Rozdział III
Wchodząc na ganek, trącił ramieniem dwonek wietrzny. Kombinacja paciorków brzęknęła perliście i dźwięk zafalował, przywołując wszystkie skarby świata. Dzivoki zatrzymał się, wsłuchany w melodię, którą niechcący wywołał. Ładnie śpiewa - pomyślał, choć wcześniej głos wietrznych dzwonków wcale mu się nie podobał.
Guślarka - nazywał teściową, przejawiającą chorobliwą skłonność do zgłębiania wiedzy tajemnej. Pani Sochacka była stałą klientką wróżek, magów i uzdrowicieli. Od lat uczyła się niemieckiego metodą superlearningu, bez efektów, ale z głębokim przekonaniem, że gdy opanuje czynność wchodzenia w stan relaksacji, będzie zdolna, niczym agenci KGB, do przyswajania tysięcy obcojęzycznych słów dziennie. Synchronizowała półkule mózgowe oraz studiowała arkana tarota i sekrety pierścieni Atlantów. Była pilną czytelniczką czasopism traktujących o parapsychologii, korespondentką astrologów, badaczy ludzkiej aury, klubów radiestezyjnych i twórców biżuterii psionicznej. Dom zapełniała akcesoriami świadczącymi o swej pasji. Na półkach stały egzemplarze miniaturowych piramid Cheopsa, które ostrzyły żyletki Pana Sochackiego oraz czyściły jej własną, sztuczną szczękę. Ściany pomieszczeń ozdobione były, zamiast obrazami, mandalami członków rodziny. Znajomy malarz pokojowy okrasił sufit salonu freskiem przedstawiającym Prognostikon, czyli magiczny okrąg z Pergamonu. Wiara w numerologię przesądziła o tym, że tu i ówdzie umieszczono statuetki, wyobrażające cyfry wyjęte z dat urodzenia Państwa Sochackich.
Dzwonków wietrznych było w domu kilka i gdy domownicy, będąc w ruchu, trącali je bezwiednie, ciągle pobrzmiewała ta dziwna muzyka Wschodu, mająca przynosić szczęście i pieniądze. Pewno dlatego, że odzywała się zbyt często, działała Orestowi na nerwy.
- Twoja matka ma obsesję! - skarżył się żonie.
- Daj spokój, przecież to nie boli - odpowiadała bezradnie Sochacka.
Orest wieszał marynarkę w przedpokoju, gdy Państwo Sochaccy kończyli obiad.
- Kaśka Barut wyszła za Murzyna! - gniewnie informowała Pani Sochacka.
- Nie zaprosili was na ślub? - badał Dzivoki przyczynę złości teściowej.
- W życiu bym nie poszła! Do czarnucha?!
- Niech sobie Murzyn między nami żyje. Co pani szkodzi?
- Jeden byłby do ścierpienia, ale oni mnożą się jak króliki. Słyszałam, że taki Negr może co noc z dziesięć razy. Będą nam wstrętne małe Mulaty po osiedlu biegały.
Orest czuł, że Sochacka trąca go nogą w goleń, lecz nie umiał się powstrzymać.
- Wszystkie dzieci są ładne - mruknął przekornie.
- Nienawidzę! Nienawidzę! - nadęła się Pani Sochacka, tocząc wściekle oczami. - Murzynów, Żydów, pedałów, psów i komunistów. Wszystkich jednakowo!
- Dlatego panią tak często zgaga pali - mruknął Orest, łykając pierwszą łyżkę rosołu.
Pan Sochacki sięgnął po lampkę wypełnioną swojskim winem. Wąchał trunek, przymrużywszy oczy z rozkoszą, jakby ktoś nalał mu szlachetnego burgunda.
- Nie unoś się, Michalino. Ludziom na pewnym poziomie to nie przystoi - napomniał.
Nigdy nie zdrabniał imienia żony, wymawiał je zawsze w pełnym brzmieniu i z pełnym satysfakcji namaszczeniem. Dzivoki żywił głębokie przekonanie, że Pan Sochacki wstąpił w związek małżeński z Panią Sochacką tylko dla jej miana. Michalina w młodości nie była pięknością, o czym zaświadczały stare zdjęcia. Perłą intelektu też nie - myślał Orest, przeżuwając jej słynne lane ciasto, którego nie znosił, a które robiła co najmniej trzy razy w tygodniu.
Domofon rozkaszlał się jesiennym klankiem. Był czuły na wilgoć oraz mróz i domownicy mogli z dźwięku wnioskować o aurze.
- Listonosz! - zawołał Pan Sochacki, podrywając się z krzesła.
- Niech tata siedzi, Kalina pójdzie - powiedziała Sochacka.
Pan Sochacki powstrzymał dziecko ruchem dłoni.
- Bardzo was proszę o pozostanie na miejscach. Sam przyjmę doręczyciela. Oczekuję ważnej korespondencji - oznajmił, wpatrując się z powagą w oczy członków rodziny.
Po co tyle słów? I teatralne gesty? - pytał w myślach Dzivoki, zabierając się do pierogów z kapustą, które dla odmiany Pani Sochacka robiła wyśmienite. Miażdżył zębami ciasto i farsz, wpatrzony w bezlistne graby za oknem. Drzewa wyglądały na przestraszone zbliżającą się zimą, za to kuliste krzaki jemioły, wyrastające z grubych konarów, pasożytowały w najlepsze, nie przejmując się obumieraniem przyrody.
Poczuł natarczywe szarpanie za rękaw koszuli.
- Dostałam piątkę z matematyki - powtórzyła Kalina.
- Bardzo się cieszę, córeczko! - powiedział, głaszcząc dziewczynkę po policzku. Ogarnęło go zdumienie, że jest taka duża. Miała dorosłą twarz, pod bluzką rysowały się piersi. Oresta przeniknęło poczucie winy, że utracił coś bezpowrotnie. Gubił to od czasu, gdy córka wyrosła z kucyków, między jednym złodziejem a drugim, w nocnych zasadzkach na kompociarzy, handlarzy lewym towarem, w gonitwach za samochodowymi gangami, penetrując magazyny nielegalnych hurtowni, przesłuchując ludzi niewartych, żeby ich słuchać, sporządzając dokumenty budujące prestiż prokuratorom. Zdarzyło mu się to, co spotyka wszystkich mężczyzn, traktujących pracę zawodową nazbyt poważnie. Nie znał własnego dziecka.
- Przysłali! Spójrzcie, jaka piękna koperta! - wołał od progu Pan Sochacki.
Położył na stole prostokąt białego papieru, ozdobiony królewską koroną.
- Deklaracja przystąpienia do Partii Polskich Monarchistów! - obwieścił z triumfem.
- Syndrom bidetu... - mruknął Orest.
Sochacka spiorunowała go wzrokiem, teściowie zaś udali, że nie słyszą złośliwej uwagi.
Bidet był dla Pana Sochackiego kluczowym elementem wyposażenia domu. W budowę Państwo Sochaccy nie angażowali się w żaden sposób, a o bidecie Pan Sochacki przypomniał sobie, kiedy obie łazienki były już gotowe.
- Kierowniku, kto tu rządzi? - burczał majster, skarżąc się Dzivokiemu: - Dopieru klej związał, a tu wpada starszy gościu i każe instalować bidety. Aniś ich pan nie kupił ani o nich nie gadał. Poza tym ni ma na nie miejsca!
Zaskoczony Orest pojechał do teściów po wyjaśnienia.
- Dobrze, że jesteś! - ucieszył się Pan Sochacki. - Nie masz chyba pretensji, że wydałem dyspozycje odnośnie wyposażenia toalet?
- Jeżeli finansowanie bierze pan na siebie...
Pan Sochacki stracił rezon i zmarkotniał.
- Wiesz, że mnie nie stać - powiedział cicho, wtykając papierosa do lufki.
Pani Sochacka wypomniała w odwecie:
- Dostałeś za darmo parcelę?! Miałbyś tyle wdzięczności, żeby spełnić życzenie teścia.
- Nie ma miejsca i trzeba zrujnować gotowe pomieszczenia. Po co nam bidety? Nie wystarczą wanny i prysznice?
Pan Sochacki dosłyszał w jego głosie wahanie i poczuł się pewniej.
- Standard wyposażenia łazienek, który proponujesz, jest przejawem sanitarnej kultury plebejskiej - wyjaśnił. - Szlacheckie rezydencje miały bidety już przed pierwszą wojną. Montowano je również w willach oraz kamienicach zamożnego mieszczaństwa.
- Tamte łazienki miały duży metraż!
- Człowiekiem z klasą można być i na paru metrach kwadratowych, jeśli się wie, jak je ze smakiem urządzić. U moich przodków we dworze... - tu Pan Sochacki umilkł.
Dworek widniał na zdjęciu, wiszącym nad komodą. Sądząc z wizerunku, niewiele można się było po rodowej sadybie spodziewać, zwłaszcza pod względem kultury sanitarnej. Przełamana upływem czasu chatynka tonęła w malwach, służących bardziej ukryciu mizerii domostwa niż dla ozdoby. Za wielkim dębem można było zobaczyć kolumnę ganku, zbyt okazałego wobec gabarytów domu. Na ławce przy chruścianym płocie siedziała pani, której kretonowa sukienka była zapewne szczytem mody zaścianka. Obok kobiety stał pękaty mężczyzna z wąsem, ubrany w białą marynarkę. Jego dłoń trzymała lufy fuzji, opartej kolbą o czubek buta, a obok nóg szlachciury przeciągała się wyżlica z sylwetką zniekształconą przez liczne porody.
Dzivoki za każdym razem, gdy przypatrywał się fotografii, miał nieodparte wrażenie, że którąś z tych rzeczy: marynarkę lub fuzję, a może i psa, pożyczono od sąsiadów. Był też stuprocentowo pewien, że za domostwem antenatów Sochackich stała drewniana wygódka z serduszkiem wyciętym w drzwiach.
Wtedy, podczas sprzeczki, Pan Sochacki poprosił drżącym głosem:
- Błagam cię, każ zamontować bidet. Wiesz, że moja emerytura starcza nam tylko na żarcie.
Teść nigdy wcześniej nie był taki pokorny, toteż Orest się ugiął. Owalna muszla w kolorze morskiej trawy stanęła tylko na parterze, przeznaczonym dla Państwa Sochackich. Łazienka była mała, bidet zatem przytwierdzono tuż za drzwiami i wszyscy nieustannie się o niego potykali.