Rondo Rodeo - Monika Muskała

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (24,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Geo­r­gia do­kłada do pieca. Źle ozna­ko­wane drogi, znaki zjazdu za zjaz­dem. Jak omi­nąć Atlantę? Jest za duża, jest nie­bie­ska. Gdzieś musi być ob­wod­nica, pró­buję wy­my­ślić ją na sta­rej ma­pie. Za późno, gu­bimy się. Wciąga nas as­fal­towa mat­nia mia­sta. Le­niwy stru­mień sa­mo­cho­dów unosi nas do cen­trum. Czy­ste i no­wo­cze­sne. Białe apar­ta­men­towce, re­stau­ra­cje na ta­ra­sach, zie­leń. Zbyt zdrowo tu, re­kre­acyj­nie, olim­pij­sko. Trzeba się stąd wy­do­stać jak naj­prę­dzej.

O zmierz­chu śli­mak au­to­strady wy­pluwa nas na drogę w kie­runku East Du­blin. Wbi­jamy się w ciem­ność. Otwie­ram okno, wil­gotny ję­zor Po­łu­dnia liże mi twarz.

Około pół­nocy mo­tel w Ma­di­son za je­dyne trzy­dzie­ści je­den do­la­rów. Wyj­mu­jemy ba­gaż. Ob­ser­wują nas męż­czyźni sto­jący na pod­jeź­dzie. Je­den z nich pod­cho­dzi, prosi Bena o pa­pie­rosa. My­ślę, że chce zaj­rzeć do ba­gaż­nika, zo­ba­czyć, co mamy. Za­sta­na­wiam się, czy moje apa­raty będą bez­piecz­niej­sze w sa­mo­cho­dzie, czy w po­koju.

W za­tę­chłym po­miesz­cze­niu prze­tarte ręcz­niki, na­rzuta po­dziu­ra­wiona pa­pie­ro­sami. Na drzwiach ta­bliczka: "Dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa pro­szę za­ry­glo­wać drzwi". Tylko czym? Za­su­weczka na­daje się do za­mknię­cia klatki ka­narka. Te drzwi można otwo­rzyć jed­nym pal­cem! Ben śmieje się ze mnie, kiedy zza po­dar­tej fi­ranki ob­ser­wuję tam­tych. Na par­kingu ani jed­nego sa­mo­chodu - je­ste­śmy sami. A oni na­dal stoją w świe­tle la­tarni, cze­kają nie wia­domo na co, przy­dep­tują pety.

- Oni są czarni, co nie zna­czy, że chcą nas zgwał­cić i ob­ra­bo­wać.

- Ten mo­tel dawno za­mknięto, prze­cież neon się wcale nie świe­cił. Tra­fili się na­iw­niacy, więc fa­cet nas wpu­ścił. Kto wie, czy jest wła­ści­cie­lem, może tylko tu sprząta? - mó­wię, nie zwa­ża­jąc na za­czepki Bena.

- On też był czarny.

- Nie mó­wi­łeś.

- A ma to zna­cze­nie?

W łóżku od razu od­kry­wam ro­baka. Roz­gnia­tam go w na­pa­dzie pa­niki. To z pew­no­ścią ka­ra­luch. Oglą­dam mia­zgę - jed­nak zwy­kły chrząszcz. Na po­pla­mione po­duszki na­cią­gam białe pod­ko­szulki Bena. To tylko jedna noc, po­wta­rzam. A je­śli to była plu­skwa? Nie mam po­ję­cia, jak wy­gląda plu­skwa. Ma­te­rac za­pad­nięty po­środku jak niecka, ster­czy sprę­żyna. Ben kła­dzie się jakby ni­gdy nic.

- Chodź - za­pra­sza mnie - będę na cie­bie le­ciał dziś w nocy.

- Patrz, kogo ci przy­pro­wa­dzi­łem!

Ben stał w drzwiach na chwiej­nych no­gach, roz­ba­wiony, opie­rał ra­mię na kimś, kto stał obok, za­sło­nięty ścianą. Za­sta­na­wia­łam się po­tem, jak to moż­liwe, że od razu wie­dzia­łam, w jed­nej chwili zo­ba­czy­łam wszystko, co na­stąpi, jesz­cze za­nim Wilk wy­su­nął się zza tej ściany na ko­ry­ta­rzu ni­czym fi­gura w pa­pie­ro­wym te­atrze, za­sła­nia­jąc sobą Bena, a Ben dał się za­sło­nić, wie­dząc do­kład­nie, co robi, choć gdyby któ­reś z nas wy­po­wie­działo to na głos, dru­gie za­prze­czy­łoby, wy­parło się tej wie­dzy, a prze­cież oboje wie­dzie­li­śmy, wie­działo się w nas. Ben do końca pa­trzył mi w oczy, gdy po­cią­gnął Wilka i po­zwo­lił mu sta­nąć mię­dzy nami.

Wilk wbił we mnie wzrok. Nie cof­nę­łam się, otwo­rzy­łam źre­nice, wpu­ści­łam go.

Do dziś nie wiem, kto kogo zna­lazł wtedy w mie­ście, Ben Wilka czy Wilk Bena. Po­trze­bo­wali się na­wza­jem. A ja po­trze­bo­wa­łam obu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki