Romans mumii. Miłość z czasów Tutenchamona - Teofil Gautier

Kup ebooka

44.99 zł
31.98 zł (32,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

- Mam prze­czu­cie, że znaj­dziemy w do­li­nie Bi­ban-el-Mo­luk nie­tknięty gro­bo­wiec - mó­wił do mło­dego An­glika, o wy­nio­słej po­staci, czło­wiek nie­po­zorny, ocie­ra­jąc wielką chustką w nie­bie­ską kratę łyse czoło, na któ­rym lśniły kro­ple potu, jak gdyby było ule­pione z dziur­ko­wa­tej gliny i na­peł­nione wodą niby te­bań­skie dzbanki.

- Niech cię Ozy­rys wy­słu­cha - od­po­wie­dział nie­miec­kiemu dok­to­rowi młody lord - to we­zwa­nie, na które można so­bie po­zwo­lić wo­bec sta­ro­żyt­nego Dio­spo­lis ma­gna; ale ile to już razy spo­tkał nas za­wód; po­szu­ki­wa­cze skar­bów za­wsze nas wy­prze­dzali.

- Gro­bo­wiec, do któ­rego nie wtar­gnęli ani kró­lo­wie, ani pa­ste­rze, ani Me­dej­czycy Kam­by­zesa, ani Grecy, ani Rzy­mia­nie, ani Ara­bo­wie, i który nam otwo­rzy swoje nie­na­ru­szone skarby i swoją jesz­cze dzie­wi­czą ta­jem­nicę - cią­gnął da­lej spo­cony uczony z za­pa­łem, który roz­nie­cał iskry w jego źre­ni­cach osło­nię­tych nie­bie­skimi szkłami oku­la­rów.

- A o któ­rym na­pi­szesz, dok­to­rze, roz­prawę wielce uczoną, zdo­by­wa­jąc w na­uce miej­sce obok Cham­pol­lio­nów, Ro­sel­li­nich, Wil­kin­so­nów, Lep­siu­sów i Bel­zo­nich - od­parł młody lord.

- Za­de­dy­kuję ją wam, mi­lor­dzie, wam ją za­de­dy­kuję; bo, gdyby nie wy, nie wa­sza kró­lew­ska hoj­ność w sto­sunku do mnie, nie mógł­bym swego sys­temu po­przeć wi­do­kiem po­mni­ków i umarł­bym w ro­dzin­nym mia­steczku w Niem­czech, nie uj­rzaw­szy cu­dów tej sta­ro­żyt­nej ziemi - od­rzekł uczony wzru­szo­nym to­nem.

Roz­mowa ta to­czyła się nie­opo­dal Nilu, u wej­ścia do do­liny Bi­ban-el-Mo­luk, mię­dzy lor­dem Evan­dale, ja­dą­cym na arab­skim wierz­chowcu, a dok­to­rem Rum­phiu­sem, usa­do­wio­nym skrom­niej na ośle, któ­rego wy­chu­dły zad fel­lach okła­dał ki­jem; lekka łódź, która przy­wio­zła dwóch po­dróż­nych i pod­czas ich po­bytu miała im słu­żyć za sie­dzibę, przy­biła do prze­ciw­le­głego brzegu Nilu, pod Luk­so­rem, i tam za­rzu­ciła ko­twicę, zło­żyła wio­sła i stała, zwi­nąw­szy wiel­kie, trój­kątne ża­gle i przy­wią­zaw­szy je do masz­tów. Po­dróż­nicy po­świę­cili kilka dni na zwie­dza­nie i ba­da­nie zdu­mie­wa­ją­cych ruin te­bań­skich, tych po­tęż­nych szcząt­ków ol­brzy­miego świata, po czym prze­byli rzekę na czół­nie i kie­ro­wali się te­raz ku pu­stym ob­sza­rom ukry­wa­ją­cym w swym ło­nie, w głębi ta­jem­ni­czych pie­czar daw­nych miesz­kań­ców pa­ła­ców prze­ciw­nego wy­brzeża. Kilku lu­dzi za­łogi to­wa­rzy­szyło w pew­nym od­da­le­niu lor­dowi Evan­dale'owi i dok­to­rowi Rum­phiu­sowi, inni zaś, wy­cią­gnięci na po­mo­ście w cie­niu ka­biny, pa­lili spo­koj­nie fajki, strze­gąc czółna.

Lord Evan­dale był jed­nym z owych mło­dych An­gli­ków bez za­rzutu pod każ­dym wzglę­dem, ja­kich wy­twa­rza wy­soki po­ziom bry­tyj­skiego ży­cia; wno­sił wszę­dzie ze sobą po­gar­dliwą pew­ność sie­bie, jaką daje wielka dzie­dziczna for­tuna, hi­sto­ryczne na­zwi­sko, za­pi­sane w księ­dze Pe­erage and Ba­ro­ne­tage, tej dru­giej Bi­blii, a po­sia­dał urodę, o któ­rej nie można było nic po­wie­dzieć prócz tego, że jest aż za­nadto do­sko­nała jak na męż­czy­znę. Istot­nie, jego głowa, o li­niach naj­czyst­szych, ale zimna, wy­da­wała się wo­skową ko­pią głowy Me­le­agra lub An­ti­no­usa. Zda­wało się, że jego usta i po­liczki za­bar­wione są sztucz­nie kar­mi­nem i ró­żem, a włosy, ciem­no­blond, ukła­dały się same w kę­dziory tak pra­wi­dłowe, ja­kie mo­głaby im nadać ręka do­świad­czo­nego fry­zjera lub wpraw­nego ka­mer­dy­nera. Wsze­lako sta­now­cze spoj­rze­nie jego sta­lo­wo­nie­bie­skich źre­nic oraz lekki wy­raz sne­eru na wy­su­nię­tej nieco dol­nej war­dze za­cie­rały to, co mo­głoby w tym ob­li­czu zo­stać uwa­żane za znie­wie­ściałe.

Czło­nek Klubu Jach­to­wego, młody lord, po­zwa­lał so­bie od czasu do czasu na wy­cieczkę na wła­snym lek­kim statku, na­zwa­nym Puck, urzą­dzo­nym jak bu­duar i kie­ro­wa­nym przez nie­liczną za­łogę, ale zło­żoną z do­bo­ro­wych ma­ry­na­rzy. Po­przed­niego roku zwie­dzał Is­lan­dię; w tym roku zwie­dzał Egipt i jacht cze­kał w Alek­san­drii; za­brał ze sobą uczo­nego, le­ka­rza, przy­rod­nika, ry­sow­nika i fo­to­grafa, pra­gnąc, aby jego wy­cieczka nie była bez­u­ży­teczna; sam po­sia­dał wy­so­kie wy­kształ­ce­nie, a po­wo­dze­nie to­wa­rzy­skie nie za­tarło w pa­mięci try­um­fów od­nie­sio­nych na uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge. Ubrany był z tą sta­ran­no­ścią i dro­bia­zgową czy­sto­ścią, jaka cha­rak­te­ry­zuje An­gli­ków, któ­rzy w ta­kim sa­mym nie­po­szla­ko­wa­nym stroju kro­czą po pia­skach pu­styni, co prze­cha­dzają się po wy­brzeżu w Rams­gate albo na sze­ro­kich chod­ni­kach West Endu. Na strój mło­dego lorda skła­dał się pal­tot, kurtka i spodnie z bia­łego dre­li­chu, prze­zna­czone do od­bi­ja­nia pro­mieni sło­necz­nych, do­peł­niał go zaś wą­ski kra­wat, nie­bie­ski w białe gro­chy, i ka­pe­lusz pa­nama z nie­sły­cha­nie cien­kiej słomy, prze­wią­zany ga­zo­wym we­lo­nem.

Egip­to­log Rum­phius za­cho­wał na­wet pod tym pie­ką­cym słoń­cem tra­dy­cyjny czarny sur­dut uczo­nego, z ob­wi­słymi po­łami, zmię­tym koł­nie­rzem i wy­tar­tymi gu­zi­kami, z któ­rych nie­je­den wy­mknął się z je­dwab­nej po­chewki. Czarne spodnie były bar­dzo znisz­czone, tu i ów­dzie wy­tarte, a gdzie­nie­gdzie prze­świe­cały nitki osnowy; uważny ob­ser­wa­tor za­uwa­żyłby przy pra­wym ko­la­nie, na sza­rym tle ma­te­riału znaki ciem­niej­szej barwy, świad­czące, iż uczony miał zwy­czaj ocie­rać o tę część ubra­nia pióro, na­zbyt pełne atra­mentu. Mu­śli­nowy kra­wat, skrę­cony jak po­stro­nek, oka­lał luźno koł­nie­rzyk ko­szuli, nad któ­rym wy­sta­wała chrząstka, na­zy­wana po­spo­li­cie jabł­kiem Adama. Tego uczo­nego za­nie­dba­nia w stroju nie wy­na­gra­dzała uroda - Rum­phius piękny nie był; kępki ry­ża­wych, po­si­wia­łych wło­sów usa­do­wiły się poza od­sta­ją­cymi uszami i bun­to­wały się prze­ciw nad­mier­nie wy­so­kiemu koł­nie­rzowi sur­duta; czaszka, zu­peł­nie łysa, lśniła jak kość i wzno­siła się nad no­sem nie­sły­cha­nej dłu­go­ści, gąb­ko­wa­tym i ce­bul­ko­wato za­koń­czo­nym, co w po­łą­cze­niu z nie­bie­ska­wymi krąż­kami, utwo­rzo­nymi przez oku­lary na miej­scu oczu, nada­wało mu po­zór ibisa, spo­tę­go­wany jesz­cze za­pad­nię­tymi ra­mio­nami: wy­gląd zu­peł­nie zresztą od­po­wiedni i nie­mal opatrz­no­ściowy dla od­czy­ty­wa­cza na­pi­sów i płyt z hie­ro­gli­fami. Można by przy­pu­ścić, że to bóg pta­ko­głowy, wy­obra­żany na ża­łob­nych fre­skach, osa­dzony był w ciele uczo­nego drogą ja­kie­goś prze­obra­że­nia.

Lord i dok­tor dą­żyli ku pro­sto­pa­dłym ska­łom oka­la­ją­cym ża­łobną do­linę Bi­ban-el-Mo­luku, ne­kro­po­lię kró­lew­skich sta­ro­żyt­nych Teb, pro­wa­dząc roz­mowę, któ­rej kilka zdań przy­to­czy­li­śmy, gdy, jak tro­glo­dyta, wy­szedł z czar­nej pasz­czy pu­stego gro­bowca zwy­kłej sie­dziby fel­la­chów i uka­zał się na­gle na wi­downi czło­wiek, w stroju po­nie­kąd te­atral­nym, sta­nął przed po­dróż­ni­kami i po­wi­tał ich peł­nym wdzięku ukło­nem lu­dów Wschodu, jed­no­cze­śnie po­kor­nym, uj­mu­ją­cym i na­ce­cho­wa­nym god­no­ścią.

Był to Grek, przed­się­biorca ro­bót wy­ko­pa­li­sko­wych, han­dlarz i fa­bry­kant sta­ro­żyt­no­ści, sprze­da­jący, w ra­zie po­trzeby, rze­czy nowe w braku sta­rych. Nic w nim zresztą nie ujaw­niało po­spo­li­tego i wy­głod­nia­łego wy­zy­ski­wa­cza cu­dzo­ziem­ców. Na gło­wie miał tar­busz[2] z czer­wo­nego filcu, po któ­rym z tyłu spły­wała długa wstęga z mięk­kiego nie­bie­skiego je­dwa­biu, a pod wą­skim, bia­łym pa­smem spodniej bia­łej płó­cien­nej jar­mułki uka­zy­wały się ogo­lone skro­nie w od­cie­niach świeżo ogo­lo­nej brody. Cera oliw­kowa, czarne brwi, nos ha­czy­ko­waty, oczy dra­pież­nego ptaka, wiel­kie wąsy, pod­bró­dek roz­dzie­lony doł­kiem jakby cię­ciem sza­bli, nada­wa­łyby mu fi­zjo­no­mię praw­dzi­wego ban­dyty, gdyby ostro­ści jego ry­sów nie ła­go­dziła przy­mu­sowa uprzej­mość i słu­żal­czy uśmiech spe­ku­lanta ma­ją­cego czę­ste sto­sunki z pu­blicz­no­ścią. Jego strój od­zna­czał się wielką czy­sto­ścią; skła­dał się zaś z kurtki je­dwab­nej ko­loru cy­na­monu, ob­szy­tej sza­me­run­kiem tej sa­mej barwy, z owi­ja­ków z tego sa­mego ma­te­riału, z bia­łej ka­mi­zelki, ozdo­bio­nej gu­zi­kami po­dob­nymi do kwiatu ru­mianku, sze­ro­kiego, czer­wo­nego pasa i nie­sły­cha­nie ob­fi­tych, bu­fia­stych sza­ra­wa­rów.

Grek już od dawna ob­ser­wo­wał łódź sto­jącą na ko­twicy pod Luk­so­rem. Z wiel­kiej barki, z liczby wio­śla­rzy, ze zbyt­kow­nych urzą­dzeń, a zwłasz­cza z an­giel­skiej flagi umiesz­czo­nej na tyle, in­stynk­tem han­dlar­skim zwie­trzył bo­ga­tego po­dróż­nika, któ­rego cie­ka­wość na­ukową można bę­dzie wy­zy­skać i który nie za­do­woli się po­sąż­kami z ma­lo­wa­nej, nie­bie­skiej albo zie­lo­nej gliny, pod­ro­bio­nymi ska­ra­be­uszami, pa­pie­ro­wymi zwit­kami hie­ro­gli­fów oraz in­nymi drob­nymi wy­two­rami sztuki egip­skiej.

Śle­dził wy­cieczki po­dróż­ni­ków wśród ruin i wie­dząc do­brze, iż na­sy­ciw­szy cie­ka­wość, na pewno prze­pra­wią się przez rzekę, by zwie­dzić gro­bowe pie­czary kró­lew­skie, ocze­ki­wał ich na swoim te­re­nie, pe­wien, że ich do­brze na­cią­gnie; uwa­żał całą tę sie­dzibę ża­łoby za swoją wła­sność i prze­pę­dzał ener­gicz­nie drob­nych sza­kali, któ­rzy ośmie­lali się szpe­rać w gro­bow­cach.

Z wła­ści­wym Gre­kom spry­tem, są­dząc z wy­glądu lorda Evan­dale'a, wy­wnio­sko­wał, ja­kie do­chody musi mieć jego lor­dow­ska mość i po­sta­no­wił go nie oszu­ki­wać, ob­li­cza­jąc, iż prawda przy­nie­sie mu wię­cej pie­nię­dzy niż kłam­stwo. To­też wy­rzekł się opro­wa­dza­nia szla­chet­nego An­glika po pie­cza­rach sto razy już zwie­dza­nych i po­rzu­cił za­miar na­kło­nie­nia go do roz­po­czę­cia ro­bót wy­ko­pa­li­sko­wych w miej­scach, gdzie wie­dział, iż nic nie znaj­dzie, al­bo­wiem on sam wy­do­był już stam­tąd i sprze­dał za drogi pie­niądz to, co było tam cie­ka­wego.

Ar­gy­ro­pu­los (tak się ów Grek na­zy­wał), prze­szu­ku­jąc za­kątki do­liny rza­dziej ba­dane niż inne, gdzie do­tąd po­szu­ki­wa­nia nie dały żad­nej zdo­by­czy, po­wie­dział so­bie, że w pew­nym miej­scu, poza ska­łami, które swój układ za­wdzię­czały, zdaje się, przy­pad­kowi, ist­niało na pewno wej­ście do gro­bowca za­sło­nię­tego ze szcze­gólną sta­ran­no­ścią; wiel­kie do­świad­cze­nie Greka w tego ro­dzaju po­szu­ki­wa­niach spra­wiło, że po­znał to po set­kach wska­zó­wek nie­do­strze­gal­nych dla oczu mniej niż jego by­strych, a ja­snych i prze­ni­kli­wych jak śle­pia sę­pów sie­dzą­cych na szczy­tach świą­tyni. Od dwóch lat, kiedy uczy­nił to od­kry­cie, nie kie­ro­wał już ni­gdy swo­ich kro­ków ani spoj­rzeń w tamtą stronę z obawy, aby nie zbu­dzić czuj­no­ści gwał­ci­cieli gro­bow­ców.

- Czy ja­śnie pan ma za­miar roz­po­cząć ja­kieś po­szu­ki­wa­nia? - spy­tał Grek Ar­gy­ro­pu­los dia­lek­tem ko­smo­po­li­tycz­nym, któ­rego dzi­wacz­nej składni i oso­bli­wego brzmie­nia nie bę­dziemy pró­bo­wali od­twa­rzać, ale który wy­obrażą so­bie bez trudu ci, co by­wali w por­tach han­dlo­wych Wschodu i zmu­szeni byli ko­rzy­stać tam z usług owych dra­go­ma­nów - po­li­glo­tów, nie­umie­ją­cych w isto­cie żad­nego ję­zyka. Na szczę­ście lord Evan­dale i jego uczony to­wa­rzysz znali wszyst­kie na­rze­cza, u któ­rych za­po­ży­czał się Ar­gy­ro­pu­los.

- Mogę dać ja­śnie panu do roz­po­rzą­dze­nia setkę nie­ustra­szo­nych fel­la­chów, któ­rzy po­pę­dzani ba­tem i bak­szy­szem wy­dra­pa­liby wła­snymi pa­znok­ciami zie­mię do sa­mego środka. Bę­dziemy mo­gli po­ku­sić się, je­żeli to ja­śnie panu do­ga­dza, o od­grze­ba­nie za­ko­pa­nego sfinksa, otwar­cie gro­bowca...

Wi­dząc, że lord po­zo­staje obo­jętny wo­bec tej po­nęt­nej per­spek­tywy i że na ustach uczo­nego błąka się uśmiech scep­tyczny, Ar­gy­ro­pu­los zro­zu­miał, że nie ma do czy­nie­nia z ludźmi, któ­rych ła­two wy­pro­wa­dzić w pole, i utwier­dził się w prze­ko­na­niu, iż na­leży sprze­dać An­gli­kowi ta­jem­nicę owego nie­zna­nego grobu; li­czył, że ta trans­ak­cja za­okrą­gli ma­ją­te­czek, jaki już po­sia­dał, i po­zwoli wy­po­sa­żyć córkę.

- Od­ga­duję, że pa­no­wie są uczo­nymi, nie zaś zwy­kłymi po­dróż­ni­kami, i że po­spo­lite oso­bli­wo­ści nie by­łyby dla pa­nów po­nętne - cią­gnął da­lej, mó­wiąc an­gielsz­czy­zną już da­leko mniej po­mie­szaną z grec­kim, arab­skim i wło­skim. - Ujaw­nię pa­nom grób, który do­tych­czas uszedł uwagi po­szu­ki­wa­czy, któ­rego nie zna nikt prócz mnie; jest to skarb, który za­cho­wa­łem sta­ran­nie dla ko­goś, kto okaże się jego godny.

- I któ­remu ka­że­cie bar­dzo drogo za to za­pła­cić - wtrą­cił lord z uśmie­chem.

- Szcze­rość nie po­zwala mi prze­czyć ja­śnie panu; mam na­dzieję uzy­skać do­brą cenę za swoje od­kry­cie; każdy na tym świe­cie żyje ze swego rze­mio­sła: ja od­grze­buję fa­ra­onów i sprze­daję ich cu­dzo­ziem­com. Fa­raon sta­nie się co­raz rzad­szy, je­śli da­lej tym try­bem będą pro­wa­dzone po­szu­ki­wa­nia; nie star­czy ich dla wszyst­kich. Po­pyt na ar­ty­kuł jest duży, a nie fa­bry­kują ich już od dawna.

- Istot­nie - wtrą­cił uczony - od kilku już wie­ków kol­szyci, pa­ra­szyci[3] i ta­ry­szeuci[4] za­mknęli swoje sklepy, a Mem­no­mie, ci­che dziel­nice umar­łych, zo­stały opusz­czone przez ży­wych.

Grek, sły­sząc te słowa, spoj­rzał na Niemca z ukosa; ale są­dząc z za­nie­dba­nego ubra­nia, że nie ma on de­cy­du­ją­cego głosu w spra­wie, w dal­szym ciągu zwra­cał się wy­łącz­nie do lorda.

- Za gro­bo­wiec z naj­dal­szej epoki sta­ro­żyt­nej, któ­rego spo­koju nie za­kłó­ciła żadna ludzka ręka od prze­szło trzech ty­sięcy lat, kiedy ka­płani za­to­czyli skały przed jego wej­ście, ty­siąc gwi­nei, czy bę­dzie za dużo, mi­lor­dzie? Na­prawdę, to za darmo, bo może za­wie­rać mnó­stwo złota, na­szyj­ni­ków z dia­men­tów i pe­reł, kol­czy­ków kar­bun­ku­ło­wych, pie­czą­tek z sza­firu, pra­sta­rych boż­ków z cen­nego me­talu, mo­net, na któ­rych można dużo za­ro­bić.

- Chy­try hul­taju - rzekł Rum­phius - umiesz za­chwa­lać swój to­war; ale wiesz le­piej niż kto­kol­wiek, że w gro­bow­cach egip­skich nie ma nic po­dob­nego.

Ar­gy­ro­pu­los, ro­zu­mie­jąc, że ma do czy­nie­nia z sil­nym prze­ciw­ni­kiem, za­prze­stał prze­chwa­łek, i zwra­ca­jąc się do Evan­dale'a, spy­tał:

- I cóż, mi­lor­dzie, do­bi­jemy targu?

- Do­sta­niesz ty­siąc gwi­nei - rzekł młody lord - je­żeli gro­bo­wiec nie był jesz­cze ni­gdy otwarty, jak utrzy­mu­jesz; a nic... je­żeli ło­pata po­szu­ki­wa­czy po­ru­szyła choćby je­den ka­mień.

- I pod wa­run­kiem - do­dał prze­zorny Rum­phius - że za­bie­rzemy ze sobą wszystko, co się znaj­dzie w gro­bowcu.

- Zga­dzam się - od­parł Ar­gy­ro­pu­los z zu­pełną pew­no­ścią sie­bie. - Ja­śnie pan może z góry przy­go­to­wać bank­noty i złoto.

- Ko­chany pa­nie Rum­phius - ode­zwał się lord Evan­dale do to­wa­rzy­sza - zdaje mi się, że prze­czu­cie, o któ­rym mó­wi­łeś przed chwilą, jest bli­skie urze­czy­wist­nie­nia; ten hul­taj wy­daje się taki pewny swego.

- Dałby Bóg! - od­parł uczony, pod­no­sząc i opusz­cza­jąc kil­ka­krot­nie koł­nierz sur­duta pyr­roń­skim ru­chem wąt­pli­wo­ści. - Grecy są ta­kimi bez­czel­nymi kłam­cami! Cre­toe men­da­ces, mówi przy­sło­wie.

- Ten jest praw­do­po­dob­nie Gre­kiem z lądu sta­łego - rzekł lord Evan­dale - i my­ślę, że tym ra­zem wy­jąt­kowo po­wie­dział prawdę.

Kie­row­nik po­szu­ki­wań wy­prze­dzał o kilka kro­ków lorda i uczo­nego, jako czło­wiek do­brze wy­cho­wany i zna­jący się na for­mach to­wa­rzy­skich, a szedł kro­kiem żwa­wym i pew­nym, jak ktoś, kto czuje się u sie­bie.

Nie­ba­wem przy­byli do cia­snego wą­wozu, sta­no­wią­cego wej­ście do do­liny Bi­ban-el-Mo­luk. Wy­da­wał się ra­czej wy­cięty ręką ludzką w gru­bych ska­łach niż otwo­rem na­tu­ral­nym, jak gdyby duch sa­mot­no­ści za­pra­gnął uczy­nić tę sie­dzibę śmierci nie­do­stępną.

Na pro­sto­pa­dłej ścia­nie prze­cię­tej skały oko roz­róż­niało bez­kształtne resztki rzeźb, wy­żarte przez czas, które można było wziąć za chro­po­wa­to­ści ka­mie­nia na­śla­du­jące po­sta­cie pła­sko­rzeźby na pół za­tar­tej.

Poza tym przej­ściem do­lina, roz­sze­rza­jąc się nieco, przed­sta­wiała wi­dok po­nu­rego spu­sto­sze­nia.

Z każ­dej strony wzno­siły się stro­mymi zbo­czami ol­brzy­mie masy skał wa­pien­nych, chro­po­wa­tych, po­pę­ka­nych, roz­sy­pu­ją­cych się, w peł­nym roz­kła­dzie pod dzia­ła­niem nie­ubła­ga­nego słońca. Skały te po­dobne były do ko­ści tru­pów spa­lo­nych na sto­sie, ich głę­bo­kie szcze­liny ziały nudą wiecz­no­ści, a ty­sią­cami pęk­nię­tych otwo­rów bła­gały o kro­plę wody, która ni­gdy nie spada. Ska­li­ste ściany wzno­siły się pra­wie pro­sto­pa­dle do znacz­nej wy­so­ko­ści, a ich sza­ra­wo­białe, zyg­za­ko­wate szczyty od­ci­nały się na tle ciem­no­sza­fi­ro­wego nieba, nie­mal czar­nego, niby wy­szczer­bione blanki ol­brzy­miej zruj­no­wa­nej for­tecy.

Pro­mie­nie sło­neczne ogrze­wały do bia­ło­ści jedną stronę ża­łob­nej do­liny, zaś druga strona to­nęła w tej ostrej nie­bie­ska­wej bar­wie, wła­ści­wej kra­jom go­rą­cym, która wy­daje się nie­praw­do­po­dobna w kra­jach pół­noc­nych, gdy ją pró­bują od­twa­rzać ma­la­rze, i która od­cina się rów­nie wy­raź­nie jak cie­nie planu ar­chi­tek­to­nicz­nego.

Do­lina prze­dłu­żała się, to w za­krę­tach, to stła­cza­jąc się w wą­wozy, sto­sow­nie do tego, czy głazy i wy­nio­sło­ści sze­roko roz­wi­dlo­nego łań­cu­cha były wy­sta­jące czy wklę­słe. Skut­kiem wła­ści­wo­ści owych kra­jów, gdzie at­mos­fera, zu­peł­nie po­zba­wiona wil­goci, jest zu­peł­nie prze­zro­czy­sta, gra­nice per­spek­tywy prak­tycz­nie nie ist­niały dla tej wi­downi spu­sto­sze­nia; wszyst­kie szcze­góły ry­so­wały się wy­raź­nie, do­kład­nie, na­wet na ostat­nich pla­nach z nie­li­to­ściwą su­cho­ścią, a ich od­da­le­nie za­zna­czało się tylko drob­nymi roz­mia­rami, jak gdyby okrutna przy­roda nie chciała ukryć żad­nej nę­dzy, żad­nego smutku tej ogo­ło­co­nej ziemi, bar­dziej umar­łej niż umarli, któ­rych za­mknęła w swoim ło­nie.

Po stro­nie oświe­tlo­nej spły­wał ogni­stą ka­skadą ośle­pia­jący blask jakby roz­ta­pia­nych me­tali. Każda płasz­czy­zna skały, za­mie­niona na go­re­jące zwier­cia­dło, od­bi­jała ten blask jesz­cze bar­dziej spo­tę­go­wany. Te krzy­żu­jące się od­bi­cia, łącz­nie z pa­lą­cymi pro­mie­niami, ja­kie pa­dały z nieba, a które zie­mia od­sy­łała, wy­twa­rzały żar równy ża­rowi wiel­kiego pieca i biedny nie­miecki dok­tor nie mógł na­dą­żyć ze zbie­ra­niem wody ze swego ob­li­cza chustką w nie­bie­ską kratę, prze­mo­czoną, jak gdyby ją za­nu­rzył w rzece.

W ca­łej do­li­nie nikt nie zna­la­złby pię­dzi ziemi po­kry­tej ja­ką­kol­wiek ro­ślin­no­ścią; ani źdźbło trawy, ani je­den krzew, żadne pną­cze ani na­wet kępka mchu nie prze­ry­wały jed­no­staj­nie bia­ła­wego tonu tego spa­lo­nego sło­necz­nym ża­rem kra­jo­brazu. Szcze­liny i za­kręty nie miały tyle wil­goci, by naj­drob­niej­sza ro­ślinka skalna mo­gła w nich za­pu­ścić swoje cien­kie, wło­chate ko­rze­nie. Zda­wać się mo­gło, że to stosy po­piołu po­zo­stałe po łań­cu­chu gór spa­lo­nych w epoce ko­smicz­nych klęsk w ol­brzy­mim po­ża­rze pla­ne­tar­nym; a ści­słość tego po­rów­na­nia do­peł­niały sze­ro­kie czarne pręgi po­dobne do blizn po opa­le­ni­znach, ja­kie snuły się po urwi­stych zbo­czach.

Bez­względna ci­sza pa­no­wała nad tym pust­ko­wiem; nie za­kłó­cało jej naj­lżej­sze drgnie­nie ży­cia - ani sze­lest skrzy­deł, ani brzę­cze­nie owada, ani bieg jasz­czurki czy peł­za­nie płaza; na­wet ko­nik po­lny, ten przy­ja­ciel roz­ża­rzo­nej pustki, nie od­zy­wał się swoim sła­bym cy­ka­niem.

Błysz­czący pył, po­dobny do tłu­czo­nego żwiru, po­kry­wał zie­mię, a od czasu do czasu wzno­siły się pa­górki utwo­rzone przez głazy wy­rwane z głę­bin łań­cu­cha przez uparty oskard wy­mar­łych po­ko­leń i dłuto ro­bot­ni­ków przy­go­to­wu­ją­cych w ciem­no­ściach wieczną sie­dzibę dla umar­łych. Po­kru­szone wnętrz­no­ści gór two­rzyły inne góry, kru­che osy­pi­ska drob­nych odłam­ków skał, które można było wziąć za na­tu­ralny łań­cuch.

W ło­nie skały roz­wie­rały się tu i ów­dzie czarne pasz­cze, oto­czone po­roz­rzu­ca­nymi gła­zami, kwa­dra­towe otwory, osło­nięte z bo­ków słu­pami zdob­nymi w hie­ro­glify i ta­jem­ni­cze kar­tu­sze, gdzie na wiel­kim żół­tym dysku od­zna­czał się święty ska­ra­be­usz, słońce o gło­wie ba­rana oraz bo­gi­nie Izyda i Ne­ftis, w po­staci klę­czą­cej lub sto­ją­cej.

Były to gro­bowce daw­nych te­bań­skich kró­lów; ale Ar­gy­ro­pu­los nie za­trzy­mał się przy nich i po­chy­ło­ścią, prze­ry­waną kil­ka­krot­nie gła­zami, które się ob­su­nęły, po­pro­wa­dził swo­ich po­dróż­ni­ków na wą­ską płasz­czy­znę w zrę­bie pro­sto­pa­dłej ściany, gdzie skały, na po­zór ugru­po­wane przy­pad­kowo, miały jed­nak pewną sy­me­trię.

Gdy lord, sprawny we wszel­kich ćwi­cze­niach gim­na­stycz­nych, i uczony, znacz­nie mniej zwinny, zdo­łali wspiąć się obok niego, Ar­gy­ro­pu­los wska­zał swoim ki­jem ol­brzymi ka­mień i z miną try­um­falną oznaj­mił:

- To tam!

Ar­gy­ro­pu­los kla­snął w dło­nie wschod­nim spo­so­bem i wnet ze szcze­lin skały, z za­kąt­ków do­liny, przy­bie­gli pę­dem fel­la­cho­wie, wy­nędz­niali, w łach­ma­nach, nio­sąc w rę­kach barwy brązu drągi o że­la­znych koń­cach, łomy, młoty, dra­biny i wszyst­kie po­trzebne na­rzę­dzia; wła­zili na urwi­stą po­chy­łość jak le­gion czar­nych mró­wek. Ci, któ­rzy nie mo­gli już zna­leźć miej­sca na wą­skiej płasz­czyź­nie za­ję­tej przez przed­się­biorcę, lorda Evan­dale'a i dok­tora Rum­phiusa, zgięci w ka­błąk cze­piali się pa­znok­ciami za­łam­ków skały.

Grek dał znak trzem naj­sil­niej­szym, któ­rzy wsu­nęli drągi pod naj­więk­szy głaz. Mię­śnie wy­prę­żyły się jak sznury na ich wy­chu­dłych rę­kach, gdy za­wie­sili się ca­łym cię­ża­rem na że­la­znych drą­gach. Wresz­cie głaz się po­ru­szył, chwiał się przez kilka chwil jak czło­wiek pi­jany i, pchany wspól­nymi wy­sił­kami Ar­gy­ro­pu­losa, lorda Evan­dale'a, Rum­phiusa oraz kilku Ara­bów, któ­rzy zdo­łali umie­ścić się na płasz­czyź­nie, ru­nął, od­ska­ku­jąc wzdłuż stoku. Dwa inne głazy mniej­szych roz­mia­rów zo­stały stop­niowo usu­nięte i wów­czas można było stwier­dzić, że prze­wi­dy­wa­nia Greka były słuszne. Wej­ście do gro­bowca, który wi­docz­nie uszedł uwagi po­szu­ki­wa­czy skar­bów, uka­zało się w ca­łej swej oka­za­ło­ści.

Był to ro­dzaj por­tyku wy­ku­tego w skale; po bo­kach wzno­siły się dwie ko­lumny o ka­pi­te­lach z kro­wich łbów, któ­rych rogi przy­brały kształt pół­księ­życa Izydy.

Po­nad ni­skimi drzwiami, ozdo­bio­nymi u dołu hie­ro­gli­fami, wid­niał sze­roki pas em­ble­ma­tów; na środku dysku żół­tej barwy wid­niał, obok ska­ra­be­usza, znaku stop­nio­wego od­ra­dza­nia, bóg o gło­wie ba­rana, sym­bol za­cho­dzą­cego słońca. Poza ob­rę­bem dysku klę­czały Izy­dora i Ne­ftis, uoso­bie­nie po­czątku i końca, jedna z nogą pod­wi­niętą, druga z pod­nie­sioną do wy­so­ko­ści łok­cia, we­dług po­stawy egip­skiej, z rę­kami wy­cią­gnię­tymi ru­chem ta­jem­ni­czego zdzi­wie­nia; wą­skie chu­sty, prze­wią­zane pa­sem o spa­da­ją­cych koń­cach, ob­ci­skały obie po­sta­cie.

Za mu­rem z ka­mieni i su­ro­wych ce­gieł, który szybko uległ oskar­dom ro­bot­ni­ków, uka­zała się płyta ka­mienna two­rząca drzwi do pod­zie­mia.

Na gli­nia­nym cy­lin­drze, któ­rym były opie­czę­to­wane, nie­miecki dok­tor, obe­znany z hie­ro­gli­fami, bez trud­no­ści od­czy­tał de­wizę kol­szyty, straż­nika sie­dzib ża­łob­nych, który za­mknął na za­wsze ten gro­bo­wiec i sam tylko mógł od­na­leźć ta­jem­ni­cze po­miesz­cze­nie na ma­pie gro­bów prze­cho­wy­wa­nej przez ka­pła­nów.

- Za­czy­nam wie­rzyć - rzekł w ra­do­snym unie­sie­niu uczony do mło­dego lorda - że istot­nie nie lada zdo­bycz przy­pa­dła nam w udziale, i co­fam nie­po­chlebne mnie­ma­nie, ja­kie wy­po­wie­dzia­łem o tym za­cnym Greku.

- Cie­szymy się może przed­wcze­śnie - od­parł lord Evan­dale - i, kto wie, czy nie spo­tka nas ten sam za­wód co Bel­zo­niego, gdy mnie­mał, że wcho­dzi pierw­szy do gro­bowca Me­ne­fty Se­tiego i prze­bie­gł­szy przez la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy, stu­dzien i kom­nat, zna­lazł pod strza­ska­nym wie­kiem pu­sty sar­ko­fag; po­szu­ki­wa­cze skar­bów bo­wiem do­tarli do gro­bowca kró­lew­skiego wej­ściem wy­ko­pa­nym w in­nym punk­cie góry.

- O nie - za­pew­nił uczony - łań­cuch gór­ski jest tu­taj tak zwarty, a pie­czara ża­łobna tak od­da­lona od in­nych, że nie­moż­liwe, by te prze­klęte krety, wy­dra­pu­jąc skałę, mo­gły prze­dłu­żyć swoje pod­kopy aż do tego miej­sca.

Pod­czas tej roz­mowy ro­bot­nicy, pod­nie­cani przez Ar­gy­ro­pu­losa, przy­pusz­czali szturm do wiel­kiej ka­mien­nej płyty za­kry­wa­ją­cej wej­ście do grobu. Od­rzu­ca­jąc spod niej zie­mię, by pod­su­nąć drągi - lord bo­wiem za­le­cił, aby nic nie roz­bi­jać - wy­do­byli z pia­sku mnó­stwo fi­gu­rek wy­so­ko­ści kilku cali, z ema­lio­wa­nej nie­bie­skiej lub zie­lo­nej gliny; były to ar­ty­stycz­nie wy­ko­nane ma­leń­kie po­sążki ża­łobne, zło­żone tam w ofie­rze przez krew­nych i przy­ja­ciół, po­dob­nie jak my skła­damy wieńce z kwia­tów w progu ka­plic ża­łob­nych; tylko że na­sze kwiaty więdną szybko, zaś do­wody sta­ro­żyt­nego bólu po­zo­stają, po trzech ty­sią­cach z górą lat, nie­na­ru­szone, Egipt bo­wiem może two­rzyć je­dy­nie rze­czy wieczne.

Gdy ka­mienne drzwi się od­su­nęły, wpusz­cza­jąc po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu pię­ciu wie­ków świa­tło dzienne, z ciem­nego otworu buch­nęła fala go­rą­cego po­wie­trza, niby z pasz­czy wiel­kiego pieca. Zda­wało się, że z roz­ża­rzo­nych płuc gór ule­ciało wes­tchnie­nie ulgi przez te usta, tak długo za­mknięte. Pro­mie­nie świa­tła, wpa­da­jąc do ża­łob­nego ko­ry­ta­rza, roz­iskrzyły naj­wyż­szym bla­skiem ko­lo­ro­wane hie­ro­glify wy­cięte wzdłuż mu­rów w li­niach pro­sto­pa­dłych i spo­czy­wa­jące na nie­bie­skiej pod­sta­wie. Fi­gura barwy czer­wo­nej, o gło­wie kro­gulca, przy­bra­nej w pschent[5], pod­trzy­my­wała dysk ze sło­neczną skrzy­dlatą tar­czą i zda­wało się, że czuwa w rogu gro­bowca jako odźwierny Wiecz­no­ści.

Kilku fel­la­chów, za­pa­liw­szy po­chod­nie, wy­prze­dzało po­dróż­ni­ków i Ar­gy­ro­pu­losa; smolne po­chod­nie pło­nęły z trud­no­ścią wśród tego gę­stego, dusz­nego po­wie­trza, ście­śnio­nego przez tyle ty­sięcy lat pod roz­pa­lo­nym wa­pie­niem góry, w ko­ry­ta­rzach, przej­ściach i la­bi­ryn­tach ża­łob­nej pie­czary. Rum­phius dy­szał, a pot spły­wał z niego po­to­kiem; na­wet nie­wzru­szona twarz Evan­dale'a okryła się ru­mień­cem, a jego skro­nie zwil­żyły się. Greka zaś wiatr pu­styni wy­su­szył tak do­szczęt­nie, że, po­dob­nie jak mu­mia, już się nie po­cił.

Ko­ry­tarz pro­wa­dził pro­sto do ją­dra łań­cu­cha, wzdłuż nie­po­rów­na­nej rów­no­ści i czy­sto­ści wa­pien­nej żyły.

W głębi ko­ry­ta­rza ka­mienne drzwi, za­pie­czę­to­wane jak tamte gli­nia­nym cy­lin­drem, nad któ­rymi wid­niała rów­nież skrzy­dlata tar­cza sło­neczna, świad­czyły, że nikt do­tąd nie wtar­gnął do gro­bowca i wska­zy­wały ist­nie­nie no­wego ko­ry­ta­rza, idą­cego da­lej w głąb góry.

Go­rąco po­tę­go­wało się tak sil­nie, że młody lord zrzu­cił białą kurtkę, a dok­tor czarny sur­dut, nie­ba­wem zaś po­zbyli się obaj ka­mi­zelki i ko­szuli; Ar­gy­ro­pu­los, wi­dząc, że od­dy­chali z trud­no­ścią, szep­nął kilka słów jed­nemu z fel­la­chów, który po­biegł do wej­ścia pod­zie­mia i przy­niósł dwie duże gąbki, na­sy­cone zimną wodą, które po­dróż­nicy, idąc za radą Greka, po­ło­żyli so­bie na usta, żeby w ten spo­sób móc od­dy­chać śwież­szym po­wie­trzem.

Ro­bot­nicy za­brali się do drzwi, które nie­ba­wem otwo­rzyli.

Uka­zały się spa­dzi­ste schody wy­cio­sane w skale.

Z każ­dej strony ko­ry­ta­rza cią­gnęły się na zie­lo­nym tle ko­ro­wody em­ble­ma­tycz­nych fi­gu­rek o bar­wach tak świe­żych, tak ży­wych, jak gdyby pę­dzel ar­ty­sty stwo­rzył je wczo­raj; uka­zy­wały się przez chwilę w bla­sku po­chodni, po czym nik­nęły w cie­niu jak zjawy senne.

Po­ni­żej tych fre­sków hie­ro­glify, uło­żone pio­nowo jak pi­smo chiń­skie i roz­dzie­lone wy­drą­żo­nymi prąż­kami, skła­dały by­stro­ści umy­słu świętą ta­jem­nicę swej za­gadki.

Ścian nie po­kry­wały znaki hie­ra­tyczne, tylko sza­kal, le­żący na brzu­chu, z wy­cią­gnię­tymi ła­pami i na­sta­wio­nymi uszami, oraz po­stać klę­cząca w mi­trze na gło­wie z ręką spo­czy­wa­jącą na ob­rę­czy. Spra­wo­wały straż obok drzwi, któ­rych nad­proże ozdo­bione było dwoma kar­tu­szami trzy­ma­nymi przez dwie ko­biety ubrane w wą­skie chu­sty i roz­po­ście­ra­jące ręce jak skrzy­dła.

- Co to? - rzekł dok­tor i za­czerp­nął od­de­chu u stóp scho­dów, wi­dząc, że pod­zie­mie cią­gnie się co­raz da­lej. - Scho­dzimy do środka ziemi? Upał się wzmaga tak nie­sły­cha­nie, że je­ste­śmy chyba nie­da­leko od miej­sca po­bytu po­tę­pień­ców.

- Pew­nie żło­biąc, trzy­mali się li­nii żyły wa­pien­nej - za­uwa­żył lord Evan­dale - ona idzie w głąb.

Gdy skoń­czyły się stop­nie, za­częło się inne przej­ście, rów­nież spa­dzi­ste. I tu­taj mur był po­kryty ma­lo­wi­dłami, po­śród któ­rych można było roz­róż­nić sze­reg ale­go­rycz­nych scen ob­ja­śnia­nych nie­wąt­pli­wie przez hie­ro­glify wy­pi­sane po­ni­żej spo­so­bem le­gendy. Ten fryz cią­gnął się wzdłuż ca­łego przej­ścia, ni­żej zaś wid­niały fi­gurki w ad­o­ra­cji przed świę­tym ska­ra­be­uszem i sym­bo­licz­nym wę­żem po­ma­lo­wa­nym na ko­lor la­zu­rowy.

Wy­cho­dząc z ko­ry­ta­rza, fel­lach nio­sący po­chod­nię rzu­cił się w tył w na­głym od­ru­chu.

Droga ury­wała się nie­spo­dzia­nie i na po­wierzchni ziemi roz­wie­rała się czarna, kwa­dra­towa pasz­cza studni.

- Tu jest stud­nia, pa­nie - rzekł fel­lach do Ar­gy­ro­pu­losa. - Co po­cząć?

Grek ka­zał so­bie po­dać po­chod­nię, po­trzą­snął nią, żeby le­piej roz­ża­rzyć, i rzu­cił w ciemną pasz­czę studni, po­chy­la­jąc się ostroż­nie nad otwo­rem.

Po­chod­nia spa­dała, wi­ru­jąc i sy­cząc; nie­ba­wem ode­zwał się głu­chy od­głos, po czym syp­nęły się iskry, uniósł się ob­łok dymu i pło­mień za­ja­śniał na nowo, a otwór studni błysz­czał jak krwawe oko cy­klopa.

- Te la­bi­rynty prze­ry­wane ciem­ni­cami - za­uwa­żył młody lord - po­winny były ostu­dzić gor­li­wość zło­dziei i uczo­nych.

- Jed­nak nie ostu­dziły - od­po­wie­dział dok­tor. - Jedni szu­kają złota, dru­dzy prawdy, dwóch naj­cen­niej­szych rze­czy na świe­cie.

- Przy­nie­ście sznur z wę­złami - krzyk­nął Ar­gy­ro­pu­los do swo­ich Ara­bów. - Wy­pró­bu­jemy i zba­damy ściany studni, bo ta pie­czara prze­dłuża się z pew­no­ścią jesz­cze znacz­nie da­lej.

Ośmiu czy dzie­się­ciu lu­dzi za­przę­gło się dla prze­ciw­wagi do jed­nego końca sznura, Ar­gy­ro­pu­los zaś ze zwin­no­ścią małpy lub za­wo­do­wego gim­na­styka za­wie­sił się u dru­giego końca i opu­ścił się do studni na głę­bo­kość mniej wię­cej pięt­na­stu me­trów, trzy­ma­jąc się rę­koma wę­złów, a pię­tami od­bi­ja­jąc o ściany.

Skała od­po­wia­dała wszę­dzie ma­to­wym i peł­nym dźwię­kiem; Ar­gy­ro­pu­los opu­ścił się tedy na dno studni, ale i tu, gdy ude­rzał gałką swego kan­dżaru, zwarta skała nie wy­da­wała po­żą­da­nego od­głosu.

Evan­dale i Rum­phius, roz­go­rącz­ko­wani nie­cier­pliwą cie­ka­wo­ścią, schy­lali się, sto­jąc na brzegu studni, nie ba­cząc, że mo­gliby spaść głową na dół, i śle­dzili po­szu­ki­wa­nia Greka.

- Trzy­maj­cie mocno tam w gó­rze! - krzyk­nął na ko­niec Grek zmę­czony da­rem­nymi za­bie­gami, chwy­cił obu­rącz za sznur i za­czął się pod­cią­gać.

Cień Ar­gy­ro­pu­losa, oświe­tlony od dołu po­chod­nią, która cią­gle jesz­cze pło­nęła na dnie studni, pa­dał na su­fit, za­ry­so­wu­jąc syl­wetkę bez­kształt­nego ptaka.

Na sma­głej twa­rzy Greka ma­lo­wał się żywo do­znany za­wód; gryzł wargi pod wą­sem.

- Ani śladu naj­mniej­szego przej­ścia! - za­wo­łał - a jed­nak pie­czara tu się nie może koń­czyć.

- Chyba - wtrą­cił Rum­phius - że Egip­cja­nin, który ka­zał zro­bić dla sie­bie ten gro­bo­wiec, umarł w ja­kimś od­le­głym po­wie­cie, bę­dąc w po­dróży lub na woj­nie, i że za­nie­chano dal­szych ro­bót, co się zda­rzało.

- Miejmy na­dzieję, że, szu­ka­jąc usil­nie, znaj­dziemy ja­kieś po­ta­jemne wej­ście - rzekł lord Evan­dale. - W prze­ciw­nym ra­zie spró­bu­jemy prze­bić ga­le­rię po­przeczną przez górę.

- Ci prze­klęci Egip­cja­nie z nie­sły­chaną chy­tro­ścią umieli ukry­wać wej­ścia do swo­ich gro­bo­wych sie­dzib! Nie wie­dzieli już, co wy­my­ślić, żeby wpro­wa­dzić w błąd biedny świat, i można by mnie­mać, że śmiali się z góry ze zmie­sza­nia i za­kło­po­ta­nia po­szu­ki­wa­czy - mru­czał Ar­gy­ro­pu­los.

Zbli­żyw­szy się nad brzeg ot­chłani, Grek wo­dził bacz­nie wzro­kiem jak wzrok noc­nego ptaka prze­szy­wa­jący ściany iz­debki, która two­rzyła część górną studni. Nie do­strzegł nic, prócz zwy­kłych wy­obra­żeń psy­cho­sta­zji[6], sę­dziego Ozy­rysa sie­dzą­cego na tro­nie w uświę­co­nej po­sta­wie i trzy­ma­ją­cego w jed­nej ręce kij, a w dru­giej bat, oraz bo­giń Spra­wie­dli­wo­ści i Prawdy, pro­wa­dzą­cych du­cha nie­bosz­czyka przed try­bu­nał w Amenti.

Na­raz wi­docz­nie ja­kaś na­gła myśl przy­szła mu do głowy i od­wró­cił się: stare do­świad­cze­nie przed­się­biorcy po­szu­ki­wań przy­po­mniało mu wy­pa­dek mniej wię­cej po­dobny, po­nadto chęć za­ro­bie­nia ty­siąca lor­dow­skich gwi­nei po­bu­dzała jego by­strość; wziął drąg z rąk fel­la­cha i za­czął, co­fa­jąc się, ude­rzać sil­nie na prawo i na lewo w po­wierzch­nię skały, nie ba­cząc już, że może strza­skać płytę z hie­ro­gli­fami lub odła­mać dziób kro­gulca czy skrzy­dło świę­tego ska­ra­be­usza.

Ba­dany mur od­po­wie­dział w końcu na py­ta­nia młotka i za­dźwię­czał pu­stym to­nem.

Z piersi Greka wy­rwał się okrzyk try­umfu, a jego oko się roz­iskrzyło.

Uczony i lord kla­snęli w dło­nie.

Od­zy­skaw­szy wnet zimną krew, Ar­gy­ro­pu­los rzekł do swo­ich lu­dzi:

- Ko­pać tu­taj!

Nie­ba­wem do­ko­nany zo­stał wy­łom, przez który mógł przejść czło­wiek. Ga­le­ria oka­la­jąca we wnę­trzu góry prze­szkodę w po­staci studni, sta­wia­jąca opór pro­fa­na­to­rom, pro­wa­dziła do kwa­dra­to­wej sali, gdzie nie­bie­ski su­fit spo­czy­wał na wiel­kich ko­lum­nach ozdo­bio­nych po­sta­ciami barwy czer­wo­nej, w bia­łych chu­s­tach, które tak czę­sto na egip­skich fre­skach przed­sta­wione są tu­ło­wiem od przodu, a głową z pro­filu.

Sala ta przy­le­gała do in­nej sali, wyż­szej i pod­trzy­ma­nej tylko dwiema ko­lum­nami. Różne sceny - mi­styczna łódź, wół Apis nio­sący mu­mię ku sfe­rom Za­chodu, są­dze­nie du­szy i wa­że­nie czy­nów nie­bosz­czyka na ostat­niej wa­dze, ofiary skła­dane ża­łob­nym bó­stwem - zdo­biły ko­lumny i salę.

Wszyst­kie te po­sta­cie wy­ko­nane były w pła­sko­rzeź­bie, po­cią­gnię­ciem głę­boko żło­bio­nym, ale pę­dzel ma­la­rza nie do­koń­czył i nie uzu­peł­nił dzieła dłuta. Ze sta­ran­nej i wy­twor­nej ro­boty można było są­dzić o do­nio­słym zna­cze­niu osoby, któ­rej grób usi­ło­wano ukryć przed ludźmi.

Po kilku mi­nu­tach po­świę­co­nych przy­glą­da­niu się tym rzeź­bom, za­ry­so­wa­nym z całą czy­sto­ścią prze­pysz­nego stylu egip­skiego epoki kla­sycz­nej, po­szu­ki­wa­cze spo­strze­gli, że sala nie ma wyj­ścia, że do­tarli do pew­nego ro­dzaju śle­pego za­ułka. Po­wie­trze tu było bar­dzo roz­rze­dzone; po­chod­nie le­dwo się tliły w at­mos­fe­rze, po­tę­gu­jąc upalne go­rąco, a dym ich skłę­biał się w ob­łoki; Grek wpadł w czarną roz­pacz, ale to nic nie po­ma­gało. Roz­po­częto na nowo ba­da­nie ścian, wszakże bez żad­nego wy­niku; pełna góra, zwarta, wy­da­wała same ma­towe dźwięki; ni­g­dzie naj­lżej­szego po­zoru drzwi, ko­ry­ta­rza lub ja­kie­go­kol­wiek otworu!

Lord po­czuł się znie­chę­cony, a chude ręce uczo­nego ob­wi­sły bez­wład­nie wzdłuż ciała. Ar­gy­ro­pu­los, w oba­wie o swoje dwa­dzie­ścia pięć ty­sięcy fran­ków, ujaw­niał co­raz dzik­szą roz­pacz. Wsze­lako trzeba było się cof­nąć, bo go­rąco sta­wało się już istot­nie nie do znie­sie­nia.

Całe grono prze­szło więc z po­wro­tem do pierw­szej sali i tam Grek, który nie mógł się po­go­dzić z tym, że pry­sły jego sny o zło­cie, za­czął ba­dać z naj­ści­ślej­szą uwagą i dro­bia­zgo­wo­ścią słupy ko­lumn, chcąc się prze­ko­nać, czy nie ukry­wały ja­kie­goś pod­stępu, nie za­sła­niały ja­kichś spusz­cza­nych drzwi, które się ukażą po ich usu­nię­ciu; w roz­pa­czy swo­jej bo­wiem łą­czył rze­czy­wi­stość ar­chi­tek­tury egip­skiej z uro­jo­nymi bu­dow­lami arab­skich ba­jek.

Ko­lumny, wy­kute w li­tej skale, sta­no­wiły jedną ca­łość wraz z salą i trzeba by było pod­ło­żyć minę, żeby nimi za­chwiać.

Wszelka na­dzieja była stra­cona!

- Zważmy - ode­zwał się Rum­phius - że tego la­bi­ryntu nie wy­żło­biono dla za­bawy. Musi tu być gdzieś przej­ście po­dobne do tego, ja­kie okrąża stud­nię. Praw­do­po­dob­nie nie­bosz­czyk w oba­wie, aby mu ża­den na­tręt nie za­kłó­cił spo­koju, ka­zał się do­brze ukryć; ale wy­trwa­łość do­pro­wa­dzi wszę­dzie. Może płyta, zręcz­nie osło­nięta, któ­rej pył roz­pro­szony po ziemi nie po­zwala do­strzec spo­je­nia, za­krywa zej­ście pro­wa­dzące bez­po­śred­nio do sali ża­łob­nej.

- Masz słusz­ność, ko­chany dok­to­rze - rzekł Evan­dale - ci prze­klęci Egip­cja­nie spa­jają ka­mie­nie jak za­wiasy opusz­cza­nych an­giel­skich drzwi; szu­kajmy jesz­cze.

Myśl uczo­nego wy­dała się roz­sądna Gre­kowi, który za­czął cho­dzić do­koła i ka­zał tak samo cho­dzić swoim fel­la­chom, ude­rza­jąc pię­tami we wszyst­kie kąty i za­kątki sali.

Na ko­niec, nie­opo­dal trze­ciej ko­lumny, wprawne ucho Greka po­chwy­ciło głu­chy od­głos; rzu­cił się więc na ko­lana, by zba­dać miej­sce, zmia­ta­jąc łach­ma­nem bur­nusa, jaki mu na­rzu­cił je­den z Ara­bów, nie­uchwytny pył prze­sie­wany przez trzy­dzie­ści pięć wie­ków w ciem­no­ści i ci­szy; nie­ba­wem za­ry­so­wała się czarna li­nia, cienka i wy­raźna jak li­nia na­kre­ślona na pla­nie ar­chi­tekta, która, jak wy­ka­zało dal­sze ba­da­nie, od­ci­nała na ziemi płytę po­dłużną.

- A co, nie mó­wi­łem wam - za­wo­łał roz­en­tu­zja­zmo­wany uczony - że pod­zie­mie nie może się koń­czyć w ten spo­sób!

- Mam do­prawdy skru­puły - ode­zwał się lord Evan­dale z ty­pową dzi­waczną an­giel­ską flegmą - że za­kłó­camy ostatni sen ziem­skiej po­włoki nie­zna­jo­mego, który taki był pe­wien, że bę­dzie od­po­czy­wał w spo­koju po wszyst­kie wieki. Go­spo­darz tej sie­dziby mógłby się do­sko­nale obejść bez na­szej wi­zyty.

- Tym bar­dziej że brak jest trze­ciego, który by nas pra­wi­dłowo przed­sta­wił - od­parł dok­tor - ale uspo­kój się, mi­lor­dzie, żyję tak dawno w epoce fa­ra­onów, że mogę cię za­pre­zen­to­wać zna­ko­mi­tej oso­bie za­miesz­ku­ją­cej ten pod­ziemny pa­łac.

Wsu­nięto spi­cza­ste drągi w wą­ską szcze­linę i płyta, kil­ka­krot­nie pod­wa­żona, za­chwiała się wresz­cie i unio­sła.

Nie­cier­pliwi po­dróżni uj­rzeli przed swymi no­gami schody o stop­niach wy­so­kich, stro­mych, wio­dące w ciemną głąb, i we­szli na nie w nie­ła­dzie. Po stop­niach na­stą­piła ma­lo­wana po obu stro­nach w fi­gury i hie­ro­glify ga­le­ria; kilka stopni uka­zało się jesz­cze na jej końcu, pro­wa­dząc do krót­kiego ko­ry­ta­rza, a ra­czej przed­sionka sali, w tym sa­mym stylu co pierw­sza, ale więk­szej i pod­trzy­ma­nej przez sześć ko­lumn wy­ku­tych ze skały. Or­na­men­ta­cja tej sali była bo­gat­sza, a zwy­kłe mo­tywy ma­lo­wi­deł ża­łob­nych mno­żyły się tu na tle barwy żół­tej.

Na prawo i na lewo wid­niały w skale dwie małe krypty czy kom­naty za­peł­nione ża­łob­nymi fi­gur­kami z ema­lio­wa­nej gliny, brązu i sy­ko­mory.

- Oto je­ste­śmy w przed­sionku sali, w któ­rej po­wi­nien się znaj­do­wać sar­ko­fag! - za­wo­łał Rum­phius, uka­zu­jąc po­ni­żej oku­la­rów, które pod­su­nął w górę na czoło, ja­sno­szare oczy roz­iskrzone ra­do­ścią.

- Jak do­tych­czas - rzekł Evan­dale - Grek do­trzy­mał obiet­nicy: nie­za­prze­czal­nie je­ste­śmy pierw­szymi ży­wymi, któ­rzy wtar­gnęli tu­taj od czasu, kiedy w tym gro­bie zmarły, kim­kol­wiek jest, zo­stał zło­żony na wiecz­ność.

- O, mu­siał to być ktoś po­tężny - od­parł dok­tor - król lub, co naj­mniej, syn króla; po­wiem wam to póź­niej, mi­lor­dzie, gdy od­cy­fruję jego kar­tusz; ale wejdźmy naj­pierw do tej sali, naj­pięk­niej­szej, naj­waż­niej­szej, którą Egip­cja­nie okre­ślili mia­nem Sali zło­co­nej.

Lord Evan­dale wszedł pierw­szy, wy­prze­dza­jąc o kilka kro­ków uczo­nego, który był po­wol­niej­szy albo może tylko chciał przez uprzej­mość zo­sta­wić pierw­szeń­stwo od­kry­cia mło­demu lor­dowi.

W chwili prze­kro­cze­nia progu lord po­chy­lił się, jak gdyby coś nie­spo­dzie­wa­nego ude­rzyło jego wzrok.

Choć przy­zwy­cza­jony nie ujaw­niać swo­ich wzru­szeń, nie ma bo­wiem nic bar­dziej prze­ciw­nego prze­pi­som wyż­szego do­brego tonu niż uzna­nie sie­bie, drogą zdzi­wie­nia lub po­dziwu, za niż­szego od cze­go­kol­wiek, młody ary­sto­krata nie mógł po­wstrzy­mać prze­cią­głego "och!" mo­du­lo­wa­nego na spo­sób jak naj­bar­dziej bry­tyj­ski.

A oto, co wy­rwało okrzyk z piersi naj­do­sko­nal­szego dżen­tel­mena trzech zjed­no­czo­nych kró­lestw.

Na miał­kim pyle, który po­kry­wał zie­mię, za­ry­so­wy­wał się bar­dzo wy­raź­nie, ze wszyst­kimi pal­cami i piętą, od­cisk stopy ludz­kiej; stopy ostat­niego ka­płana lub ostat­niego przy­ja­ciela, który wy­szedł stąd ty­siąc pięć­set lat przed Chry­stu­sem, od­daw­szy zmar­łemu na­leżną cześć. Pył, tak wieczny w Egip­cie jak gra­nit, wy­mo­de­lo­wał ten ślad i za­cho­wał go od prze­szło trzy­dzie­stu wie­ków, jak błota z cza­sów po­topu za­cho­wują ślady stóp zwie­rząt, które po nich dep­tały.

- Spójrz, dok­to­rze - rzekł Evan­dale do Rum­phiusa - na ten od­cisk ludz­kiej stopy, skie­ro­wa­nej ku wyj­ściu z gro­bowca. W ja­kiej pie­cza­rze gro­bo­wej łań­cu­cha li­bij­skiego spo­czywa ska­mie­niałe ciało tego, który ten ślad od­ci­snął?

- Kto to wie? - od­parł uczony. - W każ­dym ra­zie ten lekki ślad, który lada po­wiew mógł zdmuch­nąć, trwał dłu­żej niż cy­wi­li­za­cje, niż ce­sar­stwa, niż re­li­gie, a na­wet i po­mniki uwa­żane za wieczne; pro­chy Alek­san­dra ob­le­piają może otwór w beczce piwa, we­dług słów Ham­leta, a krok tego nie­zna­nego Egip­cja­nina trwa w progu gro­bowca!

Pod­nie­ceni cie­ka­wo­ścią, która nie po­zwa­lała im na dłu­gie roz­wa­ża­nia, lord i dok­tor wtar­gnęli do sali, ba­cząc wszakże, aby nie za­trzeć zdu­mie­wa­ją­cego śladu.

Nie­wzru­szony Evan­dale, wcho­dząc, do­znał oso­bli­wego wra­że­nia.

Zda­wało mu się, we­dług wy­ra­że­nia Szek­spira, że "koło czasu wy­szło ze swo­jej ko­lei": za­tarła się w nim świa­do­mość ży­cia no­wo­cze­snego. Za­po­mniał o Wiel­kiej Bry­ta­nii i o swoim na­zwi­sku, za­pi­sa­nym w zło­tej księ­dze ary­sto­kra­cji, i o swo­ich zam­kach w Lin­coln­shire, i o swo­ich pa­ła­cach na West En­dzie, i o Hyde Parku, i o Pic­ca­dilly, i o dra­wing ro­omach kró­lo­wej, i o Klu­bie Jach­to­wym, i o tym wszyst­kim, co sta­no­wiło jego an­giel­skie ist­nie­nie. Nie­wi­dzialna ręka od­wró­ciła klep­sy­drę wiecz­no­ści, a wieki, które spa­dały jak go­dziny, ziarnko po ziarnku, po­śród pustki i ciem­no­ści, za­częły spa­dać na nowo.

Hi­sto­rii nie było - jakby nic nie zda­rzyło się i nie za­szło: Moj­żesz żył, fa­raon pa­no­wał, on zaś, lord Evan­dale, był nie­jako zmie­szany, że nie przy­wdział pe­ruki z we­lo­nem, na­pier­śnika zdo­bio­nego ema­lią, a wą­ska chu­sta nie ob­ci­ska jego bio­der, w tym je­dy­nie stroju mógł bo­wiem sta­nąć przed mu­mią kró­lew­ską. I cho­ciaż sala wcale nie była po­nura, ogar­niała go po­nie­kąd zgroza re­li­gijna wo­bec po­gwał­ce­nia tego pa­łacu śmierci, bro­nio­nego tak sta­ran­nie przed pro­fa­na­to­rami. Za­mach wy­dał mu się na­raz bez­bożny i świę­to­kradzki. Gdyby tak fa­raon po­wstał ze swego łoża i ude­rzył mnie ber­łem - po­wie­dział so­bie i przez chwilę miał ochotę unie­siony na wpół ca­łun opu­ścić na trupa tej umar­łej sta­ro­żyt­nej cy­wi­li­za­cji; ale dok­tor, ogar­nięty za­pa­łem na­uko­wym, da­leki był od po­dob­nych re­flek­sji i za­wo­łał do­no­śnym gło­sem:

- Mi­lor­dzie, mi­lor­dzie, sar­ko­fag jest nie­tknięty!

Te słowa przy­wró­ciły lor­dowi Evan­dale'owi po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści. Bły­ska­wicz­nym rzu­tem my­śli prze­kro­czył trzy ty­siące pięć­set lat, w które cof­nęło go ma­rze­nie, i od­parł:

- Na­prawdę, dok­to­rze, nie­tknięty?

- Co za szczę­ście nie­sły­chane! Cu­downy traf! Nie­osza­co­wana zdo­bycz! - cią­gnął da­lej dok­tor, nie po­sia­da­jąc się z ra­do­ści.

Na wi­dok za­chwytu dok­tora ogar­nęły Ar­gy­ro­pu­losa wy­rzuty su­mie­nia - je­dy­nie zresztą, ja­kie mógł od­czuć - że za­żą­dał tylko dwa­dzie­ścia pięć ty­sięcy fran­ków. By­łem na­iwny, po­wie­dział so­bie; nie zda­rzy mi się to już ni­gdy; ten mi­lord mnie okradł.

I przy­rzekł so­bie, że się na przy­szłość po­prawi.

Chcąc dać cu­dzo­ziem­com moż­ność po­dzi­wia­nia tych wspa­nia­ło­ści, fel­la­cho­wie za­pa­lili wszyst­kie po­chod­nie. A wi­dok był istot­nie oso­bliwy i wspa­niały! Ga­le­rie i sale, pro­wa­dzące do sali, gdzie mie­ścił się sar­ko­fag, mają su­fity pła­skie i nie prze­kra­czają wy­so­ko­ści ośmiu do dzie­się­ciu stóp; wszakże sank­tu­arium, do któ­rego zmie­rzają te la­bi­rynty, ma zu­peł­nie inne pro­por­cje. Lord Evan­dale i Rum­phius osłu­pieli z po­dziwu, choć prze­cież znali już gro­bowy prze­pych sztuki egip­skiej.

Ozdo­biona rów­nież ma­lo­wi­dłami, zło­cona sala roz­iskrzyła się i po raz pierw­szy może barwy tych ma­lo­wi­deł za­ja­śniały w ca­łym bla­sku. Czer­wień, błę­kit, zie­leń, biel dzie­wi­czej świe­żo­ści, czy­sto­ści nie­po­rów­na­nej, od­ci­nały się na zło­ci­stym po­ko­ście, sta­no­wią­cym tło dla fi­gur i hie­ro­gli­fów, i przy­ku­wały wzrok, za­nim zdo­łał od­róż­nić te­maty, które się skła­dały na ca­łość.

Zrazu można było my­śleć, że to ol­brzy­mia prze­bo­gata tka­nina; na skle­pie­niu, wy­so­kim na trzy­dzie­ści stóp, wid­niało, niby ve­la­rium[7], la­zu­rowe, ob­ra­mo­wane dłu­gimi, żół­tymi pal­met­kami.

Na płasz­czy­znach ścian roz­po­ście­rała się ol­brzy­mia, sym­bo­liczna tar­cza sło­neczna, a kar­tu­sze kró­lew­skie za­zna­czały swoje za­rysy. Da­lej Izyda i Ne­ftyda wy­cią­gały ręce, ozdo­bione pió­rami jak skrzy­dła. Ure­usze[8] wy­dy­mały nie­bie­skie gar­dziele, ska­ra­be­usze pró­bo­wały roz­wi­nąć skrzy­dła, bo­go­wie o gło­wach zwie­rzę­cych wy­cią­gali sza­kale uszy, ostrzyli kro­gul­cze dzioby, marsz­czyli psie py­ski, wsu­wali w ra­miona szyje sę­pów lub węży, jak gdyby byli żywi. Prze­su­wały się mi­styczne czółna, cią­gnięte przez fi­gury w po­zach sztyw­nych, o ru­chach kan­cia­stych, albo pły­nęły po wo­dach sy­me­trycz­nie fa­lu­ją­cych, kie­ro­wane przez pół­na­gich wio­śla­rzy.

Klę­czące płaczki, z ręką zło­żoną na nie­bie­skiej fry­zu­rze na znak ża­łoby, od­wra­cały się ku ka­ta­fal­kom, zaś ka­płani z ogo­loną głową, ze skórą lam­par­cią na ra­mie­niu, pa­lili ka­dzi­dła pod no­sem nie­bosz­czy­ków prze­mie­nio­nych w bo­gów. Inne po­sta­cie ofia­ro­wy­wały ża­łob­nym du­chom lo­tosy roz­kwi­tłe lub w pącz­kach, ro­śliny ce­bul­ko­wate, drób, ćwiartki an­ty­lopy i dzbany z wi­nem. Bez­głowe bo­gi­nie spra­wie­dli­wo­ści przy­pro­wa­dzały przed Ozy­ry­sów sie­dzą­cych w asy­sten­cji czter­dzie­stu dwóch, sku­lo­nych w dwóch sze­re­gach, sę­dziów z Amenti o gło­wach za­po­ży­czo­nych u wszyst­kich przed­sta­wi­cieli zoo­lo­gii i ozdo­bio­nych stru­sim pió­rem.

Wszyst­kie te fi­gury, oko­lone wy­żło­bioną w wa­pie­niu kre­ską i upstrzone tak ży­wymi bar­wami, ce­cho­wało owo ży­cie i ruch ska­mie­niały, owa ta­jem­ni­cza moc sztuki egip­skiej, skrę­po­wa­nej prze­pi­sami ka­płań­skimi, po­dob­nej do czło­wieka z za­tka­nymi ustami, który usi­łuje wy­znać swoją ta­jem­nicę.

Na środku sali wzno­sił się wspa­niały sar­ko­fag, wy­cio­sany z ol­brzy­miego bloku czar­nego ba­zaltu, za­mknięty wie­kiem z tego sa­mego ka­mie­nia, wy­rzeź­bio­nym w kształ­cie grzbietu osła. Cztery strony ża­łob­nego mo­no­litu po­kryte były po­sta­ciami i hie­ro­gli­fami, wy­ry­tymi tak kunsz­tow­nie, jakby na dro­gim ka­mie­niu w pier­ścionku, po­mimo że Egip­cja­nie nie znali że­laza i że ba­zalt opiera się naj­tward­szej stali. Wy­obraź­nia gubi się w do­my­słach, chcąc do­ciec, w jaki spo­sób ten prze­dziwny na­ród zdo­łał pi­sać na por­fi­rze i gra­ni­cie, tak jak ryl­cem na ta­blicz­kach wo­sko­wych.

Na ro­gach sar­ko­fagu stały cztery wa­zony ze wschod­niego ala­ba­stru, o naj­wy­twor­niej­szych i naj­czyst­szych za­ry­sach, któ­rych rzeź­bione po­krywy wy­obra­żały głowę ludzką Am­seta, głowę psią Ha­piego, głowę sza­kalą Su­mautfa, głowę kro­gul­czą Kebsb­nifa; wa­zony te za­wie­rały wnętrz­no­ści mu­mii za­mknię­tej w sar­ko­fagu. W gło­wach na­grobka wy­obra­że­nie Ozy­rysa z brodą, sple­cioną w war­kocz, czu­wało nad snem zmar­łego. Dwa ko­lo­rowe po­sągi ko­biet wzno­siły się z pra­wej i z le­wej strony gro­bowca, pod­trzy­mu­jąc jedną ręką na gło­wie kwa­dra­tową szka­tułkę, drugą zaś, opartą na bio­drze, pu­char od wina. Jedna ubrana była w skromną białą spód­nicę ob­le­pia­jącą bio­dra i za­wie­szoną na skrzy­żo­wa­nych szel­kach; druga, w stroju bo­gat­szym, ob­ci­śnięta była w bar­dzo wą­ską bluzę upstrzoną czer­wo­nymi i zie­lo­nymi łu­skami.

Obok pierw­szej wi­dać było trzy dzbany, pier­wot­nie na­peł­nione wodą z Nilu, która wy­pa­ro­wała, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie muł; nadto pół­mi­sek, a na nim wy­schłe cia­sto.

Obok dru­giej - dwa małe sta­teczki, po­dobne do mo­deli okrę­tów wy­ra­bia­nych w por­tach nad­mor­skich, przy­po­mi­nały w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach ło­dzie prze­zna­czone do prze­wo­że­nia dusz z Dio­spo­lisu do Mem­no­nii[9] - sym­bo­liczną nawę, która prze­nosi du­sze do sfer Za­chodu. Nie za­po­mniano o ni­czym, ani o masz­tach, ani o ste­rze, wy­obra­żo­nym przez dłu­gie wio­sło, ani o pi­lo­cie, ani o wio­śla­rzach, ani o mu­mii, oto­czo­nej płacz­kami i zło­żo­nej na łożu o lwich ła­pach, ani o ale­go­rycz­nych po­sta­ciach bóstw ża­łob­nych speł­nia­ją­cych swoje święte czyn­no­ści.

Ło­dzie i osoby na­ma­lo­wane były ży­wymi bar­wami, a na obu bo­kach przodu ło­dzi, za­koń­czo­nego po­dob­nie jak tył pod­nie­sio­nym dzio­bem, otwie­rało się wiel­kie oko ozy­ry­sowe, wy­dłu­żone an­ty­mo­nem; czaszka i ko­ści wo­łowe, roz­sy­pane tu i ów­dzie, świad­czyły, że zło­żono ofiarę dla ubła­ga­nia za­wist­nego losu, by ni­czym nie za­kłó­cił spo­koju zmar­łego. Szka­tułki, ma­lo­wane i ozdo­bione hie­ro­gli­fami, stały na gro­bowcu, na trzci­no­wych sto­li­kach le­żały jesz­cze dary ża­łobne; wszystko w tym pa­łacu śmierci po­zo­stało nie­tknięte od dnia, w któ­rym mu­mia w swo­jej po­włoce i w dwóch trum­nach spo­częła na ba­zal­to­wym łożu. Na­wet ro­bak gro­bowy, który umie tak do­brze to­ro­wać so­bie drogę po­przez naj­szczel­niej za­mknięte trumny, za­wró­cił zra­żony ostrą wo­nią smo­łowca i pach­ną­cych ziół.

- Czy otwo­rzyć sar­ko­fag? - spy­tał Ar­gy­ro­pu­los, po­zwo­liw­szy lor­dowi Evan­dale i Rum­phiu­sowi po­dzi­wiać przez dłuż­szą chwilę prze­pych sali zło­co­nej.

- Na­tu­ral­nie - od­parł młody lord - ale uwa­żaj­cie, żeby nie uszko­dzić brze­gów wieka przy wsu­wa­niu drą­gów; chcę bo­wiem za­brać ten gro­bo­wiec i ofia­ro­wać go w da­rze Mu­zeum Bry­tyj­skiemu.

Wszy­scy za­brali się do po­ru­sze­nia z miej­sca mo­no­litu; ostroż­nie wsu­nęli drew­niane kliny i po kilku mi­nu­tach wspól­nych wy­sił­ków ol­brzymi głaz ustą­pił i zsu­nął się na przy­go­to­wane pod­pory. W otwar­tym sar­ko­fagu uka­zała się pierw­sza trumna, her­me­tycz­nie za­mknięta. Była to skrzy­nia ozdo­biona ma­lo­wi­dłami i zło­ce­niami, sy­me­trycz­nymi kwa­dra­ci­kami, pal­met­kami i hie­ro­gli­fami. Po usu­nię­ciu wieka Rum­phius, po­chy­lony nad sar­ko­fa­giem, wy­dał okrzyk zdu­mie­nia, uj­rzaw­szy za­war­tość trumny.

- Ko­bieta! Ko­bieta! - krzyk­nął, po­znaw­szy płeć mu­mii po braku brody ozy­ry­so­wej i po kształ­cie po­włoki.

Grek rów­nież wy­da­wał się zdu­miony; na pod­sta­wie dłu­go­let­niego do­świad­cze­nia po­szu­ki­wa­cza ro­zu­miał całą nie­zwy­kłość po­dob­nego od­kry­cia. Do­lina Bi­ban-el-Mo­luk za­wiera je­dy­nie groby kró­lów. Ne­kro­po­lia kró­lo­wych po­ło­żona jest da­lej, w in­nym wą­wo­zie. Gro­bowce kró­lo­wych są bar­dzo skromne i skła­dają się za­zwy­czaj z dwóch lub trzech ko­ry­ta­rzy oraz z jed­nej lub dwóch kom­nat. Ko­biety na Wscho­dzie były za­wsze uwa­żane za istoty niż­sze od męż­czyzn, na­wet po śmierci. Więk­szość tych gro­bow­ców, znisz­czo­nych jesz­cze w bar­dzo sta­ro­żyt­nych cza­sach, słu­żyła za przy­tu­łek bez­kształt­nym mu­miom, nie­dbale za­bal­sa­mo­wa­nym, na któ­rych wi­dać było jesz­cze ślady trądu i ele­phan­tia­sis. Ja­kim zbie­giem oko­licz­no­ści, ja­kim cu­dem, ta trumna ko­bieca zna­la­zła się w tym kró­lew­skim sar­ko­fagu, po­śród tej pa­ła­co­wej pie­czary god­nej naj­zna­ko­mit­szego fa­ra­ona!

- To prze­czy - rzekł dok­tor do lorda Evan­dale'a - wszyst­kim moim wia­do­mo­ściom, wszyst­kim moim teo­riom i obala oparte na egip­skich ob­rząd­kach po­grze­bo­wych sys­temy tak ści­śle prze­strze­gane od ty­sięcy lat! Sto­imy praw­do­po­dob­nie wo­bec ja­kie­goś ciem­nego punktu, ja­kiejś ta­jem­nicy, która za­gi­nęła w biegu dzie­jów. Ko­bieta wstą­piła na tron fa­ra­onów i rzą­dziła Egip­tem. No­siła imię Ta­ho­ser, je­żeli mamy wie­rzyć kar­tu­szom wy­ry­tym na wcze­śniej­szych na­pi­sach; przy­własz­czyła so­bie gro­bo­wiec tak samo, jak tron.

- Nikt le­piej od pana nie zdoła roz­strzy­gnąć tego trud­nego za­gad­nie­nia - od­parł lord Evan­dale. - Za­bierzmy tę skrzy­nię pełną ta­jem­nic do na­szej ło­dzi, gdzie ob­na­żysz, dok­to­rze, z całą swo­bodą ten hi­sto­ryczny do­ku­ment i od­gad­niesz nie­wąt­pli­wie za­gadkę za­wartą w tych kro­gul­cach, tych ska­ra­be­uszach, tych klę­czą­cych po­sta­ciach, tych li­niach zę­ba­tych, tych ure­uszach skrzy­dla­tych, które od­czy­tu­jesz równe bie­gle, jak wielki Cham­pol­lion.

Fel­la­cho­wie pod wo­dzą Ar­gy­ro­pu­losa wzięli na ra­miona ol­brzy­mią skrzy­nię i mu­mia, od­by­wa­jąc prze­jażdżkę po­grze­bową w od­wrot­nym kie­runku niż tę, którą od­była za cza­sów Moj­że­sza w ma­lo­wa­nej i zło­co­nej ło­dzi, po­prze­dzona dłu­gim or­sza­kiem, przy­była nie­ba­wem do ło­dzi za­ko­twi­czo­nej na Nilu i zo­stała umiesz­czona w ka­bi­nie do­syć zbli­żo­nej do ka­biny ło­dzi ża­łob­nej; bo­wiem w kształ­tach za­cho­dzą bar­dzo małe zmiany w Egip­cie.

Ar­gy­ro­pu­los, uło­żyw­szy do­koła skrzyni wszyst­kie przed­mioty przy niej zna­le­zione, sta­nął w drzwiach ka­biny w po­sta­wie wy­cze­ku­ją­cej, a peł­nej sza­cunku. Lord Evan­dale zro­zu­miał i ka­zał mu wy­pła­cić przez swego ka­mer­dy­nera dwa­dzie­ścia pięć ty­sięcy fran­ków.

Otwarta trumna, usta­wiona na drew­nia­nych ko­złach na środku ka­biny, lśniła bla­skiem ta­kim ży­wym, jak gdyby farby na jej ozdo­bach były na­ło­żone po­przed­niego dnia, i osła­niała w prze­bo­ga­tej i wy­twor­nie wy­koń­czo­nej po­włoce mu­mię.

Ni­gdy sta­ro­żytny Egipt z więk­szą sta­ran­no­ścią nie spo­wił do snu wie­czy­stego swo­jego dzie­cię­cia. Cho­ciaż ża­den kształt nie był za­zna­czony w tym gro­bo­wym Her­me­sie za­koń­czo­nym jak po­kro­wiec, z któ­rego wy­do­by­wały się tylko ra­miona i głowa, można było do­my­ślać się pod tą grubą osłoną mło­dego i peł­nego wdzięku ciała. Zło­cona ma­ska, po­dłużne oczy, oko­lone czer­ni­dłem i oży­wione ema­lią, nos o noz­drzach de­li­kat­nie wy­cię­tych, za­okrą­glone po­liczki, usta pełne i uśmiech­nięte nie­opi­sa­nym uśmie­chem sfinksa, pod­bró­dek, za krótki może, ale nie­sły­cha­nie wy­tworny w za­ry­sie, wy­obra­żały naj­czyst­szy typ egip­skiego ide­ału i świad­czyły set­kami cha­rak­te­ry­stycz­nych szcze­gó­li­ków, któ­rych sztuka wy­my­śleć nie zdoła, że to in­dy­wi­du­alne ob­li­cze por­tretu. Mnó­stwo sple­cio­nych bar­dzo ści­śle war­ko­czy­ków, roz­dzie­lo­nych prze­pa­skami, spa­dało ob­fitą masą z obu stron ma­ski. Ło­dyga lo­tosu, za­czy­na­jąc się od karku, zgi­nała się, za­okrą­glała nad głową i otwie­rała kie­lich la­zu­rowy na ma­to­wym zło­cie czoła, do­peł­nia­jąc wraz z ża­łob­nym za­wo­jem fry­zury rów­nie bo­ga­tej jak ele­ganc­kiej.

Sze­roki na­szyj­nik z ema­lio­wa­nych i na­bi­ja­nych zło­tymi nit­kami pły­tek spa­dał w kilku rzę­dach, uka­zu­jąc, niby dwa złote pu­chary, czy­sty i silny za­rys dwóch dzie­wi­czych piersi.

Na ło­nie ptak święty o gło­wie ba­rana, nio­sąc na ro­gach czer­woną tar­czę za­cho­dzą­cego słońca i pod­trzy­my­wany przez dwa strojne w pschent węże, za­ry­so­wał się po­tworną syl­wetką pełną sym­bo­licz­nego zna­cze­nia. Ni­żej, na prze­strze­niach wol­nych od po­przecz­nych pręg i po­ma­lo­wa­nych ży­wymi ko­lo­rami w pa­ski wy­obra­ża­jące ban­daże, kro­gu­lec Phre, uwień­czony dys­kiem, z roz­po­star­tymi skrzy­dłami, z cia­łem po­kry­tym sy­me­trycz­nie pió­rami, z ogo­nem roz­ło­żo­nym jak wa­chlarz, trzy­mał w szpo­nach ta­jem­ni­cze To, go­dło śmier­tel­no­ści.

Bo­go­wie ża­łobni o twa­rzy zie­lo­nej, py­sku małpy i sza­kala ge­stem hie­ra­tycz­nie sztyw­nym trzy­mali bat, kij, berło; oko ozy­ry­sowe roz­wie­rało czer­woną źre­nicę oko­loną an­ty­mo­nem; nie­biań­skie żmije na­dy­mały się, do­koła świę­tych dys­ków po­sta­cie sym­bo­liczne wy­cią­gały ręce ozdo­bione pió­rami, a dwie bo­gi­nie, po­czątku i końca, z wło­sami upu­dro­wa­nymi prosz­kiem nie­bie­skim, z ob­na­żo­nym po­pier­siem, a resztą po­staci ob­ci­śniętą w wą­ską spód­nicę, klę­czały, egip­skim spo­so­bem, na zie­lo­nych i czer­wo­nych po­dusz­kach ozdo­bio­nych wiel­kimi żo­łę­dziami.

Po­dłużny zwi­tek hie­ro­gli­fów, idący od pasa do nóg, za­wie­rał nie­wąt­pli­wie pewne for­muły ry­tu­ału ża­łob­nego albo ra­czej imiona i za­lety zmar­łej, co Rum­phius po­sta­no­wił roz­strzy­gnąć póź­niej.

Wszyst­kie te ma­lo­wi­dła sty­lem ry­sunku, śmia­ło­ścią li­nii, bla­skiem ko­lo­rów wy­ka­zy­wały dla wpraw­nego oka naj­pięk­niej­szy okres sztuki egip­skiej.

Lord i uczony, przyj­rzaw­szy się do syta pierw­szej osło­nie, wy­do­byli mu­mię w po­włoce ze skrzyni i usta­wili ją przy ścia­nie ka­biny.

Oso­bliwy wi­dok przed­sta­wiał ten po­wi­jak w zło­co­nej ma­sce, sto­jący jak zma­te­ria­li­zo­wane i przy­bie­ra­jące fał­szywą po­stawę ży­cia widmo, po dłu­go­let­nim spo­czynku w po­zie po­zio­mej na łożu ba­zal­to­wym w ło­nie góry, roz­dar­tym przez bez­bożną cie­ka­wość. Du­sza nie­boszczki, która li­czyła na spo­kój wieczny i tyle sta­rań do­ło­żyła, by uchro­nić swoją po­włokę ziem­ską od wszel­kiego gwałtu, wzbu­rzyła się nie­za­wod­nie w za­świa­tach, w kręgu swych me­ta­mor­foz i po­dróży tym świę­to­kradz­twem.

Rum­phius, uzbro­jony w dłuto i mło­tek dla roz­łu­pa­nia po­włoki mu­mii, wy­glą­dał jak je­den z owych gro­bo­wych du­chów o ma­sce zwie­rzę­cej, które na ma­lo­wi­dłach w hy­po­ge­ach krążą do­koła zmar­łych, by speł­niać ja­kiś prze­ra­ża­jący i ta­jem­ni­czy ob­rzą­dek; lord Evan­dale, spo­kojny, przy­glą­da­jący się ze sku­pioną uwagą, po­dobny był ze swym czy­stym pro­fi­lem do bo­skiego Ozy­rysa, cze­ka­ją­cego na du­szę, by wy­dać o niej sąd, a je­żeli można po­rów­na­nie po­su­nąć da­lej, jego la­ska przy­po­mi­nała berło, ja­kie trzyma bóg.

Po skoń­czo­nej ope­ra­cji, która za­brała sporo czasu, dok­tor bo­wiem nie chciał uszko­dzić zło­ceń, pu­dło, zło­żone na ziemi, roz­łu­pało się na dwoje i mu­mia uka­zała się w ca­łym bla­sku gro­bo­wej to­a­lety, za­lot­nie przy­stro­jona, jak gdyby za­mie­rzała uwo­dzić du­chy pod­ziem­nego pań­stwa.

Po otwar­ciu pu­dła roz­szedł się po ka­bi­nie de­li­katny i roz­koszny za­pach won­no­ści, oleju ce­dro­wego, proszku san­da­ło­wego, mirry i cy­na­monu - ciała nie­boszczki bo­wiem nie za­nu­rzono w czar­nym bi­tu­mie, jak po­spo­lite trupy, które w nim ka­mie­nieją, lecz cała sztuka bal­sa­mia­rzy, daw­nych miesz­kań­ców Mem­no­nii, wy­si­liła się wi­docz­nie, by za­cho­wać te cenne zwłoki.

Sieć wą­skich ban­da­ży­ków z cien­kiego lnia­nego płótna, pod któ­rymi za­zna­czały się nie­wy­raź­nie rysy twa­rzy, osła­niała głowę; wonna ży­wica, którą ban­da­żyki były prze­po­jone, za­bar­wiła tka­ninę pięk­nym pło­wym od­cie­niem. Po­cząw­szy od piersi, siatka z cien­kich nie­bie­skich, szkla­nych ru­rek, po­dob­nych do dże­tów, słu­żą­cych do ha­fto­wa­nia hisz­pań­skich spód­ni­czek, krzy­żo­wała swoje oczka, umo­co­wane na prze­cię­ciu li­nii po­zła­ca­nymi pa­cior­kami, a wy­dłu­ża­jąc się do ły­dek, two­rzyła śmier­telny ca­łun godny kró­lo­wej; złote po­sążki czte­rech bo­gów z Amenti lśniły umiesz­czone sy­me­trycz­nie na gór­nym brzegu siatki za­koń­czo­nej u dołu or­na­men­tami naj­czyst­szego stylu. Po­mię­dzy po­sta­ciami bo­gów ża­łob­nych wy­dłu­żała się złota płyta, nad którą ska­ra­be­usze z la­pis-la­zuli roz­po­ście­rały dłu­gie, po­zła­cane skrzy­dełka.

Pod głową mu­mii umiesz­czono bo­gate zwier­cia­dło z po­le­ro­wa­nego me­talu, jak gdyby chciano ofia­ro­wać du­szy nie­boszczki moż­li­wość przy­pa­try­wa­nia się pod­czas dłu­giej gro­bo­wej nocy widmu wła­snej pięk­no­ści. Obok zwier­cia­dła szka­tułka z gliny ema­lio­wa­nej wy­twor­nej ro­boty za­wie­rała na­pier­śnik zło­żony z ob­rą­czek z ko­ści sło­nio­wej oraz zło­co­nych pa­cior­ków, z la­pis-la­zuli i krwaw­nika. Wzdłuż zwłok umiesz­czono wą­ską, kwa­dra­tową mied­nicę z drewna san­da­ło­wego, w któ­rej nie­boszczka za ży­cia speł­niała swoje wonne ablu­cje. Trzy wazy ala­ba­strowe, po­dob­nie jak mu­mia przy­twier­dzone do dna trumny, za­wie­rały: dwie pierw­sze wonne olejki, któ­rych za­pach jesz­cze się za­cho­wał, zaś trze­cia - pro­szek an­ty­mo­nowy i ma­leńką szpa­chlę do za­bar­wia­nia brze­gów po­wiek oraz prze­dłu­ża­nia ze­wnętrz­nego ką­cika oka, sto­sow­nie do sta­ro­żyt­nego egip­skiego zwy­czaju, upra­wia­nego jesz­cze w na­szych cza­sach przez ko­biety na Wscho­dzie.

- Wzru­sza­jący zwy­czaj - ode­zwał się dok­tor Rum­phius, roz­en­tu­zja­zmo­wany wi­do­kiem tych skar­bów - tak skła­dać do grobu wraz z młodą ko­bietą cały za­lotny ar­se­nał jej stroju! Bo to na pewno młodą ko­bietę owi­jają te płó­cienne ban­daże, po­żół­kłe od olej­ków i upływu czasu; wo­bec Egip­cjan je­ste­śmy, do­prawdy, bar­ba­rzyń­cami; po­chło­nięci przez bru­talne ży­cie, za­tra­ci­li­śmy sub­telne po­czu­cie śmierci. Ile tkli­wo­ści, ile żalu, ile mi­ło­ści ujaw­nia ta dro­bia­zgowa tro­skli­wość, nie­sły­chana ostroż­ność, ta zby­teczna sta­ran­ność, któ­rej nikt ni­gdy nie miał wi­dzieć, te piesz­czoty skła­dane po­zba­wio­nym czu­cia zwło­kom, ta walka dla wy­rwa­nia znisz­cze­niu ubó­stwia­nego kształtu i zwró­ce­nia go, nie­na­ru­szo­nego, du­szy w dniu osta­tecz­nego po­łą­cze­nia!

- Może - od­parł lord Evan­dale w za­my­śle­niu - na­sza cy­wi­li­za­cja, którą uwa­żamy za naj­wyż­szą, jest tylko głę­boką de­ka­den­cją, nie­ma­jącą już na­wet hi­sto­rycz­nego wspo­mnie­nia ol­brzy­mich za­gi­nio­nych spo­łe­czeństw. Je­ste­śmy głu­pio dumni z kilku po­my­sło­wych me­cha­ni­zmów, świeżo wy­na­le­zio­nych, i nie my­ślimy o nie­sły­cha­nym prze­py­chu, o nie­zisz­czal­nych dla żad­nego na­rodu po­tę­gach sta­ro­żyt­nej ziemi fa­ra­onów. Mamy parę; ale para jest mniej po­tężna niż myśl, która wzno­siła pi­ra­midy, żło­biła hy­po­gea, cio­sała skały w sfinksy, w obe­li­ski, po­kry­wała sale jed­nym gła­zem, któ­rego wszyst­kie na­sze ma­szyny nie zdo­ła­łyby ru­szyć z miej­sca, rzeź­biła ka­plice z mo­no­litu i umiała bro­nić przed ni­co­ścią kru­chą po­włokę ludzką, bo miała ta­kie silne po­czu­cie wdzięcz­no­ści!

- O! Egip­cja­nie - rzekł Rum­phius, uśmie­cha­jąc się - byli ge­nial­nymi ar­chi­tek­tami, zdu­mie­wa­ją­cymi ar­ty­stami, głę­bo­kimi uczo­nymi; ka­płani z Mem­fis i Teb stali wy­żej na­wet od na­szych nie­miec­kich eru­dy­tów, a pod wzglę­dem sym­bo­liki do­rów­ny­wali nie­jed­nemu Creu­ze­rowi; ale my w końcu od­cy­fru­jemy ich księgi czar­no­księ­skie i wy­drzemy im ich ta­jem­nice. Wielki Cham­pol­lion dał nam ich al­fa­bet, my zaś bę­dziemy czy­tali bie­gle ich gra­ni­towe księgi. Tym­cza­sem roz­bierzmy z całą de­li­kat­no­ścią tę młodą pięk­ność, trzy­krot­nie ty­siąc­let­nią.

- Biedna lady! - szep­nął do sie­bie młody lord - oczy pro­fa­nów oglą­dać będą te ta­jem­ni­cze wdzięki, któ­rych nie znała może na­wet mi­łość. O tak, pod czczym po­zo­rem na­uki je­ste­śmy tacy dzicy, jak Per­so­wie Kam­by­zesa i, gdy­bym nie oba­wiał się do­pro­wa­dzić do roz­pa­czy tego za­cnego dok­tora, za­mknął­bym cię z po­wro­tem, nie pod­no­sząc two­jej ostat­niej osłony, w po­trój­nej skrzyni two­ich tru­mien!

Rum­phius wy­jął z po­włoki mu­mię, która nie wa­żyła wię­cej niż ciało dziecka, i za­czął ją roz­wi­jać zręcz­nie i lekko jak matka pra­gnąca prze­wie­trzyć członki swego nie­mow­lę­cia; zdjął naj­pierw osłonę ze zszy­tego płótna, prze­sy­co­nego wi­nem pal­mo­wym, oraz sze­ro­kie ban­daże owi­ja­jące w od­stę­pach kor­pus, po­tem do­tarł do końca ban­daża wą­skiego, który w nie­skoń­czo­nych skrę­tach oka­lał członki mło­dej Egip­cjanki; naj­spraw­niej­szy ta­ry­szeuta z mia­sta umar­łych nie mógłby zręcz­niej na­wi­jać ban­daży.

W miarę jak ro­bota po­stę­po­wała, mu­mia, oswo­bo­dzona z grub­szych warstw, jak po­sąg, który rzeź­biarz ciosa w mar­mu­ro­wym bloku, wy­ła­niała się co­raz smu­klej­sza. Po zu­peł­nym od­wi­nię­ciu ban­daży uka­zał się inny, węż­szy, prze­zna­czony do ści­ślej­szego jesz­cze ści­śnię­cia kształ­tów. Ban­da­żyk ten był z płótna tak cien­kiego, tak równo tkany, że mógłby wy­trzy­mać po­rów­na­nie z ba­ty­stem i mu­śli­nem cza­sów dzi­siej­szych. Uwy­dat­niał do­kład­nie za­rysy, oka­la­jąc palce rąk i nóg, żło­biąc jak ma­ska rysy twa­rzy, już pra­wie wi­doczne przez tę cienką tka­ninę. Wonne oleje, któ­rymi go prze­sy­cono, ukroch­ma­liły go po­nie­kąd tak, że od­wi­ja­jąc się pod do­tknię­ciem pal­ców dok­tora, wy­da­wał lekki su­chy sze­lest jak roz­dzie­rany lub gnie­ciony pa­pier.

Po­zo­stał tylko jesz­cze je­den zwój do zdję­cia, a, choć przy­wy­kły do po­dob­nych ope­ra­cji, dok­tor Rum­phius za­wie­sił na chwilę pracę, bądź przez pewne po­sza­no­wa­nie wsty­dli­wo­ści śmierci, bądź pod wpły­wem uczu­cia po­wstrzy­mu­ją­cego czło­wieka od od­pie­czę­to­wa­nia li­stu, od otwar­cia drzwi, od pod­nie­sie­nia za­słony, co ukrywa ta­jem­nicę, którą łak­nie po­znać, zaś prze­rwę tę po­ło­żył dok­tor na karb zmę­cze­nia; istot­nie, pot spły­wał mu z czoła stru­mie­niem, a on nie my­ślał na­wet ze­trzeć go swoją ka­pi­talną chustką w nie­bie­ską kratę. Zmę­cze­nie jed­nak nie grało tu żad­nej roli.

Wsze­lako umarła uka­zy­wała się pod cienką tka­niną jak pod gazą, a na­wet prze­bły­ski­wały już tu i ów­dzie zło­ce­nia.

Po zdję­ciu ostat­niej za­słony młoda ko­bieta wy­ło­niła się w nie­ska­żo­nej na­go­ści pięk­nych kształ­tów, za­cho­waw­szy, po­mimo tylu mi­nio­nych wie­ków, całą okrą­głość za­ry­sów, całą gięt­kość i wdzięk czy­stych li­nii; jej poza, rzadka u mu­mii, była taka sama jak poza We­nus Me­dy­cej­skiej, jak gdyby bal­sa­mia­rze nie chcieli nada­wać temu prze­cud­nemu ciału smut­nej po­stawy śmierci i pra­gnęli zła­go­dzić mar­twą sztyw­ność trupa. Jedna ręka zmar­łej za­sła­niała na wpół łono dzie­wi­cze, druga za­kry­wała ta­jem­ni­cze wdzięki, jak gdyby wsty­dli­wość jej nie była do­sta­tecz­nie za­bez­pie­czona przez ochronne cie­nie gro­bowca.

Okrzyk po­dziwu wy­biegł jed­no­cze­śnie z ust Rum­phiusa i Evan­dale'a na wi­dok tego cudu.

Za­ry­sów wy­twor­niej­szych nie miał ni­gdy ża­den po­sąg grecki ani rzym­ski; od­rębne ce­chy ide­ału egip­skiego nada­wały tej po­staci, tak cu­dow­nie za­cho­wa­nej, smu­kłość i lek­kość, któ­rej nie po­sia­dają mar­mu­rowe po­sągi sta­ro­żytne. Ma­leń­kie ręce o spi­cza­sto za­koń­czo­nych pal­cach, z pa­znok­ciami lśnią­cymi jak agat, wy­twor­ność wą­skich stóp, cien­kość ki­bici, kształt piersi, nie­wiel­kich, peł­nych jak grona, ła­godny za­rys bio­dra, okrą­głość uda, łydka długa, pięty sub­tel­nie mo­de­lo­wane przy­po­mi­nały po­wiewny wdzięk mu­zy­kan­tek i tan­ce­rek na fre­skach przed­sta­wia­ją­cych bie­siady po­grze­bowe w hy­po­ge­ach te­bań­skich. Była to owa forma wdzięku jesz­cze dzie­cię­cego, a po­sia­da­ją­cego już wszyst­kie uroki ko­biece, które sztuka egip­ska wy­raża z taką tkliwą sło­dy­czą, bądź szyb­kim pędz­lem na ma­lo­wi­dłach ścian gro­bow­ców, bądź cier­pli­wym dłu­tem na opor­nym ba­zal­cie.

Za­zwy­czaj mu­mie, prze­sy­cone bi­tu­mem i sodą, po­dobne są do czar­nych widm cio­sa­nych w he­ba­nie; roz­kład nie może ich do­ści­gnąć, ale brak im po­zo­rów ży­cia. Trupy nie za­mie­niły się w proch, z któ­rego po­wstały, ale ska­mie­niały pod ohydną po­sta­cią, na którą nie można pa­trzeć bez od­razy lub prze­ra­że­nia. W da­nym wy­padku zwłoki, przy­rzą­dzone sta­ran­nie pew­niej­szymi spo­so­bami, bar­dziej prze­wle­kłymi i kosz­tow­niej­szymi, za­cho­wały ela­stycz­ność ciała, ziar­ni­stość na­skórka i ko­lo­ryt nie­mal na­tu­ralny; cera, ja­sno­bru­natna, miała zło­tawy od­cień no­wego brązu flo­renc­kiego, a ten go­rący am­browy ton, który po­dzi­wiamy na ma­lo­wi­dłach Gior­gio­nego i Ty­cjana, przy­dy­mio­nych wer­nik­sem, nie­wiele praw­do­po­dob­nie się róż­nił od cery mło­dej Egip­cjanki za ży­cia.

Głowa wy­da­wała się ra­czej śpiąca niż umarła; spod po­wiek, oko­lo­nych jesz­cze dłu­gimi rzę­sami, mię­dzy kre­skami an­ty­mo­no­wymi ema­lio­wane oczy lśniły wil­got­nym po­ły­skiem ży­cia; zda­wać się mo­gło, że niby z lek­kiego snu, ockną się z uśpie­nia prze­szło trzy­dzie­sto­wie­ko­wego. Nos, cienki i de­li­katny, za­cho­wał swe czy­ste li­nie; naj­lżej­sze znie­kształ­ce­nie nie szpe­ciło po­licz­ków za­okrą­glo­nych jak bok wa­zonu; usta, za­bar­wione bladą czer­wie­nią, za­cho­wały nie­do­strze­galne za­gię­cia, na war­gach, zmy­słowo za­ry­so­wa­nych, igrał uśmiech me­lan­cho­lijny i ta­jem­ni­czy, pe­łen sło­dy­czy, smutku i uroku - ten uśmiech tkliwy i zre­zy­gno­wany, który ta­kim roz­kosz­nym gry­ma­sem osiada na ustach prze­pięk­nych głów na ka­no­pach[10] wy­sta­wio­nych w Luw­rze.

Czoło gład­kie i ni­skie, jak wy­ma­gają prze­pisy sta­ro­żyt­nej pięk­no­ści, oka­lały włosy czarne, barwy kru­czej, sple­cione w mnó­stwo cien­kich war­ko­czy­ków, które spa­dały na ra­miona. Dwa­dzie­ścia szpi­lek zło­tych, wpię­tych w te war­ko­cze jak kwiaty we fry­zurę ba­lową, roz­świe­cały błysz­czą­cymi punk­tami gę­ste czarne włosy, tak ob­fite, że można by przy­pusz­czać, iż są sztuczne. Dwa wiel­kie kol­czyki, za­okrą­glone jak ma­leń­kie dyski, drgały żół­tym bla­skiem przy sma­głych po­licz­kach. Wspa­niały na­szyj­nik, zło­żony z trzech rzę­dów bóstw i amu­le­tów ze złota i dro­gich ka­mieni, ota­czał szyję za­lot­nej mu­mii, a ni­żej, na piersi, spa­dały dwa inne na­szyj­niki, w któ­rych złote ro­zety oraz pa­ciorki z la­pis-la­zuli i krwaw­nika uło­żone były sy­me­trycz­nie na prze­mian z naj­wy­twor­niej­szym sma­kiem.

Pa­sek tego sa­mego mniej wię­cej wzoru ob­ci­skał smu­kłą ki­bić ob­rę­czą ze złota i ko­lo­ro­wych ka­mieni.

Bran­so­letka, z dwóch rzę­dów pa­cior­ków ze złota i z krwaw­nika, oka­lała lewą dłoń w nad­garstku, a na le­wym palcu wska­zu­ją­cym iskrzył się, two­rząc pier­ścio­nek, ma­leńki ska­ra­be­usz z ema­lii na­bi­ja­nej zło­tem, za­wie­szony na zło­tym łań­cuszku kunsz­tow­nej ro­boty.

Ja­kie oso­bliwe uczu­cie! Zna­leźć się wo­bec istoty ludz­kiej, która żyła w epoce, kiedy Hi­sto­ria sta­wiała za­le­d­wie pierw­sze kroki, zbie­ra­jąc ba­śnie tra­dy­cji, wo­bec pięk­no­ści współ­cze­snej Moj­że­szowi, która za­cho­wała jesz­cze prze­dziwne kształty mło­do­ści; do­ty­kać tej ma­leń­kiej, mięk­kiej i prze­sy­co­nej wo­niami rączki, na któ­rej skła­dał może po­ca­łunki je­den z fa­ra­onów; gła­dzić te włosy, trwal­sze od mo­carstw, moc­niej­sze od gra­ni­to­wych po­mni­ków!

Na wi­dok pięk­nej nie­boszczki mło­dym lor­dem owład­nęła owa wsze­teczna żą­dza, jaką bu­dzi czę­sto wi­dok mar­mu­ro­wego po­sągu lub ob­razu wy­obra­ża­ją­cego ko­bietę z mi­nio­nej epoki słynną z urody; zda­wało mu się, że gdyby żył przed trzema z górą ty­sią­cami lat, po­ko­chałby tę pięk­ność, któ­rej ni­cość nie chciała zni­we­czyć, a jego myśl do­tarła może do za­nie­po­ko­jo­nej du­szy, krą­żą­cej do­koła swo­jej zbez­czesz­czo­nej po­włoki cie­le­snej.

Znacz­nie mniej po­etyczny niż młody lord, uczony Rum­phius spo­rzą­dzał in­wen­tarz klej­no­tów, nie zdej­mu­jąc ich wsze­lako, al­bo­wiem Evan­dale pra­gnął, aby nie za­bie­rać mu­mii tej drob­nej i ostat­niej po­cie­chy; po­zba­wić klej­no­tów ko­bietę, na­wet umarłą, to za­bić ją po raz drugi! Na­gle zwój pa­pi­ru­sowy, ukryty mię­dzy ło­nem a ręką mu­mii, ude­rzył wzrok dok­tora.

- Aha! - rzekł - to pew­nie eg­zem­plarz ry­tu­ału po­grze­bo­wego, który umiesz­czono w ostat­niej trum­nie, pi­sany z mniej­szą lub więk­szą sta­ran­no­ścią, sto­sow­nie do bo­gac­twa i zna­cze­nia osoby zmar­łej.

I z nie­sły­chaną ostroż­no­ścią za­czął roz­wi­jać kru­chy zwi­tek. Skoro jed­nak uka­zały się pierw­sze wier­sze, na twa­rzy Rum­phiusa od­ma­lo­wało się zdzi­wie­nie; nie po­zna­wał zwy­kłych fi­gur i zna­ków ry­tu­ału: da­rem­nie szu­kał w miej­scu uświę­co­nym wi­niet wy­obra­ża­ją­cych po­grzeb i or­szak ża­łobny na czele tego pa­pi­rusu; nie zna­lazł też ani li­ta­nii stu imion Ozy­rysa, ani prze­pustki du­szy, ani su­pliki do bo­gów z Amenti.

Ry­sunki od­ręb­nego cha­rak­teru za­wie­rały sceny zu­peł­nie od­mienne, ma­jące zwią­zek z ży­ciem ludz­kim, nie zaś z po­dróżą du­cha w za­światy. Roz­działy lub aka­pity wy­ka­zy­wane były zna­kami na­kre­ślo­nymi czer­woną farbą, wi­docz­nie dla od­róż­nie­nia ich od reszty tek­stu, na­pi­sa­nego farbą czarną, i zwró­ce­nia uwagi czy­tel­nika na zaj­mu­jące miej­sca. Na­pis umiesz­czony na czele za­wie­rał, jak się zda­wało, ty­tuł pracy i na­zwi­sko kro­ni­ka­rza, który ją sko­pio­wał lub na­pi­sał; przy­naj­mniej zda­wało się dok­to­rowi, że to wła­śnie od­cy­fro­wał na pierw­szy rzut oka.

- Sta­now­czo, mi­lor­dzie, okra­dli­śmy mo­ści Ar­gy­ro­pu­losa - rzekł Rum­phius do Evan­dale'a, zwra­ca­jąc mu uwagę na wszyst­kie róż­nice mię­dzy zna­le­zio­nym pa­pi­ru­sem a zwy­kłymi ry­tu­ałami. - Pierw­szy raz zna­le­ziony zo­stał egip­ski rę­ko­pis za­wie­ra­jący co in­nego niż for­muły hie­ra­tyczne! O, od­cy­fruję go, choć­bym miał nad nim stra­cić oczy, choćby moja broda, nie­strzy­żona, miała trzy­krot­nie okrą­żyć moje biurko! Tak, wy­drę ci twoją ta­jem­nicę nie­do­stępny Egip­cie; tak, po­znam twoje dzieje, piękna nie­boszczko, bo za­wiera je na pewno ten pa­pi­rus przy­tu­lony do twego serca twoim cud­nym ra­mie­niem! I okryję się sławą, i do­rów­nam Cham­pol­lio­nowi, i przy­pra­wię Lep­siusa o śmierć z za­zdro­ści!

Dok­tor i lord po­wró­cili do Eu­ropy. Mu­mia, osło­nięta na nowo wszyst­kimi ban­da­żami i za­mknięta po­now­nie w trzech trum­nach, prze­bywa w parku lorda Evan­dale'a w Lin­coln­shire, zło­żona w ba­zal­to­wym sar­ko­fagu, który lord ka­zał spro­wa­dzić z wiel­kim kosz­tem z Bi­ban-el-Mo­luku, i - nie po­da­ro­wał jej Mu­zeum Bry­tyj­skiemu. Nie­kiedy lord, oparty na sar­ko­fagu, wpa­dał w głę­boką za­dumę i wzdy­chał...

* * *

Po trzech la­tach za­wzię­tej pracy Rum­phius zdo­łał od­cy­fro­wać ta­jem­ni­czy pa­pi­rus, z wy­jąt­kiem kilku ry­sun­ków za­ma­za­nych lub za­wie­ra­ją­cych znaki nie­znane, i jego ła­ciń­ski prze­kład, prze­tłu­ma­czony przez nas na ję­zyk fran­cu­ski skła­damy czy­tel­ni­kom pod ty­tu­łem: Ro­mans mu­mii.

I

Oph (na­zwa egip­ska mia­sta, które w sta­ro­żyt­no­ści na­zy­wano stu­bram­nymi Te­bami lub Dio­spo­lis Ma­gna), le­żało jakby w uśpie­niu wśród po­że­ra­ją­cego skwaru oło­wia­nego słońca. Było po­łu­dnie; z bla­dego nieba pa­dał biały blask na zie­mię omdle­wa­jącą od żaru; słońce, roz­iskrzone od­bla­skami, lśniło jak po­le­ro­wany me­tal, a cień za­zna­czał u stóp bu­dowli tylko cienką nie­bie­ską li­nię po­dobną do atra­men­to­wej kre­ski, na­kre­ślo­nej przez ar­chi­tekta na pa­pi­ru­so­wym pla­nie; domy, o mu­rach z lekka sko­śnych, roz­pa­lone były jak ce­gły w piecu; drzwi były po­za­my­kane, w oknach, za­sło­nię­tych trzci­no­wymi sto­rami, ni­g­dzie nie uka­zy­wała się ludzka głowa.

Na końcu opu­sto­sza­łych ulic i po­nad ta­ra­sami od­ci­nały się na tle zie­ją­cego ża­rem prze­zro­czy­stego po­wie­trza: wierz­cho­łek obe­li­sków, szczyt py­lo­nów, ta­bu­la­tura pa­ła­ców i świą­tyń, któ­rych ka­pi­tele, z twa­rzy ludz­kich lub kwia­tów lo­tosu, wy­ła­niały się w po­ło­wie, prze­ci­na­jąc li­nie po­ziomu da­chu, i wzno­siły się niby skały po­śród mo­rza bu­dyn­ków.

Tu i ów­dzie strze­lał po­nad mur ogrodu po­kryty łu­skami pień palmy za­koń­czony wa­chla­rzem li­ści, z któ­rych nie po­ru­szał się ani je­den, gdyż naj­lżej­szy po­wiew nie mą­cił po­wie­trza; aka­cje, mi­mozy i fi­gowce fa­ra­ona po­chy­lały się ka­skadą li­sto­wia, rzu­ca­jąc wą­ski nie­bie­ski cień na olśnie­wa­jący blask ziemi; te zie­lone plamy oży­wiały i orzeź­wiały uro­czy­stą pustkę ob­razu, który bez nich przed­sta­wiałby wi­dok mia­sta umar­łych.

Tylko kilku nie­wol­ni­ków z rasy Na­hasi, o ce­rze czar­nej, o twa­rzy mał­piej i ru­chach zwie­rzę­cych, sta­wia­jąc czoło ża­rowi dnia, nio­sło dla swo­ich pa­nów w na­czy­niach za­wie­szo­nych na kiju opar­tym na ra­mio­nach wodę czer­paną z Nilu; cho­ciaż za cały strój mieli majtki w pasy, umo­co­wane na bio­drach, nie­mniej ich tu­łów, lśniący i gładki jak ba­zalt, ocie­kał po­tem i dą­żyli spiesz­nie, nie chcąc gru­bej po­de­szwy swo­ich stóp po­pa­rzyć na ka­mien­nych pły­tach go­rą­cych jak po­sadzka w łaźni.

Majt­ko­wie spali na czół­nach, umo­co­wa­nych przy bul­warku z ce­gieł, pewni, że nikt ich nie zbu­dzi, by prze­pły­nąć na prze­ciw­le­gły brzeg do dziel­nicy Mem­no­nii. Wy­soko pod nie­bie­skim stro­pem krą­żyły sępy, a wśród ogól­nej ci­szy od­zy­wał się ich ostry pisk, który w in­nej po­rze dnia uto­nąłby we wrza­wie mia­sta. Na gzym­sach po­mni­ków dwa czy trzy ibisy, z jedną nogą wtu­loną pod brzuch, z dzio­bem wsu­nię­tym w pod­gar­dle, stały jakby po­grą­żone w głę­bo­kiej za­du­mie i za­ry­so­wy­wały się smu­kłą syl­wetką na tle roz­ża­rzo­nego błę­kitu.

Wsze­lako nie wszystko spało w Te­bach; spoza mu­rów wiel­kiego pa­łacu, któ­rego ta­bu­la­tura ozdo­biona pal­met­kami za­ry­so­wy­wała się długą pro­stą li­nią, do­bie­gał słaby szmer mu­zyki; fale har­mo­nii dźwię­czały od czasu do czasu w prze­zro­czy­stej, ro­ze­dr­ga­nej at­mos­fe­rze, gdzie oko mo­gło nie­mal śle­dzić ruch dźwię­ków. Mu­zyka, przy­tłu­miona gru­bo­ścią mu­rów jak sur­dyną, miała oso­bliwą sło­dycz; w tej pie­śni drgała smutna roz­kosz, nie­moc wy­czer­pa­nia, wy­ra­ża­jąca znu­że­nie ciała i odrę­twie­nie na­mięt­nych pra­gnień; można też było od­gad­nąć w niej prze­syt świe­tla­nym wie­czy­stym la­zu­rem, nie­wy­po­wie­dziane przy­gnę­bie­nie go­rą­cych kra­jów.

Idąc wzdłuż tego muru, nie­wol­nik za­po­mi­nał o bi­czu pana, prze­ry­wał po­chód i za­trzy­my­wał się, by wy­tę­żo­nym uchem wchła­niać tę pieśń prze­po­joną wszyst­kimi taj­nymi no­stal­giami du­szy, zwra­ca­jącą jego myśl ku utra­co­nej oj­czyź­nie, prze­rwa­nej mi­ło­ści i nie­po­ko­na­nym prze­szko­dom sta­wia­nym przez los.

Skąd szła ta pieśń, to wes­tchnie­nie ula­tu­jące przy­tłu­mio­nym szme­rem w ci­szę mia­sta? Co za nie­spo­kojna du­sza czu­wała, gdy wszystko do­koła niej spało?

Fa­sada pa­łacu, zwró­cona w stronę do­syć ob­szer­nego placu, miała pro­stotę li­nii i pod­stawę mo­nu­men­talną, sta­no­wiące typ cha­rak­te­ry­styczny egip­skiej ar­chi­tek­tury świec­kiej i re­li­gij­nej. Pa­łac ten mógł być tylko sie­dzibą ksią­żęcą albo ka­płań­ską; wska­zy­wał na to do­bór ma­te­ria­łów, sta­ranne wy­ko­na­nie bu­dowli i bo­gac­two or­na­men­tyki.

W środku fa­sady wzno­sił się wielki pa­wi­lon z dwoma skrzy­dłami bocz­nymi, za­koń­czony pła­skim da­chem w kształ­cie trój­kąta. Sze­ro­kie wy­żło­bie­nie o pro­filu wy­sta­ją­cym koń­czyło mur, gdzie nie wid­niał ża­den inny otwór prócz drzwi nie umiesz­czo­nych sy­me­trycz­nie na środku, lecz w rogu pa­wi­lonu, praw­do­po­dob­nie w celu za­pew­nie­nia zu­peł­nej swo­body układu stopni scho­dów we­wnętrz­nych. Gzyms, w tym sa­mym stylu co ta­bu­la­tura, zdo­bił u góry te je­dyne drzwi.

Pa­wi­lon wy­sta­wał poza mur, do któ­rego przy­le­gały jak bal­kony dwu­pię­trowe ga­le­rie niby otwarte por­tyki utwo­rzone z ko­lumn, oso­bliwe, fan­ta­stycz­nej ar­chi­tek­tury; pod­stawy tych ko­lumn wy­obra­żały ol­brzy­mie pąki lo­tosu, z któ­rych to­rebki, pę­ka­ją­cej w zę­bate płatki, wy­try­ski­wał jak ol­brzymi słu­pek na­pęcz­niały trzo­nek dolny, zwę­żony w gó­rze, ści­śnięty pod ka­pi­te­lem przez otoczkę z wy­żło­bień i koń­czący się roz­wi­nię­tym kwia­tem.

Mię­dzy wiel­kimi otwo­rami ko­lum­nady wi­dać było małe okienka ozdo­bione ko­lo­ro­wymi szy­bami. Po­wy­żej wzno­sił się ta­ra­sami dach wy­ło­żony wiel­kimi pły­tami ka­mien­nymi.

W tych ga­le­riach ze­wnętrz­nych prze­ciąg po­wie­trza chło­dził wodę z Nilu w wiel­kich wa­zach gli­nia­nych, na­tar­tych we­wnątrz gorz­kimi mig­da­łami, za­tka­nych li­śćmi i usta­wio­nych na drew­nia­nych trój­no­gach. Na ge­ry­do­nach spo­czy­wały pi­ra­midy owo­ców, wią­zanki kwia­tów i róż­nych kształ­tów pu­chary do pi­cia: Egip­cja­nie bo­wiem lu­bią jeść na świe­żym po­wie­trzu i bie­sia­dują nie­jako na dro­dze pu­blicz­nej.

Z każ­dej strony tej fa­sady cią­gnęły się par­te­rowe bu­dynki, utwo­rzone z sze­regu ko­lumn po­łą­czo­nych w po­ło­wie swej wy­so­ko­ści mu­rem i prze­dzie­lo­nych ścia­nami, tak że two­rzyły do­koła domu miej­sce prze­chadzki osło­nięte od słońca i od na­tręt­nych spoj­rzeń. Cała ta ar­chi­tek­tura, roz­ja­śniona or­na­men­ta­cyj­nymi ma­lo­wi­dłami (al­bo­wiem ka­pi­tele, pod­stawy, gzymsy i ściany były ko­lo­ro­wane), ro­biła wra­że­nie we­sołe i wspa­niałe. Drzwi pro­wa­dziły na ob­szerny dzie­dzi­niec oto­czony kwa­dra­to­wym por­ty­kiem pod­trzy­ma­nym przez słupy, któ­rych ka­pi­tele wy­obra­żały cztery głowy ko­biece o kro­wich uszach, po­dłuż­nych, wą­skich oczach, o no­sie z lekka spłasz­czo­nym i ustach sze­roko ro­ze­śmia­nych.

Pod tym por­ty­kiem znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące do apar­ta­men­tów, gdzie prze­do­sta­wało się świa­tło zła­go­dzone cie­niem ga­le­rii.

Na środku dzie­dzińca mi­go­tała w słońcu woda sa­dzawki ob­ję­tej brze­giem z gra­nitu; na jej po­wierzchni roz­po­ście­rały się sze­ro­kie, wy­kro­jone w serce li­ście lo­tosu, któ­rych kwiaty, ró­żowe albo nie­bie­skie, były na wpół za­mknięte, jakby omdlałe z żaru, po­mimo że za­nu­rzały się w wo­dzie.

Po­śród oka­la­ją­cych ba­sen ra­bat na ma­leń­kich wzgór­kach ro­sły uło­żone w wa­chlarz kwiaty, a wą­skimi ścież­kami, które się wiły mię­dzy nimi, prze­cha­dzały się ostroż­nie dwa oswo­jone bo­ciany, kle­ko­cąc od czasu do czasu dłu­gimi dzio­bami i bi­jąc skrzy­dłami, jak gdyby chciały od­fru­nąć.

Na ro­gach dzie­dzińca wzno­siły się skrę­cone pnie czte­rech wiel­kich per­seów[11], ja­śniała me­ta­liczną zie­le­nią nie­sły­cha­nie ob­fita masa ich li­ści.

W głębi ro­dzaj py­lonu prze­ry­wał por­tyk, a na końcu dłu­giej al­tany z win­nego szczepu wi­dać było letni kiosk bu­dowy rów­nie bo­ga­tej, jak wy­twor­nej.

W prze­gro­dach, za­zna­czo­nych na prawo i na lewo od al­tany przez cięte w sto­żek kar­ło­wate drzewa, mie­niły się róż­no­rodną zie­le­nią sy­ko­mory, ta­ma­ryszki, gra­naty, mi­mozy, aka­cje, a ich kwiaty błysz­czały jak ko­lo­rowe gwiazdy na tle li­sto­wia prze­ra­sta­ją­cego mur.

Mu­zyka, ci­cha i ła­godna, o któ­rej wspo­mi­na­li­śmy, wy­bie­gała z jed­nej z kom­nat, któ­rej drzwi otwie­rały się pod we­wnętrz­nym por­ty­kiem.

Cho­ciaż słońce pa­dało peł­nym bla­skiem na dzie­dzi­niec roz­iskrzony od tej fali ostrego świa­tła, to błę­kitny i orzeź­wia­jący cień za­le­wał kom­natę, gdzie oko ośle­pione go­rą­cymi bla­skami szu­kało zrazu kształ­tów i roz­róż­niało je do­piero, gdy przy­wy­kło do tego przy­ćmio­nego świa­tła.

Blady cień lila za­bar­wiał ściany kom­naty, którą wień­czył do­koła fryz ma­lo­wany bar­wami ja­skra­wymi i ukwie­cony zło­tymi pal­mami. Po­działy ar­chi­tek­to­niczne, szczę­śli­wie roz­pla­no­wane, two­rzyły kwa­draty za­peł­nione ry­sun­kami, or­na­men­tami, wią­zan­kami kwia­tów, pta­kami i sce­nami z ży­cia do­mo­wego.

W głębi, przy mu­rze, ry­so­wało się łoże dzi­wacz­nego kształtu, wy­obra­ża­jące wołu przy­stro­jo­nego w stru­sie pióra i dysk mię­dzy ro­gami; wół ten ob­ni­żał grzbiet na przy­ję­cie spo­czy­wa­ją­cego lub spo­czy­wa­ją­cej na wą­skim czer­wo­nym ma­te­racu i zgi­nał się w ka­błąk ku ziemi, prze­cho­dząc w czarne nogi za­koń­czone zie­lo­nymi ko­py­tami i pod­no­sząc ogon roz­dzie­lony na dwa ko­smyki. Ten czwo­ro­nóg - łoże, to zwie­rzę - me­bel, wy­da­wa­łoby się oso­bliwe w każ­dym in­nym kraju, ale nie w Egip­cie, gdzie po­my­sło­wość rze­mieśl­nika na­daje łóż­kom kształt za­równo lwa, jak i sza­kala. Do łoża tego wcho­dziło się po sto­ją­cym przed nim stołku o czte­rech stop­niach; u wez­gło­wia wid­niała, wy­żło­biona w pół­księ­życ, pod­stawa ze wschod­niego ala­ba­stru, prze­zna­czona do opar­cia szyi bez na­ru­sze­nia fry­zury.

Na środku kom­naty stół z cen­nego drewna wy­twor­nej ro­boty zło­żył swój krąg na wy­drą­żo­nym co­kole. Za­sta­wiony był roz­ma­itymi przed­mio­tami: wa­zon z kwia­tami lo­tosu, zwier­cia­dło z po­le­ro­wa­nego brązu na pod­sta­wie z ko­ści sło­nio­wej, dzba­nek z agatu, pe­łen proszku an­ty­mo­no­wego, mi­seczka z sy­ko­mory do per­fum, wy­obra­ża­jąca po­stać mło­dej dziew­czyny ob­na­żo­nej do bio­der, w po­zie pły­wa­ją­cej, jak gdyby chciała utrzy­mać swoją czarkę nad po­wierzch­nią wody.

Przy stole, na fo­telu z po­zła­ca­nego drewna, pod­ma­lo­wa­nego czer­woną farbą, o no­gach nie­bie­skich, o po­rę­czach wy­obra­ża­ją­cych lwy, po­kry­tym dużą po­duszką pur­pu­rową w złote gwiazdy i czarne kwa­draty, któ­rej ko­niec spa­dał jak zwi­tek po­przez po­ręcz, młoda ko­bieta, a ra­czej młoda dziew­czyna, prze­dziw­nej urody, sie­działa w po­zie nie­dba­łej, peł­nej wdzięku i za­dumy.

Jej rysy, ide­al­nej sub­tel­no­ści, skła­dały się na naj­czyst­szy typ egip­ski, a rzeź­bia­rze nie­za­wod­nie czę­sto my­śleli o niej przy cio­sa­niu wi­ze­run­ków Izydy i Ha­thory, na­ra­ża­jąc się na prze­kro­cze­nie su­ro­wych praw hie­ra­tycz­nych; od­bla­ski złote i ró­żowe za­bar­wiały jej go­rącą bla­dość, na któ­rej za­ry­so­wy­wały się oczy czarne, po­dłużne, po­więk­szone kre­ską an­ty­monu i omdle­wa­jące w nie­wy­po­wie­dzia­nym smutku. Wiel­kie ciemne oko, o brwiach ostro za­zna­czo­nych, o ma­lo­wa­nych po­wie­kach, nada­wało oso­bliwy wy­raz twa­rzyczce drob­nej, pra­wie dzie­cię­cej; usta roz­chy­lone, ubar­wione jak kwiat gra­natu, uka­zy­wały mię­dzy war­gami, może nieco zbyt peł­nymi, wil­gotny błysk nie­bie­ska­wej per­ło­wej kon­chy; osiadł na nich ów mi­mo­wolny i pra­wie bo­le­sny uśmiech, który na­daje taki miły urok twa­rzom egip­skim; nos, z lekka spłasz­czony u na­sady, w miej­scu, gdzie brwi łą­czyły się ak­sa­mit­nym cie­niem, wzno­sił się li­nią tak czy­stą, noz­drza miał tak de­li­kat­nie za­ry­so­wane, że za­do­wo­li­łaby się nim każda ko­bieta lub każda bo­gini, po­mimo pro­filu nie­znacz­nie afry­kań­skiego; pod­bró­dek za­zna­czał się wy­gię­ciem nie­sły­cha­nie wy­twor­nym i, wy­gła­dzony, lśnił jak kość sło­niowa; po­liczki nieco bar­dziej roz­wi­nięte niż u pięk­nych ko­biet z in­nych na­ro­dów nada­wały ob­li­czu wy­raz sło­dy­czy i wdzięku pe­łen nie­sły­cha­nego uroku.

To piękne dziew­czę miało na gło­wie jakby kask utwo­rzony z per­liczki; jej skrzy­dła, na wpół roz­wi­nięte, spa­dały na skro­nie, ładna wy­dłu­żona główka wy­su­wała się na śro­dek czoła, ogon zaś, na­kra­piany bia­łymi punk­ci­kami, opa­dał na kark jak wa­chlarz. Zręczna kom­bi­na­cja ema­lii na­śla­do­wała do złu­dze­nia oczko­wate upie­rze­nie ptaka; dłu­gie stru­sie pióra, we­tknięte w kask jak egreta, do­peł­niały tego stroju głowy prze­zna­czo­nego dla mło­dych dzie­wic, po­dob­nie jak sę­powi, sym­bo­lowi ma­cie­rzyń­stwa, wolno zdo­bić je­dy­nie głowy mę­ża­tek.

Włosy mło­dego dziew­czę­cia, czarne i lśniące, sple­cione w cien­kie war­ko­czyki, spa­dały z obu stron okrą­głych i gład­kich po­licz­ków aż na ra­miona; w ich cie­niu, jak słońce w chmu­rze, błysz­czały wiel­kie złote dyski jako kol­czyki; od tej fry­zury szły dwa dłu­gie pasy ma­te­rii za­koń­czone frędz­lami i spa­dały ma­low­ni­czo na plecy. Sze­roki na­pier­śnik, zło­żony z kilku rzę­dów ema­lii, zło­tych i krwaw­ni­ko­wych pa­cior­ków, ze zło­tych ry­bek i jasz­czu­rek, po­kry­wał całe łono, które prze­glą­dało, białe i ró­żowe, po­przez prze­zro­czy­stą tu­nikę.

Szatę w duże kwa­draty prze­wią­zy­wał pod pier­siami pa­sek z dłu­gimi koń­cami, w dole zaś zdo­bił ją sze­roki szlak po­przeczny w pasy za­koń­czony frędz­lami. Po­trójne bran­so­lety z la­pis-la­zuli, po­szcze­piane w od­stę­pach rzę­dem zło­tych pa­cior­ków, obej­mo­wały dłoń w ko­stce cien­kiej i de­li­kat­nej jak u dziecka; śliczne stopy o pal­cach gięt­kich i dłu­gich, osło­nięte pa­tyn­kami z bia­łej skóry wy­ci­ska­nej w złoty de­seń, spo­czy­wały na ta­bo­re­cie ce­dro­wym in­kru­sto­wa­nym ema­lią złotą i czer­woną.

Obok Ta­ho­ser - ta­kie było imię mło­dej Egip­cjanki - klę­czała har­fiarka w po­zie, jaką ma­la­rze z upodo­ba­niem od­twa­rzają na ścia­nach w hy­po­ge­ach: jedną nogę pod­wi­nęła pod udo, a drugą two­rzyła kąt roz­warty; harfa zaś oparta była na ni­skiej pod­stawce prze­zna­czo­nej praw­do­po­dob­nie do wzmoc­nie­nia re­zo­nansu in­stru­mentu. Chu­sta z ma­te­rii w ko­lo­rowe pręgi, za­koń­czona od­rzu­co­nymi w tył we­lo­nami, ukry­wała jej włosy i, niby ramą, obej­mo­wała twa­rzyczkę uśmiech­niętą i ta­jem­ni­czą jak ob­li­cze sfinksa. Wą­ska szata, a ra­czej po­chwa z prze­zro­czy­stej gazy, za­zna­czała mło­do­ciane za­rysy wy­twor­nej i wą­tłej po­staci, z tej szaty zaś, od­cię­tej pod pier­siami, wy­ła­niały się dzie­wi­czej na­go­ści ra­miona, łono i ręce.

Gdyby nie pod­pora przy­twier­dzona do pod­stawki, cały cię­żar harfy spo­cząłby na ra­mie­niu mło­dej ko­biety. Harfa za­koń­czona była w gó­rze kon­chą ozdo­bioną ko­lo­ro­wymi ma­lo­wi­dłami, nad którą wzno­siła się rzeź­biona głowa Ha­thory, strojna w stru­sie pióro; struny, w licz­bie dzie­wię­ciu, na­cią­gnięte prze­kąt­nie, drgały pod dłu­gimi, szczu­płymi pal­cami har­fiarki, która czę­sto, chcąc do­się­gnąć to­nów ni­skich, po­chy­lała się wdzięcz­nym ru­chem, jak gdyby pra­gnęła spły­nąć po dźwięcz­nych fa­lach mu­zyki i to­wa­rzy­szyć od­da­la­ją­cej się har­mo­nii.

Za har­fiarką stała inna mu­zy­kantka, o któ­rej można by było mnie­mać, że jest zu­peł­nie naga, gdyby lekka biała mgła nie ła­go­dziła brą­zo­wej barwy jej ciała; grała na man­do­rze o rączce nad­mier­nie dłu­giej, o trzech stru­nach, za­lot­nie przy­bra­nych na końcu ko­lo­ro­wymi chwo­ści­kami. Jej jedna ręka, wą­ska, ale nie­mniej okrą­gła, wy­cią­gała się w po­zie rzeź­biar­skiej do końca rączki, druga pod­trzy­my­wała in­stru­ment i ude­rzała w struny.

Trze­cia młoda ko­bieta, któ­rej nie­sły­cha­nie ob­fite włosy spra­wiały, że wy­da­wała się szczu­plej­sza, niż była w isto­cie, wy­bi­jała takt na tym­pa­no­nie utwo­rzo­nym z drew­nia­nej ramy, z lekka wklę­słej i ob­cią­gnię­tej oślą skórą.

Har­fiarka śpie­wała uni­sono z akom­pa­nia­men­tem ża­ło­sną me­lo­peę nie­wy­po­wie­dzia­nej sło­dy­czy i bez­brzeż­nie smutną. Słowa wy­obra­żały nie­okre­ślone pra­gnie­nia, ukryte żale, hymn mi­ło­ści do nie­zna­jo­mego, nie­śmiałe skargi na su­ro­wych bo­gów i okru­cień­stwo losu.

Ta­ho­ser oparła ło­kieć na jed­nym z lwów swo­jego fo­tela, dłoń na po­liczku, a pa­lec pod­gięty na skroni i z roz­tar­gnie­niem, ra­czej po­zor­nym niż istot­nym, słu­chała śpiewu har­fiarki; nie­kiedy wes­tchnie­nie ula­ty­wało z jej piersi i pod­no­siło klej­noty na­pier­śnika; nie­kiedy wil­gotny blask, spo­wo­do­wany wzbie­ra­jącą łzą, za­mi­go­tał w jej oku mię­dzy an­ty­mo­no­wymi kre­skami, a drobne ząbki przy­gry­zały dolną wargę, jak gdyby młoda dzie­wica bun­to­wała się prze­ciw ogar­nia­ją­cemu ją wzru­sze­niu.

- Satu - rze­kła, klasz­cząc de­li­kat­nymi rącz­kami, by na­ka­zać mil­cze­nie har­fiarce, która nie­zwłocz­nie stłu­miła dło­nią drga­nie strun - twój śpiew mnie drażni, słu­cha­jąc go, omdle­wam, przy­pra­wiłby mnie nie­ba­wem o za­wrót głowy, jak zbyt silne wo­nie. Struny twej harfy wy­dają mi się skrę­cone z fi­brów mego serca, a ich dźwięk od­bija się bo­le­śnie w mo­jej piersi; wsty­dzę się nie­mal z two­jej winy, bo to moje serce pła­cze po­przez twoją mu­zykę; a któż mógł ci zdra­dzić jego ta­jem­nicę?

- O pani - od­parła har­fiarka - po­eta i mu­zyk wie­dzą wszystko, bo­go­wie od­sła­niają im rze­czy ukryte; wy­ra­żają w ich ryt­mach to, co za­le­d­wie po­cznie się w my­śli i co ję­zyk beł­koce nie­zro­zu­miale. Ale, je­żeli mój śpiew cię za­smuca, mogę wy­wo­łać my­śli we­sel­sze w twej du­szy.

I Satu ude­rzyła z ra­do­sną ener­gią w struny harfy, które za­dźwię­czały ży­wym ryt­mem; tym­pa­non zaś wy­bi­jał takt przy­śpie­szo­nymi ude­rze­niami; po tym pre­lu­dium za­in­to­no­wała pieśń sła­wiącą uroki wina, upo­je­nie woni i szał tańca.

Nie­które z ko­biet sie­dzą­cych na stoł­kach o szy­jach nie­bie­skich ła­bę­dzi, któ­rych żółty dziób gryzł nogi stołka, albo klę­czą­cych na po­dusz­kach szkar­łat­nych, pod wpły­wem mu­zyki Satu przy­brały pozy omdle­wa­jące i roz­pacz­liwe; te­raz na­gle drgnęły, roz­dęły noz­drza, wchło­nęły cza­ro­dziej­ski rytm, po­wstały i, po­słuszne nie­po­ko­na­nemu po­pę­dowi, za­częły tań­czyć.

Strój głowy w kształ­cie ka­sku wy­kro­jo­nego nad uchem obej­mo­wał ich włosy, tu i ów­dzie jed­nak wy­my­kały się spod ka­sku ko­smyki i bi­czo­wały sma­głe po­liczki, które w za­pale tańca nie­ba­wem za­bar­wiły się ru­mień­cem. Duże, złote kółka od­bi­jały się o ich szyje, a po­przez długą ga­zową ko­szulę ha­fto­waną w gó­rze per­łami wi­dać było ich po­sta­cie ko­loru żół­tego, po­zła­ca­nego brązu po­ru­sza­jące się ze zwin­no­ścią jasz­czurki; skrę­cały się, wy­gi­nały, ru­szały bio­drami, ob­ci­śnię­tymi wą­ską prze­pa­ską, prze­chy­lały się w tył, przy­bie­rały pozy schy­lone, prze­krę­cały głowę w prawo i w lewo, jak gdyby w mu­ska­niu wy­gła­dzo­nym po­licz­kiem zim­nego i na­giego ra­mie­nia znaj­do­wały ukrytą roz­kosz; klę­czały i pod­no­siły się, przy­ci­skały dło­nie do piersi lub też roz­kła­dały lu­bież­nie ręce, niby bi­jąc skrzy­dłami, jak ręce Izydy i Ne­ftis, po­włó­czyły no­gami, zgi­nały łydki, ury­wa­nymi ru­chami prze­su­wały zwinne stopy w takt fa­lo­wa­nia mu­zyki.

Słu­żebne sta­nęły przy ścia­nie, by po­zo­sta­wić wolne miej­sce ewo­lu­cjom tan­ce­rek, i za­zna­czały rytm, trza­ska­jąc pal­cami lub klasz­cząc w dło­nie. Jedne, zu­peł­nie na­gie, miały za całą ozdobę bran­so­letkę z ema­lio­wa­nej gliny; inne, odziane w wą­ską chu­stę przy­trzy­maną szel­kami, przy­stro­iły włosy w uwite kwiaty. Było to oso­bliwe i pełne wdzięku. Pączki i kwiaty, chwie­jąc się ła­god­nie, roz­no­siły swoją woń po sali, a uwień­czone nimi młode ko­biety by­łyby go­towe na­tchnąć po­etów szczę­śli­wymi po­my­słami po­rów­nań.

Ale Satu przy­pi­sy­wała nad­mierną po­tęgę swo­jej sztuce. We­soły rytm wzmógł jesz­cze smu­tek Ta­ho­ser. Łza spły­wała po jej pięk­nym po­liczku jak kro­pla wody Nilu po płatku ne­nu­fara; ukry­wa­jąc głowę na piersi ulu­bio­nej słu­żeb­nej, która stała oparta o fo­tel swo­jej pani, szep­nęła, łka­jąc z ję­kiem du­szo­nej sy­no­gar­licy:

- Och! Moja biedna No­fre, je­stem bar­dzo smutna i bar­dzo nie­szczę­śliwa!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki