Rombo - Esther Kinsky

Kup ebooka

39.00 zł
31.10 zł (31,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Jedno z nie­wielu zja­wisk prak­tycz­nie za­wsze to­wa­rzy­szą­cych trzę­sie­niu ziemi i na­der czę­sto wy­stę­pu­ją­cych za­le­d­wie chwilę przed nim po­lega na oso­bli­wych pod­ziem­nych od­gło­sach, które nie­malże wszę­dzie, gdzie tylko po­jawi się o nich wzmianka, wy­dają się ta­kiej sa­mej na­tury. Od­głosy te skła­dają się z sze­regu dźwię­ków po­wią­za­nych ze sobą drob­nych eks­plo­zji, czę­sto po­rów­ny­wa­nych do prze­ta­cza­ją­cych się grzmo­tów, które mają jed­nak mniej­szą moc, do po­brzę­ki­wa­nia wielu wo­zów ja­dą­cych po­spiesz­nie po wy­bo­istym bruku. [...] W Peru siła tego oso­bli­wego brzmie­nia wy­daje się pro­por­cjo­nalna do siły na­stę­pu­ją­cych po nich wstrzą­sów; to samo mówi się o Ka­la­brii, gdzie owo bu­dzące strach zja­wi­sko na­zy­wane jest il rombo.

Frie­drich Hof­f­mann,Hi­sto­ria geo­gno­zji i opiszja­wisk wul­ka­nicz­nych, 1838

.

KRA­JO­BRAZ

Do­okoła: roz­le­wa­jący się kra­jo­braz mo­re­nowy. Ła­godne pa­górki, pola, tor­fo­wi­ska w od­le­głych niec­kach, roz­pro­szone wa­pienne formy kra­sowe z dę­bo­wymi za­gaj­ni­kami i kasz­ta­now­cami, trawa o ostrych, cien­kich źdźbłach na gra­niach, które udają bar­dziej gó­rzy­ste, niż są w rze­czy­wi­sto­ści, choć roz­po­ściera się z nich wi­dok: na pa­gór­ko­waty te­ren, na kopy po­prze­ty­kane ko­ścio­łami i wsiami oraz tu i ów­dzie zam­ko­watą ru­iną, która zresztą jest tak na­prawdę roz­pa­da­jącą się po­zo­sta­ło­ścią pierw­szej wojny świa­to­wej. Kra­jo­braz za­wdzię­cza swój urok gwał­tow­nemu prze­su­wa­niu się ma­te­riału: lo­dow­ców, skał, mas ziemi, które do­tarły aż do tego miej­sca, nie­chyb­nie w to­wa­rzy­stwie ha­łasu, znacz­nie wy­kra­cza­ją­cego poza grzmie­nie rombo; nie "pre­lu­diu­ją­cego huku", jak na­zy­wano go przed dwu­stu laty, lecz nie­usta­ją­cych grzmo­tów, któ­rym nie spro­sta żadne ludz­kie ucho.

Na po­łu­dnie wzgó­rza ule­gają rów­ni­nie, wiel­ko­ści nieba, otwar­to­ści mo­rza. Ogromne pola ku­ku­ry­dzy, pasy te­re­nów prze­my­sło­wych, au­to­strada, żwi­row­nie nad rze­kami, które ucho­dzą do Ad­ria­tyku. Piave, Ta­glia­mento, Isonzo, każda z rzek od­daje ka­wa­łek sie­bie Al­pom, do­lo­mi­towe skały me­ta­mor­ficzne, kon­glo­me­raty Pre­alp, kra­sowe skały wa­pienne w ko­ry­cie Isonzo, któ­rej ostrą biel do dziś przy­pi­suje się ko­ściom dzie­sią­tek żoł­nie­rzy po­le­głych na fron­cie wło­skim w trak­cie pierw­szej wojny świa­to­wej. W po­godne dni ze szczy­tów wzgórz roz­ciąga się wi­dok aż po mo­rze, la­gunę Grado upstrzoną pę­kami wysp i kan­cia­ste ho­tele nad­mor­skich miej­sco­wo­ści, przy­po­mi­na­jące ostre, nie­równe zęby na ho­ry­zon­cie.

Rzeka kształ­tu­jąca owe gó­rzy­ste te­reny to Ta­glia­mento; okre­śla się ją mia­nem dzi­kiej, ta dzi­kość jed­nak, poza kil­koma ty­go­dniami rwą­cego nurtu po roz­to­pach i ule­wach, to ra­czej pustka, ogrom nie­ure­gu­lo­wa­nego skal­nego ko­ryta, sa­mo­wola ską­pych stru­mieni, które nie­ustan­nie szu­kają dla sie­bie no­wych ście­żek. Tam gdzie góry prze­cho­dzą w kra­jo­braz mo­re­nowy, bie­gnąca na wschód rzeka skręca na po­łu­dnie, od pół­nocy nie­chęt­nie przyj­mu­jąc Fellę; obie, tur­ku­sowa i biała, są nie­zde­cy­do­wane i przez to nie­zde­cy­do­wa­nie na­gro­ma­dziły się oto­czaki i żwir, two­rząc trój­kątne pole, które od­dziela Alpy Kar­nic­kie od Pre­alp Ju­lij­skich, ja­sną po­wierzch­nię ni­czym uszko­dze­nie, prze­strzeń zwąt­pie­nia na tle gór­skich do­lin, od­le­głych krain z wła­snymi ję­zy­kami milk­ną­cymi od co­raz rzad­szego uży­wa­nia, ich prze­ni­kli­wymi, nie­po­rad­nymi pie­śniami i za­wi­łymi tań­cami.

Cmen­ta­rze we wsiach na pa­gór­ko­wa­tych te­re­nach mają swoje wła­sne nie­wy­so­kie szczyty, z ko­ściół­kiem i wi­do­kiem na pół­noc, na góry, na prze­łom do­liny Ta­glia­mento, na wą­ski prze­smyk w do­li­nie Felli, któ­rym Rzy­mia­nie po­dą­żali na pół­noc, a Cel­to­wie na po­łu­dnie. Na pół­noc­nym za­cho­dzie znaj­dują się Alpy Kar­nic­kie, pełne roz­pa­dlin wierz­chołki tuż za łań­cu­chem Pre­alp, książ­kowy przy­kład ogrom­nej siły, która mu­siała od­dzia­ły­wać, by te góry po­wstały. Znaj­duje się on na chwiej­nym styku dwóch na­cho­dzą­cych na sie­bie płyt kon­ty­nen­tal­nych, któ­rym nie od­po­wiada ich obecne po­ło­że­nie. Swoim nie­za­do­wo­le­niem pro­mie­niują na wschód, w gór­skie do­liny po­gra­ni­cza, aż po ła­godne pa­gór­ko­wate te­reny na pół­noc od pasa wy­brzeża.

W kie­runku pół­nocno-wschod­nim wi­dok roz­po­ściera się na Pre­alpy i Alpy Ju­lij­skie oraz - w za­leż­no­ści od świa­tła i za­chmu­rze­nia - szary, nie­bie­ski, fio­le­towy lub po­ma­rań­czowy ry­giel Monte Musi. W każ­dym świe­tle jego zbo­cza są strome, ni­czym ciemna ba­riera, na którą nie da się wspiąć, któ­rej nie da się po­ko­nać, od wschodu za­skle­piona bia­łym ni­czym wapno lub śnieg szczy­tem Monte Ca­nin, tę­pym kłem i zę­bem gra­nicz­nym do­liny w tle.

Spo­ty­kają się tu dwie strefy, kli­mat kon­ty­nen­talny ze śród­ziem­no­mor­skim, wia­try, opady i tem­pe­ra­tury dwóch prze­strzeni mi­gra­cji - ku lą­dowi i ku mo­rzu. Bu­rze, wi­chury, ulewy, trzę­sie­nia ziemi nie­ustan­nie za­cie­rają ślady ludz­kiego wę­dro­wa­nia, które cią­gną się przez te te­reny i któ­rych nie­za­leż­nie od tego, jak mocno od­dzia­łuje na nie przy­roda, ni­gdy nie da się za­trzeć cał­ko­wi­cie. Niebo po­pada w nie­po­godny na­strój, rombo za­wsze jest w po­bliżu.

TRZĘ­SIE­NIE

Trzę­sie­nie ziemi jest wszę­dzie. W po­ro­śnię­tych gę­sto blusz­czem ru­inach za­wa­lo­nych do­mów przy dro­dze kra­jo­wej nu­mer trzy­na­ście, w ry­sach i bli­znach wy­so­kich bu­dyn­ków, po­pę­ka­nych na­grob­kach, krzy­wi­znach od­bu­do­wa­nych ka­tedr, pu­stych ulicz­kach sta­rych wio­sek, za­wi­łych ni­czym układ li­nii na pla­strze miodu, brzyd­kich no­wo­cze­snych do­mach i osie­dlach, po­sta­wio­nych na wzór wy­ide­ali­zo­wa­nego miej­sca, ja­kim są przed­mie­ścia z ame­ry­kań­skich se­riali. Da­lej, na polu, stoją nowe bu­dynki, poza za­sy­pa­nymi miej­sco­wo­ściami, czę­sto jed­no­pię­trowe; grunt, żeby na głowę nie spa­dło za dużo, je­śli znów... - tak jak w tam­tym roku, roku trzę­sie­nia ziemi: 1976. Od tam­tego czasu mi­nął już ka­wał ży­cia albo i wię­cej, ale in­skryp­cja, którą to wy­da­rze­nie wryło w pa­mięć wszyst­kich, nie znik­nęła, wciąż na nowo żłobi ją przy­po­mi­na­nie, mó­wie­nie o tym, co i gdzie, o tym, jak szu­kało się schro­nie­nia, i o stra­chu, o tym, jak na­słu­chi­wało się po­now­nych grzmo­tów w ga­ra­żach, na po­wie­trzu, w wy­pcha­nym ro­dzin­nym fia­cie, w ru­inach, mię­dzy zmar­łymi, z ko­tem w ra­mio­nach. Wszyst­kich tych przy­wo­ła­nych ob­ra­zów wy­star­czy­łoby, by wy­ło­żyć całą drogę stąd, od cmen­ta­rza z wi­do­kiem na pół­noc, aż do od­da­lo­nego, li­lio­wo­nie­bie­skiego, wy­raź­nie szra­fo­wa­nego łań­cu­cha Monte Musi, szczytu, który przy­po­mina ra­czej gębę lub pysk z kłami niż muzy. Wszystko we­dle gór­skiego al­fa­betu. Osta­tecz­nie może zna­la­złaby się nie­spo­dzie­wa­nie uto­ro­wana ścieżka pro­wa­dząca na jego grań, z wi­do­kiem na nie­wielką do­linę rzeczną u stóp Monte Ca­nin, pro­sto­pa­dłą do ścieżki wy­ło­żo­nej ob­ra­zami trzę­sie­nia ziemi. Do­brze by było, gdyby tego dnia, gdy zo­staną wy­ło­żone ob­razy, nie było wia­tru i pa­no­wała cał­ko­wita ci­sza, uro­czy­sta ci­sza, w któ­rej można by po­ko­nać drogę wspo­mnień.

Dziś jed­nak wieje wiatr. Tuż obok muru z wi­do­kiem na góry, które w świe­tle bez cie­nia wy­glą­dają jak po­skła­dane, obok grobu za­la­ko­wa­nego be­to­nem, gład­kiego i bia­łego, z wień­cem z wy­bla­kłych pla­sti­ko­wych kwia­tów, stoi ni­ski męż­czy­zna o bia­łych wło­sach i brzyd­kich zę­bach i roz­ma­wia przez te­le­fon. Opi­suje mo­giłę, za­zna­cza, że jest czy­sta i wy­sprzą­tana, po­woli wy­ma­wia wid­nie­jące na niej na­zwi­ska i wspo­mina także o wieńcu, nie mó­wiąc jed­nak o wy­bla­kłych kwia­tach, na ko­niec zaś stwier­dza, jak gdyby w od­po­wie­dzi na coś, co po­wie­dział głos po dru­giej stro­nie: Pa­mięć jest zwie­rzę­ciem, które szczeka wie­loma py­skami.

AN­SELMO

Ni­ski męż­czy­zna o bia­łych wło­sach i brzyd­kich zę­bach na­zywa się An­selmo. Jest pra­cow­ni­kiem gminy i lubi szu­kać dla sie­bie za­dań na cmen­ta­rzu. Tu­taj za­wsze znaj­dzie się coś do ro­boty, na wzgó­rzu za skal­nym gar­bem zie­mia jest płytka, a liczba gro­bów ogra­ni­czona. Roz­bu­do­wuje się ko­lum­ba­ria, mo­giły równa z zie­mią, szczątki znosi do kost­nicy, przy­cina się ga­łę­zie i ścina drzewa, spraw­dza wy­trzy­ma­łość płyt i na­grob­ków. An­selmo zna się na rze­czy. Wie, w któ­rych miej­scach za­pa­dają się groby, ja­kie uszko­dze­nia mogą po­wstać na na­grob­kach i które miej­sce po­chówku jest naj­bez­piecz­niej­sze w przy­padku trzę­sie­nia ziemi. Od­ra­dza wzno­sze­nie mau­zo­leów, zwra­ca­jąc uwagę na pęk­nię­cia w ścia­nach oka­za­łych gro­bow­ców ro­dzin­nych. Chęt­nie wdaje się w po­ga­wędki z od­wie­dza­ją­cymi, a za­miej­sco­wym po­leca się jako za­ufana osoba.

Wę­drow­com i ro­we­rzy­stom su­ge­ruje się po­stój na cmen­ta­rzu, bo od pół­noc­nego za­chodu pod mu­rem usta­wiono długą ta­blicę z pa­no­ramą, z któ­rej można od­czy­tać na­zwę każ­dego wierz­chołka. Pół­okrąg szczy­tów i grzbie­tów, które ni­czym ochra­nia­jące ra­miona ota­czają kra­jo­braz mo­re­nowy od za­chodu, pół­nocy i wschodu, na pa­no­ra­mie roz­po­ściera się jak pro­sty łań­cuch przed ob­ser­wu­ją­cymi, któ­rzy mu­szą się przy­zwy­czaić do znie­kształ­ce­nia kra­jo­brazu, gdy pa­trzą to na ilu­stra­cję, to na góry, prze­su­wa­jąc opusz­kami pal­ców po szczy­tach na ta­blicy, jak gdyby mo­gli wy­czuć na niej ich struk­turę. Także do tych wy­ciecz­ko­wi­czów An­selmo chęt­nie pod­cho­dzi i opo­wiada o kra­jo­bra­zie. Za­wsze zwraca uwagę na Monte Ca­nin i jego ośnie­żoną aż do wio­sny kopę i wspo­mina, że do­ra­stał w cie­niu tej góry. Gdy szczyt za­sła­niają chmury, mówi: Dziś nie chce nam się po­ka­zać. Czę­sto tak robi. Po­ka­zuje się tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Ca­nin jest bar­dzo hu­mo­rza­sty.

SZÓ­STY MAJA

O po­ranku szó­stego maja na reszt­kach śniegu po­kry­wa­ją­cych szczyt Monte Ca­nin przez chwilę kła­dzie się ró­żowe świa­tło. Wkrótce bled­nie, słońce się nie wy­chyla. Tego po­ranka na po­czątku maja na zbo­czach w do­li­nie, bia­łej od wa­pie­nia i zie­lo­nej od bu­ków i lesz­czyny, sre­brzy­stej od oliw­ni­ków na brzegu, pa­nuje ci­sza. Pod cienką war­stwą chmur roz­cho­dzi się upał.

*

Olga wcze­śnie wy­cho­dzi z domu, ru­sza ulicą w dół na przy­sta­nek. Za­py­tana póź­niej, po­wie: Gdy tego po­ranka scho­dzi­łam po stop­niach na ulicę, zo­ba­czy­łam węża, car­bon, któ­rego za­zwy­czaj można spo­tkać ra­czej na dole nad rzeką, nie na gó­rze we wsi. Le­żał na frag­men­cie murku, jak gdyby wy­grze­wał się w słońcu, czarny pa­tyk, mimo że słońce wcale nie świe­ciło, choć było cie­pło. Ku­kułka wo­łała bez prze­rwy, już od sa­mego rana. To wła­śnie pa­mię­tam do­sko­nale: ku­kułkę, tego węża i wszyst­kie hi­sto­rie o tym ga­tunku, które przy­szły mi do głowy póź­niej.

*

Po po­łu­dniu An­selmo po­maga w ko­sze­niu trawy. Jest na to jesz­cze wcze­śnie. An­selmo za­pa­mięta ten czwar­tek. Pa­mię­tam to do­kład­nie, po­wie póź­niej. W czwartki wra­ca­li­śmy wcze­śniej ze szkoły. Pa­mię­tam, że było go­rąco, a po je­dze­niu mu­sie­li­śmy zejść z sio­strą zbo­czem na łąkę, by po­móc w ko­sze­niu, po raz pierw­szy tego roku. Trawa zdą­żyła mocno wy­ro­snąć.

Tego dnia słońce jest ja­skrawą dziurą w chmu­rach, pali dzieci w kark, aż do bólu. Świersz­cze ter­ko­czą cienko i ner­wowo, jak gdyby było im spieszno. Babka tnie źdźbła kosą. Trawa jest ciężka, babka się poci, a na­rzę­dzie raz po raz tępi i czę­ściej niż za­zwy­czaj trzeba je ostrzyć. Dzieci w po­śpie­chu gra­bią i ukła­dają ścięte kępki war­stwami. Da­lej!, sły­chać nie­ustan­nie na­wo­ły­wa­nie babki. Szyb­ciej!

An­selmo bę­dzie pa­mię­tał, że zło­ściła ją opie­sza­łość dzieci, ale także trawa, która - choć z po­zoru tak su­cha i szorstka - tę­piła kosę, jak gdyby była mo­kra. Osełka ude­rza w ostrze, ale echo się nie roz­cho­dzi, jakby po­wie­trze po­chła­niało dźwięk. Przy czym, po­wie póź­niej An­selmo, aż na łące sły­sze­li­śmy śpiew dzwońca.

Ten to się drze, jak gdyby się pa­liło, stwier­dza męż­czy­zna, który za­ma­szy­stymi ru­chami kosi trawę na łące obok. Tnie ostrzem źdźbła, a wie­chliny opa­dają na zie­mię. Mimo to rów­nie czę­sto jak babka An­selma musi ro­bić prze­rwy i ostrzyć kosę.

*

Szó­stego maja śnieg na szczy­cie lśni w po­zba­wio­nym cieni świe­tle po­ranka. Na­wet naj­lżej­sze od­dzia­ły­wa­nie me­cha­niczne mo­głoby szybko ob­ru­szyć po­ła­cie śniegu i spra­wić, że zejdą w do­linę. Wy­star­czyłby nie­roz­ważny wę­dro­wiec czy ob­ryw skalny. Ale o tej po­rze roku nikt nie cho­dzi tu­taj po gó­rach.

*
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki