7
Pół tylnego siedzenia w oplu zajmuje atari i telewizor CRT. Dokładamy destylaty Góry, torby z ubraniami na podróż poślubną na dwa tygodnie, aparaty lomo i lustrzankę. W kuchni zalewam kawę w termosie z napisem "Thirsty". Ola ustawia automatyczną miskę dla kotów - ma otworzyć się za parę godzin. Wsypuje do niej kostki lodu, żeby pokarm był zimny. Chodzi po kuchni i opowiada, jak to koty będą cierpieć, bo nas nie będzie. Zastanawia się, czy nie zostać. Przekonuję ją, że przecież tyle czasu przygotowywaliśmy podróż i wesele i że jest kittysitterka.
Wychodząc, żegnamy się z kotami Miszą i Cukrem. Ola tuli je i nie chce wyjść.
- Prawa kota są łamane w tym domu. Jak wy sobie poradzicie tak długo bez nas? Będziemy tęsknić. Jutro przyjdzie do was ciocia - mówi do nich.
Zamykam mieszkanie i w skrytce zostawiam klucze dla opiekunki kotów.
Już w aucie wstawiam termos w dziurę koło lewarka - tak żeby łatwo było po niego sięgać, siedząc za kierownicą.
Ruszamy z parkingu na Retoryka. Opel jest tak obładowany, że nic nie widzę w wewnętrznym lusterku, muszę polegać na tych na zewnątrz.
Konrad po raz kolejny dziś pyta, jak czuliśmy się po destylatach. On nie mógł spać od piątej. Ola podobnie, po zbyt wczesnym wybudzeniu zaczęła się martwić o imprezę w Jasielówce. Zastanawiała się, czy jakieś leki wziąć, żeby się uspokoić. Konrad opowiada, że ma problemy ze snem przez rozregulowany tryb życia. Żeby go wyregulować, co dwa tygodnie upija się tymi destylatami, żeby chociaż raz na jakiś czas mocno spać.
Ciągle drapie się po ciele i opowiada nam o trzech słowackich poetach zaangażowanych. Wszystkich chce przełożyć na polski. Z pamięci podaje cytaty z wierszy. Rozgryza, jak te teksty tłumaczyć. Między cytatami ze słowackich poetów zaangażowanych wspomina o grzybach i wyprawie do lasu.
- Cel jest taki, żeby znaleźć huby. Przede wszystkim chicken of the woods. Będzie huba, będzie główne danie - mówi.
Opowiada też o innych hubach - żółtych, czarnych, z których zrobimy napój miłosny, i o hubie psychodelicznej.
- Są też takie huby, które mogą zabić, ale tych nie będziemy zbierać - dodaje.
Zjeżdżamy z autostrady, mijamy Tarnów. Konrad widzi tabliczkę z napisem "Świniogóra" i prosi:
- O! Świniogóra to ja! Maro, zrób mi zdjęcie!
Zatrzymujemy się, robię mu zdjęcie. Wrzucam je na Instagrama i na instastorkę z hasztagiem #on_the_road #swiniogora, coś jest jednak nie tak z aplikacją i ani zdjęcie, ani story nie zostają opublikowane.
W Swoszowej skręcamy na Radoszyce. Na środku drogi stoi kogut. Samochód zostawiamy na dziole i idziemy pieszo w dół w kierunku wontoki, do domu i gospodarstwa. Mijamy stodołę.
- Zjechać byśmy zjechali, ale przy takim obładowaniu możemy nie wyjechać do dziołu - wyjaśniam.
Pokazuję im stajnię, duży murowany budynek.
- To tutaj. Dziadek opowiadał mi, że jego dziadek czy pradziadek wiązał pana w żłobie i go piłami rżnęli.
Ola mówi, że zna już tę historię.
Witamy się z ciotką, która zabiera nas do piwnicy i pokazuje, co ma.
- Bierzcie, co chcecie - zachęca. - Te zimnioki są małe, na nic się nie zdadzą.
- Ja bym je wykorzystał - włącza się Góra.
- Do czego?
- No już pani wie do czego.
I śmieje się.
- Ciociu, on dużo alkoholu pędzi - tłumaczę.
Zbieramy ziemniaki, kurki, wielkie cukinie i olbrzymie dynie. Ola bierze jedną cukinię do ręki i mówi:
- Nie są sformatowane. A już na przykład dziecko, co nie jeździ na wieś, toby myślało, że wszystkie cukinie wyglądają tak samo jak w sklepie.
Wynosimy je na górę, do opla. Auto jest tak napchane, że nie ma ich już gdzie wcisnąć. Kiedy jedziemy do Trzcinicy, Konrad trzyma te cukinie i ziemniaki na kolanach i nadal opowiada o zaangażowanych poetach słowackich.
Już po zjechaniu z góry koło Czajosa mijamy dom cioci Heli i - zaraz potem - dom ludowy.
- Tutaj w ejtisach i najntisach chodziliśmy na dyskoteki. U nas królowały C. C. Catch i hity Magdy Dureckiej. Tu niedaleko biłem się na dyskotece i dostałem sztachetą w nos. Do tej pory mi nie naprostowali pomimo jednej operacji. - Wskazuję na swój nos.
W domu mama częstuje nas pierogami z owocami.
- Miód mocie od Stefana z jego uli. I te wina som w piwnicy... - mówi.
- Nie ma już na to miejsca w aucie. Ale miód weźmiemy, na śniadanie jutro - odpowiadam.
Umawiamy się, że następnego dnia pan Stefan dowiezie zrobione przez mamę paszteciki, pierogi, nalewki własnej produkcji i ciastka. Do Jasielówki jedziemy zapchani po dach. Konrad zza tych ziemniaków i cukinii ciągle opowiada o trójce zaangażowanych poetów słowackich.