Terapia rodzinna, październikowe popołudnie poprzedniego roku
- Przepraszam państwa na moment - powiedział wysoki, szczupły mężczyzna w okularach i brązowej tweedowej marynarce, który od godziny prowadził spotkanie z rodziną Kotlarków. - Nie policzę państwu za tę przerwę - dodał, zamknął laptop, na którym robił notatki z przebiegu spotkania, i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Siedząca na jednym z miękkich foteli Agata zacisnęła szczęki i poprawiła na sobie gruby wełniany sweter w kolorze nijakiego beżu. Wystrojony w elegancki garnitur Waldemar sięgnął po dodatkową torebkę cukru, aby dosłodzić herbatę, a ich dzieci, Gabrysia i Konrad, wyjęły z kieszeni telefony i zaczęły skrolować ekrany.
- Byłam przygotowana na to, że na terapii opierdziela się najpierw rodziców. Wiadomo, to oni wychowują dzieci, decydują o losie całej rodziny, zarabiają pieniądze, niejako władają wolnym czasem, są od planowania, zarządzania, zaopatrywania i tak dalej - zaczęła Agata, sięgając po filiżankę stojącą na stoliku przed nią. - Nie sądziłam jednak, że aż tak. Ten facet omal się nie zapluł, gdy recytował wyuczone definicje. - Upiła nieco i się skrzywiła. - Rzeczywiście paskudna. Podaj mi cukier - zwróciła się do męża, a ten bez słowa wyciągnął rękę po znajdujący się bliżej niego koszyczek z torebeczkami wypełnionymi brązowymi i białymi kryształkami i podsunął go jej, a kiedy się poczęstowała, odstawił na miejsce.
- Sama nas tu zaciągnęłaś - przypomniał i wsypał zawartość swojej torebki do filiżanki, po czym energicznie zamieszał w niej łyżeczką, stukając o brzegi naczynia. - No co? - Spojrzał pytająco na żonę.
- Nic - odrzekła, przewracając oczami, i zamieszała swoją herbatę mniej energicznie niż mąż.
- To chyba normalne z tymi uwagami. Jak chcę coś zmienić w firmie, to zaczynam od szefostwa, od zarządu - stwierdził tonem profesjonalisty Waldemar.
- Ciekawe, bo jakoś nie zauważyłam, żeby ciebie ten chudy gryzipiórek opierdzielał. - Agata odstawiła filiżankę i sięgnęła po ciastko. - Suche strasznie - oceniła. - Stare jakieś, ale pleśni nie widać. - Obróciła resztkę brązowego krążka w palcach i wepchnęła ją sobie do buzi.
- To atrapa, mamo. - Gabrysia wyjrzała znad ekranu telefonu. - Wypluj to, bo inaczej się pochorujesz.
Agata przyjrzała się bliżej ciastkom stojącym na paterze, po czym sięgnęła po serwetkę i wypluła to, co miała w ustach.
- Tfu! - Wytarła serwetką język. - To z nerwów - usprawiedliwiła się, choć nikt za bardzo nie był zdziwiony. Agacie dość często przytrafiały się podobne wpadki. - Pan - zrobiła wymowną pauzę - pożal się Boże psycholog tylko mnie ochrzaniał za to, co w naszej rodzinie nie gra. Czemu nie ojca? - rzuciła pytaniem w przestrzeń eleganckiego, całkiem przytulnego gabinetu utrzymanego w pastelowych barwach. - No tak - odpowiedziała sobie. - W sumie trudno coś zje... zepsuć - poprawiła się. - Trudno coś zepsuć, jeśli się nic nie robi. Cała odpowiedzialność spada na matkę. Jak dzieci są za bardzo wrażliwe, to matka pewnie na nie chuchała i dmuchała, jak mało empatyczne albo lepią się do nieodpowiednich osób, to pewnie nie okazywała im uczuć, jak agresywne, to zapewne się na nie od kołyski wydzierała, a jak mało asertywne, to pewnie decydowała za nie. Co nie zrobisz, to nie pasuje. Zawsze, kuźwa, źle.
- Mamo... - upomniała ją Gabrysia.
- A co, nieprawda? Co by biedna matka nie zrobiła, to zawsze jej wina. Jak ktoś zamorduje kogoś z zimną krwią, to o co go pytają, żeby stwierdzić poczytalność? O to, jakie miał relacje z matką! Czy go odpowiednio przewijała, karmiła, ubierała, czy opowiadała mu bajki na dobranoc. I jakie - podkreśliła, unosząc palec wskazujący. - Bo nieważne, że naoglądał się ociekających krwią horrorów albo polował z kolegami na szczury w piwnicy, ale istotne, że matka mu opowiedziała o tym, że wilk pożarł Czerwonego Kapturka zamiast go uratować.
- Mamo... - powtórzyła córka.
- Co "mamo"?! Tak już jest. Matki zawsze są winne. Może najprościej byłoby od razu, jak ginekolog informuje kobietę, że jest w ciąży, to niech ją opierdzieli z góry na dół na zapas, żeby się przyzwyczaiła. Albo najlepiej nic nie robiła, bo i tak to schrzani. - Agata zakończyła swoją tyradę i wyzywająco spojrzała na resztę rodziny.
- Mamo - wymruczała dosadniej córka i wskazała głową na drzwi.
Agata odwróciła się za siebie i spojrzała na stojącego w wejściu psychologa przyglądającego się jej z nieodgadnioną miną.
- To na czym skończyliśmy? - spytała lekko zarumieniona, poprawiając wymykające się z upięcia kosmyki. - Mówił pan, żebyśmy przynajmniej raz dziennie siadali wspólnie do stołu i opowiadali sobie o minionym dniu, tak?
- Tak, pani Agato - potwierdził psycholog i uśmiechnął się kpiąco. - A z panią chciałbym spotkać się na osobności.
- Psia kość - wyszeptała pod nosem.