Ronaldo - fenomen z Brazylii - Ziemowit Ochapski

-
Proszę czekać

f Chłopak z Rio

18 września 1976 roku, Rio de Janeiro

Zespół miejski liczący prawie dwanaście milionów mieszkańców, spoglądający na metropolię z góry Corcovado ogromny pomnik Chrystusa Odkupiciela, długa na cztery kilometry plaża Copacabana oraz najwspanialszy na świecie karnawał - tak widzi Rio de Janeiro przeciętny Europejczyk. Rzeczywistość jest jednak brutalna, a Rio to miasto kontrastów. Z jednej strony piękne i nowoczesne, z drugiej pełne dzielnic biedy zwanych fawelami. Domy buduje się tam z tektury, blachy, dykty lub desek. Na porządku dziennym są brutalne walki gangów narkotykowych. Bento Ribeiro, w którym przyszedł na świat brazylijski bóg futbolu - Ronaldo Luís Nazário de Lima - znajduje się gdzieś pośrodku tego wszystkiego. Nie prezentuje się tak źle jak niektóre rejony miasta, ale zamieszkuje je przede wszystkim niższa klasa.

Rodzice Ronaldo, Dona Sônia i Nélio, poznali się w pracy w miejscowym przedsiębiorstwie telekomunikacyjnym Telerj. Wkrótce potem na świat przyszła na świat ich pierwsza potomkini imieniem Ione. Niedługo po niej urodził się chłopiec - Nélio junior. Gdy Dona Sônia zaszła w ciążę po raz trzeci, musiała zrezygnować z pracy i poświęcić się wychowaniu dzieci. Cały ciężar utrzymania rodziny spoczął więc na Nélio seniorze. Para z trudem wiązała koniec z końcem, a osiemnastego września 1976 roku pierwszy krzyk wydał z siebie malutki Ronaldo, którego później włoscy dziennikarzy mieli nazwać Il Fenomeno ("Fenomen").

Wbrew temu, co się powszechnie mówi, rodzina Nazário de Lima nie mieszkała w ruderze, lecz w całkiem przyzwoitym domu przy ulicy Generała Césara Obino. Senior rodu nie stronił jednak od alkoholu i innych używek, więc nie było go przy narodzinach najmłodszego syna. Zdesperowana mama nie miała pomysłu, jakie imię wybrać dla swojej pociechy, dlatego... spytała o godność lekarza opiekującego się nią w szpitalu. I tak oto Ronaldo Luís Nazário de Lima odziedziczył imię po doktorze Ronaldo Valente.

Warto wspomnieć i ciekawostkę: we wszystkich oficjalnych dokumentach jako data urodzin Il Fenomeno widnieje dwudziesty drugi września 1976 roku, podczas gdy w rzeczywistości genialny piłkarz przyszedł na świat o cztery dni wcześniej. Dona Sônia i Nélio nie spali na pieniądzach, więc zebranie dziesięciu reali na opłatę rejestracyjną zabrało ojcu chłopczyka aż cztery doby. Za taką zwłokę groziła kara pieniężna, toteż zapobiegliwy tata dopuścił się małego kłamstwa w urzędzie. Właśnie dlatego Ronaldo obchodzi dzisiaj urodziny dwa razy do roku - w gronie rodzinnym osiemnastego września, a oficjalnie cztery dni później.

Najmłodsze dziecko Dony Sônii oraz Nélio przyszło na świat zdrowe. Podobno lekarz w szpitalu przepowiedział mamie chłopca, że musi o niego szczególnie dbać, gdyż dzieciak posiada wrodzony talent, dzięki któremu jemu i jego rodzinie uda się wyjść z biedy. Doktor-jasnowidz? A może zwyczajna, ludzka próba pocieszenia kobiety znajdującej się w trudnym położeniu? Tego nigdy się nie dowiemy. Dona Sônia wiedziała natomiast, że musi znowu zacząć zarabiać pieniądze, dlatego zaczęła harować nawet po dwanaście godzin na dobę i dzielić się opieką nad malutkim Ronaldo z resztą rodziny.

Połowa lat siedemdziesiątych była w Brazylii naprawdę ciężkim czasem, szczególnie pod względem politycznym. W kraju wciąż rządziła wojskowa dyktatura, która trwała od chwili zamachu stanu w 1964 roku i odsunięcia od władzy prezydenta Jo?o Goularta. W całej Ameryce Południowej trwała wówczas Operacja Kondor, podczas której zamordowano co najmniej pięćdziesiąt tysięcy osób, trzydzieści tysięcy uznano za zaginione, a czterysta tysięcy pozamykano w więzieniach. Celem operacji było gromadzenie informacji dotyczących opozycji politycznej oraz zabijanie niektórych jej członków. Jedną z najgłośniejszych "egzekucji" w Brazylii było otrucie Jo?o Goularta w grudniu 1976 roku z rozkazu szefa Departamentu Porządku Polityczno-Społecznego i za pozwoleniem prezydenta Ernesto Geisela.

Bitwy na najwyższych szczeblach władzy to jednak wydarzenia zbyt skomplikowane dla małych dzieci, dlatego Ronaldo koncentrował się głównie na pożytkowaniu drzemiących w nim ogromnych pokładów energii. Chłopiec był aktywny do tego stopnia, że nauczył się chodzić na długo przed ukończeniem pierwszego roku życia. Mówił jednak niewiele, tak samo jak jego mama. Nélio junior od zawsze miał problemy z wymówieniem imienia swojego młodszego braciszka. Trzyletni wówczas chłopczyk pewnego dnia nie wytrzymał: "Mamusiu, to jest takie trudne!". I od tej chwili zamiast "Ronaldo" zaczął mówić "Dadado". Z biegiem czasu malucha zaczęli tak nazywać wszyscy.

Rio de Janeiro, podobnie jak cała Brazylia, żyje piłką nożną. W mieście funkcjonuje mnóstwo klubów, a najsłynniejsze z nich to Flamengo, Fluminense, Vasco da Gama oraz Botafogo. Każdy chłopiec z biednej dzielnicy pragnie zostać sławnym piłkarzem na miarę Pelégo, Garrinchy, Zico, Romário, Ronaldo czy Ronaldinho, uważanych za największych bohaterów narodowych. W futbol gra się wszędzie, nawet na plażach, a nierówne boiska pośród gruzu, śmieci i złomu są tu na porządku dziennym. W takich warunkach rodzą się gracze o niewiarygodnych umiejętnościach technicznych. Bramki zazwyczaj mają zaledwie około dwóch metrów szerokości, wobec czego znacznie bardziej opłaca się stoczyć pojedynek sam na sam z bramkarzem niż próbować go pokonać uderzeniem z dystansu.

Zanim stał się sławny, Ronaldo był właśnie jednym z takich chłopców. Beztrosko kopał futbolówkę i podziwiał swoich idoli, którym udało się wyrwać z biedy. Pierwszą piłkę otrzymał w wieku czterech lat od ojca. Futbol zawładnął jego umysłem do tego stopnia, że przestał interesować się szkołą. Dona Sônia próbowała go przekonać, że wykształcenie jest w życiu bardzo ważne, lecz siła jej perswazji była zbyt słaba, żeby odciągnąć syna od ciągłego ganiania po boisku. Chłopak uwielbiał spędzać wolny czas z kuzynką Suzaną. "Zawsze graliśmy razem - wspomina Suzi. - Jako najmłodsze dziecko był bardzo nieśmiały. Pamiętam, jak dostał swoją pierwszą piłkę. Miał w sobie tyle pasji. Zachowywał się inaczej niż wszyscy jego rówieśnicy, a po boisku biegał z naturalną lekkością".

Il Fenomeno był dzieckiem nie tylko cichym, ale i strachliwym. Jego kuzyn, Fabio Shine, wspomina z rozbawieniem: "Wierzył w czarownice i strasznie się ich bał. Chciał, żeby mama go przed nimi chroniła". 

W poczet swoich idoli Nazário de Lima zaliczał m.in. nazywanego "Białym Pelé" Zico, ostatniego z wielkich Canarinhos, który niemal całą karierę spędził w rodzimej lidze, strzelając grubo ponad trzysta goli dla Flamengo. Chłopiec mógł podziwiać swojego bohatera podczas pierwszej wizyty na legendarnej Maracanie w latach osiemdziesiątych. Szkarłatno-czarni mierzyli się wtedy w derbowym pojedynku z Vasco da Gama, a znajdujący się pośród ponad stutysięcznego tłumu chłopiec obserwował tamte wydarzenia jak zahipnotyzowany. Monumentalność Maracany można bowiem przyrównać jedynie do barcelońskiej świątyni futbolu - Camp Nou.

W wieku dziewięciu lat Ronaldo wraz z kolegami dołączył do Valqueire Tennis Club. Może to trochę dziwić, ale był to klub tenisowy, który nie posiadał własnego kortu, a miał za to drużynę w futebol de sal?o, czyli brazylijskiej odmianie futsalu. Niestety niemal wszystkie pozycje na boisku zostały już wcześniej obstawione, więc Nazário de Lima musiał pogodzić się z grą... między słupkami. Szansę pokazania się w polu otrzymał dopiero po pewnym czasie, w meczu z mistrzowską drużyną Vasco da Gama. Po pierwszej połowie zespół Il Fenomeno przegrywał 0:2, lecz w drugiej części urodzony w Bento Ribeiro chłopak wbił cztery gole i poprowadził swój team do zwycięstwa 5:4. Wszyscy obserwatorzy i koledzy przecierali oczy ze zdumienia i już nigdy więcej nie kazano mu wkładać bramkarskich rękawic.

Gdy w 1973 roku Brazylia osiągnęła największą na świecie roczną stopę wzrostu dochodu narodowego, która wyniosła aż czternaście procent, nikt nie przypuszczał, że siedem lat później dojdzie do załamania, w wyniku którego stanie się ona najbardziej zadłużonym krajem świata. W 1985 roku wreszcie przywrócono rządy cywilne. W domu Ronaldo nie działo się najlepiej. Dona Sônia oraz Nélio rozstali się w 1987 roku, a zaabsorbowana pracą w lokalnym barze z przekąskami kobieta nie miała czasu, żeby przypilnować swojego najmłodszego syna w kwestii wypełniania obowiązków szkolnych. Il Fenomeno to wykorzystywał i grał w futbol ile dusza zapragnie.

Pamiętny mecz pomiędzy Valqueire Tennis Club a Vasco da Gama obserwował Fernando dos Santos Carvalho, bardziej znany ze względu na swoją słuszną posturę jako Fernando Gordo ("gordo" to po portugalsku "gruby"). "Nie mogłem wyjść ze zdumienia - wspomina. - Ronaldo był zdolny, szybki i potrafił kopać obiema nogami. Miał również boiskową inteligencję". Człowiek ten zaproponował chłopcu przenosiny do stwarzającej większe możliwości piłkarskiego rozwoju drużyny przy klubie Social Ramos. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej szansy.

f Trzydzieści centavos od Flamengo

12 sierpnia 1990 roku, Rio de Janeiro

Był rok 1990. W marcu prezydencki urząd objął Fernando Collor de Mello, wybrany w grudniu poprzedniego roku w pierwszych od trzydziestu lat wolnych wyborach. Politykę głowy państwa określano jako neoliberalizm. Brazylia zmagała się wówczas z hiperinflacją, a nowy prezydent był krytykowany za decyzje, które podjął, by ją zredukować. Chodziło głównie o zamrożenie pieniędzy z wielu kont prywatnych. Za rządów Collora de Mello zakończono również moratorium na spłatę zadłużenia zagranicznego oraz sprywatyzowano wiele państwowych przedsiębiorstw. Jego prezydentura trwała jednak zaledwie niewiele ponad półtora roku. 29 grudnia 1992, po oskarżeniu przez swojego brata Pedro o korupcję i masowych demonstracjach oraz wszczęciu przez Kongres procedury usunięcia go z urzędu, ustąpił ze stanowiska.

Fernando Gordo bardzo szybko znalazł nić porozumienia z mamą Ronaldo i towarzyszył chłopcu w autobusowych podróżach z domu do Social Ramos na wtorkowe i czwartkowe treningi, a także pilnował, żeby przyszły Il Fenomeno po zakończeniu zajęć bezpiecznie wrócił do domu. Na co dzień spokojny, na boisku chłopiec zamieniał się w prawdziwą bestię, niezawodnego egzekutora. Podczas rozgrywek dla najlepszych zespołów halowych, Campeonato Metropolitano, wbił aż sto sześćdziesiąt sześć goli, a w najbardziej pamiętnej potyczce z Municipal miał swój udział w jedenastu z dwunastu bramek zdobytych przez swoją drużynę.

Wieść o niezwykle utalentowanym dzieciaku z klubu Social Ramos bardzo szybko rozeszła się po mieście, więc trzynastoletnim chłopcem momentalnie zainteresowali się skauci słynnego Flamengo. Tego samego, w którym brylował jego idol Zico i tego samego, które w latach osiemdziesiątych sięgało po mistrzostwo Brazylii aż czterokrotnie. W Ameryce Południowej młodzieńców urodzonych z piłką przy nodze jest na pęczki, więc można tylko się domyślać, jak wielka była radość Il Fenomeno, gdy dowiedział się, że wraz z czterystoma innymi dzieciakami został zaproszony na testy do klubu z Estádio da Gávea. Miejsca, gdzie spełniają się marzenia o grze w prawdziwy futbol.

Podczas pierwszego dnia sprawdzianu chłopiec z Bento Ribeiro wypadł doskonale i zakwalifikował się do dalszej części testów, które miały się odbyć następnego dnia. Nie dojechał jednak na nie, ponieważ działacze Flamengo okazali się wyjątkowymi skąpcami, a w konsekwencji po prostu idiotami. Sytuacja materialna rodziny Nazário de Lima była bardzo trudna, wobec czego Ronaldo nie miał pieniędzy na bilet autobusowy, żeby po raz drugi dojechać na Gávea. Chcący spełnić swoje największe pragnienie chłopiec poprosił więc klubowych oficjeli o pożyczkę w wysokości trzydziestu centavos (ok. czterdzieści groszy). Niestety sprawdzający umiejętności młodych piłkarzy nie zdawali sobie sprawy, z jakiej skali talentem mają do czynienia i... odmówili! Dopiero kilka lat później przekonali się, że popełnili największy błąd w życiu.

Jak dobrze, że całe Rio żyje futbolem i że Flamengo nie jest tam jedynym klubem, w którym młody piłkarz może szlifować umiejętności. Odrzucenie przez giganta było dla Ronaldo oczywiście bolesne, lecz chłopiec nie miał powodu do załamywania rąk. Możliwości dalszego rozwoju istniało multum. Kolegom powiedział: "Będę najlepszy na świecie, będę bogaty i pomogę mojej rodzinie". Fernando Gordo i Alirio José de Carvalho z Social Ramos wiedzieli, że mają u siebie nieoszlifowany diament. "Pewnego dnia skontaktował się ze mną znajomy z klubu S?o Cristóv?o, który miał swoją siedzibę bliżej centrum miasta. Powiedział, że z chęcią widziałby Ronaldo u siebie", wspomina ten drugi. Tym człowiekiem był Ary Ferreira da Sá, a za przenosinami do jego zespołu przemawiał fakt, że stadion mieścił się w połowie drogi pomiędzy Bento Ribeiro a Estádio da Gávea.

"Piłka nożna zawsze była moją pasją. Czasem myślałem o pójściu do wojska, lecz od dziecka marzyłem o tym, żeby zostać piłkarzem. Na każde Boże Narodzenie dostawałem piłkę. Grałem non-stop. Głównie na ulicy i na bosaka - aż do utraty paznokci", mówi Nazário de Lima. Il Fenomeno uwielbiał nie tylko biegać z futbolówką przy nodze, ale i śledzić zmagania swoich bohaterów na stadionie oraz przed ekranem telewizora: "Mój ojciec bardzo często zabierał mnie na Maracanę. Pomiędzy siódmym a dziesiątym rokiem życia byłem na prawie wszystkich meczach. Pamiętam również mundial w 1982 roku, który oglądałem w telewizorze przed domem sąsiada. Zawsze zbierało się tam od dwudziestu do trzydziestu osób i każdy przynosił jakieś jedzenie lub napoje".

S?o Cristóv?o nie jest klubem na miarę Flamengo, Vasco da Gama, Fluminense czy Botafogo. Tutaj głównie pracuje się z młodzieżą i wychowuje piłkarzy, którzy następnie wzmacniają szeregi potentatów. Największy sukces ekipy z Estádio Figueira de Melo to mistrzostwo stanu Guanabara w 1926 roku, kiedy to rozprawiła się ona w decydującym pojedynku z Flamengo aż 5:1. Obecnie Os Cadetes występują w drugiej lidze stanowej. Dona Sônia nie przejmowała się jednak tymi wszystkimi niuansami. Doskonale znała rejony siedziby klubu i kobieca intuicja podpowiadała jej, że to dobre miejsce dla najmłodszego syna. Ronaldo w S?o Cristóv?o nie byłby również osamotniony, gdyż władze zaangażowały jego przyjaciela - Alexandre Jesuino Dos Santosa, znanego bardziej jako Calango. "Kiedy po raz pierwszy tu przyjechał, było to na zaproszenie Ary'ego Ferreiry - mówi Jo?o Luiz, ówczesny dyrektor techniczny Os Cadetes. - Pamiętam tego trochę dziwnie wyglądającego dzieciaka o smukłej sylwetce i charakterystycznych zębach. Słyszeliśmy o jego golach dla Social Ramos, ale to było co innego. My graliśmy na trawie, a drużyny liczyły po jedenastu zawodników".

Dona Sônia wciąż nie mogła się pogodzić z tym, że przez piłkę syn zaniedbuje szkołę. Zapracowanej kobiecie w opiece nad dzieckiem zaczęła w końcu pomagać jej bliska przyjaciółka, a jednocześnie żona pracownika S?o Cristóv?o - Yara Homem. Opowiada ona: "Biedna Dona Sônia była tak pochłonięta pracą, że ciężko jej było upilnować Ronaldo, którego książki w ogóle nie interesowały. Gdy już się znalazł w szkole, to natychmiast zaczynał szukać sposobu, żeby się urwać z lekcji. W końcu doszło do tego, że musiałam go śledzić i kontrolować".

Jeden z kuzynów Ronaldo, Eduardo Dudu, opowiada: "Kiedy przenosił się do S?o Cristóv?o, zostawił mi trochę swoich ubrań. Butów nie zostawił, bo ich nie posiadał. W piłkę zawsze grał na bosaka". Debiut Nazário de Limy w barwach nowego klubu i w kompletnym stroju piłkarskim miał miejsce dwunastego sierpnia 1990 roku podczas pojedynku z FC Tomazinho w ramach rozgrywek Campeonato Estadual. Il Fenomeno ustrzelił wtedy hat-tricka, a jego zespół wygrał 5:2. Oprócz znakomitej skuteczności chłopak zaprezentował przede wszystkim genialne panowanie nad piłką. "Wydawało się, że ma ją przyklejoną do nogi", wspomina Jo?o Luiz. Pod wrażeniem gry młodego piłkarza był również związany przez wiele lat z klubem Renato Alves. Człowiek ten jednak nawet nie przypuszczał, że S?o Cristóv?o ma pod swoimi skrzydłami aż taki diament. Ronaldo wydawał mu się po prostu zbyt cichy i niepozorny, żeby już wkrótce stać się wielką gwiazdą.

W mediach od lat lansuje się tezę, że odkrywcą talentu Ronaldo jest legendarny Jairzinho. Ten sam, który w 1970 roku sięgnął z reprezentacją Brazylii po Puchar Świata i ten sam, który przez piętnaście sezonów czarował swoją grą kibiców Botafogo. Prawda jest jednak inna, gdyż słynny reprezentant Canarinhos zaczął swoją pracę w S?o Cristóv?o w 1991 roku, czyli gdy Nazário de Lima już tam był, sprowadzony przez Ary'ego Ferreirę. To dzięki niemu Ronaldo trafił do klubu i to on organizował dla niego fundusze na bilety autobusowe oraz kanapki, bo młody chłopak nie śmierdział pieniędzmi. "Jairzinho próbował sobie przypisać odkrycie Ronaldo, ale ja mogę zapewnić, że to nie jego zasługa", mówi Jo?o Luiz. Dwudziestego siódmego lipca 1990 roku prezydent klubu, dr Luiz Orlando Cardona, zaprosił dwóch swoich przyjaciół, Alexandre Martinsa i Reinaldo Pittę, żeby zobaczyli Nazário de Limę w akcji. Gra chłopaka im się spodobała, dlatego zaczęli mu się baczniej przyglądać. W późniejszym czasie zasięgali u Jairzinho opinii na jego temat, a były reprezentant Canarinhos powtarzał jedynie to, co wiedzieli już wszyscy - że Ronaldo jest wyjątkowym zawodnikiem.

Il Fenomeno w S?o Cristóv?o spędził trzy lata. W pierwszym roku w dwunastu meczach strzelił osiem goli, w drugim w dwudziestu ośmiu spotkaniach umieścił piłkę w siatce siedemnaście razy, a w trzecim zdobył dziewiętnaście bramek w trzydziestu trzech pojedynkach. Łącznie dawało to czterdzieści cztery gole w siedemdziesięciu trzech spotkaniach i imponującą średnią 0,6 trafienia na mecz. "I ani jednego gola z rzutu karnego", podkreśla Jo?o Luiz.

Takie statystyki nie mogą przejść bez echa, dlatego piłkarscy agenci, Alexandre Martins i Reinaldo Pitta przy współpracy z Jairzinho doprowadzili do tego, że szesnastoletni Ronaldo związał się z nimi kontraktem. Oczywiście umowa była korzystna tylko dla nich i ściśle określała wszelkie prowizje od przyszłych transferów zawodnika oraz procenty od praw do marketingowego wykorzystywania jego wizerunku.

Karta zawodnicza Ronaldo została wykupiona z S?o Cristóv?o przez zaradnych agentów za zaledwie siedem tysięcy dolarów. W 1993 roku Nazário de Lima został powołany do reprezentacji Brazylii na mistrzostwa Ameryki Południowej do lat siedemnastu. Canarinhos zajęli czwarte miejsce, a chłopak z Bento Ribeiro wydawał się już na tyle obytym piłkarzem, że można mu było zacząć szukać poważnego klubu. "Już gdy ujrzeliśmy Ronaldo po raz pierwszy, wiedzieliśmy, że może stać się zawodnikiem innym niż wszyscy", mówi Pitta. Kolejnym przystankiem w dopiero rozpoczynającej się karierze Il Fenomeno miało być słynne Cruzeiro Belo Horizonte.