II
Przy śniadaniu, którego, jak się pokazało, nie zepsuła Maryanna dorzuceniem kopru do sosu, zeszła się cała rodzina.
Obok pani domu, poważnej i imponującej, lecz wzrokiem odgadującej każde życzenie męża, zasiadła strojna, pulchna i wesoła pani Kocia, z poufałością przyjaciółki "ty" do macochy mówiąca.
Drobne, wypieszczone jej ręce gestykulowały żywo i ciągle, rumiane, ponętne usta nie próżnowały ani chwili, na przemian to rozmową, to jedzeniem zajęte, obie te czynności z jednakowem spełniając zamiłowaniem.
Bezpośrednio z panią Kocią sąsiadowali Gutkowie, stale kłócąc się od lat niepamiętnych o to, na którego z nich przypada dzisiaj kolej siedzenia tuż przy niej i przekomarzania się z nią, że na półmisku, z którego wzięła, nic już dla "profesyi wyzwolonych" nie zostało.
Pan Jaworzyński zajmował miejsce naprzeciwko żony, szerokością stołu od niej oddzielony. Prosto się trzymający, szczupły, siwy, niegdyś zapewne tak jasnowłosy, jak dziś nią była Jagienka, lubił ją mieć przy stole obok siebie i nie ukrywał tego wcale, że w niej ma ukochanie swoje najdroższe.
Pieszczochą też była domu całego i chociaż "Gąską" ją zwano w rodzinie, nie było w tem nic ubliżającego. Owszem, z intonacyą wyraźnie pieszczotliwą wołano na dzieweczkę tem przezwiskiem, nadanem jej przez panią Kocię, zapaloną (w tajemnicy przed ojcem) czytelniczkę romansów francuskich.
Bo już, jeżeli kto, to Jagienka w niczem nie była podobną do "pół-dziewicy" i miano "Gąski" uważać można było za rodzaj patentu, wystawionego jej na dziewictwo wyobraźni, na naiwność zupełnie szczerą, a tak wielką, że zdawała się nieraz graniczyć - z głupotą.
Dziesięciu lat nie miała jeszcze, gdy matka dotknięta długotrwałą chorobą, oddała ją na pensyę, a właściwie na opiekę krewnej-zakonnicy, przebywającej w klasztorze, położonym u stóp Beskidów.
Łagodne i cichego usposobienia dziewczątko wzrastało przez lat siedm pod okiem Maryi-Annunciaty, kobiety światowej niegdyś i rozumnej, lecz długim pobytem w klasztorze oderwanej od życia i uważającej zbawienie duszy za jedyną sprawę godną zabiegów chrześcijanina, a "świat" za miejsce, w którem sprawa ta mimowolnie, lecz niechybnie przegraną być musi. Łagodnie więc i z miłością lecz z całą powagą wieku swego, położenia, oraz przez praktykę życia ustalonych już przekonań, wpajała w Jagienkę pogardliwą dla "świata" obojętnośćiwpoiła ją tem łatwiej, że dziewczynka miękką była z natury i do milczących zadumań skłonną.
Nie znosiła blasku, wrzawy i wesołości głośnej, łatwo się więc nauczyła uważać je za wykroczenie, za zdrożność, wytrącającą duszę ze stanu błogiego skupienia, w którem dusza chrześcijańska pozostać zawsze powinna, jeżeli nie chce stać się głuchą na wezwanie Oblubieńca niebieskiego.
Na tle takiej pobożności mistycznej nadziemskimi wzlotami wysubtelnionej, wszystkie uczucia Jagienki nabrały zabarwienia specyalnego.
Silniej od innych dzieci w jej wieku odczuwając piękno przyrody, nie piękność stworzenia podziwiała, lecz objawioną w niem wszechmoc Stwórcy. Pochopna do czynów miłosiernych, a do roztrząsania sumienia przywykła, niepokoiła się pytaniem, co w niej przeważa: czy wrodzone dla nędzy i cierpienia współczucie, czy posłuszeństwo nakazowi miłosierdzia. Obowiązek czuwania nad każdem słowem uczynił ją małomówną i w wyrażeniach powściągliwą; przestrzeganie czystości myśli przyzwyczaiło umysł, z natury już niezbyt śmiały, do unikania myślenia samodzielnego, które grzechem stać się mogło.
A kształtowi istoty moralnej odpowiadała i zewnętrzność. Chód był spokojny, wzrok nieśmiały, głos przyciszony, ruchy na wodzy trzymane; zdawało się, że na całą jej, pół-dziecinną jeszcze osobę, coś, od młodości silniejszego, wkładało tłumik i hamulec.
To coś nie było jednak bez wdzięku. Nadawało Jagience cechę zupełnie osobistą, wyróżniało ją w gronie rówieśnic, podnosiło nad poziom przeciętnego podlotka.
Ani sroką nie była, ani dzierlatką, ani dudkiem: zwać ją gołębicą było za uroczyście, gołąbką - zbyt sentymentalnie, najlepiej też może pasowało do niej przezwisko "Gąski", które i tę przytem miało zaletę, że było zupełnem a propos. Z rozmów bowiem prowadzonych przez starsze rodzeństwo oraz Gutka-wuja doleciał jej uszu wyraz "pół-dziewice" i widocznie zastanowić ją musiał.
"Co to jest pół-dziewica?" spytała raz Gutka-brata, którego najwięcej z całego rodzeństwa kochała.
A gdy Gutek, własnym jego mówiąc językiem, "zbaraniał odrobinę" i nie wiedział jak jej na to odpowiedzieć, ona odpowiedziała sama sobie: "Ach, to pewno takie, co już przestały być dziećmi, a jeszcze nie są pannami dorosłemi? Takie, jak ja... prawda Gutku?"
A na to pani Kocia, z uśmiechem patrząca na zakłopotanie brata, rzekła ze stanowczością wielką: "Nie, Jagienko, takie jak ty, nazywają się jeszcze gąskami. I w rodzinie pożądańszemi są od półdziewic.
Pomimo łagodności swojej obraziłaby się może była Jagienka, ale pani Kocia, mówiąc to, przyciągnęła do siebie młodszą siostrę i ucałowała ją tak serdecznie, że Jagienka odczuła wszystko, co było w tych słowach niedopowiedzianego i odpłaciła pani Koci uściskiem.
W tem powiedzeniu młodej kobiety kryło się może trochę mimowolnego żalu, że własna jej córka, szesnastoletnia już Jaśka w żaden sposób nie może być gąską nazwana.
Śliczny to był podlotek, rozchichotany i figlarny, jak rozpieszczone kociątko wszystkim się w domu przymilający, ale zanadto sprytny, zanadto żywy i ciekawy, a jak mucha wszędobylski i wścibski! Pani Kocia chełpiła się urodą córki, cieszyła się jej szczęściem do ludzi, ale zamiast ją wychowywać, pozwalała jej rosnąć przy sobie swobodnie i bujnie, zastępując dyscyplinę moralną troskliwem baczeniem na płeć, figurę, ruchy, na salonowość układu i na umiejętność znalezienia się w towarzystwie.
Dzieckiem jeszcze była Jaśka, gdy po skończeniu lekcyi wolała iść do saloniku matki, niż bawić się z rówieśnicami. Nad własny pokój, pełen zabawek, przenosiła zawsze rozmowę gości, których wesołe grono codziennie otaczało panią Kocię w godzinach popołudniowych. Przysłuchiwała się rozmowom, śmiała z żarcików, uśmiechała się domyślnie z niedomówień, umiała wtrącić przy sposobności słówko dowcipne lub odezwać się z uwagą, dowodzącą, że nic z tego, co koło niej mówiono, baczności jej nie uchodzi.
Matkę bawiło to niezmiernie, a Gutkowie przepadali poprostu za Jaśką i nadskakiwali jej, jak dorosłej pannie. Gutek Rajski flirtował nawet z nią nie na żarty, co widząc, Gutek Jaworzyński zupełnie słuszną czynił nieraz uwagę, że Jaśce nie zaszkodziłby pobyt w owym klasztorze, w którym wychowywała się Jagienka.
Pani Kocia wzruszała na to ramionami i czyniła białemi rączkami giest, oznaczający zupełne i wesołe lekceważenie korzyści, jakie z wychowania klasztornego spłynąć mogły na Jaśkę, a Jaśka groziła wujowi paluszkiem różowym i jak pieścidełko utoczonym i zapewniała go ze śmiechem, że już dla niej zapóźno na poprawę.
- I zresztą zawsze było zapóźno - dodawała - bo ja się już urodziłam taka wesoła.
- Wesoła? Ty jesteś rozpuszczona! - przekomarzał się wuj.
- A wujaszek nie? - odcinał się nieposkromiony podlotek-wujaszek myśli, że ja nie wiem o wczorajszej "partie fine?" To dziadzio nie wie o niczem... Ale ja! Oho!
W istocie "dziadzio" nie o wszystkiem wiedział w domu, a już co najmniej to o tem, w jaki sposób wychowywaną była Jaśka. Zbyt zajęty, aby miał czas osobiście wglądać we wszystko, dawał tylko ogólne wskazówki postępowania i pewien był, że każdy z członków rodziny jest im ślepo posłuszny. Do głowy mu nawet nie przyszło, że córka jego może mieć poglądy odmienne od tych, które on uważał za jedynie właściwe i oburzyłby się, gdyby mu powiedziano, że te rączki, tak chętnie gestykulujące, dopuszczają się gestu lekceważenia względem tego, co on poważnem nazywał i czcigodnem.
Jaśka też w obecności dziadka, którego zresztą przy śniadaniu tylko widywała i przy obiedzie, przybierała minkę najpotulniejszego z niewiniątek i języczek trzymała na wodzy, cała na pozór oddana czuwaniu nad "czwórką".
Składali ją czterej chłopcy, z których najstarszym był dziesięcioletni Ignaś, nadzieja rodu Ubyszów, a najmłodszym sześcioletni Jaś Jaworzyński. Dwaj starsi jego braciszkowie, ośmioletni Jędruś i Tomek, bliźniętami byli i ich to przyjście na świat, przyprawiwszy matkę o długą i ciężką chorobę, stało się powodem oddania Jagienki na pensyę, skąd przed rokiem niespełna wróciła.
W tem licznem kole rodzinnem panowała miłość i zgoda, lecz gdy się pod okiem ojca zebrało, czuć się w niem dawał przymus i skrępowanie. Powaga i dogmatyczność Jaworzyńskiego mroziły wesołość pani Koci i Gutków, nie zawsze czyste mających sumienie, imponowały żonie, trzymały w karbach Jaśkę, napełniały pobożnym lękiem serduszka "czwórki".
Jedna tylko Jagienka, kryształowa i cicha, nie przestawała być sobą w obecności ojca. Kochała go więcej niż matkę i uwielbiała jak doskonałość wcieloną, a za każdą pieszczotę, którą otrzymała od ojca, gotowa była paść mu do nóg z wdzięcznością.
I ojciec też głaskał najczęściej jasną jej główkę, z największą tulił do piersi tkliwością tę białą dziewczynkę swoją, której pobożność i uległość wzruszały mu serce dziwną słodyczą.
Przy stole panowało z początku milczenie, przerywane tylko banalnemi uwagami o smakowitości potraw lub ich przyrządzeniu. Lubiono tu jeść dobrze i dużo, ściśle zresztą przestrzegając wszystkich postów pod względem jakości.
Dopiero gdy podano owoce, a po nich czarną kawę, pan domu przeglądać zaczął dzienniki przy jego nakryciu leżące i po niejakiej chwili rzekł, zwracając się do żony.
- Wiesz, Józiu, dowiaduję się z "Odgłosu", że w przyszłym tygodniu będzie miał odczyt w Warszawie Gruszczyński. Twój kolega z uniwersytetu, Gustawie?
- Tak, ojcze.
- Znam go z artykułów, zamieszczanych w "Rozwoju Etycznym". To bardzo zdolny i dobrze myślący młody człowiek i niepoślednia siła literacka. Wartoby pojechać i posłuchać?
- Zapewne - odparła żona-rozrywek umysłowych nie mamy tu wiele. Pojedziesz?
- Pojadę. I ty ze mną, nieprawdaż?
- Jak najchętniej-pośpieszyła z odpowiedzią pani Jaworzyńska, zdążywszy już skombinować, że w przyszłym tygodniu przypada właśnie pora wyprzedaży dorocznych po wielkich magazynach warszawskich.
- Zabiorę i jedną z córeczek. Która z was pojedzie?
- Ja, ojcze, nie mogę-z rezygnacyą odezwała się pani Kocia-nie mam komu powierzyć Jaśki na lekcye tańca, a przerywać ich nie chcę.
- Bardzo słusznie-potwierdził ojciec, z którego "spóźnionej naiwności" śmiała się nieraz pani Kocia w poufnych rozmowach z Gutkami, - należy zawsze kończyć to, co się zaczęło.
Pani Kocia miała przedewszystkiem do skończenia sprowadzony niedawno transport romansów francuskich, a także i flircik, rozpoczęty z pięknym i eleganckim kolegą brata, który przychodził zabierać z lekcyi tańca siostrzyczkę i zapewne tęsknotą braterską wiedziony, zjawiał się natychmiast po rozpoczęciu lekcyi, mającej trwać dwie godziny.
Obliczyła też sobie, że nie jadąc teraz, wyrwie się do Warszawy na wiosnę i zamiast słuchać nudnego odczytu, przyglądać się pojedzie wyścigom, grać będzie w totalizatora, jednem słowem, użyje karnawału letniego.
Otrzymawszy teraz pochwałę z ust ojca, zerknęła Kocia w stronę Gutków, ci uśmiechnęli się dyskretnie pod wąsem, a pan Jaworzyński nic tego nie widząc, rad, że mu się zdarzyła sposobność podania córce obroku duchowego, znowu zwrócił się do żony ze słowami.
- To może zabierzemy Jagienkę? Jak myślisz?
A Jagienka, nie czekając na to, co matka o zamiarze ojca myśleć może, poróżowiała aż po sam brzeg włosów, gładziutko na czole przyczesanych i z ojca na matkę przenosić zaczęła błagalne, nadzieją radosną rozpromienione oczęta.
- I czego się to głupiątko cieszy? Gąska prawdziwa! - pomyślała Jaśka, która swoją niby ciocię kochając serdecznie, uważała ją jednak za istotę, znacznie mniej od niej, Jaśki, dojrzałą.
- Niech jedzie - zdecydowała matka - pozna trochę Warszawę, przedstawimy ją znajomym.
- Jako dorosłą pannę - dokończył wesoło ojciec, co słysząc, Jaśka rzuciła na dziadka wymowne spojrzenie.
Matka dała jej oczyma znak, aby była ostrożną, bo dziadek ku niej właśnie zwrócony zapytał:
- A ty, Jaśko, chciałabyś pojechać także?
- O, chciałabym, dziaduniu! Ale nie na odczyt... - wyrwało się Jaśce.
- Dlaczegóż nie na odczyt? Bardzo będzie pouczający i piękny i odniosłabyś z niego wielką korzyść. Nic nie znam pożyteczniejszego nad przyzwyczajanie myśli od młodu do zastanawiania się nad kwestyami poważnemi...
Jaśka szeroko roztwarła piwne oczy, pełne iskierek i uśmieszków, aby nadać twarzy wyraz uważnego wsłuchiwania się w "piłowanie dziaduniowe", a pan Jaworzyński tak ciągnął dalej rzecz swoją:
- I przekonany jestem, że taki Gruszczyński, pomimo młodości swojej już chlubnie znany, zawdzięcza wczesne wyrobienie sobie wziętości i wpływu tylko temu, że od lat młodzieńczych, zamiast oddawać się płochym rozrywkom - tu spojrzał znacząco na Gutków - naginał umysł do wnikania w głębie życia duchowego i społecznego, do roztrząsania jego zagadnień i formułowania jego postulatów.
- No, ja nie wiem, czy wyłącznie o tem myślał Gruszczyński-wtrącił Gutek, który wybornie pamiętał wspólne hulanki i wnikania w głębie życia... nie duchowego wcale.
Ale ojciec, nie zwracając uwagi na słowa syna:
- Przekonany też jestem, że będzie to jeden z ludzi najbardziej wpływowych - mówił dalej - że ujmie w rękę ster życia moralnego swojej epoki. Era odrodzenia religijno-etyczego, w którą wstępujemy obecnie, liczyć go będzie do najwybitniejszych swoich działaczy!