Romans w Paryżu - Fiona Schneider

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Li­sette

Sier­pień 1942, Pa­ryż

Li­sette za­mknęła drzwi i oparła czoło o drew­niane skrzy­dło. W wą­skim ko­ry­ta­rzu miesz­ka­nia pa­no­wała ciem­ność. Na skó­rze wciąż czuła za­pach wody ko­loń­skiej Chri­sto­pha - mie­szankę dymu drzew­nego i ber­ga­moty. W ustach zaś smak ostat­niego po­ca­łunku - cie­płego i po­spiesz­nego... ale te­raz już od­szedł.

Huk wy­bu­chu bomby wy­rwał ją z za­dumy. Mu­siała my­śleć szybko. Miał wró­cić rano. Tak obie­cał. Wzięła wa­lizkę, gar­nek Boh­nen- und Kar­tof­fe­le­in­topf i prze­szła przez miesz­ka­nie, od­wra­ca­jąc wzrok od drzwi do sy­pialni. Ale jej ciało pa­mię­tało - cie­pło jego skóry, jego wargi wę­dru­jące w dół.

Li­sette wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc. Wspo­mi­na­nie ni­komu w ni­czym nie po­może. Jej od­dech zwol­nił. To wła­śnie na ta­kie chwile jak ta prze­cho­dziła szko­le­nie. Nie było miej­sca na emo­cje. Zresztą to w głów­nej mie­rze wła­śnie jej uczu­cia wcią­gnęły ją w cały ten ba­ła­gan.

W sa­lo­nie chwy­ciła za ko­tarę za­ciem­nia­jącą i od­su­nęła ją na bok. Jej palce drżały. Szczyty da­chów lśniły per­łowo w świe­tle księ­życa. Na nie­bie wi­dać było le­cącą ni­sko for­ma­cję sa­mo­lo­tów. Po­dą­żała wzro­kiem za po­mru­kiem sil­ni­ków. Sa­mo­loty zmie­rzały na za­chód, w kie­runku Bo­ulo­gne-Bil­lan­co­urt. Roz­legł się wy­buch ko­lej­nej bomby, tym ra­zem gło­śniej­szy. Li­sette skrzy­wiła się, a jej serce za­biło nie­równo. Niebo roz­bły­sło nie­na­tu­ral­nie ja­sno. Nie było wiele czasu.

Otwo­rzyły się drzwi do kuchni. Prze­stra­szyła się na od­głos skrzyp­nię­cia. W wej­ściu sta­nął młody męż­czy­zna z bu­rzą gę­stych wło­sów na gło­wie. Wes­tchnęła. No tak, Ja­cques. Za­po­mniała, że tu był. Był star­szy, niż jej się wy­da­wało tam­tego dnia, gdy wi­działa go w prze­lo­cie. Po­dej­rze­wała, że mógł być po dwu­dzie­stce. Pod­szedł do okna, lekko ku­le­jąc.

- Co zro­bimy? - wy­szep­tał po fran­cu­sku.

Miał ni­ski głos, ale Li­sette za­uwa­żyła drże­nie. Przy­po­mniała so­bie tam­ten kwi­tek. Tam wła­śnie było na­pi­sane: "Ja­cques M.". Chri­stoph po­mógł za­pew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Nie mo­gła go tu zo­sta­wić.

- Masz dość siły, by ru­szyć w po­dróż? - za­py­tała.

Ja­cques wy­pro­sto­wał się.

- Oczy­wi­ście.

- W ta­kim ra­zie my­ślę, że po­win­ni­śmy stąd wy­je­chać - po­wie­działa. - Ma­in­te­nant1.

Wy­po­wie­dze­nie tych słów na głos urze­czy­wist­niło je.

Szybko wszystko prze­li­czyła. W szaf­kach było wy­star­cza­jąco je­dze­nia na kilka dni. Pa­ryż zo­sta­nie dziś nocą za­mknięty ze względu na bom­bar­do­wa­nie. Li­sette znała jed­nak ta­jemne przej­ścia, drzwi, do któ­rych można było bez­piecz­nie za­pu­kać. Uda jej się ich stąd wy­do­stać.

- A co z Chri­sto­phem? - Ja­cques po­de­rwał głowę i spoj­rzał w kie­runku drzwi.

Serce Li­sette się ści­snęło. Pi­sa­nie mu wia­do­mo­ści nie było bez­pieczne. Nie mo­gła zo­sta­wić śladu po so­bie ani po Ja­cques'u. Chri­stoph tylko by wszystko skom­pli­ko­wał. Te­raz był ide­alny czas, by iść. Za­gry­zła wargę. Zła­mie tym Chri­sto­phowi serce, ale czy miała ja­kiś wy­bór?

Wy­bu­chła ko­lejna bomba. Tym ra­zem bli­żej. Oboje się wzdry­gnęli. Dźwi­gary wieży Eif­fla roz­świe­tliły się na chwilę od eks­plo­zji.

Ja­cques zwró­cił się w stronę Li­sette.

- Je­steś pewna, że chcesz te­raz wyjść?

Li­sette wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wy­daje mi się, że­by­śmy mieli wy­bór. Wo­lisz tu zo­stać?

Ja­cques roz­gląd­nął się po apar­ta­men­cie, dra­piąc się po kil­ku­dnio­wym za­ro­ście, i uśmiech­nął się krótko.

- Nie, wolę spró­bo­wać szczę­ścia z tobą.

Li­sette po­ki­wała głową. Za­cią­gnęła ko­tary i zer­k­nęła na torbę. Chri­stoph do środka spa­ko­wał jej ze­szyt z prze­pi­sami i ubra­nia na zmianę. Tyle. Dużo miej­sca na kon­serwy i Boh­nen- und Kar­tof­fe­le­in­topf. Zro­biło jej się słabo w środku na myśl o cze­ka­ją­cej ją po­dróży. "Mój ko­chany, mam na­dzieję, że zro­zu­miesz, dla­czego mu­sia­łam odejść".

1

Ju­lia

Maj 2002, Lon­dyn

Wi­dow­nia Wig­more Hall była pu­sta. Ju­lia za­ci­snęła dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach fo­tela z czer­wo­nego ak­sa­mitu. Miała na­dzieję, że ci­sza uspo­koi jej umysł. Za­mknęła oczy i sta­rała się usły­szeć w gło­wie Po­lo­neza C-dur Beetho­vena, ale nic nie przy­cho­dziło.

Po­ni­żej bal­konu, na któ­rym sie­działa, sły­chać było prze­ry­wa­jący ci­szę szum od­ku­rza­cza. W pa­mięci po­wró­cił jej głos matki: "Nie ma co sie­dzieć. Mu­sisz się przy­go­to­wać na kon­cert".

Ju­lia otwo­rzyła oczy. Przy­go­to­wała się. Od­pra­wiła cały zwy­cza­jowy ry­tuał - przej­rzała nuty, przy­je­chała wcze­śniej, wy­pró­bo­wała pia­nino, sie­działa na wi­downi - wy­peł­niła wszystko co do joty. Jed­nak dzi­siaj coś było ina­czej. Trze­po­tało w jej ży­łach ni­czym ptak uwię­ziony za szybą.

Grała tu już wiele razy, rok­rocz­nie prze­ska­ku­jąc ko­lejne etapy ogól­no­kra­jo­wych kon­kur­sów pia­ni­stycz­nych. Te­raz była tu w ra­mach to­ur­née, które zor­ga­ni­zo­wał dla niej Se­ba­stian. Po­czuła, jak z ner­wów skręca ją w żo­łądku. Wstała. Sie­dze­nie za­mknęło się z głu­chym stuk­nię­ciem. Wkrótce za­cznie się zbie­rać pu­blicz­ność.

To­rebka Ju­lii była w tym sa­mym miej­scu, gdzie ją zo­sta­wiła - w zie­lo­nej sali. Nuty cze­kały, żeby je jesz­cze ostatni raz przej­rzeć. Jej od­dech zwol­nił. Nie chciała pa­trzeć na fo­to­gra­fie in­nych ar­ty­stów i pia­ni­stów, któ­rzy tu przed nią wy­stę­po­wali: Da­niela Ba­ren­bo­ima, Edwina Fi­schera, An­geli He­witt. Spra­wiali, że jesz­cze bar­dziej się de­ner­wo­wała.

- Jak się masz? - za­py­tał Se­ba­stian. Prze­szedł przez zie­loną salę. Miał na so­bie prąż­ko­wany gar­ni­tur i białą ko­szulę. Dzięki Bogu, że tu był. Czuła, że jej nerwy tro­chę ze­lżały. - Go­towa?

- Pra­wie. - Ju­lia za­jęła się atła­so­wymi fał­dami sukni. - Jest za długa.

- Ob­casy by po­mo­gły - od­parł Se­ba­stian z uśmie­chem.

Usiadł. Ich bli­skość ją po­cie­szała, po­ma­gało jej to, że byli pra­wie rów­no­lat­kami. Była pierw­szą osobą, z którą pod­pi­sał kon­trakt sześć lat temu, gdy miała dwa­dzie­ścia je­den lat. Le­ciał spe­cjal­nie do Bonn, żeby po­słu­chać, jak da­wała re­ci­tal. Jej wy­stęp o mało co nie oka­zał się ka­ta­strofą, ale na szczę­ście Se­ba­stian usły­szał tyle, żeby zde­cy­do­wać, że chce ją re­pre­zen­to­wać. Był jed­nym z naj­młod­szych ma­na­ge­rów w agen­cji.

- Suk­nia i tak nie ma zna­cze­nia - stwier­dził, pa­trząc na nią. - Wspa­niale wy­glą­dasz.

- Se­ba­stian...

Po­pra­wił man­kiety.

- Chyba nie ma za­kazu mó­wie­nia prawdy, co? Ten wie­czór to świetna oka­zja, żeby wspa­niale wy­glą­dać. Ko­lejny szcze­bel na dro­dze do Kon­kursu im. Kró­lo­wej Elż­biety Bel­gij­skiej.

- Wiem, na­wet mi nie przy­po­mi­naj.

Wszy­scy zga­dzali się co do tego, że Ju­lia była wscho­dzącą gwiazdą. Kon­kurs im. Kró­lo­wej Elż­biety Bel­gij­skiej w Bruk­seli był jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych kon­kur­sów dla pia­ni­stów na świe­cie. Jed­nak im wy­żej się pięła, tym at­mos­fera sta­wała się chłod­niej­sza i trud­niej­sza. Cza­sem na samą myśl o tym wszyst­kim Ju­lii krę­ciło się w gło­wie.

Se­ba­stian trą­cił ją łok­ciem i się za­śmiał.

- Daj spo­kój, tylko mi nie mów, że się stre­su­jesz. Chyba nie taka do­świad­czona pia­nistka jak ty.

Ju­lia zmu­siła się do uśmie­chu.

- Oczy­wi­ście, że nie. Nie mogę się już do­cze­kać wy­stępu.

Se­ba­stian wy­cią­gnął w jej stronę dłoń.

- Chodź, za­pro­wa­dzę cię na scenę.

Po­pro­wa­dził ją przez zie­loną salę, w kie­runku drzwi wy­cho­dzą­cych na scenę. Jego dłoń do­ty­ka­jąca jej z tyłu w pa­sie i czarne kur­tyny po bo­kach sceny cał­ko­wi­cie po­chło­nęły jej my­śli. Już za kilka se­kund bę­dzie tam stała.

- Pa­mię­taj, żeby ich olśnić - po­in­stru­ował ją Se­ba­stian. Przy­cią­gnął jej dłoń do ust i po­ca­ło­wał de­li­kat­nie, za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać. Otwo­rzyły się drzwi i już szła po sce­nie w ośle­pia­ją­cym świe­tle re­flek­to­rów.

Sta­nęła na wprost pu­blicz­no­ści i się ukło­niła. Roz­legł się aplauz. Żo­łą­dek ści­snął się jej w su­peł. Usia­dła na ta­bo­re­cie przy for­te­pia­nie. Ste­in­way lśnił. To było coś, co do­brze znała.

Aplauz ucichł. Se­ba­stian po­wie­dział, żeby ich olśniła. To wła­śnie ro­biła przez całe swoje ży­cie - wzbu­dzała okrzyki za­chwytu swoją spraw­no­ścią. To było uza­leż­nia­jące i jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­jące. Dzi­siej­szy wie­czór nie był wy­jąt­kiem.

Za­częła grać. Spod jej pal­ców po­pły­nęły pierw­sze takty po­lo­neza Beetho­vena.

Tego uczu­cia nie dało się po­rów­nać z ni­czym in­nym. Była sama na mo­rzu mu­zyki. Jej ciało ko­ły­sało się, fa­lo­wało wraz z me­lo­dią. Ko­lejne nuty po­ja­wiały się przed nią i jak w ja­kiejś ma­gii, jej dło­nie wie­działy, któ­rędy mają po­dą­żać.

Ale na­gle, nie­ocze­ki­wa­nie palce Ju­lii ze­sztyw­niały. Po­cząt­kowo było to pra­wie nie­zau­wa­żalne. Grała da­lej, roz­cią­ga­jąc dłoń po­mię­dzy okta­wami, prze­ska­ku­jąc w górę i w dół se­kwen­cji. Nuty roz­błys­ki­wały w jej pa­mięci, ale palce nie były w sta­nie za nimi na­dą­żyć.

Po­czuła w uszach ude­rze­nie krwi. Frag­menty me­lo­dii roz­trzas­kały się i roz­pa­dły. Mimo jej usil­nych sta­rań mu­zyka za­czy­nała się roz­sy­py­wać na oczach wszyst­kich wi­dzów. Cof­nęła dło­nie znad kla­wia­tury.

Serce wa­liło jej w piersi jak osza­lałe. Nie po­tra­fiła spoj­rzeć na pu­blicz­ność, na ni­kogo.

Po­ty­ka­jąc się o kraj sukni, wy­bie­gła ze sceny. Mu­siała uciec. Po­pchnęła drzwi ewa­ku­acyjne i wy­mknęła się na ze­wnątrz.

- Ju­lio! - Se­ba­stian wy­szedł za nią na dzie­dzi­niec. - Mój Boże, wszystko do­brze?

- Nie wiem. Prze­pra­szam. Nie mogę... - Jej pierś fa­lo­wała. Pa­dał deszcz i Ju­lia cała drżała.

- Co się stało? - za­py­tał.

Nie od­wa­żyła mu się przy­znać, że już kie­dyś jej dło­nie ją za­wio­dły - pod­czas ćwi­cze­nia dwa ty­go­dnie temu. Wy­parła ten fakt, li­cząc, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy, ale te­raz... Po­czuła wzbie­ra­jącą pa­nikę.

- Ja nie mogę tam wró­cić.

Do­tknął jej ra­mie­nia.

- W po­rządku, uspo­kój się - po­wie­dział. - Mo­żesz się chyba raz po­my­lić, tylko to po pro­stu ta­kie nie­ty­powe dla cie­bie.

Ju­lia wstrzy­my­wała łzy. Nie mo­gła po­zwo­lić, żeby ten wie­czór wszystko ze­psuł.

- Obie­cuję, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy. - Ale na­wet gdy to mó­wiła, wie­działa, że jest to poza jej kon­trolą.

Se­ba­stian uści­snął jej dłoń.

- We­zmę twoją to­rebkę i za­dzwo­nię po tak­sówkę.

Deszcz pa­dał da­lej, do­szczęt­nie mo­cząc jej suk­nię. Gdzieś w od­dali sły­szała już ko­lejny wy­stęp. Cho­pin - ide­alne, bez­błędne dźwięki. Piękno mu­zyki ści­snęło bo­le­śnie jej serce.

Fi­sch­ko­tlett

1 duży łu­pacz

4 łyżki bułki tar­tej

1 jajko, roz­trze­pane

1 ły­żeczka soli

1 ły­żeczka pie­przu

1 łyżka tłusz­czu ku­li­nar­nego

3 łyżki musz­tardy

Wy­fi­le­to­wać łu­pa­cza. Roz­trze­pać jajko i za­mo­czyć w nim rybę z obu stron. Ob­to­czyć rybę w bułce tar­tej. Do­pra­wić solą i pie­przem. Sma­żyć na tłusz­czu do uzy­ska­nia zło­to­brą­zo­wego ko­loru z obu stron. Po­da­wać z zimną musz­tardą.

2

Ju­lia

Maj 2002, Lon­dyn

To da­nie to po­rażka. Ju­lia usi­ło­wała wy­trzeć plamę z ku­chenki w miej­scu, gdzie wy­ki­piała fa­solka. Za­miast sku­pić się na go­to­wa­niu, po raz ko­lejny z rzędu spraw­dzała nuty Beetho­vena, pró­bu­jąc dojść, dla­czego to wszystko po­szło tak źle. Na­wet pa­luszki rybne, które ku­piła w su­per­mar­ke­cie, były spa­lone na wiór.

Otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe. Wrzu­ciła ścierkę do zlewu. Już wró­ciły.

- A to co? - Anna odło­żyła to­rebkę na stół. Da­isy, jej córka, pa­trzyła na ba­ła­gan. - Ko­cha­nie, mia­łaś od­po­cząć.

- Chcia­łam przy­go­to­wać pod­wie­czo­rek dla swo­jej sio­strze­nicy i ko­cha­nej star­szej sio­stry - od­parła Ju­lia. - Oba­wiam się jed­nak, że nie wy­szło zgod­nie z pla­nem.

Da­isy zer­k­nęła na swoją mamę.

- Ale ja nie mu­szę tego jeść, prawda? - za­py­tała.

- Idź i po­oglą­daj bajki - po­wie­działa Anna. - Przy­niosę ci coś do zje­dze­nia.

Ju­lia po­czuła wzbie­ra­jącą w gar­dle gulę. Po tym wszyst­kim, co sio­stra dla niej zro­biła, kiedy Ju­lia ucie­kła ze sceny Wig­more Hall trzy dni temu, ona nie była na­wet w sta­nie ugo­to­wać jej zwy­kłego po­siłku. W oczach sta­nęły jej łzy.

- Och, ko­cha­nie, już do­brze. - Ra­miona Anny otu­liły ją i mię­si­sty swe­ter przy po­liczku Ju­lii wy­da­wał się taki ko­jący. - Mia­łaś ostat­nio ciężki czas. Twoje ręce...

- Ja się tylko boję, że to się znów wy­da­rzy.

- Wiem. - Anna po­gła­skała Ju­lię po wło­sach, po czym wes­tchnęła. - Za­wsze do­pro­wa­dza­łaś się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. Kiedy tata od­szedł, rzu­ci­łaś się w wir ćwi­cze­nia na for­te­pia­nie. Mia­łaś tylko sie­dem lat, nie­wiele wię­cej niż Da­isy.

- Wy­daje mi się, że to był spo­sób na to, żeby za­jąć uwagę mamy - od­parła Ju­lia. - Po­myśl tylko, Anno, jaka ona by była roz­cza­ro­wana, gdyby mnie te­raz zo­ba­czyła.

Anna wes­tchnęła.

- Nie wy­daje mi się, żeby co­kol­wiek było ją w sta­nie uszczęś­li­wić. Nie po­tra­fiła się po­zbyć zgorzk­nie­nia po tym, jak tata nas zo­sta­wił.

- Może gdyby cho­ciaż miał z nami ja­kiś kon­takt... - stwier­dziła Ju­lia. - Wtedy by zła­god­niała.

Anna uści­snęła nie­spo­koj­nie dłoń Ju­lii.

- Sama nie wiem.

Ju­lia otarła łzy i sta­rała się wziąć w garść. Nie chciała mar­twić Anny.

- Bę­dzie do­brze - po­wie­działa. - Za parę ty­go­dni jest kon­cert w Pra­dze, po­tem w Sal­zburgu. Se­ba­stian twier­dzi, że mogę pu­ścić w nie­pa­mięć ten wy­stęp w Wig­more Hall.

Spoj­rzała na swoje dłu­gie palce i kwa­dra­towe dło­nie. Po­zor­nie nie wy­glą­dało, żeby coś z nimi było nie tak. Wciąż nie wspo­mi­nała Se­ba­stia­nowi o na­wra­ca­ją­cym pro­ble­mie. Tylko Anna wie­działa.

- A może da­ła­byś swoim dło­niom tro­chę od­po­czynku od gra­nia? Mo­gła­byś za­jąć się ma­lo­wa­niem albo ogro­dem. Boże, mo­gła­byś się na­wet na­uczyć go­to­wać. - Anna za­chi­cho­tała.

- Nie mam czasu na na­ukę go­to­wa­nia - od­parła Ju­lia z uśmie­chem. Go­to­wa­nie ni­gdy nie było jej mocną stroną. - Pa­mię­taj, że to jest ten rok. Wielki kon­kurs pia­ni­styczny.

- Ale po­trze­bu­jesz prze­rwy, sio­strzyczko - od­po­wie­działa Anna, marsz­cząc brwi. - W ze­szłym roku Jake na­mó­wił mnie, że­bym tro­chę od­po­częła po po­grze­bie mamy. Na­wet nie wiesz, ile mi to dało!

To był ko­lejny po­wód, dla któ­rego Ju­lia czuła się winna. Po­winna być wtedy na miej­scu. Tym­cza­sem ona prze­by­wała na to­ur­née i na­wet nie było jej w kraju tej nocy, gdy zmarła mama. To sama mama na­le­gała, żeby Ju­lia po­je­chała. Przy­po­mi­nała so­bie jej bladą twarz, wciąż asy­me­tryczną po uda­rze, i te nie­wy­raźne słowa, kiedy mó­wiła: "Mo­żesz już nie mieć wię­cej ta­kiej oka­zji".

Ju­lia uści­snęła ra­mię Anny.

- Dla­tego wła­śnie chcia­łam wam przy­go­to­wać pod­wie­czo­rek. Zro­bić coś, żeby po­móc, po tym wszyst­kim, co dla mnie zro­bi­łaś. Może po­win­nam odło­żyć ten wy­jazd do Chri­sto­pha. Zo­stać tu jesz­cze dłu­żej...

Anna za­prze­czyła ru­chem głowy.

- W żad­nym wy­padku! Je­śli ktoś może to roz­wią­zać, to wła­śnie Chri­stoph.

Ju­lia nie wi­działa się z Chri­sto­phem od ubie­głego roku. Ostat­nio skoń­czył osiem­dzie­siąt lat. Nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy znów usią­dzie w jego sa­lo­nie mu­zycz­nym w Bonn i będą dys­ku­to­wać nad za­le­tami wło­skich pia­ni­stów, kom­po­zy­cjami Lu­do­vica Einau­diego oraz aku­styką w sali kon­cer­to­wej Beetho­ven­halle. Li­czyła, że może bę­dzie wie­dział, co mo­głoby po­móc jej rę­kom.

- Do­brze się bę­dzie z nim zo­ba­czyć - przy­znała.

- Pa­mię­tasz, jak się de­ner­wo­wa­łaś, kiedy po­je­cha­łaś do niego do Bonn? Nie mo­głaś uwie­rzyć, że ten sławny pia­ni­sta, Chri­stoph Bau­mann, który był już na eme­ry­tu­rze, pod­jął się wziąć pod swoje skrzy­dła jesz­cze ostat­nią stu­dentkę. - Anna po­krę­ciła głową. - Mu­sia­łaś na­prawdę zro­bić na nim wra­że­nie, gdy się po raz pierw­szy spo­tka­li­ście.

To był mo­ment, który od­mie­nił jej ży­cie. Brała udział w re­ci­talu we Frank­fur­cie. Po wy­stę­pie miało miej­sce przy­ję­cie i Ju­lia była za­sko­czona, kiedy pod­szedł do niej dziar­ski star­szy pan. Od razu wie­działa, że to ten Chri­stoph Bau­mann. Miała wszyst­kie jego na­gra­nia w swo­jej ko­lek­cji płyt wi­ny­lo­wych i prze­czy­tała każdy ar­ty­kuł, który na­pi­sał na te­mat gry na for­te­pia­nie. Za­schło jej w ustach i po­czuła pustkę w gło­wie, ale wy­star­czyły jego pierw­sze słowa, by ją uspo­koić.

Uśmiech­nęła się te­raz w stronę Anny.

- Po­wie­dział: "Ju­lio, twoje wy­ko­na­nie było nie­sa­mo­wite. Wiem, że ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy, ale mam dziwne prze­czu­cie, jak­by­śmy się już znali. Opo­wiedz mi wszystko o so­bie". Cały dzień prze­ga­da­li­śmy.

- Tak, cie­szę się, że się z nim zo­ba­czysz - stwier­dziła Anna. - Je­go życz­li­wość i zro­zu­mie­nie to jest do­kład­nie to, czego ci po­trzeba. - Prze­rwała. - Mam jed­nak na­dzieję, że Da­niel wciąż pra­cuje za gra­nicą. Byłby ostat­nią osobą, którą chcia­ła­byś wi­dzieć w związku z tym wszyst­kim, co się dzieje.

Da­niel. Syn Chri­sto­pha. Musi mieć pew­nie te­raz trzy­dzie­ści dwa lata - późne i długo wy­cze­ki­wane dziecko star­szych ro­dzi­ców. Chri­stoph zwy­kle żar­to­wał, że jest na tyle stary, że mógłby być dziad­kiem Da­niela. Co ja­kiś czas Da­niel wra­cał w jej snach, po czym bu­dziła się o trze­ciej w nocy i czuła cie­pło ob­le­wa­jące jej skórę. Na­wet te­raz na samą myśl o nim za­ru­mie­niła się.

- Nie, nie bę­dzie go. Ni­gdy go nie ma, kiedy ja je­stem - od­parła.

Ju­lia nie wi­działa Da­niela od sze­ściu lat, ani razu od 1996. Po­ma­so­wała skro­nie. Gdyby po­ja­wił się tylko cień szansy, że Da­niel bę­dzie w Bonn, ona nie po­je­cha­łaby tam.