3
Konferencja prasowa. Spotkania z reżyserem. Próby. Romy doskonale znała procedury przygotowań do produkcji filmu. Samo kręcenie zamykało się przeważnie w dwóch miesiącach i musiało zostać dokładnie zorganizowane, żeby zarówno w Paryżu, jak i w Wiedniu zdjęcia przebiegły zgodnie z ustalonym harmonogramem. Za wszelką cenę należało unikać wszelkich komplikacji i wzrostu założonych w budżecie kosztów. Dlatego wszystko wymagało dokładnego zaplanowania co do minuty. Także to nie było dla Romy niczym nowym i nie trzeba jej było co do tego przekonywać. I w atelier, i w plenerze pracowała precyzyjnie niczym szwajcarski zegarek. Dlatego też była pewna, że jeśli o nią chodzi, wszystko pójdzie jak należy i zostanie zrealizowane w założonym czasie.
Natomiast nie miała pojęcia, jak zachowa się jej partner. Zdawała sobie sprawę, że nie zyskała jego sympatii, podobnie jak on jej.
Przynajmniej w tym punkcie współgrali. Na tę myśl trochę jej ulżyło. To nie do pomyślenia, żeby miała latać za tym gogusiem.
- Chcielibyśmy z Alainem zaprosić panią wieczorem. - Przez otaczający ją niezrozumiały gwar dyskutujących w hotelowym holu filmowców przebił się miły głos Jeana-Claude'a Brialy'ego, mówiącego z uroczym francuskim akcentem. - Jeśli nie ma pani żadnych planów na dzisiejszy wieczór, chcielibyśmy zabrać panią do Lido.
Zaskoczona zaniemówiła.
- Ma się rozumieć, zaproszenie dotyczy również pani maman - dodał pospiesznie.
- Tak - odpowiedziała z ociąganiem, co zabrzmiało raczej jak pytanie, a nie potwierdzenie. Prawdę powiedziawszy, w tym momencie sama nie wiedziała, czego chce.
- W Lido po kolacji zawsze odbywa się doskonała rewia, którą naprawdę warto zobaczyć - przekonywał Brialy, widząc jej niezdecydowanie. - Gwiazdą programu będzie niemiecki duet, dwie młode dziewczyny, słynne siostry Kessler. Jestem pewien, że się pani spodobają. To bliźniaczki. Ale może ich sława nie jest aż tak wielka jak pani, mademoiselle?
- Ależ jest, jest - zapewniła pospiesznie z uśmiechem. - Naturalnie, że chętnie obejrzę przedstawienie.
- Voila. - Rozpromienił się na jej zapewnienie. - A zatem jesteśmy umówieni na rendez-vous.
- Poinformuję mamę.
*
Idąc wieczorem w towarzystwie matki w stronę rzęsiście oświetlonego niezliczoną ilością reflektorów wejścia do słynnego na całym świecie teatru variété na Polach Elizejskich, zadawała sobie w duchu pytanie, co, u diabła, skłoniło ją do przyjęcia zaproszenia.
Oczywiście lubiła spędzać czas w towarzystwie. Miała przecież dziewiętnaście lat, a w tym wieku wszystkie dziewczyny chętnie wychodzą wieczorami. Nudziły ją formalne wystąpienia u boku matki, jak również wizyty w lokalach w towarzystwie ojczyma. Hans Herbert Blatzheim posiadał kilkadziesiąt restauracji, barów oraz nocnych klubów. Niemal we wszystkich już była, bywała lub musiała być, gdyż zdjęcie Romy Schneider stanowiło doskonałą reklamę dla każdego z tych przybytków.
Początkowo po kolacji w Lido spodziewała się czegoś innego, odmiennego od wszystkiego, co do tej pory znała. Szybko jednak doszła do wniosku, że wytwórnia filmowa z pewnością zadbała o pojawienie się odpowiedniej liczby reporterów, mających sfotografować przyszłą parę kochanków filmowych na zaaranżowanym przez Jeana-Claude'a Brialy'ego rendez-vous. A zatem będzie to wieczór podobny do innych, choć z drugiej strony jakże różniący się od tych, które były udziałem jej rówieśniczek i w jakich nie dane jej było uczestniczyć.
Od pewnego czasu coraz częściej przechodziło jej przez myśl, że musi zmienić swoje życie. Miała dziewiętnaście lat, a to oznaczało, że powinna wreszcie zacząć sama decydować o sobie. W końcu się usamodzielnić. Z jednej strony nie mogła być wiecznie sterowaną przez matkę i ojczyma marionetką. Z drugiej zaś bardzo jej zależało na pomocy i wsparciu rodziny. Okropne było też wyobrażenie, że wolność miałaby okupić utratą miłości matki. Dlatego zawsze ulegała prośbom rodziców, lecz z czasem stawało się to coraz trudniejsze i coraz bardziej uciążliwe. Z biegiem lat coraz gorzej znosiła konieczność podporządkowania się ich życzeniom.
Dzisiejsze spotkanie z Alainem Delonem i Jeanem-Claude'em Brialym w żadnym razie nie miało być przejawem buntu z jej strony. Wręcz przeciwnie; uważała, że ich wspólne wyjście będzie dobrze odebrane zarówno przez producenta, jak i reżysera i że tym samym spełni ich oczekiwania. Ponadto miała nadzieję lepiej poznać swojego partnera filmowego i nawiązać harmonijno-koleżeński układ, który z pewnością ułatwiłby im współpracę. Romy nigdy jeszcze nie przeżyła tak stanowczego odrzucenia przez aktora, z którym miała pracować. Dotychczas było dla niej oczywiste, że kobieta i mężczyzna wspólnie występujący przed kamerą są poniekąd z natury rzeczy dobrymi przyjaciółmi. Dokładnie takiej relacji oczekiwała też od wszystkich uczestników ekipy zaangażowanych w produkcję filmu. I jeśli zaprzyjaźnieniu się z Alainem Delonem miał pomóc wspólny wypad do Lido, była gotowa skorzystać z zaproszenia.
Lido okazało się eleganckim lokalem w stylu staromodnego teatru rewiowego. Stoły z wygodnymi tapicerowanymi krzesłami i niewielkie kanapy tworzyły półokrąg wokół sceny. Były też nisze. Na każdym stoliku stała lampka zapewniająca przytłumione oświetlenie w tonącej w półmroku sali teatralnej. "I pomagająca trafić do talerza z jedzeniem", dodała w myślach Romy.
Orkiestra grała do tańca francuskie piosenki oraz melodyjny swing, a nie jak zazwyczaj jazz. Nie było też rock'n'rolla. Na znajdującym się tuż pod sceną parkiecie eleganckie pary poruszały się wolno w rytmie walca. Wszystkie panie miały na sobie suknie koktajlowe, zaś panowie smokingi. Krążący pomiędzy restauracyjną kuchnią a salą kelnerzy we frakach oraz długich białych fartuchach roznosili ogromne półmiski z owocami morza i napełniali kieliszki szampanem. Wszystko sprawiało wrażenie niezmiernie wytwornego i nieprawdopodobnie drogiego. Na ten widok Romy zadała sobie w duchu pytanie, jakim cudem ci dwaj nieznani aktorzy mogli sobie pozwolić na taki luksus. Doszła do wniosku, że z pewnością za wszystko płacił producent filmu.
Delon i Brialy siedzieli już przy zarezerwowanym dla nich stoliku, do którego kierownik sali prowadził Romy i Magdę. Ma się rozumieć, obaj byli w wieczorowych garniturach. Podobnie jak na lotnisku Delon i tym razem sprawiał wrażenie przesadnie wystrojonego i nadmiernie wymuskanego. "Gdyby ten typ ubierał się jak mężczyzna w jego wieku i nie obnosił się przez cały czas z taką śmiertelną powagą, sprawiałby znacznie lepsze wrażenie", pomyślała Romy, podając mu dłoń.
- Bonsoir - powiedziała na przywitanie.
- Jo ciem kochom - oznajmił z grobową miną Alain Delon po niemiecku.
- Co takiego? - Zaskoczona cofnęła dłoń.
- Pana przyjaciel poczyna sobie wyjątkowo odważnie - zwróciła się Magda do Brialy'ego, kwitując gafę wyrozumiałym uśmiechem godnym królowej matki.
- Nauczyłem Alaina tego zdania. - Brialy uśmiechnął się zakłopotany. - Ale najwidoczniej coś mu się pomyliło...
Po tym stwierdzeniu pomiędzy aktorami nastąpiła szybka, prowadzona półgłosem po francusku wymiana zdań, z której Romy nie rozumiała ani słowa.
- Bardzo się cieszymy, że mogły panie przyjść. - Brialy wreszcie zwrócił się bezpośrednio do nich. - To właśnie Alain próbował pani powiedzieć, mademoiselle. Tylko tyle, nic więcej.
- No tak... - Romy przygryzła dolną wargę. Ten niefortunny początek koleżeńskiej kolacji, której celem miało być nawiązanie przyjaznych kontaktów, jeszcze pogorszył jej już i tak nienadzwyczajny nastrój. Dlatego też rzucając przelotne spojrzenie swojemu partnerowi filmowemu, dodała: - Nawet mi przez myśl nie przeszło, że monsieur Delon zamierzał powiedzieć coś więcej.
- Może byśmy usiedli? - zaproponowała Magda, próbując ratować sytuację.
A że pytanie było z gruntu retoryczne, nie czekając na odpowiedź, usiadła na najbliższym krześle, które stojący obok usłużny kierownik sali zdążył w międzyczasie odsunąć.
Przy stole nadal panowała napięta atmosfera. Delon zamówił szampana, nie wiedząc, czy w zaistniałej sytuacji wystarczy jedna butelka. Szybko doszedł do wniosku, że chyba jednak nie, gdy zauważył Romy opróżniającą pierwszy kieliszek jednym haustem, jakby to była lemoniada, by dodać sobie animuszu i poprawić fatalne samopoczucie. Następną lampkę popijała już wolniej. A że Magda i Brialy również ochoczo zaczęli się raczyć wybornym trunkiem, wkrótce trzeba było zamówić drugą butelkę, a po niej jeszcze trzecią. Na życzenie Delona przyniesiono dwa ogromne półmiski owoców morza, za które Romy zabrała się z dużym apetytem. Widząc to, jej filmowy partner dodatkowo zamówił importowany kawior.
Sięgając po kolejny kieliszek, Romy pochwyciła krytyczne spojrzenie matki, lecz je zignorowała. Jadła i piła, próbując dobrze się bawić. Jednak do poprawy nastroju potrzeba jej było czegoś więcej niż kulinarnych specjałów i alkoholu. Rozmowa kulała, gdyż odbywała się za pośrednictwem Brialy'ego, co najwyraźniej nudziło Delona, mimo że to właśnie on był największym nudziarzem w tym towarzystwie. Romy zauważyła, że Brialy kilkakrotnie szturchał przyjaciela w bok, a gdy to nie pomogło, kopnął go w kostkę, na co Delon aż podskoczył niczym rażony prądem, o mało nie wywracając stołu.
Zastosowany przez Brialy'ego środek wreszcie odniósł zamierzony skutek, gdyż Alain wstał i skłonił się przepisowo przed Romy.
- Dansez avec moi! - burknął opryskliwie, po czym dodał swoim zabawnym angielskim: - Dance with me! - Także to zdanie wcale nie zabrzmiało uprzejmie.
Wtem oślepił ją błysk fleszy. Najwyraźniej obecni na sali fotoreporterzy tylko czekali na jej taniec z partnerem filmowym. No cóż, jakkolwiek by było, wirująca na parkiecie para głównych bohaterów stanowiła ulubiony temat fotografii. Było to zdecydowanie najbardziej cenione ujęcie, jakie mogło się trafić przed rozpoczęciem kręcenia filmu, i Romy doskonale o tym wiedziała.
Orkiestra zagrała La vie en rose Édith Piaf. Romy o wiele bardziej wolałaby tańczyć w rytm tej przepięknej piosenki o miłości w ramionach innego mężczyzny. Wciąż miała w pamięci niemal identyczną scenę pomiędzy nią a Horstem Buchholzem, tuż przed rozpoczęciem zdjęć do ich pierwszego wspólnego filmu. Ale zarazem jakże różną od tej...
Ze względu na młody wiek osiemnastoletniej pasierbicy i partnerującego jej w filmie Robinson nie powinien umrzeć dwudziestotrzyletniego aktora Hans Herbert Blatzheim zwołał na popołudnie konferencję prasową. Spotkanie miało się odbyć w należącym do niego nocnym lokalu Tabu przy monachijskiej Leopoldstraße, znanym również jako Piwnica Egzystencjalistów. Wieczorami nosiło się tu czarny golf, słuchało jazzu i tańczyło jitterbuga. I choć pora dnia była nieodpowiednia, wydawało się, że będą to właściwe kulisy dla dwojga młodych ludzi, którzy obecnie - każde na swój sposób - byli w Niemczech najbardziej lubianymi i zarazem najpopularniejszym aktorami filmowymi.
Romy czuła się zdegradowana do roli małej dziewczynki, której nie wolno przebywać razem z dorosłymi. Mimo to jak zawsze podporządkowała się ojczymowi i jej uległość została nagrodzona.
Horsta Buchholza znała jedynie ze zdjęć, podobnie jak każda dziewczyna w jej wieku. Wiedziała, że wygląda cudownie. Podobnie jak zdecydowana większość nastolatek czytała wszystko o jego karierze zawodowej i o nim samym. Stąd wiedziała, że urodził się w Berlinie jako nieślubne dziecko i wychował w rodzinie zastępczej. Buchholz wcale nie ukrywał, że jego rodzice byli prostymi robotnikami.
Był znakomitym aktorem. Romy miała okazję podziwiać go w Chuliganach. Teraz, przed pierwszym spotkaniem, czuła ucisk w żołądku i miała lekkie mdłości.
I wtem na konferencji prasowej w Tabu pojawił się jej idol - nonkonformistyczny, młody mężczyzna w dżinsach, białej koszuli i skórzanej kurtce, jakby chciał udowodnić, że faktycznie jest niemieckim Jamesem Deanem. Jego niebieskie oczy błyszczały niczym całe rozgwieżdżone niebo.
- Byle nie walc - oznajmił. - Nie mam zamiaru tańczyć z tobą walca.
Romy speszyło, że od razu przeszedł na ty, jakby byli co najmniej dobrymi znajomymi. Jego stanowcze oświadczenie wytrąciło ją z równowagi i sprawiło, że poczuła się bezradna. Ale spodobała jej się jego pewność siebie.
- W takim razie zatańczymy coś innego - zgodziła się bez namysłu.
- Sądziłem, że znasz wyłącznie walca. A umiesz tańczyć boogie-woogie?
Przypuszczalnie było to pytanie. W każdym razie można było się tego spodziewać po jego prowokacyjnym wystąpieniu. Jednocześnie sprawiał wrażenie szczerego i... sympatycznego. Dlatego też odpowiedziała bez ceregieli:
- Przypuszczam, że tak.
- No to w takim razie pokażmy tym pismakom, co potrafi dzisiejsza młodzież - powiedział z uśmiechem.
Nagle Romy ogarnęło nieznane dotąd uczucie. Muzyka przeniknęła ją do głębi, wypełniając jej ciało od palców stóp aż po sam czubek głowy i stając się jakby jego częścią. Było to zupełnie nowe doznanie. Szaleńcze wirowanie na parkiecie w rytm muzyki z tym Hunem dawało niewiarygodne poczucie swobody i wolności. Ogarnięta radością, dziękowała w duchu Panu Bogu, że chociaż mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt dwa, włożyła baleriny, a nie czółenka na wysokich obcasach.
Próbując łapać oddech, w pełni zdawała się na partnera, dając się prowadzić, naśladując jego ruchy, wykonując szalone obroty i całkowicie zatracając się w rock'n'rollu. Wydawało jej się, że królowa Wiktoria i cesarzowa Sisi nagle zniknęły, jakby nigdy ich nie było. Czuła, że dopiero teraz gra swoją życiową rolę. Wreszcie mogła zachowywać się jak zwyczajna młoda dziewczyna. Wreszcie nie musiała grać ślicznej, dobrze wychowanej, nieco pulchnej wiedeńskiej panienki. Odnosiła wrażenie, że zachodzi w niej przemiana. Coś na kształt małej rewolucji.
Następnie Hun pociągnął ją w stronę orkiestry, po czym wszedł pomiędzy muzyków, markując ze swadą grę na wyimaginowanej gitarze.
Spektakl, odgrywany w zasadzie dla publiczności, poruszył w najgłębszych zakamarkach duszy Romy strunę, której istnienie co prawda przeczuwała, ale która jak dotychczas jeszcze nigdy nie zagrała. Przede wszystkim jednak tego popołudnia dotarło do niej, że zostaną z Horstem Buchholzem przyjaciółmi.
"Z Alainem Delonem z pewnością się nie zaprzyjaźnimy", przemknęło jej przez myśl.
Była niezmiernie zadowolona, że muzyka umilkła stosunkowo szybko. Na szczęście los przyszedł jej z pomocą i na tym jednym tańcu miało się skończyć, gdyż dyrygent dał znak, na który orkiestra zagrała tusz oznajmiający rozpoczęcie rewii. Delonowi nie pozostało nic innego, jak odprowadzić ją do stolika.
Na parkiecie Romy i jej partner poruszali się sztywno niczym nieśmiali piętnastolatkowie w staromodnej, nieprawdopodobnie dbającej o przyzwoitość szkole tańca, a nie jak dwoje nowoczesnych, młodych, pełnych temperamentu ludzi. Mimo to Romy uśmiechała się promiennie w wycelowane w nich obiektywy aparatów fotograficznych. Z jej miny w żadnej mierze nie dało się wyczytać, że marzy o jak najszybszym zakończeniu tego odgrywanego na potrzeby prasy przedstawienia. Znów czuła się niczym wytresowany pies, który w każdej, nawet w najgorszej sytuacji zawsze musiał stawać na tylnych łapach.
Po powrocie do stolika Delon zamówił kolejną butelkę szampana, podczas gdy Romy postanowiła poświęcić całą uwagę rozrywkowej części wieczoru. Przytłumione światło na widowni sprawiło, że mogła się rozluźnić i nieco sobie pofolgować, gdyż nie musiała bez przerwy liczyć się z tym, że będzie w centrum uwagi wszystkich obecnych. W panującym na sali mroku nie musiała siedzieć prosto jak świeca. Mogła też położyć łokcie na stole i podeprzeć głowę rękami. Z ciekawością obserwowała poszczególne części programu na scenie, na której w oślepiającym świetle reflektorów eksplodowała istna feeria barw, blasku i złota.
Tancerki z Bluebell Girls, słynnego baletu Lido, odziane tak skąpo, że aż zapierało dech, w pełni eksponowały przepiękne ciała. Mimo że nie miały niemal nic na sobie, ich kostiumy były co najmniej równie bogate jak poszczególne suknie balowe filmowej cesarzowej Sisi. Odnosiło się wrażenie, że ich cieliste trykoty składają się wyłącznie ze strasu. Przepych strojów podkreślały też umieszczone z tyłu i na głowach ogromne wiązki strusich piór. Natomiast ramiona tancerek i ich nieprawdopodobnie długie nogi były gołe i połyskiwały matowo niczym alabaster.
Romy siedziała jak zaczarowana. Bezpruderyjność występów była według niej niebywała, ale w żadnym razie wyzywająca. Oglądanie w towarzystwie mamy i dwóch młodych mężczyzn hojnie eksponowanej nagości połączonej z frywolnością i zarazem elegancją było niezmiernie krępujące. Żeby jakoś przeżyć ten występ do końca, potrzebowała zdecydowanie więcej szampana. Koniecznie musiała się napić. Zmieszana spojrzała na stojący przed nią pusty kieliszek.
W tym momencie na scenie pojawiły się bliźniaczki Kessler - smukłe, wysokie, długonogie, prześliczne blondynki. Młode kobiety w tańcu były ze sobą perfekcyjnie zsynchronizowane, co wywołało zachwyt i ogromny aplauz publiczności. "Ciekawe, jak by to było, gdybym miała siostrę będącą moim lustrzanym odbiciem", przemknęło Romy przez myśl. Z pewnością jej dzieciństwo nie byłoby takie samotne. Wyobraziła sobie, jak zabawne byłoby podzielenie się z siostrą rolą Sisi. W takim przypadku każda z nich wystąpiłaby w dwóch filmach. Wówczas Romy nie musiałaby aż tak zdecydowanie odrzucić oferty wystąpienia w czwartej części, gdyż mogłaby w niej zagrać jej bliźniacza siostra. Cóż za cudowna wizja! Romy doszła do wniosku, że Alice i Ellen z pewnością były bardzo szczęśliwe, mając siebie.
Było już dobrze po północy, gdy Magda zaczęła nalegać na wyjście z lokalu. Po krótkiej dyskusji pomiędzy Brialym a Delonem, z której Romy nie rozumiała ani słowa, ten ostatni przywołał kelnera, prosząc o rachunek. Ogólna rozmowa dawno już zamarła. Romy patrzyła na przemian to na ciemną scenę, to na eleganckie pary poruszające się na parkiecie w rytm muzyki. W duchu musiała przyznać, że wieczór nie okazał się wcale taki zły, jak się obawiała. Przynajmniej zobaczyła coś nowego, co zrobiło na niej ogromne wrażenie. Uznała, że z pewnością nie była to jej ostatnia wizyta w Lido.
Kierownik sali przyniósł na srebrnej tacy rachunek, dyskretnie owinięty w białą lnianą serwetę, który położył przed Delonem. Gdy ten wyciągał go niczym z koperty, Brialy zerknął mu przez ramię. Wtem dało się słyszeć ciche, niemniej wyraźne westchnienie.
Alain Delon podniósł wzrok i po raz pierwszy spojrzał Romy prosto w oczy. Intensywnie. Wyzywająco. Po czym uśmiechnął się od ucha do ucha.
Skonsternowana, automatycznie odpowiedziała uśmiechem, który w żadnej mierze nie był szczery.
Delon nonszalanckim ruchem przesunął srebrną tackę w jej stronę, zręcznie omijając kieliszki. Zrobił to w taki sposób, że Romy nawet nie musiała obracać rachunku, by zobaczyć kwotę, na jaką opiewał.
- No coś podobnego! - wyrwało się Magdzie.
Romy nawet przez myśl nie przeszło, że to ona będzie płacić za ten wieczór. Wszak to Brialy i Delon ją zaprosili. Wyszła więc z założenia, że to oni uiszczą rachunek za wszystko, co przecież sami zamawiali. Poza tym było powszechnie przyjęte, że to nie damy sięgają do kieszeni, a Romy od początku zakładała, że w końcu to producent filmu bierze na siebie pokrycie kosztów w przypadku, gdy główny aktor nie grzeszy pieniędzmi. To, że Alain Delon całkowicie złamał wszelkie obowiązujące zasady, uznała za prawdziwy przewrót dokonany przez tego w gruncie rzeczy bezbarwnego, gładkiego gogusia. Nie był to szczególnie szarmancki gest, ale mimo wszystko jej zaimponował.
- Daj spokój, mamo. W porządku. - Szybko powstrzymała Magdę.
Obok jej krzesła pojawił się kierownik sali i podsunął długopis.
- Wystarczy podpisać, mademoiselle Schneider - powiedział nienagannym angielskim. - Ma się rozumieć, wyślemy pani rachunek.
"Tak właśnie traktuje się gwiazdy", pomyślała. Wszak była gwiazdą. Niezaprzeczalnie.
Z ukosa rzuciła spojrzenie Delonowi, by się upewnić, że zrozumiał, w czym rzecz. Jednak on właśnie opróżniał kolejny kieliszek, patrząc w inną stronę, zupełnie niezainteresowany kwestią zapłaty. Prawdopodobnie wcale go nie obchodziło, z kim ma do czynienia, gdyż już wcześniej wyrobił sobie zdanie w tej kwestii. Najwidoczniej do wszystkich jego niemiłych cech należało dodać również upór. Co za idiota!
Romy posłała kierownikowi sali niezobowiązujący uśmiech, po czym pewną ręką, jakby podpisywanie wysokich rachunków było czymś naturalnym, napisała swoje nazwisko okrągłymi literami. Jej podpis wyglądał tak, jakby wyszedł spod ręki pensjonarki.