Romy i droga do Paryża - Michelle Marly

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4

Ibi­zakwie­cień 1958

Na sto­le z ku­te­go że­la­za le­ża­ło kil­ka li­stów oraz stos ze­szy­tów ze sce­na­riu­sza­mi, z któ­ry­mi Romy mia­ła się za­po­znać. Ko­re­spon­den­cja była do­star­cza­na z lądu na wy­spę stat­kiem pocz­to­wym, na któ­rym ją sor­to­wa­no, w zwi­ąz­ku z czym prze­sy­łki do­cie­ra­ły z kil­ku­dnio­wym opó­źnie­niem. Nie mia­ło to jed­nak naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, gdyż wszel­kie ra­chun­ki za­ła­twia­ło na bie­żąco miesz­czące się w Ko­lo­nii biu­ro oj­czy­ma Romy. Na szczęście nie prze­sy­ła­no jej li­stów od fa­nów i wiel­bi­cie­li. Tym spo­so­bem wi­ęk­szo­ść pocz­ty nie za­kłó­ca­ła Romy urlo­pu, któ­ry spędza­ła w Playa d'en Bos­sa, w bia­łym domu oto­czo­nym ogro­dem.

Wy­ci­ągni­ęta na le­ża­ku na oko­lo­nym mu­ra­mi pa­tio spo­gląda­ła na przy­po­mi­na­jące wa­chla­rze li­ście palm dak­ty­lo­wych, przez któ­re tu i ów­dzie prze­dzie­ra­ły się pro­mie­nie sło­ńca. O tej po­rze roku na Ba­le­arach było przy­jem­nie cie­pło. Sło­ńce nie pra­ży­ło jak w le­cie. I choć jego pro­mie­nie nie były jesz­cze zbyt in­ten­syw­ne, Romy nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na zbyt dłu­gie wy­le­gi­wa­nie się w ogro­dzie, gdyż na­wet w cie­niu nie dało się unik­nąć opa­le­ni­zny. A brązo­wy czy na­wet zło­ty od­cień skó­ry w żad­nej mie­rze nie pa­so­wał do ob­ra­zu Chri­sti­ne We­iring, cór­ki mu­zy­ka, w któ­rej po­stać mia­ła się wcie­lić już w przy­szłym mie­si­ącu w swo­im ko­lej­nym fil­mie. Ekra­ni­za­cja sztu­ki Schnit­zle­ra Mi­łost­ka przed­sta­wia­ła hi­sto­rię mło­de­go pod­po­rucz­ni­ka ro­man­su­jące­go ze star­szą od nie­go ba­ro­no­wą do chwi­li, gdy po­zna­je Chri­sti­ne i się w niej za­ko­chu­je. Roz­wście­czo­ny ba­ron, któ­re­mu przy­pra­wio­no rogi, za­bi­ja ko­chan­ka żony w po­je­dyn­ku. Dla Chri­sti­ne śmie­rć uko­cha­ne­go jest tak ogrom­ną tra­ge­dią, że ko­bie­ta po­pe­łnia sa­mo­bój­stwo. Me­lo­dra­mat roz­gry­wa się w cza­sach pa­no­wa­nia ce­sa­rza Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, w sce­ne­rii do­sko­na­le zna­nej Romy. Z tą tyl­ko ró­żni­cą, że tym ra­zem gra nie ce­sa­rzo­wą, a miesz­cza­ńską, słod­ką wie­de­ńską pa­nien­kę. Ale w tam­tej epo­ce na­wet mieszcz­ka nie mo­gła być opa­lo­na.

Chri­sti­ne sta­no­wi­ła miesz­cza­ńską wer­sję Sisi. "Znów za­pro­po­no­wa­no mi za­gra­nie in­ne­go wa­rian­tu tej sa­mej po­sta­ci", po­my­śla­ła za­wie­dzio­na Romy.

Zi­ry­to­wa­na odło­ży­ła na sto­lik prze­gląda­ny sce­na­riusz, do­kła­da­jąc go do sto­su, na któ­rym pi­ętrzy­ły się inne ze­szy­ty. Wszyst­kie pro­po­zy­cje, któ­re otrzy­my­wa­ła, za­wie­ra­ły wy­łącz­nie hi­sto­rie będące w za­sa­dzie ad­ap­ta­cja­mi fil­mów o Sisi, roz­gry­wa­jące się w dzie­wi­ęt­na­stym wie­ku, w od­po­wied­nim śro­do­wi­sku, naj­le­piej w Wied­niu. Na­ci­ska­ni przez dys­try­bu­to­rów fil­mów pro­du­cen­ci wo­le­li nie ry­zy­ko­wać i si­ęga­li na po­trze­by kina za­wsze po te same spraw­dzo­ne te­ma­ty, żeby mo­żli­wie jak naj­wi­ęcej za­ro­bić. Samo w so­bie nie było to złe.

Romy nie­zmier­nie ce­ni­ła so­bie wy­god­ne ży­cie na wy­so­kiej sto­pie, ale chcia­ła też, żeby da­wa­no jej nie­co wi­ęcej ak­tor­skich wy­zwań oraz mo­żli­wo­ści wy­ka­za­nia się jako ak­tor­ka. Cza­sa­mi czu­ła się jak doj­na kro­wa, któ­rą eks­plo­atu­je się do­pó­ty, do­pó­ki nie pad­nie z wy­cie­ńcze­nia. I wte­dy na­stępu­je ko­niec. De­fi­ni­tyw­ny, nie­odwo­łal­ny ko­niec. Co praw­da nie za­mie­rza­no jej już te­raz za­rzy­nać, ale je­śli da­lej będzie gra­ła wy­łącz­nie tego sa­me­go typu bo­ha­ter­ki, mo­gła za­po­mnieć o praw­dzi­wej ka­rie­rze fil­mo­wej. Może sierp­nio­wa pre­mie­ra jej ostat­nie­go fil­mu Dziew­częta w mun­dur­kach przy­nie­sie ja­kiś prze­łom. Wpraw­dzie i tym ra­zem ak­cja to­czy­ła się w Ce­sar­stwie Nie­miec­kim, ale film ca­łko­wi­cie ró­żnił się od tych, w któ­rych gry­wa­ła do­tych­czas. Je­śli tak się nie sta­nie, wów­czas al­ter­na­ty­wą na resz­tę ży­cia będzie ma­lo­wa­nie ta­le­rzy...

- Romy? - Głos mat­ki prze­rwał jej po­nu­re roz­my­śla­nia.

- Tak, ma­mu­śku?

Mat­ka, ubra­na w ko­lo­ro­wą su­kien­kę pla­żo­wą, ze­szła z ta­ra­su do ogro­du, gdzie Romy le­ża­ła pod pal­ma­mi. Mag­da usia­dła na ko­ńcu le­ża­ka, po­trząsa­jąc z dez­apro­ba­tą gło­wą, i na­tych­miast udzie­li­ła cór­ce re­pry­men­dy.

- Nie wol­no ci zbyt dłu­go prze­by­wać na sło­ńcu.

- Prze­cież leżę w cie­niu - stwier­dzi­ła Romy, na­gle ośle­pio­na pro­mie­nia­mi sło­necz­ny­mi.

Mag­da wes­tchnęła głębo­ko, lecz nie pod­jęła te­ma­tu.

- Dzwo­nił dad­dy. Prze­sy­ła ci po­zdro­wie­nia - do­da­ła po­jed­naw­czo po chwi­li.

- Dzi­ęku­ję. Wszyst­ko u nie­go w po­rząd­ku?

Romy za­mknęła oczy, gdyż ra­zi­ło ją ostre świa­tło.

- Tak, w jak naj­lep­szym. Cie­szy się na spo­tka­nie z nami. Po­ju­trze tu będzie.

- Wspa­nia­le.

- Pod­czas tego po­by­tu chcia­łby po­now­nie po­roz­ma­wiać z tobą na te­mat ofer­ty na­kręce­nia czwar­tej części Sis­si...

- Nie. - Romy po­now­nie otwo­rzy­ła oczy i spoj­rza­ła ze zło­ścią na mat­kę. - Mamo, prze­cież już po­wie­dzia­łam, że nie ma mowy. I nie za­mie­rzam zmie­nić zda­nia. Pro­szę, nie wra­caj­my wi­ęcej do tego te­ma­tu - do­da­ła ci­cho, zdzi­wio­na swo­ją sta­now­czo­ścią. Do­tych­czas pra­wie ni­g­dy nie sprze­ci­wia­ła się tak ostro ro­dzi­com. Ale tym ra­zem chcia­ła - nie, mu­sia­ła - w ko­ńcu po­sta­wić na swo­im.

- Mi­lion ma­rek, jaki pro­po­nu­ją ci za tę rolę, jest nie do po­gar­dze­nia - za­uwa­ży­ła Mag­da. - Po­my­śl, je­steś obec­nie naj­le­piej opła­ca­ną ak­tor­ką fil­mo­wą w Niem­czech. Nie­roz­sąd­nie by­ło­by od­rzu­cić tak do­brą ofer­tę.

- Ale ja mam już po­wy­żej uszu gra­nia Sisi - oznaj­mi­ła ostrzej­szym to­nem.

Mia­ła też dość ci­ągłe­go spe­łnia­nia cu­dzych ocze­ki­wań. Nie po raz pierw­szy pro­wa­dzi­ły tę dys­ku­sję. Ale im częściej mat­ka lub jej mąż wra­ca­li do te­ma­tu ko­lej­nej od­sło­ny ce­sa­rzo­wej Sisi, tym sil­niej­szy był jej opór. W mi­ędzy­cza­sie z co­raz wi­ęk­szą sta­now­czo­ścią ob­sta­wa­ła przy pod­jętej de­cy­zji. Nie zmie­ni­ła­by zda­nia, na­wet gdy­by nie była prze­ko­na­na co do swo­ich ra­cji, a chcia­ła je­dy­nie prze­ciw­sta­wić się ro­dzi­com.

- Mam za­miar da­lej roz­wi­jać się ak­tor­sko - po­wtó­rzy­ła nie wia­do­mo któ­ry już raz.

- Och, Ro­mu­śko...

Żeby mat­ka wresz­cie prze­sta­ła wzdy­chać!

- Nikt inny jak sam Wil­ly Fritsch ra­dził mi, że­bym ni­g­dy nie sta­ła się nie­wol­ni­cą se­ria­lu, bo to praw­dzi­wy kosz­mar. Dziś wiem, co miał na my­śli.

- Ale Wil­ly Fritsch to prze­cież wiel­ka gwiaz­da. Nie­mal od za­wsze wy­stępu­je w fil­mach i na sce­nie. Dla­te­go może so­bie po­zwo­lić na ta­kie de­cy­zje.

- A ja to co? Niby nie je­stem gwiaz­dą? - Romy ostro spoj­rza­ła na mat­kę.

- Zaj­rzyj tyl­ko do ga­zet, to się prze­ko­nasz - od­po­wie­dzia­ła oschle Mag­da. - Od mo­men­tu, gdy prze­cie­kło do pra­sy, że od­mó­wi­łaś za­gra­nia w czwar­tej części Sis­si, na­sta­wi­łaś wszyst­kich prze­ciw­ko so­bie. Ak­tor­ka, któ­ra nie spe­łnia ocze­ki­wań pu­blicz­no­ści, nie ma szans. Je­śli na­dal chcesz utrzy­mać swo­ją po­zy­cję, mu­sisz się pod­po­rząd­ko­wać re­gu­łom, moje dziec­ko.

Tym stwier­dze­niem Mag­da po­ru­szy­ła kwe­stię, któ­rą Romy naj­chęt­niej wy­rzu­ci­ła­by z pa­mi­ęci. Do tej pory była ulu­bie­ni­cą dzien­ni­ka­rzy. Mło­da, nie­win­na, słod­ka dziew­czy­na, do tego do­brze wy­cho­wa­na, za­wsze miła i o do­brym ser­cu. Lecz gdy się oka­za­ło, że Sis­si - losy ce­sa­rzo­wej będzie ostat­nim fil­mem opo­wia­da­jącym w ki­czo­wa­ty, słod­ko-gorz­ki spo­sób hi­sto­rię ży­cia Elżbie­ty Ba­war­skiej, ce­sa­rzo­wej Au­strii i kró­lo­wej Węgier, na­gle stra­ci­ła całą sym­pa­tię pra­sy i me­dia za­częły ją ata­ko­wać. Twier­dzo­no, że jest nie­wdzi­ęcz­na, że tak czy siak do­sta­ła się do fil­mu przez pro­tek­cję i że jest zu­pe­łnie po­zba­wio­na ta­len­tu ak­tor­skie­go. Za­rzu­ca­no jej, że z pre­me­dy­ta­cją za­wio­dła swo­ich fa­nów. Tym spo­so­bem stwo­rzo­no ob­raz ka­pry­śne­go, roz­pusz­czo­ne­go, zma­nie­ro­wa­ne­go pod­lot­ka, ule­ga­jące­go od cza­su do cza­su na­pa­dom ma­nii wiel­ko­ści.

- Dla­cze­go nikt mnie nie ro­zu­mie? - Tym ra­zem to Romy wes­tchnęła ci­cho.

- Och, Ro­mu­śko... - Mag­da wsta­ła, nie ko­ńcząc zda­nia. Przez mo­ment spra­wia­ła wra­że­nie bez­rad­nej, nie mo­gąc zna­le­źć od­po­wie­dzi. - Co to za pocz­ta? - za­in­te­re­so­wa­ła się, na­gle zmie­nia­jąc te­mat.

Za­cie­ka­wio­na schy­li­ła się, by si­ęgnąć po li­sty. Z uwa­gą od­czy­ty­wa­ła na­zwi­ska nadaw­ców na od­wro­cie ko­pert.

- Po Chri­sti­ne nie za­gram już wi­ęcej żad­nej wie­de­ńskiej pa­nien­ki - oznaj­mi­ła Romy.

- Po­tem kręcisz prze­cież Ka­tię - mruk­nęła mat­ka, da­lej za­jęta prze­gląda­niem pocz­ty cór­ki. - Grasz Ro­sjan­kę. I to nie Au­stro-Węgry, i nie Wie­deń, lecz Sankt Pe­ters­burg. Ten film z pew­no­ścią będzie wiel­kim suk­ce­sem, a sce­na­riusz... O, po­patrz! - Od­wró­ci­ła ko­per­tę. - List z Pa­ry­ża. Od Ala­ina De­lo­na.

- Wiem. - Prych­nęła.

Mag­da odło­ży­ła plik li­stów na sto­lik, zo­sta­wia­jąc tyl­ko je­den.

- Cóż on ta­kie­go chce?

- Nic. - Romy unio­sła się na le­ża­ku, marsz­cząc czo­ło. Na jej twa­rzy wy­ra­źnie było wi­dać co­raz wi­ęk­szą zło­ść, a kie­dy dziew­czy­na tyl­ko zno­wu po­my­śla­ła o krót­kiej wia­do­mo­ści od przy­szłe­go part­ne­ra fil­mo­we­go, zi­ry­to­wa­ła się jesz­cze bar­dziej. - Naj­wy­ra­źniej ktoś mu to na­pi­sał.

- Skąd wiesz?

- Bo ka­żde zda­nie zo­sta­ło na­pi­sa­ne bez­błęd­nym an­giel­skim. Nie może być za­tem jego au­tor­stwa, o czym obie do­sko­na­le wie­my.

- Och! - Wy­da­wa­ło się, że Mag­da w ko­ńcu stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie li­stem, gdyż wci­snęła go pod inne ko­per­ty. - Jak do tej pory nie po­wie­dzia­łaś mi, co ta­kie­go chce.

"Je­śli ci nie po­wiem, to z pew­no­ścią sama za­raz prze­czy­tasz", po­my­śla­ła Romy w du­chu. Gło­śno zaś po­wie­dzia­ła:

- Nic. Prze­cież już ci mó­wi­łam. - Spu­ści­ła nogi i wsta­ła z le­ża­ka. - Mamo, ten cały Ala­in De­lon jest kom­plet­nie nie­cie­ka­wy, co po­twier­dził na pi­śmie. Cie­szy się, że mógł mnie po­znać. Poza tym miło mu, że będzie­my ra­zem pra­co­wać... Ite­pe, ite­de. Zu­pe­łny brak po­lo­tu i zero hu­mo­ru. Dno.

- Mimo wszyst­ko po­win­naś mu od­po­wie­dzieć. Po­każ mu, że masz kla­sę. Tak wy­pa­da.

Cóż za mnie­ma­nie ma o niej mat­ka? To oczy­wi­ste, że od­po­wie De­lo­no­wi. Głów­nie dla­te­go, że po­dej­rze­wa, iż jego list zo­stał na­pi­sa­ny przez ko­goś z biu­ra pra­so­we­go spó­łki od­po­wie­dzial­nej za re­ali­za­cję fil­mu. Romy mia­ła gdzieś swo­je­go part­ne­ra fil­mo­we­go. Na­to­miast w żad­nej mie­rze nie za­mie­rza­ła zra­zić do sie­bie Mi­che­la Sa­fry, na któ­rym po­win­na zro­bić wra­że­nie oso­by so­lid­nej i wia­ry­god­nej.

- Przy­si­ęgam, że moja od­po­wie­dź będzie rów­nie bez­na­dziej­na - za­pew­ni­ła. I by pod­kre­ślić wagę zło­żo­ne­go przy­rze­cze­nia, pod­nio­sła pra­wą rękę.

- Och, Ro­mu­śko, Ro­mu­śko... - Mag­da uśmiech­nęła się czu­le.

3

Kon­fe­ren­cja pra­so­wa. Spo­tka­nia z re­ży­se­rem. Pró­by. Romy do­sko­na­le zna­ła pro­ce­du­ry przy­go­to­wań do pro­duk­cji fil­mu. Samo kręce­nie za­my­ka­ło się prze­wa­żnie w dwóch mie­si­ącach i mu­sia­ło zo­stać do­kład­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne, żeby za­rów­no w Pa­ry­żu, jak i w Wied­niu zdjęcia prze­bie­gły zgod­nie z usta­lo­nym har­mo­no­gra­mem. Za wszel­ką cenę na­le­ża­ło uni­kać wszel­kich kom­pli­ka­cji i wzro­stu za­ło­żo­nych w bu­dże­cie kosz­tów. Dla­te­go wszyst­ko wy­ma­ga­ło do­kład­ne­go za­pla­no­wa­nia co do mi­nu­ty. Ta­kże to nie było dla Romy ni­czym no­wym i nie trze­ba jej było co do tego prze­ko­ny­wać. I w ate­lier, i w ple­ne­rze pra­co­wa­ła pre­cy­zyj­nie ni­czym szwaj­car­ski ze­ga­rek. Dla­te­go też była pew­na, że je­śli o nią cho­dzi, wszyst­ko pój­dzie jak na­le­ży i zo­sta­nie zre­ali­zo­wa­ne w za­ło­żo­nym cza­sie.

Na­to­miast nie mia­ła po­jęcia, jak za­cho­wa się jej part­ner. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie zy­ska­ła jego sym­pa­tii, po­dob­nie jak on jej.

Przy­naj­mniej w tym punk­cie wspó­łgra­li. Na tę myśl tro­chę jej ulży­ło. To nie do po­my­śle­nia, żeby mia­ła la­tać za tym go­gu­siem.

- Chcie­li­by­śmy z Ala­inem za­pro­sić pa­nią wie­czo­rem. - Przez ota­cza­jący ją nie­zro­zu­mia­ły gwar dys­ku­tu­jących w ho­te­lo­wym holu fil­mow­ców prze­bił się miły głos Je­ana-Clau­de'a Bria­ly'ego, mó­wi­ące­go z uro­czym fran­cu­skim ak­cen­tem. - Je­śli nie ma pani żad­nych pla­nów na dzi­siej­szy wie­czór, chcie­li­by­śmy za­brać pa­nią do Lido.

Za­sko­czo­na za­nie­mó­wi­ła.

- Ma się ro­zu­mieć, za­pro­sze­nie do­ty­czy rów­nież pani ma­man - do­dał po­spiesz­nie.

- Tak - od­po­wie­dzia­ła z oci­ąga­niem, co za­brzmia­ło ra­czej jak py­ta­nie, a nie po­twier­dze­nie. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, w tym mo­men­cie sama nie wie­dzia­ła, cze­go chce.

- W Lido po ko­la­cji za­wsze od­by­wa się do­sko­na­ła re­wia, któ­rą na­praw­dę war­to zo­ba­czyć - prze­ko­ny­wał Bria­ly, wi­dząc jej nie­zde­cy­do­wa­nie. - Gwiaz­dą pro­gra­mu będzie nie­miec­ki duet, dwie mło­de dziew­czy­ny, słyn­ne sio­stry Kes­sler. Je­stem pe­wien, że się pani spodo­ba­ją. To bli­źniacz­ki. Ale może ich sła­wa nie jest aż tak wiel­ka jak pani, ma­de­mo­isel­le?

- Ależ jest, jest - za­pew­ni­ła po­spiesz­nie z uśmie­chem. - Na­tu­ral­nie, że chęt­nie obej­rzę przed­sta­wie­nie.

- Vo­ila. - Roz­pro­mie­nił się na jej za­pew­nie­nie. - A za­tem je­ste­śmy umó­wie­ni na ren­dez-vous.

- Po­in­for­mu­ję mamę.

*

Idąc wie­czo­rem w to­wa­rzy­stwie mat­ki w stro­nę rzęsi­ście oświe­tlo­ne­go nie­zli­czo­ną ilo­ścią re­flek­to­rów we­jścia do słyn­ne­go na ca­łym świe­cie te­atru va­ri­été na Po­lach Eli­zej­skich, za­da­wa­ła so­bie w du­chu py­ta­nie, co, u dia­bła, skło­ni­ło ją do przy­jęcia za­pro­sze­nia.

Oczy­wi­ście lu­bi­ła spędzać czas w to­wa­rzy­stwie. Mia­ła prze­cież dzie­wi­ęt­na­ście lat, a w tym wie­ku wszyst­kie dziew­czy­ny chęt­nie wy­cho­dzą wie­czo­ra­mi. Nu­dzi­ły ją for­mal­ne wy­stąpie­nia u boku mat­ki, jak rów­nież wi­zy­ty w lo­ka­lach w to­wa­rzy­stwie oj­czy­ma. Hans Her­bert Blat­zhe­im po­sia­dał kil­ka­dzie­si­ąt re­stau­ra­cji, ba­rów oraz noc­nych klu­bów. Nie­mal we wszyst­kich już była, by­wa­ła lub mu­sia­ła być, gdyż zdjęcie Romy Schne­ider sta­no­wi­ło do­sko­na­łą re­kla­mę dla ka­żde­go z tych przy­byt­ków.

Po­cząt­ko­wo po ko­la­cji w Lido spo­dzie­wa­ła się cze­goś in­ne­go, od­mien­ne­go od wszyst­kie­go, co do tej pory zna­ła. Szyb­ko jed­nak do­szła do wnio­sku, że wy­twór­nia fil­mo­wa z pew­no­ścią za­dba­ła o po­ja­wie­nie się od­po­wied­niej licz­by re­por­te­rów, ma­jących sfo­to­gra­fo­wać przy­szłą parę ko­chan­ków fil­mo­wych na za­ara­nżo­wa­nym przez Je­ana-Clau­de'a Bria­ly'ego ren­dez-vous. A za­tem będzie to wie­czór po­dob­ny do in­nych, choć z dru­giej stro­ny ja­kże ró­żni­ący się od tych, któ­re były udzia­łem jej ró­wie­śni­czek i w ja­kich nie dane jej było uczest­ni­czyć.

Od pew­ne­go cza­su co­raz częściej prze­cho­dzi­ło jej przez myśl, że musi zmie­nić swo­je ży­cie. Mia­ła dzie­wi­ęt­na­ście lat, a to ozna­cza­ło, że po­win­na wresz­cie za­cząć sama de­cy­do­wać o so­bie. W ko­ńcu się usa­mo­dziel­nić. Z jed­nej stro­ny nie mo­gła być wiecz­nie ste­ro­wa­ną przez mat­kę i oj­czy­ma ma­rio­net­ką. Z dru­giej zaś bar­dzo jej za­le­ża­ło na po­mo­cy i wspar­ciu ro­dzi­ny. Okrop­ne było też wy­obra­że­nie, że wol­no­ść mia­ła­by oku­pić utra­tą mi­ło­ści mat­ki. Dla­te­go za­wsze ule­ga­ła pro­śbom ro­dzi­ców, lecz z cza­sem sta­wa­ło się to co­raz trud­niej­sze i co­raz bar­dziej uci­ążli­we. Z bie­giem lat co­raz go­rzej zno­si­ła ko­niecz­no­ść pod­po­rząd­ko­wa­nia się ich ży­cze­niom.

Dzi­siej­sze spo­tka­nie z Ala­inem De­lo­nem i Je­anem-Clau­de'em Bria­lym w żad­nym ra­zie nie mia­ło być prze­ja­wem bun­tu z jej stro­ny. Wręcz prze­ciw­nie; uwa­ża­ła, że ich wspól­ne wy­jście będzie do­brze ode­bra­ne za­rów­no przez pro­du­cen­ta, jak i re­ży­se­ra i że tym sa­mym spe­łni ich ocze­ki­wa­nia. Po­nad­to mia­ła na­dzie­ję le­piej po­znać swo­je­go part­ne­ra fil­mo­we­go i na­wi­ązać har­mo­nij­no-ko­le­że­ński układ, któ­ry z pew­no­ścią uła­twi­łby im wspó­łpra­cę. Romy ni­g­dy jesz­cze nie prze­ży­ła tak sta­now­cze­go od­rzu­ce­nia przez ak­to­ra, z któ­rym mia­ła pra­co­wać. Do­tych­czas było dla niej oczy­wi­ste, że ko­bie­ta i mężczy­zna wspól­nie wy­stępu­jący przed ka­me­rą są po­nie­kąd z na­tu­ry rze­czy do­bry­mi przy­ja­ció­łmi. Do­kład­nie ta­kiej re­la­cji ocze­ki­wa­ła też od wszyst­kich uczest­ni­ków eki­py za­an­ga­żo­wa­nych w pro­duk­cję fil­mu. I je­śli za­przy­ja­źnie­niu się z Ala­inem De­lo­nem miał po­móc wspól­ny wy­pad do Lido, była go­to­wa sko­rzy­stać z za­pro­sze­nia.

Lido oka­za­ło się ele­ganc­kim lo­ka­lem w sty­lu sta­ro­mod­ne­go te­atru re­wio­we­go. Sto­ły z wy­god­ny­mi ta­pi­ce­ro­wa­ny­mi krze­sła­mi i nie­wiel­kie ka­na­py two­rzy­ły pó­ło­krąg wo­kół sce­ny. Były też ni­sze. Na ka­żdym sto­li­ku sta­ła lamp­ka za­pew­nia­jąca przy­tłu­mio­ne oświe­tle­nie w to­nącej w pó­łm­ro­ku sali te­atral­nej. "I po­ma­ga­jąca tra­fić do ta­le­rza z je­dze­niem", do­da­ła w my­ślach Romy.

Or­kie­stra gra­ła do ta­ńca fran­cu­skie pio­sen­ki oraz me­lo­dyj­ny swing, a nie jak za­zwy­czaj jazz. Nie było też rock'n'rol­la. Na znaj­du­jącym się tuż pod sce­ną par­kie­cie ele­ganc­kie pary po­ru­sza­ły się wol­no w ryt­mie wal­ca. Wszyst­kie pa­nie mia­ły na so­bie suk­nie kok­taj­lo­we, zaś pa­no­wie smo­kin­gi. Krążący po­mi­ędzy re­stau­ra­cyj­ną kuch­nią a salą kel­ne­rzy we fra­kach oraz dłu­gich bia­łych far­tu­chach roz­no­si­li ogrom­ne pó­łmi­ski z owo­ca­mi mo­rza i na­pe­łnia­li kie­lisz­ki szam­pa­nem. Wszyst­ko spra­wia­ło wra­że­nie nie­zmier­nie wy­twor­ne­go i nie­praw­do­po­dob­nie dro­gie­go. Na ten wi­dok Romy za­da­ła so­bie w du­chu py­ta­nie, ja­kim cu­dem ci dwaj nie­zna­ni ak­to­rzy mo­gli so­bie po­zwo­lić na taki luk­sus. Do­szła do wnio­sku, że z pew­no­ścią za wszyst­ko pła­cił pro­du­cent fil­mu.

De­lon i Bria­ly sie­dzie­li już przy za­re­zer­wo­wa­nym dla nich sto­li­ku, do któ­re­go kie­row­nik sali pro­wa­dził Romy i Mag­dę. Ma się ro­zu­mieć, obaj byli w wie­czo­ro­wych gar­ni­tu­rach. Po­dob­nie jak na lot­ni­sku De­lon i tym ra­zem spra­wiał wra­że­nie prze­sad­nie wy­stro­jo­ne­go i nad­mier­nie wy­mu­ska­ne­go. "Gdy­by ten typ ubie­rał się jak mężczy­zna w jego wie­ku i nie ob­no­sił się przez cały czas z taką śmier­tel­ną po­wa­gą, spra­wia­łby znacz­nie lep­sze wra­że­nie", po­my­śla­ła Romy, po­da­jąc mu dłoń.

- Bon­so­ir - po­wie­dzia­ła na przy­wi­ta­nie.

- Jo ciem ko­chom - oznaj­mił z gro­bo­wą miną Ala­in De­lon po nie­miec­ku.

- Co ta­kie­go? - Za­sko­czo­na cof­nęła dłoń.

- Pana przy­ja­ciel po­czy­na so­bie wy­jąt­ko­wo od­wa­żnie - zwró­ci­ła się Mag­da do Bria­ly'ego, kwi­tu­jąc gafę wy­ro­zu­mia­łym uśmie­chem god­nym kró­lo­wej mat­ki.

- Na­uczy­łem Ala­ina tego zda­nia. - Bria­ly uśmiech­nął się za­kło­po­ta­ny. - Ale naj­wi­docz­niej coś mu się po­my­li­ło...

Po tym stwier­dze­niu po­mi­ędzy ak­to­ra­mi na­stąpi­ła szyb­ka, pro­wa­dzo­na pó­łgło­sem po fran­cu­sku wy­mia­na zdań, z któ­rej Romy nie ro­zu­mia­ła ani sło­wa.

- Bar­dzo się cie­szy­my, że mo­gły pa­nie przy­jść. - Bria­ly wresz­cie zwró­cił się bez­po­śred­nio do nich. - To wła­śnie Ala­in pró­bo­wał pani po­wie­dzieć, ma­de­mo­isel­le. Tyl­ko tyle, nic wi­ęcej.

- No tak... - Romy przy­gry­zła dol­ną war­gę. Ten nie­for­tun­ny po­czątek ko­le­że­ńskiej ko­la­cji, któ­rej ce­lem mia­ło być na­wi­ąza­nie przy­ja­znych kon­tak­tów, jesz­cze po­gor­szył jej już i tak nie­na­dzwy­czaj­ny na­strój. Dla­te­go też rzu­ca­jąc prze­lot­ne spoj­rze­nie swo­je­mu part­ne­ro­wi fil­mo­we­mu, do­da­ła: - Na­wet mi przez myśl nie prze­szło, że mon­sieur De­lon za­mie­rzał po­wie­dzieć coś wi­ęcej.

- Może by­śmy usie­dli? - za­pro­po­no­wa­ła Mag­da, pró­bu­jąc ra­to­wać sy­tu­ację.

A że py­ta­nie było z grun­tu re­to­rycz­ne, nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, usia­dła na naj­bli­ższym krze­śle, któ­re sto­jący obok usłu­żny kie­row­nik sali zdążył w mi­ędzy­cza­sie od­su­nąć.

Przy sto­le na­dal pa­no­wa­ła na­pi­ęta at­mos­fe­ra. De­lon za­mó­wił szam­pa­na, nie wie­dząc, czy w za­ist­nia­łej sy­tu­acji wy­star­czy jed­na bu­tel­ka. Szyb­ko do­sze­dł do wnio­sku, że chy­ba jed­nak nie, gdy za­uwa­żył Romy opró­żnia­jącą pierw­szy kie­li­szek jed­nym hau­stem, jak­by to była le­mo­nia­da, by do­dać so­bie ani­mu­szu i po­pra­wić fa­tal­ne sa­mo­po­czu­cie. Na­stęp­ną lamp­kę po­pi­ja­ła już wol­niej. A że Mag­da i Bria­ly rów­nież ocho­czo za­częli się ra­czyć wy­bor­nym trun­kiem, wkrót­ce trze­ba było za­mó­wić dru­gą bu­tel­kę, a po niej jesz­cze trze­cią. Na ży­cze­nie De­lo­na przy­nie­sio­no dwa ogrom­ne pó­łmi­ski owo­ców mo­rza, za któ­re Romy za­bra­ła się z du­żym ape­ty­tem. Wi­dząc to, jej fil­mo­wy part­ner do­dat­ko­wo za­mó­wił im­por­to­wa­ny ka­wior.

Si­ęga­jąc po ko­lej­ny kie­li­szek, Romy po­chwy­ci­ła kry­tycz­ne spoj­rze­nie mat­ki, lecz je zi­gno­ro­wa­ła. Ja­dła i piła, pró­bu­jąc do­brze się ba­wić. Jed­nak do po­pra­wy na­stro­ju po­trze­ba jej było cze­goś wi­ęcej niż ku­li­nar­nych spe­cja­łów i al­ko­ho­lu. Roz­mo­wa ku­la­ła, gdyż od­by­wa­ła się za po­śred­nic­twem Bria­ly'ego, co naj­wy­ra­źniej nu­dzi­ło De­lo­na, mimo że to wła­śnie on był naj­wi­ęk­szym nu­dzia­rzem w tym to­wa­rzy­stwie. Romy za­uwa­ży­ła, że Bria­ly kil­ka­krot­nie sztur­chał przy­ja­cie­la w bok, a gdy to nie po­mo­gło, kop­nął go w kost­kę, na co De­lon aż pod­sko­czył ni­czym ra­żo­ny prądem, o mało nie wy­wra­ca­jąc sto­łu.

Za­sto­so­wa­ny przez Bria­ly'ego śro­dek wresz­cie od­nió­sł za­mie­rzo­ny sku­tek, gdyż Ala­in wstał i skło­nił się prze­pi­so­wo przed Romy.

- Dan­sez avec moi! - burk­nął opry­skli­wie, po czym do­dał swo­im za­baw­nym an­giel­skim: - Dan­ce with me! - Ta­kże to zda­nie wca­le nie za­brzmia­ło uprzej­mie.

Wtem ośle­pił ją błysk fle­szy. Naj­wy­ra­źniej obec­ni na sali fo­to­re­por­te­rzy tyl­ko cze­ka­li na jej ta­niec z part­ne­rem fil­mo­wym. No cóż, jak­kol­wiek by było, wi­ru­jąca na par­kie­cie para głów­nych bo­ha­te­rów sta­no­wi­ła ulu­bio­ny te­mat fo­to­gra­fii. Było to zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej ce­nio­ne ujęcie, ja­kie mo­gło się tra­fić przed roz­po­częciem kręce­nia fil­mu, i Romy do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła.

Or­kie­stra za­gra­ła La vie en rose Édith Piaf. Romy o wie­le bar­dziej wo­la­ła­by ta­ńczyć w rytm tej prze­pi­ęk­nej pio­sen­ki o mi­ło­ści w ra­mio­nach in­ne­go mężczy­zny. Wci­ąż mia­ła w pa­mi­ęci nie­mal iden­tycz­ną sce­nę po­mi­ędzy nią a Hor­stem Bu­ch­hol­zem, tuż przed roz­po­częciem zdjęć do ich pierw­sze­go wspól­ne­go fil­mu. Ale za­ra­zem ja­kże ró­żną od tej...

Ze względu na mło­dy wiek osiem­na­sto­let­niej pa­sier­bi­cy i part­ne­ru­jące­go jej w fil­mie Ro­bin­son nie po­wi­nien umrzeć dwu­dzie­sto­trzy­let­nie­go ak­to­ra Hans Her­bert Blat­zhe­im zwo­łał na po­po­łud­nie kon­fe­ren­cję pra­so­wą. Spo­tka­nie mia­ło się od­być w na­le­żącym do nie­go noc­nym lo­ka­lu Tabu przy mo­na­chij­skiej Le­opold­stra­ße, zna­nym rów­nież jako Piw­ni­ca Eg­zy­sten­cja­li­stów. Wie­czo­ra­mi no­si­ło się tu czar­ny golf, słu­cha­ło jaz­zu i ta­ńczy­ło jit­ter­bu­ga. I choć pora dnia była nie­od­po­wied­nia, wy­da­wa­ło się, że będą to wła­ści­we ku­li­sy dla dwoj­ga mło­dych lu­dzi, któ­rzy obec­nie - ka­żde na swój spo­sób - byli w Niem­czech naj­bar­dziej lu­bia­ny­mi i za­ra­zem naj­po­pu­lar­niej­szym ak­to­ra­mi fil­mo­wy­mi.

Romy czu­ła się zde­gra­do­wa­na do roli ma­łej dziew­czyn­ki, któ­rej nie wol­no prze­by­wać ra­zem z do­ro­sły­mi. Mimo to jak za­wsze pod­po­rząd­ko­wa­ła się oj­czy­mo­wi i jej ule­gło­ść zo­sta­ła na­gro­dzo­na.

Hor­sta Bu­ch­hol­za zna­ła je­dy­nie ze zdjęć, po­dob­nie jak ka­żda dziew­czy­na w jej wie­ku. Wie­dzia­ła, że wy­gląda cu­dow­nie. Po­dob­nie jak zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść na­sto­la­tek czy­ta­ła wszyst­ko o jego ka­rie­rze za­wo­do­wej i o nim sa­mym. Stąd wie­dzia­ła, że uro­dził się w Ber­li­nie jako nie­ślub­ne dziec­ko i wy­cho­wał w ro­dzi­nie za­stęp­czej. Bu­ch­holz wca­le nie ukry­wał, że jego ro­dzi­ce byli pro­sty­mi ro­bot­ni­ka­mi.

Był zna­ko­mi­tym ak­to­rem. Romy mia­ła oka­zję po­dzi­wiać go w Chu­li­ga­nach. Te­raz, przed pierw­szym spo­tka­niem, czu­ła ucisk w żo­łąd­ku i mia­ła lek­kie mdło­ści.

I wtem na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w Tabu po­ja­wił się jej idol - non­kon­for­mi­stycz­ny, mło­dy mężczy­zna w dżin­sach, bia­łej ko­szu­li i skó­rza­nej kurt­ce, jak­by chciał udo­wod­nić, że fak­tycz­nie jest nie­miec­kim Ja­me­sem De­anem. Jego nie­bie­skie oczy błysz­cza­ły ni­czym całe roz­gwie­żdżo­ne nie­bo.

- Byle nie walc - oznaj­mił. - Nie mam za­mia­ru ta­ńczyć z tobą wal­ca.

Romy spe­szy­ło, że od razu prze­sze­dł na ty, jak­by byli co naj­mniej do­bry­mi zna­jo­my­mi. Jego sta­now­cze oświad­cze­nie wy­trąci­ło ją z rów­no­wa­gi i spra­wi­ło, że po­czu­ła się bez­rad­na. Ale spodo­ba­ła jej się jego pew­no­ść sie­bie.

- W ta­kim ra­zie za­ta­ńczy­my coś in­ne­go - zgo­dzi­ła się bez na­my­słu.

- Sądzi­łem, że znasz wy­łącz­nie wal­ca. A umiesz ta­ńczyć bo­ogie-wo­ogie?

Przy­pusz­czal­nie było to py­ta­nie. W ka­żdym ra­zie mo­żna było się tego spo­dzie­wać po jego pro­wo­ka­cyj­nym wy­stąpie­niu. Jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie szcze­re­go i... sym­pa­tycz­ne­go. Dla­te­go też od­po­wie­dzia­ła bez ce­re­gie­li:

- Przy­pusz­czam, że tak.

- No to w ta­kim ra­zie po­ka­żmy tym pi­sma­kom, co po­tra­fi dzi­siej­sza mło­dzież - po­wie­dział z uśmie­chem.

Na­gle Romy ogar­nęło nie­zna­ne do­tąd uczu­cie. Mu­zy­ka prze­nik­nęła ją do głębi, wy­pe­łnia­jąc jej cia­ło od pal­ców stóp aż po sam czu­bek gło­wy i sta­jąc się jak­by jego częścią. Było to zu­pe­łnie nowe do­zna­nie. Sza­le­ńcze wi­ro­wa­nie na par­kie­cie w rytm mu­zy­ki z tym Hu­nem da­wa­ło nie­wia­ry­god­ne po­czu­cie swo­bo­dy i wol­no­ści. Ogar­ni­ęta ra­do­ścią, dzi­ęko­wa­ła w du­chu Panu Bogu, że cho­ciaż mie­rzy­ła za­le­d­wie metr sze­śćdzie­si­ąt dwa, wło­ży­ła ba­le­ri­ny, a nie czó­łen­ka na wy­so­kich ob­ca­sach.

Pró­bu­jąc ła­pać od­dech, w pe­łni zda­wa­ła się na part­ne­ra, da­jąc się pro­wa­dzić, na­śla­du­jąc jego ru­chy, wy­ko­nu­jąc sza­lo­ne ob­ro­ty i ca­łko­wi­cie za­tra­ca­jąc się w rock'n'rol­lu. Wy­da­wa­ło jej się, że kró­lo­wa Wik­to­ria i ce­sa­rzo­wa Sisi na­gle znik­nęły, jak­by ni­g­dy ich nie było. Czu­ła, że do­pie­ro te­raz gra swo­ją ży­cio­wą rolę. Wresz­cie mo­gła za­cho­wy­wać się jak zwy­czaj­na mło­da dziew­czy­na. Wresz­cie nie mu­sia­ła grać ślicz­nej, do­brze wy­cho­wa­nej, nie­co pulch­nej wie­de­ńskiej pa­nien­ki. Od­no­si­ła wra­że­nie, że za­cho­dzi w niej prze­mia­na. Coś na kszta­łt ma­łej re­wo­lu­cji.

Na­stęp­nie Hun po­ci­ągnął ją w stro­nę or­kie­stry, po czym wsze­dł po­mi­ędzy mu­zy­ków, mar­ku­jąc ze swa­dą grę na wy­ima­gi­no­wa­nej gi­ta­rze.

Spek­takl, od­gry­wa­ny w za­sa­dzie dla pu­blicz­no­ści, po­ru­szył w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach du­szy Romy stru­nę, któ­rej ist­nie­nie co praw­da prze­czu­wa­ła, ale któ­ra jak do­tych­czas jesz­cze ni­g­dy nie za­gra­ła. Przede wszyst­kim jed­nak tego po­po­łud­nia do­ta­rło do niej, że zo­sta­ną z Hor­stem Bu­ch­hol­zem przy­ja­ció­łmi.

"Z Ala­inem De­lo­nem z pew­no­ścią się nie za­przy­ja­źni­my", prze­mknęło jej przez myśl.

Była nie­zmier­nie za­do­wo­lo­na, że mu­zy­ka umil­kła sto­sun­ko­wo szyb­ko. Na szczęście los przy­sze­dł jej z po­mo­cą i na tym jed­nym ta­ńcu mia­ło się sko­ńczyć, gdyż dy­ry­gent dał znak, na któ­ry or­kie­stra za­gra­ła tusz oznaj­mia­jący roz­po­częcie re­wii. De­lo­no­wi nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak od­pro­wa­dzić ją do sto­li­ka.

Na par­kie­cie Romy i jej part­ner po­ru­sza­li się sztyw­no ni­czym nie­śmia­li pi­ęt­na­sto­lat­ko­wie w sta­ro­mod­nej, nie­praw­do­po­dob­nie dba­jącej o przy­zwo­ito­ść szko­le ta­ńca, a nie jak dwo­je no­wo­cze­snych, mło­dych, pe­łnych tem­pe­ra­men­tu lu­dzi. Mimo to Romy uśmie­cha­ła się pro­mien­nie w wy­ce­lo­wa­ne w nich obiek­ty­wy apa­ra­tów fo­to­gra­ficz­nych. Z jej miny w żad­nej mie­rze nie dało się wy­czy­tać, że ma­rzy o jak naj­szyb­szym za­ko­ńcze­niu tego od­gry­wa­ne­go na po­trze­by pra­sy przed­sta­wie­nia. Znów czu­ła się ni­czym wy­tre­so­wa­ny pies, któ­ry w ka­żdej, na­wet w naj­gor­szej sy­tu­acji za­wsze mu­siał sta­wać na tyl­nych ła­pach.

Po po­wro­cie do sto­li­ka De­lon za­mó­wił ko­lej­ną bu­tel­kę szam­pa­na, pod­czas gdy Romy po­sta­no­wi­ła po­świ­ęcić całą uwa­gę roz­ryw­ko­wej części wie­czo­ru. Przy­tłu­mio­ne świa­tło na wi­dow­ni spra­wi­ło, że mo­gła się roz­lu­źnić i nie­co so­bie po­fol­go­wać, gdyż nie mu­sia­ła bez prze­rwy li­czyć się z tym, że będzie w cen­trum uwa­gi wszyst­kich obec­nych. W pa­nu­jącym na sali mro­ku nie mu­sia­ła sie­dzieć pro­sto jak świe­ca. Mo­gła też po­ło­żyć łok­cie na sto­le i po­de­przeć gło­wę ręka­mi. Z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wa­ła po­szcze­gól­ne części pro­gra­mu na sce­nie, na któ­rej w ośle­pia­jącym świe­tle re­flek­to­rów eks­plo­do­wa­ła ist­na fe­eria barw, bla­sku i zło­ta.

Tan­cer­ki z Blu­ebell Girls, słyn­ne­go ba­le­tu Lido, odzia­ne tak skąpo, że aż za­pie­ra­ło dech, w pe­łni eks­po­no­wa­ły prze­pi­ęk­ne cia­ła. Mimo że nie mia­ły nie­mal nic na so­bie, ich ko­stiu­my były co naj­mniej rów­nie bo­ga­te jak po­szcze­gól­ne suk­nie ba­lo­we fil­mo­wej ce­sa­rzo­wej Sisi. Od­no­si­ło się wra­że­nie, że ich cie­li­ste try­ko­ty skła­da­ją się wy­łącz­nie ze stra­su. Prze­pych stro­jów pod­kre­śla­ły też umiesz­czo­ne z tyłu i na gło­wach ogrom­ne wi­ąz­ki stru­sich piór. Na­to­miast ra­mio­na tan­ce­rek i ich nie­praw­do­po­dob­nie dłu­gie nogi były gołe i po­ły­ski­wa­ły ma­to­wo ni­czym ala­ba­ster.

Romy sie­dzia­ła jak za­cza­ro­wa­na. Bez­pru­de­ryj­no­ść wy­stępów była we­dług niej nie­by­wa­ła, ale w żad­nym ra­zie wy­zy­wa­jąca. Ogląda­nie w to­wa­rzy­stwie mamy i dwóch mło­dych mężczyzn hoj­nie eks­po­no­wa­nej na­go­ści po­łączo­nej z fry­wol­no­ścią i za­ra­zem ele­gan­cją było nie­zmier­nie krępu­jące. Żeby ja­koś prze­żyć ten wy­stęp do ko­ńca, po­trze­bo­wa­ła zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej szam­pa­na. Ko­niecz­nie mu­sia­ła się na­pić. Zmie­sza­na spoj­rza­ła na sto­jący przed nią pu­sty kie­li­szek.

W tym mo­men­cie na sce­nie po­ja­wi­ły się bli­źniacz­ki Kes­sler - smu­kłe, wy­so­kie, dłu­go­no­gie, prze­ślicz­ne blon­dyn­ki. Mło­de ko­bie­ty w ta­ńcu były ze sobą per­fek­cyj­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ne, co wy­wo­ła­ło za­chwyt i ogrom­ny aplauz pu­blicz­no­ści. "Cie­ka­we, jak by to było, gdy­bym mia­ła sio­strę będącą moim lu­strza­nym od­bi­ciem", prze­mknęło Romy przez myśl. Z pew­no­ścią jej dzie­ci­ństwo nie by­ło­by ta­kie sa­mot­ne. Wy­obra­zi­ła so­bie, jak za­baw­ne by­ło­by po­dzie­le­nie się z sio­strą rolą Sisi. W ta­kim przy­pad­ku ka­żda z nich wy­stąpi­ła­by w dwóch fil­mach. Wów­czas Romy nie mu­sia­ła­by aż tak zde­cy­do­wa­nie od­rzu­cić ofer­ty wy­stąpie­nia w czwar­tej części, gdyż mo­gła­by w niej za­grać jej bli­źnia­cza sio­stra. Cóż za cu­dow­na wi­zja! Romy do­szła do wnio­sku, że Ali­ce i El­len z pew­no­ścią były bar­dzo szczęśli­we, ma­jąc sie­bie.

Było już do­brze po pó­łno­cy, gdy Mag­da za­częła na­le­gać na wy­jście z lo­ka­lu. Po krót­kiej dys­ku­sji po­mi­ędzy Bria­lym a De­lo­nem, z któ­rej Romy nie ro­zu­mia­ła ani sło­wa, ten ostat­ni przy­wo­łał kel­ne­ra, pro­sząc o ra­chu­nek. Ogól­na roz­mo­wa daw­no już za­ma­rła. Romy pa­trzy­ła na prze­mian to na ciem­ną sce­nę, to na ele­ganc­kie pary po­ru­sza­jące się na par­kie­cie w rytm mu­zy­ki. W du­chu mu­sia­ła przy­znać, że wie­czór nie oka­zał się wca­le taki zły, jak się oba­wia­ła. Przy­naj­mniej zo­ba­czy­ła coś no­we­go, co zro­bi­ło na niej ogrom­ne wra­że­nie. Uzna­ła, że z pew­no­ścią nie była to jej ostat­nia wi­zy­ta w Lido.

Kie­row­nik sali przy­nió­sł na srebr­nej tacy ra­chu­nek, dys­kret­nie owi­ni­ęty w bia­łą lnia­ną ser­we­tę, któ­ry po­ło­żył przed De­lo­nem. Gdy ten wy­ci­ągał go ni­czym z ko­per­ty, Bria­ly zer­k­nął mu przez ra­mię. Wtem dało się sły­szeć ci­che, nie­mniej wy­ra­źne wes­tchnie­nie.

Ala­in De­lon pod­nió­sł wzrok i po raz pierw­szy spoj­rzał Romy pro­sto w oczy. In­ten­syw­nie. Wy­zy­wa­jąco. Po czym uśmiech­nął się od ucha do ucha.

Skon­ster­no­wa­na, au­to­ma­tycz­nie od­po­wie­dzia­ła uśmie­chem, któ­ry w żad­nej mie­rze nie był szcze­ry.

De­lon non­sza­lanc­kim ru­chem prze­su­nął srebr­ną tac­kę w jej stro­nę, zręcz­nie omi­ja­jąc kie­lisz­ki. Zro­bił to w taki spo­sób, że Romy na­wet nie mu­sia­ła ob­ra­cać ra­chun­ku, by zo­ba­czyć kwo­tę, na jaką opie­wał.

- No coś po­dob­ne­go! - wy­rwa­ło się Mag­dzie.

Romy na­wet przez myśl nie prze­szło, że to ona będzie pła­cić za ten wie­czór. Wszak to Bria­ly i De­lon ją za­pro­si­li. Wy­szła więc z za­ło­że­nia, że to oni uisz­czą ra­chu­nek za wszyst­ko, co prze­cież sami za­ma­wia­li. Poza tym było po­wszech­nie przy­jęte, że to nie damy si­ęga­ją do kie­sze­ni, a Romy od po­cząt­ku za­kła­da­ła, że w ko­ńcu to pro­du­cent fil­mu bie­rze na sie­bie po­kry­cie kosz­tów w przy­pad­ku, gdy głów­ny ak­tor nie grze­szy pie­ni­ędz­mi. To, że Ala­in De­lon ca­łko­wi­cie zła­mał wszel­kie obo­wi­ązu­jące za­sa­dy, uzna­ła za praw­dzi­wy prze­wrót do­ko­na­ny przez tego w grun­cie rze­czy bez­barw­ne­go, gład­kie­go go­gu­sia. Nie był to szcze­gól­nie szar­manc­ki gest, ale mimo wszyst­ko jej za­im­po­no­wał.

- Daj spo­kój, mamo. W po­rząd­ku. - Szyb­ko po­wstrzy­ma­ła Mag­dę.

Obok jej krze­sła po­ja­wił się kie­row­nik sali i pod­su­nął dłu­go­pis.

- Wy­star­czy pod­pi­sać, ma­de­mo­isel­le Schne­ider - po­wie­dział nie­na­gan­nym an­giel­skim. - Ma się ro­zu­mieć, wy­śle­my pani ra­chu­nek.

"Tak wła­śnie trak­tu­je się gwiaz­dy", po­my­śla­ła. Wszak była gwiaz­dą. Nie­za­prze­czal­nie.

Z uko­sa rzu­ci­ła spoj­rze­nie De­lo­no­wi, by się upew­nić, że zro­zu­miał, w czym rzecz. Jed­nak on wła­śnie opró­żniał ko­lej­ny kie­li­szek, pa­trząc w inną stro­nę, zu­pe­łnie nie­za­in­te­re­so­wa­ny kwe­stią za­pła­ty. Praw­do­po­dob­nie wca­le go nie ob­cho­dzi­ło, z kim ma do czy­nie­nia, gdyż już wcze­śniej wy­ro­bił so­bie zda­nie w tej kwe­stii. Naj­wi­docz­niej do wszyst­kich jego nie­mi­łych cech na­le­ża­ło do­dać rów­nież upór. Co za idio­ta!

Romy po­sła­ła kie­row­ni­ko­wi sali nie­zo­bo­wi­ązu­jący uśmiech, po czym pew­ną ręką, jak­by pod­pi­sy­wa­nie wy­so­kich ra­chun­ków było czy­mś na­tu­ral­nym, na­pi­sa­ła swo­je na­zwi­sko okrągły­mi li­te­ra­mi. Jej pod­pis wy­glądał tak, jak­by wy­sze­dł spod ręki pen­sjo­nar­ki.

2

Co do tego, że mon­sieur De­lon się my­lił, nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści. Romy Schne­ider była gwiaz­dą świa­to­wej sła­wy. W Hisz­pa­nii Dziew­częce lata kró­lo­wej przez nie­mal rok nie scho­dzi­ły z ekra­nów naj­wi­ęk­szych kin. W stycz­niu ubie­głe­go roku prze­je­cha­ła wzdłuż i wszerz Sta­ny Zjed­no­czo­ne Ame­ry­ki, pro­mu­jąc film o mło­dej kró­lo­wej Wik­to­rii. Wów­czas mia­ła oka­zję się prze­ko­nać, jak bar­dzo sław­na jest za oce­anem. W No­wym Jor­ku i Los An­ge­les wy­stąpi­ła ośmio­krot­nie w te­le­wi­zji w pro­gra­mach na żywo. Udzie­li­ła pi­ęćdzie­si­ęciu wy­wia­dów ra­dio­wych. Od­by­ła nie­zli­czo­ną ilo­ść spo­tkań z dzien­ni­ka­rza­mi pra­so­wy­mi oraz uczest­ni­czy­ła w dłu­gich se­sjach fo­to­gra­ficz­nych. Było tego tyle, że od ci­ągłe­go uśmie­cha­nia się bo­la­ły ją mi­ęśnie twa­rzy. Wzi­ęła też udział w balu w ope­rze na Man­hat­ta­nie. Mia­ła na­wet zdjęcia prób­ne w hol­ly­wo­odz­kiej wy­twór­ni Me­tro-Gol­dwyn-May­er. Była ci­ągle zmęczo­na, i to nie tyl­ko z po­wo­du ró­żni­cy cza­su. Jed­nak emo­cje spra­wia­ły, że ja­koś się trzy­ma­ła, gdyż wszyst­ko to było wręcz nie­wy­obra­żal­nie cu­dow­ne.

Cho­ciaż ro­dzi­ce byli ak­to­ra­mi fil­mo­wy­mi, Romy do czter­na­ste­go roku ży­cia nie zna­ła ich świa­ta ani z per­spek­ty­wy sta­nia przed ka­me­rą, ani tym bar­dziej za nią. Po­dzi­wia­ny i za­ra­zem uwiel­bia­ny przez nią prze­wa­żnie nie­obec­ny oj­ciec, Wolf Al­bach-Ret­ty, od­sze­dł od mat­ki, a tym sa­mym po­rzu­cił pi­ęcio­let­nią cór­kę i jej o dwa lata młod­sze­go bra­ta. Od tego mo­men­tu wi­dy­wa­ła go jesz­cze rza­dziej.

Mag­da Schne­ider wpraw­dzie bar­dzo dba­ła o nie­wiel­ką ro­dzi­nę, jed­nak mu­sia­ła pra­co­wać, co spra­wi­ło, że mo­gła zaj­mo­wać się Ro­se­ma­rie i Wol­fem-Die­te­rem tyl­ko pod­czas urlo­pu. Dla­te­go naj­bli­ższy­mi oso­ba­mi dla ma­łej dziew­czyn­ki byli dziad­ko­wie ze stro­ny mat­ki, miesz­ka­jący w Au­gs­bur­gu, gdzie dzia­dek pra­co­wał jako in­sta­la­tor, zaś bab­cia pro­wa­dzi­ła dom. By po­móc cór­ce w wy­cho­wa­niu dzie­ci, Schne­ide­ro­wie prze­pro­wa­dzi­li się do na­le­żące­go do Mag­dy wiej­skie­go dwor­ku Ma­rien­grund w Schönau nie­da­le­ko Berch­tes­ga­den, co spra­wi­ło, że Romy spędzi­ła dzie­ci­ństwo z dala od świa­ta, w któ­rym żyli i pra­co­wa­li ro­dzi­ce. Będąc pod­lot­kiem, zna­ła kino wy­łącz­nie jako widz. Kie­dy prze­by­wa­ła w in­ter­na­cie, za­kon­ni­ce od cza­su do cza­su po­zwa­la­ły jej na wy­pra­wę do Sal­zbur­ga do tego świa­ta ilu­zji.

Dziew­czyn­ka była człon­ki­nią szkol­nej gru­py te­atral­nej, w któ­rej dzia­ła­ła z ogrom­nym za­an­ga­żo­wa­niem. Wy­stępy na szkol­nej sce­nie mia­ły dla Romy duże zna­cze­nie, gdyż już od naj­młod­szych lat skry­cie ma­rzy­ła, że będzie ak­tor­ką. Rów­no­cze­śnie chcia­ła się na­uczyć ręko­dzie­ła ar­ty­stycz­ne­go. Za­wsze chęt­nie ob­da­ro­wy­wa­ła człon­ków ro­dzi­ny wła­sno­ręcz­nie ma­lo­wa­ny­mi ta­le­rza­mi, któ­re wy­cho­dzi­ły jej wy­jąt­ko­wo do­brze.

Ży­cie Romy zmie­ni­ło się ra­dy­kal­nie dwa dni po jej czter­na­stych uro­dzi­nach, kie­dy to mat­ka za­bra­ła ją na za­ku­py do Mo­na­chium. Oka­zją był jej ślub z za­mo­żnym ga­stro­no­mem z Ko­lo­nii, Han­sem Her­ber­tem Blat­zhe­imem. I tak oto obcy mężczy­zna na­gle stał się człon­kiem ro­dzi­ny, po czym szyb­ko prze­jął wszyst­kie ste­ry. Romy po­de­szła do tej zmia­ny prag­ma­tycz­nie i za­ak­cep­to­wa­ła oj­czy­ma. Za­częła zwra­cać się do nie­go dad­dy, mimo że od mo­men­tu za­mążpó­jścia mat­ka po­świ­ęca­ła jej jesz­cze mniej uwa­gi niż do­tych­czas, zmu­szo­na zaj­mo­wać się ta­kże mężem. Jed­nak wkrót­ce po­tem ich kon­tak­ty sta­ły się in­ten­syw­niej­sze i za­częły spędzać ze sobą wi­ęcej cza­su, niż Romy mo­gła so­bie wy­ma­rzyć. Po­cząt­kiem ta­kie­go sta­nu rze­czy była wspól­na her­ba­ta w holu wy­twor­ne­go ho­te­lu Bay­eri­scher Hof.

Wów­czas to Romy po raz pierw­szy była z mamą w tak ele­ganc­kim miej­scu i do tego na spo­tka­niu z re­ży­se­rem Han­sem Dep­pem, z któ­rym Mag­da Schne­ider wspó­łpra­co­wa­ła przy re­ali­za­cji no­we­go przed­si­ęw­zi­ęcia. Wte­dy też dziew­czyn­ka pierw­szy raz mia­ła do czy­nie­nia z kimś z ar­ty­stycz­ne­go świa­ta ro­dzi­ców, co - ma się ro­zu­mieć - było nie­zmier­nie eks­cy­tu­jące dla oso­by w jej wie­ku.

Pod­czas gdy do­ro­śli dys­ku­to­wa­li o tym, kogo ob­sa­dzić w roli fil­mo­wej cór­ki Mag­dy w Kie­dy znów za­kwit­ną bia­łe bzy, my­śli Romy krąży­ły wo­kół eg­za­mi­nów do Szko­ły Rze­mio­sł Ar­ty­stycz­nych. Do­pie­ro gdy pa­dło jej na­zwi­sko, do­ta­rło do niej, kogo mat­ka chcia­ła­by wi­dzieć w fil­mie u swe­go boku.

Zdjęcia prób­ne zor­ga­ni­zo­wa­no w Ge­isel­ga­ste­ig, po nich na­stąpi­ły ko­lej­ne w Ber­li­nie Za­chod­nim. Tym spo­so­bem, nie prze­kra­cza­jąc ni­g­dy pro­gu szko­ły fil­mo­wej, Romy na­gle sta­ła się ak­tor­ką. Po­cząt­ki oka­za­ły się za­dzi­wia­jąco ła­twe, gdyż mia­ła zna­ko­mi­tą pa­mi­ęć i szyb­ko przy­swa­ja­ła tek­sty, po­słusz­nie wy­ko­ny­wa­ła po­le­ce­nia re­ży­se­ra, ka­me­rzy­sty i re­ali­za­to­ra świa­tła, a po­nad­to gra­ła samą sie­bie - ład­ną, mło­dą, pe­łną na­tu­ral­ne­go uro­ku dziew­czyn­kę, ema­nu­jącą cie­płem i ser­decz­no­ścią.

Nikt się nie spo­dzie­wał, że osi­ągnie suk­ces. A już naj­mniej ona sama. Nikt też z za­an­ga­żo­wa­nych w re­ali­za­cję ko­lej­ne­go fil­mu, w któ­rym Romy po raz pierw­szy za­gra­ła głów­ną po­stać, nie spo­dzie­wał się aż tak ogrom­ne­go za­chwy­tu, jaki wzbu­dzi­ła w roli mło­dziut­kiej an­giel­skiej kró­lo­wej Wik­to­rii. Nie­spe­łna rok pó­źniej na ekra­ny wsze­dł wiel­ki prze­bój ka­so­wy Sis­si[1]. Wte­dy Romy Schne­ider była już wiel­ką gwiaz­dą w Niem­czech i Au­strii. Nie­co pó­źniej zdo­by­ła po­pu­lar­no­ść ta­kże w in­nych kra­jach.

Ja­dąc wraz z mat­ką z lot­ni­ska Orly do ho­te­lu Geo­r­ge V, znaj­du­jące­go się w ósmym ar­ron­dis­se­ment[2] Pa­ry­ża, była jed­ną z naj­po­pu­lar­niej­szych na świe­cie mło­dych ak­to­rek fil­mo­wych. I to wła­śnie sła­wa sta­no­wi­ła po­wód za­an­ga­żo­wa­nia jej przez Mi­che­la Sa­frę, choć naj­wy­ra­źniej jej fran­cu­ski ko­le­ga miał na tę kwe­stię zgo­ła od­mien­ny po­gląd.

- Skąd oni wy­trza­snęli tego ca­łe­go Ala­ina De­lo­na? - Romy wes­tchnęła na myśl o cha­mie, któ­ry za­pew­ne je­chał do mia­sta in­nym sa­mo­cho­dem. Albo me­trem. Nie mia­ła po­jęcia, czym wra­cał z Orly.

- Zna­la­zł go twój re­ży­ser - wy­ja­śni­ła spo­koj­nie mat­ka. - Zresz­tą po obej­rze­niu zdjęć prób­nych ca­łko­wi­cie się zgo­dzi­łam z wy­bo­rem Pier­re'a Ga­spar­da-Hu­ita. Ala­in De­lon jest zu­pe­łnie nie­zna­ny. Tym sa­mym spe­łnia wa­ru­nek, któ­ry po­sta­wi­łam, go­dząc się na twój udział w tym fil­mie i wspó­łpra­cę z tobą. Robi też do­bre wra­że­nie. A co naj­istot­niej­sze, zna­ko­mi­cie pre­zen­tu­je się w mun­du­rze jako pod­po­rucz­nik Lo­bhe­imer. Poza tym wy­da­je się, że jest dość uta­len­to­wa­ny.

- Uta­len­to­wa­ny? - W gło­sie Romy wy­brzmiał sar­kazm. - A co to niby za ta­lent?

- Ak­tor­ski, ma się ro­zu­mieć. - Mag­da po­gła­dzi­ła z czu­ło­ścią rękę cór­ki. - Nie de­ner­wuj się tak, po­cze­kaj.

Cier­pli­wo­ść nie była moc­ną stro­ną Romy. Jed­no­cze­śnie dziew­czy­na zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie wpły­nie na zmia­nę de­cy­zji o ak­to­rach za­an­ga­żo­wa­nych przez re­ży­se­ra. Mimo to za­uwa­ży­ła z wy­rzu­tem:

- I co z tego, że jest się gwiaz­dą, sko­ro nie ma się żad­ne­go wpły­wu na ob­sa­dę!

- Skądże zno­wu! Prze­cież mamy to za­gwa­ran­to­wa­ne od­po­wied­nim za­pi­sem w umo­wie - za­prze­czy­ła Mag­da.

Romy pu­ści­ła jej stwier­dze­nie mimo uszu.

- Chcia­ła­bym móc po­sta­wić na swo­im i po­now­nie za­grać ra­zem z Hor­stem Bu­ch­hol­zem - la­men­to­wa­ła. - Wiesz, jak lu­bię z nim pra­co­wać.

Nie zdąży­ła jed­nak sko­ńczyć zda­nia, a już wie­dzia­ła, że wspo­mi­na­jąc mło­de­go nie­miec­kie­go gwiaz­do­ra, po­pe­łni­ła błąd.

Horst Bu­ch­holz był dla niej ni­czym pro­myk sło­ńca w sza­rzy­źnie dnia co­dzien­ne­go. Po­dob­nie jak na po­cząt­ku jej ka­rie­ry mło­dy wie­de­ński asy­stent re­ży­se­ra, Her­mann Le­it­ner, w któ­rym się za­du­rzy­ła pod­czas kręce­nia Dziew­częcych lat kró­lo­wej. Lecz wszyst­kie jej pra­gnie­nia po­zo­sta­ły nie­ste­ty w sfe­rze nie­win­nych ma­rzeń, gdyż na ka­żdym kro­ku to­wa­rzy­szy­ła jej mat­ka. Nie­dłu­go po­tem, na balu fil­mow­ców w Mo­na­chium, po­zna­ła au­striac­kie­go nar­cia­rza al­pej­skie­go, To­nie­go Sa­ile­ra. I choć był wie­lo­krot­nym mi­strzem świa­ta oraz mi­strzem olim­pij­skim, to w wy­twor­nym to­wa­rzy­stwie sław, w któ­rym Romy czu­ła się jak ryba w wo­dzie, po­ru­szał się wy­jąt­ko­wo nie­po­rad­nie. Na szczęście, zna­jąc pro­stac­ki ty­rol­ski ak­cent, z ja­kim mó­wił, była w sta­nie go zro­zu­mieć. To spo­wo­do­wa­ło, że cały wie­czór spędzi­li ra­zem, roz­ma­wia­jąc, śmie­jąc się, dow­cip­ku­jąc i wy­bor­nie się ba­wi­ąc.

Na­stęp­ne­go dnia umó­wi­li się na obiad - na­tu­ral­nie w to­wa­rzy­stwie ma­mu­si - co spra­wi­ło, że z obie­cu­jąco za­po­wia­da­jące­go się flir­tu i tym ra­zem nic nie wy­szło.

Na­to­miast z Hor­stem Bu­ch­hol­zem spra­wa mia­ła się ina­czej. Romy wy­stąpi­ła z nim w dwóch fil­mach; spędza­li wte­dy ze sobą mnó­stwo cza­su, co spra­wi­ło, że po­mi­mo sta­łej obec­no­ści ma­mu­śki w ko­ńcu zo­sta­li przy­ja­ció­łmi.

Wy­wo­dzący się z ubo­giej dziel­ni­cy, świa­ta zu­pe­łnie jej ob­ce­go, nie­oby­ty i w od­ró­żnie­niu od niej źle wy­cho­wa­ny ber­li­ńczyk wy­wa­rł na niej ogrom­ne wra­że­nie swo­im ro­bot­ni­czym po­cho­dze­niem. Wy­glądał i pre­zen­to­wał się zna­ko­mi­cie. Był eks­cy­tu­jący pod ka­żdym względem. Dla Romy uosa­biał re­wo­lu­cjo­ni­stę, śmia­ło i pew­nie zmie­rza­jące­go pro­sto do celu, to jest zdo­by­cia mi­ędzy­na­ro­do­wej sła­wy. W Niem­czech zna­li go prak­tycz­nie wszy­scy po tym, jak za­grał głów­ną rolę w Chu­li­ga­nach. Wi­ęk­szo­ść wi­dzia­ła w nim nie­miec­kie­go Ja­me­sa De­ana. Jego poza bez­względ­no­ści i nie­świa­do­me­go okru­cie­ństwa fa­scy­no­wa­ła Romy o wie­le bar­dziej niż sta­ran­nie wy­re­tu­szo­wa­ny ob­raz za­ro­zu­mia­łe­go przy­stoj­nia­ka po­kro­ju Ala­ina De­lo­na. W ko­ńcu dzie­lące ich ró­żni­ce spo­wo­do­wa­ły mi­ędzy nimi roz­dźwi­ęk. Hot­tie, jak na­zy­wa­li go przy­ja­cie­le i ro­dzi­na, za­rzu­cił jej, że nie jest w sta­nie go zro­zu­mieć, gdyż po­cho­dzi z zu­pe­łnie in­nej war­stwy spo­łecz­nej...

- Horst Bu­ch­holz sta­now­czo nie wcho­dzi w grę. - W jej my­śli wda­rł się głos mat­ki, przy czym nie wia­do­mo było, co Mag­da chcia­ła przez to wy­ra­zić.

Tak czy siak, Romy nie mia­ła po­jęcia, co od­po­wie­dzieć, dla­te­go na­dal pa­trzy­ła w mil­cze­niu przez okno. Tym­cza­sem wy­so­kie kre­do­wo­bia­łe fron­ty miesz­cza­ńskich ka­mie­nic w czter­na­stym ar­ron­dis­se­ment ustąpi­ły miej­sca szla­chet­niej­szym bu­dow­lom siód­mej dziel­ni­cy. W dali wi­dać było zło­tą ko­pu­łę ko­ścio­ła In­wa­li­dów. Romy wie­dzia­ła, że gdy tyl­ko znaj­dą się na dru­gim brze­gu Se­kwa­ny, za­raz zo­ba­czą wie­żę Eif­fla i będą ją mi­jać. Zna­ła tra­sę z lot­ni­ska w kie­run­ku Pól Eli­zej­skich, za­chwy­ca­ła się nią za ka­żdym ra­zem od pierw­sze­go po­by­tu w Pa­ry­żu przed dwo­ma laty...

- Była też mowa o mło­dym An­gli­ku. Cho­dzi­ło o Ro­ge­ra Mo­ore'a. Ale on jest dla cie­bie za sta­ry. Prze­kro­czył już trzy­dziest­kę. A Ala­in De­lon nie tyl­ko jest atrak­cyj­ny, lecz ta­kże ide­al­nie pa­su­je wie­ko­wo, bo jest za­le­d­wie trzy lata star­szy od cie­bie. I to prze­wa­ży­ło, po­nie­waż młod­szy part­ner jest zde­cy­do­wa­nia lep­szy.

"Być może De­lon jest ulu­bie­ńcem wszyst­kich te­ścio­wych", prze­mknęło Romy przez myśl. Co za nu­dziarz.

- Z An­gli­kiem przy­naj­mniej mo­gła­bym po­roz­ma­wiać - od­burk­nęła.

- Fakt, mó­wisz po an­giel­sku znacz­nie le­piej od nie­go. Ale prze­cież twój fran­cu­ski wca­le nie jest zno­wu taki zły.

- Tak, ma­mu­śku - przy­zna­ła po­słusz­nie Romy. Cóż in­ne­go mo­gła po­wie­dzieć?

Przy­ci­snęła nos do szy­by i ze sku­pie­niem ob­ser­wo­wa­ła bu­dzący re­spekt mur, któ­ry oka­lał szko­łę woj­sko­wą, a na­stęp­nie wie­żę Eif­fla i pont d'Iéna, łączący oba brze­gi Se­kwa­ny.

Za­częło pa­dać. Kro­ple desz­czu spły­wa­ły po szy­bie. Pa­trząc na za­ma­za­ny kra­jo­braz, Romy ma­rzy­ła o pa­ry­skiej wio­śnie. Ta­kiej jak w ubie­głym roku, pod­czas kręce­nia fil­mu z Hor­stem Bu­ch­hol­zem, kie­dy to za­ko­cha­ła się nie tyl­ko w Pa­ry­żu. Nie przy­pusz­cza­ła wów­czas, że po­wrót do uko­cha­ne­go mia­sta będzie taki przy­gnębia­jący.

5

Hans Her­bert Blat­zhe­im był ty­po­wym miesz­ka­ńcem Nad­re­nii - jo­wial­nym, we­so­łym, otwar­tym na po­trze­by in­nych. Tymi ce­cha­mi zy­skał so­bie sym­pa­tię za­rów­no Romy, jak i jej młod­sze­go bra­ta. Na­to­miast ser­ce ich mat­ki zdo­był nie­za­wod­no­ścią, gdyż za­wsze mo­żna było na nim po­le­gać, oraz so­lid­no­ścią, tro­skli­wo­ścią i opie­ku­ńczo­ścią. Kie­dy po­ślu­bił Mag­dę Schne­ider, był za­mo­żnym, nie­zmier­nie przed­si­ębior­czym wła­ści­cie­lem sie­ci lo­ka­li ga­stro­no­micz­nych w Ko­lo­nii. Do tego nie­ob­ce mu były inne dzie­dzi­ny go­spo­dar­ki, co spo­wo­do­wa­ło, że stał się naj­wa­żniej­szym do­rad­cą Romy. Oj­czym zaj­mo­wał się jej umo­wa­mi, ga­ża­mi, lo­ko­wa­niem za­ro­bio­nych pie­ni­ędzy i wszel­ki­mi in­ny­mi spra­wa­mi fi­nan­so­wy­mi. Ufa­ła mu. Ak­cep­to­wa­ła też jego de­cy­zje, zu­pe­łnie jak­by był jej bio­lo­gicz­nym oj­cem. Nie­ste­ty ostat­ni­mi cza­sy ich wy­obra­że­nia na te­mat jej ka­rie­ry co­raz bar­dziej się ró­żni­ły. Romy za­częła sprze­ci­wiać się oj­czy­mo­wi. Dla dziew­czy­ny w jej wie­ku kwe­stio­no­wa­nie opi­nii ro­dzi­ca nie było czy­mś nad­zwy­czaj­nym. Za­pew­ne do­kład­nie tak samo za­cho­wy­wa­ła­by się wo­bec wła­sne­go ojca, Wol­fa Al­ba­cha-Ret­ty'ego, gdy­by ten bar­dziej in­te­re­so­wał się cór­ką i gdy­by mia­ła z nim bli­ższy kon­takt.

I choć oba­wia­ła się po­now­nej dys­ku­sji na te­mat no­we­go fil­mu o Sisi, ucie­szy­ła się z przy­jaz­du Blat­zhe­ima na Ibi­zę. Wy­da­wa­ło się, że oj­czym był w po­god­nym na­stro­ju, cie­szył się na urlop i za­cho­wy­wał się wy­jąt­ko­wo przy­ja­źnie. Jak za­wsze przy­wió­zł ka­żdej z nich drob­ny pre­zent i spra­wił, że mat­ka try­ska­ła szczęściem. Za­pro­po­no­wał też wie­czor­ne wy­jście do re­stau­ra­cji, po czym od­prężo­ny i za­do­wo­lo­ny usia­dł na ta­ra­sie z przy­wie­zio­ną ga­ze­tą.

Romy łu­dzi­ła się w du­chu, że uda jej się unik­nąć roz­mo­wy o przy­szło­ści. Przy­naj­mniej na po­cząt­ku. Prze­cież jak­kol­wiek by było, mie­li na to czas aż do wy­jaz­du. Tym bar­dziej zdzi­wi­ło ją, że oj­czym tak szyb­ko wró­cił do nie­przy­jem­ne­go te­ma­tu.

Po­nie­waż całe po­po­łud­nie spędzi­ła nad lek­tu­rą sce­na­riu­sza Chri­sti­ne, po­sta­no­wi­ła pó­jść na spa­cer brze­giem mo­rza, by w spo­ko­ju ze­brać my­śli. Mia­ła fo­to­gra­ficz­ną pa­mi­ęć i zdol­no­ść szyb­kie­go poj­mo­wa­nia. Nie­mal wszyst­kie dia­lo­gi za­pa­mi­ęty­wa­ła już w trak­cie czy­ta­nia. Na­to­miast za­wsze spo­ro cza­su po­świ­ęca­ła na ana­li­zo­wa­nie po­szcze­gól­nych scen i prze­my­śle­nia, jak za­grać je mo­żli­wie naj­le­piej. Naj­le­piej my­śla­ło jej się w ru­chu. Dla­te­go też brnęła po pia­sku, pa­trząc na sza­fi­ro­wo­nie­bie­skie, po­ły­sku­jące w przy­tłu­mio­nym świe­tle za­cho­dzące­go sło­ńca wody za­to­ki, wy­obra­ża­jąc so­bie, że ma przed sobą nie­wiel­kie, ma­low­ni­cze je­zio­ro. Za­miast traw­le­rów hisz­pa­ńskich ry­ba­ków, wol­no zmie­rza­jących do por­tu, ocza­mi du­szy wi­dzia­ła małą łódź wio­sło­wą, w któ­rej pod­po­rucz­nik Lo­bhe­imer i Chri­sti­ne po­zna­ją się co­raz le­piej...

- Romy, po­cze­kaj na mnie! - Głos oj­czy­ma prze­bił się przez szum fal.

Od­wró­ci­ła się i ob­ser­wo­wa­ła, jak oj­czym zbli­ża się do niej. Mężczy­zna tuż po pi­ęćdzie­si­ąt­ce o prze­rze­dzo­nych wło­sach i okrągłej, przy­ja­znej w wy­ra­zie twa­rzy. Swój ty­po­wy ubiór biz­nes­me­na, gar­ni­tur i kra­wat, za­mie­nił na spor­to­we spodnie i ko­szul­kę polo, za­pi­ętą pod szy­ję. Spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go tu­ry­sty z Nad­re­nii, za­mie­rza­jące­go zwie­dzić wy­spę na­le­żącą do ar­chi­pe­la­gu Ba­le­arów. Na­wet wów­czas, gdy nie ma na niej lu­bi­ących się za­ba­wić, we­so­łych Ma­jor­ka­ńczy­ków, jak to mie­li w zwy­cza­ju w jego ro­dzin­nym mie­ście. Sły­sza­ła kie­dyś, że miesz­ka­ńcy Nad­re­nii naj­le­piej czu­ją się w du­żych gru­pach i ich ulu­bio­nym za­jęciem jest świ­ęto­wa­nie w re­stau­ra­cjach, knaj­pach czy ba­rach. Ten ste­reo­typ ide­al­nie pa­so­wał do Blat­zhe­ima, ale w żad­nej mie­rze nie do miesz­ka­ńców tej wy­spy.

- Co tu ro­bisz, dad­dy?

- Po­my­śla­łem, że spa­cer do­brze mi zro­bi - od­po­wie­dział, przy­spie­sza­jąc kro­ku. Po chwi­li stał przed nią, lek­ko dy­sząc. - We dwo­je za­wsze przy­jem­niej się spa­ce­ru­je. Dla­te­go po­sta­no­wi­łem cię po­szu­kać.

- I zna­la­złeś mnie na naj­dłu­ższej pla­ży na wy­spie - za­uwa­ży­ła z uśmie­chem.

- Co wca­le nie było trud­ne, moje dziec­ko. W tym miej­scu są naj­pi­ęk­niej­sze wi­do­ki.

Fak­tycz­nie, przed nimi roz­po­ście­rał się zja­wi­sko­wy kra­jo­braz. Zło­ta kula za­cho­dzące­go sło­ńca za­bar­wi­ła nie­bo na wszel­kie mo­żli­we od­cie­nie po­ma­ra­ńczu prze­cho­dzące­go w fio­let, a na­stęp­nie w co­raz bled­szą, ła­god­ną sza­ro­ść. Na tym tle ry­so­wa­ły się syl­wet­ki ry­ba­ków w ło­dziach, ci­ąga­jących sie­ci po pły­ci­źnie, któ­re ni­czym czar­ne no­ży­ce prze­ci­na­ły gład­ką ta­flę wody. Była to ide­al­na sce­ne­ria dla fil­mu, któ­rą wy­ma­ga­jący re­ży­ser nie­wąt­pli­wie uzna­łby za zbyt ki­czo­wa­tą. Jed­nak Romy uwiel­bia­ła ta­kie wi­do­ki, tak bar­dzo ró­żni­ące się od prze­ci­ęt­ne­go świa­ta i re­aliów, w ja­kich żyła na co dzień. Pi­ęk­ne kra­jo­bra­zy na­pe­łnia­ły ją spo­ko­jem i da­wa­ły cu­dow­ne uko­je­nie, przy­wra­ca­jąc we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę. Po­dob­nie jak kie­dyś, w cza­sach szkol­nych, pa­ra­fial­ny ko­ściół Świ­ętej Elżbie­ty w po­bli­żu miesz­czące­go się w zam­ku in­ter­na­tu. Tu­taj, będąc bli­sko na­tu­ry, czu­ła się jej częścią i od­zy­ski­wa­ła spo­kój du­cha.

- Lu­bię to miej­sce - po­wie­dzia­ła bar­dziej do sie­bie niż do oj­czy­ma.

- W pe­łni za­słu­ży­łaś so­bie na to wszyst­ko - za­uwa­żył.

- Co masz na my­śli? - Rzu­ci­ła mu ostre spoj­rze­nie.

- Do­kład­nie to, co po­wie­dzia­łem. - Ton jego gło­su był po­jed­naw­czy i pe­łen życz­li­wo­ści, a na­wet dało się w nim wy­chwy­cić nut­kę czu­ło­ści. - W ostat­nich la­tach ci­ężko pra­co­wa­łaś. Za­ro­bi­łaś też spo­ro pie­ni­ędzy. To do­brze - stwier­dził rze­czo­wo. - Jed­nak nie wol­no ci za­po­mnieć, że two­ja cena ryn­ko­wa będzie za­le­żeć od tego, jak po­stąpisz w przy­szło­ści. Za­wsze będziesz oce­nia­na z per­spek­ty­wy ostat­nie­go fil­mu, a nie przed­ostat­nie­go czy ko­lej­ne­go.

Trze­cia część Sis­si była jej przed­ostat­nim fil­mem, któ­ry po­ja­wił się na ekra­nach kin. W ubie­głym roku w lu­tym od­by­ła się pre­mie­ra Scam­po­lo. I je­śli oj­czym miał ra­cję, po­win­na być za­do­wo­lo­na, a na­wet szczęśli­wa, gdyż ko­me­dia ro­man­tycz­na, w któ­rej za­gra­ła ty­tu­ło­wą rolę, zo­sta­ła do­brze przy­jęta za­rów­no przez wi­dzów, jak i kry­ty­ków.

Romy nie sko­men­to­wa­ła jego słów. Z roz­ma­rze­niem spoj­rza­ła na mo­rze, mru­żąc oczy przed wci­ąż ośle­pia­jący­mi pro­mie­nia­mi sło­ńca. Choć oba­wia­ła się, że jej wy­ja­śnie­nia i tak zo­sta­ną uzna­ne za bez­sen­sow­ne, ze­bra­ła się na od­wa­gę, by po­dzie­lić się z Blat­zhe­imem swo­imi ostat­ni­mi prze­my­śle­nia­mi.

- Naj­chęt­niej kręci­ła­bym tyl­ko je­den ka­so­wy film rocz­nie, a po nim dla od­pręże­nia coś za­baw­ne­go. Ale nie po­win­ny to być role tyl­ko mi­łych, uro­czych i do­brze uło­żo­nych pa­nie­nek. Chcę wresz­cie być zu­chwa­ła i od­wa­żna. Za­grać w czy­mś po­wa­żnym, osa­dzo­nym w rze­czy­wi­stych re­aliach...

- Ach, Ro­mu­śko - prze­rwał jej na­gle z wes­tchnie­niem.

Za­mil­kła, gdyż po­jęła, że nie może ocze­ki­wać zro­zu­mie­nia dla swo­ich pla­nów i am­bi­cji. Moc­no za­ci­snęła war­gi.

Przez chwi­lę sta­li obok sie­bie w mil­cze­niu. W ko­ńcu oj­czym oto­czył ją ra­mie­niem.

- Twoi wiel­bi­cie­le ko­cha­ją cię, gdyż uosa­biasz ide­ał ka­żdej mło­dej dziew­czy­ny. Wszyst­kie chcą być ta­kie jak ty: na­tu­ral­ne, ślicz­ne i cza­ru­jące. Po­zo­stań za­tem taka, jaka je­steś, a za­pew­nisz so­bie trwa­ły suk­ces.

- Ale ja nie chcę przez całe ży­cie grać je­dy­nie ślicz­nych, mi­łych dziew­czątek! - za­pro­te­sto­wa­ła sła­bo, nie­mal zre­zy­gno­wa­na.

- Mo­żesz wró­cić do po­my­słu gra­nia in­nych bo­ha­te­rek we wła­ści­wym cza­sie, gdy będziesz od­po­wied­nio star­sza.

- Praw­do­po­dob­nie gram ta­kie po­sta­cie, z ja­ki­mi chcia­ły­by się uto­żsa­miać dziew­częta. Albo ja­ki­mi ro­dzi­ce chcie­li­by wi­dzieć swo­je cór­ki. Ale gdy się jest w moim wie­ku, nie za­wsze wszyst­ko jest cu­dow­ne. Prze­cież mło­de dziew­czy­ny mają pro­ble­my, cza­sa­mi spo­re, często też kom­plek­sy...

- Romy! - Twarz oj­czy­ma na­bie­gła czer­wie­nią. Naj­wy­ra­źniej sta­rał się za­cho­wać spo­kój. - W ostat­nim fil­mie Dziew­częta w mun­dur­kach po­ka­za­łaś, że po­tra­fisz grać rów­nież po­wa­żne role. Je­stem nie­zmier­nie cie­ka­wy pra­pre­mie­ry. U boku Lil­li Pal­mer stwo­rzy­łaś zna­ko­mi­tą kre­ację. Rola Ma­nu­eli von Me­in­har­dis jest z całą pew­no­ścią zu­pe­łnie inna niż Sisi, któ­ra prze­cież wca­le nie jest bez­tro­ską ce­sa­rzo­wą.

- Nie mam naj­mniej­sze­go za­mia­ru znów grać Sisi! Ni­g­dy w ży­ciu!

- Nie bądź głu­pia. Two­ja cena ryn­ko­wa za­le­ży od tej roli. Pa­mi­ętaj, że nie cho­dzi wy­łącz­nie o aspekt fi­nan­so­wy. Je­śli od­rzu­cisz tę ofer­tę, mo­żesz stra­cić nie tyl­ko pie­ni­ądze.

Oj­czym po­now­nie pró­bo­wał ją prze­ko­nać za po­mo­cą sta­rych ar­gu­men­tów. Po­wta­rzał się ni­czym za­ci­na­jąca się pły­ta gra­mo­fo­no­wa. Przy tym wszyst­kim na­wet nie mia­ła oka­zji po­wie­dzieć mu, że chcia­ła­by pó­jść do szko­ły te­atral­nej, by pew­ne­go dnia wy­stąpić ta­kże na sce­nie. Chcia­ła zo­stać praw­dzi­wą ak­tor­ką, jak Lil­li Pal­mer czy Ma­ria Schell, a może ta­kże jak mat­ka. Ma­rzy­ła o ro­lach, któ­re da­wa­ły­by jej mo­żli­wo­ść uto­żsa­mia­nia się z gra­ny­mi po­sta­cia­mi. Prze­cież ni­g­dy, na­wet jako dziec­ko, nie była ule­głym, mi­łym, wie­de­ńskim dziew­cząt­kiem. Prze­kra­cza­nie usta­lo­nych gra­nic za­wsze spra­wia­ło jej przy­jem­no­ść, choć nie­ste­ty nie­mal ni­g­dy nie da­wa­no jej ku temu mo­żli­wo­ści.

Uwol­ni­ła się z ob­jęć oj­czy­ma i od­da­li­ła o parę kro­ków, po czym za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła w jego stro­nę.

- Cena ryn­ko­wa! Zu­pe­łnie jak­by to był targ by­dlęcy - rzu­ci­ła z go­ry­czą.

Je­dy­ną od­po­wie­dzią Blat­zhe­ima było wzru­sze­nie ra­mio­na­mi, wy­ra­ża­jące ubo­le­wa­nie.

"A za­tem je­stem tyl­ko doj­ną kro­wą, któ­rą będzie się doić tak dłu­go, aż pad­nie", prze­mknęło jej przez gło­wę.

Z ci­ężkim ser­cem ob­ser­wo­wa­ła sło­ńce, to­nące w mo­rzu ni­czym żó­łty lam­pion, i ostat­nich ry­ba­ków wy­ci­ąga­jących ło­dzie na brzeg. Kil­ku z nich po­ma­cha­ło do niej. Z uprzej­mo­ści, w ko­ńcu była ład­na i mło­da. Z pew­no­ścią ża­den z nich nie znał Romy Schne­ider. Po­my­śla­ła, że cu­dow­nie by­ło­by zo­stać na tej wy­spie na za­wsze. To by­ło­by naj­lep­sze, co mo­gło jej się przy­da­rzyć. Uwol­nio­na od pre­sji, obec­nej w co­dzien­nym ży­ciu gwiaz­dy fil­mo­wej, z dala od pro­po­zy­cji nie­wła­ści­wych ról, na­chal­nych i wy­wie­ra­jących na­cisk pro­du­cen­tów, chci­wych dys­try­bu­to­rów fil­mów i wła­ści­cie­li kin. Je­śli to ko­niecz­ne, po­je­dzie na ląd, by wzi­ąć udział w zdjęciach, a po ich za­ko­ńcze­niu na­tych­miast tu wró­ci. W miej­sce, gdzie nikt nie mówi o by­dlęcym tar­gu i gdzie żad­ne­go ry­ba­ka nie in­te­re­su­je, kim jest i ja­kie role za­gra­ła.

Ma się ro­zu­mieć, że to wszyst­ko było je­dy­nie ilu­zją, gdyż je­śli wy­bra­ła­by taki wa­riant, mu­sia­ła­by ze­rwać z ro­dzi­ną, któ­ra tak czy siak by ją od­rzu­ci­ła, po­nie­waż dziew­czy­na nie pod­po­rząd­ko­wa­ła się woli bli­skich. A na to nie była go­to­wa.

Ale co­kol­wiek by się dzia­ło, nie za­gra wi­ęcej Sisi. Co do tego mia­ła pew­no­ść. To prze­ko­na­nie było rów­nie sil­ne jak tęsk­no­ta za mi­ło­ścią i har­mo­nią, ob­le­pia­jąca ją ni­czym utka­ny wo­kół niej przez Mag­dę i Han­sa ko­kon, z któ­re­go nie po­tra­fi­ła się uwol­nić.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

1

Pa­ryż10 kwiet­nia 1958

Le­cący z Mo­na­chium sa­mo­lot li­nii Air Fran­ce prze­bił się przez war­stwę chmur nad Île-de-Fran­ce i za ma­łym okrągłym oknem uka­zał się wi­dok łąk oraz pól upraw­nych. Z tej wy­so­ko­ści wsie z po­ło­żo­ny­mi za­dzi­wia­jąco bli­sko sie­bie za­gro­da­mi wy­gląda­ły jak kra­jo­bra­zo­wa gra plan­szo­wa z pion­ka­mi w kszta­łcie ma­le­ńkich dom­ków. Ostry skręt i wtem w dole po­ja­wi­ła się me­tro­po­lia z im­po­nu­jący­mi, ja­sny­mi bu­dow­la­mi o da­chach po­kry­tych łup­kiem, gdzie­nie­gdzie oto­czo­nych zie­le­nią, prze­ci­ęta wstęgą po­ły­sku­jącej ciem­nej rze­ki. Na­wet z tej od­le­gło­ści, mimo za­mgle­nia, dało się wy­czuć szcze­gól­ną at­mos­fe­rę, o któ­rej śpie­wa­no w ame­ry­ka­ńskiej pio­sen­ce sprzed dzie­si­ęcio­le­ci - April in Pa­ris. Od­no­si­ło się wra­że­nie, jak­by wio­sna tyl­ko cze­ka­ła, żeby móc za­pre­zen­to­wać pod­ró­żnym swo­je uro­ki.

Po­dob­nie jak wi­ęk­szo­ść pa­sa­że­rów Ro­se­ma­rie Al­bach ma­rzy­ła o wy­pi­ciu kawy w cie­niu kwit­nących drzew, chło­nąc ich je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju wio­sen­ny słod­ki za­pach i czu­jąc na skó­rze lek­ki po­wiew orze­źwia­jącej bry­zy.

Nu­cąc ci­chut­ko sta­ry szla­gier, ode­rwa­ła wzrok od okna, by spoj­rzeć w lu­ster­ko umiesz­czo­ne we­wnątrz ma­łej pu­der­nicz­ki. Le­cia­ła do pra­cy, co ozna­cza­ło, że za­rów­no uro­da fran­cu­skiej sto­li­cy, jak i uro­ki wio­sny zej­dą na dru­gi plan i nie będą ni­czym wi­ęcej, jak tyl­ko tłem dla dzie­wi­ęt­na­sto­let­niej ko­bie­ty. A w za­sa­dzie jesz­cze dziew­czy­ny, któ­ra znaj­dzie się od razu w cen­trum uwa­gi - a to wy­ma­ga­ło od niej per­fek­cyj­ne­go wy­glądu przez cały czas.

Fak­tycz­nie jej gęste, ciem­ne wło­sy za spra­wą du­żej ilo­ści la­kie­ru były uło­żo­ne rów­nie nie­na­gan­nie, jak tuż po wy­jściu z sa­lo­nu fry­zjer­skie­go, do któ­re­go uda­ła się przed od­lo­tem. Tusz do rzęs się nie roz­ma­zał. Po­pra­wy wy­ma­ga­ły jed­nak usta, któ­re po­ci­ągnęła po­mad­ką za­raz po za­ko­ńcze­niu po­si­łku ser­wo­wa­ne­go na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu. Na ko­niec szyb­ko upu­dro­wa­ła nos, po czym scho­wa­ła wszyst­kie ko­sme­ty­ki do to­reb­ki. Ci­chut­ko podśpie­wu­jąc, po­now­nie spoj­rza­ła przez okno, za któ­rym w miej­sce pa­no­ra­my wiel­kie­go mia­sta, wi­dzia­nej z lotu pta­ka, uka­zał się idyl­licz­ny kra­jo­braz wo­kół lot­ni­ska Orly. Roz­le­gły, nie­za­bu­do­wa­ny te­ren na­gle ko­ńczył się be­to­no­wym pa­sem, któ­ry te­raz wy­da­wał się na wy­ci­ągni­ęcie ręki. Romy prze­szło przez myśl, że gdy­by tyle nie la­ta­ła, to za­pew­ne w tym mo­men­cie po­czu­ła­by ogrom­ny strach, że sa­mo­lot roz­bi­je się o twar­dą na­wierzch­nię.

Ma­szy­na wy­lądo­wa­ła z sil­nym ude­rze­niem. Gwa­łtow­ne szarp­ni­ęcie rzu­ci­ło dziew­czy­nę do przo­du po­mi­mo cia­sno za­pi­ęte­go pasa bez­pie­cze­ństwa, zaś ostre ha­mo­wa­nie wbi­ło na po­wrót w mi­ęk­kie ta­pi­ce­ro­wa­ne opar­cie fo­te­la. Romy po­czu­ła pod­cho­dzący do gar­dła żo­łądek, w któ­rym mu­so­wa­ły bąbel­ki dwu­tlen­ku węgla. W tym mo­men­cie po­ża­ło­wa­ła, że nie zre­zy­gno­wa­ła z dru­gie­go kie­lisz­ka szam­pa­na, po­da­wa­ne­go pa­sa­że­rom pierw­szej kla­sy. Ale wy­pi­ty al­ko­hol przy­naj­mniej spra­wił, że nie­co się od­pręży­ła, co rów­nież było jej bar­dzo po­trzeb­ne, gdyż za­raz po wy­lądo­wa­niu na Orly mia­ła w świe­tle ka­mer i fle­szy po­znać swo­je­go no­we­go part­ne­ra fil­mo­we­go. Po­nad­to na pły­cie lot­ni­ska mie­li się po­ja­wić naj­wa­żniej­si przed­sta­wi­cie­le fran­cu­skiej pra­sy, co ozna­cza­ło ko­niecz­no­ść nie­ustan­ne­go uśmie­cha­nia się. Mu­sia­ła ta­kże spra­wiać wra­że­nie, że lądo­wa­nie na fran­cu­skiej zie­mi znio­sła o wie­le le­piej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Z re­gu­ły przy ta­kich oka­zjach szam­pan dzia­łał rów­nie do­brze, jak wy­pi­ty od cza­su do cza­su w gar­de­ro­bie czy za ku­li­sa­mi pla­nu fil­mo­we­go kie­li­szek cze­goś moc­niej­sze­go. Jed­nak tru­nek w zbyt du­żych ilo­ściach miał dzia­ła­nie zgo­ła od­wrot­ne. Do­praw­dy, na­le­ża­ło zre­zy­gno­wać z dru­giej daw­ki al­ko­ho­lu!

Gdy to so­bie uświa­do­mi­ła, mo­men­tal­nie ode­chcia­ło jej się śpie­wać. Za­ci­snęła war­gi i me­lo­dia na­tych­miast się urwa­ła.

- Pi­lot mó­głby jed­nak lądo­wać z tro­chę wi­ęk­szym wy­czu­ciem - za­uwa­ży­ła sie­dząca obok mat­ka.

- Bie­nve­nue a Pa­ris. - Z po­kła­do­we­go gło­śni­ka po­pły­nął głos ste­war­de­sy. - Wi­ta­my w Pa­ry­żu. Nie­ste­ty jest bar­dzo zim­no. Wie­ża po­da­ła, że tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si po­ni­żej sze­ściu stop­ni. Pro­si­my nie za­po­mnieć płasz­czy.

"A za­tem bez sub­tel­nych wio­sen­nych na­stro­jów", prze­mknęło Romy przez myśl. Jak do­brze, że to tyl­ko krót­ka wi­zy­ta i już ju­tro lecą na Ibi­zę, gdzie od­pocz­ną. Tam z pew­no­ścią świe­ci sło­ńce i jest o wie­le cie­plej. Co praw­da będzie mu­sia­ła prze­czy­tać nowy sce­na­riusz i tro­chę się przy­go­to­wać do roli, ale poza tym nie za­mie­rza­ła my­śleć o pra­cy ani tym bar­dziej pra­co­wać. Per­spek­ty­wa urlo­pu roz­grze­wa­ła bar­dziej niż srebr­no­sza­re ka­ra­ku­ło­we fu­tro, któ­re to­wa­rzysz­ka pod­ró­ży wy­ci­ągnęła dla niej z gar­de­ro­by.

- Uśmiech­nij się, moje dziec­ko - na­po­mnia­ła ją mat­ka. Sama wła­śnie na­kła­da­ła na ża­kiet eto­lę z no­rek. - Pa­mi­ętaj, żeby za­wsze się uśmie­chać.

Na tę uwa­gę gry­mas znie­chęce­nia na twa­rzy Romy nie­mal au­to­ma­tycz­nie zmie­nił się w pro­fe­sjo­nal­ny, pro­mien­ny uśmiech.

- Nie­na­wi­dzę ta­kich cyr­ków - mruk­nęła.

Do­kład­nie rzecz bio­rąc, nie­na­wi­dzi­ła ofi­cjal­nych po­wi­tań na lot­ni­skach or­ga­ni­zo­wa­nych dla pra­sy, pod­czas któ­rych mu­sia­ła uda­wać, że pod­róż prze­bie­gła zna­ko­mi­cie, a co gor­sza, wy­glądać tak, jak­by przy­le­cia­ła na chmu­rze w to­wa­rzy­stwie anio­ła, będące­go nie­bia­ńską wer­sją ziem­skiej cha­rak­te­ry­za­tor­ki.

- Ma się ro­zu­mieć, że się cie­szysz na to spo­tka­nie. Prze­cież tyl­ko z tego po­wo­du przy­le­cia­ły­śmy do Pa­ry­ża. W prze­ciw­nym ra­zie spo­koj­nie mo­gły­śmy zo­stać w domu.

- Tak, ma­mu­śku - po­wie­dzia­ła z głębo­kim wes­tchnie­niem, w któ­rym nie było ra­do­ści.

*

Sce­na, któ­rą Romy uj­rza­ła, wy­cho­dząc z sa­mo­lo­tu, w żad­nej mie­rze nie po­pra­wi­ła jej na­stro­ju. Po­go­da wca­le nie była wio­sen­na. Zgod­nie z in­for­ma­cją ste­war­de­sy na ze­wnątrz było sza­ro i zim­no. Za­miast jak naj­szyb­ciej zna­le­źć się w cie­płej li­mu­zy­nie, cze­ka­jącej w pew­nym od­da­le­niu na pły­cie, na któ­rej za­trzy­ma­ła się ma­szy­na, Romy mu­sia­ła po­ru­szać się po­wo­li, zu­pe­łnie jak­by nie czu­ła lo­do­wa­tej tem­pe­ra­tu­ry, gdyż wła­śnie tego od niej ocze­ki­wa­no. Wol­niut­ko. Z pro­mien­nym uśmie­chem. Z wdzi­ękiem. Rów­no­cze­śnie spra­wia­jąc wra­że­nie nie­do­stęp­nej. Jak mo­del­ka na wy­bie­gu. Względ­nie jak ce­sa­rzo­wa zmie­rza­jąca w kie­run­ku tro­nu. A tę sztu­kę opa­no­wa­ła do per­fek­cji.

Gdy tyl­ko po­ja­wi­ła się w drzwiach sa­mo­lo­tu, cze­ka­jąca na nią u pod­nó­ża scho­dów spo­ra gru­pa fo­to­gra­fów mo­men­tal­nie się oży­wi­ła. Na jej wi­dok wszy­scy jak na ko­men­dę unie­śli apa­ra­ty i na wy­ści­gi za­częli pstry­kać zdjęcia. Po dru­giej stro­nie sa­mo­jezd­nych scho­dów, nie­spe­łna metr od re­por­te­rów, sta­ło czte­rech mężczyzn. Dwaj z bu­kie­ta­mi kwia­tów, z któ­rych je­den za­pew­ne był prze­zna­czo­ny dla niej, a dru­gi dla mat­ki. Spo­re wi­ązan­ki mia­ły sta­no­wić ele­ment de­ko­ra­cyj­ny i za­ra­zem uwia­ry­god­nić ser­decz­ne po­wi­ta­nie gwiaz­dy.

Romy po­zna­ła już wcze­śniej pro­du­cen­ta, Mi­che­la Sa­frę, oraz re­ży­se­ra, Pier­re'a Ga­spar­da-Hu­ita. Na­to­miast po­zo­sta­łej dwój­ki mężczyzn ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła. Bez wąt­pie­nia je­den z nich miał jej part­ne­ro­wać w no­wym fil­mie i to wła­śnie z jego po­wo­du za­ara­nżo­wa­no ten cały pra­so­wy ra­ban. Dru­gi nie­zna­jo­my, o ciem­nych wło­sach i przy­ja­znej mi­nie, miał oko­ło dwu­dzie­stu pi­ęciu lat. Przy­stoj­ny i pew­ny sie­bie, w nie­na­gan­nie skro­jo­nym ubra­niu, wy­glądał jak biz­nes­men, w od­ró­żnie­niu od sto­jące­go obok dzi­wacz­nie wy­stro­jo­ne­go typa.

- Mój Boże, a cóż to za pa­jac! - wy­pa­li­ła Romy na wi­dok oso­bli­wej po­sta­ci.

Mężczy­zna, któ­re­go do­ty­czył ko­men­tarz, był wy­so­ki jak na Fran­cu­za i nie­wąt­pli­wie nie­wie­le star­szy od niej. Twarz miał pi­ęk­ną ni­czym Eros. Gdy się na nią pa­trzy­ło, nie mo­żna było oprzeć się wra­że­niu, że an­tycz­ny bóg na­gle ożył. Na­wet w ten po­nu­ry sza­ry dzień jego błysz­czące oczy o głębo­kiej, in­ten­syw­nej bar­wie przy­wo­dzi­ły na myśl fio­łki. Wło­sy miał czar­ne i lśni­ące ni­czym chi­ńska laka. Wy­pro­sto­wa­na po­sta­wa w pe­łnej kra­sie uka­zy­wa­ła wy­spor­to­wa­ne cia­ło. Czar­ny gar­ni­tur le­żał na nim nie­na­gan­nie, po­dob­nie jak roz­pi­ęty płaszcz, bia­ła ko­szu­la i ciem­ny kra­wat. Jed­nak taki ubiór dla mężczy­zny w jego wie­ku był nie­na­tu­ral­ny i zde­cy­do­wa­nie zbyt ele­ganc­ki, a już zwłasz­cza na taką oka­zję. Nie­zna­jo­my trzy­mał w ręce bu­kiet czer­wo­nych róż o dłu­gich ło­dy­gach. Wszyst­ko w nim było zbyt pi­ęk­ne i per­fek­cyj­ne, żeby mo­gło być praw­dzi­we. Sta­no­wił uoso­bie­nie ab­so­lut­nej do­sko­na­ło­ści, względ­nie ar­cy­mi­strzow­sko wy­ko­na­nej atra­py prze­cud­ne­go ory­gi­na­łu, któ­ry Romy uzna­ła­by za­pew­ne za mało in­te­re­su­jący, po­dob­nie jak cze­ka­jące­go na nią osob­ni­ka.

Jej kon­ster­na­cja na wi­dok ko­mi­te­tu po­wi­tal­ne­go była na­zbyt wi­docz­na, gdyż mat­ka po­now­nie szep­nęła jej do ucha:

- Uśmiech­nij się! Nie za­po­mnij o uśmie­chu, co­kol­wiek się wy­da­rzy.

- To wszyst­ko jest ta­kie że­nu­jące - syk­nęła Romy w od­po­wie­dzi przez za­ci­śni­ęte zęby.

Jak przy­sta­ło na dżen­tel­me­na sta­rej szko­ły, Mi­chel Sa­fra przy­wi­tał się naj­pierw z mat­ką.

- Bon­jo­ur, ma­da­me, bie­nve­nue a Pa­ris! - po­wie­dział, wręcza­jąc Mag­dzie bu­kiet kwia­tów.

Po krót­kiej prze­rwie, w cza­sie któ­rej wszy­scy za­sty­gli w przy­bra­nych po­zach, da­jąc oka­zję fo­to­re­por­te­rom do zro­bie­nia zdjęć, Sa­fra zwró­cił się do Romy, od­da­jąc mat­kę pod opie­kę re­ży­se­ra:

- Wi­ta­my w Pa­ry­żu, ma­de­mo­isel­le. Chcia­łbym pani przed­sta­wić ak­to­ra, z któ­rym będzie pani grać w na­szym fil­mie. Oto Ala­in De­lon.

- Bon­jo­ur - wy­mam­ro­tał mężczy­zna, wci­ska­jąc sze­ro­kim, nie­co te­atral­nym ge­stem w ra­mio­na Romy bu­kiet róż.

W tym mo­men­cie mi­gaw­ki apa­ra­tów za­częły trza­skać z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych.

Romy przy­ci­snęła do sie­bie kwia­ty, za­do­wo­lo­na, że ma na so­bie fu­tro chro­ni­ące ją przed ukłu­cia­mi licz­nych kol­ców.

- Ma­de­mo­isel­le! - za­wo­łał je­den z re­por­te­rów, chcąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę i przy­ci­ągnąć jej wzrok w stro­nę obiek­ty­wu.

- So­uriez, s'il vous pla­ît! - roz­le­gło się z in­nej stro­ny.

Romy po­now­nie uśmiech­nęła się jak na ko­men­dę. "Ni­czym pies po­słusz­nie re­agu­jący na "siad" i "wa­ruj"", prze­mknęło jej przez myśl.

- Ma­de­mo­isel­le Schne­ider, mon­sieur De­lon, mer­ci de vous rap­pro­cher... - za­wo­łał inny fo­to­graf.

Tym ra­zem nie zro­zu­mia­ła ani sło­wa, gdyż jej szkol­ny fran­cu­ski był nie­wy­star­cza­jący do wy­ła­pa­nia cho­ćby sen­su wy­po­wie­dzia­ne­go zda­nia.

Wtem Ala­in De­lon po­chy­lił się w jej stro­nę. Od razu do­strze­gła, że był od niej wy­ższy o wi­ęcej niż sze­ro­ko­ść dło­ni. Nic dziw­ne­go, wszak mia­ła za­le­d­wie metr sze­śćdzie­si­ąt dwa wzro­stu, co sta­ra­ła się nad­ro­bić czó­łen­ka­mi na wy­so­kich ob­ca­sach. Na­gle ogar­nęło ją nie­przy­jem­ne uczu­cie wy­wo­ła­ne na­głą bli­sko­ścią tego ob­ce­go, mło­de­go mężczy­zny. Po­czu­ła w noz­drzach za­pach jego wody po go­le­niu, któ­rej uży­wał w nad­mia­rze.

Wła­śnie za­mie­rza­ła od­su­nąć się od nie­go, gdy wtem usły­sza­ła męski głos mó­wi­ący po nie­miec­ku z fran­cu­skim ak­cen­tem:

- Fo­to­graf chce, że­by­ście sta­nęli bli­żej sie­bie. Pro­szę wy­świad­czyć mu tę przy­słu­gę, ma­de­mo­isel­le. Na­zy­wam się Jean-Clau­de Bria­ly i je­stem przy­ja­cie­lem Ala­ina. Będę rów­nież grał dru­go­pla­no­wą rolę w pani no­wym fil­mie.

Dla­cze­go to nie ten sym­pa­tycz­ny ak­tor będzie jej part­ne­rem w przy­go­to­wy­wa­nej pro­duk­cji? Poza tym mo­gła­by się z nim bez prze­szkód po­ro­zu­mie­wać, w prze­ci­wie­ństwie do Ala­ina De­lo­na, któ­ry przez cały czas mil­czał jak za­klęty.

- Do you spe­ak En­glish? - zwró­ci­ła się do przy­stoj­nia­ka, po­sy­ła­jąc mu na po­trze­by fo­to­gra­fów uśmiech za­ko­cha­nej od pierw­sze­go spoj­rze­nia.

- A lit­tle bit! - od­po­wie­dział, ak­cen­tu­jąc sło­wa tak, że brzmia­ło to bar­dziej jak fran­cu­ski niż an­giel­ski, w któ­rym Romy mia­ła na­dzie­ję z nim roz­ma­wiać. Jego aro­ganc­ki ton i spo­sób by­cia spra­wi­ły, że po­czu­ła do nie­go jesz­cze wi­ęk­szą an­ty­pa­tię.

Za­pew­ne po­win­na czuć się za­szczy­co­na, że w ogó­le ra­czył się do niej ode­zwać. A prze­cież był ni­kim. Wszak nikt nie znał Ala­ina De­lo­na. I wła­śnie dla­te­go zo­stał wy­bra­ny, żeby jej part­ne­ro­wać. To jej na­zwi­sko, nie jego, było ma­gne­sem, któ­ry miał przy­ci­ągnąć pu­blicz­no­ść do kin. Ale dla­cze­go - na mi­ło­ść bo­ską - pro­du­cent wpa­dł na po­my­sł, żeby za­an­ga­żo­wać tego typa? Dla­cze­go mat­ka, któ­ra bra­ła pod lupę ka­żde­go z jej do­tych­cza­so­wych part­ne­rów fil­mo­wych, zgo­dzi­ła się na ko­goś ta­kie­go? Dla­cze­go ona sama, Romy, dała się na­mó­wić do przy­jęcia roli, któ­rą Mag­da Schne­ider zna­ko­mi­cie za­gra­ła przed dwu­dzie­stu pi­ęciu laty? Ła­ńcuch nie­wła­ści­wych de­cy­zji spra­wił, że te­raz sta­ła na pły­cie lot­ni­ska Orly u boku tego za­dzie­ra­jące­go nosa go­gu­sia, któ­ry w żad­nej mie­rze nie był jej po­trzeb­ny do szczęścia. W tym przy­pad­ku mo­gła tyl­ko stra­cić, co by­ło­by okrop­ne.

Pro­du­cent po­wie­dział parę słów do pra­sy, któ­re Romy pu­ści­ła mimo uszu, sku­pio­na na swo­im nie­szczęściu, rów­no­cze­śnie mo­dląc się w du­chu, żeby wy­pa­ść jak naj­le­piej. Za­pew­ne Sa­fra oznaj­mił re­por­te­rom, że se­sja fo­to­gra­ficz­na zo­sta­ła za­ko­ńczo­na, gdyż damy mu­szą te­raz udać się do ho­te­lu, na co przed­sta­wi­cie­le fran­cu­skich me­diów wy­co­fa­li się z wy­ra­źnym nie­za­do­wo­le­niem. Romy za­uwa­ży­ła, że roz­ma­wia­jąca z Pier­re'em Ga­spar­dem-Hu­item mat­ka skie­ro­wa­ła się w stro­nę pierw­sze­go ze sto­jących na pły­cie ci­tro­ënów. Idąc, rzu­ci­ła jej przez ra­mię kar­cące spoj­rze­nie, któ­re nie uszło uwa­gi Ala­ina De­lo­na. Nie­ma na­ga­na spra­wi­ła, że wresz­cie się od niej od­su­nął. Spo­tka­nie z pra­są do­bie­gło ko­ńca, a to ozna­cza­ło, że naj­gor­sze chwi­le w Pa­ry­żu mia­ła już za sobą.

Romy wzi­ęła głębo­ki od­dech. Ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­ła, że w wil­got­nym, prze­si­ąk­ni­ętym za­pa­chem desz­czu po­wie­trzu po­mi­mo pa­nu­jące­go zim­na wy­czu­wa­ło się opie­wa­ny przez po­etów de­li­kat­ny po­wiew pa­ry­skiej wio­sny. Wci­ągnęła do płuc kwiet­nio­wy aro­mat, co spra­wi­ło, że od razu po­czu­ła się le­piej.

Przy­naj­mniej róże o tej po­rze roku nie pach­nia­ły tak in­ten­syw­nie jak la­tem. Nie­gu­stow­ny bu­kiet za­czy­nał jej ci­ążyć. Ro­zej­rza­ła się za kimś, kto mó­głby ją uwol­nić od na­ręcza kwia­tów. Jed­nak tu, w od­ró­żnie­niu od stu­dia fil­mo­we­go, ni­g­dzie nie za­uwa­ży­ła czu­wa­jącej nad wszyst­kim re­kwi­zy­tor­ki.

Nie zna­la­złszy ni­ko­go, kto ode­bra­łby od niej nie­po­ręcz­ny pre­zent po­wi­tal­ny, wci­snęła kwia­ty wci­ąż jesz­cze tkwi­ące­mu u jej boku Ala­ino­wi De­lo­no­wi, któ­ry był zbyt za­sko­czo­ny jej ge­stem, by za­re­ago­wać.

Idąc do sa­mo­cho­du, usły­sza­ła za ple­ca­mi jego obu­rzo­ny głos:

- Cóż ona so­bie wy­obra­ża, że kim niby jest? I to ma być świa­to­wa gwiaz­da? Bri­git­te Bar­dot to praw­dzi­wa, świa­to­wej sła­wy gwiaz­da, a nie ja­kaś tam Romy Schne­ider!

Nie­for­tun­nie dla De­lo­na zro­zu­mia­ła wszyst­ko, co po­wie­dział, gdyż tak się zło­ży­ło, że sło­wa, któ­rych użył, by wy­ra­zić swo­je nie­za­do­wo­le­nie, zmu­szo­na była wkuć swe­go cza­su w in­ter­na­cie klasz­to­ru au­gu­sty­nek w zam­ku Gol­den­ste­in nie­opo­dal Sal­zbur­ga.