Romans po godzinach. Niegrzeczna Kolekcja - Anna Wolf

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie spadł śnieg i przyszła zima. Chociaż prognozowano w tym miesiącu spore opady, to póki co za oknem świeciło jasne słońce. W ten grudniowy dzień siedząca na parapecie kotka przeciągnęła się leniwie, a jej futerko zalśniło w blasku poranka. Spojrzała na swoją panią i poszła dalej spać, ponieważ nie zamierzała zaprzątać sobie głowy jakąś panną, którą, owszem, kochała, jednak głównie za kocie chrupki i smaczki. Alicja Kwiatkowska też kochała tę kupę futra. Tola była jej przyjaciółką i towarzyszką przez ostatnie lata. Kilka lat temu znalazła tego kociaka na progu swojego niewielkiego domu, który dostała w spadku po bezdzietnym wujku, bracie mamy.

Zaspana Alicja otworzyła oczy i spojrzała na zegarek.

- Cholera jasna! Spóźnię się do pracy - wymamrotała.

Odrzuciła grubą kołdrę i pognała do łazienki. Nie chciała się spóźnić, bo z różnych względów kochała swoją robotę. Szefowa znowu będzie marudzić, chociaż sama na pewno nie należała do punktualnych, a Alicja przez kilka lat pracy pojawiła się za późno raptem dwa razy.

Złapała w dłoń szczoteczkę, nałożyła obfitą porcję miętowej pasty i zaczęła poranną toaletę. Myjąc zęby, spojrzała w lustro i stwierdziła, że wygląda jak zombie. Dzisiaj makijaż okazał się konieczny. Ale najpierw prysznic. Całe szczęście, że jakiś czas temu zamontowała przesuwane szyby nad wanną oraz deszczownicę, dzięki czemu miała i prysznic, i wannę.

Pięć minut później stała na chłodnych kaflach, ociekając wodą. Sięgnęła po różowy puchaty ręcznik i wytarła całe ciało. Rzuciła ręcznik na wannę, po czym wróciła do swojej sypialni, którą bardzo lubiła - czasem udawała, że to miejsce jest portalem do innej rzeczywistości. W sumie tak właśnie było, kiedy czytała książki lub ślęczała nad projektem dla klienta. Szkicowała tu też rysunki, których nigdy nikomu nie pokazała.

Podeszła na bosaka do szafy i wygrzebała z niej jedną ze swoich licznych sukienek. Dzisiaj miała ochotę założyć tę, która wyglądała, jakby ktoś namalował na niej łąkę. Nie miało znaczenia, że nadciągała zima, a aura była paskudna, bo ciągle padało. Chcąc poprawić sobie samopoczucie, wybrała maki, pięknie mieniące się czerwienią na zielonym tle. Wciągnęła kieckę przez głowę i zawiązała szeroki pasek wokół talii. Sięgnęła po szczotkę i przeczesała sięgające do połowy pleców ciemne włosy, które po chwili związała w koński ogon. Na bosaka pomaszerowała do kuchni, gdzie czekała już na nią Tola, która jednak postanowiła coś zjeść. Kicia miauknęła głośno i znowu stroiła te swoje zabawne miny.

- Coś się stało? - zapytała Alicja, wiedząc, że Tola odpowie jej po kociemu.

- Miauuuu! Miauuuu! - Kotka zachowywała się tak, jakby nie jadła co najmniej od tygodnia.

Kiedy Alicja zajrzała do jej miseczki, która wieczorem była pełna po brzegi, zrozumiała, skąd ta awantura.

- Ty to masz żołądek bez dna. - Pogłaskała Tolę, nasypała jej trochę kocich chrupek i dodała połowę saszetki. - Masz, ty futrzasty głodomorze.

Gdy kot wcinał śniadanie, dziewczyna robiła sobie kawę. Stwierdziła, że śniadanie zje w pracy. Niestety, nie zdążyła nawet upić łyka, kiedy rozdzwonił się telefon. Odwróciła się, próbując go zlokalizować.

- Jezu - wymamrotała, bo jak zwykle nie pamiętała, w którym miejscu położyła komórkę. - Torebka! - krzyknęła i ruszyła w jej kierunku. 

- Tak? - zapytała, kiedy udało jej się w końcu odebrać.

- Dzień dobry, Alicjo.

- A dzień dobry panu - przywitała się żartobliwie, chociaż wiedziała, kto dzwoni.

Byli na "ty", przecież razem pracowali.

- Dzisiaj mnie nie będzie.

- Rozumiem.

- Ale... - Witek odchrząknął i zawiesił głos.

- Powiedz to wreszcie, bo jestem skłonna podejrzewać, że chcesz zdezerterować.

- Nie, nic z tych rzeczy. Skąd przyszedł ci do głowy taki pomysł? - żachnął się.

- Bo cię znam? I wiem - usiadła przy stole - że coś knujesz, Witoldzie.

- Nie bądź...

- Wiedziałam - przerwała mu i nalała sobie kawy z niewielkiego imbryka. - Więc co się stało dzisiaj? Co tym razem wymyślisz, by wytłumaczyć swoją nieobecność w firmie?

Witek milczał przez chwilę, zanim rzucił:

- Szefowej też dziś nie będzie.

- Nie będzie? Skąd o tym wiesz? Nic mi... - Alicja urwała, bo przypomniała sobie, że dostała jakąś wiadomość, której nie odczytała. - Daj mi chwilę.

Weszła w wiadomości. I rzeczywiście miała SMS od szefowej, z wczoraj. Marlena informowała ją, że nie będzie jej w pracy, i poleciła, żeby Alicja pomogła Witkowi podczas prezentacji.

- Jasna cholera - mruknęła.

- Coś się stało?

- Wystawiliście mnie. Macie dzisiaj prezentację, a to nie moja bajka. Ja się zajmuję czymś innym i nie rozmawiam z klientami.

- Wiem, ale to nagły wypadek.

- Śmiem wątpić. - Cmoknęła.

- To będzie klient jak każdy inny.

- Oczywiście. Ale dziwne, że i jej, i ciebie nie będzie. Coś mi tutaj śmierdzi.

- Yyy... To mój dawny kumpel, studiowaliśmy razem.

- Aha. A to jest jakiś problem?

- Mogłabyś raz pomóc koledze.

- To nie jest pomoc, tylko zwalanie na mnie wszystkiego - oburzyła się, bo Witek wiecznie tak robił.

- Michał zajrzy dzisiaj do firmy.

- I akurat wtedy, kiedy zajrzy, ciebie i szefowej nie będzie - prychnęła. - Cóż za przypadek.

- Po prostu nie bardzo mam ochotę się z nim widzieć - powiedział wreszcie.

- Człowieku, ja wielu rzeczy nie lubię, a mimo to je robię. I czegoś tutaj nie rozumiem. Umawiasz się z nim...

- Nie, nie. To szefowa się umówiła.

- Ale ty robisz dla niego projekt. Ja zajmuję się zupełnie czymś innym - przypomniała.

- Nie do końca, bo też reklamą.

- Ale inną, do cholery! - zaprotestowała wkurzona. - Umówiłeś się z klientem i znikasz. To nieprofesjonalne, Witek! Zadzwoń do niego i powiedz, że plany uległy zmianie - zasugerowała.

- W jego przypadku to tak nie działa.

- W jego przypadku? - powtórzyła i uniosła brew. - Czekaj, czy ty się cykasz z nim spotkać?

- Jak przyjdzie, to zrozumiesz, co mam na myśli. A do tego... - zawahał się. - Odbił mi dziewczynę.

- Aha, teraz rozumiem lepiej. To dlatego go nie lubisz.

- Tak jakby. To podła gnida.

- A kiedy dopuścił się tak haniebnego czynu?

- Na studiach... I może nie do końca ją odbił, ale no... Nie chcę go widzieć.

- Wciąż mi się to nie podoba. To nie moja działka i nie ja opracowywałam ten projekt. Nic o nim nie wiem. Ale dobra, zrobię to. Nawet postaram się nie okazać niechęci. Będę do rany przyłóż, zero uszczypliwości - parsknęła. - Jednak wiedz, że mogę wszystko spieprzyć. Nie znam się na pogawędkach z klientami.

- Obawiam się, że to on może sprowadzić cię do parteru.

- A to jemu tak wolno?

- Nie, ale i tak to robi. To taki typ.

Alicja zmarszczyła brwi.

- Dobra, jak nie skończymy gadać, to się spóźnię - powiedziała w końcu.

- Lepiej bądź na czas, bo musisz wszystko przygotować. - Roześmiał się. - Spokojnie. Praca będzie na ciebie czekać, nawet jak przyjedziesz kwadrans później.

- Ach, co za hojność, aż piętnaście minut! - skomentowała z przekąsem. - Lecę. A właściwie o której to spotkanie?

- O jedenastej.

- Okej, mam czas, by zapoznać się z materiałami.

- Widzimy się jutro.

- Jutro jest sobota - przypomniała mu i się rozłączyła, bo Witek zawsze przedłużał rozmowę w nieskończoność.

Był gadułą jakich mało. Niby to lubiła, ale nie wtedy, kiedy się spieszyła.

Wkurzyła się, bo ją wrobili. Machnęła ręką, jakby próbowała odgonić natrętną muchę, po czym dokończyła kawę, a pięć minut później zakładała już kurtkę. Przerzuciła torebkę przez ramię i podeszła do roweru stojącego w korytarzu. Miała też samochód, ale jeździła nim po zakupy i czasem na dłuższe wypady, na co dzień wolała rower, bo wtedy nie stała w porannych korkach. Zostawiała go w domu tylko w mroźne, śnieżne dni.

Gdy wyszła z domu, spojrzała w niebo i zmarszczyła czoło. Wyglądało, jakby mógł spaść śnieg, co było dziwne, bo prognozy pogody go nie przewidywały - jeszcze przed kilkoma minutami niebo było bezchmurne. Mimo że jak dotąd grudzień był wyjątkowo ciepły, bez śniegu i mrozu, nie oznaczało to, że aura się nie zmieni.

Kiedy już miała ruszyć, zdała sobie sprawę, że zapomniała o rajstopach.

- Do diabła - warknęła.

Oparła rower o płot i pognała z powrotem do domu. W przedpokoju jednak stwierdziła, że sukienka nie jest odpowiednim ubraniem na tę pogodę. Przebrała się w niebieskie jeansy i biały sweterek, po czym zarzuciła kurtkę, a na stopach zasznurowała półbuty. Chwilę później patrzyła na dom, w którym zamieszkała po śmierci mamy, żeby zająć się wujem. Zresztą do tej pory wydawało jej się, że czasem słyszy ich rozmowy. Głosy dochodziły z ogrodu, w którym latem kwitły dziesiątki kwiatów. To były piękne chwile. Lato, mama, wujek... Niestety, oboje już nie żyli, a jej zostało po nich tylko to miejsce pełne wspomnień.

Cicho westchnęła, wsiadła na rower i pognała wąskimi uliczkami przed siebie, czując wiatr we włosach i zapachy miasteczka. Tego, które tak kochała i którego nie chciała opuszczać, bo te naprawdę wielkie miasta nie były dla niej. Lubiła starocie, polne kwiaty, leżenie na plecach na trawie w ogrodzie i patrzenie w niebo. A do tego wszystkiego jej mała miejscowość była idealna.

Do pracy zazwyczaj jeździła na swoim jednośladzie. Gdy inni stali na światłach lub w korkach, ona śmigała po ścieżkach rowerowych, których jak dla niej mogłoby być trochę więcej. Ale cieszyła się z tego, co miała. Czasami zdarzyło jej się jechać na skróty, co wymuszała aura, ale zazwyczaj wybierała dłuższą trasę do pracy.

Ale nie tym razem. Tego poranka była maksymalnie skupiona, żeby dotrzeć na czas, więc po kwadransie znalazła się na miejscu.

Zsiadła z roweru, minęła szlaban i przywitała się z portierem:

- Dzień dobry.

- Oby, bo na coś się zanosi. - Wskazał na niebo.

- Czyżby jednak zima sobie o nas przypomniała?

- No, w końcu mamy grudzień. - Wzruszył ramionami.

- Dobrego dnia. - Pomachała mu, bo dzisiaj nie miała czasu na pogawędki.

Minęła portiernię i betonowe ogrodzenie, przez które nic nie było widać, i po chwili stanęła przed sporych rozmiarów dwupiętrowym budynkiem. Odstawiła rower w wyznaczonym, zadaszonym miejscu, gdzie stały również hulajnogi - nie była jedyną osobą mającą ekologiczny środek transportu. Przypięła swój jednoślad i ruszyła do wejścia.

To był kompleks, w którym różne firmy wynajmowały pomieszczenia. Dlatego w holu głównym znajdowała się tablica informacyjna. Jej firma zajmowała biuro po prawej stronie korytarza. Mieli dużą wspólną salę dla pracowników, do tego osobny pokój socjalny, w którym można było zrobić sobie kawę i zjeść śniadanie. W przestronnym gabinecie szefowej odbywały się prezentacje.

- Cześć! - przywitała się ze wszystkimi.

- Słyszałaś, że szefowej nie będzie? - zagaiła Marta, koleżanka siedząca biurko obok.

- Coś mi się obiło o uszy - odpowiedziała, wiedząc dokładnie, kto jeszcze zdezerterował.

- Witka też nie ma - dodał Olek, który pracował w tej firmie najdłużej.

- Wiem. - Alicja przewróciła oczami.

- Powodzenia z klientem! - krzyknęła Kaśka. - Słyszeliśmy, że jest upierdliwy i to ty masz się nim zająć.

- Nie dziękuję - rzuciła z przekąsem, kolejny raz mając ochotę udusić kolegę z pracy, który ją w to wrobił.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej