Rozdział 1
Rozdział 1
Ronnie
Długo wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Chyba podświadomie
spodziewałam się, że gdy ten dzień nadejdzie, zobaczę swoją wielką
przemianę. Przecież teraz wszystko miało się odwrócić o sto
osiemdziesiąt stopni. Nic już nie będzie takie samo jak dawniej.
A jednak pozostałam dokładnie taka jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień
temu. Te same rozczochrane włosy, które potrafiły poskromić tylko
prostownica albo ciasno splecione warkocze, ta sama twarz i te same
oczy... Oczy mojej matki.
Odwróciłam wzrok, żeby o tym nie myśleć. A może moją uwagę przykuł
trzask drzwi? W mojej głowie działo się za dużo, żebym wiedziała to na
pewno.
Do pokoju wszedł Louis. Nieco dramatycznie ominął wielką walizkę, którą
postawiłam na środku, a gdy dostrzegł mnie przed lustrem w łazience,
uśmiechnął się szeroko.
- Tu jesteś!
Zmarszczyłam brwi.
- A gdzie miałabym być, jeśli nie w swoim pokoju?
Louis nic sobie nie zrobił z mojego nieprzyjemnego tonu. Stanął za mną i otoczył mnie ramionami, przyciskając do piersi. Mogłabym przysiąc, że
powąchał moje włosy.
- Nasze hotelowe dziecko dorosło - wymruczał rozczulony. -
Zastanawialiśmy się właśnie, czy jest jakiś powód, dla którego nie
chcesz zjeść wspólnie z nami ostatniego śniadania.
Wyswobodziłam się z jego uścisku.
- Nie jestem dzieckiem. I nie zachowuj się, jakbym kończyła żywot. Ja po
prostu wyjeżdżam do szkoły. Nim się obejrzysz, będę z powrotem.
- Ta, jasne. W nowej szkole wypatrzy cię jakiś łowca talentów i wyprowadzisz się tam, gdzie cię zakontraktują - odparł takim tonem,
jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. - Żadne z nas nie
ma wątpliwości, że właśnie wyfruwasz z gniazda na dobre.
Duma i żal w jego głosie mieszały się tak idealnie, jakby wcześniej to
wyćwiczył. Miło było wiedzieć, że wszyscy z taką łatwością we mnie
wierzą. Mój sukces wydawał się im oczywisty, chociaż w sporcie nigdy nic
nie jest takie proste. Ich wiara mogła brać się z niewiedzy lub
naiwności, ale i tak miło było mieć wsparcie.
- Nie mogę zejść na dół - odparłam i odwróciwszy się z powrotem do
lustra, pociągnęłam się za włosy. - Jak ja wyglądam? Zaraz przyjedzie
Chad. Nie chcę, żeby zapamiętał mnie taką obrzydliwą, skoro następnym
razem zobaczę się z nim dopiero za dwa tygodnie.
- Kogo nazywasz obrzydliwą? - Głos mojego brata sprawił, że drgnęłam.
Nawet nie usłyszałam, kiedy wszedł. - Bo jeżeli samą siebie, to się
pogniewamy. Wyglądasz jak damska wersja mnie, a ja przecież jestem
śliczny.
Louis parsknął i przesunął się w bok, gdy Dom zajął jego miejsce. Stanął
za mną i przez chwilę patrzył to na mnie, to na siebie, jakby porównywał
subtelne różnice w naszych twarzach. Zawsze byliśmy podobni, oboje
wdaliśmy się w matkę, lecz brakowało nam w oczach tej iskry
okrucieństwa, którą zapamiętałam z domu rodzinnego. Od niedawna na
twarzy mojego brata gościły pewne rzeczy, których wcześniej tam nie
było. Blizny na łuku brwiowym i nad ustami nie zniknęły całkowicie, mimo
że Genevieve codziennie przypominała mu o smarowaniu ich maścią. To
pamiątki po walce, której żadne z nas nie chciało toczyć, i choć Dom
zawsze stawał w mojej obronie, ja nie odwdzięczyłam się tym samym. Tyle
lat opłacał moje treningi, a w ostatecznym rozrachunku nie było mnie
przy nim, żeby powstrzymać Josepha.
Te jasne ślady na twarzy brata zawsze będą mi o tym przypominać.
W zamyśleniu uniosłam dłoń i dotknęłam swojej twarzy w miejscu, gdzie
Dom miał bliznę. Zorientował się, co robię, o sekundę szybciej niż ja.
Bez wątpienia zgadł, dokąd zabrały mnie wspomnienia. Oderwał spojrzenie
od lustra i kiwnął na szczotkę. Gdy mu ją podałam, zabrał się do
zaplatania mi warkoczy.
- Nadal nie nauczyłaś się robić tego sama? - zapytał Lou.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Dominick kazał mu się ode mnie odwalić.
Owszem, nauczyłam się czesać, ale lubiłam, gdy mnie w tym wyręczał.
- Zapadła w końcu jakaś decyzja, kto ze mną jedzie?
- To delikatny temat - odparł Louis. - Kłócimy się tak zaciekle, że
chyba ostatecznie rozstrzygniemy to na pięści.
- Przecież już dawno postanowione. Ja, Ben, Gen i Chad - wyjaśnił Dom. -
Twój głupi chłopak upiera się, że będzie prowadzić.
Zmrużyłam oczy, próbując wyczytać coś z jego twarzy, ale pochylił głowę,
żeby nałożyć gumkę na pierwszy warkocz.
- Chad już tu jest czy z nim pisałeś?
- Dwie rzeczy w tym zdaniu mogą być praw... Ej, jeszcze nie skończyłem! -
zawołał, gdy zerwałam się z miejsca.
- Jak mogliście mnie tak bezsensownie zagadywać, wiedząc, że mój chłopak
czeka na dole?! - zaperzyłam się. - No pospiesz się z tymi włosami!
Czeszesz mnie już tyle lat, a nadal schodzi ci z tym tyle, jakbyś był
pieprzonym amatorem!
Ani Dom, ani Louis nie wyglądali na przejętych moim wybuchem. Lou
zbliżył się i zablokował przejście, żeby mój brat w spokoju skończył
fryzurę.
- Odwlekamy, jak możemy, moment, w którym będziemy musieli oddać cię
światu.
- Och, zamknij się!
- Wyrażaj się, jeszcze za nami zatęsknisz.
Miałam dosyć tego głupiego gadania. Przynajmniej tak mi się wydawało
dopóty, dopóki faktycznie nie musiałam opuścić pokoju. Nie zostawiałam
go całkowicie pustego - wszystkie rzeczy i tak nie zmieściłyby się do
walizki. Zresztą będę tu często wracać. Wyprowadzam się tylko dlatego,
że tak będzie wszystkim wygodniej. Moja nowa szkoła znajduje się
dosłownie na drugim końcu miasta. Gdyby ktoś musiał mnie codziennie
wozić, zajmowałoby to mnóstwo czasu, którego, zgodnie z planem zajęć, i tak nie miałam, a do tego pochłaniałoby masę pieniędzy. Pokój w akademiku dostałam w ramach stypendium, więc decyzja była oczywista.
Nie mogłam się doczekać tego dnia, ale teraz wcale nie było łatwo. Nie
chciałam jednak dać tego po sobie poznać. Louis wziął moją walizkę, bo
Dominick skarżył się, że od dźwigania bolą go żebra. Parę miesięcy temu
nasz ojczym mu je połamał, więc nikt nie podważał samopoczucia Doma.
Ciocia suszyła mu głowę, żeby zapisał się na prześwietlenie, ale nie
brał sobie tego do serca.
W windzie nie rozmawialiśmy. Dawniej cisza była tak naturalna, że nawet
jej nie zauważaliśmy, ale teraz wydawało się, że powinniśmy wykorzystać
każdą chwilę, żeby mówić cokolwiek, bo już za kilka godzin naszą
najczęstszą formą komunikacji stanie się czat grupowy.
Winda zatrzymała się na parterze, a gdy z niej wysiedliśmy, od razu
przywitał nas podniesiony głos Owena Warrena.
- Ile razy mam wam powtarzać, wy uparci kretyni, że winda jest dla
gości, a nie dla was?!
Nikomu nie podobało się, że bywał tu tak często. To znaczy Dominickowi
chyba nie przeszkadzało. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że lubił
wyprowadzać go z równowagi.
- No to po co dojeżdża na czwarte piętro? - zapytał niewinnie mój brat.
- Bo liczę, że w końcu się usamodzielnicie i wyprowadzicie, a te pokoje
zostaną odpowiednio zagospodarowane!
Trzeba było mu przyznać, że jego pomysły i inwestycje się zwracały.
Hotel powoli cieszył się coraz większym zainteresowaniem, a my coraz
bardziej odczuwaliśmy, że brakuje rąk do pracy.
Ciocia wyszła zza biurka w recepcji, jak zwykle, gdy głos syna
burmistrza przybierał tę piskliwą barwę świadczącą o tym, że ze
wszystkich sił powstrzymuje się przed krzykiem.
- Daj im spokój, Owen - powiedziała bez większych emocji, po czym
zamknęła mnie w uścisku. - Cześć, dzieciaku. Dziś twój wielki dzień. Jak
się czujesz?
Oni wszyscy musieli być w zmowie. Chcieli mnie wkurzyć tym nazywaniem
dzieckiem. Darowałam sobie jednak oskarżenie ich o to na głos.
Zapewniłam ciocię, że wszystko u mnie w porządku, i oddałam jej klucze
do mojego pokoju. Zawahała się, zanim je przyjęła.
- Wiesz, że to nadal jest i będzie twój pokój, prawda? To, że zaczynasz
nowy etap w życiu, niczego nie zmienia.
- Wiem, ale klucze to taka mała rzecz. Tam musiałabym ich pilnować, a tutaj będą bezpieczne.
Owen wymruczał coś o nauce odpowiedzialności, ale chłopacy najwyraźniej
nie chcieli, żebym tego słuchała. Louis delikatnie pchnął mnie w stronę
restauracji.
W kuchni już panował ruch, chociaż tylko jedna osoba faktycznie
pracowała. Paige Hewson stała przy garnkach i nawet nie podniosła na nas
wzroku. Jakiś czas temu ciocia i Owen uznali, że muszą zatrudnić
kolejnego kucharza. Tina niedługo miała rodzić, i chociaż początkowo
upierała się, że chce pracować aż do porodu, teraz coraz szybciej się
męczyła, a Stan musiał wręcz zmuszać ją do odpoczynku. Chociaż Linda i Warren byli zgodni co do potrzeby zatrudnienia kucharza, syn burmistrza
ewidentnie miał na myśli kogoś z zewnątrz. Delikatnie mówiąc, nie był
zachwycony, gdy dowiedział się, że do hotelowej załogi dołącza kolejna
osoba z grona naszych bliskich znajomych, i to w dodatku bez żadnego
doświadczenia. Dominick obiecał, że wszystkiego ją nauczy, a ja byłam
pewna, że Owen każdego dnia żałuje decyzji o inwestycji w nasz hotel.
Było jeszcze wcześnie, a jednak Genevieve i Chad już zdążyli przyjechać.
Wzruszyła mnie myśl, że są tutaj o tej porze specjalnie dla mnie. Pili
właśnie kawę z Tiną, której brzuch był już tak wielki, że wyglądał,
jakby mógł wybuchnąć w każdej chwili. Powstrzymałam się jednak od
powiedzenia tego na głos. Louis popełnił kiedyś podobny błąd i gdy Tina
się rozpłakała, wszyscy się na niego wściekli.
Dominick wyjął kubek z rąk przyjaciółki, gdy była w połowie opowiadania
jakiejś historii. Ledwo otworzyła usta, żeby zaprotestować, a on już
zdążył wylać napój do zlewu.
- Ej! Jesteś wredny - oznajmiła Tina.
- A ty nieodpowiedzialna. W ciąży nie można pić kawy.
- Można! Doedukuj się, zanim zaczniesz za mnie decydować! Mój lekarz
uważa, że lepiej nie przesadzać z ostrożnością, bo potem dziecko urodzi
się nieodporne na różne rzeczy.
- Twój lekarz to debil i powinien stracić prawo do wykonywania zawodu -
odparł Dom.
- Twój psycholog to jeszcze większy debil, bo najwyraźniej nie potrafi
poskładać twojego skretyniałego mózgu do kupy i...
- Ej! - zawołał Ben, chociaż w jego głosie było więcej rozbawienia niż
oburzenia.
Nie dostrzegłam go od razu. Nie siedział na krześle jak cała reszta,
tylko na podłodze, i szybko zrozumiałam dlaczego. Sally lubiła malować,
leżąc na brzuchu. Tina próbowała ją przekonać, że wygodniej będzie jej
przy blacie, ale dziewczynka tylko patrzyła na nią bez cienia emocji.
Zamiast walczyć z małą, Dom kupił jej materac przypominający trochę
legowisko dla psa.
- Hej wam - przywitałam się, bo jakoś nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
Genevieve pierwsza zerwała się z miejsca. Tina chyba chciała jej
dorównać, ale nie było to już takie proste. Dominick podał jej rękę w niemym geście pomocy, ale ona ostro kazała mu spadać.
Gdy dziewczyny skończyły mnie przytulać, przyszła kolej na mojego
chłopaka. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. To było moje ulubione
uczucie na całym świecie. Usłyszałam z boku cichy głos, chyba Gen, że
jesteśmy słodcy. Uniosłam głowę, a Chad od razu zrozumiał, o co mi
chodzi. Pochylił się i szybko cmoknął mnie w usta.
Wtedy błysnął flesz, tak niespodziewanie, że gdybyśmy nie zamknęli oczu,
pewnie by nas oślepił. Jęknęłam, odsuwając się od Chada. Genevieve
machała małym zdjęciem między palcami, szczerząc się do nas szeroko.
- Myślałam, że już dawno wyrzuciłaś ten aparat - powiedziałam.
- Nigdy! Owszem, dawniej był dla mnie zastępstwem Instagrama, gdy przez
wiadomo kogo nie mogłam używać mediów społecznościowych. Ale ostatnio
uznałam, że dobrze byłoby wrócić do takich namacalnych pamiątek. Więc
tak, przygotujcie się wszyscy na wielki powrót polaroidów.
- Ekstra. - Dominick zareagował z przesadnym entuzjazmem, po czym usiadł
na podłodze między Sally a Benem. - Co tam rysujecie?
Kariera Bena ostatnio nabrała rozpędu. Jego prace zostały docenione i dostał zlecenie wykonania ilustracji do jakiejś książki fantasy. Ma
stworzyć ich kilka, po jednej do każdego rozdziału, ale książka była
strasznie długa. Spędziliśmy razem kilka wieczorów, podczas których ja
zdążyłam obejrzeć cały sezon serialu, a on wciąż nie skończył jej
czytać.
- Liczę, że mała mnie zainspiruje do projektu - powiedział Ben.
Zerknęłam przez ramię Doma. Sally rysowała głównie księżniczki w ogromnych sukniach.
- Dorysuj tu smoka, a zrobi się fantastyka - zasugerowałam.
Zaśmiałam się na myśl o kontraście, gdyby kreska Bena spotkała się z tymi dziecięcymi bazgrołami Sally.
- I księcia, który uratuje księżniczki - dodał Louis.
- Księżniczki same się uratują - warknęła Tina. - Nie wpajaj jej
patriarchalnych bzdur od najmłodszych lat.
Lou wymruczał coś o tym, że nie może się doczekać, aż Tina urodzi, bo
chyba przez to jest taka nieznośna, ale gdy poprosiła, żeby powtórzył
głośniej, już się nie odważył.
- A gdzie twój książę? - zapytałam, żeby zmienić temat.
- Nie jesteś zabawna. Stan jest w pracy. Liczył, że się obudzisz, zanim
pojedzie. Nawet chciał zadzwonić do szefa i powiedzieć, że się spóźni,
ale stwierdziłam, że nie obrazisz się, jeśli nie zdąży się z tobą
pożegnać - wyjaśniła Tina.
Dom wstał z podłogi, bo przypomniał sobie, że czekam na śniadanie. Louis
w tym czasie podał mi kawę.
- Zabierzesz go ze sobą? - zapytała Gen, wskazując na mój kubek z owieczką.
Potrząsnęłam głową. Nie mogłabym. Wtedy naprawdę poczułabym się tak,
jakbym wyprowadzała się stąd na zawsze.
Przyjęłam od brata owsiankę czekoladową. Musiał przygotować ją już
wcześniej, bo płatki zdążyły napęcznieć i zrobiła się z nich obleśna
breja.
- Fuj. Wiesz, że nie lubię, jak robi się z tego papka.
Dominick uniósł wzrok do sufitu.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo nie będzie mi brakowało tego marudzenia...
No dobrze, niech stracę. To twój ostatni dzień. Czego księżniczka sobie
życzy?
- Przecież i tak to zjem. Po prostu mógłbyś się trochę wysilić i zapamiętać, co lubię, a czego nie.
Dom i Ben wymienili spojrzenia, których nie zrozumiałam. Paige też to
zauważyła i parsknęła pod nosem.
- Sorry, chłopaki! - Zaśmiała się. - Nadal nie mogę się przyzwyczaić do
tego waszego tatusiowania. Wciąż mam przed oczami obraz Doma sprzed lat.
- On wcale nie... - zaczęłam, ale w połowie zdania uznałam, że nie warto
angażować się w tę rozmowę. - Jem to na szybko i spadamy. Chad, ty
jadłeś śniadanie?
Mój chłopak zajął miejsce obok mnie.
- Tak, jeszcze w domu przed wyjazdem, a potem tutaj twój brat
praktycznie wcisnął mi owsiankę do gardła.
Pochyliłam się nad talerzem, żeby ukryć uśmiech. Wbrew temu, co Chad
mógł sobie myśleć, to był bardzo dobry znak.
Po śniadaniu wszyscy znowu zaczęli mnie ściskać, aż zrobiło się to
trochę wkurzające. W którymś momencie Owen Warren wpadł do kuchni, żeby
nakrzyczeć na nas, że jesteśmy za głośno i że słychać nas na sali, a to
nieprofesjonalne. Ponieważ nikt specjalnie się tym nie przejął, odwrócił
się na pięcie i chciał wyjść, przeklinając nas pod nosem, ale Genevieve
go zatrzymała.
- Jak już tu jesteś, to może mógłbyś zrobić nam zdjęcie? Zależy mi,
żebyśmy wszyscy byli w kadrze.
Mina Bena uświadomiła mi, że był to prawdopodobnie pierwszy raz, gdy Gen
zwróciła się z taką swobodą do kogoś z rodziny Warrenów w naszej
obecności. Raczej unikała przebywania z Owenem albo burmistrzem w tej
samej przestrzeni, a już na pewno nie wdawała się z nimi w pogawędki. On
sam też wydawał się zdziwiony, bo nieco sztywno wyciągnął rękę po
aparat. Jestem przekonana, że gdyby z taką prośbą wyskoczyli mój brat
albo Lou, Owen kazałby im iść do diabła.
- Ale tak w kuchni? Mało klimatyczne - uznała Tina z krzywą miną.
- Właśnie bardzo klimatyczne. Przecież to jest nasze ulubione miejsce na
świecie - zapewniła Gen i zaczęła ustawiać nas do zdjęcia.
Kazała mi stanąć na samym środku. Po jednej stronie miałam Chada, po
drugiej brata. Obok niego stał Ben. Sally podeszła i od razu wyciągnęła
do niego ręce. Rozśmieszyło mnie to. Jakiś miesiąc temu zaczęłam
zauważać, że robi się z niej straszna przylepa. Gdy wróciłam z letniego
obozu, już na dobre wieszała się na Benie jak małpa, a on nie potrafił
jej odmówić. Jak tak dalej pójdzie, od noszenia jej zaczną mu rosnąć
mięśnie.
Tym razem też, zgodnie z wolą mojej siostry, Ben ją podniósł i usadził
sobie na biodrze. Gen zaprosiła Paige do zdjęcia, ale ta próbowała
protestować. Bardzo ją polubiliśmy, jednak ona wciąż nie czuła się
częścią naszej grupy. Zamknęła usta dopiero wtedy, gdy Louis przyciągnął
ją do siebie.
- Gotowi? - zapytał opryskliwie Warren.
- Tak... Ale super by było, gdybyś mógł jednak zrobić dwa zdjęcia -
poprosiła Gen.
Nie skomentował tego. Flesz błysnął, a Sally od razu zaczęła przecierać
oczy. Nikt nie przygotował jej na moc lampy. Na drugim zdjęciu
zasłaniała już twarz, a Ben i Dom nie patrzyli w obiektyw, tylko na nią,
z minami na wpół zaniepokojonymi, na wpół rozbawionymi. Genevieve
pozwoliła mi wybrać, które wolę. Wzięłam to drugie. Było dużo bardziej
naturalne i prawdziwe. Już miałam schować je do kieszeni, ale Gen
zabrała mi je z ręki.
- Potrzebuję go na sekundkę... Możecie już iść pakować walizki do auta.
Zaraz was dogonię.
Paige przytuliła mnie po raz ostatni, bo jako jedyna musiała zostać w kuchni. Pozostali wyszli za mną na zewnątrz. Louis chciał wziąć moją
walizkę, ale Chad go uprzedził.
Ciocia Linda zakończyła pospiesznie rozmowę przez telefon i podążyła za
nami.
- Urwanie głowy... Mam nadzieję, że nie czujesz się przez to zignorowana -
zaczęła, ale nie dała mi szansy odpowiedzieć. - Muszę wracać użerać się
z idiotą od klimatyzacji. Ale, Ronnie, chcę, żebyś wiedziała, że jestem
z ciebie bardzo, bardzo dumna.
- Trochę spoilerujesz moją przemowę - wymruczał gdzieś obok mój brat.
Linda uśmiechnęła się i pogładziła mnie po policzku.
- W takim razie dodam tylko, że bez względu na to, dokąd zaprowadzi cię
los, tutaj zawsze będzie twój dom. Zawsze będziesz miała dokąd wrócić. A teraz zmykaj i daj nam jeszcze więcej powodów do dumy.
Przytuliłam ją ponownie. Coraz mocniej docierała do mnie waga tej
chwili. Chad zamknął walizkę w bagażniku, a ja patrzyłam, jak Gen mija
się w progu z ciocią. Niosła coś w rękach, ale z tej odległości nie
widziałam co to.
- To taki mały prezent od nas wszystkich - powiedziała Tina, gdy
zdyszana przyjaciółka stanęła obok. - Żebyś o nas nie zapomniała w tym
wielkim świecie.
- Przeprowadzam się najwyżej półtorej godziny jazdy autobusem stąd. -
Zaśmiałam się. - Ale bardzo dziękuję.
- Nie dziękuj jeszcze. Otwórz - ponaglił mnie Louis.
Wyjęłam z koperty kartkę, która wydawała się okolicznościową, ale
ewidentnie była zrobiona własnoręcznie. Zielony papier ozdobiony
kwiatkami powycinanymi z kolorowych kartek od razu podpowiedział mi, że
za projekt odpowiadali Sally i Ben. W środku czekały na mnie życzenia.
Kochana Ronnie
powodzenia na nowym etapie życia. Nie możemy się doczekać, żeby
zobaczyć, co Ci przyniesie.
Trzymamy kciuki
KOCHAMY CIĘ NAJMOCNIEJ NA ŚWIECIE <333
Podpisy ekipy były porozrzucane po całej stronie tak, żeby na środku
zmieściło się jeszcze zdjęcie sprzed chwili, które Gen szybko wkleiła.
- Jesteście przekochani - powiedziałam, patrząc po ich twarzach. - Będę
za wami tęsknić.
- Ja już usycham z tęsknoty - odparł Louis. - Ale to nie koniec.
Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Gdy wskazał na kopertę, zajrzałam do
środka.
Otworzyłam szeroko usta.
- No co wy! - zawołałam, wyciągając z niej kilka banknotów.
- To na start - wyjaśniła Tina. - Wszyscy się złożyliśmy.
- Ale ja nie zaczynam nowego życia! Przypominam, że wyprowadzam się
tylko po to, żeby dokończyć szkołę...
- Dobra, dobra - przerwał mi Louis. - Pozwól nam zrobić coś miłego.
Kochamy cię, młoda.
Tym razem jakoś nie przeszkadzało mi to określenie. Przytuliłam Lou i Tinę po raz ostatni. Potem kucnęłam przy Sally i zapytałam, czy też chce
się przytulić. Dominick miał obsesję na punkcie szanowania jej granic,
więc nikt nie mógł nawet złapać jej za rękę bez jej zgody. Po krótkim
uścisku brat przejął ją ode mnie.
- To tak, jak się umawialiśmy. Tina zaprowadzi cię do Paige i posiedzisz
sobie z nią, okej? Narysuj coś fajnego, pokażesz nam, jak wrócimy.
Nasza siostra kiwnęła głową. Nadal nie nauczyłam się odczytywać jej
nastrojów. Była trochę dziwna. Na szczęście nie robiła żadnych scen.
Patrzyła obojętnie, jak wsiadamy do samochodu.
Ben, Gen i ja wcisnęliśmy się na tylną kanapę. Chad był kierowcą, a Dom
zajął fotel pasażera. Już mogłam przewidzieć, jak będzie wyglądać ta
podróż. Mój brat będzie pewnie wszystko wyśmiewał i krytykował, a ja nie
zamierzałam kłócić się tego ostatniego wspólnego dnia.
Chociaż sam fakt, że ustąpił i zgodził się, żebyśmy pojechali autem
mojego chłopaka, uznałam za sukces. To po prostu miało sens. Dom jeździł
jakimś gratem starszym chyba od niego samego, a Chad miał prawie nowy,
bez wątpienia bardziej godny zaufania samochód.
Genevieve początkowo próbowała mnie zagadywać, ale przez pierwsze kilka
minut bardziej interesowało mnie obserwowanie dwóch najważniejszych
mężczyzn w moim życiu. Ich interakcje wyglądały zupełnie inaczej, niż
się spodziewałam. Dom zadał Chadowi kilka pytań o parametry techniczne,
a ten rozgadywał się, jakby to była jego największa pasja. Potem
wspólnie zwyzywali nawigację, która źle ich pokierowała.
Niestety musieliśmy przejechać przez ścisłe centrum, a tam stanie w korku było nieuniknione. Wtedy Genevieve znowu chciała wciągnąć
wszystkich w rozmowę, ale Dom zgasił jej zapał, warcząc, że nie można
rozpraszać kierowcy, bo przy takim natężeniu ruchu musi być maksymalnie
skupiony. Ona nie lubiła się sprzeczać bez sensu, więc zrobiła tylko do
nas minę, żebyśmy nie mieli wątpliwości, co o nim myśli.
Cała podróż zajęła nam półtorej godziny. Faktycznie, gdybym miała
dojeżdżać tak codziennie, nie wytrzymałabym. Mój napięty grafik i tak by
na to nie pozwolił.
Ścisnęło mnie w żołądku, gdy tylko dostrzegłam budynek z daleka.
Oglądałam cały teren tej szkoły na zdjęciach, ale na żywo wyglądało to
dużo bardziej onieśmielająco. Przekonałam się o tym dosadnie, gdy
wysiedliśmy z samochodu.
U nas w dzielnicy szkoła mieściła się w jednym zwykłym budynku z tylnym
wyjściem na boisko. Tutaj cały kompleks przypominał bardziej ośrodek
treningowy niż szkołę. Pomiędzy poszczególnymi budynkami ciągnęły się
przejścia niczym w labiryncie. Nie było szans, żebym się w tym wszystkim
połapała.
Dobrze, że na stronie internetowej była dostępna mapa, na której
wszystkie miejsca rozpisano niczym sklepy w galerii handlowej. Jedną
otworzyłam ja, drugą Gen i jakoś dotarłyśmy do skrzydła mieszkalnego.
Chłopcy byli w tym czasie zupełnie niepomocni, nie licząc Chada, który
niósł moją walizkę. Dominick w ogóle się nie odzywał. Chłonął całą tę
nową scenerię, podczas gdy Ben uważnie obserwował wyłącznie jego.
Odnalazłam swój pokój. Wiedziałam, że będę go dzielić z jakąś
współlokatorką. Chociaż nikogo jeszcze nie było w środku, jej rzeczy
zajmowały już lewą stronę pomieszczenia. Miało to sens. Była tu
pierwsza, więc wybrała sobie łóżko, biurko i szafę. Pewnie uczyła się tu
od początku. To ja dołączyłam nagle jak jakaś dziwaczka.
- Przytulnie tu - zauważyła Genevieve, ale mimo usilnych starań nie
zabrzmiała przekonująco.
- Pokój jak pokój - odparłam, rozglądając się. - Cały tydzień mam
wypełniony po brzegi, tutaj będę tylko spać.
- I pilnie się uczyć, rzecz jasna - dodał Ben.
- Ostrzegam, że jeśli jeszcze raz usłyszę jakąś sugestię w tym stylu, że
przez stypendium reprezentuję radę miasta i muszę trzymać poziom, to
komuś przywalę.
O dziwo, Dominick nijak nie zareagował na groźbę rzuconą w kierunku jego
chłopaka. Wodził wzrokiem po pomieszczeniu, ale miałam wrażenie, że go
nie widzi. Myślami był gdzieś bardzo daleko stąd, a ja strasznie
chciałam się dowiedzieć gdzie.
- No to co, my chyba będziemy się zbierać? - zapytała niepewnie
Genevieve. - Musisz się rozpakować, poznać ludzi z innych pokoi.
Pokiwałam głową. Dopiero wtedy poczułam, jak gardło zaczyna mi się
zaciskać ze wzruszenia. To był ten moment. Już nie będę widywać ich
wszystkich na co dzień. Nie będę mogła po prostu otworzyć drzwi obok,
żeby zobaczyć się z bliskimi.
