Romantika - Piotr Marecki

Kup ebooka

31.90 zł
24.56 zł (17,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Leżymy z Olą na sofie i kończymy list do gości z zaproszeniem na wesele. Dodajemy w Gmailu prawie osiemdziesiąt adresów i wysyłamy:

DRODZY I DROGIE!

Dla uczczenia naszego ślubu chcemy Was serdecznie zaprosić na imprezę typu grill / ognisko w pierwszy weekend września.

Dzięki uprzejmości Niny i Shutego impreza odbędzie się w nowo otwartej agroturystyce "Jasielówka" w Woli Niżnej k. Jaślisk.

Główna impreza zaplanowana jest na sobotę 7 września, natomiast my będziemy tam przebywać od czwartku 5 września i tak też mamy zarezerwowany dom, więc zjeżdżać można na cały ten okres, albo jak ktoś nie może akurat na sobotę, to niech wpada pohangoutować z nami w pięknych okolicznościach przyrody Beskidu Niskiego w czwartek / piątek.

Wydarzenie ma charakter studentkorsko-górsko-wycieczkowy, tak że marynarki zostawcie w domu, za to weźcie trapery i krem do opalania.

WYŻYWIENIE I NAPOJE

Dajcie znać, jeśli macie jakieś specjalne preferencje żywieniowe.

Defaultowo planujemy Was wyżywić domowym polskim jedzeniem i tym, co do zaoferowania ma późnym latem wieś (pomidory, sery, śliwki). Jeśli chcecie uświetnić imprezę własnymi wypiekami / ulubionymi przekąskami / wrzucić na grilla coś od siebie - doskonale!

Zapewnimy podstawowy wachlarz alkoholi, ale jak najbardziej możecie uzupełnić tę ofertę o własne ulubione napitki i używki (tym bardziej że jednak będziemy dość na odludziu).

PROGRAM ROZRYWKOWY

Wstępnie przewidujemy co najmniej pokaz demoscenowy na atari i open mica, a także spacery krajoznawcze po okolicy. Weźmiemy projektor, będzie nagłośnienie.

Widzimy to tak, że program tworzycie Wy wszyscy, więc zgłaszajcie śmiało propozycje uświetnienia wydarzenia, pomysły na rozrywki i zabawy!

DOJAZD

Jeśli ktoś chce jechać transportem publicznym, to najłatwiej dotrzeć busem do Krosna i stamtąd busem do Woli Niżnej. Ew. można dostać się do Rymanowa i stamtąd jest już 20 min. autem, więc można liczyć, że ktoś po Was wyjedzie / złapiecie stopa.

Dajcie proszę znać, jeśli planujecie jechać autem i możecie ze sobą przybrać po drodze inne osoby, postaramy się Was połączyć :)

I odwrotnie - zgłaszajcie, jeśli chcielibyście, żeby zorganizować Wam dojazd z Krakowa, i w który dzień - jeśli zbierze się większa grupa z takim zapotrzebowaniem, będziemy ogarniać busa.

INNE

Co istotne: chcielibyśmy grilla przeprowadzić w duchu less waste, czyli starając się generować mniej śmieci typu plastikowe talerzyki, ale to jeszcze będziemy pisać, co prosimy zabrać ze sobą:D

Do mejla załączamy grafikę zaprojektowaną przez Chromrego na tę okoliczność i zdjęcie Jasielówki.

6

- Ania odmówiła. Pisze, że bierze tak silne leki na depresję, że nie będzie mogła prowadzić. Wcześniej pisała, że jeśli nie zejdzie do dwudziestu pięciu miligramów, to przyjedzie raczej autobusem, a teraz to już w ogóle - mówię do Oli. Pakujemy się na wyjazd.

Ola:

- Powiedziałam babci, że jedziemy na Ukrainę w podróż poślubną. Bardzo się ucieszyła. Po raz pierwszy mi powiedziała, że prababcia była ze Stryja, więc pojedziemy tam odkrywać moje korzenie.

Góra pisze na Messengerze, że dojeżdża do Krakowa. Odpowiadam, że natychmiast po niego jadę. Wsiadam w opla i kieruję się na dworzec. Czekam na parkingu przy peronach. Z windy wychodzi Konrad z dużym plecakiem na stelażu. Ubrany jest w dresy i T-shirt za krótki na wielki brzuch, który wystaje mu spod koszulki. Zapuścił też długą brodę. Przed włożeniem plecaka do auta pokazuje mi, że destylaty przywiózł w plastikowych butelkach, żeby się nie uszkodziły podczas drogi. Wyjmuje kilka.

- Ale nie muszę wąchać? - pytam.

- Teraz nie. Później. - Wkłada je z powrotem do plecaka.

Proponuje, żeby do jakiejś knajpy podjechać i poprosić o szklane butelki, to przelejemy. Wyjaśniam, że najpierw jedziemy do mieszkania na Retoryka, do Oli, później knajpa.

W drodze, kiedy przejeżdżamy przez Aleje, opowiada, że założył dzisiaj wydawnictwo, żeby wydawać słowackich i czeskich poetów oraz poetki zaangażowane. Mam mu poradzić, jak takie wydawnictwo się prowadzi.

Wnosimy plecak destylatów na górę, rozstawiamy butelki na stole.

- Jest pomysł, żeby je rozpić. Jeszcze dziś - mówię do Oli.

Ustalamy, że idziemy kupić coś dobrego do jedzenia.

W Kocyku Konrad kręci się wokół produktów i oznajmia, że chciałby coś, co można brać całymi rękami i się najeść. Wybiera bób.

- I jakiś rarytas. - Wkłada słoik karczochów do koszyka.

- Kupujemy też pieczywo i owoce? - Wskazuję na półkę.

- Wszystko, co może być zagryzką - odpowiada Konrad.

Wracamy do domu przez Cafe Szafe. Prosimy barmana, żeby dał nam jakieś butelki, jeżeli ma. Ten wyjmuje puste butelki zza kotary. Milczy. Dziwnie się na nas patrzy. Niektóre nie mają nakrętek, więc za te dziękujemy. Barman z przekąsem przeprasza, że wyrzucił nakrętki.

Już w mieszkaniu rozkładamy rarytasy na stole przy sofie, gotujemy bób. Przelewamy zawartości do butelek. Konrad oznacza niektóre z nich zielonymi wstążkami, które podała mu Ola:

- To czyste dziewięćdziesiąt procent. Będzie do opalania grilla i warzyw. Żeby nikomu nie przyszło do głowy tego pić.

Ciągle przewiązuje butelki i opowiada nam o słowackiej poezji zaangażowanej. Pijemy bananowicę i komplementujemy smak.

- Zrobiona z owoców od sprzedawców z targu, którzy chcieli je wyrzucić, bo były już przejrzałe - wyjaśnia.

Zmienia temat: właśnie wrócił z festiwalu Parzybroda w Białych Błotach, na który przyjechały stare punki.

- I te stare punki walczyły z młodymi punkami. Darli się na mnie, że mam brzuch. To był ich argument. Brzuch.

Ola i Konrad piją po parę kieliszków, ja jeden na spróbowanie.

- Jutro muszę prowadzić - tłumaczę.

Konrad opowiada Oli o wydawnictwie, o pomyśle wydawania słowackich i czeskich poetów zaangażowanych.

- Na jedną kupkę będziemy odkładać pieniądze dla mnie, na drugą dla Jacka, na kolejną dla wydawnictwa, na kolejną dla autora.

- To chyba kupki długów będą - komentuje Ola.

Proponujemy Konradowi prysznic, lecz mówi, że niczego nie wziął na zmianę, ma tylko te dresy i tę jedną koszulkę. Nie myje się też.

- W ten sposób komary mnie nie gryzą i w lesie dzikie zwierzę nie wyczuje - wyjaśnia.

Oli bardzo podoba się pomysł z niemyciem, z naturalnym zapachem. Uderza w korporacje kosmetyczne, które zarabiają na szamponach:

- Dawniej ludzie myli włosy raz na tydzień i wystarczało.

11

Jedziemy do najbliższej wioski i zatrzymujemy się przy pierwszej hospodzie. Konrad przerzuca się na słowacki i zamawia po jednym piwie dla siebie i Shutego, a dla mnie kofolę.

Pije piwo, wsłuchuje się w słowackie piosenki i oznajmia:

- Na co dzień to tego słucham na YouTubie, a tutaj mam na żywo.

Jest bardzo zadowolony. Zagaduje panią za barem: o alkohol, o kartę, o jedzenie, o miejscowość.

Shuty opowiada o ciemnych stronach prowadzenia agroturystyki, że przyjeżdżają do niego turyści i chcą z nim pić:

- Raz przyjechali goście, nigdy ich wcześniej nie widziałem, a oni mnie ściskają, flaszkę wyciągają. Ja mówię, że mam pracę, że agroturystyka tak jest pomyślana, żeby turyści sobie, a my sobie. A oni do mnie, że w Bieszczadach byli i że tam gospodarz z nimi pił. Ja, że tutaj jest inaczej. Książkę piszę z pastami i skitami, wieczorami poprawiam. Nie zrozumieli i straciłem na tym. Na następny dzień wyjechali. Jeszcze dogryzali, że tylko córka jest gościnna, bo tylko ona nawiązuje kontakt z turystami.

Kończymy piwa i kofolę. Płacimy rachunek i jedziemy na zakupy do sklepu przy granicy.

Konrad pyta, ile butelek.

- To ty decydujesz. My i tak robimy wyjątek, bo chcieliśmy całą imprezę zorganizować bez zakupów w sklepie i wspierania kapitalizmu. No ale skoro tak lubisz Słowację...

Ostatecznie wypełniamy auto mniejszymi i większymi butelkami z piwami Topvar, Smädný mních, Šariš, Kelt. Wracamy do Polski.

Zatrzymujemy się po drodze w Daliowej.

- Tu od gospodyni bierzemy sery - instruuje Shuty.

Siedzi w aucie spalony, nie chce, żeby we wsi widzieli go w takim stanie. Wchodzę więc do domu sam. Gospodyni wyjmuje sery z lodówki, kładzie na stół, a następnie pakuje do plastikowych reklamówek. W tym samym momencie za oknem kuchennym pojawia się postać. Konrad. Gospodyni odkłada sery i patrzy, co on robi, a ten podchodzi pod to okno i zaczyna sikać. Biorę sery, płacę. Wychodzę. Kładę sery na słowackie piwa. Odpalam auto i mówię:

- Gospodyni miała minę, jakby czegoś podobnego w życiu nie widziała.

- Nie róbcie mi siary na wsi, bo ludzie będą później opowiadać, że jakieś narkomany, pijaki, artyści przyjechali - prosi Shuty.

Jedziemy. Parę domów dalej, w Posadzie Jaśliskiej, Shuty każe się zatrzymać.

- Tutaj jajka, sery wędzone, mleko. Piotrek, ty mów z panią, bo ja jestem spalony.

Idziemy chodnikiem przez podwórko, odganiając gęsi. Gospodyni wychodzi i oznajmia, że wszystko jest, można dzisiaj trochę, jutro trochę.

- Problem tylko z serami wędzonymi, miał gospodarz robić, tak było umówione, ale zaczął robić co innego. - Pokazuje palcami na szyję. - I nie uwędził. Więc ja powędziłam trochę, ale nie umiem tak jak on. On lepiej to robi.

Ja i Konrad odganiamy gęsi, które nas atakują, a gospodyni chodzi od wędzarni do komórki i nosi. Jajka - sto sześćdziesiąt, sery - cztery kilo czterdzieści, sery wędzone - ponad trzy kilo.

Wskazuje na Shutego:

- Pan z miasta, pan będzie liczył - mówi.

- Nawet ekonom, studia skończył w tym zakresie - dodaję.

Shuty wbija kwoty i wagę na kalkulator w komórce, lecz nic mu nie wychodzi. Spisuje to na kartce papieru, ale nic się nie sumuje.

Gospodyni po jakimś czasie przynosi swój kalkulator i sprawnie, szybko liczy. Wychodzi do zapłaty dwieście dziewięćdziesiąt złotych.

Płacę, zostawiam resztę i umawiam się na odbiór mleka na jutro.

Nosimy jajka i sery do auta, kładziemy je na słowackich piwach. Chodzimy kilka razy od gospodarstwa do auta, żeby wszystko bezpiecznie przenieść. Wreszcie jedziemy autem pełnym piw, jaj i sera do Jasielówki.

- To jest jakiś skandal, żeby za tyle jedzenia, takiego dobrego, bez chemii, zapłacić tylko trzysta złotych. Ci rolnicy nigdy sobie nie poradzą! Będą pić! To jest tyle pracy. A tylko trzysta złotych. Skandal! - wrzeszczy spalony Shuty, wymachując rękami.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

7

Pół tylnego siedzenia w oplu zajmuje atari i telewizor CRT. Dokładamy destylaty Góry, torby z ubraniami na podróż poślubną na dwa tygodnie, aparaty lomo i lustrzankę. W kuchni zalewam kawę w termosie z napisem "Thirsty". Ola ustawia automatyczną miskę dla kotów - ma otworzyć się za parę godzin. Wsypuje do niej kostki lodu, żeby pokarm był zimny. Chodzi po kuchni i opowiada, jak to koty będą cierpieć, bo nas nie będzie. Zastanawia się, czy nie zostać. Przekonuję ją, że przecież tyle czasu przygotowywaliśmy podróż i wesele i że jest kittysitterka.

Wychodząc, żegnamy się z kotami Miszą i Cukrem. Ola tuli je i nie chce wyjść.

- Prawa kota są łamane w tym domu. Jak wy sobie poradzicie tak długo bez nas? Będziemy tęsknić. Jutro przyjdzie do was ciocia - mówi do nich.

Zamykam mieszkanie i w skrytce zostawiam klucze dla opiekunki kotów.

Już w aucie wstawiam termos w dziurę koło lewarka - tak żeby łatwo było po niego sięgać, siedząc za kierownicą.

Ruszamy z parkingu na Retoryka. Opel jest tak obładowany, że nic nie widzę w wewnętrznym lusterku, muszę polegać na tych na zewnątrz.

Konrad po raz kolejny dziś pyta, jak czuliśmy się po destylatach. On nie mógł spać od piątej. Ola podobnie, po zbyt wczesnym wybudzeniu zaczęła się martwić o imprezę w Jasielówce. Zastanawiała się, czy jakieś leki wziąć, żeby się uspokoić. Konrad opowiada, że ma problemy ze snem przez rozregulowany tryb życia. Żeby go wyregulować, co dwa tygodnie upija się tymi destylatami, żeby chociaż raz na jakiś czas mocno spać.

Ciągle drapie się po ciele i opowiada nam o trzech słowackich poetach zaangażowanych. Wszystkich chce przełożyć na polski. Z pamięci podaje cytaty z wierszy. Rozgryza, jak te teksty tłumaczyć. Między cytatami ze słowackich poetów zaangażowanych wspomina o grzybach i wyprawie do lasu.

- Cel jest taki, żeby znaleźć huby. Przede wszystkim chicken of the woods. Będzie huba, będzie główne danie - mówi.

Opowiada też o innych hubach - żółtych, czarnych, z których zrobimy napój miłosny, i o hubie psychodelicznej.

- Są też takie huby, które mogą zabić, ale tych nie będziemy zbierać - dodaje.

Zjeżdżamy z autostrady, mijamy Tarnów. Konrad widzi tabliczkę z napisem "Świniogóra" i prosi:

- O! Świniogóra to ja! Maro, zrób mi zdjęcie!

Zatrzymujemy się, robię mu zdjęcie. Wrzucam je na Instagrama i na instastorkę z hasztagiem #on_the_road #swiniogora, coś jest jednak nie tak z aplikacją i ani zdjęcie, ani story nie zostają opublikowane.

W Swoszowej skręcamy na Radoszyce. Na środku drogi stoi kogut. Samochód zostawiamy na dziole i idziemy pieszo w dół w kierunku wontoki, do domu i gospodarstwa. Mijamy stodołę.

- Zjechać byśmy zjechali, ale przy takim obładowaniu możemy nie wyjechać do dziołu - wyjaśniam.

Pokazuję im stajnię, duży murowany budynek.

- To tutaj. Dziadek opowiadał mi, że jego dziadek czy pradziadek wiązał pana w żłobie i go piłami rżnęli.

Ola mówi, że zna już tę historię.

Witamy się z ciotką, która zabiera nas do piwnicy i pokazuje, co ma.

- Bierzcie, co chcecie - zachęca. - Te zimnioki są małe, na nic się nie zdadzą.

- Ja bym je wykorzystał - włącza się Góra.

- Do czego?

- No już pani wie do czego.

I śmieje się.

- Ciociu, on dużo alkoholu pędzi - tłumaczę.

Zbieramy ziemniaki, kurki, wielkie cukinie i olbrzymie dynie. Ola bierze jedną cukinię do ręki i mówi:

- Nie są sformatowane. A już na przykład dziecko, co nie jeździ na wieś, toby myślało, że wszystkie cukinie wyglądają tak samo jak w sklepie.

Wynosimy je na górę, do opla. Auto jest tak napchane, że nie ma ich już gdzie wcisnąć. Kiedy jedziemy do Trzcinicy, Konrad trzyma te cukinie i ziemniaki na kolanach i nadal opowiada o zaangażowanych poetach słowackich.

Już po zjechaniu z góry koło Czajosa mijamy dom cioci Heli i - zaraz potem - dom ludowy.

- Tutaj w ejtisach i najntisach chodziliśmy na dyskoteki. U nas królowały C. C. Catch i hity Magdy Dureckiej. Tu niedaleko biłem się na dyskotece i dostałem sztachetą w nos. Do tej pory mi nie naprostowali pomimo jednej operacji. - Wskazuję na swój nos.

W domu mama częstuje nas pierogami z owocami.

- Miód mocie od Stefana z jego uli. I te wina som w piwnicy... - mówi.

- Nie ma już na to miejsca w aucie. Ale miód weźmiemy, na śniadanie jutro - odpowiadam.

Umawiamy się, że następnego dnia pan Stefan dowiezie zrobione przez mamę paszteciki, pierogi, nalewki własnej produkcji i ciastka. Do Jasielówki jedziemy zapchani po dach. Konrad zza tych ziemniaków i cukinii ciągle opowiada o trójce zaangażowanych poetów słowackich.