują miejsca wynalazkom".

XIX i XX wiek właśnie dlatego są tak nieprawdopodobnie bogate w wynalazki, że to epoka nieprzebranych i wielkich odkryć naukowych. A mówienie o niemożności i niepotrzebności cywilizowania narodu rosyjskiego to zwykły "scytyzm" - i rozumiem to jako ustępstwo wobec organicznej antypaństwowości rosyjskich mas. Po co Błokowi "scytyzm"?

Powiedziałem mu o tym najdelikatniej, jak mogłem. Trudno się z nim rozmawia: mam wrażenie, że gardzi każdym, dla kogo jego świat jest obcy i niezrozumiały, a dla mnie jest niezrozumiały. Ostatnimi czasy dwa razy w tygodniu siedzę obok niego na zebraniach redakcyjnych w "Literaturze Świata" i często mamy odmienne zdanie w kwestii niedoskonałości przekładów z punktu widzenia ducha języka rosyjskiego. To nas nie zbliża. Jak niemal wszyscy w redakcji, ma do pracy stosunek formalny i obojętny.

Powiedział, że miło mu widzieć, jak uwalniam się "od inteligenckiego nawyku rozwiązywania problemów bytu społecznego".

- Zawsze czułem, że jest w panu coś nieprawdziwego. Już w "Miasteczku Okurowie" daje się zauważyć, że męczą pana "dziecinne pytania" - najgłębsze i najstraszliwsze!

Mylił się, ale nie protestowałem, niech sobie myśli, jak chce, czy tam jak potrzebuje.

- Dlaczego nie pisze pan o tych pytaniach? - drążył natrętnie.

Powiedziałem, że pytania dotyczące sensu życia, śmierci, miłości, to pytania bardzo osobiste, intymne, pytania tylko dla mnie. Nie lubię wystawiać ich na pokaz, a jeśli nawet czasem robię to mimo woli, to zawsze nieumiejętnie, niezgrabnie.

- To subtelna sztuka mówić o samym sobie; nie potrafię tego.

Zaszliśmy do Ogrodu Letniego i usiedliśmy na ławce. Oczy Błoka były niemal szalone. Po ich blasku, po drżeniu jego chłodnej, ale zmęczonej twarzy widziałem, że strasznie pragnie mówić, pytać. Rozmazując stopą słoneczny wzorek na ziemi, zarzucił mi:

- Pan się chowa. Pan chowa swoje myśli o duchu, o prawdzie. Po co?

I zanim zdążyłem odpowiedzieć, zaczął mówić o inteligencji rosyjskiej wyświechtanymi słowami krytyki, tak nie na miejscu szczególnie teraz, po rewolucji.

Powiedziałem, że moim zdaniem negatywny stosunek do inteligencji to właśnie stosunek z gruntu "inteligencki". Nie mógł go wyrobić sobie chłop, znający inteligenta tylko w postaci poświęcającego się ludowi lekarza z ziemstwa, albo świętego wręcz nauczyciela wiejskiego; nie mógł wyrobić robotnik, zawdzięczający inteligentom swoją edukację polityczną. Jest to stosunek błędny i szkodliwy, nie mówiąc już o tym, że przekreśla on szacunek inteligencji do samej siebie, do swojej pracy historycznej i kulturalnej. Zawsze, teraz i na wieki wieków nasza inteligencja grała, gra i będzie grała rolę konia pociągowego historii. Swoją nieustanną pracą ciągnie proletariat na wyżyny rewolucji, niebywałej pod względem zakresu i wagi zadań, jakie zamierza niezwłocznie rozwiązać.

Nie słuchał mnie chyba, ponuro wpatrując się w ziemię, ale kiedy zamilkłem, wrócił do tematu wątpliwości, jakie ma inteligencja względem "bolszewizmu", i powiedział między innymi coś bardzo trafnego:

- Jeśli wezwało się z ciemności ducha zniszczenia, nieuczciwie jest mówić: to nie my, to oni. Bolszewizm jest nieuniknionym wynikiem całej pracy inteligencji na uniwersytetach, w redakcjach, w podziemiu...

Uprzejmie przywitała się z nim sympatyczna dama, potraktował ją oschle, niemal lekceważąco; poszła sobie, uśmiechając się z zakłopotaniem. Patrząc w ślad za nią, na jej malutkie, niepewnie stąpające stopy, Błok zapytał:

- Co pan myśli o nieśmiertelności, czy to możliwe?

