Georgia dokłada do pieca. Źle oznakowane drogi, znaki zjazdu za zjazdem. Jak ominąć Atlantę? Jest za duża, jest niebieska. Gdzieś musi być obwodnica, próbuję wymyślić ją na starej mapie. Za późno, gubimy się. Wciąga nas asfaltowa matnia miasta. Leniwy strumień samochodów unosi nas do centrum. Czyste i nowoczesne. Białe apartamentowce, restauracje na tarasach, zieleń. Zbyt zdrowo tu, rekreacyjnie, olimpijsko. Trzeba się stąd wydostać jak najprędzej.
O zmierzchu ślimak autostrady wypluwa nas na drogę w kierunku East Dublin. Wbijamy się w ciemność. Otwieram okno, wilgotny jęzor Południa liże mi twarz.
Około północy motel w Madison za jedyne trzydzieści jeden dolarów. Wyjmujemy bagaż. Obserwują nas mężczyźni stojący na podjeździe. Jeden z nich podchodzi, prosi Bena o papierosa. Myślę, że chce zajrzeć do bagażnika, zobaczyć, co mamy. Zastanawiam się, czy moje aparaty będą bezpieczniejsze w samochodzie, czy w pokoju.
W zatęchłym pomieszczeniu przetarte ręczniki, narzuta podziurawiona papierosami. Na drzwiach tabliczka: "Dla własnego bezpieczeństwa proszę zaryglować drzwi". Tylko czym? Zasuweczka nadaje się do zamknięcia klatki kanarka. Te drzwi można otworzyć jednym palcem! Ben śmieje się ze mnie, kiedy zza podartej firanki obserwuję tamtych. Na parkingu ani jednego samochodu - jesteśmy sami. A oni nadal stoją w świetle latarni, czekają nie wiadomo na co, przydeptują pety.
- Oni są czarni, co nie znaczy, że chcą nas zgwałcić i obrabować.
- Ten motel dawno zamknięto, przecież neon się wcale nie świecił. Trafili się naiwniacy, więc facet nas wpuścił. Kto wie, czy jest właścicielem, może tylko tu sprząta? - mówię, nie zważając na zaczepki Bena.
- On też był czarny.
- Nie mówiłeś.
- A ma to znaczenie?
W łóżku od razu odkrywam robaka. Rozgniatam go w napadzie paniki. To z pewnością karaluch. Oglądam miazgę - jednak zwykły chrząszcz. Na poplamione poduszki naciągam białe podkoszulki Bena. To tylko jedna noc, powtarzam. A jeśli to była pluskwa? Nie mam pojęcia, jak wygląda pluskwa. Materac zapadnięty pośrodku jak niecka, sterczy sprężyna. Ben kładzie się jakby nigdy nic.
- Chodź - zaprasza mnie - będę na ciebie leciał dziś w nocy.
- Patrz, kogo ci przyprowadziłem!
Ben stał w drzwiach na chwiejnych nogach, rozbawiony, opierał ramię na kimś, kto stał obok, zasłonięty ścianą. Zastanawiałam się potem, jak to możliwe, że od razu wiedziałam, w jednej chwili zobaczyłam wszystko, co nastąpi, jeszcze zanim Wilk wysunął się zza tej ściany na korytarzu niczym figura w papierowym teatrze, zasłaniając sobą Bena, a Ben dał się zasłonić, wiedząc dokładnie, co robi, choć gdyby któreś z nas wypowiedziało to na głos, drugie zaprzeczyłoby, wyparło się tej wiedzy, a przecież oboje wiedzieliśmy, wiedziało się w nas. Ben do końca patrzył mi w oczy, gdy pociągnął Wilka i pozwolił mu stanąć między nami.
Wilk wbił we mnie wzrok. Nie cofnęłam się, otworzyłam źrenice, wpuściłam go.
Do dziś nie wiem, kto kogo znalazł wtedy w mieście, Ben Wilka czy Wilk Bena. Potrzebowali się nawzajem. A ja potrzebowałam obu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki