Początek
To były już ostatnie sekundy starego roku.
Niby takie same jak te wcześniejsze, jednak zupełnie inne. Niosły ze
sobą smutek tego, co odeszło, a równocześnie radość z tego, co niedługo
nadejdzie.
Przynajmniej tak o tym myślał Remigiusz Stańczyk. Kilka minut temu
uciekł przed gwarem sylwestrowej imprezy na balkon przy sypialni na
piętrze. Balkon znajdował się po przeciwnej stronie domu niż salon, w którym bawili się goście. Nikt go tu nie znajdzie, a poza tym pewnie
nikt go nie będzie szukał. Towarzystwo było już mocno wstawione, a jego
żona jak zawsze obtańcowywała wszystkich facetów po kolei, zupełnie o nim zapominając. Po dwudziestu latach małżeństwa nic go to już nie
obchodziło. Bardziej cenił sobie możliwość oderwania się od zgiełku i w tej jedynej chwili w roku poobcowania w spokoju z własnymi myślami.
Poluzował krawat, zapalił cienkiego papierosa i oparł się o barierkę.
Było wyjątkowo ciepło i miał z tego miejsca bardzo dobry widok na
miasto. Zaraz eksplodują sztuczne ognie. Był przeciwny fajerwerkom, co
nie zmieniało faktu, że przyciągały jego wzrok i trudno mu było odmówić
sobie kilkuminutowej kontemplacji świetlnych efektów. Spojrzał na
zegarek.
Piętnaście sekund. Wyprostował się. Gdzieś w oddali, na drugim końcu
miasta, już poleciały w niebo pierwsze ognie. Ktoś się pospieszył, jak
co roku zresztą.
Ostatnie dziesięć sekund starego roku.
Z drugiej części domu usłyszał głośne odliczanie gości:
-?Dziewięć, osiem, siedem...
Co przyniesie mu nadchodzący nowy rok? Miał nadzieję, że zmiany, dużo
zmian. I przede wszystkim siłę, żeby o te zmiany powalczyć.
-?...sześć, pięć, cztery...
Zaciągnął się resztką papierosa i pstryknął niedopałkiem na trawnik na
dole. Ile razy obiecywał sobie, że wreszcie coś zmieni w życiu?
Odchodził właśnie kolejny rok niespełnionych obietnic złożonych samemu
sobie. Może wreszcie zawalczy o swoje życie? Obiecał to sobie już dwa
lata temu, kiedy kończył czterdzieści lat. Bezskutecznie. Może teraz się
uda? Niczego już nie będzie sobie obiecywał, po prostu zacznie działać.
Niezła myśl!
-?...trzy, dwa, jeden! Szczęśliwego nowego roku!!!
W zgodny krzyk gości wdarły się odgłosy strzelających w sufit korków od
szampana, a miasto eksplodowało milionem świateł. Najpierw widział
wybuchy na niebie, a dopiero potem, mocno spóźniony, docierał do niego
ich odgłos. Szaleństwo. Kupa kasy wystrzelona bez sensu w kosmos. Urwane
palce, poranione dłonie, poparzone oczy, przypalone włosy na głowie.
Tak, szaleństwo, nie można było tego nazwać inaczej.
Wypalił jeszcze jednego papierosa i wszedł do sypialni, nie zamykając za
sobą drzwi balkonowych. Goście najwyraźniej skończyli już składać sobie
życzenia i znowu odezwała się głośna muzyka. Sylwester z Jedynką,
Dwójką, Polsatem, czy diabli wiedzą z czym i gdzie. Tandeta, która
raniła jego ludzkie uczucia. Szkoda, że nie ma na to paragrafów.
Tak jak przypuszczał, nikt go nie szukał.
Wyszedł z sypialni i wszedł do swojego pokoju, gdzie w biurku miał
zawsze coś mocniejszego. Wyciągnął szklaneczkę z szuflady, z szafki
jakąś cholernie drogą whisky, którą dostał kiedyś od zadowolonego
klienta. Nalał sobie prawie do pełna. Szkoda, że nie miał tu lodu, ale
trudno, na dół nie pójdzie. Jako gospodarz bardzo się dzisiaj
oszczędzał, w przeciwieństwie do jego żony, która z równym zapałem
tańczyła, jak i opróżniała kieliszki z czerwonym winem. Pewnie jak
zwykle obrzyga toaletę przy sypialni. Kiedyś by go to obchodziło, ale
teraz miał to gdzieś.
Sącząc ciepły alkohol, włączył laptop i zajrzał na Facebooka. Oczywiście
przeważały noworoczne życzenia, fajerwerki, szampany i happyniujersy,
jakby nie można było tego napisać w ojczystym języku.
Nagle na ekranie pojawił się post, który przykuł jego uwagę na dłużej.
Ktoś zamieścił grafikę przedstawiającą litery rozmieszczone bez ładu i składu w dwustu dwudziestu pięciu kratkach, na które podzielony był
większy kwadrat. Tekst umieszczony nad grafiką brzmiał: "Odczytaj
pierwsze trzy słowa ukryte w diagramie, a taki będzie twój nowy rok".
Remigiusz łyknął ze szklaneczki i przybliżył twarz do ekranu. Pozornie
nieuporządkowane litery szybko ułożyły mu się w trzy słowa:
Sukces.
Popularność.
Wolność.
Wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu. Dlaczego nie? To była bardzo dobra prognoza na nadchodzące dwanaście miesięcy. Taki rok brał w ciemno. Rok zmian.
8
Remigiusz Stańczyk miał ciężką noc.
Najpierw długo nie mógł zasnąć. Przeszkadzało mu napięcie nerwowe i galopada serca. Leżał w ciemnościach, wsłuchując się w szum wiatru za
oknami i spokojny oddech żony śpiącej obok. Nie powiedział jej o tym, że
właśnie pokłócił się z Arturem Millerem i odchodzi z firmy. Potem
zasnął, ale był to sen naszpikowany koszmarami i nieprzynoszący ulgi.
Wstał jeszcze przed świtem, wziął szybki prysznic, potem siedział w dresach w kuchni i pił kawę. Tak zastała go Danuta. Wymienili kilka
zdawkowych zdań i na tym ich poranna rozmowa się zakończyła. Ona zawsze
wyjeżdżała do pracy wcześniej. Była główną księgową w dużej korporacji,
często spędzającą weekendy w pracy i robiącą karierę. To dlatego nie
mieli dzieci. Kiedyś Remigiusz chciał mieć potomstwo. Najlepiej dwójkę:
dziewczynkę i chłopca rok po roku albo w odstępie dwóch lat. Tylko Danka
zawsze mówiła, że na razie najważniejsza jest kariera, najpierw trzeba
się dorobić, a dopiero potem planować dzieci. On dał się przekonać. Jak
wszystko najważniejsze w swoim życiu, to również przesunął na bliżej
nieokreśloną przyszłość, a teraz oboje przekroczyli czterdziestkę i było
już za późno. Jak to się stało, do jasnej cholery? Tę kwestię też
ewidentnie spierdolił. Czas na zmiany.
Po wyjściu Danki, przy kolejnej kawie, sprawdził monitoring snu na
smartwatchu. Jakość słaba, tylko cztery godziny i pięć minut
niespokojnego snu, średnie tętno osiemdziesiąt jeden uderzeń serca na
minutę, poziom stresu wysoki. Tak, czuł ten stres. Obawiał się, jak
potoczy się jego nowe życie po zburzeniu starego, kiedy opadnie kurz i odsłoni zgliszcza. Z drugiej strony obudziło się w nim coś, czego nie
czuł od czasów nastoletnich. Determinacja i przekonanie, że robi dobrze.
Musi wreszcie skończyć z prokrastynacją i wziąć życie za rogi. Taki był
za nastoletnich czasów. Samodzielny, zbuntowany i przekonany o własnej
wartości. Jak zatracił to przekonanie? Wiedział jak. Przez lata
małżeństwa i pracy w Dom-In. Danka zawsze nim rządziła i robili to, co
ona chciała. On zawsze był posłuszny, ale dość tego.
Potrzebował rewolucji, zaczął ją i teraz musiał ten proces okrasić
sukcesem. Liczył, że takim sukcesem będzie zwycięstwo jego projektu w konkursie. Musiał wygrać, nic innego się w tej chwili nie liczyło.
Projekt był fantastyczny, niepowtarzalny, innowacyjny. To dlatego Artur
tak się wściekał i kazał mu go wycofać. Bo jeśli wygra pod własnym
nazwiskiem, wszyscy zobaczą, że to nie Miller był najważniejszą osobą w Dom-In, tylko Stańczyk. Ego Artura by tego nie wytrzymało. Dlatego Remek
musiał postawić wszystko na jedną kartę i nawet odejść, żeby wreszcie
stanąć na nogi. Sukcesu potrzebował jak tlenu. To miał być kamień
węgielny, na którym zbuduje nowe życie.
Miller zatelefonował już o dziewiątej. Remek nie odebrał i nie zrobił
tego za drugim, trzecim ani za szóstym razem. Zadzwonił do dobrego
kolegi, który był jego prawnikiem, i omówił z nim, na jakich warunkach
chce odejść z firmy. Potem aż do południa chodził po domu, nie mogąc się
na niczym skupić. Nie miał apetytu, pił kawę litrami, dwa razy wyszedł
na taras na fajkę, ale pogoda nie zachęcała do przebywania na zewnątrz,
szybko więc chował się do środka. Może to przez fajki i kawę serce
tłukło mu się w piersiach. No i przez stres.
Danuta wróciła dopiero koło dwudziestej, zmęczona i niezbyt chętna do
rozmowy. Niemal od razu poszła spać, a Remek próbował oglądać jakiś
serial ze szklaneczką whisky w dłoni. Tak minął mu pierwszy dzień bez
pracy.
Kolejne dwa dni to był huragan zmian. Odebrał wreszcie telefon od
Artura. Poczuł satysfakcję, że wspólnik przejrzał trochę na oczy i próbuje go nakłonić do zmiany decyzji. Z przyjemnością wysłał go do
wszystkich diabłów. Kolejny telefon od Millera miał już inny ciężar
gatunkowy.
-?Pół miliona za udziały?! -?darł się do słuchawki Artur. -?Ciebie chyba
już zupełnie popierdoliło! Z koniem się na głowę zamieniłeś?! Te akcje
warte są co najwyżej dwieście pięćdziesiąt i tyle mogę ci zapłacić!
Nie mówił prawdy. Stańczyk zatelefonował wcześniej do znajomego
rzeczoznawcy, który bez wchodzenia w szczegóły, ale wziąwszy pod uwagę
zyskowność, rozpoznawalność marki na rynku, portfolio gotowych projektów
i wartość majątku, oszacował jego udziały na ponad milion złotych.
Pewnie można by było tyle wyciągnąć, ale trwałoby to za długo i być może
otarłoby się o sąd, a na to Remek nie miał ochoty. Wystarczyło mu
pięćset tysięcy, bo według jego oceny tyle Artur mu zapłaci.
Tak też się stało. Po kilku godzinach, kilku telefonach, nerwowej
wymianie zdań i w ostatnim etapie licytacji na groźby Miller wreszcie
się zgodził. W groźbach Stańczyk miał o wiele mocniejsze karty.
Większość tych kart to były damy, z którymi Miller zdradzał małżonkę,
wystarczyło mu tylko o tym przypomnieć.
Potem poszło już szybko. Tylko najpierw nastąpiła awantura z żoną.
Kiedy w środę wróciła wcześniej z pracy i miała usta zaciśnięte w poziomą kreskę, Remigiusz już wiedział, że ten wieczór nie skończy się
dobrze. Danuta długo nic nie mówiła, jakby zbierała siły do ciężkiej
batalii. Remek obserwował jej zachowanie z dziwnym spokojem i opanowaniem. Na obiad przygotował wymyślny sos do spaghetti, otworzył
także butelkę czerwonego wina. Zjedli w milczeniu i dopiero kiedy
talerze były puste i jego żona sięgnęła po wino, zaczęło się.
-?Dlaczego nie chodzisz do pracy? Stało się coś? -?zapytała chłodno,
nawet na niego nie patrząc.
Za to Stańczyk patrzył na nią bezczelnie z kamienną twarzą.
-?Przecież wiesz dlaczego -?odpowiedział równie chłodno.
-?Wiem, ale chciałam to usłyszeć od ciebie.
-?A ja chciałbym się dowiedzieć, kto był tak łaskawy i poinformował cię
o mojej decyzji.
-?Skoro ty nie mówisz własnej żonie o sprawach dotyczących również jej,
to dlaczego się dziwisz, że sama próbowałam się dowiedzieć, o co chodzi?
Spojrzała na niego i odstawiła kieliszek z winem. Ręka jej wyraźnie
zadrżała. "Na noże -?pomyślał Remek. -?Jeszcze chwila i rzucimy się
sobie do gardeł".
-?U kogo zasięgnęłaś języka? -?zapytał i sam napił się wina.
-?Zadzwoniłam do Artura. -?Kącik jej ust zadrgał, kiedy to mówiła. -
Powiedział mi wszystko.
Stańczyka w jednej chwili trafił szlag.
-?Wyjaśnij mi, dlaczego nie zapytałaś mnie, co się dzieje, tylko
zadzwoniłaś do Millera? -?Jak zwykle w nerwowych sytuacjach zesztywniały
mu wargi.
-?Bo ty o niczym mi nie powiedziałeś! Co to w ogóle jest za decyzja?
Odejść z tak dobrze prosperującej firmy? I co ty teraz zamierzasz ze
sobą zrobić?! -?Emocje wreszcie w niej eksplodowały i zaczęła mówić
podobnie jak Miller wcześniej. -?Znowu wszystko będzie na mojej głowie.
Czasem wydaje mi się, że tylko ja zajmuję się tym domem! Nie dość, że
dużo pracuję, to jeszcze wszystkie decyzje podejmuję sama. Mam męża,
który nigdy o niczym nie zadecydował, nigdy niczego nie załatwił, a teraz będzie bezrobotny, bo nikt już nie będzie go ciągnął za uszy, jak
przez lata robił Artur. Wszystko mi powiedział.
-?Tak? A co dokładnie ci powiedział? -?zapytał nie bez złośliwości
Stańczyk.
-?Wszystko o waszej współpracy. O tym, jakim jesteś popychadłem. Że
gdyby nie on, nigdy niczego byś w życiu nie osiągnął!
-?No zobacz, jaki ten Artur jest genialny! -?wykrzyknął Remigiusz. -
Inteligentny, przystojny, jaki jeszcze według ciebie jest?
-?A żebyś wiedział, że jest przystojny. W przeciwieństwie do ciebie on o siebie dba. Zdrowo się odżywia, chodzi na siłownię, jest troskliwym
mężem i ojcem, potrafi zadbać o rodzinę i zadowolić kobietę! -
Wściekłość wyraźnie malowała się na twarzy Danuty. -?Kurwa, jest twoim
zupełnym przeciwieństwem! Wiesz, jakie on ma mięśnie na brzuchu i jakie
bicepsy? Ty, kurwa, nigdy takich nie będziesz miał. I wiesz co? On
myśli, planuje, podejmuje decyzje i nie odkłada ich na później tak jak
ty. Dla rodziny jest czuły i opiekuńczy.
-?A dla swoich kochanek? -?wypalił Remek, przerywając jej ten pean na
cześć Millera.
Danka omal nie zakrztusiła się winem. Spojrzała na niego, w jednej
chwili straciwszy dużo ze swojej pewności siebie.
-?Co ty, kurwa, gadasz?
-?To było proste pytanie. Czy jest też taki wspaniały dla swoich
kochanek?
-?Jakich kochanek? -?Danuta zbladła.
-?Czyli o tym ci nie powiedział?! -?Stańczyk uśmiechnął się szyderczo. -
To jest pies na baby. Pieprzył się z każdą naszą sekretarką, teraz
posuwa tę obecną i nareszcie znalazł taką głupią, której się to bardzo
podoba. Wiem jeszcze o paru innych kobietach. Wzruszyłem się, jak
mówiłaś o tym, jaki on jest dobry dla swojej rodziny!
-?Nie wierzę w ani jedno twoje słowo -?wycedziła przez zęby jego żona.
-?Ja nie kłamię! Dość miałem tej hipokryzji, dość miałem jego
oszukiwania, dość miałem pomiatania moją osobą. To ja odwalałem tam
czarną robotę, a on inkasował większość zysków, pławił się w świetle
reflektorów, grał cudownego szefa i męża, a na boku ruchał wszystko, co
się rusza! Nie widziałaś tego? Taki jest ten twój cudowny Arturek!
-?To nieprawda.
Remigiusz nachylił się do niej nad stołem.
-?Każde moje słowo to pierdolona prawda. Musisz się do tego
przyzwyczaić. Miller to nie jest chodzący ideał. Zapłaci mi pół miliona
za udziały, to nam wystarczy na bardzo długo. A jak odpocznę, to coś
wymyślę. Wbrew temu, co wmawiał ci nasz ukochany przyjaciel Artur,
jestem zajebistym architektem i zamierzam to teraz udowodnić!
-?Jesteś nieodpowiedzialny! Takie decyzje konsultuje się z żoną!
-?Gówno prawda! Zawsze podejmowałaś decyzje za mnie. To się już
skończyło! Nadszedł czas na zmiany. Teraz decyzję o sobie podejmuję ja
sam i wierz mi, jestem na tyle rozsądny, że nie zrobię nic głupiego.
Musisz się do tego przyzwyczaić.
Danuta dolała sobie wina i przechyliła kieliszek, jakby chciała jednym
łykiem wypić całą jego zawartość. Ręce jej drżały, dawno nie widział jej
tak zdenerwowanej.
-?Mogłeś mi powiedzieć -?wycedziła przez zaciśnięte zęby.
-?Miałem ci powiedzieć zaraz po zakończeniu transakcji, jak dopełnimy
wszystkich formalności u notariusza. A ty, skoro chciałaś wiedzieć
wcześniej, mogłaś mnie zapytać. Ale nie! Ty wolałaś zadzwonić do tego
kutasiny, Millera, bo masz do niego większe zaufanie niż do własnego
męża. -?Uniósł dłoń, wstrzymując słowa, które cisnęły jej się na usta. -
A ja nim gardzę, bo wiem, jakim jest hipokrytą i skurwysynem, jak
oszukuje Anię i swoje własne dzieci. On jest dla mnie zerem. Rozumiesz?
-?No chyba trochę przesadzasz...
Remigiusz dopił wino, wstał i spojrzał na nią z góry.
-?Masz coś jeszcze do powiedzenia, bo idę zapalić?
-?Ty palisz? -?zrobiła wielkie oczy.
-?Widzisz, jak my nic o sobie nie wiemy? -?zapytał retorycznie. -?To
wszystko przez pracę. W naszym małżeństwie liczy się tylko praca, a wszystko inne albo już umarło, albo zaraz umrze. Pomyśl o tym.
Wyszedł na taras, zostawiając ją w stanie wzburzenia. Zaraz jednak
zajrzał do środka i krzyknął:
-?Wstaw naczynia do zmywarki!
Włożył zapalonego papierosa między zęby i wcisnął ręce do kieszeni. Było
cholernie zimno. Myślał o tym, w jaką nieoczekiwaną stronę potoczyła się
ich kłótnia.
W czwartek podpisał akt notarialny, na jego konto w banku wpłynęły
pieniądze i stał się wolnym człowiekiem. Kiedy wyszedł z siedziby
notariusza na Odrzańską, otulił się szczelniej płaszczem i poszedł wolno
w kierunku Rynku. Stres nadal go nie opuszczał, a serce waliło w piersiach jak poderwany do galopu koń kopytami. To przejdzie, potrzeba
tylko trochę czasu na stabilizację.
Była szesnasta, zrobiło się ciemno, a on uświadomił sobie, że jeszcze
tego dnia nic nie jadł. Postanowił uczcić początek nowego życia dobrym
jedzeniem i jeszcze lepszym drinkiem. Na początek poszedł do czeskiej
restauracji na rogu Rynku i placu Solnego. Zjadł niezłego tatara na
przystawkę, potem golonkę i popił dobrym piwem. Potem, sącząc kolejny
kufel, wyciągnął telefon i zajrzał na facebookowy profil Dom-In. Zdziwił
się, gdy zobaczył swoją roześmianą twarz przy biurku i wzruszającego
posta informującego, że oto z przyczyn osobistych spółkę opuścił jeden z jej założycieli i wieloletni menedżer, pozostawiając zasmucony zarząd i pracowników. Gdyby dodali jeszcze czarną przepaskę w górnym rogu
zdjęcia, równie dobrze mógłby to być post żałobny opublikowany tuż po
jego tragicznej śmierci. Remigiusz uśmiechnął się krzywo. "A niech
robią, co chcą -?pomyślał. -?Gówno mnie to już obchodzi".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Życie składa się ze wzlotów i upadków.
Los działa na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa i na jednego
człowieka przypada zazwyczaj tyle samo sukcesów co porażek. Wiadomo
jednak, że zdarzają się odchylenia od tej średniej. I wtedy wtrąca się
coś, co popularnie nazywane jest szczęściem lub pechem. Niby nieistotny
szczegół, na co dzień prawie niedostrzegalny, który w dłuższym okresie
powoduje, że liczba wzlotów znacznie odchyla się od średniej lub
wywołuje nadmiar upadków. Do tego dochodzą trendy długookresowe. Jak już
odniesiemy kilka sukcesów z rzędu, taki stan się utrwala i trwa dłuższy
czas. Analogicznie jest z pechem -?jak już raz upadnie się twarzą w proch życia, taki stan będzie się powtarzał regularnie, a za każdym
razem coraz trudnej będzie się podnieść.
Remigiusz Stańczyk nawet nie zauważył, kiedy tendencja statystyczna w jego pełnym sukcesów życiu w sposób niezauważalny zaczęła się zmieniać.
Był naprawdę zaskoczony, gdy nagle zarył twarzą w ziemię, i długo mu
zajęło otrzeźwienie. Jeszcze dłużej zrozumienie, dlaczego tak się stało.
Problem musiał zacząć się już kilka lat temu. Tylko on niczego nie
zauważył, żyjąc w jakiejś cholernej iluzji, oszukując się, że wszystko
jest w najlepszym porządku.
A przecież nie było. Przez całe lata oszukiwał sam siebie. Stworzył
sobie szklaną kulę, w której naiwnie tkwił, biorąc za dobrą monetę
wszystkie przykrości, jakie spotykały go w życiu. Teraz nawet nie
wiedział, czy tłumaczył je zbieraniem życiowego doświadczenia, czy po
prostu nie chciał pamiętać złych rzeczy. Tylko że tych dobrych było
coraz mniej we wszystkich sferach jego życia. W końcu zostało ich tak
mało, że do jego hermetycznego świata szklanej kuli wdarł się niepokój.
Zaraz po sylwestrze jego szklana kula pierdolnęła o podłogę, sypiąc
wokoło ostrymi odłamkami. I oto Remigiusz Stańczyk musiał wreszcie
stawić czoła problemom, przyjrzeć się lepiej swojemu życiu, małżeństwu,
pracy zawodowej. Niczego już nie mógł odłożyć na później, co wychodziło
mu najlepiej. Zdobył prawdziwą motywację, żeby coś w życiu zmienić. Nie
może tego odłożyć na bliżej niesprecyzowaną przyszłość. Musi o siebie
zawalczyć.
Sukces, popularność, wolność -?tak brzmiała internetowa prognoza na
właśnie rozpoczynający się rok. Oczywiście wiedział, że w wykreślance
znajdowały się tylko te trzy słowa, żadnych innych. Dlatego od razu
rzuciły mu się w oczy. Taki żarcik nieznanego dowcipnisia. Tylko co z tego? Dla niego te trzy słowa stały się motywacją, bo przecież nic nie
przychodzi samo. O wszystko trzeba zawalczyć. Na początku musiał odnieść
jakiś sukces. Od lat był w stagnacji, wypalał się, znikał, potrzeba
zmian narastała. Sukces byłby pozytywnym kopem na rozpęd. Najlepiej,
żeby to było coś spektakularnego, coś, co może stać się nowym otwarciem.
Od sylwestrowego wieczoru wiele myślał o tym niespodziewanym proroctwie
na nadchodzący rok. A jeśli w diagramie ukryto też inne słowa, ale on
odczytał właśnie te trzy? To by był dopiero znak od losu. Tak czy
inaczej, nic nie przychodzi samo. Życie to walka o utrzymanie się na
powierzchni. Walka o sukces.
Marzenia Remigiusza Stańczyka o sukcesie, zdobyciu popularności i osiągnięciu takiego stanu w życiu, kiedy już o nic nie musiałby się
martwić i czułby się wolny, spełzłyby na niczym jak tysiące
wcześniejszych planów i postanowień, gdyby nie atak ze strony, z której
najmniej spodziewał się kłopotów.
2
Zaczęło się oczywiście w poniedziałek.
Dlaczego zawsze w pierwszy dzień tygodnia zdarzała się większość
tragedii, które znienacka dopadały ludzi? Przynajmniej ta zasada
dotyczyła Remigiusza, choć zapewne nie tylko. Może w regulaminie
funkcjonowania świata ten dzień jest zarezerwowany na przykre zdarzenia?
To nawet byłoby logiczne i w pewien sposób wytłumaczalne. Przychodzisz
do pracy, dostajesz cios między oczy, potem do końca tygodnia
zwieńczonego weekendem masz czas, żeby otrząsnąć się po ciosie. A w następny poniedziałek znowu, jeb! Kolejny nokaut i tak w kółko, i wciąż.
Remigiusz obawiał się poniedziałków, ale jak to w życiu bywa, jeśli
przez długi czas nic złego się nie dzieje, traci się czujność. W pierwszy poniedziałek stycznia był właśnie w stanie osłabionej
czujności, mając z tyłu głowy kilka nierozwiązanych problemów, tlących
się cierpliwie, jak ogień czekający na dopływ tlenu.
-?Remik! Artur prosił, żebyś do niego zajrzał -?dobiegł go głos
sekretarki, kiedy zamyślony wchodził do biura koło dziewiątej.
Biuro rozpoczynało pracę od ósmej, lecz on był przecież
współwłaścicielem spółki i nie musiał przychodzić punktualnie. Przez
ostatnie piętnaście lat harował po dwanaście godzin dziennie, sześć dni
w tygodniu i niedawno po prostu sobie trochę odpuścił, żeby nie
zwariować.
Ewelina Rogala była ich sekretarką prawie od trzech lat. Firma wcześniej
miała problem z obsadą tego stanowiska. Za politykę kadrową zawsze
odpowiadał jego wspólnik, Artur Miller. Remigiusz pamiętał jego
tłumaczenia, że ciężko jest znaleźć odpowiednią osobę do sekretariatu,
bo musi być reprezentacyjna, a zarobki w sumie niewielkie. Wierzył mu do
czasu, kiedy przypadkiem dowiedział się, że Artur molestuje sekretarki i dlatego szybko odchodzą z pracy. Aż trafiła się Ewelina, której taki
układ odpowiadał. Pieprzyła się z Arturem regularnie. Remigiusz miał
tylko nadzieję, że nie robią tego w biurze, choć zarysowania, które
kiedyś dostrzegł na jej biurku, mogły pochodzić na przykład od sprzączki
paska do spodni Artura. I tak oto problem sekretarki zniknął jak ręką
odjął.
-?Remik?
Ocknął się z zamyślenia.
-?Zaraz do niego pójdę -?rzucił i ruszył do swojego pokoju.
Nie cierpiał, kiedy ludzie mówili do niego Remik. Remik to była taka gra
w karty, do jasnej cholery! On był Remkiem. Kolejna przyklepana przez
niego sprawa, mająca potencjał do wybuchu i konfliktu. Dlaczego dotąd
nie zwrócił nikomu uwagi? Nie miał pojęcia, tak po prostu wyszło.
Kiedy odpalał laptop stojący na biurku i chował drugie śniadanie do
szuflady, przeleciało mu przez głowę, że na romans wspólnika z sekretarką też nie zareagował. A przecież znał żonę Artura od czasów
studiów. Z Millerami spotykali się często na grillu, jeździli razem na
wakacje, weekendowe wypady, Remigiusz był ojcem chrzestnym ich
pierwszego dziecka. Był więc tak samo winny jak Artur biegający za
młodszymi dupami, ponieważ nic jej nie powiedział. Kolejny temat,
problem bez reakcji, potencjalne zarzewie wielkiego pożaru, który
przyklepał, zracjonalizował i przeszedł nad nim do porządku dziennego.
Znowu zrobił to dla wygody i świętego spokoju? Być może.
Artur Miller stał tyłem do drzwi, wpatrzony w widoki za oknem. W sumie
nie było na co patrzeć. Biurowce Green Towers położone były w dość
nieciekawym miejscu, na skrzyżowaniu Strzegomskiej i Śrubowej. Nawet z perspektywy dziewiątego piętra Wrocław prezentował się tu szaro i nijako. Artur nie zareagował na powitanie, co było złym znakiem.
Stańczyk o tym wiedział, przecież znali się jak łyse konie. Nienagannie
skrojony, drogi garnitur wspólnika znowu podziałał na niego
przygnębiająco. Zazdrościł mu sylwetki, tego, że był przystojniejszy,
umiał o siebie zadbać i przede wszystkim nie miał tego cholernego
tatusiowego brzuszka, który pojawiał się u części mężczyzn w okolicach
czterdziestki. Znowu poczuł się gorszy. Dlaczego? Przecież nie było
powodu do takich odczuć, on miał po prostu inny styl niż Artur.
-?Musimy poważnie porozmawiać, Remik. -?Miller nareszcie odwrócił się do
niego, usiadł wolno przy biurku i mierzył Stańczyka wzrokiem długą
chwilę.
Remigiusz poczuł się jak na przesłuchaniu. Lecz tylko przez chwilę.
Niespodziewanie coś w nim pękło. Jakaś naciągnięta do granic możliwości
struna strzeliła z metalicznym pogłosem. Jeszcze do niedawna w takiej
sytuacji zjadałby go stres, teraz jednak mężczyzna był wyjątkowo
opanowany i spokojny. Zastygł w dziwnym stanie nerwowego
podekscytowania, z ciekowością czekając na rozwój sytuacji.
-?Czego chcesz? -?warknął nie swoim głosem.
Artur nie zwrócił uwagi na tę zmianę. Najwidoczniej miał już
przygotowany scenariusz rozmowy i nie zamierzał niczego zmieniać.
Remigiusz z goryczą uświadomił sobie, że w gruncie rzeczy to też jego
wina. Zawsze był zbyt uległy i Artur po tej rozmowie spodziewał się tego
samego co zwykle. Przyznania się do winy i załagodzenia konfliktu.
-?Co się z tobą ostatnio dzieje, Remik? -?zapytał wspólnik, patrząc na
niego twardo.
-?Nie rozumiem.
-?Znamy się tyle lat, że nie będę niczego owijał w bawełnę. -?Miller
skrzyżował dłonie na piersiach. -?W ostatnich miesiącach nie jestem
zadowolony z naszej współpracy. Nie wiem, co ci się stało, ale ostatnio
mniej angażujesz się w firmę. To jest też twoja firma, w której
zarabiasz niezłe pieniądze, więc nie wiem, jaka może być tego przyczyna.
Od piętnastu lat prowadzili pracownię architektoniczną Dom-In, która
była dość znaną firmą na lokalnym rynku. Oprócz domów i osiedli
mieszkaniowych projektowali wiele obiektów biurowych, marketów
handlowych i hal produkcyjnych. Zatrudniali kilkunastu architektów.
-?Przychodzisz później do pracy -?kontynuował Artur. -?W trakcie dnia
jesteś jakby nieobecny, zawalasz terminy, nie przykładasz się i bez
względu na to, co jest do zrobienia, zawsze wychodzisz przed
siedemnastą. Wszystko jest na mojej głowie. Ustalanie premii dla
pracowników, poszukiwanie nowych klientów i negocjacje z obecnymi. Nowy
sprzęt do firmy -?ja to załatwiam, zakupy kawy i herbaty -?ja to muszę
zatwierdzić, kurwa, wszystko zepchnąłeś na mnie, od najmniejszej
pierdoły po organizację pracy całej firmy. Przypominam ci, że bycie
wspólnikiem dużej pracowni architektonicznej to nie jest to samo, co
bycie jej pracownikiem. Kurwa, Remik, ty ostatnio się zachowujesz,
jakbyś był pracownikiem. Mam wrażenie, że firmę, którą z takim mozołem
budowaliśmy przez lata, masz w dupie. Przychodzisz tutaj, bo musisz,
posiedzisz kilka godzin, wypijesz kawę, coś tam zrobisz i czekasz na
przelew na konto. A ja tutaj zapierdalam od rana do nocy i nie dostaję
od ciebie żadnego wsparcia. Powiedz, że tak nie jest. Może się mylę i czegoś nie dostrzegam. Mylę się?
Remigiusz patrzył na niego, słuchał jego słów i jak to często się
zdarzało w stresujących sytuacjach, milczał. Te właściwe słowa zawsze
przychodziły do niego po kilkunastu minutach, gdy były już niepotrzebne,
bo spóźnione. Tym razem słowa się pojawiły, tylko wydawały się jakieś
dziwne i na razie ich z siebie nie wypuszczał. Milczał więc,
utwierdzając wspólnika w tym, że racja jest po jego stronie.
-?Popatrz na to, co robiłeś przez lata -?ciągnął dalej Artur. -
Organizowałaś firmę? Nie, ja to robiłem. Rekrutowałeś pracowników? To
też było na mojej głowie. Zresztą, długo by wymieniać. Remik, firma
powinna być twoim hobby. Jak się jest wspólnikiem, nie można stąd wyjść
i potem już nie myśleć o biznesie. Firmą żyje się przez całą dobę. Nie
można odpierdolić swoich ośmiu godzin i potem nawet przez chwilę nie
zastanawiać się, co dalej. Co polepszyć, co zmienić, w jakim kierunku
mamy się rozwijać, skąd pozyskać nowe zlecenia, jak najbardziej
efektywnie wykorzystać pracujących dla nas ludzi. Chciałem zauważyć, że
to ja zawsze myślę o tych sprawach, a ty zwykle akceptujesz moje
decyzje. Biernie zgadzasz się na wszystko. Czy kiedykolwiek nie
zgodziłeś się z moimi pomysłami? Zaproponowałeś jakieś poprawki do moich
planów? Ja sobie nie przypominam, ale może pamięć mi szwankuje?
Przypomnij mi.
Remigiusz miał już w głowie ripostę, ale jej nie wypowiedział. Jeszcze
nie. A skoro milczał, Artur mówił dalej:
-?I jeszcze jedna sprawa, która mnie najbardziej zabolała. Umówiliśmy
się, że nasza spółka nie stanie do konkursu na projekt apartamentowca
organizowany przez miesięcznik "Mój Dom". A tymczasem ty, nie informując
mnie, zgłosiłeś swój projekt. Wiesz, jak to mnie zabolało, Remik? Jakbyś
zadał mi cios w plecy. Olewasz robotę dla Dom-In, ale miałeś czas, żeby
zrobić projekt na konkurs. Ja też jestem architektem, wiem, ile czasu
musiałeś poświęcić na jego przygotowanie. Kosztem swojej własnej firmy.
Remigiusz wreszcie się odezwał. Ten konkurs był dla niego wielką szansą.
Musiał sobie udowodnić, że jeszcze się do czegoś nadaje, chciał się
dowartościować, odzyskać wiarę we własne możliwości, mocno nadszarpnięte
przez lata spędzone w firmie zarządzanej przez Millera. To miał być ten
sukces wywróżony mu w sylwestrową noc. Projektując apartamentowiec na
konkurs, czuł się jak młody bóg, odzyskał chęć do pracy, poszerzył
horyzonty, naładował akumulatory. I wbrew temu, co zasugerował wspólnik,
nie robił tego w czasie pracy.
-?To ty ustaliłeś, że Dom-In nie przystąpi do konkursu. Ja byłem temu
przeciwny, dlatego zrobiłem ten projekt sam, bazując na SWOIM
wcześniejszym pomyśle. -?Postanowił być złośliwy. -?Pamiętasz, jak kilka
lat temu przez rok projektowałem budynek City Hol? Koniecznie chciałeś,
żeby nasza firma była głównym projektantem, a spóźniłeś się ze złożeniem
dokumentów do konkursu, bo byłeś wtedy na nartach w Alpach i nie mogłeś
się stamtąd wydostać z powodu opadów śniegu. Zmarnowałeś prawie rok
mojej pracy, a to był dobry projekt i trzeba było tylko trochę go
przerobić. Gwarantuję ci, że nie robiłem tego tu, w biurze, tylko
wieczorami i w weekendy. Nasza spółka nie poniosła przez to żadnych
strat.
-?Nie poniosła strat, mówisz? -?Miller patrzył na niego z dziwnym
wyrazem twarzy. On nigdy nie przyznawał się do błędów, więc pominął
uwagę o tym, że zmarnował wielką szansę na grubą kasę, zawalając wtedy
wniosek. -?Moim zdaniem poniosła duże straty. Przychodziłeś do pracy
niewyspany, nie angażowałeś się tak, jak powinieneś, nie myślałeś o firmie, tylko o sobie, i przede wszystkim korzystałeś ze sprzętu i oprogramowania należącego do firmy.
-?Sprzęt należy tak samo do firmy, jak i do mnie czy do ciebie. -
Remigiusz po raz pierwszy poczuł narastającą w nim zimną agresję. Na tym
etapie to już nie mogło się skończyć jak zwykle. Wywali mu prawdę prosto
w oczy. Za chwilę. -?Nie możesz się wpieprzać w moje życie osobiste.
Gówno ci do tego, co robię i czy to się dzieje w dzień czy w nocy, czy w weekendy.
-?Masz się wycofać z tego konkursu -?zażądał twardo Miller.
-?Co ty mówisz? -?Stańczyk wytrzeszczył na niego oczy, jakby nie
zrozumiał.
-?Wycofaj się.
-?Nie możesz mnie do tego zmusić. To jest moja decyzja.
-?Zrozum to, do jasnej cholery! Startując w tym konkursie, szkodzisz
wizerunkowi Dom-In na rynku. Daj sobie spokój z mrzonkami, tylko zajmij
się wreszcie robotą i przestań zawalać terminy. Nie mam zamiaru więcej
renegocjować u klientów terminów, bo ty nie jesteś w stanie ich
dotrzymać.
-?Ja zawalam terminy? -?głos Remigiusza stał się nagle lodowaty. -?Od
lat ci mówię, że ustalane przez ciebie terminy są nierealne. Do tego
bierzesz każde gówno z rynku. Brakuje nam architektów, a ci, których
mamy, są przeciążeni pracą. To nie jest moja wina, to jest wina twojego
gównianego zarządzania i pogoni za kasą!
Twarz Artura zmieniła się nagle w maskę bez wyrazu, a usta zacisnęły się
w poziomą linię, jak to się działo zawsze, kiedy był wściekły.
-?Posłuchaj mnie... -?zaczął, wyciągając oskarżycielsko palec w kierunku
Stańczyka, lecz ku jego wyraźnemu zaskoczeniu Remigiusz mu przerwał:
-?Nie, kurwa, to ty mnie teraz posłuchaj! Zaczynaliśmy tę spółkę w sześć
osób. Przez lata wszystkich wykosiłeś i teraz masz pięć razy więcej
udziałów i zarabiasz pięć razy więcej niż ja. Nie protestowałem i teraz
tego żałuję, ale nadal tu jestem. Wiesz, dlaczego zajmujesz się tym
całym gównem, począwszy od zakupu kawy do ekspresu po zatrudnienie
pracowników? Bo sam chciałeś się tym zajmować i masz do tego ludzi,
którzy większość tego gówna odwalają za ciebie.
-?Remigiusz, posłuchaj... -?Artur znowu próbował przerwać.
-?Nie, ja teraz mówię! -?Stańczyk podniósł się z fotela i zaczął mówić
głośniej, wprowadzając Millera w stan kompletnego osłupienia. -?Od
dziesięciu lat nie uczestniczyłeś w żadnym projekcie. To ja nadzoruję
wszystkie prace projektowe i jestem ich pomysłodawcą. Mam tylko
dwadzieścia procent udziałów w tej firmie, a przez ostatnie lata
pracowałem tu po dwanaście godzin w soboty, niedziele i święta! I ty mi
teraz mówisz, że ja się nie angażuję? Każesz mi się wycofać z konkursu,
który jest dla mnie odskocznią, realizacją marzeń i wielką
przyjemnością? Każesz mi dalej zapierdalać przy komputerze za tę nędzną
kasę? Mówisz, że szkodzę wizerunkowi firmy? Gówno prawda. Obawiasz się
po prostu, że mniej zarobisz. Ale ja już mam dość. Nie będę na ciebie
więcej pracował.
-?Co masz na myśli? -?Artur patrzył zdziwiony.
-?Odchodzę -?wyjaśnił Remigiusz. -?Rzucam to. Znikam. Mam to w dupie.
Pierdolę tę twoją firmę! Nie chcę już harować na twoje tłuste przelewy
kosztem życia prywatnego.
-?Posłuchaj, Remik... -?zaczął Miller, ale Stańczyk znowu mu przerwał.
-?I nie mów do mnie Remik!
Artur był kompletnie zaskoczony jego wybuchem. Nie wiedział, jak ma
zareagować.
-?Porozmawiajmy, Remigiuszu -?poprosił. -?W końcu jesteśmy od lat
przyjaciółmi. Wyjaśnijmy sobie wszystko na spokojnie.
-?Kiedyś byliśmy przyjaciółmi -?zaprotestował Stańczyk. -?Przez lata
jednak zmieniliśmy się kompletnie i poszliśmy w różne strony. Mamy inne
priorytety, nie chcę żyć jak ty. Chcę żyć inaczej. Nie chcę więcej
zakłamania.
-?Remik, uspokójmy emocje. One są złym doradcą w takich sytuacjach.
-?Nie, emocje są dobre. To dzięki tym emocjom w końcu mogę ci walić
prawdę prosto w twarz. Za długo je tłumiłem. Nie chcę dłużej udawać, że
nie wiem, co robisz z sekretarką. Nie chcę udawać, że nie wiem o twoich
wcześniejszych romansach. Nie chcę patrzeć twojej żonie w oczy i robić
dobrą minę do złej gry.
Miller poczerwieniał na twarzy. Nie wiedział, co powiedzieć, i było to
dla niego sporym zaskoczeniem. Chyba po raz pierwszy Stańczyk widział go
w takim stanie.
-?Odchodzę -?powtórzył sucho Remigiusz. -?Niech prawnik skontaktuje się
z moim prawnikiem w sprawie odkupienia udziałów. Tylko pamiętaj, ja się
nie dam wyrolować jak reszta naszych wspólników, wiem, ile firma jest
warta. Pamiętaj, że za pieprzenie sekretarki też trzeba trochę do ceny
dorzucić.
Stańczyk odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając Millera w stanie
kompletnego osłupienia. Trzasnął drzwiami, aż Ewelina podskoczyła
przestraszona. Była blada jak wosk i miała nietęgą minę. Pewnie
podsłuchiwała. Bardzo dobrze, to wiele ułatwi.
-?Remik... -?zaczęła niepewnie, lecz Remigiusz był coraz lepszy w niedopuszczaniu innych do słowa.
-?Dla ciebie Remigiusz! -?rzucił i nie czekając na jej dalsze słowa,
wyszedł na korytarz.
Przystanął na moment i odetchnął. Co teraz czuł? Oczywiście stres i wewnętrzny nerwowy dygot, jednak te negatywne uczucia przysłoniła fala
euforii. Zanim doszedł do swojego gabinetu, był już rozluźniony,
uśmiechnięty i spokojny. Do diabła, to się okazało takie proste!
Dlaczego nie zdecydował się wcześniej? Jak cholerny kretyn tyrał tu za
trzech, a i tak nikt tego nie doceniał. Dlaczego nie rzucił tej roboty
wcześniej? Wiedział dlaczego. Dla wygody i dla świętego spokoju. Znosił
wszystko i kładł uszy po sobie, bo bał się zmian. Przecież wiadomo, że
lepsze jest wrogiem dobrego. I odkładał decyzję na bliżej nieokreśloną
przyszłość. Cholerna prokrastynacja!
Po drodze zaszedł do aneksu kuchennego. Zrobił sobie kawę. Tak,
najbardziej będzie mu brakowało kawy. Tu była zawsze najlepsza.
W gabinecie spakował prywatne rzeczy do pudełka po papierze do drukarki.
Zadzwonił wewnętrzny telefon na biurku, ale nie odebrał. Potem
zadzwoniła komórka, jednak nawet nie sprawdził, kto chce z nim
rozmawiać. Nie obchodziło go to, bo już go tu mentalnie nie było.
Gdyby odszedł lata temu, założyłby własne biuro i zarabiał krocie,
pracując dużo mniej. Zmarnował kawał życia. Za błędy trzeba płacić.
Telefony dzwoniły, ktoś pukał do drzwi, a potem szarpał za klamkę.
Przezornie wcześniej przekręcił klucz w zamku. Na końcu wyciągnął z biurka kanapki, zjadł ostatnie drugie śniadanie w tym miejscu, dopił
kawę, a następnie po prostu wyszedł z laptopem w torbie na ramieniu i pudełkiem z prywatnymi drobiazgami. Zaskakujące, jak było ich mało, a do
tego nic istotnego. Najwyraźniej z tą firmą już dawno, nieświadomie,
przestał się identyfikować. W końcu dojrzał.
Nowy rok i wielkie zmiany w życiu. Przecież tego właśnie chciał.
Pustym korytarzem dotarł do drzwi wyjściowych, nikogo nie spotkawszy po
drodze. Zresztą nie chciał nikogo spotkać. Otworzył drzwi na główny
korytarz z windami i zderzył się z wysokim szpakowatym facetem w skórzanej kurtce. Musiał się zatrzymać, ponieważ mężczyzna zatarasował
mu drogę i coś pokazywał, unosząc to na wysokość jego twarzy. To była
policyjna odznaka.
-?Komisarz Dariusz Pikul. Czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek?
Policjant miał przenikliwe spojrzenie szarych oczu, kilkudniowy zarost
na twarzy, maskujący długą bliznę na policzku. Biła od niego pewność
siebie. Remigiusz pomyślał nawet przez chwilę, że nie chciałby kiedyś
stać się obiektem jego zainteresowania.
-?Miśka? -?rzucił machinalnie. -?Tak, pracuje jako asystentka zarządu.
-?Miśka? -?powtórzył policjant, unosząc brwi.
-?No... tak ją nazywamy -?zmieszał się Stańczyk.
-?Pan jest jej szefem?
-?Byłym, właśnie odchodzę w cholerę z tego domu wariatów. Czy ja też
będę panu potrzebny?
-?Nie.
-?To proszę mnie przepuścić.
Komisarz Pikul stał w drzwiach i parzył za Remigiuszem, aż ten wsiadł do
windy i drzwi się za nim zamknęły.
3
Nie powinien jeść tego gówna. Wiedział, że
duży hot dog kupiony na stacji benzynowej nie jest dobrym pomysłem, żeby
zapełnić pusty żołądek. Potem będzie miał niestrawność i nieprzyjemny
refluks. Szczególnie gdy popije to wykwintne danie kawą kupioną na tej
samej stacji. Ile razy powtarzał sobie, że musi zmienić nawyki
żywieniowe. Dużo, i co z tego? Taka robota. Wieczny pośpiech, ciągły
stres i stawianie pracy na pierwszym miejscu. Nie tylko przed życiem
prywatnym, ale też przed własnym zdrowiem. Niech to szlag trafi! No musi
coś w końcu zmienić, bo ten kwas zniszczy mu żołądek i przełyk.
Zadzwonił telefon. Chciał szybko odebrać, wykonał nieostrożny ruch i resztka kiełbaski umazana keczupem i musztardą spadła mu na spodnie i zostawiając wyraźny ślad, potoczyła mu się w kierunku krocza. Takie były
uroki jedzenia w aucie, cholera jasna! Tak długo, jak będzie jadł w pośpiechu śmieciowe żarcie, tak długo będzie to robił w aucie na
siedzeniu kierowcy. Fotel był już upstrzony kilkoma tłustymi plamami. A teraz jeszcze spodnie.
Klnąc pod nosem, włożył kiełbaskę w bułkę i odebrał.
-?Pikul, słucham?
-?Chyba coś mamy. -?Głos podkomisarza Andrzeja Fijasa, kolegi z wydziału, był pełen kiepsko tłumionych emocji.
-?No to mów, do cholery!
-?Telefonowała do nas Joanna Niedźwiadek. Coś sobie przypomniała z tamtego dnia. Musisz z nią szybko pogadać. Teraz jest w pracy.
-?Dobrze, gdzie ona pracuje?
-?Jakaś pracownia architektoniczna w Green Towers na Śrubowej.
Komisarz Dariusz Pikul odruchowo zerknął w prawo przez boczną szybę.
Zaparkował na stacji BP na skrzyżowaniu Legnickiej z Zachodnią. Rzut
beretem od Śrubowej.
-?Dobrze, będę u niej za pięć minut -?rzucił i się rozłączył.
W międzyczasie plamy na jego spodniach tylko się utrwaliły. Starannie je
czyścił, przeżuwając resztkę hot doga. Potem przyjrzał się z uwagą
efektom swoich wysiłków. Nie było najgorzej. Najważniejsze, że nie
sprawiał wrażenia osoby cierpiącej na syndrom nietrzymania moczu. Dopił
resztkę kawy i rzucił tekturowy kubek na podłogę przed fotelem pasażera,
w stertę innych śmieci. Jak się nazywa samochód, w którym nie trzeba
nigdy wymieniać oleju, sprzątać, jeździć na myjnię, tankować za swoje,
dolewać płynu do spryskiwacza i martwić się wysokimi krawężnikami?
Służbowy. Policjant tak właśnie traktował to auto.
Nienawidził odwiedzać wybudowanych niedawno biurowców, szczególnie tych
usytuowanych niedaleko centrum. Nie było gdzie zaparkować. Niektóre nie
miały podziemnych parkingów dla gości, tylko ograniczoną liczbę miejsc
dla najemców i ich pracowników. I jedynie przed autami mającymi
odpowiedni status otwierały się szlabany. Dlatego komisarz Dariusz Pikul
nawet nie zbliżył się do szlabanu. Zaparkował na chodniku. Wyłożył na
dach niebieskiego koguta, żeby żadnym miejskim służbom nie przyszło
czasem do głowy wlepić mu mandat za nieprawidłowe parkowanie.
Dłużej niż dojazd na miejsce zajęło mu znalezienie odpowiedniej firmy.
Kiedy wreszcie wysiadł z windy na przedostatnim piętrze biurowca i stanął przed drzwiami, te otworzyły się gwałtownie i omal nie zderzył
się z facetem trzymającym przed sobą pudełko po papierze do drukarki.
Pokazał mu odznakę w wyciągniętej dłoni.
-?Komisarz Dariusz Pikul. Czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek?
Policjant uważnie przyjrzał się facetowi w niebieskiej koszuli i marynarce. Pieprzony krawaciarz, który pewnie napchał kabzę kosztem
pracowników zarabiających grosze. Nienawidził takich cwaniaczków, w swojej karierze gliniarza spotykał takich na pęczki i gnębił ich, jak
tylko mógł. Nawet pomyślał, że dobrze by było dojechać takiego na
przesłuchaniu, i żałował, bo prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji
było znikome.
-?Miśka? -?Krawaciarz wyglądał tak, jakby na dłuższą chwilę przestał
rozumieć ojczystą mowę. -?Tak, pracuje jako asystentka zarządu.
-?Miśka? -?Pikul uniósł brwi.
-?No... tak ją nazywamy -?zmieszał się tamten.
-?Pan jest jej szefem?
-?Byłem, właśnie odchodzę w cholerę z tego domu wariatów. Czy ja też
będę panu potrzebny?
-?Nie.
-?To proszę mnie przepuścić.
Komisarz Pikul stał w drzwiach i patrzył za facetem. Z trudem zapanował
nad cisnącym mu się na usta uśmiechem. Czyli nowobogaccy właściciele
wysoko dochodowych spółek też czasem lądują na bruku. To była dla niego
bardzo miła wiadomość.
Zamknął za sobą drzwi z nazwą firmy, Dom-In, i znalazł się w sekretariacie. Rzeczywiście sytuacja wyglądała na niestandardową i musiał narobić niezłego rabanu, zanim zjawiła się sekretarka z rozbieganym spojrzeniem i zaczerwienionymi policzkami. Był już nieźle
wkurzony, kiedy wreszcie doczekał się rozmowy sam na sam z "Miśką", jak
w duchu zaczął nazywać świadka.
Siedzieli przy długim stole w pomieszczeniu, które mogło być salą
konferencyjną. Naprzeciw siebie komisarz widział smutną i chyba trochę
przestraszoną blondynkę w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Spotkał ją
po raz pierwszy, wcześniej rozmawiali z nią jego koledzy z wydziału.
Była najważniejszym świadkiem w prowadzonym w jego wydziale śledztwie.
To ona ostatni raz widziała zaginioną kobietę.
Pikul nie należał do policjantów obdarzonych przesadną empatią.
Zastanawiał się nawet, czy po tylu latach ścigania zabójców i najgorszych popaprańców ma jeszcze w sobie coś takiego jak empatia. Bo
przecież ta ludzka cecha znika w tym zawodzie jako pierwsza. Nie można
wiele lat oglądać, dotykać, wąchać trupów i pozostać wrażliwym. Zauważył
jednak, że ludzie oczekują od niego zrozumienia i współczucia, więc
doskonale nauczył się udawać, kiedy mogło to przynieść wymierne korzyści
dla śledztwa. Teraz przybrał zatroskaną postawę starszego brata,
reagującego na tragedię, którą przeżyła siostra.
-?Pani była ostatnią osobą, która widziała Katarzynę Jaworską -?zaczął
głosem telewizyjnego prezentera, z sympatycznym uśmiechem na ustach.
Podziałało. "Miśka" trochę się rozluźniła.
-?Tak -?przyznała cicho.
-?Może mi pani opowiedzieć jeszcze raz, w jakich okolicznościach to
nastąpiło?
-?Umówiłyśmy się na spacer w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Do
Kasi, jak co roku, zjechała się rodzina, ale jak to bywa w rodzinie, nie
ze wszystkimi dobrze żyła. Drugiego dnia świąt miała już wszystkiego
dość i umówiła się ze mną na spacer w parku Szczytnickim.
-?To było dwudziestego szóstego grudnia zeszłego roku? -?wtrącił nagle
Pikul, niby bez sensu, ale Joanna nie dała się wybić z rytmu.
-?Tak, około czternastej.
-?Proszę mówić dalej.
-?Kaśka już na mnie czekała przy takim jeziorku na rogu parku od strony
ulicy Dembowskiego. Przyszłam z psem, pogoda była nieciekawa, ale
pochodziłyśmy z godzinkę i humor jej się poprawił. Pożegnałam ją w tym
samym miejscu i poszłam do domu. Ale teraz... -?Wyraźnie się zawahała.
-?Tak? -?Dariusz uniósł brwi.
-?Poprzednio mówiłam, że nie zauważyłam wtedy nic niezwykłego, ale teraz
sobie przypomniałam. Widziałam ciemny samochód.
-?Proszę mi wszystko na spokojnie opowiedzieć.
Joanna Niedźwiadek wciągnęła głęboko powietrze do płuc i zaraz je
wypuściła.
-?Pierwszy raz mijał mnie, gdy wchodziłam do parku na spotkanie z Kaśką.
Właśnie koło czternastej. Kiedy spacerowałyśmy, to samo auto było
zaparkowane za boiskiem do piłki nożnej obok. Zwróciłam na nie uwagę, bo
nikt tam nigdy nie parkuje. Tam chyba nie wolno parkować.
-?Od strony alei Wielkiej Wyspy? -?dopytał policjant.
-?Tak. Ale kiedy wracałyśmy, tego samochodu już nie było -?mówiła dalej,
a na jej twarz powoli wychodził rumieniec. -?Minął mnie znowu, kiedy
wracałam Dembowskiego do domu. Pojechał w kierunku Tramwajowej, czyli
tam, dokąd poszła Kaśka.
-?Rozumiem. Jakiego koloru było to auto?
-?Ciemne -?kobieta zmieszała się i rumieniec stał się wyraźniejszy.
-?Czarne czy granatowe?
-?Czarne.
Pikul przeklął w myślach, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił.
-?Jakiej było marki? -?dopytywał.
-?Nie wiem, ja się nie znam na samochodach. Na pewno nie był nowy. Miał
z... -?Zawahała się. -?Piętnaście albo dwadzieścia lat. Teraz już takie
nie jeżdżą. Był duży, większy niż wiele innych aut.
-?Okej. -?Komisarz odruchowo podrapał się po bliźnie na lewym policzku.
Joanna Niedźwiadek przez całą rozmowę popatrzyła na niego tylko raz.
Teraz wpatrywała się w blat stołu. To pewnie przez jego sfatygowane
prawe ucho, to była częsta reakcja osób, które widziały go po raz
pierwszy. No i jeszcze blizna na policzku. Może powinien tu przyjechać
ktoś inny?
-?Może to był mercedes? -?zapytał. -?Takie okularniki kiedyś jeździły,
pamięta pani?
-?Tak, to mógł być taki mercedes -?przyznała zaraz.
-?A może audi? To zawsze były duże samochody.
-?Może audi -?zgodziła się po chwili.
-?A pamięta pani opla omegę kombi? -?pytał dalej. -?Takie wielkie auto.
-?To chyba nie był kombi. -?Drugi raz podniosła na niego wzrok i natychmiast go spuściła.
Komisarz Dariusz Pikul westchnął. Nie było sensu dalej jej stresować.
-?Pani Asiu. -?Celowo zaczął skracać dystans między nimi. -?Przyjedzie
do pani policjant z katalogiem zdjęć starszych modeli samochodów.
Popracuje pani z nim? Może coś się uda ustalić. Ma przyjechać tu czy
może do pani do domu?
-?Raczej do domu -?odpowiedziała z ulgą, że kończą rozmowę. -?Tutaj
dzisiaj jakieś piekło się rozpętało. Szefowie się pokłócili i jeden
odszedł.
Pikul pokiwał ze zrozumieniem głową.
4
Zadzwonił do podkomisarza Fijasa, kiedy już
wsiadł do samochodu zaparkowanego na chodniku.
-?Wierzę jej -?relacjonował rozmowę. -?Tylko mamy problem, bo ona nie ma
pojęcia, jakie to było auto. Jakieś było, ale wiesz, jak to kobieta, na
samochodach się nie zna.
-?To co robimy?
-?Wyślij wieczorem do niej do domu naszego grafika z katalogiem starych
aut. Może do czegoś dojdą.
-?W porządku. A ty co teraz masz w planach?
-?Jadę do jasnowidza, a potem do domu, bo sobie spodnie upierdoliłem
keczupem.
-?Do jasnowidza! -?prychnął Fijas. -?Znasz ten dowcip o jasnowidzu?
-?Pewnie znam, ale opowiadaj.
-?Facet puka do drzwi jasnowidza i słyszy pytanie: Kto tam? Po czym
odwraca się i odchodzi, mamrocząc pod nosem: Na cholerę mi taki
jasnowidz?
-?Taaa... -?Pikul nawet się nie uśmiechnął. -?Mam podobne zdanie, ale
polecenie szefa to rozkaz.
-?A głupiego szefa? -?wpadł mu w słowo Andrzej.
-?Też rozkaz, co najwyżej głupi. Idziesz wieczorem na drinka?
-?Stary, dzisiaj jest poniedziałek! -?wykrzyknął Fijas. -?Żona by mi
zrobiła eksmisję z domu.
-?Po co ci taka żona?
-?Weź się odwal, dobrze? Cwaniaczek kawaler się znalazł. Zapytaj lepiej
tego jasnowidza, czy jeszcze jakaś kobieta na ciebie spojrzy, zanim
sobie nie przyszyjesz ucha i nie zoperujesz blizny na facjacie.
-?Dobra już -?przerwał Pikul. -?Przejrzyjcie jeszcze raz zapisy z kamer
monitoringu miejskiego na skrzyżowaniu alei Wielkiej Wyspy z Dembowskiego. Jeśli ten samochód się tam dłużej kręcił, może sami go
rozpoznamy.
-?Dobrze, na razie!
Podkomisarz Fijas się rozłączył, a Dariusz uruchomił silnik w aucie.
Naprawdę jechał do jasnowidza. Jacek Markowski niegdyś był księdzem, a teraz można go było nazwać ekscentrykiem. Prowadził w Śródmieściu
gabinet, który sam nazywał Gabinetem Przepowiadania Przyszłości i Jasnowidzenia. Kantował w nim naiwnych klientów na niezłą kasę, ale nic
mu nie można było zrobić. Interes był w pełni legalny, przewaga klientów
zadowolonych nad rozczarowanymi, opłaty w dowolnej wysokości tylko w przypadku dobrych przepowiedni i trafnych jasnowidzeń, zero skarg. No i od pewnego czasu regularna współpraca z policją, głównie w sprawach o zaginięcie. Zupełnie za darmo i z sukcesami. Chociaż Dariusz uważał, że
facet był po prostu genialnym manipulantem i tak sprawnie nawijał
klientom makaron na uszy, iż w końcu zaczynali wierzyć we wszystko, co
im mówił. Markowski miał doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze nosił
sutannę. W tym zawodzie sztukę manipulacji można było rozwinąć do
poziomu arcymistrzowskiego. Takie przynajmniej było zdanie komisarza
Dariusza Pikula.
Wspinał się teraz po skrzypiących schodach na drugie piętro starej
kamienicy w małej uliczce odchodzącej w bok od Wyszyńskiego. Stanął
przed masywnymi drewnianymi drzwiami bez żadnych oznaczeń i zadzwonił.
Ten biznes wymagał spokoju i dyskrecji, dlatego nie było żadnych reklam
ani tabliczek z godzinami przyjęć. Kto miał tu trafić, ten zazwyczaj
trafiał bez problemów.
Pikul nagle pomyślał, że jak usłyszy pytanie "Kto tam?", to odwraca się
na pięcie i odchodzi. Dopiero teraz dowcip Fijasa go rozbawił i aż
parsknął śmiechem. Na szczęście pytanie nie padło, w przeciwnym razie
udusiłby się ze śmiechu. Kiedy drzwi się uchyliły, wciąż miał rogala na
twarzy. Z trudem przywołał na swoje sfatygowane oblicze pozory powagi.
Jasnowidz był mężczyzną zaskakująco niskim. Miał może metr sześćdziesiąt
wzrostu, był łysy, miał pomarszczoną twarz starego człowieka, ale trudno
było określić jego wiek. Równie dobrze mógł mieć sześćdziesiąt, jak i osiemdziesiąt lat. Ubrany był w dres jak Ferdynand Kiepski, w kąciku ust
tkwił palący się papieros w szklanej lufce, która przybrała kolor
ciemnobrązowy od osiadających w niej substancji smolistych.
-?Czekałem na ciebie -?rzucił Markowski, odwrócił się na pięcie i pomaszerował do pokoju za kotarą.
Dariuszowi uśmiech zszedł z twarzy. Spodziewał się. Jasnowidz -?niech go
szlag trafi, myślałby kto. On nie wierzył w takie bajki, ale rozumiał
swojego szefa. Musiał wykonać działania wyprzedzające, informując opinię
publiczną o udziale w poszukiwaniach jasnowidza, zanim pojawi się stu
innych samozwańczych jasnowidzów, wskazujących sto różnych miejsc, gdzie
może znajdować się teraz Katarzyna Jaworska. A każde trzeba by było
sprawdzić.
Nie cierpiał papierosów, a w mieszkaniu jasnowidza można było siekierę
powiesić. Aż poczuł łzawienie oczu. Po drodze zajrzał do kuchni. W zlewie piętrzyła się góra brudnych naczyń, a na kuchence gazowej,
osmalonej i czarnej, jakby niedawno znajdowała się w epicentrum pożaru,
stał stary żeliwny czajnik z charakterystycznym, fantazyjnie zawiniętym
dzióbkiem. Coś takiego można było teraz kupić tylko na targu staroci.
Nie ociągając się dłużej, wszedł do gabinetu Markowskiego. Były ksiądz
siedział wygodnie w fotelu, palił nowego papierosa. Przed nim stał mały
stolik z porysowaną politurą, a na nim leżały paczka fajek, zapalniczka
i popielniczka. Żadnej szklanej kuli. Najwyraźniej jasnowidz stosował
bardziej nowoczesne metody przepowiadania przyszłości. Wskazał
policjantowi niewygodny stołek po drugiej stronie stolika, poczekał, aż
Pikul się do niego dopasuje, i zapytał:
-?Porwano ją z parku, tak?
Komisarz potwierdził.
-?Była z koleżanką, prawda?
Dariusz się zawahał. Ten fakt nie był podany do publicznej wiadomości.
Może naczelnik mu powiedział, kiedy umawiał spotkanie? Niechętnie
potwierdził.
-?No to daj mi wreszcie jej zdjęcie -?zniecierpliwił się Markowski.
Pikul sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął z niej złożony na
czworo kolorowy skan fotografii z dowodu osobistego Jaworskiej.
Przesunął go po blacie w kierunku jasnowidza. Stary zaciągnął się
papierosem, przymknął oczy, a kiedy je otworzył, spojrzał zirytowany na
Dariusza.
-?A co ty tu jeszcze robisz? Możesz już iść. Odezwę się, jak będę miał
wizję.
Pikul już widział, jak po jego wyjściu hochsztapler odpala komputer, w wyszukiwarce wpisuje nazwisko zaginionej i czyta wszystkie artykuły,
które mu się wyświetlą, a potem zastanawia się, jaki bajer wcisnąć
śledczym. Odezwał się w nim wieczny oportunista.
-?Może chociaż kilka słów w ramach dobrej współpracy -?powiedział, nie
ruszając się z miejsca.
Nie mógł się przy tym powstrzymać od kpiącego uśmiechu. Jasnowidz musiał
być przyzwyczajony do takich demonstracji sceptycyzmu, bo nie drgnął mu
nawet jeden mięsień na pomarszczonej twarzy. Zaciągnął się głęboko
papierosem, przymknął oczy i wypuścił dym ku górze, odchylając przy tym
głowę. Potem nagle nachylił się nad stolikiem i dotknął zdjęcia, nie
rozkładając go i nie patrząc.
Milczał, więc policjant też nic nie mówił, tylko czekał. Najlepiej na
coś, co skompromituje fałszywego przepowiadacza przyszłości, podobno
widzącego rzeczy dla innych niewidzialne. Markowski tymczasem wypalił
papierosa do końca i ze stoickim spokojem sięgnął do paczki po
następnego. Kiedy wkładał go do lufki, nagle przemówił:
-?Ona jest teraz w ciemnym miejscu, jest jej zimno i jest przerażona.
Dariusz omal nie prychnął pogardliwie. Takie wizje to on już miał
wielokrotnie w ciągu dwóch tygodni poszukiwań, choć jasnowidzem nie był.
-?Czy to piwnica? -?zapytał, z trudem nad sobą panując.
-?Tak, ale nie taka zwykła piwnica. -?Jasnowidz znowu przymknął oczy.
No pewnie -?pomyślał komisarz. -?Kto by trzymał porwaną kobietę w zwykłej piwnicy?
-?To może nie być piwnica -?mówił tymczasem Markowski, dzwoniąc szklaną
lufką o pożółkłe zęby. -?To pomieszczenie jest czyste, nie ma w nim
wilgoci, to może być garaż. Ale nie! Czuję, że jest pod powierzchnią
ziemi, więc to może być jednak piwnica.
-?Rewelacja -?burknął. -?Może chociaż jakiś kierunek?
Markowski sięgnął po zdjęcie, jakby nie słyszał jego pytania, i dopiero
teraz na nie spojrzał. Jego brwi się zetknęły, a ręka z papierosem
zaczęła nieznacznie podrygiwać.
-?Ona żyje, ale... -?Zamilkł, jakby głos uwiązł mu w gardle. -?Jest bardzo
słaba i... Tak, widzę to wyraźnie. Ona wkrótce umrze. Może nawet jeszcze
tej nocy.
Cholerny mistrz manipulacji i socjotechniki. Powiedział to w taki
sposób, że policjant mimowolnie poczuł na plecach delikatny dreszcz
niepokoju. Zacisnął szczęki zły na siebie za tę reakcję. Był też zły na
Markowskiego. Nie wierzył w jego zdolności, a mówienie czegoś takiego
było podłe i brutalne. Nic jednak nie powiedział. Wstał i skierował się
do wyjścia.
Markowski poszedł za nim w chmurze tytoniowego dymu. Pikul czuł, że
zdążył przesiąknąć tym smrodem i teraz dokądkolwiek pójdzie, będzie
śmierdział papierochami.
-?Poczekaj chwilę! -?Jasnowidz zatrzymał go w drzwiach.
Dariusz przewrócił oczami. Starzec miał dziwny wyraz na twarzy, jakby
stał teraz przed nim, a równocześnie widział rzeczy oddalone o setki
kilometrów.
-?Ona jest bardzo blisko -?powiedział.
-?Jak blisko?
-?Tego nie wiem -?żachnął się Markowski. -?Mam na myśli, że ona jest
blisko ciebie.
-?Prowadzę śledztwo w sprawie jej zaginięcia, to chyba normalne?
-?Nie o to mi chodzi! Ona jest blisko ciebie, ale tak... inaczej blisko. W innym sensie niż że gdzieś obok. Ona jest blisko inaczej.
Policjant westchnął i pokiwał tylko głową. Blisko inaczej, tak samo jak
ten naciągacz był jasnowidzem inaczej. Nic głupszego nie można było
wymyślić. Szczególnie żeby oszukać takiego starego policyjnego wyjadacza
jak on.
-?No dobra, zadzwoń do mojego szefa, jeśli zobaczysz coś wyraźniej -
powiedział szorstko i uścisnął staremu dłoń na pożegnanie.
Jasnowidz drgnął gwałtownie i przytrzymał jego rękę. Teraz patrzył na
Darka szeroko otwartymi oczami. W jego oczach błyszczało przerażenie.
-?Widziałem coś!
-?Co widziałeś? -?Pikul bezskutecznie starał się wyswobodzić dłoń z jego
uścisku.
Palce jasnowidza zmieniły się w imadło.
-?Widziałem dwa pistolety. To były bardzo złe pistolety, wokoło pełno
było złych słów niosących złe emocje. Te pistolety były wycelowane w ciebie.
-?Jezu, co to za bzdury? -?Komisarz wreszcie nie wytrzymał.
-?To nie bzdury! -?zapewnił stary. -?Uważaj na siebie. To jeszcze nie
teraz, jeszcze długo, ale uważaj na siebie.
Pikul wreszcie wyszarpnął dłoń, bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi i zbiegł po schodach, jakby ostatnie słowa jasnowidza go goniły. Kiedy
wyszedł i w twarz uderzył go porywisty wiatr, poczuł ulgę i odetchnął
głęboko. Cholerny stary iluzjonista! Nawet nie zauważył, kiedy stał się
obiektem manipulacji. Markowski rozegrał go, jak chciał. Teraz już
rozumiał, dlaczego ludzie mu płacą i jeszcze dziękują.
Poszedł w kierunku samochodu, lecz ciągle nie mógł pozbyć się męczącego
niepokoju.
5
Na Alberta Tureckiego zawsze mógł liczyć.
Wystarczyło zadzwonić i przyjaciel zjawiał się we wskazanym miejscu, i nawet się za bardzo nie spóźniał. Znali się od piaskownicy, razem
chodzili do przedszkola, potem siedzieli w jednej ławce w podstawówce,
razem poszli do liceum i dopiero po maturze ich drogi się rozeszły.
Darek został policjantem, Albert zaś postanowił zostać psychologiem.
Potem okazało się, że odkrył w sobie pasję do nauki. Równocześnie
skończył historię i filozofię. Potem był jeszcze na kilku kierunkach,
ale Pikul już tego nie śledził. Nauczył się też kilku języków, podczas
gdy Darek z trudem opanował angielski w stopniu podstawowym i podwórkową
łacinę w stopniu wybitnym. Ale w tym języku przecież policjanci
specjalizowali się przez lata.
No cóż, najwidoczniej Albert pokrywał swoje deficyty nauką, a potem
pracą naukową. Bo to, że miał jakieś deficyty, było dla Darka jasne już
od dawna. Jego przyjaciel nigdy nie związał się na dłużej z kobietą, nie
był też gejem, o co go kiedyś podejrzewano, ciągle mieszkał z matką,
którą się opiekował. I chyba problem polegał na tym, że matka nim
rządziła, była zazdrosna i tak go wysterowała, że teraz zajmował się
tylko nią. Nie pomyślała, że nie będzie żyć wiecznie i kiedy jej
zabraknie, Albertowi będzie trudno na nowo poukładać sobie życie. To był
zdecydowanie toksyczny związek.
Swoją drogą, jak Turecki dał się jej tak omamić? Był przecież nadzwyczaj
inteligentny, obronił doktorat z psychologii, wykładał na uczelni,
musiał wiedzieć, w czym tkwi. A może nie wiedział? Może jak siedzisz w gównie po uszy, to już nawet nie czujesz smrodu i wydaje ci się, że tak
właśnie wygląda świat i wszystko jest pod kontrolą. Od pewnego czasu
Pikul już nawet nie poruszał tego tematu. Szkoda mu było starego druha,
ale nie mógł wpłynąć na jego życie.
Albert Turecki jak zwykle wszedł do baru rozkołysanym krokiem z szerokim
uśmiechem na twarzy i z lekko wzburzoną fryzurą na głowie. Jakby jego
czarne włosy były świeżo potargane przez wiatr. Tylko że zawsze tak
wyglądały. Albert twierdził, że z taką fryzurą bardziej podoba się
kobietom. Gdzie jednak były te kobiety, nie wiadomo.
Uścisnęli sobie mocno dłonie i Albert zaraz skierował się w kierunku
baru.
-?Pamiętam, dzisiaj moja kolej! -?krzyknął do Darka, a głos przebił się
przez gitarowy blues sączący się z głośników.
Po chwili wrócił z butelką Jamesona, kubełkiem lodu i dwoma szklankami.
Nalał do szklanek, wrzucił po kilka kostek lodu, po czym obaj odczekali,
aż na szkle zbierze się rosa, co oznaczało, że trunek nabrał
odpowiedniej temperatury, i napili się. To był ich taki niepisany
rytuał.
-?Dlaczego jesteś taki struty? -?Albert jak zwykle tryskał dobrym
humorem.
-?Nie możemy znaleźć tej kobiety.
-?Rozumiem, to musi być frustrujące.
-?A żebyś wiedział. Na dodatek dzisiaj zamiast na rozpytanie nowych
świadków wysłali mnie do jasnowidza.
-?Do kogo? -?Albert wytrzeszczył na niego oczy.
-?Nie wiesz, kto to jasnowidz?
-?No wiem, ale mimo że zrobiłem też doktorat z filozofii, jestem
racjonalistą. Może nawet przez ten doktorat jestem racjonalistą?
Myślałem, że policja też działa racjonalnie.
-?Teoretycznie tak. -?Policjant wzruszył ramionami. -?Czasem jednak,
kiedy wszystkie metody zawiodą, trzeba poprosić o pomoc władców sił
nadprzyrodzonych.
Albert pokiwał głową i nalał im kolejną porcję alkoholu.
-?Rozumiem sens takiego działania, chociaż jako człowiek twardo
stąpający po ziemi, ateista i sceptyk -?nie pochwalam.
-?Ja też uważam, że ten cały Markowski to szarlatan.
-?To ten słynny jasnowidz, który cały czas przepowiada w mediach koniec
świata, upadek Ameryki i wojnę światową? -?zapytał Turecki.
-?Ten sam -?potwierdził Dariusz. -?Tylko teraz tak mnie zmanipulował, że
nie mogę się otrząsnąć.
-?O rany! Co takiego powiedział?
Dariusz zakręcił kostkami lodu w szklance. Ciągle jeszcze czuł zapach
papierosów, którym przesiąkły mu ubranie i włosy.
-?Powiedział, że ta porwana kobieta jest blisko mnie -?odpowiedział po
chwili.
Albert spoważniał i patrzył na niego badawczo.
-?Jak to, blisko ciebie? -?zapytał po pauzie.
-?Nie w sensie, że blisko mnie fizycznie. Raczej chodziło mu o to, że
jestem blisko jej znalezienia. Tak myślę.
-?Rozumiem. -?Przyjaciel skinął poważnie głową.
-?A później powiedział coś jeszcze, czego nie mogę pozbyć się z głowy.
Że ona niedługo umrze. Może nawet tej nocy.
Albert znieruchomiał, nagle zapatrzony w swoją szklankę. Jakby odpłynął
myślami gdzieś daleko.
-?Wiesz, jak to jest w takich sytuacjach -?mówił tymczasem Darek. -?Nie
wierzę skurwysynowi jak psu, ale mam też poczucie winy. Ja tu siedzę, a gdzieś tam niewinna dziewczyna może naprawdę umiera. Jestem bezsilny.
Nie wiem, co mam zrobić, żeby jej pomóc.
Turecki nagle się ocknął z zamyślenia.
-?To tylko słowa szarlatana, nie powinieneś ich brać do siebie. Jak on
powiedział? Że ona może umrzeć tej nocy?
-?Tak go zrozumiałem -?przyznał Pikul.
-?Bzdury, przestań o tym myśleć. -?Albert machnął ręką. -?To najlepsza
droga do tego, żeby sobie zafundować traumy i obsesje.
Stuknęli się, wychylili po łyku i tym razem Dariusz się zamyślił.
-?No właśnie -?powiedział po chwili. -?Jeżdżę po jasnowidzach, zamiast
skupić się na raporcie policyjnego psychologa albo pogadać z innym
specjalistą psychologiem. Wolałbym poradzić się w tej sprawie ciebie niż
oszustów.
-?To się poradź. -?Oczy Alberta błysnęły w podnieceniu. -?Ja tu jestem
obecny i bardzo zainteresowany.
-?Przecież nie mogę, obowiązuje mnie tajemnica śledztwa.
-?Kurwa, Darek! Komu możesz bardziej zaufać niż mnie? -?Albert spojrzał
mu w oczy. -?Znamy się od oseska, zawsze razem, na dobre i na złe.
Wiesz, że u mnie jak kamień w wodę. Pytaj, pomogę, jak umiem, a czasem
takie spojrzenie z zewnątrz może być kluczowe.
-?Jak to się wyda, to wywalą mnie z firmy. Tylko czekają na pretekst,
żeby dać mi dyscyplinarkę.
-?Nic się nie wyda, nikt cię nie wywali. Nie uprawiaj czarnowidztwa jak
moja matka, tylko pytaj jak prawdziwy facet. -?Albert Turecki odstawił
drinka i chcąc podkreślić swoją gotowość, odchylił się na krześle.
Dariusz rozejrzał się po lokalu. W salce obok czterech gości grało w bilard, dwóch stało przy barze, ale zbyt daleko, żeby mogli coś
usłyszeć. Zdecydował się.
-?Dobrze, Albert. Tylko nie chcę, żebyś gadał do mnie okrągłymi zdaniami
i utartymi frazesami. To mam w naszych wewnętrznych raportach. Ja
chciałbym puścić wodze fantazji i zastanowić się, co by było, gdyby
sprawdziły się moje najgorsze przypuszczenia.
-?W porządku. -?Przyjaciel spojrzał na niego niepewnie.
-?Katarzyna Jaworska zaginęła z okolicy parku na Dembowskiego drugiego
dnia świąt Bożego Narodzenia między godziną piętnastą a szesnastą. Była
na spacerze z koleżanką i potem rozpłynęła się w powietrzu. Jej telefon
zniknął z sieci, nie płaciła kartami kredytowymi, nie logowała się do
mediów społecznościowych ani na maila. Nikt jej nie widział. Nie miała
problemów w życiu, nie miała faceta, raczej więc to nie była chęć
ucieczki przed światem i rozpoczęcia nowego życia gdzie indziej. Po
prawie dwóch tygodniach od zaginięcia mamy właściwie tylko dwie teorie:
została uprowadzona i jest gdzieś przetrzymywana albo została
zamordowana, a ciało zostało ukryte.
-?Na jakie pytanie mam odpowiedzieć? -?zapytał Albert i zaraz dodał: -
Oczywiście puszczamy wodze wyobraźni.
-?Poczekaj, jeszcze jedna ważna informacja. Dzisiaj znaleźliśmy nowy
trop. Być może Jaworska była obserwowana z samochodu, jeszcze w trakcie
spaceru, może wcześniej. Potem mogła do tego auta wsiąść dobrowolnie
albo została do tego zmuszona przemocą. Pomóż mi określić profil
psychologiczny potencjalnego porywacza. Dlaczego to zrobił i przede
wszystkim co zrobił z dziewczyną. Rozmawiałem z policyjnym psychologiem,
ale on zasłania się brakiem danych i nie formułuje żadnych wniosków.
Albert rozlał im kolejną dawkę alkoholu, sobie lejąc wyraźnie mniej.
Potem zmierzwił dłonią włosy sterczące na wszystkie strony.
-?Rzeczywiście, danych jest niewiele -?przyznał. -?Zarysuj problem.
-?Interesuje mnie wstępne modus operandi sprawcy. Kto i po co porwał
Katarzynę Jaworską?
-?Była ładna? -?Albert uniósł wyżej brwi.
-?Bardzo ładna, sam byś się za nią obejrzał na ulicy. Miała dwadzieścia
osiem lat.
-?Jak jej się wiodło w życiu?
Teraz Dariusz wzruszył ramionami.
-?Wydaje mi się, że nie była szczęśliwa, jeśli o to pytasz. Kilka razy
zmieniała pracę, nie miała faceta na stałe, z rodziną utrzymywała
kontakty wyłącznie w święta, miała tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę. Z facetami też jej nie szło. Pakowała się w związki z dziwnymi typami.
Jeden z nich był nawet przemocowcem i szybko się z nim pożegnała. To
ważne?
Turecki stuknął swoją szklanką w szklankę Darka. Pociągnęli spory łyk i Albert się skrzywił.
-?Mówisz, że mogła być obserwowana na chwilę przed zaginięciem. A jeśli
była obserwowana dużo wcześniej? -?zapytał.
-?Możliwe, ale nie mamy na to dowodów -?przyznał policjant.
-?Ktoś, kto w życiu reprezentuje postawę zwaną w psychologii syndromem
ofiary, jest łatwym celem dla ludzkich drapieżników. Oni potrafią to
wyczuć i w ten sposób wyszukują potencjalne ofiary z tłumu. Tak samo jak
w dzikiej przyrodzie. Celem ataków drapieżnych zwierząt są zazwyczaj
osobniki osłabione, nie w pełni sprawne albo niedojrzałe.
-?Sugerujesz, że mamy do czynienia z zabójcą, który szukał ofiary?
-?Nie wiem. -?Albert wzruszył ramionami. -?Puszczamy wodze wyobraźni.
-?Dobrze, mów dalej.
-?Jeśli to nie była zemsta, to Jaworska padła ofiarą ludzkiego
drapieżnika. Po co ją porwał? Może chciał ją zgwałcić, zrobić z niej
swoją niewolnicę i teraz przetrzymuje ją gdzieś w ukryciu. A może po
prostu chciał zabić. W obu przypadkach mówimy o osobniku mocno
zaburzonym.
Pikul odchylił się na krześle ze szklaneczką w dłoni.
-?Widzę, że masz już swoją teorię. -?Uśmiechnął się do przyjaciela. -
Chętnie posłucham.
Turecki też uśmiechnął się pod nosem i skrzyżował ręce na piersiach.
-?Szacuję prawdopodobieństwo na siedemdziesiąt pięć procent -?powiedział
z pewnością graniczącą z bezczelnością.
-?Grubo jedziesz -?przyznał Dariusz. -?No to słucham. Jeśli twoja teoria
sprawdzi się chociaż w pięćdziesięciu procentach, funduję whisky w tym
barze do końca roku. A jeśli nie, to ty stawiasz.
-?To mi się podoba. -?Albert się rozpromienił. -?To słuchaj. Sprawca
jest z gatunku tych zorganizowanych i mobilnych. Długo szukał ofiary,
długo ją obserwował i opracowywał dokładny plan w kilku wariantach.
Niczego nie zostawił przypadkowi. Dlatego teraz nie macie żadnych
śladów. Był zbyt ostrożny. Powiedziałem, że był mobilny, więc mógł
wywieźć ofiarę daleko za miasto.
Turecki zamilkł na moment i ponownie przeczesał dłonią włosy.
-?Albo nie! -?zmienił zadnie. -?Nie wyjechał z nią z miasta. Skoro ją
długo obserwował, musi być z Wrocławia. Może mieszka na obrzeżach, ale
raczej w miejscu, gdzie jest wiele jednakowych domów, nierzucających się
w oczy. Nie musi tam mieszkać na stałe, może wynajmować. Porwał ją po
to, żeby zabić. On od lat nienawidzi kobiet i nagle wpadł na pomysł, że
chce spróbować, jak to jest zabić. Być może to go bardzo podnieca, więc
porwał ładną kobietę, żeby podnieta była większa. Może stała się też
ofiarą jego napaści seksualnej. Ale raczej chce zabić. Może też ją
wykorzystać i zabić. Tak, to możliwe.
-?Robił to wcześniej? -?zapytał Darek zapatrzony w szereg kolorowych
butelek nad barem.
-?Raczej nie -?odrzekł od razu Albert.
-?Dlaczego?
-?Takie osobowości przy każdym kolejnym razie stają się coraz mniej
ostrożne. Rośnie w nich przekonanie, że są nie do złapania. Ten nadal
jest ekstremalnie ostrożny.
-?Dobrze, a dlaczego chciał zabić?
-?Nienawidzi kobiet. Stawiam na to, że w dzieciństwie doznał wielkich
krzywd od matki, albo sióstr, albo od babki. Może być sierotą wychowanym
przez dalszą rodzinę albo w domu dziecka. Może jednak chodzi o babkę. To
mogła być przemoc fizyczna, seksualna, psychiczna albo wychowanie w ortodoksyjnej wierze z rozbudowanym systemem kar. Może był karany za
swoją seksualność i oglądanie się za dziewczynkami.
Pikul był starym gliniarzem, który niejedno już widział, lecz mimo to
odruchowo się wzdrygnął.
-?Stworzyłeś potwora -?jęknął.
-?Mogłem fantazjować, prawda? -?Albert się zaśmiał. -?Takie zasady
ustaliliśmy.
Policjant znowu się zamyślił, tym razem utkwiwszy wzrok w suficie. Jego
przyjaciel był cholernie inteligentny i spostrzegawczy. Czasem zdarzało
mu się odpowiadać, zanim zostało dobrze sformułowane pytanie. Jego wizja
sprawcy może i była szalona, ale na pewno nie brakowało jej logiki i dużej dozy prawdopodobieństwa.
-?Mógł się wyrwać z sekty? -?zapytał poważnie.
-?Tak! -?Albert podskoczył jak dziecko. Najwyraźniej ta zabawa wyjątkowo
mu się spodobała. -?Być może ciągle jest w sekcie i to jest jego wentyl
bezpieczeństwa dla wyładowania nagromadzonych przez lata złych emocji.
Zastanowił się, łyknął whisky i nagle zmienił zdanie.
-?Albo nie! Gdyby wciąż należał do sekty, nadal krępowałyby go zakazy i nakazy. Nigdy by się nie zdecydował na ich złamanie, w obawie przed
karą. Jeśli był w sekcie, to już w niej nie jest.
-?Musimy to sprawdzić -?powiedział do siebie komisarz.
Potem wymienili jeszcze kilka uwag, powspominali stare czasy, aż w butelce pokazało się dno, i zebrali się do wyjścia. Dariusz wyraźnie
chwiał się na nogach, bo jak zwykle kiedy polewał Albert, wypił dwa razy
więcej od niego. Zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Wyszli przed bar na lodowaty wiatr niosący ze sobą drobinki wilgoci i zadzwonili po taksówki.
6
Było kilka minut po dwudziestej trzeciej,
kiedy Albert Turecki wysiadł z ubera przed domem swojej matki w willowej
części Krzyków. Auto odjechało, a on rozejrzał się po ulicy i mocniej
otulił szyję szalikiem, bo wiatr się wzmógł i odczuwalna temperatura
spadła mocno poniżej zera. Ulica była cicha i spokojna. Po obu stronach
ciągnęły się szeregi podobnych do siebie starych willi z ogrodami. Tu
można było spokojnie mieszkać i całymi dniami nie widywać sąsiadów.
Zapalił papierosa i spojrzał na ciemny dom. A nie, nie ciemny. W salonie
świeciła się boczna lampa i był włączony telewizor. Pewnie matka jak
zwykle martwiła się o swojego jedynego synka i czuwała, zanim nie wróci
do domu. Uśmiechnął się gorzko pod nosem. Nic się przez lata nie
zmieniło. Wyrzucił niedopałek na trawnik sąsiadów i wolno poszedł w kierunku furtki, która jak zwykle zaskrzypiała żałośnie, kiedy ją
uchylał. Chwilę później wszedł do domu, po czym zdjął kurtkę i buty.
-?Wróciłeś, Albercik? -?dobiegło go skrzekliwe wołanie matki z salonu.
-?Tak, mamo -?odpowiedział.
-?To dobrze, nie lubię, jak późno wracasz!
-?Wiem, mamo.
-?To chodź, daj mi buziaka na przywitanie.
Wszedł do salonu, matka siedziała w swoim ulubionym fotelu, tak jak ją
zostawił, wychodząc. Była już tak gruba, że z trudem poruszała się po
domu. Jej królestwem był fotel wyłożony podgrzewaną matą elektryczną.
Piecyk elektryczny z boku i stolik, na którym leżały dwie pary okularów,
telefon, pilot od telewizora i dekodera oraz góra słodyczy, stanowiły
dopełnienie luksusu. Od lat tak żyła, coraz mniej chodziła, a nadal była
zdrowa jak koń.
Albert nachylił się nad nią i zamarkował pocałunek w policzek.
-?Paliłeś -?powiedziała z wyrzutem. -?Wiesz, jak tego nie lubię.
Nabawisz się raka płuc.
-?Tylko jednego, mamo.
-?Zawsze tak mówisz.
Popatrzył na nią z góry.
-?Jeśli mam ci w czymś pomóc, to powiedz, bo jestem zmęczony i chciałbym
już się położyć -?powiedział.
-?Poradzę sobie, skarbie -?odpowiedziała. -?Chyba dziś tu się prześpię,
na sofie.
-?Dobrze, mamo.
-?Spotkałeś się z Darkiem?
-?Tak, mamo.
-?I co u niego?
-?Wszystko dobrze, mamo. Ciągle pracuje w policji.
-?To dobrze, on zawsze był dla mnie miły.
Albert odwrócił się i skierował w stronę schodów.
-?A buziak na dobranoc, skarbie? -?przypomniała matka.
-?Przecież paliłem -?zaprotestował niezbyt stanowczo.
-?To nic. -?Posłała mu szeroki uśmiech. -?Mamusia chce pocałować swojego
chłopczyka na dobranoc.
Posłusznie się nachylił i poczuł jej wilgotne wargi na swoim policzku.
Mimowolnie się wzdrygnął i zaraz wytarł policzek dłonią tak, żeby nie
zauważyła.
-?Dobranoc, mamo -?rzucił i wyszedł.
-?Dobranoc, synku!
Przesunął wielkie drzwi do salonu, matka zawsze narzekała, że ciągnie
jej zimnem z korytarza, zahaczył o lodówkę, z której wyciągnął puszkę
gazowanego napoju, i powlókł się schodami na górę.
Najpierw ubrany tylko w sweter, boso, wyszedł na balkon. Ukrył się przed
wiatrem za załomem muru. Palił i popijał napój z puszki. Był
podekscytowany rozmową z Darkiem. Miał okazję mu pomóc w poszukiwaniach
zaginionej kobiety i przedstawić mu swoją wersję tej historii. Tylko czy
aby nie za wcześnie wyciągnął odpowiednie wnioski? Nie, na pewno nie.
Miał nadzieję, że przyjaciel wróci jeszcze do tej rozmowy.
Kiedy zmarzł już na tyle, że stracił czucie w stopach, poszedł do
łazienki. Zrzucił ubrania i wziął gorący prysznic. Potem stanął nagi
przed lustrem i długo patrzył sobie w oczy. Im dłużej przyglądał się
swojemu odbiciu, tym bardziej rozmywało mu się przed oczami. Wreszcie
przestał widzieć siebie. Teraz była tam twarz kilkuletniego chłopca,
który patrzył na niego ze strachem, ale zarazem z wielką ufnością w oczach. To był mały Albert sprzed wielu lat. Takie było jego pierwsze
wspomnienie swojego odbicia w tym lustrze.
-?Witaj, skarbie -?powiedział, starając się naśladować aksamitny głos
matki, i uśmiechnął się przy tym jak ona, przekrzywiając nieco głowę.
"Dzień dobry, mamo" -?zabrzmiała odpowiedź w jego głowie.
-?Pocałowałeś dzisiaj swoją kochaną mamusię na przywitanie?
"Tak, mamo".
-?Mój dobry, kochany chłopiec. -?Uśmiechnął się szeroko do swojego
odbicia.
Potem usiadł i sięgnął po stare kosmetyki matki. Otworzył fluid i zaczął
robić podkład pod makijaż, nanosząc go na twarz starannymi i niespiesznymi ruchami.
Mówił przy tym, a głos chłopca w głowie mu odpowiadał.
-?Zawsze będziesz ze swoją mamusią, prawda, skarbie?
"Tak, mamo".
-?To dobrze, bo mamusia sobie sama na tym świecie nie poradzi. Będziesz
musiał tu zostać i mi pomagać. Zostaniesz, skarbie?
"Zostanę, mamo".
Albert sięgnął po puder, po czym starannie nałożył go na twarz. Potem
wyciągnął z pudełka cienie do powiek i wybrał fioletowy. Rozprowadzał go
na powiekach, zerkając co chwilę na chłopca w lustrze.
-?Mamusia potrzebuje pieszczoty, skarbie. Połóż tu swoją rączkę. O tu,
na tych czarnych włoskach.
"Dobrze, mamo".
-?O tak, dobrze, mocniej, jeszcze mocniej, kochanie.
"Czy dobrze, mamo?"
-?Tak, mój skarbie, bardzo dobrze.
Zaczął oddychać szybciej i wydawać z siebie odgłosy imitujące
narastającą rozkosz. Przerwał na moment malowanie oczu, wydał z siebie
ostatni jęk rozkoszy i zajął się brwiami i rzęsami.
-?Widzisz, kochanie, mamusia nie potrzebuje nikogo innego. Ty mi
wystarczysz. Widzę, że ty też chciałbyś być popieszczony, prawda?
"Chciałbym, mamo".
Wybrał krwistoczerwoną szminkę i pomalował nią usta.
-?To chodź tu do mnie ze swoim ptaszkiem. Tak, pokaż, jaki jest duży. To
już nie ptaszek, ale prawdziwy ptak. Przysuń się, mamusia zrobi ci
dobrze. Lubisz, jak ci tak robię?
"Lubię, mamo".
-?A lubisz, jak ci go liżę?
"Tak, mamo".
-?No to stań tu przy mnie, żebym nie musiała się za mocno schylać. Ummm...
jaki smakowity, jaki młody. Ummm...
Wciąż mówiąc do lustra, sięgnął po perukę z długimi czarnymi włosami,
nałożył ją na głowę i z uwagą spojrzał w lustro. Teraz wyglądał
dokładnie tak jak jego matka z czasów jego dzieciństwa. Był do niej
bardzo podobny, wystarczyło odpowiednio nałożyć makijaż. Bolesna erekcja
prawie rozsadzała mu penisa. Popatrzył z wściekłością na swoje odbicie.
-?Dziewczyny? Nie interesuj się dziewczynami. One są złe, nie widziałeś
tego? Jak nie widziałeś, to musi ci to powiedzieć twoja kochana mama.
One są złe. Chcą cię tylko skrzywdzić, chcą ci zadać ból, będą chciały
cię okraść z pieniędzy w zamian za ten straszny seks! Zapamiętaj, że
seks też jest zły. Od niego lęgną się robaki w mózgu.
Stał chwilę zasapany, potem poprawił długie włosy i znowu zaczął mówić:
-?To przez ten seks i robaki dzieci wyprowadzają się od swoich rodziców.
Zostawiają swoje mamy, które ich kochają, i skazują je na wieczną
samotność. Pamiętaj, że one chcą cię tylko skrzywdzić. Wszystko, czego
potrzebujesz, zapewni ci twoja kochana mama. Co tylko będziesz chciał,
bo ja cię naprawdę kocham i chcę twojego dobra. A ty kochasz mamusię?
"Kocham, mamo".
-?Nie zostawisz mnie samej?
"Nie, mamo".
-?To dobrze, to bardzo dobrze.
Albert zamrugał gwałtownie i obraz chłopca w lustrze zniknął. Został
tylko jego wizerunek, a właściwie wizerunek jego matki ze sterczącym
penisem. Nienawidził siebie, kiedy mu się to zdarzało. Musiał szybko coś
z tym zrobić. Wiedział, co robić w takich przypadkach. Musiał zacząć
swój rytuał.
Wyszedł z łazienki i skierował się do pokoju, w którym mieszkał jako
dziecko. Teraz przerobił go na swoje królestwo. Zza obrazu wiszącego na
ścianie wyciągnął klucz i przekręcił go w zamku. Potem opadł na kolana i dłonie, jak pies, pchnął drzwi i wsunął się do ciemnego wnętrza.
-?Witajcie, moje kochane -?wyszeptał, czując, jak bolesny wzwód
przekształca się w coś przyjemnego i promieniującego ciepłem na całe
podbrzusze.
7
Przesunął się na czworakach o metr i wyszukał leżący na dywanie włącznik światła. Można było naciskać go
stopą, lecz on wolał robić to dłonią. Wtedy było o wiele intymniej i czuł się bliżej swoich piękności.
Pokój zalało czerwone światło z kilku punktów na ścianach. Rozejrzał się
z szerokim uśmiechem. Były tu wszędzie, leżały nagie na podłodze, na
łóżku, siedziały pod ścianami, na krzesłach przy stole. Jego piękności,
jego rozpustne muzy, które kochał i zarazem ich nienawidził. Zawsze
dziwiła go ta sprzeczność uczuć. Nigdy na nie nie krzyczał. Owszem, był
brutalny, ale kiedy już osiągał satysfakcję seksualną, zawsze je
przepraszał. Dzisiaj był wyjątkowo poruszony.
Przed nim leżała ta rudowłosa, ona to dopiero nie miała żadnych
hamulców, pozwalała mu ze sobą robić wszystko i zawsze prosiła o więcej.
-?Cześć, Mari -?powiedział i się oblizał.
Pulsowanie w dole brzucha jeszcze się zwiększyło. Ona to miała
szczęście, zawsze się kładła zaraz przy drzwiach. Podpełzł do niej,
chwycił ją za twarde piersi, a potem jego prawa dłoń ześlizgnęła się po
jej chłodnym brzuchu, na gładkie łono. Pochylił się nad nią i jak pies
zaczął lizać ją po ustach, nosie i oczach.
-?Stęskniłaś się za mną, prawda, mała kurwo? -?sapnął jej do ucha. -
Wszystkie kobiety są złe. Marzycie tylko, żeby zapanować nad moim
umysłem, ale ja jestem za silny, nigdy wam się to nie uda. Tu ja rządzę,
wstrętne dziwki.
Podstawił Mari penisa pod samą twarz.
-?Chcesz zobaczyć mojego ptaszka? Widzisz, jaki jest duży? To jest już
prawdziwy ptak. Lubię, gdy go liżesz. No dalej... -?mruknął z rozkoszy na
wspomnienie tego, co ustami robiła mu kiedyś matka.
Zanim poszedł dalej, rozejrzał się po ścianach, obwieszonych wstrętnymi
obrazkami. Takimi, jak lubił, ale mama mu zawsze zabraniała.
Przedstawiały głównie sceny seksu jednej kobiety z więcej niż jednym
mężczyzną. Czasem było ich kilku, czasem byli biali, czasem czarni z wielkimi przyrodzeniami. Kobiety miały twarze zaklejone twarzami jego
matki. Miał tylko kilka zdjęć mamy z dawnych czasów, kiedy była śliczna,
ale to nic. Twarze reszty kobiet zakleił zdjęciami siebie upodobnionego
do matki, w pełnym makijażu i w peruce. Trudno było ich rozróżnić.
Na środku ściany wisiało to najważniejsze zdjęcie. Kiedyś je znalazł na
dnie szuflady. To było zdjęcie jego matki z plaży naturystów. Pozowała
nago, bezwstydnie prezentując swoje wdzięki. Powiększył zdjęcie do
naturalnych rozmiarów. W sex shopie kupił sztucznego, czarnego penisa
wielkich rozmiarów. Miał chyba ze trzydzieści centymetrów i był gruby
jak wąż boa. Zamontował go matce, zakrywając trójkącik włosów łonowych.
Z wielkim penisem wyglądała o wiele lepiej.
Tak się podniecił, patrząc na to zdjęcie, że finał przyszedł o wiele za
szybko. Upadł na łóżko między inne swoje kobiety i jego ciałem
wstrząsnął spazm rozkoszy. Wyjątkowo silny dzisiejszego wieczoru. Aż
dwie łzy spłynęły mu po policzkach, rozmazując makijaż. Leżał tak długo,
aż wreszcie zawładnęła nim nienawiść. Zerwał się na równe nogi,
zeskoczył z łóżka i stanął na środku pokoju.
-?Podłe dziwki, znowu mi to zrobiłyście! -?krzyknął. -?Mama mnie
ostrzegała! Głupie kurwy.
Rzucił się na swoje kobiety, podnosił je i rzucał po całym pokoju. O ściany obwieszone sprośnymi obrazkami, o podłogę, jedną nawet rzucił o sufit. Opanował się, kiedy jednemu z manekinów po uderzeniu w ścianę
odpadła głowa. Wtedy nagle uszła z niego cała złość i przyszedł wstyd.
-?Przepraszam -?wyszeptał. -?Przepraszam was, wy jesteście dobre, bo
jesteście moje.
Podniósł uszkodzonego manekina i wcisnął mu głowę na swoje miejsce.
-?Przepraszam cię, Kim -?szepnął i pocałował ją z języczkiem w usta.
Nagle się wyprostował.
Przypomniał sobie, czego dowiedział się dzisiaj Darek Pikul od
jasnowidza. Istotna była informacja, że policjant jest bardzo blisko
zaginionej kobiety. To był strzał w dziesiątkę. Bo jest, tylko nie zdaje
sobie z tego sprawy. Nie o to jednak chodziło. Markowski przepowiedział,
że kobieta dzisiaj w nocy umrze.
Albert znowu poczuł podniecenie. Wyszedł z pokoju, życząc dobrej nocy
swoim muzom, jak lubił je nazywać. Wciąż nago, poszedł korytarzem do
schodów. Przy drzwiach do salonu chwilę nasłuchiwał. Usłyszał chrapanie
matki. To bardzo dobrze, ona przecież nie może się o niczym dowiedzieć.
Zresztą wątpił, żeby zrozumiała, nawet gdyby zobaczyła na własne oczy. Z roku na rok była coraz głupsza.
Z haczyka przy schodach do piwnicy ściągnął solidny klucz do kłódki
zabezpieczającej metalową sztabę na drzwiach i zszedł na dół. Przekręcił
go i ściągnął zasuwę. Była dobrze naoliwiona i nie wydała z siebie nawet
szczęknięcia. Otworzył ciężkie, metalowe drzwi i wszedł do piwnicznego
pomieszczenia. Zamknął za sobą drzwi i włączył światło. Było czysto i sterylnie, jak w szpitalu, ściany i sufit zostały wyłożone białymi
kafelkami.
Kobieta leżała naga, przywiązana do metalowego stołu na samym środku
pomieszczenia. W nozdrza uderzył go ostry zapach moczu.
-?Zabrudziłaś się -?powiedział z troską.
Podszedł do panelu sterującego i nacisnął zielony guzik. Zaszumiał
elektryczny silnik i stół ustawił się w pozycji pionowej. Ciało kobiety
zawisło utrzymywane pętami na kostkach u nóg, nadgarstkach i poniżej
piersi. Sięgnął po wąż ogrodowy i dokładne ją wypłukał. Woda pomieszana
z wydzielinami jej ciała spłynęła rynną do kratki ściekowej w podłodze.
Spocił się przy tym. Tu było bardzo gorąco, chyba przesadził z temperaturą, ale nie chciał, żeby zmarzła. Potem ustawił stół znowu w pozycji poziomej.
-?Przepraszam cię, Kasiu, nadal nie mam tu ciepłej wody -?powiedział.
Jeśli dotąd była w letargu, zimna woda przywróciła ją do przytomności.
Katarzyna Jaworska spojrzała na niego półprzytomnie i obojętnie.
Ostatnio bardzo osłabła i przestał mieć z nią taki kontakt jak na
początku. W końcu była przykuta do tego stalowego stołu już dwa
tygodnie. To dziwne, ale dopiero teraz o tym pomyślał. Przyjrzał się jej
z uwagą. Wychudła, zbladła, na całym ciele miała sińce, a w miejscach,
gdzie była skrępowana, porobiły się otwarte rany. Po taśmie, którą na
początku zalepił jej usta, zostały paskudne strupy na policzkach i na
ustach.
-?Nie bój się -?powiedział do niej łagodnie. -?To już będzie koniec,
wreszcie mi się uda, wreszcie się na to odważę. Podobno jasnowidz
przepowiedział, że dzisiaj w nocy umrzesz. A skoro on tak mówi, to
znaczy, że wreszcie znajdę w sobie siłę i uda mi się ciebie zabić.
Nie zareagowała, ciężko dyszała, trawiona gorączką. Albert pomyślał, że
może łatwiej mu będzie ją w końcu zabić, kiedy wcieli się w rolę dobrego
samarytanina. Ulży jej cierpieniom, pomoże jej odzyskać spokój po
śmierci. Czyż to nie dobry powód, żeby odebrać życie?
Od lat planował to zabójstwo. Drobiazgowo, cierpliwie i skrupulatnie.
Pół roku wybierał ofiarę, następnie długie miesiące ją śledził. Niczego
nie pozostawił przypadkowi, miał kilka wariantów planu. Musiał wreszcie
zabić piękną kobietę, musiał poczuć, jak to jest, śnił o tym od
dzieciństwa, marzył o tym od lat. Najpierw zabijał w myślach swoją
matkę, ale ona przecież była jego matką. Nie mógł jej zabić, więc
postanowił znaleźć inną ofiarę.
-?Taki piękny plan -?jęknął teraz do siebie. -?Policja gówno o mnie wie,
i jeszcze pomaga im jasnowidz. Tylko że ja...
No właśnie. Nie przewidział jednego. Że nie będzie miał tyle odwagi,
żeby ją zabić, i sprawa zacznie się przeciągać. Nie spodziewał się, że
potrwa to prawie dwa tygodnie. Ale teraz już koniec. Zrobi to.
Z regału pod ścianą wziął foliową torebkę, zarzucił ją na głowę ofiary,
ścisnął na szyi i czekał, aż dziewczyna zacznie się dusić. To nie trwało
długo. Zaczęła się szarpać, pod folią widział jej wytrzeszczone oczy i szeroko otwarte usta, błagające o jeden łyk tlenu. Wystarczyło tylko
przytrzymać dłużej. I znowu przyszedł strach. Palcem wskazującym zrobił
dziurę w folii, wkładając końcówkę palca do jej suchych ust. Od razu
zaczerpnęła tchu. Zerwał torebkę z jej głowy.
-?To bez sensu -?jęknął zrozpaczony. -?Nie dam rady. Przepraszam cię,
Kasiu.
Wszedł na stół obok niej, przytulił się swoim nagim ciałem do jej ciała
i natychmiast zasnął. Dały o sobie znać trudy dnia, alkohol i spora
dawka emocji po powrocie.
Kiedy po kilku godzinach obudził się zdrętwiały, Katarzyna ciągle miała
otwarte oczy. Tylko one już nie patrzyły tak jak do tej pory, ponieważ
były martwe. Najpierw się ucieszył, za chwilę jednak uświadomił sobie
brutalną prawdę. Nie zabił jej, ona zmarła z wyczerpania. Zalały go żal
i wściekłość. Zerwał perukę i cisnął nią o ścianę. Potem padł na kolana,
chwycił się za głowę i krzyknął na całe gardło:
-?Nie!!!
Ściany były dobrze wytłumione, świat nie usłyszał tego krzyku, podobnie
jak wcześniej nie słyszał krzyków jego ofiary.
Albert roztarł sobie ręką makijaż, wierzchem dłoni starł szminkę z ust,
językiem oblizał zęby ubrudzone pomadką. Pociągnął nosem, wstał z kolan
i powiedział do siebie:
-?To się nie liczy.