Zapytał z naciskiem i spojrzał na mnie uparcie. Powiedziałem, że może rację ma Lamennais: skoro ilość materii we wszechświecie jest ograniczona, powinniśmy dopuścić, że jej kombinacje powtórzą się w nieskończonym czasie nieskończoną liczbę razy. Z tego punktu widzenia możliwe, że za kilka milionów lat w pochmurny wieczór, petersburską wiosną, Błok i Gorki znów będą rozmawiali o nieśmiertelności, siedząc na ławce w Ogrodzie Letnim.

Zapytał:

- Nie mówi pan tego poważnie?

Dziwiła mnie i nieco drażniła jego natarczywość, chociaż czułem, że pyta nie ze zwykłej ciekawości, ale jakby z chęci zdławienia jakiejś przerażającej, ciężkiej myśli.

- Nie widzę powodu, żeby uważać pogląd Lamennais'go za mniej poważny niż wszystkie inne poglądy na ten temat.

- No, a pan co sądzi, osobiście?

I tupnął. Aż do tego wieczora miałem go za małomównego flegmatyka.

- Ja osobiście lubię wyobrażać sobie człowieka jako aparat, który przetwarza w sobie tak zwaną "martwą materię" w energię psychiczną i kiedyś, w niewyobrażalnie dalekiej przyszłości, przemieni cały "świat" w czystą psychikę.

- Nie rozumiem, panpsychizm?

- Nie. Bo nie będzie już nic oprócz myśli, wszystko zniknie, przetworzone w czystą myśl; będzie istniała tylko ona, wcielając w siebie wszelką myśl ludzkości - od pierwszych jej przebłysków po ostateczny wzlot.

- Nie rozumiem - powtórzył Błok, kręcąc głową.

Zaproponowałem, żeby wyobraził sobie świat jako nieprzerwany proces dysocjacji materii. Materia, rozpadając się, stale wydziela takie postaci energii jak światło, fale elektromagnetyczne, fale Hertza i tak dalej, w tym również, oczywiście, radioaktywność. Myśl jest skutkiem dysocjacji atomów mózgu, mózg powstaje z elementów "martwej", nieorganicznej materii. W strukturze mózgowej człowieka materia ta nieprzerwanie przekształca się w energię psychiczną. Pozwalam sobie myśleć, że kiedyś cała "materia", pochłaniana przez człowieka, zostanie zmieniona przez jego mózg w jedyną energię - psychiczną. Ta zaś odnajdzie harmonię w samej sobie i zastygnie w autokontemplacji - w kontemplowaniu ukrytych w niej, bezgranicznie różnorodnych możliwości twórczych.

- Ponura fantazja - powiedział Błok i uśmiechnął się. - Miło jest sobie przypomnieć, że prawo zachowania materii przemawia przeciw niej.

- A mnie miło jest myśleć, że prawa tworzone w laboratoriach nie zawsze są zgodne z nieznanymi nam prawami wszechświata. Jestem pewien, że gdybyśmy od czasu do czasu mogli zważyć naszą planetę, stwierdzilibyśmy, że robi się coraz lżejsza.

- Nudne to wszystko - powiedział Błok, kręcąc głową. - A sprawa jest znacznie prostsza: zrobiliśmy się zbyt mądrzy, żeby wierzyć w Boga, i nie dość silni, żeby wierzyć wyłącznie w siebie. Podstawą życia i wiary są tylko Bóg i ja. Ludzkość? Ale czy można wierzyć w rozsądek ludzkości po tej wojnie i w przededniu nieuniknionych, jeszcze bardziej okrutnych wojen? Nie, ta pańska fantazja... To koszmar. Ale myślę, że nie mówił pan poważnie.

Westchnął:

- Gdybyśmy tak mogli całkiem przestać myśleć, choćby na dziesięć lat. Zgasić ten błędny bagienny ognik, zwodzący nas coraz głębiej w noc świata, i wsłuchać się sercem w światową harmonię. Mózg, mózg... To organ niewarty zaufania, potwornie wielki, potwornie rozwinięty. Jak nowotwór, jak wole...

Chwilę milczał, mocno zaciskając wargi, potem powiedział cicho:

- Gdyby zatrzymać ruch, żeby czas przestał płynąć...

- Przestanie płynąć, jeśli nadamy wszystkim rodzajom ruchu identyczną prędkość.

Błok spojrzał na mnie spode łba, uniósł brwi i zaczął mamrotać coś szybko i niejasno, przestałem go rozumieć. Dziwne wrażenie: jakby zdzierał z siebie znoszone łachmany.

Raptem wstał, podał mi rękę i poszedł na tramwaj. Błok chodzi na pozór pewnym krokiem, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, widać, jak niezdecydowanie chwieje się na nogach. I jakkolwiek dobrze nie byłby ubrany, masz ochotę widzieć go ubranym inaczej, nie tak jak wszyscy. Gumilow nawet w jakimś futrzanym stroju Lapończyka albo Samojeda wygląda jak wszyscy. A Błok wymaga ubrań niezwyczajnych.

Ledwie zanotowałem rozmowę z Błokiem, przyszedł marynarz Floty Bałtyckiej W. "po ciekawe książki". Bardzo lubi naukę, oczekuje od niej rozwiązania wszelkich "zawiłości życia" i zawsze mówi o niej z radością i wiarą. Dziś poza wszystkim przekazał mi wstrząsającą nowinę:

- Wie pan, mówią, że jeden naedukowany Amerykanin zbudował niesamowicie prostą maszynkę: rura, koło i wajcha. Przekręcasz wajchę i wszystko jak na dłoni: analiza, trygonometria, krytyka i w ogóle sens wszystkich życiowych historii. Maszynka pokazuje i - gwiżdże!

Najbardziej podoba mi się w tej maszynce, że gwiżdże.

W restauracji "Piekarz" opowiada mi panienka z Newskiego:

- To książka Błoka, tego sławnego? Też go znałam, zresztą tylko raz. Jakoś jesienią, było już bardzo późno, wie pan, błoto, mgła, zegar na gmachu Dumy pokazywał północ, byłam okropnie zmęczona i chciałam już iść do domu - i nagle na rogu Italiańskiej zawołał mnie taki porządnie ubrany, przystojny, twarz dumna, aż sobie pomyślałam: cudzoziemiec.

Poszliśmy na piechotę, tutaj niedaleko, na Karawanną dziesięć, pokoje na godziny. Idę, rozmawiam, a on nic, aż mi się zrobiło nieswojo, dziwnie jakoś, nie lubię takich nieuprzejmych. Przyszliśmy, zamówiłam herbatę, on zadzwonił, ale służącego ani śladu, więc sam poszedł na korytarz, a ja, wie pan, taka byłam zmęczona, zmarznięta, że zasnęłam tam na tej kanapie. Budzę się nagle i widzę: siedzi naprzeciwko, trzyma głowę w rękach, oparty łokciami na stole, i patrzy na mnie tak surowo - okropne oczy! Ale ja ze wstydu nawet już się nie bałam, pomyślałam tylko: "Boże, to pewnie muzyk!" Taki kudłaty. "Oj, przepraszam - mówię - już się rozbieram".

A on uśmiechnął się uprzejmie i mówi: "Nie trzeba, niech pani nie robi sobie kłopotu". Przysiadł się na kanapę, posadził mnie sobie na kolanach i mówi, głaszcząc mnie po włosach: "No, niech się pani jeszcze zdrzemnie!" I - proszę sobie tylko wyobrazić! - znowu zasnęłam, skandal! Wiedziałam, oczywiście, że mi nie wolno, ale co z tego! Tak mnie delikatnie kołysał i tak mi było z nim dobrze, otwieram oczy, uśmiecham się, i on też się uśmiecha. Chyba już całkiem zasnęłam, kiedy delikatnie potrząsnął mną i powiedział: "No, do widzenia, pora na mnie". I kładzie na stole dwadzieścia pięć rubli. "Niech pan posłucha - mówię - jak to tak?" Zrobiło mi się okropnie głupio, oczywiście, zaczęłam przepraszać - taka zabawna sytuacja, całkiem niezwyczajna. A on cichutko się zaśmiał, uścisnął mi rękę i nawet pocałował. Poszedł, a kiedy potem wychodziłam, służący mówi do mnie: "Wiesz, kto z tobą był? Błok, poeta - patrz!" I pokazał mi portret w czasopiśmie; patrzę - tak jest, to on! "Boże - myślę sobie - ale głupio wyszło!"

I rzeczywiście, na jej zadziornej twarzyczce z zadartym noskiem, w sprytnych oczkach bezdomnej suczki przemknął cień serdecznego smutku i żalu. Dałem panience wszystkie pieniądze, jakie miałem przy sobie, i od tamtej pory czuję, że Błok jest mi zrozumiały i bliski.

Podoba mi się jego surowa twarz i głowa florentyńczyka epoki Odrodzenia.

Zamiast posłowia

Dziwne, kiedy ludzie przypadkiem myślą tak podobnie: w 1901 roku w Arzamasie protojerej Fieodor Władimirski rozważał:

"Każdy naród dysponuje wzrokiem duchowym - widzi cele. Niektórzy myśliciele nazywają tę właściwość "instynktem narodu", ale moim zdaniem instynkt pyta: "jak żyć?", a ja mówię o trwożnym niepokoju rozumu i ducha, o pytaniu: "po co żyć?". W każdym razie, chociaż my, Rosjanie, nie rozwinęliśmy widzenia celów praktycznych - dlatego że nie osiągnęliśmy jeszcze tych wyżyn kultury, z jakich widać, dokąd historia świata nakazuje nam iść - myślę jednak, że to właśnie nam sądzone jest szczególnie męczyć się pytaniem: "po co żyć?". Na razie żyjemy na ślepo, po omacku i wrzaskliwie, a mimo to jesteśmy już ludźmi z ogonkami, ludźmi z plusem".

Pięć lat później w Bostonie William James, filozof-pragmatysta, mówił:

"Obecne wydarzenia w Rosji bardzo pobudziły zainteresowanie tym krajem, ale dla mnie zrobiły go jeszcze mniej zrozumiałym. Kiedy czytam rosyjskich autorów, widzę ludzi irytująco ciekawych, ale nie mogę powiedzieć, żebym ich rozumiał. W Europie, w Ameryce widzę ludzi, którzy coś zrobili, i bazując na tym, co już umieją, starają się maksymalizować to, co materialnie i duchowo pożyteczne. Ludzie z waszego kraju, na odwrót, zdają mi się istotami, dla których rzeczywistość jest nieobowiązkowa, bezprawna, wręcz wroga. Widzę, że rosyjski rozum w napięciu analizuje, szuka, buntuje się. Ale - nie widzę celu analizy, nie widzę, czego konkretnie szukacie pod fenomenami rzeczywistości? Można by pomyśleć, że Rosjanin uważa, że jego powołaniem jest znajdować, odkrywać i odnotowywać to, co nieprzyjemne, negatywne. Szczególnie zdumiały mnie dwie książki: "Zmartwychwstanie" Tołstoja i "Bracia Karamazow" Dostojewskiego - myślę, że pokazani są w nich ludzie z innej planety, gdzie wszystko jest inaczej i lepiej. Trafili na ziemię przypadkiem i są tym zdenerwowani, a nawet urażeni. Jest w nich coś dziecięcego, naiwnego, wyczuwam w nich upór uczciwego alchemika, który wierzy, że potrafi odkryć "przyczynę wszystkich przyczyn". Bardzo interesujący naród, ale wydaje mi się, że pracujecie bez sensu, jak samochód na "jałowym biegu". A może waszym powołaniem jest zadziwić świat czymś nieoczekiwanym".

Wśród takich ludzi przeżyłem pół wieku.

Mam nadzieję, że ta książka wystarczająco wyraźnie świadczy, że nie krępowałem się pisać prawdy, kiedy tego chciałem. Ale, moim zdaniem, prawda nie jest ludziom potrzebna cała i aż tak, jak im się wydaje. Kiedy czułem, że ta czy inna prawda tylko okrutnie rani duszę, a niczego nie uczy, tylko poniża człowieka, a nie wyjaśnia mi nic o nim - oczywiście uznawałem, że lepiej nie pisać o takiej prawdzie.

Jest przecież niemało prawd, o których powinno się zapomnieć. Są to prawdy zrodzone z kłamstwa i mają one wszystkie cechy tego trującego łgarstwa, które zniekształcając nasze wzajemne stosunki międzyludzkie, uczyniło życie brudnym, bezsensownym piekłem. Po co przypominać o tym, co powinno zginąć? Ten, kto tylko po prostu odnotowuje i rejestruje zło życia, robi niedobrą robotę.

Chciałem nazwać tę książkę: "Książka o ludziach Rosji, jakimi byli".

Ale stwierdziłem, że brzmiałoby to nazbyt patetycznie. I nie do końca czuję: czy chcę, żeby ludzie stali się inni? Całkiem wolny od nacjonalizmu, patriotyzmu i innych chorób wzroku duchowego, mimo wszystko postrzegam naród rosyjski jako wyjątkowo, fantastycznie utalentowany i specyficzny. Nawet głupcy są w Rosji głupi oryginalnie, we własnym stylu, a lenie - zdecydowanie genialni. Jestem pewien, że przez swoją groteskowość, niespodziewane zwroty, różnorodność form, że tak powiem, myśli i uczuć, naród rosyjski jest najwdzięczniejszym materiałem dla artysty.

Myślę, że kiedy ten przedziwny naród przecierpi już wszystko, co obarcza go i zapętla od środka, kiedy zacznie pracować z pełną świadomością kulturowego i, powiedzmy, religijnego, wiążącego cały świat znaczenia pracy - będzie żył bajecznie heroicznym życiem, a zmęczony, oszalały od przestępstw świat wiele się od niego nauczy.

SPIS TREŚCI

Adam Michnik, Przedmowa

1. Szkice z dziennika. Wspomnienia

Miasteczko

Pożary

A.N. Szmidt

Obcy ludzie

Znachorka

Pająk

Grabarz

N.A. Bugrow

Kat

Eksperymentatorzy

Nauczyciel kaligrafii

Niespełniony pisarz

Weterynarz

Pasterz

Dora

Ludzie sam na sam ze sobą

Z dziennika

Zabawne

Bohater

O wojnie i rewolucji

Ogrodnik

Ustawodawca

Monarchista

Petersburskie typy

Marzenie

Stare psy

Życie

Z listu

Mitia Pawłow

Aleksander Błok

Zamiast posłowia

2. Portrety literackie

Antoni Czechow

"Czasy Korolenki"

W.G. Korolenko

Lew Tołstoj

Leonid Andriejew

L.A. Sulerżycki

Sawwa Morozow

Sergiusz Jesienin

O Garinie-Michajłowskim

W.I. Lenin (pierwsza redakcja)

3. Myśli nie na czasie

Nota edytorska

Nota edytorska

Rosja to książka składająca się z kilku odrębnych części pisanych w różnych okresach życia Maksyma Gorkiego.

Część pierwsza, "Szkice z dziennika...", obejmuje wspomnienia z czasów przedrewolucyjnych. Gorki spisał je na emigracji w latach 20. XX wieku na podstawie zapisków dziennikowych robionych w czasie swoich młodzieńczych wędrówek.

Część druga, "Portrety literackie", obejmuje dziesięć portretów, przede wszystkim pisarzy, ale także innych barwnych postaci epoki, w tym Włodzimierza Lenina. Wspomnienie o wodzu rewolucji, spisane tuż po jego śmierci, na początku lat 30. zostało przez Gorkiego, na oczekiwanie władz sowieckich, poprawione w duchu proleninowskiej hagiografii. W niniejszym wydaniu podana jest wersja pierwotna.

Część trzecia, "Myśli nie na czasie", to ułożony przez samego autora wybór artykułów publikowanych pod tym właśnie tytułem na przełomie lat 1917/1918 w niecenzurowanej jeszcze gazecie "Nowaja Żyzń"*.

Zbiór w takim kształcie po raz pierwszy opublikowano w Rosji w roku 2000 (wydawnictwo Wagrius, Moskwa) pod tytułem Книга о русских людях (Kniga o russkich ludiach). Kolejne wydania miały miejsce w 2007 i 2014. Niniejsze wydanie opracowano na podstawie edycji z 2007.

* Inny wybór, częściowo pokrywający się z autorskim, opublikowano w: M. Gorki, Niewczesne rozważania, przeł. Jan Gondowicz, "Literatura na Świecie", nr 10/1998 (327), s. 80-116.