Rok zmian - Mieczysław Gorzka

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Początek

To były już ostat­nie sekundy sta­rego roku. Niby takie same jak te wcze­śniej­sze, jed­nak zupeł­nie inne. Nio­sły ze sobą smu­tek tego, co ode­szło, a rów­no­cze­śnie radość z tego, co nie­długo nadej­dzie.

Przy­naj­mniej tak o tym myślał Remi­giusz Stań­czyk. Kilka minut temu uciekł przed gwa­rem syl­we­stro­wej imprezy na bal­kon przy sypialni na pię­trze. Bal­kon znaj­do­wał się po prze­ciw­nej stro­nie domu niż salon, w któ­rym bawili się goście. Nikt go tu nie znaj­dzie, a poza tym pew­nie nikt go nie będzie szu­kał. Towa­rzy­stwo było już mocno wsta­wione, a jego żona jak zawsze obtań­co­wy­wała wszyst­kich face­tów po kolei, zupeł­nie o nim zapo­mi­na­jąc. Po dwu­dzie­stu latach mał­żeń­stwa nic go to już nie obcho­dziło. Bar­dziej cenił sobie moż­li­wość ode­rwa­nia się od zgiełku i w tej jedy­nej chwili w roku poob­co­wa­nia w spo­koju z wła­snymi myślami.

Polu­zo­wał kra­wat, zapa­lił cien­kiego papie­rosa i oparł się o barierkę. Było wyjąt­kowo cie­pło i miał z tego miej­sca bar­dzo dobry widok na mia­sto. Zaraz eks­plo­dują sztuczne ognie. Był prze­ciwny fajer­wer­kom, co nie zmie­niało faktu, że przy­cią­gały jego wzrok i trudno mu było odmó­wić sobie kil­ku­mi­nu­to­wej kon­tem­pla­cji świetl­nych efek­tów. Spoj­rzał na zega­rek.

Pięt­na­ście sekund. Wypro­sto­wał się. Gdzieś w oddali, na dru­gim końcu mia­sta, już pole­ciały w niebo pierw­sze ognie. Ktoś się pospie­szył, jak co roku zresztą.

Ostat­nie dzie­sięć sekund sta­rego roku.

Z dru­giej czę­ści domu usły­szał gło­śne odli­cza­nie gości:

-?Dzie­więć, osiem, sie­dem...

Co przy­nie­sie mu nad­cho­dzący nowy rok? Miał nadzieję, że zmiany, dużo zmian. I przede wszyst­kim siłę, żeby o te zmiany powal­czyć.

-?...sześć, pięć, cztery...

Zacią­gnął się resztką papie­rosa i pstryk­nął nie­do­pał­kiem na traw­nik na dole. Ile razy obie­cy­wał sobie, że wresz­cie coś zmieni w życiu? Odcho­dził wła­śnie kolejny rok nie­speł­nio­nych obiet­nic zło­żo­nych samemu sobie. Może wresz­cie zawal­czy o swoje życie? Obie­cał to sobie już dwa lata temu, kiedy koń­czył czter­dzie­ści lat. Bez­sku­tecz­nie. Może teraz się uda? Niczego już nie będzie sobie obie­cy­wał, po pro­stu zacznie dzia­łać.

Nie­zła myśl!

-?...trzy, dwa, jeden! Szczę­śli­wego nowego roku!!!

W zgodny krzyk gości wdarły się odgłosy strze­la­ją­cych w sufit kor­ków od szam­pana, a mia­sto eks­plo­do­wało milio­nem świa­teł. Naj­pierw widział wybu­chy na nie­bie, a dopiero potem, mocno spóź­niony, docie­rał do niego ich odgłos. Sza­leń­stwo. Kupa kasy wystrze­lona bez sensu w kosmos. Urwane palce, pora­nione dło­nie, popa­rzone oczy, przy­pa­lone włosy na gło­wie. Tak, sza­leń­stwo, nie można było tego nazwać ina­czej.

Wypa­lił jesz­cze jed­nego papie­rosa i wszedł do sypialni, nie zamy­ka­jąc za sobą drzwi bal­ko­no­wych. Goście naj­wy­raź­niej skoń­czyli już skła­dać sobie życze­nia i znowu ode­zwała się gło­śna muzyka. Syl­we­ster z Jedynką, Dwójką, Pol­sa­tem, czy dia­bli wie­dzą z czym i gdzie. Tan­deta, która raniła jego ludz­kie uczu­cia. Szkoda, że nie ma na to para­gra­fów.

Tak jak przy­pusz­czał, nikt go nie szu­kał.

Wyszedł z sypialni i wszedł do swo­jego pokoju, gdzie w biurku miał zawsze coś moc­niej­szego. Wycią­gnął szkla­neczkę z szu­flady, z szafki jakąś cho­ler­nie drogą whi­sky, którą dostał kie­dyś od zado­wo­lo­nego klienta. Nalał sobie pra­wie do pełna. Szkoda, że nie miał tu lodu, ale trudno, na dół nie pój­dzie. Jako gospo­darz bar­dzo się dzi­siaj oszczę­dzał, w prze­ci­wień­stwie do jego żony, która z rów­nym zapa­łem tań­czyła, jak i opróż­niała kie­liszki z czer­wo­nym winem. Pew­nie jak zwy­kle obrzyga toa­letę przy sypialni. Kie­dyś by go to obcho­dziło, ale teraz miał to gdzieś.

Sącząc cie­pły alko­hol, włą­czył lap­top i zaj­rzał na Face­bo­oka. Oczy­wi­ście prze­wa­żały nowo­roczne życze­nia, fajer­werki, szam­pany i hap­py­niu­jersy, jakby nie można było tego napi­sać w ojczy­stym języku.

Nagle na ekra­nie poja­wił się post, który przy­kuł jego uwagę na dłu­żej. Ktoś zamie­ścił gra­fikę przed­sta­wia­jącą litery roz­miesz­czone bez ładu i składu w dwu­stu dwu­dzie­stu pię­ciu krat­kach, na które podzie­lony był więk­szy kwa­drat. Tekst umiesz­czony nad gra­fiką brzmiał: "Odczy­taj pierw­sze trzy słowa ukryte w dia­gra­mie, a taki będzie twój nowy rok".

Remi­giusz łyk­nął ze szkla­neczki i przy­bli­żył twarz do ekranu. Pozor­nie nie­upo­rząd­ko­wane litery szybko uło­żyły mu się w trzy słowa:

Suk­ces.

Popu­lar­ność.

Wol­ność.

Wykrzy­wił usta w gorz­kim uśmie­chu. Dla­czego nie? To była bar­dzo dobra pro­gnoza na nad­cho­dzące dwa­na­ście mie­sięcy. Taki rok brał w ciemno. Rok zmian.

8

Remi­giusz Stań­czyk miał ciężką noc. Naj­pierw długo nie mógł zasnąć. Prze­szka­dzało mu napię­cie ner­wowe i galo­pada serca. Leżał w ciem­no­ściach, wsłu­chu­jąc się w szum wia­tru za oknami i spo­kojny oddech żony śpią­cej obok. Nie powie­dział jej o tym, że wła­śnie pokłó­cił się z Artu­rem Mil­le­rem i odcho­dzi z firmy. Potem zasnął, ale był to sen naszpi­ko­wany kosz­ma­rami i nie­przy­no­szący ulgi.

Wstał jesz­cze przed świ­tem, wziął szybki prysz­nic, potem sie­dział w dre­sach w kuchni i pił kawę. Tak zastała go Danuta. Wymie­nili kilka zdaw­ko­wych zdań i na tym ich poranna roz­mowa się zakoń­czyła. Ona zawsze wyjeż­dżała do pracy wcze­śniej. Była główną księ­gową w dużej kor­po­ra­cji, czę­sto spę­dza­jącą week­endy w pracy i robiącą karierę. To dla­tego nie mieli dzieci. Kie­dyś Remi­giusz chciał mieć potom­stwo. Naj­le­piej dwójkę: dziew­czynkę i chłopca rok po roku albo w odstę­pie dwóch lat. Tylko Danka zawsze mówiła, że na razie naj­waż­niej­sza jest kariera, naj­pierw trzeba się doro­bić, a dopiero potem pla­no­wać dzieci. On dał się prze­ko­nać. Jak wszystko naj­waż­niej­sze w swoim życiu, to rów­nież prze­su­nął na bli­żej nie­okre­śloną przy­szłość, a teraz oboje prze­kro­czyli czter­dziestkę i było już za późno. Jak to się stało, do jasnej cho­lery? Tę kwe­stię też ewi­dent­nie spier­do­lił. Czas na zmiany.

Po wyj­ściu Danki, przy kolej­nej kawie, spraw­dził moni­to­ring snu na smar­twat­chu. Jakość słaba, tylko cztery godziny i pięć minut nie­spo­koj­nego snu, śred­nie tętno osiem­dzie­siąt jeden ude­rzeń serca na minutę, poziom stresu wysoki. Tak, czuł ten stres. Oba­wiał się, jak poto­czy się jego nowe życie po zbu­rze­niu sta­rego, kiedy opad­nie kurz i odsłoni zglisz­cza. Z dru­giej strony obu­dziło się w nim coś, czego nie czuł od cza­sów nasto­let­nich. Deter­mi­na­cja i prze­ko­na­nie, że robi dobrze. Musi wresz­cie skoń­czyć z pro­kra­sty­na­cją i wziąć życie za rogi. Taki był za nasto­let­nich cza­sów. Samo­dzielny, zbun­to­wany i prze­ko­nany o wła­snej war­to­ści. Jak zatra­cił to prze­ko­na­nie? Wie­dział jak. Przez lata mał­żeń­stwa i pracy w Dom-In. Danka zawsze nim rzą­dziła i robili to, co ona chciała. On zawsze był posłuszny, ale dość tego.

Potrze­bo­wał rewo­lu­cji, zaczął ją i teraz musiał ten pro­ces okra­sić suk­ce­sem. Liczył, że takim suk­ce­sem będzie zwy­cię­stwo jego pro­jektu w kon­kur­sie. Musiał wygrać, nic innego się w tej chwili nie liczyło. Pro­jekt był fan­ta­styczny, nie­po­wta­rzalny, inno­wa­cyjny. To dla­tego Artur tak się wście­kał i kazał mu go wyco­fać. Bo jeśli wygra pod wła­snym nazwi­skiem, wszy­scy zoba­czą, że to nie Mil­ler był naj­waż­niej­szą osobą w Dom-In, tylko Stań­czyk. Ego Artura by tego nie wytrzy­mało. Dla­tego Remek musiał posta­wić wszystko na jedną kartę i nawet odejść, żeby wresz­cie sta­nąć na nogi. Suk­cesu potrze­bo­wał jak tlenu. To miał być kamień węgielny, na któ­rym zbu­duje nowe życie.

Mil­ler zate­le­fo­no­wał już o dzie­wią­tej. Remek nie ode­brał i nie zro­bił tego za dru­gim, trze­cim ani za szó­stym razem. Zadzwo­nił do dobrego kolegi, który był jego praw­ni­kiem, i omó­wił z nim, na jakich warun­kach chce odejść z firmy. Potem aż do połu­dnia cho­dził po domu, nie mogąc się na niczym sku­pić. Nie miał ape­tytu, pił kawę litrami, dwa razy wyszedł na taras na fajkę, ale pogoda nie zachę­cała do prze­by­wa­nia na zewnątrz, szybko więc cho­wał się do środka. Może to przez fajki i kawę serce tłu­kło mu się w pier­siach. No i przez stres.

Danuta wró­ciła dopiero koło dwu­dzie­stej, zmę­czona i nie­zbyt chętna do roz­mowy. Nie­mal od razu poszła spać, a Remek pró­bo­wał oglą­dać jakiś serial ze szkla­neczką whi­sky w dłoni. Tak minął mu pierw­szy dzień bez pracy.

Kolejne dwa dni to był hura­gan zmian. Ode­brał wresz­cie tele­fon od Artura. Poczuł satys­fak­cję, że wspól­nik przej­rzał tro­chę na oczy i pró­buje go nakło­nić do zmiany decy­zji. Z przy­jem­no­ścią wysłał go do wszyst­kich dia­błów. Kolejny tele­fon od Mil­lera miał już inny cię­żar gatun­kowy.

-?Pół miliona za udziały?! -?darł się do słu­chawki Artur. -?Cie­bie chyba już zupeł­nie popier­do­liło! Z koniem się na głowę zamie­ni­łeś?! Te akcje warte są co naj­wy­żej dwie­ście pięć­dzie­siąt i tyle mogę ci zapła­cić!

Nie mówił prawdy. Stań­czyk zate­le­fo­no­wał wcze­śniej do zna­jo­mego rze­czo­znawcy, który bez wcho­dze­nia w szcze­góły, ale wziąw­szy pod uwagę zyskow­ność, roz­po­zna­wal­ność marki na rynku, port­fo­lio goto­wych pro­jek­tów i war­tość majątku, osza­co­wał jego udziały na ponad milion zło­tych. Pew­nie można by było tyle wycią­gnąć, ale trwa­łoby to za długo i być może otar­łoby się o sąd, a na to Remek nie miał ochoty. Wystar­czyło mu pięć­set tysięcy, bo według jego oceny tyle Artur mu zapłaci.

Tak też się stało. Po kilku godzi­nach, kilku tele­fo­nach, ner­wo­wej wymia­nie zdań i w ostat­nim eta­pie licy­ta­cji na groźby Mil­ler wresz­cie się zgo­dził. W groź­bach Stań­czyk miał o wiele moc­niej­sze karty. Więk­szość tych kart to były damy, z któ­rymi Mil­ler zdra­dzał mał­żonkę, wystar­czyło mu tylko o tym przy­po­mnieć.

Potem poszło już szybko. Tylko naj­pierw nastą­piła awan­tura z żoną.

Kiedy w środę wró­ciła wcze­śniej z pracy i miała usta zaci­śnięte w poziomą kre­skę, Remi­giusz już wie­dział, że ten wie­czór nie skoń­czy się dobrze. Danuta długo nic nie mówiła, jakby zbie­rała siły do cięż­kiej bata­lii. Remek obser­wo­wał jej zacho­wa­nie z dziw­nym spo­ko­jem i opa­no­wa­niem. Na obiad przy­go­to­wał wymyślny sos do spa­ghetti, otwo­rzył także butelkę czer­wo­nego wina. Zje­dli w mil­cze­niu i dopiero kiedy tale­rze były puste i jego żona się­gnęła po wino, zaczęło się.

-?Dla­czego nie cho­dzisz do pracy? Stało się coś? -?zapy­tała chłodno, nawet na niego nie patrząc.

Za to Stań­czyk patrzył na nią bez­czel­nie z kamienną twa­rzą.

-?Prze­cież wiesz dla­czego -?odpo­wie­dział rów­nie chłodno.

-?Wiem, ale chcia­łam to usły­szeć od cie­bie.

-?A ja chciał­bym się dowie­dzieć, kto był tak łaskawy i poin­for­mo­wał cię o mojej decy­zji.

-?Skoro ty nie mówisz wła­snej żonie o spra­wach doty­czą­cych rów­nież jej, to dla­czego się dzi­wisz, że sama pró­bo­wa­łam się dowie­dzieć, o co cho­dzi?

Spoj­rzała na niego i odsta­wiła kie­li­szek z winem. Ręka jej wyraź­nie zadrżała. "Na noże -?pomy­ślał Remek. -?Jesz­cze chwila i rzu­cimy się sobie do gar­deł".

-?U kogo zasię­gnę­łaś języka? -?zapy­tał i sam napił się wina.

-?Zadzwo­ni­łam do Artura. -?Kącik jej ust zadrgał, kiedy to mówiła. - Powie­dział mi wszystko.

Stań­czyka w jed­nej chwili tra­fił szlag.

-?Wyja­śnij mi, dla­czego nie zapy­ta­łaś mnie, co się dzieje, tylko zadzwo­ni­łaś do Mil­lera? -?Jak zwy­kle w ner­wo­wych sytu­acjach zesztyw­niały mu wargi.

-?Bo ty o niczym mi nie powie­dzia­łeś! Co to w ogóle jest za decy­zja? Odejść z tak dobrze pro­spe­ru­ją­cej firmy? I co ty teraz zamie­rzasz ze sobą zro­bić?! -?Emo­cje wresz­cie w niej eks­plo­do­wały i zaczęła mówić podob­nie jak Mil­ler wcze­śniej. -?Znowu wszystko będzie na mojej gło­wie. Cza­sem wydaje mi się, że tylko ja zaj­muję się tym domem! Nie dość, że dużo pra­cuję, to jesz­cze wszyst­kie decy­zje podej­muję sama. Mam męża, który ni­gdy o niczym nie zade­cy­do­wał, ni­gdy niczego nie zała­twił, a teraz będzie bez­ro­botny, bo nikt już nie będzie go cią­gnął za uszy, jak przez lata robił Artur. Wszystko mi powie­dział.

-?Tak? A co dokład­nie ci powie­dział? -?zapy­tał nie bez zło­śli­wo­ści Stań­czyk.

-?Wszystko o waszej współ­pracy. O tym, jakim jesteś popy­cha­dłem. Że gdyby nie on, ni­gdy niczego byś w życiu nie osią­gnął!

-?No zobacz, jaki ten Artur jest genialny! -?wykrzyk­nął Remi­giusz. - Inte­li­gentny, przy­stojny, jaki jesz­cze według cie­bie jest?

-?A żebyś wie­dział, że jest przy­stojny. W prze­ci­wień­stwie do cie­bie on o sie­bie dba. Zdrowo się odży­wia, cho­dzi na siłow­nię, jest tro­skli­wym mężem i ojcem, potrafi zadbać o rodzinę i zado­wo­lić kobietę! - Wście­kłość wyraź­nie malo­wała się na twa­rzy Danuty. -?Kurwa, jest twoim zupeł­nym prze­ci­wień­stwem! Wiesz, jakie on ma mię­śnie na brzu­chu i jakie bicepsy? Ty, kurwa, ni­gdy takich nie będziesz miał. I wiesz co? On myśli, pla­nuje, podej­muje decy­zje i nie odkłada ich na póź­niej tak jak ty. Dla rodziny jest czuły i opie­kuń­czy.

-?A dla swo­ich kocha­nek? -?wypa­lił Remek, prze­ry­wa­jąc jej ten pean na cześć Mil­lera.

Danka omal nie zakrztu­siła się winem. Spoj­rzała na niego, w jed­nej chwili stra­ciw­szy dużo ze swo­jej pew­no­ści sie­bie.

-?Co ty, kurwa, gadasz?

-?To było pro­ste pyta­nie. Czy jest też taki wspa­niały dla swo­ich kocha­nek?

-?Jakich kocha­nek? -?Danuta zbla­dła.

-?Czyli o tym ci nie powie­dział?! -?Stań­czyk uśmiech­nął się szy­der­czo. - To jest pies na baby. Pie­przył się z każdą naszą sekre­tarką, teraz posuwa tę obecną i naresz­cie zna­lazł taką głu­pią, któ­rej się to bar­dzo podoba. Wiem jesz­cze o paru innych kobie­tach. Wzru­szy­łem się, jak mówi­łaś o tym, jaki on jest dobry dla swo­jej rodziny!

-?Nie wie­rzę w ani jedno twoje słowo -?wyce­dziła przez zęby jego żona.

-?Ja nie kła­mię! Dość mia­łem tej hipo­kry­zji, dość mia­łem jego oszu­ki­wa­nia, dość mia­łem pomia­ta­nia moją osobą. To ja odwa­la­łem tam czarną robotę, a on inka­so­wał więk­szość zysków, pła­wił się w świe­tle reflek­to­rów, grał cudow­nego szefa i męża, a na boku ruchał wszystko, co się rusza! Nie widzia­łaś tego? Taki jest ten twój cudowny Artu­rek!

-?To nie­prawda.

Remi­giusz nachy­lił się do niej nad sto­łem.

-?Każde moje słowo to pier­do­lona prawda. Musisz się do tego przy­zwy­czaić. Mil­ler to nie jest cho­dzący ideał. Zapłaci mi pół miliona za udziały, to nam wystar­czy na bar­dzo długo. A jak odpocznę, to coś wymy­ślę. Wbrew temu, co wma­wiał ci nasz uko­chany przy­ja­ciel Artur, jestem zaje­bi­stym archi­tek­tem i zamie­rzam to teraz udo­wod­nić!

-?Jesteś nie­od­po­wie­dzialny! Takie decy­zje kon­sul­tuje się z żoną!

-?Gówno prawda! Zawsze podej­mo­wa­łaś decy­zje za mnie. To się już skoń­czyło! Nad­szedł czas na zmiany. Teraz decy­zję o sobie podej­muję ja sam i wierz mi, jestem na tyle roz­sądny, że nie zro­bię nic głu­piego. Musisz się do tego przy­zwy­czaić.

Danuta dolała sobie wina i prze­chy­liła kie­li­szek, jakby chciała jed­nym łykiem wypić całą jego zawar­tość. Ręce jej drżały, dawno nie widział jej tak zde­ner­wo­wa­nej.

-?Mogłeś mi powie­dzieć -?wyce­dziła przez zaci­śnięte zęby.

-?Mia­łem ci powie­dzieć zaraz po zakoń­cze­niu trans­ak­cji, jak dopeł­nimy wszyst­kich for­mal­no­ści u nota­riu­sza. A ty, skoro chcia­łaś wie­dzieć wcze­śniej, mogłaś mnie zapy­tać. Ale nie! Ty wola­łaś zadzwo­nić do tego kuta­siny, Mil­lera, bo masz do niego więk­sze zaufa­nie niż do wła­snego męża. -?Uniósł dłoń, wstrzy­mu­jąc słowa, które cisnęły jej się na usta. - A ja nim gar­dzę, bo wiem, jakim jest hipo­krytą i skur­wy­sy­nem, jak oszu­kuje Anię i swoje wła­sne dzieci. On jest dla mnie zerem. Rozu­miesz?

-?No chyba tro­chę prze­sa­dzasz...

Remi­giusz dopił wino, wstał i spoj­rzał na nią z góry.

-?Masz coś jesz­cze do powie­dze­nia, bo idę zapa­lić?

-?Ty palisz? -?zro­biła wiel­kie oczy.

-?Widzisz, jak my nic o sobie nie wiemy? -?zapy­tał reto­rycz­nie. -?To wszystko przez pracę. W naszym mał­żeń­stwie liczy się tylko praca, a wszystko inne albo już umarło, albo zaraz umrze. Pomyśl o tym.

Wyszedł na taras, zosta­wia­jąc ją w sta­nie wzbu­rze­nia. Zaraz jed­nak zaj­rzał do środka i krzyk­nął:

-?Wstaw naczy­nia do zmy­warki!

Wło­żył zapa­lo­nego papie­rosa mię­dzy zęby i wci­snął ręce do kie­szeni. Było cho­ler­nie zimno. Myślał o tym, w jaką nie­ocze­ki­waną stronę poto­czyła się ich kłót­nia.

W czwar­tek pod­pi­sał akt nota­rialny, na jego konto w banku wpły­nęły pie­nią­dze i stał się wol­nym czło­wie­kiem. Kiedy wyszedł z sie­dziby nota­riu­sza na Odrzań­ską, otu­lił się szczel­niej płasz­czem i poszedł wolno w kie­runku Rynku. Stres na­dal go nie opusz­czał, a serce waliło w pier­siach jak pode­rwany do galopu koń kopy­tami. To przej­dzie, potrzeba tylko tro­chę czasu na sta­bi­li­za­cję.

Była szes­na­sta, zro­biło się ciemno, a on uświa­do­mił sobie, że jesz­cze tego dnia nic nie jadł. Posta­no­wił uczcić począ­tek nowego życia dobrym jedze­niem i jesz­cze lep­szym drin­kiem. Na począ­tek poszedł do cze­skiej restau­ra­cji na rogu Rynku i placu Sol­nego. Zjadł nie­złego tatara na przy­stawkę, potem golonkę i popił dobrym piwem. Potem, sącząc kolejny kufel, wycią­gnął tele­fon i zaj­rzał na face­bo­okowy pro­fil Dom-In. Zdzi­wił się, gdy zoba­czył swoją roze­śmianą twarz przy biurku i wzru­sza­ją­cego posta infor­mu­ją­cego, że oto z przy­czyn oso­bi­stych spółkę opu­ścił jeden z jej zało­ży­cieli i wie­lo­letni mene­dżer, pozo­sta­wia­jąc zasmu­cony zarząd i pra­cow­ni­ków. Gdyby dodali jesz­cze czarną prze­pa­skę w gór­nym rogu zdję­cia, rów­nie dobrze mógłby to być post żałobny opu­bli­ko­wany tuż po jego tra­gicz­nej śmierci. Remi­giusz uśmiech­nął się krzywo. "A niech robią, co chcą -?pomy­ślał. -?Gówno mnie to już obcho­dzi".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Życie składa się ze wzlo­tów i upad­ków.

Los działa na zasa­dzie rachunku praw­do­po­do­bień­stwa i na jed­nego czło­wieka przy­pada zazwy­czaj tyle samo suk­ce­sów co pora­żek. Wia­domo jed­nak, że zda­rzają się odchy­le­nia od tej śred­niej. I wtedy wtrąca się coś, co popu­lar­nie nazy­wane jest szczę­ściem lub pechem. Niby nie­istotny szcze­gół, na co dzień pra­wie nie­do­strze­galny, który w dłuż­szym okre­sie powo­duje, że liczba wzlo­tów znacz­nie odchyla się od śred­niej lub wywo­łuje nad­miar upad­ków. Do tego docho­dzą trendy dłu­go­okre­sowe. Jak już odnie­siemy kilka suk­ce­sów z rzędu, taki stan się utrwala i trwa dłuż­szy czas. Ana­lo­gicz­nie jest z pechem -?jak już raz upad­nie się twa­rzą w proch życia, taki stan będzie się powta­rzał regu­lar­nie, a za każ­dym razem coraz trud­nej będzie się pod­nieść.

Remi­giusz Stań­czyk nawet nie zauwa­żył, kiedy ten­den­cja sta­ty­styczna w jego peł­nym suk­ce­sów życiu w spo­sób nie­zau­wa­żalny zaczęła się zmie­niać. Był naprawdę zasko­czony, gdy nagle zarył twa­rzą w zie­mię, i długo mu zajęło otrzeź­wie­nie. Jesz­cze dłu­żej zro­zu­mie­nie, dla­czego tak się stało. Pro­blem musiał zacząć się już kilka lat temu. Tylko on niczego nie zauwa­żył, żyjąc w jakiejś cho­ler­nej ilu­zji, oszu­ku­jąc się, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku.

A prze­cież nie było. Przez całe lata oszu­ki­wał sam sie­bie. Stwo­rzył sobie szklaną kulę, w któ­rej naiw­nie tkwił, bio­rąc za dobrą monetę wszyst­kie przy­kro­ści, jakie spo­ty­kały go w życiu. Teraz nawet nie wie­dział, czy tłu­ma­czył je zbie­ra­niem życio­wego doświad­cze­nia, czy po pro­stu nie chciał pamię­tać złych rze­czy. Tylko że tych dobrych było coraz mniej we wszyst­kich sfe­rach jego życia. W końcu zostało ich tak mało, że do jego her­me­tycz­nego świata szkla­nej kuli wdarł się nie­po­kój.

Zaraz po syl­we­strze jego szklana kula pier­dol­nęła o pod­łogę, sypiąc wokoło ostrymi odłam­kami. I oto Remi­giusz Stań­czyk musiał wresz­cie sta­wić czoła pro­ble­mom, przyj­rzeć się lepiej swo­jemu życiu, mał­żeń­stwu, pracy zawo­do­wej. Niczego już nie mógł odło­żyć na póź­niej, co wycho­dziło mu naj­le­piej. Zdo­był praw­dziwą moty­wa­cję, żeby coś w życiu zmie­nić. Nie może tego odło­żyć na bli­żej nie­spre­cy­zo­waną przy­szłość. Musi o sie­bie zawal­czyć.

Suk­ces, popu­lar­ność, wol­ność -?tak brzmiała inter­ne­towa pro­gnoza na wła­śnie roz­po­czy­na­jący się rok. Oczy­wi­ście wie­dział, że w wykre­ślance znaj­do­wały się tylko te trzy słowa, żad­nych innych. Dla­tego od razu rzu­ciły mu się w oczy. Taki żar­cik nie­zna­nego dow­cip­ni­sia. Tylko co z tego? Dla niego te trzy słowa stały się moty­wa­cją, bo prze­cież nic nie przy­cho­dzi samo. O wszystko trzeba zawal­czyć. Na początku musiał odnieść jakiś suk­ces. Od lat był w sta­gna­cji, wypa­lał się, zni­kał, potrzeba zmian nara­stała. Suk­ces byłby pozy­tyw­nym kopem na roz­pęd. Naj­le­piej, żeby to było coś spek­ta­ku­lar­nego, coś, co może stać się nowym otwar­ciem.

Od syl­we­stro­wego wie­czoru wiele myślał o tym nie­spo­dzie­wa­nym pro­roc­twie na nad­cho­dzący rok. A jeśli w dia­gra­mie ukryto też inne słowa, ale on odczy­tał wła­śnie te trzy? To by był dopiero znak od losu. Tak czy ina­czej, nic nie przy­cho­dzi samo. Życie to walka o utrzy­ma­nie się na powierzchni. Walka o suk­ces.

Marze­nia Remi­giu­sza Stań­czyka o suk­ce­sie, zdo­by­ciu popu­lar­no­ści i osią­gnię­ciu takiego stanu w życiu, kiedy już o nic nie musiałby się mar­twić i czułby się wolny, speł­złyby na niczym jak tysiące wcze­śniej­szych pla­nów i posta­no­wień, gdyby nie atak ze strony, z któ­rej naj­mniej spo­dzie­wał się kło­po­tów.

2

Zaczęło się oczy­wi­ście w ponie­dzia­łek. Dla­czego zawsze w pierw­szy dzień tygo­dnia zda­rzała się więk­szość tra­ge­dii, które znie­nacka dopa­dały ludzi? Przy­naj­mniej ta zasada doty­czyła Remi­giu­sza, choć zapewne nie tylko. Może w regu­la­mi­nie funk­cjo­no­wa­nia świata ten dzień jest zare­zer­wo­wany na przy­kre zda­rze­nia? To nawet byłoby logiczne i w pewien spo­sób wytłu­ma­czalne. Przy­cho­dzisz do pracy, dosta­jesz cios mię­dzy oczy, potem do końca tygo­dnia zwień­czo­nego week­en­dem masz czas, żeby otrzą­snąć się po cio­sie. A w następny ponie­dzia­łek znowu, jeb! Kolejny nokaut i tak w kółko, i wciąż.

Remi­giusz oba­wiał się ponie­dział­ków, ale jak to w życiu bywa, jeśli przez długi czas nic złego się nie dzieje, traci się czuj­ność. W pierw­szy ponie­dzia­łek stycz­nia był wła­śnie w sta­nie osła­bio­nej czuj­no­ści, mając z tyłu głowy kilka nie­roz­wią­za­nych pro­ble­mów, tlą­cych się cier­pli­wie, jak ogień cze­ka­jący na dopływ tlenu.

-?Remik! Artur pro­sił, żebyś do niego zaj­rzał -?dobiegł go głos sekre­tarki, kiedy zamy­ślony wcho­dził do biura koło dzie­wią­tej.

Biuro roz­po­czy­nało pracę od ósmej, lecz on był prze­cież współ­wła­ści­cie­lem spółki i nie musiał przy­cho­dzić punk­tu­al­nie. Przez ostat­nie pięt­na­ście lat haro­wał po dwa­na­ście godzin dzien­nie, sześć dni w tygo­dniu i nie­dawno po pro­stu sobie tro­chę odpu­ścił, żeby nie zwa­rio­wać.

Ewe­lina Rogala była ich sekre­tarką pra­wie od trzech lat. Firma wcze­śniej miała pro­blem z obsadą tego sta­no­wi­ska. Za poli­tykę kadrową zawsze odpo­wia­dał jego wspól­nik, Artur Mil­ler. Remi­giusz pamię­tał jego tłu­ma­cze­nia, że ciężko jest zna­leźć odpo­wied­nią osobę do sekre­ta­riatu, bo musi być repre­zen­ta­cyjna, a zarobki w sumie nie­wiel­kie. Wie­rzył mu do czasu, kiedy przy­pad­kiem dowie­dział się, że Artur mole­stuje sekre­tarki i dla­tego szybko odcho­dzą z pracy. Aż tra­fiła się Ewe­lina, któ­rej taki układ odpo­wia­dał. Pie­przyła się z Artu­rem regu­lar­nie. Remi­giusz miał tylko nadzieję, że nie robią tego w biu­rze, choć zary­so­wa­nia, które kie­dyś dostrzegł na jej biurku, mogły pocho­dzić na przy­kład od sprzączki paska do spodni Artura. I tak oto pro­blem sekre­tarki znik­nął jak ręką odjął.

-?Remik?

Ock­nął się z zamy­śle­nia.

-?Zaraz do niego pójdę -?rzu­cił i ruszył do swo­jego pokoju.

Nie cier­piał, kiedy ludzie mówili do niego Remik. Remik to była taka gra w karty, do jasnej cho­lery! On był Rem­kiem. Kolejna przy­kle­pana przez niego sprawa, mająca poten­cjał do wybu­chu i kon­fliktu. Dla­czego dotąd nie zwró­cił nikomu uwagi? Nie miał poję­cia, tak po pro­stu wyszło.

Kiedy odpa­lał lap­top sto­jący na biurku i cho­wał dru­gie śnia­da­nie do szu­flady, prze­le­ciało mu przez głowę, że na romans wspól­nika z sekre­tarką też nie zare­ago­wał. A prze­cież znał żonę Artura od cza­sów stu­diów. Z Mil­le­rami spo­ty­kali się czę­sto na grillu, jeź­dzili razem na waka­cje, week­en­dowe wypady, Remi­giusz był ojcem chrzest­nym ich pierw­szego dziecka. Był więc tak samo winny jak Artur bie­ga­jący za młod­szymi dupami, ponie­waż nic jej nie powie­dział. Kolejny temat, pro­blem bez reak­cji, poten­cjalne zarze­wie wiel­kiego pożaru, który przy­kle­pał, zra­cjo­na­li­zo­wał i prze­szedł nad nim do porządku dzien­nego. Znowu zro­bił to dla wygody i świę­tego spo­koju? Być może.

Artur Mil­ler stał tyłem do drzwi, wpa­trzony w widoki za oknem. W sumie nie było na co patrzeć. Biu­rowce Green Towers poło­żone były w dość nie­cie­ka­wym miej­scu, na skrzy­żo­wa­niu Strze­gom­skiej i Śru­bo­wej. Nawet z per­spek­tywy dzie­wią­tego pię­tra Wro­cław pre­zen­to­wał się tu szaro i nijako. Artur nie zare­ago­wał na powi­ta­nie, co było złym zna­kiem. Stań­czyk o tym wie­dział, prze­cież znali się jak łyse konie. Nie­na­gan­nie skro­jony, drogi gar­ni­tur wspól­nika znowu podzia­łał na niego przy­gnę­bia­jąco. Zazdro­ścił mu syl­wetki, tego, że był przy­stoj­niej­szy, umiał o sie­bie zadbać i przede wszyst­kim nie miał tego cho­ler­nego tatu­sio­wego brzuszka, który poja­wiał się u czę­ści męż­czyzn w oko­li­cach czter­dziestki. Znowu poczuł się gor­szy. Dla­czego? Prze­cież nie było powodu do takich odczuć, on miał po pro­stu inny styl niż Artur.

-?Musimy poważ­nie poroz­ma­wiać, Remik. -?Mil­ler naresz­cie odwró­cił się do niego, usiadł wolno przy biurku i mie­rzył Stań­czyka wzro­kiem długą chwilę.

Remi­giusz poczuł się jak na prze­słu­cha­niu. Lecz tylko przez chwilę. Nie­spo­dzie­wa­nie coś w nim pękło. Jakaś nacią­gnięta do gra­nic moż­li­wo­ści struna strze­liła z meta­licz­nym pogło­sem. Jesz­cze do nie­dawna w takiej sytu­acji zja­dałby go stres, teraz jed­nak męż­czy­zna był wyjąt­kowo opa­no­wany i spo­kojny. Zastygł w dziw­nym sta­nie ner­wo­wego pod­eks­cy­to­wa­nia, z cie­ko­wo­ścią cze­ka­jąc na roz­wój sytu­acji.

-?Czego chcesz? -?wark­nął nie swoim gło­sem.

Artur nie zwró­cił uwagi na tę zmianę. Naj­wi­docz­niej miał już przy­go­to­wany sce­na­riusz roz­mowy i nie zamie­rzał niczego zmie­niać. Remi­giusz z gory­czą uświa­do­mił sobie, że w grun­cie rze­czy to też jego wina. Zawsze był zbyt ule­gły i Artur po tej roz­mo­wie spo­dzie­wał się tego samego co zwy­kle. Przy­zna­nia się do winy i zała­go­dze­nia kon­fliktu.

-?Co się z tobą ostat­nio dzieje, Remik? -?zapy­tał wspól­nik, patrząc na niego twardo.

-?Nie rozu­miem.

-?Znamy się tyle lat, że nie będę niczego owi­jał w bawełnę. -?Mil­ler skrzy­żo­wał dło­nie na pier­siach. -?W ostat­nich mie­sią­cach nie jestem zado­wo­lony z naszej współ­pracy. Nie wiem, co ci się stało, ale ostat­nio mniej anga­żu­jesz się w firmę. To jest też twoja firma, w któ­rej zara­biasz nie­złe pie­nią­dze, więc nie wiem, jaka może być tego przy­czyna.

Od pięt­na­stu lat pro­wa­dzili pra­cow­nię archi­tek­to­niczną Dom-In, która była dość znaną firmą na lokal­nym rynku. Oprócz domów i osie­dli miesz­ka­nio­wych pro­jek­to­wali wiele obiek­tów biu­ro­wych, mar­ke­tów han­dlo­wych i hal pro­duk­cyj­nych. Zatrud­niali kil­ku­na­stu archi­tek­tów.

-?Przy­cho­dzisz póź­niej do pracy -?kon­ty­nu­ował Artur. -?W trak­cie dnia jesteś jakby nie­obecny, zawa­lasz ter­miny, nie przy­kła­dasz się i bez względu na to, co jest do zro­bie­nia, zawsze wycho­dzisz przed sie­dem­na­stą. Wszystko jest na mojej gło­wie. Usta­la­nie pre­mii dla pra­cow­ni­ków, poszu­ki­wa­nie nowych klien­tów i nego­cja­cje z obec­nymi. Nowy sprzęt do firmy -?ja to zała­twiam, zakupy kawy i her­baty -?ja to muszę zatwier­dzić, kurwa, wszystko zepchną­łeś na mnie, od naj­mniej­szej pier­doły po orga­ni­za­cję pracy całej firmy. Przy­po­mi­nam ci, że bycie wspól­ni­kiem dużej pra­cowni archi­tek­to­nicz­nej to nie jest to samo, co bycie jej pra­cownikiem. Kurwa, Remik, ty ostat­nio się zacho­wu­jesz, jak­byś był pra­cownikiem. Mam wra­że­nie, że firmę, którą z takim mozo­łem budo­wa­li­śmy przez lata, masz w dupie. Przy­cho­dzisz tutaj, bo musisz, posie­dzisz kilka godzin, wypi­jesz kawę, coś tam zro­bisz i cze­kasz na prze­lew na konto. A ja tutaj zapier­da­lam od rana do nocy i nie dostaję od cie­bie żad­nego wspar­cia. Powiedz, że tak nie jest. Może się mylę i cze­goś nie dostrze­gam. Mylę się?

Remi­giusz patrzył na niego, słu­chał jego słów i jak to czę­sto się zda­rzało w stre­su­ją­cych sytu­acjach, mil­czał. Te wła­ściwe słowa zawsze przy­cho­dziły do niego po kil­ku­na­stu minu­tach, gdy były już nie­po­trzebne, bo spóź­nione. Tym razem słowa się poja­wiły, tylko wyda­wały się jakieś dziwne i na razie ich z sie­bie nie wypusz­czał. Mil­czał więc, utwier­dza­jąc wspól­nika w tym, że racja jest po jego stro­nie.

-?Popatrz na to, co robi­łeś przez lata -?cią­gnął dalej Artur. - Orga­ni­zo­wa­łaś firmę? Nie, ja to robi­łem. Rekru­to­wa­łeś pra­cow­ni­ków? To też było na mojej gło­wie. Zresztą, długo by wymie­niać. Remik, firma powinna być twoim hobby. Jak się jest wspól­ni­kiem, nie można stąd wyjść i potem już nie myśleć o biz­ne­sie. Firmą żyje się przez całą dobę. Nie można odpier­do­lić swo­ich ośmiu godzin i potem nawet przez chwilę nie zasta­na­wiać się, co dalej. Co polep­szyć, co zmie­nić, w jakim kie­runku mamy się roz­wi­jać, skąd pozy­skać nowe zle­ce­nia, jak naj­bar­dziej efek­tyw­nie wyko­rzy­stać pra­cu­ją­cych dla nas ludzi. Chcia­łem zauwa­żyć, że to ja zawsze myślę o tych spra­wach, a ty zwy­kle akcep­tu­jesz moje decy­zje. Bier­nie zga­dzasz się na wszystko. Czy kie­dy­kol­wiek nie zgo­dzi­łeś się z moimi pomy­słami? Zapro­po­no­wa­łeś jakieś poprawki do moich pla­nów? Ja sobie nie przy­po­mi­nam, ale może pamięć mi szwan­kuje? Przy­po­mnij mi.

Remi­giusz miał już w gło­wie ripo­stę, ale jej nie wypo­wie­dział. Jesz­cze nie. A skoro mil­czał, Artur mówił dalej:

-?I jesz­cze jedna sprawa, która mnie naj­bar­dziej zabo­lała. Umó­wi­li­śmy się, że nasza spółka nie sta­nie do kon­kursu na pro­jekt apar­ta­men­towca orga­ni­zo­wany przez mie­sięcz­nik "Mój Dom". A tym­cza­sem ty, nie infor­mu­jąc mnie, zgło­si­łeś swój pro­jekt. Wiesz, jak to mnie zabo­lało, Remik? Jak­byś zadał mi cios w plecy. Ole­wasz robotę dla Dom-In, ale mia­łeś czas, żeby zro­bić pro­jekt na kon­kurs. Ja też jestem archi­tek­tem, wiem, ile czasu musia­łeś poświę­cić na jego przy­go­to­wa­nie. Kosz­tem swo­jej wła­snej firmy.

Remi­giusz wresz­cie się ode­zwał. Ten kon­kurs był dla niego wielką szansą. Musiał sobie udo­wod­nić, że jesz­cze się do cze­goś nadaje, chciał się dowar­to­ścio­wać, odzy­skać wiarę we wła­sne moż­li­wo­ści, mocno nad­szarp­nięte przez lata spę­dzone w fir­mie zarzą­dza­nej przez Mil­lera. To miał być ten suk­ces wywró­żony mu w syl­we­strową noc. Pro­jek­tu­jąc apar­ta­men­to­wiec na kon­kurs, czuł się jak młody bóg, odzy­skał chęć do pracy, posze­rzył hory­zonty, nała­do­wał aku­mu­la­tory. I wbrew temu, co zasu­ge­ro­wał wspól­nik, nie robił tego w cza­sie pracy.

-?To ty usta­li­łeś, że Dom-In nie przy­stąpi do kon­kursu. Ja byłem temu prze­ciwny, dla­tego zro­bi­łem ten pro­jekt sam, bazu­jąc na SWOIM wcze­śniej­szym pomy­śle. -?Posta­no­wił być zło­śliwy. -?Pamię­tasz, jak kilka lat temu przez rok pro­jektowałem budy­nek City Hol? Koniecz­nie chcia­łeś, żeby nasza firma była głów­nym pro­jektantem, a spóź­ni­łeś się ze zło­że­niem doku­men­tów do kon­kursu, bo byłeś wtedy na nar­tach w Alpach i nie mogłeś się stam­tąd wydo­stać z powodu opa­dów śniegu. Zmar­no­wa­łeś pra­wie rok mojej pracy, a to był dobry pro­jekt i trzeba było tylko tro­chę go prze­ro­bić. Gwa­ran­tuję ci, że nie robi­łem tego tu, w biu­rze, tylko wie­czo­rami i w week­endy. Nasza spółka nie ponio­sła przez to żad­nych strat.

-?Nie ponio­sła strat, mówisz? -?Mil­ler patrzył na niego z dziw­nym wyra­zem twa­rzy. On ni­gdy nie przy­zna­wał się do błę­dów, więc pomi­nął uwagę o tym, że zmar­no­wał wielką szansę na grubą kasę, zawa­la­jąc wtedy wnio­sek. -?Moim zda­niem ponio­sła duże straty. Przy­cho­dzi­łeś do pracy nie­wy­spany, nie anga­żo­wa­łeś się tak, jak powi­nie­neś, nie myśla­łeś o fir­mie, tylko o sobie, i przede wszyst­kim korzy­sta­łeś ze sprzętu i opro­gra­mo­wa­nia nale­żą­cego do firmy.

-?Sprzęt należy tak samo do firmy, jak i do mnie czy do cie­bie. - Remi­giusz po raz pierw­szy poczuł nara­sta­jącą w nim zimną agre­sję. Na tym eta­pie to już nie mogło się skoń­czyć jak zwy­kle. Wywali mu prawdę pro­sto w oczy. Za chwilę. -?Nie możesz się wpie­przać w moje życie oso­bi­ste. Gówno ci do tego, co robię i czy to się dzieje w dzień czy w nocy, czy w week­endy.

-?Masz się wyco­fać z tego kon­kursu -?zażą­dał twardo Mil­ler.

-?Co ty mówisz? -?Stań­czyk wytrzesz­czył na niego oczy, jakby nie zro­zu­miał.

-?Wyco­faj się.

-?Nie możesz mnie do tego zmu­sić. To jest moja decy­zja.

-?Zro­zum to, do jasnej cho­lery! Star­tu­jąc w tym kon­kur­sie, szko­dzisz wize­run­kowi Dom-In na rynku. Daj sobie spo­kój z mrzon­kami, tylko zaj­mij się wresz­cie robotą i prze­stań zawa­lać ter­miny. Nie mam zamiaru wię­cej rene­go­cjo­wać u klien­tów ter­mi­nów, bo ty nie jesteś w sta­nie ich dotrzy­mać.

-?Ja zawa­lam ter­miny? -?głos Remi­giu­sza stał się nagle lodo­waty. -?Od lat ci mówię, że usta­lane przez cie­bie ter­miny są nie­re­alne. Do tego bie­rzesz każde gówno z rynku. Bra­kuje nam archi­tek­tów, a ci, któ­rych mamy, są prze­cią­żeni pracą. To nie jest moja wina, to jest wina two­jego gów­nia­nego zarzą­dza­nia i pogoni za kasą!

Twarz Artura zmie­niła się nagle w maskę bez wyrazu, a usta zaci­snęły się w poziomą linię, jak to się działo zawsze, kiedy był wście­kły.

-?Posłu­chaj mnie... -?zaczął, wycią­ga­jąc oskar­ży­ciel­sko palec w kie­runku Stań­czyka, lecz ku jego wyraź­nemu zasko­cze­niu Remi­giusz mu prze­rwał:

-?Nie, kurwa, to ty mnie teraz posłu­chaj! Zaczy­na­li­śmy tę spółkę w sześć osób. Przez lata wszyst­kich wyko­si­łeś i teraz masz pięć razy wię­cej udzia­łów i zara­biasz pięć razy wię­cej niż ja. Nie pro­te­sto­wa­łem i teraz tego żałuję, ale na­dal tu jestem. Wiesz, dla­czego zaj­mu­jesz się tym całym gów­nem, począw­szy od zakupu kawy do eks­presu po zatrud­nie­nie pra­cow­ni­ków? Bo sam chcia­łeś się tym zaj­mo­wać i masz do tego ludzi, któ­rzy więk­szość tego gówna odwa­lają za cie­bie.

-?Remi­giusz, posłu­chaj... -?Artur znowu pró­bo­wał prze­rwać.

-?Nie, ja teraz mówię! -?Stań­czyk pod­niósł się z fotela i zaczął mówić gło­śniej, wpro­wa­dza­jąc Mil­lera w stan kom­plet­nego osłu­pie­nia. -?Od dzie­się­ciu lat nie uczest­ni­czy­łeś w żad­nym pro­jek­cie. To ja nad­zo­ruję wszyst­kie prace pro­jek­towe i jestem ich pomy­sło­dawcą. Mam tylko dwa­dzie­ścia pro­cent udzia­łów w tej fir­mie, a przez ostat­nie lata pra­co­wa­łem tu po dwa­na­ście godzin w soboty, nie­dziele i święta! I ty mi teraz mówisz, że ja się nie anga­żuję? Każesz mi się wyco­fać z kon­kursu, który jest dla mnie odskocz­nią, reali­za­cją marzeń i wielką przy­jem­no­ścią? Każesz mi dalej zapier­da­lać przy kom­pu­te­rze za tę nędzną kasę? Mówisz, że szko­dzę wize­run­kowi firmy? Gówno prawda. Oba­wiasz się po pro­stu, że mniej zaro­bisz. Ale ja już mam dość. Nie będę na cie­bie wię­cej pra­co­wał.

-?Co masz na myśli? -?Artur patrzył zdzi­wiony.

-?Odcho­dzę -?wyja­śnił Remi­giusz. -?Rzu­cam to. Zni­kam. Mam to w dupie. Pier­dolę tę twoją firmę! Nie chcę już haro­wać na twoje tłu­ste prze­lewy kosz­tem życia pry­wat­nego.

-?Posłu­chaj, Remik... -?zaczął Mil­ler, ale Stań­czyk znowu mu prze­rwał.

-?I nie mów do mnie Remik!

Artur był kom­plet­nie zasko­czony jego wybu­chem. Nie wie­dział, jak ma zare­ago­wać.

-?Poroz­ma­wiajmy, Remi­giu­szu -?popro­sił. -?W końcu jeste­śmy od lat przy­ja­ciółmi. Wyja­śnijmy sobie wszystko na spo­koj­nie.

-?Kie­dyś byli­śmy przy­ja­ciółmi -?zapro­te­sto­wał Stań­czyk. -?Przez lata jed­nak zmie­ni­li­śmy się kom­plet­nie i poszli­śmy w różne strony. Mamy inne prio­ry­tety, nie chcę żyć jak ty. Chcę żyć ina­czej. Nie chcę wię­cej zakła­ma­nia.

-?Remik, uspo­kójmy emo­cje. One są złym doradcą w takich sytu­acjach.

-?Nie, emo­cje są dobre. To dzięki tym emo­cjom w końcu mogę ci walić prawdę pro­sto w twarz. Za długo je tłu­mi­łem. Nie chcę dłu­żej uda­wać, że nie wiem, co robisz z sekre­tarką. Nie chcę uda­wać, że nie wiem o two­ich wcze­śniej­szych roman­sach. Nie chcę patrzeć two­jej żonie w oczy i robić dobrą minę do złej gry.

Mil­ler poczer­wie­niał na twa­rzy. Nie wie­dział, co powie­dzieć, i było to dla niego spo­rym zasko­cze­niem. Chyba po raz pierw­szy Stań­czyk widział go w takim sta­nie.

-?Odcho­dzę -?powtó­rzył sucho Remi­giusz. -?Niech praw­nik skon­tak­tuje się z moim praw­nikiem w spra­wie odku­pie­nia udzia­łów. Tylko pamię­taj, ja się nie dam wyro­lo­wać jak reszta naszych wspól­ni­ków, wiem, ile firma jest warta. Pamię­taj, że za pie­prze­nie sekre­tarki też trzeba tro­chę do ceny dorzu­cić.

Stań­czyk odwró­cił się na pię­cie i wyszedł, zosta­wia­jąc Mil­lera w sta­nie kom­plet­nego osłu­pie­nia. Trza­snął drzwiami, aż Ewe­lina pod­sko­czyła prze­stra­szona. Była blada jak wosk i miała nie­tęgą minę. Pew­nie pod­słu­chi­wała. Bar­dzo dobrze, to wiele uła­twi.

-?Remik... -?zaczęła nie­pew­nie, lecz Remi­giusz był coraz lep­szy w nie­do­pusz­cza­niu innych do słowa.

-?Dla cie­bie Remi­giusz! -?rzu­cił i nie cze­ka­jąc na jej dal­sze słowa, wyszedł na kory­tarz.

Przy­sta­nął na moment i ode­tchnął. Co teraz czuł? Oczy­wi­ście stres i wewnętrzny ner­wowy dygot, jed­nak te nega­tywne uczu­cia przy­sło­niła fala eufo­rii. Zanim doszedł do swo­jego gabi­netu, był już roz­luź­niony, uśmiech­nięty i spo­kojny. Do dia­bła, to się oka­zało takie pro­ste! Dla­czego nie zde­cy­do­wał się wcze­śniej? Jak cho­lerny kre­tyn tyrał tu za trzech, a i tak nikt tego nie doce­niał. Dla­czego nie rzu­cił tej roboty wcze­śniej? Wie­dział dla­czego. Dla wygody i dla świę­tego spo­koju. Zno­sił wszystko i kładł uszy po sobie, bo bał się zmian. Prze­cież wia­domo, że lep­sze jest wro­giem dobrego. I odkła­dał decy­zję na bli­żej nie­okre­śloną przy­szłość. Cho­lerna pro­kra­sty­na­cja!

Po dro­dze zaszedł do aneksu kuchen­nego. Zro­bił sobie kawę. Tak, naj­bar­dziej będzie mu bra­ko­wało kawy. Tu była zawsze naj­lep­sza.

W gabi­ne­cie spa­ko­wał pry­watne rze­czy do pudełka po papie­rze do dru­karki. Zadzwo­nił wewnętrzny tele­fon na biurku, ale nie ode­brał. Potem zadzwo­niła komórka, jed­nak nawet nie spraw­dził, kto chce z nim roz­ma­wiać. Nie obcho­dziło go to, bo już go tu men­tal­nie nie było.

Gdyby odszedł lata temu, zało­żyłby wła­sne biuro i zara­biał kro­cie, pra­cu­jąc dużo mniej. Zmar­no­wał kawał życia. Za błędy trzeba pła­cić. Tele­fony dzwo­niły, ktoś pukał do drzwi, a potem szar­pał za klamkę. Prze­zor­nie wcze­śniej prze­krę­cił klucz w zamku. Na końcu wycią­gnął z biurka kanapki, zjadł ostat­nie dru­gie śnia­da­nie w tym miej­scu, dopił kawę, a następ­nie po pro­stu wyszedł z lap­to­pem w tor­bie na ramie­niu i pudeł­kiem z pry­wat­nymi dro­bia­zgami. Zaska­ku­jące, jak było ich mało, a do tego nic istot­nego. Naj­wy­raź­niej z tą firmą już dawno, nie­świa­do­mie, prze­stał się iden­ty­fi­ko­wać. W końcu doj­rzał.

Nowy rok i wiel­kie zmiany w życiu. Prze­cież tego wła­śnie chciał.

Pustym kory­ta­rzem dotarł do drzwi wyj­ścio­wych, nikogo nie spo­tkaw­szy po dro­dze. Zresztą nie chciał nikogo spo­tkać. Otwo­rzył drzwi na główny kory­tarz z win­dami i zde­rzył się z wyso­kim szpa­ko­wa­tym face­tem w skó­rza­nej kurtce. Musiał się zatrzy­mać, ponie­waż męż­czy­zna zata­ra­so­wał mu drogę i coś poka­zy­wał, uno­sząc to na wyso­kość jego twa­rzy. To była poli­cyjna odznaka.

-?Komi­sarz Dariusz Pikul. Czy pra­cuje tu Joanna Niedź­wia­dek?

Poli­cjant miał prze­ni­kliwe spoj­rze­nie sza­rych oczu, kil­ku­dniowy zarost na twa­rzy, masku­jący długą bli­znę na policzku. Biła od niego pew­ność sie­bie. Remi­giusz pomy­ślał nawet przez chwilę, że nie chciałby kie­dyś stać się obiek­tem jego zain­te­re­so­wa­nia.

-?Miśka? -?rzu­cił machi­nal­nie. -?Tak, pra­cuje jako asy­stentka zarządu.

-?Miśka? -?powtó­rzył poli­cjant, uno­sząc brwi.

-?No... tak ją nazy­wamy -?zmie­szał się Stań­czyk.

-?Pan jest jej sze­fem?

-?Byłym, wła­śnie odcho­dzę w cho­lerę z tego domu waria­tów. Czy ja też będę panu potrzebny?

-?Nie.

-?To pro­szę mnie prze­pu­ścić.

Komi­sarz Pikul stał w drzwiach i parzył za Remi­giu­szem, aż ten wsiadł do windy i drzwi się za nim zamknęły.

3

Nie powi­nien jeść tego gówna. Wie­dział, że duży hot dog kupiony na sta­cji ben­zy­no­wej nie jest dobrym pomy­słem, żeby zapeł­nić pusty żołą­dek. Potem będzie miał nie­straw­ność i nie­przy­jemny refluks. Szcze­gól­nie gdy popije to wykwintne danie kawą kupioną na tej samej sta­cji. Ile razy powta­rzał sobie, że musi zmie­nić nawyki żywie­niowe. Dużo, i co z tego? Taka robota. Wieczny pośpiech, cią­gły stres i sta­wia­nie pracy na pierw­szym miej­scu. Nie tylko przed życiem pry­wat­nym, ale też przed wła­snym zdro­wiem. Niech to szlag trafi! No musi coś w końcu zmie­nić, bo ten kwas znisz­czy mu żołą­dek i prze­łyk.

Zadzwo­nił tele­fon. Chciał szybko ode­brać, wyko­nał nie­ostrożny ruch i resztka kieł­ba­ski uma­zana keczu­pem i musz­tardą spa­dła mu na spodnie i zosta­wia­jąc wyraźny ślad, poto­czyła mu się w kie­runku kro­cza. Takie były uroki jedze­nia w aucie, cho­lera jasna! Tak długo, jak będzie jadł w pośpie­chu śmie­ciowe żar­cie, tak długo będzie to robił w aucie na sie­dze­niu kie­rowcy. Fotel był już upstrzony kil­koma tłu­stymi pla­mami. A teraz jesz­cze spodnie.

Klnąc pod nosem, wło­żył kieł­ba­skę w bułkę i ode­brał.

-?Pikul, słu­cham?

-?Chyba coś mamy. -?Głos pod­ko­mi­sa­rza Andrzeja Fijasa, kolegi z wydziału, był pełen kiep­sko tłu­mio­nych emo­cji.

-?No to mów, do cho­lery!

-?Tele­fo­no­wała do nas Joanna Niedź­wia­dek. Coś sobie przy­po­mniała z tam­tego dnia. Musisz z nią szybko poga­dać. Teraz jest w pracy.

-?Dobrze, gdzie ona pra­cuje?

-?Jakaś pra­cow­nia archi­tek­to­niczna w Green Towers na Śru­bo­wej.

Komi­sarz Dariusz Pikul odru­chowo zer­k­nął w prawo przez boczną szybę. Zapar­ko­wał na sta­cji BP na skrzy­żo­wa­niu Legnic­kiej z Zachod­nią. Rzut bere­tem od Śru­bo­wej.

-?Dobrze, będę u niej za pięć minut -?rzu­cił i się roz­łą­czył.

W mię­dzy­cza­sie plamy na jego spodniach tylko się utrwa­liły. Sta­ran­nie je czy­ścił, prze­żu­wa­jąc resztkę hot doga. Potem przyj­rzał się z uwagą efek­tom swo­ich wysił­ków. Nie było naj­go­rzej. Naj­waż­niej­sze, że nie spra­wiał wra­że­nia osoby cier­pią­cej na syn­drom nie­trzy­ma­nia moczu. Dopił resztkę kawy i rzu­cił tek­tu­rowy kubek na pod­łogę przed fote­lem pasa­żera, w stertę innych śmieci. Jak się nazywa samo­chód, w któ­rym nie trzeba ni­gdy wymie­niać oleju, sprzą­tać, jeź­dzić na myj­nię, tan­ko­wać za swoje, dole­wać płynu do spry­ski­wa­cza i mar­twić się wyso­kimi kra­węż­ni­kami? Służ­bowy. Poli­cjant tak wła­śnie trak­to­wał to auto.

Nie­na­wi­dził odwie­dzać wybu­do­wa­nych nie­dawno biu­row­ców, szcze­gól­nie tych usy­tu­owa­nych nie­da­leko cen­trum. Nie było gdzie zapar­ko­wać. Nie­które nie miały pod­ziem­nych par­kin­gów dla gości, tylko ogra­ni­czoną liczbę miejsc dla najem­ców i ich pra­cow­ni­ków. I jedy­nie przed autami mają­cymi odpo­wiedni sta­tus otwie­rały się szla­bany. Dla­tego komi­sarz Dariusz Pikul nawet nie zbli­żył się do szla­banu. Zapar­ko­wał na chod­niku. Wyło­żył na dach nie­bie­skiego koguta, żeby żad­nym miej­skim służ­bom nie przy­szło cza­sem do głowy wle­pić mu man­dat za nie­pra­wi­dłowe par­ko­wa­nie.

Dłu­żej niż dojazd na miej­sce zajęło mu zna­le­zie­nie odpo­wied­niej firmy. Kiedy wresz­cie wysiadł z windy na przed­ostat­nim pię­trze biu­rowca i sta­nął przed drzwiami, te otwo­rzyły się gwał­tow­nie i omal nie zde­rzył się z face­tem trzy­ma­ją­cym przed sobą pudełko po papie­rze do dru­karki. Poka­zał mu odznakę w wycią­gnię­tej dłoni.

-?Komi­sarz Dariusz Pikul. Czy pra­cuje tu Joanna Niedź­wia­dek?

Poli­cjant uważ­nie przyj­rzał się face­towi w nie­bie­skiej koszuli i mary­narce. Pie­przony kra­wa­ciarz, który pew­nie napchał kabzę kosz­tem pra­cow­ni­ków zara­bia­ją­cych gro­sze. Nie­na­wi­dził takich cwa­niacz­ków, w swo­jej karie­rze gli­nia­rza spo­ty­kał takich na pęczki i gnę­bił ich, jak tylko mógł. Nawet pomy­ślał, że dobrze by było doje­chać takiego na prze­słu­cha­niu, i żało­wał, bo praw­do­po­do­bień­stwo takiego roz­woju sytu­acji było zni­kome.

-?Miśka? -?Kra­wa­ciarz wyglą­dał tak, jakby na dłuż­szą chwilę prze­stał rozu­mieć ojczy­stą mowę. -?Tak, pra­cuje jako asy­stentka zarządu.

-?Miśka? -?Pikul uniósł brwi.

-?No... tak ją nazy­wamy -?zmie­szał się tam­ten.

-?Pan jest jej sze­fem?

-?Byłem, wła­śnie odcho­dzę w cho­lerę z tego domu waria­tów. Czy ja też będę panu potrzebny?

-?Nie.

-?To pro­szę mnie prze­pu­ścić.

Komi­sarz Pikul stał w drzwiach i patrzył za face­tem. Z tru­dem zapa­no­wał nad cisną­cym mu się na usta uśmie­chem. Czyli nowo­bo­gaccy wła­ści­ciele wysoko docho­do­wych spółek też cza­sem lądują na bruku. To była dla niego bar­dzo miła wia­do­mość.

Zamknął za sobą drzwi z nazwą firmy, Dom-In, i zna­lazł się w sekre­ta­ria­cie. Rze­czy­wi­ście sytu­acja wyglą­dała na nie­stan­dar­dową i musiał naro­bić nie­złego rabanu, zanim zja­wiła się sekre­tarka z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem i zaczer­wie­nio­nymi policz­kami. Był już nie­źle wku­rzony, kiedy wresz­cie docze­kał się roz­mowy sam na sam z "Miśką", jak w duchu zaczął nazy­wać świadka.

Sie­dzieli przy dłu­gim stole w pomiesz­cze­niu, które mogło być salą kon­fe­ren­cyjną. Naprze­ciw sie­bie komi­sarz widział smutną i chyba tro­chę prze­stra­szoną blon­dynkę w wieku mniej wię­cej trzy­dzie­stu lat. Spo­tkał ją po raz pierw­szy, wcze­śniej roz­ma­wiali z nią jego kole­dzy z wydziału. Była naj­waż­niej­szym świad­kiem w pro­wa­dzo­nym w jego wydziale śledz­twie. To ona ostatni raz widziała zagi­nioną kobietę.

Pikul nie nale­żał do poli­cjan­tów obda­rzo­nych prze­sadną empa­tią. Zasta­na­wiał się nawet, czy po tylu latach ści­ga­nia zabój­ców i naj­gor­szych popa­prań­ców ma jesz­cze w sobie coś takiego jak empa­tia. Bo prze­cież ta ludzka cecha znika w tym zawo­dzie jako pierw­sza. Nie można wiele lat oglą­dać, doty­kać, wąchać tru­pów i pozo­stać wraż­li­wym. Zauwa­żył jed­nak, że ludzie ocze­kują od niego zro­zu­mie­nia i współ­czu­cia, więc dosko­nale nauczył się uda­wać, kiedy mogło to przy­nieść wymierne korzy­ści dla śledz­twa. Teraz przy­brał zatro­skaną postawę star­szego brata, reagu­ją­cego na tra­ge­dię, którą prze­żyła sio­stra.

-?Pani była ostat­nią osobą, która widziała Kata­rzynę Jawor­ską -?zaczął gło­sem tele­wi­zyj­nego pre­zen­tera, z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem na ustach.

Podzia­łało. "Miśka" tro­chę się roz­luź­niła.

-?Tak -?przy­znała cicho.

-?Może mi pani opo­wie­dzieć jesz­cze raz, w jakich oko­licz­no­ściach to nastą­piło?

-?Umó­wi­ły­śmy się na spa­cer w drugi dzień świąt Bożego Naro­dze­nia. Do Kasi, jak co roku, zje­chała się rodzina, ale jak to bywa w rodzi­nie, nie ze wszyst­kimi dobrze żyła. Dru­giego dnia świąt miała już wszyst­kiego dość i umó­wiła się ze mną na spa­cer w parku Szczyt­nic­kim.

-?To było dwu­dzie­stego szó­stego grud­nia zeszłego roku? -?wtrą­cił nagle Pikul, niby bez sensu, ale Joanna nie dała się wybić z rytmu.

-?Tak, około czter­na­stej.

-?Pro­szę mówić dalej.

-?Kaśka już na mnie cze­kała przy takim jeziorku na rogu parku od strony ulicy Dem­bow­skiego. Przy­szłam z psem, pogoda była nie­cie­kawa, ale pocho­dzi­ły­śmy z godzinkę i humor jej się popra­wił. Poże­gna­łam ją w tym samym miej­scu i poszłam do domu. Ale teraz... -?Wyraź­nie się zawa­hała.

-?Tak? -?Dariusz uniósł brwi.

-?Poprzed­nio mówi­łam, że nie zauwa­ży­łam wtedy nic nie­zwy­kłego, ale teraz sobie przy­po­mnia­łam. Widzia­łam ciemny samo­chód.

-?Pro­szę mi wszystko na spo­koj­nie opo­wie­dzieć.

Joanna Niedź­wia­dek wcią­gnęła głę­boko powie­trze do płuc i zaraz je wypu­ściła.

-?Pierw­szy raz mijał mnie, gdy wcho­dzi­łam do parku na spo­tka­nie z Kaśką. Wła­śnie koło czter­na­stej. Kiedy spa­ce­ro­wa­ły­śmy, to samo auto było zapar­ko­wane za boiskiem do piłki noż­nej obok. Zwró­ci­łam na nie uwagę, bo nikt tam ni­gdy nie par­kuje. Tam chyba nie wolno par­ko­wać.

-?Od strony alei Wiel­kiej Wyspy? -?dopy­tał poli­cjant.

-?Tak. Ale kiedy wra­ca­ły­śmy, tego samo­chodu już nie było -?mówiła dalej, a na jej twarz powoli wycho­dził rumie­niec. -?Minął mnie znowu, kiedy wra­ca­łam Dem­bow­skiego do domu. Poje­chał w kie­runku Tram­wa­jo­wej, czyli tam, dokąd poszła Kaśka.

-?Rozu­miem. Jakiego koloru było to auto?

-?Ciemne -?kobieta zmie­szała się i rumie­niec stał się wyraź­niej­szy.

-?Czarne czy gra­na­towe?

-?Czarne.

Pikul prze­klął w myślach, ale wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił.

-?Jakiej było marki? -?dopy­ty­wał.

-?Nie wiem, ja się nie znam na samo­cho­dach. Na pewno nie był nowy. Miał z... -?Zawa­hała się. -?Pięt­na­ście albo dwa­dzie­ścia lat. Teraz już takie nie jeż­dżą. Był duży, więk­szy niż wiele innych aut.

-?Okej. -?Komi­sarz odru­chowo podra­pał się po bliź­nie na lewym policzku.

Joanna Niedź­wia­dek przez całą roz­mowę popa­trzyła na niego tylko raz. Teraz wpa­try­wała się w blat stołu. To pew­nie przez jego sfa­ty­go­wane prawe ucho, to była czę­sta reak­cja osób, które widziały go po raz pierw­szy. No i jesz­cze bli­zna na policzku. Może powi­nien tu przy­je­chać ktoś inny?

-?Może to był mer­ce­des? -?zapy­tał. -?Takie oku­lar­niki kie­dyś jeź­dziły, pamięta pani?

-?Tak, to mógł być taki mer­ce­des -?przy­znała zaraz.

-?A może audi? To zawsze były duże samo­chody.

-?Może audi -?zgo­dziła się po chwili.

-?A pamięta pani opla omegę kombi? -?pytał dalej. -?Takie wiel­kie auto.

-?To chyba nie był kombi. -?Drugi raz pod­nio­sła na niego wzrok i natych­miast go spu­ściła.

Komi­sarz Dariusz Pikul wes­tchnął. Nie było sensu dalej jej stre­so­wać.

-?Pani Asiu. -?Celowo zaczął skra­cać dystans mię­dzy nimi. -?Przy­je­dzie do pani poli­cjant z kata­lo­giem zdjęć star­szych modeli samo­cho­dów. Popra­cuje pani z nim? Może coś się uda usta­lić. Ma przy­je­chać tu czy może do pani do domu?

-?Raczej do domu -?odpo­wie­działa z ulgą, że koń­czą roz­mowę. -?Tutaj dzi­siaj jakieś pie­kło się roz­pę­tało. Sze­fo­wie się pokłó­cili i jeden odszedł.

Pikul poki­wał ze zro­zu­mie­niem głową.

4

Zadzwo­nił do pod­ko­mi­sa­rza Fijasa, kiedy już wsiadł do samo­chodu zapar­ko­wa­nego na chod­niku.

-?Wie­rzę jej -?rela­cjo­no­wał roz­mowę. -?Tylko mamy pro­blem, bo ona nie ma poję­cia, jakie to było auto. Jakieś było, ale wiesz, jak to kobieta, na samo­cho­dach się nie zna.

-?To co robimy?

-?Wyślij wie­czo­rem do niej do domu naszego gra­fika z kata­lo­giem sta­rych aut. Może do cze­goś dojdą.

-?W porządku. A ty co teraz masz w pla­nach?

-?Jadę do jasno­wi­dza, a potem do domu, bo sobie spodnie upier­do­li­łem keczu­pem.

-?Do jasno­wi­dza! -?prych­nął Fijas. -?Znasz ten dow­cip o jasno­wi­dzu?

-?Pew­nie znam, ale opo­wia­daj.

-?Facet puka do drzwi jasno­wi­dza i sły­szy pyta­nie: Kto tam? Po czym odwraca się i odcho­dzi, mam­ro­cząc pod nosem: Na cho­lerę mi taki jasno­widz?

-?Taaa... -?Pikul nawet się nie uśmiech­nął. -?Mam podobne zda­nie, ale pole­ce­nie szefa to roz­kaz.

-?A głu­piego szefa? -?wpadł mu w słowo Andrzej.

-?Też roz­kaz, co naj­wy­żej głupi. Idziesz wie­czo­rem na drinka?

-?Stary, dzi­siaj jest ponie­dzia­łek! -?wykrzyk­nął Fijas. -?Żona by mi zro­biła eks­mi­sję z domu.

-?Po co ci taka żona?

-?Weź się odwal, dobrze? Cwa­nia­czek kawa­ler się zna­lazł. Zapy­taj lepiej tego jasno­wi­dza, czy jesz­cze jakaś kobieta na cie­bie spoj­rzy, zanim sobie nie przy­szy­jesz ucha i nie zope­ru­jesz bli­zny na facja­cie.

-?Dobra już -?prze­rwał Pikul. -?Przej­rzyj­cie jesz­cze raz zapisy z kamer moni­to­ringu miej­skiego na skrzy­żo­wa­niu alei Wiel­kiej Wyspy z Dem­bow­skiego. Jeśli ten samo­chód się tam dłu­żej krę­cił, może sami go roz­po­znamy.

-?Dobrze, na razie!

Pod­ko­mi­sarz Fijas się roz­łą­czył, a Dariusz uru­cho­mił sil­nik w aucie.

Naprawdę jechał do jasno­wi­dza. Jacek Mar­kow­ski nie­gdyś był księ­dzem, a teraz można go było nazwać eks­cen­try­kiem. Pro­wa­dził w Śród­mie­ściu gabi­net, który sam nazy­wał Gabi­ne­tem Prze­po­wia­da­nia Przy­szło­ści i Jasno­wi­dze­nia. Kan­to­wał w nim naiw­nych klien­tów na nie­złą kasę, ale nic mu nie można było zro­bić. Inte­res był w pełni legalny, prze­waga klien­tów zado­wo­lo­nych nad roz­cza­ro­wa­nymi, opłaty w dowol­nej wyso­ko­ści tylko w przy­padku dobrych prze­po­wiedni i traf­nych jasno­wi­dzeń, zero skarg. No i od pew­nego czasu regu­larna współ­praca z poli­cją, głów­nie w spra­wach o zagi­nię­cie. Zupeł­nie za darmo i z suk­ce­sami. Cho­ciaż Dariusz uwa­żał, że facet był po pro­stu genial­nym mani­pu­lan­tem i tak spraw­nie nawi­jał klien­tom maka­ron na uszy, iż w końcu zaczy­nali wie­rzyć we wszystko, co im mówił. Mar­kow­ski miał doświad­cze­nie z cza­sów, kiedy jesz­cze nosił sutannę. W tym zawo­dzie sztukę mani­pu­la­cji można było roz­wi­nąć do poziomu arcy­mi­strzow­skiego. Takie przy­naj­mniej było zda­nie komi­sa­rza Dariu­sza Pikula.

Wspi­nał się teraz po skrzy­pią­cych scho­dach na dru­gie pię­tro sta­rej kamie­nicy w małej uliczce odcho­dzą­cej w bok od Wyszyń­skiego. Sta­nął przed masyw­nymi drew­nia­nymi drzwiami bez żad­nych ozna­czeń i zadzwo­nił. Ten biz­nes wyma­gał spo­koju i dys­kre­cji, dla­tego nie było żad­nych reklam ani tabli­czek z godzi­nami przy­jęć. Kto miał tu tra­fić, ten zazwy­czaj tra­fiał bez pro­ble­mów.

Pikul nagle pomy­ślał, że jak usły­szy pyta­nie "Kto tam?", to odwraca się na pię­cie i odcho­dzi. Dopiero teraz dow­cip Fijasa go roz­ba­wił i aż par­sk­nął śmie­chem. Na szczę­ście pyta­nie nie padło, w prze­ciw­nym razie udu­siłby się ze śmie­chu. Kiedy drzwi się uchy­liły, wciąż miał rogala na twa­rzy. Z tru­dem przy­wo­łał na swoje sfa­ty­go­wane obli­cze pozory powagi.

Jasno­widz był męż­czy­zną zaska­ku­jąco niskim. Miał może metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, był łysy, miał pomarsz­czoną twarz sta­rego czło­wieka, ale trudno było okre­ślić jego wiek. Rów­nie dobrze mógł mieć sześć­dzie­siąt, jak i osiem­dzie­siąt lat. Ubrany był w dres jak Fer­dy­nand Kiep­ski, w kąciku ust tkwił palący się papie­ros w szkla­nej lufce, która przy­brała kolor ciem­no­brą­zowy od osia­da­ją­cych w niej sub­stan­cji smo­li­stych.

-?Cze­ka­łem na cie­bie -?rzu­cił Mar­kow­ski, odwró­cił się na pię­cie i poma­sze­ro­wał do pokoju za kotarą.

Dariu­szowi uśmiech zszedł z twa­rzy. Spo­dzie­wał się. Jasno­widz -?niech go szlag trafi, myślałby kto. On nie wie­rzył w takie bajki, ale rozu­miał swo­jego szefa. Musiał wyko­nać dzia­ła­nia wyprze­dza­jące, infor­mu­jąc opi­nię publiczną o udziale w poszu­ki­wa­niach jasno­wi­dza, zanim pojawi się stu innych samo­zwań­czych jasno­wi­dzów, wska­zu­ją­cych sto róż­nych miejsc, gdzie może znaj­do­wać się teraz Kata­rzyna Jawor­ska. A każde trzeba by było spraw­dzić.

Nie cier­piał papie­ro­sów, a w miesz­ka­niu jasno­wi­dza można było sie­kierę powie­sić. Aż poczuł łza­wie­nie oczu. Po dro­dze zaj­rzał do kuchni. W zle­wie pię­trzyła się góra brud­nych naczyń, a na kuchence gazo­wej, osma­lo­nej i czar­nej, jakby nie­dawno znaj­do­wała się w epi­cen­trum pożaru, stał stary żeliwny czaj­nik z cha­rak­te­ry­stycz­nym, fan­ta­zyj­nie zawi­nię­tym dziób­kiem. Coś takiego można było teraz kupić tylko na targu sta­roci.

Nie ocią­ga­jąc się dłu­żej, wszedł do gabi­netu Mar­kow­skiego. Były ksiądz sie­dział wygod­nie w fotelu, palił nowego papie­rosa. Przed nim stał mały sto­lik z pory­so­waną poli­turą, a na nim leżały paczka fajek, zapal­niczka i popiel­niczka. Żad­nej szkla­nej kuli. Naj­wy­raź­niej jasno­widz sto­so­wał bar­dziej nowo­cze­sne metody prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Wska­zał poli­cjan­towi nie­wy­godny sto­łek po dru­giej stro­nie sto­lika, pocze­kał, aż Pikul się do niego dopa­suje, i zapy­tał:

-?Porwano ją z parku, tak?

Komi­sarz potwier­dził.

-?Była z kole­żanką, prawda?

Dariusz się zawa­hał. Ten fakt nie był podany do publicz­nej wia­do­mo­ści. Może naczel­nik mu powie­dział, kiedy uma­wiał spo­tka­nie? Nie­chęt­nie potwier­dził.

-?No to daj mi wresz­cie jej zdję­cie -?znie­cier­pli­wił się Mar­kow­ski.

Pikul się­gnął do kie­szeni skó­rza­nej kurtki i wycią­gnął z niej zło­żony na czworo kolo­rowy skan foto­gra­fii z dowodu oso­bi­stego Jawor­skiej. Prze­su­nął go po bla­cie w kie­runku jasno­wi­dza. Stary zacią­gnął się papie­ro­sem, przy­mknął oczy, a kiedy je otwo­rzył, spoj­rzał ziry­to­wany na Dariu­sza.

-?A co ty tu jesz­cze robisz? Możesz już iść. Ode­zwę się, jak będę miał wizję.

Pikul już widział, jak po jego wyj­ściu hochsz­ta­pler odpala kom­pu­ter, w wyszu­ki­warce wpi­suje nazwi­sko zagi­nio­nej i czyta wszyst­kie arty­kuły, które mu się wyświe­tlą, a potem zasta­na­wia się, jaki bajer wci­snąć śled­czym. Ode­zwał się w nim wieczny opor­tu­ni­sta.

-?Może cho­ciaż kilka słów w ramach dobrej współ­pracy -?powie­dział, nie rusza­jąc się z miej­sca.

Nie mógł się przy tym powstrzy­mać od kpią­cego uśmie­chu. Jasno­widz musiał być przy­zwy­cza­jony do takich demon­stra­cji scep­ty­cy­zmu, bo nie drgnął mu nawet jeden mię­sień na pomarsz­czo­nej twa­rzy. Zacią­gnął się głę­boko papie­ro­sem, przy­mknął oczy i wypu­ścił dym ku górze, odchy­la­jąc przy tym głowę. Potem nagle nachy­lił się nad sto­li­kiem i dotknął zdję­cia, nie roz­kła­da­jąc go i nie patrząc.

Mil­czał, więc poli­cjant też nic nie mówił, tylko cze­kał. Naj­le­piej na coś, co skom­pro­mi­tuje fał­szy­wego prze­po­wia­da­cza przy­szło­ści, podobno widzą­cego rze­czy dla innych nie­wi­dzialne. Mar­kow­ski tym­cza­sem wypa­lił papie­rosa do końca i ze sto­ic­kim spo­ko­jem się­gnął do paczki po następ­nego. Kiedy wkła­dał go do lufki, nagle prze­mó­wił:

-?Ona jest teraz w ciem­nym miej­scu, jest jej zimno i jest prze­ra­żona.

Dariusz omal nie prych­nął pogar­dli­wie. Takie wizje to on już miał wie­lo­krot­nie w ciągu dwóch tygo­dni poszu­ki­wań, choć jasno­wi­dzem nie był.

-?Czy to piw­nica? -?zapy­tał, z tru­dem nad sobą panu­jąc.

-?Tak, ale nie taka zwy­kła piw­nica. -?Jasno­widz znowu przy­mknął oczy.

No pew­nie -?pomy­ślał komi­sarz. -?Kto by trzy­mał porwaną kobietę w zwy­kłej piw­nicy?

-?To może nie być piw­nica -?mówił tym­cza­sem Mar­kow­ski, dzwo­niąc szklaną lufką o pożół­kłe zęby. -?To pomiesz­cze­nie jest czy­ste, nie ma w nim wil­goci, to może być garaż. Ale nie! Czuję, że jest pod powierzch­nią ziemi, więc to może być jed­nak piw­nica.

-?Rewe­la­cja -?burk­nął. -?Może cho­ciaż jakiś kie­ru­nek?

Mar­kow­ski się­gnął po zdję­cie, jakby nie sły­szał jego pyta­nia, i dopiero teraz na nie spoj­rzał. Jego brwi się zetknęły, a ręka z papie­ro­sem zaczęła nie­znacz­nie podry­gi­wać.

-?Ona żyje, ale... -?Zamilkł, jakby głos uwiązł mu w gar­dle. -?Jest bar­dzo słaba i... Tak, widzę to wyraź­nie. Ona wkrótce umrze. Może nawet jesz­cze tej nocy.

Cho­lerny mistrz mani­pu­la­cji i socjo­tech­niki. Powie­dział to w taki spo­sób, że poli­cjant mimo­wol­nie poczuł na ple­cach deli­katny dreszcz nie­po­koju. Zaci­snął szczęki zły na sie­bie za tę reak­cję. Był też zły na Mar­kow­skiego. Nie wie­rzył w jego zdol­no­ści, a mówie­nie cze­goś takiego było podłe i bru­talne. Nic jed­nak nie powie­dział. Wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Mar­kow­ski poszedł za nim w chmu­rze tyto­nio­wego dymu. Pikul czuł, że zdą­żył prze­siąk­nąć tym smro­dem i teraz dokąd­kol­wiek pój­dzie, będzie śmier­dział papie­ro­chami.

-?Pocze­kaj chwilę! -?Jasno­widz zatrzy­mał go w drzwiach.

Dariusz prze­wró­cił oczami. Sta­rzec miał dziwny wyraz na twa­rzy, jakby stał teraz przed nim, a rów­no­cze­śnie widział rze­czy odda­lone o setki kilo­me­trów.

-?Ona jest bar­dzo bli­sko -?powie­dział.

-?Jak bli­sko?

-?Tego nie wiem -?żach­nął się Mar­kow­ski. -?Mam na myśli, że ona jest bli­sko cie­bie.

-?Pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie jej zagi­nię­cia, to chyba nor­malne?

-?Nie o to mi cho­dzi! Ona jest bli­sko cie­bie, ale tak... ina­czej bli­sko. W innym sen­sie niż że gdzieś obok. Ona jest bli­sko ina­czej.

Poli­cjant wes­tchnął i poki­wał tylko głową. Bli­sko ina­czej, tak samo jak ten nacią­gacz był jasno­wi­dzem ina­czej. Nic głup­szego nie można było wymy­ślić. Szcze­gól­nie żeby oszu­kać takiego sta­rego poli­cyj­nego wyja­da­cza jak on.

-?No dobra, zadzwoń do mojego szefa, jeśli zoba­czysz coś wyraź­niej - powie­dział szorstko i uści­snął sta­remu dłoń na poże­gna­nie.

Jasno­widz drgnął gwał­tow­nie i przy­trzy­mał jego rękę. Teraz patrzył na Darka sze­roko otwar­tymi oczami. W jego oczach błysz­czało prze­ra­że­nie.

-?Widzia­łem coś!

-?Co widzia­łeś? -?Pikul bez­sku­tecz­nie sta­rał się wyswo­bo­dzić dłoń z jego uści­sku.

Palce jasno­wi­dza zmie­niły się w ima­dło.

-?Widzia­łem dwa pisto­lety. To były bar­dzo złe pisto­lety, wokoło pełno było złych słów nio­są­cych złe emo­cje. Te pisto­lety były wyce­lo­wane w cie­bie.

-?Jezu, co to za bzdury? -?Komi­sarz wresz­cie nie wytrzy­mał.

-?To nie bzdury! -?zapew­nił stary. -?Uwa­żaj na sie­bie. To jesz­cze nie teraz, jesz­cze długo, ale uwa­żaj na sie­bie.

Pikul wresz­cie wyszarp­nął dłoń, bez słowa zatrza­snął za sobą drzwi i zbiegł po scho­dach, jakby ostat­nie słowa jasno­wi­dza go goniły. Kiedy wyszedł i w twarz ude­rzył go pory­wi­sty wiatr, poczuł ulgę i ode­tchnął głę­boko. Cho­lerny stary ilu­zjo­ni­sta! Nawet nie zauwa­żył, kiedy stał się obiek­tem mani­pu­la­cji. Mar­kow­ski roze­grał go, jak chciał. Teraz już rozu­miał, dla­czego ludzie mu płacą i jesz­cze dzię­kują.

Poszedł w kie­runku samo­chodu, lecz cią­gle nie mógł pozbyć się męczą­cego nie­po­koju.

5

Na Alberta Turec­kiego zawsze mógł liczyć. Wystar­czyło zadzwo­nić i przy­ja­ciel zja­wiał się we wska­za­nym miej­scu, i nawet się za bar­dzo nie spóź­niał. Znali się od pia­skow­nicy, razem cho­dzili do przed­szkola, potem sie­dzieli w jed­nej ławce w pod­sta­wówce, razem poszli do liceum i dopiero po matu­rze ich drogi się roze­szły. Darek został poli­cjan­tem, Albert zaś posta­no­wił zostać psy­cho­lo­giem. Potem oka­zało się, że odkrył w sobie pasję do nauki. Rów­no­cze­śnie skoń­czył histo­rię i filo­zo­fię. Potem był jesz­cze na kilku kie­run­kach, ale Pikul już tego nie śle­dził. Nauczył się też kilku języ­ków, pod­czas gdy Darek z tru­dem opa­no­wał angiel­ski w stop­niu pod­sta­wo­wym i podwór­kową łacinę w stop­niu wybit­nym. Ale w tym języku prze­cież poli­cjanci spe­cja­li­zo­wali się przez lata.

No cóż, naj­wi­docz­niej Albert pokry­wał swoje defi­cyty nauką, a potem pracą naukową. Bo to, że miał jakieś defi­cyty, było dla Darka jasne już od dawna. Jego przy­ja­ciel ni­gdy nie zwią­zał się na dłu­żej z kobietą, nie był też gejem, o co go kie­dyś podej­rze­wano, cią­gle miesz­kał z matką, którą się opie­ko­wał. I chyba pro­blem pole­gał na tym, że matka nim rzą­dziła, była zazdro­sna i tak go wyste­ro­wała, że teraz zaj­mo­wał się tylko nią. Nie pomy­ślała, że nie będzie żyć wiecz­nie i kiedy jej zabrak­nie, Alber­towi będzie trudno na nowo poukła­dać sobie życie. To był zde­cy­do­wa­nie tok­syczny zwią­zek.

Swoją drogą, jak Turecki dał się jej tak oma­mić? Był prze­cież nad­zwy­czaj inte­li­gentny, obro­nił dok­to­rat z psy­cho­lo­gii, wykła­dał na uczelni, musiał wie­dzieć, w czym tkwi. A może nie wie­dział? Może jak sie­dzisz w gów­nie po uszy, to już nawet nie czu­jesz smrodu i wydaje ci się, że tak wła­śnie wygląda świat i wszystko jest pod kon­trolą. Od pew­nego czasu Pikul już nawet nie poru­szał tego tematu. Szkoda mu było sta­rego druha, ale nie mógł wpły­nąć na jego życie.

Albert Turecki jak zwy­kle wszedł do baru roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy i z lekko wzbu­rzoną fry­zurą na gło­wie. Jakby jego czarne włosy były świeżo potar­gane przez wiatr. Tylko że zawsze tak wyglą­dały. Albert twier­dził, że z taką fry­zurą bar­dziej podoba się kobie­tom. Gdzie jed­nak były te kobiety, nie wia­domo.

Uści­snęli sobie mocno dło­nie i Albert zaraz skie­ro­wał się w kie­runku baru.

-?Pamię­tam, dzi­siaj moja kolej! -?krzyk­nął do Darka, a głos prze­bił się przez gita­rowy blues sączący się z gło­śni­ków.

Po chwili wró­cił z butelką Jame­sona, kubeł­kiem lodu i dwoma szklan­kami. Nalał do szkla­nek, wrzu­cił po kilka kostek lodu, po czym obaj odcze­kali, aż na szkle zbie­rze się rosa, co ozna­czało, że tru­nek nabrał odpo­wied­niej tem­pe­ra­tury, i napili się. To był ich taki nie­pi­sany rytuał.

-?Dla­czego jesteś taki struty? -?Albert jak zwy­kle try­skał dobrym humo­rem.

-?Nie możemy zna­leźć tej kobiety.

-?Rozu­miem, to musi być fru­stru­jące.

-?A żebyś wie­dział. Na doda­tek dzi­siaj zamiast na roz­py­ta­nie nowych świad­ków wysłali mnie do jasno­wi­dza.

-?Do kogo? -?Albert wytrzesz­czył na niego oczy.

-?Nie wiesz, kto to jasno­widz?

-?No wiem, ale mimo że zro­bi­łem też dok­to­rat z filo­zo­fii, jestem racjo­na­li­stą. Może nawet przez ten dok­to­rat jestem racjo­na­li­stą? Myśla­łem, że poli­cja też działa racjo­nal­nie.

-?Teo­re­tycz­nie tak. -?Poli­cjant wzru­szył ramio­nami. -?Cza­sem jed­nak, kiedy wszyst­kie metody zawiodą, trzeba popro­sić o pomoc wład­ców sił nad­przy­ro­dzo­nych.

Albert poki­wał głową i nalał im kolejną por­cję alko­holu.

-?Rozu­miem sens takiego dzia­ła­nia, cho­ciaż jako czło­wiek twardo stą­pa­jący po ziemi, ate­ista i scep­tyk -?nie pochwa­lam.

-?Ja też uwa­żam, że ten cały Mar­kow­ski to szar­la­tan.

-?To ten słynny jasno­widz, który cały czas prze­po­wiada w mediach koniec świata, upa­dek Ame­ryki i wojnę świa­tową? -?zapy­tał Turecki.

-?Ten sam -?potwier­dził Dariusz. -?Tylko teraz tak mnie zma­ni­pu­lo­wał, że nie mogę się otrzą­snąć.

-?O rany! Co takiego powie­dział?

Dariusz zakrę­cił kost­kami lodu w szklance. Cią­gle jesz­cze czuł zapach papie­ro­sów, któ­rym prze­sią­kły mu ubra­nie i włosy.

-?Powie­dział, że ta porwana kobieta jest bli­sko mnie -?odpo­wie­dział po chwili.

Albert spo­waż­niał i patrzył na niego badaw­czo.

-?Jak to, bli­sko cie­bie? -?zapy­tał po pau­zie.

-?Nie w sen­sie, że bli­sko mnie fizycz­nie. Raczej cho­dziło mu o to, że jestem bli­sko jej zna­le­zie­nia. Tak myślę.

-?Rozu­miem. -?Przy­ja­ciel ski­nął poważ­nie głową.

-?A póź­niej powie­dział coś jesz­cze, czego nie mogę pozbyć się z głowy. Że ona nie­długo umrze. Może nawet tej nocy.

Albert znie­ru­cho­miał, nagle zapa­trzony w swoją szklankę. Jakby odpły­nął myślami gdzieś daleko.

-?Wiesz, jak to jest w takich sytu­acjach -?mówił tym­cza­sem Darek. -?Nie wie­rzę skur­wy­sy­nowi jak psu, ale mam też poczu­cie winy. Ja tu sie­dzę, a gdzieś tam nie­winna dziew­czyna może naprawdę umiera. Jestem bez­silny. Nie wiem, co mam zro­bić, żeby jej pomóc.

Turecki nagle się ock­nął z zamy­śle­nia.

-?To tylko słowa szar­la­tana, nie powi­nie­neś ich brać do sie­bie. Jak on powie­dział? Że ona może umrzeć tej nocy?

-?Tak go zro­zu­mia­łem -?przy­znał Pikul.

-?Bzdury, prze­stań o tym myśleć. -?Albert mach­nął ręką. -?To naj­lep­sza droga do tego, żeby sobie zafun­do­wać traumy i obse­sje.

Stuk­nęli się, wychy­lili po łyku i tym razem Dariusz się zamy­ślił.

-?No wła­śnie -?powie­dział po chwili. -?Jeż­dżę po jasno­wi­dzach, zamiast sku­pić się na rapor­cie poli­cyj­nego psy­cho­loga albo poga­dać z innym spe­cja­li­stą psy­cho­lo­giem. Wolał­bym pora­dzić się w tej spra­wie cie­bie niż oszu­stów.

-?To się poradź. -?Oczy Alberta bły­snęły w pod­nie­ce­niu. -?Ja tu jestem obecny i bar­dzo zain­te­re­so­wany.

-?Prze­cież nie mogę, obo­wią­zuje mnie tajem­nica śledz­twa.

-?Kurwa, Darek! Komu możesz bar­dziej zaufać niż mnie? -?Albert spoj­rzał mu w oczy. -?Znamy się od ose­ska, zawsze razem, na dobre i na złe. Wiesz, że u mnie jak kamień w wodę. Pytaj, pomogę, jak umiem, a cza­sem takie spoj­rze­nie z zewnątrz może być klu­czowe.

-?Jak to się wyda, to wywalą mnie z firmy. Tylko cze­kają na pre­tekst, żeby dać mi dys­cy­pli­narkę.

-?Nic się nie wyda, nikt cię nie wywali. Nie upra­wiaj czar­no­widz­twa jak moja matka, tylko pytaj jak praw­dziwy facet. -?Albert Turecki odsta­wił drinka i chcąc pod­kre­ślić swoją goto­wość, odchy­lił się na krze­śle.

Dariusz rozej­rzał się po lokalu. W salce obok czte­rech gości grało w bilard, dwóch stało przy barze, ale zbyt daleko, żeby mogli coś usły­szeć. Zde­cy­do­wał się.

-?Dobrze, Albert. Tylko nie chcę, żebyś gadał do mnie okrą­głymi zda­niami i utar­tymi fra­ze­sami. To mam w naszych wewnętrz­nych rapor­tach. Ja chciał­bym puścić wodze fan­ta­zji i zasta­no­wić się, co by było, gdyby spraw­dziły się moje naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia.

-?W porządku. -?Przy­ja­ciel spoj­rzał na niego nie­pew­nie.

-?Kata­rzyna Jawor­ska zagi­nęła z oko­licy parku na Dem­bow­skiego dru­giego dnia świąt Bożego Naro­dze­nia mię­dzy godziną pięt­na­stą a szes­na­stą. Była na spa­ce­rze z kole­żanką i potem roz­pły­nęła się w powie­trzu. Jej tele­fon znik­nął z sieci, nie pła­ciła kar­tami kre­dy­to­wymi, nie logo­wała się do mediów spo­łecz­no­ścio­wych ani na maila. Nikt jej nie widział. Nie miała pro­ble­mów w życiu, nie miała faceta, raczej więc to nie była chęć ucieczki przed świa­tem i roz­po­czę­cia nowego życia gdzie indziej. Po pra­wie dwóch tygo­dniach od zagi­nię­cia mamy wła­ści­wie tylko dwie teo­rie: została upro­wa­dzona i jest gdzieś prze­trzy­my­wana albo została zamor­do­wana, a ciało zostało ukryte.

-?Na jakie pyta­nie mam odpo­wie­dzieć? -?zapy­tał Albert i zaraz dodał: - Oczy­wi­ście pusz­czamy wodze wyobraźni.

-?Pocze­kaj, jesz­cze jedna ważna infor­ma­cja. Dzi­siaj zna­leź­li­śmy nowy trop. Być może Jawor­ska była obser­wo­wana z samo­chodu, jesz­cze w trak­cie spa­ceru, może wcze­śniej. Potem mogła do tego auta wsiąść dobro­wol­nie albo została do tego zmu­szona prze­mocą. Pomóż mi okre­ślić pro­fil psy­cho­lo­giczny poten­cjal­nego pory­wa­cza. Dla­czego to zro­bił i przede wszyst­kim co zro­bił z dziew­czyną. Roz­ma­wia­łem z poli­cyj­nym psy­cho­lo­giem, ale on zasła­nia się bra­kiem danych i nie for­mu­łuje żad­nych wnio­sków.

Albert roz­lał im kolejną dawkę alko­holu, sobie lejąc wyraź­nie mniej. Potem zmierz­wił dło­nią włosy ster­czące na wszyst­kie strony.

-?Rze­czy­wi­ście, danych jest nie­wiele -?przy­znał. -?Zary­suj pro­blem.

-?Inte­re­suje mnie wstępne modus ope­randi sprawcy. Kto i po co porwał Kata­rzynę Jawor­ską?

-?Była ładna? -?Albert uniósł wyżej brwi.

-?Bar­dzo ładna, sam byś się za nią obej­rzał na ulicy. Miała dwa­dzie­ścia osiem lat.

-?Jak jej się wio­dło w życiu?

Teraz Dariusz wzru­szył ramio­nami.

-?Wydaje mi się, że nie była szczę­śliwa, jeśli o to pytasz. Kilka razy zmie­niała pracę, nie miała faceta na stałe, z rodziną utrzy­my­wała kon­takty wyłącz­nie w święta, miała tylko jedną praw­dziwą przy­ja­ciółkę. Z face­tami też jej nie szło. Pako­wała się w związki z dziw­nymi typami. Jeden z nich był nawet prze­mo­cow­cem i szybko się z nim poże­gnała. To ważne?

Turecki stuk­nął swoją szklanką w szklankę Darka. Pocią­gnęli spory łyk i Albert się skrzy­wił.

-?Mówisz, że mogła być obser­wo­wana na chwilę przed zagi­nię­ciem. A jeśli była obser­wo­wana dużo wcze­śniej? -?zapy­tał.

-?Moż­liwe, ale nie mamy na to dowo­dów -?przy­znał poli­cjant.

-?Ktoś, kto w życiu repre­zen­tuje postawę zwaną w psy­cho­lo­gii syn­dro­mem ofiary, jest łatwym celem dla ludz­kich dra­pież­ni­ków. Oni potra­fią to wyczuć i w ten spo­sób wyszu­kują poten­cjalne ofiary z tłumu. Tak samo jak w dzi­kiej przy­ro­dzie. Celem ata­ków dra­pież­nych zwie­rząt są zazwy­czaj osob­niki osła­bione, nie w pełni sprawne albo nie­doj­rzałe.

-?Suge­ru­jesz, że mamy do czy­nie­nia z zabójcą, który szu­kał ofiary?

-?Nie wiem. -?Albert wzru­szył ramio­nami. -?Pusz­czamy wodze wyobraźni.

-?Dobrze, mów dalej.

-?Jeśli to nie była zemsta, to Jawor­ska padła ofiarą ludz­kiego dra­pież­nika. Po co ją porwał? Może chciał ją zgwał­cić, zro­bić z niej swoją nie­wol­nicę i teraz prze­trzy­muje ją gdzieś w ukry­ciu. A może po pro­stu chciał zabić. W obu przy­pad­kach mówimy o osob­niku mocno zabu­rzo­nym.

Pikul odchy­lił się na krze­śle ze szkla­neczką w dłoni.

-?Widzę, że masz już swoją teo­rię. -?Uśmiech­nął się do przy­ja­ciela. - Chęt­nie posłu­cham.

Turecki też uśmiech­nął się pod nosem i skrzy­żo­wał ręce na pier­siach.

-?Sza­cuję praw­do­po­do­bień­stwo na sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent -?powie­dział z pew­no­ścią gra­ni­czącą z bez­czel­no­ścią.

-?Grubo jedziesz -?przy­znał Dariusz. -?No to słu­cham. Jeśli twoja teo­ria spraw­dzi się cho­ciaż w pięć­dzie­się­ciu pro­cen­tach, fun­duję whi­sky w tym barze do końca roku. A jeśli nie, to ty sta­wiasz.

-?To mi się podoba. -?Albert się roz­pro­mie­nił. -?To słu­chaj. Sprawca jest z gatunku tych zor­ga­ni­zo­wa­nych i mobil­nych. Długo szu­kał ofiary, długo ją obser­wo­wał i opra­co­wy­wał dokładny plan w kilku warian­tach. Niczego nie zosta­wił przy­pad­kowi. Dla­tego teraz nie macie żad­nych śla­dów. Był zbyt ostrożny. Powie­dzia­łem, że był mobilny, więc mógł wywieźć ofiarę daleko za mia­sto.

Turecki zamilkł na moment i ponow­nie prze­cze­sał dło­nią włosy.

-?Albo nie! -?zmie­nił zadnie. -?Nie wyje­chał z nią z mia­sta. Skoro ją długo obser­wo­wał, musi być z Wro­cła­wia. Może mieszka na obrze­żach, ale raczej w miej­scu, gdzie jest wiele jed­na­ko­wych domów, nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy. Nie musi tam miesz­kać na stałe, może wynaj­mo­wać. Porwał ją po to, żeby zabić. On od lat nie­na­wi­dzi kobiet i nagle wpadł na pomysł, że chce spró­bo­wać, jak to jest zabić. Być może to go bar­dzo pod­nieca, więc porwał ładną kobietę, żeby pod­nieta była więk­sza. Może stała się też ofiarą jego napa­ści sek­su­al­nej. Ale raczej chce zabić. Może też ją wyko­rzy­stać i zabić. Tak, to moż­liwe.

-?Robił to wcze­śniej? -?zapy­tał Darek zapa­trzony w sze­reg kolo­ro­wych bute­lek nad barem.

-?Raczej nie -?odrzekł od razu Albert.

-?Dla­czego?

-?Takie oso­bo­wo­ści przy każ­dym kolej­nym razie stają się coraz mniej ostrożne. Rośnie w nich prze­ko­na­nie, że są nie do zła­pa­nia. Ten na­dal jest eks­tre­mal­nie ostrożny.

-?Dobrze, a dla­czego chciał zabić?

-?Nie­na­wi­dzi kobiet. Sta­wiam na to, że w dzie­ciń­stwie doznał wiel­kich krzywd od matki, albo sióstr, albo od babki. Może być sie­rotą wycho­wa­nym przez dal­szą rodzinę albo w domu dziecka. Może jed­nak cho­dzi o babkę. To mogła być prze­moc fizyczna, sek­su­alna, psy­chiczna albo wycho­wa­nie w orto­dok­syj­nej wie­rze z roz­bu­do­wa­nym sys­te­mem kar. Może był karany za swoją sek­su­al­ność i oglą­da­nie się za dziew­czyn­kami.

Pikul był sta­rym gli­nia­rzem, który nie­jedno już widział, lecz mimo to odru­chowo się wzdry­gnął.

-?Stwo­rzy­łeś potwora -?jęk­nął.

-?Mogłem fan­ta­zjo­wać, prawda? -?Albert się zaśmiał. -?Takie zasady usta­li­li­śmy.

Poli­cjant znowu się zamy­ślił, tym razem utkwiw­szy wzrok w sufi­cie. Jego przy­ja­ciel był cho­ler­nie inte­li­gentny i spo­strze­gaw­czy. Cza­sem zda­rzało mu się odpo­wia­dać, zanim zostało dobrze sfor­mu­ło­wane pyta­nie. Jego wizja sprawcy może i była sza­lona, ale na pewno nie bra­ko­wało jej logiki i dużej dozy praw­do­po­do­bień­stwa.

-?Mógł się wyrwać z sekty? -?zapy­tał poważ­nie.

-?Tak! -?Albert pod­sko­czył jak dziecko. Naj­wy­raź­niej ta zabawa wyjąt­kowo mu się spodo­bała. -?Być może cią­gle jest w sek­cie i to jest jego wen­tyl bez­pie­czeń­stwa dla wyła­do­wa­nia nagro­ma­dzo­nych przez lata złych emo­cji.

Zasta­no­wił się, łyk­nął whi­sky i nagle zmie­nił zda­nie.

-?Albo nie! Gdyby wciąż nale­żał do sekty, na­dal krę­po­wa­łyby go zakazy i nakazy. Ni­gdy by się nie zde­cy­do­wał na ich zła­ma­nie, w oba­wie przed karą. Jeśli był w sek­cie, to już w niej nie jest.

-?Musimy to spraw­dzić -?powie­dział do sie­bie komi­sarz.

Potem wymie­nili jesz­cze kilka uwag, powspo­mi­nali stare czasy, aż w butelce poka­zało się dno, i zebrali się do wyj­ścia. Dariusz wyraź­nie chwiał się na nogach, bo jak zwy­kle kiedy pole­wał Albert, wypił dwa razy wię­cej od niego. Zdą­żył się już do tego przy­zwy­czaić.

Wyszli przed bar na lodo­waty wiatr nio­sący ze sobą dro­binki wil­goci i zadzwo­nili po tak­sówki.

6

Było kilka minut po dwu­dzie­stej trze­ciej, kiedy Albert Turecki wysiadł z ubera przed domem swo­jej matki w wil­lo­wej czę­ści Krzy­ków. Auto odje­chało, a on rozej­rzał się po ulicy i moc­niej otu­lił szyję sza­li­kiem, bo wiatr się wzmógł i odczu­walna tem­pe­ra­tura spa­dła mocno poni­żej zera. Ulica była cicha i spo­kojna. Po obu stro­nach cią­gnęły się sze­regi podob­nych do sie­bie sta­rych willi z ogro­dami. Tu można było spo­koj­nie miesz­kać i całymi dniami nie widy­wać sąsia­dów.

Zapa­lił papie­rosa i spoj­rzał na ciemny dom. A nie, nie ciemny. W salo­nie świe­ciła się boczna lampa i był włą­czony tele­wi­zor. Pew­nie matka jak zwy­kle mar­twiła się o swo­jego jedy­nego synka i czu­wała, zanim nie wróci do domu. Uśmiech­nął się gorzko pod nosem. Nic się przez lata nie zmie­niło. Wyrzu­cił nie­do­pa­łek na traw­nik sąsia­dów i wolno poszedł w kie­runku furtki, która jak zwy­kle zaskrzy­piała żało­śnie, kiedy ją uchy­lał. Chwilę póź­niej wszedł do domu, po czym zdjął kurtkę i buty.

-?Wró­ci­łeś, Alber­cik? -?dobie­gło go skrze­kliwe woła­nie matki z salonu.

-?Tak, mamo -?odpo­wie­dział.

-?To dobrze, nie lubię, jak późno wra­casz!

-?Wiem, mamo.

-?To chodź, daj mi buziaka na przy­wi­ta­nie.

Wszedł do salonu, matka sie­działa w swoim ulu­bio­nym fotelu, tak jak ją zosta­wił, wycho­dząc. Była już tak gruba, że z tru­dem poru­szała się po domu. Jej kró­le­stwem był fotel wyło­żony pod­grze­waną matą elek­tryczną. Pie­cyk elek­tryczny z boku i sto­lik, na któ­rym leżały dwie pary oku­la­rów, tele­fon, pilot od tele­wi­zora i deko­dera oraz góra sło­dy­czy, sta­no­wiły dopeł­nie­nie luk­susu. Od lat tak żyła, coraz mniej cho­dziła, a na­dal była zdrowa jak koń.

Albert nachy­lił się nad nią i zamar­ko­wał poca­łu­nek w poli­czek.

-?Pali­łeś -?powie­działa z wyrzu­tem. -?Wiesz, jak tego nie lubię. Naba­wisz się raka płuc.

-?Tylko jed­nego, mamo.

-?Zawsze tak mówisz.

Popa­trzył na nią z góry.

-?Jeśli mam ci w czymś pomóc, to powiedz, bo jestem zmę­czony i chciał­bym już się poło­żyć -?powie­dział.

-?Pora­dzę sobie, skar­bie -?odpo­wie­działa. -?Chyba dziś tu się prze­śpię, na sofie.

-?Dobrze, mamo.

-?Spo­tka­łeś się z Dar­kiem?

-?Tak, mamo.

-?I co u niego?

-?Wszystko dobrze, mamo. Cią­gle pra­cuje w poli­cji.

-?To dobrze, on zawsze był dla mnie miły.

Albert odwró­cił się i skie­ro­wał w stronę scho­dów.

-?A buziak na dobra­noc, skar­bie? -?przy­po­mniała matka.

-?Prze­cież pali­łem -?zapro­te­sto­wał nie­zbyt sta­now­czo.

-?To nic. -?Posłała mu sze­roki uśmiech. -?Mamu­sia chce poca­ło­wać swo­jego chłop­czyka na dobra­noc.

Posłusz­nie się nachy­lił i poczuł jej wil­gotne wargi na swoim policzku. Mimo­wol­nie się wzdry­gnął i zaraz wytarł poli­czek dło­nią tak, żeby nie zauwa­żyła.

-?Dobra­noc, mamo -?rzu­cił i wyszedł.

-?Dobra­noc, synku!

Prze­su­nął wiel­kie drzwi do salonu, matka zawsze narze­kała, że cią­gnie jej zim­nem z kory­ta­rza, zaha­czył o lodówkę, z któ­rej wycią­gnął puszkę gazo­wa­nego napoju, i powlókł się scho­dami na górę.

Naj­pierw ubrany tylko w swe­ter, boso, wyszedł na bal­kon. Ukrył się przed wia­trem za zało­mem muru. Palił i popi­jał napój z puszki. Był pod­eks­cy­to­wany roz­mową z Dar­kiem. Miał oka­zję mu pomóc w poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej kobiety i przed­sta­wić mu swoją wer­sję tej histo­rii. Tylko czy aby nie za wcze­śnie wycią­gnął odpo­wied­nie wnio­ski? Nie, na pewno nie. Miał nadzieję, że przy­ja­ciel wróci jesz­cze do tej roz­mowy.

Kiedy zmarzł już na tyle, że stra­cił czu­cie w sto­pach, poszedł do łazienki. Zrzu­cił ubra­nia i wziął gorący prysz­nic. Potem sta­nął nagi przed lustrem i długo patrzył sobie w oczy. Im dłu­żej przy­glą­dał się swo­jemu odbi­ciu, tym bar­dziej roz­my­wało mu się przed oczami. Wresz­cie prze­stał widzieć sie­bie. Teraz była tam twarz kil­ku­let­niego chłopca, który patrzył na niego ze stra­chem, ale zara­zem z wielką ufno­ścią w oczach. To był mały Albert sprzed wielu lat. Takie było jego pierw­sze wspo­mnie­nie swo­jego odbi­cia w tym lustrze.

-?Witaj, skar­bie -?powie­dział, sta­ra­jąc się naśla­do­wać aksa­mitny głos matki, i uśmiech­nął się przy tym jak ona, prze­krzy­wia­jąc nieco głowę.

"Dzień dobry, mamo" -?zabrzmiała odpo­wiedź w jego gło­wie.

-?Poca­ło­wa­łeś dzi­siaj swoją kochaną mamu­się na przy­wi­ta­nie?

"Tak, mamo".

-?Mój dobry, kochany chło­piec. -?Uśmiech­nął się sze­roko do swo­jego odbi­cia.

Potem usiadł i się­gnął po stare kosme­tyki matki. Otwo­rzył fluid i zaczął robić pod­kład pod maki­jaż, nano­sząc go na twarz sta­ran­nymi i nie­spiesz­nymi ruchami.

Mówił przy tym, a głos chłopca w gło­wie mu odpo­wia­dał.

-?Zawsze będziesz ze swoją mamu­sią, prawda, skar­bie?

"Tak, mamo".

-?To dobrze, bo mamu­sia sobie sama na tym świe­cie nie pora­dzi. Będziesz musiał tu zostać i mi poma­gać. Zosta­niesz, skar­bie?

"Zostanę, mamo".

Albert się­gnął po puder, po czym sta­ran­nie nało­żył go na twarz. Potem wycią­gnął z pudełka cie­nie do powiek i wybrał fio­le­towy. Roz­pro­wa­dzał go na powie­kach, zer­ka­jąc co chwilę na chłopca w lustrze.

-?Mamu­sia potrze­buje piesz­czoty, skar­bie. Połóż tu swoją rączkę. O tu, na tych czar­nych wło­skach.

"Dobrze, mamo".

-?O tak, dobrze, moc­niej, jesz­cze moc­niej, kocha­nie.

"Czy dobrze, mamo?"

-?Tak, mój skar­bie, bar­dzo dobrze.

Zaczął oddy­chać szyb­ciej i wyda­wać z sie­bie odgłosy imi­tu­jące nara­sta­jącą roz­kosz. Prze­rwał na moment malo­wa­nie oczu, wydał z sie­bie ostatni jęk roz­koszy i zajął się brwiami i rzę­sami.

-?Widzisz, kocha­nie, mamu­sia nie potrze­buje nikogo innego. Ty mi wystar­czysz. Widzę, że ty też chciał­byś być popiesz­czony, prawda?

"Chciał­bym, mamo".

Wybrał krwi­sto­czer­woną szminkę i poma­lo­wał nią usta.

-?To chodź tu do mnie ze swoim ptasz­kiem. Tak, pokaż, jaki jest duży. To już nie pta­szek, ale praw­dziwy ptak. Przy­suń się, mamu­sia zrobi ci dobrze. Lubisz, jak ci tak robię?

"Lubię, mamo".

-?A lubisz, jak ci go liżę?

"Tak, mamo".

-?No to stań tu przy mnie, żebym nie musiała się za mocno schy­lać. Ummm... jaki sma­ko­wity, jaki młody. Ummm...

Wciąż mówiąc do lustra, się­gnął po perukę z dłu­gimi czar­nymi wło­sami, nało­żył ją na głowę i z uwagą spoj­rzał w lustro. Teraz wyglą­dał dokład­nie tak jak jego matka z cza­sów jego dzie­ciń­stwa. Był do niej bar­dzo podobny, wystar­czyło odpo­wied­nio nało­żyć maki­jaż. Bole­sna erek­cja pra­wie roz­sa­dzała mu penisa. Popa­trzył z wście­kło­ścią na swoje odbi­cie.

-?Dziew­czyny? Nie inte­re­suj się dziew­czy­nami. One są złe, nie widzia­łeś tego? Jak nie widzia­łeś, to musi ci to powie­dzieć twoja kochana mama. One są złe. Chcą cię tylko skrzyw­dzić, chcą ci zadać ból, będą chciały cię okraść z pie­nię­dzy w zamian za ten straszny seks! Zapa­mię­taj, że seks też jest zły. Od niego lęgną się robaki w mózgu.

Stał chwilę zasa­pany, potem popra­wił dłu­gie włosy i znowu zaczął mówić:

-?To przez ten seks i robaki dzieci wypro­wa­dzają się od swo­ich rodzi­ców. Zosta­wiają swoje mamy, które ich kochają, i ska­zują je na wieczną samot­ność. Pamię­taj, że one chcą cię tylko skrzyw­dzić. Wszystko, czego potrze­bu­jesz, zapewni ci twoja kochana mama. Co tylko będziesz chciał, bo ja cię naprawdę kocham i chcę two­jego dobra. A ty kochasz mamu­się?

"Kocham, mamo".

-?Nie zosta­wisz mnie samej?

"Nie, mamo".

-?To dobrze, to bar­dzo dobrze.

Albert zamru­gał gwał­tow­nie i obraz chłopca w lustrze znik­nął. Został tylko jego wize­ru­nek, a wła­ści­wie wize­ru­nek jego matki ze ster­czą­cym peni­sem. Nie­na­wi­dził sie­bie, kiedy mu się to zda­rzało. Musiał szybko coś z tym zro­bić. Wie­dział, co robić w takich przy­pad­kach. Musiał zacząć swój rytuał.

Wyszedł z łazienki i skie­ro­wał się do pokoju, w któ­rym miesz­kał jako dziecko. Teraz prze­ro­bił go na swoje kró­le­stwo. Zza obrazu wiszą­cego na ścia­nie wycią­gnął klucz i prze­krę­cił go w zamku. Potem opadł na kolana i dło­nie, jak pies, pchnął drzwi i wsu­nął się do ciem­nego wnę­trza.

-?Witaj­cie, moje kochane -?wyszep­tał, czu­jąc, jak bole­sny wzwód prze­kształca się w coś przy­jem­nego i pro­mie­niu­ją­cego cie­płem na całe pod­brzu­sze.

7

Prze­su­nął się na czwo­ra­kach o metr i wyszu­kał leżący na dywa­nie włącz­nik świa­tła. Można było naci­skać go stopą, lecz on wolał robić to dło­nią. Wtedy było o wiele intym­niej i czuł się bli­żej swo­ich pięk­no­ści.

Pokój zalało czer­wone świa­tło z kilku punk­tów na ścia­nach. Rozej­rzał się z sze­ro­kim uśmie­chem. Były tu wszę­dzie, leżały nagie na pod­ło­dze, na łóżku, sie­działy pod ścia­nami, na krze­słach przy stole. Jego pięk­no­ści, jego roz­pustne muzy, które kochał i zara­zem ich nie­na­wi­dził. Zawsze dzi­wiła go ta sprzecz­ność uczuć. Ni­gdy na nie nie krzy­czał. Ow­szem, był bru­talny, ale kiedy już osią­gał satys­fak­cję sek­su­alną, zawsze je prze­pra­szał. Dzi­siaj był wyjąt­kowo poru­szony.

Przed nim leżała ta rudo­włosa, ona to dopiero nie miała żad­nych hamul­ców, pozwa­lała mu ze sobą robić wszystko i zawsze pro­siła o wię­cej.

-?Cześć, Mari -?powie­dział i się obli­zał.

Pul­so­wa­nie w dole brzu­cha jesz­cze się zwięk­szyło. Ona to miała szczę­ście, zawsze się kła­dła zaraz przy drzwiach. Pod­pełzł do niej, chwy­cił ją za twarde piersi, a potem jego prawa dłoń ześli­zgnęła się po jej chłod­nym brzu­chu, na gład­kie łono. Pochy­lił się nad nią i jak pies zaczął lizać ją po ustach, nosie i oczach.

-?Stę­sk­ni­łaś się za mną, prawda, mała kurwo? -?sap­nął jej do ucha. - Wszyst­kie kobiety są złe. Marzy­cie tylko, żeby zapa­no­wać nad moim umy­słem, ale ja jestem za silny, ni­gdy wam się to nie uda. Tu ja rzą­dzę, wstrętne dziwki.

Pod­sta­wił Mari penisa pod samą twarz.

-?Chcesz zoba­czyć mojego ptaszka? Widzisz, jaki jest duży? To jest już praw­dziwy ptak. Lubię, gdy go liżesz. No dalej... -?mruk­nął z roz­ko­szy na wspo­mnie­nie tego, co ustami robiła mu kie­dyś matka.

Zanim poszedł dalej, rozej­rzał się po ścia­nach, obwie­szo­nych wstręt­nymi obraz­kami. Takimi, jak lubił, ale mama mu zawsze zabra­niała. Przed­sta­wiały głów­nie sceny seksu jed­nej kobiety z wię­cej niż jed­nym męż­czy­zną. Cza­sem było ich kilku, cza­sem byli biali, cza­sem czarni z wiel­kimi przy­ro­dze­niami. Kobiety miały twa­rze zakle­jone twa­rzami jego matki. Miał tylko kilka zdjęć mamy z daw­nych cza­sów, kiedy była śliczna, ale to nic. Twa­rze reszty kobiet zakleił zdję­ciami sie­bie upodob­nio­nego do matki, w peł­nym maki­jażu i w peruce. Trudno było ich roz­róż­nić.

Na środku ściany wisiało to naj­waż­niej­sze zdję­cie. Kie­dyś je zna­lazł na dnie szu­flady. To było zdję­cie jego matki z plaży natu­ry­stów. Pozo­wała nago, bez­wstyd­nie pre­zen­tu­jąc swoje wdzięki. Powięk­szył zdję­cie do natu­ral­nych roz­mia­rów. W sex sho­pie kupił sztucz­nego, czar­nego penisa wiel­kich roz­mia­rów. Miał chyba ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów i był gruby jak wąż boa. Zamon­to­wał go matce, zakry­wa­jąc trój­ką­cik wło­sów łono­wych. Z wiel­kim peni­sem wyglą­dała o wiele lepiej.

Tak się pod­nie­cił, patrząc na to zdję­cie, że finał przy­szedł o wiele za szybko. Upadł na łóżko mię­dzy inne swoje kobiety i jego cia­łem wstrzą­snął spazm roz­ko­szy. Wyjąt­kowo silny dzi­siej­szego wie­czoru. Aż dwie łzy spły­nęły mu po policz­kach, roz­ma­zu­jąc maki­jaż. Leżał tak długo, aż wresz­cie zawład­nęła nim nie­na­wiść. Zerwał się na równe nogi, zesko­czył z łóżka i sta­nął na środku pokoju.

-?Podłe dziwki, znowu mi to zro­bi­ły­ście! -?krzyk­nął. -?Mama mnie ostrze­gała! Głu­pie kurwy.

Rzu­cił się na swoje kobiety, pod­no­sił je i rzu­cał po całym pokoju. O ściany obwie­szone spro­śnymi obraz­kami, o pod­łogę, jedną nawet rzu­cił o sufit. Opa­no­wał się, kiedy jed­nemu z mane­ki­nów po ude­rze­niu w ścianę odpa­dła głowa. Wtedy nagle uszła z niego cała złość i przy­szedł wstyd.

-?Prze­pra­szam -?wyszep­tał. -?Prze­pra­szam was, wy jeste­ście dobre, bo jeste­ście moje.

Pod­niósł uszko­dzo­nego mane­kina i wci­snął mu głowę na swoje miej­sce.

-?Prze­pra­szam cię, Kim -?szep­nął i poca­ło­wał ją z języcz­kiem w usta.

Nagle się wypro­sto­wał.

Przy­po­mniał sobie, czego dowie­dział się dzi­siaj Darek Pikul od jasno­wi­dza. Istotna była infor­ma­cja, że poli­cjant jest bar­dzo bli­sko zagi­nio­nej kobiety. To był strzał w dzie­siątkę. Bo jest, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie o to jed­nak cho­dziło. Mar­kow­ski prze­po­wie­dział, że kobieta dzi­siaj w nocy umrze.

Albert znowu poczuł pod­nie­ce­nie. Wyszedł z pokoju, życząc dobrej nocy swoim muzom, jak lubił je nazy­wać. Wciąż nago, poszedł kory­ta­rzem do scho­dów. Przy drzwiach do salonu chwilę nasłu­chi­wał. Usły­szał chra­pa­nie matki. To bar­dzo dobrze, ona prze­cież nie może się o niczym dowie­dzieć. Zresztą wąt­pił, żeby zro­zu­miała, nawet gdyby zoba­czyła na wła­sne oczy. Z roku na rok była coraz głup­sza.

Z haczyka przy scho­dach do piw­nicy ścią­gnął solidny klucz do kłódki zabez­pie­cza­ją­cej meta­lową sztabę na drzwiach i zszedł na dół. Prze­krę­cił go i ścią­gnął zasuwę. Była dobrze naoli­wiona i nie wydała z sie­bie nawet szczęk­nię­cia. Otwo­rzył cięż­kie, meta­lowe drzwi i wszedł do piw­nicz­nego pomiesz­cze­nia. Zamknął za sobą drzwi i włą­czył świa­tło. Było czy­sto i ste­ryl­nie, jak w szpi­talu, ściany i sufit zostały wyło­żone bia­łymi kafel­kami.

Kobieta leżała naga, przy­wią­zana do meta­lo­wego stołu na samym środku pomiesz­cze­nia. W noz­drza ude­rzył go ostry zapach moczu.

-?Zabru­dzi­łaś się -?powie­dział z tro­ską.

Pod­szedł do panelu ste­ru­ją­cego i naci­snął zie­lony guzik. Zaszu­miał elek­tryczny sil­nik i stół usta­wił się w pozy­cji pio­no­wej. Ciało kobiety zawi­sło utrzy­my­wane pętami na kost­kach u nóg, nad­garst­kach i poni­żej piersi. Się­gnął po wąż ogro­dowy i dokładne ją wypłu­kał. Woda pomie­szana z wydzie­li­nami jej ciała spły­nęła rynną do kratki ście­ko­wej w pod­ło­dze. Spo­cił się przy tym. Tu było bar­dzo gorąco, chyba prze­sa­dził z tem­pe­ra­turą, ale nie chciał, żeby zmar­zła. Potem usta­wił stół znowu w pozy­cji pozio­mej.

-?Prze­pra­szam cię, Kasiu, na­dal nie mam tu cie­płej wody -?powie­dział.

Jeśli dotąd była w letargu, zimna woda przy­wró­ciła ją do przy­tom­no­ści. Kata­rzyna Jawor­ska spoj­rzała na niego pół­przy­tom­nie i obo­jęt­nie. Ostat­nio bar­dzo osła­bła i prze­stał mieć z nią taki kon­takt jak na początku. W końcu była przy­kuta do tego sta­lo­wego stołu już dwa tygo­dnie. To dziwne, ale dopiero teraz o tym pomy­ślał. Przyj­rzał się jej z uwagą. Wychu­dła, zbla­dła, na całym ciele miała sińce, a w miej­scach, gdzie była skrę­po­wana, poro­biły się otwarte rany. Po taśmie, którą na początku zale­pił jej usta, zostały paskudne strupy na policz­kach i na ustach.

-?Nie bój się -?powie­dział do niej łagod­nie. -?To już będzie koniec, wresz­cie mi się uda, wresz­cie się na to odważę. Podobno jasno­widz przepowie­dział, że dzi­siaj w nocy umrzesz. A skoro on tak mówi, to zna­czy, że wresz­cie znajdę w sobie siłę i uda mi się cie­bie zabić.

Nie zare­ago­wała, ciężko dyszała, tra­wiona gorączką. Albert pomy­ślał, że może łatwiej mu będzie ją w końcu zabić, kiedy wcieli się w rolę dobrego sama­ry­ta­nina. Ulży jej cier­pie­niom, pomoże jej odzy­skać spo­kój po śmierci. Czyż to nie dobry powód, żeby ode­brać życie?

Od lat pla­no­wał to zabój­stwo. Dro­bia­zgowo, cier­pli­wie i skru­pu­lat­nie. Pół roku wybie­rał ofiarę, następ­nie dłu­gie mie­siące ją śle­dził. Niczego nie pozo­sta­wił przy­pad­kowi, miał kilka warian­tów planu. Musiał wresz­cie zabić piękną kobietę, musiał poczuć, jak to jest, śnił o tym od dzie­ciń­stwa, marzył o tym od lat. Naj­pierw zabi­jał w myślach swoją matkę, ale ona prze­cież była jego matką. Nie mógł jej zabić, więc posta­no­wił zna­leźć inną ofiarę.

-?Taki piękny plan -?jęk­nął teraz do sie­bie. -?Poli­cja gówno o mnie wie, i jesz­cze pomaga im jasno­widz. Tylko że ja...

No wła­śnie. Nie prze­wi­dział jed­nego. Że nie będzie miał tyle odwagi, żeby ją zabić, i sprawa zacznie się prze­cią­gać. Nie spo­dzie­wał się, że potrwa to pra­wie dwa tygo­dnie. Ale teraz już koniec. Zrobi to.

Z regału pod ścianą wziął foliową torebkę, zarzu­cił ją na głowę ofiary, ści­snął na szyi i cze­kał, aż dziew­czyna zacznie się dusić. To nie trwało długo. Zaczęła się szar­pać, pod folią widział jej wytrzesz­czone oczy i sze­roko otwarte usta, bła­ga­jące o jeden łyk tlenu. Wystar­czyło tylko przy­trzy­mać dłu­żej. I znowu przy­szedł strach. Pal­cem wska­zu­ją­cym zro­bił dziurę w folii, wkła­da­jąc koń­cówkę palca do jej suchych ust. Od razu zaczerp­nęła tchu. Zerwał torebkę z jej głowy.

-?To bez sensu -?jęk­nął zroz­pa­czony. -?Nie dam rady. Prze­pra­szam cię, Kasiu.

Wszedł na stół obok niej, przy­tu­lił się swoim nagim cia­łem do jej ciała i natych­miast zasnął. Dały o sobie znać trudy dnia, alko­hol i spora dawka emo­cji po powro­cie.

Kiedy po kilku godzi­nach obu­dził się zdrę­twiały, Kata­rzyna cią­gle miała otwarte oczy. Tylko one już nie patrzyły tak jak do tej pory, ponie­waż były mar­twe. Naj­pierw się ucie­szył, za chwilę jed­nak uświa­do­mił sobie bru­talną prawdę. Nie zabił jej, ona zmarła z wyczer­pa­nia. Zalały go żal i wście­kłość. Zerwał perukę i cisnął nią o ścianę. Potem padł na kolana, chwy­cił się za głowę i krzyk­nął na całe gar­dło:

-?Nie!!!

Ściany były dobrze wytłu­mione, świat nie usły­szał tego krzyku, podob­nie jak wcze­śniej nie sły­szał krzy­ków jego ofiary.

Albert roz­tarł sobie ręką maki­jaż, wierz­chem dłoni starł szminkę z ust, języ­kiem obli­zał zęby ubru­dzone pomadką. Pocią­gnął nosem, wstał z kolan i powie­dział do sie­bie:

-?To się nie liczy.