W lesie i na stepie
Rok 180
Tej nocy na stepie było cicho. W lesie też.
Ponad ziemią płynął lekki wiatr.
W jednej z sześciu chat przycupniętych nad rzeką spała kobieta z dzieckiem.
Nie przeczuwała niebezpieczeństwa.
Wysoko na rozgwieżdżonym niebie, błyszcząc delikatnie w świetle
wędrującego na południe półksiężyca, przesuwały się w jakiejś leniwej
procesji blade obłoki.
Białe i skłębione, niczym jeźdźcy podążały ze wschodu, znad bezkresnych
stepów - płynęły majestatycznie nad dachami chat stojących wzdłuż brzegu
rzeki, a potem zmierzały ku ciemnym lasom, które też zdawały się nie
mieć końca.
Wioska leżała na południowo-wschodnim brzegu. Dęby, lipy, sosny i brzozy
rosły tu rzadziej, stopniowo ustępując miejsca polanom i coraz szerszym
połaciom łąk stanowiącym granicę stepu. Po drugiej stronie, na brzegu
północno-zachodnim, las był gęsty, ciemny i nieprzebyty.
Mijało piąte lato, odkąd osiedliły się tu trzy rodziny. Znalazłszy nad
rzeką opuszczone miejsce otoczone starym, porośniętym krzewami wałem
ziemnym, przybysze oczyścili je, wznieśli drewnianą palisadę i niski
szaniec ziemny, a w środku postawili sześć chat. Nieopodal dwa pola
wcinały się nieregularnymi pasami w rzadki las. Jeszcze dalej wyłaniały
się chaotyczne plamy karczowisk.
Kilkaset metrów w dół rzeki teren robił się podmokły. Mokradła ciągnęły
się jeszcze parę kilometrów dalej.
Ponad ziemią płynął lekki wiatr. Gdy muskał czubki drzew, liście
migotały blado w świetle gwiazd. W lesie pobłyskiwały lustro wijącej się
rzeki i moczary.
Oprócz szelestu liści słychać było od czasu do czasu jedynie małe
zwierzęta albo jelenie przemierzające las. Gdzieś obok mokradła wprawne
ucho umiałoby wychwycić na tle monotonnego skrzeczenia żab trzask
gałązek pod łapami idącego wzdłuż krawędzi lasu niedźwiedzia. Ale nad
wioską unosił się tylko nieregularny szelest, gdy wiatr głaskał długie
pole jęczmienia i wzbudzał na nim drżącą falę.
Wiatr poruszał się, a jednocześnie stał w miejscu. Chwilami pole
nieruchomiało albo przechylało się w drugą stronę, jakby podmuchy ze
wschodu ustawały, by znowu otrzeć się o dojrzałe kłosy.
Był rok 180, choć właściwie ta data jeszcze nie istniała. Dopiero
przyszłość miała wprowadzić taką miarę czasu, wówczas kalendarz
chrześcijański nie był jeszcze w użyciu. Daleko na południu, w rzymskiej
prowincji Judea, uczeni żydowscy rabini twierdzili, że jest 3940 Rok
Świata. Od zburzenia Jerozolimy upłynęło sto dziesięć lat. W innych
miejscach potężnego Imperium Rzymskiego był to dwudziesty i ostatni rok
panowania Marka Aureliusza oraz pierwszy rok rządów Kommodusa. W Persji
obowiązywał 491 rok epoki Seleucydów.
A zatem który to był rok w małej wiosce na skraju lasu? Dla historii
żaden. Minęło pięć lat od śmierci poprzedniego starszego wioski. O wielkich systemach określania czasu, znanych w cywilizowanym świecie i utrwalonych w księgach, nikt tu nie słyszał. A gdyby nawet słyszał, nie
miałyby znaczenia.
Te ziemie miały w przyszłości nosić nazwę Rosja.
Ponad ziemią płynął lekki wiatr.
Leżała obok małego chłopca. Dokuczliwe myśli z całego dnia opuściły we
śnie jej umysł niczym blade obłoki znikające nad lasem za rzeką. Spała
spokojnie.
W chatce spało dwanaścioro osób. Pięcioro, w tym Lebiedź i jej dziecko,
ułożyło się na szerokiej półce biegnącej w poprzek izby ponad wielkim
paleniskiem. Tej ciepłej letniej nocy ognia nie rozpalano. Powietrze
było aż gęste od słodkawego, ziemistego zapachu - całkiem przyjemnego -
jaki wydzielają ludzie pracujący cały dzień przy żniwach. Mieszał się on
ze świeżą wonią traw wpływającą z wiatrem przez kwadratowy otwór
okienny.
Jako najmłodsza żona spała na samym końcu drewnianej półki, na poślednim
miejscu. Choć w wieku dwudziestu siedmiu lat nie była już młoda. Miała
okrągłą twarz, na jej biodrach zdążyły się pojawić oznaki otyłości.
Gęste jasne włosy zsunęły się z krawędzi półki.
Tuż obok, w zagięciu jej pulchnego ramienia, leżał pięcioletni
chłopczyk. Był wszystkim, co miała, bo poprzednie dzieci umarły.
Wyszła za mąż, mając piętnaście lat. Od początku wiedziała, że mąż wziął
ją tylko dlatego, że była silna - dobra do pracy. Nie skarżyła się
jednak. Mąż nie traktował jej źle. Był wysokim, przystojnym
czterdziestolatkiem, jego ogorzała twarz miała w sobie jakąś łagodność,
a niebieskie oczy rozbłyskiwały pogodnym rozbawieniem, gdy wołał:
"Proszę, idzie moja Mordwinka!".
Dla niego było to wyrazem czułości. Dla innych już nie.
Lebiedź nie była bowiem pełnoprawną członkinią wspólnoty. Klan męża
uważał ją za mieszańca. W końcu jej matka pochodziła z lasów. Z ludu
Mordwinów.
Od niepamiętnych czasów lasy i mokradła ciągnące się setkami kilometrów
na północ były zamieszkane przez plemiona ugrofińskie, do których
należała też jej matka. Ludzie ci, o okrągłych twarzach i mongoloidalnych rysach, zajmowali się łowiectwem i rybołówstwem na
ogromnych, bezludnych terenach, a mieszkali w prymitywnych chatach i ziemiankach. Podczas przesileń słonecznych stawali w kole i śpiewali
wysokimi, nosowymi głosami pieśń do Słońca, które na Dalekiej Północy
nie pokazywało zimą swojej twarzy, a latem pozbawiało ziemię nocnego
odpoczynku, zalewając świat długim białym świtem i rozpalając na
horyzoncie drżące rozbłyski.
Od jakiegoś czasu plemię jej męża - jasnowłosy lud posługujący się
jednym z języków słowiańskich - zakładało w lasach na północy i na
wschodzie małe kolonie. A niektórzy, jak klan znad rzeki, uprawiali pola
i hodowali bydło. Spotkania Słowian i Finów na tych rozległych terenach
rzadko prowadziły do konfliktów. Ziemi i terenów łowieckich starczyłoby
nawet dla dziesięć razy liczniejszej ludności. Zawierano małżeństwa,
takie jak jej matki. Ale mimo to mieszkańcy wioski patrzyli z góry na
leśne szczepy.
Mąż nazywał ją dla żartu nie imieniem małego plemienia jej matki, ale
wielkiego ludu Mordwinów, który zamieszkiwał ziemie daleko na północy.
Czuła się przez to bardziej obca, choć przecież była pół-Słowianką. W tej nazwie była też łagodna kpina. I jak zauważyła ze smutkiem,
przyzwolenie dla reszty klanu, by traktować ją z wyższością.
Zwłaszcza teściowa patrzyła na nią z góry. Przez blisko trzynaście lat
jej potężna postać niczym groźne, niskie chmury rzucała na życie Lebiedź
mroczny cień. Czasem - a zdarzało się, że i przez całe dnie - lwia twarz
starej kobiety o szerokich kościach policzkowych wydawała się łagodna,
wręcz przyjacielska. Ale wystarczył jakiś drobny błąd - upuszczone
wrzeciono, rozlana śmietana - a rozpętywała się wściekła burza. Inne
żony spuszczały wtedy wzrok albo spoglądały na Lebiedź ukradkiem. I cieszyły się, że ta złość spadła na nią, na obcą. Po każdym takim
wybuchu wściekłości teściowa kazała jej wracać do pracy i wzruszając
ramionami, zwracała się do reszty: "No ale czego można się spodziewać po
Mordwince?".
Lebiedź znosiłaby to lepiej, gdyby miała pomoc swojej rodziny. Ale
rodzice zmarli rok wcześniej, zostawiając ją samą z młodszym bratem. I to on doprowadził ją poprzedniego dnia do łez.
Nie chciał jej zrobić przykrości. Nieustannie jednak wdawał się w spory
z wioskową starszyzną. Na jego okrągłej, nieco głupkowatej twarzy zawsze
widniał uśmiech, nawet gdy był pijany. I wydawało się, że w życiu liczą
się dla niego tylko dwie rzeczy: polowanie i sprawianie przyjemności
siostrzeńcowi.
- Kij cię nie potrzebuje - powtarzała bratu. - I ja też, jeśli nie
chcesz słuchać starszyzny.
Ale nie przynosiło to skutku. Mal nienawidził pracy w polu, znikał na
całe dnie w lasach - reszta wieśniaków utyskiwała na to pod nosem - a potem nagle z zarośli wyłaniała się jego krzepka postać. Miał
kilkanaście skór przytroczonych do pasa, a na twarzy swój zwykły
głupkowaty uśmiech. Starszy wioski go przeklinał, a teściowa patrzyła na
nią z takim wyrzutem, jakby to była jej wina.
A wczoraj w bezbrzeżnej głupocie Mal zapowiedział chłopcu:
- Kijaszku, z następnego polowania przyniosę ci małego niedźwiadka.
Będziesz mógł go przywiązać na podwórku.
- Mal, jeśli jeszcze raz okażesz nieposłuszeństwo starszemu wioski,
wygnają cię - przypomniała. Rzeczywiście taką miałby ponieść karę, gdyby
znów wybrał się w tym roku na polowanie.
Ale jej brat jedynie opuścił swoją dużą głowę, nic nie mówiąc i uśmiechając się jak zwykle.
- Może wreszcie zmądrzejesz i weźmiesz sobie żonę?! - wrzasnęła
rozeźlona.
- Jak sobie życzysz, siostro Lebiedź. - Skłonił głowę z uśmiechem.
Najwyraźniej chciał ją rozzłościć, bo w wiosce nikt nie używał jej
pełnego imienia. Na chłopca wołali zdrobniale Kijaszek. Do niej mało kto
zwracał się Lebiedź. Od dzieciństwa nazywano ją czułym przezwiskiem
Łabądek. Mal też miał swój przydomek, którego ludzie używali, gdy byli
na niego źli: Leniuch.
- Ty, Leniuch - odparła ze złością. - Lepiej się ustatkuj i weź do
roboty.
Ale Mal ani myślał. Wolał mieszkać samotnie w małej chatce z dwoma
starcami, którzy nadawali się już tylko do drobnych polowań. Razem
upijali się miodem, polowali i łowili ryby, a kobiety odnosiły się do
nich z kpiącym lekceważeniem.
Wczoraj chodziła do niego dwa razy, za drugim razem nawet się
rozpłakała, próbując go przekonać, by porzucił swój głupi plan. Bo choć
przysparzał jej jedynie kłopotów, kochała go. I czułaby się samotna,
gdyby go wygnano.
Ale mimo jej załzawionych oczu on jedynie się uśmiechał i pot ściekał mu
po twarzy, gdy taszczył na stos kolejne bele siana.
Właśnie dlatego długo nie mogła zasnąć. A gdy w końcu osunęła się w nieświadomość, w jej umyśle zaczęły się kłębić złe przeczucia.
Jednak noc wypłukała z niej wszystkie myśli. Jej piersi unosiły się i opadały rytmicznie pod szorstką koszulą. Wlatujący przez okno wiatr
delikatnie poruszał jej włosy.
Nikt się nie obudził, gdy przesunęły się dwa cienie, a śpiący przy
drzwiach pies przysiadł wyczekująco. Nikt z wyjątkiem chłopca, który na
chwilę otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się senny uśmiech, a gdyby
matka czuwała, poczułaby, że ciało Kija drży od tłumionej ekscytacji.
Zamknął oczy, wciąż się uśmiechając.
Wiedział, że to już niedługo.
Ponad ziemią płynął lekki wiatr.
Ale gdzie leżała ta wioska, rzeka i las?
Żeby opisać znaczenie tego magicznego miejsca, potrzebne jest dłuższe
wyjaśnienie.
Już dawno geografia umownie podzieliła ogromny ląd Eurazji na dwie
części: Europę na zachodzie i Azję na wschodzie. Jednak jest to myląca
umowność. Znacznie bardziej naturalny byłby podział na północ i południe.
Oto bowiem przez ten ogromny kontynent - od północnej Europy przez Rosję
i mroźne pustkowia Syberii aż po tereny na północ od Chin, niemal
dotykające Alaski - ciągnie się największa równina świata.
Wielka równina eurazjatycka ma z zachodu na wschód ponad jedenaście
tysięcy kilometrów, biegnie od Atlantyku do Oceanu Spokojnego, a tworzy
ją ciąg zachodzących na siebie płyt pokrywających jedną szóstą lądowych
obszarów Ziemi - zajmuje powierzchnię większą niż Stany Zjednoczone i Kanada. Od północy równina graniczy głównie z lodowatym Oceanem
Arktycznym. Między nim a południową granicą równiny rozpościera się pas
tundry, lasów, stepów i pustyń, szeroki w niektórych miejscach na trzy i pół tysiąca kilometrów. I właśnie ta południowa granica tak naprawdę
rozdziela Eurazję na dwie części.
Eurazja północna to jedna wielka równina, a Eurazja południowa składa
się z ogromnych regionów - Bliskiego Wschodu, starożytnej Persji,
Afganistanu, Indii, Mongolii i Chin. Północ i południe oddziela od
siebie potężne półkole łańcuchów górskich z najwyższymi szczytami świata
- od Alp na zachodzie Europy aż po Himalaje w Azji.
Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Eurazja została podzielona przez
geografów na wschód i zachód.
Mniej więcej w jednej trzeciej wielkiej równiny, powyżej Afganistanu,
leży pasmo prastarych wzgórz ciągnące się z północy na południe - od
tundry po krawędź pustyni. To Ural. Zgodnie ze współczesną konwencją
"góry" te uważa się za granicę oddzielającą Europę od Azji.
Jednak prawda jest taka, że z wyjątkiem kilku niewielkich szczytów te
zaokrąglone pagórki wznoszą się na wysokość jedynie kilkuset metrów nad
poziomem morza. Trzeba wielkiej wyobraźni, by zobaczyć w nich granicę
dwóch kontynentów: są zaledwie łagodną falą na wielkim lądowym oceanie.
Nic nie oddziela Europy od Azji, wielka równina jest jednością.
Biegnąc przez północ Europy, równina jest wąska, ma zaledwie sześćset
pięćdziesiąt kilometrów szerokości. Ale dochodząc do wschodniej Europy,
rozszerza się w kształt klina. Jej północną granicą jest Morze
Bałtyckie, nad którym zwiesza się krzywizna Skandynawii. Granicę
południową stanowią potężne góry, Bałkany i Karpaty, stojące na straży
północnej Grecji. A potem równina rozlewa się szeroko.
Rosja - tam, gdzie równina wydaje się bezkresna.
Rosja - tam, gdzie wschód spotyka się z zachodem.
Na zachodnim skraju Rosji północna granica wielkiej równiny dochodzi do
Morza Arktycznego. Na tych ziemiach zaczyna się największy las świata -
zimne, ciemne królestwo jodeł nazywane tajgą, które ciągnie się kilka
tysięcy kilometrów na wschód aż po wybrzeże Oceanu Spokojnego. Schodząc
na południe, tajga przemienia się w połowie równiny w las mieszany, a jeszcze dalej pojawiają się bezkresne trawiaste stepy, które akurat w tym miejscu dochodzą nie do pustyni czy gór, lecz do słonecznego
wybrzeża przypominającego wybrzeże Morza Śródziemnego.
Bo południową granicą centralnej Rosji jest ciepłe Morze Czarne.
Morze Czarne, leżące powyżej północnego krańca Morza Śródziemnego,
bardziej przypomina ogromny rezerwuar. Od południa opasuje je potężna
półkolista tama gór: na południowym zachodzie greckie Bałkany, na
południu góry dzisiejszej Turcji, na południowym zachodzie strzelisty
Kaukaz. Pomiędzy Bałkanami i tureckimi górami biegnie wąski kanał
łączący Morze Czarne z większym siostrzanym morzem. W części bliższej
Morzu Czarnemu kanał ów nazywany jest Bosforem, a na południowym krańcu
- Dardanelami.
Samo morze jest duże - z zachodu na wschód ma blisko tysiąc kilometrów,
a z południa na północ ponad sześćset. Zasilają je liczne rzeki, między
innymi majestatyczny Dunaj mający ujście w zachodniej części na północ
od Grecji. W jego wodach znajdują się śladowe ilości siarki i zapewne
stąd wzięła się kiedyś nazwa Czarne.
Na środku północnego rosyjskiego wybrzeża daleko w ciepłe wody Morza
Czarnego wcina się duży półwysep. To Krym. Po jego obu stronach, w odległości czterystu kilometrów od siebie, funkcjonują dwa wielkie
systemy rzeczne, podążające przez stepy aż z dalekich lasów. Na
zachodzie płynie szeroki Dniepr, na wschodzie - majestatyczny Don.
I właśnie pomiędzy tymi dwiema rzekami, od wybrzeży Morza Czarnego przez
stepy aż po lasy północy, rozciąga się ogromne prastare serce Rosji.
Rosja to także pogranicze.
Bo wielka równina rozpościera się jeszcze dalej ku wschodowi. Na wschód
od Morza Czarnego jej południową granicę tworzy ogromny łańcuch Kaukazu,
mający blisko tysiąc kilometrów długości. Kaukaz słynie z wina oraz z wojowników - Gruzinów, Ormian i innych - a jego lśniące szczyty są o tysiące metrów wyższe od szczytów Alp czy Gór Skalistych.
Pasmo kończy się niezwykłym zjawiskiem - jest nim jeszcze jedno morze
położone wewnątrz ogromnego półkola gór. Ciągnie się z północy na
południe - kształtem przypomina Florydę, ale jest dwa razy dłuższe - a góry schodzą tu stromo w dół, żeby zrobić mu miejsce. To Morze
Kaspijskie.
Tak naprawdę jest to największe jezioro świata, nie ma bowiem żadnego
odpływu. Otaczają je stepy, góry i pustynie, a wody pozbywa się dzięki
parowaniu. Od północy zasila je najsłynniejsza rosyjska rzeka.
Matka Wołga.
Wołga zaczyna swoją podróż daleko, w lasach centralnej Rosji. Biegnie
stamtąd wielką pętlą przez lasy północy, zmierzając ku południowi.
Wziąwszy w objęcia północ, zakręca, płynie przez równinę ku wschodowi,
potem znów na południe, aż w końcu podąża powoli przez wietrzne stepy ku
odległym pustynnym wybrzeżom Morza Kaspijskiego.
A wielka równina ciągnie się dalej na wschód i staje się coraz mniej
gościnna. Na południu rozpościerają się groźne pustynie. Na północy
panowanie przejmują mroczna tajga i wieczna zmarzlina. Nawet dziś te
ogromne tereny są rzadko zamieszkane. A stąd jest jeszcze pięć i pół
tysiąca kilometrów do wybrzeży Pacyfiku.
A gdzie na tej równinie leży wioska nad rzeką?
Łatwo na to pytanie odpowiedzieć. Leży na granicy stepu, kilkadziesiąt
kilometrów na wschód od Dniepru i prawie pięćset kilometrów na północ od
ujścia tej wielkiej rzeki w północno-zachodniej części ciepłego Morza
Czarnego.
Mimo to, gdyby jakiś ówczesny podróżnik z obcego kraju spytał, jak tam
dotrzeć, nie miałby mu kto odpowiedzieć.
Bo rosyjskie państwo wówczas nie istniało. Starożytne cywilizacje
Wschodu - Chiny, Indie, Persja - leżały daleko, poniżej górskiego
półkola stanowiącego południową granicę równiny, która dla nich była
pustkowiem. Potężne Imperium Rzymskie usadowiło się na zachodzie, na
wybrzeżach Morza Śródziemnego, a na północy ciągnęło się aż po Brytanię.
Jednak Rzym nigdy nie posunął się na wschód dalej niż do obrzeża lasów
porastających eurazjatycką równinę.
A cóż Rzymianie mogli wiedzieć o lasach? Jedynie to, że tereny za Renem
były zamieszkane przez wojownicze plemiona germańskie, a na północy, nad
Bałtykiem, żyły prymitywne ludy - Bałtowie, Łotysze, Estończycy, Litwini
- o których prawie nic nie słyszeli. To wszystko. Niewiele wiedzieli o słowiańskich ziemiach leżących za terenami Germanów, a o ludach
ugrofińskich zamieszkujących lasy ciągnące się za Wołgą nie mieli w ogóle pojęcia. Wieść o tureckich i mongolskich plemionach żyjących w głębi Syberii nie dotarła jeszcze do lasów, jedynie nad stepem rozlegały
się pierwsze szepty.
I cóż Rzymianie mogli wiedzieć o stepie? Owszem, w swojej ekspansji na
wschód dotarli aż do Armenii na południe od Kaukazu, od kilku stuleci
znali małe porty położone na północnym wybrzeżu Morza Czarnego, gdzie
żeglarze kupowali przywożone z głębi lądu futra i niewolników albo
spotykali się z karawanami, które przybyły przez pustynie z tajemniczego
Orientu. Ale cała ogromna równina była terra incognita, ziemią
nieznaną, zamieszkaną przez barbarzyńskie plemiona, pokrytą groźnym
stepem i poprzecinaną trudnymi do przebycia rzekami. Jej linie i nazwy
na mapach starożytnego świata - stworzonych przez Herodota, Ptolemeusza
czy Pliniusza - rozpływały się w niesprawdzonych pogłoskach albo po
prostu zanikały.
Wieśniacy też nie umieliby powiedzieć, gdzie się znajdują.
Nawet dziś, ku zaskoczeniu cudzoziemców, mieszkańcy Rosji mają problem
ze wskazaniem drogi. Rosjanin, zapytany, czy droga biegnie na wschód czy
na zachód albo ile ciągnie się kilometrów, nie umie odpowiedzieć. Bo po
co mu ta wiedza, skoro w tym bezkresnym krajobrazie horyzont nieustannie
się oddala i ciągle jest taki sam?
Ale Rosjanin umie powiedzieć, jak płynie rzeka.
Dlatego wieśniacy wiedzieli, że ich nieduża rzeczka wpada do większej
rzeki, która po jakimś czasie łączy się z wielkim Dnieprem. Wiedzieli
też, że gdzieś daleko, za południowym stepem, Dniepr wpada do morza.
To wszystko. Zaledwie pięcioro z nich widziało Dniepr na własne oczy.
Wówczas Rosja jeszcze nie istniała, nie było też żadnego układu
odniesienia pozwalającego określić położenie wioski. Moglibyśmy jedynie
powiedzieć, że leżała na północ od Morza Czarnego, gdzieś na wschód od
Dniepru i na zachód od Donu, nieco na wschód od lasów i na zachód od
stepów, nad jedną z wielu nieoznaczonych na mapach rzek. Większa
dokładność na tych niezbadanych przestrzeniach i tak nie miałaby sensu.
Ponad ziemią płynął lekki wiatr, nad bezkresną równiną rozpościerała się
letnia noc. Nad zachodnim skrajem równiny zapadał zmrok. Tu, w wiosce,
zaczęła się gwiaździsta noc, choć daleko na północy, na skraju Arktyki,
wciąż błyszczały blade światła zorzy polarnej. Na wschodzie, na zboczach
Uralu, noc była głęboka. W środkowej Syberii budził się świt, na
wybrzeżu Pacyfiku wstawał ranek, a jeszcze dalej, na północno-wschodnim
skraju ogromnego, dochodzącego do Alaski lądu, było już południe.
Wielkie układy atmosferyczne zanikały ponad równiną. Trzy tysiące
kilometrów na północny wschód szalała nad lasem burza z piorunami, a tu,
w wiosce, ludzie spali spokojnie. I nikt nie wiedział, jakie burzowe
chmury zbierają się nad lasami, kto rozstawia namioty na stepie, ile
ognisk rozbłyska na bezkresnej ziemi.
Chłopiec uśmiechnął się, gdy tylko otworzył oczy.
Przez okno wpadał lekki wiatr, promienie słońca malowały na glinianym
klepisku jasny prostokąt.
- Już się obudziłeś, ptaszku?
Twarz matki tuż obok jego twarzy. W izbie krzątali się już inni ludzie.
W rogu, na zakrzywionym długim kiju przymocowanym do krokwi, wisiała
kołyska.
Izba była duża. Ściany z gliny nałożonej na drewnianą ramę pokrywała
sadza. A to dlatego, że chata, podobnie jak pozostałe domy w wiosce,
miała kryty darnią dach bez komina. Dym z dużego paleniska najpierw
wypełniał izbę, a potem wydostawał się przez okienko w dachu, otwierane
w razie potrzeby. Dzięki temu izbę można było szybko nagrzać. A ciemne
ściany kojarzyły się mieszkańcom z czymś znanym i przyjaznym. Jednak
dziś ognia nie rozpalono. Powietrze było czyste, w izbie panował miły
chłód.
Chata składała się z dwóch części. Za paleniskiem znajdował się
korytarzyk, przez który wchodziło się do chaty - po jego przeciwnej
stronie była druga, nieco większa izba, służąca za warsztat i magazyn.
Stało tu krosno, rozmaite beczki i beczułki, leżały motyki i sierpy, a na honorowym miejscu wisiał topór należący do pana domu. Cała budowla,
obramowana dębowymi podporami, była wkopana na czterdzieści centymetrów
w głąb ziemi, więc żeby wyjść na zewnątrz, trzeba było wspiąć się na
schodek.
Matka umyła chłopcu twarz wodą zaczerpywaną z glinianego garnka. Patrzył
na jasną plamę słońca na klepisku. Ale jego myśli błądziły zupełnie
gdzie indziej.
Uśmiechnęła się, podążając za jego spojrzeniem.
- Co się mówi o słońcu? - spytała cicho.
- "Słodkiego mleka jasna plama, ani jej czym zmyć, ani nożem zdrapać" -
wyrecytował posłusznie, spoglądając w okno. Wpadający przez nie lekki
wiatr poruszył mu włosy.
- A co się mówi o wietrze?
- "Piękny ogier, piękna grzywa, nic na świecie go nie powstrzyma".
Znał już kilkanaście takich wierszyków. Kobiety znały ich setki -
zagadek i przysłów, porównujących światło do rozlanego mleka czy wiatr
do ogiera. Te niezliczone powiedzonka były często grą słów oddającą
właściwości ich słowiańskiego języka.
Za chwilę matka pozwoli mu wyjść. Korciło go, by wybiec na dwór. Czy
niedźwiadek już na niego czeka?
Szybko obejrzała mu zęby. W miejsce dwóch mleczaków wyrosły już nowe.
Kolejny mleczak lekko się ruszał. Ale żadnego zęba nie brakowało.
- Jak białe kury na dwóch grzędach - mruknęła z zadowoleniem i pozwoliła
mu wyjść.
Chłopiec wbiegł do korytarzyka prowadzącego do wyjścia.
Naprzeciwko chaty znajdował się zagon warzyw, z którego poprzedniego
dnia pomógł matce wyrwać wielką rzepę. Na prawo od grządki jakiś
mężczyzna ładował narzędzia na drewniany wózek z kołami wyciętymi z kawałków litego drewna. Nieco dalej na lewo, nad rzeką, stała mała
łaźnia. Zbudowano ją trzy lata temu, lecz nie dla obecnych mieszkańców
wioski, którzy mieli większą, ale dla przodków. Kij wiedział doskonale,
że umarli lubią chodzić do bani tak samo jak żywi, nawet jeśli nikt ich
nie może zobaczyć. I jak mu wszyscy mówili, przodkowie bardzo się
złościli, gdy się ich zaniedbywało.
"Przecież ty też byś nie chciał, żeby zapomniano o tobie po twojej
śmierci, prawda?" - zapytała go kiedyś jedna z ojcowskich żon. Pomyślał
wtedy, że nie, nie chciałby, by o nim zapomniano i by wykluczono go z wioskowej wspólnoty.
Wiedział, że umarli są wszędzie, że go obserwują. I wiedział też, że w ziemi, w rogu obory naprzeciwko chaty starszego wioski, mieszka drobny,
pomarszczony domowoj - dziadek jego ojca - duch, który przewodzi
wszystkim zmarłym członkom społeczności.
Wyszedł na zewnątrz. Nic. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Łaźnie i chaty
wyglądały tak samo. Ani śladu niedźwiadka. Twarz mu posmutniała. Nie
mógł w to uwierzyć - przecież widział, jak Mal i starzec wymykają się
pod osłoną nocy.
Mężczyzna przy wózku, brat jednej z jego przybranych matek, spojrzał na
niego.
- Czego szukasz, mały?
- Niczego, wujku. - Wiedział, że nie wolno mu się zdradzić.
Poczuł zimny ucisk w żołądku, poranne letnie niebo nagle poszarzało.
Miał ochotę się rozpłakać, ale Mal kazał mu zachować tajemnicę, więc
zagryzł usta i ze smutkiem wrócił do chaty.
W środku babka beształa inne kobiety, ale do tego zdążył już przywyknąć.
Zauważył wiszący w kącie tamburyn matki. Był pomalowany na czerwono.
Uwielbiał czerwień, która wydawała mu się ciepła i przyjazna. I nic
dziwnego, bo w słowiańskim języku słowo krasny oznaczało zarówno
czerwony, jak i piękny. Zerknął na twarz babki. Jej pucołowate policzki
przypominały mu kawałki sadła. Zauważyła jego spojrzenie, popatrzyła
groźnie, a potem dała znak jego matce, że chłopiec przeszkadza.
- Idź na dwór, Kijaszku - powiedziała matka posłusznie.
Gdy wyszedł, zobaczył Mala.
To nie była dla Mala dobra noc. Razem ze starym myśliwym zastawił w lesie pułapkę na niedźwiadka i o mało go nie złapał. Miałby go teraz ze
sobą, gdyby w ostatniej chwili nie stracił głowy. Wystarczył jeden
fałszywy ruch i musiał zmykać przed rozwścieczoną niedźwiedzicą.
Czerwienił się na samą myśl o tej ucieczce.
Zamierzał pomóc dziś innym mężczyznom przy zwózce siana - mógłby
udobruchać w ten sposób starszego wioski, a przy okazji uniknąć
krępującej rozmowy z Kijem.
Chłopcu nie przyszło nawet do głowy, że wuj pospiesznie mija chatę, żeby
się z nim nie spotkać. Podbiegł do niego i spojrzał mu wyczekująco w twarz.
Mal rozejrzał się z poczuciem winy. Na szczęście wokół nich nie było
nikogo.
- Masz go?! Gdzie on jest?! - zawołał Kij. Widok wuja dał mu nową
nadzieję.
Mal zawahał się.
- Jest w lesie - wymyślił na poczekaniu.
- Kiedy go tu przyniesiesz? Dziś? - Oczy chłopca błyszczały z podekscytowania.
- Niedługo. Gdy przyjdzie zima.
Na buzi chłopca pojawiły się zdziwienie i zawód. Zima? Przecież do zimy
było jeszcze pół życia.
- Dlaczego?
Mal zastanawiał się przez chwilę.
- Już go miałem. Prowadziłem go na sznurze. Ale potem wiatr go zabrał.
Nic nie mogłem poradzić.
- Wiatr?
Chłopiec posmutniał. Wiedział, że wiatr jest najstarszym z bogów. Wuj
często mu powtarzał: "Bóg słońce jest wielki, ale wiatr jest starszy i potężniejszy". Wiatr wiał w dzień, a także w nocy, gdy słońce gdzieś
odchodziło. Wiatr wiał, gdzie chciał, po całej bezkresnej równinie.
- A gdzie on teraz jest?
- Daleko, w lesie.
Chłopiec był zrozpaczony.
- Ale śnieżki go oddadzą - pocieszył go wuj. - Zobaczysz.
Dlaczego kłamał? Spojrzał na przepełnionego ufnością chłopca. Kłamał z tego samego powodu, dla którego zamieszkał z dwoma starcami i ignorował
zakazy starszyzny. Bo wszyscy nim pogardzali, a co gorsza - on też się
siebie wstydził. Dlatego nie mógł wyznać chłopcu prawdy. Jestem
beznadziejnym głupcem, myślał. I do tego leniwym. Zamierzał dziś ciężko
pracować w polu, ale teraz brała go chęć, żeby uciec do lasu i schronić
się tam przed przykrą prawdą o sobie. Czuł, jak jego poranne
postanowienie powoli słabnie.
Mimo to został jeszcze cień nadziei.
- Ale wiem, gdzie wiatr go schował - powiedział.
- Naprawdę? Wiesz? - Twarz Kija się rozpromieniła. - Gdzie?
- Daleko, za siedmioma górami, za siedmioma lasami.
- Można tam dojść?
- Tak, ale trzeba znać drogę.
- A ty znasz? - Na pewno taki myśliwy jak jego wuj wie, jak trafić do
zaczarowanej krainy. - W którą stronę trzeba iść?
Mal uśmiechnął się.
- Na wschód. Daleko, daleko na wschód. Ale ja dałbym radę dojść w jeden
dzień - powiedział chełpliwie. I przez chwilę nawet w to uwierzył.
- Przyprowadzisz go? - spytał błagalnie chłopczyk.
- Może kiedyś. - Mal spoważniał. - Ale to będzie nasza tajemnica. Ani
słowa nikomu.
Mały skinął głową.
Mal odszedł, zadowolony, że udało mu się uniknąć wstydu. Może za kilka
dni spróbuje zastawić nową pułapkę na niedźwiadka. Siostrzeniec mu ufał,
więc Mal nie chciał sprawić mu zawodu. Tak, na pewno znajdzie jakiś
sposób.
Poczuł się lepiej. Gotów był nawet przepracować cały dzień na polu.
Kij patrzył za nim ze smutkiem. Zamyślił się. Już kiedyś słyszał, jak
kobiety śmiały się z wujka, a mężczyźni na niego klęli. I nazywali go
Leniuchem. Może rzeczywiście nie można mu ufać? Spojrzał na rozległe
poranne niebo, zastanawiając się, co robić.
Kobiety szły przez złote pole jedna za drugą, ustawione w kształt
szerokiej litery V jak klucz jaskółek latem.
Przewodziła im na środku wielka postać teściowej Lebiedź, uchodzącej za
najbardziej wiekową kobietę w osadzie, odkąd zimą zmarła żona starszego.
Dzień był upalny. Pracowały już od kilku godzin, zbliżało się południe.
Do żniw kobiety ubierały się jedynie w proste, luźne suknie z lnu, na
stopach miały bezkształtne buty z brzozowej kory. Każda trzymała w dłoni
sierp.
I gdy tak posuwały się powoli wzdłuż długiego pola jęczmienia, cały czas
śpiewały. Najpierw najstarsza podawała pierwszy wers, a potem reszta do
niej dołączała. Ich wysokie, nosowe głosy dźwięczały raz ostro, a raz
żałośnie.
Lebiedź była zlana potem. Mimo to dobrze się czuła, pracując rytmicznie
w pełnym słońcu. Kobiety czasem traktowały ją pogardliwie, ale każda z nich - jedna z żon, siostra którejś żony, siostry jej męża i ich córki,
ciotki i kuzynki tych córek - była jakoś z nią spokrewniona. Do każdej
należało się zwracać, używając odpowiedniego tytułu, który oddawał
skomplikowany stopień pokrewieństwa i wyrażał stosowny szacunek. Tytuły
miały zazwyczaj zdrobniałą formę, tak lubianą przez Słowian, dzięki
czemu okazywano przez nie czułość i sympatię. "Mateczka", "kuzyneczka" -
czy można inaczej mówić o małych człowieczych pyłkach rozsianych po
bezkresnej równinie?
To było jej plemię. Nazywali ją Mordwinką, ale była częścią ich
wspólnoty: na południu ta wspólnota nazywała się rod, a na północy
mir. Ziemia i wioska były wspólną własnością, jedynie dobytek domostwa
stanowił własność prywatną. A słowo starszego wioski było prawem.
Teściowa zaczęła nawoływać kobiety po imieniu.
- Dalej, moje córki, moje łabędzice! - wołała śpiewnie. - Żnijmy
jęczmień! - Nawet do Lebiedź zwróciła się łagodnie: - Dalej,
Łabędziczko.
Synowa kochała ją na swój sposób. "Jedz, co ci dają, słuchaj, co ci
mówią" - napominała ją surowo stara kobieta. Ale pomiędzy napadami
gniewu bywała też dobra i łagodna.
Lebiedź rozejrzała się dookoła. Na łące, w odległości kilkuset metrów,
jej mąż i inni mężczyźni ładowali na wózek siano. Był z nimi jej brat.
Trzy stare kobiety odpoczywały na skraju pola. Szukała wzrokiem Kija.
Jeszcze niedawno siedział obok kobiet, ale pewnie pobiegł przyglądać się
mężczyznom.
Na niebie słońce się złoci,
Nic nie wyczerpie Matki Ziemi wilgoci.
Kobiety śpiewały w rytm zamaszystych ruchów sierpami, pochylając się
jakby w modlitwie do największej bogini, która wszystkich żywiła:
Wilgotnej Matki Ziemi.
Właśnie w tych okolicach wielka bogini Słowian przejawiała się w najwspanialszej formie. Oto wioska leżała na skraju pasma najlepszej
gleby na wielkiej równinie - czarnoziemu.
Na całej równinie eurazjatyckiej nie było lepszej ziemi.
Na północy podłożem dla tundry był torfiasty glej niezdatny do uprawy.
Lasy rosły na piaszczystych glebach nazwanych podzołami - szarymi tam,
gdzie dominowały brzozy i osiki, a brązowymi dalej na południe, gdzie
rosły też buki, dęby, graby i lipy. Także na tej glebie plony były
słabe. Dopiero bliżej stepu pojawiała się zupełnie inna gleba.
Czarnoziem - lśniący, miękki, zwarty, pożywny jak miód. Ciągnął się
setkami kilometrów na wschód od zachodniego wybrzeża Morza Czarnego aż
po Syberię. Słowianie, którzy osiedlali się na krawędzi lasów, musieli
jedynie oczyścić pole, by potem przez wiele lat zbierać bogate plony z żyznej czarnej ziemi. Gdy po jakimś czasie gleba jałowiała, zostawiali
ją, by zarosła trawą, i przygotowywali nowy kawałek gruntu. Była to dość
prymitywna i rabunkowa forma rolnictwa, ale czarnoziem zapewniał wiosce
pożywienie na długo, bez konieczności przenoszenia się w inne miejsce.
Poza tym ani las, ani równina nie miały kresu.
Gdy kobiety przerwały na chwilę śpiew, Lebiedź zauważyła idącego w ich
kierunku Mala. Miał czerwoną, spoconą twarz.
- Proszę, Leniuch szuka sobie pracy! - zawołała żartem jedna z kobiet.
Nawet teściowa się roześmiała. Nieco zawstydzona mina Mala mówiła
wyraźnie, że odłączył się od mężczyzn pod jakimś pretekstem. Lebiedź
zdziwiła się tylko, że nie było przy nim Kija.
- Gdzie jest Kij? - spytała.
- Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem go od rana.
Zmarszczyła brwi. Gdzież ten chłopak się podziewa? Odwróciła się i zawołała do teściowej:
- Mogę poszukać Kija?! Gdzieś się zawieruszył.
Tęga kobieta nawet się nie zatrzymała, patrząc obojętnie na Lebiedź i jej brata wałkonia. Potrząsnęła przecząco głową. Robota czeka.
- Idź i zapytaj starych kobiet, gdzie poszedł chłopak - powiedziała do
Mala.
Posłusznie ruszył wolnym krokiem ku miedzy.
Zawsze bawiło go porównywanie, jak toczą się losy mieszkańców wsi. Na
przykład życie mężczyzn było może barwniejsze, ale za to krótsze.
Mężczyzna, nieważne, gruby czy chudy, wraz z wiekiem nabierał sił. A gdy
te w końcu go opuszczały, nagle umierał. Z kobietami było zupełnie
inaczej. Najpierw rozkwitały - z jasną cerą, szczupłe, wdzięczne jak
łanie. A potem wszystkie bez wyjątku tyły, najpierw w biodrach tak jak
jego siostra, potem w talii i w nogach. Z roku na rok robiły się coraz
pełniejsze i okrąglejsze, ogorzałe od słońca niczym jabłka i gruszki, a te wyższe nabierały majestatycznej postury, jak teściowa Lebiedź. Potem
powoli, wciąż zachowując swoje krągłości, zaczynały maleć, kurczyły się
stopniowo, by wreszcie na starość pomarszczyć się jak ziarno w skorupce.
Stare kobiety, babuszki z pociemniałymi, pobrużdżonymi twarzami i błyszczącymi niebieskimi oczami, dożywały powoli swoich dni, aż w końcu,
tak naturalnie jak spadający z drzewa orzech, zanurzały się w ziemi. To
dotyczyło wszystkich kobiet. Jego siostra Lebiedź też podąży tą drogą.
Gdy patrzył na jakąś babuszkę, zawsze ogarniała go czułość.
Na skraju pola siedziały właśnie trzy babuszki. Uśmiechając się
grzecznie, zamienił z każdą po kolei kilka słów.
Lebiedź obserwowała go, dziwiąc się, że trwa to tak długo.
W końcu Mal wrócił.
- Są już stare i nie bardzo wiedzą, co się dzieje - wyjaśnił. - Jedna
mówi, że Kij wrócił do wioski z innymi dziećmi. Druga uważa, że poszedł
nad rzekę. A trzecia twierdzi, że do lasu.
Westchnęła. Kij nie miał powodu iść do lasu, nie sądziła też, by oddalił
się aż nad rzekę. Pozostałe dzieci wróciły już do chaty, gdzie miały
zająć się maluchem. Zapewne jest razem z nimi.
- Sprawdź, czy jest w wiosce - poprosiła.
Mal chętnie się zgodził, zawsze to lepsze niż praca na polu.
A kobiety nadal śpiewały. Lebiedź kochała tę piosenkę - była wolna i smutna, ale miała piękną melodię, która pozwalała jej zapomnieć o troskach.
I na ciebie przyjdzie kres;
Ciągnij pług przez skiby.
Nie pocieszy cię na koniec
Ani woda, ani ogień
I wiatr też nie będzie
Twoim przyjacielem.
W ziemi w końcu spoczniesz,
Ziemia cię przytuli.
Kobiety posuwały się powoli w swoim szyku i pochylone ścinały jęczmień z ciężkimi kłosami. Nad polem słychać było cichy szelest sierpów
przecinających brązowiejące łodygi. Kurz z padającego zboża unosił się
nisko nad ziemią, wydzielając słodki zapach. A Lebiedź nie po raz
pierwszy doświadczyła dziwnego uczucia, miłego i smutnego jednocześnie -
jakby utraciła jakąś część samej siebie, nie mogąc uciec od tego
powolnego, ciężkiego życia w ciszy bezkresnej równiny. Smutnego, bo
czuła się jak w pułapce, a miłego, bo przecież była wśród swoich. Czyż
nie tak właśnie powinno wyglądać życie?
Minęło trochę czasu, zanim Mal wrócił. Na twarzy miał swój zwykły
bezmyślny uśmiech, ale Lebiedź zauważyła w nim ślad niepokoju.
- Nie ma go?
- Nie, dzieciaki go nie widziały.
Dziwne. Była przekonana, że jest z nimi. Poczuła lęk. Znów zawołała do
teściowej:
- Kija nie ma w domu! Mogę go poszukać?
Ale stara kobieta spojrzała na nią z lekceważeniem.
- Dzieciaki zawsze gdzieś znikają. Niedługo wróci. Niech twój brat go
poszuka. I tak nie ma nic do roboty - dodała złośliwie.
Lebiedź ze smutkiem spuściła głowę.
- Idź nad rzekę, Mal. Sprawdź, czy go tam nie ma - powiedziała. I zauważyła, że tym razem jej brat oddalił się znacznie szybszym krokiem.
Praca posuwała się do przodu. Zaraz przyjdzie czas na odpoczynek.
Lebiedź przypuszczała, że teściowa specjalnie wydłuża pracę. Spojrzała
na rozległy horyzont. Wydawało jej się, że teraz widnokrąg kpi z niej
okrutnie i przypomina tak jak teściowa: "Nic na to nie poradzisz,
bogowie zapisali już wszystko w przeznaczeniu". Pochyliła się nad
zbożem.
Tym razem Mal wrócił po kilku minutach. Wyglądał na zatroskanego.
- Nad rzeką go nie ma.
- Skąd wiesz?
Wyjaśnił, że spotkał starca, z którym polował, a on spędził nad rzeką
całe przedpołudnie. I na pewno zauważyłby chłopca, gdyby się tam
pojawił.
Dźgnął ją lęk.
- Według mnie poszedł do lasu - stwierdził Mal.
Do lasu? Wcześniej chodził tam tylko z nią. Spojrzała na brata z uwagą.
- Dlaczego tak myślisz?
Mal był wyraźnie speszony.
- Nie mam pojęcia.
Kłamie, to widać. Wiedziała jednak, że lepiej nie przyciskać go do muru.
- W którą stronę miałby pójść? - spytała.
Mal zamyślił się. Przypomniał sobie słowa rzucone lekkomyślnie w rozmowie z chłopcem.
- Chyba na wschód. - Zaczerwienił się. - Zresztą nie wiem.
Popatrzyła na niego pogardliwie.
- Bierz! - Wcisnęła mu w rękę sierp. - I do roboty - rozkazała.
- Ale to praca kobiet - zaprotestował.
- Do roboty, głupcze! - krzyknęła i podeszła do teściowej. Pozostałe
kobiety wybuchnęły śmiechem. - Pozwólcie mi poszukać Kija - poprosiła
raz jeszcze. - Mój brat wysłał go do lasu.
Teściowa spojrzała na łąkę. Mężczyźni zakończyli już pracę, kilku z nich, w tym mąż Lebiedź i starszy wioski, szło w ich kierunku.
- Odpoczynek! - zawołała do kobiet. - A ty możesz iść - zgodziła się.
Mężczyźni byli już przy nich, więc w kilku słowach wyjaśniła, co się
stało. Starszy wioski był potężnym człowiekiem z siwą brodą i małymi,
niespokojnymi oczami. Sprawa mało go obeszła. Ale twarz męża nieco się
zafrasowała.
- Też mam pójść? - spytał starszego.
- Chłopak się znajdzie. Nie mógł daleko odejść. Niech ona go poszuka -
powiedział tamten znudzonym tonem.
Zauważyła, że mąż odetchnął z ulgą. Rozumiała to. Przecież miał też inne
żony i inne dzieci pod opieką.
- Pójdę już - powiedziała cicho.
- Jeśli cię długo nie będzie, ruszę za tobą - oznajmił mąż z uśmiechem.
Skinęła zgodnie głową.
Las był miły i przyjazny. Wysoko na błękitnym niebie płynęły rzadkie
kłębiaste obłoki, błyszcząc w świetle przedpołudniowego słońca. Ciągnęły
ze wschodu, znad bezkresnych suchych stepów. Chłopiec szedł skrajem
lasu, wysokie trawy szeptały coś, poruszane lekkim wiatrem. W cętkowanej
plamie cienia pasło się kilka krów.
Minęło już trochę czasu, odkąd Kij oddalił się od trzech starych kobiet.
Szedł wesoło znajomą ścieżką prowadzącą do lasu. Nie zdawał sobie sprawy
z niebezpieczeństwa.
Przez cały ranek rozmyślał o niedźwiadku. Wujek Mal powiedział, że
trzeba go szukać w czarodziejskiej krainie daleko na wschodzie. I że
można tam dojść w jeden dzień. Tylko że Kij, choć mały, wiedział
doskonale, że wujek tam nie pójdzie. I im dłużej się nad tym
zastanawiał, tym większą miał pewność, co powinien zrobić.
Poranny upał się wzmagał, powietrze nad polem jęczmienia, gdzie
pracowały kobiety, zaczęło błyszczeć. Chłopiec chodził w tę i z powrotem, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, aż w końcu, jakby prowadzony
jakąś niewidzialną dłonią, ruszył w kierunku lasu.
Znał drogę. Na wschód oznaczało z dala od rzeki, wzdłuż ścieżki, przy
której jego matka i inne kobiety zbierały grzyby. Późnym latem
przychodzili tu na jagody. Na wschód, czyli tam, skąd płynęły chmury.
Nie wiedział, jak daleko będzie musiał iść, ale skoro wujek dotarłby tam
w ciągu jednego dnia, to on też.
No, najwyżej w ciągu dwóch dni, pomyślał odważnie.
Z dziwną determinacją szedł ścieżką wśród sosen. Był pulchny, jak wiele
dzieci w jego wieku. Miał na sobie białą koszulkę z paskiem, kapcie z łyka, w dłoni ściskał pęk zerwanego na polu jęczmienia.
Po pięciuset metrach dotarł do polanek, na których kobiety zazwyczaj
zbierały grzyby. Uśmiechnął się z zadowoleniem, rozpoznając okolicę.
Nigdy jeszcze nie był sam tak daleko w lesie, mimo to ani na chwilę się
nie zatrzymywał.
Wąska dróżka schodziła zboczem w dół - w jednych miejscach była pokryta
sosnowymi igłami, gdzie indziej biegła wśród poskręcanych korzeni - aż
docierała do młodniaka. Kij zauważył, że wśród dębów i buków jest coraz
mniej sosen, za to coraz więcej jesionów. Z wysokich gałęzi obserwowały
go z uwagą wiewiórki. Jedna, ta najbliżej ścieżki, w pierwszej chwili
chciała uciec, ale zmieniła zdanie i przysiadła czujnie, chrupiąc jakąś
łuskę. Po pewnym czasie młodniak się przerzedził, na ścieżce pojawiła
się trawa. Po kolejnych kilkuset metrach ścieżka zakręcała w prawo, a potem w lewo. Kij zauważył następną kępę sosen.
Był szczęśliwy. I podekscytowany wyprawą w nieznane.
Wędrował tak prawie kilometr, zanim w końcu ścieżka dotarła do gęstszej
ściany lasu i znacznie się zwęziła. Kij szedł jednak dalej, aż korony
drzew zamknęły się nad jego głową. Poczuł słodki, błotnisty zapach.
Po prawej stronie zobaczył ciemny staw.
Staw nie był duży - miał dziesięć metrów długości i trzydzieści
szerokości. Otoczona drzewami tafla wody stała nieruchomo. Ale w pewnej
chwili zmarszczył ją słaby podmuch wiatru. Fala uderzyła z lekkim
pluskiem o brzeg porośnięty kępami paproci.
Kij wiedział, co to oznacza. Rozejrzał się bojaźliwie.
"W spokojnym stawie diabeł mieszka".
Tak mawiali mieszkańcy wioski. I na pewno mieszkały tu też panny wodne,
rusałki. Gdy ktoś nie był wystarczająco ostrożny, mogły go dopaść i załaskotać na śmierć. "Nie daj się złapać jakiejś rusałce -
przestrzegała go ze śmiechem matka. - Masz takie łaskotki, że poradzą
sobie z tobą w jednej chwili".
Nie spuszczając wzroku z powierzchni wody, chłopiec obszedł dookoła
groźną sadzawkę. Na szczęście ścieżka zaczęła się od niej oddalać.
Wkrótce las zamienił się w dąbrowę, a za nią pojawiła się otwarta
polana. Wysokie trawy kołysały się łagodnie. Na prawo rosła kępa brzóz.
Kij przystanął.
Wokół panowała cisza. Nad sobą miał puste, milczące niebo. W którą
stronę pójść?
Odczekał kilka minut, aż na niebie pojawił się obłok. Obserwował go
uważnie, żeby wyznaczyć kierunek.
Wschód miał na wprost przed sobą. Ruszył dalej.
Po raz pierwszy pożałował, że jest sam. Rozejrzał się kilkakrotnie po
polanie. Może zobaczy gdzieś mamę? Wydawało mu się naturalne, że powinna
być tam gdzie on.
Znów zagłębił się w las, a po dziesięciu minutach zorientował się, że
ścieżka znikła. Niskiej trawy rosnącej pod wiązami nie przecinały żadne
ślady, ani zwierząt, ani ludzi. Było tu dziwnie pusto. Zatrzymał się
zaniepokojony. Może powinien zawrócić? Znajome pola i rzeka wydawały się
tak daleko. Nagle zapragnął być znowu u siebie. Przypomniał sobie
jednak, że jeszcze raz musiałby minąć mroczny staw z rusałkami.
Drzewa rosły tu blisko siebie, ogromne i groźne. Sięgały wysoko i tłumiły światło, przez zasłonę liści widać było jedynie małe skrawki
nieba, jakby ktoś roztrzaskał błękitną czarę firmamentu na tysiąc
kawałków. Chłopiec spojrzał w górę i znów się zawahał. Ale co z niedźwiadkiem? Nie, nie zrezygnuje. Zacisnął zęby i ruszył dalej.
I nagle mu się wydało, że słyszy głos.
- Kij! - Wołanie matki odbijało się wśród drzew łagodnym echem. - Kij,
mój ptaszku!
A więc jest tutaj. Buzia mu pojaśniała. Odwrócił się. Nikogo. Teraz on
zawołał, a potem wsłuchiwał się przez chwilę, czekając na odpowiedź.
Cisza. Jedynie lekki wiatr zaszeleścił liśćmi i poruszył mniejsze
gałązki. Może to wołanie było tylko zawodzeniem wiatru? A może to
rusałki ze stawu robią sobie z niego żarty?
Ze smutkiem ruszył dalej.
Szedł w cieniu koron wysokich drzew, jedynie od czasu do czasu wąski
promień słońca muskał jego włosy. Chwilami zdawało mu się, że obserwują
go czyjeś oczy, jakby milczące istoty, szare i brązowe, przemykały w cieniu. Ale choć rozglądał się nieustannie, niczego nie zauważył.
Po pięciu minutach zatrzymał się, wypatrując jakiegoś poruszenia wśród
drzew, gdy nagle nad jego głową rozległ się głośny skrzek. Przerażony
uniósł wzrok i zobaczył wśród liści wzbijający się w górę dziwny
kształt.
- Baba-Jaga! - wrzasnął.
Każde dziecko bało się Baby-Jagi. Wiedźma latała w wielkim moździerzu,
miała ogromne stopy i rozczapierzone szponiaste dłonie, którymi łapała
dzieci, zabierała je ze sobą, a potem gotowała w wielkim kotle. Kij
patrzył w górę z przerażeniem.
Na szczęście to był tylko ptak, który wznosił się wśród gałęzi, głośno
uderzając skrzydłami. Mimo to chłopiec trząsł się na całym ciele.
Płacząc, usiadł na ziemi i zaczął wołać matkę. Ale gdy kolejne minuty
mijały bez odpowiedzi, jakoś zapanował nad łzami i powoli się uspokoił.
Przecież to tylko ptak. Co mówił wujek? "Myśliwy, jeśli tylko jest
ostrożny, nie ma się czego w lesie bać. Tylko kobiety i dzieci lękają
się lasu".
Kij stanął powoli na nogi. Z wahaniem ruszył dalej.
Niedługo potem zauważył, że okolica po lewej stronie jakby się zmieniła.
Las stał się rzadszy, przez gałęzie przedostawało się więcej światła. A jeszcze dalej wydawało się, że drzewa błyszczą złotym światłem.
Skierował się w tamtą stronę.
Było tu znacznie cieplej. Drzewa nie rosły tak wysoko. Pod stopami
zieleniła się bujna trawa, pojawiały się krzewy. Na ziemi widać też było
kępy mchu. Kij poczuł na twarzy słońce, usłyszał bzyczenie much, nawet
ugryzł go jakiś komar. Chłopcu wrócił dobry humor. Spod stóp uciekła mu
mała zielona jaszczurka.
Tak się ucieszył, że tu dotarł, iż nawet nie zauważył, w którą idzie
stronę.
Nie mógł tego wiedzieć, ale wędrował już ponad godzinę. Było południe.
Nie czuł pragnienia ani głodu, a radość z wydostania się z ciemnego lasu
stłumiła zmęczenie. Zerknął za siebie, ale lasu już nie było widać.
Zatoczył wzrokiem półkole. Zalany słońcem krajobraz wydał mu się obcy.
Nieopodal lśniła biała kora brzóz. Niewielki ptak na gałęzi patrzył na
niego tak, jakby nie chciało mu się ruszać w tym upale. I nagle, może
też z powodu gorąca, Kij poczuł, że cały ten dzień staje się
nierzeczywisty. Gdzieś przed nim, w gęstniejącym poszyciu, pojawiła się
linia niskich trzcin.
I wtedy zobaczył błysk światła.
Wydobywało się z ziemi, spod splątanych korzeni. Było tak jaskrawe, że
aż zmrużył oczy. Zrobił krok do przodu. Światło nadal migotało. Światło
w ziemi. Przysunął się jeszcze bliżej, a wtedy przyszła mu do głowy
pewna myśl.
A może to światło wskazuje drogę do innego świata?
Tak, to możliwe. W języku Słowian słowa "świat" i "światło" brzmiały
bardzo podobnie. I Kij wiedział doskonale, że domowoj i inni przodkowie
mieszkają pod ziemią. A tu rozbłyskiwało światło, w czarodziejskim
miejscu, w środku ziemi. Więc może tam naprawdę jest wejście!
Dopiero gdy chłopiec podszedł bliżej, okazało się, że światło pochodzi z gładkiej powierzchni ukrytego w zaroślach strumyka, w którym odbija się
południowe słońce. Strużka wiła się w leśnym podszyciu, czasem znikała w jakimś zagłębieniu, by pojawić się w wysokiej trawie kilka metrów dalej.
Jednak dla chłopca było to tak samo magiczne. Gdy patrzył na mknącą
wodę, na brzozy dookoła, na bujną trawę, w jego główce pojawiła się
jeszcze bardziej ekscytująca myśl. Jestem na miejscu! Tak, dotarł do
granicy magicznego królestwa za siedmioma lasami. Na całym świecie nie
ma bardziej czarodziejskiego miejsca niż to.
Z zachwytem podążył za strumykiem, który poprowadził go do stojących
pięćdziesiąt metrów dalej dwóch głazów. W rozpadlinie między nimi rosła
leszczyna. Kij zatrzymał się i dotknął skały: była ciepła, niemal
gorąca. Zachciało mu się pić. Zawahał się, bo nie wiedział, czy wolno mu
pić z magicznego źródełka, ale pragnienie zwyciężyło, ukląkł na trawie i nabrał w dłonie krystalicznie czystej wody. Była orzeźwiająca i miała
niemal słodki smak.
A potem, żeby lepiej rozejrzeć się po okolicy, zaczął się wspinać na
jeden z głazów. Tuż nad nim była szeroka skalna półka. Podniósł rękę,
starając się czegoś chwycić.
Poczuł pod palcami ciało węża.
Nie wiedział, jak to się stało, ale w ułamku sekundy znalazł się trzy
metry od skały, drżąc na całym ciele jak osika. Poruszał konwulsyjnie
głową, wypatrując na drzewach, w strumieniu i na głazach gotowych do
ataku węży. Gdy źdźbło trawy musnęło mu nogę, podskoczył jak oparzony.
Jednak wąż na skale leżał nieruchomo. Kij widział jego ogon przewieszony
przez krawędź. Trzęsąc się, odczekał jeszcze dwie minuty. Na ziemi nic
się nie poruszyło, jedynie gdzieś w koronach drzew bezszelestnie
przemknął myszołów.
Gdy w końcu ciekawość przeważyła nad strachem, chłopiec podkradł się
ostrożnie do skały.
Wąż był martwy. Leżał zwinięty na półce. Gdyby go rozciągnąć, byłby dwa
albo nawet trzy razy większy. W jednym miejscu był przecięty na pół -
zapewne przez orła. Kij od razu rozpoznał żmiję - w tych okolicach żyło
kilka gatunków żmij - i aż zadrżał, choć gad był martwy.
Nagle coś sobie uświadomił. Niemal się uśmiechnął. Tak, to jest magiczna
kraina. Wąż leży w cieniu krzewu rosnącego w rozpadlinie pomiędzy dwiema
skałami. Leży w cieniu leszczyny.
- Teraz na pewno znajdę niedźwiadka - powiedział na głos.
Bo martwy wąż mógł mu zdradzić jedną z największych tajemnic: tajemnicę
czarodziejskiego języka.
Magicznego języka nie dało się słyszeć. Mówiły nim wszystkie drzewa i rośliny, kamienie i strumyki, a czasem też zwierzęta. Tę tajemnicę można
było posiąść na kilka sposobów - powiedziała mu to sama babka. "Pierwszy
sposób polega na tym, że musisz uratować węża z pożaru albo ocalić
złowioną rybę, wtedy one mogą ci ten język przekazać. Drugi sposób to
znaleźć nasienie paproci w najkrótszą noc w roku. Trzeci to złapać żabę
podczas orki i włożyć ją sobie do ust. Poznasz także ten język, jeśli
pod krzakiem leszczyny znajdziesz martwego węża, upieczesz go i zjesz
jego serce".
Gdybym mógł rozmawiać z drzewami i zwierzętami, od razu by mi
powiedziały, gdzie jest mój niedźwiadek, pomyślał. I popatrzył z zadowoleniem na węża. Ale miał jeden problem: jak go upiec? Nie umiał
rozniecić ognia. Przyszło mu do głowy, że może zabrać węża do wioski.
Nie spuszczał gada z oczu. Wąż leżał zaledwie dwa metry od niego i był
martwy od niedawna. Gdyby nie oderwana głowa, można by sądzić, że za
chwilę się poruszy. Kij poczuł przez łykowe buty ciepło skały i zadrżał,
uświadomiwszy sobie, że to samo ciepło ogrzewa też węża.
Nie, nie da rady zaciągnąć go do wioski.
Jednak po chwili wpadł na wspaniały w swojej prostocie pomysł. Miał
wrażenie, że pojawiła się przed nim szeroka ścieżka przez pusty las.
Przyprowadzi tu wujka Mala, a on upiecze węża!
Przecież to takie proste! Czuł się tak, jakby jego podróż dobiegła
końca, a on szczęśliwie dotarł do domu. Zsunął się z ulgą ze skały i zaczął szukać swoich śladów nad strumykiem. Okolica nie wydawała się już
taka magiczna, za to bardziej znajoma.
Dopiero po paru minutach pojął, że się zgubił.
Od strumienia skręcił do lasu, ustalając kierunek według płynących na
niebie chmur. Tylko dlaczego to miejsce wyglądało tak obco? Drzewa były
wyższe, rosły coraz gęściej. Tu i ówdzie pojawiały się krzewy, leżały
porozrzucane głazy. Nie, wcześniej był w zupełnie innym lesie. A teraz
ucieszyłby się na widok groźnego stawu zamieszkanego przez rusałki. Znów
spojrzał na chmury. Nie wiedział jednak, że po południu wiatr zaczął
zmieniać kierunek.
Dopiero teraz ogarnęła go panika. Mijały minuty, a on miał coraz większą
pewność, że się zgubił. Zrobiło mu się zimno. Zatrzymał się i rozglądał
na wszystkie strony, ale wszędzie widział jedynie niezliczone pnie
drzew.
Nie wiedział, dokąd iść. Pięć razy zawołał matkę po imieniu, ale jego
głos zginął wśród drzew. Tak jakby ten dzień postanowił schwytać go w pułapkę, uwięzić w lesie pod bezkresnym błękitnym niebem, a teraz
przyglądał mu się drwiąco z wysoka. A jeśli nigdy nie wróci do domu? Kij
przysiadł przy zwalonym drzewie. Zalewały go fale rozpaczy, siedział
nieruchomo, zbyt zmęczony i zniechęcony, by iść dalej. Zaczął płakać.
Zawołał jeszcze dwa razy, ale nie usłyszał odpowiedzi. Obok niego rósł
duży grzyb. Pogłaskał jego miękki kapelusz, szukając jakiegoś ukojenia.
Płacz rozgrzał go, powieki zaczęły mu ciążyć. Głowa opadła na pierś.
Gdy zobaczył niedźwiadka, w pierwszej chwili wydawało mu się, że śni.
Miś musiał się oddalić od matki, bo biegł teraz w długich susach,
próbując ją dogonić. Minął Kija w odległości piętnastu metrów.
Chłopiec wstał, przecierając oczy, i uszczypnął się, żeby się upewnić,
że nie śni. Czyżby rzeczywiście znalazł niedźwiadka? Aż nie mógł
uwierzyć w swoje szczęście. Zwierzę wciąż było na horyzoncie, biegło za
jakimś brązowym kształtem widocznym sto metrów dalej, pewnie za matką.
Brązowy kształt zniknął za drzewem.
Chłopiec ruszył za nimi bez wahania. Miał tylko jedną myśl: zobaczyć,
dokąd one idą. Biegł ile sił w nogach.
Dotarli do polany, minęli ją i zagłębili się w następny las. Kij nawet
się nie zastanawiał, dokąd idą. Gdy widział niedźwiedzie, zamierał w bezruchu, żeby go nie zauważyły. Głównie jednak kierował się odgłosami
łamanych gałązek i szuraniem łap. Nie wiedział, jak daleko jest od domu
ani jak znajdzie powrotną drogę. Był zbyt blisko celu swoich poszukiwań,
by się nad tym zastanawiać. Szedł wytrwale przed siebie.
Kilka razy o mało nie stracił ich z oczu. Nagle w środku bezkresnego,
jak mu się wydawało, zagajnika dębów czy jesionów otaczała go martwa
cisza. Wszystkie drzewa wyglądały jednakowo. Zatrzymywał się wtedy,
robił kilka kroków, znów się zatrzymywał, aż w końcu znów dobiegał go
głośny szelest.
Nie czuł żadnego zagrożenia. Po otrzymaniu tylu magicznych znaków -
ukryty staw, światło z innego świata wychodzące ze strumyka, wąż pod
leszczyną - uwierzył, że to czarodziejski dzień i że duchy lasu prowadzą
go do celu.
Właśnie w jednej z tych chwil ciszy zauważył po prawej stronie, za
ścianą brzóz, plamę światła, która mogła oznaczać polanę. Może
niedźwiadek tam właśnie poszedł? Kij ruszył w tamtym kierunku.
I wtedy na skraju polany zobaczył wśród drzew błysk światła. Niezbyt
wysoko. Coś migotało na niższych gałęziach. Nie widział dokładnie przez
rząd brzóz, ale promienie słońca tańczyły na czymś, wystrzeliwując we
wszystkie strony czerwone, złote i srebrne błyski. Co to takiego?
Nagle zalała go fala radości. Przecież to oczywiste! Cóż innego może tak
błyszczeć na drzewie? Co stoi na straży skarbów poszukiwanych przez
człowieka, a teraz najwyraźniej pilnuje niedźwiadka? Jedynie najrzadszy
i najwspanialszy ze wszystkich cudów lasu.
Żar-Ptak.
Żar-Ptak miał pióra we wszystkich kolorach. Nawet w ciemności błyszczał
i migotał. A ten, komu udałoby się podkraść i chwycić jedno pióro z ogona, miałby wszystko, czego by zapragnął. Żar-Ptak oznaczał ciepło i szczęście. A niedźwiadek na pewno czeka teraz przy nim. Kijowi się
zdawało, że migotliwe światło wabi go i przywołuje.
Zbliżył się do czarodziejskiej istoty na odległość dziesięciu metrów.
Nie widział wyraźnie, ale Żar-Ptak nie poruszał się i cały czas jasno
świecił. Czekał na niego. Z okrzykiem radości Kij przebiegł między
brzozami i wypadł na polanę.
Patrzący na niego jeździec miał nieruchomą twarz. Kolorowe klejnoty
ozdabiające krawędź jego hełmu błyszczały w słońcu jak Żar-Ptak.
Mężczyzna odznaczał się śniadą cerą i dużym orlim nosem. Na ramiona
spływała mu kaskada czarnych włosów. Ale jego ciemne, skośne oczy
patrzyły zimno. Przez ramię miał przewieszony długi, zakrzywiony łuk.
Chłopiec stał przed nieznajomym jak skamieniały. Wierzchowiec, którego
ten dosiadał, był czarny i miał bogato zdobioną uprząż. Skubał trawę
rosnącą w cieniu drzew, a teraz podniósł leniwie łeb, żeby popatrzeć na
Kija.
Jeździec trwał nieruchomo.
A potem nagle ruszył do przodu.
Południowe słońce zawieszone wysoko na bezkresnym błękitnym niebie mocno
prażyło ziemię. Suchy jęczmień, poruszony lekkim powiewem dusznego
wiatru, zaszeptał cicho i jakby na pożegnanie musnął talię Lebiedź.
Zapach zboża docierał aż do skraju lasu. Z pola wybiegła mała mysz i schowała się w korzeniach drzewa.
Może chłopiec chciał się tylko schronić w cieniu? Lebiedź szła wzdłuż
lasu, cicho nawołując:
- Kij, mój ptaszku! Kij, mój gołąbku!
Pasące się krowy spojrzały na nią, ale nawet nie ruszyły się z miejsca.
Po drugiej stronie pola wisiał w powietrzu myszołów, wypatrując
zdobyczy. Kija jednak nie było.
Skręciła na ścieżkę prowadzącą do miejsc, gdzie zbierali grzyby. W południe panowała w lesie taka sama cisza jak na polu, słońce pokrywało
wszystko ostrym światłem. Lebiedź znów zawołała:
- Kij! Kij, moja kaczuszko!
Na jej szyi wisiał na sznurku mały talizman, który dostała kiedyś od
matki - gęś wyrzeźbiona z kawałka drewna. Wyjęła ją zza koszuli i pocałowała.
Przeszukała polany, dokąd chodzili na grzyby. I tu Kija nie było.
Doszła do stawu. Może wpadł do wody? Może kryje go teraz ciemna,
nieruchoma tafla? Nie, nie ma najmniejszego powodu, żeby miał wpaść do
sadzawki, pocieszała się w myślach.
Jej głos dźwięczał donośnie.
Dotarła ścieżką do następnej polany. Tu też zawołała kilka razy. Czyżby
poszedł jeszcze dalej?
Stanęła przed kępą brzóz po drugiej stronie polany i skłoniła głowę.
Brzoza była drzewem świętym i przyjaznym, pomagała temu, kto się do niej
modlił. Lebiedź ruszyła dalej. Kierowała się na wschód, nie wiedząc, że
chłopiec, nieświadomy zmieniającego się wiatru, podążył za obłokami w inną stronę. W pewnej chwili zauważyła parę wilków stojących przy
drzewie jak dwa szare cienie. Serce jej załomotało. A jeśli Kij też je
spotkał? Mogła się jedynie pocieszać, że latem, gdy zwierzyny było w bród, wilki rzadko atakowały ludzi.
Gdy tak szła, w jej umyśle pojawiały się uporczywe obrazy, dziwne
postacie z legend opowiadanych w wiosce: ptaki radości i smutku, ptaki
drapieżne. A potem przez dziesięć minut wypełniały ją obrazy ognia -
ognia na palenisku, który dawał ciepło i bezpieczeństwo, oraz ognia w lesie, budzącego lęk. Te dwa obrazy zachodziły na siebie, aż w końcu nie
umiała ich odróżnić.
Czasem drzewa wyglądały przyjaźnie, jakby otoczyły chłopca opieką, a teraz chciały go jej oddać. A chwilami były mroczne i groźne. Gdy szła
przez dąbrowę, wydawało jej się, że słyszy głos Kija dobiegający gdzieś
z lewej strony - zawołała, ale znów nie usłyszała odpowiedzi.
Jak będzie wyglądać jej życie bez niego. Wyobraziła sobie puste miejsce
obok siebie na półce ponad paleniskiem. Jak uda jej się wypełnić tę
dojmującą pustkę? Mąż ją wypełni? Nie. Jeszcze jedno dziecko? Widziała w wiosce inne kobiety, które straciły swoje dzieci. Płakały, usychały z tęsknoty, ale w końcu czas leczył rany. Rodziły kolejne dzieci i znów
niektóre traciły. Tak toczyło się życie plemienia. Ale na co jej teraz
ta wiedza? Sama nieraz doświadczyła matczynego niepokoju, lecz lęk nigdy
wcześniej nie był tak silny. Dziś kąsał ją i dręczył, wywołując ból nie
do zniesienia.
Gdyby mogła wzlecieć jak Baba-Jaga ku kopule nieba, widziałaby z góry
wszystko, co się rusza w lesie i na stepie. O, gdybyż mogła zobaczyć
chłopca i czarami przenieść go do domu!
Gdy tak wędrowała, przyszły jej do głowy dwie myśli. Pierwszą było to,
że chłopiec nie dałby rady dojść dużo dalej. A zatem, o ile wciąż żył,
powinien być w lesie po prawej albo po lewej. Niestety, nie umiała
zgadnąć gdzie.
Druga myśl była bardziej przerażająca.
Las na wschodzie niedługo się kończył. A tam pojawiało się nowe
niebezpieczeństwo: step.
Wyobraziła sobie, jak Kij wchodzi w wysokie trawy. Nic by go tam nie
chroniło przed palącym słońcem. Trawy zamknęłyby się za nim, nie umiałby
znaleźć wyjścia, ona zaś nie mogłaby go zobaczyć. A dzikie zwierzęta?
Było mało prawdopodobne, by niedźwiedź czy wilk zaatakowały dziecko w środku lata, ale na stepie mieszkały żmije, dzikie psy i tchórze.
Postanowiła dotrzeć do granicy lasu, a potem pójść wzdłuż jego krawędzi
i nawoływać po drodze. Jeśli Kij zawędrował aż tak daleko, to pewnie
jest zmęczony i może odpoczywa gdzieś w cieniu. Przyspieszyła kroku.
Po pięciu minutach minęła ostatnie drzewa.
Przed sobą miała wielki, otwarty step. Południowa cisza sięgała aż po
horyzont i jeszcze dalej. Słońce prażyło ziemię, nad którą unosiło się
falujące powietrze. Spalone niskie trawy i turzyce tylko w niektórych
miejscach były jeszcze zielone. Tak zaczynał się step. Dalej ciągnęła
się ostnica piórkowata - nazywana tak z powodu wyrastających wiosną
pierzastych wiech. Jej wyblakłe kłosy mieszały się i zacierały w oddali,
przez co zżółknięte łodygi wyglądały tak, jakby ktoś je przysypał białym
puchem. Jeszcze dalej równina robiła się brunatna, a tuż pod linią
horyzontu przybierała kolor bzu. W pierwszej chwili można było odnieść
wrażenie, że palące słońce uśpiło swoim żarem wszystkie żywe istoty.
Ale było to tylko złudzenie. Tuż obok stopy Lebiedź cykał konik polny.
Po prawej unosił się na niebie skowronek, wyśpiewując w upale swoje
trele. Na skraju lasu dostrzegła kilka zwiędniętych irysów i hiacyntów.
Ciemnozielona plama na żółtej trawie zdradzała obecność kolonii
świstaków.
Wołała kilka razy, ale bez skutku. Skręciła w lewo, szła teraz wzdłuż
lasu na północny wschód. Przed sobą, nieco na prawo, jakieś trzy i pół
kilometra w głąb stepu, zauważyła niewielkie, choć wyraźne wzniesienie.
Był to kurhan - grobowiec - choć nie wiedziała, kto go usypał ani
kiedy. Jej plemię nie budowało takich wzniesień.
Minęło trochę czasu, ale kurhan, zawieszony w rozgrzanym powietrzu,
wcale się nie zbliżał. Wiedziała, że step zna wiele takich sztuczek,
lecz dziś wydawał się ponury, wręcz złowrogi. W oddali dostrzegła
żurawia stepowego - z czarnoniebieską szyją i białym grzbietem - który
zmierzał szybko do ukrytego w trawie gniazda. Kilkakrotnie zagłębiała
się w las, szukając Kija, i znów wracała na zalany słońcem step.
W końcu kurhan zaczął się przybliżać. Jednocześnie dotarła do miejsca, w którym las wcinał się wąskim pasem w step. Weszła między drzewa.
Po drugiej stronie leśnego cypla jacyś jeźdźcy rozłożyli obóz. Zobaczyła
ich dopiero z odległości stu kroków.
I zobaczyła też, że mają jej syna.
Pięć wozów miało zadaszenie z kory. Ustawione w półkole, rzucały na
rozpaloną ziemię gorące, zakurzone cienie. Kilku jeźdźców zsiadło z koni
i leżało obok wozów.
Dwóch konnych stało nieco dalej. Jeden był jasnowłosy, drugi miał włosy
ciemne. I ten drugi zwracał się do pierwszego jak do dowódcy.
- Mówię ci, bracie, poszukajmy tej wioski.
Jasnowłosy jeździec patrzył na chłopca, którego jego towarzysz posadził
sobie przed siodłem. Chłopiec był blady i rozglądał się dookoła
przerażonym wzrokiem. Całkiem ładny chłopczyk.
Długie, kruczoczarne włosy jeźdźca błyszczały w słońcu niemal tak samo
jak boki czarnego rumaka.
Do wioski nie mogło być daleko. Zabraliby kilku młodzieńców i kilkoro
dzieci płci męskiej, protesty na nic by się zdały. A potem wyćwiczyliby
ich na wojowników - nie na niewolników, ale członków własnego klanu.
Dwóch jeźdźców odpoczywających przy koniach też pochodziło ze
słowiańskich wiosek. Co za dziwni ludzie, pomyślał jasnowłosy, nie mają
boga wojny, a wyrastają na znakomitych, dzielnych wojowników. Ten
chłopiec też byłby dobrym nabytkiem dla jego klanu.
Jednak tego upalnego popołudnia nie chciał napadać na wioskę.
- Przybyłem tu w innym celu - powiedział.
Ciemny jeździec pochylił głowę.
- Twój dziad nie dożył starości - powiedział z powagą. - Nie bez powodu
nazywano go Jeleniem.
To była największa pochwała dla jeźdźców stepu. Mężczyzna, który dożył
starości, tracił honor - odważni wojownicy ginęli w walce w kwiecie
wieku.
Nieco wcześniej, gdy słońce stało w zenicie, jasnowłosy wojownik
zatrzymał się na szczycie samotnego kurhanu i wbił w niego długi miecz.
To był grób jego dziadka, który zginął tu w potyczce. Pamiętała o nim
tylko rodzina, co kilka lat oddając mu w tym na wpół zapomnianym miejscu
należną cześć. Miecz wciąż tu był, jego metalowa rękojeść błyszczała w słońcu, przypominając o klanie szlachetnych wojowników.
Kij wpatrywał się w jeźdźca. Nigdy wcześniej nie widział takich ludzi,
ale o nich słyszał. Domyślał się, że ten na czarnym koniu to Scyta.
"Jeśli Scyta cię złapie - przestrzegał go kiedyś ojciec - to obedrze cię
żywcem ze skóry i zrobi z niej uprząż". Kij patrzył z niepokojem na
wodze. Twarde spojrzenie ciemnych oczu kazało mu się spodziewać
najgorszego, a teraz podejrzewał, że rozmawiają, jak go pociąć. Trząsł
się na całym ciele. A jednocześnie, patrząc w twarz jasnowłosego
wojownika, czuł nikłą nadzieję. Pomimo przerażenia nie mógł oprzeć się
myśli, że nigdy jeszcze nie widział tak wspaniałej postaci.
W odróżnieniu od Scyty, swojego brata krwi, mężczyzna nosił krótko
obcięte włosy. Miał pociągłą twarz o regularnych, niemal delikatnych
rysach. Ale gdy jego niebieskie oczy rozpalały się gniewem, budził
przerażenie jeszcze większe niż Scyta. O tym mrożącym krew w żyłach
spojrzeniu mężczyzn z jego plemienia wspominało kilku starożytnych
pisarzy.
Należał do Alanów - największego ludu sarmackiego - i pochodził z potężnego, dumnego klanu, którego członkowie nazywani byli jasnymi albo
promiennymi.
Stepowi jeźdźcy napływali ze wschodu od niepamiętnych czasów - z ziem
azjatyckich leżących za ogromnym półkolem górskich łańcuchów tworzących
południową granicę eurazjatyckiej równiny. Pokonywali przełęcze
północnych Indii i Persji, wyłaniali się z mgieł zalegających górskie
zbocza i zalewali równinę. Jechali z pustyń, okrążali Morze Kaspijskie,
docierali do Wołgi, a stamtąd wędrowali ku stepom na północ od Morza
Czarnego, na ziemie nad Dnieprem i Donem. Wdarli się nawet na wybrzeże
Morza Śródziemnego i na Bałkany.
Najpierw w odległej starożytności pojawili się Kimerowie, jeźdźcy epoki
żelaza. Następnie, około 600 roku przed naszą erą - Scytowie, lud
indoeuropejski z domieszką krwi mongolskiej, posługujący się językiem
irańskim. I wreszcie około 200 roku przed naszą erą jeszcze potężniejszy
lud irańskojęzyczny, Sarmaci, podbił Scytów i zepchnął ich na małe
terytoria.
Te klany wojowników ze szlachetnymi książętami przybyły z południa.
Irańskie słowo don, oznaczające wodę, znalazło się w nazwach wielkich
rzek: Donu, Dniepru, a nawet płynącego dalej na zachodzie Dunaju.
Alanowie byli wędrownymi wojownikami, panami stepów.
Słowianie bali się ich i podziwiali jednocześnie. Jedne plemiona
pracowały dla nich, inne płaciły im daniny. Alanowie wędrowali po całej
równinie - jak mówiły ich bohaterskie legendy, przemierzali stepy od
krainy ciepłego słońca po ziemie, gdzie słońce chowało się za
horyzontem.
Alan zerknął w niebo. Wciąż panował upał, ale za chwilę mężczyźni w obozie obudzą się i czas będzie ruszyć w drogę.
- Dziś wracamy - powiedział cicho. - Możesz zatrzymać chłopaka.
Kij nie mógł oderwać oczu od wojownika. W odróżnieniu od Scyty Alan
używał strzemion. Miał buty z miękkiej skóry i falujące jedwabne
spodnie. Przy boku wisiały mu miecz i arkan, ulubiona broń jego ludu, do
nogi zaś przymocowany był sztylet z pierścieniem na szczycie rękojeści.
Obok jednego z wozów leżały kolczuga i spiczasty hełm związane w tobołek, a także dwie długie włócznie, którymi Alanowie atakowali w bitwach. Wojownik miał na sobie kaftan ozdobiony złotymi trójkątami,
szyję otaczał mu naszyjnik ze złotego drutu uplecionego na kształt
małych smoków. Z ramion spływała wełniana peleryna spięta broszą
wysadzaną wschodnimi klejnotami. To były wszystkie jego ozdoby.
Scyta prezentował się zupełnie inaczej. Kij czuł na plecach drapanie
złotych i srebrnych ornamentów naszytych na skórzany serdak. Na
przytrzymującym chłopca ciemnym ramieniu widniała bransoleta z wygrawerowanymi zwierzętami i bogami. Kij nie miał pojęcia, że to
wspaniałe dzieło pochodzi z Grecji, wiedział tylko, że odbijające się w nim światło słońca razi go w oczy. Przy pasie Scyty zauważył bułat z rękojeścią z greckimi ornamentami.
Największe jednak wrażenie zrobiły na drżącym chłopcu konie. Nie widział
czarnego rumaka w całości, ale siedząc okrakiem na jego szyi, czuł siłę
zwierzęcia. A wierzchowiec Alana wydawał mu się wręcz bogiem.
Koń był srebrnosiwy, miał czarną grzywę, czarny pas na grzbiecie i czarny ogon. Alanowie mówili o tak szlachetnie umaszczonych koniach
"oszronione". Poruszał się lekko, jakby ledwo dotykał ziemi. Kij
pomyślał, że takie stworzenie nie galopuje, lecz lata.
I wcale się nie mylił. W oczach alańskich plemion nie było szybszego
wierzchowca. Szlachetne zwierzę nosiło imię Trajan, po rzymskim cesarzu,
którego bohaterska sława rozeszła się wokół Morza Czarnego i którego
Sarmaci uznawali za boga. Trzykrotnie Trajan ratował życie swojego
właściciela, unosząc go z pola bitwy. Kiedyś, gdy Alana raniono podczas
walki, wyrwał się tym, którzy chcieli go pojmać, i odnalazł swojego
pana. Dlatego ludzie często mówili: "Ten wojownik kocha Trajana bardziej
niż żonę", a te słowa miały być wyrazem największego uznania.
Trajan stał nieruchomo, jedynie złote kółka przy uździe pobrzękiwały
cicho, poruszane lekkim wiatrem. Na każdym kółku wyryta była tamga -
znak klanu, do którego należał także koń. Tamgą tego klanu był Trójząb -
święty znak wiszący nad paleniskiem w wieży rodowej, oddalonej o setki
kilometrów na wschód.
Scyta także patrzył na Trajana. Westchnął lekko. Zgodnie ze zwyczajami
jego ludu taki boski wierzchowiec zostałby pochowany razem z właścicielem w kurhanie. Jednak Alanowie, choć byli znakomitymi
jeźdźcami, zadowalali się pochówkiem z siodłem i uprzężą.
Ojciec Scyty i ojciec Alana walczyli razem jako najemnicy dla Rzymian, a oni jeszcze jako mali chłopcy zostali braćmi krwi. Była to najświętsza
więź - nic nie mogło jej zerwać. Od lat wędrowali razem, walczyli jeden
przy drugim. Nigdy Scyta nie zawiódł Alana. A gdyby zaszła taka
potrzeba, gotów byłby oddać za niego życie.
Jednak gdy jego twarde spojrzenie po raz tysięczny spoczęło na Trajanie,
w oczach pojawił się szczególny, marzycielski wyraz. Gdyby nie był moim
bratem, myślał czasem, to dla takiego konia zabiłbym jego i stu innych.
Koń popatrzył na niego dumnie.
- Bracie, pozwól mi wziąć dwóch ludzi - powiedział Scyta. - Najedziemy
wioskę i dogonimy was jutro przed zachodem słońca.
Alan pogładził końską szyję.
- Nie proś mnie o to teraz, bracie - odparł.
Scyta zamyślił się. Obaj wiedzieli, że Alan nie mógł odmówić bratu
niczego - żaden dar, żadna przysługa czy ofiara nie wydawały się zbyt
wielkie. Była to kwestia tradycji i honoru. Gdyby Scyta oficjalnie
poprosił o Trajana, Alan musiałby go oddać. Ale żaden z braci nie
nadużywał tego prawa - obaj wiedzieli, kiedy nie należy prosić.
Ciemnowłosy mężczyzna skłonił jedynie głowę, jakby propozycja najechania
wioski nigdy nie padła.
Kij oderwał wzrok od wierzchowca i krzyknął.
Zbliżała się do nich w rozgrzanym powietrzu. Wysoka, pożółkła trawa
drapała jej bose nogi.
Nie wiedziała, czy ją zabiją, czy nie, ale nie miała nic do stracenia.
Gdy podeszła bliżej, coś jej podpowiedziało, że dowódcą jest jasnowłosy
Alan. Obaj mężczyźni patrzyli na nią obojętnie. Nawet konie się nie
poruszyły.
Kij odruchowo próbował się wyrwać, ale ramię Scyty trzymało go w żelaznym uścisku. Mimo to chłopcu nie przyszło do głowy, że groźni
jeźdźcy mogą go nie oddać matce.
- Kij! - zawołała.
Odpowiedział. Ale dlaczego jeźdźcy ją ignorują?
Lebiedź podniosła wzrok. Dwoje czarnych i dwoje niebieskich oczu
patrzyło na nią twardo. Scyta przesunął dłoń w kierunku bułata, ale
zatrzymał ją przed chłopcem i oparł na końskiej grzywie.
Dzieliło ją od nich dziesięć kroków. Widziała wyraz twarzy Kija -
najpierw radość na jej widok i nadzieję, a potem bezsilną rozpacz, gdy
nie mógł do niej podbiec. Zauważyła, że mężczyźni i konie przy wozach
też na nią patrzą, ale bez szczególnego zainteresowania. Zatrzymała się
i skrzyżowała ręce na piersi.
Wysoka trawa zafalowała od wiatru, przynosząc słodkawy zapach. Słońce
prażyło im głowy. Hełm Scyty rzucał jasne błyski. Nikt się nie odezwał.
Alan znał kilka słów w języku Słowian.
- Czego chcesz? - zapytał szorstko.
Lebiedź nawet na niego nie spojrzała. W milczeniu patrzyła na syna
trzymanego przez Scytę.
- Wracaj do wioski. Chłopak jest nasz.
Unikała wzroku dziecka. Zerknęła na jego policzki, na jego małe, pulchne
palce wczepione w czarną grzywę. Nadal jednak się nie odzywała.
Bo czasem milczenie ma większą moc niż słowa.
Alan nie odrywał od niej oczu. Cóż ona wie, pomyślał, o losie, który
czeka chłopca za horyzontem? Co wie o ruchliwych greckich i rzymskich
portach nad Morzem Czarnym? O szarych, lśniących niczym stopiony popiół
klifach nad południowymi morzami? O gładkich, zgarbionych cyplach
wyglądających jak wielkie niedźwiedzie, które przyszły do wodopoju? Co
ta biedna Słowianka z lasu wie o ożywionym handlu zbożem prowadzonym na
Krymie, o wędrujących na wschód karawanach, o ośnieżonych szczytach
Kaukazu, o kuźniach na przełęczach, gdzie hartowano żelazo, o winnicach
na niżej położonych stokach? Nigdy nie widziała wielkich stad
wspaniałych koni, które niczym bogowie zamieszkują góry, ani dumnych
kamiennych wież jego ludu.
Za kilka lat chłopiec będzie wojownikiem i być może dosiądzie takiego
konia jak Trajan. Będzie jednym z nich, jasnych Alanów, których taktykę
ataków i udawanych odwrotów naśladowali nawet Rzymianie. Przecież
niedawno sam cesarz Marek Aureliusz zaniechał prób podbicia tego
dzielnego ludu. Co więcej, Rzymianie z zadowoleniem przyjmowali jego
pomoc w walce z okrutnymi Partami.
Chłopak mógłby tyle rzeczy zobaczyć na szerokim świecie: zawitałby do
królestwa Kimerów albo Scytów na Krymie, prowadziłby rozmowy z osiadłymi
w portach Grekami, Rzymianami, Persami i Żydami, poznałby irańskie i azjatyckie ludy z najdalszych zakątków ziemi. Zyskałby sławę, walcząc z Persami na wschodzie albo z Gotami z północy. Ale przede wszystkim
poznałby smak wielkiej wolności na bezkresnym stepie - uniesienie
podczas galopu, braterstwo krwi.
Jakie życie czekało go wśród Słowian? Mieszkałby w lesie i płacił daniny
albo przeniósłby się na południe, żeby uprawiać ziemię dla władców
stepu. A jako członek ich klanu sam byłby panem dla innych.
Te wszystkie myśli przebiegały wojownikowi przez głowę, gdy patrzył na
kobietę domagającą się swojego syna.
- Chłopak należy do nas.
Usłyszawszy to, Kij spojrzał najpierw na Alana, a potem na matkę. Czy
jasnowłosy jeździec chce go zabić? Gdyby miał taki zamiar, to już dawno
by to zrobił. Ale co się stanie z nim samym? Już nigdy nie zobaczy
matki? Poczuł ostry zapach końskiej sierści, ciepłe łzy zatarły kontury
świata.
Przy wozach zaczął się ruch, zaprzęgano konie. Alan przeniósł wzrok na
step. Lebiedź nie ruszała się z miejsca.
Scyta patrzył na nią zimno jak wąż. Jego wierzchowiec potrząsnął głową.
Do wioski musi być naprawdę blisko, pomyślał wojownik. Mogliby ją
najechać. Zaproponował to już dwa razy, ale jego brat krwi przyjął to
niechętnie.
Ścisnął chłopca mocniej.
- Czas na nas, bracie - powiedział cicho.
Alan zatrzymał się. Właściwie bez żadnego powodu. Ale skoro czekała ich
długa podróż, a schwytane właśnie dziecko miało zacząć nowe życie,
chciał się zdobyć na jakiś akt życzliwości, żeby uspokoić patrzącą na
nich matkę. Podjechał bliżej, zdjął z piersi mały amulet i zawiesił go
chłopcu na szyi. Był to talizman z wizerunkiem czarodziejskiego ptaka
Simurga, którego jedno oko widziało teraźniejszość, a drugie przyszłość.
Skinął głową na Scytę i obaj zawrócili konie.
Buzię Kija wykrzywił grymas. Chłopiec szarpnął się, usiłując spojrzeć za
siebie ponad żelaznym ramieniem Scyty.
- Mamo!
Zatrzęsła się. Każdy mięsień jej ciała chciał się poruszyć, rzucić na
ciemnego jeźdźca. Wiedziała jednak, że gdy się na to odważy, on powali
ją jednym uderzeniem. Poczuła, sama nie wiedząc dlaczego, że bezruch i milczenie są jej jedyną nadzieją.
- Mamo! - Znowu ten krzyk.
Odjechali już na trzydzieści kroków.
Nie poruszyła się. Jeźdźcy powoli zanurzali się w wysokich trawach
stepu. Siedemdziesiąt kroków. Sto. Patrzyła na małą, pyzatą twarz z wielkimi oczami, dziwnie pobladłą ponad czarnym końskim grzbietem.
- Mamo!
Nie odrywała wzroku od twarzy syna. Wysokie trawy zaczynały ją
zasłaniać.
Wozy też ruszyły w asyście pozostałych konnych. Nikt nie zwracał na nią
uwagi.
Modliła się od chwili, gdy ich zobaczyła. I wciąż nie przestawała, mimo
że jej prośby okazały się daremne. Modliła się do boga wiatru, którego
czuła na swojej twarzy. Modliła się do boga gromów i błyskawic, do boga
słońca, który wciąż zsyłał z góry żar. Modliła się do boga bydła. I do
Wilgotnej Matki Ziemi, która była wszędzie. Modliła się do wszystkich
znanych jej bogów. Ale puste błękitne niebo spoglądało na nią z góry,
nie dając niczego. Było twarde jak stal, jak oczy jeźdźców.
Wozy oddalały się w falującej trawie. Po jakimś czasie nie pozostał po
nich nawet obłok kurzu. Miała wrażenie, że niebo też powoli się od niej
oddala. I chociaż, tak jak to robił jej lud, wciąż się modliła, opuściła
głowę w milczącej rezygnacji: los tak chciał.
Gdy wjechali na niewielki pagórek, Alan odwrócił się i ją zobaczył. Mała
postać wciąż za nimi patrzyła.
Ogarnęła go litość. Bo dziwnym zbiegiem okoliczności on też stracił tego
roku jedynego syna.
Gdy Scyta usłyszał jego słowa, oczy mu rozbłysły.
- Dwukrotnie wspomniałem o najechaniu wioski, a ty powiedziałeś, bym cię
o nic nie prosił - odparł. - Ale ty wiesz, że bardzo cię kocham i że dam
ci wszystko, czego zapragniesz. Czyż nie zanurzyliśmy ostrzy naszych
mieczy w czarze z krwią? Czy nie przysiągłem na wiatr i swój bułat, że
bratem ci będę, choćbym miał zginąć? - Lekkim ruchem podał Alanowi
chłopca. - Jest twój.
I czekał.
Alan miał ochotę westchnąć, ale honor mu na to nie pozwalał, więc zdobył
się na nikły uśmiech.
- Mój wierny bracie, przejechałeś ze mną szmat drogi, by okazać cześć
mojemu dziadkowi. Spełniłeś każdą moją prośbę, nie tylko dzisiaj. I nie
chciałeś niczego w zamian. Dlatego powiedz, co mogę ci podarować, żeby
okazać swoją miłość.
Wiedział, że był mu to winien. I wiedział, jaką cenę przyjdzie mu
zapłacić.
- Bracie mój - zaczął Scyta z powagą. - Proszę cię o Trajana.
- Koń jest twój.
Te słowa zabolały go niemal fizycznie. A jednocześnie poczuł dumę -
tylko prawdziwie szlachetny człowiek potrafi oddać takiego rumaka.
- Przejadę się na nim ostatni raz - rzucił lekko.
Nie czekając na odpowiedź, zawrócił Trajana i dosłownie muśnięciem
strzemion zmusił go do galopu.
Kij spojrzał na niego ze zdziwieniem, instynktownie wczepiając palce w końską grzywę.
- Wracasz do swoich, chłopcze - odezwał się Alan. - Ale już do końca
życia będziesz mógł mówić: "Siedziałem na grzbiecie Trajana,
najwspanialszego rumaka jasnych Alanów".
Kij nie wiedział, że jasnowłosy jeździec ma w oczach łzy. Nigdy jeszcze
nie czuł takiej radości i szczęścia jak teraz.
A Lebiedź, wpatrując się w pusty step, zobaczyła, że Trajan pędzi ku
niej przez trawy, jakby to sam bóg wiatru unosił się nad ziemią. Alan
rzucił jej chłopca pod nogi i odjechał bez słowa.
Przytuliła malca do siebie, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.
I nawet nie zwróciła uwagi, że po chwili Kij odwrócił się gwałtownie i wskazując na znikającą postać, krzyknął:
- Pozwól mi z nim jechać!
Chwyciła go na ręce, mocno objęła, jakby się bojąc, że znów go straci, i wbiegła między drzewa.
Nie wróciła do wsi od razu. Najpierw znaleźli ciche miejsce nad rzeką.
Niedaleko rósł święty dąb. Złożyła mu podziękowanie, a potem, pragnąc w samotności nacieszyć się dzieckiem, usiadła w cieniu i patrzyła na Kija,
który pobawił się trochę nad wodą, a później zapadł w drzemkę.
Gdy wyłonili się z lasu, było późne popołudnie. Duże pole już
opustoszało. Żniwa się skończyły. Zgodnie ze zwyczajem zostawiono w rogu
snopek jęczmienia - był to dar dla Wołosa, boga obfitości. Na skraju
pola grupka dziewczynek stała w kółku, śmiejąc się i klaszcząc. Gdy
Lebiedź i Kij weszli do wioski, gęsi chodzące przy chatach powitały ich
głośnym gęganiem.
Pierwszą osobą, którą Lebiedź zobaczyła, był jej mąż. Twarz mu się
rozradowała, gdy wziął chłopca na ręce i podniósł wysoko w górę. Po
chwili z chaty wyszła teściowa, witając ją oschłym skinieniem głowy.
- Szukałem cię - powiedział mąż.
Zapewne. Nie miała wątpliwości, że w swojej dobroci gotów byłby ich
szukać przez wiele dni, ale nie pozwoliłyby mu na to inne obowiązki.
- Znalazłam go - oznajmiła krótko.
Potem opowiedziała o jeźdźcach, a gdy poszli do chaty starszego wioski,
musiała powtórzyć swoją opowieść jeszcze raz.
- Jeśli pojawią się tu znowu - stwierdził starzec - przeniesiemy się na
północ.
Pięć lat wcześniej przywędrowali w to miejsce, bo nie chcieli płacić
daniny jeźdźcom ze stepu.
Dziś jednak nie pozostało im nic innego, jak tylko świętować zakończenie
żniw.
Młodzi chłopcy i dziewczęta wywijali na trawie koziołki. Kobiety
kończyły lepić ze zżętego jęczmienia małą postać starego człowieka.
Namaszczały miodem jego długą, wijącą się brodę. Był to bóg pola,
którego zaraz miano postawić na skraju lasu.
Dopiero gdy wieśniacy zaczęli się gromadzić, Mal wyszedł na próg chaty.
Zawahał się na widok Lebiedź i Kija, ale chłopiec natychmiast do niego
podbiegł.
- Widziałem niedźwiedzia! - zawołał. - Widziałem.
Mal zaczerwienił się, gdy siostra bez słowa odciągnęła malca.
Wieśniacy ruszyli na pole. Lebiedź wyczuła, że ma obok siebie męża. Nie
spojrzała na niego, choć z pewnością na to liczył, ale doskonale
wiedziała, co wyraża jego łagodna twarz. Oczy pałały mu podnieceniem, to
też wiedziała. Wziął ją za ramię i lekko ścisnął. To był znak.
Nie zatrzymywała się. Przypuszczała, że inne kobiety też zauważyły ten
gest. Ramię męża było silne, choć nieco kościste. Miała nadzieję, że
jakoś udało jej się ukryć własny brak entuzjazmu. Po prostu dawał znak,
że w nocy do niej przyjdzie. Popchnęła chłopca przed sobą, by oboje
mogli na niego patrzeć. To była ich bliskość.
Gdy słońce skryło się za drzewami, a długie cienie ułożyły się na zżętym
polu, wieśniacy zaczęli śpiewy i tańce. Kobiety, które przez cały dzień
ścinały jęczmień, stanęły w kręgu i zaśpiewały, prowadzone głosem
teściowej Lebiedź:
Ściernisko letnie, rżysko miłe,
Oddaj mi, proszę, moją siłę.
Jęczmień ścięty, ja zmarniałam,
A przede mną zima cała.
Ściernisko letnie, rżysko miłe,
Oddaj mi, proszę, moją siłę.
Krople miodu skapujące z brody słomianego bożka zaświeciły w promieniach
zachodzącego słońca.
Trzy babuszki, za stare, żeby śpiewać i tańczyć, przyglądały się
wszystkiemu ze skraju pola. Lebiedź uśmiechnęła się na ich widok. Ona
też podąży tą drogą. Ludzie mówią, że bóg pola kurczy się po żniwach i przybiera postać maleńkiego staruszka. Ludzie także się kurczyli i w końcu spoczywali w ziemi, zamieszkując w podziemnym świecie jak rodowy
domowoj. Takie jest przeznaczenie. Nie da się władać naturą - ludzie
mogą jedynie przyjąć, że jest czas siewu i czas żniw. Jej los, jej życie
nie są ważne. Nawet utrata dziecka. Tyle już dzieci w wiosce zmarło.
Nikt ich nawet nie liczył. Ale inne przeżyły. I jedynym, co będzie
trwało wiecznie na tej bezkresnej ziemi, co przetrwa surowy, bezlitosny
cykl pór roku, jest rod.
Kobiety skończyły śpiewać, więc podeszła do Kija. Siedział na ziemi,
obracając w palcach talizman, który dostał od jeźdźca. Myślami był na
szerokim stepie. Nawet nie podniósł wzroku.
Po chwili stanął przed nią mąż, jego sylwetka górowała nad chłopcem.
Uśmiechał się z pełnym podniecenia wyczekiwaniem.
On też był niezbędny - w określonym czasie, w określonej porze roku - i pragnęła go. Ale choć była mu podległa, choć wioską rządzili mężczyźni,
kobiety były silne i to one umiały wszystko przetrwać. To kobiety,
podobnie jak sama Wilgotna Matka Ziemia, chroniły zasiane ziarno, żeby z czasem zebrać plon dla boga słońca i dla mężczyzny z pługiem.
Uśmiechnął się.
- Dziś w nocy.
Gdy zapadł zmrok, zapalono żywiczne drzazgi i przy ich świetle w chacie
starszego wioski rozpoczęła się uczta. Z rąk do rąk krążył puchar
wypełniony musującym miodem pitnym. Z każdego dania - ryby, chleba z mąki jaglanej, mięsa - odkładano trochę na talerz i oddawano dla
domowoja, który, jak wierzono, wyszedł ze swojej nory, żeby się
przyłączyć do biesiadników.
Jedzenie się skończyło, ale cała wieś nadal piła i tańczyła. Kij
zauważył, że matka wzięła do ręki czerwony tamburyn i zaczęła tańczyć
przed ojcem. Patrzył na nią jak urzeczony, aż w końcu głowa opadła mu na
pierś i zasnął.
Już dwa razy mąż ją szturchnął, mrucząc: "No chodź". I dwa razy
potrząsnęła odmownie głową. Nie chciała przerywać zabawy. Ona też piła,
może nie tak dużo jak inni, ale jej ciało przenikał żar. Podniecona
własnym tańcem, też zaczęła pragnąć jego. Ale piła i wirowała nadal,
chcąc doprowadzić się do stanu, w którym pojawi się prawdziwe pożądanie.
Pijane kobiety i mężczyźni powoli wytaczali się z chaty w ciemność nocy,
więc i Lebiedź nie protestowała, gdy mąż objął ją w pasie i wyprowadził
na dwór. Wszędzie dookoła, przy chatach, tam gdzie zaczynało się pole,
spółkowały pary - nikt nie wiedział, kto legł z kim. Ale też i nikt by
tego nie pamiętał. I jeśli w wyniku tych aktów przychodziły na świat
dzieci, nikt się nie zastanawiał, które jest czyje. Nie miało to
znaczenia. Rod trwał dzięki tej naturalności.
Poszli ku rzece, mijając po drodze wysokie trawy, w których błyszczały
świetliki. Patrzyli na wodę odbijającą promienie księżyca. Nazwa, jaką
wieśniacy dali rzece, wywodziła się od budzących lęk stepowych jeźdźców.
Słowianie dobrze wiedzieli, że najznamienitsi Alanowie mówią o sobie
Rus, co w ich irańskim języku oznacza "światło" albo "lśnienie". A ponieważ słowo to brzmiało w słowiańskich uszach przyjemnie, kobieco i doskonale pasowało do rzeki, nazwali migotliwą rzeczkę Rus - lśniąca.
Piękna nazwa. I z pewnością byliby ucieszeni, gdyby się dowiedzieli, że
to samo irańskie imię nosiła w tamtych wiekach potężna rzeka płynąca
daleko na wschodzie, którą w późniejszych czasach nazwano Wołgą.
W ten sposób rzeczka otrzymała nazwę Rus, a leżąca nad nią wieś została
Ruską.
Noc była cicha i bezwietrzna. Lśniąca woda płynęła, a jednocześnie stała
w miejscu. Legli w trawie. Wysoko na rozgwieżdżonym letnim niebie sunęły
blade obłoki, jak jeźdźcy w niespiesznym pochodzie, połyskując lekko w blasku oddalającego się na południe półksiężyca. Być może gdzieś w leśnej gęstwinie przemykał w ciemności lis albo niedźwiedź, wilk albo
Żar-Ptak, a daleko na stepie jacyś jeźdźcy rozłożyli się z obozem przy
ognisku.
Ale Lebiedź słyszała jedynie szept liści poruszanych lekkim wiatrem.
Rzeka
Rok 1066
W styczniu roku Pańskiego 1066 pojawił się na niebie straszny znak.
Widziano go w całej Europie.
W anglosaskim królestwie Anglii, zagrożonym najazdem Wilhelma z Normandii, zapisano go w kronikach, opatrując złowróżbnym znaczeniem.
Znak widziano we Francji, w Niemczech i wokół całego Morza Śródziemnego.
Na wschodzie Europy, w nowo powstałej Polsce i na Węgrzech, znak
pojawiał się każdej nocy. A jeszcze dalej, na wschodnim pograniczu,
gdzie las stykał się ze stepem, a szeroki Dniepr wpadał do Morza
Czarnego, czerwona kometa wisiała co noc nad białym, uśpionym
krajobrazem. Ludzie zachodzili w głowę, jakie nowe plagi spadną na
świat.
A świat zdążył się bardzo zmienić. Podczas dziewięciu burzliwych
stuleci, które minęły od czasów Trajana i Marka Aureliusza, zachodnia
cywilizacja przeszła od antyku do średniowiecza, czemu towarzyszyła
seria doniosłych wydarzeń. Rzym przyjął chrześcijaństwo, ale niedługo
potem to rozległe imperium, podzielone na dwie części ze stolicami w Rzymie i Konstantynopolu, zapadło się pod ciężarem najazdów
barbarzyńców.
Barbarzyńcy przybywali falami ze wschodu, z mongolskich ziem leżących na
północ od Wielkiego Muru Chińskiego, przekraczali południowe półkole
górskich łańcuchów i wylewali się na pustynie i stepy ogromnej równiny
eurazjatyckiej. Jedni byli biali, inni mieli mongoloidalne rysy, a większość posługiwała się jakąś odmianą języka tureckiego. Najpierw
Attyla i jego Hunowie, potem Awarowie, wreszcie Turcy. Ale to nie ich
napady ani ogromne, choć nietrwałe imperia na stepach przyczyniły się do
upadku Cesarstwa Rzymskiego, lecz potężna reakcja łańcuchowa, jaką były
wędrówki ludów, spowodowane zderzeniem się najeźdźców z plemionami
wschodniej Europy. Właśnie te migracje przywiodły Franków do Francji,
Bułgarów, potomków Hunów - do Bułgarii, a Sasów i Anglów do Brytanii, i nadały wielu regionom nazwy plemion, jak choćby Burgundia czy Lombardia.
Proces ten doprowadził do rozpadu starego świata - Rzym upadł. Zachodnia
Europa, choć barbarzyńcy powoli nawracali się na chrześcijaństwo,
pozostawała chaotyczną mozaiką plemiennych i dynastycznych regionów.
Resztki starego porządku utrzymały się jedynie na wschodnich wybrzeżach
Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Tu właśnie, na północ od Grecji, w pobliżu wąskiego kanału łączącego jedno morze z drugim, leżało
majestatyczne miasto Konstantynopol, zwane także Bizancjum. Niezdobyte,
strzegące klasycznej kultury i wschodniego chrześcijaństwa, zachowujące
bardziej grecki niż łaciński charakter, trwało niezmienne: przez całe
średniowiecze zasiadał tu na tronie cesarz wschodniorzymski.
Ale nie był to koniec kłopotów świata zachodniego. Oto w roku 622 miała
miejsce hidżra proroka Mahometa z Mekki - zaczęła się wybuchowa
ekspansja islamu. "Do raju, muzułmanie, nie w ogień!" - z takim
okrzykiem na ustach muzułmańscy dowódcy zachęcali swoich żołnierzy do
walki, bo na poległych czekało już miejsce w niebie. Z Arabii wojska
muzułmańskie wkroczyły na Bliski Wschód, potem ruszyły dalej, do Persji
i Indii, na zachodzie zalały północną Afrykę i dotarły nawet do
Hiszpanii. W jednym z kolejnych najazdów stanęły u bram Konstantynopola.
I jeszcze przez wiele wieków chrześcijańska Europa miała drżeć na dźwięk
imienia proroka.
A jakby tego było mało, pojawili się również wikingowie.
Ci skandynawscy podróżnicy - piraci, kupcy, osadnicy i awanturnicy -
wdarli się na scenę historii około 800 roku. Zajęli większą część
środkowej Anglii, założyli kolonie na Islandii i Grenlandii, a nawet
dotarli do wybrzeży Ameryki Północnej. Powołali do życia państwo pod
nazwą Normandia i dopłynęli aż nad Morze Śródziemne.
Pewna grupa szwedzkich wikingów, założywszy osady handlowe wokół Morza
Bałtyckiego, zaczęła zapuszczać się rzekami coraz dalej w głąb lądu, na
ziemie Słowian.
Nazywano ich Waregami. Stworzyli ogromną sieć handlową ciągnącą się z północy na południe - zabierali towary ze słowiańskiego Nowogrodu na
północy, a potem żeglowali w dół Dniepru, Donu i Wołgi. Nad Morzem
Czarnym, niedaleko ujścia Donu, założyli faktorię nazwaną Tmutarakań. I czy to dlatego, że mieli jasne włosy, czy dlatego, że walczyli ramię w ramię z jasnowłosymi Alanami, a może z jakiegoś innego powodu, o którym
nie mamy pojęcia, świat południowej cywilizacji, do którego przybyli,
nadał im starodawną irańską nazwę, z dumą noszoną przez niektórych
Alanów: Rus, co miało oznaczać "światło" albo "lśniący".
I tak powstało nowe państwo - Ruś.
Chłopiec stał na szczycie palisady i patrzył na wielką czerwoną gwiazdę.
Jego umysł ogarnęło gorączkowe podniecenie.
W oddali, w ciemności, płynął szeroki Dniepr; lód na brzegach odbijał
niewyraźnie krwistoczerwone światło gwiazdy. Za plecami chłopiec miał
uśpiony Kijów.
To pradawne słowiańskie miasto nad Dnieprem już od dwóch wieków było
stolicą Rusi. Położone wśród pagórkowatych lasów, o dzień drogi od
granicy stepu na południu, stało się punktem zbiorczym dla całego handlu
z północnych lasów, który wędrował rzeką do odległego Morza Czarnego i jeszcze dalej.
Co gwiazda zwiastuje miastu? - zastanawiał się chłopiec. To na pewno
jakiś znak od Boga.
Bo Ruś była teraz krajem chrześcijańskim. W błogosławionym roku Pańskim
988 książę Kijowa Włodzimierz został ochrzczony, a jego ojcem chrzestnym
był sam cesarz rzymski z Konstantynopola. Czyż to nie z powodu tego
nawrócenia wielu ludzi uważało Włodzimierza za świętego? I czyż nie
mówiono, że jego dwaj synowie, Borys i Gleb, dołączyli do grona
błogosławionych?
Opowieść o ich śmierci sprzed pół wieku szybko stała się legendą i zaczęła krążyć wśród ludu. Oto bowiem ci dwaj młodziutcy książęta,
stanąwszy w obliczu zamachowców nasłanych przez ich nikczemnego
starszego brata, poddali się bez walki i zapewniając się o braterskiej
miłości, powierzyli swoje dusze Bogu. Tragizm ich śmierci i wzajemna
dobroć tak wzruszyła Słowian, że Borys i Gleb stali się ukochanymi
bohaterami Rusi. Nazywano ich Chrystusowymi męczennikami.
Kijów stał się miastem cerkwi. Na ulicach słychać było nie tylko
nawoływania z kupieckich łodzi na rzece, ale także śpiewy mnichów i księży. Pękate, kryte złotem bizantyjskie kopuły na największych
świątyniach ciepło błyszczały w słońcu. "Pewnego dnia - twierdzili
miejscowi notable - dorównamy samemu Carogrodowi". Tą nazwą określali
często rzymski Konstantynopol. Owszem, nawet klasztorni kronikarze
przyznawali, że liczni chłopi wciąż woleli dawne pogańskie wierzenia,
ale było tylko kwestią czasu, by i oni dołączyli do wielkiej wspólnoty
chrześcijańskiego świata.
A cóż gwiazda miała oznaczać dla jej młodego obserwatora?
Niebezpieczeństwo? Wystawienie na próbę?
Nadchodzący rok miał być najważniejszy w jego życiu. Chłopiec skończył
już dwanaście lat. Wiedział, że ojciec szuka dla niego miejsca na dworze
jednego z książąt, krążyły też pogłoski o bliskich zaręczynach. Ale
najbardziej ekscytujące było to, że latem ojciec wysyłał na wschód
karawanę, a on już od wielu tygodni prosił, by pozwolił mu z nią jechać.
Dotarłby aż nad Don! Matka była oczywiście przeciwna tym niebezpiecznym
planom, ale tydzień wcześniej ojciec zapowiedział, że się nad tym
zastanowi, więc chłopiec o niczym innym nie mógł myśleć. A kiedy wrócę,
zostanę wojownikiem, obiecał sobie. Tak jak jego szlachetnie urodzony
ojciec.
Był tak pogrążony w myślach, że zauważył dwie postacie dopiero, gdy
stanęły obok niego.
- Obudź się, Iwanuszka, bo zapuścisz tu korzenie jak drzewo.
Miał na imię Iwan, ale nazywano go zdrobniale Iwanuszką. Uśmiechnął się
lekko, nie odrywając wzroku od gwiazdy. Wiedział, że bracia chcą sobie z niego pożartować. Młodszy Borys, sympatycznie wyglądający
szesnastolatek, miał jasne włosy i zaczątki zarostu. Starszy Świętopełk
cechował się poważną, pociągłą twarzą i ciemnymi włosami. Ukończył
osiemnaście lat i do tego był już żonaty. Przez dłuższą chwilę Borys
próbował namówić Iwanuszkę do powrotu do domu, aż w końcu Świętopełk
szturchnął go z całych sił.
- Przestań tu marznąć. Myślisz, że jesteś śnieżną panną?
Borys zatupał filcowymi butami, żeby się rozgrzać; Świętopełk zaklął pod
nosem. Zaraz jednak poszli.
Czerwona gwiazda wciąż wisiała milcząco na niebie. Iwanuszka obserwował
ją już czwartą noc z rzędu, stał na wałach sam i nie słuchał wezwań do
powrotu do domu. Był marzycielem. Czasem ktoś z rodziny zostawiał go w jakimś miejscu, a gdy wracał, chłopiec wciąż tam był, z delikatnym
uśmiechem na okrągłej twarzy i błękitnymi oczami wpatrzonymi w to samo
miejsce. Nikt nie umiał mu tego zakazać - te dziwne kontemplacje były
dlań niezbędne. Należał do ludzi, którym wydawało się, że cała natura
mówi wprost do nich. Mijały minuty, a on wciąż stał bez ruchu, wpatrując
się w gwiazdę.
- Iwanuszka. - Tym razem to była jego matka. - Ty głuptasie. Masz
lodowate ręce.
Zauważył, że okrywa go futrzanym płaszczem. I choć nie odrywał oczu od
gwiazdy, poczuł na dłoni lekki uścisk. Dopiero teraz odwrócił się i uśmiechnął.
Łączyła ich wyjątkowa więź. Ileż to szczęśliwych godzin spędził z nią
przy ogniu w ich wielkim drewnianym domu, słuchając opowieści o dzielnych wojownikach - bogatyrach - albo bajek o Babie-Jadze i Żar-Ptaku.
Olga była szczupłą, wysoką kobietą o ciemnych włosach, szerokim czole i drobnych, delikatnych rysach twarzy. Jej rodzina wywodziła się od
wielkich wodzów Siewierzan, pradawnego plemienia słowiańskiego. Gdy
wyśpiewywała te baśnie swoim cichym, jakby nieobecnym głosem, Iwanuszka
patrzył na nią jak zaczarowany. Często miał przed oczami jej piękną,
delikatną twarz. Ten obraz nosił ze sobą przez całe życie jak ikonę.
Gdy śpiewała dla ojca, jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Opadał do
ochrypłego kontraltu, a jej zachowanie wyrażało żartobliwe lekceważenie.
Domyślał się wtedy, że jej smukłe ciało o jasnej skórze ma ukrytą moc,
że jest w nim coś, co doprowadza jego ojca do szaleńczego pożądania. Być
może, jak wszystkie dzieci, miał naturalne wyczucie takich spraw.
Czasem czytali razem święte księgi, pochylali się nad nimi i przejęci
odczytywali tryumfalnie, choć z niejakim trudem, słowiańskie słowa
zapisane wyraźnym pismem uncjalnym na kartach Nowego Testamentu i opowieści apokryficznych. Poznawał kazania wielkich kaznodziejów
Kościoła wschodniego - Jana Chryzostoma czy świętego Bazylego, a przede
wszystkim słowiańskiego kaznodziei Hilariona. Nauczył się też kilku
ballad sławnego śpiewaka Bojana, którego znał jego dziadek. Iwanuszka
recytował je bezbłędnie, ku uciesze ojca.
Łączyło go z matką jeszcze jedno podobieństwo. Drobny, typowy dla niej
gest. Wykonywała go, gdy rozmawiała z kimś, stojąc - powoli podnosiła
ramię w kierunku rozmówcy, jakby przepuszczała go w drzwiach. Był to
miękki ruch, niemal smutny, mający w sobie dziwną łagodność, jak
pieszczota. Spośród trzech braci tylko Iwanuszka przejął ten gest po
matce, choć nie wiadomo, czy go odziedziczył, czy nieświadomie
naśladował.
I zawsze pamiętał o jednej ważnej rzeczy: w odróżnieniu od ojca matka
była Słowianką. A więc ja jestem pół-Słowianinem, myślał.
Co to znaczy być Słowianinem? Wiedział, że Słowianie są wielkim ludem.
Przez wieki zasiedlili rozległe ziemie. Słowianami byli Polacy na
zachodzie, a także częściowo Węgrzy i Bułgarzy; dalej na południu, w górach Grecji, też żyli Słowianie. I choć ich język oddalił się od tego,
którym mówili Słowianie na Rusi, to podobieństwa między nimi były łatwo
zauważalne.
Stanowili odrębną rasę? Trudno powiedzieć. Nawet na ziemiach ruskich
żyło wiele słowiańskich plemion. Ci z południa już dawno temu wymieszali
się z najeźdźcami ze stepu. Ci z północy byli częściowo Bałtami i Litwinami. A ci ze wschodu stopili się z ugrofińskimi ludami
zamieszkującymi lasy.
Ale kiedy Iwanuszka patrzył na swoją matkę i porównywał ją z ojcem i innymi cudzoziemskimi poddanymi bohaterskiej skandynawskiej dynastii, od
razu widział, że jest Słowianką. Chodziło o jej muzykalność? Albo o zmienność nastrojów, o to, że raz była smutna, a po chwili wesoła? Nie,
chodziło o inną cechę, która wyraźnie kojarzyła mu się ze Słowianami.
Widział ją też u chłopów. Bo nawet gdy wpadali w złość i stawali się
agresywni, w jednej chwili potrafili się uspokoić. Po prostu mieli
łagodne usposobienie.
Matka zbierała się do odejścia. Iwanuszka jeszcze raz spojrzał na
gwiazdę. Co ona mu mówi? Część księży uważała, że to znak końca świata.
On też wiedział, że koniec świata nadchodzi, ale przecież jeszcze nie
teraz.
Przypomniał sobie kaznodzieję, którego usłyszał zaledwie miesiąc
wcześniej i który wywarł na nim głębokie wrażenie. "To prawda,
Słowianie, drodzy bracia w Chrystusie, przybyli późno, by pracować w winnicy naszego Pana - mówił duchowny. - Ale czyż nie czytamy w przypowieści, że ci, którzy byli ostatnimi, zostaną tak samo
wynagrodzeni jak pierwsi? Bóg przygotował wspaniałe przeznaczenie
Słowianom, swojemu ludowi, który go słusznie wychwala".
Te słowa przyprawiały go o dreszcz. Przeznaczenie. Ta kwestia ostatnio
mocno go zajmowała, może dlatego, że zaczynał dorastać. On też jest
częścią przeznaczenia. I modlił się tylko, by dzień Sądu Ostatecznego
nie przyszedł zbyt szybko, by on, Iwanuszka, też miał szansę dokonać
wielkich czynów, do jakich był przecież przeznaczony.
Nie wiedział jednak, że w tej właśnie chwili jego los został
przesądzony.
Igor miał za sobą ciężki dzień. Po południu okazało się, że z niewiadomego mu powodu zaręczyny, które planował dla Iwanuszki, nie
dojdą do skutku. Rodzina - bardzo zacna - nagle się wycofała. Zirytowało
go to, ale w innych okolicznościach szybko by się otrząsnął.
Lecz zdarzyło się coś jeszcze. Patrzył w milczeniu na siedzącego przed
nim mężczyznę.
Igor był wysoki i potężny. Miał długi, prosty nos, głęboko osadzone oczy
i zmysłowe usta. Jego egzotyczną urodę podkreślało to, że przy
kruczoczarnych włosach miał całkiem siwą brodę. Na szyi wisiał mu
łańcuch z niewielkim metalowym kółkiem, na którym wyryto tamgę jego
klanu: Trójząb.
Trudno było się domyślić pochodzenia Igora, podobnie jak i wielu innych
szlachetnie urodzonych mieszkańców Kijowa. Nawet wśród ruskich książąt,
którzy wywodzili się od wikingów, byli zarówno czarnowłosi mężczyźni o oliwkowej cerze, jak i blondyni. Ale Igor pochodził od Alanów.
Alanowie przybyli ze wschodu. Ojciec Igora wraz z innymi członkami
klanów alańskich i czerkieskich dołączył do walecznego księcia Rusi i brał udział w wyprawach aż za Don. Walczył dzielnie - trudno było o lepszego jeźdźca - więc przyjęto go do drużyny, książęcej rady. Gdy
książę postanowił wrócić do ojczyzny, alański wojownik ruszył razem z nim. I tak przez stepy, przez rzeki i lasy dotarł na ruskie ziemie.
Ożenił się z dobrze urodzoną Skandynawką, a teraz Igor, jego syn, służył
w drużynie księcia Kijowa.
Igor był wojownikiem, ale poza tym prowadził rozległe interesy. A w takim mieście jak Kijów było czym handlować. Zboże z żyznych
czarnoziemów na południu wysyłano do miast leżących w lasach północy;
rzekami transportowano do Konstantynopola futra i niewolników. Z Czech
sprowadzano srebro, a z krajów leżących jeszcze dalej na zachód -
frankońskie miecze. Z Polski i zachodnich rubieży Rusi przywożono tak
pożądaną sól. Ze wschodu zaś, rzeką albo karawanami wędrującymi przez
stepy, przybywały najrozmaitsze cuda Orientu: jedwabie, adamaszki,
klejnoty i przyprawy.
Handlowe imperium Rusi rozwijało się wspaniale. Wzdłuż sieci rzek, które
płynęły z północy, z zimnych lasów na wybrzeżach Bałtyku, ku stepom
schodzącym do ciepłego Morza Czarnego, stały liczne faktorie, a nawet
duże miasta. Na północy leżał Nowogród. W pół drogi na południe, nad
Dnieprem, znajdował się Smoleńsk, a na zachód od niego Połock. Na północ
od Kijowa był Czernihów, na południe zaś, jak ostatni bastion na granicy
stepów - Perejasław. Każde z tych miast miało tysiące mieszkańców.
Prawie trzynaście procent ludności zajmowało się handlem i rzemiosłem -
znacznie więcej niż w feudalnej Europie. Te tętniące życiem ośrodki
handlowe i finansowe były rozsiane na rozległych terenach, na których
królowały łowiectwo i prymitywne rolnictwo. A władcami byli tu kupieccy
książęta.
Po rozczarowaniu, jakie przeżył na wieść o odwołaniu zaręczyn, Igor miał
nadzieję, że wieczorne spotkanie w domu jego wspólnika poprawi mu humor.
Już od dłuższego czasu planował wyprawę karawany przez step na
południowy wschód. Bo tam, za wielkim Donem, gdzie Kaukaz schodził z nieba ku wodom Morza Czarnego, leżała osada na cyplu - Tmutarakań. Po
przeciwnej stronie przesmyku, na Półwyspie Krymskim, znajdowały się
ogromne słone pustynie. W ostatnich latach handel z Tmutarakaniem został
osłabiony przez Połowców, potężne plemię stepowych najeźdźców. Jednak
Igor stwierdził: "Jeśli uda nam się przywieźć duży ładunek soli,
zarobimy fortunę".
Już wcześniej ustalono szczegóły. Z początkiem lata pierwsze transporty
miały dotrzeć do położonej na granicy stepu niewielkiej placówki
handlowej o nazwie Ruska, gdzie wspólnik Igora utrzymywał swój skład. A stamtąd miała wyruszyć karawana w eskorcie żołnierzy.
- Najchętniej sam bym z nimi pojechał - powiedział Igor szczerze.
A potem z zakłopotaniem wyjawił swoją prośbę.
Mężczyzna, który siedział naprzeciw niego, był o kilka lat młodszy.
Ustępował Igorowi wzrostem, ale był równie potężny. Miał ciężki
podbródek, lekko obwisłą dolną wargę, duży, zakrzywiony turecki nos,
opadające powieki nad czarnymi oczami, czarne włosy i brodę przyciętą w kształt szerokiego klina. Z tyłu głowy przysiadła mu niepewnie jarmułka.
Był Chazarem i nazywał się Żydowin.
Chazarowie byli dziwnym ludem. Ci tureccy wojownicy przez kilka stuleci
panowali nad stepowym imperium ciągnącym się od pustyni nad Morzem
Kaspijskim aż do Kijowa. Kiedy muzułmanie zalali Bliski Wschód i próbowali przedostać się przez Kaukaz na wielką równinę eurazjatycką, na
drodze stanęli im waleczni Chazarowie wspierani przez Gruzinów, Ormian i Alanów. "To dzięki nam Kijów nie jest dziś muzułmański" - przypominał
często Igorowi Żydowin.
Imperium Chazarów podupadło, ale chazarscy kupcy i wojownicy wciąż
wyprawiali się na step ze swojej odległej pustynnej bazy, a w Kijowie,
niedaleko tak zwanej Bramy Chazarskiej, żyła duża chazarska społeczność.
Żydowin jak nikt inny umiał zorganizować karawanę i poprowadzić ją przez
stepy. I nikomu Igor nie ufał tak jak jemu. Miał do niego tylko jedno
zastrzeżenie.
Żydowin był żydem.
Wszyscy Chazarowie byli żydami. Przeszli na judaizm w okresie
największego rozkwitu ich imperium, gdy władca uznał, że prymitywne
pogaństwo jego poddanych nie jest godne statusu państwa. A ponieważ
kalif w Bagdadzie był muzułmaninem, a cesarz w Konstantynopolu
chrześcijaninem, pan stepu - nie chcąc wyglądać jak niższy rangą
sojusznik któregoś z nich - rozsądnie wybrał jedyną znaną sobie religię
nieuznającą wielobóstwa. W ten sposób państwo chazarskich watażków
nawróciło się na judaizm. Dlatego Żydowin mówił w języku Słowian i Turków, ale zapisywał je za pomocą alfabetu hebrajskiego!
- Zabierzesz z karawaną mojego Iwanuszkę?
Igor nie chciał niczego więcej. Dlaczego więc Chazar się zawahał?
Przecież dobrze znał chłopaka, syna swojego wspólnika. Ale odpowiedź
była prosta: Żydowin się bał.
Już to sobie wyobrażam, myślał. Jeśli napadną nas Połowcy i zabiją
chłopaka, nikt nie będzie miał do mnie pretensji. Ale ja go znam. Gdzieś
się zawieruszy, wpadnie do rzeki i się utopi albo zrobi jakieś inne
głupstwo. A wtedy to będzie moja wina.
Dlatego dał wymijającą odpowiedź.
- Iwanuszka jest jeszcze za mały. Może któryś z jego braci?
Igor zmrużył oczy.
- Odmawiasz mi?
- Ależ skąd. - Chazar się zmieszał. - Jeśli jesteś pewien, że tego
właśnie chcesz...
Teraz Igor poczuł się niezręcznie. W innych okolicznościach po prostu
powiedziałby Żydowinowi, że tak ma być, i sprawa byłaby skończona. Ale
mając świeżo w pamięci upokorzenie związane z zaręczynami, poczuł
zalewającą go falę wstydu. Chazar dobrze znał się na ludziach. On też
nie chciał Iwanuszki. Igora ogarnęła nagła złość na syna. Nie lubił
porażek.
- Nie ma o czym mówić. - Wstał z miejsca. - Masz rację. Jest za młody. -
Sprawa była zamknięta.
Choć nie do końca. Wychodząc z domu przyjaciela, nie mógł się
powstrzymać, żeby nie zadać mu pytania.
- A co ty myślisz o Iwanuszce i jego charakterze?
Żydowin zastanawiał się przez chwilę. Lubił chłopaka. Przypominał mu
jego własnych synów.
- To marzyciel - powiedział uprzejmie.
Wracając do domu, Igor prawie nie patrzył na czerwoną gwiazdę. Był
człowiekiem bardzo religijnym, więc nie miał wątpliwości, że Bóg
przekazuje ludziom jakąś wiadomość. A jego obowiązkiem było przyjęcie
wszystkiego, co nadejdzie. Pomyślał jednak o Iwanuszce. Chazar nazwał go
marzycielem. Doskonale wiedział, co mówią o chłopcu jego bracia.
Świętopełk nazywa go głupcem, przypomniał sobie ze smutkiem.
A co należy zrobić z głupcem? Nie miał pojęcia.
Trzy dni później czerwona kometa zniknęła z firmamentu. Tej zimy na
niebie nie pokazały się już żadne inne znaki.
Wiosna. W tym żyznym kraju na początku każdego roku ziemię pokrywała
woda. Woda ze wzbierających rzek. A Kijów był miastem nad rzeką. Za
chwilę mieli je zobaczyć. Długa łódź sunęła równo szerokim, spokojnym
nurtem Dniepru. Czterech mężczyzn pociągało za wiosła, kierując łódź ku
miastu. Iwanuszka i jego ojciec stali na rufie, wysoki mężczyzna
obejmował chłopca za ramię.
Łódź miała aż sześć metrów długości, ale wykonano ją z jednego pnia.
- Tylko na Rusi są takie wielkie drzewa - mawiał Igor do syna. -
Wystarczy siekiera, a z ogromnego dębu można wydłubać nawet mały statek.
Czując bliskość ojca, chłopiec miał wrażenie, że jest to najwspanialszy
poranek jego życia.
Iwanuszka miał na sobie zwykłą lnianą koszulę i spodnie, a na wierzchu
brązowy wełniany kaftan, bo poranki były jeszcze zimne. Włożył buty z zielonej skóry, z których był bardzo dumny. Jasne włosy miał krótko
obcięte, jak paź.
Popłynęli w górę rzeki o świcie, żeby przejrzeć pułapki, przy których
rybacy czekali na połów. Teraz wracali do domu na śniadanie. A potem...
Iwanuszka poczuł w brzuchu drżenie ekscytacji. To będzie wielki dzień.
Podniósł wzrok na ojca. Ileż to razy widział go na jakiejś strażnicy na
drewnianych murach obronnych nad rzeką! Ojciec patrzył wtedy przed
siebie jak milczący orzeł szybujący nad podmokłą okolicą. A gdy stał
teraz na rufie, otulony długim czarnym płaszczem, wydawało się, że za
chwilę rozłoży ramiona i wzniesie się ponad rzeką i lasami ku niebu, a potem spadnie na nieszczęsną ofiarę.
Iwanuszka czuł na sobie ciężar ojcowskiego ramienia. Ale nie była to
tylko siła mięśni. Bo stojąc obok Igora, wyczuwał inną moc, płynącą z dalekiej przeszłości: niepokojącą jak echo pamięci, a jednocześnie
rozlewającą się w nim jak ciepła rzeka. "W twoich żyłach płynie krew
potężnych wojowników i wspaniałych jeźdźców, jak mój ojciec i wielu
przed nim - powtarzał mu często ojciec. - Nasi przodkowie cieszyli się
sławą, zanim przybyli tu Chazarowie, w czasach gdy góry były jeszcze
młode. Pamiętaj, jesteś jednym z tych wojowników, oni zawsze będą przy
tobie". A potem serce Iwanuszki zaczynało mocniej bić, gdy ojciec
dorzucał: "Pewnego dnia przekażesz to swoim synom i ich potomkom".
A dziś, był tego pewien, podąży śladami ojca i starszych braci, zostanie
wojownikiem, bogatyrem.
Już mnich o to zadba.
Łódź bezszelestnie sunęła z prądem. W porannej ciszy rzeka rozlewała się
szeroko ku południowi. Powietrze było rześkie, bez powiewu. Resztki mgły
unosiły się nad powierzchną wody, której ruch był ledwo zauważalny. Na
południu szaroniebieska rzeka i bladoniebieskie niebo zlewały się na
horyzoncie w jedną płynną miękkość, nierozróżnialną z oddali, na
wschodzie zaś złote słoneczne światło rozpraszało się we mgle.
Teraz mieli już miasto w zasięgu wzroku. Iwanuszka westchnął cicho.
Kijów był taki piękny!
Miasto przysiadło po prawej stronie rzeki. Na stromym brzegu wznoszącym
się ponad trzydzieści metrów nad wodą stała wysoka palisada, która
ciągnęła się na trzy i pół kilometra, górując nad okolicą.
Miasto składało się z trzech części. Na północy, na skromnym kurhanie,
wznosiła się stara solidna warownia. Mieścił się w niej książęcy zamek i duża cerkiew ufundowana osiemdziesiąt lat wcześniej przez samego
błogosławionego Włodzimierza - cerkiew Dziesięcinna. Nieco dalej na
południowy zachód, oddzielona jedynie małym jarem, stała nowa warownia,
znacznie większa, zbudowana przez wielkiego syna świętego Włodzimierza,
Jarosława Mądrego, który stworzył zbiór praw zwany Ruską Prawdą. Trzecia
część, jeszcze większa, schodziła ku rzece i ją też otaczało drewniane
ogrodzenie. Było to podzamcze - padół - na którym mieszkali drobni kupcy
i rzemieślnicy. A nad samą rzeką znajdowały się przystanie, gdzie
cumowano ciężkie, omasztowane łodzie.
W obu warowniach wiele budynków zbudowano z cegły. Na podzamczu
wszystkie domy, oprócz kilku cerkwi, wzniesiono z drewna. Miasto
otaczały piękne lasy liściaste, porastające nawet opadające ku rzece
strome zbocze.
W całym mieście lśniły w porannym słońcu złote kopuły i złote krzyże z dodatkową poprzeczną belką, która w kościołach wschodnich symbolizowała
oparcie dla nóg Chrystusa. Miasto wyglądało jak wielki błyszczący statek
unoszący się na wodzie.
Bo w okolicach Kijowa prawy brzeg był wysoki, a lewy niski. I tak jak w wielu innych miejscach Dniepr występował tu z brzegów. Rozlewał się na
pola, które przyjmowały jego wody i żyzny muł. Dzięki tym zalewom każdej
wiosny życie budziło się od nowa.
Chłopiec poruszył się niespokojnie. Od jakiegoś czasu nawiedzały go bóle
w kolanach. Ale przede wszystkim nie umiał ukryć podniecenia. Bo
zaledwie przed tygodniem Igor oznajmił: "Najwyższy czas postanowić, co z tobą będzie. Pojedziemy do ojca Łukasza".
Co za zaszczyt! Ojciec Łukasz był duchowym przewodnikiem Igora, który
nigdy nie podejmował ważnych decyzji, dopóki nie zasięgnął jego rady. A mówiąc o starym mnichu, z szacunkiem ściszał głos. "On wie wszystko" -
twierdził. I zawsze jeździł do niego sam. Nie zabierał nawet starszych
synów. Nic dziwnego, że Iwanuszka, słysząc to, najpierw się
zaczerwienił, a potem pobladł.
Wiele razy wyobrażał sobie tę scenę. Dobrotliwy wysoki starzec z gęstą
długą brodą, szeroką anielską twarzą i oczami błyszczącymi jak słońca od
razu zauważy, że ma przed sobą bohatera. Położy mu dłonie na głowie,
pobłogosławi go i ogłosi: "Z woli bożej, Iwanie, zostaniesz wielkim
wojownikiem". Tak właśnie będzie. Chłopiec z ufnością spojrzał na ojca,
a potem na szańce.
Igor patrzył na syna. Nie wiedział, czy podjął słuszną decyzję. Chwilami
wydawało mu się, że tak, ale jednocześnie czuł, że zdradza Iwanuszkę.
Członkowie rodziny prezentowali się wspaniale. Iwanuszkę aż przeszedł
dreszcz szczęścia, gdy na nich spojrzał. Zebrali się w największej izbie
dużego drewnianego domu. Światło słoneczne sączyło się przez szyby
zrobione nie ze szkła, ale z wydobywanego w okolicy przezroczystego
krzemienia zwanego miką. Promienie padały na wyłożoną żółtymi glinianymi
płytkami podłogę, przez co wydawało się, że całe pomieszczenie jest
skąpane w świetle.
Ze stołu nie posprzątano jeszcze po śniadaniu. Przy oknie stał duży
piec, w rogu naprzeciwko wisiała niewielka ikona z wizerunkiem świętego
Mikołaja, a przed nią na trzech srebrnych łańcuszkach była zawieszona
gliniana lampka. Na skrzyni pod prawą ścianą ustawiono dwa duże
miedziane świeczniki. Osadzone w nich świeczki były zgaszone. Na środku
izby, w ciężkim, rzeźbionym dębowym fotelu, tak wywoskowanym, że aż
lśnił, siedziała matka.
- I jak, Iwanuszka, jesteś gotowy? - spytała. Był gotowy. Patrzył na nią
radośnie.
Matka miała na sobie długą do kostek suknię z ciemnoróżowego brokatu i wyszywany złotem pas. Szerokie rękawy odsłaniały szczupłe ramiona
otulone białym jedwabiem. Na nadgarstku mieniła się srebrna bransoleta
wysadzana kamieniami - zielonymi ametystami z Azji i żółtymi bursztynami
znad Bałtyku. W uszach miała kolczyki z pereł. O tak, szlachetnie
urodzone Rusinki ubierały się jak greckie damy z Konstantynopola.
Jej szerokie czoło odznaczało się jasną karnacją, dłoń w eleganckiej
pozie spoczywała na oparciu fotela wyrzeźbionym w kształcie lwiej głowy,
smukłe palce ze złotymi pierścieniami wdzięcznie opadały w dół. Jakże
ona była piękna, piękna i dobra! Jednak wydawało się, że na jej twarzy
maluje się smutek. Z jakiego powodu miałaby być smutna?
W izbie byli też starsi bracia, obaj ubrani w długie koszule ze
strojnymi pasami i sobolowymi kołnierzami. Świętopełkowi towarzyszyła
śliczna młoda żona pochodząca z Polski. Iwanuszka starał się kochać ich
obu po równo, ale Świętopełka trochę się bał. Mówiono, że jest on
podobny do ojca, ale czy naprawdę? W spojrzeniu Igora była czasem jakaś
powściągliwość i rezerwa, ale na twarzy jego najstarszego syna często
malowała się złość i gorycz. Z niewiadomych powodów. Młodszy, Borys,
także czasem poszturchiwał Iwanuszkę, ale jakoś dziwnie kuksańce
Świętopełka zawsze bolały bardziej.
Na polecenie ojca Iwanuszka włożył jedynie lniane spodnie i prostą
lnianą koszulę przewiązaną paskiem. Wbrew woli matki pozwolono mu zostać
w zielonych skórzanych butach. Musiał jednak dokładnie umyć ręce i twarz
w miedzianej misce, która stała na umywalni.
Igor był ubrany podobnie, jego koszula różniła się od chłopskiego
odzienia jedynie misternym haftem na brzegach. "Bogate ozdoby tam nie
przystoją" - oznajmił z powagą. Iwanuszce błyszczały oczy. Był tak
rozemocjonowany, że zjadł tylko kawałek chleba z odrobiną kaszy
owsianej. Ucałował matkę i braci i wybiegł na zewnątrz, a chwilę później
siedział już na swoim kucu, czując na policzkach chłodne, wilgotne
powietrze poranka.
Ulice były błotniste. Większość szlachty mieszkała w drewnianych domach,
parterowych lub jednopiętrowych, z wysokimi, podobnymi do namiotów
dachami i z zabudowaniami gospodarskimi w głębi. Każda siedziba
zajmowała niewielką parcelę otoczoną płotem z drewnianych palików.
Ziemia była tak nasiąknięta wodą z roztopionego śniegu i wiosennych
deszczów, że drogę ze stajni do furty wyłożono deskami. W kilku
miejscach na ulicy też leżały deski, ale na ogół końskie kopyta tonęły w grząskim błocie.
Iwanuszka na białym kucu jechał posłusznie za ojcem. Igor prezentował
się wspaniale. Ramiona okrywała mu prosta czarna opończa. Chłopiec
patrzył z bezgranicznym podziwem na jego dumnie wyprostowane plecy.
Ojciec dosiadał wspaniałego czarnego wierzchowca, który nosił pradawne
imię, przejęte do języka Słowian w nieco zmienionej przez kolejne
pokolenia formie. Koń nazywał się Trojan.
Mijani po drodze prości ludzie przykładali na ich widok prawą dłoń do
serca i kłaniali im się w pas. Nawet księża w szatach duchownych
pochylali z szacunkiem głowy. A to dlatego, że Igor był mużem,
szlachetnie urodzonym. Gdyby go zamordowano, sprawca musiałby wypłacić
jego rodzinie rekompensatę w wysokości czterdziestu srebrnych hrywien,
podczas gdy zabicie wolnego chłopa, czyli smerda, kosztowało zaledwie
pięć hrywien.
Klasa panów wyróżniała się też imionami. Książęta oraz ich najbardziej
zasłużeni podwładni nosili "królewskie" imiona zakończone na -sław,
-mir lub -mierz. Włodzimierz Wielki miał więc syna Jarosława. Wśród
szlachty wciąż były popularne imiona skandynawskie, jak Ruryk czy Oleg.
Nawet żona Igora, choć pochodziła ze szlacheckiej słowiańskiej rodziny,
nosiła imię Olga, które było ruską wersją skandynawskiej Helgi.
Natomiast chłopom nadawano stare słowiańskie imiona, takie jak Ilja,
Szczek czy Mal.
Jednak szlachtę wyróżniał przede wszystkim sposób, w jaki się do niej
zwracano. Chłop był zwyczajnym Ilją, ale szlachcic dodawał do tego imię
ojca, patronimik. A zatem mały Iwan, syn Igora, nazywał się Iwan
Igoriewicz. A do tego Igor był nie tylko szlachcicem, ale także cenionym
członkiem drużyny samego księcia kijowskiego.
Na ziemiach ruskich panowało wielu książąt. Każde miasto handlowe leżące
na jednym z wielkich szlaków wodnych miało swojego księcia protektora, a wszyscy oni wywodzili się od wikinga imieniem Oleg, który przed dwoma
wiekami odebrał Kijów Chazarom. Synowie ostatniego księcia kijowskiego,
Jarosława Mądrego, sprawowali władzę w największych miastach handlowego
imperium. Obowiązywała ich szczególna zasada dziedziczenia - najstarszy
żyjący brat przejmował Kijów, a pozostali byli mu winni posłuszeństwo i zgodnie z porządkiem starszeństwa władali coraz mniejszymi miastami. Pan
Igora był obecnie wielkim księciem kijowskim, a leżący na północy
Czernihów należał do jego młodszego brata Świętosława. Rozważny
Wsiewołod, jeszcze młodszy, otrzymał położony na południu Perejasław.
Gdy któryś z braci umierał, dziedziczył po nim nie jego syn, ale kolejny
brat, tak więc każdy miał szansę przenieść się do większego miasta.
Igor podlegał samemu księciu Kijowa. Co więcej, należał do ścisłej rady
książęcej. Bracia Iwanuszki też już byli w drużynie, choć Borys służył
dopiero jako paź, więc najmłodszego aż dreszcz przechodził na myśl, że
niedługo do nich dołączy.
- Z koni!
Chłopiec drgnął, gdy szorstki głos ojca przerwał mu rozmyślania.
Przejechali dopiero kilkaset metrów, ale Igor zsunął się z siodła i szedł długimi krokami przed siebie. Iwanuszka rozejrzał się. Już
wiedział, że dojechali do soboru. Westchnął. Sobory wzbudzały w nim lęk.
W warowni Jarosława Mądrego było wiele wspaniałych budowli: piękne
drewniane domy szlachty, klasztory, cerkwie, szkoły oraz dostojna Złota
Brama wzniesiona z kamienia. Brama była wyjątkowa, bo na jej szczycie
stała niewielka cerkiew Zwiastowania zwieńczona złotą kopułą. Jednak na
całej ziemi ruskiej nic nie mogło się równać z majestatycznym soborem,
który Iwanuszka miał teraz przed oczami. Jak błogosławiony Włodzimierz
zbudował w starej warowni ogromną cerkiew Dziesięcinną, tak Jarosław
wzniósł w nowszej części miasta swoją cerkiew katedralną.
Nazwał ją soborem Mądrości Bożej - nie mógł inaczej, skoro wszyscy
wiedzieli, że największa świątynia Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego,
siedziba patriarchy Konstantynopola, nosi taką właśnie nazwę. Sofia -
dla Greków: Mądrość Boża.
Bo choć ten nowy naród Północy z dumą głosił: "Jesteśmy Rusinami", to
pod wieloma względami naśladował cywilizację grecką. Najwyżsi duchowni
byli Grekami. Nawet jedyny Słowianin, wielki kaznodzieja, który dekadę
wcześniej stał na czele Kościoła Rusi, przyjął greckie imię Hilarion.
Dzieci ze szlacheckich rodzin otrzymywały na chrzcie dwa imiona,
słowiańskie lub skandynawskie oraz chrześcijańskie. Jarosław czy Borys
miał więc na drugie Andrzej, Dymitr, Aleksander albo Konstantyn. A wszystkie te imiona cechowały się greckim rodowodem.
Katedra była ogromna. Zbudowano ją z długich, cienkich pasów czerwonego
granitu powiązanych warstwami różowej zaprawy. Ogromny, niemal
kwadratowy, czerwonoróżowy blok świętej fortecy miał przypominać
wszystkim o potędze nowo przyjętego chrześcijańskiego Boga. Pośrodku
górowała wielka lśniąca kopuła w kształcie spłaszczonego hełmu - podobna
do tej w Konstantynopolu - a otaczało ją dwanaście mniejszych. "One
symbolizują naszego Pana i jego dwunastu apostołów" - powiedział kiedyś
Igor synowi. Katedra była niemal gotowa. Jedynie z boku, gdzie stało
niewielkie rusztowanie, wykańczano zewnętrzne schody.
Iwanuszka wszedł z drżeniem do środka.
Z zewnątrz katedra wyglądała jak forteca, ale jej wysokie, mroczne
wnętrze było rozległe niczym wszechświat. Tak samo jak inne wielkie
świątynie Imperium Rzymskiego, ciągnęła się z zachodu na wschód szeroką
linią pięciu naw - nawa główna miała z obu stron po nawie bocznej. Od
wschodu każdą nawę zamykała półkolista apsyda, a od zachodu usytuowane
były galerie, na których modlili się książęta i ich dworzanie,
spoglądając z góry na swój lud. Pośrodku świątyni, pod wielką kopułą,
otwierała się rozległa przestrzeń - to tam kapłani w lśniących szatach
stawali przed wiernymi i tam niebiosa spotykały się z ziemią.
Ale w tym dudniącym wnętrzu to nie kopuła, nawy czy potężne kolumny były
najważniejsze, tylko mozaiki.
To one przyprawiały Iwanuszkę o dreszcz. Pokrywały ściany od podłogi aż
po wysoki sufit. Najświętsza Panna z rękami rozłożonymi we wschodnim
geście modlitwy, Ojcowie Kościoła, Zwiastowanie, Eucharystia - błękity i brązy, czerwienie i zielenie na lśniącym złotym tle. Ogromne, jasne,
pociągłe twarze z dużymi czarnymi oczami patrzyły smutno i obojętnie na
maluczkich, którzy zamieszkiwali ten przemijający świat. A z samej góry,
z głównej kopuły, spoglądał Pantokrator, Wszechwładca - jego wielkie
greckie oczy widziały wszystko i nic; znał ludzkie istoty na wylot, sam
pozostając niepoznawalnym, poza wszelką ziemską mądrością.
W świątyni ziemia spotykała się z niebem, w półmroku migotały setki
świec, złote mozaiki lśniły przerażającym blaskiem, rozświetlając
ciemności tego padołu.
Rozległ się monotonny śpiew:
- Gospodi, pomiłuj. Panie, zmiłuj się nad nami.
Popi śpiewali w języku cerkiewnosłowiańskim - nieco bardziej nosowej
odmianie języka mówionego - zrozumiałym, ale tajemniczym, bo należącym
do kapłanów.
Igor zapalił świecę i zamarł w cichej modlitwie przed ikoną wiszącą obok
jednej z ciężkich kolumn. Iwanuszka rozglądał się wokoło.
Wszyscy znali historię nawrócenia błogosławionego Włodzimierza. Wysłał
posłańców, by zdobyli dla niego wiedzę o trzech wielkich religiach -
islamie, judaizmie i chrześcijaństwie. A ci po powrocie z Konstantynopola oznajmili, że będąc w greckiej cerkwi, "nie wiedzieli,
czy są na ziemi, czy w niebie".
W takich właśnie katedrach cesarze Konstantynopola - a teraz także
naśladujący ich książęta Kijowa - sprowadzali widzialne niebiosa na
ziemię i przypominali poddanym, że oni, władcy modlący się wysoko na
galeriach, są namiestnikami wiecznego Boga, który choć niepoznawalny,
jest wśród nich obecny.
Igor, ze swoim orientalnym rodowodem, odnajdywał spokój w kontemplowaniu
tej absolutnej, niepoznawalnej mocy. Iwanuszka, pół-Słowianin,
instynktownie cofał się przed takim Bogiem, tęskniąc za bóstwem
cieplejszym i łagodniejszym. To dlatego drżał, jakby mu było zimno.
Ucieszył się, gdy po kilku minutach wyszli z cerkwi i ruszyli w kierunku
bramy, za którą otwierał się leśny trakt do klasztoru. I do jego
przeznaczenia.
W końcu stanęli przed klasztorną furtą.
Droga z warowni była tak piękna, że Iwanuszkę przepełniała radość. Za
murami trakt prowadził najpierw wśród rozrzuconych z rzadka chat
pospólstwa, a potem skręcał na południe ku małemu wzniesieniu zwanemu
Bieriestowo, gdzie święty Włodzimierz zbudował sobie jeszcze jedną
siedzibę. Po lewej, pomiędzy dachami, przeświecało w dole lustro rzeki,
a dalej, po drugiej stronie szerokiego rozlewiska, ciągnęła się
porośnięta lasami równina. Pierwsze listki na dębach i bukach okryły
okolicę miękką jasnozieloną mgłą ścielącą się pod bladoniebieskim
niebem. W nieruchomym powietrzu wiosennego poranka nic nie zakłócało
cichego śpiewu ptaków. Iwanuszka jechał radośnie za ojcem w kierunku
oddalonego o trzy i pół kilometra wzniesienia, na którym mieszkali
mnisi.
Ale cały czas nie wiedział, jaki jest cel tej podróży.
Igor milczał, pogrążony w myślach. Zadawał sobie pytanie, czy słusznie
postępuje. Ta poranna wyprawa była niezwykłym posunięciem, nawet jak na
bojara tak surowego i pobożnego jak on. Oto bowiem postanowił
przeznaczyć Iwanuszkę do stanu duchownego.
Ta decyzja nie przyszła mu łatwo. Żaden bojar nie chciał, by jego syn
został mnichem czy księdzem. Życie w ubóstwie było niemal hańbą i ci
spośród szlachetnie urodzonych, którzy wybierali tę drogę, robili to
wbrew woli rodziny. Owszem, bojar taki jak Igor mógł poświęcać na
modlitwę kilka godzin dziennie, a książę na łożu śmierci - prosić nawet
o mnisią tonsurę. Ale żeby młodzieniec dawał się pogrzebać za życia,
przyjmując śluby ubóstwa?
Ta myśl zaświtała w umyśle Igora niedługo po pojawieniu się czerwonej
gwiazdy.
- Nie twierdzę, że Iwanuszka jest głupcem - powiedział do żony. - Ale
jest marzycielem. A tamtej nocy znalazłem go wpatrzonego w kometę.
Gdybym go nie przyprowadził do domu, zamarzłby na śmierć. Powinien
zostać mnichem.
Jemu samemu udało się osiągnąć wysoką pozycję, był wojownikiem i należał
do drużyny, ale doskonale wiedział, ile wysiłku to wymaga.
- Nie sądzę, żeby Iwanuszce też się udało - przyznał ze smutkiem.
- Powinieneś dać mu więcej czasu - odparła Olga.
Brakowało mu cierpliwości? Może. Ale jaki ojciec będzie tolerował
słabość syna? Nawet jeśli jest to jego ukochane dziecko. Choć
jednocześnie jakiś wewnętrzny głos powtarzał mu cicho: "Ten chłopiec
jest taki jak ty".
Ale gdy mijały tygodnie, a przed chłopcem nie otwierały się żadne
możliwości, zaczął się zastanawiać: "Może to sam Bóg domaga się, by
chłopak został Jego sługą wbrew mojej woli?". I powoli się do tego
przygotowywał.
Zaczął od rozmowy z ojcem Łukaszem, któremu zwierzył się ze swoich
przemyśleń. No, może trochę przesadził z religijnością Iwanuszki. I ubłagał starego mnicha, by ten porozmawiał z chłopcem i zachęcił go do
wkroczenia na duchową ścieżkę, gdyby się okazało, że ma powołanie. Był
przekonany, że jeśli propozycja padnie z ust samego ojca Łukasza,
Iwanuszka chętniej ją przyjmie.
Powiedział o tym żonie zaledwie poprzedniego dnia. Jej twarz zbladła.
- Błagam cię, nie odtrącaj Iwanuszki! - prosiła.
- Nie mam takiego zamiaru - odpowiedział. - Jeśli nie będzie chciał, to
nie pójdzie do klasztoru.
- Ale będziesz go do tego zachęcał.
- Pokażę mu jedynie klasztor, to wszystko.
Olga była zrozpaczona. Ona też dobrze znała najmłodszego syna. Kto wie,
co przemówi do jego wyobraźni. A jeśli da się łatwo przekonać do
klasztornego życia? Wtedy utraci go na zawsze.
- Przecież nie musi wyjeżdżać z Kijowa - zauważył Igor.
Był jednak ambitny, więc w tajemnicy liczył, że chłopak wyjedzie na
jakiś czas do jednego z wielkich greckich klasztorów na dalekiej górze
Athos - to by mu dało szansę na wysokie stanowisko kościelne. A nuż
chłopak zostanie drugim Hilarionem! Nie zdradził się jednak z tymi
nadziejami.
- Już go nigdy nie zobaczę - rozpaczała Olga.
- Każdy syn musi kiedyś opuścić matkę - przekonywał. - Poza tym jeśli
taka jest wola boża, musimy jej być posłuszni. Zresztą kto wie? Może
życie duchowne da mu prawdziwe szczęście? Może nawet będzie szczęśliwszy
niż ja? - Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale to stwierdzenie, choć mało
taktowne, było bliskie prawdy. - Zabiorę go dziś do katedry i do
klasztoru. Porozmawia z ojcem Łukaszem. To wszystko.
Miał nadzieję, że chłopak, gdy zobaczy klasztor, nabierze
zainteresowania życiem duchownym. Wtedy on mu powie, że nigdy nie
zostanie bojarem. Sprawi tym chłopcu wielki ból. Ale przynajmniej
znajdzie jakieś rozwiązanie.
I tak oto Iwanuszka pojawił się tego ranka w klasztorze.
Był tutaj po raz pierwszy.
Dotarli na szczyt wzniesienia i znaleźli się na polanie przed mocną
drewnianą furtą. Gdy przez nią przejeżdżali, ukłonił im się mnich w czarnym habicie. Iwanuszka, pobladły z podniecenia, rozglądał się
dookoła.
Miejsce nie wyglądało szczególnie imponująco. Była tu niewielka
drewniana kaplica, kilka domków mieszkalnych oraz dwa niskie, podobne do
stodół budynki - w jednym mieścił się refektarz, gdzie mnisi jedli
posiłki, w drugim - przytułek dla chorych. Klasztor w niczym nie
przypominał wspaniałej katedry, co trochę rozczarowało Iwanuszkę. W ogóle miejsce wydawało mu się bardzo smutne.
Słońce stało już wysoko na niebie, ale drewniane chaty wciąż pokrywała
poranna rosa, jakby chłodna, wilgotna ziemia wniknęła w ściany
tutejszych domów. Pomiędzy drzewami leżały głazy, tu i tam widniały
plamy brązowego błota. I pomimo początków wiosny unosiła się atmosfera
jesieni, jakby liście wciąż spadały z drzew.
Minęło ledwo dwadzieścia lat, odkąd mnich Antoni, wracając z dalekiej
Grecji, ze świętej góry Athos, natrafił na tutejsze jaskinie. Wkrótce
dołączyli do niego inni i w ten sposób powstała wspólnota kilkunastu
pustelników, którzy wykopali pod ziemią sieć maleńkich cel i łączących
je przejść. Iwanuszka poczuł się dziwnie, uświadomiwszy sobie, że mnisi
siedzą w swoich norach jak króliki, nie wiedząc nic o jego obecności.
Jeśli chodzi o mnicha Antoniego, żył samotnie w jaskini, z dala od
klasztornej społeczności. Na światło dzienne wychodził z rzadka, i to
jedynie z ważnej przyczyny - tak jak wtedy, gdy poprosił księcia
kijowskiego, by przekazał wzniesienie mnichom - a potem znów znikał w swojej samotni. Mówiono jednak, że jego święty duch unosi się nad
klasztorem jak zwoje mgły. A tymczasem pobożni mnisi pod przewodnictwem
dobrotliwego Teodozjusza, wśród nich ojciec Łukasz, zbudowali nad ziemią
i pod ziemią klasztor.
Iwanuszka i Igor zsiedli z koni, które odprowadził jeden z mnichów.
Drugi, po krótkiej, prowadzonej szeptem rozmowie, zniknął w małej
chatce.
- Tam jest wejście do pieczar - wyjaśnił ojciec.
Czekali. Upłynęło kilka minut. Dwóch starszych mnichów i towarzyszący im
młody braciszek minęli ich powoli i weszli do drewnianej kaplicy.
Iwanuszka zauważył, że jeden ze starców ma na szyi ciężki łańcuch i porusza się z dużym trudem.
- Po co mu ten łańcuch? - spytał szeptem.
Ojciec spojrzał na niego tak, jakby to było głupie pytanie.
- Żeby umartwiać ciało - odpowiedział ostro. - On jest blisko Boga -
dodał z szacunkiem.
Iwanuszka milczał. Policzek otarł mu słaby oddech chłodnego wiatru.
A potem drzwi chaty naprzeciwko otworzyły się powoli, a mnich, który się
w nich ukazał, przytrzymał je dla jakiejś niewidocznej osoby. Iwanuszka
usłyszał szept ojca.
- Idzie!
Wstrzymał oddech. W progu ukazał się kawałek szaty. A więc za chwilę ta
wspaniała postać odsłoni przed nim jego przeznaczenie.
I wtedy z chatki wyszedł niski, wychudły starzec.
Jego siwe włosy były przyczesane, ale niezbyt czyste, podobnie jak
czarny habit przewiązany skórzanym pasem, który pokrywały kropki pleśni.
Za to brodę miał nieprzystrzyżoną i potarganą. Szedł ku nim, powłócząc
nogami. Młody mnich postępował tuż za nim, gotowy w każdej chwili go
podtrzymać.
Ojciec Łukasz miał pomarszczoną, trupio bladą twarz, niemal przesłoniętą
brwiami, może dlatego, że mocno się garbił. Zrobiwszy kilka kroków,
otworzył usta, jakby rozluźniał zesztywniałe mięśnie, przygotowując je
do uśmiechu, który - w swoim mniemaniu - był winny przybyszom. Iwanuszka
zauważył, że mnich ma liczne braki w pożółkłym uzębieniu. A jego oczy -
wbrew temu, co sobie wyobrażał - wcale nie lśniły jak słońca. Były to
stare, załzawione oczy, do tego lekko zezujące. Wydawało się, że starzec
jest najbardziej zaabsorbowany patrzeniem na własne brudne stopy w skórzanych łapciach, tak dziurawych, że niemal się rozpadały. Ale było
coś gorszego niż jego wygląd, na co Iwanuszka nie był przygotowany.
Zapach.
Bo ludzie żyjący pod ziemią nabierali nie tylko bladej cery, niczym
trupy, ale także okropnej woni. Ta woń, wyprzedzając ojca Łukasza,
dotarła właśnie do chłopca. Nigdy wcześniej nie czuł takiego zapachu - w jego umyśle zamajaczył niewyraźny obraz mokrej gliny, martwych ciał i gnijących liści.
Mnich zatrzymał się obok niego.
Chłopiec usłyszał głos ojca:
- To jest właśnie Iwanuszka.
Pochylił głowę.
A więc tak wygląda ojciec Łukasz. Nie mógł w to uwierzyć. Miał ochotę
uciec. Jak własny ojciec mógł go tak okrutnie oszukać? Żeby on mnie
tylko nie dotknął, modlił się w duchu.
Kiedy podniósł wzrok, zauważył, że ojciec i mnich cicho ze sobą
rozmawiają. Oczy mnicha, który od czasu do czasu zerkał na niego, były
niebieskie, bystrzejsze i bardziej badawcze, niż mu się na początku
wydawało.
Obaj mężczyźni rozmawiali rzeczowo o całkiem doczesnych sprawach - o handlu i polityce Tmutarakania, o cenie soli, o zbudowaniu nowego
klasztoru Świętego Dymitra w warowni. Iwanuszka uznał to za dziwne i raczej nudne. Dlatego był zaskoczony, gdy ojciec Łukasz nagle skinął w jego kierunku głową.
- Więc to jest ten młodzieniec, o którym mi wspominałeś?
- Tak, to on.
- Iwan - mruknął ojciec Łukasz jakby do siebie, jednocześnie uśmiechając
się do chłopca. - Chrześcijańskie imię, bardzo odpowiednie dla młodego
człowieka.
W owych czasach niewielu Rusinów miało na pierwsze imię Iwan, które było
słowiańskim odpowiednikiem Jana. Jednak Igor, który swoim starszym synom
dał po dwa imiona - słowiańskie i chrześcijańskie - z jakiegoś powodu
najmłodszemu dał tylko jedno, podczas chrztu.
Iwanuszka zauważył, że ojciec uśmiecha się do niego zachęcająco, jakby
chciał mu dodać otuchy, choć widać było, że tak naprawdę niepokoi się,
czy syn zrobi odpowiednie wrażenie. I jak zawsze w podobnych
okolicznościach Iwanuszka poczuł, jak coś się w nim zaciska, a w umyśle
rodzi się jeden wielki zamęt. Kolejne pytanie mnicha jedynie pogłębiło
ten stan.
- Podoba ci się tutaj?
I jak miał odpowiedzieć? Był smutny i zawiedziony, a pytanie ojca
Łukasza wydobyło te uczucia na powierzchnię. Ze łzami w oczach, niemal
wściekły na ojca, a jednocześnie odrętwiały z rozczarowania, nie mogąc
spojrzeć im w twarz, wybuchnął:
- Nie!
Nieomal poczuł, jak ojciec sztywnieje z oburzenia.
- Iwanie!
Podniósł wzrok i napotkał pełne złości spojrzenie Igora. Jednak mnich
nie był oburzony.
- Co tutaj widzisz? - zapytał spokojnie.
To pytanie też go zaskoczyło. Było tak proste, że choć nie mógł zebrać
myśli, odpowiedział bez najmniejszego zastanowienia:
- Gnijące liście.
Usłyszał gniewne parsknięcie ojca, a potem ze zdziwieniem zauważył, że
mnich wyciąga bladą, kościstą rękę i łagodnie bierze Igora za ramię.
- Nie złość się - upomniał go cicho. - Chłopiec powiedział prawdę. -
Westchnął. - Jest za młody, żeby tu zostać.
- Ale przecież przyjmowaliście innych chłopców - zaoponował ojciec.
Mnich skinął głową, ale bez większego zainteresowania.
- Owszem, przyjmowaliśmy. - Odwrócił się do Iwanuszki. - A więc, Iwanie,
chciałbyś zostać kapłanem?
Kapłanem? O czym ten starzec mówi? Chciał zostać bojarem, bohaterem.
Patrzył na mnicha ze zdumieniem połączonym z lękiem.
- Jesteś pewien, mój przyjacielu? - zwrócił się do Igora ojciec Łukasz,
z cierpkim uśmiechem na twarzy.
- Myślałem, że tak będzie najlepiej. - Igor zmarszczył brwi. Był zły i zakłopotany jednocześnie.
Iwanuszka spojrzał na ojca. Początkowo nie potrafił zrozumieć, o co
tutaj chodzi, ale powoli zamęt w jego umyśle zaczął ustępować. Skoro
ojciec widział go jako duchownego, to znaczy, że jego zdaniem nie nadaje
się na bojara. Wciąż czuł bolesne rozczarowanie, wywołane odkryciem, że
ten wspaniały ojciec Łukasz to tylko zaniedbany starzec, a do tego
jeszcze uświadomił sobie dwie rzeczy. Nie mówiąc mu o swoich planach,
ojciec go zdradził. I odtrącił.
Ojciec Łukasz otworzył książkę, którą wyciągnął spomiędzy fałd habitu.
- To jest liturgia świętego Jana Chryzostoma - oznajmił. - Umiesz to
przeczytać? - Pokazał chłopcu modlitwę.
Iwanuszka zaczął dukać, a ojciec Łukasz spokojnie przytakiwał. Potem
wyjął jeszcze jedną niedużą książkę, ale w tej pismo było inne i chłopiec pokręcił głową.
- Święty Cyryl wymyślił ten alfabet dla Słowian - wyjaśnił starzec. -
Wielu mnichów wciąż używa tego pisma, w którym jest kilka hebrajskich
liter. Jednak dziś posługujemy się alfabetem wymyślonym przez następców
Cyryla, wzorowanym na greckim i błędnie nazywanym cyrylicą. Kapłan
powinien znać oba.
Iwanuszka w milczeniu zwiesił głowę.
- W naszym klasztorze - ciągnął cicho ojciec Łukasz - obowiązuje reguła
ustanowiona przez opata Teodozjusza. Bardzo mądra reguła. Mnisi
poświęcają czas głównie na śpiewy i modlitwę w kaplicy, ale zajmują się
też pożytecznymi pracami, jak opieka nad chorymi. Oczywiście niektórzy
przyjmują surowszą dyscyplinę i na długi czas zamykają się w celach albo
w jaskiniach. Ale to ich wybór.
- Święty wybór - wtrącił Igor z szacunkiem.
Na ojcu Łukaszu nie zrobiło to wrażenia.
- Nie dla wszystkich. - Westchnął, choć zabrzmiało to raczej jak urwane
syknięcie. Iwanuszce wydawało się, że starzec zużywa mniej powietrza niż
inni. - Życie mnicha jest nieustannym zbliżaniem się do Boga - ciągnął
cicho, nie wiadomo, czy kierując swoje słowa do Igora, czy do jego syna.
- W tym czasie ciało usycha, ale duch zostaje nakarmiony i może wzrastać
w połączeniu z Bogiem. - Jego cichy głos brzmiał dla Iwanuszki jak
opadanie liści.
Ojciec Łukasz zakasłał chrapliwie. On jest jak zakopana w ziemi łupina,
pomyślał Iwanuszka.
- W ten sposób ciało umiera, żeby dusza mogła żyć.
Iwanuszka wiedział, że przygotowując się do śmierci, część mnichów
wstawia do swoich cel trumny.
Zauważył, że ojciec Łukasz przygląda mu się beznamiętnie, obserwując
jego reakcję na te słowa. On jednak nie umiał ukryć zawodu ani
pragnienia ucieczki od tego obrazu śmierci.
- Ale to nie jest śmierć - ciągnął mnich, jakby czytając w jego myślach.
- Bo Chrystus śmierć pokonał. Trawa usycha, lecz słowo Pana naszego trwa
na wieki. A więc nawet w tej śmiertelnej powłoce nasze dusze żyją w świecie ducha, w pokorze przed Bogiem. - Jeśli te słowa miały Iwanuszkę
pocieszyć, to bynajmniej nie odniosły tego skutku.
Ascetyczny ideał umartwiania ciała był bardzo stary. Już od wieków
praktykowali go najbardziej zdeterminowani pustelnicy w chrześcijańskiej
Syrii. Nie zadawali sobie okrutnego bólu jak zachodni biczownicy, ale
pozbawiali się życiowych soków, powoli osłabiali ciało, sprowadzając je
do bezużytecznej skorupy, która nie przeszkadza w życiu duchowym i służbie bożej.
- Jednak takich skrajnych przypadków jest niewiele - mówił ojciec
Łukasz, obserwując go uważnie. - Większość mnichów wiedzie proste życie,
poświęcając się służbie Bogu i współbraciom. Taką właśnie regułę zalecał
nasz opat Teodozjusz.
W odczuciu Iwanuszki nawet to nie zabrzmiało pocieszająco.
- Chciałbyś służyć Bogu? - spytał nieoczekiwanie starzec.
- O tak!
Miał niemal łzy w oczach. Zawsze chciał służyć Bogu. I często wyobrażał
sobie, jak z imieniem Boga na ustach pędzi konno po stepie, walcząc z poganami.
Starzec chrząknął.
- Chłopak jest jeszcze młody. Kocha swoje ciało. - Powiedział to
spokojnie, bez złości, ale stanowczo. Odwrócił się plecami do Iwanuszki.
- A więc nie nadaje się na mnicha? - spytał z niepokojem Igor.
- Bóg przyzywa człowieka do siebie we właściwym czasie. Nie wiem, co się
jeszcze wydarzy.
- A więc nie powinien się przyuczać do stanu duchownego? - dopytywał się
Igor.
Jednak ojciec Łukasz bez słowa odwrócił się do Iwanuszki i w geście,
który mógł być błogosławieństwem, położył mu dłoń na głowie.
- Widzę, że wyruszysz w podróż - powiedział. - I z niej powrócisz.
W podróż? Myśli Iwanuszki zaczęły szaleńczo galopować. Chodzi mu o podróż nad wielki Don? Na pewno. I nic nie wspomniał o zostaniu
kapłanem. A więc nie wszystko jeszcze stracone.
Tymczasem mnich patrzył surowo na Igora.
- Za dużo pościsz - rzucił nagle.
- Przecież post jest dozwolony - zdziwił się Igor.
- Post to dziesięcina należna Bogu. A dziesięcina oznacza jedną
dziesiątą, nie więcej. Powinieneś ograniczyć swoje posty. Jesteś dla
siebie zbyt surowy.
- A moje modlitwy?
Iwanuszka wiedział, że ojciec długo modli się o świcie, a potem w ciągu
dnia jeszcze trzy albo cztery razy.
- Możesz się modlić, ile chcesz, jeśli tylko nie zaniedbujesz przez to
swoich spraw - odparł mnich ostro. - To zamiłowanie do postów przybyło
do nas z łacińskiego Zachodu przez Morawy. Nie należę do tych, którzy
potępiają Zachód, ale nadmiar postów wśród ludzi świeckich to głupota.
Jeśli chcesz to robić, lepiej przyłącz się do Rzymian i wygłaszaj ich
Credo - dorzucił z lekkim uśmiechem.
Od ponad dziesięciu lat trwał rozdźwięk między Kościołem wschodnim a zachodnim, między Konstantynopolem a Rzymem. Punktem spornym było
tytułowanie Boga i Trójcy Świętej w Credo, lecz kryły się pod tym
także inne różnice teologiczne. Papież uważał się za najwyższą władzę, z czym Kościół wschodni nie chciał się zgodzić. Jednak do rozłamu jeszcze
nie doszło.
Ta łagodna drwina mnicha miała jedynie przypomnieć Igorowi, że jako
duchowy syn ojca Łukasza winien mu posłuszeństwo.
- Zrobię, jak mi każecie - odparł bojar. - Ale skoro chłopak nie
zostanie duchownym, to co z nim będzie?
Starzec nawet nie spojrzał na Iwanuszkę.
- Bóg jeden wie.
Rok 1067
Złoty Kijów. Ruś miała problem. Oto jej władcy wymyślili system
polityczny, który się nie sprawdzał. Szkopuł tkwił w sukcesji.
Kiedy panujący klan postanowił, że miasta będą przechodziły nie z ojca
na syna, lecz z brata na brata, nikt nie przewidywał konsekwencji, które
okazały się katastrofalne.
Przede wszystkim każdy książę mógł przekazać synom rządy w mniejszych
miastach na swoich ziemiach, jednak po jego śmierci synowie musieli
oddać władzę kolejnemu księciu w linii sukcesyjnej, często bez żadnej
rekompensaty. Co gorsza, jeśli któryś z książęcych braci umierał, zanim
otrzymał jakieś miasto, jego dzieci wypadały z łańcucha dziedziczenia.
Takich książąt bez ziemi i jakichkolwiek widoków na przyszłość było
wielu. Nazywano ich tak samo jak wszystkich ludzi wywłaszczonych lub
nieposiadających żadnej własności - izgojami.
I nawet jeśli w danej linii dziedziczenia nie było izgojów, to i tak
system doprowadzał do sytuacji absurdalnych.
Ruscy książęta byli bowiem długowieczni i mieli wielu synów. I zdarzało
się tak, że najstarszy syn miał już dorosłe dzieci, które wojowały i rządziły krajem, a jego najmłodszy brat był jeszcze małym chłopcem. Mimo
to owi wojownicy i mężowie stanu w razie śmierci ojca musieliby uznać
zwierzchnictwo małoletniego stryja. Nic dziwnego, że budziło to ich
złość.
I gdy na świecie pojawiały się kolejne pokolenia, coraz trudniej było
ustalić, kto ma prawo do czego, nie mówiąc już o zgodzie poszczególnych
stronnictw. Klan władający Rusią Kijowską przez wiele pokoleń wprowadzał
jedynie doraźne zmiany do systemu, który był błędny w całym swoim
założeniu. Niestety, samego problemu nigdy nie udało się rozwiązać.
Złoty Kijów. Jednak ostatnio Iwanuszka miał wrażenie, że nad miastem
zawisło dziwne światło. W powietrzu unosił się zapach zdrady. Rok po
pojawieniu się na niebie strasznego znaku jego znaczenie dla ruskich
ziem stawało się coraz bardziej jasne.
Początkowo Iwanuszka obawiał się o ojca.
Książę połocki szczególnie wyróżniał się spośród wszystkich ruskich
książąt. Ludzie mówili, że był wilkołakiem. Rzeczywiście wyglądał
przerażająco.
- Urodził się z kawałkiem czepka przykrywającym oko - mówiła matka
Iwanuszki. - I ten kawałek zachował się do dziś.
- On jest naprawdę taki zły? - dopytywał się chłopiec.
- Jeszcze gorszy niż Baba-Jaga - odpowiadała matka.
Bunt księcia Połocka był typowym sporem dynastycznym. Ten wnuk
błogosławionego Włodzimierza, chociaż nie był pozbawionym ziemi izgojem,
został wyłączony z głównej linii sukcesji: otrzymał Połock leżący na
zachodzie, blisko polskich ziem, ale nie miał szans na odziedziczenie
Kijowa, Nowogrodu, Czernihowa ani żadnego z największych miast Rusi.
Przez jakiś czas, gdy inni książęta izgoje wzniecali zamieszki na
odległych terenach, książę połocki milczał. A potem nagle w samym środku
zimy uderzył na wielki Nowogród. Śnieg pokrywał ziemię grubą warstwą,
gdy Igor i jego dwaj starsi synowie wyruszyli na północ pod komendą
księcia kijowskiego i jego braci.
Jakże Iwanuszka żałował, że nie może im towarzyszyć! Rok, który minął od
wyprawy do klasztoru, był dla niego straszny. Z obawy przed napadami
Połowców na stepach podróż karawany Chazara Żydowina została odłożona.
Igor próbował umieścić syna w domu któregoś z członków rodziny
książęcej, ale bezskutecznie. I kilkakrotnie pytał go, czy nie chciałby
jeszcze raz pojechać do klasztoru. Jednak on zwieszał tylko głowę, więc
Igor wzruszał ramionami i dawał mu spokój.
A teraz ojciec wyruszył z braćmi na wyprawę przeciwko wilkołakowi.
- Ojcze, zabij go! - wołał za nimi Iwanuszka, gdy odjeżdżali. Choć w głębi serca nie był co do tego taki przekonany.
Minęły trzy tygodnie. Nadeszły wieści, że na zachodzie zbuntowane miasto
Mińsk upadło i że wojska posuwają się coraz dalej na północ. A potem
zapadła cisza.
Aż któregoś popołudnia na początku marca, gdy śnieg jeszcze nie
stopniał, Iwanuszka usłyszał na podwórzu stukot końskich kopyt. Wybiegł
na zewnątrz. Z konia zsiadała jakaś wysoka postać.
To był jego brat Świętopełk. Ależ on podobny do ojca!
Świętopełk spojrzał na Iwanuszkę.
- Wygraliśmy - oznajmił sucho. - Ojciec jest jeszcze w drodze razem z Borysem. Wysłał mnie przodem, żebym uprzedził matkę.
- A wilkołak?
- Poniósł klęskę i uciekł. Już po nim.
- A co się stało w Mińsku?
Świętopełk uśmiechnął się. Dlaczego jego uśmiech miał w sobie gorycz? I dlaczego brat uśmiechał się tylko wtedy, gdy mówił o cierpieniu innych
ludzi?
- Wyrżnęliśmy wszystkich mężczyzn, a kobiety i dzieci sprzedaliśmy w niewolę. - Zaśmiał się. - Było tylu niewolników, że cena spadła do pół
hrywny za głowę.
Iwanuszka ruszył za nim do domu. W progu Świętopełk zatrzymał się i spojrzał do tyłu przez ramię.
- Aha, mam dla ciebie dobrą wiadomość - rzucił niedbale.
- Dla mnie? - Iwanuszka zaczął gorączkowo myśleć, co by to mogło być.
- Bóg jeden wie, dlaczego cię to spotyka - powiedział Świętopełk. -
Niczym sobie na to nie zasłużyłeś. - Zabrzmiało to żartobliwie, ale
Iwanuszka wiedział, że brat mówi poważnie.
- Jaką wiadomość? Powiedz!
- Ojciec ci powie. - Najwyraźniej Świętopełk nie był zadowolony z tej
dobrej wiadomości. - Pomęcz się, dopóki ojciec nie wróci. - Uśmiechnął
się blado i wszedł do domu.
Iwanuszka usłyszał radosny okrzyk matki. Kochała Świętopełka, bo był
podobny do ojca.
Wieści, które ojciec przywiózł następnego dnia, były tak wspaniałe, że
chłopiec aż nie mógł w nie uwierzyć.
Młodszy brat księcia kijowskiego, książę Wsiewołod, władał Perejasławiem
- wspaniałym miastem położonym sto kilometrów na południe od stolicy.
Wsiewołod zawarł małżeństwo, które zaimponowało ruskiej szlachcie,
poślubił bowiem księżniczkę z rodu Monomachów, królewskiej rodziny
Konstantynopola. A ich syn Włodzimierz był tylko o rok starszy od
Iwanuszki.
- Musimy urządzić chłopcom spotkanie - obwieścił Igor z dumą. -
Zaprzyjaźniłem się z Wsiewołodem na wyprawie, a on w zasadzie zgodził
się, by Iwan został paziem małego Włodzimierza.
- Wiesz, że to wielka szansa - powiedziała matka do Iwanuszki. - Mówią,
że Włodzimierz jest utalentowany i ma przed sobą wspaniałą przyszłość.
Towarzyszyć mu od tak młodego wieku... - Rozłożyła ręce tak, jakby chciała
pokazać, że skarby Kijowa i cesarskiego Konstantynopola zlały się w jedno.
Iwanuszka nie posiadał się z radości.
- Kiedy? Kiedy? - dopytywał natarczywie.
- Zabiorę cię do Perejasławia na Boże Narodzenie - oznajmił Igor. - Do
tego czasu musisz się dobrze przygotować. - Co powiedziawszy, kazał
chłopcu odejść.
- Smutno mi, że Iwanuszka odjedzie - przyznała Olga. - Będę za nim
tęsknić.
- Taki już los kobiet - zauważył chłodno Igor, nie przyznając, że on też
będzie tęsknił.
Igor i jego żona byliby jednak bardzo zaniepokojeni, gdyby wiedzieli o pewnym drobnym wydarzeniu, do którego niedługo potem doszło w stajni.
Byli tam trzej bracia. Borys z szerokim uśmiechem klepnął Iwanuszkę w plecy, przyjacielsko, ale na tyle mocno, że chłopak rozciągnął się na
ziemi jak długi. Ale potem dał mu na szczęście całą srebrną hrywnę i pojechał na padół. Świętopełk i Iwanuszka zostali sami.
- No i co, bracie, nie mówiłem, że przyjdą dobre wieści? - powiedział
cicho Świętopełk, patrząc z uwielbieniem na swojego konia.
- Mówiłeś. - Iwanuszkę ogarnęło dziwne przeczucie, że brat chowa w zanadrzu coś nieprzyjemnego.
- Udało ci się lepiej niż mnie czy Borysowi - dorzucił Świętopełk.
- Naprawdę? - Wiedział, że otworzyła się przed nim wspaniała możliwość,
ale nie myślał o tym w ten sposób.
- Naprawdę? - przedrzeźnił go Świętopełk, wciąż patrząc na konia.
Iwanuszka patrzył na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc, co się dalej
stanie.
Nagle Świętopełk się odwrócił. Z jego ciemnych oczu biła nienawiść i pogarda.
- Niczym sobie na to nie zasłużyłeś. Miałeś pójść do klasztoru.
- Tak, ale ojciec...
- Wiem, ojciec. Ale nie myśl, że uda ci się mnie oszukać. Przejrzałem
cię, chłopczyku. Jesteś ambitny. Chcesz być lepszy od nas. Przywdziewasz
maskę marzyciela, ale tak naprawdę myślisz tylko o sobie.
Iwanuszka był tak zaskoczony tą niespodziewaną napaścią, że nie
wiedział, co powiedzieć. Ambitny? Nigdy mu to nie przyszło do głowy.
Patrzył zmieszany na brata.
- Widzę, że prawda boli - ciągnął Świętopełk cierpko. - Ale dlaczego się
do tego nie przyznasz jak my wszyscy? Bo jesteś od nas gorszy. Jesteś
małym intrygantem, małą żmiją. - Ostatnie słowo syknął tak, że uderzyło
w Iwanuszkę jak bolesny cios. Czuł się coraz pewniej. - I co, pewnie
czekasz, aż ojciec umrze? - dorzucił.
Iwanuszka nie miał pojęcia, ku czemu to zmierza.
- Jak myślisz, ile ojciec musiałby zapłacić, gdybyś został mnichem? -
mówił Świętopełk. - Pewnie kilka darowizn dla klasztoru. Ale gdy
pójdziesz na dwór Wsiewołoda, pewnego dnia odziedziczysz tyle samo co
my. A więc odbierzesz mi moje pieniądze.
Iwanuszka poczerwieniał na twarzy, w oczach miał łzy.
- Nie chcę, żeby ojciec umarł. A ty możesz wziąć moją część. Weź
wszystko.
- Świetnie. Łatwo ci się mówi, skoro uniknąłeś klasztoru. Ale jeszcze
zobaczymy.
Iwanuszka wybuchnął płaczem.
A to był dopiero początek jego kłopotów.
Rok 1068
Iwanuszka nie posłuchał ojca. Ale w mieście działy się takie
zadziwiające rzeczy.
Od dwóch lat chłopiec miał nieodparte wrażenie, że urok złej gwiazdy
działa.
Nigdy nie spotkał się z młodym księciem Włodzimierzem. Mówiono, że
powodem była śmierć jego matki, greckiej księżniczki.
- Włodzimierz i jego ojciec są pogrążeni w żałobie - oznajmił Igor. - To
nie jest najlepszy czas. Ale w przyszłym roku okoliczności będą bardziej
sprzyjające.
Czemu więc, zanim jeszcze upłynął rok, ojciec Włodzimierza wziął sobie
nową żonę z ludu Połowców?
- To polityka - tłumaczył Igor. - Jej ojcem jest wielki połowiecki wódz,
a książę chce zabezpieczyć Perejasław przed atakami ze stepu.
Tylko że kilka miesięcy później Połowcy zaczęli grabić i palić ziemie
ruskie z jeszcze większą siłą.
A ojciec Włodzimierza wciąż nie wspominał o spotkaniu chłopców. Złożył
obietnicę, lecz teraz o niej zapomniał, więc Iwanuszka wciąż trwał bez
zajęcia w Kijowie.
Może więc Świętopełk mówił prawdę, gdy pewnego chłodnego wiosennego
poranka syknął mu do ucha:
- Nigdy nie będziesz paziem Włodzimierza. Już się dowiedzieli, że jesteś
do niczego.
A gdy Iwanuszka zapytał głośno, kto mógłby im coś takiego powiedzieć,
brat uśmiechnął się i szepnął:
- Może ja?
No i do tego jeszcze sprawa księcia Połocka. Książę Kijowa, pokonawszy
brata, zaoferował mu list żelazny na rodzinny zjazd. A potem wtrącił go
do lochu w Kijowie. Gdy jednak Iwanuszka zapytał ojca, czy taki
zdradziecki postępek nie jest grzechem, w odpowiedzi usłyszał jedynie,
że czasem trzeba skłamać. Chłopiec nie umiał się w tym rozeznać.
Wreszcie pojawili się groźni Połowcy. Nie upłynął jeszcze tydzień, kiedy
dzielni Rusini wyruszyli w środku nocy, żeby zadać stepowym najeźdźcom
decydującą klęskę pod Perejasławiem. I przegrali. A co gorsza, ojciec i książęta wycofali się do Kijowa i schronili w otoczonym murami zamku. Do
tego drużynę ogarnęła dziwna apatia. Każdego dnia Iwanuszka miał
nadzieję, że ojciec i bojarzy znów staną do walki. Ale nic się nie
działo. Czyżby opanował ich strach? Czyżby zamierzali zostawić ludzi na
łasce najeźdźców, a samemu schronić się za bezpiecznymi murami? Na pewno
są pod urokiem złej gwiazdy, uznał chłopiec.
A tego wrześniowego poranka w całym mieście panowało zamieszanie.
Przerażeni posłańcy przynieśli wiadomość, że Połowcy są coraz bliżej. Na
padole zebrał się wiec, jak Słowianie nazywali zgromadzenie mieszkańców.
Mówiono o buncie.
Właśnie dlatego, zamiast pozostać z rodziną w książęcym pałacu,
Iwanuszka wymknął się na zewnątrz, przeszedł przez most nad wąwozem
łączący starą warownię z nową i minąwszy sobór Świętej Sofii, skierował
się na padół.
W nowej warowni było dziwnie cicho. Domy szlachty stały puste, w domu
jego ojca nie było nawet koni ani stajennych. Ulicami przemykali z rzadka duchowni i kobiety z dziećmi, wydawało się, że wszyscy mężczyźni
poszli na wiec.
Iwanuszka wiedział, czym jest wiec. Nawet książę Kijowa bał się takich
zgromadzeń. Zazwyczaj przebiegały one spokojnie, a przewodniczyli im
najwięksi kupcy. Jednak w czasach kryzysu każdy wolny mieszkaniec miasta
miał na wiecu prawo głosu.
- A kiedy wiec ogłosi bunt, dzieją się rzeczy straszne - opowiadał
synowi Igor. - Nawet książę i drużyna nie są w stanie ich powstrzymać.
- Czy teraz ludzie są źli? - pytał chłopiec.
- I to jak! Nie wolno ci wychodzić na zewnątrz.
Idąc przez warownię, Iwanuszka był tak przerażony, że niemal zapomniał o swoim nieposłuszeństwie wobec ojca. Wbiegł przez bramę na rynek.
Było tu tłoczno. Jeszcze nigdy w życiu nie widział tylu ludzi. Przybyli
nawet z odległych miasteczek - kupcy, rzemieślnicy, wolni handlarze,
wyrobnicy. Kilka tysięcy zgromadzonych. Po obu stronach rynku stały
cerkwie. Jedna przysadzista, ceglana, z bizantyjską spłaszczoną kopułą
pośrodku, a druga mniejsza, drewniana, z niewielką ośmiokątną wieżą.
Wydawało się, że sprawują pieczę nad zgromadzeniem, nadając mu religijną
sankcję. Na samym środku placu wzniesiono drewniany podest i to tam
skierowane były oczy tłumu. Na podeście stał potężny kupiec z ciemną
brodą, w czerwonym kaftanie. W ręce trzymał laskę i niczym groźni
prorocy ze Starego Testamentu piętnował władcę.
- Dlaczego książę panuje w Kijowe?! - krzyknął. - Dlaczego jego krewni
panują w innych miastach? - Zawiesił głos, dopóki tłum się nie uciszył.
- Bo zaprosiliśmy tutaj ich przodków! - Uderzył laską w podest. -
Waregowie przybyli z północy do nas, Słowian, bo ich tu zaprosiliśmy!
Taka właśnie, narosła przez wiele pokoleń wersja historii służyła obu
stronom - wikingom, bo legitymizowała ich pirackie rządy, i ich
słowiańskim poddanym, którym pozwalała zachować dumę.
- A dlaczego ich sprowadziliśmy? - Spojrzał groźnie dookoła, jakby
chciał pokazać, że nawet potężne cerkwie nie mogą mu przerwać. - Żeby za
nas walczyli. Żeby bronili naszych miast. Po to tutaj są!
Tkwiło w tym ziarno prawdy. Relacje między książętami a rządzonymi przez
nich miastami były niejasne. Książę chronił miasto, ale nie był jego
właścicielem, tak samo jak nie był właścicielem ziemi, która wciąż
należała do wolnych chłopów albo komun. W Nowogrodzie na północy
zdarzało się, że ludowe wiece nie zgadzały się na jakiegoś księcia i nie
pozwalały, żeby ich protektor przejmował ziemie na własność. Dlatego
słowa kupca nie zdziwiły Iwanuszki. Zaczerwienił się z dumy, słysząc, że
ojciec i jemu podobni nazywani są obrońcami Rusi.
- Ale nie obronili nas! - ryknął kupiec. - Zawiedli! Połowcy obracają
nasze ziemie w perzynę, a książę i jego świta nie robią nic!
- To co mamy robić? - rozległy się pojedyncze głosy.
- Znaleźć nowego wodza! - krzyknął ktoś.
- Znaleźć nowego księcia! - wrzasnął inny.
Iwanuszka aż wstrzymał oddech. Przecież oni mówią o księciu kijowskim!
Jednak ten pomysł przypadł tłumowi do gustu.
- Czyli kogo? Kogo? - spytał zgodny chór.
Kupiec jeszcze raz uderzył laską w podest.
- Wszystko zaczęło się od zdrady! - ryknął. - Synowie Jarosława złamali
słowo i wtrącili księcia połockiego do lochu! - Wskazał na warownię. - A książę jest niewinny.
Nie musiał mówić dalej. Iwanuszka miał wrażenie, że wielu ludzi na placu
tylko czekało na tę chwilę.
- Połock! Chcemy księcia połockiego! - wrzeszczał tłum.
Iwanuszka nie umiał potem opowiedzieć, jak potoczyły się wypadki.
Pamiętał tylko, że tłum, jakby wiedziony jedną wolą, ruszył do warowni,
pociągając go ze sobą. Przed soborem Świętej Sofii ludzka rzeka
rozdzieliła się na dwie odnogi. Jedna skręciła na lewo, w kierunku
niskiego drewnianego budynku, gdzie trzymano dziwnego księcia z bielmem
na oczach. Druga ruszyła przez most do zamku.
Przecież trzeba uprzedzić rodzinę, ostrzec ją przed niebezpieczeństwem!
Iwanuszka próbował wyprzedzić tłum sunący mostem ku starej warowni, ale
szybko się zorientował, że jest za późno.
Kiedy wychodził z domu, nie przyszło mu do głowy, że nie będzie mógł się
tam dostać z powrotem. Ale dotarłszy na plac przed siedzibą książęcą,
pojął, w jak trudnym znalazł się położeniu. Po lewej stronie miał wysoki
mur, po prawej szerokie kamienne schody prowadzące do zasłoniętych kratą
grubych, dębowych drzwi. Rząd okien ciągnął się na wysokości sześciu
metrów, znacznie poza jego zasięgiem. Przed sobą miał wieże z wąskimi,
nieregularnie rozmieszczonymi oknami, patrzącymi z wysoka na tłum. Dwoje
drzwi na dole było zaryglowanych. Nawet gdyby udało mu się przedrzeć
przez ciżbę, nie dostałby się do wnętrza.
Ludzie zaczęli miotać wyzwiskami.
- Zdrajcy! Tchórze! Rzucimy was na pożarcie Połowcom!
Wysokie czerwone mury pałacu odpowiadały im wyniosłym milczeniem.
Mijały minuty. Gdzieś niedaleko rozdzwoniły się dzwony wzywające mnichów
na modlitwę. Iwanuszka zerknął na błyszczące kopuły cerkwi
Dziesięcinnej. Tłum uciszył się, ale tylko na chwilę.
I właśnie wtedy zobaczył w jednym z okien twarz obserwującą wszystko z góry. Był to Izjasław, książę kijowski. Tłum też go dostrzegł. I z rykiem zrobił krok do przodu. Twarz znikła.
Wtedy Iwanuszka pojął, że gdy ludzie zorientują się, kim jest - synem
jednego z bojarów Izjasława - znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie.
Muszę się dostać do środka, myślał gorączkowo. Była tylko jedna droga:
przez dziedziniec na tyłach zamku. Co oznaczało, że będzie musiał
przemknąć bocznymi uliczkami do samej bramy. Zaczął się przeciskać przez
tłum, ale nie było to łatwe. Ludzie napierali ze wszystkich stron,
niemal zwalając go z nóg. Upłynęło kilka minut, a on posunął się
zaledwie o parę metrów.
Wciąż był daleko od krańców placu, gdy nagle gdzieś w tłumie podniósł
się pomruk, który szybko przerodził się w głośny zgiełk i wreszcie w ryk:
- Nie ma ich! Uciekli!
Patrzył zaskoczony, jak jakiś mężczyzna, wspiąwszy się na ramiona
innych, dosięgnął jednego z okien, a potem zniknął z oczu. A trzy minuty
później drzwi do zamku się otworzyły i tłum, nie napotkawszy żadnego
oporu, wpadł do środka.
Książę i jego drużyna opuścili zamek. Musieli uciec przez tylny
dziedziniec. Iwanuszka znieruchomiał. A więc jego rodziny też już tam
nie ma. Zostawili go samego!
Tłum wlewał się teraz do opustoszałego zamku. W oknach pojawiły się
jakieś postacie. Nagle zobaczył złoty błysk. Ktoś zrzucił z góry w ręce
znajomego złoty puchar. Po chwili tą samą drogą poleciało sobolowe
futro. Iwanuszka, wstrząśnięty, uświadomił sobie, że tłuszcza plądruje
książęcy pałac!
Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić, ale wiedział, że musi się
wydostać z placu. Może odnajdzie rodzinę w pobliskich lasach. Tłum
napierał na pałac, a on przedzierał się w przeciwnym kierunku. W końcu
dotarł na jakąś opustoszałą uliczkę.
- Iwanie Igoriewiczu!
Odwrócił się. Biegł ku niemu jeden ze stajennych ojca.
- Wasz ojciec kazał mi was odszukać. Chodźcie ze mną.
- Zaprowadzisz mnie do nich? - spytał z nadzieją.
- To niemożliwe. Wyjechali. Wszystkie drogi są zamknięte.
Jakby na potwierdzenie jego słów przebiegła obok nich grupa mężczyzn,
krzycząc:
- Książę Połocka jest wolny!
Iwanuszka spojrzał w dół ulicy, skąd pędziło cwałem kilkunastu jeźdźców.
A wśród nich, nie było co do tego żadnej wątpliwości, jechał sam
wilkołak.
Był potężniejszy niż reszta i dosiadał czarnego konia. Miał na sobie
obszerną brązową opończę, niezbyt czystą. Z jego twarzy o wydatnych
kościach policzkowych i z całej jego postaci emanowała władcza siła. Ale
uwagę Iwanuszki przykuły jego oczy.
Rzeczywiście jedno przykrywał fałd skóry. Ale wbrew wyobrażeniom nie
wyglądało to potwornie. Przeciwnie, jedna połowa twarzy księcia miała w sobie dziwny bezruch, jakby pozostawała bez kontaktu ze światem, co
czasem widać u ludzi niewidomych, za to druga była pełna życia,
inteligentna i ambitna, a patrzyło z niej przenikliwe błękitne oko,
przed którym nic nie mogło się ukryć.
Fascynująca twarz, przystojna i tragiczna jednocześnie. Iwanuszka zdał
sobie nagle sprawę, że spojrzenie księcia spoczęło na nim.
- Tędy! Szybko! - Stajenny odciągnął go na bok. - Nie daj Bóg, żeby was
ktoś rozpoznał.
Książę i jego eskorta pojechali dalej. A Iwanuszka miał dziwne wrażenie,
że ten wilkołak, niczym stworzenie obdarzone nadludzkimi mocami,
zauważył go i rozpoznał.
- Dokąd idziemy? - spytał.
- Zobaczycie. - Stajenny poprowadził go pospiesznie na padół.
Drewniany dom Chazara Żydowina, choć nie tak duży jak dom Igora, był
solidnym jednopiętrowym budynkiem ze stromym dachem. Od frontu
znajdowały się dwie izby, a na tyłach podwórze. Dom stał w pobliżu Bramy
Chazarskiej, niedaleko murów otaczających warownię Jarosława.
- Zaopiekują się tu wami przez parę dni - wyjaśnił stajenny. - Dopóki
nie da się bezpiecznie wywieźć was z miasta.
Watahy mężczyzn już szukały w mieście krewnych członków książęcej
drużyny.
- A jeśli mnie tu znajdą? - spytał Iwanuszka.
- Traficie do lochu.
- Tylko tyle?
Stajenny spojrzał na niego dziwnie.
- Obyście nigdy nie trafili do więzienia - powiedział wolno. - Kto się
tam znajdzie... - Wykonał gest, jakby przekręcał klucz. - Ale nie martwcie
się tym teraz - dorzucił lekko. - Żydowin się wami zajmie.
Po chwili już go nie było.
Iwanuszce podobało się u chazarskiej rodziny. Żona Żydowina była
przysadzistą kobietą o śniadej cerze i posturze niemal tak potężnej jak
jej mąż. Całymi dniami bawił się w domu z czworgiem ich dzieci, nieco
młodszych niż on.
- Nie wychodź jeszcze na dwór, to niebezpieczne - ostrzegał go Żydowin.
Czasem Iwanuszka opowiadał im bajki. A raz, ku rozbawieniu Chazara,
dzieci uczyły gościa czytać Stary Testament po hebrajsku, później zaś on
udawał, że tłumaczy ten fragment, jako że znał go na pamięć w języku
słowiańskim.
Kłopoty pojawiły się trzeciego dnia. Z samego rana Żydowin przybiegł do
domu z ponurą wieścią.
- Książę kijowski udał się do Polski. Będzie prosił tamtejszego króla o pomoc.
Iwanuszka spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Czy to znaczy, że mój ojciec też pojechał do Polski?
- Tak przypuszczam.
Iwanuszka zamilkł. Polska leżała daleko na zachodzie. Nagle poczuł się
opuszczony i osamotniony.
- Czy Polacy mogą nas najechać? - spytała z niepokojem żona Żydowina.
- To możliwe. - Chazar skrzywił się. - Polski król jest krewnym
Izjasława. - Znów spojrzał na Iwanuszkę. - Jest jeszcze jeden kłopot.
Pojawiły się pogłoski, że w chazarskim kwartale ktoś ukrywa bojarskie
dziecko. Chcą się zabezpieczyć, na wypadek gdyby sprawy z Izjasławem i Polakami ułożyły się nie po ich myśli, więc... - Zawahał się na chwilę. -
Więc chcą mieć zakładników. A teraz przeszukują warownię.
Nagle w izbie zrobiło się cicho. Iwanuszka poczuł na sobie spojrzenie
całej rodziny. Najwyraźniej jego obecność stała się bardzo niewygodna.
Krew odpłynęła mu z twarzy, nie wiedział, co powiedzieć. A zerknąwszy na
wyrazistą twarz żony Żydowina, od razu pojął, że gdyby miał stanowić
zagrożenie dla jej wygodnego życia, pozbyłaby się go bez wahania.
I to właśnie ona odezwała się pierwsza.
- On nie wygląda na Chazara. Ale coś się da z tym zrobić. - Roześmiała
się, patrząc na Iwanuszkę.
I tak oto jeszcze tego samego dnia w domu Chazarów pojawiła się nowa
postać.
Chłopiec miał czarne, dokładnie ufarbowane włosy. Soki z odpowiednich
roślin przyciemniły mu skórę. Ubrany był w kaftan, a na głowie nosił
małą turecką myckę. Umiał nawet, dzięki wskazówkom Żydowina i jego żony,
powiedzieć kilka słów po turecku.
- To jest wasz kuzyn Dawid z Tmutarakania - oznajmiono dzieciom.
I następnego dnia strażnicy wilkołaka, wszedłszy do domu Chazara,
zobaczyli wśród innych dzieci milczącego, zamyślonego chłopca.
- Podobno w Kijowie nadal jest jeden z Igoriewiczów - zwrócili się do
żony Żydowina. - A twój mąż ma z Igorem interesy.
- Mój mąż ma interesy z różnymi ludźmi.
- Przeszukamy dom - rzucił ostro dowódca.
- Proszę bardzo.
Żołnierze rozeszli się po wszystkich pomieszczeniach. W izbie pozostał
jedynie dowódca.
- A ten co za jeden? - spytał nagle, wskazując na Iwanuszkę.
- Krewny z Tmutarakania - odparła spokojnie.
Dowódca przyglądał się mu uważnie.
- Dawidzie, podejdź bliżej - rzuciła po turecku.
Iwanuszka wstał, ale strażnik odwrócił się ze zniecierpliwieniem.
- Nieważne - warknął.
Po paru chwilach żołnierze wyszli.
I oto w roku 1068 Iwanuszka stanął wobec niepewnej przyszłości.
Rok 1071
Wiosna. W małej wiosce Ruska było cicho i spokojnie.
Rzeka Rus wystąpiła z brzegów, więc patrząc na teren poniżej osady,
trudno było powiedzieć, gdzie są bagna, a gdzie pola.
Leżąca na wschodnim brzegu wioska składała się z dwóch krótkich,
błotnistych uliczek przeciętych prostopadle dłuższą. Chaty zbudowane
były z drewna, gliny i wiklinowej plecionki. Dachy jednych pokrywała
darń, inne miały słomiane strzechy. To skupisko domów otaczała drewniana
palisada - stanowiła co najwyżej ogrodzenie dla zwierząt gospodarskich,
bo już żadnych napastników nie mogłaby powstrzymać. Na północ od wioski
ciągnął się niewielki sad wiśni i jabłoni.
Na kawałku ziemi, gdzie woda była płytsza, sterczały małe tyczki.
Uprawiano tutaj warzywa. Najpierw wiosenne powodzie nawadniały grunt,
potem w odpowiedniej kolejności pojawiały się kapusta, groch, cebula i rzepa. Hodowano też czosnek i dynie.
Po zachodniej stronie rzeki stała zupełnie inna budowla. Tam, gdzie
zalesiony brzeg wznosił się w najwyższym miejscu na dziesięć metrów,
wyrastał wał obronny zwieńczony solidnym dębowym murem. Te umocnienia,
obejmujące powierzchnię ponad ośmiu tysięcy metrów, powstały prawie
pięćdziesiąt lat wcześniej. Stały tu długie, niskie baraki dla
żołnierzy, stajnie, dwa duże składy używane przez kupców oraz niewielka
drewniana cerkiew. Cały fort, podobnie jak większość ziemi, należał do
księcia Perejasławia.
W odległości pięćdziesięciu metrów od wioski znajdował się cmentarz,
gdzie składano prochy zmarłych. Pilnowały go dwa dwumetrowe kamienne
filary pokryte rzeźbami, które wyglądały jak wysokie czapy z futrzanym
obszyciem. Były to dwa najważniejsze bóstwa wioski: Wołos, bóg
obfitości, oraz Perun, bóg gromów. Bo pomimo starań książęcych kapłanów
we wsiach takich jak Ruska wciąż kwitło pogaństwo. Nawet starszy wioski
miał dwie żony.
I właśnie tego wiosennego popołudnia obok cmentarza szła smutna postać.
Ktoś, kto nie widział Iwanuszki przez ostatnie trzy lata, z pewnością by
go teraz nie rozpoznał. Był niemal tak wysoki jak jego brat Świętopełk,
ale znacznie chudszy i bledszy. Miał podkrążone oczy, był wycieńczony i wyniszczony.
Lecz to nie jego wygląd sprawiał najbardziej wstrząsające wrażenie, ale
aura, która go otaczała. Zwieszona głowa, spuszczony wzrok, niepewny
chód, wszystko to zdało się mówić: "Nie obchodzi mnie, co sobie
myślicie. Nie dbam o to". A jednocześnie ten sam cichy głos dodawał:
"Ale nawet mój opór na nic się nie zda".
W ciągu ostatnich trzech lat nic nie poszło po jego myśli.
Najpierw jedno ważne wydarzenie dało mu powód do nadziei. Gdy po
miesiącu ukrywania w Kijowie Żydowin wywiózł go potajemnie z miasta,
Iwanuszka mógł wreszcie dołączyć do rodziny w Polsce. Okazało się, że
jego ojciec, zrażony tchórzostwem i zdradą księcia kijowskiego,
skorzystał z należnego mu prawa zmiany pana i przeniósł się ze swoją
drużyną do Wsiewołoda, brata księcia, który władał przygranicznym
Perejasławiem.
Wyglądało to na wielki łut szczęścia. Wsiewołod uchodził za
najmądrzejszego z panujących braci, a do tego miał ze swoją grecką żoną
syna Włodzimierza, u którego Iwanuszka mógł być paziem. Wszystkim
wydawało się, że Włodzimierz przyśle po niego, skoro Igor służył jego
ojcu.
Ale żadne wieści nie nadchodziły. Nawet Igor był zdziwiony.
- Za krótko służę u Wsiewołoda, żeby go o to prosić - przyznawał ze
smutkiem.
Świętopełk służył przy ojcu, a Borys był na dworze w Smoleńsku. Ojciec
próbował znaleźć Iwanuszce miejsce w Czernihowie, w Smoleńsku, a nawet w odległym Nowogrodzie, ale bez skutku.
Chłopiec domyślał się powodów. To wszystko przez Świętopełka, wzdychał.
Gdziekolwiek pojechał, ludzie odnosili się do niego z chłodną
uprzejmością, co tylko utwierdzało Iwanuszkę w przekonaniu, że mają go
za głupca. Kiedyś nawet zapytał Świętopełka wprost:
- Dlaczego niszczysz moją reputację?
Ale brat jedynie spojrzał nań z udawanym zdziwieniem.
- Jaką reputację? Przecież nic, cokolwiek bym o tobie powiedział, złego
czy dobrego, nie zmieni tego, jak ludzie cię widzą.
I z czasem ta domniemana głupota zaczęła otaczać Iwanuszkę jak wysoki
mur. Zaczął nawet, jakby otumaniony krążącymi o nim opiniami, mówić i zachowywać się głupio. W Perejasławiu czuł się jak w pułapce, a solidne
umocnienia ziemne potęgowały wrażenie uwięzienia.
Dopiero gdy wyjeżdżał na wieś, był szczęśliwy.
Rok po przeniesieniu się do Perejasławia Igor przejął dowództwo nad
obroną granicy południowo-wschodniej. I właśnie na tym terytorium leżał
mały fort Ruska.
Było to miejsce pozbawione większego znaczenia - ot, jeden z kilkunastu
fortów rozsianych wzdłuż granicy. Zapewne Igor przeprowadziłby tam
jedynie pobieżną inspekcję, gdyby nie Żydowin, który przypomniał mu, że
tamtejsze składy mogłyby służyć jako użyteczny magazyn dla karawan
wysyłanych w przyszłości na wschód.
Iwanuszka lubił jeździć do Ruski. Pomagał naprawiać umocnienia albo
wędrował po lasach, rozkoszując się ich ciszą. A ponieważ Igor nie miał
dla niego lepszych zajęć, od czasu do czasu wysyłał go do Żydowina,
który w dniach dostaw towarów potrzebował pomocnika.
I to właśnie było powodem dzisiejszego smutku Iwanuszki. Żydowin
wyjechał, więc sam musiał przyjąć rano partię futer. Słyszał, jak
wieśniacy i dostawcy się śmieją, zauważył, że patrzą na niego z rozbawieniem. A potem okazało się - choć zupełnie nie mógł pojąć, jak do
tego doszło - że brakuje dwóch zwojów cennych bobrowych skórek. Chazar
miał niedługo wrócić, a on nie wiedział, co mu powie.
I gdy rozważał tę niewesołą kwestię, zauważył chłopa.
Szczek był przysadzistym mężczyzną średniego wzrostu, z okrągłą twarzą,
piwnymi oczami i aureolą kręconych czarnych włosów, które sterczały jak
na szczotce. Ubrany w lniane spodnie i lnianą koszulę przewiązaną
skórzanym paskiem, miał na nogach łapcie z łyka. Jednak w jego krępej,
mocnej postaci było coś, co wskazywało na łagodny, choć nieco uparty
charakter. Stał na rogu cmentarza, uważnie obserwując Iwanuszkę.
Głowę zaprzątała mu tylko jedna myśl: podobno to głupek, ale ważniejsze
jest, czy ma pieniądze. Bo Szczek znalazł się na krawędzi przepaści.
Był wolnym chłopem. Owszem, zajmował dość skromny szczebel drabiny
społecznej. Sama nazwa grupy, do której przynależał - smerdzi -
oznaczała "brudni". Ale był człowiekiem wolnym i przynajmniej
teoretycznie mógł mieszkać, gdzie chce, i pracować dla dowolnego pana. I na własne nieszczęście mógł też zaciągać długi.
Przeliczył je szybko w myślach. Najpierw koń. Nie było w tym jego winy -
koń okulał, a potem zdechł. A ponieważ w razie wojny obowiązkiem chłopa
było dostarczenie konia dla książęcego wojska, Szczek musiał kupić
następnego. Ale to był dopiero początek. W Perejasławiu zaczął pić. I grać w kości. Powodowany wyrzutami sumienia kupił żonie srebrną
bransoletkę. I uparcie pożyczał nowe sumy, żeby się odegrać.
A teraz, jako członek wiejskiej komuny, był winien zarządcy podatek od
pługa, na co po prostu nie miał pieniędzy.
Przysunął się ostrożnie do młodzieńca.
Dowiedziawszy się po powrocie o utracie futer, Żydowin jedynie pokręcił
głową. Lubił Iwanuszkę, ale nie widział dla niego przyszłości. I choć
obyło się bez wyrzutów, chłopiec czuł, że nie będzie w Rusce mile
widziany.
Chazara zaciekawiło jednak co innego. Umiał sobie wytłumaczyć kradzież
futer, ale jak to się stało, że z pieniędzy, które zostawił Iwanuszce,
brakowało dwóch srebrnych hrywien? On sam zapewniał, że je zgubił, ale
nie brzmiało to wiarygodnie.
Jednak Iwanuszka w ogóle się tym nie przejął. Po zniknięciu futer i tak
stał na straconej pozycji. Zrobiło mu się żal wieśniaka. Przynajmniej on
będzie mógł teraz zapłacić podatek.
I szybko zapomniał o tym incydencie.
Rok 1072
Podobno dziś wydarzy się cud. Ludzie czekali na niego z wielką nadzieją.
I to bardzo uzasadnioną. Bo oto mieli oddać cześć szczątkom dwóch
męczenników - synów wielkiego świętego Włodzimierza - Borysa i Gleba,
których Słowianie także już obwołali świętymi.
Od ich śmierci minęło pół wieku. A teraz szczątki miały zostać
przeniesione na miejsce wiecznego spoczynku, do nowo zbudowanej
drewnianej cerkwi w miasteczku Wyszogród na północ od Kijowa.
Czy cud naprawdę się zdarzy? Na pewno. Ale jak będzie wyglądał?
Wprawdzie w wysokich kręgach szlachty i duchowieństwa mówiło się, że
grecki metropolita Jerzy ma wątpliwości co do świętości męczenników, ale
czego się można spodziewać po Greku? Zresztą i tak musiał odprawić
ceremonię, nawet jeśli nie wierzył w świętość braci.
Wszyscy już byli na miejscu: trzej synowie Jarosława, wnukowie samego
świętego Włodzimierza - książę Izjasław z Kijowa oraz jego bracia,
książęta Czernihowa i Perejasławia - a także metropolita Jerzy, biskupi
Piotr i Michał, Teodozjusz z klasztoru oraz wielu innych spośród
największych dygnitarzy ziem ruskich.
Procesja wspinała się powoli na szczyt wzgórza. Drobna mżawka osiadała
miękko na głowach pielgrzymów kroczących po błotnistej ścieżce. Mimo
deszczu było ciepło. Był dwudziesty maja.
Na przedzie szli mnisi, osłaniając dłońmi świece. Tuż za nimi - trzej
synowie Jarosława, ubrani w proste brązowe peleryny. I jak zwyczajni
ludzie nieśli na ramionach drewnianą trumnę ze szczątkami swojego stryja
Borysa. Za nimi sunęli, machając kadzielnicami, diakoni, księża, a jeszcze dalej sam metropolita Jerzy i biskupi. Z tyłu, w odpowiedniej
odległości, maszerowały szlacheckie rodziny.
- Woleli umrzeć niż sprzeciwić się bratu. A teraz ich światło jaśnieje
nad całą Rusią.
- Borysie, spójrz na mnie, grzesznika.
- Panie, zmiłuj się nad nami.
Te i inne pobożne okrzyki tłumu dochodziły do uszu wysokiego, ponurego
chłopaka, idącego wraz z rodziną za trumną.
- Obyśmy dziś zobaczyli cud.
- Chwała niech będzie Bogu najwyższemu.
Cud. Może i Bóg ześle cud, ale nie w mojej obecności, pomyślał
Iwanuszka. Przy mnie nic dobrego nie może się stać. Z opuszczonymi
ramionami, krok za krokiem wspinał się na wzgórze.
W ciągu ostatniego roku jego położenie jeszcze się pogorszyło. Kilka
tygodni po żenującym incydencie w Rusce usłyszał przypadkiem rozmowę
rodziców.
- Iwanuszka to dobry chłopak - mówiła matka. - Pewnego dnia będziesz z niego dumny. On jeszcze czegoś dokona.
- Nie dokona - odparł Igor. - Tego jestem pewien. - Westchnął. - Nikt
nie chce go do siebie przyjąć. I wcale się nie dziwię. Ja sam mu nie
ufam.
Iwanuszka usłyszał, jak matka mówi coś cicho, a potem znów odezwał się
ojciec:
- Owszem, kocham wszystkie swoje dzieci. Ale trudno jest kochać syna,
który nieustannie sprawia zawód.
To prawda, pomyślał chłopak z rozpaczą, nie ma powodu, żeby ktoś mnie
kochał.
Zaczął prosić rodzinę o różne rzeczy - matkę o pieniądze, ojca o konia -
żeby przekonać się, jak zareagują i czy go kochają. Jednak wkrótce
weszło mu to w nawyk. Zrobił się leniwy, unikał wszelkich działań z obawy, że znów mu się nie powiedzie.
Często wałęsał się po rynku w Perejasławiu. Zawsze był tam duży ruch. Co
dzień przywożono różne towary - wino i oliwę z Konstantynopola, żelazo
wydobywane na pobliskich bagnach i wysyłane do Kijowa. Były tu warsztaty
szklarzy, w których wyrabiano szkło tak piękne jak w innych częściach
Rusi, były stragany kupców sprzedających ozdoby z brązu, były stoiska z jedzeniem.
Ale z czasem Iwanuszka zaczął też dostrzegać podskórne życie targu.
Jeden ze straganiarzy zawsze wydawał za mało reszty, inny nie doważał
towaru. Banda wyrostków kręciła się wokół stoisk i bezczelnie kradła - a to rybę z lady, a to pieniądze z kieszeni kupujących. I gdy przyglądał
się temu wszystkiemu, przepełniony podziwem dla sprawności i zręczności
złodziei, wykiełkowała mu myśl: ci ludzie nie są na niczyim utrzymaniu,
a gdy zabierają innym, są wolni jak jeźdźcy na stepie.
Raz, próbując udowodnić samemu sobie, że to wcale nie jest trudne,
ukradł kilka jabłek.
Jednak pustka własnego życia wciąż doprowadzała go do rozpaczy. I cały
czas czuł w sobie to samo niejasne pragnienie, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa: pragnienie spotkania swojego przeznaczenia.
I tak oto na trzy miesiące przed uroczystością na cześć Gleba i Borysa,
przekonawszy się, że wszystkie inne nadzieje całkiem się rozwiały,
Iwanuszka oznajmił rodzicom:
- Chcę zostać mnichem.
Bo przecież i tak wszyscy uważali, że do niczego innego się nie nadaje.
Wywołało to piorunujący efekt.
- Jesteś pewien? - spytał ojciec tonem wskazującym, że obawia się tylko,
by syn nie zmienił zdania.
Nawet matka, mimo wewnętrznego niepokoju, nie protestowała.
A on poczuł, jakby narodził się na nowo. Jeszcze tego samego wieczoru
ojciec ułożył plan.
- Iwanuszka pojedzie na górę Athos w Grecji. Mam przyjaciół i tam, i w Konstantynopolu, pomogą mu. A to - Igor uśmiechnął się z satysfakcją -
może być dopiero początek wielkiej kariery.
Następnego dnia wziął syna na stronę.
- Nie musisz się obawiać o podróż, Iwanie. Dopilnuję, żebyś miał
wystarczające środki. Zabierzesz też dar dla klasztoru.
Nawet Świętopełk - niewątpliwie uradowany, że brat zniknie mu z oczu -
odezwał się do niego pozornie przyjacielskim tonem:
- No cóż, bracie, chyba wybrałeś odpowiednią drogę. Któregoś dnia
będziemy z ciebie dumni.
Byli z niego dumni już teraz. A za dwa dni miał wyruszyć w podróż.
Dlaczego więc, wchodząc na wzgórze razem ze szczątkami świętych, czuł
taki sam smutek jak zawsze?
Uśmiechnął się tylko raz, gdy mijali krzew kaliny.
Wszyscy wyczekiwali na cud.
Iwanuszka nigdy nie widział cudu. I może odzyskałby wiarę, gdyby Bóg go
zesłał.
Pogrzebię się żywcem w klasztorze, rozmyślał ponuro. A za kilka lat każą
mi mieszkać w jakiejś pieczarze. I na pewno umrę młodo, jak wszyscy
mnisi.
Naprawdę warto? Gdyby tylko Bóg do niego przemówił, podniósł go na
duchu, dodał mu pewności, gdyby dał jakiś znak!
Procesja stanęła. Trumnę Borysa wniesiono do drewnianej cerkwi. Sarkofag
ze szczątkami Gleba miano wciągnąć po odprawieniu modłów. Mżawka
zgęstniała. Z wnętrza świątyni dochodził monotonny, przytłumiony śpiew.
I wtedy stało się.
Z kościoła wydobyło się coś w rodzaju lekkiego westchnienia, które
usłyszał cały zgromadzony tłum. Śpiew urwał się nagle, a potem powrócił
z nową siłą. Przez tłum przeszedł pomruk. Iwanuszka spojrzał w niebo i zobaczył ze zdziwieniem, że mżawka ustała, a spomiędzy chmur prześwieca
słońce.
Co się może wydarzyć? Tłum czekał w napięciu.
W drzwiach cerkwi pojawiła się wysoka postać metropolity, który
popatrzył w górę, a potem padł na kolana. Iwanuszka stał na tyle blisko,
by zauważyć, że Grek zapłakał.
- Cud został nam dany! - rozległ się jego głos.
Tłum zaszemrał, ludzie zaczęli czynić znak krzyża na piersi. A ci
stojący najbliżej usłyszeli jeszcze słowa metropolity:
- Boże, wybacz mi moje zwątpienie.
Bo oto gdy otworzono trumnę, rozszedł się słodki zapach, który Bóg daje
tylko swoim świętym.
Kilka minut później przywieziono szczątki Gleba. Były zamknięte w kamiennym sarkofagu, zbyt ciężkim, żeby go nieść, więc zgodnie z pradawnym ruskim zwyczajem ciągnięto go na płozach.
I znów na oczach Iwanuszki Bóg zesłał znak. Gdy ludzie ciągnący sarkofag
dotarli do drzwi cerkwi, sanie utknęły. Nie drgnęły nawet wtedy, gdy
tłum rzucił się do pomocy i zaczął je z całej siły pchać.
I wówczas metropolita zawołał:
- Odmówcie Kyrie eleison!
Iwanuszka zaczął się modlić na cały głos wraz z innymi:
- Panie, zmiłuj się nad nami, Panie, zmiłuj się nad nami.
Po chwili sanie lekko ruszyły.
Iwanuszka poczuł, jak włosy stają mu dęba, a ciałem wstrząsa dreszcz.
Rozejrzał się. Świętopełk też drżał.
Dzięki tym znakom, które zostały zapisane w kronikach, mieszkańcy Rusi
już na zawsze wiedzieli, że Borys i Gleb są prawdziwymi świętymi.
Właśnie wtedy Iwanuszka zobaczył ojca Łukasza.
Stary mnich był wcześniej w świątyni, ale teraz wyszedł na zewnątrz.
Iwanuszka poznał go natychmiast, ale aż nie mógł uwierzyć własnym oczom.
W ciągu tych lat, które upłynęły od jego wizyty w klasztorze, duchowy
opiekun ojca bardzo zniedołężniał. Skurczył się. Poruszał się z trudem o lasce, niemal ciągnąc za sobą bezwładną nogę. Jego oczy, dawniej
załzawione, patrzyły przed siebie ślepo i bezradnie. Przypominał
brązowego owada, który wyczołguje się ku światłu, gdzie bez wątpienia
ktoś na niego nadepnie.
Igor ukłonił mu się z szacunkiem, ale ojciec Łukasz nikogo nie widział.
Iwanuszka przyglądał mu się uważnie. I cała euforia związana z cudem
gdzieś się ulotniła.
Uświadomił sobie z przerażeniem, co to znaczy być mnichem.
Iwanuszce wydawało się, choć nie był tego pewien, że znalazł się w lasach niedaleko Ruski.
Tak przynajmniej sądził, gdy później przypominał sobie ten sen.
Było późne popołudnie. Cienie robiły się coraz dłuższe, ale jasne niebo
wskazywało, że jest lato. Jechał jakąś ścieżką, prowadzącą chyba na
wschód. Miał wrażenie, że mijane drzewa, głównie nakrapiane światłem
dęby i buki, rozmawiają ze sobą. Dosiadał czarnego konia.
Czegoś szukał. Ale nie wiedział czego.
Niedługo potem minął sadzawkę. Powierzchnia wody lekko błyszczała.
Usłyszał cichy okrzyk, ni to jęk, ni to śmiech. Pojął, że to może być
stawowa rusałka, więc spiął konia ostrogami i popędził przed siebie. Las
zrobił się ciemny.
Był już kolejny ranek, a on wciąż krążył po lesie. Z jakiegoś powodu
jego koń był teraz siwy. Ścieżka prowadziła na polanę, gdzie rosły
srebrne brzozy. Na skraju polany droga dochodziła do rozstajów. Stała
tam drobna brązowa postać, wyglądała dość znajomo. Podjechał do niej
powoli.
Był to ojciec Łukasz. Jego oczy - już nie oczy ślepca - patrzyły bystro.
Iwanuszka skłonił mu się z szacunkiem.
- Ojcze, w którą stronę powinienem się udać? - zapytał.
- Masz do wyboru trzy drogi - odparł starzec. - Jeśli pojedziesz w lewo,
zachowasz ciało, ale stracisz duszę.
- A jak pojadę w prawo?
- Zachowasz duszę, ale stracisz ciało.
Iwanuszka zamyślił się. Ani jedno, ani drugie go nie pociągało.
- A jeśli pojadę prosto?
- Tam jeżdżą tylko głupcy - odpowiedział mnich.
Nie brzmiało to zachęcająco, ale czy miał jakiś inny wybór?
- Nazywają mnie głupim Iwanuszką - stwierdził. - To droga w sam raz dla
mnie.
- Jak sobie chcesz - rzucił ojciec Łukasz i zniknął.
Iwanuszka ruszył więc przed siebie, choć nie wiedział dokąd. Wydawało mu
się, że słyszy na niebie ochrypły dźwięk dzwonów, a jego koń z niewiadomej przyczyny znów zmienił kolor z siwego na dereszowaty.
Taki sen śnił Iwanuszka na dzień przed swoją podróżą.
Był jeszcze wczesny ranek, ale po szerokiej rzece płynęły już dwie
łodzie, jedna załadowana towarami, druga wiozła tylko kilku podróżnych.
Wysoko w górze rozpościerało się jasnoniebieskie niebo. Po prawej
stronie ciągnęły się piaszczyste skarpy, nad którymi to tu, to tam pasło
się bydło. Tam, gdzie żółty brzeg był najbliżej, Iwanuszka mógł dostrzec
w skarpie mnóstwo małych otworów, wokół których fruwały ptaki. Daleko na
lewym brzegu ciągnęła się jasnozielona równina usiana z rzadka drzewami.
Ojciec dobrze go wyposażył. U pasa zwisała mu sakiewka wypełniona
srebrnymi hrywnami. "Dostałeś swój spadek jeszcze przede mną, tylko
dlatego, że zostałeś mnichem" - rzucił sucho Świętopełk na pożegnanie.
A teraz wielki Dniepr niósł Iwanuszkę na południe ku jego przeznaczeniu.
Płynęli tak cały ranek i gdy chłopiec chciał zamknąć oczy na południową
drzemkę, z przedniej łodzi rozległ się okrzyk:
- Połowcy!
Podróżni wytężyli wzrok. Niestety, śniade tureckie twarze w łodzi, która
właśnie odbijała od prawego brzegu, mogły należeć tylko do Połowców. Co
było dziwne, zazwyczaj bowiem o tej porze roku Połowcy odpoczywali w swoich obozach daleko na stepie. Poza tym nigdy nie atakowali na wodzie
- woleli zaczaić się daleko na południu, przy bystrzach, gdzie napadali
na karawany przenoszące towary lądem.
- Kazali wiosłować Słowianom - mruknął jakiś głos.
Rzeczywiście, dopiero teraz Iwanuszka zauważył, że przy wiosłach siedzą
biedni słowiańscy chłopi. Jeden z Połowców podniósł długi, zakrzywiony
łuk. Strzała śmignęła nad wodą, jeden z ludzi w łodzi z towarami opadł
bezwładnie na burtę.
- Za wami! - rozległ się okrzyk.
Iwanuszka obejrzał się. Druga łódź odcinała im drogę ucieczki w górę
rzeki.
- Zostaje nam jedynie lewy brzeg! - zawołał kapitan łodzi.
Ale lewy brzeg był bardzo daleko. Prawie na horyzoncie, pomyślał
Iwanuszka, patrząc na błękitną wodę. Wioślarze pracowali ciężko,
pomrukując z wysiłku.
Spojrzawszy w drugą stronę, Iwanuszka zorientował się, że łódź z towarami jest stracona. Miał tylko nadzieję, że Połowcy zadowolą się
takim łupem. Jednak po chwili okazało się, że druga łódź zaczęła ich
gonić.
- Tam dalej jest niewielki dopływ - powiedział kapitan. - A kilka
kilometrów w górę strumienia stoi fort. Spróbujemy tam dotrzeć.
Iwanuszka zaczął się bezgłośnie modlić. Dobrze znał ten fort.
Dziwnie się czuł, będąc znowu w Rusce. Żydowin dokądś wyjechał, ale
żołnierze przyjęli ich gościnnie. Połowcy dość szybko zaniechali pogoni,
jednak podróżni woleli odczekać w forcie parę dni, żeby nie kusić losu.
Obszedł fort dookoła, zajrzał do wioski, wędrował leśnymi ścieżkami i czuł się dziwnie szczęśliwy. Dotarł nawet do granicy stepu, skąd w oddali, ponad pierzastymi trawami, widać było prastary kurhan.
Trzeciego dnia podróżni wyruszyli w dalszą drogę.
Ale Iwanuszki z nimi nie było.
Nie wiedział, dlaczego tak postąpił. Przekonywał sam siebie, że
opatrzność dała mu czas do namysłu. Tłumaczył sobie, że zatrzyma się tu
na trochę, zastanowi nad swoim życiem i przygotuje się do dalszej drogi.
Odsuwał na bok myśl, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie może
przerwać podróży.
Czwartego dnia, pokonany zmęczeniem, zasnął.
Nazajutrz spotkał Szczeka. Chłop był jeszcze chudszy niż kiedyś, ale
ciepło przywitał Iwanuszkę. A na pytanie, czy spłacił swoje długi,
uśmiechnął się głupkowato.
- Tak i nie - odparł. - Jestem zakupieńcem.
Był to surowy nakaz. Człowiek, który nie mógł się wypłacić swoim
wierzycielom, musiał dla nich pracować jako niewolnik, dopóki nie
uregulował długu. Ale ponieważ przez cały czas do długu doliczano
odsetki, ci nieszczęśnicy rzadko odzyskiwali wolność.
- Książęcy zarządca przejął moje długi - tłumaczył Szczek. - I teraz
pracuję dla księcia.
- To kiedy będziesz wolny?
Szczek uśmiechnął się ponuro.
- Za trzydzieści lat. A co tam u was, młody panie? - zapytał.
Iwanuszka wyjaśnił, że podróżuje do Konstantynopola i do Grecji i że ma
zostać mnichem. Szczek wysłuchał go uważnie i ze zrozumieniem pokiwał
głową.
- Czyli wy też nie będziecie wolni - zauważył. - Zupełnie jak ja.
Iwanuszka spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Wcześniej to
porównanie nie przyszłoby mu do głowy. On ma chyba rację, pomyślał. Ja
też jestem więźniem swojego losu. Sięgnął do sakiewki, dał Szczekowi
srebrną hrywnę i poszedł w swoją stronę. Żałował trochę, że nie dał mu
więcej. Ale ja też potrzebuję pieniędzy na podróż, pocieszał się w myślach.
Dzień później wyruszył z Ruski na piechotę, kierując się ku Dnieprowi.
Po rozstaniu z Iwanuszką Szczek opuścił wioskę i skierował się na step.
Odkąd powstał fort, znaczenie starej wioski Ruska nieco wzrosło, ale
nadal było to miejsce zapomniane przez Boga i ludzi. Trzy i pół
kilometra na południe znajdowała się jedna z książęcych posiadłości, na
wschodzie ciągnął się step, a na północy nie było nic, jedynie w odległości dwudziestu pięciu kilometrów leżała podobna wioska i fort.
Szczek był w całkiem dobrym humorze. Od kiedy został zakupieńcem, jego
życie nie było łatwe. Zarządca kazał mu ciężko pracować. Żona, wstydząc
się jego upadku, zrobiła się zrzędliwa. Ale ten niespodziewany dar od
młodego szlachcica był jak uśmiech losu. Srebrna hrywna była warta
więcej niż trzy miesiące pracy.
Skręcił w leśną ścieżkę prowadzącą na polanę, gdzie kobiety zbierały
grzyby. Minął ją, a potem staw, w którym, jak powiadali ludzie,
mieszkały rusałki. Kawałek dalej doszedł do rozstaju. Dróżka na prawo
wiodła do posiadłości księcia, a ta na lewo - na północ. Ale ponieważ
mijała miejsce, w którym jeden z wieśniaków został zabity przez dzika,
ludzie bali się tamtędy chodzić, wierząc, że będzie ich za to
prześladował pech.
Nie zastanawiając się, Szczek skręcił w lewo. Ten Iwanuszka przyniósł mi
szczęście, pomyślał. Nie mam się czego bać.
Na północ od Ruski rzeczka tworzyła szeroki zakręt wokół niskiego, gęsto
zalesionego wzgórza. Właśnie tam zginął nieszczęsny wieśniak. Wzgórze
otaczał pas gęstych zarośli, głównie jeżyn i ciernistych krzewów. Nie
było to przyjazne miejsce. I pewnie by się tu nie zatrzymał, gdyby nie
to, że w odległości stu metrów przed sobą zobaczył nagle lisa, który
bezgłośnie zniknął wśród zarośli.
Ciekawe, czy ma tam gdzieś norę, pomyślał Szczek. Lisie futro było
bardzo cenne. Najciszej jak mógł, cierpiąc z powodu zadrapań, przedarł
się pomiędzy krzewami, aż w końcu zaczął się wspinać na wzgórze. Po paru
minutach, niemal zapomniawszy o lisie, uśmiechnął się z zachwytem.
Całe wzgórze, gęsto porośnięte dębami i sosnami, na które nikt nie
zaglądał, było jednym wielkim skarbcem pełnym pszczelich rojów. Wszędzie
rozchodził się intensywny zapach miodu. Rozglądając się wśród gałęzi,
naliczył ponad dwadzieścia gniazd. Roześmiał się głośno.
- Ten Iwanuszka nawet nie wie, ile mi przyniósł szczęścia! - zawołał.
Nie zamierzał nikomu o tym mówić. Wiedział, jak to znalezisko
wykorzysta. I pewnego dnia, pomyślał, będę wolnym człowiekiem.
Rok 1075
W roku 1075 niewielu ludzi na całej Rusi mogło się cieszyć takim
szczęściem jak bojar Igor.
Jego pan, książę Wsiewołod, obsypywał go podarunkami. Nikt inny w książęcej drużynie nie cieszył się takimi przywilejami jak on.
Najwyżej urodzeni uzyskali obecnie nowy status. Dawniej rodzina
zamordowanego szlachcica otrzymywała od zabójcy rekompensatę w wysokości
czterdziestu hrywien, a dziś życie wielmoży wyceniano na osiemdziesiąt.
Kara za obrazę takiego pana była cztery razy wyższa niż kara za
zabójstwo smerda.
Igor otrzymał tę najwyższą rangę. A do tego jeszcze książę Perejasławia
z wdzięczności za wierną służbę przekazał mu władzę nad rozległymi
terenami przy południowo-wschodniej granicy księstwa. To właśnie tam
leżała wieś Ruska.
Przekazywanie ziemi było nowym sposobem wynagradzania najwierniejszych
popleczników. Tańszym niż wypłata pieniędzy, ziemi bowiem było w bród.
Owe ziemskie nadania rozpoczęły proces, w którym określenie "bojar",
oznaczające początkowo sługę albo szlachetnie urodzonego członka
drużyny, stało się z czasem synonimem właściciela ziemskiego.
Bojar Igor miał powody, by czuć się szczęśliwy. Uchodził za człowieka
powściągliwego i pracowitego, ale krył się za tym jakiś smutek. A osoba
postronna, widząc go w towarzystwie jego posiwiałej żony, mogłaby
pomyśleć, że oboje lubią milczeć. Jednak przyczyna ich milczenia była
inna - każde z nich obawiało się, że cokolwiek powie, wydobędzie na
powierzchnię ukrywaną rozpacz współmałżonka.
Pewnego zimowego dnia Borys zginął w potyczce na granicy stepu. Zgodnie
ze zwyczajem przywieziono jego ciało na saniach.
Igor zapamiętał ten dzień na całe życie. Śnieg padał tak gęsto, że
wirujące płatki chwilami przesłaniały sanie wciągane na wzgórze, ku
bramom miasta. W tamtym czasie Igor modlił się całymi godzinami przed
ikoną i szukał pocieszenia u ojca Łukasza.
Jednak ta rana mogła się z czasem zagoić.
Utrata Iwanuszki była niezagojoną raną.
Gdzie on przepadł? Miesiąc po jego wyjeździe do Konstantynopola przyszła
wieść od Żydowina, że widziano go w Rusce. Ale co się z nim stało potem?
Nie stawił się w Konstantynopolu, o czym donieśli tamtejsi kupcy. Przez
rok nie mieli o nim żadnych wiadomości. Potem dały się słyszeć pogłoski,
że widziano go w Kijowie, podobne niesprawdzone słuchy dochodziły ze
Smoleńska, z Czernihowa, a nawet z odległego Nowogrodu. Podobno uprawiał
hazard, podobno pił, podobno żebrał. Wieści pojawiały się rzadko i nie
były do końca wiarygodne.
Sam Iwanuszka przez trzy lata nie przysłał rodzicom żadnego listu.
- On czegoś szuka - orzekła matka, gdy doniesiono im, że ktoś widział go
w Kijowie.
- Jemu jest wstyd - stwierdził Igor ze smutkiem.
- Możliwe - przyznał Świętopełk. - Ale skoro tak postępuje, to znaczy,
że nas nie kocha.
I gdy minął trzeci rok bez wieści, nawet matka zaczęła wierzyć, że
Iwanuszka jej nie kocha.
Na przystani panował ruch. Nieco powyżej zakurzona piaszczysta droga
przecinała ukośnie wysokie umocnienia Perejasławia. W kilku miejscach
brunatne wały pokryte były zielonymi plamami przywiędłej jesiennej
trawy. Lato już minęło, miasto otaczała aura zmęczenia. Szeroka brunatna
rzeka też wyglądała ponuro, ciągnąc się w dal jak monotonne echo pod
stalowoszarym niebem. Na skraju przystani stała łódź gotowa do odbicia -
nie zwróciłaby niczyjej uwagi, gdyby nie drobny incydent, do którego
doszło za sprawą pewnego młodego mężczyzny.
Sprawiał dziwne wrażenie. Był brudny, a jego brązowa opończa, którą
próbował się otulić, i chłopskie łapcie z łyka niemal się rozpadały.
Siedział bezradnie na małej beczce na skraju pomostu.
- Idziesz wreszcie czy nie?! - wrzeszczał na niego kapitan łodzi.
Mężczyzna skinął lekko głową.
- A niech to szlag! No to wsiadaj!
Młodzieniec kiwnął głową, ale się nie poruszył.
- Głupcze, ja już odbijam! - krzyknął kapitan z wściekłością. - Chcesz
zobaczyć Carogród czy wolisz gnić w Perejasławiu?
Żadnej reakcji.
- Obiecałeś, że mi zapłacisz. Mogłem wziąć kogoś innego. Oddawaj mi moje
pieniądze!
Przez moment wydawało się, że mężczyzna wstaje, ale nie, wciąż siedział
na beczce. Klnąc na cały głos, kapitan wydał rozkazy i pękata łódź z pojedynczym masztem i rzędem wioślarzy wypłynęła na środek ospałej
rzeki, po czym skierowała się na południe.
Iwanuszka nadal się nie poruszył.
Miał za sobą długą wędrówkę. Pierwszego roku kilka razy wyruszał na
południe. Znalazł nawet kupców, którzy mieli go ze sobą zabrać, ale
skończyło się na tym, że tylko obejrzał ich łodzie. Za każdym razem
powstrzymywała go jakaś niewidzialna siła. I jak napięcie powierzchniowe
przytrzymuje przedmiot wyciągany z wody, tak samo jakaś podziemna moc
nie chciała wypuścić Iwanuszki z ojczystej ziemi, nie pozwalała mu
popłynąć wielką rzeką ku duchowemu życiu. Czasem miał wrażenie, że
ciągnie się za nim jakiś fizyczny ciężar bezwładu.
Gdy wydał wszystkie pieniądze, zaczął uprawiać hazard.
Jeśli wygram, tłumaczył sobie, to znaczy, że Bóg chce, bym poszedł do
klasztoru. Ale jeśli stracę pieniądze na podróż, to znaczy, że Bóg ma
inne plany. Brzmiało to rozsądnie i Iwanuszka nie potrzebował dużo
czasu, żeby przegrać.
Nie odwrócił się od Boga świadomie, miał jedynie nadzieję, że tą
pokrętną drogą zbliży się do niego w sposób bezbolesny. Ale w miarę
upływu czasu pogrążał się w coraz większej apatii, przerywanej coraz
częstszymi napadami picia. Włóczył się od miasta do miasta, nie mogąc
ani wyruszyć na południe, ani wrócić do domu. W drugim roku zaczął
kraść.
Kradł jedynie małe sumy, a co dziwne - udało mu się przekonać samego
siebie, że to wcale nie jest kradzież. No bo przecież, mówił sobie w duchu, zabieram bogatemu. A czy nasz Pan nie przyzwolił swoim uczniom na
zrywanie kłosów zboża z pól bogaczy? I często przed kradzieżą Iwanuszka
wzbudzał w sobie pełną złości pogardę. Powtarzał w duchu, że to on jest
blisko Boga, a ci, których zamierzał okraść, to godni pogardy chciwcy,
co zasłużyli na karę. Kupował potem jedzenie i picie i z nieco
pełniejszym żołądkiem włóczył się całymi dniami po okolicy, a lekkie
uniesienie brał za stan łaski.
Najgorsze były zimy. Nawet kradzieże nie pomagały, gdy nie dało się spać
na świeżym powietrzu. Wędrował więc od cerkwi do cerkwi, od klasztoru do
klasztoru jako izgoj, licząc na jałmużnę. I kilka razy o mało nie
zamarzł na śmierć.
Raz widział ojca. Któregoś wiosennego dnia wędrował lasami niedaleko
Czernihowa, gdy nagle usłyszał stukot kopyt, a po chwili zobaczył
kawalkadę jeźdźców.
Ukrył się za dębem. Byli to panowie ze służbą. Zobaczył wśród nich
księcia Włodzimierza, a tuż obok niego ojca i Świętopełka. Igor trzymał
na przedramieniu jastrzębia. Miał na sobie sobolową czapę i z ironicznym
uśmiechem przysłuchiwał się jakiejś opowieści młodego księcia.
Ku swojemu zdziwieniu Iwanuszka zauważył, że przestraszył się ich jak
zwykły chłop. Przestraszył i zawstydził. Dobry Boże, modlił się w duchu,
oby mnie tylko nie zobaczyli. Dręczący go głód i łachmany na plecach
były najlepszym dowodem, że jest nieudacznikiem, wygnańcem z tego świata
pełnego blasku. Gdyby go rozpoznali, nie zniósłby ich zakłopotania i obrzydzenia. Ten świat jest już dla mnie zamknięty, pomyślał.
A jednocześnie nie mógł oderwać od nich wzroku.
Prawie go minęli, gdy na samym końcu zobaczył coś, co wyrwało mu z piersi głośne westchnienie. Kawalkadę zamykały dwie młode kobiety, jedna
była jeszcze niemal dzieckiem.
Ubrane były z przepychem. Dosiadały koni z wdziękiem i lekkością. Obie
miały niebieskie oczy i jasne włosy, jaśniejsze niż wszystkie znane mu
kobiety. I kiedy tak siedział przykucnięty za drzewem, przyszło mu nagle
do głowy, że ma przed sobą nie książęcy orszak, ale samo niebo. To są
dwa anioły, mruknął pod nosem, zastanawiając się, skąd przybyły.
Po paru chwilach orszak zniknął. Lecz wspomnienie dwóch młodych kobiet
już go nie opuszczało, przypominając mu nieustannie bolesną prawdę:
jesteś jedynie marnym zwierzęciem z lasu.
Wiosną, znalazłszy się przypadkiem niedaleko Ruski, podjął ostatnią
próbę wyprostowania swojego życia. Poczuł, że tak dalej być nie może.
Albo skończę ze sobą, pomyślał, albo pójdę do klasztoru. Perspektywa
śmierci przerażała go. Uznał więc, że każda reguła zakonna będzie lepsza
od jego obecnego życia.
Był tylko jeden problem. Nie miał już pieniędzy.
Wstał ciepły wiosenny poranek. Żydowin wyjrzał ze swojego składu i zobaczył, że po przeciwnej stronie ulicy wałęsa się jakaś obdarta
postać. W Rusce tego dnia panowała cisza i spokój, niepilnowany przez
żołnierzy fort był niemal pusty.
Żydowin rozpoznał go niemal od razu, ale jako człowiek rozważny nie dał
tego po sobie poznać. Dopiero koło południa przybysz podszedł do niego
powoli, nieco sztywnym krokiem.
- Wiecie, kim jestem?
Głos był cichy, ale miał w sobie jakąś szorstką, wręcz pogardliwą nutę.
- Tak, Iwanie Igoriewiczu.
Chazar nie poruszył się, nie wykonał żadnego gestu. Iwanuszka skinął
powoli głową, jakby coś rozważał.
- Zawsze byliście dla mnie dobrzy.
Żydowin nie odpowiedział.
- Mógłbym dostać coś do jedzenia?
- Oczywiście. - Żydowin uśmiechnął się. - Wejdź do środka.
Zaczął się zastanawiać, jak mógłby go zatrzymać. W pojedynkę nie dałby
mu rady, ale po południu w składzie miało się pojawić dwóch pracowników.
Z ich pomocą dałby radę zawieźć go bezpiecznie do Perejasławia. Zostawił
więc Iwanuszkę w składzie, a sam poszedł przez dziedziniec do domu.
Wrócił po paru minutach z miską kwasu chlebowego i talerzem placków z prosa.
Ale Iwanuszka zniknął.
Żydowin zachował się nierozważnie, zapomniał bowiem, że Iwanuszka wie,
gdzie jest schowek z pieniędzmi. Nie było tego dużo, ale na podróż do
Konstantynopola wystarczyło. Przynajmniej zobaczę to miasto, pomyślał
chłopak.
Mimo wszystko miał wyrzuty sumienia. Próbował je zagłuszyć. Tak naprawdę
to nie jest kradzież, mówił sobie, bo Żydowin odzyska pieniądze od ojca.
A ojciec na pewno się ucieszy, że w końcu wyruszyłem na południe. Bo
wędrując przez las, Iwanuszka nie miał najmniejszych wątpliwości, że
nareszcie dotrze do greckich klasztorów.
Żydowin przeklinał swoją głupotę i zastanawiał się, co ma powiedzieć
rodzicom chłopaka. Rozważał to przez dłuższy czas, w końcu uznał, że nie
powie nic. Bo każde słowo mogło im co najwyżej sprawić ból.
I tak oto Iwanuszka siedział samotnie na przystani, wpatrując się tępo w wodę. Łódź była jego ostatnią szansą na dotarcie do cesarskiego miasta
przed zimą. Pragnął tam jechać. Tak mu się przynajmniej wydawało. Ale
latem zaszła w nim przerażająca zmiana: stracił całą wolę
działania.
Nie był w stanie nic robić, najczęściej siedział bezradnie i całymi
godzinami patrzył przed siebie. A tego dnia rano zauważył, że zostało mu
już tylko osiem srebrnych hrywien, tyle co na podróż. Przywlókł się na
przystań z głębokim postanowieniem, że ostatnie pieniądze wyda na drogę.
Ale ku swojej rozpaczy po prostu nie mógł się ruszyć z miejsca.
Teraz to naprawdę koniec, pomyślał. Po tej upokarzającej klęsce nie
widział dla siebie żadnego innego rozwiązania, jak tylko pójść nad rzekę
i skończyć ze sobą.
Dopiero po chwili usłyszał za plecami gwar dochodzący z grupy
niewolników, którzy siedzieli na ziemi i czekali, by zabrano ich na plac
targowy. Spojrzał obojętnie w tamtym kierunku. Jeden z mężczyzn był
bardzo pobudzony. Ale Iwanuszka jedynie wzruszył ramionami i znów
skierował wzrok na rzekę.
- Iwanie Igoriewiczu!
Odwrócił się.
Szczek obserwował go od jakiegoś czasu. Ale teraz był już pewien. Tak
się ucieszył, że aż zapomniał, iż ma skrępowane ręce. Tam jest syn
bojara! Ten, którego nazywają głupcem.
- Iwanie Igoriewiczu! - zawołał znowu.
Wydawało się, że dziwny młody człowiek go rozpoznaje.
Szczek znalazł się w niewesołym położeniu. Miał iść na sprzedaż. A co
gorsza, przed chwilą jeden z więźniów przekazał szeptem przerażającą
wiadomość: "Handlarze niewolników szukają ludzi do wioseł". Wszyscy
wiedzieli, co to oznacza: katorżniczą pracę na rzece, przenoszenie łodzi
przez bystrza, a może nawet niebezpieczny rejs po morzu. A potem i tak
zostaną sprzedani na którymś z greckich targów. Niewolnikowi wszystko
mogło się przytrafić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki