Romans według Hanki Koc - Anka Tomczyk

Kup ebooka

5.05 zł
4.19 zł (4,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Banał nad banałami,

kiedy żonaty pan

zakocha się w niezamężnej pani.

Jej podpis na wewnętrznej stronie okładki książki był wyraźnie niepewny. Złożony z nadmierną starannością i lękiem. Albo wstydem. Drobne litery o niezbyt wyrobionym kształcie nie trzymały się żadnego wzorca, przez co trudno było rozpoznać w ich szczegółach jakąkolwiek powtarzalność. Dla przypadkowego obserwatora jej podpisy musiały wyglądać za każdym razem inaczej. Czasem były po prostu brzydkie, niechlujne, mało czytelne. Innym razem mogły być eleganckie i przejrzyste, wręcz ozdobne, przypominające swym charakterem rękopisy poetów epoki romantyzmu. Wszystko zależało od dnia. Od jej humoru. Od czasu, jakim akurat dysponowała. Od rodzaju papieru i długopisu, który w danej chwili trzymała w dłoniach. Możliwe, że znaczenie miała również sama treść podpisywanego tekstu. Książka ulubionego autora zasługiwała zapewne na bardziej kunsztowne zwieńczenie niż kupiony przypadkiem debiut.

Ten pierwszy podpis, który zobaczyłam lata temu, był bardzo zwyczajny. Gdybym sama nie pisała w podobny sposób, pomyślałabym że jego autorka pozbawiona jest charakteru. Niepozorne literki, nie zapisane ani zbyt szeroko, ani zbyt wąsko układały się w nudną linijkę, która przekazywała wyłącznie chłodną treść na temat danych osobowych. Nie kryły się w niej żadne podteksty, żadne podprogowe informacje, nic co niosłoby dodatkową treść. Po prostu inicjał imienia zakończony kropką, po której ciągnął się szereg liter nazwiska. Pierwsza z nich była lekko poprawiona. Kolejne zapisane zostały już na tyle ostrożnie i wyraźnie, że nie wymagały powtórnej ingerencji.

Podpis, jak wiele. Pospolity aż do bólu. Mimo to, patrzyłam na te kilka liter jak zahipnotyzowana. Tak, jakbym mogła wyczytać w nich jakieś ukryte wiadomości, symbole lub ostrzeżenia. Nie odnalazłszy żadnego z powyższych, dostrzegałam jedynie pewną charakterystyczną cechę wspólną, która łączyła mnie z autorką tego podpisu. Nie chodzi tu o sam kształt liter, co raczej o ich motorykę. O ich niestałość i ulotność, o brak ustalonego szablonu i określonego rytmu znaków. Jakbyśmy przy okazji składania każdego podpisu rodziły się na nowo.

Był listopad 1994 roku. Trzymałam w rękach stare wydanie "Życia przed sobą" Émilie Ajara. Pierwszą książkę, którą za pośrednictwem jej męża pożyczyłam z ich prywatnej biblioteczki. Zapewne, kiedy ją podpisywała, nie wiedziała jeszcze, że pod tajemniczym pseudonimem debiutującego pisarza ukrył się, dobrze już znany, Romain Gary.

Czytając tę powieść wielokrotnie wracałam wzrokiem do wnętrza tylnej okładki, gdzie w pożółkłej ze starości bieli, na samym dole czerniał ślad atramentu. Swoisty ekslibris. Namacalne świadectwo jej istnienia. Kolejny pomost, który łączył nas pomimo znacznej odległości i wielu różnic. Czytając tę, jak i pozostałe książki, które do niej należały, czułam się czasem wręcz zażenowana swoją zuchwałością. Jakbym przekręcając kolejne strony, profanowała jakąś świętość. Jakbym otwierając kolejne okładki, wkraczała na cudzy teren. Na jej teren.

Dostrzegając śmieszność tych rozterek, za każdym razem wracałam jednak do tekstów utworów, próbując zapomnieć nie tylko o wspomnianych podpisach, ale także o ich właścicielce.

Ona po prostu była sobie. Gdzieś daleko, na krańcu Polski. Miała zwyczaj podpisywania zakupionych przez siebie książek i zupełnie nie zdawała sobie sprawy z mojego istnienia. Wydawała się tak odległa, że niemal nierealna. Nie przypuszczałam nawet, że w przyszłości stanę się do niej w pewnym sensie podobna.

W tamtym czasie dzieliło nas wiele. 25 lat życia, 484 kilometry drogi, 13 centymetrów wzrostu, jakieś 15 kilogramów wagi, poglądy polityczne, status cywilny i życie prywatne. Była ciepłą, niską i pulchną blondynką po pięćdziesiątce. Tradycjonalistką, oddaną matką i żoną. Rodowitą mieszkanką Szczecina. Uznaną tłumaczką języka włoskiego w jednym z większych wydawnictw w kraju. Normalną kobietą, na której można było polegać i która od lat była oparciem dla swoich najbliższych - trojga dorosłych już dzieci oraz męża, któremu zawsze bezgranicznie ufała. Pewnie nawet nigdy nie pomyślała, że jej ukochany mógłby ją zdradzić. Może gdyby przewidziała taką okoliczność, podobnie jak swoje książki, podpisałaby i jego ciało. Swoje imię mogłaby na przykład wytatuować na jego podbrzuszu lub plecach. Może powstrzymałoby go to przed bliższą znajomością z inną.

Może. A może i nie.

Siedem etapów porozstaniowego żalu

Zgodnie z rozrysowanym przez Modlińską schematem, porozstaniowy żal podzielić można na kilka etapów.

Na początku jest szok. W głowie panuje chaos myśli, panika, smutek, złość, niedowierzanie i poczucie pustki. Na domiar złego, wszystkie te psychiczne aspekty spotykają się najczęściej z autentycznym fizycznym bólem.

Tak, tego już doświadczyłam. Przyspieszone bicie serca, kłucie w klatce, mdłości, bóle mięśni i ogólne zmęczenie organizmu zazwyczaj nie trwają jednak długo.

Na pomoc skołatanym nerwom przychodzi bowiem nadzieja. Taka bezpodstawna i wręcz upokarzająca. Organizm w tym czasie przyzwyczaja się do nowej sytuacji i wycisza buzujące hormony.

To chyba też już przeszłam.

Gdy nadzieja okazuje się, jak to prawie zawsze bywa, matką głupich, mózg osoby porzuconej wchodzi w etap wyparcia.

- Czyli co? Będę wmawiać sobie, że nic się nie stało? Że moje małżeństwo w ogóle nie istniało? - pytam Modlińską.

- Chodzi bardziej o wyparcie faktu, że rozstanie cię zabolało - wyjaśnia, podnosząc wzrok znad kartki.

Okulary ześlizgnęły się jej prawie na sam koniec spiczastego nosa. Patrzę prosto w jej ciepłe brązowo-zielone oczy i bezgłośnie pytam, czy to właśnie na tym etapie jestem? Modlińska, nie dając jednak jednoznacznej odpowiedzi na moje nieme pytanie, palcem wskazującym popycha swoje okulary w górę, a na kartce zielonym cienkopisem stawia numer cztery.

- Etap czwarty to złość - mówi. - Trzeba z nią uważać, bo czasem przeradza się w pragnienie zemsty.

Nigdy nie byłam mściwa, a Markowi życzę... Czego ja mu mogę życzyć? Powiedzmy, że wszystkiego dobrego. Będę wspaniałomyślna. Pomimo wszystko. Gdyby jednak złość zawładnęła moim umysłem, jej następstwem może być obniżenie mojego poczucia samoakceptacji.

Po problemach z oceną własnego ego, przychodzi natomiast najdłuższy i najbardziej mozolny etap przyjęcia nowej sytuacji oraz odbudowy nadwątlonej równowagi. W tym przypadku największą robotę wykonuje za nas czas. Miesiące mijają, przychodzi zobojętnienie, a w końcu i ulga zapomnienia.

Gdy to się uda, nadchodzi moment na poszukiwanie nowych celów w życiu. Przychodzi zrozumienie przeszłości i ostateczne rozstanie z ciążącym balastem przebrzmiałych uczuć. Człowiek wchodzi wtedy na ogół w fazę gotowości do wejścia w nowe relacje.

- Może z wyjątkiem osób przewrażliwionych, szalonych i żądnych zemsty - dodaje moja psychoterapeutka.

Posyłając mi przy tym badawcze spojrzenie, zastanawia się pewnie, czy przypadkiem nie należę do którejś z tych grup. Kiedy na końcu kartki jednym wprawnym ruchem kreśli cienką, zieloną kreskę, oddycham z małą ulgą.

Najwyraźniej jestem normalna, a wszystkie reakcje mojego organizmu, które towarzyszą mi od kilkunastu tygodni są powtarzającą się regułą. Świadomość tego faktu w niczym jednak nie zmienia mojego samopoczucia. Czuję się źle. Koszmarnie źle.

Marek

Marka poznałam w wieku 35 lat. Ja byłam starzejącą się panną. Zamkniętą w sobie emerytowaną baletnicą. Pół Polką, pół Japonką ze sztywnymi jak drut, kruczoczarnymi włosami do ramion i filigranową sylwetką. On natomiast był podstarzałym kawalerem. Niebieskookim szatynem z zakolami nad czołem i tendencją do tycia w okolicach brzucha. Oboje byliśmy samotni, znudzeni i skwaszeni uczuciowymi niepowodzeniami. Marek miał ich na swoim koncie kilka. Ja tylko jedno, ale za to silnie zakorzenione w pamięci.

Kiedy zaczęliśmy umawiać się na randki, wszystkie znaki na niebie i ziemi, krzyczały do nas, że to właśnie TO. Obietnica poważnego związku na całe życie. Szansa na odmianę losu. Niepowtarzalny dar. Furtka do niedostępnego dotąd świata. Nic innego, tylko miłość.

Z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że czego jak czego, ale miłości pomiędzy nami było akurat najmniej. Owszem, wielka sympatia, dobre porozumienie, podobne poglądy i podejście do życia. Wszystko, ale nie miłość.

Wtedy jednak, byliśmy tak bardzo spragnieni bliskości drugiego człowieka oraz stabilizacji, jaką gwarantuje założenie rodziny, że patrzyliśmy na naszą relację zupełnie inaczej. Czując, że to nasza ostatnia szansa na normalność, wmówiliśmy sobie nawzajem uczucie, którego nigdy pomiędzy nami nie było. W tym błędnym przekonaniu, utwierdzali nas na dodatek nasi bliscy, przyjaciele oraz znajomi, którzy z wielkim entuzjazmem kibicowali naszemu związkowi.

Gdybyśmy spotkali się 10 lat wcześniej, cała ta znajomość rozpadłaby się pewnie po kilku miesiącach. Zbliżająca się wielkimi krokami i nieco przerażająca czterdziestka, przekonała nas jednak do nieco pochopnego kroku, jakim był ślub.

- Dobrze robicie. Jak nie teraz, to kiedy? I tak już młodzi nie jesteście - mówili nasi rodzice.

- Nie ma co się zastanawiać w takim wieku - komentowali znajomi.

- Marek to dobry chłopak. Hanka to dobra dziewczyna. Będziecie szczęśliwi - przekonywali wszyscy.

Uwierzyliśmy. A potem, bez większego przekonania, powiedzieliśmy sobie sakramentalne tak, włożyliśmy na palce obrączki i zaczęliśmy żyć, tak jak inni. Za 9 miesięcy urodził się Bruno. Z dzieckiem przecież też nie było na co czekać. A potem? Potem wszystko toczyło się jak u wszystkich. Proza życia. Kłótnie, zgody, budowa domu, praca, obiady, jakieś wakacje. Dzień za dniem. A każdy we mgle jakiegoś uczuciowego niedostatku, o którym nikt nie mówił jednak na głos. Nie było co narzekać. Mieliśmy rodzinę, fajnego syna, przytulny dom i szczekającego radośnie psa. 20 lat wspólnych wspomnień to przecież coś. Czego można jeszcze chcieć?

Marek w pewnym momencie, do tej układanki postanowił jednak dołożyć dodatkowy element. I wtedy wszystko się zmieniło.

Ona

Chyba już od początku naszego małżeństwa wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. Tak, jakby była to nieuchronna kolej rzeczy. Byłam pewna, że prędzej czy później, ona zjawi się w naszym życiu i w mniejszym lub większym stopniu zmieni je. Nie wiedziałam tylko, kiedy przyjdzie i jaka będzie. Słuchając słów małżeńskiej przysięgi, które 20 lat temu składał mi przed ołtarzem Marek, oczami wyobraźni widziałam już jego przyszłą zdradę. Po prostu wiedziałam, że to się kiedyś wydarzy. Po latach okazało się, że miałam rację.

- Samospełniająca się przepowiednia - wyrokuje Modlińska. - Oczekując jego zdrady, być może podświadomie zachęcałaś go do tego kroku własnym zachowaniem.

Jasne. Wepchnęłam go w ramiona młodszej, bez jego zgody! On biedny, dobry mąż wcale tego nie chciał. To ja, zła żona, zmusiłam go do bzykania się z inną. Modlińska słysząc moje ironiczne słowa, uśmiecha się dobrodusznie, po czym mówi:

- Czasem wysyłamy takie podprogowe sygnały, o których sami nie zdajemy sobie sprawy.

Zastanawiam się, jakie sygnały wysyłałam w ostatnich latach w stronę Marka. Po dłuższej chwili, dochodzę do wniosku, że nasza komunikacja nie miała żadnych ukrytych treści. W naszej relacji wszystko było z góry jasne. Byliśmy dwójką przyjaciół, którzy zdecydowali się na wspólne życie. Powołaliśmy na świat dziecko, tworząc wokół niego rodzinną otoczkę różnych złudzeń. Złudnej bliskości, złudnej miłości, złudnego przywiązania. Od początku żyliśmy jakoś obok siebie. Nawet seks był w naszym związku formą obowiązku. Zwyczajem, który przez jakiś czas należało przestrzegać i który, w pewnym momencie, z racji wieku, można było wreszcie porzucić. Im bardziej byliśmy przyzwyczajeni do tego naszego wspólnie wykreowanego światka, tym bardziej oddalaliśmy się od siebie, tworząc własne, prywatne bańki.

To, że Marek ma kogoś na boku, poczułam od razu. Tak mi się wydaje. Coś się zmieniło w jego wyglądzie i zachowaniu. Jakieś niuanse, których postronny obserwator pewnie by nie zauważył, a które ja wyłapałam bez problemów. W końcu był moim przyjacielem, a prawdziwych przyjaciół czyta się jak książkę. Pozornie wszystko wyglądało tak, jak zawsze. Marek niezmiennie spokojny i poważny, ale z tłumioną iskierką, która błyskała czasem w jego oczach w zupełnie niekontrolowany sposób. Widać było, że był szczęśliwy. Był zakochany. Był taki lekki. Aż żal byłoby to zakłócać.

- Ale mimo wszystko, zdrada cię bolała... - wtrąca Modlińska.

Oczywiście, że bolała. Czułam się zraniona, oszukana, upokorzona, odstawiona na boczny tor. Ale powiedzmy sobie szczerze, od 4 lat spaliśmy w osobnych łóżkach, a nasze rozmowy skupiały się głównie na komentowaniu pogody za oknem lub narzekaniu na wysokość rachunków za prąd i gaz. Totalne znudzenie, wypalenie i brak wspólnego mianownika, którym dotychczas był dla nas nasz syn. Kiedy Bruno, tuż po maturze wyprowadził się z domu i zaczął żyć swoim życiem, staliśmy się na nowo, dwiema odrębnymi jednostkami, które przed laty z zimnym wyrachowaniem, połączyły swoje siły w walce z samotnością. Kiedy zjawiła się Iwona, nawet ta samotność przestała być naszym, wspólnym wrogiem.

- Chcesz powiedzieć, że połączyła was tylko samotność? - pyta z zaciekawieniem Modlińska.

Wstyd przyznać, ale chyba tak.

Po dwudziestu latach małżeństwa, Marek pewnego dnia oznajmił:

- Musimy porozmawiać... Poznałem kogoś i będę miał z tą kobietą dziecko.

Kompletnie oniemiała tą nowiną, przez dłuższą chwilę nie wiedziałam co powiedzieć. Dziecko? Jak to dziecko? Przecież Marek miał tylko przez jakiś czas zabawić się z tą małą, a potem skończyć tę znajomość. Przecież miał spędzić ze mną starość. Miał być obok mnie aż do końca. Nieprzygotowana na taki obrót spraw, przez kolejne kilkadziesiąt sekund, mierzyłam swojego męża zaskoczonym wzrokiem.

- Dziecko... - mruknęłam w końcu, po czym przybrawszy na twarz lodowaty wyraz twarzy, dodałam: - Cóż... W takiej sytuacji musimy się rozstać.

To chyba o czymś świadczy.

- Na pewno świadczy o wypaleniu uczuciowym. Ale to zupełnie powszechna sprawa. Wiele par z takim stażem przeżywa podobne problemy. Namiętność, która na początku rozpala związek, po pewnym czasie znika. Jeśli się jej nie zastąpi czymś innym i nie podeprze czymś głębszym, relacja może zupełnie zgasnąć - tłumaczy psychoterapeutka.

- Problem w tym, że w naszym związku nigdy nie było namiętności. Nawet na początku - wyznaję.

Kochanka

Moja psychoterapeutka na kolejnym spotkaniu, pyta z czym kojarzy mi się słowo kochanka. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to moje panieńskie nazwisko i imię.

Przed ślubem nazywałam się Hanka Koc. Przyjmując stosowaną w Japonii zasadę odwrotnej kolejności - Koc Hanka. Jeśli usunie się odstęp pomiędzy imieniem i nazwiskiem wychodzi kochanka. Zabawna gra słów, nieprawdaż? Przez jakiś czas miałam nawet taki adres mailowy - kochanka@... Rozśmieszałam tym wszystkich do łez. Nawet Marka.

- Ale kim według ciebie jest kochanka? - Modlińska zbywając te pierwsze skojarzenia uśmiechem, zmusza mnie do głębszej analizy.

Kim jest kochanka? Ale która? Chodzi o kochankę Marka, Iwonę? Czy może o jakąś inną, niesprecyzowaną panią?

- Jaki obraz widzisz, kiedy słyszysz to słowo? Jaki ładunek emocjonalny dla ciebie niesie? - doprecyzowuje swoje pytanie Modlińska.

Kochanka w ujęciu semantycznym? To słowo budzi we mnie dosyć skrajne uczucia.

Kochanka. Ta trzecia. Ta zła. Niszczycielka rodzinnego szczęścia. Kim ona może być? Czym różni się od reszty uczciwych kobiet? A w czym je przypomina? Większość ludzi powie pewnie, że to bezczelna dziwka/kurwa/szmata/zdzira/suka[1]. Stereotypowa kochanica to wyuzdana, sztuczna, młoda lala. Z dużym biustem, jędrnym tyłkiem, talią osy i nogami do nieba. Rzecz jasna ubrana w obcisłą miniówkę i ordynarną bluzkę z dekoltem. Pozbawiona zahamowań, zawsze chętna do seksu i otwarta na łóżkowe eksperymenty. Taka, co pieprzy się z nieznajomym w toalecie i robi loda, gdy tylko ktoś ją o to poprosi. Oczywiście trzeba jeszcze dodać, że jest to lecąca na kasę materialistka i wyrachowana intrygantka. Ostatecznie może to być niezbyt inteligentna, ale ładna w pospolity sposób, naiwniara. Po prostu łatwa panienka. Ale czy zawsze?

- Kochanka to czasem, w gruncie rzeczy, bardzo nieszczęśliwa kobieta - mówię, starannie dobierając słowa.

Modlińska spogląda na mnie nieco zdziwiona. Chyba nie tego się spodziewała. Oczekiwała pewnie raczej obelg, wyzwisk albo przynajmniej zdecydowanego potępienia.

Gdyby nie pewien epizod z mojej własnej przeszłości, być może tak właśnie bym zareagowała. Jedno wspomnienie sprzed 25 lat, rozkazuje mi jednak spojrzeć na wszystko z nieco innej perspektywy.

Modlińska patrzy na mnie pytająco.

Ja jednak zwlekam z reakcją. Nigdy nikomu o tym nie opowiadałam. Ale może to właśnie najlepszy czas na rozliczenie się z nie do końca zamkniętą przeszłością?

Przeszłość

Skończyłam właśnie 30 lat i zaliczałam się do grona tych smutnych, nijakich dziewczyn, które pomimo że wykształcone i inteligentne, nie były ani wystarczająco atrakcyjne, ani na tyle przebojowe, by kiedykolwiek korzystać w pełni z uroków życia. Po zakończeniu wieloletniej przygody z tańcem klasycznym oraz uzyskaniu w międzyczasie tytułu magistra filologii japońskiej, osiadłam na stałe w rodzinnej Łodzi i zatopiwszy się w szarzyźnie zwykłych dni, popadłam w marazm.

W tamtym czasie wszystko wokół mnie wydawało się szare. Począwszy od włosów babci, z którą mieszkałam w szarym mieszkanku na 4 piętrze szarego bloku, po jakże szarą ulicę szarego Widzewa, który stanowił idealnie zlewające się tło pod kolorystykę moich ówczesnych szarych strojów oraz szarych myśli.

Kończąc karierę tancerki baletowej i nie bardzo wiedząc, co ze sobą dalej począć, zatrudniłam się na ćwierć etatu w jednym z nowo otwartych biur tłumaczeń w okolicy. Marząc o zleceniach dużych literackich przekładów, w rzeczywistości musiałam zadowolić się formalnymi i nudnymi tłumaczeniami tekstów urzędowych oraz sporadycznymi lekcjami z poważnymi biznesmenami, którzy rozpoczynali właśnie współpracę z japońskim rynkiem. Od czasu do czasu wyjeżdzałam gdzieś w Polskę, by wymieniając z gośćmi z Japonii przyjazne ukłony, świadczyć także tłumaczenia ustne. Przeważającą część swojego ówczesnego życia, spędzałam jednak ślęcząc przy starym biurku babci nad siermiężnymi umowami oraz dołączanymi do nich aneksami.

Moje życie było względnie ustabilizowane i zdecydowanie nudne. Pozbawione jakichkolwiek szaleństw i uciech. Poukładane w aż nazbyt pedantyczny sposób. Prowadząc tę swoją szarą egzystencję, czułam jakbym znajdowała się w jakimś letargu. Nie byłam szczęśliwa, ale też nie byłam na tyle nieszczęśliwa, by próbować coś zmienić. Nie miałam żadnych konkretnych planów na swoją przyszłość, ani żadnych oczekiwań wobec tego, co mogłoby mi się jeszcze przydarzyć. Szczerze mówiąc, nie przewidywałam żadnych większych przełomów, czy przygód, a swoje życie prywatne traktowałam jako dawno zapomnianą pustynię, przez którą nie wędrują już nawet karawany.

Ta skończona trzydziestka to był kryzysowy moment. Jakaś mało wyraźna granica pomiędzy młodością, a starością. Człowiek w tym wieku wygląda jeszcze dosyć świeżo, ma mnóstwo energii, rozwija się, podejmuje ważne decyzje, widzi przed sobą jeszcze przyszłość. Ale tej przyszłości jest już mniej niż gdy miało się lat 18.

Wchodząc do klubu 30+, miałam na koncie wiele mało znaczących występów w baletowych przedstawieniach, dyplom niewiele znanej w Polsce japonistyki, iluzoryczne szanse na zmiany oraz przeogromnie doskwierające poczucie pustki wokół siebie. W związku z mężczyzną nie byłam nigdy. Może to nieprawdopodobne, ale mając 30 lat, nadal pozostawałam nienaruszoną dziewicą. Nie chodziłam na randki, nie szukałam miłości, a spotykanych przypadkiem facetów w ogóle nie interesowałam.

Dla tych wszystkich wolnych i poszukujących swojej drugiej połówki, młodych mężczyzn byłam zawsze zbyt jakaś. Zbyt wyniosła, zbyt poważna, zbyt sztywna, zbyt chuda, zbyt płaska, zbyt nieśmiała, zbyt śmiała, zbyt mądra, zbyt głupia. Zbyt taka. Zbyt nie taka. Po prostu zawsze inna, niż tego by oczekiwano. Dla żadnego nie byłam w sam raz. Oni dla mnie zresztą też.

- Bo ty ich wszystkich odpychasz. Patrzysz jakoś z góry. Jesteś nieprzystępna i nie potrafisz z nimi rozmawiać - tłumaczyła mi czasem moja przyjaciółka, Kryśka.

Faktycznie, rozmowy z większością facetów kończyły się w martwym punkcie, zaraz po przywitaniu.

- Onieśmielasz ich - powtarzała druga z moich przyjaciółek, Natalia, która przy każdej okazji wypominała mi zadurzonego ponoć we mnie przed laty Krzysia Ceglarskiego.

Krzyś, który mieszkał na tej samej ulicy, co ja i moje koleżanki, od 4 lat był już mężem rudowłosej Agaty oraz ojcem dwuletniego Kornela, ale Natalia ciągle potrafiła wspominać jego nieśmiałość i nieporadność w zalotach.

- Facet nie zna wstydu, kiedy chce zdobyć kobietę - powtarzałam, wierząc w rację swoich słów.

Miałam dość niezdecydowanych i niepewnych jutra chłopców, którzy jednego dnia wypatrywali niskiej brutneki, by przy kolejnej okazji zwrócić się jednak w stronę długonogiej blondynki. Miałam powyżej uszu tych wszystkich domysłów, podchodów i niepewności uczuć. W pewnym momencie odpuściłam.

- Będzie co ma być - powiedziałam, pozostawiając swoje życie uczuciowe na łaskę przypadku.

Skupiwszy się na pracy, zapomniałam jednak, że aby kogoś poznać, nawet przypadkowo, trzeba czasem gdzieś wyjść. Na imprezy, nie licząc zawodowych spotkań, nie chodziłam od czasów studenckich. Nie miałam na to chęci. Po pracy stawiałam na rozwój intelektualny i osobisty, coraz bardziej zapominając o wymykającym się gdzieś życiu uczuciowym. Przy takim stylu życia, jedyne znajomości, na jakie mogłam liczyć to wyłącznie takie zaczynające się od gwizdów i krzyków w stylu: Eeee lala!, czy: Te cukiereczek..., które padały pod moim adresem z ust żuli lub więźniów, wykonujących czasem prace socjalne na miejskich skwerkach.

- Znajdź sobie kogoś! - radziły koleżanki i rodzina.

Ale to nie było takie łatwe. Większość moich rówieśników od dawna miała pozakładane rodziny, płodziła dzieci, albo od lat tkwiła w wygodnych i dających względne poczucie bezpieczeństwa, nieformalnych związkach. Wolnych facetów wokół można było policzyć na palcach jednej ręki. Spośród nich większość w kontaktach z kobietami zachowywała się niczym agenci nieruchomości albo łowcy posagów. Bez apartamentu w centrum, dobrego wozu i wysokiej pensji po prostu dla nich nie istniałaś. Reszta albo piła na umór, albo kradła, zapuszczając korzenie w przestępczym światku. Zresztą, nawet tacy w przeważającej liczbie posiadali jakieś partnerki. Przyglądając się im, zastanawiałam się czasem, czy w tym kraju są jeszcze jacyś wolni mężczyźni przed pięćdziesiątką. Widząc błysk ślubnych obrączek na palcach nawet największych szumowin z okolicy, zaczynałam szczerze w to wątpić.

- Facetów w Polsce jest po prostu mniej niż kobiet. Statystycznie któreś muszą zostać starymi pannami - mówiłam z lekkim śmiechem, nie rozpaczając zbytnio nad swoim potencjalnym losem.

Może nawet byłam z nim pogodzona. Potrzeba bliskości, akceptacji, czy też zwykłej próżnej kobiecej chęci bycia pożądaną czasem jednak przypominała o sobie. Po tej magicznej trzydziestce poczułam się nagle koszmarnie wyobcowana. Właśnie wtedy samotność zaczęła doskwierać mi jakoś mocniej. Nagle oplotła mnie swoją siecią jakoś silniej i w bardziej zdecydowany sposób przypomniała o swojej obecności.

Kiedy na kolejnych z rzędu, spędzonych w pojedynkę wakacjach w Ustce, całym romantyzmem na jaki mogłam liczyć okazało się wymijanie spacerujących po plaży roześmianych i zakochanych ludzi, poczułam że dłużej tego nie zniosę. Że jeśli wkrótce w moim życiu osobistym nic się nie wydarzy, to chyba zamienię się w kamień. Marzyłam, żeby spotkać kogoś, kto pokochałby mnie taką, jaka jestem i kogo ja pokochałabym równie mocno w podobny sposób. Chciałam takiego uczucia na 100 %. Żadnych domysłów, niepewności, niedopowiedzeń, wstydliwych spojrzeń i wyczekiwania na pierwszy krok. Chciałam porywu namiętności, uniesienia, szaleństwa. Miłości przez duże M. Niezależnie z jakiej strony by przyszło i jak długo miałoby trwać.

Tak sobie tęskniłam, wzdychałam, marzyłam i nawet nie spodziewałam się, że moje życzenie może się wkrótce spełnić. Ale jak to z życzeniami bywa, jeśli już się spełniają, to zazwyczaj nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali.

Blisko, coraz bliżej

Na seks zdecydowaliśmy się szybko. Pragmatycznie rzecz ujmując, potrzebowaliśmy fizycznej bliskości, a skoro chcieliśmy tego oboje i to w tym samym czasie, nie było sensu zwlekać. Uznałam, że w takiej relacji jak nasza, nie ma sensu zgrywać mniszki. Jeśli miałam zostać jego kochanką, to czy miało wielkie znaczenie na której randce do tego dojdzie? W naszym przypadku stało się to w tydzień po pierwszej.

Ten pierwszy raz był bardzo onieśmielający. Głównie z mojej przyczyny. W końcu dla 30-letniej dziewicy, seks to niemal czarna magia. Moje onieśmielenie i niepewność tamtego wieczora musiały udzielić się także Adamowi. Momentami jego zachowanie przypominało bowiem ostrożne badanie nieznanego lądu. Każdy dotyk był jak niepewne stawianie stopy na niestabilnym gruncie. Każde spojrzenie, zdradzało niewypowiedziane na głos, ale wiszące gdzieś pomiędzy nami, pytanie. On był wyraźnie podekscytowany i nieco zestresowany bliskością znacznie młodszej kobiety. Ja natomiast, czułam się wyraźnie zażenowana swoją nagością oraz oczywistym brakiem doświadczenia. Obawiałam się, że Adam będzie oczekiwać ode mnie czegoś, czego nie będę umiała mu dać. Że może spodziewa się z mojej strony zupełnej rozwiązłości i zachowań rodem z filmów porno. Nawet jeśli właśnie tego się spodziewał, nie dał mi odczuć, że jest zawiedziony. Tuż po, kiedy leżeliśmy jeszcze wtuleni w siebie, wyraził jedynie zdziwienie moją delikatnością i zawstydzeniem. Do dzisiaj nie wiem, czy nie zauważył, że był moim pierwszym facetem, czy też po prostu nie skomentował tego faktu. Tak czy inaczej, byłam mu wdzięczna zarówno za to dyskretne przemilczenie mojego wstydliwego sekretu, jak i za cierpliwe dostosowanie się do mojej eterycznej natury.

- Jesteś taka krucha i delikatna, że aż nie mogę się nadziwić - mawiał potem wiele razy, gładząc mnie zawsze z czułością po nagich ramionach.

Sam preferował mocniejsze pieszczoty, których musiał nauczyć mnie krok po kroku. Jednocześnie, nigdy nie starał się wymuszać na mnie żadnych zachowań, których sama bym nie akceptowała. Nie było w nim irytacji, kiedy nie chciałam zgodzić się na coś, czego on sobie życzył, a czego ja nie miałam ochoty czynić. Był cierpliwy i wyrozumiały, nie wymagał bym się dla niego zmieniała, na nic nie naciskał i zawsze sprawiał, że czułam się w łóżku najważniejsza. W jego objęciach szybko zapominałam o głęboko zakorzenionych w mojej świadomości kompleksach i skrępowaniu. Z dnia na dzień, zrzucałam z siebie tę wytworzoną przez lata samotności, powłokę dziewiczego sztywniactwa. Pozbycie się tej swoistej wylinki nie było jednak takie proste. Moje wewnętrzne ograniczenia i zahamowania potrafiły przypomnieć o sobie w każdej chwili.

- Zgaś światło - prosiłam zawsze, gdy Adam zaczynał mnie rozbierać.

- Po co? - pytał.

- Żebyś nie widział moich niedoskonałości... - odpowiadałam.

- Ale ja widzę tylko twoje doskonałości - przekonywał, posłusznie gasząc jednak oświetlenie.

Leżąc później ze mną w tych ciemnościach, mruczał mi do ucha komplementy, w które nie bardzo wierzyłam, ale które zawsze sprawiały mi sporą przyjemność.

- Uwielbiam twoje piersi i chyba kiedyś ci je zjem... - uśmiechał się, całując mój biust.

- To raczej się nimi nie najesz... Sądząc po rozmiarze, to bardzo dietetyczne danie - odpowiadałam z ironią.

- Dla mnie w sam raz - zapewniał.

- Akurat... Tylko tak mówisz. Wszyscy faceci wolą duże cycki - roześmiałam się mu prosto w twarz.

- Wcale nie wszyscy... - oburzył się, po czym podparłszy się na jednym łokciu, patrząc na mnie, zapytał: - No co? Powiedział ci ktoś, że masz za małe?

- Yhmmmmhmmm... - mruknęłam wówczas wymijająco, przytulając się do jego ciepłego torsu.

Nikt nie musiał mi tego mówić. Przecież zawsze wiedziałam, że jestem płaska jak deska i nie wpasowuję się w ideał męskich marzeń. Zapewnienia Adama, jakoby miało być inaczej, odbierałam jako miłą, choć nieco sztuczną kurtuazję. Słuchałam ich z powątpiewaniem, ale i maleńką satysfakcją.

Całą młodość czekałam na kogoś, dla kogo byłabym wystarczająco atrakcyjna i nigdy wcześniej nikogo takiego nie spotkałam. W męskich oczach zawsze byłam jakaś wybrakowana i niekompletna. W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że stałam się wręcz przezroczysta i niewidzialna. Teraz tak sobie myślę, że Adam stanął na mojej drodze tylko po to, żeby moja uśpiona kobiecość miała okazję rozkwitnąć. Niczym Agawa. Ten jeden, jedyny raz w pełni.

W tamtym momencie nie ważne było, że nasza relacja nie miała przyszłości, że była grzeszna, niestosowna i z racji różnicy wieku może wręcz śmieszna. On jako pierwszy dał mi poczucie pełnej akceptacji siebie jako kobiety. Miał dziwną umiejętność przekonywania do swoich racji, nie narzucając w żadnym stopniu swojego zdania. Nigdy nie forsował na siłę własnych opinii, a jednak budził wiarę w ich słuszność. Choć tak naprawdę nie brałam na poważnie tych wszystkich miłych i czułych słówek, którymi karmił mnie podczas naszych spotkań, to lubiłam ich słuchać. Sprawiały, że przynajmniej przez krótką chwilę czułam się autentycznie fantastyczna i boska. W jego ramionach zaznawałam beztroskich chwil złudnej przyjemności, która pozwalała mi choć na moment zapomnieć o przyziemności własnego istnienia.

To moje dobre samopoczucie działało też w drugą stronę.

- Ale przy tobie odmłodniałem - Adam skomentował pewnego razu, kiedy maszerowaliśmy podczas jednego z nielicznych wspólnych weekendów w górach.

- Siedziałbym z pilotem w fotelu. A tak, uganiam się za młodą dziewczyną - dodał, zarządzając jednocześnie krótki postój.

Odwróciłam się wtedy do niego i zarzucając mu ręce na szyję, przytuliłam się na dłuższą chwilę. Oboje podobnie zdyszani, próbowaliśmy wyrównać przyspieszone marszem, oddechy.

- Twoje tęczówki są dzisiaj tak intensywnie niebieskie - stwierdził wówczas, wpatrując się w moje oczy.

Jego były intensywnie brązowe, ale tego faktu nie skomentowałam na głos. Zrobiłam mu zamiast tego szybką fotkę, na której wyszedł jakoś tak dobrotliwie i poczciwie. Nie jak stary napaleniec, który zabawia się z młodszą dziewczyną, ale jak fajny człowiek, którym przecież w gruncie rzeczy był. Czasem o tym zapominałam, oceniając go ciągle przez pryzmat zdrady, której się ze mną dopuszczał.

Bo w moim postrzeganiu jego osoby było wiele sprzeczności. Z jednej strony widziałam w nim bezwstydnego, dwulicowego zbereźnika, wstrętnego satyra, wiarołomnego męża i przede wszystkim kogoś, kto wykorzystuje moją samotność oraz desperację. Z drugiej strony dostrzegałam w nim ciepłego i czułego mężczyznę, może w pewnym sensie ofiarę własnych namiętności i fantazji, trochę hedonistę, ale w gruncie rzeczy normalnego, dobrego człowieka. Na początku udawało mi się traktować go z pobłażliwością i dużą dozą ostrożności. Rezerwa była chyba najzdrowszą formą ochrony. Nie chciałam przyzwyczaić się do niego zbyt mocno, by nie cierpieć w razie nieoczekiwanego rozstania. Wmawiałam sobie, że jeśli znudzi się i mnie rzuci, to przejdę nad tym faktem z godnością i bez większego żalu. Jego żartów na temat naszego potencjalnego rozstania słuchałam jednak z jakąś nieprzyjemną gulą w gardle i niepokojem.

- Powinienem być twardy, zimny drań. Wykorzystać, a potem rano powiedzieć: spadaj mała - żartował czasem, a ja z niepewnością zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zrealizuje tego planu naprawdę.

Liczyłam się z taką możliwością, ale wydawała mi się wówczas tak bardzo odległa, że aż nieprawdopodobna. Sam Adam też chyba nie do końca w nią wierzył

- To raczej ty pewnego dnia kopniesz mnie w tyłek. I co gorsze, dobrze zrobisz - dodawał z poważną miną.

Co tak naprawdę wtedy myślał, pozostawało tajemnicą. Przynajmniej do pewnego czasu.

Co ludzie powiedzą?

Za radą Modlińskiej (choć bardziej adekwatne byłoby chyba stwierdzenie: na jej rozkaz) umówiłam się dzisiaj na babskie spotkanie ze starymi przyjaciółkami. Moje baby to Kryśka - właścicielka małej knajpki w Łodzi, Gośka - księgowa w biurze rachunkowym i Jolka - stomatolog. Kumpelki z dzieciństwa. W młodości wszystkie mieszkałyśmy na tej samej ulicy. Na Franciszkańskiej. Pierwsza wyprowadziła się stamtąd Jolka. Po rozwodzie rodziców zamieszkała z mamą i siostrą gdzieś na Bałutach. Niedługo potem moi rodzice sprzedali mieszkanie i zbudowali dom na przedmieściach. Jakieś trzy lata po mnie, Franciszkańską opuściła Krysia. Na starych śmieciach została już tylko Gośka.

Rok temu reaktywowałyśmy naszą znajomość i o dziwo, mimo dość długiej przerwy w kontaktach, nadal mamy sobie wiele do powiedzenia. Spotykamy się ze sobą regularnie, lądując u którejś w mieszkaniu i plotkując przez całą sobotnią noc o starych, dobrych czasach.

Od odejścia Marka unikam jednak tych naszych sabatów. Nikogo, poza synem, nie informowałam o naszym rozwodzie. Boję się konfrontacji z żywą reakcją dziewczyn na tę nowinę. A Modlińska, jak na złość, przy każdym spotkaniu naciska na mnie, pytając:

- Widziałaś się ze swoimi przyjaciółkami? Powiedziałaś im o rozwodzie?

Kiedy kręcę przecząco głową, patrzy na mnie wzrokiem bazyliszka, przypominając z wyrzutem:

- Przecież obiecałaś!

Obiecałam, obiecałam. Ale nie dałam rady. Od dwóch miesięcy odwołuję swoje przyjście, usprawiedliwiając się coraz dziwniejszymi wykrętami. Dzisiaj też czuję, że nie dam rady. To jest ponad moje siły. Odwołując ostatnie spotkanie, w ramach przeprosin zaprosiłam jednak dziewczyny na dzisiaj do siebie. Myślałam, że przez ten czas stanę na nogach. Że psychicznie wydobrzeję. Że będzie już łatwiej.

Moje samopoczucie wcale nie jest lepsze. Nie mogę jednak odkładać tego spotkania w nieskończoność. Lepiej mieć to już za sobą. Próbuję więc postawić do pionu zarówno samą siebie, jak i własne mieszkanie. Kiedy słyszę dzwonek do drzwi, wszystko wygląda na pozór normalnie.

I początkowo wszystko idzie względnie gładko. Pierwsze schody pojawiają się jednak, kiedy Kryśka od niechcenia pyta:

- A co tam u Marka? Dawno go nie widziałam.

Siląc się na spokój, odpowiadam otwarcie, że nie wiem.

- Jak to? - dziwi się.

- Wyprowadził się - stwierdzam z obojętnością, jakby to w ogóle nie robiło na mnie wrażenia.

- Wyrzuciłaś go? - dopytują dziewczyny, a ja czuję jak lawa w środku serca próbuje wydostać się na zewnątrz.

Hamując tłoczące się gdzieś w moich oczodołach łzy, odpowiadam, że tak naprawdę to on zerwał ze mną.

- Jak to? Kiedy? - dziewczyny nie kryją zdziwienia.

- Będzie miał z nią dziecko... - wyjaśniam z udawanym spokojem.

- Tak powiedział?! - oburza się Gośka.

No tak. Jak inaczej miał mnie o tym poinformować?

No i zaczyna się. Dziewczyny ruszają z machiną pocieszenia. Pod powiekami czuję coraz większą wilgoć, więc zagryzam wargi i odwracam wzrok w drugą stronę, żeby koleżanki nie zauważyły jak bliska jestem płaczu. Na szczęście resztkami silnej woli potrafię skontrolować swoje rozbuchane emocje. Szkoła baletowa, do której w młodości uczęszczałam, nauczyła mnie tego w mistrzowski sposób. Czasem ta umiejętność przydaje się także poza sceną i salą treningową. Uśmiech przez łzy, choćby na przekór bólowi.

Moje przyjaciółki wiedzą jednak, że to wszystko tylko maska. Ciągną za język i zmuszają do oczyszczających zwierzeń.

- W porządku - przyznaję w pewnym momencie. - Trochę mnie to poruszyło. Nawet więcej niż trochę. Chyba nawet bardzo - stwierdzam z rezygnacją w głosie. - Nie byłam gotowa na to rozstanie. Jeszcze nie teraz...

- Bo trzeba było to uciąć na samym początku. Jak się tylko dowiedziałaś, powinnaś była postawić sprawę na ostrzu noża. Wtedy rzuciłby małą w porę i nie byłoby problemu. Ale ty wolałaś bawić się w żonę samarytankę - tłumaczy Jola.

Na twarzy ma wypisane pytanie:

- A nie mówiłam?

Mówiła. Mówiła. Ona zawsze wszystko wie, przewiduje i ma rację.

Teraz również. Niepotrzebnie milczałam, obserwując jak mój mąż przywiązuje się coraz bardziej do innej kobiety. Może byłam zbyt pewna siebie? Założyłam, że Marek tak, jak kiedyś Adam, po skoku w bok, wróci na rodziny łono i zestarzeje się razem ze mną. Nie przewidziałam jednak pojawienia się dziecka. Niczego nie przewidziałam. Głupia!

Dziewczyny siedzą u mnie jeszcze dwie godziny. Uspokoiłam się nieco, ale w gruncie rzeczy irytują mnie ich trajkoczące głosy oraz tematy rozmów, które w założeniu mają mnie odciągnąć od nieprzyjemnych myśli. Kiedy w końcu wychodzą, pogrążam się w swoim niemym smutku. Przez resztę dnia nie mogę znaleźć sobie miejsca. Próbuję czytać, ale nie mogę skupić się na opisanej fabule. Próbuję sprzątać jakieś zapuszczone i zagracone szafki, ale zmęczone ciało prosi o odpoczynek. Próbuję obejrzeć jakiś film, ale w każdym jaki zaczynam oglądać, prędzej czy później pojawia się motyw miłości. Porzucając wszelką aktywność, siedzę więc kilka godzin w totalnym bezruchu. Pustka, która zdaje się wypełniać moją duszę, obejmuje we władanie także i ciało. Czuję się taka ciężka, taka nabrzmiała tą wkraczającą ponownie do mojego życia samotnością. Boję się jej. Nie chcę mieć z nią do czynienia. A jednocześnie czuję, że już zawsze będzie mi towarzyszyć.

Sobota

W soboty Marek zawsze miał wychodne. Kiedyś organizował spotkania z kumplami, jechał na ryby lub grzyby, szedł do kina na męski film, wyjeżdżał gdzieś z Brunem albo spędzał połowę dnia w którymś z wielkich budowlanych hipermarketów. W ostatnim roku nastąpiła pewna zmiana, gdyż to właśnie głównie w soboty spotykał się z Iwoną. Wiedziałam o tym doskonale, ale nigdy nie dałam po sobie poznać, że znam prawdę. Marek znikał na cały dzień lub dwa, tak jak zawsze zostawiając cały dom tylko dla mnie. A, że powód był nieco inny? Cóż... W soboty zawsze żyłam tak, jakby go nie było. Jakby w ogóle nie istniał. Nie odczuwałam zatem tych sobotnich absencji jakoś drastycznie dojmująco. Jego weekendowe romansowanie nie burzyło mojego ustalonego rytmu życia. Ot, zwykła kolej rzeczy. Sobota była jego świętem, które w ostatnich miesiącach przedłużało się czasem do niedzieli wieczór. Kiedy weekend dobiegał końca, Marek zawsze potulnie wracał do domu jako wierny mąż.

Odkąd odszedł, jego nieobecność odczuwam jednak bardziej namacalnie. Pustka, która zieje z każdego zakamarka domu przez cały tydzień, owiewa mnie teraz swoim chłodem nawet w weekend. Przyzwyczajona do sobotniej samotności, muszę wziąć się jednak w garść. Tak jak zawsze po przebudzeniu, powielam więc z obojętną miną bezpieczną rutynę powtarzanych od lat, czynności. Włączam telewizor, w którym widzę względnie atrakcyjną parę dziennikarzy, którzy co jakieś 3 minuty zmieniają temat rozmowy, a także swoich gości. Po 30 minutach bezmyślnego skakania po kanałach, na których o tej porze napotykam programy śniadaniowe, poranne serwisy informacyjne oraz animowane bajki, odrzucam na bok kołdrę i wstaję z posłania wprost na miękki dywan w kolorze beżu. Dostrzegam na nim jakieś paproszki, które przypominają mi o obowiązku odkurzenia całego mieszkania. Jednocześnie ubieram się w któryś z moich żelaznych, sobotnich zestawów. Dzisiaj wypada kolej na czarne dresy i szarą bluzę z kapturem. Marek nazywał ten strój blockersową elegancją. Twierdził też, że wyglądam w tym wydaniu jak nieletni złodziej. Prychając na to wspomnienie, zdjętą właśnie piżamę wkładam w stos ubrań, który nazbierał się przez cały tydzień w oczekiwaniu na sobotnie pranie. Niosąc później tę górę szmatek do łazienki, po drodze gubię, jak zawsze, jakąś parę majtek lub skarpetek. Wkładając poszczególne części garderoby do pralki, zastanawiam się, co w sobotnie poranki nosi na sobie Iwona. Koronkowe peniuary? Satynowe koszulki? A może śmiga z odkurzaczem w ręce, odziana w seksowne przebranie pokojówki? Chcąc uciec od wyobrażeń na temat wspólnych porządków Marka i jego nowej partnerki, włączam odpowiedni program w pralce. Z pewnym zadowoleniem i ulgą zauważam jednocześnie, że pierwszy raz od bardzo dawna, całe pranie udało mi się wrzucić do jednego bębna, nie zamartwiając się podziałem na kolory czy delikatność materiałów. Nie ma żadnych łatwo farbujących się koszul Marka ani jego kurczących się w wyższej temperaturze, swetrów. Wsłuchując się w dobiegający z łazienki szum pracującej pralki, zaparzam czerwoną herbatę i ze spokojem przygotowuję sobie śniadanie. Na talerzu lądują, jak zawsze, trzy kanapki. To taki nawyk, któremu jestem wierna od lat.

- A co jeśli trafisz na taką półkromkę, rozpoczynającą chleb? - zapytał Adam podczas naszego pierwszego wspólnego poranka.

- To zależy jak bardzo jestem głodna. Jeśli chce mi się jeść, biorę czwartą kromkę. Jeśli nie, poprzestaję na tych trzech niepełnych.

Adam uśmiechnął się na te słowa, po czym stwierdził:

- Jesteś bardzo poukładana.

- Jestem - mruczę teraz sama do siebie i przełykając ostatni kęs trzeciej kanapki, wstaję od stołu, żeby umyć talerzyk.

Po śniadaniu łapię jeszcze jakiś owoc. Dzisiaj wybór pada na kiwi.

Marek też je lubi. Może nawet w tej chwili kroi takie same zielone plasterki, jak ja. Moje są niedojrzałe i kwaśne jak diabli. Przeżuwając kolejne kawałki miąższu, krzywię twarz, choć sama nie wiem, czy robię to z powodu smaku, czy też budzących się do życia wspomnień. A w nich ostatnio królują na przemian Marek i Adam.

Marek i Adam.

Adam i Marek.

Cholera jasna! Szkoda, że z pamięcią nie można zrobić tego samego co z tą skórką, myślę wrzucając resztki po owocach do kosza na śmieci. Potem łapię za odkurzacz, który wciąga wszystkie brudy, jakie nagromadziły się przez ostatnie dni na moich podłogach i dywanach. Zawsze odkurzam w tej samej kolejności, zaczynając od sypialni i salonu, przechodząc korytarzem do gabinetu, a następnie do dawnego pokoju Bruna, który staje się już powoli przechowalnią wszelkich urządzeń i szpargałów. Kiedy odkurzam kuchnię, zawsze zaczynam się lekko pocić. Kończąc w łazience, dyszę nieco, odczuwając jednak wewnętrzny spokój i zadowolenie z czystych podłóg. Nic nie irytuje mnie tak bardzo, jak walające się pod nogami, okruszki i pyłki. Ostatnimi czasy jest ich w moim domu znacznie mniej. To zdecydowanie zasługa nieobecności mojego męża. Wokół Marka zawsze było pełno okruszków. Nigdy nie zwracał uwagi na to, jak i gdzie zjada swoje posiłki. W efekcie, drobinki chleba w naszym domu znaleźć można było nie tylko pod kuchennym stołem, ale także na prześcieradłach, w poszewkach, a czasem nawet i w łazience. Tam zresztą zawsze robił najwięcej bałaganu. Marek w łazience był jak tajfun. Zarówno jego wieczorne kąpiele, jak i poranne prysznice kończyły się zawsze takim samym pobojowiskiem. Już dawno przestały mnie dziwić walające się we wszystkich możliwych kątach ręczniki, rozsmarowane na lustrze ślady pasty do zębów, rozdeptana na podłodze pianka do golenia, resztki zgolonej szczeciny na pralce, czy też nieustannie topiące się w zalanej wodą mydelniczce, mydło. Na szczęście to już nie mój problem. Obok łatwiejszego prania, porządek w łazience jest chyba kolejnym dużym plusem naszego rozwodu.

Kiedy odnoszę do schowka odkurzacz, pralka zazwyczaj kończy swoje ostatnie wirowanie informując, że za dwie minuty będę mogła porozwieszać lekko wilgotne sztuki odzieży. Kiedy w końcu to czynię, w myślach rozplanowuję resztę swojego wolnego dnia. Czasem sprzątam dalej, ścierając kurze z mebli lub szorując łazienkową armaturę. Dzisiaj poprzestaję jednak na niedbałym przejechaniu mopem wszystkich podłóg oraz dotknięciu wilgotną szmatką mebli w salonie. Na nic więcej nie mam już siły. Nawet na to, by zaserwować sobie małą przyjemność w postaci spaceru, filmu, muzyki lub naleśników z dżemem.

Czekam. Choć nie wiem na co konkretnie.

- Przecież nic mnie już nie czeka... - mruczę sama do siebie.

Kiedy nie widzi się przed sobą przyszłości, wraca się do przeszłości. W głowie znowu budzą się wspomnienia dawnych lat. Dawnych sobót, które w zasadzie zawsze były dla mnie dniem izolacji i samotności. Dniem bez facetów. Bez koleżanek. Bez pracy. Bez ludzi.

Nawet w czasie, kiedy w moim życiu był Adam, soboty spędzałam w pojedynkę. W soboty byłam singielką, samotną i grzeczną kobietą bez skazy. Poranki zawsze spełzały mi na domowych obowiązkach. Popołudnia umykały natomiast w jakimś błogim stanie nieróbstwa i spowolnionego tempa. Minuty gubiły się nie wiadomo gdzie i na czym. 10 minut na krzyżówce, 50 minut na książce, godzina na gotowaniu obiadu. Soboty to był czas na celebrowanie drobnych przyjemności, na rozwijanie swoich małych hobby. Na spacery i cykanie zdjęć, na wsłuchiwanie się w teksty piosenek, ewentualnie na wyjścia do teatru i kina.

Na zegarku dochodzi 18. O tej porze, w ostatnich latach najczęściej przygotowywałam się do wieczornego wyjścia na aerobik do pobliskiego klubu. Osiedlowy twór, w którym dwie trenerki i jeden trener pracują nad figurami ambitnych babek, chcących zrzucić 5, 10 lub czasem więcej kilogramów. Chodziłam tam nie tyle po to, żeby się poruszać, co podsłuchać o czym mówią inne kobiety. Przez godzinę wymachiwałam więc rękami i nogami, słuchając rytmicznej muzyki, której wtórowały głośne westchnienia zmęczonych dziewczyn oraz pełen wigoru głos niezmordowanej instruktorki Arlety. W międzyczasie przysłuchiwałam się przeróżnym zwierzeniom oraz przechwałkom, którymi moje towarzyszki dzieliły się w dosyć szczodry i nieprzemyślany sposób. Dziwiłam się im, ale jednocześnie nadstawiałam uszu, traktując zasłyszane wiadomości jak emitowaną na żywo audycję. Ruda pięćdziesiątka miała problemy z nieuczciwymi dostawcami. Młoda matka z poszarzałą cerą narzekała na konflikt pomiędzy trzyletnią córką i pięcioletnim synem. Madame Marie była szantażowana przez byłego pracownika, a nastoletni syn pracującej w urzędzie stanu cywilnego Elżbiety, chyba ćpał.

- A mój stary zrobił bachora 20 lat młodszej kochance - mogłabym teraz dorzucić do tych wynurzeń swoją cegiełkę.

W życiu jednak nie opowiadałabym żadnym obcym babom o swoich prywatnych sprawach. Po treningu wybiegałam więc z przebieralni, obojętna na składane mi czasem propozycje wspólnej kawy i ciacha. Nie miałam nikomu nic do powiedzenia. A słodycze po ćwiczeniach fizycznych zawsze uważałam za bezsens.

Od rozstania z Markiem, nie chodzę do klubu. Po zajęciach w szkole baletowej, nie jestem już w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. Czuję, że znajduję się jednocześnie na kilku etapach porozstaniowej żałoby. Nadal nie dowierzam, że to już kres mojej małżeńskiej historii. Przecież to nie tak miało być.

W poszukiwaniu hobby

- To takie głupie, ale zdarza mi się czasem wybudzić w środku nocy i iść do dawnej sypialni Marka. Sterczę tam potem przez kilkanaście minut, bez celu wpatrując się w puste łóżko - przyznaję ze wstydem podczas kolejnej wizyty u Modlińskiej.

Złoszczę się na niego, że tak mnie zlekceważył. Złoszczę się też na siebie, że ciągle myślę o tej sytuacji jak o własnej porażce. Mój mózg akceptuje tę stratę, ale w środku mnie siedzi coś, co temu zaprzecza. Tak, jakbym nosiła w sobie jakiś zupełnie niezależny od mojego umysłu, organ rządzący uczuciami. Nie wiem w jakiej fazie żalu w rzeczywistości się znajduję, ale czuję, że do końcowego wyleczenia jeszcze daleka droga.

- A co jest dla Ciebie w obecnej chwili najtrudniejsze? - pyta Modlińska.

- To, że straciłam całą chęć do życia. Że czuję się taka bezużyteczna, bezwartościowa, bez przydziału. I że nie mam na nic ochoty - żalę się.

Co zaleca moja psychoterapeutka? Radzi poszukać nowego hobby lub powrócić do zaniechanych zainteresowań. Zakłada, że w trakcie związku porzuciłam swoje pasje na rzecz małżeńskich obowiązków. I jest w tym dużo racji. W ostatnich latach, faktycznie stałam się nudną kobietą, która skoncentrowana wyłącznie na pracy i domu, zapomniała o swoim wnętrzu. Tak jakby te lata spędzone z Markiem wyprały cały mój osobisty koloryt. A przecież kiedyś miałam tyle zainteresowań!

- Jakich konkretnie? - pyta Modlińska.

Kiedyś robiłam wiele różnych rzeczy. Chociażby chodziłam na basen, spacerowałam z aparatem, pisałam wiersze haiku, a pod wpływem Adama zaczęłam nawet sięgać po pędzle i farby.

Adam. Znowu Adam... Wiele tych czynności kojarzy mi się właśnie z nim. On dawał mi jakieś emocjonalne paliwo. Swoimi zachętami i pytaniami, pobudzał do działania. Kiedy odszedł, straciłam serce do tych wszystkich zabaw. Bez niego nic już nie wyglądało tak atrakcyjnie.

- Może spróbuj powrócić do tamtych pasji - podsuwa psychoterapeutka.

Nie wiem, czy teraz będzie to miało jakikolwiek sens. Czuję się totalnie wypalona i niechętna do robienia czegokolwiek. Modlińska jednak uparcie nalega.

- Na kolejnym spotkaniu masz mi zrelacjonować powrót do aktywności. Jakiejkolwiek!

Dobrze. Niech jej będzie, myślę, decydując się na powrót do klubu fitness.

Moja pierwsza wizyta na porozstaniowym aerobiku, okazała się jednak katorgą, z której zwiałam w połowie zajęć. Wrzeszcząca i buchająca energią instruktorka, chcąc wycisnąć ze mnie ukrytą siłę, niemal doprowadziła mnie do płaczu. Łykając łzy i podnosząc to lewą, to prawą nogę, usłyszałam w pewnym momencie komentarz:

- Wyżej Hanka! Podnieś tę nogę wyżej! Wyglądasz jakby krocze cię bolało! Co? Za dużo seksu?

Zirytowana śmiechami oraz wywiązującą się na sali rozmową reszty posapujących wokół mnie kobiet, zdecydowałam się na ewakuację. Wykorzystując dwuminutową przerwę na napicie się wody i zmianę muzyki w odtwarzaczu, wymknęłam się z sali tortur niczym cwany złodziej.

Obiecawszy sobie unikać zarówno wyżyłowanej Arlety, jak i jej fitness klubu, żalę się teraz przed Modlińską, że:

- To było nie do zniesienia...

Psychoterapeutka patrząc na mnie bezlitosnym wzrokiem, zaleca tylko kolejne próby.

- Wspominałaś coś o malowaniu... - przypomina.

Tak oto, kilka dni później, w zaciszu własnych czterech ścian, zwracam się ku farbom. Ze skierowanym w stronę czarnej tubki pędzlem, zaczynam od razu wspominać pewien wiosenny dzień, który lata temu spędziłam w towarzystwie Adama. Zainteresowana procesem tworzenia obrazów, chciałam zobaczyć mojego kochanka w akcji. On natomiast, zapraszając mnie do wspólnego malowania, podał mi pędzel, mówiąc:

- Proszę bardzo. To będzie nasz wspólny obraz.

Początkowo zdecydowałam się wyłącznie na kilka nieśmiałych i niewyraźnych kresek. Ośmielona jednak pochwałami, zaczęłam wykonywać coraz bardziej odważne i zamaszyste pociągnięcia. Powstały w tej wesołej atmosferze obrazek, Adam zawiesił tego samego dnia nad łóżkiem w swoim mieszkaniu. Upaprani różnymi kolorami i szczęśliwi, przyglądaliśmy się mu potem w przerwach pomiędzy kolejnymi pieszczotami. To wspólne malowanie tak mi się spodobało, że następnego dnia sama kupiłam kilka tubek farb oraz pędzelków. I tak zaczęła się moja wesoła twórczość. Tworzyłam wówczas kolorowe, naiwne i pokraczne scenki, którymi chwaliłam się potem Adamowi niczym przedszkolak.

Sięgnięcie po farby w samotności, tuż po rozstaniu z Markiem okazało się dla mnie jednak zbyt dużym wysiłkiem emocjonalnym. Jego efekt w postaci szaroburej płaszczyzny z abstrakcyjnym czarnym kształtem pośrodku, wylądował ostatecznie w koszu.

Skoro z malowania nici, to może fotografia? Marek nie zabrał swojej lustrzanki. Zapomniał. Albo zostawił ją specjalnie. Może to taki porozstaniowy prezent? Włączam aparat, żeby przejrzeć ostatnio zrobione fotki. Na karcie pamięci mnóstwo wspólnych zdjęć. Najświeższe jednak z czerwca sprzed dwóch lat. Na ekraniku uśmiecha się do mnie wesoła rodzinka pozorantów. Nie chcę na to patrzeć, ale skasować też nie potrafię. Może Bruno będzie chciał kiedyś do nich wrócić. Aparat odkładam do szuflady. Wiem już, że nie będę robić żadnych zdjęć.

Następnego dnia, zaraz po pracy, rozsiadam się z zakupionym specjalnie na tę okazję, zestawem przyborów do kaligrafii japońskiej. Kiedyś tak bardzo lubiłam to robić. Na ulotce dołączonej do pędzelków, tuszu i specjalnego papieru hanshi widnieje informacja, że sztuka estetycznego pisania znaków systemu kanji, katakana i hentaigana, opiera się na perfekcyjnym wykonaniu, do którego konieczne są cierpliwość, konsekwencja i skupienie. Maczając gruby pędzel z cienką końcówką w pojemniczku z tuszem, zastanawiam się, od czego zacząć. W kaligrafii nie ważna jest treść, a wygląd. Bez zastanowienia smaruję więc na ryżowym kartoniku znak Ai, czyli miłość. Jak byłam na studiach wychodziło mi to zdecydowanie zgrabniej, myślę spoglądając na niezbyt wyrobione kreski. Za dziesiątym podejściem, efekt jest już nieco lepszy. Kiedy jednak pod wpływem drgnięcia ręki, jednym chlapnięciem tuszu niweczę cały ten misternie wypracowany znak, klnąc pod nosem, wstaję od biurka i rzucam wszystko w kąt. Pieprzyć ai i całą tę kaligrafię. Nie mam już do tego cierpliwości.

O powrocie do pisania haiku także nie ma mowy. Z tą formą poezji zapoznała mnie w dzieciństwie, własna matka. Junshiro, mój biologiczny ojciec, napisał dla niej kilka takich krótkich wierszyków, a potem odszedł bez słowa. Pożółkłe karteluszki z tą twórczością to mój jedyny namacalny dowód na istnienie tego człowieka i jego miłości. Ot, co warte są męskie uczucia!

Z poezji zatem również nici. Poruszająca serce, liryka w niczym mi dzisiaj nie pomoże. Co najwyżej przypomni jeszcze bardziej o własnym bólu. Zresztą, artystyczna wena opuściła mnie już lata temu. Odeszła chyba razem z Adamem, który znikając z mojego życia, zabrał ze sobą również całą gamę natchnień.

Zniechęcona tymi dawnymi zainteresowaniami, w wolnych chwilach snuję się zatem po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Na zajęcia w szkole baletowej docieram z trudem i niechęcią. Wszystko, co nie jest konieczne, odkładam na potem. A kiedy już nie mogę wytrzymać w zamkniętej przestrzeni, spaceruję po pobliskim cmentarzu, chłonąc tamtejszą ciszę i spokój. Fakt, że wszystkie nasze ludzkie rozterki, cierpienia, a także i otaczający nas ludzie są tylko śmiertelnymi bytami, koi moją duszę i przynajmniej na chwilę dystansuje mnie od rozmyślań o utraconej miłości.

Miłości? Nawet nie wiem, czy można to nazwać miłością. Czy myśmy się z Markiem w ogóle kochali?

Rozwód

16 września. Po ostatnich upałach nie ma już śladu. Na dworze jest zimno, wietrznie i szaro. Z nieba leje jak z cebra, a ja jadąc przez miasto, odnoszę wrażenie, że moja honda brnie przez środek wartkiego potoku. Studzienki kanalizacyjne z trudem pochłaniają kolejne litry wody, a przejeżdżające samochody i autobusy rozbryzgują kałuże na wszystkie strony. Zaskoczeni ludzie tulą się do siebie na przystankach, a ci którzy muszą gdzieś dojść na pieszo, walczą z powykrzywianymi drutami parasolek.

Nie mogąc znaleźć żadnego wolnego miejsca w pobliżu gmachu Sądu Okręgowego, swoje auto parkuję dwie ulice dalej. Zatrzymawszy się pomiędzy jakąś wypasioną, sportową furą a zgniłozielonym kombi, rozglądam się po tylnym siedzeniu za parasolką. Niestety nie zabrałam jej z domu. Do budynku sądu pędzę więc w strugach deszczu.

Dobrze, że moje włosy nie reagują na wilgoć. Kobieta, która podobnie jak ja dobiega do drzwi, ma już na głowie sterczące kłaki.

Wchodząc do środka, przecieram twarz chusteczką higieniczną, po czym zaczynam szukać sali numer 8. To właśnie tam, już za kwadrans rozpocznie się moja sprawa rozwodowa. Jej sygnaturka to IC 975/20. Patrząc na te kilka liter i liczb, czuję przykry ucisk w sercu. Pomyśleć, że na wokandzie całe moje małżeństwo sprowadza się do tak niewiele znaczącego skrótu.

Przechodząc przez długi korytarz, mijam pokrzykującą do siebie parę w średnim wieku. Ani on, ani ona nie zwracają uwagi na zaciekawione spojrzenia innych petentów. Są tak zacietrzewieni, że jest im już wszystko jedno.

Rozprawa moja i Marka przebiegnie w eleganckiej i spokojnej atmosferze. Jestem o tym przekonana. Całe nasze wspólne życie było pozbawione emocji. Koniec zapewne będzie taki sam. Kiedy Marek zjawia się pod salą, wita mnie lakonicznym:

- Cześć.

Odpowiadam mu tym samym i odkręcam głowę w drugą stronę. Czuję się niezręcznie. On chyba też.

Podczas rozprawy oboje wyglądamy na spiętych i niepewnych. On chce mieć ten rozwód jak najszybciej w kieszeni. Ja natomiast mam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Zanim się to stanie, musimy jednak zmierzyć się z kilkoma niewygodnymi pytaniami sędziny. Żeby uzyskać rozwód na pierwszej rozprawie, nasze wersje wydarzeń muszą się potwierdzać.

- 14 października 2000.

- Później jednak zaczynają się schody.

- Kiedy i dlaczego związek zaczął się psuć? - pyta sędzina.

- Powodem była moja zdrada. Wszystko zaczęło się trzy lata temu - wyjaśnia Marek.

Z obojętną miną przytakuję mu na potwierdzenie. W środku jednak trzęsę się w posadach. Nieoczekiwanie odkryta prawda uderza mnie z brutalną siłą. Romans mojego męża trwał nie rok, a całe trzy lata! Jak mogłam to przeoczyć?!

- Kiedy nastąpił rozpad pożycia małżeńskiego w sferze fizycznej, uczuciowej i gospodarczej? - nieświadoma moich wewnętrznych przemyśleń, sędzina zadaje już kolejne pytania.

- 4 lata temu - otrząsając się z lekkiego szoku, odpowiadam z udawanym spokojem.

Kiedy kobieta prosi o podanie daty ostatniego pożycia małżeńskiego, zażenowany Marek, nie wiedząc, gdzie oczy podziać, mruczy:

- 14 lutego 2015.

W walentynki? Też wymyślił! Tak naprawdę nasz ostatni seks miał miejsce na wakacjach w Turcji, w sierpniu 2015. Rozgrzani ciepłym słońcem i lekko skołowani egzotycznymi drinkami, w zaciszu hotelowego pokoju postanowiliśmy rozniecić wygasły płomień małżeńskich namiętności. Nie było łatwo, ale po kilku nieudanych próbach, mojemu mężowi udało się nawet szczytować. Marek jednak nie pamięta tego incydentu, a ja nie zamierzam mu o tym przypominać.

- 14 lutego 2015 - przyklepuję przed sędziną.

- Czy strona kocha żonę? - sędzina zadaje już kolejne pytanie.

- Nie - odpowiada Marek, spoglądając w moją stronę z jakąś przepraszającą miną.

- Czy strona kocha męża? - sędzina powtarza to samo pytanie w moim kierunku.

- Nie - odpowiadam twardo, patrząc gdzieś w okno.

Gdy sędzina pyta o moment, w którym zanikła strona uczuciowa związku, mam ochotę powiedzieć, że takowa nigdy się między nami nie wytworzyła. Zgodnie z ustaleniami, potwierdzam jednak słowa Marka, w których informuje on, że nasze uczucia wypaliły się jakieś 4 lata temu.

Na pytanie, odkąd nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, Marek z rozpędu odpowiada:

- Od 4 lat.

- Uderzając się lekko w czoło, dokonuje jednak szybkiej korekty.

- To znaczy od pół roku - poprawia się.

Sędzina posyła mu kpiące spojrzenie, po czym spoglądając w moją stronę, prosi o potwierdzenie jego słów.

- Od pół roku - potwierdzam, tym razem zgodnie z prawdą.

Marek faktycznie nie mieszka ze mną już od 6 miesięcy. Jak ten czas leci!

Dalsza część wywiadu upływa sprawnie i bez problemów. Informujemy, że nie zawieraliśmy umowy majątkowej, nie mamy małoletnich dzieci i zgodnie podzieliliśmy nasz wspólny dobytek na dwie części. Ja biorę dom. On bierze oszczędności. Nie zamierzamy o nic walczyć, ani stawiać przed sobą niepotrzebnych przeszkód.

Kiedy sędzina pyta, czy widzimy szansę na pojednanie, oboje wyraźnie zaprzeczamy. Spoglądając na Marka, zastanawiam się, co on teraz czuje? Ulgę? Radość? A może jakieś wyrzuty sumienia albo maleńki żal? Marek dostrzegając mój wzrok, peszy się i schyla głowę w dół. Pewnie jest mu wstyd. Nie tylko przede mną, ale także przed sędziną, dwójką ławników i protokolantką, która ze znudzonym wyrazem twarzy, spisuje nasze słowa. Zawsze taki prostolinijny i uczciwy Marek, z łatką zdrajcy musi czuć się parszywie.

Kiedy sędzina ogłaszając wyrok, potwierdza nasz rozwód, czuję w środku pustkę. Po wszystkim, wstaję bez słowa i na sztywnych nogach wychodzę na sądowy korytarz jako wolna kobieta.

Po wyjściu z sali, przez chwilę patrzymy na siebie z Markiem w jakimś osłupieniu i niezdecydowaniu. Nie wiem, co teraz zrobić. Powiedzieć coś do niego? Uśmiechnąć się? A może odkręcić się na pięcie i po prostu pójść w swoją stronę?

Marek w końcu decyduje się przerwać tę krępującą chwilę. Podchodzi do mnie i wyciągając rękę, mówi:

- Haniu... Dziękuję, że byłaś tak wyrozumiała i przepraszam za wszystko. Ja naprawdę...

- Dobrze, już dobrze - przerywam mu, odwzajemniając uścisk dłoni. - Nie ma już o czym mówić.

Naprawdę tu już nie ma o czym mówić.