Gen trąciła Bena ramieniem.
- Żegnamy się i damy jej jeszcze chwilę sam na sam z Chadem, co?
Tym razem nawet mój brat nic nie powiedział. To dopiero było dziwne.
Po raz kolejny tego dnia Gen mnie przytuliła.
- Dzwoń codziennie, pisz o każdej porze dnia i nocy, okej? - poprosiła,
odsuwając się.
- Byle nie podczas zajęć - dopowiedział Ben, przyciągając mnie do
siebie. - Wysyłaj zdjęcia na grupę. Wszyscy jesteśmy ciekawi, jak będzie
ci się tu żyło.
- Jasne.
Stanęłam przed Domem. Ben szturchnął go lekko, a on wtedy rozluźnił
skrzyżowane ręce, żebym mogła się do niego przytulić. Już po sekundzie
odsunął mnie od siebie. Uśmiechnął się niezręcznie, ale bardziej do
podłogi niż do mnie, po czym odwrócił się do Bena.
Nie odezwał się ani słowem.
- Jedziemy? - upewnił się Benjamin. - Chad, poczekamy na ciebie przy
aucie.
Mój chłopak im podziękował. Patrzyłam w osłupieniu, jak drzwi zamykają
się za nimi. Oczy zaszły mi łzami.
- Hej, nie płacz, misiu. Wiem, że teraz dużo się zmieni, ale będziemy
regularnie się widywać. Przysięgam, że każdy weekend, kiedy nie będę w pracy, spędzę z tobą.
Pokiwałam głową i wtuliłam się w niego, bo nie chciałam tłumaczyć
prawdziwego powodu nagłego spadku nastroju. Wstydziłam się tego, jak
bardzo zależna relacja łączyła mnie z bratem. Chad dużo wiedział, ale
nie mógł w pełni tego zrozumieć, a ja nie znałam odpowiednich słów, żeby
mu to wyjaśnić. Miał normalny dom i normalnych rodziców, a jego relacje
z rodzeństwem w niczym nie przypominały mojej z Domem. Nikt, kto nie
przeszedł tego, co my, nie mógł nas w pełni zrozumieć.
Moje myśli przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Odsunęłam się od
chłopaka, żeby zobaczyć, kto nam przeszkodził. Do środka weszła śliczna
blondynka wpatrzona w telefon. Gdy podniosła wzrok znad ekranu, odsunęła
się nieco.
- O kurde, hej! Właśnie zastanawiałyśmy się z dziewczynami, kiedy
przyjedziesz! - zawołała entuzjastycznie, po czym podeszła bliżej. -
Jestem Ellie. Ty musisz być Veronica?
- Ronnie. - Podałam jej rękę. - A to mój chłopak Chad.
Ellie niedyskretnie zmierzyła go zaciekawionym spojrzeniem. Chad przyjął
to z uśmiechem.
- To chyba czas na mnie. Zostawię was, żebyście mogły się poznać -
powiedział, a gdy skinęłam głową, przelotnie mnie pocałował. - Kocham
cię. Odezwę się, jak dojedziemy do domu.
Do domu. Ja nie będę w domu przez najbliższe dwa miesiące.
Znowu poczułam pieczenie pod powiekami. Ellie szturchnęła mnie w ramię,
gdy tylko zostałyśmy same.
- Też bym płakała za takim chłopakiem. Jest megaprzystojny. Nie odbierz
tego źle, ja też jestem zajęta. Poznasz Jacka w najbliższym czasie. Ale
powiem Ci, Ronnie, że odważna jesteś z tą zmianą szkoły... Wiesz, jakie tu
są wymagania z kosmosu? Dyrekcja bardzo ciśnie nauczycieli, żebyśmy byli
najlepsi i utrzymali prestiż, a oni z kolei mają wobec nas nieludzkie
oczekiwania. Wszystkie chodzimy na korepetycje, żeby nadążyć, a do tego
jeszcze treningi, zawody... Masakra. Jak sobie pomyślę, ile masz do
nadrobienia, to aż mi cię żal. Oczywiście pomogę, jak tylko będę mogła.
Dziewczyny też. Chcesz się najpierw rozpakować czy idziemy do nich?
Przedstawię cię.
Chciałam zrobić na niej dobre wrażenie, ale nie potrafiłam się skupić na
ani jednym jej słowie. Niby słyszałam, co mówi, ale myślami byłam
zupełnie gdzie indziej.
- Przepraszam na moment.
Wypadłam z pokoju i popędziłam korytarzem, odtwarzając w pamięci drogę,
którą wcześniej tu przyszliśmy. Gdy dotarłam na parking, samochód Chada
wciąż tam stał, chociaż wszyscy siedzieli już w środku. Chad właśnie
zamykał drzwi. Łzy nieco rozmazywały mi obraz, ale kiedy dopadłam do
auta od strony pasażera, zobaczyłam, że mój brat dopiero zapina pas.
Chwyciłam za klamkę i otworzyłam drzwi.
- Wysiadaj.
Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam go bardziej zaskoczonego. Spojrzał
na Chada, jakby z góry założył, że to on jakoś zawinił, ale w końcu bez
słowa spełnił moją prośbę.
Odczekałam, aż stanie naprzeciwko mnie, po czym mocno pchnęłam go obiema
rękami.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś wrednym dupkiem, ale nie sądziłam, że aż
takim - zaczęłam, a łzy popłynęły mi po policzkach. - Serio nie
odezwiesz się do mnie ani słowem? Chcesz, żeby tak wyglądało nasze
pożegnanie? Wszyscy są dziś dla mnie niesamowicie mili, próbują ułatwić
mi ten wyjazd najbardziej, jak się da, a ty dla równowagi chcesz mi go
jeszcze utrudnić?
- Ronnie - odezwał się Chad z samochodu.
- Nie wtrącaj się! A ty zamknij drzwi - zwróciłam się do Doma. Bez słowa
spełnił moje polecenie. - Nie rozumiem, jak możesz być taki bezduszny.
Jak może cię w ogóle nie obchodzić to, że przestaniemy się codziennie
widywać? Przecież już raz nas rozdzielono i to było najstraszniejsze
przeżycie na świecie... Przynajmniej dla mnie. Zawsze pomagałeś mi ze
wszystkim, brałeś na siebie moje zmartwienia i lęki, a wtedy nagle nie
mogłam już się na tobie oprzeć. I teraz jest podobnie. Myśl o tym, że
nie będę cię widzieć codziennie, jest jedyną rzeczą, przez którą mam
ochotę wrócić z wami do domu. Myślałam, że dla ciebie to też będzie
trudne. Super sprawa dowiedzieć się, że jest inaczej i że tak naprawdę
masz mnie gdzieś. Pewnie się cieszysz, że w końcu nie musisz mnie
niańczyć. Że pozbywasz się tego ciężaru.
Odwróciłam się na pięcie. Nie próbowałam już nawet powstrzymać płaczu.
Odeszłam kilka kroków, przyciskając dłoń do ust, żeby nie szlochać zbyt
głośno.
No bo co miałam zrobić? Stać przed nim i błagać, żeby się odezwał?
Nagle mój brat wyrósł przede mną. Zaszedł mi drogę, a ja nawet nie
próbowałam go wyminąć. Przez dłuższą chwilę patrzył pod nogi, po czym
gestem dłoni poprosił, bym poczekała. W końcu odezwał się dziwnie
zmienionym głosem.
- Sądziłem, że dzisiaj potrzebujesz we mnie oparcia. Musiałem być
twardy, żebyś ty mogła przeżywać. Ale no, jest ciężko. Bardzo. Nie
odzywam się, bo...
Zagryzł wargę, niezdolny dokończyć zdania.
Walnęłam go mocno w ramię, bardziej z frustracji niż złości.
- Nie potrzebuję, żebyś zgrywał twardziela. Wolałabym poczuć, że mam
kochającego brata, a nie takiego, który ma mnie w dupie.
Dom uniósł wzrok ku niebu, a jego oczy się zaszkliły.
- Nie masz, kurwa, pojęcia, jakie to dla mnie trudne - wyszeptał. -
Ciocia zakazała mi tego mówić, żeby cię nie zniechęcać do wyjazdu. I ja
naprawdę cieszę się z twoich sukcesów. Rozwijasz się. Zajebiście. Ale
tak czysto egoistycznie... Najchętniej zamknąłbym cię na klucz w pokoju,
żeby mieć pewność, że zawsze będziesz bezpieczna i że zawsze będę
blisko, gdybyś czegokolwiek potrzebowała. - Pokręcił głową. - Ale tak
nie można, więc zostańmy przy tym, że się cieszę. Resztą zajmie się moja
terapeutka.
Chciałam odpowiedzieć, ale on przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że
na chwilę zabrakło mi tchu. Ten uścisk był zupełnie inny od
poprzedniego. Przyciskał mnie desperacko, jakby naprawdę nie chciał mnie
już nigdy wypuścić. Staliśmy tak bez pośpiechu. Trzymał mnie, dopóki nie
wypłakałam wszystkich łez.
- Moja mała siostrzyczka dorosła - powiedział, pociągając nosem. - A jeszcze niedawno opowiadałem ci bajki na dobranoc i nosiłem cię na
rękach.
- Nadal mógłbyś nosić mnie na rękach, gdyby ten kutas cię nie połamał.
- Nie klnij. I w ogóle nie myśl o tym. - Odsunął mnie od siebie. Długo
mi się przyglądał, zanim znowu się odezwał. - Jebać to. Jak tylko
wrócimy, powiem Sally, że ma kategoryczny zakaz dorastania. Moje serce
nie wytrzyma tego po raz drugi.
Zaśmiałam się gorzko.
- Od razu mi lepiej, kiedy widzę, że jednak jesteś smutny.
- Jakaś ty urocza.
Tym razem byłam już gotowa pozwolić im odjechać. Kiedy Dom ruszył do
auta, Gen wspaniałomyślnie przesiadła się do przodu. Obiecała, że
napiszą, gdy wrócą, i po raz setny poprosiła, żebym też się odzywała.
Patrzyłam za nimi, dopóki nie wyjechali z parkingu. Gdy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, dostałam prywatną wiadomość od Genevieve.
Właściwie nic nie napisała, tylko wysłała zdjęcie zrobione ewidentnie
przed chwilą. Na pierwszym planie pozowała z ustami ułożonymi w dzióbek.
Ustawiła aparat tak, żeby było widać, co się dzieje w tle. Dom leżał z głową na kolanach Bena, zasłaniając twarz rękami. Ben wpatrywał się w niego jak w obrazek i delikatnie gładził go po włosach.
Genevieve McKenney: już za tobą płacze lol taki niby twardziel
Genevieve McKenney: KOCHAMY CIĘ!!!
Przez chwilę uśmiechałam się do zdjęcia. Już za nimi tęskniłam. Chociaż
wszystko, co miało dopiero nadejść, też zapowiadało się obiecująco.
Rozdział 2
Rozdział 2
Ben
Chad i Genevieve byli na tyle mili, że nie komentowali na głos tego, jak
ciężko Dominick znosił rozłąkę z siostrą. Gdy tylko dojechaliśmy do
hotelu, wysiedli z samochodu i zniknęli w środku, dając nam chwilę
prywatności. Dla nich to pewnie też był moment wytchnienia. Przez całą
drogę Gen dwoiła się i troiła, żeby wymyślać tematy do rozmowy, ale ani
ja, ani Dom nie włączaliśmy się do żadnego z nich. Dopiero gdy
zostaliśmy sami, odczułem ciężar ciszy.
Przez całą drogę Dom nie podniósł głowy z moich kolan. Zasłaniał twarz
dłońmi i nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, chociaż czułem, jak się
trzęsie. Głaskałem go po włosach, tak jak on to często robił wobec mnie,
Ronnie czy Sally.
- Jak mogę ci to wszystko ułatwić? - zapytałem cicho.
Przez chwilę wydawało mi się, że nie odpowie, ale w końcu odsłonił
twarz. Patrzyły na mnie smutne, zaczerwienione oczy.
- Powiedz, że udało mi się to znieść tak, jak na prawdziwego mężczyznę
przystało - poprosił.
Uśmiechnąłem się i odgarnąłem mu włosy z czoła.
- Mam kłamać?
Dominick parsknął śmiechem. W końcu usiadł i przetarł oczy. Po jego
postawie widziałem, że jest gotowy ruszyć dalej.
- Jeśli komuś powiesz, że się poryczałem, będziesz spał na podłodze -
zapowiedział.
Zamyśliłem się.
- Jak za starych dobrych czasów. - Pocałowałem go w policzek z nadzieją,
że to upewni go, iż może na mnie liczyć. - Pogadamy dzisiaj z Sally o zajęciach czy przekładamy to na inny dzień? Bo jeśli chcesz po prostu
zakopać się pod kocem i płakać, to ja to uszanuję - zapewniłem.
Przez ostatnie trzy dni przekopywaliśmy internet w poszukiwaniu
wszystkich darmowych albo tanich zajęć dla dzieci w wieku Sally. Jest
jeszcze na tyle mała, że mamy szansę stworzyć jej szczęśliwe
dzieciństwo. Chcielibyśmy, żeby otworzyła się na kontakt z ludźmi, ale
też odnalazła w sobie jakąś pasję. Zamierzamy pokazać jej wszystkie
formy aktywności, których w okolicy było naprawdę sporo. Może dzięki
wypełnionemu planowi dnia szybciej zapomni też o tym, co się działo w domu rodzinnym.
- Pogadamy z Sally - potwierdził Dom. - Zamierzam spędzić z nią cały
dzień, skoro i tak nie mam dzisiaj pracy. Może zabiorę ją do parku. A ty
jesteś dziś zajęty?
- Oczywiście, że nie. Wziąłem wolne, żeby wspierać cię w załamaniu
nerwowym po wyprowadzce Ronnie.
Dominick długo mi się przyglądał, a ja nie potrafiłem rozszyfrować, o czym myśli.
- Jesteś wredny - stwierdził bez większych emocji.
- Wredny? - zastanowiłem się. - Nie, to raczej twoja cecha. Ja jestem
wspaniałomyślny i kochający.
Nie skomentował tego, bo pewnie w głębi duszy wiedział, że nie może się
z tym kłócić. Przed wejściem do hotelu ostatni raz otarł oczy rękawem,
ale Linda i tak spojrzała na niego z niepokojem. Pokręciłem głową, dając
jej znak, żeby nic nie mówiła.
Zastaliśmy Sally dokładnie tam, gdzie się spodziewaliśmy. Siedziała w kuchni, lecz tym razem nie zajmowała się kolorowankami, słuchała w skupieniu Paige i Louisa. Gdy weszliśmy, Lou zdjął rękę z kolana
koleżanki. Obaj z Domem udaliśmy, że tego nie zauważyliśmy.
Nie rozumiałem, po co tak się ukrywają. Już dawno przyznali, że kiedyś
byli sobą zauroczeni. To, że po latach znowu między nimi zaiskrzyło, nie
było szczególnie zaskakujące. Paige początkowo nawet tłumaczyła się nam,
dlaczego zostaje na noc w pokoju Louisa. Mówiła, że chce być blisko
Sally albo że w nocnym autobusie grasuje jakiś psychol. A przecież to
była naturalna kolej rzeczy. Odkąd zaczęła u nas pracować, codzienne
dojeżdżanie do domu nie miało większego sensu, skoro nic jej tam nie
trzymało.
Sally uśmiechnęła się na nasz widok. Dominick niespecjalnie się przejął,
że przerwał Louisowi historię w połowie zdania. Pochylił się, żeby
zrównać się z siostrą wzrostem.
- Przytulimy się?
Dziewczynka pokiwała głową, ale on i tak czekał, aż sama wyciągnie ręce.
Dopiero wtedy ją podniósł.
- Potem będziesz narzekać na ból żeber - ostrzegła Paige.
- To problem mnie z przyszłości.
Sally oparła dłonie na jego ramionach, ale odsunęła się na tyle, żeby
przyjrzeć się jego twarzy.
- Jesteś smutny.
- Faktycznie. Trochę tak - przyznał Dom. - Ale mi przejdzie.
Podszedłem bliżej.
- Wtajemnicz małą w nasze dzisiejsze plany, a ja idę zlokalizować Gen i Chada, dobra?
- Mhm - odparł, chociaż wiedziałem, że wcale nie zakodował, o co go
poprosiłem.
Po wejściu do sali zauważyłem, że Chad i Genevieve siedzą przy jednym
stoliku z Tiną, Jonem i Rogerem. To był dość nietypowy widok. Roger nie
czuł się najlepiej w miejscach publicznych, a już na pewno nie w jednej
przestrzeni z moim chłopakiem, który teraz był dosłownie za ścianą.
Próbowałem ich do siebie przekonać podczas naszego krótkiego wyjazdu
sprzed kilku miesięcy, ale Dom nie potrafił wybaczyć Rogerowi tamtego
wypadku. Udało nam się jednak wypracować kompromis. Dominick obiecał
okazywać swoją niechęć wyłącznie nienawistnymi spojrzeniami. Zero
niemiłych słów, żadnych zaczepek.
Podszedłem do ekipy.
- Hej! Mam wrażenie, że nie widziałem was od lat. - Przywitałem się z chłopakami. - Co się stało, że sobie o nas przypomnieliście?
- Stary, dobry Benny, jak zwykle przesadza - odparł Jon, po czym
przesunął się, żebym usiadł obok niego. - Przecież widzieliśmy się w zeszłym tygodniu. Ale jak ci mało, to zacznij jeździć z nami na squasha.
Spodobałoby ci się.
Wątpiłem, ale to nie był temat wart przegadywania się, więc tylko
pokiwałem głową.
- Wpadliśmy, bo Whitford stresował się, że Genevieve przestała mu
odpisywać - wyjaśnił Roger.
Dziewczyna uniosła wzrok do sufitu.
- Mówię po raz ostatni: wiedział, że dzisiaj moja uwaga w stu procentach
należy do Ronnie.
Jon objął ją ramieniem.
- No ale wspominałaś, że samochód prowadzi najmniej doświadczony
kierowca z całej ekipy. Miałem prawo się martwić, że coś się stało.
Genevieve wyciągnęła ręce przed siebie.
- Przysięgam, Chad, że nie użyłam takich słów.
Chłopak Ronnie tylko się uśmiechnął.
- Cieszę się, że uznajecie mnie za część ekipy.
- I to niby ja mam skłonności do przesady, Jon? - Zaśmiałem się. -
Musicie mi wybaczyć, ale czas na mnie. Mam dzisiaj grafik wypełniony po
brzegi.
- Grafik wypełniony dbaniem o kruchą psychikę swojego chłopaka? -
dopytała Tina.
- Dokładnie tak.
Zacząłem się podnosić, ale Jon nie był jeszcze gotowy się pożegnać.
Wstał razem ze mną i przyciągnął mnie do siebie ramieniem.
- No weź, jeszcze nie zdążyliśmy sobie pogadać. Jak się czujesz przed
studiami? Lada moment zaczynamy. Jest stresik?
- Nie... Chyba jeszcze do mnie nie dotarło.
Przez gwar na sali nie usłyszałem skrzypnięcia drzwi prowadzących do
kuchni. Nawet nie wiem, kiedy mój chłopak znalazł się tuż przy nas z małą dziewczynką u swojego boku.
- Ty, Johnny, zaraz możesz mieć stresik, jeśli nie zabierzesz łap z mojego faceta - rzucił.
Roger wyraźnie się spiął w przeciwieństwie do Jonathana, który skwitował
to parsknięciem. Ja jednak znałem Doma trochę lepiej od niego, więc sam
się odsunąłem.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś nie zdrabniał imion innych chłopaków w mojej
obecności - poprosiłem przesadnie słodkim tonem.
- A ja byłbym wdzięczny, gdybyś nie tulił się do innych chłopaków w mojej obecności - odparł Dom, naśladując mój ton.
- Jezu, wy i ta wasza zazdrość... - jęknęła Genevieve. - O kogo jak o kogo, ale o mojego mężczyznę naprawdę nie musicie się kłócić.
Gwarantuję, że nie jest zainteresowany żadnym z was.
Jonathan klasnął w dłonie tak głośno, aż Sally się wzdrygnęła.
- Aha! Powiedziałaś to! Wszyscy słyszeli. Powiedziałaś "mojego
mężczyznę"! Ja i Genevieve McKenney jesteśmy parą!
Wsunął się z powrotem do boksu obok niej.
- Ciszej - warknęła Tina.
Gen spojrzała na mnie w poszukiwaniu ratunku, ale ja wiedziałem, że jest
dokładnie tam, gdzie chce być.
- Moje gratulacje. - Wyciągnąłem rękę, żeby przybić piątkę z Jonem, ale
nim nasze dłonie zdążyły się zetknąć, Dominick objął mnie w pasie i pociągnął do tyłu.
- My się zbieramy. Chce ktoś iść z nami do parku? - zapytał.
Genevieve zaczęła wstawać.
- Właściwie...
- Nikt? Jaka szkoda. No to widzimy się później. Papatki!
Wyciągnął rękę w stronę Sally, ale nawet na nią nie spojrzał.
Nie wiem, kiedy stało się to tak naturalne. Wspaniale było obserwować,
jak ta mała dziewczynka zmieniała się przez te kilka miesięcy, które
spędziła z nami. Na początku ufała tylko Paige i mnie, chociaż
wiedziała, że Dominick też jest w porządku. Z czasem zacząłem
dostrzegać, jak bardzo na nas polega. Gdy ktokolwiek inny do niej
zagadywał, zerkała na któreś z nas, jakby chciała się upewnić, jak ma
zareagować.
Nadal nie było idealnie, ale nie dało się nie zauważyć, że z każdym
dniem czuje się tutaj coraz bardziej swobodnie. Przywiązałem się do niej
w niewiarygodnie krótkim czasie. Trudno też ukryć, jak bardzo jarało
mnie obserwowanie Doma w roli jej opiekuna. Kiedy doszedł do siebie i zaczął starać się o opiekę nad małą, nikt z nas nie wiedział, jak to
będzie wyglądać. Musieliśmy go wspierać i starać się wszystko ułatwić,
ale nie ma co ukrywać - Dom miał swoje demony, z którymi musiał się
uporać. Wizja tego, że stanie się odpowiedzialnym dorosłym dla tak
małego człowieka, wydawała się nieprawdopodobna. A jednak teraz
obserwowanie ich było moją ulubioną rzeczą na świecie. Przy Sally Dom
stawał się oazą spokoju. Jego wewnętrzne dziecko wcale nie zostało
uleczone, ale odsuwał na bok własne problemy z myślą o tym, żeby
zapewnić tej małej jak najlepsze dzieciństwo.
Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Zamiast dołączyć, gapiłem się
bezmyślnie, jak Dom prowadzi Sally w stronę holu.
- Kolego, chyba się zapatrzyłeś - zaśmiał się Roger, szturchając mnie w bok.
Otrząsnąłem się i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że wszyscy patrzą
na mnie z głupkowatymi uśmiechami.
- Nie osądzajcie mnie - jęknąłem zawstydzony. - On po prostu jest
niewyobrażalnie pociągający, gdy wychodzi z niego opiekuńcza strona.
Tina wybuchnęła takim śmiechem, jakby usłyszała najlepszy żart na
świecie.
- "Niewyobrażalnie" to dobre słowo, bo totalnie nie potrafię sobie
wyobrazić, co ty w nim widzisz. Serio, Ben, czasem się zastanawiam, czy
on cię nie zmusił do tego związku. Kto normalny by z nim wytrzymał?
- Trochę niemiło - stwierdził Jonathan z zażenowaniem.
Nie było powodu, żeby się obrażać. Tina znała Doma od wielu lat. Byli
praktycznie jak rodzeństwo. Wiedziałem, co miała na myśli. Poza tym,
biorąc pod uwagę jej ciążę, byłbym gotów wybaczyć jej wszystko, żeby
tylko nie dokładać jej stresu.
- Przypomnę ci tę rozmowę, jak urodzisz i zobaczysz Stana w roli taty -
zapowiedziałem. - Nie ma nic wspanialszego na świecie niż opiekuńczy
facet.
- Nie. Ty po prostu masz niewyleczony kompleks tatusia - odparła bez
emocji.
- Tina, przeginasz. Wszystko ma swoje granice. - Genevieve cmoknęła z niezadowoleniem.
Zaśmiałem się głośno. Kochałem tych ludzi ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Pochyliłem się, pocałowałem Tinę w policzek, po czym pobiegłem
za swoim facetem.
Po dwudziestu minutach spokojnego spaceru Sally oznajmiła, że bolą ją
nogi, więc posadziłem ją sobie na ramionach. Wszyscy się ze mnie śmiali,
bo nigdy nie miałem zbyt wiele siły, ale ta młoda całkowicie to
zmieniła.
W parku było sporo ludzi, czego mogliśmy się spodziewać, bo pogoda była
idealna. Znaleźliśmy kawałek wolnej przestrzeni, chociaż jak na mój gust
i tak za blisko innych. Gdy Dominick rozkładał koc, Sally zapatrzyła się
na parę, która przyszła z owczarkiem niemieckim. Kobieta raz za razem
rzucała psu zabawkę, a ten pędził za nią jak szalony.
Usiadłem obok Doma, a on wyjął z torby pojemnik z owocami pokrojonymi w kostkę i podsunął go Sally.
- No więc... - zacząłem, gdy podał mi notes. - Zrobiliśmy listę zajęć,
które odbywają się w okolicy. Zależy nam, żebyś wybrała to, co
najbardziej cię interesuje.
Ją najbardziej interesował pies. Chyba w ogóle nie usłyszała, co
powiedziałem. Wpatrywała się w owczarka tak długo, aż zauważyła to jego
właścicielka. Uśmiechnęła się promiennie do Sally.
- Cześć! Chcesz pogłaskać?
Sally zerknęła na mnie, więc zachęcająco machnąłem ręką.
- Śmiało.
Kobieta podeszła do nas z zabawką w ręce. Kucnęła przy Sally i zagwizdała na psa, który posłusznie przybiegł.
- Ma na imię Coco.
Sally nic nie odpowiedziała. Ostrożnie wyciągnęła dłoń i pogładziła
zwierzaka po szyi. Był bardzo masywny, a jego sierść tak długa, że palce
dziewczynki niemal w niej znikały.
Szybko zdałem sobie sprawę, że zrobiło się trochę niezręcznie. Nikt nic
nie mówił. Nie miałem co liczyć na Doma, ale i tak na niego zerknąłem.
Chociaż przed chwilą leżał swobodnie, opierając się na łokciu, teraz
usiadł wyprostowany.
- Ma pani bardzo grzecznego psa - powiedziałem, bo nic lepszego nie
przyszło mi do głowy.
Na szczęście tylko uśmiechnęła się uprzejmie.
- Dziękuję. Poświęciliśmy z narzeczonym mnóstwo czasu na trening. Kiedyś
nie byłoby mowy o tym, żeby puścić Coco gdziekolwiek bez smyczy.
- Ale nie ugryzie jej, co nie? - zapytał Dom.
Sally zawahała się, ale nie na tyle, żeby cofnąć rękę. Musiałem
zasznurować usta, aby się nie roześmiać.
- Nie, to najłagodniejsza suczka na świecie. Proszę się nie bać.
Dom zacisnął szczęki. To zapewnienie wcale go nie uspokoiło. Nie odrywał
wzroku od dłoni Sally, która tonęła w gąszczu sierści. W tym czasie Coco
położyła się, zajmując lwią część naszego koca. Jej właścicielka się
roześmiała.
- Dobrze jej tutaj. No nic, nie chciałabym zabierać wam czasu. Zostawię
ją z wami, a jeśli zacznie przeszkadzać, proszę dać mi znać.
- Super, dziękujemy.
Coco zupełnie nie przejęła się odejściem właścicielki. Wyciągnęła się
wygodnie na kocu i od razu zwęszyła nasze jedzenie. Wysunęła pysk w stronę plastikowego pojemnika. Dominick odruchowo chciał go przesunąć
poza zasięg psa, ale po sekundzie cofnął rękę.
- Niesamowite. - Wyszczerzyłem się. - Nigdy bym nie zgadł, że boisz się
psów.
- Nie boję się psów - odburknął.
- Spoko, nie ma w tym nic wstydliwego. Każdy się czegoś boi. Jedni
obrzydliwych wielkich pająków, inni kochanych, puszystych, słodkich
pieseczków.
Dominick się nachmurzył.
- Ja się niczego nie boję.
- No to pogłaskaj Coco. No, śmiało! To takie miłe stworzonko.
Sally z zainteresowaniem obserwowała Doma, jednocześnie drapiąc psa za
uchem, co wyraźnie sprawiało Coco przyjemność. Mój chłopak mocno
zacisnął zęby, po czym przeniósł wzrok na zwierzaka. Wyciągnął rękę, ale
gdy pies podniósł łeb, natychmiast ją cofnął.
Wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem, a Sally natychmiast mi
zawtórowała.
- Coco, chodź! - zawołała właścicielka, a pies od razu posłusznie
zareagował. - Najmocniej przepraszam. Mógł pan powiedzieć, że się boi
psów.
Dominick poczerwieniał.
- Ja wcale się nie... - urwał i dał za wygraną. Korzystając z tego, że
Sally nie zwracała na nas uwagi, pochylił się do mojego ucha. - Śmiej
się, proszę bardzo. Wieczorem będziesz mnie za to długo i namiętnie
przepraszać.
Walnąłem go żartobliwie w ramię, bo sam poczułem, że się czerwienię. To
go udobruchało. Uwielbiał to, jaki ma na mnie wpływ.
Z wzajemnością.
- Sally, czy możemy prosić cię o uwagę? - zapytałem, odwracając się od
Doma, bo zaczynało robić mi się niebezpiecznie gorąco.
Półtorej godziny i trzy gałki lodów później Sally wykazała minimalne
zainteresowanie szachami, a w ostateczności także pianinem. Pokazałem
jej mnóstwo filmików przedstawiających, jak mogą wyglądać takie zajęcia.
To akurat było fajne, bo szachy organizowano za darmo, a pianino
mieściło się w budżecie Doma.
On jednak nie był do końca zadowolony. Gdy wróciliśmy do domu na
kolację, zaczął mruczeć mi do ucha tak, żeby Sally nie usłyszała.
- Jak zaczęliśmy rozmawiać o tych zajęciach, chodziło mi o to, żeby
przekonać ją do ruchu i do interakcji z ludźmi, a wybrała takie rzeczy,
które w ogóle nie rozwiną jej w tych kierunkach.
- To rozwiną ją w innych - odparłem między kolejnymi gryzami. -
Najważniejsze, żeby ją to interesowało. Nie wiesz jeszcze, czy w ogóle
jej się spodoba. Może próbować różnych rzeczy. Nie przejmuj się tym na
zapas.
- I kto to mówi?
Jakiś czas temu zmieniłem sposób radzenia sobie z głupimi tekstami
Dominicka. Przestałem się denerwować, nakręcać i odpowiadać. Zamiast
tego, gdy czułem, że zbliża się jakaś nieznośna rozmowa, zamykałem mu
usta pocałunkiem. Od razu zapominał, co chciał powiedzieć, a ja mogłem
cieszyć się spokojem. To bardzo pozytywnie wpłynęło na nasz związek.
Tak więc teraz też przechyliłem się i pocałowałem go w usta. To miał być
szybki całus, ale nie zdążył go nawet zarejestrować, więc złapał mnie za
koszulkę i przyciągnął do siebie.
- Już wystarczy może? - warknęła Paige.
- Obawiam się, że dzisiaj wyjątkowo musimy być dla nich mili. W sensie
dla Doma. Wiesz, to trudny dzień dla jego delikatnej duszy - odparła
Tina.
Mój chłopak posłał jej złośliwy uśmieszek.
- To ważne, byś wiedziała, że mentalnie właśnie cię wyklinam, wychodzę i trzaskam drzwiami. Nie zrobię tego tylko dlatego... - kiwnął głową w stronę Sally - że ona tu jest.
Louis wszedł do kuchni z talerzami po gościach. Odstawił je na blat i zerknął na zegarek.
- Chcecie usłyszeć coś dziwnego? Robi się już naprawdę późno, a właśnie
przyjechał burmistrz - poinformował.
- Jak to?
Owen bywał u nas bardzo często i ciągle wymyślał jakieś ulepszenia
hotelu, ale to miało sens, bo inwestował w niego pieniądze. Burmistrz
natomiast nie miał żadnego powodu, żeby tu być.
- Gada z ciocią, ale nie udało mi się podsłuchać o czym.
Nie musiał, bo już minutę później Alistair Warren wszedł do kuchni. Jego
wzrok od razu odnalazł Dominicka, który nie zareagował w żaden sposób.
Przyjął obecność mężczyzny z cichą obojętnością, jakby nie spodziewał
się niczego innego.
- Jest jakiś powód, dla którego nie odbierasz ode mnie telefonu? -
zapytał burmistrz bez zbędnych uprzejmości.
Tina wyciągnęła rękę do Stana, żeby pomógł jej wstać.
- Czas na nas. Idziesz z nami Sally? To był długi dzień. Pewnie jesteś
śpiąca.
Dziewczynka akurat przecierała oczy, co tylko potwierdziło słowa Tiny.
Pogłaskałem ją po głowie.
- Idź, żebyś jutro miała siłę wstać do przedszkola.
Sally pokiwała głową. Przytuliła najpierw mnie, a potem Doma.
- Zajrzę do ciebie, zanim pójdę spać - powiedział. - Dobranoc. Kocham
cię.
Przez twarz burmistrza przemknęło zaskoczenie, którego nie zdążył ukryć.
Może rzeczywiście zmiany w zachowaniu Doma były dużo bardziej widoczne
dla kogoś, kto nie oglądał ich na co dzień. Kiedy zbliżał się termin
rozprawy, wszyscy trochę oszaleliśmy. Tina nakupiła mnóstwo książek o rodzicielstwie, a Dominick, który przez całe życie chyba nie przeczytał
do końca nawet książki kucharskiej, zaczął chłonąć tę wiedzę. Chciał
mieć pewność, że stworzy swojej małej siostrze odpowiednie środowisko.
Chciał dać jej wszystko to, czego sam nigdy nie dostał.
- Pa, pa. Kocham was - odparła Sally i wyszła z Tiną i Stanem z kuchni.
Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Dom odpowiedział na zadane
wcześniej pytanie:
- Byłem zajęty. Nie jest pan zbyt wysoko na mojej liście priorytetów.
Burmistrz wyraźnie walczył ze sobą, żeby pohamować irytację.
- To może powinieneś przemyśleć swoje priorytety, bo to wstyd, żebym to
ja musiał myśleć o twoich sprawach za ciebie. Jesteś dorosłym facetem.
Najwyższy czas nauczyć się odpowiedzialności.
Paige oparła się o plecami o blat i nawet nie próbowała udawać, że nie
podsłuchuje. Louis wręcz przeciwnie - wycofał się z powrotem na salę.
Dominick westchnął ciężko.
- Mógłby pan najpierw wyjaśnić, za co dostaję ochrzan, zamiast pieklić
się bez sensu.
Burmistrz zajął miejsce obok niego.
- Chodzi oczywiście o dom po twojej matce. Musisz w końcu zrobić
porządek z papierami...
Dominick natychmiast się spiął. To był jedyny temat, który działał na
niego tak mocno. Odkąd zmarła jego matka, Warren kilka razy próbował mu
pomóc sprzedać tamto miejsce, ale mój chłopak nie chciał o tym słyszeć.
Teraz nie było inaczej. Odstawił talerz na blat i wytarł dłonie gotowy
wyjść, ale burmistrz złapał go za ramię.
- Uciekanie od odpowiedzialności nie sprawi, że ta sytuacja sama się
rozwiąże - powiedział ostro. - Nie rozumiem cię. Jestem w stanie
zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz, żeby sprzedać ten dom. Co jest
dla ciebie takim problemem?
- Już powtórzyłem to dziesięć razy. To nie moja wina, że ma pan problemy
z pamięcią. Nie chcę mieć z tym miejscem nic wspólnego. A teraz niech
pan zabierze łapę i w ogóle się ode mnie odpierdoli.
Zdążyłem się już odzwyczaić od tego, jak bardzo potrafił być
nieprzyjemny.
- Proszę mu wybaczyć, panie burmistrzu - wtrąciłem uprzejmie. - Dzisiaj
Ronnie wyjechała i to dla niego bardzo trudny dzień. Nie jest sobą. Nie
wie, co mówi.
Burmistrz parsknął pod nosem, ale zabrał rękę z ramienia Doma.
- Spokojnie, Lowell. Przecież doskonale znam tę jego niewyparzoną gębę.
Co nie oznacza, że powstrzymam się przed opowiedzeniem Lindzie, jak się
do mnie odezwał. A ty, Dominicku, dobrze się zastanów. Jeśli sprzedasz
tamtą ruderę, dostaniesz trochę pieniędzy, które niewątpliwie by ci się
przydały. A jeśli dalej będziesz udawał, że ten dom nie istnieje, to
przecież nie rozpłynie się w powietrzu. Będziesz musiał płacić podatki.
To dodatkowe obciążenie, na które raczej cię nie stać, skoro żyjesz w biedzie i utrzymujesz dwie siostry.
Mój chłopak wstał na sztywnych nogach.
- Nie będę się wkurwiał przed snem - powiedział na wydechu bardziej do
siebie niż do nas. - Dobranoc, panie Warren.
Chciałem jakoś go wytłumaczyć, ale w gruncie rzeczy nie wydawało mi się
to konieczne. I tak poradził sobie lepiej, niż można było się
spodziewać. Burmistrz znał jego charakter, a mimo to z własnej woli do
nas wracał. Szkoda więc było marnować czas na dalsze siedzenie tutaj,
skoro alternatywą było położenie się do łóżka z moim facetem, w końcu
sam na sam.
Pożegnałem się więc i pobiegłem na górę.
Rozdział 3
Rozdział 3
Dom
Tej nocy wyjątkowo nie mogłem spać.
Zwykle mam bardzo lekki sen. To skutek wychowania pod okiem Josepha.
Lubił w nocy rozliczać mnie za złe zachowanie. Kiedy spałem, mógł
przyszpilić mnie do łóżka, kiedy więc budziły mnie jego ciosy, nie
miałem szansy się obronić.
Chociaż dom rodzinny opuściłem wiele lat temu, niektóre wyniesione
stamtąd cechy ciągnęły się za mną do tej pory. Nigdy nie nauczyłem się
spać spokojnie i straciłem nadzieję, że kiedykolwiek się to zmieni.
Po godzinie wsłuchiwania się w miarowy oddech Benny'ego wstałem z łóżka.
Wziąłem telefon z szafki nocnej i wyszedłem na korytarz.
To pierwsza noc bez Ronnie. Tak, zdarzały nam się już rozstania, na
przykład, gdy była na obozie, ale teraz jest inaczej, bo mam świadomość,
że wszystko się zmienia. Oczywiście wiem, że ona potrafi o siebie zadbać
i że nie mogłem jej zatrzymywać... Ale emocje nie zawsze współgrają z logiką.
Odblokowałem ekran telefonu. Nie czekała na mnie żadna wiadomość od
Ronnie. Nie pisała dziś zbyt wiele. Odpisała tylko "OK", gdy Gen
poinformowała na grupowym czacie, że dojechaliśmy do hotelu. Wieczorem
dała jeszcze znać, że poznała współlokatorkę.
I to tyle.
Już potrafiłem sobie wyobrazić, co powie mi terapeutka: że muszę dać
młodej przestrzeń i że pewnie była zajęta poznawaniem ludzi i rozeznawaniem się w nowym miejscu. Czaję to. Nijak jednak nie zmieniało
to mojego samopoczucia. Nikomu nie mogłem powiedzieć o swoich emocjach,
bo przecież wiedziałem, że nie mogę kontrolować życia siostry, choćbym
miał najlepsze intencje.
Wziąłem kilka głębokich wdechów. Parę razy próbowałem coś do niej
napisać, ale żadna wiadomość nie wydawała się odpowiednia. Nie
powinienem jej osaczać. Absolutnie nie mogłem wywoływać w niej wyrzutów
sumienia. Musiałem dać jej przestrzeń.
Schowałem więc telefon do kieszeni i chciałem wrócić do pokoju, ale
wtedy moją uwagę przykuła smuga światła sącząca się spod drzwi dawnego
pokoju Bena. Teraz była to sypialnia Sally. Dochodziła północ. Nie było
żadnego powodu, dla którego mała powinna jeszcze nie spać.
Poszedłem to sprawdzić. Zapukałem do drzwi i jednocześnie delikatnie
nacisnąłem klamkę.
- To ja. Wchodzę. Mogę? - zapytałem, chociaż nie wyobrażałem sobie, żeby
odmówiła.
Sally siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami. Obejmowała kolana
ciasno ramionami i ciężko oddychała przez usta. Patrzyła na mnie swoimi
wielkimi oczami, a ja poczułem ucisk w piersi. Wyglądała, jakby coś
śmiertelnie ją przeraziło.
Usiadłem na brzegu materaca.
- Czemu nie śpisz? Stało się coś? - zapytałem łagodnie, ale ona nie
odpowiedziała, więc musiałem zgadywać. - Miałaś zły sen?
Pokiwała głową. To już jakiś początek.
- Mam sprawdzić, czy pod łóżkiem nie ma potworów?
Chciałem ją rozbawić, ale zdecydowanie mi się to nie udało. Uciekła
spojrzeniem, jakby sam fakt, że została przyłapana, ją zawstydził.
Musiałem spróbować inaczej.
- Sally, jeśli coś cię niepokoi, to mnie wołaj. Nie musisz radzić sobie
sama. Po to masz dorosłych w swoim życiu, żeby ci pomagali.
- Okej - odparła szybko, ale niezbyt przekonująco.
Wszyscy z ekipy zachwycali się tym, jakim bezproblemowym dzieckiem jest
Sally, ale to było błędne myślenie. Owszem, była samodzielna i spokojna,
ale dobrze wiedziałem, skąd się to brało. Dużo bardziej wolałbym, żeby
była roztrzepana i hałaśliwa, ale potrafiła mówić o swoich potrzebach. A tak musiałem sam się wszystkiego domyślać, jednocześnie uważając, żeby
nie zawieść jej zaufania. Z nią wszystko wyglądało inaczej niż z Ronnie.
Ronnie nie znała życia beze mnie. Zawsze byłem obok. Sally... Miałem
nadzieję, że z czasem zapomni, jak wyglądało życie przed hotelem. Na
razie demony z domu rodzinnego wciąż mogły ją nawiedzać.
- Tutaj nie ma się czego bać. Jestem za ścianą i nigdy nie pozwolę, żeby
coś ci się stało. Jesteś tu całkowicie bezpieczna. Połóż się spokojnie,
pomyśl o czymś miłym. Posiedzę z tobą, dopóki nie zaśniesz, dobrze?
Widziałem wahanie na jej twarzy, więc przysunąłem się bliżej.
- Sally, proszę cię, mów mi o swoich potrzebach.
Ona często bała się rozmawiać ze mną. Co zabawne, bo ja z nią też.
Miałem wrażenie, że wszystko, co robię, będzie miało na nią
nieodwracalny wpływ. Tak bardzo nie chciałem zjebać jej życia, a z moim
charakterem wydawało się to wyjątkowo łatwe.
- A Ben śpi? - zapytała niepewnie.
W końcu jakiś komunikat.
- Tak, ale jeśli chcesz, możemy pójść się do niego przytulić. Mamy
wielkie łóżko, a ty jesteś malutka. Zmieścisz się.
W końcu udało mi się wykrzesać z niej coś na kształt uśmiechu. Gdy
zaczęła wstawać, poczułem się jak zwycięzca. Rozgryzłem tę sytuację,
więc nie było ze mną aż tak źle.
Benny spał na plecach po lewej stronie łóżka, z jedną ręką nad głową, a drugą luźno ułożoną wzdłuż ciała. Sally po cichu wgramoliła się pod
kołdrę i objęła rączkami jego przedramię. On nijak na to nie zareagował,
pogrążony w głębokim śnie.
Miałem na końcu języka pytanie, czy włączyć światło, ale wyglądało na
to, że mojej siostrze nic więcej nie było potrzebne, żeby się uspokoić.
Szkoda, że nie mogłem powiedzieć tego samego o sobie.
Długo gapiłem się w sufit, a potem jeszcze dłużej w telefon, ale Ronnie
też już mnie nie potrzebowała.
Ani Ronnie, ani Sally.
Trudno było zasnąć z tą myślą.
Następnego dnia miałem zmianę w kuchni. Wydawało mi się, że ledwo
zamknąłem oczy, a gdy otworzyłem je ponownie, już było rano. Przez
chwilę się nie ruszałem, próbując poukładać sobie rzeczywistość. Dopiero
po kilku sekundach dotarły do mnie ciche oddechy nie jednej, a dwóch
osób.
Odwróciłem głowę.
Benny dalej spał, tylko teraz leżał na boku, zwrócony twarzą do Sally. W nocy musiał odruchowo objąć ją ramieniem, bo była mocno w niego wtulona.
Miała rozczochrane włosy opadające na pół twarzy, ale oddychała
spokojnie, bez śladu napięcia z wczoraj. Wyglądali tak, jakby to było
dla nich całkowicie naturalne.
Upewniwszy się, że mam wyciszony telefon, zrobiłem im zdjęcie. Gdy
wszedłem w galerię, żeby zobaczyć, jak wyszło, poczułem ukłucie w klatce
piersiowej.
To głupie. Przecież właśnie tego chciałem - żeby moja mała siostra mogła
polegać na kimś normalnym. Benny był moim błogosławieństwem, a teraz
również jej. Dzięki niemu Sally nie była skazana na moje wahania
nastrojów, zmęczenie i wszystkie inne rzeczy, których nie potrafiłem
robić dobrze.
Powinienem się cieszyć. Część mnie naprawdę się cieszyła, ale gdy
patrzyłem na jej dłoń zaciśniętą na jego koszulce, nie mogłem pozbyć się
myśli, że to przecież moje miejsce.
To ja jestem jej bratem. Ja powinienem umieć uciszyć jej lęki. Ja
powinienem prowadzić ją przez życie. Ja powinienem być pierwszym
odpowiedzialnym dorosłym, do którego idzie, gdy czegoś potrzebuje.
A jednak w nocy od razu zapytała o Bena. Przy Benie zasnęła bez
problemu. Nawet nie musiał nic mówić. To do Bena wyciągała ręce, gdy
chciała, żeby ktoś ją ponosił. Nawet gdy chodziło o coś tak głupiego jak
pogłaskanie psa, to na niego spojrzała z pytaniem o zgodę.
Przetarłem twarz dłońmi, próbując uspokoić niepewność ściskającą mnie
pod żebrami. Wiedziałem, że powinienem dać temu spokój. Tylko że nigdy
nie należałem do osób, które odpuszczają. Raczej do tych, co reagują
zbyt gwałtownie i zbyt szybko, a później muszą przepraszać.
Znienawidziłem Bena na całe trzy sekundy...
Bo wtedy otworzył oczy. Uchylił je lekko, po czym znowu zamknął. Dopiero
gdy jego jeszcze nieobudzony mózg zarejestrował, że na niego patrzę,
uśmiechnął się sennie. Natychmiast ogarnęły mnie wyrzuty sumienia za
wszystkie myśli, które krążyły mi po głowie.
Benny przeciągnął się ostrożnie, bo poczuł napierający na niego ciężar
ciała sześciolatki.
- A co tu robi ten mały gnom? - zapytał półszeptem.
Zwykle, gdy Ben się budził, ja już od dawna byłem w kuchni. Rzadko
widywałem go tak zaspanego, dlatego jego zachrypnięty po nocy głos nadal
robił na mnie wrażenie. Przełknąłem ślinę, starając się zignorować
dreszcze, które przebiegły mi po kręgosłupie.
- Miała wczoraj koszmary i dała mi do zrozumienia, że uspokoi ją tylko
twoja obecność - wyjaśniłem.
Usta Bena rozciągnęły się w uśmiechu. Sennie przetarł oczy.
- Mogłeś mnie obudzić.
Zawahałem się. Z terapeutką wielokrotnie wałkowaliśmy, że powinienem
mówić wprost o moich uczuciach.
Jakby to było takie proste.
Ale z Benem warto było próbować. Miał nieskończone pokłady cierpliwości
i zawsze robił wszystko, żeby było nam jak najlepiej.
- Wiesz... - zacząłem, ale zabrzmiało to jakoś dziwnie. Odchrząknąłem. -
To trochę przykre, że moja siostra bardziej polega na moim chłopaku niż
na mnie.
Może to kwestia wczesnej pory, ale nawet nie przetworzył do końca moich
słów. Zaśmiał się cicho i zbył mnie krótkim:
- To nie są zawody.
Poczułem irytację. Chyba nie wyrażałem się wystarczająco jasno. Musiałem
spróbować inaczej.
- Może i nie, ale to ja jestem jej bratem. Ja jestem jej opiekunem na
papierze. Spędziłem mnóstwo czasu, przygotowując się do tego. Nie
popełniłem jeszcze żadnego błędu. Ani razu nie straciłem panowania nad
nerwami... Wszystko robię najlepiej, jak potrafię. Dlaczego to nie działa?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki