Rosja - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W lesie i na ste­pie

Rok 180

Tej nocy na ste­pie było cicho. W lesie też.

Ponad zie­mią pły­nął lekki wiatr.

W jed­nej z sze­ściu chat przy­cup­nię­tych nad rzeką spała kobieta z dziec­kiem.

Nie prze­czu­wała nie­bez­pie­czeń­stwa.

Wysoko na roz­gwież­dżo­nym nie­bie, błysz­cząc deli­kat­nie w świe­tle wędru­ją­cego na połu­dnie pół­księ­życa, prze­su­wały się w jakiejś leni­wej pro­ce­sji blade obłoki.

Białe i skłę­bione, niczym jeźdźcy podą­żały ze wschodu, znad bez­kre­snych ste­pów - pły­nęły maje­sta­tycz­nie nad dachami chat sto­ją­cych wzdłuż brzegu rzeki, a potem zmie­rzały ku ciem­nym lasom, które też zda­wały się nie mieć końca.

Wio­ska leżała na połu­dniowo-wschod­nim brzegu. Dęby, lipy, sosny i brzozy rosły tu rza­dziej, stop­niowo ustę­pu­jąc miej­sca pola­nom i coraz szer­szym poła­ciom łąk sta­no­wią­cym gra­nicę stepu. Po dru­giej stro­nie, na brzegu pół­nocno-zachod­nim, las był gęsty, ciemny i nie­prze­byty.

Mijało piąte lato, odkąd osie­dliły się tu trzy rodziny. Zna­la­zł­szy nad rzeką opusz­czone miej­sce oto­czone sta­rym, poro­śnię­tym krze­wami wałem ziem­nym, przy­by­sze oczy­ścili je, wznie­śli drew­nianą pali­sadę i niski sza­niec ziemny, a w środku posta­wili sześć chat. Nie­opo­dal dwa pola wci­nały się nie­re­gu­lar­nymi pasami w rzadki las. Jesz­cze dalej wyła­niały się cha­otyczne plamy kar­czo­wisk.

Kil­ka­set metrów w dół rzeki teren robił się pod­mo­kły. Mokra­dła cią­gnęły się jesz­cze parę kilo­me­trów dalej.

Ponad zie­mią pły­nął lekki wiatr. Gdy muskał czubki drzew, liście migo­tały blado w świe­tle gwiazd. W lesie pobły­ski­wały lustro wiją­cej się rzeki i moczary.

Oprócz sze­le­stu liści sły­chać było od czasu do czasu jedy­nie małe zwie­rzęta albo jele­nie prze­mie­rza­jące las. Gdzieś obok mokra­dła wprawne ucho umia­łoby wychwy­cić na tle mono­ton­nego skrze­cze­nia żab trzask gałą­zek pod łapami idą­cego wzdłuż kra­wę­dzi lasu niedź­wie­dzia. Ale nad wio­ską uno­sił się tylko nie­re­gu­larny sze­lest, gdy wiatr gła­skał dłu­gie pole jęcz­mie­nia i wzbu­dzał na nim drżącą falę.

Wiatr poru­szał się, a jed­no­cze­śnie stał w miej­scu. Chwi­lami pole nie­ru­cho­miało albo prze­chy­lało się w drugą stronę, jakby podmu­chy ze wschodu usta­wały, by znowu otrzeć się o doj­rzałe kłosy.

Był rok 180, choć wła­ści­wie ta data jesz­cze nie ist­niała. Dopiero przy­szłość miała wpro­wa­dzić taką miarę czasu, wów­czas kalen­darz chrze­ści­jań­ski nie był jesz­cze w uży­ciu. Daleko na połu­dniu, w rzym­skiej pro­win­cji Judea, uczeni żydow­scy rabini twier­dzili, że jest 3940 Rok Świata. Od zbu­rze­nia Jero­zo­limy upły­nęło sto dzie­sięć lat. W innych miej­scach potęż­nego Impe­rium Rzym­skiego był to dwu­dzie­sty i ostatni rok pano­wa­nia Marka Aure­liu­sza oraz pierw­szy rok rzą­dów Kom­mo­dusa. W Per­sji obo­wią­zy­wał 491 rok epoki Seleu­cy­dów.

A zatem który to był rok w małej wio­sce na skraju lasu? Dla histo­rii żaden. Minęło pięć lat od śmierci poprzed­niego star­szego wio­ski. O wiel­kich sys­te­mach okre­śla­nia czasu, zna­nych w cywi­li­zo­wa­nym świe­cie i utrwa­lo­nych w księ­gach, nikt tu nie sły­szał. A gdyby nawet sły­szał, nie mia­łyby zna­cze­nia.

Te zie­mie miały w przy­szło­ści nosić nazwę Rosja.

Ponad zie­mią pły­nął lekki wiatr.

Leżała obok małego chłopca. Dokucz­liwe myśli z całego dnia opu­ściły we śnie jej umysł niczym blade obłoki zni­ka­jące nad lasem za rzeką. Spała spo­koj­nie.

W chatce spało dwa­na­ścioro osób. Pię­cioro, w tym Lebiedź i jej dziecko, uło­żyło się na sze­ro­kiej półce bie­gną­cej w poprzek izby ponad wiel­kim pale­ni­skiem. Tej cie­płej let­niej nocy ognia nie roz­pa­lano. Powie­trze było aż gęste od słod­ka­wego, zie­mi­stego zapa­chu - cał­kiem przy­jem­nego - jaki wydzie­lają ludzie pra­cu­jący cały dzień przy żni­wach. Mie­szał się on ze świeżą wonią traw wpły­wa­jącą z wia­trem przez kwa­dra­towy otwór okienny.

Jako naj­młod­sza żona spała na samym końcu drew­nia­nej półki, na pośled­nim miej­scu. Choć w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat nie była już młoda. Miała okrą­głą twarz, na jej bio­drach zdą­żyły się poja­wić oznaki oty­ło­ści. Gęste jasne włosy zsu­nęły się z kra­wę­dzi półki.

Tuż obok, w zagię­ciu jej pulch­nego ramie­nia, leżał pię­cio­letni chłop­czyk. Był wszyst­kim, co miała, bo poprzed­nie dzieci umarły.

Wyszła za mąż, mając pięt­na­ście lat. Od początku wie­działa, że mąż wziął ją tylko dla­tego, że była silna - dobra do pracy. Nie skar­żyła się jed­nak. Mąż nie trak­to­wał jej źle. Był wyso­kim, przy­stoj­nym czter­dzie­sto­lat­kiem, jego ogo­rzała twarz miała w sobie jakąś łagod­ność, a nie­bie­skie oczy roz­bły­ski­wały pogod­nym roz­ba­wie­niem, gdy wołał: "Pro­szę, idzie moja Mor­dwinka!".

Dla niego było to wyra­zem czu­ło­ści. Dla innych już nie.

Lebiedź nie była bowiem peł­no­prawną człon­ki­nią wspól­noty. Klan męża uwa­żał ją za mie­szańca. W końcu jej matka pocho­dziła z lasów. Z ludu Mor­dwi­nów.

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów lasy i mokra­dła cią­gnące się set­kami kilo­me­trów na pół­noc były zamiesz­kane przez ple­miona ugro­fiń­skie, do któ­rych nale­żała też jej matka. Ludzie ci, o okrą­głych twa­rzach i mon­go­lo­idal­nych rysach, zaj­mo­wali się łowiec­twem i rybo­łów­stwem na ogrom­nych, bez­lud­nych tere­nach, a miesz­kali w pry­mi­tyw­nych cha­tach i zie­mian­kach. Pod­czas prze­si­leń sło­necz­nych sta­wali w kole i śpie­wali wyso­kimi, noso­wymi gło­sami pieśń do Słońca, które na Dale­kiej Pół­nocy nie poka­zy­wało zimą swo­jej twa­rzy, a latem pozba­wiało zie­mię noc­nego odpo­czynku, zale­wa­jąc świat dłu­gim bia­łym świ­tem i roz­pa­la­jąc na hory­zon­cie drżące roz­bły­ski.

Od jakie­goś czasu ple­mię jej męża - jasno­włosy lud posłu­gu­jący się jed­nym z języ­ków sło­wiań­skich - zakła­dało w lasach na pół­nocy i na wscho­dzie małe kolo­nie. A nie­któ­rzy, jak klan znad rzeki, upra­wiali pola i hodo­wali bydło. Spo­tka­nia Sło­wian i Finów na tych roz­le­głych tere­nach rzadko pro­wa­dziły do kon­flik­tów. Ziemi i tere­nów łowiec­kich star­czy­łoby nawet dla dzie­sięć razy licz­niej­szej lud­no­ści. Zawie­rano mał­żeń­stwa, takie jak jej matki. Ale mimo to miesz­kańcy wio­ski patrzyli z góry na leśne szczepy.

Mąż nazy­wał ją dla żartu nie imie­niem małego ple­mie­nia jej matki, ale wiel­kiego ludu Mor­dwi­nów, który zamiesz­ki­wał zie­mie daleko na pół­nocy. Czuła się przez to bar­dziej obca, choć prze­cież była pół-Sło­wianką. W tej nazwie była też łagodna kpina. I jak zauwa­żyła ze smut­kiem, przy­zwo­le­nie dla reszty klanu, by trak­to­wać ją z wyż­szo­ścią.

Zwłasz­cza teściowa patrzyła na nią z góry. Przez bli­sko trzy­na­ście lat jej potężna postać niczym groźne, niskie chmury rzu­cała na życie Lebiedź mroczny cień. Cza­sem - a zda­rzało się, że i przez całe dnie - lwia twarz sta­rej kobiety o sze­ro­kich kościach policz­ko­wych wyda­wała się łagodna, wręcz przy­ja­ciel­ska. Ale wystar­czył jakiś drobny błąd - upusz­czone wrze­ciono, roz­lana śmie­tana - a roz­pę­ty­wała się wście­kła burza. Inne żony spusz­czały wtedy wzrok albo spo­glą­dały na Lebiedź ukrad­kiem. I cie­szyły się, że ta złość spa­dła na nią, na obcą. Po każ­dym takim wybu­chu wście­kło­ści teściowa kazała jej wra­cać do pracy i wzru­sza­jąc ramio­nami, zwra­cała się do reszty: "No ale czego można się spo­dzie­wać po Mor­dwince?".

Lebiedź zno­si­łaby to lepiej, gdyby miała pomoc swo­jej rodziny. Ale rodzice zmarli rok wcze­śniej, zosta­wia­jąc ją samą z młod­szym bra­tem. I to on dopro­wa­dził ją poprzed­niego dnia do łez.

Nie chciał jej zro­bić przy­kro­ści. Nie­ustan­nie jed­nak wda­wał się w spory z wio­skową star­szy­zną. Na jego okrą­głej, nieco głup­ko­wa­tej twa­rzy zawsze wid­niał uśmiech, nawet gdy był pijany. I wyda­wało się, że w życiu liczą się dla niego tylko dwie rze­czy: polo­wa­nie i spra­wia­nie przy­jem­no­ści sio­strzeń­cowi.

- Kij cię nie potrze­buje - powta­rzała bratu. - I ja też, jeśli nie chcesz słu­chać star­szy­zny.

Ale nie przy­no­siło to skutku. Mal nie­na­wi­dził pracy w polu, zni­kał na całe dnie w lasach - reszta wie­śnia­ków uty­ski­wała na to pod nosem - a potem nagle z zaro­śli wyła­niała się jego krzepka postać. Miał kil­ka­na­ście skór przy­tro­czo­nych do pasa, a na twa­rzy swój zwy­kły głup­ko­waty uśmiech. Star­szy wio­ski go prze­kli­nał, a teściowa patrzyła na nią z takim wyrzu­tem, jakby to była jej wina.

A wczo­raj w bez­brzeż­nej głu­po­cie Mal zapo­wie­dział chłopcu:

- Kijaszku, z następ­nego polo­wa­nia przy­niosę ci małego niedź­wiadka. Będziesz mógł go przy­wią­zać na podwórku.

- Mal, jeśli jesz­cze raz oka­żesz nie­po­słu­szeń­stwo star­szemu wio­ski, wygnają cię - przy­po­mniała. Rze­czy­wi­ście taką miałby ponieść karę, gdyby znów wybrał się w tym roku na polo­wa­nie.

Ale jej brat jedy­nie opu­ścił swoją dużą głowę, nic nie mówiąc i uśmie­cha­jąc się jak zwy­kle.

- Może wresz­cie zmą­drze­jesz i weź­miesz sobie żonę?! - wrza­snęła roze­źlona.

- Jak sobie życzysz, sio­stro Lebiedź. - Skło­nił głowę z uśmie­chem.

Naj­wy­raź­niej chciał ją roz­zło­ścić, bo w wio­sce nikt nie uży­wał jej peł­nego imie­nia. Na chłopca wołali zdrob­niale Kija­szek. Do niej mało kto zwra­cał się Lebiedź. Od dzie­ciń­stwa nazy­wano ją czu­łym prze­zwi­skiem Łabą­dek. Mal też miał swój przy­do­mek, któ­rego ludzie uży­wali, gdy byli na niego źli: Leniuch.

- Ty, Leniuch - odparła ze zło­ścią. - Lepiej się ustat­kuj i weź do roboty.

Ale Mal ani myślał. Wolał miesz­kać samot­nie w małej chatce z dwoma star­cami, któ­rzy nada­wali się już tylko do drob­nych polo­wań. Razem upi­jali się mio­dem, polo­wali i łowili ryby, a kobiety odno­siły się do nich z kpią­cym lek­ce­wa­że­niem.

Wczo­raj cho­dziła do niego dwa razy, za dru­gim razem nawet się roz­pła­kała, pró­bu­jąc go prze­ko­nać, by porzu­cił swój głupi plan. Bo choć przy­spa­rzał jej jedy­nie kło­po­tów, kochała go. I czu­łaby się samotna, gdyby go wygnano.

Ale mimo jej załza­wio­nych oczu on jedy­nie się uśmie­chał i pot ście­kał mu po twa­rzy, gdy tasz­czył na stos kolejne bele siana.

Wła­śnie dla­tego długo nie mogła zasnąć. A gdy w końcu osu­nęła się w nie­świa­do­mość, w jej umy­śle zaczęły się kłę­bić złe prze­czu­cia.

Jed­nak noc wypłu­kała z niej wszyst­kie myśli. Jej piersi uno­siły się i opa­dały ryt­micz­nie pod szorstką koszulą. Wla­tu­jący przez okno wiatr deli­kat­nie poru­szał jej włosy.

Nikt się nie obu­dził, gdy prze­su­nęły się dwa cie­nie, a śpiący przy drzwiach pies przy­siadł wycze­ku­jąco. Nikt z wyjąt­kiem chłopca, który na chwilę otwo­rzył oczy. Na jego twa­rzy poja­wił się senny uśmiech, a gdyby matka czu­wała, poczu­łaby, że ciało Kija drży od tłu­mio­nej eks­cy­ta­cji. Zamknął oczy, wciąż się uśmie­cha­jąc.

Wie­dział, że to już nie­długo.

Ponad zie­mią pły­nął lekki wiatr.

Ale gdzie leżała ta wio­ska, rzeka i las?

Żeby opi­sać zna­cze­nie tego magicz­nego miej­sca, potrzebne jest dłuż­sze wyja­śnie­nie.

Już dawno geo­gra­fia umow­nie podzie­liła ogromny ląd Eura­zji na dwie czę­ści: Europę na zacho­dzie i Azję na wscho­dzie. Jed­nak jest to myląca umow­ność. Znacz­nie bar­dziej natu­ralny byłby podział na pół­noc i połu­dnie.

Oto bowiem przez ten ogromny kon­ty­nent - od pół­noc­nej Europy przez Rosję i mroźne pust­ko­wia Sybe­rii aż po tereny na pół­noc od Chin, nie­mal doty­ka­jące Ala­ski - cią­gnie się naj­więk­sza rów­nina świata.

Wielka rów­nina eura­zja­tycka ma z zachodu na wschód ponad jede­na­ście tysięcy kilo­me­trów, bie­gnie od Atlan­tyku do Oce­anu Spo­koj­nego, a two­rzy ją ciąg zacho­dzą­cych na sie­bie płyt pokry­wa­ją­cych jedną szó­stą lądo­wych obsza­rów Ziemi - zaj­muje powierzch­nię więk­szą niż Stany Zjed­no­czone i Kanada. Od pół­nocy rów­nina gra­ni­czy głów­nie z lodo­wa­tym Oce­anem Ark­tycz­nym. Mię­dzy nim a połu­dniową gra­nicą rów­niny roz­po­ściera się pas tun­dry, lasów, ste­pów i pustyń, sze­roki w nie­któ­rych miej­scach na trzy i pół tysiąca kilo­me­trów. I wła­śnie ta połu­dniowa gra­nica tak naprawdę roz­dziela Eura­zję na dwie czę­ści.

Eura­zja pół­nocna to jedna wielka rów­nina, a Eura­zja połu­dniowa składa się z ogrom­nych regio­nów - Bli­skiego Wschodu, sta­ro­żyt­nej Per­sji, Afga­ni­stanu, Indii, Mon­go­lii i Chin. Pół­noc i połu­dnie oddziela od sie­bie potężne pół­kole łań­cu­chów gór­skich z naj­wyż­szymi szczy­tami świata - od Alp na zacho­dzie Europy aż po Hima­laje w Azji.

Naprawdę trudno zro­zu­mieć, dla­czego Eura­zja została podzie­lona przez geo­gra­fów na wschód i zachód.

Mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej wiel­kiej rów­niny, powy­żej Afga­ni­stanu, leży pasmo pra­sta­rych wzgórz cią­gnące się z pół­nocy na połu­dnie - od tun­dry po kra­wędź pustyni. To Ural. Zgod­nie ze współ­cze­sną kon­wen­cją "góry" te uważa się za gra­nicę oddzie­la­jącą Europę od Azji.

Jed­nak prawda jest taka, że z wyjąt­kiem kilku nie­wiel­kich szczy­tów te zaokrą­glone pagórki wzno­szą się na wyso­kość jedy­nie kil­ku­set metrów nad pozio­mem morza. Trzeba wiel­kiej wyobraźni, by zoba­czyć w nich gra­nicę dwóch kon­ty­nen­tów: są zale­d­wie łagodną falą na wiel­kim lądo­wym oce­anie. Nic nie oddziela Europy od Azji, wielka rów­nina jest jed­no­ścią.

Bie­gnąc przez pół­noc Europy, rów­nina jest wąska, ma zale­d­wie sześć­set pięć­dzie­siąt kilo­me­trów sze­ro­ko­ści. Ale docho­dząc do wschod­niej Europy, roz­sze­rza się w kształt klina. Jej pół­nocną gra­nicą jest Morze Bał­tyc­kie, nad któ­rym zwie­sza się krzy­wi­zna Skan­dy­na­wii. Gra­nicę połu­dniową sta­no­wią potężne góry, Bał­kany i Kar­paty, sto­jące na straży pół­nocnej Gre­cji. A potem rów­nina roz­lewa się sze­roko.

Rosja - tam, gdzie rów­nina wydaje się bez­kre­sna.

Rosja - tam, gdzie wschód spo­tyka się z zacho­dem.

Na zachod­nim skraju Rosji pół­nocna gra­nica wiel­kiej rów­niny docho­dzi do Morza Ark­tycz­nego. Na tych zie­miach zaczyna się naj­więk­szy las świata - zimne, ciemne kró­le­stwo jodeł nazy­wane tajgą, które cią­gnie się kilka tysięcy kilo­me­trów na wschód aż po wybrzeże Oce­anu Spo­koj­nego. Scho­dząc na połu­dnie, tajga prze­mie­nia się w poło­wie rów­niny w las mie­szany, a jesz­cze dalej poja­wiają się bez­kre­sne tra­wia­ste stepy, które aku­rat w tym miej­scu docho­dzą nie do pustyni czy gór, lecz do sło­necz­nego wybrzeża przy­po­mi­na­ją­cego wybrzeże Morza Śród­ziem­nego.

Bo połu­dniową gra­nicą cen­tral­nej Rosji jest cie­płe Morze Czarne.

Morze Czarne, leżące powy­żej pół­noc­nego krańca Morza Śród­ziem­nego, bar­dziej przy­po­mina ogromny rezer­wuar. Od połu­dnia opa­suje je potężna pół­ko­li­sta tama gór: na połu­dnio­wym zacho­dzie grec­kie Bał­kany, na połu­dniu góry dzi­siej­szej Tur­cji, na połu­dnio­wym zacho­dzie strze­li­sty Kau­kaz. Pomię­dzy Bał­ka­nami i turec­kimi górami bie­gnie wąski kanał łączący Morze Czarne z więk­szym sio­strza­nym morzem. W czę­ści bliż­szej Morzu Czar­nemu kanał ów nazy­wany jest Bos­fo­rem, a na połu­dnio­wym krańcu - Dar­da­ne­lami.

Samo morze jest duże - z zachodu na wschód ma bli­sko tysiąc kilo­me­trów, a z połu­dnia na pół­noc ponad sześć­set. Zasi­lają je liczne rzeki, mię­dzy innymi maje­sta­tyczny Dunaj mający ujście w zachod­niej czę­ści na pół­noc od Gre­cji. W jego wodach znaj­dują się śla­dowe ilo­ści siarki i zapewne stąd wzięła się kie­dyś nazwa Czarne.

Na środku pół­noc­nego rosyj­skiego wybrzeża daleko w cie­płe wody Morza Czar­nego wcina się duży pół­wy­sep. To Krym. Po jego obu stro­nach, w odle­gło­ści czte­ry­stu kilo­me­trów od sie­bie, funk­cjo­nują dwa wiel­kie sys­temy rzeczne, podą­ża­jące przez stepy aż z dale­kich lasów. Na zacho­dzie pły­nie sze­roki Dniepr, na wscho­dzie - maje­sta­tyczny Don.

I wła­śnie pomię­dzy tymi dwiema rze­kami, od wybrzeży Morza Czar­nego przez stepy aż po lasy pół­nocy, roz­ciąga się ogromne pra­stare serce Rosji.

Rosja to także pogra­ni­cze.

Bo wielka rów­nina roz­po­ściera się jesz­cze dalej ku wscho­dowi. Na wschód od Morza Czar­nego jej połu­dniową gra­nicę two­rzy ogromny łań­cuch Kau­kazu, mający bli­sko tysiąc kilo­me­trów dłu­go­ści. Kau­kaz sły­nie z wina oraz z wojow­ni­ków - Gru­zi­nów, Ormian i innych - a jego lśniące szczyty są o tysiące metrów wyż­sze od szczy­tów Alp czy Gór Ska­li­stych.

Pasmo koń­czy się nie­zwy­kłym zja­wi­skiem - jest nim jesz­cze jedno morze poło­żone wewnątrz ogrom­nego pół­kola gór. Cią­gnie się z pół­nocy na połu­dnie - kształ­tem przy­po­mina Flo­rydę, ale jest dwa razy dłuż­sze - a góry scho­dzą tu stromo w dół, żeby zro­bić mu miej­sce. To Morze Kaspij­skie.

Tak naprawdę jest to naj­więk­sze jezioro świata, nie ma bowiem żad­nego odpływu. Ota­czają je stepy, góry i pusty­nie, a wody pozbywa się dzięki paro­wa­niu. Od pół­nocy zasila je naj­słyn­niej­sza rosyj­ska rzeka.

Matka Wołga.

Wołga zaczyna swoją podróż daleko, w lasach cen­tral­nej Rosji. Bie­gnie stam­tąd wielką pętlą przez lasy pół­nocy, zmie­rza­jąc ku połu­dniowi. Wziąw­szy w obję­cia pół­noc, zakręca, pły­nie przez rów­ninę ku wscho­dowi, potem znów na połu­dnie, aż w końcu podąża powoli przez wietrzne stepy ku odle­głym pustyn­nym wybrze­żom Morza Kaspij­skiego.

A wielka rów­nina cią­gnie się dalej na wschód i staje się coraz mniej gościnna. Na połu­dniu roz­po­ście­rają się groźne pusty­nie. Na pół­nocy pano­wa­nie przej­mują mroczna tajga i wieczna zmar­z­lina. Nawet dziś te ogromne tereny są rzadko zamiesz­kane. A stąd jest jesz­cze pięć i pół tysiąca kilo­me­trów do wybrzeży Pacy­fiku.

A gdzie na tej rów­ni­nie leży wio­ska nad rzeką?

Łatwo na to pyta­nie odpo­wie­dzieć. Leży na gra­nicy stepu, kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów na wschód od Dnie­pru i pra­wie pięć­set kilo­me­trów na pół­noc od ujścia tej wiel­kiej rzeki w pół­nocno-zachod­niej czę­ści cie­płego Morza Czar­nego.

Mimo to, gdyby jakiś ówcze­sny podróż­nik z obcego kraju spy­tał, jak tam dotrzeć, nie miałby mu kto odpo­wie­dzieć.

Bo rosyj­skie pań­stwo wów­czas nie ist­niało. Sta­ro­żytne cywi­li­za­cje Wschodu - Chiny, Indie, Per­sja - leżały daleko, poni­żej gór­skiego pół­kola sta­no­wią­cego połu­dniową gra­nicę rów­niny, która dla nich była pust­ko­wiem. Potężne Impe­rium Rzym­skie usa­do­wiło się na zacho­dzie, na wybrze­żach Morza Śród­ziem­nego, a na pół­nocy cią­gnęło się aż po Bry­ta­nię. Jed­nak Rzym ni­gdy nie posu­nął się na wschód dalej niż do obrzeża lasów pora­sta­ją­cych eura­zja­tycką rów­ninę.

A cóż Rzy­mia­nie mogli wie­dzieć o lasach? Jedy­nie to, że tereny za Renem były zamiesz­kane przez wojow­ni­cze ple­miona ger­mań­skie, a na pół­nocy, nad Bał­ty­kiem, żyły pry­mi­tywne ludy - Bał­to­wie, Łoty­sze, Estoń­czycy, Litwini - o któ­rych pra­wie nic nie sły­szeli. To wszystko. Nie­wiele wie­dzieli o sło­wiań­skich zie­miach leżą­cych za tere­nami Ger­ma­nów, a o ludach ugro­fiń­skich zamiesz­ku­ją­cych lasy cią­gnące się za Wołgą nie mieli w ogóle poję­cia. Wieść o turec­kich i mon­gol­skich ple­mionach żyją­cych w głębi Sybe­rii nie dotarła jesz­cze do lasów, jedy­nie nad ste­pem roz­le­gały się pierw­sze szepty.

I cóż Rzy­mia­nie mogli wie­dzieć o ste­pie? Ow­szem, w swo­jej eks­pan­sji na wschód dotarli aż do Arme­nii na połu­dnie od Kau­kazu, od kilku stu­leci znali małe porty poło­żone na pół­noc­nym wybrzeżu Morza Czar­nego, gdzie żegla­rze kupo­wali przy­wo­żone z głębi lądu futra i nie­wol­ni­ków albo spo­ty­kali się z kara­wa­nami, które przy­były przez pusty­nie z tajem­ni­czego Orientu. Ale cała ogromna rów­nina była terra inco­gnita, zie­mią nie­znaną, zamiesz­kaną przez bar­ba­rzyń­skie ple­miona, pokrytą groź­nym ste­pem i poprze­ci­naną trud­nymi do prze­by­cia rze­kami. Jej linie i nazwy na mapach sta­ro­żyt­nego świata - stwo­rzo­nych przez Hero­dota, Pto­le­me­usza czy Pli­niu­sza - roz­pły­wały się w nie­spraw­dzo­nych pogło­skach albo po pro­stu zani­kały.

Wie­śniacy też nie umie­liby powie­dzieć, gdzie się znaj­dują.

Nawet dziś, ku zasko­cze­niu cudzo­ziem­ców, miesz­kańcy Rosji mają pro­blem ze wska­za­niem drogi. Rosja­nin, zapy­tany, czy droga bie­gnie na wschód czy na zachód albo ile cią­gnie się kilo­me­trów, nie umie odpo­wie­dzieć. Bo po co mu ta wie­dza, skoro w tym bez­kre­snym kra­jo­bra­zie hory­zont nie­ustan­nie się oddala i cią­gle jest taki sam?

Ale Rosja­nin umie powie­dzieć, jak pły­nie rzeka.

Dla­tego wie­śniacy wie­dzieli, że ich nie­duża rzeczka wpada do więk­szej rzeki, która po jakimś cza­sie łączy się z wiel­kim Dnie­prem. Wie­dzieli też, że gdzieś daleko, za połu­dnio­wym ste­pem, Dniepr wpada do morza.

To wszystko. Zale­d­wie pię­cioro z nich widziało Dniepr na wła­sne oczy.

Wów­czas Rosja jesz­cze nie ist­niała, nie było też żad­nego układu odnie­sie­nia pozwa­la­ją­cego okre­ślić poło­że­nie wio­ski. Mogli­by­śmy jedy­nie powie­dzieć, że leżała na pół­noc od Morza Czar­nego, gdzieś na wschód od Dnie­pru i na zachód od Donu, nieco na wschód od lasów i na zachód od ste­pów, nad jedną z wielu nie­ozna­czo­nych na mapach rzek. Więk­sza dokład­ność na tych nie­zba­da­nych prze­strze­niach i tak nie mia­łaby sensu.

Ponad zie­mią pły­nął lekki wiatr, nad bez­kre­sną rów­niną roz­po­ście­rała się let­nia noc. Nad zachod­nim skra­jem rów­niny zapa­dał zmrok. Tu, w wio­sce, zaczęła się gwiaź­dzi­sta noc, choć daleko na pół­nocy, na skraju Ark­tyki, wciąż błysz­czały blade świa­tła zorzy polar­nej. Na wscho­dzie, na zbo­czach Uralu, noc była głę­boka. W środ­ko­wej Sybe­rii budził się świt, na wybrzeżu Pacy­fiku wsta­wał ranek, a jesz­cze dalej, na pół­nocno-wschod­nim skraju ogrom­nego, docho­dzą­cego do Ala­ski lądu, było już połu­dnie. Wiel­kie układy atmos­fe­ryczne zani­kały ponad rów­niną. Trzy tysiące kilo­me­trów na pół­nocny wschód sza­lała nad lasem burza z pio­ru­nami, a tu, w wio­sce, ludzie spali spo­koj­nie. I nikt nie wie­dział, jakie burzowe chmury zbie­rają się nad lasami, kto roz­sta­wia namioty na ste­pie, ile ognisk roz­bły­ska na bez­kre­snej ziemi.

Chło­piec uśmiech­nął się, gdy tylko otwo­rzył oczy.

Przez okno wpa­dał lekki wiatr, pro­mie­nie słońca malo­wały na gli­nia­nym kle­pi­sku jasny pro­sto­kąt.

- Już się obu­dzi­łeś, ptaszku?

Twarz matki tuż obok jego twa­rzy. W izbie krzą­tali się już inni ludzie. W rogu, na zakrzy­wio­nym dłu­gim kiju przy­mo­co­wa­nym do kro­kwi, wisiała koły­ska.

Izba była duża. Ściany z gliny nało­żo­nej na drew­nianą ramę pokry­wała sadza. A to dla­tego, że chata, podob­nie jak pozo­stałe domy w wio­sce, miała kryty dar­nią dach bez komina. Dym z dużego pale­ni­ska naj­pierw wypeł­niał izbę, a potem wydo­sta­wał się przez okienko w dachu, otwie­rane w razie potrzeby. Dzięki temu izbę można było szybko nagrzać. A ciemne ściany koja­rzyły się miesz­kań­com z czymś zna­nym i przy­ja­znym. Jed­nak dziś ognia nie roz­pa­lono. Powie­trze było czy­ste, w izbie pano­wał miły chłód.

Chata skła­dała się z dwóch czę­ści. Za pale­ni­skiem znaj­do­wał się kory­ta­rzyk, przez który wcho­dziło się do chaty - po jego prze­ciw­nej stro­nie była druga, nieco więk­sza izba, słu­żąca za warsz­tat i maga­zyn. Stało tu kro­sno, roz­ma­ite beczki i beczułki, leżały motyki i sierpy, a na hono­ro­wym miej­scu wisiał topór nale­żący do pana domu. Cała budowla, obra­mo­wana dębo­wymi pod­po­rami, była wko­pana na czter­dzie­ści cen­ty­me­trów w głąb ziemi, więc żeby wyjść na zewnątrz, trzeba było wspiąć się na scho­dek.

Matka umyła chłopcu twarz wodą zaczer­py­waną z gli­nia­nego garnka. Patrzył na jasną plamę słońca na kle­pi­sku. Ale jego myśli błą­dziły zupeł­nie gdzie indziej.

Uśmiech­nęła się, podą­ża­jąc za jego spoj­rze­niem.

- Co się mówi o słońcu? - spy­tała cicho.

- "Słod­kiego mleka jasna plama, ani jej czym zmyć, ani nożem zdra­pać" - wyre­cy­to­wał posłusz­nie, spo­glą­da­jąc w okno. Wpa­da­jący przez nie lekki wiatr poru­szył mu włosy.

- A co się mówi o wie­trze?

- "Piękny ogier, piękna grzywa, nic na świe­cie go nie powstrzyma".

Znał już kil­ka­na­ście takich wier­szy­ków. Kobiety znały ich setki - zaga­dek i przy­słów, porów­nu­ją­cych świa­tło do roz­la­nego mleka czy wiatr do ogiera. Te nie­zli­czone powie­dzonka były czę­sto grą słów odda­jącą wła­ści­wo­ści ich sło­wiań­skiego języka.

Za chwilę matka pozwoli mu wyjść. Kor­ciło go, by wybiec na dwór. Czy niedź­wia­dek już na niego czeka?

Szybko obej­rzała mu zęby. W miej­sce dwóch mle­cza­ków wyro­sły już nowe. Kolejny mle­czak lekko się ruszał. Ale żad­nego zęba nie bra­ko­wało.

- Jak białe kury na dwóch grzę­dach - mruk­nęła z zado­wo­le­niem i pozwo­liła mu wyjść.

Chło­piec wbiegł do kory­ta­rzyka pro­wa­dzą­cego do wyj­ścia.

Naprze­ciwko chaty znaj­do­wał się zagon warzyw, z któ­rego poprzed­niego dnia pomógł matce wyrwać wielką rzepę. Na prawo od grządki jakiś męż­czy­zna łado­wał narzę­dzia na drew­niany wózek z kołami wycię­tymi z kawał­ków litego drewna. Nieco dalej na lewo, nad rzeką, stała mała łaź­nia. Zbu­do­wano ją trzy lata temu, lecz nie dla obec­nych miesz­kań­ców wio­ski, któ­rzy mieli więk­szą, ale dla przod­ków. Kij wie­dział dosko­nale, że umarli lubią cho­dzić do bani tak samo jak żywi, nawet jeśli nikt ich nie może zoba­czyć. I jak mu wszy­scy mówili, przod­ko­wie bar­dzo się zło­ścili, gdy się ich zanie­dby­wało.

"Prze­cież ty też byś nie chciał, żeby zapo­mniano o tobie po two­jej śmierci, prawda?" - zapy­tała go kie­dyś jedna z ojcow­skich żon. Pomy­ślał wtedy, że nie, nie chciałby, by o nim zapo­mniano i by wyklu­czono go z wio­sko­wej wspól­noty.

Wie­dział, że umarli są wszę­dzie, że go obser­wują. I wie­dział też, że w ziemi, w rogu obory naprze­ciwko chaty star­szego wio­ski, mieszka drobny, pomarsz­czony domo­woj - dzia­dek jego ojca - duch, który prze­wo­dzi wszyst­kim zmar­łym człon­kom spo­łecz­no­ści.

Wyszedł na zewnątrz. Nic. Rozej­rzał się w prawo i w lewo. Łaź­nie i chaty wyglą­dały tak samo. Ani śladu niedź­wiadka. Twarz mu posmut­niała. Nie mógł w to uwie­rzyć - prze­cież widział, jak Mal i sta­rzec wymy­kają się pod osłoną nocy.

Męż­czy­zna przy wózku, brat jed­nej z jego przy­bra­nych matek, spoj­rzał na niego.

- Czego szu­kasz, mały?

- Niczego, wujku. - Wie­dział, że nie wolno mu się zdra­dzić.

Poczuł zimny ucisk w żołądku, poranne let­nie niebo nagle posza­rzało. Miał ochotę się roz­pła­kać, ale Mal kazał mu zacho­wać tajem­nicę, więc zagryzł usta i ze smut­kiem wró­cił do chaty.

W środku babka besz­tała inne kobiety, ale do tego zdą­żył już przy­wyk­nąć. Zauwa­żył wiszący w kącie tam­bu­ryn matki. Był poma­lo­wany na czer­wono. Uwiel­biał czer­wień, która wyda­wała mu się cie­pła i przy­ja­zna. I nic dziw­nego, bo w sło­wiań­skim języku słowo kra­sny ozna­czało zarówno czer­wony, jak i piękny. Zer­k­nął na twarz babki. Jej puco­ło­wate policzki przy­po­mi­nały mu kawałki sadła. Zauwa­żyła jego spoj­rze­nie, popa­trzyła groź­nie, a potem dała znak jego matce, że chło­piec prze­szka­dza.

- Idź na dwór, Kijaszku - powie­działa matka posłusz­nie.

Gdy wyszedł, zoba­czył Mala.

To nie była dla Mala dobra noc. Razem ze sta­rym myśli­wym zasta­wił w lesie pułapkę na niedź­wiadka i o mało go nie zła­pał. Miałby go teraz ze sobą, gdyby w ostat­niej chwili nie stra­cił głowy. Wystar­czył jeden fał­szywy ruch i musiał zmy­kać przed roz­wście­czoną niedź­wie­dzicą. Czer­wie­nił się na samą myśl o tej ucieczce.

Zamie­rzał pomóc dziś innym męż­czy­znom przy zwózce siana - mógłby udo­bru­chać w ten spo­sób star­szego wio­ski, a przy oka­zji unik­nąć krę­pu­ją­cej roz­mowy z Kijem.

Chłopcu nie przy­szło nawet do głowy, że wuj pospiesz­nie mija chatę, żeby się z nim nie spo­tkać. Pod­biegł do niego i spoj­rzał mu wycze­ku­jąco w twarz.

Mal rozej­rzał się z poczu­ciem winy. Na szczę­ście wokół nich nie było nikogo.

- Masz go?! Gdzie on jest?! - zawo­łał Kij. Widok wuja dał mu nową nadzieję.

Mal zawa­hał się.

- Jest w lesie - wymy­ślił na pocze­ka­niu.

- Kiedy go tu przy­nie­siesz? Dziś? - Oczy chłopca błysz­czały z pod­eks­cy­to­wa­nia.

- Nie­długo. Gdy przyj­dzie zima.

Na buzi chłopca poja­wiły się zdzi­wie­nie i zawód. Zima? Prze­cież do zimy było jesz­cze pół życia.

- Dla­czego?

Mal zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Już go mia­łem. Pro­wa­dzi­łem go na sznu­rze. Ale potem wiatr go zabrał. Nic nie mogłem pora­dzić.

- Wiatr?

Chło­piec posmut­niał. Wie­dział, że wiatr jest naj­star­szym z bogów. Wuj czę­sto mu powta­rzał: "Bóg słońce jest wielki, ale wiatr jest star­szy i potęż­niej­szy". Wiatr wiał w dzień, a także w nocy, gdy słońce gdzieś odcho­dziło. Wiatr wiał, gdzie chciał, po całej bez­kre­snej rów­ni­nie.

- A gdzie on teraz jest?

- Daleko, w lesie.

Chło­piec był zroz­pa­czony.

- Ale śnieżki go odda­dzą - pocie­szył go wuj. - Zoba­czysz.

Dla­czego kła­mał? Spoj­rzał na prze­peł­nio­nego ufno­ścią chłopca. Kła­mał z tego samego powodu, dla któ­rego zamiesz­kał z dwoma star­cami i igno­ro­wał zakazy star­szy­zny. Bo wszy­scy nim pogar­dzali, a co gor­sza - on też się sie­bie wsty­dził. Dla­tego nie mógł wyznać chłopcu prawdy. Jestem bez­na­dziej­nym głup­cem, myślał. I do tego leni­wym. Zamie­rzał dziś ciężko pra­co­wać w polu, ale teraz brała go chęć, żeby uciec do lasu i schro­nić się tam przed przy­krą prawdą o sobie. Czuł, jak jego poranne posta­no­wie­nie powoli słab­nie.

Mimo to został jesz­cze cień nadziei.

- Ale wiem, gdzie wiatr go scho­wał - powie­dział.

- Naprawdę? Wiesz? - Twarz Kija się roz­pro­mie­niła. - Gdzie?

- Daleko, za sied­mioma górami, za sied­mioma lasami.

- Można tam dojść?

- Tak, ale trzeba znać drogę.

- A ty znasz? - Na pewno taki myśliwy jak jego wuj wie, jak tra­fić do zacza­ro­wa­nej kra­iny. - W którą stronę trzeba iść?

Mal uśmiech­nął się.

- Na wschód. Daleko, daleko na wschód. Ale ja dał­bym radę dojść w jeden dzień - powie­dział cheł­pli­wie. I przez chwilę nawet w to uwie­rzył.

- Przy­pro­wa­dzisz go? - spy­tał bła­gal­nie chłop­czyk.

- Może kie­dyś. - Mal spo­waż­niał. - Ale to będzie nasza tajem­nica. Ani słowa nikomu.

Mały ski­nął głową.

Mal odszedł, zado­wo­lony, że udało mu się unik­nąć wstydu. Może za kilka dni spró­buje zasta­wić nową pułapkę na niedź­wiadka. Sio­strze­niec mu ufał, więc Mal nie chciał spra­wić mu zawodu. Tak, na pewno znaj­dzie jakiś spo­sób.

Poczuł się lepiej. Gotów był nawet prze­pra­co­wać cały dzień na polu.

Kij patrzył za nim ze smut­kiem. Zamy­ślił się. Już kie­dyś sły­szał, jak kobiety śmiały się z wujka, a męż­czyźni na niego klęli. I nazy­wali go Leniu­chem. Może rze­czy­wi­ście nie można mu ufać? Spoj­rzał na roz­le­głe poranne niebo, zasta­na­wia­jąc się, co robić.

Kobiety szły przez złote pole jedna za drugą, usta­wione w kształt sze­ro­kiej litery V jak klucz jaskó­łek latem.

Prze­wo­dziła im na środku wielka postać teścio­wej Lebiedź, ucho­dzą­cej za naj­bar­dziej wie­kową kobietę w osa­dzie, odkąd zimą zmarła żona star­szego.

Dzień był upalny. Pra­co­wały już od kilku godzin, zbli­żało się połu­dnie. Do żniw kobiety ubie­rały się jedy­nie w pro­ste, luźne suk­nie z lnu, na sto­pach miały bez­kształtne buty z brzo­zo­wej kory. Każda trzy­mała w dłoni sierp.

I gdy tak posu­wały się powoli wzdłuż dłu­giego pola jęcz­mie­nia, cały czas śpie­wały. Naj­pierw naj­star­sza poda­wała pierw­szy wers, a potem reszta do niej dołą­czała. Ich wyso­kie, nosowe głosy dźwię­czały raz ostro, a raz żało­śnie.

Lebiedź była zlana potem. Mimo to dobrze się czuła, pra­cu­jąc ryt­micz­nie w peł­nym słońcu. Kobiety cza­sem trak­to­wały ją pogar­dli­wie, ale każda z nich - jedna z żon, sio­stra któ­rejś żony, sio­stry jej męża i ich córki, ciotki i kuzynki tych córek - była jakoś z nią spo­krew­niona. Do każ­dej nale­żało się zwra­cać, uży­wa­jąc odpo­wied­niego tytułu, który odda­wał skom­pli­ko­wany sto­pień pokre­wień­stwa i wyra­żał sto­sowny sza­cu­nek. Tytuły miały zazwy­czaj zdrob­niałą formę, tak lubianą przez Sło­wian, dzięki czemu oka­zy­wano przez nie czu­łość i sym­pa­tię. "Mateczka", "kuzy­neczka" - czy można ina­czej mówić o małych czło­wie­czych pył­kach roz­sia­nych po bez­kre­snej rów­ni­nie?

To było jej ple­mię. Nazy­wali ją Mor­dwinką, ale była czę­ścią ich wspól­noty: na połu­dniu ta wspól­nota nazy­wała się rod, a na pół­nocy mir. Zie­mia i wio­ska były wspólną wła­sno­ścią, jedy­nie doby­tek domo­stwa sta­no­wił wła­sność pry­watną. A słowo star­szego wio­ski było pra­wem.

Teściowa zaczęła nawo­ły­wać kobiety po imie­niu.

- Dalej, moje córki, moje łabę­dzice! - wołała śpiew­nie. - Żnijmy jęcz­mień! - Nawet do Lebiedź zwró­ciła się łagod­nie: - Dalej, Łabę­dziczko.

Synowa kochała ją na swój spo­sób. "Jedz, co ci dają, słu­chaj, co ci mówią" - napo­mi­nała ją surowo stara kobieta. Ale pomię­dzy napa­dami gniewu bywała też dobra i łagodna.

Lebiedź rozej­rzała się dookoła. Na łące, w odle­gło­ści kil­ku­set metrów, jej mąż i inni męż­czyźni łado­wali na wózek siano. Był z nimi jej brat. Trzy stare kobiety odpo­czy­wały na skraju pola. Szu­kała wzro­kiem Kija. Jesz­cze nie­dawno sie­dział obok kobiet, ale pew­nie pobiegł przy­glą­dać się męż­czy­znom.

Na nie­bie słońce się złoci, Nic nie wyczer­pie Matki Ziemi wil­goci.

Kobiety śpie­wały w rytm zama­szy­stych ruchów sier­pami, pochy­la­jąc się jakby w modli­twie do naj­więk­szej bogini, która wszyst­kich żywiła: Wil­got­nej Matki Ziemi.

Wła­śnie w tych oko­li­cach wielka bogini Sło­wian prze­ja­wiała się w naj­wspa­nial­szej for­mie. Oto wio­ska leżała na skraju pasma naj­lep­szej gleby na wiel­kiej rów­ni­nie - czar­no­ziemu.

Na całej rów­ni­nie eura­zja­tyc­kiej nie było lep­szej ziemi.

Na pół­nocy pod­ło­żem dla tun­dry był tor­fia­sty glej nie­zdatny do uprawy. Lasy rosły na piasz­czy­stych gle­bach nazwa­nych podzo­łami - sza­rymi tam, gdzie domi­no­wały brzozy i osiki, a brą­zo­wymi dalej na połu­dnie, gdzie rosły też buki, dęby, graby i lipy. Także na tej gle­bie plony były słabe. Dopiero bli­żej stepu poja­wiała się zupeł­nie inna gleba. Czar­no­ziem - lśniący, miękki, zwarty, pożywny jak miód. Cią­gnął się set­kami kilo­me­trów na wschód od zachod­niego wybrzeża Morza Czar­nego aż po Sybe­rię. Sło­wia­nie, któ­rzy osie­dlali się na kra­wę­dzi lasów, musieli jedy­nie oczy­ścić pole, by potem przez wiele lat zbie­rać bogate plony z żyznej czar­nej ziemi. Gdy po jakimś cza­sie gleba jało­wiała, zosta­wiali ją, by zaro­sła trawą, i przy­go­to­wy­wali nowy kawa­łek gruntu. Była to dość pry­mi­tywna i rabun­kowa forma rol­nic­twa, ale czar­no­ziem zapew­niał wio­sce poży­wie­nie na długo, bez koniecz­no­ści prze­no­sze­nia się w inne miej­sce. Poza tym ani las, ani rów­nina nie miały kresu.

Gdy kobiety prze­rwały na chwilę śpiew, Lebiedź zauwa­żyła idą­cego w ich kie­runku Mala. Miał czer­woną, spo­coną twarz.

- Pro­szę, Leniuch szuka sobie pracy! - zawo­łała żar­tem jedna z kobiet.

Nawet teściowa się roze­śmiała. Nieco zawsty­dzona mina Mala mówiła wyraź­nie, że odłą­czył się od męż­czyzn pod jakimś pre­tek­stem. Lebiedź zdzi­wiła się tylko, że nie było przy nim Kija.

- Gdzie jest Kij? - spy­tała.

- Skąd mam wie­dzieć? Nie widzia­łem go od rana.

Zmarsz­czyła brwi. Gdzież ten chło­pak się podziewa? Odwró­ciła się i zawo­łała do teścio­wej:

- Mogę poszu­kać Kija?! Gdzieś się zawie­ru­szył.

Tęga kobieta nawet się nie zatrzy­mała, patrząc obo­jęt­nie na Lebiedź i jej brata wał­ko­nia. Potrzą­snęła prze­cząco głową. Robota czeka.

- Idź i zapy­taj sta­rych kobiet, gdzie poszedł chło­pak - powie­działa do Mala.

Posłusz­nie ruszył wol­nym kro­kiem ku mie­dzy.

Zawsze bawiło go porów­ny­wa­nie, jak toczą się losy miesz­kań­ców wsi. Na przy­kład życie męż­czyzn było może barw­niej­sze, ale za to krót­sze. Męż­czy­zna, nie­ważne, gruby czy chudy, wraz z wie­kiem nabie­rał sił. A gdy te w końcu go opusz­czały, nagle umie­rał. Z kobie­tami było zupeł­nie ina­czej. Naj­pierw roz­kwi­tały - z jasną cerą, szczu­płe, wdzięczne jak łanie. A potem wszyst­kie bez wyjątku tyły, naj­pierw w bio­drach tak jak jego sio­stra, potem w talii i w nogach. Z roku na rok robiły się coraz peł­niej­sze i okrą­glej­sze, ogo­rzałe od słońca niczym jabłka i gruszki, a te wyż­sze nabie­rały maje­sta­tycz­nej postury, jak teściowa Lebiedź. Potem powoli, wciąż zacho­wu­jąc swoje krą­gło­ści, zaczy­nały maleć, kur­czyły się stop­niowo, by wresz­cie na sta­rość pomarsz­czyć się jak ziarno w sko­rupce. Stare kobiety, babuszki z pociem­nia­łymi, pobruż­dżo­nymi twa­rzami i błysz­czą­cymi nie­bie­skimi oczami, doży­wały powoli swo­ich dni, aż w końcu, tak natu­ral­nie jak spa­da­jący z drzewa orzech, zanu­rzały się w ziemi. To doty­czyło wszyst­kich kobiet. Jego sio­stra Lebiedź też podąży tą drogą. Gdy patrzył na jakąś babuszkę, zawsze ogar­niała go czu­łość.

Na skraju pola sie­działy wła­śnie trzy babuszki. Uśmie­cha­jąc się grzecz­nie, zamie­nił z każdą po kolei kilka słów.

Lebiedź obser­wo­wała go, dzi­wiąc się, że trwa to tak długo.

W końcu Mal wró­cił.

- Są już stare i nie bar­dzo wie­dzą, co się dzieje - wyja­śnił. - Jedna mówi, że Kij wró­cił do wio­ski z innymi dziećmi. Druga uważa, że poszedł nad rzekę. A trze­cia twier­dzi, że do lasu.

Wes­tchnęła. Kij nie miał powodu iść do lasu, nie sądziła też, by odda­lił się aż nad rzekę. Pozo­stałe dzieci wró­ciły już do chaty, gdzie miały zająć się malu­chem. Zapewne jest razem z nimi.

- Sprawdź, czy jest w wio­sce - popro­siła.

Mal chęt­nie się zgo­dził, zawsze to lep­sze niż praca na polu.

A kobiety na­dal śpie­wały. Lebiedź kochała tę pio­senkę - była wolna i smutna, ale miała piękną melo­dię, która pozwa­lała jej zapo­mnieć o tro­skach.

I na cie­bie przyj­dzie kres; Cią­gnij pług przez skiby. Nie pocie­szy cię na koniec Ani woda, ani ogień I wiatr też nie będzie Twoim przy­ja­cie­lem. W ziemi w końcu spo­czniesz, Zie­mia cię przy­tuli.

Kobiety posu­wały się powoli w swoim szyku i pochy­lone ści­nały jęcz­mień z cięż­kimi kło­sami. Nad polem sły­chać było cichy sze­lest sier­pów prze­ci­na­ją­cych brą­zo­wie­jące łodygi. Kurz z pada­ją­cego zboża uno­sił się nisko nad zie­mią, wydzie­la­jąc słodki zapach. A Lebiedź nie po raz pierw­szy doświad­czyła dziw­nego uczu­cia, miłego i smut­nego jed­no­cze­śnie - jakby utra­ciła jakąś część samej sie­bie, nie mogąc uciec od tego powol­nego, cięż­kiego życia w ciszy bez­kre­snej rów­niny. Smut­nego, bo czuła się jak w pułapce, a miłego, bo prze­cież była wśród swo­ich. Czyż nie tak wła­śnie powinno wyglą­dać życie?

Minęło tro­chę czasu, zanim Mal wró­cił. Na twa­rzy miał swój zwy­kły bez­myślny uśmiech, ale Lebiedź zauwa­żyła w nim ślad nie­po­koju.

- Nie ma go?

- Nie, dzie­ciaki go nie widziały.

Dziwne. Była prze­ko­nana, że jest z nimi. Poczuła lęk. Znów zawo­łała do teścio­wej:

- Kija nie ma w domu! Mogę go poszu­kać?

Ale stara kobieta spoj­rzała na nią z lek­ce­wa­że­niem.

- Dzie­ciaki zawsze gdzieś zni­kają. Nie­długo wróci. Niech twój brat go poszuka. I tak nie ma nic do roboty - dodała zło­śli­wie.

Lebiedź ze smut­kiem spu­ściła głowę.

- Idź nad rzekę, Mal. Sprawdź, czy go tam nie ma - powie­działa. I zauwa­żyła, że tym razem jej brat odda­lił się znacz­nie szyb­szym kro­kiem.

Praca posu­wała się do przodu. Zaraz przyj­dzie czas na odpo­czy­nek. Lebiedź przy­pusz­czała, że teściowa spe­cjal­nie wydłuża pracę. Spoj­rzała na roz­le­gły hory­zont. Wyda­wało jej się, że teraz wid­no­krąg kpi z niej okrut­nie i przy­po­mina tak jak teściowa: "Nic na to nie pora­dzisz, bogo­wie zapi­sali już wszystko w prze­zna­cze­niu". Pochy­liła się nad zbo­żem.

Tym razem Mal wró­cił po kilku minu­tach. Wyglą­dał na zatro­ska­nego.

- Nad rzeką go nie ma.

- Skąd wiesz?

Wyja­śnił, że spo­tkał starca, z któ­rym polo­wał, a on spę­dził nad rzeką całe przed­po­łu­dnie. I na pewno zauwa­żyłby chłopca, gdyby się tam poja­wił.

Dźgnął ją lęk.

- Według mnie poszedł do lasu - stwier­dził Mal.

Do lasu? Wcze­śniej cho­dził tam tylko z nią. Spoj­rzała na brata z uwagą.

- Dla­czego tak myślisz?

Mal był wyraź­nie spe­szony.

- Nie mam poję­cia.

Kła­mie, to widać. Wie­działa jed­nak, że lepiej nie przy­ci­skać go do muru.

- W którą stronę miałby pójść? - spy­tała.

Mal zamy­ślił się. Przy­po­mniał sobie słowa rzu­cone lek­ko­myśl­nie w roz­mo­wie z chłop­cem.

- Chyba na wschód. - Zaczer­wie­nił się. - Zresztą nie wiem.

Popa­trzyła na niego pogar­dli­wie.

- Bierz! - Wci­snęła mu w rękę sierp. - I do roboty - roz­ka­zała.

- Ale to praca kobiet - zapro­te­sto­wał.

- Do roboty, głup­cze! - krzyk­nęła i pode­szła do teścio­wej. Pozo­stałe kobiety wybuch­nęły śmie­chem. - Pozwól­cie mi poszu­kać Kija - popro­siła raz jesz­cze. - Mój brat wysłał go do lasu.

Teściowa spoj­rzała na łąkę. Męż­czyźni zakoń­czyli już pracę, kilku z nich, w tym mąż Lebiedź i star­szy wio­ski, szło w ich kie­runku.

- Odpo­czy­nek! - zawo­łała do kobiet. - A ty możesz iść - zgo­dziła się.

Męż­czyźni byli już przy nich, więc w kilku sło­wach wyja­śniła, co się stało. Star­szy wio­ski był potęż­nym czło­wie­kiem z siwą brodą i małymi, nie­spo­koj­nymi oczami. Sprawa mało go obe­szła. Ale twarz męża nieco się zafra­so­wała.

- Też mam pójść? - spy­tał star­szego.

- Chło­pak się znaj­dzie. Nie mógł daleko odejść. Niech ona go poszuka - powie­dział tam­ten znu­dzo­nym tonem.

Zauwa­żyła, że mąż ode­tchnął z ulgą. Rozu­miała to. Prze­cież miał też inne żony i inne dzieci pod opieką.

- Pójdę już - powie­działa cicho.

- Jeśli cię długo nie będzie, ruszę za tobą - oznaj­mił mąż z uśmie­chem.

Ski­nęła zgod­nie głową.

Las był miły i przy­ja­zny. Wysoko na błę­kit­nym nie­bie pły­nęły rzad­kie kłę­bia­ste obłoki, błysz­cząc w świe­tle przed­po­łu­dnio­wego słońca. Cią­gnęły ze wschodu, znad bez­kre­snych suchych ste­pów. Chło­piec szedł skra­jem lasu, wyso­kie trawy szep­tały coś, poru­szane lek­kim wia­trem. W cęt­ko­wa­nej pla­mie cie­nia pasło się kilka krów.

Minęło już tro­chę czasu, odkąd Kij odda­lił się od trzech sta­rych kobiet. Szedł wesoło zna­jomą ścieżką pro­wa­dzącą do lasu. Nie zda­wał sobie sprawy z nie­bez­pie­czeń­stwa.

Przez cały ranek roz­my­ślał o niedź­wiadku. Wujek Mal powie­dział, że trzeba go szu­kać w cza­ro­dziej­skiej kra­inie daleko na wscho­dzie. I że można tam dojść w jeden dzień. Tylko że Kij, choć mały, wie­dział dosko­nale, że wujek tam nie pój­dzie. I im dłu­żej się nad tym zasta­na­wiał, tym więk­szą miał pew­ność, co powi­nien zro­bić.

Poranny upał się wzma­gał, powie­trze nad polem jęcz­mie­nia, gdzie pra­co­wały kobiety, zaczęło błysz­czeć. Chło­piec cho­dził w tę i z powro­tem, nie mogąc sobie zna­leźć miej­sca, aż w końcu, jakby pro­wa­dzony jakąś nie­wi­dzialną dło­nią, ruszył w kie­runku lasu.

Znał drogę. Na wschód ozna­czało z dala od rzeki, wzdłuż ścieżki, przy któ­rej jego matka i inne kobiety zbie­rały grzyby. Póź­nym latem przy­cho­dzili tu na jagody. Na wschód, czyli tam, skąd pły­nęły chmury.

Nie wie­dział, jak daleko będzie musiał iść, ale skoro wujek dotarłby tam w ciągu jed­nego dnia, to on też.

No, naj­wy­żej w ciągu dwóch dni, pomy­ślał odważ­nie.

Z dziwną deter­mi­na­cją szedł ścieżką wśród sosen. Był pulchny, jak wiele dzieci w jego wieku. Miał na sobie białą koszulkę z paskiem, kap­cie z łyka, w dłoni ści­skał pęk zerwa­nego na polu jęcz­mie­nia.

Po pię­ciu­set metrach dotarł do pola­nek, na któ­rych kobiety zazwy­czaj zbie­rały grzyby. Uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem, roz­po­zna­jąc oko­licę. Ni­gdy jesz­cze nie był sam tak daleko w lesie, mimo to ani na chwilę się nie zatrzy­my­wał.

Wąska dróżka scho­dziła zbo­czem w dół - w jed­nych miej­scach była pokryta sosno­wymi igłami, gdzie indziej bie­gła wśród poskrę­ca­nych korzeni - aż docie­rała do młod­niaka. Kij zauwa­żył, że wśród dębów i buków jest coraz mniej sosen, za to coraz wię­cej jesio­nów. Z wyso­kich gałęzi obser­wo­wały go z uwagą wie­wiórki. Jedna, ta naj­bli­żej ścieżki, w pierw­szej chwili chciała uciec, ale zmie­niła zda­nie i przy­sia­dła czuj­nie, chru­piąc jakąś łuskę. Po pew­nym cza­sie młod­niak się prze­rze­dził, na ścieżce poja­wiła się trawa. Po kolej­nych kil­ku­set metrach ścieżka zakrę­cała w prawo, a potem w lewo. Kij zauwa­żył następną kępę sosen.

Był szczę­śliwy. I pod­eks­cy­to­wany wyprawą w nie­znane.

Wędro­wał tak pra­wie kilo­metr, zanim w końcu ścieżka dotarła do gęst­szej ściany lasu i znacz­nie się zwę­ziła. Kij szedł jed­nak dalej, aż korony drzew zamknęły się nad jego głową. Poczuł słodki, błot­ni­sty zapach.

Po pra­wej stro­nie zoba­czył ciemny staw.

Staw nie był duży - miał dzie­sięć metrów dłu­go­ści i trzy­dzie­ści sze­ro­ko­ści. Oto­czona drze­wami tafla wody stała nie­ru­chomo. Ale w pew­nej chwili zmarsz­czył ją słaby podmuch wia­tru. Fala ude­rzyła z lek­kim plu­skiem o brzeg poro­śnięty kępami paproci.

Kij wie­dział, co to ozna­cza. Rozej­rzał się bojaź­li­wie.

"W spo­koj­nym sta­wie dia­beł mieszka".

Tak mawiali miesz­kańcy wio­ski. I na pewno miesz­kały tu też panny wodne, rusałki. Gdy ktoś nie był wystar­cza­jąco ostrożny, mogły go dopaść i zała­sko­tać na śmierć. "Nie daj się zła­pać jakiejś rusałce - prze­strze­gała go ze śmie­chem matka. - Masz takie łaskotki, że pora­dzą sobie z tobą w jed­nej chwili".

Nie spusz­cza­jąc wzroku z powierzchni wody, chło­piec obszedł dookoła groźną sadzawkę. Na szczę­ście ścieżka zaczęła się od niej odda­lać. Wkrótce las zamie­nił się w dąbrowę, a za nią poja­wiła się otwarta polana. Wyso­kie trawy koły­sały się łagod­nie. Na prawo rosła kępa brzóz.

Kij przy­sta­nął.

Wokół pano­wała cisza. Nad sobą miał puste, mil­czące niebo. W którą stronę pójść?

Odcze­kał kilka minut, aż na nie­bie poja­wił się obłok. Obser­wo­wał go uważ­nie, żeby wyzna­czyć kie­ru­nek.

Wschód miał na wprost przed sobą. Ruszył dalej.

Po raz pierw­szy poża­ło­wał, że jest sam. Rozej­rzał się kil­ka­krot­nie po pola­nie. Może zoba­czy gdzieś mamę? Wyda­wało mu się natu­ralne, że powinna być tam gdzie on.

Znów zagłę­bił się w las, a po dzie­się­ciu minu­tach zorien­to­wał się, że ścieżka zni­kła. Niskiej trawy rosną­cej pod wią­zami nie prze­ci­nały żadne ślady, ani zwie­rząt, ani ludzi. Było tu dziw­nie pusto. Zatrzy­mał się zanie­po­ko­jony. Może powi­nien zawró­cić? Zna­jome pola i rzeka wyda­wały się tak daleko. Nagle zapra­gnął być znowu u sie­bie. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że jesz­cze raz musiałby minąć mroczny staw z rusał­kami.

Drzewa rosły tu bli­sko sie­bie, ogromne i groźne. Się­gały wysoko i tłu­miły świa­tło, przez zasłonę liści widać było jedy­nie małe skrawki nieba, jakby ktoś roz­trza­skał błę­kitną czarę fir­ma­mentu na tysiąc kawał­ków. Chło­piec spoj­rzał w górę i znów się zawa­hał. Ale co z niedź­wiad­kiem? Nie, nie zre­zy­gnuje. Zaci­snął zęby i ruszył dalej.

I nagle mu się wydało, że sły­szy głos.

- Kij! - Woła­nie matki odbi­jało się wśród drzew łagod­nym echem. - Kij, mój ptaszku!

A więc jest tutaj. Buzia mu poja­śniała. Odwró­cił się. Nikogo. Teraz on zawo­łał, a potem wsłu­chi­wał się przez chwilę, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Cisza. Jedy­nie lekki wiatr zasze­le­ścił liśćmi i poru­szył mniej­sze gałązki. Może to woła­nie było tylko zawo­dze­niem wia­tru? A może to rusałki ze stawu robią sobie z niego żarty?

Ze smut­kiem ruszył dalej.

Szedł w cie­niu koron wyso­kich drzew, jedy­nie od czasu do czasu wąski pro­mień słońca muskał jego włosy. Chwi­lami zda­wało mu się, że obser­wują go czy­jeś oczy, jakby mil­czące istoty, szare i brą­zowe, prze­my­kały w cie­niu. Ale choć roz­glą­dał się nie­ustan­nie, niczego nie zauwa­żył.

Po pię­ciu minu­tach zatrzy­mał się, wypa­tru­jąc jakie­goś poru­sze­nia wśród drzew, gdy nagle nad jego głową roz­legł się gło­śny skrzek. Prze­ra­żony uniósł wzrok i zoba­czył wśród liści wzbi­ja­jący się w górę dziwny kształt.

- Baba-Jaga! - wrza­snął.

Każde dziecko bało się Baby-Jagi. Wiedźma latała w wiel­kim moź­dzie­rzu, miała ogromne stopy i roz­cza­pie­rzone szpo­nia­ste dło­nie, któ­rymi łapała dzieci, zabie­rała je ze sobą, a potem goto­wała w wiel­kim kotle. Kij patrzył w górę z prze­ra­że­niem.

Na szczę­ście to był tylko ptak, który wzno­sił się wśród gałęzi, gło­śno ude­rza­jąc skrzy­dłami. Mimo to chło­piec trząsł się na całym ciele. Pła­cząc, usiadł na ziemi i zaczął wołać matkę. Ale gdy kolejne minuty mijały bez odpo­wie­dzi, jakoś zapa­no­wał nad łzami i powoli się uspo­koił.

Prze­cież to tylko ptak. Co mówił wujek? "Myśliwy, jeśli tylko jest ostrożny, nie ma się czego w lesie bać. Tylko kobiety i dzieci lękają się lasu".

Kij sta­nął powoli na nogi. Z waha­niem ruszył dalej.

Nie­długo potem zauwa­żył, że oko­lica po lewej stro­nie jakby się zmie­niła. Las stał się rzad­szy, przez gałę­zie prze­do­sta­wało się wię­cej świa­tła. A jesz­cze dalej wyda­wało się, że drzewa błysz­czą zło­tym świa­tłem. Skie­ro­wał się w tamtą stronę.

Było tu znacz­nie cie­plej. Drzewa nie rosły tak wysoko. Pod sto­pami zie­le­niła się bujna trawa, poja­wiały się krzewy. Na ziemi widać też było kępy mchu. Kij poczuł na twa­rzy słońce, usły­szał bzy­cze­nie much, nawet ugryzł go jakiś komar. Chłopcu wró­cił dobry humor. Spod stóp ucie­kła mu mała zie­lona jasz­czurka.

Tak się ucie­szył, że tu dotarł, iż nawet nie zauwa­żył, w którą idzie stronę.

Nie mógł tego wie­dzieć, ale wędro­wał już ponad godzinę. Było połu­dnie. Nie czuł pra­gnie­nia ani głodu, a radość z wydo­sta­nia się z ciem­nego lasu stłu­miła zmę­cze­nie. Zer­k­nął za sie­bie, ale lasu już nie było widać. Zato­czył wzro­kiem pół­kole. Zalany słoń­cem kra­jo­braz wydał mu się obcy. Nie­opo­dal lśniła biała kora brzóz. Nie­wielki ptak na gałęzi patrzył na niego tak, jakby nie chciało mu się ruszać w tym upale. I nagle, może też z powodu gorąca, Kij poczuł, że cały ten dzień staje się nie­rze­czy­wi­sty. Gdzieś przed nim, w gęst­nie­ją­cym poszy­ciu, poja­wiła się linia niskich trzcin.

I wtedy zoba­czył błysk świa­tła.

Wydo­by­wało się z ziemi, spod splą­ta­nych korzeni. Było tak jaskrawe, że aż zmru­żył oczy. Zro­bił krok do przodu. Świa­tło na­dal migo­tało. Świa­tło w ziemi. Przy­su­nął się jesz­cze bli­żej, a wtedy przy­szła mu do głowy pewna myśl.

A może to świa­tło wska­zuje drogę do innego świata?

Tak, to moż­liwe. W języku Sło­wian słowa "świat" i "świa­tło" brzmiały bar­dzo podob­nie. I Kij wie­dział dosko­nale, że domo­woj i inni przod­ko­wie miesz­kają pod zie­mią. A tu roz­bły­ski­wało świa­tło, w cza­ro­dziej­skim miej­scu, w środku ziemi. Więc może tam naprawdę jest wej­ście!

Dopiero gdy chło­piec pod­szedł bli­żej, oka­zało się, że świa­tło pocho­dzi z gład­kiej powierzchni ukry­tego w zaro­ślach stru­myka, w któ­rym odbija się połu­dniowe słońce. Strużka wiła się w leśnym pod­szy­ciu, cza­sem zni­kała w jakimś zagłę­bie­niu, by poja­wić się w wyso­kiej tra­wie kilka metrów dalej. Jed­nak dla chłopca było to tak samo magiczne. Gdy patrzył na mknącą wodę, na brzozy dookoła, na bujną trawę, w jego główce poja­wiła się jesz­cze bar­dziej eks­cy­tu­jąca myśl. Jestem na miej­scu! Tak, dotarł do gra­nicy magicz­nego kró­le­stwa za sied­mioma lasami. Na całym świe­cie nie ma bar­dziej cza­ro­dziej­skiego miej­sca niż to.

Z zachwy­tem podą­żył za stru­my­kiem, który popro­wa­dził go do sto­ją­cych pięć­dzie­siąt metrów dalej dwóch gła­zów. W roz­pa­dli­nie mię­dzy nimi rosła lesz­czyna. Kij zatrzy­mał się i dotknął skały: była cie­pła, nie­mal gorąca. Zachciało mu się pić. Zawa­hał się, bo nie wie­dział, czy wolno mu pić z magicz­nego źró­dełka, ale pra­gnie­nie zwy­cię­żyło, ukląkł na tra­wie i nabrał w dło­nie kry­sta­licz­nie czy­stej wody. Była orzeź­wia­jąca i miała nie­mal słodki smak.

A potem, żeby lepiej rozej­rzeć się po oko­licy, zaczął się wspi­nać na jeden z gła­zów. Tuż nad nim była sze­roka skalna półka. Pod­niósł rękę, sta­ra­jąc się cze­goś chwy­cić.

Poczuł pod pal­cami ciało węża.

Nie wie­dział, jak to się stało, ale w ułamku sekundy zna­lazł się trzy metry od skały, drżąc na całym ciele jak osika. Poru­szał kon­wul­syj­nie głową, wypa­tru­jąc na drze­wach, w stru­mie­niu i na gła­zach goto­wych do ataku węży. Gdy źdźbło trawy musnęło mu nogę, pod­sko­czył jak opa­rzony.

Jed­nak wąż na skale leżał nie­ru­chomo. Kij widział jego ogon prze­wie­szony przez kra­wędź. Trzę­sąc się, odcze­kał jesz­cze dwie minuty. Na ziemi nic się nie poru­szyło, jedy­nie gdzieś w koro­nach drzew bez­sze­lest­nie prze­mknął myszo­łów.

Gdy w końcu cie­ka­wość prze­wa­żyła nad stra­chem, chło­piec pod­kradł się ostroż­nie do skały.

Wąż był mar­twy. Leżał zwi­nięty na półce. Gdyby go roz­cią­gnąć, byłby dwa albo nawet trzy razy więk­szy. W jed­nym miej­scu był prze­cięty na pół - zapewne przez orła. Kij od razu roz­po­znał żmiję - w tych oko­li­cach żyło kilka gatun­ków żmij - i aż zadrżał, choć gad był mar­twy.

Nagle coś sobie uświa­do­mił. Nie­mal się uśmiech­nął. Tak, to jest magiczna kra­ina. Wąż leży w cie­niu krzewu rosną­cego w roz­pa­dli­nie pomię­dzy dwiema ska­łami. Leży w cie­niu lesz­czyny.

- Teraz na pewno znajdę niedź­wiadka - powie­dział na głos.

Bo mar­twy wąż mógł mu zdra­dzić jedną z naj­więk­szych tajem­nic: tajem­nicę cza­ro­dziej­skiego języka.

Magicz­nego języka nie dało się sły­szeć. Mówiły nim wszyst­kie drzewa i rośliny, kamie­nie i stru­myki, a cza­sem też zwie­rzęta. Tę tajem­nicę można było posiąść na kilka spo­so­bów - powie­działa mu to sama babka. "Pierw­szy spo­sób polega na tym, że musisz ura­to­wać węża z pożaru albo oca­lić zło­wioną rybę, wtedy one mogą ci ten język prze­ka­zać. Drugi spo­sób to zna­leźć nasie­nie paproci w naj­krót­szą noc w roku. Trzeci to zła­pać żabę pod­czas orki i wło­żyć ją sobie do ust. Poznasz także ten język, jeśli pod krza­kiem lesz­czyny znaj­dziesz mar­twego węża, upie­czesz go i zjesz jego serce".

Gdy­bym mógł roz­ma­wiać z drze­wami i zwie­rzę­tami, od razu by mi powie­działy, gdzie jest mój niedź­wia­dek, pomy­ślał. I popa­trzył z zado­wo­le­niem na węża. Ale miał jeden pro­blem: jak go upiec? Nie umiał roz­nie­cić ognia. Przy­szło mu do głowy, że może zabrać węża do wio­ski.

Nie spusz­czał gada z oczu. Wąż leżał zale­d­wie dwa metry od niego i był mar­twy od nie­dawna. Gdyby nie ode­rwana głowa, można by sądzić, że za chwilę się poru­szy. Kij poczuł przez łykowe buty cie­pło skały i zadrżał, uświa­do­miw­szy sobie, że to samo cie­pło ogrzewa też węża.

Nie, nie da rady zacią­gnąć go do wio­ski.

Jed­nak po chwili wpadł na wspa­niały w swo­jej pro­sto­cie pomysł. Miał wra­że­nie, że poja­wiła się przed nim sze­roka ścieżka przez pusty las. Przy­pro­wa­dzi tu wujka Mala, a on upie­cze węża!

Prze­cież to takie pro­ste! Czuł się tak, jakby jego podróż dobie­gła końca, a on szczę­śli­wie dotarł do domu. Zsu­nął się z ulgą ze skały i zaczął szu­kać swo­ich śla­dów nad stru­my­kiem. Oko­lica nie wyda­wała się już taka magiczna, za to bar­dziej zna­joma.

Dopiero po paru minu­tach pojął, że się zgu­bił.

Od stru­mie­nia skrę­cił do lasu, usta­la­jąc kie­ru­nek według pły­ną­cych na nie­bie chmur. Tylko dla­czego to miej­sce wyglą­dało tak obco? Drzewa były wyż­sze, rosły coraz gęściej. Tu i ówdzie poja­wiały się krzewy, leżały poroz­rzu­cane głazy. Nie, wcze­śniej był w zupeł­nie innym lesie. A teraz ucie­szyłby się na widok groź­nego stawu zamiesz­ka­nego przez rusałki. Znów spoj­rzał na chmury. Nie wie­dział jed­nak, że po połu­dniu wiatr zaczął zmie­niać kie­ru­nek.

Dopiero teraz ogar­nęła go panika. Mijały minuty, a on miał coraz więk­szą pew­ność, że się zgu­bił. Zro­biło mu się zimno. Zatrzy­mał się i roz­glą­dał na wszyst­kie strony, ale wszę­dzie widział jedy­nie nie­zli­czone pnie drzew.

Nie wie­dział, dokąd iść. Pięć razy zawo­łał matkę po imie­niu, ale jego głos zgi­nął wśród drzew. Tak jakby ten dzień posta­no­wił schwy­tać go w pułapkę, uwię­zić w lesie pod bez­kre­snym błę­kit­nym nie­bem, a teraz przy­glą­dał mu się drwiąco z wysoka. A jeśli ni­gdy nie wróci do domu? Kij przy­siadł przy zwa­lo­nym drze­wie. Zale­wały go fale roz­pa­czy, sie­dział nie­ru­chomo, zbyt zmę­czony i znie­chę­cony, by iść dalej. Zaczął pła­kać.

Zawo­łał jesz­cze dwa razy, ale nie usły­szał odpo­wie­dzi. Obok niego rósł duży grzyb. Pogła­skał jego miękki kape­lusz, szu­ka­jąc jakie­goś uko­je­nia. Płacz roz­grzał go, powieki zaczęły mu cią­żyć. Głowa opa­dła na pierś.

Gdy zoba­czył niedź­wiadka, w pierw­szej chwili wyda­wało mu się, że śni.

Miś musiał się odda­lić od matki, bo biegł teraz w dłu­gich susach, pró­bu­jąc ją dogo­nić. Minął Kija w odle­gło­ści pięt­na­stu metrów.

Chło­piec wstał, prze­cie­ra­jąc oczy, i uszczyp­nął się, żeby się upew­nić, że nie śni. Czyżby rze­czy­wi­ście zna­lazł niedź­wiadka? Aż nie mógł uwie­rzyć w swoje szczę­ście. Zwie­rzę wciąż było na hory­zon­cie, bie­gło za jakimś brą­zo­wym kształ­tem widocz­nym sto metrów dalej, pew­nie za matką. Brą­zowy kształt znik­nął za drze­wem.

Chło­piec ruszył za nimi bez waha­nia. Miał tylko jedną myśl: zoba­czyć, dokąd one idą. Biegł ile sił w nogach.

Dotarli do polany, minęli ją i zagłę­bili się w następny las. Kij nawet się nie zasta­na­wiał, dokąd idą. Gdy widział niedź­wie­dzie, zamie­rał w bez­ru­chu, żeby go nie zauwa­żyły. Głów­nie jed­nak kie­ro­wał się odgło­sami łama­nych gałą­zek i szu­ra­niem łap. Nie wie­dział, jak daleko jest od domu ani jak znaj­dzie powrotną drogę. Był zbyt bli­sko celu swo­ich poszu­ki­wań, by się nad tym zasta­na­wiać. Szedł wytrwale przed sie­bie.

Kilka razy o mało nie stra­cił ich z oczu. Nagle w środku bez­kre­snego, jak mu się wyda­wało, zagaj­nika dębów czy jesio­nów ota­czała go mar­twa cisza. Wszyst­kie drzewa wyglą­dały jed­na­kowo. Zatrzy­my­wał się wtedy, robił kilka kro­ków, znów się zatrzy­my­wał, aż w końcu znów dobie­gał go gło­śny sze­lest.

Nie czuł żad­nego zagro­że­nia. Po otrzy­ma­niu tylu magicz­nych zna­ków - ukryty staw, świa­tło z innego świata wycho­dzące ze stru­myka, wąż pod lesz­czyną - uwie­rzył, że to cza­ro­dziej­ski dzień i że duchy lasu pro­wa­dzą go do celu.

Wła­śnie w jed­nej z tych chwil ciszy zauwa­żył po pra­wej stro­nie, za ścianą brzóz, plamę świa­tła, która mogła ozna­czać polanę. Może niedź­wia­dek tam wła­śnie poszedł? Kij ruszył w tam­tym kie­runku.

I wtedy na skraju polany zoba­czył wśród drzew błysk świa­tła. Nie­zbyt wysoko. Coś migo­tało na niż­szych gałę­ziach. Nie widział dokład­nie przez rząd brzóz, ale pro­mie­nie słońca tań­czyły na czymś, wystrze­li­wu­jąc we wszyst­kie strony czer­wone, złote i srebrne bły­ski. Co to takiego?

Nagle zalała go fala rado­ści. Prze­cież to oczy­wi­ste! Cóż innego może tak błysz­czeć na drze­wie? Co stoi na straży skar­bów poszu­ki­wa­nych przez czło­wieka, a teraz naj­wy­raź­niej pil­nuje niedź­wiadka? Jedy­nie naj­rzad­szy i naj­wspa­nial­szy ze wszyst­kich cudów lasu.

Żar-Ptak.

Żar-Ptak miał pióra we wszyst­kich kolo­rach. Nawet w ciem­no­ści błysz­czał i migo­tał. A ten, komu uda­łoby się pod­kraść i chwy­cić jedno pióro z ogona, miałby wszystko, czego by zapra­gnął. Żar-Ptak ozna­czał cie­pło i szczę­ście. A niedź­wia­dek na pewno czeka teraz przy nim. Kijowi się zda­wało, że migo­tliwe świa­tło wabi go i przy­wo­łuje.

Zbli­żył się do cza­ro­dziej­skiej istoty na odle­głość dzie­się­ciu metrów. Nie widział wyraź­nie, ale Żar-Ptak nie poru­szał się i cały czas jasno świe­cił. Cze­kał na niego. Z okrzy­kiem rado­ści Kij prze­biegł mię­dzy brzo­zami i wypadł na polanę.

Patrzący na niego jeź­dziec miał nie­ru­chomą twarz. Kolo­rowe klej­noty ozda­bia­jące kra­wędź jego hełmu błysz­czały w słońcu jak Żar-Ptak. Męż­czy­zna odzna­czał się śniadą cerą i dużym orlim nosem. Na ramiona spły­wała mu kaskada czar­nych wło­sów. Ale jego ciemne, sko­śne oczy patrzyły zimno. Przez ramię miał prze­wie­szony długi, zakrzy­wiony łuk.

Chło­piec stał przed nie­zna­jo­mym jak ska­mie­niały. Wierz­cho­wiec, któ­rego ten dosia­dał, był czarny i miał bogato zdo­bioną uprząż. Sku­bał trawę rosnącą w cie­niu drzew, a teraz pod­niósł leni­wie łeb, żeby popa­trzeć na Kija.

Jeź­dziec trwał nie­ru­chomo.

A potem nagle ruszył do przodu.

Połu­dniowe słońce zawie­szone wysoko na bez­kre­snym błę­kit­nym nie­bie mocno pra­żyło zie­mię. Suchy jęcz­mień, poru­szony lek­kim powie­wem dusz­nego wia­tru, zaszep­tał cicho i jakby na poże­gna­nie musnął talię Lebiedź. Zapach zboża docie­rał aż do skraju lasu. Z pola wybie­gła mała mysz i scho­wała się w korze­niach drzewa.

Może chło­piec chciał się tylko schro­nić w cie­niu? Lebiedź szła wzdłuż lasu, cicho nawo­łu­jąc:

- Kij, mój ptaszku! Kij, mój gołąbku!

Pasące się krowy spoj­rzały na nią, ale nawet nie ruszyły się z miej­sca. Po dru­giej stro­nie pola wisiał w powie­trzu myszo­łów, wypa­tru­jąc zdo­by­czy. Kija jed­nak nie było.

Skrę­ciła na ścieżkę pro­wa­dzącą do miejsc, gdzie zbie­rali grzyby. W połu­dnie pano­wała w lesie taka sama cisza jak na polu, słońce pokry­wało wszystko ostrym świa­tłem. Lebiedź znów zawo­łała:

- Kij! Kij, moja kaczuszko!

Na jej szyi wisiał na sznurku mały tali­zman, który dostała kie­dyś od matki - gęś wyrzeź­biona z kawałka drewna. Wyjęła ją zza koszuli i poca­ło­wała.

Prze­szu­kała polany, dokąd cho­dzili na grzyby. I tu Kija nie było.

Doszła do stawu. Może wpadł do wody? Może kryje go teraz ciemna, nie­ru­choma tafla? Nie, nie ma naj­mniej­szego powodu, żeby miał wpaść do sadzawki, pocie­szała się w myślach.

Jej głos dźwię­czał dono­śnie.

Dotarła ścieżką do następ­nej polany. Tu też zawo­łała kilka razy. Czyżby poszedł jesz­cze dalej?

Sta­nęła przed kępą brzóz po dru­giej stro­nie polany i skło­niła głowę. Brzoza była drze­wem świę­tym i przy­ja­znym, poma­gała temu, kto się do niej modlił. Lebiedź ruszyła dalej. Kie­ro­wała się na wschód, nie wie­dząc, że chło­piec, nie­świa­domy zmie­nia­ją­cego się wia­tru, podą­żył za obło­kami w inną stronę. W pew­nej chwili zauwa­żyła parę wil­ków sto­ją­cych przy drze­wie jak dwa szare cie­nie. Serce jej zało­mo­tało. A jeśli Kij też je spo­tkał? Mogła się jedy­nie pocie­szać, że latem, gdy zwie­rzyny było w bród, wilki rzadko ata­ko­wały ludzi.

Gdy tak szła, w jej umy­śle poja­wiały się upo­rczywe obrazy, dziwne posta­cie z legend opo­wia­da­nych w wio­sce: ptaki rado­ści i smutku, ptaki dra­pieżne. A potem przez dzie­sięć minut wypeł­niały ją obrazy ognia - ognia na pale­ni­sku, który dawał cie­pło i bez­pie­czeń­stwo, oraz ognia w lesie, budzą­cego lęk. Te dwa obrazy zacho­dziły na sie­bie, aż w końcu nie umiała ich odróż­nić.

Cza­sem drzewa wyglą­dały przy­jaź­nie, jakby oto­czyły chłopca opieką, a teraz chciały go jej oddać. A chwi­lami były mroczne i groźne. Gdy szła przez dąbrowę, wyda­wało jej się, że sły­szy głos Kija dobie­ga­jący gdzieś z lewej strony - zawo­łała, ale znów nie usły­szała odpo­wie­dzi.

Jak będzie wyglą­dać jej życie bez niego. Wyobra­ziła sobie puste miej­sce obok sie­bie na półce ponad pale­ni­skiem. Jak uda jej się wypeł­nić tę doj­mu­jącą pustkę? Mąż ją wypełni? Nie. Jesz­cze jedno dziecko? Widziała w wio­sce inne kobiety, które stra­ciły swoje dzieci. Pła­kały, usy­chały z tęsk­noty, ale w końcu czas leczył rany. Rodziły kolejne dzieci i znów nie­które tra­ciły. Tak toczyło się życie ple­mie­nia. Ale na co jej teraz ta wie­dza? Sama nie­raz doświad­czyła mat­czy­nego nie­po­koju, lecz lęk ni­gdy wcze­śniej nie był tak silny. Dziś kąsał ją i drę­czył, wywo­łu­jąc ból nie do znie­sie­nia.

Gdyby mogła wzle­cieć jak Baba-Jaga ku kopule nieba, widzia­łaby z góry wszystko, co się rusza w lesie i na ste­pie. O, gdy­byż mogła zoba­czyć chłopca i cza­rami prze­nieść go do domu!

Gdy tak wędro­wała, przy­szły jej do głowy dwie myśli. Pierw­szą było to, że chło­piec nie dałby rady dojść dużo dalej. A zatem, o ile wciąż żył, powi­nien być w lesie po pra­wej albo po lewej. Nie­stety, nie umiała zgad­nąć gdzie.

Druga myśl była bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Las na wscho­dzie nie­długo się koń­czył. A tam poja­wiało się nowe nie­bez­pie­czeń­stwo: step.

Wyobra­ziła sobie, jak Kij wcho­dzi w wyso­kie trawy. Nic by go tam nie chro­niło przed palą­cym słoń­cem. Trawy zamknę­łyby się za nim, nie umiałby zna­leźć wyj­ścia, ona zaś nie mogłaby go zoba­czyć. A dzi­kie zwie­rzęta? Było mało praw­do­po­dobne, by niedź­wiedź czy wilk zaata­ko­wały dziecko w środku lata, ale na ste­pie miesz­kały żmije, dzi­kie psy i tchó­rze.

Posta­no­wiła dotrzeć do gra­nicy lasu, a potem pójść wzdłuż jego kra­wę­dzi i nawo­ły­wać po dro­dze. Jeśli Kij zawę­dro­wał aż tak daleko, to pew­nie jest zmę­czony i może odpo­czywa gdzieś w cie­niu. Przy­spie­szyła kroku.

Po pię­ciu minu­tach minęła ostat­nie drzewa.

Przed sobą miała wielki, otwarty step. Połu­dniowa cisza się­gała aż po hory­zont i jesz­cze dalej. Słońce pra­żyło zie­mię, nad którą uno­siło się falu­jące powie­trze. Spa­lone niskie trawy i turzyce tylko w nie­któ­rych miej­scach były jesz­cze zie­lone. Tak zaczy­nał się step. Dalej cią­gnęła się ost­nica piór­ko­wata - nazy­wana tak z powodu wyra­sta­ją­cych wio­sną pie­rza­stych wiech. Jej wybla­kłe kłosy mie­szały się i zacie­rały w oddali, przez co zżółk­nięte łodygi wyglą­dały tak, jakby ktoś je przy­sy­pał bia­łym puchem. Jesz­cze dalej rów­nina robiła się bru­natna, a tuż pod linią hory­zontu przy­bie­rała kolor bzu. W pierw­szej chwili można było odnieść wra­że­nie, że palące słońce uśpiło swoim żarem wszyst­kie żywe istoty.

Ale było to tylko złu­dze­nie. Tuż obok stopy Lebiedź cykał konik polny. Po pra­wej uno­sił się na nie­bie skow­ro­nek, wyśpie­wu­jąc w upale swoje trele. Na skraju lasu dostrze­gła kilka zwięd­nię­tych iry­sów i hia­cyn­tów. Ciem­no­zie­lona plama na żół­tej tra­wie zdra­dzała obec­ność kolo­nii świ­sta­ków.

Wołała kilka razy, ale bez skutku. Skrę­ciła w lewo, szła teraz wzdłuż lasu na pół­nocny wschód. Przed sobą, nieco na prawo, jakieś trzy i pół kilo­me­tra w głąb stepu, zauwa­żyła nie­wiel­kie, choć wyraźne wznie­sie­nie. Był to kur­han - gro­bo­wiec - choć nie wie­działa, kto go usy­pał ani kiedy. Jej ple­mię nie budo­wało takich wznie­sień.

Minęło tro­chę czasu, ale kur­han, zawie­szony w roz­grza­nym powie­trzu, wcale się nie zbli­żał. Wie­działa, że step zna wiele takich sztu­czek, lecz dziś wyda­wał się ponury, wręcz zło­wrogi. W oddali dostrze­gła żura­wia ste­po­wego - z czar­no­nie­bie­ską szyją i bia­łym grzbie­tem - który zmie­rzał szybko do ukry­tego w tra­wie gniazda. Kil­ka­krot­nie zagłę­biała się w las, szu­ka­jąc Kija, i znów wra­cała na zalany słoń­cem step.

W końcu kur­han zaczął się przy­bli­żać. Jed­no­cze­śnie dotarła do miej­sca, w któ­rym las wci­nał się wąskim pasem w step. Weszła mię­dzy drzewa.

Po dru­giej stro­nie leśnego cypla jacyś jeźdźcy roz­ło­żyli obóz. Zoba­czyła ich dopiero z odle­gło­ści stu kro­ków.

I zoba­czyła też, że mają jej syna.

Pięć wozów miało zada­sze­nie z kory. Usta­wione w pół­kole, rzu­cały na roz­pa­loną zie­mię gorące, zaku­rzone cie­nie. Kilku jeźdź­ców zsia­dło z koni i leżało obok wozów.

Dwóch kon­nych stało nieco dalej. Jeden był jasno­włosy, drugi miał włosy ciemne. I ten drugi zwra­cał się do pierw­szego jak do dowódcy.

- Mówię ci, bra­cie, poszu­kajmy tej wio­ski.

Jasno­włosy jeź­dziec patrzył na chłopca, któ­rego jego towa­rzysz posa­dził sobie przed sio­dłem. Chło­piec był blady i roz­glą­dał się dookoła prze­ra­żo­nym wzro­kiem. Cał­kiem ładny chłop­czyk.

Dłu­gie, kru­czo­czarne włosy jeźdźca błysz­czały w słońcu nie­mal tak samo jak boki czar­nego rumaka.

Do wio­ski nie mogło być daleko. Zabra­liby kilku mło­dzień­ców i kil­koro dzieci płci męskiej, pro­te­sty na nic by się zdały. A potem wyćwi­czy­liby ich na wojow­ni­ków - nie na nie­wol­ni­ków, ale człon­ków wła­snego klanu. Dwóch jeźdź­ców odpo­czy­wa­ją­cych przy koniach też pocho­dziło ze sło­wiań­skich wio­sek. Co za dziwni ludzie, pomy­ślał jasno­włosy, nie mają boga wojny, a wyra­stają na zna­ko­mi­tych, dziel­nych wojow­ni­ków. Ten chło­piec też byłby dobrym nabyt­kiem dla jego klanu.

Jed­nak tego upal­nego popo­łu­dnia nie chciał napa­dać na wio­skę.

- Przy­by­łem tu w innym celu - powie­dział.

Ciemny jeź­dziec pochy­lił głowę.

- Twój dziad nie dożył sta­ro­ści - powie­dział z powagą. - Nie bez powodu nazy­wano go Jele­niem.

To była naj­więk­sza pochwała dla jeźdź­ców stepu. Męż­czy­zna, który dożył sta­ro­ści, tra­cił honor - odważni wojow­nicy ginęli w walce w kwie­cie wieku.

Nieco wcze­śniej, gdy słońce stało w zeni­cie, jasno­włosy wojow­nik zatrzy­mał się na szczy­cie samot­nego kur­hanu i wbił w niego długi miecz. To był grób jego dziadka, który zgi­nął tu w potyczce. Pamię­tała o nim tylko rodzina, co kilka lat odda­jąc mu w tym na wpół zapo­mnia­nym miej­scu należną cześć. Miecz wciąż tu był, jego meta­lowa ręko­jeść błysz­czała w słońcu, przy­po­mi­na­jąc o kla­nie szla­chet­nych wojow­ników.

Kij wpa­try­wał się w jeźdźca. Ni­gdy wcze­śniej nie widział takich ludzi, ale o nich sły­szał. Domy­ślał się, że ten na czar­nym koniu to Scyta.

"Jeśli Scyta cię zła­pie - prze­strze­gał go kie­dyś ojciec - to obe­drze cię żyw­cem ze skóry i zrobi z niej uprząż". Kij patrzył z nie­po­ko­jem na wodze. Twarde spoj­rze­nie ciem­nych oczu kazało mu się spo­dzie­wać naj­gor­szego, a teraz podej­rze­wał, że roz­ma­wiają, jak go pociąć. Trząsł się na całym ciele. A jed­no­cze­śnie, patrząc w twarz jasno­wło­sego wojow­nika, czuł nikłą nadzieję. Pomimo prze­ra­że­nia nie mógł oprzeć się myśli, że ni­gdy jesz­cze nie widział tak wspa­nia­łej postaci.

W odróż­nie­niu od Scyty, swo­jego brata krwi, męż­czy­zna nosił krótko obcięte włosy. Miał pocią­głą twarz o regu­lar­nych, nie­mal deli­kat­nych rysach. Ale gdy jego nie­bie­skie oczy roz­pa­lały się gnie­wem, budził prze­ra­że­nie jesz­cze więk­sze niż Scyta. O tym mro­żą­cym krew w żyłach spoj­rze­niu męż­czyzn z jego ple­mie­nia wspo­mi­nało kilku sta­ro­żyt­nych pisa­rzy.

Nale­żał do Ala­nów - naj­więk­szego ludu sar­mac­kiego - i pocho­dził z potęż­nego, dum­nego klanu, któ­rego człon­ko­wie nazy­wani byli jasnymi albo pro­mien­nymi.

Ste­powi jeźdźcy napły­wali ze wschodu od nie­pa­mięt­nych cza­sów - z ziem azja­tyc­kich leżą­cych za ogrom­nym pół­ko­lem gór­skich łań­cu­chów two­rzą­cych połu­dniową gra­nicę eura­zja­tyc­kiej rów­niny. Poko­ny­wali prze­łę­cze pół­noc­nych Indii i Per­sji, wyła­niali się z mgieł zale­ga­ją­cych gór­skie zbo­cza i zale­wali rów­ninę. Jechali z pustyń, okrą­żali Morze Kaspij­skie, docie­rali do Wołgi, a stam­tąd wędro­wali ku ste­pom na pół­noc od Morza Czar­nego, na zie­mie nad Dnie­prem i Donem. Wdarli się nawet na wybrzeże Morza Śród­ziem­nego i na Bał­kany.

Naj­pierw w odle­głej sta­ro­żyt­no­ści poja­wili się Kime­ro­wie, jeźdźcy epoki żelaza. Następ­nie, około 600 roku przed naszą erą - Scy­to­wie, lud indo­eu­ro­pej­ski z domieszką krwi mon­gol­skiej, posłu­gu­jący się języ­kiem irań­skim. I wresz­cie około 200 roku przed naszą erą jesz­cze potęż­niej­szy lud irań­sko­ję­zyczny, Sar­maci, pod­bił Scy­tów i zepchnął ich na małe tery­to­ria.

Te klany wojow­ni­ków ze szla­chet­nymi ksią­żę­tami przy­były z połu­dnia. Irań­skie słowo don, ozna­cza­jące wodę, zna­la­zło się w nazwach wiel­kich rzek: Donu, Dnie­pru, a nawet pły­ną­cego dalej na zacho­dzie Dunaju. Ala­no­wie byli wędrow­nymi wojow­ni­kami, panami ste­pów.

Sło­wia­nie bali się ich i podzi­wiali jed­no­cze­śnie. Jedne ple­miona pra­co­wały dla nich, inne pła­ciły im daniny. Ala­no­wie wędro­wali po całej rów­ni­nie - jak mówiły ich boha­ter­skie legendy, prze­mie­rzali stepy od kra­iny cie­płego słońca po zie­mie, gdzie słońce cho­wało się za hory­zon­tem.

Alan zer­k­nął w niebo. Wciąż pano­wał upał, ale za chwilę męż­czyźni w obo­zie obu­dzą się i czas będzie ruszyć w drogę.

- Dziś wra­camy - powie­dział cicho. - Możesz zatrzy­mać chło­paka.

Kij nie mógł ode­rwać oczu od wojow­nika. W odróż­nie­niu od Scyty Alan uży­wał strze­mion. Miał buty z mięk­kiej skóry i falu­jące jedwabne spodnie. Przy boku wisiały mu miecz i arkan, ulu­biona broń jego ludu, do nogi zaś przy­mo­co­wany był szty­let z pier­ście­niem na szczy­cie ręko­je­ści. Obok jed­nego z wozów leżały kol­czuga i spi­cza­sty hełm zwią­zane w tobo­łek, a także dwie dłu­gie włócz­nie, któ­rymi Ala­no­wie ata­ko­wali w bitwach. Wojow­nik miał na sobie kaftan ozdo­biony zło­tymi trój­ką­tami, szyję ota­czał mu naszyj­nik ze zło­tego drutu uple­cio­nego na kształt małych smo­ków. Z ramion spły­wała weł­niana pele­ryna spięta bro­szą wysa­dzaną wschod­nimi klej­no­tami. To były wszyst­kie jego ozdoby.

Scyta pre­zen­to­wał się zupeł­nie ina­czej. Kij czuł na ple­cach dra­pa­nie zło­tych i srebr­nych orna­men­tów naszy­tych na skó­rzany ser­dak. Na przy­trzy­mu­ją­cym chłopca ciem­nym ramie­niu wid­niała bran­so­leta z wygra­we­ro­wa­nymi zwie­rzę­tami i bogami. Kij nie miał poję­cia, że to wspa­niałe dzieło pocho­dzi z Gre­cji, wie­dział tylko, że odbi­ja­jące się w nim świa­tło słońca razi go w oczy. Przy pasie Scyty zauwa­żył bułat z ręko­je­ścią z grec­kimi orna­men­tami.

Naj­więk­sze jed­nak wra­że­nie zro­biły na drżą­cym chłopcu konie. Nie widział czar­nego rumaka w cało­ści, ale sie­dząc okra­kiem na jego szyi, czuł siłę zwie­rzę­cia. A wierz­cho­wiec Alana wyda­wał mu się wręcz bogiem.

Koń był srebr­no­siwy, miał czarną grzywę, czarny pas na grzbie­cie i czarny ogon. Ala­no­wie mówili o tak szla­chet­nie umasz­czo­nych koniach "oszro­nione". Poru­szał się lekko, jakby ledwo doty­kał ziemi. Kij pomy­ślał, że takie stwo­rze­nie nie galo­puje, lecz lata.

I wcale się nie mylił. W oczach alań­skich ple­mion nie było szyb­szego wierz­chowca. Szla­chetne zwie­rzę nosiło imię Tra­jan, po rzym­skim cesa­rzu, któ­rego boha­ter­ska sława roze­szła się wokół Morza Czar­nego i któ­rego Sar­maci uzna­wali za boga. Trzy­krot­nie Tra­jan rato­wał życie swo­jego wła­ści­ciela, uno­sząc go z pola bitwy. Kie­dyś, gdy Alana raniono pod­czas walki, wyrwał się tym, któ­rzy chcieli go poj­mać, i odna­lazł swo­jego pana. Dla­tego ludzie czę­sto mówili: "Ten wojow­nik kocha Tra­jana bar­dziej niż żonę", a te słowa miały być wyra­zem naj­więk­szego uzna­nia.

Tra­jan stał nie­ru­chomo, jedy­nie złote kółka przy uździe pobrzę­ki­wały cicho, poru­szane lek­kim wia­trem. Na każ­dym kółku wyryta była tamga - znak klanu, do któ­rego nale­żał także koń. Tamgą tego klanu był Trój­ząb - święty znak wiszący nad pale­ni­skiem w wieży rodo­wej, odda­lo­nej o setki kilo­me­trów na wschód.

Scyta także patrzył na Tra­jana. Wes­tchnął lekko. Zgod­nie ze zwy­cza­jami jego ludu taki boski wierz­cho­wiec zostałby pocho­wany razem z wła­ści­cie­lem w kur­ha­nie. Jed­nak Ala­no­wie, choć byli zna­ko­mi­tymi jeźdź­cami, zado­wa­lali się pochów­kiem z sio­dłem i uprzężą.

Ojciec Scyty i ojciec Alana wal­czyli razem jako najem­nicy dla Rzy­mian, a oni jesz­cze jako mali chłopcy zostali braćmi krwi. Była to naj­święt­sza więź - nic nie mogło jej zerwać. Od lat wędro­wali razem, wal­czyli jeden przy dru­gim. Ni­gdy Scyta nie zawiódł Alana. A gdyby zaszła taka potrzeba, gotów byłby oddać za niego życie.

Jed­nak gdy jego twarde spoj­rze­nie po raz tysięczny spo­częło na Tra­ja­nie, w oczach poja­wił się szcze­gólny, marzy­ciel­ski wyraz. Gdyby nie był moim bra­tem, myślał cza­sem, to dla takiego konia zabił­bym jego i stu innych.

Koń popa­trzył na niego dum­nie.

- Bra­cie, pozwól mi wziąć dwóch ludzi - powie­dział Scyta. - Naje­dziemy wio­skę i dogo­nimy was jutro przed zacho­dem słońca.

Alan pogła­dził koń­ską szyję.

- Nie proś mnie o to teraz, bra­cie - odparł.

Scyta zamy­ślił się. Obaj wie­dzieli, że Alan nie mógł odmó­wić bratu niczego - żaden dar, żadna przy­sługa czy ofiara nie wyda­wały się zbyt wiel­kie. Była to kwe­stia tra­dy­cji i honoru. Gdyby Scyta ofi­cjal­nie popro­sił o Tra­jana, Alan musiałby go oddać. Ale żaden z braci nie nad­uży­wał tego prawa - obaj wie­dzieli, kiedy nie należy pro­sić. Ciem­no­włosy męż­czy­zna skło­nił jedy­nie głowę, jakby pro­po­zy­cja naje­cha­nia wio­ski ni­gdy nie padła.

Kij ode­rwał wzrok od wierz­chowca i krzyk­nął.

Zbli­żała się do nich w roz­grza­nym powie­trzu. Wysoka, pożół­kła trawa dra­pała jej bose nogi.

Nie wie­działa, czy ją zabiją, czy nie, ale nie miała nic do stra­ce­nia. Gdy pode­szła bli­żej, coś jej pod­po­wie­działo, że dowódcą jest jasno­włosy Alan. Obaj męż­czyźni patrzyli na nią obo­jęt­nie. Nawet konie się nie poru­szyły.

Kij odru­chowo pró­bo­wał się wyrwać, ale ramię Scyty trzy­mało go w żela­znym uści­sku. Mimo to chłopcu nie przy­szło do głowy, że groźni jeźdźcy mogą go nie oddać matce.

- Kij! - zawo­łała.

Odpo­wie­dział. Ale dla­czego jeźdźcy ją igno­rują?

Lebiedź pod­nio­sła wzrok. Dwoje czar­nych i dwoje nie­bie­skich oczu patrzyło na nią twardo. Scyta prze­su­nął dłoń w kie­runku bułata, ale zatrzy­mał ją przed chłop­cem i oparł na koń­skiej grzy­wie.

Dzie­liło ją od nich dzie­sięć kro­ków. Widziała wyraz twa­rzy Kija - naj­pierw radość na jej widok i nadzieję, a potem bez­silną roz­pacz, gdy nie mógł do niej pod­biec. Zauwa­żyła, że męż­czyźni i konie przy wozach też na nią patrzą, ale bez szcze­gól­nego zain­te­re­so­wa­nia. Zatrzy­mała się i skrzy­żo­wała ręce na piersi.

Wysoka trawa zafa­lo­wała od wia­tru, przy­no­sząc słod­kawy zapach. Słońce pra­żyło im głowy. Hełm Scyty rzu­cał jasne bły­ski. Nikt się nie ode­zwał.

Alan znał kilka słów w języku Sło­wian.

- Czego chcesz? - zapy­tał szorstko.

Lebiedź nawet na niego nie spoj­rzała. W mil­cze­niu patrzyła na syna trzy­ma­nego przez Scytę.

- Wra­caj do wio­ski. Chło­pak jest nasz.

Uni­kała wzroku dziecka. Zer­k­nęła na jego policzki, na jego małe, pulchne palce wcze­pione w czarną grzywę. Na­dal jed­nak się nie odzy­wała.

Bo cza­sem mil­cze­nie ma więk­szą moc niż słowa.

Alan nie odry­wał od niej oczu. Cóż ona wie, pomy­ślał, o losie, który czeka chłopca za hory­zon­tem? Co wie o ruchli­wych grec­kich i rzym­skich por­tach nad Morzem Czar­nym? O sza­rych, lśnią­cych niczym sto­piony popiół kli­fach nad połu­dnio­wymi morzami? O gład­kich, zgar­bio­nych cyplach wyglą­da­ją­cych jak wiel­kie niedź­wie­dzie, które przy­szły do wodo­poju? Co ta biedna Sło­wianka z lasu wie o oży­wio­nym han­dlu zbo­żem pro­wa­dzo­nym na Kry­mie, o wędru­ją­cych na wschód kara­wa­nach, o ośnie­żo­nych szczy­tach Kau­kazu, o kuź­niach na prze­łę­czach, gdzie har­to­wano żelazo, o win­ni­cach na niżej poło­żo­nych sto­kach? Ni­gdy nie widziała wiel­kich stad wspa­nia­łych koni, które niczym bogo­wie zamiesz­kują góry, ani dum­nych kamien­nych wież jego ludu.

Za kilka lat chło­piec będzie wojow­ni­kiem i być może dosią­dzie takiego konia jak Tra­jan. Będzie jed­nym z nich, jasnych Ala­nów, któ­rych tak­tykę ata­ków i uda­wa­nych odwro­tów naśla­do­wali nawet Rzy­mia­nie. Prze­cież nie­dawno sam cesarz Marek Aure­liusz zanie­chał prób pod­bi­cia tego dziel­nego ludu. Co wię­cej, Rzy­mia­nie z zado­wo­le­niem przyj­mo­wali jego pomoc w walce z okrut­nymi Par­tami.

Chło­pak mógłby tyle rze­czy zoba­czyć na sze­ro­kim świe­cie: zawi­tałby do kró­le­stwa Kime­rów albo Scy­tów na Kry­mie, pro­wa­dziłby roz­mowy z osia­dłymi w por­tach Gre­kami, Rzy­mia­nami, Per­sami i Żydami, poznałby irań­skie i azja­tyc­kie ludy z naj­dal­szych zakąt­ków ziemi. Zyskałby sławę, wal­cząc z Per­sami na wscho­dzie albo z Gotami z pół­nocy. Ale przede wszyst­kim poznałby smak wiel­kiej wol­no­ści na bez­kre­snym ste­pie - unie­sie­nie pod­czas galopu, bra­ter­stwo krwi.

Jakie życie cze­kało go wśród Sło­wian? Miesz­kałby w lesie i pła­cił daniny albo prze­niósłby się na połu­dnie, żeby upra­wiać zie­mię dla wład­ców stepu. A jako czło­nek ich klanu sam byłby panem dla innych.

Te wszyst­kie myśli prze­bie­gały wojow­ni­kowi przez głowę, gdy patrzył na kobietę doma­ga­jącą się swo­jego syna.

- Chło­pak należy do nas.

Usły­szaw­szy to, Kij spoj­rzał naj­pierw na Alana, a potem na matkę. Czy jasno­włosy jeź­dziec chce go zabić? Gdyby miał taki zamiar, to już dawno by to zro­bił. Ale co się sta­nie z nim samym? Już ni­gdy nie zoba­czy matki? Poczuł ostry zapach koń­skiej sier­ści, cie­płe łzy zatarły kon­tury świata.

Przy wozach zaczął się ruch, zaprzę­gano konie. Alan prze­niósł wzrok na step. Lebiedź nie ruszała się z miej­sca.

Scyta patrzył na nią zimno jak wąż. Jego wierz­cho­wiec potrzą­snął głową. Do wio­ski musi być naprawdę bli­sko, pomy­ślał wojow­nik. Mogliby ją naje­chać. Zapro­po­no­wał to już dwa razy, ale jego brat krwi przy­jął to nie­chęt­nie.

Ści­snął chłopca moc­niej.

- Czas na nas, bra­cie - powie­dział cicho.

Alan zatrzy­mał się. Wła­ści­wie bez żad­nego powodu. Ale skoro cze­kała ich długa podróż, a schwy­tane wła­śnie dziecko miało zacząć nowe życie, chciał się zdo­być na jakiś akt życz­li­wo­ści, żeby uspo­koić patrzącą na nich matkę. Pod­je­chał bli­żej, zdjął z piersi mały amu­let i zawie­sił go chłopcu na szyi. Był to tali­zman z wize­run­kiem cza­ro­dziej­skiego ptaka Simurga, któ­rego jedno oko widziało teraź­niej­szość, a dru­gie przy­szłość. Ski­nął głową na Scytę i obaj zawró­cili konie.

Buzię Kija wykrzy­wił gry­mas. Chło­piec szarp­nął się, usi­łu­jąc spoj­rzeć za sie­bie ponad żela­znym ramie­niem Scyty.

- Mamo!

Zatrzę­sła się. Każdy mię­sień jej ciała chciał się poru­szyć, rzu­cić na ciem­nego jeźdźca. Wie­działa jed­nak, że gdy się na to odważy, on powali ją jed­nym ude­rze­niem. Poczuła, sama nie wie­dząc dla­czego, że bez­ruch i mil­cze­nie są jej jedyną nadzieją.

- Mamo! - Znowu ten krzyk.

Odje­chali już na trzy­dzie­ści kro­ków.

Nie poru­szyła się. Jeźdźcy powoli zanu­rzali się w wyso­kich tra­wach stepu. Sie­dem­dzie­siąt kro­ków. Sto. Patrzyła na małą, pyzatą twarz z wiel­kimi oczami, dziw­nie pobla­dłą ponad czar­nym koń­skim grzbie­tem.

- Mamo!

Nie odry­wała wzroku od twa­rzy syna. Wyso­kie trawy zaczy­nały ją zasła­niać.

Wozy też ruszyły w asy­ście pozo­sta­łych kon­nych. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi.

Modliła się od chwili, gdy ich zoba­czyła. I wciąż nie prze­sta­wała, mimo że jej prośby oka­zały się daremne. Modliła się do boga wia­tru, któ­rego czuła na swo­jej twa­rzy. Modliła się do boga gro­mów i bły­ska­wic, do boga słońca, który wciąż zsy­łał z góry żar. Modliła się do boga bydła. I do Wil­got­nej Matki Ziemi, która była wszę­dzie. Modliła się do wszyst­kich zna­nych jej bogów. Ale puste błę­kitne niebo spo­glą­dało na nią z góry, nie dając niczego. Było twarde jak stal, jak oczy jeźdź­ców.

Wozy odda­lały się w falu­ją­cej tra­wie. Po jakimś cza­sie nie pozo­stał po nich nawet obłok kurzu. Miała wra­że­nie, że niebo też powoli się od niej oddala. I cho­ciaż, tak jak to robił jej lud, wciąż się modliła, opu­ściła głowę w mil­czą­cej rezy­gna­cji: los tak chciał.

Gdy wje­chali na nie­wielki pagó­rek, Alan odwró­cił się i ją zoba­czył. Mała postać wciąż za nimi patrzyła.

Ogar­nęła go litość. Bo dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści on też stra­cił tego roku jedy­nego syna.

Gdy Scyta usły­szał jego słowa, oczy mu roz­bły­sły.

- Dwu­krot­nie wspo­mnia­łem o naje­cha­niu wio­ski, a ty powie­dzia­łeś, bym cię o nic nie pro­sił - odparł. - Ale ty wiesz, że bar­dzo cię kocham i że dam ci wszystko, czego zapra­gniesz. Czyż nie zanu­rzy­li­śmy ostrzy naszych mie­czy w cza­rze z krwią? Czy nie przy­sią­głem na wiatr i swój bułat, że bra­tem ci będę, choć­bym miał zgi­nąć? - Lek­kim ruchem podał Ala­nowi chłopca. - Jest twój.

I cze­kał.

Alan miał ochotę wes­tchnąć, ale honor mu na to nie pozwa­lał, więc zdo­był się na nikły uśmiech.

- Mój wierny bra­cie, prze­je­cha­łeś ze mną szmat drogi, by oka­zać cześć mojemu dziad­kowi. Speł­ni­łeś każdą moją prośbę, nie tylko dzi­siaj. I nie chcia­łeś niczego w zamian. Dla­tego powiedz, co mogę ci poda­ro­wać, żeby oka­zać swoją miłość.

Wie­dział, że był mu to winien. I wie­dział, jaką cenę przyj­dzie mu zapła­cić.

- Bra­cie mój - zaczął Scyta z powagą. - Pro­szę cię o Tra­jana.

- Koń jest twój.

Te słowa zabo­lały go nie­mal fizycz­nie. A jed­no­cze­śnie poczuł dumę - tylko praw­dzi­wie szla­chetny czło­wiek potrafi oddać takiego rumaka.

- Prze­jadę się na nim ostatni raz - rzu­cił lekko.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, zawró­cił Tra­jana i dosłow­nie muśnię­ciem strze­mion zmu­sił go do galopu.

Kij spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem, instynk­tow­nie wcze­pia­jąc palce w koń­ską grzywę.

- Wra­casz do swo­ich, chłop­cze - ode­zwał się Alan. - Ale już do końca życia będziesz mógł mówić: "Sie­dzia­łem na grzbie­cie Tra­jana, naj­wspa­nial­szego rumaka jasnych Ala­nów".

Kij nie wie­dział, że jasno­włosy jeź­dziec ma w oczach łzy. Ni­gdy jesz­cze nie czuł takiej rado­ści i szczę­ścia jak teraz.

A Lebiedź, wpa­tru­jąc się w pusty step, zoba­czyła, że Tra­jan pędzi ku niej przez trawy, jakby to sam bóg wia­tru uno­sił się nad zie­mią. Alan rzu­cił jej chłopca pod nogi i odje­chał bez słowa.

Przy­tu­liła malca do sie­bie, nie mogąc uwie­rzyć w to, co się stało.

I nawet nie zwró­ciła uwagi, że po chwili Kij odwró­cił się gwał­tow­nie i wska­zu­jąc na zni­ka­jącą postać, krzyk­nął:

- Pozwól mi z nim jechać!

Chwy­ciła go na ręce, mocno objęła, jakby się bojąc, że znów go straci, i wbie­gła mię­dzy drzewa.

Nie wró­ciła do wsi od razu. Naj­pierw zna­leźli ciche miej­sce nad rzeką. Nie­da­leko rósł święty dąb. Zło­żyła mu podzię­ko­wa­nie, a potem, pra­gnąc w samot­no­ści nacie­szyć się dziec­kiem, usia­dła w cie­niu i patrzyła na Kija, który poba­wił się tro­chę nad wodą, a póź­niej zapadł w drzemkę.

Gdy wyło­nili się z lasu, było późne popo­łu­dnie. Duże pole już opu­sto­szało. Żniwa się skoń­czyły. Zgod­nie ze zwy­cza­jem zosta­wiono w rogu sno­pek jęcz­mie­nia - był to dar dla Wołosa, boga obfi­to­ści. Na skraju pola grupka dziew­czy­nek stała w kółku, śmie­jąc się i klasz­cząc. Gdy Lebiedź i Kij weszli do wio­ski, gęsi cho­dzące przy cha­tach powi­tały ich gło­śnym gęga­niem.

Pierw­szą osobą, którą Lebiedź zoba­czyła, był jej mąż. Twarz mu się roz­ra­do­wała, gdy wziął chłopca na ręce i pod­niósł wysoko w górę. Po chwili z chaty wyszła teściowa, wita­jąc ją oschłym ski­nie­niem głowy.

- Szu­ka­łem cię - powie­dział mąż.

Zapewne. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że w swo­jej dobroci gotów byłby ich szu­kać przez wiele dni, ale nie pozwo­li­łyby mu na to inne obo­wiązki.

- Zna­la­złam go - oznaj­miła krótko.

Potem opo­wie­działa o jeźdź­cach, a gdy poszli do chaty star­szego wio­ski, musiała powtó­rzyć swoją opo­wieść jesz­cze raz.

- Jeśli poja­wią się tu znowu - stwier­dził sta­rzec - prze­nie­siemy się na pół­noc.

Pięć lat wcze­śniej przy­wę­dro­wali w to miej­sce, bo nie chcieli pła­cić daniny jeźdź­com ze stepu.

Dziś jed­nak nie pozo­stało im nic innego, jak tylko świę­to­wać zakoń­cze­nie żniw.

Mło­dzi chłopcy i dziew­częta wywi­jali na tra­wie koziołki. Kobiety koń­czyły lepić ze zżę­tego jęcz­mie­nia małą postać sta­rego czło­wieka. Namasz­czały mio­dem jego długą, wijącą się brodę. Był to bóg pola, któ­rego zaraz miano posta­wić na skraju lasu.

Dopiero gdy wie­śniacy zaczęli się gro­ma­dzić, Mal wyszedł na próg chaty. Zawa­hał się na widok Lebiedź i Kija, ale chło­piec natych­miast do niego pod­biegł.

- Widzia­łem niedź­wie­dzia! - zawo­łał. - Widzia­łem.

Mal zaczer­wie­nił się, gdy sio­stra bez słowa odcią­gnęła malca.

Wie­śniacy ruszyli na pole. Lebiedź wyczuła, że ma obok sie­bie męża. Nie spoj­rzała na niego, choć z pew­no­ścią na to liczył, ale dosko­nale wie­działa, co wyraża jego łagodna twarz. Oczy pałały mu pod­nie­ce­niem, to też wie­działa. Wziął ją za ramię i lekko ści­snął. To był znak.

Nie zatrzy­my­wała się. Przy­pusz­czała, że inne kobiety też zauwa­żyły ten gest. Ramię męża było silne, choć nieco kości­ste. Miała nadzieję, że jakoś udało jej się ukryć wła­sny brak entu­zja­zmu. Po pro­stu dawał znak, że w nocy do niej przyj­dzie. Popchnęła chłopca przed sobą, by oboje mogli na niego patrzeć. To była ich bli­skość.

Gdy słońce skryło się za drze­wami, a dłu­gie cie­nie uło­żyły się na zżę­tym polu, wie­śniacy zaczęli śpiewy i tańce. Kobiety, które przez cały dzień ści­nały jęcz­mień, sta­nęły w kręgu i zaśpie­wały, pro­wa­dzone gło­sem teścio­wej Lebiedź:

Ścier­ni­sko let­nie, rży­sko miłe, Oddaj mi, pro­szę, moją siłę. Jęcz­mień ścięty, ja zmar­nia­łam, A przede mną zima cała. Ścier­ni­sko let­nie, rży­sko miłe, Oddaj mi, pro­szę, moją siłę.

Kro­ple miodu ska­pu­jące z brody sło­mia­nego bożka zaświe­ciły w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca.

Trzy babuszki, za stare, żeby śpie­wać i tań­czyć, przy­glą­dały się wszyst­kiemu ze skraju pola. Lebiedź uśmiech­nęła się na ich widok. Ona też podąży tą drogą. Ludzie mówią, że bóg pola kur­czy się po żni­wach i przy­biera postać maleń­kiego sta­ruszka. Ludzie także się kur­czyli i w końcu spo­czy­wali w ziemi, zamiesz­ku­jąc w pod­ziem­nym świe­cie jak rodowy domo­woj. Takie jest prze­zna­cze­nie. Nie da się wła­dać naturą - ludzie mogą jedy­nie przy­jąć, że jest czas siewu i czas żniw. Jej los, jej życie nie są ważne. Nawet utrata dziecka. Tyle już dzieci w wio­sce zmarło. Nikt ich nawet nie liczył. Ale inne prze­żyły. I jedy­nym, co będzie trwało wiecz­nie na tej bez­kre­snej ziemi, co prze­trwa surowy, bez­li­to­sny cykl pór roku, jest rod.

Kobiety skoń­czyły śpie­wać, więc pode­szła do Kija. Sie­dział na ziemi, obra­ca­jąc w pal­cach tali­zman, który dostał od jeźdźca. Myślami był na sze­ro­kim ste­pie. Nawet nie pod­niósł wzroku.

Po chwili sta­nął przed nią mąż, jego syl­wetka góro­wała nad chłop­cem. Uśmie­chał się z peł­nym pod­nie­ce­nia wycze­ki­wa­niem.

On też był nie­zbędny - w okre­ślo­nym cza­sie, w okre­ślo­nej porze roku - i pra­gnęła go. Ale choć była mu pod­le­gła, choć wio­ską rzą­dzili męż­czyźni, kobiety były silne i to one umiały wszystko prze­trwać. To kobiety, podob­nie jak sama Wil­gotna Matka Zie­mia, chro­niły zasiane ziarno, żeby z cza­sem zebrać plon dla boga słońca i dla męż­czy­zny z płu­giem.

Uśmiech­nął się.

- Dziś w nocy.

Gdy zapadł zmrok, zapa­lono żywiczne drza­zgi i przy ich świe­tle w cha­cie star­szego wio­ski roz­po­częła się uczta. Z rąk do rąk krą­żył puchar wypeł­niony musu­ją­cym mio­dem pit­nym. Z każ­dego dania - ryby, chleba z mąki jagla­nej, mięsa - odkła­dano tro­chę na talerz i odda­wano dla domo­woja, który, jak wie­rzono, wyszedł ze swo­jej nory, żeby się przy­łą­czyć do bie­siad­ni­ków.

Jedze­nie się skoń­czyło, ale cała wieś na­dal piła i tań­czyła. Kij zauwa­żył, że matka wzięła do ręki czer­wony tam­bu­ryn i zaczęła tań­czyć przed ojcem. Patrzył na nią jak urze­czony, aż w końcu głowa opa­dła mu na pierś i zasnął.

Już dwa razy mąż ją szturch­nął, mru­cząc: "No chodź". I dwa razy potrzą­snęła odmow­nie głową. Nie chciała prze­ry­wać zabawy. Ona też piła, może nie tak dużo jak inni, ale jej ciało prze­ni­kał żar. Pod­nie­cona wła­snym tań­cem, też zaczęła pra­gnąć jego. Ale piła i wiro­wała na­dal, chcąc dopro­wa­dzić się do stanu, w któ­rym pojawi się praw­dziwe pożą­da­nie.

Pijane kobiety i męż­czyźni powoli wyta­czali się z chaty w ciem­ność nocy, więc i Lebiedź nie pro­te­sto­wała, gdy mąż objął ją w pasie i wypro­wa­dził na dwór. Wszę­dzie dookoła, przy cha­tach, tam gdzie zaczy­nało się pole, spół­ko­wały pary - nikt nie wie­dział, kto legł z kim. Ale też i nikt by tego nie pamię­tał. I jeśli w wyniku tych aktów przy­cho­dziły na świat dzieci, nikt się nie zasta­na­wiał, które jest czyje. Nie miało to zna­cze­nia. Rod trwał dzięki tej natu­ral­no­ści.

Poszli ku rzece, mija­jąc po dro­dze wyso­kie trawy, w któ­rych błysz­czały świe­tliki. Patrzyli na wodę odbi­ja­jącą pro­mie­nie księ­życa. Nazwa, jaką wie­śniacy dali rzece, wywo­dziła się od budzą­cych lęk ste­po­wych jeźdź­ców. Sło­wia­nie dobrze wie­dzieli, że naj­zna­mie­nitsi Ala­no­wie mówią o sobie Rus, co w ich irań­skim języku ozna­cza "świa­tło" albo "lśnie­nie". A ponie­waż słowo to brzmiało w sło­wiań­skich uszach przy­jem­nie, kobieco i dosko­nale paso­wało do rzeki, nazwali migo­tliwą rzeczkę Rus - lśniąca.

Piękna nazwa. I z pew­no­ścią byliby ucie­szeni, gdyby się dowie­dzieli, że to samo irań­skie imię nosiła w tam­tych wie­kach potężna rzeka pły­nąca daleko na wscho­dzie, którą w póź­niej­szych cza­sach nazwano Wołgą.

W ten spo­sób rzeczka otrzy­mała nazwę Rus, a leżąca nad nią wieś została Ruską.

Noc była cicha i bez­wietrzna. Lśniąca woda pły­nęła, a jed­no­cze­śnie stała w miej­scu. Legli w tra­wie. Wysoko na roz­gwież­dżo­nym let­nim nie­bie sunęły blade obłoki, jak jeźdźcy w nie­spiesz­nym pocho­dzie, poły­sku­jąc lekko w bla­sku odda­la­ją­cego się na połu­dnie pół­księ­życa. Być może gdzieś w leśnej gęstwi­nie prze­my­kał w ciem­no­ści lis albo niedź­wiedź, wilk albo Żar-Ptak, a daleko na ste­pie jacyś jeźdźcy roz­ło­żyli się z obo­zem przy ogni­sku.

Ale Lebiedź sły­szała jedy­nie szept liści poru­sza­nych lek­kim wia­trem.

Rzeka

Rok 1066

W stycz­niu roku Pań­skiego 1066 poja­wił się na nie­bie straszny znak. Widziano go w całej Euro­pie.

W anglo­sa­skim kró­le­stwie Anglii, zagro­żo­nym najaz­dem Wil­helma z Nor­man­dii, zapi­sano go w kro­ni­kach, opa­tru­jąc zło­wróżb­nym zna­cze­niem. Znak widziano we Fran­cji, w Niem­czech i wokół całego Morza Śród­ziem­nego. Na wscho­dzie Europy, w nowo powsta­łej Pol­sce i na Węgrzech, znak poja­wiał się każ­dej nocy. A jesz­cze dalej, na wschod­nim pogra­ni­czu, gdzie las sty­kał się ze ste­pem, a sze­roki Dniepr wpa­dał do Morza Czar­nego, czer­wona kometa wisiała co noc nad bia­łym, uśpio­nym kra­jo­bra­zem. Ludzie zacho­dzili w głowę, jakie nowe plagi spadną na świat.

A świat zdą­żył się bar­dzo zmie­nić. Pod­czas dzie­wię­ciu burz­li­wych stu­leci, które minęły od cza­sów Tra­jana i Marka Aure­liu­sza, zachod­nia cywi­li­za­cja prze­szła od antyku do śre­dnio­wie­cza, czemu towa­rzy­szyła seria donio­słych wyda­rzeń. Rzym przy­jął chrze­ści­jań­stwo, ale nie­długo potem to roz­le­głe impe­rium, podzie­lone na dwie czę­ści ze sto­li­cami w Rzy­mie i Kon­stan­ty­no­polu, zapa­dło się pod cię­ża­rem najaz­dów bar­ba­rzyń­ców.

Bar­ba­rzyńcy przy­by­wali falami ze wschodu, z mon­gol­skich ziem leżą­cych na pół­noc od Wiel­kiego Muru Chiń­skiego, prze­kra­czali połu­dniowe pół­kole gór­skich łań­cu­chów i wyle­wali się na pusty­nie i stepy ogrom­nej rów­niny eura­zja­tyc­kiej. Jedni byli biali, inni mieli mon­go­lo­idalne rysy, a więk­szość posłu­gi­wała się jakąś odmianą języka turec­kiego. Naj­pierw Attyla i jego Huno­wie, potem Awa­ro­wie, wresz­cie Turcy. Ale to nie ich napady ani ogromne, choć nie­trwałe impe­ria na ste­pach przy­czy­niły się do upadku Cesar­stwa Rzym­skiego, lecz potężna reak­cja łań­cu­chowa, jaką były wędrówki ludów, spo­wo­do­wane zde­rze­niem się najeźdź­ców z ple­mio­nami wschod­niej Europy. Wła­śnie te migra­cje przy­wio­dły Fran­ków do Fran­cji, Buł­ga­rów, potom­ków Hunów - do Buł­ga­rii, a Sasów i Anglów do Bry­ta­nii, i nadały wielu regio­nom nazwy ple­mion, jak choćby Bur­gun­dia czy Lom­bar­dia.

Pro­ces ten dopro­wa­dził do roz­padu sta­rego świata - Rzym upadł. Zachod­nia Europa, choć bar­ba­rzyńcy powoli nawra­cali się na chrze­ści­jań­stwo, pozo­sta­wała cha­otyczną mozaiką ple­mien­nych i dyna­stycz­nych regio­nów. Resztki sta­rego porządku utrzy­mały się jedy­nie na wschod­nich wybrze­żach Morza Śród­ziem­nego i Morza Czar­nego. Tu wła­śnie, na pół­noc od Gre­cji, w pobliżu wąskiego kanału łączą­cego jedno morze z dru­gim, leżało maje­sta­tyczne mia­sto Kon­stan­ty­no­pol, zwane także Bizan­cjum. Nie­zdo­byte, strze­gące kla­sycz­nej kul­tury i wschod­niego chrze­ści­jań­stwa, zacho­wu­jące bar­dziej grecki niż łaciń­ski cha­rak­ter, trwało nie­zmienne: przez całe śre­dnio­wie­cze zasia­dał tu na tro­nie cesarz wschod­nio­rzym­ski.

Ale nie był to koniec kło­po­tów świata zachod­niego. Oto w roku 622 miała miej­sce hidżra pro­roka Maho­meta z Mekki - zaczęła się wybu­chowa eks­pan­sja islamu. "Do raju, muzuł­ma­nie, nie w ogień!" - z takim okrzy­kiem na ustach muzuł­mań­scy dowódcy zachę­cali swo­ich żoł­nie­rzy do walki, bo na pole­głych cze­kało już miej­sce w nie­bie. Z Ara­bii woj­ska muzuł­mań­skie wkro­czyły na Bli­ski Wschód, potem ruszyły dalej, do Per­sji i Indii, na zacho­dzie zalały pół­nocną Afrykę i dotarły nawet do Hisz­pa­nii. W jed­nym z kolej­nych najaz­dów sta­nęły u bram Kon­stan­ty­no­pola. I jesz­cze przez wiele wie­ków chrze­ści­jań­ska Europa miała drżeć na dźwięk imie­nia pro­roka.

A jakby tego było mało, poja­wili się rów­nież wikin­go­wie.

Ci skan­dy­naw­scy podróż­nicy - piraci, kupcy, osad­nicy i awan­tur­nicy - wdarli się na scenę histo­rii około 800 roku. Zajęli więk­szą część środ­ko­wej Anglii, zało­żyli kolo­nie na Islan­dii i Gren­lan­dii, a nawet dotarli do wybrzeży Ame­ryki Pół­noc­nej. Powo­łali do życia pań­stwo pod nazwą Nor­man­dia i dopły­nęli aż nad Morze Śród­ziemne.

Pewna grupa szwedz­kich wikin­gów, zało­żyw­szy osady han­dlowe wokół Morza Bał­tyc­kiego, zaczęła zapusz­czać się rze­kami coraz dalej w głąb lądu, na zie­mie Sło­wian.

Nazy­wano ich Ware­gami. Stwo­rzyli ogromną sieć han­dlową cią­gnącą się z pół­nocy na połu­dnie - zabie­rali towary ze sło­wiań­skiego Nowo­grodu na pół­nocy, a potem żeglo­wali w dół Dnie­pru, Donu i Wołgi. Nad Morzem Czar­nym, nie­da­leko ujścia Donu, zało­żyli fak­to­rię nazwaną Tmu­ta­ra­kań. I czy to dla­tego, że mieli jasne włosy, czy dla­tego, że wal­czyli ramię w ramię z jasno­wło­symi Ala­nami, a może z jakie­goś innego powodu, o któ­rym nie mamy poję­cia, świat połu­dnio­wej cywi­li­za­cji, do któ­rego przy­byli, nadał im sta­ro­dawną irań­ską nazwę, z dumą noszoną przez nie­któ­rych Ala­nów: Rus, co miało ozna­czać "świa­tło" albo "lśniący".

I tak powstało nowe pań­stwo - Ruś.

Chło­piec stał na szczy­cie pali­sady i patrzył na wielką czer­woną gwiazdę. Jego umysł ogar­nęło gorącz­kowe pod­nie­ce­nie.

W oddali, w ciem­no­ści, pły­nął sze­roki Dniepr; lód na brze­gach odbi­jał nie­wy­raź­nie krwi­sto­czer­wone świa­tło gwiazdy. Za ple­cami chło­piec miał uśpiony Kijów.

To pra­dawne sło­wiań­skie mia­sto nad Dnie­prem już od dwóch wie­ków było sto­licą Rusi. Poło­żone wśród pagór­ko­wa­tych lasów, o dzień drogi od gra­nicy stepu na połu­dniu, stało się punk­tem zbior­czym dla całego han­dlu z pół­noc­nych lasów, który wędro­wał rzeką do odle­głego Morza Czar­nego i jesz­cze dalej.

Co gwiazda zwia­stuje mia­stu? - zasta­na­wiał się chło­piec. To na pewno jakiś znak od Boga.

Bo Ruś była teraz kra­jem chrze­ści­jań­skim. W bło­go­sła­wio­nym roku Pań­skim 988 książę Kijowa Wło­dzi­mierz został ochrzczony, a jego ojcem chrzest­nym był sam cesarz rzym­ski z Kon­stan­ty­no­pola. Czyż to nie z powodu tego nawró­ce­nia wielu ludzi uwa­żało Wło­dzi­mierza za świę­tego? I czyż nie mówiono, że jego dwaj syno­wie, Borys i Gleb, dołą­czyli do grona bło­go­sła­wio­nych?

Opo­wieść o ich śmierci sprzed pół wieku szybko stała się legendą i zaczęła krą­żyć wśród ludu. Oto bowiem ci dwaj mło­dziutcy ksią­żęta, sta­nąw­szy w obli­czu zama­chow­ców nasła­nych przez ich nik­czem­nego star­szego brata, pod­dali się bez walki i zapew­nia­jąc się o bra­ter­skiej miło­ści, powie­rzyli swoje dusze Bogu. Tra­gizm ich śmierci i wza­jemna dobroć tak wzru­szyła Sło­wian, że Borys i Gleb stali się uko­cha­nymi boha­te­rami Rusi. Nazy­wano ich Chry­stu­so­wymi męczen­ni­kami.

Kijów stał się mia­stem cer­kwi. Na uli­cach sły­chać było nie tylko nawo­ły­wa­nia z kupiec­kich łodzi na rzece, ale także śpiewy mni­chów i księży. Pękate, kryte zło­tem bizan­tyj­skie kopuły na naj­więk­szych świą­ty­niach cie­pło błysz­czały w słońcu. "Pew­nego dnia - twier­dzili miej­scowi nota­ble - dorów­namy samemu Caro­gro­dowi". Tą nazwą okre­ślali czę­sto rzym­ski Kon­stan­ty­no­pol. Ow­szem, nawet klasz­torni kro­ni­ka­rze przy­zna­wali, że liczni chłopi wciąż woleli dawne pogań­skie wie­rze­nia, ale było tylko kwe­stią czasu, by i oni dołą­czyli do wiel­kiej wspól­noty chrze­ści­jań­skiego świata.

A cóż gwiazda miała ozna­czać dla jej mło­dego obser­wa­tora? Nie­bez­pie­czeń­stwo? Wysta­wie­nie na próbę?

Nad­cho­dzący rok miał być naj­waż­niej­szy w jego życiu. Chło­piec skoń­czył już dwa­na­ście lat. Wie­dział, że ojciec szuka dla niego miej­sca na dwo­rze jed­nego z ksią­żąt, krą­żyły też pogło­ski o bli­skich zarę­czy­nach. Ale naj­bar­dziej eks­cy­tu­jące było to, że latem ojciec wysy­łał na wschód kara­wanę, a on już od wielu tygo­dni pro­sił, by pozwo­lił mu z nią jechać. Dotarłby aż nad Don! Matka była oczy­wi­ście prze­ciwna tym nie­bez­piecz­nym pla­nom, ale tydzień wcze­śniej ojciec zapo­wie­dział, że się nad tym zasta­nowi, więc chło­piec o niczym innym nie mógł myśleć. A kiedy wrócę, zostanę wojow­ni­kiem, obie­cał sobie. Tak jak jego szla­chet­nie uro­dzony ojciec.

Był tak pogrą­żony w myślach, że zauwa­żył dwie posta­cie dopiero, gdy sta­nęły obok niego.

- Obudź się, Iwa­nuszka, bo zapu­ścisz tu korze­nie jak drzewo.

Miał na imię Iwan, ale nazy­wano go zdrob­niale Iwa­nuszką. Uśmiech­nął się lekko, nie odry­wa­jąc wzroku od gwiazdy. Wie­dział, że bra­cia chcą sobie z niego pożar­to­wać. Młod­szy Borys, sym­pa­tycz­nie wyglą­da­jący szes­na­sto­la­tek, miał jasne włosy i zaczątki zaro­stu. Star­szy Świę­to­pełk cecho­wał się poważną, pocią­głą twa­rzą i ciem­nymi wło­sami. Ukoń­czył osiem­na­ście lat i do tego był już żonaty. Przez dłuż­szą chwilę Borys pró­bo­wał namó­wić Iwa­nuszkę do powrotu do domu, aż w końcu Świę­to­pełk szturch­nął go z całych sił.

- Prze­stań tu mar­z­nąć. Myślisz, że jesteś śnieżną panną?

Borys zatu­pał fil­co­wymi butami, żeby się roz­grzać; Świę­to­pełk zaklął pod nosem. Zaraz jed­nak poszli.

Czer­wona gwiazda wciąż wisiała mil­cząco na nie­bie. Iwa­nuszka obser­wo­wał ją już czwartą noc z rzędu, stał na wałach sam i nie słu­chał wezwań do powrotu do domu. Był marzy­cie­lem. Cza­sem ktoś z rodziny zosta­wiał go w jakimś miej­scu, a gdy wra­cał, chło­piec wciąż tam był, z deli­kat­nym uśmie­chem na okrą­głej twa­rzy i błę­kit­nymi oczami wpa­trzo­nymi w to samo miej­sce. Nikt nie umiał mu tego zaka­zać - te dziwne kon­tem­pla­cje były dlań nie­zbędne. Nale­żał do ludzi, któ­rym wyda­wało się, że cała natura mówi wprost do nich. Mijały minuty, a on wciąż stał bez ruchu, wpa­tru­jąc się w gwiazdę.

- Iwa­nuszka. - Tym razem to była jego matka. - Ty głup­ta­sie. Masz lodo­wate ręce.

Zauwa­żył, że okrywa go futrza­nym płasz­czem. I choć nie odry­wał oczu od gwiazdy, poczuł na dłoni lekki uścisk. Dopiero teraz odwró­cił się i uśmiech­nął.

Łączyła ich wyjąt­kowa więź. Ileż to szczę­śli­wych godzin spę­dził z nią przy ogniu w ich wiel­kim drew­nia­nym domu, słu­cha­jąc opo­wie­ści o dziel­nych wojow­ni­kach - boga­ty­rach - albo bajek o Babie-Jadze i Żar-Ptaku.

Olga była szczu­płą, wysoką kobietą o ciem­nych wło­sach, sze­ro­kim czole i drob­nych, deli­kat­nych rysach twa­rzy. Jej rodzina wywo­dziła się od wiel­kich wodzów Sie­wie­rzan, pra­daw­nego ple­mie­nia sło­wiań­skiego. Gdy wyśpie­wy­wała te baśnie swoim cichym, jakby nie­obec­nym gło­sem, Iwa­nuszka patrzył na nią jak zacza­ro­wany. Czę­sto miał przed oczami jej piękną, deli­katną twarz. Ten obraz nosił ze sobą przez całe życie jak ikonę.

Gdy śpie­wała dla ojca, jej głos brzmiał zupeł­nie ina­czej. Opa­dał do ochry­płego kontr­altu, a jej zacho­wa­nie wyra­żało żar­to­bliwe lek­ce­wa­że­nie. Domy­ślał się wtedy, że jej smu­kłe ciało o jasnej skó­rze ma ukrytą moc, że jest w nim coś, co dopro­wa­dza jego ojca do sza­leń­czego pożą­da­nia. Być może, jak wszyst­kie dzieci, miał natu­ralne wyczu­cie takich spraw.

Cza­sem czy­tali razem święte księgi, pochy­lali się nad nimi i prze­jęci odczy­ty­wali try­um­fal­nie, choć z nie­ja­kim tru­dem, sło­wiań­skie słowa zapi­sane wyraź­nym pismem uncjal­nym na kar­tach Nowego Testa­mentu i opo­wie­ści apo­kry­ficz­nych. Pozna­wał kaza­nia wiel­kich kazno­dzie­jów Kościoła wschod­niego - Jana Chry­zo­stoma czy świę­tego Bazy­lego, a przede wszyst­kim sło­wiań­skiego kazno­dziei Hila­riona. Nauczył się też kilku bal­lad sław­nego śpie­waka Bojana, któ­rego znał jego dzia­dek. Iwa­nuszka recy­to­wał je bez­błęd­nie, ku ucie­sze ojca.

Łączyło go z matką jesz­cze jedno podo­bień­stwo. Drobny, typowy dla niej gest. Wyko­ny­wała go, gdy roz­ma­wiała z kimś, sto­jąc - powoli pod­no­siła ramię w kie­runku roz­mówcy, jakby prze­pusz­czała go w drzwiach. Był to miękki ruch, nie­mal smutny, mający w sobie dziwną łagod­ność, jak piesz­czota. Spo­śród trzech braci tylko Iwa­nuszka prze­jął ten gest po matce, choć nie wia­domo, czy go odzie­dzi­czył, czy nie­świa­do­mie naśla­do­wał.

I zawsze pamię­tał o jed­nej waż­nej rze­czy: w odróż­nie­niu od ojca matka była Sło­wianką. A więc ja jestem pół-Sło­wia­ni­nem, myślał.

Co to zna­czy być Sło­wia­ni­nem? Wie­dział, że Sło­wia­nie są wiel­kim ludem. Przez wieki zasie­dlili roz­le­głe zie­mie. Sło­wia­nami byli Polacy na zacho­dzie, a także czę­ściowo Węgrzy i Buł­ga­rzy; dalej na połu­dniu, w górach Gre­cji, też żyli Sło­wia­nie. I choć ich język odda­lił się od tego, któ­rym mówili Sło­wia­nie na Rusi, to podo­bień­stwa mię­dzy nimi były łatwo zauwa­żalne.

Sta­no­wili odrębną rasę? Trudno powie­dzieć. Nawet na zie­miach ruskich żyło wiele sło­wiań­skich ple­mion. Ci z połu­dnia już dawno temu wymie­szali się z najeźdź­cami ze stepu. Ci z pół­nocy byli czę­ściowo Bał­tami i Litwi­nami. A ci ze wschodu sto­pili się z ugro­fiń­skimi ludami zamiesz­ku­ją­cymi lasy.

Ale kiedy Iwa­nuszka patrzył na swoją matkę i porów­ny­wał ją z ojcem i innymi cudzo­ziem­skimi pod­da­nymi boha­ter­skiej skan­dy­naw­skiej dyna­stii, od razu widział, że jest Sło­wianką. Cho­dziło o jej muzy­kal­ność? Albo o zmien­ność nastro­jów, o to, że raz była smutna, a po chwili wesoła? Nie, cho­dziło o inną cechę, która wyraź­nie koja­rzyła mu się ze Sło­wia­nami. Widział ją też u chło­pów. Bo nawet gdy wpa­dali w złość i sta­wali się agre­sywni, w jed­nej chwili potra­fili się uspo­koić. Po pro­stu mieli łagodne uspo­so­bie­nie.

Matka zbie­rała się do odej­ścia. Iwa­nuszka jesz­cze raz spoj­rzał na gwiazdę. Co ona mu mówi? Część księży uwa­żała, że to znak końca świata. On też wie­dział, że koniec świata nad­cho­dzi, ale prze­cież jesz­cze nie teraz.

Przy­po­mniał sobie kazno­dzieję, któ­rego usły­szał zale­d­wie mie­siąc wcze­śniej i który wywarł na nim głę­bo­kie wra­że­nie. "To prawda, Sło­wia­nie, dro­dzy bra­cia w Chry­stu­sie, przy­byli późno, by pra­co­wać w win­nicy naszego Pana - mówił duchowny. - Ale czyż nie czy­tamy w przy­po­wie­ści, że ci, któ­rzy byli ostat­nimi, zostaną tak samo wyna­gro­dzeni jak pierwsi? Bóg przy­go­to­wał wspa­niałe prze­zna­cze­nie Sło­wia­nom, swo­jemu ludowi, który go słusz­nie wychwala".

Te słowa przy­pra­wiały go o dreszcz. Prze­zna­cze­nie. Ta kwe­stia ostat­nio mocno go zaj­mo­wała, może dla­tego, że zaczy­nał dora­stać. On też jest czę­ścią prze­zna­cze­nia. I modlił się tylko, by dzień Sądu Osta­tecz­nego nie przy­szedł zbyt szybko, by on, Iwa­nuszka, też miał szansę doko­nać wiel­kich czy­nów, do jakich był prze­cież prze­zna­czony.

Nie wie­dział jed­nak, że w tej wła­śnie chwili jego los został prze­są­dzony.

Igor miał za sobą ciężki dzień. Po połu­dniu oka­zało się, że z nie­wia­do­mego mu powodu zarę­czyny, które pla­no­wał dla Iwa­nuszki, nie dojdą do skutku. Rodzina - bar­dzo zacna - nagle się wyco­fała. Ziry­to­wało go to, ale w innych oko­licz­no­ściach szybko by się otrzą­snął.

Lecz zda­rzyło się coś jesz­cze. Patrzył w mil­cze­niu na sie­dzą­cego przed nim męż­czy­znę.

Igor był wysoki i potężny. Miał długi, pro­sty nos, głę­boko osa­dzone oczy i zmy­słowe usta. Jego egzo­tyczną urodę pod­kre­ślało to, że przy kru­czo­czar­nych wło­sach miał cał­kiem siwą brodę. Na szyi wisiał mu łań­cuch z nie­wiel­kim meta­lo­wym kół­kiem, na któ­rym wyryto tamgę jego klanu: Trój­ząb.

Trudno było się domy­ślić pocho­dze­nia Igora, podob­nie jak i wielu innych szla­chet­nie uro­dzo­nych miesz­kań­ców Kijowa. Nawet wśród ruskich ksią­żąt, któ­rzy wywo­dzili się od wikin­gów, byli zarówno czar­no­włosi męż­czyźni o oliw­ko­wej cerze, jak i blon­dyni. Ale Igor pocho­dził od Ala­nów.

Ala­no­wie przy­byli ze wschodu. Ojciec Igora wraz z innymi człon­kami kla­nów alań­skich i czer­kie­skich dołą­czył do walecz­nego księ­cia Rusi i brał udział w wypra­wach aż za Don. Wal­czył dziel­nie - trudno było o lep­szego jeźdźca - więc przy­jęto go do dru­żyny, ksią­żę­cej rady. Gdy książę posta­no­wił wró­cić do ojczy­zny, alań­ski wojow­nik ruszył razem z nim. I tak przez stepy, przez rzeki i lasy dotarł na ruskie zie­mie. Oże­nił się z dobrze uro­dzoną Skan­dy­nawką, a teraz Igor, jego syn, słu­żył w dru­ży­nie księ­cia Kijowa.

Igor był wojow­ni­kiem, ale poza tym pro­wa­dził roz­le­głe inte­resy. A w takim mie­ście jak Kijów było czym han­dlo­wać. Zboże z żyznych czar­no­zie­mów na połu­dniu wysy­łano do miast leżą­cych w lasach pół­nocy; rze­kami trans­por­to­wano do Kon­stan­ty­no­pola futra i nie­wol­ni­ków. Z Czech spro­wa­dzano sre­bro, a z kra­jów leżą­cych jesz­cze dalej na zachód - fran­koń­skie mie­cze. Z Pol­ski i zachod­nich rubieży Rusi przy­wo­żono tak pożą­daną sól. Ze wschodu zaś, rzeką albo kara­wa­nami wędru­ją­cymi przez stepy, przy­by­wały naj­roz­ma­it­sze cuda Orientu: jedwa­bie, ada­maszki, klej­noty i przy­prawy.

Han­dlowe impe­rium Rusi roz­wi­jało się wspa­niale. Wzdłuż sieci rzek, które pły­nęły z pół­nocy, z zim­nych lasów na wybrze­żach Bał­tyku, ku ste­pom scho­dzą­cym do cie­płego Morza Czar­nego, stały liczne fak­to­rie, a nawet duże mia­sta. Na pół­nocy leżał Nowo­gród. W pół drogi na połu­dnie, nad Dnie­prem, znaj­do­wał się Smo­leńsk, a na zachód od niego Połock. Na pół­noc od Kijowa był Czer­ni­hów, na połu­dnie zaś, jak ostatni bastion na gra­nicy ste­pów - Pere­ja­sław. Każde z tych miast miało tysiące miesz­kań­ców. Pra­wie trzy­na­ście pro­cent lud­no­ści zaj­mo­wało się han­dlem i rze­mio­słem - znacz­nie wię­cej niż w feu­dal­nej Euro­pie. Te tęt­niące życiem ośrodki han­dlowe i finan­sowe były roz­siane na roz­le­głych tere­nach, na któ­rych kró­lo­wały łowiec­two i pry­mi­tywne rol­nic­two. A wład­cami byli tu kupieccy ksią­żęta.

Po roz­cza­ro­wa­niu, jakie prze­żył na wieść o odwo­ła­niu zarę­czyn, Igor miał nadzieję, że wie­czorne spo­tka­nie w domu jego wspól­nika poprawi mu humor. Już od dłuż­szego czasu pla­no­wał wyprawę kara­wany przez step na połu­dniowy wschód. Bo tam, za wiel­kim Donem, gdzie Kau­kaz scho­dził z nieba ku wodom Morza Czar­nego, leżała osada na cyplu - Tmu­ta­ra­kań. Po prze­ciw­nej stro­nie prze­smyku, na Pół­wy­spie Krym­skim, znaj­do­wały się ogromne słone pusty­nie. W ostat­nich latach han­del z Tmu­ta­ra­ka­niem został osła­biony przez Połow­ców, potężne ple­mię ste­po­wych najeźdź­ców. Jed­nak Igor stwier­dził: "Jeśli uda nam się przy­wieźć duży ładu­nek soli, zaro­bimy for­tunę".

Już wcze­śniej usta­lono szcze­góły. Z począt­kiem lata pierw­sze trans­porty miały dotrzeć do poło­żo­nej na gra­nicy stepu nie­wiel­kiej pla­cówki han­dlo­wej o nazwie Ruska, gdzie wspól­nik Igora utrzy­my­wał swój skład. A stam­tąd miała wyru­szyć kara­wana w eskor­cie żoł­nie­rzy.

- Naj­chęt­niej sam bym z nimi poje­chał - powie­dział Igor szcze­rze.

A potem z zakło­po­ta­niem wyja­wił swoją prośbę.

Męż­czy­zna, który sie­dział naprze­ciw niego, był o kilka lat młod­szy. Ustę­po­wał Igo­rowi wzro­stem, ale był rów­nie potężny. Miał ciężki pod­bró­dek, lekko obwi­słą dolną wargę, duży, zakrzy­wiony turecki nos, opa­da­jące powieki nad czar­nymi oczami, czarne włosy i brodę przy­ciętą w kształt sze­ro­kiego klina. Z tyłu głowy przy­sia­dła mu nie­pew­nie jar­mułka. Był Cha­za­rem i nazy­wał się Żydo­win.

Cha­za­ro­wie byli dziw­nym ludem. Ci tureccy wojow­nicy przez kilka stu­leci pano­wali nad ste­po­wym impe­rium cią­gną­cym się od pustyni nad Morzem Kaspij­skim aż do Kijowa. Kiedy muzuł­ma­nie zalali Bli­ski Wschód i pró­bo­wali prze­do­stać się przez Kau­kaz na wielką rów­ninę eura­zja­tycką, na dro­dze sta­nęli im waleczni Cha­za­ro­wie wspie­rani przez Gru­zi­nów, Ormian i Ala­nów. "To dzięki nam Kijów nie jest dziś muzuł­mań­ski" - przy­po­mi­nał czę­sto Igo­rowi Żydo­win.

Impe­rium Cha­za­rów pod­upa­dło, ale cha­zar­scy kupcy i wojow­nicy wciąż wypra­wiali się na step ze swo­jej odle­głej pustyn­nej bazy, a w Kijo­wie, nie­da­leko tak zwa­nej Bramy Cha­zar­skiej, żyła duża cha­zar­ska spo­łecz­ność. Żydo­win jak nikt inny umiał zor­ga­ni­zo­wać kara­wanę i popro­wa­dzić ją przez stepy. I nikomu Igor nie ufał tak jak jemu. Miał do niego tylko jedno zastrze­że­nie.

Żydo­win był żydem.

Wszy­scy Cha­za­ro­wie byli żydami. Prze­szli na juda­izm w okre­sie naj­więk­szego roz­kwitu ich impe­rium, gdy władca uznał, że pry­mi­tywne pogań­stwo jego pod­da­nych nie jest godne sta­tusu pań­stwa. A ponie­waż kalif w Bag­da­dzie był muzuł­ma­ni­nem, a cesarz w Kon­stan­ty­no­polu chrze­ści­ja­ni­nem, pan stepu - nie chcąc wyglą­dać jak niż­szy rangą sojusz­nik któ­re­goś z nich - roz­sąd­nie wybrał jedyną znaną sobie reli­gię nie­uzna­jącą wie­lo­bó­stwa. W ten spo­sób pań­stwo cha­zar­skich wataż­ków nawró­ciło się na juda­izm. Dla­tego Żydo­win mówił w języku Sło­wian i Tur­ków, ale zapi­sy­wał je za pomocą alfa­betu hebraj­skiego!

- Zabie­rzesz z kara­waną mojego Iwa­nuszkę?

Igor nie chciał niczego wię­cej. Dla­czego więc Cha­zar się zawa­hał? Prze­cież dobrze znał chło­paka, syna swo­jego wspól­nika. Ale odpo­wiedź była pro­sta: Żydo­win się bał.

Już to sobie wyobra­żam, myślał. Jeśli napadną nas Połowcy i zabiją chło­paka, nikt nie będzie miał do mnie pre­ten­sji. Ale ja go znam. Gdzieś się zawie­ru­szy, wpad­nie do rzeki i się utopi albo zrobi jakieś inne głup­stwo. A wtedy to będzie moja wina.

Dla­tego dał wymi­ja­jącą odpo­wiedź.

- Iwa­nuszka jest jesz­cze za mały. Może któ­ryś z jego braci?

Igor zmru­żył oczy.

- Odma­wiasz mi?

- Ależ skąd. - Cha­zar się zmie­szał. - Jeśli jesteś pewien, że tego wła­śnie chcesz...

Teraz Igor poczuł się nie­zręcz­nie. W innych oko­licz­no­ściach po pro­stu powie­działby Żydo­wi­nowi, że tak ma być, i sprawa byłaby skoń­czona. Ale mając świeżo w pamięci upo­ko­rze­nie zwią­zane z zarę­czy­nami, poczuł zale­wa­jącą go falę wstydu. Cha­zar dobrze znał się na ludziach. On też nie chciał Iwa­nuszki. Igora ogar­nęła nagła złość na syna. Nie lubił pora­żek.

- Nie ma o czym mówić. - Wstał z miej­sca. - Masz rację. Jest za młody. - Sprawa była zamknięta.

Choć nie do końca. Wycho­dząc z domu przy­ja­ciela, nie mógł się powstrzy­mać, żeby nie zadać mu pyta­nia.

- A co ty myślisz o Iwa­nuszce i jego cha­rak­te­rze?

Żydo­win zasta­na­wiał się przez chwilę. Lubił chło­paka. Przy­po­mi­nał mu jego wła­snych synów.

- To marzy­ciel - powie­dział uprzej­mie.

Wra­ca­jąc do domu, Igor pra­wie nie patrzył na czer­woną gwiazdę. Był czło­wie­kiem bar­dzo reli­gij­nym, więc nie miał wąt­pli­wo­ści, że Bóg prze­ka­zuje ludziom jakąś wia­do­mość. A jego obo­wiąz­kiem było przy­ję­cie wszyst­kiego, co nadej­dzie. Pomy­ślał jed­nak o Iwa­nuszce. Cha­zar nazwał go marzy­cie­lem. Dosko­nale wie­dział, co mówią o chłopcu jego bra­cia. Świę­to­pełk nazywa go głup­cem, przy­po­mniał sobie ze smut­kiem.

A co należy zro­bić z głup­cem? Nie miał poję­cia.

Trzy dni póź­niej czer­wona kometa znik­nęła z fir­ma­mentu. Tej zimy na nie­bie nie poka­zały się już żadne inne znaki.

Wio­sna. W tym żyznym kraju na początku każ­dego roku zie­mię pokry­wała woda. Woda ze wzbie­ra­ją­cych rzek. A Kijów był mia­stem nad rzeką. Za chwilę mieli je zoba­czyć. Długa łódź sunęła równo sze­ro­kim, spo­koj­nym nur­tem Dnie­pru. Czte­rech męż­czyzn pocią­gało za wio­sła, kie­ru­jąc łódź ku mia­stu. Iwa­nuszka i jego ojciec stali na rufie, wysoki męż­czyzna obej­mo­wał chłopca za ramię.

Łódź miała aż sześć metrów dłu­go­ści, ale wyko­nano ją z jed­nego pnia.

- Tylko na Rusi są takie wiel­kie drzewa - mawiał Igor do syna. - Wystar­czy sie­kiera, a z ogrom­nego dębu można wydłu­bać nawet mały sta­tek.

Czu­jąc bli­skość ojca, chło­piec miał wra­że­nie, że jest to naj­wspa­nial­szy pora­nek jego życia.

Iwa­nuszka miał na sobie zwy­kłą lnianą koszulę i spodnie, a na wierz­chu brą­zowy weł­niany kaftan, bo poranki były jesz­cze zimne. Wło­żył buty z zie­lo­nej skóry, z któ­rych był bar­dzo dumny. Jasne włosy miał krótko obcięte, jak paź.

Popły­nęli w górę rzeki o świ­cie, żeby przej­rzeć pułapki, przy któ­rych rybacy cze­kali na połów. Teraz wra­cali do domu na śnia­da­nie. A potem... Iwa­nuszka poczuł w brzu­chu drże­nie eks­cy­ta­cji. To będzie wielki dzień.

Pod­niósł wzrok na ojca. Ileż to razy widział go na jakiejś straż­nicy na drew­nia­nych murach obron­nych nad rzeką! Ojciec patrzył wtedy przed sie­bie jak mil­czący orzeł szy­bu­jący nad pod­mo­kłą oko­licą. A gdy stał teraz na rufie, otu­lony dłu­gim czar­nym płasz­czem, wyda­wało się, że za chwilę roz­łoży ramiona i wznie­sie się ponad rzeką i lasami ku niebu, a potem spad­nie na nie­szczę­sną ofiarę.

Iwa­nuszka czuł na sobie cię­żar ojcow­skiego ramie­nia. Ale nie była to tylko siła mię­śni. Bo sto­jąc obok Igora, wyczu­wał inną moc, pły­nącą z dale­kiej prze­szło­ści: nie­po­ko­jącą jak echo pamięci, a jed­no­cze­śnie roz­le­wa­jącą się w nim jak cie­pła rzeka. "W two­ich żyłach pły­nie krew potęż­nych wojow­ni­ków i wspa­nia­łych jeźdź­ców, jak mój ojciec i wielu przed nim - powta­rzał mu czę­sto ojciec. - Nasi przod­ko­wie cie­szyli się sławą, zanim przy­byli tu Cha­za­ro­wie, w cza­sach gdy góry były jesz­cze młode. Pamię­taj, jesteś jed­nym z tych wojow­ni­ków, oni zawsze będą przy tobie". A potem serce Iwa­nuszki zaczy­nało moc­niej bić, gdy ojciec dorzu­cał: "Pew­nego dnia prze­ka­żesz to swoim synom i ich potom­kom".

A dziś, był tego pewien, podąży śla­dami ojca i star­szych braci, zosta­nie wojow­ni­kiem, boga­ty­rem.

Już mnich o to zadba.

Łódź bez­sze­lest­nie sunęła z prą­dem. W poran­nej ciszy rzeka roz­le­wała się sze­roko ku połu­dniowi. Powie­trze było rześ­kie, bez powiewu. Resztki mgły uno­siły się nad powierzchną wody, któ­rej ruch był ledwo zauwa­żalny. Na połu­dniu sza­ro­nie­bie­ska rzeka i bla­do­nie­bie­skie niebo zle­wały się na hory­zon­cie w jedną płynną mięk­kość, nie­roz­róż­nialną z oddali, na wscho­dzie zaś złote sło­neczne świa­tło roz­pra­szało się we mgle.

Teraz mieli już mia­sto w zasięgu wzroku. Iwa­nuszka wes­tchnął cicho. Kijów był taki piękny!

Mia­sto przy­sia­dło po pra­wej stro­nie rzeki. Na stro­mym brzegu wzno­szą­cym się ponad trzy­dzie­ści metrów nad wodą stała wysoka pali­sada, która cią­gnęła się na trzy i pół kilo­me­tra, góru­jąc nad oko­licą.

Mia­sto skła­dało się z trzech czę­ści. Na pół­nocy, na skrom­nym kur­ha­nie, wzno­siła się stara solidna warow­nia. Mie­ścił się w niej ksią­żęcy zamek i duża cer­kiew ufun­do­wana osiem­dzie­siąt lat wcze­śniej przez samego bło­go­sła­wio­nego Wło­dzi­mie­rza - cer­kiew Dzie­się­cinna. Nieco dalej na połu­dniowy zachód, oddzie­lona jedy­nie małym jarem, stała nowa warow­nia, znacz­nie więk­sza, zbu­do­wana przez wiel­kiego syna świę­tego Wło­dzi­mie­rza, Jaro­sława Mądrego, który stwo­rzył zbiór praw zwany Ruską Prawdą. Trze­cia część, jesz­cze więk­sza, scho­dziła ku rzece i ją też ota­czało drew­niane ogro­dze­nie. Było to pod­zam­cze - padół - na któ­rym miesz­kali drobni kupcy i rze­mieśl­nicy. A nad samą rzeką znaj­do­wały się przy­sta­nie, gdzie cumo­wano cięż­kie, omasz­to­wane łodzie.

W obu warow­niach wiele budyn­ków zbu­do­wano z cegły. Na pod­zam­czu wszyst­kie domy, oprócz kilku cer­kwi, wznie­siono z drewna. Mia­sto ota­czały piękne lasy liścia­ste, pora­sta­jące nawet opa­da­jące ku rzece strome zbo­cze.

W całym mie­ście lśniły w poran­nym słońcu złote kopuły i złote krzyże z dodat­kową poprzeczną belką, która w kościo­łach wschod­nich sym­bo­li­zo­wała opar­cie dla nóg Chry­stusa. Mia­sto wyglą­dało jak wielki błysz­czący sta­tek uno­szący się na wodzie.

Bo w oko­li­cach Kijowa prawy brzeg był wysoki, a lewy niski. I tak jak w wielu innych miej­scach Dniepr wystę­po­wał tu z brze­gów. Roz­le­wał się na pola, które przyj­mo­wały jego wody i żyzny muł. Dzięki tym zale­wom każ­dej wio­sny życie budziło się od nowa.

Chło­piec poru­szył się nie­spo­koj­nie. Od jakie­goś czasu nawie­dzały go bóle w kola­nach. Ale przede wszyst­kim nie umiał ukryć pod­nie­ce­nia. Bo zale­d­wie przed tygo­dniem Igor oznaj­mił: "Naj­wyż­szy czas posta­no­wić, co z tobą będzie. Poje­dziemy do ojca Łuka­sza".

Co za zaszczyt! Ojciec Łukasz był ducho­wym prze­wod­ni­kiem Igora, który ni­gdy nie podej­mo­wał waż­nych decy­zji, dopóki nie zasię­gnął jego rady. A mówiąc o sta­rym mni­chu, z sza­cun­kiem ści­szał głos. "On wie wszystko" - twier­dził. I zawsze jeź­dził do niego sam. Nie zabie­rał nawet star­szych synów. Nic dziw­nego, że Iwa­nuszka, sły­sząc to, naj­pierw się zaczer­wie­nił, a potem pobladł.

Wiele razy wyobra­żał sobie tę scenę. Dobro­tliwy wysoki sta­rzec z gęstą długą brodą, sze­roką aniel­ską twa­rzą i oczami błysz­czą­cymi jak słońca od razu zauważy, że ma przed sobą boha­tera. Położy mu dło­nie na gło­wie, pobło­go­sławi go i ogłosi: "Z woli bożej, Iwa­nie, zosta­niesz wiel­kim wojow­ni­kiem". Tak wła­śnie będzie. Chło­piec z ufno­ścią spoj­rzał na ojca, a potem na szańce.

Igor patrzył na syna. Nie wie­dział, czy pod­jął słuszną decy­zję. Chwi­lami wyda­wało mu się, że tak, ale jed­no­cze­śnie czuł, że zdra­dza Iwa­nuszkę.

Człon­ko­wie rodziny pre­zen­to­wali się wspa­niale. Iwa­nuszkę aż prze­szedł dreszcz szczę­ścia, gdy na nich spoj­rzał. Zebrali się w naj­więk­szej izbie dużego drew­nia­nego domu. Świa­tło sło­neczne sączyło się przez szyby zro­bione nie ze szkła, ale z wydo­by­wa­nego w oko­licy prze­zro­czy­stego krze­mie­nia zwa­nego miką. Pro­mie­nie padały na wyło­żoną żół­tymi gli­nia­nymi płyt­kami pod­łogę, przez co wyda­wało się, że całe pomiesz­cze­nie jest ską­pane w świe­tle.

Ze stołu nie posprzą­tano jesz­cze po śnia­da­niu. Przy oknie stał duży piec, w rogu naprze­ciwko wisiała nie­wielka ikona z wize­run­kiem świę­tego Miko­łaja, a przed nią na trzech srebr­nych łań­cusz­kach była zawie­szona gli­niana lampka. Na skrzyni pod prawą ścianą usta­wiono dwa duże mie­dziane świecz­niki. Osa­dzone w nich świeczki były zga­szone. Na środku izby, w cięż­kim, rzeź­bio­nym dębo­wym fotelu, tak wywo­sko­wa­nym, że aż lśnił, sie­działa matka.

- I jak, Iwa­nuszka, jesteś gotowy? - spy­tała. Był gotowy. Patrzył na nią rado­śnie.

Matka miała na sobie długą do kostek suk­nię z ciem­no­ró­żo­wego bro­katu i wyszy­wany zło­tem pas. Sze­ro­kie rękawy odsła­niały szczu­płe ramiona otu­lone bia­łym jedwa­biem. Na nad­garstku mie­niła się srebrna bran­so­leta wysa­dzana kamie­niami - zie­lo­nymi ame­ty­stami z Azji i żół­tymi bursz­ty­nami znad Bał­tyku. W uszach miała kol­czyki z pereł. O tak, szla­chet­nie uro­dzone Rusinki ubie­rały się jak grec­kie damy z Kon­stan­ty­no­pola.

Jej sze­ro­kie czoło odzna­czało się jasną kar­na­cją, dłoń w ele­ganc­kiej pozie spo­czy­wała na opar­ciu fotela wyrzeź­bio­nym w kształ­cie lwiej głowy, smu­kłe palce ze zło­tymi pier­ście­niami wdzięcz­nie opa­dały w dół. Jakże ona była piękna, piękna i dobra! Jed­nak wyda­wało się, że na jej twa­rzy maluje się smu­tek. Z jakiego powodu mia­łaby być smutna?

W izbie byli też starsi bra­cia, obaj ubrani w dłu­gie koszule ze stroj­nymi pasami i sobo­lo­wymi koł­nie­rzami. Świę­to­peł­kowi towa­rzy­szyła śliczna młoda żona pocho­dząca z Pol­ski. Iwa­nuszka sta­rał się kochać ich obu po równo, ale Świę­to­pełka tro­chę się bał. Mówiono, że jest on podobny do ojca, ale czy naprawdę? W spoj­rze­niu Igora była cza­sem jakaś powścią­gli­wość i rezerwa, ale na twa­rzy jego naj­star­szego syna czę­sto malo­wała się złość i gorycz. Z nie­wia­do­mych powo­dów. Młod­szy, Borys, także cza­sem posztur­chi­wał Iwa­nuszkę, ale jakoś dziw­nie kuk­sańce Świę­to­pełka zawsze bolały bar­dziej.

Na pole­ce­nie ojca Iwa­nuszka wło­żył jedy­nie lniane spodnie i pro­stą lnianą koszulę prze­wią­zaną paskiem. Wbrew woli matki pozwo­lono mu zostać w zie­lo­nych skó­rza­nych butach. Musiał jed­nak dokład­nie umyć ręce i twarz w mie­dzia­nej misce, która stała na umy­walni.

Igor był ubrany podob­nie, jego koszula róż­niła się od chłop­skiego odzie­nia jedy­nie mister­nym haftem na brze­gach. "Bogate ozdoby tam nie przy­stoją" - oznaj­mił z powagą. Iwa­nuszce błysz­czały oczy. Był tak roz­e­mo­cjo­no­wany, że zjadł tylko kawa­łek chleba z odro­biną kaszy owsia­nej. Uca­ło­wał matkę i braci i wybiegł na zewnątrz, a chwilę póź­niej sie­dział już na swoim kucu, czu­jąc na policz­kach chłodne, wil­gotne powie­trze poranka.

Ulice były błot­ni­ste. Więk­szość szlachty miesz­kała w drew­nia­nych domach, par­te­ro­wych lub jed­no­pię­tro­wych, z wyso­kimi, podob­nymi do namio­tów dachami i z zabu­do­wa­niami gospo­dar­skimi w głębi. Każda sie­dziba zaj­mo­wała nie­wielką par­celę oto­czoną pło­tem z drew­nia­nych pali­ków. Zie­mia była tak nasiąk­nięta wodą z roz­to­pio­nego śniegu i wio­sen­nych desz­czów, że drogę ze stajni do furty wyło­żono deskami. W kilku miej­scach na ulicy też leżały deski, ale na ogół koń­skie kopyta tonęły w grzą­skim bło­cie.

Iwa­nuszka na bia­łym kucu jechał posłusz­nie za ojcem. Igor pre­zen­to­wał się wspa­niale. Ramiona okry­wała mu pro­sta czarna opoń­cza. Chło­piec patrzył z bez­gra­nicz­nym podzi­wem na jego dum­nie wypro­sto­wane plecy. Ojciec dosia­dał wspa­nia­łego czar­nego wierz­chowca, który nosił pra­dawne imię, prze­jęte do języka Sło­wian w nieco zmie­nio­nej przez kolejne poko­le­nia for­mie. Koń nazy­wał się Tro­jan.

Mijani po dro­dze pro­ści ludzie przy­kła­dali na ich widok prawą dłoń do serca i kła­niali im się w pas. Nawet księża w sza­tach duchow­nych pochy­lali z sza­cun­kiem głowy. A to dla­tego, że Igor był mużem, szla­chet­nie uro­dzo­nym. Gdyby go zamor­do­wano, sprawca musiałby wypła­cić jego rodzi­nie rekom­pen­satę w wyso­ko­ści czter­dzie­stu srebr­nych hry­wien, pod­czas gdy zabi­cie wol­nego chłopa, czyli smerda, kosz­to­wało zale­d­wie pięć hry­wien.

Klasa panów wyróż­niała się też imio­nami. Ksią­żęta oraz ich naj­bar­dziej zasłu­żeni pod­władni nosili "kró­lew­skie" imiona zakoń­czone na -sław, -mir lub -mierz. Wło­dzi­mierz Wielki miał więc syna Jaro­sława. Wśród szlachty wciąż były popu­larne imiona skan­dy­naw­skie, jak Ruryk czy Oleg. Nawet żona Igora, choć pocho­dziła ze szla­chec­kiej sło­wiań­skiej rodziny, nosiła imię Olga, które było ruską wer­sją skan­dy­naw­skiej Helgi. Nato­miast chło­pom nada­wano stare sło­wiań­skie imiona, takie jak Ilja, Szczek czy Mal.

Jed­nak szlachtę wyróż­niał przede wszyst­kim spo­sób, w jaki się do niej zwra­cano. Chłop był zwy­czaj­nym Ilją, ale szlach­cic doda­wał do tego imię ojca, patro­ni­mik. A zatem mały Iwan, syn Igora, nazy­wał się Iwan Igo­rie­wicz. A do tego Igor był nie tylko szlach­cicem, ale także cenio­nym człon­kiem dru­żyny samego księ­cia kijow­skiego.

Na zie­miach ruskich pano­wało wielu ksią­żąt. Każde mia­sto han­dlowe leżące na jed­nym z wiel­kich szla­ków wod­nych miało swo­jego księ­cia pro­tek­tora, a wszy­scy oni wywo­dzili się od wikinga imie­niem Oleg, który przed dwoma wie­kami ode­brał Kijów Cha­za­rom. Syno­wie ostat­niego księ­cia kijow­skiego, Jaro­sława Mądrego, spra­wo­wali wła­dzę w naj­więk­szych mia­stach han­dlowego impe­rium. Obo­wią­zy­wała ich szcze­gólna zasada dzie­dzi­cze­nia - naj­star­szy żyjący brat przej­mo­wał Kijów, a pozo­stali byli mu winni posłu­szeń­stwo i zgod­nie z porząd­kiem star­szeń­stwa wła­dali coraz mniej­szymi mia­stami. Pan Igora był obec­nie wiel­kim księ­ciem kijow­skim, a leżący na pół­nocy Czer­ni­hów nale­żał do jego młod­szego brata Świę­to­sława. Roz­ważny Wsie­wo­łod, jesz­cze młod­szy, otrzy­mał poło­żony na połu­dniu Pere­ja­sław. Gdy któ­ryś z braci umie­rał, dzie­dzi­czył po nim nie jego syn, ale kolejny brat, tak więc każdy miał szansę prze­nieść się do więk­szego mia­sta.

Igor pod­le­gał samemu księ­ciu Kijowa. Co wię­cej, nale­żał do ści­słej rady ksią­żę­cej. Bra­cia Iwa­nuszki też już byli w dru­ży­nie, choć Borys słu­żył dopiero jako paź, więc naj­młod­szego aż dreszcz prze­cho­dził na myśl, że nie­długo do nich dołą­czy.

- Z koni!

Chło­piec drgnął, gdy szorstki głos ojca prze­rwał mu roz­my­śla­nia. Prze­je­chali dopiero kil­ka­set metrów, ale Igor zsu­nął się z sio­dła i szedł dłu­gimi kro­kami przed sie­bie. Iwa­nuszka rozej­rzał się. Już wie­dział, że doje­chali do soboru. Wes­tchnął. Sobory wzbu­dzały w nim lęk.

W warowni Jaro­sława Mądrego było wiele wspa­nia­łych budowli: piękne drew­niane domy szlachty, klasz­tory, cer­kwie, szkoły oraz dostojna Złota Brama wznie­siona z kamie­nia. Brama była wyjąt­kowa, bo na jej szczy­cie stała nie­wielka cer­kiew Zwia­sto­wa­nia zwień­czona złotą kopułą. Jed­nak na całej ziemi ruskiej nic nie mogło się rów­nać z maje­sta­tycz­nym sobo­rem, który Iwa­nuszka miał teraz przed oczami. Jak bło­go­sła­wiony Wło­dzi­mierz zbu­do­wał w sta­rej warowni ogromną cer­kiew Dzie­się­cinną, tak Jaro­sław wzniósł w now­szej czę­ści mia­sta swoją cer­kiew kate­dralną.

Nazwał ją sobo­rem Mądro­ści Bożej - nie mógł ina­czej, skoro wszy­scy wie­dzieli, że naj­więk­sza świą­ty­nia Wschod­niego Cesar­stwa Rzym­skiego, sie­dziba patriar­chy Kon­stan­ty­no­pola, nosi taką wła­śnie nazwę. Sofia - dla Gre­ków: Mądrość Boża.

Bo choć ten nowy naród Pół­nocy z dumą gło­sił: "Jeste­śmy Rusi­nami", to pod wie­loma wzglę­dami naśla­do­wał cywi­li­za­cję grecką. Naj­wyżsi duchowni byli Gre­kami. Nawet jedyny Sło­wia­nin, wielki kazno­dzieja, który dekadę wcze­śniej stał na czele Kościoła Rusi, przy­jął grec­kie imię Hila­rion. Dzieci ze szla­chec­kich rodzin otrzy­my­wały na chrzcie dwa imiona, sło­wiań­skie lub skan­dy­naw­skie oraz chrze­ści­jań­skie. Jaro­sław czy Borys miał więc na dru­gie Andrzej, Dymitr, Alek­san­der albo Kon­stan­tyn. A wszyst­kie te imiona cecho­wały się grec­kim rodo­wo­dem.

Kate­dra była ogromna. Zbu­do­wano ją z dłu­gich, cien­kich pasów czer­wo­nego gra­nitu powią­za­nych war­stwami różo­wej zaprawy. Ogromny, nie­mal kwa­dra­towy, czer­wo­no­ró­żowy blok świę­tej for­tecy miał przy­po­mi­nać wszyst­kim o potę­dze nowo przy­ję­tego chrze­ści­jań­skiego Boga. Pośrodku góro­wała wielka lśniąca kopuła w kształ­cie spłasz­czo­nego hełmu - podobna do tej w Kon­stan­ty­no­polu - a ota­czało ją dwa­na­ście mniej­szych. "One sym­bo­li­zują naszego Pana i jego dwu­na­stu apo­sto­łów" - powie­dział kie­dyś Igor synowi. Kate­dra była nie­mal gotowa. Jedy­nie z boku, gdzie stało nie­wiel­kie rusz­to­wa­nie, wykań­czano zewnętrzne schody.

Iwa­nuszka wszedł z drże­niem do środka.

Z zewnątrz kate­dra wyglą­dała jak for­teca, ale jej wyso­kie, mroczne wnę­trze było roz­le­głe niczym wszech­świat. Tak samo jak inne wiel­kie świą­ty­nie Impe­rium Rzym­skiego, cią­gnęła się z zachodu na wschód sze­roką linią pię­ciu naw - nawa główna miała z obu stron po nawie bocz­nej. Od wschodu każdą nawę zamy­kała pół­ko­li­sta apsyda, a od zachodu usy­tu­owane były gale­rie, na któ­rych modlili się ksią­żęta i ich dwo­rza­nie, spo­glą­da­jąc z góry na swój lud. Pośrodku świą­tyni, pod wielką kopułą, otwie­rała się roz­le­gła prze­strzeń - to tam kapłani w lśnią­cych sza­tach sta­wali przed wier­nymi i tam nie­biosa spo­ty­kały się z zie­mią.

Ale w tym dud­nią­cym wnę­trzu to nie kopuła, nawy czy potężne kolumny były naj­waż­niej­sze, tylko mozaiki.

To one przy­pra­wiały Iwa­nuszkę o dreszcz. Pokry­wały ściany od pod­łogi aż po wysoki sufit. Naj­święt­sza Panna z rękami roz­ło­żo­nymi we wschod­nim geście modli­twy, Ojco­wie Kościoła, Zwia­sto­wa­nie, Eucha­ry­stia - błę­kity i brązy, czer­wie­nie i zie­le­nie na lśnią­cym zło­tym tle. Ogromne, jasne, pocią­głe twa­rze z dużymi czar­nymi oczami patrzyły smutno i obo­jęt­nie na malucz­kich, któ­rzy zamiesz­ki­wali ten prze­mi­ja­jący świat. A z samej góry, z głów­nej kopuły, spo­glą­dał Pan­to­kra­tor, Wszech­władca - jego wiel­kie grec­kie oczy widziały wszystko i nic; znał ludz­kie istoty na wylot, sam pozo­sta­jąc nie­po­zna­wal­nym, poza wszelką ziem­ską mądro­ścią.

W świą­tyni zie­mia spo­ty­kała się z nie­bem, w pół­mroku migo­tały setki świec, złote mozaiki lśniły prze­ra­ża­ją­cym bla­skiem, roz­świe­tla­jąc ciem­no­ści tego padołu.

Roz­legł się mono­tonny śpiew:

- Gospodi, pomi­łuj. Panie, zmi­łuj się nad nami.

Popi śpie­wali w języku cer­kiew­no­sło­wiań­skim - nieco bar­dziej noso­wej odmia­nie języka mówio­nego - zro­zu­mia­łym, ale tajem­ni­czym, bo nale­żą­cym do kapła­nów.

Igor zapa­lił świecę i zamarł w cichej modli­twie przed ikoną wiszącą obok jed­nej z cięż­kich kolumn. Iwa­nuszka roz­glą­dał się wokoło.

Wszy­scy znali histo­rię nawró­ce­nia bło­go­sła­wio­nego Wło­dzi­mie­rza. Wysłał posłań­ców, by zdo­byli dla niego wie­dzę o trzech wiel­kich reli­giach - isla­mie, juda­izmie i chrze­ści­jań­stwie. A ci po powro­cie z Kon­stan­ty­no­pola oznaj­mili, że będąc w grec­kiej cer­kwi, "nie wie­dzieli, czy są na ziemi, czy w nie­bie".

W takich wła­śnie kate­drach cesa­rze Kon­stan­ty­no­pola - a teraz także naśla­du­jący ich ksią­żęta Kijowa - spro­wa­dzali widzialne nie­biosa na zie­mię i przy­po­mi­nali pod­da­nym, że oni, władcy modlący się wysoko na gale­riach, są namiest­ni­kami wiecz­nego Boga, który choć nie­po­zna­walny, jest wśród nich obecny.

Igor, ze swoim orien­tal­nym rodo­wo­dem, odnaj­dy­wał spo­kój w kon­tem­plo­wa­niu tej abso­lut­nej, nie­po­zna­wal­nej mocy. Iwa­nuszka, pół-Sło­wia­nin, instynk­tow­nie cofał się przed takim Bogiem, tęsk­niąc za bóstwem cie­plej­szym i łagod­niej­szym. To dla­tego drżał, jakby mu było zimno.

Ucie­szył się, gdy po kilku minu­tach wyszli z cer­kwi i ruszyli w kie­runku bramy, za którą otwie­rał się leśny trakt do klasz­toru. I do jego prze­zna­cze­nia.

W końcu sta­nęli przed klasz­torną furtą.

Droga z warowni była tak piękna, że Iwa­nuszkę prze­peł­niała radość. Za murami trakt pro­wa­dził naj­pierw wśród roz­rzu­co­nych z rzadka chat pospól­stwa, a potem skrę­cał na połu­dnie ku małemu wznie­sie­niu zwa­nemu Bie­rie­stowo, gdzie święty Wło­dzi­mierz zbu­do­wał sobie jesz­cze jedną sie­dzibę. Po lewej, pomię­dzy dachami, prze­świe­cało w dole lustro rzeki, a dalej, po dru­giej stro­nie sze­ro­kiego roz­le­wi­ska, cią­gnęła się poro­śnięta lasami rów­nina. Pierw­sze listki na dębach i bukach okryły oko­licę miękką jasno­zie­loną mgłą ście­lącą się pod bla­do­nie­bie­skim nie­bem. W nie­ru­cho­mym powie­trzu wio­sen­nego poranka nic nie zakłó­cało cichego śpiewu pta­ków. Iwa­nuszka jechał rado­śnie za ojcem w kie­runku odda­lo­nego o trzy i pół kilo­me­tra wznie­sie­nia, na któ­rym miesz­kali mnisi.

Ale cały czas nie wie­dział, jaki jest cel tej podróży.

Igor mil­czał, pogrą­żony w myślach. Zada­wał sobie pyta­nie, czy słusz­nie postę­puje. Ta poranna wyprawa była nie­zwy­kłym posu­nię­ciem, nawet jak na bojara tak suro­wego i poboż­nego jak on. Oto bowiem posta­no­wił prze­zna­czyć Iwa­nuszkę do stanu duchow­nego.

Ta decy­zja nie przy­szła mu łatwo. Żaden bojar nie chciał, by jego syn został mni­chem czy księ­dzem. Życie w ubó­stwie było nie­mal hańbą i ci spo­śród szla­chet­nie uro­dzo­nych, któ­rzy wybie­rali tę drogę, robili to wbrew woli rodziny. Ow­szem, bojar taki jak Igor mógł poświę­cać na modli­twę kilka godzin dzien­nie, a książę na łożu śmierci - pro­sić nawet o mni­sią ton­surę. Ale żeby mło­dzie­niec dawał się pogrze­bać za życia, przyj­mu­jąc śluby ubó­stwa?

Ta myśl zaświ­tała w umy­śle Igora nie­długo po poja­wie­niu się czer­wo­nej gwiazdy.

- Nie twier­dzę, że Iwa­nuszka jest głup­cem - powie­dział do żony. - Ale jest marzy­cie­lem. A tam­tej nocy zna­la­złem go wpa­trzo­nego w kometę. Gdy­bym go nie przy­pro­wa­dził do domu, zamar­złby na śmierć. Powi­nien zostać mni­chem.

Jemu samemu udało się osią­gnąć wysoką pozy­cję, był wojow­ni­kiem i nale­żał do dru­żyny, ale dosko­nale wie­dział, ile wysiłku to wymaga.

- Nie sądzę, żeby Iwa­nuszce też się udało - przy­znał ze smut­kiem.

- Powi­nie­neś dać mu wię­cej czasu - odparła Olga.

Bra­ko­wało mu cier­pli­wo­ści? Może. Ale jaki ojciec będzie tole­ro­wał sła­bość syna? Nawet jeśli jest to jego uko­chane dziecko. Choć jed­no­cze­śnie jakiś wewnętrzny głos powta­rzał mu cicho: "Ten chło­piec jest taki jak ty".

Ale gdy mijały tygo­dnie, a przed chłop­cem nie otwie­rały się żadne moż­li­wo­ści, zaczął się zasta­na­wiać: "Może to sam Bóg domaga się, by chło­pak został Jego sługą wbrew mojej woli?". I powoli się do tego przy­go­to­wy­wał.

Zaczął od roz­mowy z ojcem Łuka­szem, któ­remu zwie­rzył się ze swo­ich prze­my­śleń. No, może tro­chę prze­sa­dził z reli­gij­no­ścią Iwa­nuszki. I ubła­gał sta­rego mni­cha, by ten poroz­ma­wiał z chłop­cem i zachę­cił go do wkro­cze­nia na duchową ścieżkę, gdyby się oka­zało, że ma powo­ła­nie. Był prze­ko­nany, że jeśli pro­po­zy­cja pad­nie z ust samego ojca Łuka­sza, Iwa­nuszka chęt­niej ją przyj­mie.

Powie­dział o tym żonie zale­d­wie poprzed­niego dnia. Jej twarz zbla­dła.

- Bła­gam cię, nie odtrą­caj Iwa­nuszki! - pro­siła.

- Nie mam takiego zamiaru - odpo­wie­dział. - Jeśli nie będzie chciał, to nie pój­dzie do klasz­toru.

- Ale będziesz go do tego zachę­cał.

- Pokażę mu jedy­nie klasz­tor, to wszystko.

Olga była zroz­pa­czona. Ona też dobrze znała naj­młod­szego syna. Kto wie, co prze­mówi do jego wyobraźni. A jeśli da się łatwo prze­ko­nać do klasz­tor­nego życia? Wtedy utraci go na zawsze.

- Prze­cież nie musi wyjeż­dżać z Kijowa - zauwa­żył Igor.

Był jed­nak ambitny, więc w tajem­nicy liczył, że chło­pak wyje­dzie na jakiś czas do jed­nego z wiel­kich grec­kich klasz­to­rów na dale­kiej górze Athos - to by mu dało szansę na wyso­kie sta­no­wi­sko kościelne. A nuż chło­pak zosta­nie dru­gim Hila­rio­nem! Nie zdra­dził się jed­nak z tymi nadzie­jami.

- Już go ni­gdy nie zoba­czę - roz­pa­czała Olga.

- Każdy syn musi kie­dyś opu­ścić matkę - prze­ko­ny­wał. - Poza tym jeśli taka jest wola boża, musimy jej być posłuszni. Zresztą kto wie? Może życie duchowne da mu praw­dziwe szczę­ście? Może nawet będzie szczę­śliw­szy niż ja? - Nie zda­wał sobie z tego sprawy, ale to stwier­dze­nie, choć mało tak­towne, było bli­skie prawdy. - Zabiorę go dziś do kate­dry i do klasz­toru. Poroz­ma­wia z ojcem Łuka­szem. To wszystko.

Miał nadzieję, że chło­pak, gdy zoba­czy klasz­tor, nabie­rze zain­te­re­so­wa­nia życiem duchow­nym. Wtedy on mu powie, że ni­gdy nie zosta­nie boja­rem. Sprawi tym chłopcu wielki ból. Ale przy­naj­mniej znaj­dzie jakieś roz­wią­za­nie.

I tak oto Iwa­nuszka poja­wił się tego ranka w klasz­to­rze.

Był tutaj po raz pierw­szy.

Dotarli na szczyt wznie­sie­nia i zna­leźli się na pola­nie przed mocną drew­nianą furtą. Gdy przez nią prze­jeż­dżali, ukło­nił im się mnich w czar­nym habi­cie. Iwa­nuszka, pobla­dły z pod­nie­ce­nia, roz­glą­dał się dookoła.

Miej­sce nie wyglą­dało szcze­gól­nie impo­nu­jąco. Była tu nie­wielka drew­niana kaplica, kilka dom­ków miesz­kal­nych oraz dwa niskie, podobne do sto­dół budynki - w jed­nym mie­ścił się refek­tarz, gdzie mnisi jedli posiłki, w dru­gim - przy­tu­łek dla cho­rych. Klasz­tor w niczym nie przy­po­mi­nał wspa­nia­łej kate­dry, co tro­chę roz­cza­ro­wało Iwa­nuszkę. W ogóle miej­sce wyda­wało mu się bar­dzo smutne.

Słońce stało już wysoko na nie­bie, ale drew­niane chaty wciąż pokry­wała poranna rosa, jakby chłodna, wil­gotna zie­mia wnik­nęła w ściany tutej­szych domów. Pomię­dzy drze­wami leżały głazy, tu i tam wid­niały plamy brą­zo­wego błota. I pomimo począt­ków wio­sny uno­siła się atmos­fera jesieni, jakby liście wciąż spa­dały z drzew.

Minęło ledwo dwa­dzie­ścia lat, odkąd mnich Antoni, wra­ca­jąc z dale­kiej Gre­cji, ze świę­tej góry Athos, natra­fił na tutej­sze jaski­nie. Wkrótce dołą­czyli do niego inni i w ten spo­sób powstała wspól­nota kil­ku­na­stu pustel­ni­ków, któ­rzy wyko­pali pod zie­mią sieć maleń­kich cel i łączą­cych je przejść. Iwa­nuszka poczuł się dziw­nie, uświa­do­miw­szy sobie, że mnisi sie­dzą w swo­ich norach jak kró­liki, nie wie­dząc nic o jego obec­no­ści.

Jeśli cho­dzi o mni­cha Anto­niego, żył samot­nie w jaskini, z dala od klasz­tor­nej spo­łecz­no­ści. Na świa­tło dzienne wycho­dził z rzadka, i to jedy­nie z waż­nej przy­czyny - tak jak wtedy, gdy popro­sił księ­cia kijow­skiego, by prze­ka­zał wznie­sie­nie mni­chom - a potem znów zni­kał w swo­jej samotni. Mówiono jed­nak, że jego święty duch unosi się nad klasz­to­rem jak zwoje mgły. A tym­cza­sem pobożni mnisi pod prze­wod­nic­twem dobro­tli­wego Teo­do­zju­sza, wśród nich ojciec Łukasz, zbu­do­wali nad zie­mią i pod zie­mią klasz­tor.

Iwa­nuszka i Igor zsie­dli z koni, które odpro­wa­dził jeden z mni­chów. Drugi, po krót­kiej, pro­wa­dzo­nej szep­tem roz­mo­wie, znik­nął w małej chatce.

- Tam jest wej­ście do pie­czar - wyja­śnił ojciec.

Cze­kali. Upły­nęło kilka minut. Dwóch star­szych mni­chów i towa­rzy­szący im młody bra­ci­szek minęli ich powoli i weszli do drew­nia­nej kaplicy. Iwa­nuszka zauwa­żył, że jeden ze star­ców ma na szyi ciężki łań­cuch i poru­sza się z dużym tru­dem.

- Po co mu ten łań­cuch? - spy­tał szep­tem.

Ojciec spoj­rzał na niego tak, jakby to było głu­pie pyta­nie.

- Żeby umar­twiać ciało - odpo­wie­dział ostro. - On jest bli­sko Boga - dodał z sza­cun­kiem.

Iwa­nuszka mil­czał. Poli­czek otarł mu słaby oddech chłod­nego wia­tru.

A potem drzwi chaty naprze­ciwko otwo­rzyły się powoli, a mnich, który się w nich uka­zał, przy­trzy­mał je dla jakiejś nie­wi­docz­nej osoby. Iwa­nuszka usły­szał szept ojca.

- Idzie!

Wstrzy­mał oddech. W progu uka­zał się kawa­łek szaty. A więc za chwilę ta wspa­niała postać odsłoni przed nim jego prze­zna­cze­nie.

I wtedy z chatki wyszedł niski, wychu­dły sta­rzec.

Jego siwe włosy były przy­cze­sane, ale nie­zbyt czy­ste, podob­nie jak czarny habit prze­wią­zany skó­rza­nym pasem, który pokry­wały kropki ple­śni. Za to brodę miał nie­przy­strzy­żoną i potar­ganą. Szedł ku nim, powłó­cząc nogami. Młody mnich postę­po­wał tuż za nim, gotowy w każ­dej chwili go pod­trzy­mać.

Ojciec Łukasz miał pomarsz­czoną, tru­pio bladą twarz, nie­mal prze­sło­niętą brwiami, może dla­tego, że mocno się gar­bił. Zro­biw­szy kilka kro­ków, otwo­rzył usta, jakby roz­luź­niał zesztyw­niałe mię­śnie, przy­go­to­wu­jąc je do uśmie­chu, który - w swoim mnie­ma­niu - był winny przy­by­szom. Iwa­nuszka zauwa­żył, że mnich ma liczne braki w pożół­kłym uzę­bie­niu. A jego oczy - wbrew temu, co sobie wyobra­żał - wcale nie lśniły jak słońca. Były to stare, załza­wione oczy, do tego lekko zezu­jące. Wyda­wało się, że sta­rzec jest naj­bar­dziej zaab­sor­bo­wany patrze­niem na wła­sne brudne stopy w skó­rza­nych łap­ciach, tak dziu­ra­wych, że nie­mal się roz­pa­dały. Ale było coś gor­szego niż jego wygląd, na co Iwa­nuszka nie był przy­go­to­wany.

Zapach.

Bo ludzie żyjący pod zie­mią nabie­rali nie tylko bla­dej cery, niczym trupy, ale także okrop­nej woni. Ta woń, wyprze­dza­jąc ojca Łuka­sza, dotarła wła­śnie do chłopca. Ni­gdy wcze­śniej nie czuł takiego zapa­chu - w jego umy­śle zama­ja­czył nie­wy­raźny obraz mokrej gliny, mar­twych ciał i gni­ją­cych liści.

Mnich zatrzy­mał się obok niego.

Chło­piec usły­szał głos ojca:

- To jest wła­śnie Iwa­nuszka.

Pochy­lił głowę.

A więc tak wygląda ojciec Łukasz. Nie mógł w to uwie­rzyć. Miał ochotę uciec. Jak wła­sny ojciec mógł go tak okrut­nie oszu­kać? Żeby on mnie tylko nie dotknął, modlił się w duchu.

Kiedy pod­niósł wzrok, zauwa­żył, że ojciec i mnich cicho ze sobą roz­ma­wiają. Oczy mni­cha, który od czasu do czasu zer­kał na niego, były nie­bie­skie, bystrzej­sze i bar­dziej badaw­cze, niż mu się na początku wyda­wało.

Obaj męż­czyźni roz­ma­wiali rze­czowo o cał­kiem docze­snych spra­wach - o han­dlu i poli­tyce Tmu­ta­ra­ka­nia, o cenie soli, o zbu­do­wa­niu nowego klasz­toru Świę­tego Dymi­tra w warowni. Iwa­nuszka uznał to za dziwne i raczej nudne. Dla­tego był zasko­czony, gdy ojciec Łukasz nagle ski­nął w jego kie­runku głową.

- Więc to jest ten mło­dzie­niec, o któ­rym mi wspo­mi­na­łeś?

- Tak, to on.

- Iwan - mruk­nął ojciec Łukasz jakby do sie­bie, jed­no­cze­śnie uśmie­cha­jąc się do chłopca. - Chrze­ści­jań­skie imię, bar­dzo odpo­wied­nie dla mło­dego czło­wieka.

W owych cza­sach nie­wielu Rusi­nów miało na pierw­sze imię Iwan, które było sło­wiań­skim odpo­wied­ni­kiem Jana. Jed­nak Igor, który swoim star­szym synom dał po dwa imiona - sło­wiań­skie i chrze­ści­jań­skie - z jakie­goś powodu naj­młod­szemu dał tylko jedno, pod­czas chrztu.

Iwa­nuszka zauwa­żył, że ojciec uśmie­cha się do niego zachę­ca­jąco, jakby chciał mu dodać otu­chy, choć widać było, że tak naprawdę nie­po­koi się, czy syn zrobi odpo­wied­nie wra­że­nie. I jak zawsze w podob­nych oko­licz­no­ściach Iwa­nuszka poczuł, jak coś się w nim zaci­ska, a w umy­śle rodzi się jeden wielki zamęt. Kolejne pyta­nie mni­cha jedy­nie pogłę­biło ten stan.

- Podoba ci się tutaj?

I jak miał odpo­wie­dzieć? Był smutny i zawie­dziony, a pyta­nie ojca Łuka­sza wydo­było te uczu­cia na powierzch­nię. Ze łzami w oczach, nie­mal wście­kły na ojca, a jed­no­cze­śnie odrę­twiały z roz­cza­ro­wa­nia, nie mogąc spoj­rzeć im w twarz, wybuch­nął:

- Nie!

Nie­omal poczuł, jak ojciec sztyw­nieje z obu­rze­nia.

- Iwa­nie!

Pod­niósł wzrok i napo­tkał pełne zło­ści spoj­rze­nie Igora. Jed­nak mnich nie był obu­rzony.

- Co tutaj widzisz? - zapy­tał spo­koj­nie.

To pyta­nie też go zasko­czyło. Było tak pro­ste, że choć nie mógł zebrać myśli, odpo­wie­dział bez naj­mniej­szego zasta­no­wie­nia:

- Gni­jące liście.

Usły­szał gniewne par­sk­nię­cie ojca, a potem ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że mnich wyciąga bladą, kości­stą rękę i łagod­nie bie­rze Igora za ramię.

- Nie złość się - upo­mniał go cicho. - Chło­piec powie­dział prawdę. - Wes­tchnął. - Jest za młody, żeby tu zostać.

- Ale prze­cież przyj­mo­wa­li­ście innych chłop­ców - zaopo­no­wał ojciec.

Mnich ski­nął głową, ale bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia.

- Ow­szem, przyj­mo­wa­li­śmy. - Odwró­cił się do Iwa­nuszki. - A więc, Iwa­nie, chciał­byś zostać kapła­nem?

Kapła­nem? O czym ten sta­rzec mówi? Chciał zostać boja­rem, boha­te­rem. Patrzył na mni­cha ze zdu­mie­niem połą­czo­nym z lękiem.

- Jesteś pewien, mój przy­ja­cielu? - zwró­cił się do Igora ojciec Łukasz, z cierp­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Myśla­łem, że tak będzie naj­le­piej. - Igor zmarsz­czył brwi. Był zły i zakło­po­tany jed­no­cze­śnie.

Iwa­nuszka spoj­rzał na ojca. Począt­kowo nie potra­fił zro­zu­mieć, o co tutaj cho­dzi, ale powoli zamęt w jego umy­śle zaczął ustę­po­wać. Skoro ojciec widział go jako duchow­nego, to zna­czy, że jego zda­niem nie nadaje się na bojara. Wciąż czuł bole­sne roz­cza­ro­wa­nie, wywo­łane odkry­ciem, że ten wspa­niały ojciec Łukasz to tylko zanie­dbany sta­rzec, a do tego jesz­cze uświa­do­mił sobie dwie rze­czy. Nie mówiąc mu o swo­ich pla­nach, ojciec go zdra­dził. I odtrą­cił.

Ojciec Łukasz otwo­rzył książkę, którą wycią­gnął spo­mię­dzy fałd habitu.

- To jest litur­gia świę­tego Jana Chry­zo­stoma - oznaj­mił. - Umiesz to prze­czy­tać? - Poka­zał chłopcu modli­twę.

Iwa­nuszka zaczął dukać, a ojciec Łukasz spo­koj­nie przy­ta­ki­wał. Potem wyjął jesz­cze jedną nie­dużą książkę, ale w tej pismo było inne i chło­piec pokrę­cił głową.

- Święty Cyryl wymy­ślił ten alfa­bet dla Sło­wian - wyja­śnił sta­rzec. - Wielu mni­chów wciąż używa tego pisma, w któ­rym jest kilka hebraj­skich liter. Jed­nak dziś posłu­gu­jemy się alfa­betem wymy­ślo­nym przez następ­ców Cyryla, wzo­ro­wa­nym na grec­kim i błęd­nie nazy­wa­nym cyry­licą. Kapłan powi­nien znać oba.

Iwa­nuszka w mil­cze­niu zwie­sił głowę.

- W naszym klasz­to­rze - cią­gnął cicho ojciec Łukasz - obo­wią­zuje reguła usta­no­wiona przez opata Teo­do­zju­sza. Bar­dzo mądra reguła. Mnisi poświę­cają czas głów­nie na śpiewy i modli­twę w kaplicy, ale zaj­mują się też poży­tecz­nymi pra­cami, jak opieka nad cho­rymi. Oczy­wi­ście nie­któ­rzy przyj­mują surow­szą dys­cy­plinę i na długi czas zamy­kają się w celach albo w jaski­niach. Ale to ich wybór.

- Święty wybór - wtrą­cił Igor z sza­cun­kiem.

Na ojcu Łuka­szu nie zro­biło to wra­że­nia.

- Nie dla wszyst­kich. - Wes­tchnął, choć zabrzmiało to raczej jak urwane syk­nię­cie. Iwa­nuszce wyda­wało się, że sta­rzec zużywa mniej powie­trza niż inni. - Życie mni­cha jest nie­ustan­nym zbli­ża­niem się do Boga - cią­gnął cicho, nie wia­domo, czy kie­ru­jąc swoje słowa do Igora, czy do jego syna. - W tym cza­sie ciało usy­cha, ale duch zostaje nakar­miony i może wzra­stać w połą­cze­niu z Bogiem. - Jego cichy głos brzmiał dla Iwa­nuszki jak opa­da­nie liści.

Ojciec Łukasz zaka­słał chra­pli­wie. On jest jak zako­pana w ziemi łupina, pomy­ślał Iwa­nuszka.

- W ten spo­sób ciało umiera, żeby dusza mogła żyć.

Iwa­nuszka wie­dział, że przy­go­to­wu­jąc się do śmierci, część mni­chów wsta­wia do swo­ich cel trumny.

Zauwa­żył, że ojciec Łukasz przy­gląda mu się bez­na­mięt­nie, obser­wu­jąc jego reak­cję na te słowa. On jed­nak nie umiał ukryć zawodu ani pra­gnie­nia ucieczki od tego obrazu śmierci.

- Ale to nie jest śmierć - cią­gnął mnich, jakby czy­ta­jąc w jego myślach. - Bo Chry­stus śmierć poko­nał. Trawa usy­cha, lecz słowo Pana naszego trwa na wieki. A więc nawet w tej śmier­tel­nej powłoce nasze dusze żyją w świe­cie ducha, w poko­rze przed Bogiem. - Jeśli te słowa miały Iwa­nuszkę pocie­szyć, to by­naj­mniej nie odnio­sły tego skutku.

Asce­tyczny ideał umar­twia­nia ciała był bar­dzo stary. Już od wie­ków prak­ty­ko­wali go naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wani pustel­nicy w chrze­ści­jań­skiej Syrii. Nie zada­wali sobie okrut­nego bólu jak zachodni biczow­nicy, ale pozba­wiali się życio­wych soków, powoli osła­biali ciało, spro­wa­dza­jąc je do bez­u­ży­tecz­nej sko­rupy, która nie prze­szka­dza w życiu ducho­wym i służ­bie bożej.

- Jed­nak takich skraj­nych przy­pad­ków jest nie­wiele - mówił ojciec Łukasz, obser­wu­jąc go uważ­nie. - Więk­szość mni­chów wie­dzie pro­ste życie, poświę­ca­jąc się służ­bie Bogu i współ­bra­ciom. Taką wła­śnie regułę zale­cał nasz opat Teo­do­zjusz.

W odczu­ciu Iwa­nuszki nawet to nie zabrzmiało pocie­sza­jąco.

- Chciał­byś słu­żyć Bogu? - spy­tał nie­ocze­ki­wa­nie sta­rzec.

- O tak!

Miał nie­mal łzy w oczach. Zawsze chciał słu­żyć Bogu. I czę­sto wyobra­żał sobie, jak z imie­niem Boga na ustach pędzi konno po ste­pie, wal­cząc z poga­nami.

Sta­rzec chrząk­nął.

- Chło­pak jest jesz­cze młody. Kocha swoje ciało. - Powie­dział to spo­koj­nie, bez zło­ści, ale sta­now­czo. Odwró­cił się ple­cami do Iwa­nuszki.

- A więc nie nadaje się na mni­cha? - spy­tał z nie­po­ko­jem Igor.

- Bóg przy­zywa czło­wieka do sie­bie we wła­ści­wym cza­sie. Nie wiem, co się jesz­cze wyda­rzy.

- A więc nie powi­nien się przy­uczać do stanu duchow­nego? - dopy­ty­wał się Igor.

Jed­nak ojciec Łukasz bez słowa odwró­cił się do Iwa­nuszki i w geście, który mógł być bło­go­sła­wień­stwem, poło­żył mu dłoń na gło­wie.

- Widzę, że wyru­szysz w podróż - powie­dział. - I z niej powró­cisz.

W podróż? Myśli Iwa­nuszki zaczęły sza­leń­czo galo­po­wać. Cho­dzi mu o podróż nad wielki Don? Na pewno. I nic nie wspo­mniał o zosta­niu kapła­nem. A więc nie wszystko jesz­cze stra­cone.

Tym­cza­sem mnich patrzył surowo na Igora.

- Za dużo pościsz - rzu­cił nagle.

- Prze­cież post jest dozwo­lony - zdzi­wił się Igor.

- Post to dzie­się­cina należna Bogu. A dzie­się­cina ozna­cza jedną dzie­siątą, nie wię­cej. Powi­nie­neś ogra­ni­czyć swoje posty. Jesteś dla sie­bie zbyt surowy.

- A moje modli­twy?

Iwa­nuszka wie­dział, że ojciec długo modli się o świ­cie, a potem w ciągu dnia jesz­cze trzy albo cztery razy.

- Możesz się modlić, ile chcesz, jeśli tylko nie zanie­dbu­jesz przez to swo­ich spraw - odparł mnich ostro. - To zami­ło­wa­nie do postów przy­było do nas z łaciń­skiego Zachodu przez Morawy. Nie należę do tych, któ­rzy potę­piają Zachód, ale nad­miar postów wśród ludzi świec­kich to głu­pota. Jeśli chcesz to robić, lepiej przy­łącz się do Rzy­mian i wygła­szaj ich Credo - dorzu­cił z lek­kim uśmie­chem.

Od ponad dzie­się­ciu lat trwał roz­dź­więk mię­dzy Kościo­łem wschod­nim a zachod­nim, mię­dzy Kon­stan­ty­no­po­lem a Rzy­mem. Punk­tem spor­nym było tytu­ło­wa­nie Boga i Trójcy Świę­tej w Credo, lecz kryły się pod tym także inne róż­nice teo­lo­giczne. Papież uwa­żał się za naj­wyż­szą wła­dzę, z czym Kościół wschodni nie chciał się zgo­dzić. Jed­nak do roz­łamu jesz­cze nie doszło.

Ta łagodna drwina mni­cha miała jedy­nie przy­po­mnieć Igo­rowi, że jako duchowy syn ojca Łuka­sza winien mu posłu­szeń­stwo.

- Zro­bię, jak mi każe­cie - odparł bojar. - Ale skoro chło­pak nie zosta­nie duchow­nym, to co z nim będzie?

Sta­rzec nawet nie spoj­rzał na Iwa­nuszkę.

- Bóg jeden wie.

Rok 1067

Złoty Kijów. Ruś miała pro­blem. Oto jej władcy wymy­ślili sys­tem poli­tyczny, który się nie spraw­dzał. Szko­puł tkwił w suk­ce­sji.

Kiedy panu­jący klan posta­no­wił, że mia­sta będą prze­cho­dziły nie z ojca na syna, lecz z brata na brata, nikt nie prze­wi­dy­wał kon­se­kwen­cji, które oka­zały się kata­stro­falne.

Przede wszyst­kim każdy książę mógł prze­ka­zać synom rządy w mniej­szych mia­stach na swo­ich zie­miach, jed­nak po jego śmierci syno­wie musieli oddać wła­dzę kolej­nemu księ­ciu w linii suk­ce­syj­nej, czę­sto bez żad­nej rekom­pen­saty. Co gor­sza, jeśli któ­ryś z ksią­żę­cych braci umie­rał, zanim otrzy­mał jakieś mia­sto, jego dzieci wypa­dały z łań­cu­cha dzie­dzi­cze­nia. Takich ksią­żąt bez ziemi i jakich­kol­wiek wido­ków na przy­szłość było wielu. Nazy­wano ich tak samo jak wszyst­kich ludzi wywłasz­czo­nych lub nie­po­sia­da­ją­cych żad­nej wła­sno­ści - izgo­jami.

I nawet jeśli w danej linii dzie­dzi­cze­nia nie było izgo­jów, to i tak sys­tem dopro­wa­dzał do sytu­acji absur­dal­nych.

Ruscy ksią­żęta byli bowiem dłu­go­wieczni i mieli wielu synów. I zda­rzało się tak, że naj­star­szy syn miał już doro­słe dzieci, które wojo­wały i rzą­dziły kra­jem, a jego naj­młod­szy brat był jesz­cze małym chłop­cem. Mimo to owi wojow­nicy i mężo­wie stanu w razie śmierci ojca musie­liby uznać zwierzch­nic­two mało­let­niego stryja. Nic dziw­nego, że budziło to ich złość.

I gdy na świe­cie poja­wiały się kolejne poko­le­nia, coraz trud­niej było usta­lić, kto ma prawo do czego, nie mówiąc już o zgo­dzie poszcze­gól­nych stron­nictw. Klan wła­da­jący Rusią Kijow­ską przez wiele poko­leń wpro­wa­dzał jedy­nie doraźne zmiany do sys­temu, który był błędny w całym swoim zało­że­niu. Nie­stety, samego pro­blemu ni­gdy nie udało się roz­wią­zać.

Złoty Kijów. Jed­nak ostat­nio Iwa­nuszka miał wra­że­nie, że nad mia­stem zawi­sło dziwne świa­tło. W powie­trzu uno­sił się zapach zdrady. Rok po poja­wie­niu się na nie­bie strasz­nego znaku jego zna­cze­nie dla ruskich ziem sta­wało się coraz bar­dziej jasne.

Począt­kowo Iwa­nuszka oba­wiał się o ojca.

Książę połocki szcze­gól­nie wyróż­niał się spo­śród wszyst­kich ruskich ksią­żąt. Ludzie mówili, że był wil­ko­ła­kiem. Rze­czy­wi­ście wyglą­dał prze­ra­ża­jąco.

- Uro­dził się z kawał­kiem czepka przy­kry­wa­ją­cym oko - mówiła matka Iwa­nuszki. - I ten kawa­łek zacho­wał się do dziś.

- On jest naprawdę taki zły? - dopy­ty­wał się chło­piec.

- Jesz­cze gor­szy niż Baba-Jaga - odpo­wia­dała matka.

Bunt księ­cia Połocka był typo­wym spo­rem dyna­stycz­nym. Ten wnuk bło­go­sła­wio­nego Wło­dzi­mie­rza, cho­ciaż nie był pozba­wio­nym ziemi izgo­jem, został wyłą­czony z głów­nej linii suk­ce­sji: otrzy­mał Połock leżący na zacho­dzie, bli­sko pol­skich ziem, ale nie miał szans na odzie­dzi­cze­nie Kijowa, Nowo­grodu, Czer­ni­howa ani żad­nego z naj­więk­szych miast Rusi.

Przez jakiś czas, gdy inni ksią­żęta izgoje wznie­cali zamieszki na odle­głych tere­nach, książę połocki mil­czał. A potem nagle w samym środku zimy ude­rzył na wielki Nowo­gród. Śnieg pokry­wał zie­mię grubą war­stwą, gdy Igor i jego dwaj starsi syno­wie wyru­szyli na pół­noc pod komendą księ­cia kijow­skiego i jego braci.

Jakże Iwa­nuszka żało­wał, że nie może im towa­rzy­szyć! Rok, który minął od wyprawy do klasz­toru, był dla niego straszny. Z obawy przed napa­dami Połow­ców na ste­pach podróż kara­wany Cha­zara Żydo­wina została odło­żona. Igor pró­bo­wał umie­ścić syna w domu któ­re­goś z człon­ków rodziny ksią­żę­cej, ale bez­sku­tecz­nie. I kil­ka­krot­nie pytał go, czy nie chciałby jesz­cze raz poje­chać do klasz­toru. Jed­nak on zwie­szał tylko głowę, więc Igor wzru­szał ramio­nami i dawał mu spo­kój.

A teraz ojciec wyru­szył z braćmi na wyprawę prze­ciwko wil­ko­ła­kowi.

- Ojcze, zabij go! - wołał za nimi Iwa­nuszka, gdy odjeż­dżali. Choć w głębi serca nie był co do tego taki prze­ko­nany.

Minęły trzy tygo­dnie. Nade­szły wie­ści, że na zacho­dzie zbun­to­wane mia­sto Mińsk upa­dło i że woj­ska posu­wają się coraz dalej na pół­noc. A potem zapa­dła cisza.

Aż któ­re­goś popo­łu­dnia na początku marca, gdy śnieg jesz­cze nie stop­niał, Iwa­nuszka usły­szał na podwó­rzu stu­kot koń­skich kopyt. Wybiegł na zewnątrz. Z konia zsia­dała jakaś wysoka postać.

To był jego brat Świę­to­pełk. Ależ on podobny do ojca!

Świę­to­pełk spoj­rzał na Iwa­nuszkę.

- Wygra­li­śmy - oznaj­mił sucho. - Ojciec jest jesz­cze w dro­dze razem z Bory­sem. Wysłał mnie przo­dem, żebym uprze­dził matkę.

- A wil­ko­łak?

- Poniósł klę­skę i uciekł. Już po nim.

- A co się stało w Miń­sku?

Świę­to­pełk uśmiech­nął się. Dla­czego jego uśmiech miał w sobie gorycz? I dla­czego brat uśmie­chał się tylko wtedy, gdy mówił o cier­pie­niu innych ludzi?

- Wyrżnę­li­śmy wszyst­kich męż­czyzn, a kobiety i dzieci sprze­da­li­śmy w nie­wolę. - Zaśmiał się. - Było tylu nie­wol­ni­ków, że cena spa­dła do pół hrywny za głowę.

Iwa­nuszka ruszył za nim do domu. W progu Świę­to­pełk zatrzy­mał się i spoj­rzał do tyłu przez ramię.

- Aha, mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość - rzu­cił nie­dbale.

- Dla mnie? - Iwa­nuszka zaczął gorącz­kowo myśleć, co by to mogło być.

- Bóg jeden wie, dla­czego cię to spo­tyka - powie­dział Świę­to­pełk. - Niczym sobie na to nie zasłu­ży­łeś. - Zabrzmiało to żar­to­bli­wie, ale Iwa­nuszka wie­dział, że brat mówi poważ­nie.

- Jaką wia­do­mość? Powiedz!

- Ojciec ci powie. - Naj­wy­raź­niej Świę­to­pełk nie był zado­wo­lony z tej dobrej wia­do­mo­ści. - Pomęcz się, dopóki ojciec nie wróci. - Uśmiech­nął się blado i wszedł do domu.

Iwa­nuszka usły­szał rado­sny okrzyk matki. Kochała Świę­to­pełka, bo był podobny do ojca.

Wie­ści, które ojciec przy­wiózł następ­nego dnia, były tak wspa­niałe, że chło­piec aż nie mógł w nie uwie­rzyć.

Młod­szy brat księ­cia kijow­skiego, książę Wsie­wo­łod, wła­dał Pere­ja­sła­wiem - wspa­nia­łym mia­stem poło­żo­nym sto kilo­me­trów na połu­dnie od sto­licy. Wsie­wo­łod zawarł mał­żeń­stwo, które zaim­po­no­wało ruskiej szlach­cie, poślu­bił bowiem księż­niczkę z rodu Mono­ma­chów, kró­lew­skiej rodziny Kon­stan­ty­no­pola. A ich syn Wło­dzi­mierz był tylko o rok star­szy od Iwa­nuszki.

- Musimy urzą­dzić chłop­com spo­tka­nie - obwie­ścił Igor z dumą. - Zaprzy­jaź­ni­łem się z Wsie­wo­ło­dem na wypra­wie, a on w zasa­dzie zgo­dził się, by Iwan został paziem małego Wło­dzi­mie­rza.

- Wiesz, że to wielka szansa - powie­działa matka do Iwa­nuszki. - Mówią, że Wło­dzi­mierz jest uta­len­to­wany i ma przed sobą wspa­niałą przy­szłość. Towa­rzy­szyć mu od tak mło­dego wieku... - Roz­ło­żyła ręce tak, jakby chciała poka­zać, że skarby Kijowa i cesar­skiego Kon­stan­ty­no­pola zlały się w jedno.

Iwa­nuszka nie posia­dał się z rado­ści.

- Kiedy? Kiedy? - dopy­ty­wał natar­czy­wie.

- Zabiorę cię do Pere­ja­sła­wia na Boże Naro­dze­nie - oznaj­mił Igor. - Do tego czasu musisz się dobrze przy­go­to­wać. - Co powie­dziaw­szy, kazał chłopcu odejść.

- Smutno mi, że Iwa­nuszka odje­dzie - przy­znała Olga. - Będę za nim tęsk­nić.

- Taki już los kobiet - zauwa­żył chłodno Igor, nie przy­zna­jąc, że on też będzie tęsk­nił.

Igor i jego żona byliby jed­nak bar­dzo zanie­po­ko­jeni, gdyby wie­dzieli o pew­nym drob­nym wyda­rze­niu, do któ­rego nie­długo potem doszło w stajni.

Byli tam trzej bra­cia. Borys z sze­ro­kim uśmie­chem klep­nął Iwa­nuszkę w plecy, przy­ja­ciel­sko, ale na tyle mocno, że chło­pak roz­cią­gnął się na ziemi jak długi. Ale potem dał mu na szczę­ście całą srebrną hrywnę i poje­chał na padół. Świę­to­pełk i Iwa­nuszka zostali sami.

- No i co, bra­cie, nie mówi­łem, że przyjdą dobre wie­ści? - powie­dział cicho Świę­to­pełk, patrząc z uwiel­bie­niem na swo­jego konia.

- Mówi­łeś. - Iwa­nuszkę ogar­nęło dziwne prze­czu­cie, że brat chowa w zana­drzu coś nie­przy­jem­nego.

- Udało ci się lepiej niż mnie czy Bory­sowi - dorzu­cił Świę­to­pełk.

- Naprawdę? - Wie­dział, że otwo­rzyła się przed nim wspa­niała moż­li­wość, ale nie myślał o tym w ten spo­sób.

- Naprawdę? - prze­drzeź­nił go Świę­to­pełk, wciąż patrząc na konia.

Iwa­nuszka patrzył na niego ze zdzi­wie­niem, nie wie­dząc, co się dalej sta­nie.

Nagle Świę­to­pełk się odwró­cił. Z jego ciem­nych oczu biła nie­na­wiść i pogarda.

- Niczym sobie na to nie zasłu­ży­łeś. Mia­łeś pójść do klasz­toru.

- Tak, ale ojciec...

- Wiem, ojciec. Ale nie myśl, że uda ci się mnie oszu­kać. Przej­rza­łem cię, chłop­czyku. Jesteś ambitny. Chcesz być lep­szy od nas. Przy­wdzie­wasz maskę marzy­ciela, ale tak naprawdę myślisz tylko o sobie.

Iwa­nuszka był tak zasko­czony tą nie­spo­dzie­waną napa­ścią, że nie wie­dział, co powie­dzieć. Ambitny? Ni­gdy mu to nie przy­szło do głowy. Patrzył zmie­szany na brata.

- Widzę, że prawda boli - cią­gnął Świę­to­pełk cierpko. - Ale dla­czego się do tego nie przy­znasz jak my wszy­scy? Bo jesteś od nas gor­szy. Jesteś małym intry­gan­tem, małą żmiją. - Ostat­nie słowo syk­nął tak, że ude­rzyło w Iwa­nuszkę jak bole­sny cios. Czuł się coraz pew­niej. - I co, pew­nie cze­kasz, aż ojciec umrze? - dorzu­cił.

Iwa­nuszka nie miał poję­cia, ku czemu to zmie­rza.

- Jak myślisz, ile ojciec musiałby zapła­cić, gdy­byś został mni­chem? - mówił Świę­to­pełk. - Pew­nie kilka daro­wizn dla klasz­toru. Ale gdy pój­dziesz na dwór Wsie­wo­łoda, pew­nego dnia odzie­dzi­czysz tyle samo co my. A więc odbie­rzesz mi moje pie­nią­dze.

Iwa­nuszka poczer­wie­niał na twa­rzy, w oczach miał łzy.

- Nie chcę, żeby ojciec umarł. A ty możesz wziąć moją część. Weź wszystko.

- Świet­nie. Łatwo ci się mówi, skoro unik­ną­łeś klasz­toru. Ale jesz­cze zoba­czymy.

Iwa­nuszka wybuch­nął pła­czem.

A to był dopiero począ­tek jego kło­po­tów.

Rok 1068

Iwa­nuszka nie posłu­chał ojca. Ale w mie­ście działy się takie zadzi­wia­jące rze­czy.

Od dwóch lat chło­piec miał nie­od­parte wra­że­nie, że urok złej gwiazdy działa.

Ni­gdy nie spo­tkał się z mło­dym księ­ciem Wło­dzi­mie­rzem. Mówiono, że powo­dem była śmierć jego matki, grec­kiej księż­niczki.

- Wło­dzi­mierz i jego ojciec są pogrą­żeni w żało­bie - oznaj­mił Igor. - To nie jest naj­lep­szy czas. Ale w przy­szłym roku oko­licz­no­ści będą bar­dziej sprzy­ja­jące.

Czemu więc, zanim jesz­cze upły­nął rok, ojciec Wło­dzi­mie­rza wziął sobie nową żonę z ludu Połow­ców?

- To poli­tyka - tłu­ma­czył Igor. - Jej ojcem jest wielki poło­wiecki wódz, a książę chce zabez­pie­czyć Pere­ja­sław przed ata­kami ze stepu.

Tylko że kilka mie­sięcy póź­niej Połowcy zaczęli gra­bić i palić zie­mie ruskie z jesz­cze więk­szą siłą.

A ojciec Wło­dzi­mie­rza wciąż nie wspo­mi­nał o spo­tka­niu chłop­ców. Zło­żył obiet­nicę, lecz teraz o niej zapo­mniał, więc Iwa­nuszka wciąż trwał bez zaję­cia w Kijo­wie.

Może więc Świę­to­pełk mówił prawdę, gdy pew­nego chłod­nego wio­sen­nego poranka syk­nął mu do ucha:

- Ni­gdy nie będziesz paziem Wło­dzi­mie­rza. Już się dowie­dzieli, że jesteś do niczego.

A gdy Iwa­nuszka zapy­tał gło­śno, kto mógłby im coś takiego powie­dzieć, brat uśmiech­nął się i szep­nął:

- Może ja?

No i do tego jesz­cze sprawa księ­cia Połocka. Książę Kijowa, poko­naw­szy brata, zaofe­ro­wał mu list żela­zny na rodzinny zjazd. A potem wtrą­cił go do lochu w Kijo­wie. Gdy jed­nak Iwa­nuszka zapy­tał ojca, czy taki zdra­dziecki postę­pek nie jest grze­chem, w odpo­wie­dzi usły­szał jedy­nie, że cza­sem trzeba skła­mać. Chło­piec nie umiał się w tym roze­znać.

Wresz­cie poja­wili się groźni Połowcy. Nie upły­nął jesz­cze tydzień, kiedy dzielni Rusini wyru­szyli w środku nocy, żeby zadać ste­po­wym najeźdź­com decy­du­jącą klę­skę pod Pere­ja­sła­wiem. I prze­grali. A co gor­sza, ojciec i ksią­żęta wyco­fali się do Kijowa i schro­nili w oto­czo­nym murami zamku. Do tego dru­żynę ogar­nęła dziwna apa­tia. Każ­dego dnia Iwa­nuszka miał nadzieję, że ojciec i boja­rzy znów staną do walki. Ale nic się nie działo. Czyżby opa­no­wał ich strach? Czyżby zamie­rzali zosta­wić ludzi na łasce najeźdź­ców, a samemu schro­nić się za bez­piecz­nymi murami? Na pewno są pod uro­kiem złej gwiazdy, uznał chło­piec.

A tego wrze­śnio­wego poranka w całym mie­ście pano­wało zamie­sza­nie. Prze­ra­żeni posłańcy przy­nie­śli wia­do­mość, że Połowcy są coraz bli­żej. Na padole zebrał się wiec, jak Sło­wia­nie nazy­wali zgro­ma­dze­nie miesz­kań­ców.

Mówiono o bun­cie.

Wła­śnie dla­tego, zamiast pozo­stać z rodziną w ksią­żę­cym pałacu, Iwa­nuszka wymknął się na zewnątrz, prze­szedł przez most nad wąwo­zem łączący starą warow­nię z nową i minąw­szy sobór Świę­tej Sofii, skie­ro­wał się na padół.

W nowej warowni było dziw­nie cicho. Domy szlachty stały puste, w domu jego ojca nie było nawet koni ani sta­jen­nych. Uli­cami prze­my­kali z rzadka duchowni i kobiety z dziećmi, wyda­wało się, że wszy­scy męż­czyźni poszli na wiec.

Iwa­nuszka wie­dział, czym jest wiec. Nawet książę Kijowa bał się takich zgro­ma­dzeń. Zazwy­czaj prze­bie­gały one spo­koj­nie, a prze­wod­ni­czyli im naj­więksi kupcy. Jed­nak w cza­sach kry­zysu każdy wolny miesz­ka­niec mia­sta miał na wiecu prawo głosu.

- A kiedy wiec ogłosi bunt, dzieją się rze­czy straszne - opo­wia­dał synowi Igor. - Nawet książę i dru­żyna nie są w sta­nie ich powstrzy­mać.

- Czy teraz ludzie są źli? - pytał chło­piec.

- I to jak! Nie wolno ci wycho­dzić na zewnątrz.

Idąc przez warow­nię, Iwa­nuszka był tak prze­ra­żony, że nie­mal zapo­mniał o swoim nie­po­słu­szeń­stwie wobec ojca. Wbiegł przez bramę na rynek.

Było tu tłoczno. Jesz­cze ni­gdy w życiu nie widział tylu ludzi. Przy­byli nawet z odle­głych mia­ste­czek - kupcy, rze­mieśl­nicy, wolni han­dla­rze, wyrob­nicy. Kilka tysięcy zgro­ma­dzo­nych. Po obu stro­nach rynku stały cer­kwie. Jedna przy­sa­dzi­sta, ceglana, z bizan­tyj­ską spłasz­czoną kopułą pośrodku, a druga mniej­sza, drew­niana, z nie­wielką ośmio­kątną wieżą. Wyda­wało się, że spra­wują pie­czę nad zgro­ma­dze­niem, nada­jąc mu reli­gijną sank­cję. Na samym środku placu wznie­siono drew­niany podest i to tam skie­ro­wane były oczy tłumu. Na pode­ście stał potężny kupiec z ciemną brodą, w czer­wo­nym kafta­nie. W ręce trzy­mał laskę i niczym groźni pro­rocy ze Sta­rego Testa­mentu pięt­no­wał władcę.

- Dla­czego książę panuje w Kijowe?! - krzyk­nął. - Dla­czego jego krewni panują w innych mia­stach? - Zawie­sił głos, dopóki tłum się nie uci­szył. - Bo zapro­si­li­śmy tutaj ich przod­ków! - Ude­rzył laską w podest. - Ware­go­wie przy­byli z pół­nocy do nas, Sło­wian, bo ich tu zapro­si­li­śmy!

Taka wła­śnie, naro­sła przez wiele poko­leń wer­sja histo­rii słu­żyła obu stro­nom - wikin­gom, bo legi­ty­mi­zo­wała ich pirac­kie rządy, i ich sło­wiań­skim pod­da­nym, któ­rym pozwa­lała zacho­wać dumę.

- A dla­czego ich spro­wa­dzi­li­śmy? - Spoj­rzał groź­nie dookoła, jakby chciał poka­zać, że nawet potężne cer­kwie nie mogą mu prze­rwać. - Żeby za nas wal­czyli. Żeby bro­nili naszych miast. Po to tutaj są!

Tkwiło w tym ziarno prawdy. Rela­cje mię­dzy ksią­żę­tami a rzą­dzo­nymi przez nich mia­stami były nie­ja­sne. Książę chro­nił mia­sto, ale nie był jego wła­ści­cie­lem, tak samo jak nie był wła­ści­cie­lem ziemi, która wciąż nale­żała do wol­nych chło­pów albo komun. W Nowo­gro­dzie na pół­nocy zda­rzało się, że ludowe wiece nie zga­dzały się na jakie­goś księ­cia i nie pozwa­lały, żeby ich pro­tek­tor przej­mo­wał zie­mie na wła­sność. Dla­tego słowa kupca nie zdzi­wiły Iwa­nuszki. Zaczer­wie­nił się z dumy, sły­sząc, że ojciec i jemu podobni nazy­wani są obroń­cami Rusi.

- Ale nie obro­nili nas! - ryk­nął kupiec. - Zawie­dli! Połowcy obra­cają nasze zie­mie w perzynę, a książę i jego świta nie robią nic!

- To co mamy robić? - roz­le­gły się poje­dyn­cze głosy.

- Zna­leźć nowego wodza! - krzyk­nął ktoś.

- Zna­leźć nowego księ­cia! - wrza­snął inny.

Iwa­nuszka aż wstrzy­mał oddech. Prze­cież oni mówią o księ­ciu kijow­skim! Jed­nak ten pomysł przy­padł tłu­mowi do gustu.

- Czyli kogo? Kogo? - spy­tał zgodny chór.

Kupiec jesz­cze raz ude­rzył laską w podest.

- Wszystko zaczęło się od zdrady! - ryk­nął. - Syno­wie Jaro­sława zła­mali słowo i wtrą­cili księ­cia połoc­kiego do lochu! - Wska­zał na warow­nię. - A książę jest nie­winny.

Nie musiał mówić dalej. Iwa­nuszka miał wra­że­nie, że wielu ludzi na placu tylko cze­kało na tę chwilę.

- Połock! Chcemy księ­cia połoc­kiego! - wrzesz­czał tłum.

Iwa­nuszka nie umiał potem opo­wie­dzieć, jak poto­czyły się wypadki. Pamię­tał tylko, że tłum, jakby wie­dziony jedną wolą, ruszył do warowni, pocią­ga­jąc go ze sobą. Przed sobo­rem Świę­tej Sofii ludzka rzeka roz­dzie­liła się na dwie odnogi. Jedna skrę­ciła na lewo, w kie­runku niskiego drew­nia­nego budynku, gdzie trzy­mano dziw­nego księ­cia z biel­mem na oczach. Druga ruszyła przez most do zamku.

Prze­cież trzeba uprze­dzić rodzinę, ostrzec ją przed nie­bez­pie­czeń­stwem! Iwa­nuszka pró­bo­wał wyprze­dzić tłum sunący mostem ku sta­rej warowni, ale szybko się zorien­to­wał, że jest za późno.

Kiedy wycho­dził z domu, nie przy­szło mu do głowy, że nie będzie mógł się tam dostać z powro­tem. Ale dotarł­szy na plac przed sie­dzibą ksią­żęcą, pojął, w jak trud­nym zna­lazł się poło­że­niu. Po lewej stro­nie miał wysoki mur, po pra­wej sze­ro­kie kamienne schody pro­wa­dzące do zasło­nię­tych kratą gru­bych, dębo­wych drzwi. Rząd okien cią­gnął się na wyso­ko­ści sze­ściu metrów, znacz­nie poza jego zasię­giem. Przed sobą miał wieże z wąskimi, nie­re­gu­lar­nie roz­miesz­czo­nymi oknami, patrzą­cymi z wysoka na tłum. Dwoje drzwi na dole było zary­glo­wa­nych. Nawet gdyby udało mu się prze­drzeć przez ciżbę, nie dostałby się do wnę­trza.

Ludzie zaczęli mio­tać wyzwi­skami.

- Zdrajcy! Tchó­rze! Rzu­cimy was na pożar­cie Połow­com!

Wyso­kie czer­wone mury pałacu odpo­wia­dały im wynio­słym mil­cze­niem.

Mijały minuty. Gdzieś nie­da­leko roz­dzwo­niły się dzwony wzy­wa­jące mni­chów na modli­twę. Iwa­nuszka zer­k­nął na błysz­czące kopuły cer­kwi Dzie­się­cin­nej. Tłum uci­szył się, ale tylko na chwilę.

I wła­śnie wtedy zoba­czył w jed­nym z okien twarz obser­wu­jącą wszystko z góry. Był to Izja­sław, książę kijow­ski. Tłum też go dostrzegł. I z rykiem zro­bił krok do przodu. Twarz zni­kła.

Wtedy Iwa­nuszka pojął, że gdy ludzie zorien­tują się, kim jest - synem jed­nego z boja­rów Izja­sława - znaj­dzie się w wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie. Muszę się dostać do środka, myślał gorącz­kowo. Była tylko jedna droga: przez dzie­dzi­niec na tyłach zamku. Co ozna­czało, że będzie musiał prze­mknąć bocz­nymi ulicz­kami do samej bramy. Zaczął się prze­ci­skać przez tłum, ale nie było to łatwe. Ludzie napie­rali ze wszyst­kich stron, nie­mal zwa­la­jąc go z nóg. Upły­nęło kilka minut, a on posu­nął się zale­d­wie o parę metrów.

Wciąż był daleko od krań­ców placu, gdy nagle gdzieś w tłu­mie pod­niósł się pomruk, który szybko prze­ro­dził się w gło­śny zgiełk i wresz­cie w ryk:

- Nie ma ich! Ucie­kli!

Patrzył zasko­czony, jak jakiś męż­czy­zna, wspiąw­szy się na ramiona innych, dosię­gnął jed­nego z okien, a potem znik­nął z oczu. A trzy minuty póź­niej drzwi do zamku się otwo­rzyły i tłum, nie napo­tkaw­szy żad­nego oporu, wpadł do środka.

Książę i jego dru­żyna opu­ścili zamek. Musieli uciec przez tylny dzie­dzi­niec. Iwa­nuszka znie­ru­cho­miał. A więc jego rodziny też już tam nie ma. Zosta­wili go samego!

Tłum wle­wał się teraz do opu­sto­sza­łego zamku. W oknach poja­wiły się jakieś posta­cie. Nagle zoba­czył złoty błysk. Ktoś zrzu­cił z góry w ręce zna­jo­mego złoty puchar. Po chwili tą samą drogą pole­ciało sobo­lowe futro. Iwa­nuszka, wstrzą­śnięty, uświa­do­mił sobie, że tłusz­cza plą­druje ksią­żęcy pałac!

Nie miał poję­cia, co powi­nien teraz zro­bić, ale wie­dział, że musi się wydo­stać z placu. Może odnaj­dzie rodzinę w pobli­skich lasach. Tłum napie­rał na pałac, a on prze­dzie­rał się w prze­ciw­nym kie­runku. W końcu dotarł na jakąś opu­sto­szałą uliczkę.

- Iwa­nie Igo­rie­wi­czu!

Odwró­cił się. Biegł ku niemu jeden ze sta­jen­nych ojca.

- Wasz ojciec kazał mi was odszu­kać. Chodź­cie ze mną.

- Zapro­wa­dzisz mnie do nich? - spy­tał z nadzieją.

- To nie­moż­liwe. Wyje­chali. Wszyst­kie drogi są zamknięte.

Jakby na potwier­dze­nie jego słów prze­bie­gła obok nich grupa męż­czyzn, krzy­cząc:

- Książę Połocka jest wolny!

Iwa­nuszka spoj­rzał w dół ulicy, skąd pędziło cwa­łem kil­ku­na­stu jeźdź­ców. A wśród nich, nie było co do tego żad­nej wąt­pli­wo­ści, jechał sam wil­ko­łak.

Był potęż­niej­szy niż reszta i dosia­dał czar­nego konia. Miał na sobie obszerną brą­zową opoń­czę, nie­zbyt czy­stą. Z jego twa­rzy o wydat­nych kościach policz­ko­wych i z całej jego postaci ema­no­wała wład­cza siła. Ale uwagę Iwa­nuszki przy­kuły jego oczy.

Rze­czy­wi­ście jedno przy­kry­wał fałd skóry. Ale wbrew wyobra­że­niom nie wyglą­dało to potwor­nie. Prze­ciw­nie, jedna połowa twa­rzy księ­cia miała w sobie dziwny bez­ruch, jakby pozo­sta­wała bez kon­taktu ze świa­tem, co cza­sem widać u ludzi nie­wi­do­mych, za to druga była pełna życia, inte­li­gentna i ambitna, a patrzyło z niej prze­ni­kliwe błę­kitne oko, przed któ­rym nic nie mogło się ukryć.

Fascy­nu­jąca twarz, przy­stojna i tra­giczna jed­no­cze­śnie. Iwa­nuszka zdał sobie nagle sprawę, że spoj­rze­nie księ­cia spo­częło na nim.

- Tędy! Szybko! - Sta­jenny odcią­gnął go na bok. - Nie daj Bóg, żeby was ktoś roz­po­znał.

Książę i jego eskorta poje­chali dalej. A Iwa­nuszka miał dziwne wra­że­nie, że ten wil­ko­łak, niczym stwo­rze­nie obda­rzone nad­ludz­kimi mocami, zauwa­żył go i roz­po­znał.

- Dokąd idziemy? - spy­tał.

- Zoba­czy­cie. - Sta­jenny popro­wa­dził go pospiesz­nie na padół.

Drew­niany dom Cha­zara Żydo­wina, choć nie tak duży jak dom Igora, był solid­nym jed­no­pię­tro­wym budyn­kiem ze stro­mym dachem. Od frontu znaj­do­wały się dwie izby, a na tyłach podwó­rze. Dom stał w pobliżu Bramy Cha­zar­skiej, nie­da­leko murów ota­cza­ją­cych warow­nię Jaro­sława.

- Zaopie­kują się tu wami przez parę dni - wyja­śnił sta­jenny. - Dopóki nie da się bez­piecz­nie wywieźć was z mia­sta.

Watahy męż­czyzn już szu­kały w mie­ście krew­nych człon­ków ksią­żę­cej dru­żyny.

- A jeśli mnie tu znajdą? - spy­tał Iwa­nuszka.

- Tra­fi­cie do lochu.

- Tylko tyle?

Sta­jenny spoj­rzał na niego dziw­nie.

- Oby­ście ni­gdy nie tra­fili do wię­zie­nia - powie­dział wolno. - Kto się tam znaj­dzie... - Wyko­nał gest, jakby prze­krę­cał klucz. - Ale nie mar­tw­cie się tym teraz - dorzu­cił lekko. - Żydo­win się wami zaj­mie.

Po chwili już go nie było.

Iwa­nuszce podo­bało się u cha­zar­skiej rodziny. Żona Żydo­wina była przy­sa­dzi­stą kobietą o śnia­dej cerze i postu­rze nie­mal tak potęż­nej jak jej mąż. Całymi dniami bawił się w domu z czwor­giem ich dzieci, nieco młod­szych niż on.

- Nie wychodź jesz­cze na dwór, to nie­bez­pieczne - ostrze­gał go Żydo­win.

Cza­sem Iwa­nuszka opo­wia­dał im bajki. A raz, ku roz­ba­wie­niu Cha­zara, dzieci uczyły gościa czy­tać Stary Testa­ment po hebraj­sku, póź­niej zaś on uda­wał, że tłu­ma­czy ten frag­ment, jako że znał go na pamięć w języku sło­wiań­skim.

Kło­poty poja­wiły się trze­ciego dnia. Z samego rana Żydo­win przy­biegł do domu z ponurą wie­ścią.

- Książę kijow­ski udał się do Pol­ski. Będzie pro­sił tam­tej­szego króla o pomoc.

Iwa­nuszka spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem.

- Czy to zna­czy, że mój ojciec też poje­chał do Pol­ski?

- Tak przy­pusz­czam.

Iwa­nuszka zamilkł. Pol­ska leżała daleko na zacho­dzie. Nagle poczuł się opusz­czony i osa­mot­niony.

- Czy Polacy mogą nas naje­chać? - spy­tała z nie­po­ko­jem żona Żydo­wina.

- To moż­liwe. - Cha­zar skrzy­wił się. - Pol­ski król jest krew­nym Izja­sława. - Znów spoj­rzał na Iwa­nuszkę. - Jest jesz­cze jeden kło­pot. Poja­wiły się pogło­ski, że w cha­zar­skim kwar­tale ktoś ukrywa bojar­skie dziecko. Chcą się zabez­pie­czyć, na wypa­dek gdyby sprawy z Izja­sła­wem i Pola­kami uło­żyły się nie po ich myśli, więc... - Zawa­hał się na chwilę. - Więc chcą mieć zakład­ni­ków. A teraz prze­szu­kują warow­nię.

Nagle w izbie zro­biło się cicho. Iwa­nuszka poczuł na sobie spoj­rze­nie całej rodziny. Naj­wy­raź­niej jego obec­ność stała się bar­dzo nie­wy­godna. Krew odpły­nęła mu z twa­rzy, nie wie­dział, co powie­dzieć. A zer­k­nąw­szy na wyra­zi­stą twarz żony Żydo­wina, od razu pojął, że gdyby miał sta­no­wić zagro­że­nie dla jej wygod­nego życia, pozby­łaby się go bez waha­nia.

I to wła­śnie ona ode­zwała się pierw­sza.

- On nie wygląda na Cha­zara. Ale coś się da z tym zro­bić. - Roze­śmiała się, patrząc na Iwa­nuszkę.

I tak oto jesz­cze tego samego dnia w domu Cha­za­rów poja­wiła się nowa postać.

Chło­piec miał czarne, dokład­nie ufar­bo­wane włosy. Soki z odpo­wied­nich roślin przy­ciem­niły mu skórę. Ubrany był w kaftan, a na gło­wie nosił małą turecką myckę. Umiał nawet, dzięki wska­zów­kom Żydo­wina i jego żony, powie­dzieć kilka słów po turecku.

- To jest wasz kuzyn Dawid z Tmu­ta­ra­ka­nia - oznaj­miono dzie­ciom.

I następ­nego dnia straż­nicy wil­ko­łaka, wszedł­szy do domu Cha­zara, zoba­czyli wśród innych dzieci mil­czą­cego, zamy­ślo­nego chłopca.

- Podobno w Kijo­wie na­dal jest jeden z Igo­rie­wi­czów - zwró­cili się do żony Żydo­wina. - A twój mąż ma z Igo­rem inte­resy.

- Mój mąż ma inte­resy z róż­nymi ludźmi.

- Prze­szu­kamy dom - rzu­cił ostro dowódca.

- Pro­szę bar­dzo.

Żoł­nie­rze roze­szli się po wszyst­kich pomiesz­cze­niach. W izbie pozo­stał jedy­nie dowódca.

- A ten co za jeden? - spy­tał nagle, wska­zu­jąc na Iwa­nuszkę.

- Krewny z Tmu­ta­ra­ka­nia - odparła spo­koj­nie.

Dowódca przy­glą­dał się mu uważ­nie.

- Dawi­dzie, podejdź bli­żej - rzu­ciła po turecku.

Iwa­nuszka wstał, ale straż­nik odwró­cił się ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Nie­ważne - wark­nął.

Po paru chwi­lach żoł­nie­rze wyszli.

I oto w roku 1068 Iwa­nuszka sta­nął wobec nie­pew­nej przy­szło­ści.

Rok 1071

Wio­sna. W małej wio­sce Ruska było cicho i spo­koj­nie.

Rzeka Rus wystą­piła z brze­gów, więc patrząc na teren poni­żej osady, trudno było powie­dzieć, gdzie są bagna, a gdzie pola.

Leżąca na wschod­nim brzegu wio­ska skła­dała się z dwóch krót­kich, błot­ni­stych uli­czek prze­cię­tych pro­sto­pa­dle dłuż­szą. Chaty zbu­do­wane były z drewna, gliny i wikli­no­wej ple­cionki. Dachy jed­nych pokry­wała darń, inne miały sło­miane strze­chy. To sku­pi­sko domów ota­czała drew­niana pali­sada - sta­no­wiła co naj­wy­żej ogro­dze­nie dla zwie­rząt gospo­dar­skich, bo już żad­nych napast­ni­ków nie mogłaby powstrzy­mać. Na pół­noc od wio­ski cią­gnął się nie­wielki sad wiśni i jabłoni.

Na kawałku ziemi, gdzie woda była płyt­sza, ster­czały małe tyczki. Upra­wiano tutaj warzywa. Naj­pierw wio­senne powo­dzie nawad­niały grunt, potem w odpo­wied­niej kolej­no­ści poja­wiały się kapu­sta, groch, cebula i rzepa. Hodo­wano też czo­snek i dynie.

Po zachod­niej stro­nie rzeki stała zupeł­nie inna budowla. Tam, gdzie zale­siony brzeg wzno­sił się w naj­wyż­szym miej­scu na dzie­sięć metrów, wyra­stał wał obronny zwień­czony solid­nym dębo­wym murem. Te umoc­nie­nia, obej­mu­jące powierzch­nię ponad ośmiu tysięcy metrów, powstały pra­wie pięć­dzie­siąt lat wcze­śniej. Stały tu dłu­gie, niskie baraki dla żoł­nie­rzy, staj­nie, dwa duże składy uży­wane przez kup­ców oraz nie­wielka drew­niana cer­kiew. Cały fort, podob­nie jak więk­szość ziemi, nale­żał do księ­cia Pere­ja­sła­wia.

W odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu metrów od wio­ski znaj­do­wał się cmen­tarz, gdzie skła­dano pro­chy zmar­łych. Pil­no­wały go dwa dwu­me­trowe kamienne filary pokryte rzeź­bami, które wyglą­dały jak wyso­kie czapy z futrza­nym obszy­ciem. Były to dwa naj­waż­niej­sze bóstwa wio­ski: Wołos, bóg obfi­to­ści, oraz Perun, bóg gro­mów. Bo pomimo sta­rań ksią­żę­cych kapła­nów we wsiach takich jak Ruska wciąż kwi­tło pogań­stwo. Nawet star­szy wio­ski miał dwie żony.

I wła­śnie tego wio­sen­nego popo­łu­dnia obok cmen­ta­rza szła smutna postać.

Ktoś, kto nie widział Iwa­nuszki przez ostat­nie trzy lata, z pew­no­ścią by go teraz nie roz­po­znał. Był nie­mal tak wysoki jak jego brat Świę­to­pełk, ale znacz­nie chud­szy i bled­szy. Miał pod­krą­żone oczy, był wycień­czony i wynisz­czony.

Lecz to nie jego wygląd spra­wiał naj­bar­dziej wstrzą­sa­jące wra­że­nie, ale aura, która go ota­czała. Zwie­szona głowa, spusz­czony wzrok, nie­pewny chód, wszystko to zdało się mówić: "Nie obcho­dzi mnie, co sobie myśli­cie. Nie dbam o to". A jed­no­cze­śnie ten sam cichy głos doda­wał: "Ale nawet mój opór na nic się nie zda".

W ciągu ostat­nich trzech lat nic nie poszło po jego myśli.

Naj­pierw jedno ważne wyda­rze­nie dało mu powód do nadziei. Gdy po mie­siącu ukry­wa­nia w Kijo­wie Żydo­win wywiózł go pota­jem­nie z mia­sta, Iwa­nuszka mógł wresz­cie dołą­czyć do rodziny w Pol­sce. Oka­zało się, że jego ojciec, zra­żony tchó­rzo­stwem i zdradą księ­cia kijow­skiego, sko­rzy­stał z należ­nego mu prawa zmiany pana i prze­niósł się ze swoją dru­żyną do Wsie­wo­łoda, brata księ­cia, który wła­dał przy­gra­nicz­nym Pere­ja­sła­wiem.

Wyglą­dało to na wielki łut szczę­ścia. Wsie­wo­łod ucho­dził za naj­mą­drzej­szego z panu­ją­cych braci, a do tego miał ze swoją grecką żoną syna Wło­dzi­mie­rza, u któ­rego Iwa­nuszka mógł być paziem. Wszyst­kim wyda­wało się, że Wło­dzi­mierz przy­śle po niego, skoro Igor słu­żył jego ojcu.

Ale żadne wie­ści nie nad­cho­dziły. Nawet Igor był zdzi­wiony.

- Za krótko służę u Wsie­wo­łoda, żeby go o to pro­sić - przy­zna­wał ze smut­kiem.

Świę­to­pełk słu­żył przy ojcu, a Borys był na dwo­rze w Smo­leń­sku. Ojciec pró­bo­wał zna­leźć Iwa­nuszce miej­sce w Czer­ni­ho­wie, w Smo­leń­sku, a nawet w odle­głym Nowo­gro­dzie, ale bez skutku.

Chło­piec domy­ślał się powo­dów. To wszystko przez Świę­to­pełka, wzdy­chał.

Gdzie­kol­wiek poje­chał, ludzie odno­sili się do niego z chłodną uprzej­mo­ścią, co tylko utwier­dzało Iwa­nuszkę w prze­ko­na­niu, że mają go za głupca. Kie­dyś nawet zapy­tał Świę­to­pełka wprost:

- Dla­czego nisz­czysz moją repu­ta­cję?

Ale brat jedy­nie spoj­rzał nań z uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

- Jaką repu­ta­cję? Prze­cież nic, cokol­wiek bym o tobie powie­dział, złego czy dobrego, nie zmieni tego, jak ludzie cię widzą.

I z cza­sem ta domnie­mana głu­pota zaczęła ota­czać Iwa­nuszkę jak wysoki mur. Zaczął nawet, jakby otu­ma­niony krą­żą­cymi o nim opi­niami, mówić i zacho­wy­wać się głu­pio. W Pere­ja­sła­wiu czuł się jak w pułapce, a solidne umoc­nie­nia ziemne potę­go­wały wra­że­nie uwię­zie­nia.

Dopiero gdy wyjeż­dżał na wieś, był szczę­śliwy.

Rok po prze­nie­sie­niu się do Pere­ja­sła­wia Igor prze­jął dowódz­two nad obroną gra­nicy połu­dniowo-wschod­niej. I wła­śnie na tym tery­to­rium leżał mały fort Ruska.

Było to miej­sce pozba­wione więk­szego zna­cze­nia - ot, jeden z kil­ku­na­stu for­tów roz­sia­nych wzdłuż gra­nicy. Zapewne Igor prze­pro­wa­dziłby tam jedy­nie pobieżną inspek­cję, gdyby nie Żydo­win, który przy­po­mniał mu, że tam­tej­sze składy mogłyby słu­żyć jako uży­teczny maga­zyn dla kara­wan wysy­ła­nych w przy­szło­ści na wschód.

Iwa­nuszka lubił jeź­dzić do Ruski. Poma­gał napra­wiać umoc­nie­nia albo wędro­wał po lasach, roz­ko­szu­jąc się ich ciszą. A ponie­waż Igor nie miał dla niego lep­szych zajęć, od czasu do czasu wysy­łał go do Żydo­wina, który w dniach dostaw towa­rów potrze­bo­wał pomoc­nika.

I to wła­śnie było powo­dem dzi­siej­szego smutku Iwa­nuszki. Żydo­win wyje­chał, więc sam musiał przy­jąć rano par­tię futer. Sły­szał, jak wie­śniacy i dostawcy się śmieją, zauwa­żył, że patrzą na niego z roz­ba­wie­niem. A potem oka­zało się - choć zupeł­nie nie mógł pojąć, jak do tego doszło - że bra­kuje dwóch zwo­jów cen­nych bobro­wych skó­rek. Cha­zar miał nie­długo wró­cić, a on nie wie­dział, co mu powie.

I gdy roz­wa­żał tę nie­we­sołą kwe­stię, zauwa­żył chłopa.

Szczek był przy­sa­dzi­stym męż­czy­zną śred­niego wzro­stu, z okrą­głą twa­rzą, piw­nymi oczami i aure­olą krę­co­nych czar­nych wło­sów, które ster­czały jak na szczotce. Ubrany w lniane spodnie i lnianą koszulę prze­wią­zaną skó­rza­nym paskiem, miał na nogach łap­cie z łyka. Jed­nak w jego krę­pej, moc­nej postaci było coś, co wska­zy­wało na łagodny, choć nieco uparty cha­rak­ter. Stał na rogu cmen­ta­rza, uważ­nie obser­wu­jąc Iwa­nuszkę.

Głowę zaprzą­tała mu tylko jedna myśl: podobno to głu­pek, ale waż­niej­sze jest, czy ma pie­nią­dze. Bo Szczek zna­lazł się na kra­wę­dzi prze­pa­ści.

Był wol­nym chło­pem. Ow­szem, zaj­mo­wał dość skromny szcze­bel dra­biny spo­łecz­nej. Sama nazwa grupy, do któ­rej przy­na­le­żał - smer­dzi - ozna­czała "brudni". Ale był czło­wie­kiem wol­nym i przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie mógł miesz­kać, gdzie chce, i pra­co­wać dla dowol­nego pana. I na wła­sne nie­szczę­ście mógł też zacią­gać długi.

Prze­li­czył je szybko w myślach. Naj­pierw koń. Nie było w tym jego winy - koń oku­lał, a potem zdechł. A ponie­waż w razie wojny obo­wiąz­kiem chłopa było dostar­cze­nie konia dla ksią­żę­cego woj­ska, Szczek musiał kupić następ­nego. Ale to był dopiero począ­tek. W Pere­ja­sła­wiu zaczął pić. I grać w kości. Powo­do­wany wyrzu­tami sumie­nia kupił żonie srebrną bran­so­letkę. I upar­cie poży­czał nowe sumy, żeby się ode­grać.

A teraz, jako czło­nek wiej­skiej komuny, był winien zarządcy poda­tek od pługa, na co po pro­stu nie miał pie­nię­dzy.

Przy­su­nął się ostroż­nie do mło­dzieńca.

Dowie­dziaw­szy się po powro­cie o utra­cie futer, Żydo­win jedy­nie pokrę­cił głową. Lubił Iwa­nuszkę, ale nie widział dla niego przy­szło­ści. I choć obyło się bez wyrzu­tów, chło­piec czuł, że nie będzie w Rusce mile widziany.

Cha­zara zacie­ka­wiło jed­nak co innego. Umiał sobie wytłu­ma­czyć kra­dzież futer, ale jak to się stało, że z pie­nię­dzy, które zosta­wił Iwa­nuszce, bra­ko­wało dwóch srebr­nych hry­wien? On sam zapew­niał, że je zgu­bił, ale nie brzmiało to wia­ry­god­nie.

Jed­nak Iwa­nuszka w ogóle się tym nie prze­jął. Po znik­nię­ciu futer i tak stał na stra­co­nej pozy­cji. Zro­biło mu się żal wie­śniaka. Przy­naj­mniej on będzie mógł teraz zapła­cić poda­tek.

I szybko zapo­mniał o tym incy­den­cie.

Rok 1072

Podobno dziś wyda­rzy się cud. Ludzie cze­kali na niego z wielką nadzieją. I to bar­dzo uza­sad­nioną. Bo oto mieli oddać cześć szcząt­kom dwóch męczen­ni­ków - synów wiel­kiego świę­tego Wło­dzi­mie­rza - Borysa i Gleba, któ­rych Sło­wia­nie także już obwo­łali świę­tymi.

Od ich śmierci minęło pół wieku. A teraz szczątki miały zostać prze­nie­sione na miej­sce wiecz­nego spo­czynku, do nowo zbu­do­wa­nej drew­nia­nej cer­kwi w mia­steczku Wyszo­gród na pół­noc od Kijowa.

Czy cud naprawdę się zda­rzy? Na pewno. Ale jak będzie wyglą­dał? Wpraw­dzie w wyso­kich krę­gach szlachty i ducho­wień­stwa mówiło się, że grecki metro­po­lita Jerzy ma wąt­pli­wo­ści co do świę­to­ści męczen­ni­ków, ale czego się można spo­dzie­wać po Greku? Zresztą i tak musiał odpra­wić cere­mo­nię, nawet jeśli nie wie­rzył w świę­tość braci.

Wszy­scy już byli na miej­scu: trzej syno­wie Jaro­sława, wnu­ko­wie samego świę­tego Wło­dzi­mie­rza - książę Izja­sław z Kijowa oraz jego bra­cia, ksią­żęta Czer­ni­howa i Pere­ja­sła­wia - a także metro­po­lita Jerzy, biskupi Piotr i Michał, Teo­do­zjusz z klasz­toru oraz wielu innych spo­śród naj­więk­szych dygni­ta­rzy ziem ruskich.

Pro­ce­sja wspi­nała się powoli na szczyt wzgó­rza. Drobna mżawka osia­dała miękko na gło­wach piel­grzy­mów kro­czą­cych po błot­ni­stej ścieżce. Mimo desz­czu było cie­pło. Był dwu­dzie­sty maja.

Na prze­dzie szli mnisi, osła­nia­jąc dłońmi świece. Tuż za nimi - trzej syno­wie Jaro­sława, ubrani w pro­ste brą­zowe pele­ryny. I jak zwy­czajni ludzie nie­śli na ramio­nach drew­nianą trumnę ze szcząt­kami swo­jego stryja Borysa. Za nimi sunęli, macha­jąc kadziel­ni­cami, dia­koni, księża, a jesz­cze dalej sam metro­po­lita Jerzy i biskupi. Z tyłu, w odpo­wied­niej odle­gło­ści, masze­ro­wały szla­chec­kie rodziny.

- Woleli umrzeć niż sprze­ci­wić się bratu. A teraz ich świa­tło jaśnieje nad całą Rusią.

- Bory­sie, spójrz na mnie, grzesz­nika.

- Panie, zmi­łuj się nad nami.

Te i inne pobożne okrzyki tłumu docho­dziły do uszu wyso­kiego, ponu­rego chło­paka, idą­cego wraz z rodziną za trumną.

- Oby­śmy dziś zoba­czyli cud.

- Chwała niech będzie Bogu naj­wyż­szemu.

Cud. Może i Bóg ześle cud, ale nie w mojej obec­no­ści, pomy­ślał Iwa­nuszka. Przy mnie nic dobrego nie może się stać. Z opusz­czo­nymi ramio­nami, krok za kro­kiem wspi­nał się na wzgó­rze.

W ciągu ostat­niego roku jego poło­że­nie jesz­cze się pogor­szyło. Kilka tygo­dni po żenu­ją­cym incy­den­cie w Rusce usły­szał przy­pad­kiem roz­mowę rodzi­ców.

- Iwa­nuszka to dobry chło­pak - mówiła matka. - Pew­nego dnia będziesz z niego dumny. On jesz­cze cze­goś dokona.

- Nie dokona - odparł Igor. - Tego jestem pewien. - Wes­tchnął. - Nikt nie chce go do sie­bie przy­jąć. I wcale się nie dzi­wię. Ja sam mu nie ufam.

Iwa­nuszka usły­szał, jak matka mówi coś cicho, a potem znów ode­zwał się ojciec:

- Ow­szem, kocham wszyst­kie swoje dzieci. Ale trudno jest kochać syna, który nie­ustan­nie spra­wia zawód.

To prawda, pomy­ślał chło­pak z roz­pa­czą, nie ma powodu, żeby ktoś mnie kochał.

Zaczął pro­sić rodzinę o różne rze­czy - matkę o pie­nią­dze, ojca o konia - żeby prze­ko­nać się, jak zare­agują i czy go kochają. Jed­nak wkrótce weszło mu to w nawyk. Zro­bił się leniwy, uni­kał wszel­kich dzia­łań z obawy, że znów mu się nie powie­dzie.

Czę­sto wałę­sał się po rynku w Pere­ja­sła­wiu. Zawsze był tam duży ruch. Co dzień przy­wo­żono różne towary - wino i oliwę z Kon­stan­ty­no­pola, żelazo wydo­by­wane na pobli­skich bagnach i wysy­łane do Kijowa. Były tu warsz­taty szkla­rzy, w któ­rych wyra­biano szkło tak piękne jak w innych czę­ściach Rusi, były stra­gany kup­ców sprze­da­ją­cych ozdoby z brązu, były sto­iska z jedze­niem.

Ale z cza­sem Iwa­nuszka zaczął też dostrze­gać pod­skórne życie targu. Jeden ze stra­ga­nia­rzy zawsze wyda­wał za mało reszty, inny nie dowa­żał towaru. Banda wyrost­ków krę­ciła się wokół sto­isk i bez­czel­nie kra­dła - a to rybę z lady, a to pie­nią­dze z kie­szeni kupu­ją­cych. I gdy przy­glą­dał się temu wszyst­kiemu, prze­peł­niony podzi­wem dla spraw­no­ści i zręcz­no­ści zło­dziei, wykieł­ko­wała mu myśl: ci ludzie nie są na niczyim utrzy­ma­niu, a gdy zabie­rają innym, są wolni jak jeźdźcy na ste­pie.

Raz, pró­bu­jąc udo­wod­nić samemu sobie, że to wcale nie jest trudne, ukradł kilka jabłek.

Jed­nak pustka wła­snego życia wciąż dopro­wa­dzała go do roz­pa­czy. I cały czas czuł w sobie to samo nie­ja­sne pra­gnie­nie, które pamię­tał jesz­cze z dzie­ciń­stwa: pra­gnie­nie spo­tka­nia swo­jego prze­zna­cze­nia.

I tak oto na trzy mie­siące przed uro­czy­sto­ścią na cześć Gleba i Borysa, prze­ko­naw­szy się, że wszyst­kie inne nadzieje cał­kiem się roz­wiały, Iwa­nuszka oznaj­mił rodzi­com:

- Chcę zostać mni­chem.

Bo prze­cież i tak wszy­scy uwa­żali, że do niczego innego się nie nadaje.

Wywo­łało to pio­ru­nu­jący efekt.

- Jesteś pewien? - spy­tał ojciec tonem wska­zu­ją­cym, że oba­wia się tylko, by syn nie zmie­nił zda­nia.

Nawet matka, mimo wewnętrz­nego nie­po­koju, nie pro­te­sto­wała.

A on poczuł, jakby naro­dził się na nowo. Jesz­cze tego samego wie­czoru ojciec uło­żył plan.

- Iwa­nuszka poje­dzie na górę Athos w Gre­cji. Mam przy­ja­ciół i tam, i w Kon­stan­ty­no­polu, pomogą mu. A to - Igor uśmiech­nął się z satys­fak­cją - może być dopiero począ­tek wiel­kiej kariery.

Następ­nego dnia wziął syna na stronę.

- Nie musisz się oba­wiać o podróż, Iwa­nie. Dopil­nuję, żebyś miał wystar­cza­jące środki. Zabie­rzesz też dar dla klasz­toru.

Nawet Świę­to­pełk - nie­wąt­pli­wie ura­do­wany, że brat znik­nie mu z oczu - ode­zwał się do niego pozor­nie przy­ja­ciel­skim tonem:

- No cóż, bra­cie, chyba wybra­łeś odpo­wied­nią drogę. Któ­re­goś dnia będziemy z cie­bie dumni.

Byli z niego dumni już teraz. A za dwa dni miał wyru­szyć w podróż. Dla­czego więc, wcho­dząc na wzgó­rze razem ze szcząt­kami świę­tych, czuł taki sam smu­tek jak zawsze?

Uśmiech­nął się tylko raz, gdy mijali krzew kaliny.

Wszy­scy wycze­ki­wali na cud.

Iwa­nuszka ni­gdy nie widział cudu. I może odzy­skałby wiarę, gdyby Bóg go zesłał.

Pogrze­bię się żyw­cem w klasz­to­rze, roz­my­ślał ponuro. A za kilka lat każą mi miesz­kać w jakiejś pie­cza­rze. I na pewno umrę młodo, jak wszy­scy mnisi.

Naprawdę warto? Gdyby tylko Bóg do niego prze­mó­wił, pod­niósł go na duchu, dodał mu pew­no­ści, gdyby dał jakiś znak!

Pro­ce­sja sta­nęła. Trumnę Borysa wnie­siono do drew­nia­nej cer­kwi. Sar­ko­fag ze szcząt­kami Gleba miano wcią­gnąć po odpra­wie­niu modłów. Mżawka zgęst­niała. Z wnę­trza świą­tyni docho­dził mono­tonny, przy­tłu­miony śpiew.

I wtedy stało się.

Z kościoła wydo­było się coś w rodzaju lek­kiego wes­tchnie­nia, które usły­szał cały zgro­ma­dzony tłum. Śpiew urwał się nagle, a potem powró­cił z nową siłą. Przez tłum prze­szedł pomruk. Iwa­nuszka spoj­rzał w niebo i zoba­czył ze zdzi­wie­niem, że mżawka ustała, a spo­mię­dzy chmur prze­świeca słońce.

Co się może wyda­rzyć? Tłum cze­kał w napię­ciu.

W drzwiach cer­kwi poja­wiła się wysoka postać metro­po­lity, który popa­trzył w górę, a potem padł na kolana. Iwa­nuszka stał na tyle bli­sko, by zauwa­żyć, że Grek zapła­kał.

- Cud został nam dany! - roz­legł się jego głos.

Tłum zaszem­rał, ludzie zaczęli czy­nić znak krzyża na piersi. A ci sto­jący naj­bli­żej usły­szeli jesz­cze słowa metro­po­lity:

- Boże, wybacz mi moje zwąt­pie­nie.

Bo oto gdy otwo­rzono trumnę, roz­szedł się słodki zapach, który Bóg daje tylko swoim świę­tym.

Kilka minut póź­niej przy­wie­ziono szczątki Gleba. Były zamknięte w kamien­nym sar­ko­fagu, zbyt cięż­kim, żeby go nieść, więc zgod­nie z pra­daw­nym ruskim zwy­cza­jem cią­gnięto go na pło­zach.

I znów na oczach Iwa­nuszki Bóg zesłał znak. Gdy ludzie cią­gnący sar­ko­fag dotarli do drzwi cer­kwi, sanie utknęły. Nie drgnęły nawet wtedy, gdy tłum rzu­cił się do pomocy i zaczął je z całej siły pchać.

I wów­czas metro­po­lita zawo­łał:

- Odmów­cie Kyrie ele­ison!

Iwa­nuszka zaczął się modlić na cały głos wraz z innymi:

- Panie, zmi­łuj się nad nami, Panie, zmi­łuj się nad nami.

Po chwili sanie lekko ruszyły.

Iwa­nuszka poczuł, jak włosy stają mu dęba, a cia­łem wstrząsa dreszcz. Rozej­rzał się. Świę­to­pełk też drżał.

Dzięki tym zna­kom, które zostały zapi­sane w kro­ni­kach, miesz­kańcy Rusi już na zawsze wie­dzieli, że Borys i Gleb są praw­dzi­wymi świę­tymi.

Wła­śnie wtedy Iwa­nuszka zoba­czył ojca Łuka­sza.

Stary mnich był wcze­śniej w świą­tyni, ale teraz wyszedł na zewnątrz. Iwa­nuszka poznał go natych­miast, ale aż nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom.

W ciągu tych lat, które upły­nęły od jego wizyty w klasz­to­rze, duchowy opie­kun ojca bar­dzo znie­do­łęż­niał. Skur­czył się. Poru­szał się z tru­dem o lasce, nie­mal cią­gnąc za sobą bez­władną nogę. Jego oczy, daw­niej załza­wione, patrzyły przed sie­bie ślepo i bez­rad­nie. Przy­po­mi­nał brą­zo­wego owada, który wyczoł­guje się ku świa­tłu, gdzie bez wąt­pie­nia ktoś na niego nadep­nie.

Igor ukło­nił mu się z sza­cun­kiem, ale ojciec Łukasz nikogo nie widział. Iwa­nuszka przy­glą­dał mu się uważ­nie. I cała eufo­ria zwią­zana z cudem gdzieś się ulot­niła.

Uświa­do­mił sobie z prze­ra­że­niem, co to zna­czy być mni­chem.

Iwa­nuszce wyda­wało się, choć nie był tego pewien, że zna­lazł się w lasach nie­da­leko Ruski.

Tak przy­naj­mniej sądził, gdy póź­niej przy­po­mi­nał sobie ten sen.

Było późne popo­łu­dnie. Cie­nie robiły się coraz dłuż­sze, ale jasne niebo wska­zy­wało, że jest lato. Jechał jakąś ścieżką, pro­wa­dzącą chyba na wschód. Miał wra­że­nie, że mijane drzewa, głów­nie nakra­piane świa­tłem dęby i buki, roz­ma­wiają ze sobą. Dosia­dał czar­nego konia.

Cze­goś szu­kał. Ale nie wie­dział czego.

Nie­długo potem minął sadzawkę. Powierzch­nia wody lekko błysz­czała. Usły­szał cichy okrzyk, ni to jęk, ni to śmiech. Pojął, że to może być sta­wowa rusałka, więc spiął konia ostro­gami i popę­dził przed sie­bie. Las zro­bił się ciemny.

Był już kolejny ranek, a on wciąż krą­żył po lesie. Z jakie­goś powodu jego koń był teraz siwy. Ścieżka pro­wa­dziła na polanę, gdzie rosły srebrne brzozy. Na skraju polany droga docho­dziła do roz­sta­jów. Stała tam drobna brą­zowa postać, wyglą­dała dość zna­jomo. Pod­je­chał do niej powoli.

Był to ojciec Łukasz. Jego oczy - już nie oczy ślepca - patrzyły bystro.

Iwa­nuszka skło­nił mu się z sza­cun­kiem.

- Ojcze, w którą stronę powi­nie­nem się udać? - zapy­tał.

- Masz do wyboru trzy drogi - odparł sta­rzec. - Jeśli poje­dziesz w lewo, zacho­wasz ciało, ale stra­cisz duszę.

- A jak pojadę w prawo?

- Zacho­wasz duszę, ale stra­cisz ciało.

Iwa­nuszka zamy­ślił się. Ani jedno, ani dru­gie go nie pocią­gało.

- A jeśli pojadę pro­sto?

- Tam jeż­dżą tylko głupcy - odpo­wie­dział mnich.

Nie brzmiało to zachę­ca­jąco, ale czy miał jakiś inny wybór?

- Nazy­wają mnie głu­pim Iwa­nuszką - stwier­dził. - To droga w sam raz dla mnie.

- Jak sobie chcesz - rzu­cił ojciec Łukasz i znik­nął.

Iwa­nuszka ruszył więc przed sie­bie, choć nie wie­dział dokąd. Wyda­wało mu się, że sły­szy na nie­bie ochry­pły dźwięk dzwo­nów, a jego koń z nie­wia­do­mej przy­czyny znów zmie­nił kolor z siwego na dere­szo­waty.

Taki sen śnił Iwa­nuszka na dzień przed swoją podróżą.

Był jesz­cze wcze­sny ranek, ale po sze­ro­kiej rzece pły­nęły już dwie łodzie, jedna zała­do­wana towa­rami, druga wio­zła tylko kilku podróż­nych. Wysoko w górze roz­po­ście­rało się jasno­nie­bie­skie niebo. Po pra­wej stro­nie cią­gnęły się piasz­czy­ste skarpy, nad któ­rymi to tu, to tam pasło się bydło. Tam, gdzie żółty brzeg był naj­bli­żej, Iwa­nuszka mógł dostrzec w skar­pie mnó­stwo małych otwo­rów, wokół któ­rych fru­wały ptaki. Daleko na lewym brzegu cią­gnęła się jasno­zie­lona rów­nina usiana z rzadka drze­wami.

Ojciec dobrze go wypo­sa­żył. U pasa zwi­sała mu sakiewka wypeł­niona srebr­nymi hryw­nami. "Dosta­łeś swój spa­dek jesz­cze przede mną, tylko dla­tego, że zosta­łeś mni­chem" - rzu­cił sucho Świę­to­pełk na poże­gna­nie.

A teraz wielki Dniepr niósł Iwa­nuszkę na połu­dnie ku jego prze­zna­cze­niu.

Pły­nęli tak cały ranek i gdy chło­piec chciał zamknąć oczy na połu­dniową drzemkę, z przed­niej łodzi roz­legł się okrzyk:

- Połowcy!

Podróżni wytę­żyli wzrok. Nie­stety, śniade turec­kie twa­rze w łodzi, która wła­śnie odbi­jała od pra­wego brzegu, mogły nale­żeć tylko do Połow­ców. Co było dziwne, zazwy­czaj bowiem o tej porze roku Połowcy odpo­czy­wali w swo­ich obo­zach daleko na ste­pie. Poza tym ni­gdy nie ata­ko­wali na wodzie - woleli zaczaić się daleko na połu­dniu, przy bystrzach, gdzie napa­dali na kara­wany prze­no­szące towary lądem.

- Kazali wio­sło­wać Sło­wia­nom - mruk­nął jakiś głos.

Rze­czy­wi­ście, dopiero teraz Iwa­nuszka zauwa­żył, że przy wio­słach sie­dzą biedni sło­wiań­scy chłopi. Jeden z Połow­ców pod­niósł długi, zakrzy­wiony łuk. Strzała śmi­gnęła nad wodą, jeden z ludzi w łodzi z towa­rami opadł bez­wład­nie na burtę.

- Za wami! - roz­legł się okrzyk.

Iwa­nuszka obej­rzał się. Druga łódź odci­nała im drogę ucieczki w górę rzeki.

- Zostaje nam jedy­nie lewy brzeg! - zawo­łał kapi­tan łodzi.

Ale lewy brzeg był bar­dzo daleko. Pra­wie na hory­zon­cie, pomy­ślał Iwa­nuszka, patrząc na błę­kitną wodę. Wio­śla­rze pra­co­wali ciężko, pomru­ku­jąc z wysiłku.

Spoj­rzaw­szy w drugą stronę, Iwa­nuszka zorien­to­wał się, że łódź z towa­rami jest stra­cona. Miał tylko nadzieję, że Połowcy zado­wolą się takim łupem. Jed­nak po chwili oka­zało się, że druga łódź zaczęła ich gonić.

- Tam dalej jest nie­wielki dopływ - powie­dział kapi­tan. - A kilka kilo­me­trów w górę stru­mie­nia stoi fort. Spró­bu­jemy tam dotrzeć.

Iwa­nuszka zaczął się bez­gło­śnie modlić. Dobrze znał ten fort.

Dziw­nie się czuł, będąc znowu w Rusce. Żydo­win dokądś wyje­chał, ale żoł­nie­rze przy­jęli ich gościn­nie. Połowcy dość szybko zanie­chali pogoni, jed­nak podróżni woleli odcze­kać w for­cie parę dni, żeby nie kusić losu.

Obszedł fort dookoła, zaj­rzał do wio­ski, wędro­wał leśnymi ścież­kami i czuł się dziw­nie szczę­śliwy. Dotarł nawet do gra­nicy stepu, skąd w oddali, ponad pie­rza­stymi tra­wami, widać było pra­stary kur­han.

Trze­ciego dnia podróżni wyru­szyli w dal­szą drogę.

Ale Iwa­nuszki z nimi nie było.

Nie wie­dział, dla­czego tak postą­pił. Prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że opatrz­ność dała mu czas do namy­słu. Tłu­ma­czył sobie, że zatrzyma się tu na tro­chę, zasta­nowi nad swoim życiem i przy­go­tuje się do dal­szej drogi. Odsu­wał na bok myśl, że wszyst­kie decy­zje już zapa­dły i że nie może prze­rwać podróży.

Czwar­tego dnia, poko­nany zmę­cze­niem, zasnął.

Naza­jutrz spo­tkał Szczeka. Chłop był jesz­cze chud­szy niż kie­dyś, ale cie­pło przy­wi­tał Iwa­nuszkę. A na pyta­nie, czy spła­cił swoje długi, uśmiech­nął się głup­ko­wato.

- Tak i nie - odparł. - Jestem zaku­pień­cem.

Był to surowy nakaz. Czło­wiek, który nie mógł się wypła­cić swoim wie­rzy­cie­lom, musiał dla nich pra­co­wać jako nie­wol­nik, dopóki nie ure­gu­lo­wał długu. Ale ponie­waż przez cały czas do długu doli­czano odsetki, ci nie­szczę­śnicy rzadko odzy­ski­wali wol­ność.

- Ksią­żęcy zarządca prze­jął moje długi - tłu­ma­czył Szczek. - I teraz pra­cuję dla księ­cia.

- To kiedy będziesz wolny?

Szczek uśmiech­nął się ponuro.

- Za trzy­dzie­ści lat. A co tam u was, młody panie? - zapy­tał.

Iwa­nuszka wyja­śnił, że podró­żuje do Kon­stan­ty­no­pola i do Gre­cji i że ma zostać mni­chem. Szczek wysłu­chał go uważ­nie i ze zro­zu­mie­niem poki­wał głową.

- Czyli wy też nie będzie­cie wolni - zauwa­żył. - Zupeł­nie jak ja.

Iwa­nuszka spoj­rzał na niego sze­roko otwar­tymi oczami. Wcze­śniej to porów­na­nie nie przy­szłoby mu do głowy. On ma chyba rację, pomy­ślał. Ja też jestem więź­niem swo­jego losu. Się­gnął do sakiewki, dał Szcze­kowi srebrną hrywnę i poszedł w swoją stronę. Żało­wał tro­chę, że nie dał mu wię­cej. Ale ja też potrze­buję pie­nię­dzy na podróż, pocie­szał się w myślach.

Dzień póź­niej wyru­szył z Ruski na pie­chotę, kie­ru­jąc się ku Dnie­prowi.

Po roz­sta­niu z Iwa­nuszką Szczek opu­ścił wio­skę i skie­ro­wał się na step.

Odkąd powstał fort, zna­cze­nie sta­rej wio­ski Ruska nieco wzro­sło, ale na­dal było to miej­sce zapo­mniane przez Boga i ludzi. Trzy i pół kilo­me­tra na połu­dnie znaj­do­wała się jedna z ksią­żę­cych posia­dło­ści, na wscho­dzie cią­gnął się step, a na pół­nocy nie było nic, jedy­nie w odle­gło­ści dwu­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów leżała podobna wio­ska i fort.

Szczek był w cał­kiem dobrym humo­rze. Od kiedy został zaku­pień­cem, jego życie nie było łatwe. Zarządca kazał mu ciężko pra­co­wać. Żona, wsty­dząc się jego upadku, zro­biła się zrzę­dliwa. Ale ten nie­spo­dzie­wany dar od mło­dego szlach­cica był jak uśmiech losu. Srebrna hrywna była warta wię­cej niż trzy mie­siące pracy.

Skrę­cił w leśną ścieżkę pro­wa­dzącą na polanę, gdzie kobiety zbie­rały grzyby. Minął ją, a potem staw, w któ­rym, jak powia­dali ludzie, miesz­kały rusałki. Kawa­łek dalej doszedł do roz­staju. Dróżka na prawo wio­dła do posia­dło­ści księ­cia, a ta na lewo - na pół­noc. Ale ponie­waż mijała miej­sce, w któ­rym jeden z wie­śnia­ków został zabity przez dzika, ludzie bali się tam­tędy cho­dzić, wie­rząc, że będzie ich za to prze­śla­do­wał pech.

Nie zasta­na­wia­jąc się, Szczek skrę­cił w lewo. Ten Iwa­nuszka przy­niósł mi szczę­ście, pomy­ślał. Nie mam się czego bać.

Na pół­noc od Ruski rzeczka two­rzyła sze­roki zakręt wokół niskiego, gęsto zale­sio­nego wzgó­rza. Wła­śnie tam zgi­nął nie­szczę­sny wie­śniak. Wzgó­rze ota­czał pas gęstych zaro­śli, głów­nie jeżyn i cier­ni­stych krze­wów. Nie było to przy­ja­zne miej­sce. I pew­nie by się tu nie zatrzy­mał, gdyby nie to, że w odle­gło­ści stu metrów przed sobą zoba­czył nagle lisa, który bez­gło­śnie znik­nął wśród zaro­śli.

Cie­kawe, czy ma tam gdzieś norę, pomy­ślał Szczek. Lisie futro było bar­dzo cenne. Naj­ci­szej jak mógł, cier­piąc z powodu zadra­pań, przedarł się pomię­dzy krze­wami, aż w końcu zaczął się wspi­nać na wzgó­rze. Po paru minu­tach, nie­mal zapo­mniaw­szy o lisie, uśmiech­nął się z zachwy­tem.

Całe wzgó­rze, gęsto poro­śnięte dębami i sosnami, na które nikt nie zaglą­dał, było jed­nym wiel­kim skarb­cem peł­nym psz­cze­lich rojów. Wszę­dzie roz­cho­dził się inten­sywny zapach miodu. Roz­glą­da­jąc się wśród gałęzi, nali­czył ponad dwa­dzie­ścia gniazd. Roze­śmiał się gło­śno.

- Ten Iwa­nuszka nawet nie wie, ile mi przy­niósł szczę­ścia! - zawo­łał.

Nie zamie­rzał nikomu o tym mówić. Wie­dział, jak to zna­le­zi­sko wyko­rzy­sta. I pew­nego dnia, pomy­ślał, będę wol­nym czło­wie­kiem.

Rok 1075

W roku 1075 nie­wielu ludzi na całej Rusi mogło się cie­szyć takim szczę­ściem jak bojar Igor.

Jego pan, książę Wsie­wo­łod, obsy­py­wał go poda­run­kami. Nikt inny w ksią­żę­cej dru­ży­nie nie cie­szył się takimi przy­wi­le­jami jak on.

Naj­wy­żej uro­dzeni uzy­skali obec­nie nowy sta­tus. Daw­niej rodzina zamor­do­wa­nego szlach­cica otrzy­my­wała od zabójcy rekom­pen­satę w wyso­ko­ści czter­dzie­stu hry­wien, a dziś życie wiel­moży wyce­niano na osiem­dzie­siąt. Kara za obrazę takiego pana była cztery razy wyż­sza niż kara za zabój­stwo smerda.

Igor otrzy­mał tę naj­wyż­szą rangę. A do tego jesz­cze książę Pere­ja­sła­wia z wdzięcz­no­ści za wierną służbę prze­ka­zał mu wła­dzę nad roz­le­głymi tere­nami przy połu­dniowo-wschod­niej gra­nicy księ­stwa. To wła­śnie tam leżała wieś Ruska.

Prze­ka­zy­wa­nie ziemi było nowym spo­so­bem wyna­gra­dza­nia naj­wier­niej­szych poplecz­ni­ków. Tań­szym niż wypłata pie­nię­dzy, ziemi bowiem było w bród. Owe ziem­skie nada­nia roz­po­częły pro­ces, w któ­rym okre­śle­nie "bojar", ozna­cza­jące począt­kowo sługę albo szla­chet­nie uro­dzo­nego członka dru­żyny, stało się z cza­sem syno­ni­mem wła­ści­ciela ziem­skiego.

Bojar Igor miał powody, by czuć się szczę­śliwy. Ucho­dził za czło­wieka powścią­gli­wego i pra­co­wi­tego, ale krył się za tym jakiś smu­tek. A osoba postronna, widząc go w towa­rzy­stwie jego posi­wia­łej żony, mogłaby pomy­śleć, że oboje lubią mil­czeć. Jed­nak przy­czyna ich mil­cze­nia była inna - każde z nich oba­wiało się, że cokol­wiek powie, wydo­bę­dzie na powierzch­nię ukry­waną roz­pacz współ­mał­żonka.

Pew­nego zimo­wego dnia Borys zgi­nął w potyczce na gra­nicy stepu. Zgod­nie ze zwy­cza­jem przy­wie­ziono jego ciało na saniach.

Igor zapa­mię­tał ten dzień na całe życie. Śnieg padał tak gęsto, że wiru­jące płatki chwi­lami prze­sła­niały sanie wcią­gane na wzgó­rze, ku bra­mom mia­sta. W tam­tym cza­sie Igor modlił się całymi godzi­nami przed ikoną i szu­kał pocie­sze­nia u ojca Łuka­sza.

Jed­nak ta rana mogła się z cza­sem zagoić.

Utrata Iwa­nuszki była nie­za­go­joną raną.

Gdzie on prze­padł? Mie­siąc po jego wyjeź­dzie do Kon­stan­ty­no­pola przy­szła wieść od Żydo­wina, że widziano go w Rusce. Ale co się z nim stało potem? Nie sta­wił się w Kon­stan­ty­no­polu, o czym donie­śli tam­tejsi kupcy. Przez rok nie mieli o nim żad­nych wia­do­mo­ści. Potem dały się sły­szeć pogło­ski, że widziano go w Kijo­wie, podobne nie­spraw­dzone słu­chy docho­dziły ze Smo­leń­ska, z Czer­ni­howa, a nawet z odle­głego Nowo­grodu. Podobno upra­wiał hazard, podobno pił, podobno żebrał. Wie­ści poja­wiały się rzadko i nie były do końca wia­ry­godne.

Sam Iwa­nuszka przez trzy lata nie przy­słał rodzi­com żad­nego listu.

- On cze­goś szuka - orze­kła matka, gdy donie­siono im, że ktoś widział go w Kijo­wie.

- Jemu jest wstyd - stwier­dził Igor ze smut­kiem.

- Moż­liwe - przy­znał Świę­to­pełk. - Ale skoro tak postę­puje, to zna­czy, że nas nie kocha.

I gdy minął trzeci rok bez wie­ści, nawet matka zaczęła wie­rzyć, że Iwa­nuszka jej nie kocha.

Na przy­stani pano­wał ruch. Nieco powy­żej zaku­rzona piasz­czy­sta droga prze­ci­nała uko­śnie wyso­kie umoc­nie­nia Pere­ja­sła­wia. W kilku miej­scach bru­natne wały pokryte były zie­lo­nymi pla­mami przy­wię­dłej jesien­nej trawy. Lato już minęło, mia­sto ota­czała aura zmę­cze­nia. Sze­roka bru­natna rzeka też wyglą­dała ponuro, cią­gnąc się w dal jak mono­tonne echo pod sta­lo­wo­sza­rym nie­bem. Na skraju przy­stani stała łódź gotowa do odbi­cia - nie zwró­ci­łaby niczy­jej uwagi, gdyby nie drobny incy­dent, do któ­rego doszło za sprawą pew­nego mło­dego męż­czy­zny.

Spra­wiał dziwne wra­że­nie. Był brudny, a jego brą­zowa opoń­cza, którą pró­bo­wał się otu­lić, i chłop­skie łap­cie z łyka nie­mal się roz­pa­dały.

Sie­dział bez­rad­nie na małej beczce na skraju pomo­stu.

- Idziesz wresz­cie czy nie?! - wrzesz­czał na niego kapi­tan łodzi.

Męż­czy­zna ski­nął lekko głową.

- A niech to szlag! No to wsia­daj!

Mło­dzie­niec kiw­nął głową, ale się nie poru­szył.

- Głup­cze, ja już odbi­jam! - krzyk­nął kapi­tan z wście­kło­ścią. - Chcesz zoba­czyć Caro­gród czy wolisz gnić w Pere­ja­sła­wiu?

Żad­nej reak­cji.

- Obie­ca­łeś, że mi zapła­cisz. Mogłem wziąć kogoś innego. Odda­waj mi moje pie­nią­dze!

Przez moment wyda­wało się, że męż­czy­zna wstaje, ale nie, wciąż sie­dział na beczce. Klnąc na cały głos, kapi­tan wydał roz­kazy i pękata łódź z poje­dyn­czym masz­tem i rzę­dem wio­śla­rzy wypły­nęła na śro­dek ospa­łej rzeki, po czym skie­ro­wała się na połu­dnie.

Iwa­nuszka na­dal się nie poru­szył.

Miał za sobą długą wędrówkę. Pierw­szego roku kilka razy wyru­szał na połu­dnie. Zna­lazł nawet kup­ców, któ­rzy mieli go ze sobą zabrać, ale skoń­czyło się na tym, że tylko obej­rzał ich łodzie. Za każ­dym razem powstrzy­my­wała go jakaś nie­wi­dzialna siła. I jak napię­cie powierzch­niowe przy­trzy­muje przed­miot wycią­gany z wody, tak samo jakaś pod­ziemna moc nie chciała wypu­ścić Iwa­nuszki z ojczy­stej ziemi, nie pozwa­lała mu popły­nąć wielką rzeką ku ducho­wemu życiu. Cza­sem miał wra­że­nie, że cią­gnie się za nim jakiś fizyczny cię­żar bez­władu.

Gdy wydał wszyst­kie pie­nią­dze, zaczął upra­wiać hazard.

Jeśli wygram, tłu­ma­czył sobie, to zna­czy, że Bóg chce, bym poszedł do klasz­toru. Ale jeśli stracę pie­nią­dze na podróż, to zna­czy, że Bóg ma inne plany. Brzmiało to roz­sąd­nie i Iwa­nuszka nie potrze­bo­wał dużo czasu, żeby prze­grać.

Nie odwró­cił się od Boga świa­do­mie, miał jedy­nie nadzieję, że tą pokrętną drogą zbliży się do niego w spo­sób bez­bo­le­sny. Ale w miarę upływu czasu pogrą­żał się w coraz więk­szej apa­tii, prze­ry­wa­nej coraz częst­szymi napa­dami picia. Włó­czył się od mia­sta do mia­sta, nie mogąc ani wyru­szyć na połu­dnie, ani wró­cić do domu. W dru­gim roku zaczął kraść.

Kradł jedy­nie małe sumy, a co dziwne - udało mu się prze­ko­nać samego sie­bie, że to wcale nie jest kra­dzież. No bo prze­cież, mówił sobie w duchu, zabie­ram boga­temu. A czy nasz Pan nie przy­zwo­lił swoim uczniom na zry­wa­nie kło­sów zboża z pól boga­czy? I czę­sto przed kra­dzieżą Iwa­nuszka wzbu­dzał w sobie pełną zło­ści pogardę. Powta­rzał w duchu, że to on jest bli­sko Boga, a ci, któ­rych zamie­rzał okraść, to godni pogardy chciwcy, co zasłu­żyli na karę. Kupo­wał potem jedze­nie i picie i z nieco peł­niej­szym żołąd­kiem włó­czył się całymi dniami po oko­licy, a lek­kie unie­sie­nie brał za stan łaski.

Naj­gor­sze były zimy. Nawet kra­dzieże nie poma­gały, gdy nie dało się spać na świe­żym powie­trzu. Wędro­wał więc od cer­kwi do cer­kwi, od klasz­toru do klasz­toru jako izgoj, licząc na jał­mużnę. I kilka razy o mało nie zamarzł na śmierć.

Raz widział ojca. Któ­re­goś wio­sen­nego dnia wędro­wał lasami nie­da­leko Czer­ni­howa, gdy nagle usły­szał stu­kot kopyt, a po chwili zoba­czył kawal­kadę jeźdź­ców.

Ukrył się za dębem. Byli to pano­wie ze służbą. Zoba­czył wśród nich księ­cia Wło­dzi­mie­rza, a tuż obok niego ojca i Świę­to­pełka. Igor trzy­mał na przed­ra­mie­niu jastrzę­bia. Miał na sobie sobo­lową czapę i z iro­nicz­nym uśmie­chem przy­słu­chi­wał się jakiejś opo­wie­ści mło­dego księ­cia.

Ku swo­jemu zdzi­wie­niu Iwa­nuszka zauwa­żył, że prze­stra­szył się ich jak zwy­kły chłop. Prze­stra­szył i zawsty­dził. Dobry Boże, modlił się w duchu, oby mnie tylko nie zoba­czyli. Drę­czący go głód i łach­many na ple­cach były naj­lep­szym dowo­dem, że jest nie­udacz­ni­kiem, wygnań­cem z tego świata peł­nego bla­sku. Gdyby go roz­po­znali, nie zniósłby ich zakło­po­ta­nia i obrzy­dze­nia. Ten świat jest już dla mnie zamknięty, pomy­ślał.

A jed­no­cze­śnie nie mógł ode­rwać od nich wzroku.

Pra­wie go minęli, gdy na samym końcu zoba­czył coś, co wyrwało mu z piersi gło­śne wes­tchnie­nie. Kawal­kadę zamy­kały dwie młode kobiety, jedna była jesz­cze nie­mal dziec­kiem.

Ubrane były z prze­py­chem. Dosia­dały koni z wdzię­kiem i lek­ko­ścią. Obie miały nie­bie­skie oczy i jasne włosy, jaśniej­sze niż wszyst­kie znane mu kobiety. I kiedy tak sie­dział przy­kuc­nięty za drze­wem, przy­szło mu nagle do głowy, że ma przed sobą nie ksią­żęcy orszak, ale samo niebo. To są dwa anioły, mruk­nął pod nosem, zasta­na­wia­jąc się, skąd przy­były.

Po paru chwi­lach orszak znik­nął. Lecz wspo­mnie­nie dwóch mło­dych kobiet już go nie opusz­czało, przy­po­mi­na­jąc mu nie­ustan­nie bole­sną prawdę: jesteś jedy­nie mar­nym zwie­rzę­ciem z lasu.

Wio­sną, zna­la­zł­szy się przy­pad­kiem nie­da­leko Ruski, pod­jął ostat­nią próbę wypro­sto­wa­nia swo­jego życia. Poczuł, że tak dalej być nie może. Albo skoń­czę ze sobą, pomy­ślał, albo pójdę do klasz­toru. Per­spek­tywa śmierci prze­ra­żała go. Uznał więc, że każda reguła zakonna będzie lep­sza od jego obec­nego życia.

Był tylko jeden pro­blem. Nie miał już pie­nię­dzy.

Wstał cie­pły wio­senny pora­nek. Żydo­win wyj­rzał ze swo­jego składu i zoba­czył, że po prze­ciw­nej stro­nie ulicy wałęsa się jakaś obdarta postać. W Rusce tego dnia pano­wała cisza i spo­kój, nie­pil­no­wany przez żoł­nie­rzy fort był nie­mal pusty.

Żydo­win roz­po­znał go nie­mal od razu, ale jako czło­wiek roz­ważny nie dał tego po sobie poznać. Dopiero koło połu­dnia przy­bysz pod­szedł do niego powoli, nieco sztyw­nym kro­kiem.

- Wie­cie, kim jestem?

Głos był cichy, ale miał w sobie jakąś szorstką, wręcz pogar­dliwą nutę.

- Tak, Iwa­nie Igo­rie­wi­czu.

Cha­zar nie poru­szył się, nie wyko­nał żad­nego gestu. Iwa­nuszka ski­nął powoli głową, jakby coś roz­wa­żał.

- Zawsze byli­ście dla mnie dobrzy.

Żydo­win nie odpo­wie­dział.

- Mógł­bym dostać coś do jedze­nia?

- Oczy­wi­ście. - Żydo­win uśmiech­nął się. - Wejdź do środka.

Zaczął się zasta­na­wiać, jak mógłby go zatrzy­mać. W poje­dynkę nie dałby mu rady, ale po połu­dniu w skła­dzie miało się poja­wić dwóch pra­cow­ni­ków. Z ich pomocą dałby radę zawieźć go bez­piecz­nie do Pere­ja­sła­wia. Zosta­wił więc Iwa­nuszkę w skła­dzie, a sam poszedł przez dzie­dzi­niec do domu. Wró­cił po paru minu­tach z miską kwasu chle­bo­wego i tale­rzem plac­ków z prosa.

Ale Iwa­nuszka znik­nął.

Żydo­win zacho­wał się nie­roz­waż­nie, zapo­mniał bowiem, że Iwa­nuszka wie, gdzie jest scho­wek z pie­niędzmi. Nie było tego dużo, ale na podróż do Kon­stan­ty­no­pola wystar­czyło. Przy­naj­mniej zoba­czę to mia­sto, pomy­ślał chło­pak.

Mimo wszystko miał wyrzuty sumie­nia. Pró­bo­wał je zagłu­szyć. Tak naprawdę to nie jest kra­dzież, mówił sobie, bo Żydo­win odzy­ska pie­nią­dze od ojca. A ojciec na pewno się ucie­szy, że w końcu wyru­szy­łem na połu­dnie. Bo wędru­jąc przez las, Iwa­nuszka nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że naresz­cie dotrze do grec­kich klasz­to­rów.

Żydo­win prze­kli­nał swoją głu­potę i zasta­na­wiał się, co ma powie­dzieć rodzi­com chło­paka. Roz­wa­żał to przez dłuż­szy czas, w końcu uznał, że nie powie nic. Bo każde słowo mogło im co naj­wy­żej spra­wić ból.

I tak oto Iwa­nuszka sie­dział samot­nie na przy­stani, wpa­tru­jąc się tępo w wodę. Łódź była jego ostat­nią szansą na dotar­cie do cesar­skiego mia­sta przed zimą. Pra­gnął tam jechać. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało. Ale latem zaszła w nim prze­ra­ża­jąca zmiana: stra­cił całą wolę dzia­ła­nia.

Nie był w sta­nie nic robić, naj­czę­ściej sie­dział bez­rad­nie i całymi godzi­nami patrzył przed sie­bie. A tego dnia rano zauwa­żył, że zostało mu już tylko osiem srebr­nych hry­wien, tyle co na podróż. Przy­wlókł się na przy­stań z głę­bo­kim posta­no­wie­niem, że ostat­nie pie­nią­dze wyda na drogę. Ale ku swo­jej roz­pa­czy po pro­stu nie mógł się ruszyć z miej­sca.

Teraz to naprawdę koniec, pomy­ślał. Po tej upo­ka­rza­ją­cej klę­sce nie widział dla sie­bie żad­nego innego roz­wią­za­nia, jak tylko pójść nad rzekę i skoń­czyć ze sobą.

Dopiero po chwili usły­szał za ple­cami gwar docho­dzący z grupy nie­wol­ni­ków, któ­rzy sie­dzieli na ziemi i cze­kali, by zabrano ich na plac tar­gowy. Spoj­rzał obo­jęt­nie w tam­tym kie­runku. Jeden z męż­czyzn był bar­dzo pobu­dzony. Ale Iwa­nuszka jedy­nie wzru­szył ramio­nami i znów skie­ro­wał wzrok na rzekę.

- Iwa­nie Igo­rie­wi­czu!

Odwró­cił się.

Szczek obser­wo­wał go od jakie­goś czasu. Ale teraz był już pewien. Tak się ucie­szył, że aż zapo­mniał, iż ma skrę­po­wane ręce. Tam jest syn bojara! Ten, któ­rego nazy­wają głup­cem.

- Iwa­nie Igo­rie­wi­czu! - zawo­łał znowu.

Wyda­wało się, że dziwny młody czło­wiek go roz­po­znaje.

Szczek zna­lazł się w nie­we­so­łym poło­że­niu. Miał iść na sprze­daż. A co gor­sza, przed chwilą jeden z więź­niów prze­ka­zał szep­tem prze­ra­ża­jącą wia­do­mość: "Han­dla­rze nie­wol­ni­ków szu­kają ludzi do wio­seł". Wszy­scy wie­dzieli, co to ozna­cza: katorż­ni­czą pracę na rzece, prze­no­sze­nie łodzi przez bystrza, a może nawet nie­bez­pieczny rejs po morzu. A potem i tak zostaną sprze­dani na któ­rymś z grec­kich tar­gów. Nie­wol­ni­kowi wszystko mogło się przy­tra­fić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki