II.
Martę owionął niemiły wilgotny chłód mglistego wieczoru. Przykre uczucie zimna przenikało ją do szpiku kości. Biegła szybko, wymijając przechodniów, nie widząc nic, prócz białego blasku latarń elektrycznych, migocących mdło wśród gęstej mgły.
Jeść się jej chciało, a do domu było daleko. Wczoraj oddała matce ostatnie pieniądze, nie miała nawet na tramwaj.
Szła szybko, ale droga zdawała się nie mieć końca.
Nie nęciły jej dziś wystawy sklepów, przed którymi kiedyindziej wystawała po kilka minut, obliczając ich wartość, pożytek, zestawiając z nich do najmniejszych szczegółów zaciszny i miły jakiś kącik. Jedynie w ten sposób mogła sobie wyrobić jakieś słabe wyobrażenie o zbytku i wygodach, bez których inni ludzie obejść się nie mogą. Jej życiowe potrzeby zadawalniały się zupełnie starymi wynalazkami i sposobami; maszyna do szycia była w jej domu najbardziej nowoczesnym wynalazkiem. Ludzie mówili o balonach i aeroplanach, podczas gdy ona - nie przyznałaby się nigdy do tego-do dziewiętnastego roku życia nigdy jeszcze nie miała sposobności do korzystania z kolei żelaznej, ona, dziecko wielkiego miasta. Ale tak się już złożyło, a jej życiem kierował tylko zbieg okoliczności.
Było jej dziś jakoś bardzo smutno. W pustych, trochę ciemnych uliczkach rozkładały się jakieś czarne cienie. Tu i owdzie rozlegał się przyśpieszony krok przechodnia, lub pies jakiś szczekając wybiegł z bramy. Ale nie to sprawiało na Marcie niemiłe wrażenie; gniotła ją jakaś pustka wewnętrzna. Chodziła tędy codziennie dwa razy od tylu lat, a miała wrażenie, jakby szła tędy po raz pierwszy. Tak jej było obco i smutno.
Uczucia tego doznawała bardzo rzadko. Zwykle była wesoła. Głodna i zmęczona śpieszyła do domu, zjadała kolację, rozmawiała przez chwilę z matką, czytała coś lub szyła i szła spać, ciesząc się z odpoczynku.
- Co mi się stało? - myślała po drodze.-Potrzeba mi pieniędzy? Prawda, powinnabym sobie kupić nowy kapelusz. Ale to po pierwszym. Zresztą, cóż na tem zależy! Ostatecznie, jedzenia też nie braknie, bo sklepikarka da na kredyt, zapłaci się po pierwszym. Może zapomniałam o jakim terminie w kancelarji? Nie, wszystko napisane. A może-m tylko poprostu zmęczona, głodna? Z pewnością. Nic innego...
A przecież mimo wszystko miała szczerą ochotę usiąść na bruku i zalać się łzami. Broniła się im, jak mogła, ale im prędzej szła, tem gwałtowniej cisnęło się jej w gardło jakieś łkanie.
Bez tchu prawie wpadła w bramę domu.
Na brudnych, ciasnych schodach przestraszył ją kot, który wyskoczywszy z ciemnego kąta, potężnymi, cichymi susami pomknął na górę.
Krzyknęła i chwyciła się poręczy.
Ale po chwili oprzytomniała i zwolna zaczęła spinać się po stromych schodach.
W małej kuchence przyjęła ją matka niemem skinieniem głowy. Siedziała bezczynnie na kufrze obok kuchennego stołu, na którym było widać brudny kieliszek i flaszeczkę z wódką. Nie wykręcona, mała lampka kuchenna rzucała mętne, brudne światło na ściany zawieszone obrazami świętych.
Marta była przyzwyczajona do tego widoku. Matka piła i już dawno nie taiła się z tym przed nią. Nie była to kobieta zła, o tem Marta dobrze wiedziała, była tylko słaba, nie miała szczęścia w życiu, które nieraz obrzuciło ją błotem. Ale dziś wstręt ją zdjął na widok tej kobiety młodej jeszcze i zdrowej, a tak przytępionej i zobojętniałej na wszystko, wyjąwszy najgrubsze i najpospolitsze użycie.
- Mama pije a pieniędzy na inne rzeczy nie ma, rzekła z wyrzutem, rozbierając się.
Matka zwróciła na nią swe wielkie zielonawe oczy; kiedyś mogły być miłe, żywe i wesołe, ale dziś, przekrwione, mętne, szkliste, tliły się słabo i bezmyślnie.
- Gdyby mama wiedziała, jak mama wygląda! - strofowała ją córka. - Dwie krwawe plamy zamiast oczu, jak rany!
- Jak rany - powtórzyła matka obojętnie zachrypłym głosem. - Cóż tam oczy! Ale usta mam pełne, do pocałowania...
- Fe, mamo!
- Dlaczego? Cóż to, myślisz, że tylko ciebie całować można? Mnie nie? Ho ho, niejeden wolałby mnie od ciebie. Cóż to, takie chuchro! Ja to co innego! Kobieta jestem, jak kamień, co się nazywa!
Uderzyła się ręką po udzie.
- Słyszysz? Jak dzwon!
- Niech mama da spokój. Jeść mi się chce.
- Jeść? Masz tam w szafie... kolację. Ale herbaty nie ma. Pieniędzy jakich nie przyniosłaś?
- Skąd!!
- Skąd? Gdybym ja tylko na twojem miejscu była, to jużbym ja wiedziała skąd... hoho! Ale cóż z taką gadać... głupią...
- Nie wstyd mamie?
- A no cóż, wstyd, to jeszcze nie to najgorsze, nie... I gorzej bywa.
Coś w Marcie drgnęło. Chciała wybuchnąć, krzyczeć, płakać, skarżyć się, obejmując czyjeś kolana... ale naraz złamało się w niej coś i jakby osłabiona usiadła na krawędzi łóżka, trzymając bezmyślnie kapelusz w rękach.
- No i cóż tak siedzisz, co? - spytała matka po chwili.-Rozbierz się, zjedz i idź spać. Niema co siedzieć po próżnicy.
- Nafta jest w lampie?
- Skądby się wzięła. Tyle co tu widzisz. Poco ci lampa? Idź spać.
- Chcę jeszcze czytać chwilę...
- Jest tam kawałek świecy... wystarczy... A cóż, kolacji nie chcesz?
- Nie.
- Nie, to nie. Zjem ja.
- A niech mnie mama nie zapomni jutro obudzić.
- Nie bój się, nie, nie zapomnę.
Marta wyszła do tak zwanego "mieszkalnego" pokoju. Stały tam pozostałe z dawnego ogniska domowego resztki mebli, stara sofa, dwie szafy, komoda, stół pokryty ażurową serwetą i kilka wyściełanych krzeseł. Tu sypiała Marta sama, bo matka wolała spać w kuchni.
W pokoju było zimno i niegościnnie. Czuło się, że całymi dniami nikogo w nim niema.
Marta zaświeciła świeczkę i nie zdejmując żakietu usiadła przy stole.
Sięgnęła machinalnie po leźącą obok otwartą książkę, położyła ją przed sobą i - zapatrzyła się w płomień świecy.
Cóż czytać? O kim? O jakichś księżniczkach, margrabinach, drących w gniewie chusteczki koronkowe takiej ceny, że ona, Marta, nie mogłaby ich opłacić kilkumiesięczną pracą? O szczęśliwych i nieszczęśliwych kochankach, owych słodkich lub demonicznych Arturach, Adolfach, Ernestach i Henrykach? O tym całym świecie, którego nawet we śnie nie umiała sobie wyobrazić? O tych jakichś balach dziwnych, maskaradach, o całem tem życiu tak dziwnie pstrem, rojnem i bogatem, a tak ponętnem, że ona wszystko dałaby za jeden jego miesiąc i chętnie zgodziłaby się zginąć tak jak "Wielka Iza" lub "złotowłosa Bianka", gdyby choć jeden dzień mogła przeżyć tak jak one całe życie.
Zbudził ją jakiś szmer. To matka dreptała w pantoflach po kuchni, nucąc sobie jakąś pieśń kościelną. Słychać było jej ciężkie, nierówne kroki, skrzypnięcie drzwi od szafy, brzęk naczynia ustawianego. Po chwili zatrzaśnięto drzwi i zamknięto na klucz. Ktoś szedł na dół po schodach.
- Znowu po wódkę poszła - przemknęło Marcie przez myśl.
Wstała i zaczęła chodzić po pokoju.
Czuła się ogromnie nieszczęśliwą.
Nędzna świeczka migoce na stole, tląc się bladym płomieniem. Wszystkie sprzęty spowija gruby cień. Czai się po kątach, za każdym krzesłem, za szafami, za łóżkiem. Jakby czyhały na nią jakieś złe, czarne myśli, jakaś trwoga niejasna, niepewność. A jak daleko sięgnie myślą wstecz, zawsze widzi taki pokój, te sprzęty ciężkie, twarde, kanciaste, zmrok kryjący się po kątach i świeczkę lub tanią lampkę na stole. To było słońce jej dzieciństwa, jej młodości. A w dzień? Dlaczego nie mieli nigdy mieszkania tak jasnego, aby odbijało choćby odblask słońca? Rzecz dziwna, ale ona, Marta, nie pamięta nigdy promienia słonecznego w swoim pokoju. Nawet w kancelarji, w tym posępnym, szarym pokoju błyśnie czasem złoty grot, rozpali ciemne tapety na ścianach; rozzłoci, rozgrzeje zmierzch. Tu - nigdy. Marta nie może sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek w oknach ich mieszkania były jakie kwiaty. Z całą pewnością twierdzi, że nigdy kwiatów nie było. Nie byłoby ich komu podlewać. A przecież kilka fuksyi, laków, wazonik myrtu lub rezedy tak pięknie ubrałyby okno.
Takie kwiaty czasami ślicznie kwitną. Szczególnie fuksye, purpurowo-fioletowe, płonące, wesołe...
Jeśli jej się kiedy poszczęści, to już ona będzie wiedziała, jak sobie życie urządzić. Może kiedy wygra jaki los, a może trafi jej się dobra partja. Wtedy będzie chciała mieszkać za miastem. W malutkiej willi o ogromnych oknach z lustrzanemi szybami. Musi to być gdzieś niedaleko gościńca, aby było widać jadące do miasta wozy chłopskie. I kolej musi być niedaleko, aby ona, Marta, mogła czasem popatrzeć na lecący gdzieś daleko pociąg białym dymem owiany i pomyśleć: Skąd on leci? Co mi wiezie? Może jakieś nowe sny lub nie przeczuwaną nigdy radość?-Oczywiście naokoło willi musi być mały ogródek, zielonym żywopłotem otoczony, poprzecinany białemi ścieżynkami, wijącymi się ozdobnie wśród klombów kwiatowych. A w ogródku pełno kwiatów: gwoździki białe i czerwone, wielkie, puszyste lewkonie, bratki żółte, czarne i błękitne, rezeda, tulipany wielkie niby barwne świece wśród grząd płonące, a w środku zielonych aksamitnych gazonów, krzaki róż wielkich, wonnych, pełnych, różnobarwnemi baniami szklannemi ubrane. I naturalnie jaskółki nad oknem. W zimie cisza, spokój lśniący, jakby wyszlifowany gościniec, a wokoło szeroka, cicha, biała równia, zaś nad nią niezgłębione przestworza bladego błękitu niebios, czasem długo płonące krwawo-złote zorze a czasem bezdenna czarna głąb, prósząca na ziemię srebrzyście-białym puchem śnieżystym. Lecz wiosną i latem świegotanie ptastwa wśród krzewia, brzęk muszek i owadów, iskrzący się taniec rozpląsanych nad kwiatami motyli, woń silna i świeża w powietrzu drgającym od roziskrzonych barw przepychu... W niedzielę, gdy mieszczanie na wózkach, dorożkach i rowerach wysypaliby się za miasto, ona, w miękkiej, białej, flanelowej sukni (nigdy jeszcze nie miała białej, flanelowej sukni, a to się tak ładnie układa) z poza ciemno-zielonego żywopłotu przyglądałaby się odpoczywającym wśród zieleni rodzinom, rozigranym, wystrojonym dzieciakom różowym, bladym i wychudłym panienkom flirtującym z sentymentalnymi kawalerami i mamom poważnym, bacznie śledzącym młodych, a wszyscy oni pytaliby się zdziwieni: Któż to ta dama w białej sukni, tam, wśród tego ślicznego ogródka? Może jaka hrabina lub księżna, taka piękna, dystyngowana i smutna...
Gdzieś za ścianą rozległy się dźwięki fortepianu. Instrument był stary, rozbity, rozstrojony, ale głos jego, jakby przefiltrowany przez mury, brzmiał dość przyjemnie i cicho. Ktoś grał starego, sentymentalnego walca, którego zapewne grywał kiedyś w młodości i grał go przez cale życie i grał teraz, któż wie, co wspominając!... I Marta go znała, a słuchając go w tej chwili miała takie wrażenie, jakie ma człowiek, gdy w starej pożółkłej książce znajdzie zasuszony liść róży. Karty książki pożółkły i kto wie czy nie obumarły już palce, które je przewracały, a ten zasuszony listek mówi, ze kiedyś była wiosna, piękna, rozkochana - i minęła i blaski jej pogasły, wonie wywietrzały, przebrzmiały ptasie poświsty, a tylko nikłe i blade wspomnienie pozostało a wargi mimowoli szepczą: Była wiosna! Była wiosna!
- Smutno! - pomyślała Marta.
A dlaczego? Mam co jeść, mam dach nad głową, mam gdzie spać, mam się w co ubrać. Mogłoby mi być znacznie gorzej a może mi być tylko lepiej. Więc czegóż chcę? - pyta się dziewczyna. - Czy nęcą mnie zabawy, towarzystwo, teatr? Zapewne, ale żyć przecież bez nich można... A jednak...
Stanęła przed przed półką z książkami. Były tu pozszywane starannie odcinki z gazet, powieściowe dodatki, cieniutkie tomiki kiepskiego papieru pokrytego niewyraźnym drukiem - a w tych żółych rulonach wystrzępionych feljetonów caly jej świat, świat pełen kłamstwa, sztucznych świateł, sztucznych uczuć i wzruszeń i sztucznych zachwytów, świat, który nie istniał nigdy nawet w głowie autora, który go opisywał, a którym karmić się muszą tysiące biednych serc palącą tęsknotą życia trawionych.
- Czyż dla mnie nikt książki nie napisze?- pomyślała Marta.
Uśmiechnęła się. Komuż-by się chciało pisać dla niej? I o czem? Co mogło zająć ją, która tak mało wiedziała i rozumiała?
A możeby samemu pisać książkę? Nie książkę, ale pamiętnik? O tem, co nikogo innego nie obchodzi, prócz niej samej. O nieszczęścIu, matki, o sobie samej, o życiu, o ludziach, których spotyka... Prawda, nie wiele miała z nimi do czynienia. Ten i ów ją zaczepił, tamten list przysłał, a wszyscy kłamali, mizdrzyli się tak śmiesznie... potem będzie pisała o kancelaryi, o sprawach, z jakimi się tam poznaje, o różnych, różnych ludziach... I o tym, jak się do kancelarji dostała... To doskonałe... Przeczytała inserat, ubrała się jak mogła najlepiej i poszła przedstawić się Kwiatkowskiemu... To było przed trzema laty, miała 17-ty rok... Kwiatkowski przyjął ją grzecznie ale nieufnie... Zmierzył ją tymi czarnymi oczami i spytał, wiele ma lat. Skłamała, naumyślnie skłamała, ale tak, jak żadna kobieta skłamać-by nie chciała. Powiedziała, że kończy 19 lat. A on uwierzył, oczywiście, nie mógł przypuszczać, że ona kłamie. I jak go się bała z początku! Z tą bladą, żółtawą twarzą, pokrytą gęstym, czarnym zarostem wyglądał tak poważnie, surowo. . tak mało mówił, nigdy się nie śmiał, o kobietach wyrażał się tak lekceważąco... Bała się go, ale po pewnym czasie zauważyła, że on się jej boi...
Zamyśliła się.
Kwiatkowski jest naprawdę dobry człowiek. Niby-to bardzo szorstki i ostry, udaje takiego właśnie z tej przyczyny, że jest nieśmiały i łagodny. Niby-to gniewa się o lada co, zwłaszcza jeśli Marta się spóźni - a jak tu się nie spóźnić, jeśli się tak daleko mieszka, - udaje, że krzyczy, irytuje się, ale niech mu się tylko wyrwie jakieś słówko ostrzejsze, już traci na cały dzień humor. Sam jej podwyższył penję - nigdy go o to nie prosiła - sam uważa, aby "strony" pamiętały o niej, a ileż to razy przyniósł jej, tytułem wynagrodzenia za jakąś pracę, to rękawiczki ciepłe, to szalik, to znów jakąś szpilkę do kapelusza. Dobry, śmieszny człowiek... A jak mu ta kancelarja z początku nie szła!.. Nie było nic do roboty... Wtedy długie godziny przesiadywał przy niej i opowiadał jej, jakto on chciał być kiedyś literatem, jakto pisywał do gazet, jak chciał napisać taki wielki dramat - tylko że zadużo studjów trzeba było do tego robić a on nie miał czasu, - nle, wogóle bardzo dobry człowiek, tylko trochę śmieszny.
Podsoński jest zupełnie inny, tylko nie taki dobry. Przedewszystkiem jest na swój sposób i przystojny i elegancki. Eleganckim nie można go właściwie nazwać, bo nie dba o siebie. Ale dość tylko spojrzeć na niego, widzi się odrazu, że gdyby chciał, mógłby być bardzo szykownym. Kwiatkowski mówi, że Podsoński jest lampart, że się niszczy. Nie widać tego po nim. Czasem jest niewyspany, ale musi być bardzo silny. Ma takie długie, suche, chłodne ręce i takie śmiałe ruchy. Co prawda, jest trochę niegrzeczny, źle wychowany. Tak długo chodzi prawie co dzień do Kwiatkowskiego, a ledwie że się jej raczył przedstawić. Prawie jej nie widzi. Trudno, wielki człowiek. Kwiatkowski twierdzi, że Podsoński jest bardzo zdolnym poetą... Jestto w każdym razie dziwny człowiek. Nie tylko dziwny, ale prawie dziki... Niczego się nie wstydzi, mówi tak jak myśli, zupełnie inaczej niż wszyscy ludzie... Przyjdzie do kancelarji, siądzie na krześle jak na koniu, ćmi papierosy i opowiada. O wszystkiem. Co mu ślina na język przyniesie. Raz przyszedł i opowiadał o ślizgawce. - "Wy głupi ludzie - to jego sposób mówienia - siedzicie tu i gnijecie w tej dziurze. A tam inni żyją. Wiecie? Chodzą sobie na ślizgawkę. Lód taki lśniący, srebrzysty, przechodzi w taki zimny błękit a potem na końcu widnokręgu w ognistą purpurę. Niebo jasne, pogodne, zorze się palą na zachodzie, a tu i owdzie już gwiazdy migocą, jak srebrne gwoździe w niebo wbite. A wesołe chłopaki, na świeżo wyczyszczonych, lśniących łyżwach, mkną po lodzie, niby na złotych płomieniach... I pary też, naprzód pochylone, przyciśnięte do siebie... A tam znów za ręce się trzymając całe towarzystwo wesołe leci. Chłopcy, panienki... Mocno się, za ręce trzymają, o, mocno, śmieją się głośno, policzki im się palą a łyżwy zgrzytają po lodzie... dżżż... dżżż... - I tak sobie to powiedział, od niechcenia, jakby mówił: niema tu gdzie zapałek? - a ją, choć nigdy się nie ślizgała, zdjęła chętka pójść raz na lód.
Albo przyjdzie wieczorem do kancelaryi. Roboty wbród, mecenas się śpieszy, krząta, a Podsoński mówi: Ubieraj się, zamknij budę, idziemy!- Człowieku, ja nie mam czasu!-Czego? Czasu? - pyta Podsoński, jakby me dosłyszał. - Dajże spokój, na te głupstwa zawsze dość czasu. - I żeby mecenas bronił się nie widzieć jak, musi ustąpić. Nie, żeby Podsoński me znosił oporu. Przeciwnie, nie stara się nawet nikogo przekonywać. Powie swoje zdanie spokojnie, ale z taką miną, że mu nie można nie wierzyć.
- I co on teraz robi, naprzykład? - myśli Marta.
Napróżno. Nie może sobie tego wyobrazić. Gdyby się nawet przypuściło to najgorsze, przypuśćmy, że Podsoński flirtuje z jakąś szansonetką, nie może w tem być nic złego. On się, bawi. Śmieje się - i wówczas śmieją się wszyscy. Nie, tego nie można sobie wyobrazić... Widok Kwiatkowskiego trzymającego w objęciach jakąś kobietę, byłby jej niezawodnie wstrętnym. Podsoński, choćby nawet widziała, że wychodząc do niej, właśnie co tuliłby do siebie jaką dziewczynę, nie straciłby zupełnie w jej oczach. Co najwyżej zostałby może na jego kamizelce jaki włos... a ten włos należałoby zdjąć i rzecz skończona...
- A cóż mnie właściwie to wszystko może obchodzić? - pyta się Marta sama siebie. - Pan Podsoński jest poetą, żyje wesoło, bawi się, kręci się zapewne koło pięknych i bogatych kobiet, a mnie ledwo widzi. I co z tego? Cóż my mamy wspólnego?
Świeca gasła.
Marta zaczęła się szybko rozbierać.
- Trzeba mieć słońce w mózgu! - przypomniało się jej naraz zdanie Podsońskiego.
- Już też on dziwnie mówi! - pomyślała wślizgując się do zimnego łóżka.-Jak można mieć słońce w mózgu?
- Mój Boże, a jutro trzeba przed ósmą wstawać! Kiedyż ja się wyśpię!-narzekała usypiając.
----------