Romeo i Julia - William Shakespeare (Szekspir)

Kup ebooka

3.84 zł
3.30 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA PIERWSZA

 

/ Plac publiczny. Wchodzą Samson i Grzegorz uzbrojeni w tarcze i miecze. /

 

SAMSON

 

Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.

 

GRZEGORZ

 

Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.

 

SAMSON

 

Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.

 

GRZEGORZ

 

Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.

 

SAMSON

 

Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.

 

GRZEGORZ

 

Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.

 

SAMSON

 

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.

 

GRZEGORZ

 

Rozruchać się tyle znaczy co ruszyć się z miejsca; być walecznym jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie - drapnięcie.

 

SAMSON

 

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i każdej kobiety z tego domu.

 

GRZEGORZ

 

To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.

 

SAMSON

 

Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.

 

GRZEGORZ

 

Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.

 

SAMSON

 

Mniejsza mi o to, będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobietach: rzeź między nimi sprawię.

 

GRZEGORZ

 

Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?

 

SAMSON

 

Nie inaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.

 

GRZEGORZ

 

Tym lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem. Weź no się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.

 

/ Wchodzą Abraham i Baltazar. /

 

SAMSON

 

Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.

 

GRZEGORZ

 

Gwoli drapania?

 

SAMSON

 

Nie bój się.

 

GRZEGORZ

 

Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!

 

SAMSON

 

Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.

 

GRZEGORZ

 

Marsa im nastawię przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.

 

SAMSON

 

Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.

 

ABRAHAM

 

Skrzywiłeś się na nas, mości panie?

 

SAMSON

 

Nie inaczej, skrzywiłem się.

 

ABRAHAM

 

Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?

 

SAMSON

 

/ do Grzegorza /

 

Będziemy-ż mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?

 

GRZEGORZ

 

Nie.

 

SAMSON

 

Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.

 

GRZEGORZ

 

/ do Abrahama /

 

Zaczepki waść szukasz?

 

ABRAHAM

 

Zaczepki? nie.

 

SAMSON

 

Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry jak i wasz.

 

ABRAHAM

 

Nie lepszy.

 

SAMSON

 

Niech i tak będzie.

 

/ Benwolio ukazuje się w głębi. /

 

GRZEGORZ

 

/ na stronie do Samsona /

 

Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.

 

SAMSON

 

Nie inaczej; lepszy.

 

ABRAHAM

 

Kłamiesz.

 

SAMSON

 

Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu.

 

BENWOLIO

 

Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.

 

/ Rozdziela ich swoim mieczem. /

 

/ Wchodzi Tybalt. /

 

TYBALT

 

Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami?

Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.

 

BENWOLIO

 

Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad

Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.

 

TYBALT

 

Z gołym orężem pokój? Nienawidzę

Tego wyrazu, tak jak nienawidzę

Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.

Broń się, nikczemny tchórzu.

 

/ Walczą. Nadchodzi kilku przyjaciół obu partii i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami. /

 

PIERWSZY OBYWATEL

 

Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich!

Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!

 

/ Wchodzą Kapulet i Pani Kapulet /

 

KAPULET

 

Co za hałas? Podajcie mi długi

Mój miecz! hej!

 

PANI KAPULET

 

Raczej kulę; co ci z miecza?

 

KAPULET

 

Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi.

I szydnie swoją klingą mi urąga.

 

/ Wchodzą Monteki i Pani Monteki. /

 

MONTEKI

 

Ha! nędzny Kapulecie!

 

/ do żony /

 

Puść mnie, pani.

 

PANI MONTEKI

 

Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.

 

/ Wchodzi Książę z orszakiem. /

 

KSIĄŻĘ

 

Zapamiętali niesforni poddani,

Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,

Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,

Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie

W własnych żył swoich źródle purpurowym;

Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast

Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą

I posłuchajcie tego, co niniejszym

Wasz rozjątrzony książę postanawia.

Domowe starcia, z marnych słów zrodzone

Przez was, Monteki oraz Kapulecie,

Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,

Tak że poważni wiekiem i zasługą

Obywatele werońscy musieli

Porzucić swoje wygodne przybory

I w stare dłonie stare ująć miecze,

By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe

Niechęci wasze przecinać. Jeżeli

Wzniecicie kiedyś waśń podobną,

Zamęt pokoju opłacicie życiem.

A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.

Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;

Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu

Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie

Dalsza ma wola oznajmiona będzie.

Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych

Pod karą śmierci, aby się rozeszli.

 

/ Książę z orszakiem wychodzi. Podobnież Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy. /

 

MONTEKI

 

Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,

Był żeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?

 

BENWOLIO

 

Nieprzyjaciela naszego pachołcy

I wasi już się bili, kiedym nadszedł;

Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:

Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,

I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,

Jął się wywijać nim i siec powietrze,

Które świszczało tylko szydząc z marnych

Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą

Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się

Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,

Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.

 

PANI MONTEKI

 

Lecz gdzież Romeo? Widział żeś go dzisiaj?

Jakże się cieszę, że nie był w tym starciu.

 

BENWOLIO

 

Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce

W złotych się oknach wschodu ukazało,

Troski wygnały mię z dala od domu

W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie

Ku południowi od naszego miasta.

Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.

Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;

Lecz on, spostrzegłszy mię, skrył się natychmiast

I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.

Pociąg ten jego do odosobnienia

Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem

Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),

Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach

I w inną stronę się udałem, chętnie

Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.

 

MONTEKI

 

Nieraz o świcie już go tam widziano

Łzami poranną mnożącego rosę,

A chmury - swego oblicza chmurami,

Aliści ledwo na najdalszym wschodzie

Wesołe słońce sprzed łoża Aurory

Zaczęło ściągać cienistą kotarę,

On, uciekając od widoku światła,

Co tchu zamykał się w swoim pokoju;

Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem

I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.

W czarne bezdroża dusza jego zajdzie,

Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.

 

BENWOLIO

 

Szanowny stryju, znasz-że powód tego?

 

MONTEKI

 

Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.

 

BENWOLIO

 

Wybadywał żeś go jakim sposobem?

 

MONTEKI

 

Wybadywałem i sam, i przez drugich,

Lecz on jedyny powiernik swych smutków.

Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,

Od otwartości wszelkiej tak daleki

Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,

Nim światu wonny swój kielich roztoczył

I pełność swoją rozwinął przed słońcem.

Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,

Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.

 

/ Romeo ukazuje się w głębi. /

 

BENWOLIO

 

Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę;

Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.

 

MONTEKI

 

Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,

Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.

 

/ Wychodzą Monteki i Pani Monteki. /

 

BENWOLIO

 

Dzień dobry, bracie.

 

ROMEO

 

Jeszcze-ż nie południe?

 

BENWOLIO

 

Dziewiąta biła dopiero.

 

ROMEO

 

Jak nudnie

Wloką się chwile. Moi-ż to rodzice

Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?

 

BENWOLIO

 

Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?

 

ROMEO

 

Nieposiadanie tego, co je skraca.

 

BENWOLIO

 

Miłość więc?

 

ROMEO

 

Brak jej.

 

BENWOLIO

 

Jak to? brak miłości?

 

ROMEO

 

Brak jej tam, skąd bym pragnął wzajemności.

 

BENWOLIO

 

Niestety! Czemuż, zdając się niebianką,

Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?

 

ROMEO

 

Niestety! Czemuż, z zasłoną na skroni,

Miłość na oślep zawsze cel swój goni!

Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno

Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.

W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.

O! wy sprzeczności niepojęte dziwa!

Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!

Coś narodzone z niczego! Pieszczoto

Odpychająca! Poważna pustoto!

Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!

Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!

Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość,

Taką niełączność łączy moja miłość.

Czy się nie śmiejesz?

 

BENWOLIO

 

Nie, płakałbym raczej.

 

ROMEO

 

Nad czym, poczciwa duszo?

 

BENWOLIO

 

Nad uciskiem,

Poczciwej duszy twojej.

 

ROMEO

 

A więc strzała

Miłości nawet przez odbitkę działa?

Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego

Brzemię powiększasz przewyżką twojego;

Współczucie twoje nad moim cierpieniem

Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem

Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,

To dym, co z parą westchnień się unosi;

To żar, co w oku szczęśliwego płonie;

Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.

Czymże jest więcej? Istnym amalgamem,

Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.

Bądź zdrów.

 

/ chce odejść /

 

BENWOLIO

 

Zaczekaj! krzywdę byś mi sprawił,

Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.

 

ROMEO

 

Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą;

To nie Romeo, co rozmawia z tobą.

 

BENWOLIO

 

Kogóż to kochasz? mów!

 

ROMEO

 

Przestań mię dręczyć.

Mam-że wraz jęczyć i mówić?

 

BENWOLIO

 

Nie jęczyć,

Tylko mi klucz dać do tego problemu,

Kogóż to kochasz? Powiedz.

 

ROMEO

 

Każ choremu

Pisać testament: będzie-ż to wezwanie

Dobre dla tego, kto jest w tak złym stanie?

A więc, kobietę kocham.

 

BENWOLIO

 

Celniem mierzył,

Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.

 

ROMEO

 

Biegle celujesz. I ta, którą kocham,

Jest piękna.

 

BENWOLIO

 

W piękny cel trafić najłatwiej.

 

ROMEO

 

A właśnieś chybił. Niczym tu kołczany

Kupida; ona ma naturę Diany;

Pod twardą zbroją wstydliwości swojej

Grotów miłości wcale się nie boi;

Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;

Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;

Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.

Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,

Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi

Całe bogactwo, którego tak skąpi.

 

BENWOLIO

 

Wiecznie-ż chce sama zostać z swym bogactwem?

 

ROMEO

 

Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,

Bo piękność, którą własna srogość strawia,

Całą potomność piękności pozbawia.

Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;

Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.

Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki

Temu skazanym - wieczne cierpieć męki.

 

BENWOLIO

 

Jest na to rada: przestań myśleć o niej.

 

ROMEO

 

Doradź-że także, jakim bym sposobem

Mógł przestać myśleć.

 

BENWOLIO

 

Dając oczom wolność

Rozpatrywania się w innych pięknościach.

 

ROMEO

 

To byłby tylko sposób przywołania

Jej cudnych wdzięków tym żywiej na pamięć.

Maska kryjąca lica pięknej damy,

Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy

Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,

Zapomni-ż kiedy, jaki skarb posiadał?

Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,

Będzie-ż on dla mnie w istocie czym więcej

Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,

Przed którą ta by uklęknąć powinna?

Bądź zdrów, niewczesną podajesz mi radę.

 

BENWOLIO

 

Najpraktyczniejszą - życie w zastaw kładę.

 

/ Wychodzą. /

 

SCENA DRUGA

 

/ Ulica. Wchodzą Kapulet i Parys, za nimi Służący. /

 

KAPULET

 

Podobną jak mnie karą zagrożono

I Montekiemu; ależ w wieku naszym

Spokojnie siedzieć, rzecz nietrudna.

 

PARYS

 

Oba

Szanownych szczepów jesteście odrośle;

Tym ci żałośniej, że od tyla czasu

Żyjecie w takim rozdwojeniu z sobą.

Cóż mówisz, panie, na moje zabiegi?

 

KAPULET

 

To samo, co już dawniej powiedziałem:

Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,

Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;

Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,

Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.

 

PARYS

 

Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.

 

KAPULET

 

Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.

Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje:

Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie,

Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.

Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,

Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce;

Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie

Jej pozwolenia echem tylko będzie.

Daję dziś wieczór, na który niemało

Gości sprosiłem; gdyby ci się dało

Być jednym więcej, w nader miły sposób

Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.

W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,

Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,

Że od ich blasku blask niebieski zblednie.

Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,

Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,

Gdy w starym progu zimy się pojawia;

Takie uciechy, w całej swojej mocy,

Wśród hożych dziewic staną się tej nocy

Udziałem twoim w domu Kapuletów.

Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietów

Kwiat najpiękniejszy. I mój kwiat tam luby

Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.

Idźmy.

 

/ do Sługi /

 

A wasze obejdź w krąg Weronę,

Wynajdź osoby tu wyszczególnione

 

/ oddaje mu papier /

 

I powiedz każdej: że mój dom otworem

Na ich usługi stanie dziś wieczorem.

 

/ Wychodzą Kapulet i Parys. /

 

SŁUŻĄCY

 

Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się znaczy według tego, co tu napisano... A cóż tu napisano? Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza. Jakże wynajdę osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła? Kazano mi jednak; muszę się udać do uczonych. Oto jacyś ichmoście. W samą porę nadchodzą.

 

/ Wchodzi Romeo i Benwolio. /

 

BENWOLIO

 

Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,

Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;

Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;

Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;

Zaczerpnij nowej zarazy do łona,

A jad dawniejszej niewątpliwie skona.

 

ROMEO

 

Liść pokrzywiany wyborny jest na to.

 

BENWOLIO

 

Na cóż to, proszę?

 

ROMEO

 

Na oparzeliznę;

Spróbuj no tylko.

 

BENWOLIO

 

Powiedz mi, Romeo,

Czyś ty oszalał?

 

ROMEO

 

Nie, nie oszalałem;

Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego;

W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,

Chłost i mąk... Dobry wieczór, przyjacielu.

 

SŁUŻĄCY

 

Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?

 

ROMEO

 

Niestety! umiem w moim przeznaczeniu

Czytać niedolę.

 

SŁUŻĄCY

 

Tego się bez książki

Można nauczyć; ale ja się pytam,

Czy pan pisane rzeczy umie czytać?

 

ROMEO

 

Małej mi rzeczy do tego potrzeba,

To jest znać tylko język i litery.

 

SŁUŻĄCY

 

Słusznie pan mówisz, bądź-że zdrów i wesół.

 

/ chce odejść /

 

ROMEO

 

Czekaj no, wasze, umiem czytać.

 

/ czyta /

 

"Sinior Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm ze swymi pięknymi siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucjusz i jego brat Walenty. Mój stryj Kapulet z małżonką i córkami. Moja śliczna siostrzenica, Rozalina, Liwia, Sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i nadobna Helena." Wspaniałe grono! (oddaje kartę) Gdzież oni przyjść mają?

 

SŁUŻĄCY

 

Owdzie.

 

ROMEO

 

Gdzie?

 

SŁUŻĄCY

 

Do naszego pałacu, na wieczerzę.

 

ROMEO

 

Do czyjego pałacu?

 

SŁUŻĄCY

 

Mojego pana.

 

ROMEO

 

W istocie powinienem się był przede wszystkim spytać, kto nim jest.

 

SŁUŻĄCY

 

Oznajmię to panu bez pytania: moim panem jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina. Bądźcie weseli.

 

/ wychodzi /

 

BENWOLIO

 

Na tym wieczorze Kapuleta będzie

Bożyszcze twoje, piękna Rozalina,

Obok najpierwszych piękności werońskich.

Pójdź tam i okiem bezstronnym porównaj

Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:

Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.

 

ROMEO

 

Gdyby rzetelny mój wzrok tak fałszywe

Miał dać świadectwo, łzy, stańcie się żarem!

Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe

Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!

Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące

Równej piękności nie widziało słońce.

 

BENWOLIO

 

Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich

Ważył dotychczas szalach oczu swoich,

Lecz umieść na tej wadze kryształowej

Obok niej inną, którą ci gotowy

Będę dziś wskazać; a ręczę, że owa

Nieporównana w kąt się przed tą schowa.

 

ROMEO

 

Pójdę tam, ale z obojętnym okiem,

Jednej wyłącznie poić się widokiem.

 

/ Wychodzą. /

 

SCENA TRZECIA

 

/ Pokój w domu Kapuletów. Wchodzi Pani Kapulet i Marta /

 

PANI KAPULET

 

Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.

 

MARTA

 

Na moją cnotę do dwunastu wiosen -

Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko!

Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!

Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!

 

/ Wchodzi Julia. /

 

JULIA

 

Czy mnie kto wołał?

 

MARTA

 

Mama.

 

JULIA

 

Jestem, pani;

Co mi rozkażesz?

 

PANI KAPULET

 

Słuchaj. Odejdź, Marto;

Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.

Marto, pozostań; przychodzi mi na myśl,

Że twa obecność może być potrzebna.

Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?

 

MARTA

 

Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.

 

PANI KAPULET

 

Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.

 

MARTA

 

Czternaście moich zębów w zakład stawię

(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery),

Że jeszcze nie ma. Rychło-ż będzie święto

Piotra i Pawła?

 

PANI KAPULET

 

Za parę tygodni

Mniej więcej.

 

MARTA

 

Mniej czy więcej, czy okrągło,

Ale dopiero w wieczór na świętego

Piotra i Pawła skończy lat czternaście.

Ona z Zuzanką, Boże, zbaw nas grzesznych!

Były rówieśne. Zuzanka u Boga -

Był-że to anioł! ale jak mówiłam,

Julcia dopiero na świętego Piotra

i Pawła skończy spełna lat czternaście.

Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz

Rok jedenasty od trzęsienia ziemi;

Właśnie od piersi była odsądzona,

Spomiędzy wszystkich dni bożego roku

Tego jednego nigdy nie zapomnę.

Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,

Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.

Państwo byliście tego dnia w Mantui.

A co? mam pamięć? Ale jak mówiłam,

Skoro pieszczotka moja na brodawce

Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,

Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;

Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywo

Na równe nogi: hyc! nie myśląc czekać,

Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd

Lat jedenaście. Umiała już wtedy

0 własnej sile stać, co mówię, biegać,

Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.

Mój mąż, świeć Panie jego duszy! podniósł

Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.

"Plackiem - rzekł - padasz teraz, a jak przyjdzie

Większy rozumek, to na wznak upadniesz,

Nieprawdaż, Julciu?" A ten mały łotrzyk

Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć

I odpowiedział: "tak". Chociażbym żyła

Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.

"Nieprawdaż, Julciu - rzekł - że padniesz wznak?"

A mały urwis odpowiedział: "tak".

 

PANI KAPULET

 

Dość tego, Marto, skończ już tę historię.

Proszę cię.

 

MARTA

 

Dobrze, miłościwa pani.

Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,

Kiedy przypomnę sobie, jak to ona

Przestała krzyczeć i odpowiedziała:

"Tak". Miała jednak guz jak kurze jaje,

Siniec porządny i płakała gorzko;

Ale gdy mąż mój rzekł: "Plackiem dziś padasz,

A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,

Nieprawdaż Julciu?", tak i niebożątko

Zaraz ucichło i odrzekło: "tak".

 

JULIA

 

Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.

 

MARTA

 

Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!

Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,

Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła

Patrzeć na twoje zamęście!...

 

PANI KAPULET

 

Zamęście!

To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.

Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie

Są chęci twoje we względzie małżeństwa?

 

JULIA

 

O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.

 

MARTA

 

O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była

Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość

Wyssała z mlekiem.

 

PANI KAPULET

 

Myśl-że o tym teraz.

Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych

Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;

Ja sama byłam już matką w tym wieku,

W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,

Waleczny Parys stara się o ciebie.

 

MARTA

 

To mi kawaler! panniuniu, to brylant

Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!

 

PANI KAPULET

 

Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.

 

MARTA

 

Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.

 

PANI KAPULET

 

Cóż, Julio? Będziesz mogła go kochać?

Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.

Wczytaj się w księgę jego lic, na których

Pióro piękności wypisało miłość;

Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,

Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;

A co w tej księdze wyda ci się mrocznym,

To w jego oczach stanieć się widocznym.

Do upięknienia tej, zaprawdę rzadkiej,

Edycji męża brak tylko okładki.

Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;

Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;

I tym wspanialsza, tym więcej jest warta

Złota myśl w złotej oprawie zawarta.

Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz

I w niczym sama ujmy mieć nie będziesz.

 

MARTA

 

Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie

Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.

 

PANI KAPULET

 

Chcesz-że go? powiedz krótko, węzłowato.

 

JULIA

 

Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;

Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,

Jak tobie, pani, podoba się żądać.

 

/ Wchodzi Służący. /

 

SŁUŻĄCY

 

Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panie, pytają o pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę; słowem, niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć.

 

/ wychodzi /

 

PANI KAPULET

 

Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.

 

MARTA

 

Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.

 

/ Wychodzą. /