Romans nad jeziorem Como - Edyta Folwarska

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Jak to nie sprzeda mi pan bi­letu? - Ania po­woli za­czy­nała tra­cić kon­trolę nad swo­imi emo­cjami. - Prze­cież do za­mknię­cia kas zo­stało jesz­cze pięć mi­nut. Po­trze­buję do­stać się nad je­zioro Como. - Mocno ge­sty­ku­lo­wała, wspie­ra­jąc tym sa­mym swój ła­many wło­ski.

- Bar­dzo mi przy­kro, ale nie było już żad­nych klien­tów, więc za­mkną­łem kasy dzie­sięć mi­nut temu. Nic z tym nie zro­bię. - Wy­soki bru­net o ty­powo wło­skiej uro­dzie wy­po­wia­dał te zda­nia ze sto­ic­kim spo­ko­jem, pa­trząc dziew­czy­nie głę­boko w oczy.

- Prze­cież to tylko i wy­łącz­nie pana do­bra wola. Ostat­nia ko­lejka od­jeż­dża pięć mi­nut po pół­nocy. Przez pana tu­taj utknę. - Ania nie pod­da­wała się i nie­malże za­częła krzy­czeć.

Włoch tylko się uśmiech­nął, uwy­dat­nia­jąc do­łeczki w po­licz­kach, po­kry­tych kil­ku­dnio­wym gę­stym za­ro­stem, i wzru­szył ra­mio­nami na znak bez­rad­no­ści.

- Bar­dzo pana pro­szę. - Do jej oczu na­pły­nęły łzy. - Je­den bi­let...

Nie­stety Włoch był nie­ugięty. Bez słowa za­jął się pod­li­cza­niem pie­nię­dzy z kasy, ab­so­lut­nie igno­ru­jąc Anię.

- Pa­lant - burk­nęła pod no­sem w swoim oj­czy­stym ję­zyku. - Ech, a Be­cia mó­wiła, że Włosi są tacy przy­stojni i mili. Przy­stojni może i tak, ale zło­śliwi jak cho­lera.

Męż­czy­zna pod­niósł głowę i uśmiech­nął się do niej, szcze­rząc prze­piękne zęby.

Lot­ni­sko było nie­malże opu­sto­szałe. Sa­mo­lot Ani wy­lą­do­wał dwa­dzie­ścia mi­nut przed pół­nocą i nie miał pra­wie pa­sa­że­rów. Mo­men­tami czuła się jak pod­czas ja­kie­goś hor­roru, bra­ko­wało tylko ban­dyty bie­ga­ją­cego z no­żem, który wy­rwałby jej to­rebkę z je­dy­nymi pie­niędzmi, ja­kie miała. Reszt­kami sił opa­dła na ła­weczkę opie­ra­jącą się o ścianę.

- Wszystko miało być tak pięk­nie, a wy­szło jak za­wsze. Na­wet Como mnie od­rzuca. - Ania za­kryła swoją twarz dłońmi i po­wstrzy­my­wała się od wy­bu­chu pła­czu.

Ist­niały jesz­cze dwie opcje do­tar­cia do Rosa dei Venti, ma­łego pen­sjo­natu znaj­du­ją­cego się na wzgó­rzu je­ziora Como. Tak­sówka lub wy­na­ję­cie auta.

Ania drugi raz po­de­szła do kasy bi­le­to­wej, bo - jak się oka­zało - ten sam przy­stojny, ale jakże mało em­pa­tyczny Włoch za­równo sprze­da­wał bi­lety na ko­lejkę, jak i wy­naj­mo­wał auta.

- Ykhm - chrząk­nęła, chcąc przy­cią­gnąć wzrok Wło­cha. - W ta­kim ra­zie chcia­ła­bym wy­na­jąć auto na dobę.

- Nie­stety wy­po­ży­czamy auta na mi­ni­mum dwie doby - od­parł męż­czy­zna.

Za­go­to­wało się w niej. Po­wstrzy­my­wała się od wy­bu­chu zło­ści.

Im dłu­żej stała na­prze­ciwko niego i pró­bo­wała okieł­znać emo­cje, tym bar­dziej do­strze­gała, jaki jest przy­stojny. Miał czarne lekko krę­cone włosy, ide­alny pro­sty nos, za­dbany za­rost i ja­sno­zie­lone oczy. Ko­lor oczu i wzrost (ja­kieś sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów) su­ge­ro­wały, że nie jest rdzen­nym Wło­chem.

Wes­tchnęła z re­zy­gna­cją.

- Do­brze, to po­pro­szę na dwie doby.

- Bar­dzo mi przy­kro, ale wy­na­jem aut za­koń­czył się pięt­na­ście mi­nut temu.

- Słu­cham? Nie wie­rzę... Kurwa! - Aż prze­klęła.

- Wy­na­jem aut za­koń­czył się pięt­na­ście mi­nut temu. - Męż­czy­zna od nie­chce­nia po­wtó­rzył zda­nie.

- Zro­zu­mia­łam, ale to, co pan te­raz robi, to kpina! Prócz pana tu ni­kogo nie ma, jest pan zwy­kłym, zgorzk­nia­łym, zło­śli­wym "fiu­tem". - Oczy­wi­ście słowo "fiut" wy­po­wie­działa w ję­zyku pol­skim.

- Wiem, co ozna­cza słowo "fiut" - burk­nął Włoch.

Twarz Ani po­kryła się pur­purą. Po­sta­no­wiła, że do końca bę­dzie uda­wać twardą.

- Tak? A niby co? - Wle­piła w niego swoje duże oczy, ozdo­bione gę­stymi rzę­sami.

- My­śli pani, że mało Po­la­ków prze­wija się przez to lot­ni­sko? Aku­rat was to ła­two po­znać.

- Nas?! Ja­kich nas? - obu­rzyła się.

- Po­la­ków. Klnie­cie jak szewc. Pro­szę już stąd odejść, bo we­zwę ochronę. Na ze­wnątrz po­winna zo­stać jesz­cze jedna tak­sówka.

"Nie no­ooo, jesz­cze tego by bra­ko­wało, żeby tak­sówka mi od­je­chała". - Ania prze­stra­szyła się nie na żarty. Mocno chwy­ciła wa­lizkę i nią szarp­nęła, kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

- Dzięki - rzu­ciła mi­mo­wol­nie i wy­szła przed lot­ni­sko.

Fak­tycz­nie stała tam jedna je­dyna tak­sówka. Na szczę­ście wo­kół nie było ży­wego du­cha i Ania wie­działa, że nie musi z ni­kim to­czyć o nią wy­ścigu jak w fil­mie Szybcy i wście­kli. Chłód pa­nu­jący na ze­wnątrz był nie­przy­jemny. Była w szoku, że w maju w tym re­jo­nie Włoch jest za­le­d­wie sie­dem stopni.

Otwo­rzyła drzwi czar­nej li­mu­zyny i za­częła po wło­sku:

- Bu­ona­sera[1].

- Oc­cu­pato[2] - od razu od­po­wie­dział jej kie­rowca.

Zi­gno­ro­wała jego słowa i wy­god­nie roz­sia­dła się we wnę­trzu tak­sówki.

- Oc­cu­pato - po­wtó­rzył tak­sów­karz.

- Nie przyj­muję żad­nego słowa od­mowy. Nie sprze­da­li­ście mi bi­letu na ko­lejkę, auta wy­na­jąć też nie chcie­li­ście. Jak mam się za­tem w środku nocy do­stać do Rosa dei Venti? Jak? No jak? Nie wy­siądę z tak­sówki, póki mnie pan tam nie za­wie­zie.

W tak­sówce za­pa­no­wała ci­sza. Ania była w szoku, że Włosi oka­zali się tak aro­ganccy i że jej uroda, tak eg­zo­tyczna dla nich, nic tu nie po­mo­gła. Za nie­długo skoń­czy dwa­dzie­ścia sie­dem lat, a jej ży­cie w ciągu doby le­gło w gru­zach.

Męż­czy­zna ob­ró­cił się i ciężko wes­tchnął. Wie­działa już, że to nie wróży nic do­brego.

"Cho­lera. Nie do­trę tam dzi­siaj" - po­my­ślała z re­zy­gna­cją. Ko­smyki blond wło­sów opa­dły na jej twarz, na któ­rej ma­lo­wało się nie tylko zmę­cze­nie, lecz także cier­pie­nie. A do nie­bie­skich oczu na­pły­nęły łzy.

- Mówi pani: Rosa dei Venti? To bę­dzie dwie­ście euro i pra­wie dwie go­dziny drogi, zdaje so­bie pani z tego sprawę?

- Tak. Za­płacę. Nie mam wyj­ścia.

Męż­czy­zna osten­ta­cyj­nie wy­siadł z tak­sówki. Bała się, że siłą ze­chce ją z niej wy­cią­gnąć, ale tylko scho­wał jej ba­gaż. Od­pa­lił sil­nik, a ona wresz­cie mo­gła wy­lu­zo­wać. Na­kryła się ob­szerną je­an­sową kurtką i przez okno pró­bo­wała do­strzec uroki Włoch. Jed­nak na próżno, ciem­ność i mgła za­sła­niały wszystko. Poza tym trasa z lot­ni­ska wcale nie była uro­kliwa. Kiedy zro­biło jej się odro­binę cie­plej, a ciało się roz­luź­niło, za­snęła.

Obu­dziła się do­piero pod pen­sjo­na­tem.

- Je­ste­śmy na miej­scu. - Tak­sów­karz wy­rwał ją z przy­jem­nego snu.

Było ciemno, jed­nak stary pen­sjo­nat był roz­ja­śniony żół­tymi lam­pio­nami. Tro­chę przy­po­mi­nał mały żół­tawy pa­ła­cyk. Znaj­do­wał się na wznie­sie­niu, oto­czony był krze­wami i in­nymi bu­dyn­kami. Drogi wo­kół były wą­skie i kręte. Wy­star­czył je­den zły ruch, by ru­nąć kil­ka­na­ście me­trów w dół wprost do je­ziora Como.

Ania stała z wa­lizką przy no­dze i przez mo­ment za­sta­na­wiała się, ja­kim cu­dem wjeż­dżają i gdzie par­kują tu­taj auta. Po chwili jed­nak wzięła głę­boki wdech i prze­kro­czyła próg ma­lut­kiego ho­telu. Na wej­ściu przy­wi­tała ją młoda dziew­czyna.

- Wi­tam, mam na imię Viola. Cze­ka­łam na pa­nią. Pani Ana? Prawda?

- Anna - szybko ją po­pra­wiła. - Tak to ja.

- To naj­więk­szy po­kój, jaki mamy. Mamy na­dzieję, że bę­dzie pani za­do­wo­lona z po­bytu u nas.

Dziew­czyna wrę­czyła jej stary wielki klucz z drew­nianą kulką i wy­ry­tym na niej nu­me­rem trzy­na­ście.

- Wspa­niale! Trzy­nastka! Do­bra passa trwa - burk­nęła sar­ka­stycz­nie pod no­sem, po czym po­cią­gnęła za sobą ciężką wa­lizkę. Nie zwra­cała kom­plet­nie uwagi na to, jak wy­gląda wnę­trze pen­sjo­natu, chciała po pro­stu po­ło­żyć się spać.

Kiedy we­szła do po­koju, od razu ru­nęła na łóżko. Po­sta­no­wiła, że wszyst­kim zaj­mie się ju­tro. Zdzi­wiła się tylko, że za­miast koł­dry do­stała koc za­wi­nięty w po­szewkę.

- Zgłu­pieli tu już do reszty - wy­mam­ro­tała. Owi­nęła się cia­sno, jak owija się nie­mowlę pro­sto po ce­sarce, i za­snęła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki