Rozdział 3
Młodzi ludzie wyjechali następnego ranka, żegnani słodkim uśmiechem Agaty i niezbyt szczerym: mam nadzieję, że wkrótce państwo nas znowu odwiedzą, serdecznie zapraszamy!
"Pewnie nas obsmarują w necie" - pomyślała i postanowiła, że dla następnych gości będzie jednak nieco milsza. Okazja do zaprezentowania milszej strony jej osobowości tego dnia już się jednak nie trafiła, bo do wieczora w pensjonacie nikt się nie pojawił.
"Może to i dobrze" - stwierdziła. "Będę mogła w spokoju wszystkiemu się przyjrzeć i zobaczyć, jak co działa".
Wieczorem wyszła do ogrodu, żeby sprawdzić, czy brama pensjonatu na pewno jest zamknięta. Nie ufała tym zdalnie sterowanym zamkom, a po występie szaleńca z siekierą wolała się upewnić, że wszystko jest w porządku. Temperatura spadła wyraźnie poniżej zera i Agata czuła, że coraz mocniej marzną jej policzki. Kiedy mijała garaż, usłyszała potworny łomot, który sprawił, że natychmiast zrobiło jej się gorąco. Odwróciła się gwałtownie. Przesuwne drzwi do garażu były otwarte, w środku świeciło się światło działające na czujnik ruchu, a rozlegający się stamtąd huk był coraz głośniejszy.
"Jezu, ktoś się włamał i demoluje garaż!" - pomyślała spanikowana. "Pewnie to ten świr z siekierą!".
Przez chwilę stała jak sparaliżowana, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić. Dopiero kolejny ogłuszający łomot przywrócił jej przytomność umysłu. Na palcach podeszła do drzwi garażu i stanęła tak, aby nie być widoczną - choć przez to sama także nie była w stanie zobaczyć, co dzieje się w środku. Drżącymi rękami przesuwała kolejne klucze, aż odnalazła właściwy. Jak potrafiła najciszej, wsunęła go w dziurkę, po czym z całych sił pchnęła drzwi, zatrzaskując intruza w środku. Błyskawicznie przekręciła kluczyk i odskoczyła do tyłu, bo w tym momencie ktoś uderzył w drzwi z taką siłą, że miała wrażenie, że poczuła drżenie podłoża. A co, jeżeli ten szaleniec z siekierą rozwali drzwi i rzuci się na nią?
- Kto tam jest?! - krzyknęła.
Odpowiedział jej kolejny łomot, świadczący o tym, że intruz dysponuje dużą siłą.
Wyjęła z kieszeni telefon i wybrała numer miejscowego posterunku policji, który wpisała sobie od razu po przyjeździe.
Dominik Wir, który tego wieczoru - ze względu na panującą epidemię grypy - jako jedyny policjant w Drzewiu pełnił dyżur, zamiast trwać na posterunku, siedział na plebanii w towarzystwie swoich przyjaciół: Jakuba Midasa i księdza Igora. Plebania położona była kilka metrów od posterunku, więc mógł mieć na oku drzwi wejściowe, nie było również problemu z działaniem telefonu służbowego, który także tutaj łapał zasięg bazy. Trzej muszkieterowie oglądali w telewizji skoki narciarskie, a Jakub Midas zachęcał właśnie Dominika, aby spróbował śliwowicy jego roboty.
- Weź, przecież jestem na służbie - oponował słabo aspirant, na co Jakub zmarszczył brwi.
- Co z wami, panowie? - powiedział. - Jeden nie pije, bo Wielki Post, drugi, bo służba... Tacy z was kibice? Tak naszym skoczkom nie pomożecie!
- Nie Wielki Post, tylko adwent, poganinie - sprostował Igor. - I wcale wam pić nie bronię, adwent to nie jest czas wyrzeczeń. Tylko ja takie sobie powziąłem postanowienie. - Skrzywił się na widok Dominika, który jednym haustem wypił cały kieliszek wódki. - Aczkolwiek uważam, że Dominik na służbie nie powinien pić.
- Daj spokój, mamy grudzień, ludziska w domach siedzą i do świąt się szykują, a nie planują przestępstwa - odpowiedział aspirant i w tym momencie zadzwonił jego służbowy telefon.
- Dzwonię z pensjonatu Leśna Ostoja! - W pokoju Igora rozległ się wyraźnie spanikowany głos Agaty. - Ktoś włamał się do garażu i demoluje go! Zamknęłam go tam na klucz, ale rzuca się tak, że chyba zaraz rozwali drzwi!
Ostatnie słowa zagłuszył potworny łoskot.
- Proszę schować się w pensjonacie i dobrze zamknąć drzwi - powiedział Dominik. - Zaraz tam będziemy, proszę nie wychodzić na zewnątrz!
Rozłączył się i popatrzył na Jakuba i Igora z niepokojem.
- Kto dyżuruje w domu pod telefonem? - zapytał rzeczowo Igor.
- Ucho... - jęknął Dominik z rozpaczą.
Trzej muszkieterowie smętnie pokiwali głowami. "Ucho", czyli Waldek Uchański, był nowym posterunkowym, okropnym służbistą i donosicielem.
- On ma psi węch! - jęczał Wir, coraz bardziej się rozklejając. - Od razu wyczuje alkohol i wylecę z roboty na zbity pysk! Żeby cię cholera, z tą twoją śliwowicą i kibicowaniem...
- Nie dzwoń po niego! I przestań się mazgaić. - Igor klepnął przyjaciela w plecy. - Ja nie piłem, to cię zawiozę. Masz broń, więc w razie czego sobie poradzisz. To pewnie tylko jakiś miejscowy pijaczek albo Głupi Maciek nowego ataku dostał.
- Jadę z wami! - zdecydował Midas. - Jakby co, służę moimi żelaznymi mięśniami!
- Nie mogę zabierać cywilów na akcję policyjną!
Igor wsparł dłonie na biodrach i popatrzył na niego wyzywająco.
- Kogo nazywasz cywilem?! - zapytał groźnie. - Za mną stoi silniejsza armia, niż mógłbyś sobie wyobrazić!
- Kolegów od cywilów wyzywasz?! - wsparł go Jakub. - Ja ci ściągać na matmie dawałem, a ty mi z takim tekstem wyjeżdżasz?!
- No dobra, dobra... - poddał się aspirant. - Odszczekuję cywilów...
Ruszyli w trójkę do drzwi i po chwili pędzili w stronę pensjonatu. Wjechali przez bramę i już z odległości kilkunastu metrów usłyszeli łomot dobiegający z garażu. Igor zaparkował samochód za służbówką.
- Zostańcie tu! Nie wysiadajcie z wozu! - szepnął Dominik do przyjaciół, wyjmując służbową broń. - I jakby coś poszło nie tak, nie próbujcie chojrakować, tylko dzwońcie po posiłki...
- Dobra, już nie bądź taki Bond...
Aspirant wyskoczył z samochodu, szybko pokonał schody na werandę i zapukał do drzwi pensjonatu. Cruella otworzyła natychmiast, blada i roztrzęsiona.
- Proszę pana, to może być znowu ten szaleniec z siekierą, który napadł mnie zaraz po przyjeździe! Zamknęłam go w garażu, ale tam jest mój samochód... Niech pan tak nie stoi, niech pan coś zrobi! To bandyta!
- Jeśli to Głupi Maciek, to nie ma się czego bać, mówiłem pani. Proszę mi dać klucze od garażu - szepnął.
Z kluczami w dłoni zbiegł pod drzwi garażu i załomotał w nie z całych sił.
- Ej! Ty tam, w środku! - wrzasnął, starając się brzmieć groźnie i pewnie. - Tu policja! Jesteś otoczony! Zaraz otworzymy drzwi, a ty wychodź z rękami do góry. Zrób trzy kroki i natychmiast połóż się na ziemi! Zrozumiano?!
Odpowiedział mu głuchy łoskot - taki, że aż zadrżały drzwi garażu.
- Tylko bez wygłupów! Jesteśmy uzbrojeni! - ostrzegł aspirant i szybko przekręcił klucz w zamku, po czym pociągnął przesuwne drzwi, błyskawicznie odskakując w bok, na wypadek gdyby ktoś ze środka otworzył ogień.
Przez moment nic się nie działo, a w następnej sekundzie rozległ się pomruk i z garażu wypadł w dzikim pędzie ogromny żubr. Aspirant cofnął się o krok, potknął o obrzeże podjazdu i runął jak długi na krzak hortensji. Żubr spojrzał na niego z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym minął go z dużą prędkością i pomknął w kierunku bramy wjazdowej, tratując przy okazji krzew forsycji i przeskakując stojącą za nim ławkę. Wszyscy trzej patrzyli z podziwem na ten bieg i imponujący skok, zaskoczeni zwinnością i szybkością zwierzęcia, które wydawało im się raczej ociężałe i spokojne.
Jakub Midas, który jako pierwszy otrząsnął się z szoku, wyskoczył z samochodu i pobiegł alejką za żubrem.
- Zamknę bramę, żeby drań tu nie wrócił! - zawołał. - Bo wtedy to już chyba obławę urządzą i jeszcze biedaka odstrzelą!
To otrzeźwiło Dominika, który wygramoliwszy się z objęć hortensji, poprawił mundur i ostrożnie wszedł do garażu, trzymając przed sobą broń, choć nie spodziewał się, aby ktokolwiek towarzyszył żubrowi w jego wieczornej eskapadzie. Zgodnie z przewidywaniami garaż był pusty, jeśli nie liczyć samochodu Cruelli, który stał zaparkowany pod ścianą. Nie wyglądał najlepiej po bliskim spotkaniu z potężnym zwierzęciem, co było do przewidzenia. Aspirant sprawdził też dolny poziom parkingu, ale - tak jak przypuszczał - wszystko było w porządku. Schował broń i wyszedł z garażu dziarskim krokiem, oddychając głęboko.
- Może pani otworzyć, już wszystko opanowane - powiedział, stukając do drzwi pensjonatu. Agata była jeszcze bledsza niż poprzednio.
- Ccco tto bbyło? - zapytała drżącym głosem. - Wyglądało... jak... jak strasznie wielki byk! Chociaż...
Dominik parsknął śmiechem.
- Zgadza się, droga pani. Ogromny byk! Ale już sobie poszedł i na pewno więcej nie wróci.
Weszła do garażu i jęknęła na widok swojego samochodu.
- O Jezu, zdemolował mi auto...
- Spokojnie. - Midas, który zdążył już wrócić, pokręcił głową na widok samochodu. - Znam jednego gościa, który ma warsztat, zadzwonię do niego jutro, to przyjedzie do pani, zabierze autko, a jak odda, to będzie jak nowe! A ubezpieczenie na pewno pokryje straty spowodowane przez zwierzę.
- To na pewno był zwyczajny byk? - spytała z powątpiewaniem Agata, powoli odzyskując równowagę. - Bo co prawda nie widziałam go zbyt dobrze przez to okno, ale wydał mi się ogromny, no i taki jakiś...
- Takie już są byki - przerwał jej aspirant. - Ogromne i takie jakieś. Ale już po strachu!
Agata wyglądała, jakby miała za moment wybuchnąć. Widząc to, Igor wysiadł z samochodu i podszedł do niej z kojącym uśmiechem. Zamrugała niepewnie, lekko oszołomiona jego urodą, jak każdy, kto widział go po raz pierwszy.
- Proszę wrócić do pensjonatu - powiedział, łagodnie ujmując ją za ramię i prowadząc po schodach na werandę. Kiedy weszli do środka, posadził ją w fotelu w holu i podał szklankę wody. - Proszę wypić wodę. Już wszystko jest w porządku. Na szczęście ucierpiał tylko samochód, a to akurat łatwo da się naprawić. Już dobrze?
Pod spojrzeniem jego pięknych niebieskich oczu poczuła, że całe napięcie, jakie nagromadziło się w ciągu ostatnich minut, znika. Pokiwała głową.
- Proszę teraz zamknąć porządnie drzwi. Musi pani odpocząć po tych przeżyciach. Zatrzaśniemy za sobą bramę. - Będąc już przy drzwiach, odwrócił się i rzucił jej jeszcze jeden uspokajający uśmiech. - Dobranoc!
- Ddobranoc - wyjąkała, ale jego już nie było.
Agata wolnym krokiem poszła do swojego pokoju, wypiła szklankę wina z minilodówki i - nie rozbierając się - położyła się do łóżka. Zasnęła od razu, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.
Trzej muszkieterowie wsiedli do samochodu i przez chwilę jechali w milczeniu. Kiedy wyjechali za bramę pensjonatu, Igor zaczął cicho chichotać. Na widok groźnych spojrzeń rzucanych mu przez Dominika nie był w stanie dłużej się powstrzymywać i wybuchnął śmiechem na cały głos. Zjechał na pobocze, odchylił głowę na oparcie fotela i wył ze śmiechu.
- Wychodź z rękami do góry! - wykrztusił w końcu, naśladując poważny ton aspiranta. - He he, dobrze, że cię nie posłuchał, bo uszkodziłby też sufit... O ja nie mogę...
- Chciałbym widzieć, jak go na glebę rzucasz! - wtórował mu Jakub Midas, który musiał wysiąść z samochodu, bo jego potężne ciało, wstrząsane konwulsjami śmiechu, nie mieściło się w fordzie aspiranta. - Sam rzuciłeś się bardzo fachowo! Ten krzaczor został spacyfikowany na amen!
- Wy też byliście w strachu! - Dominik splótł ręce na piersiach i nadal próbował rzucać im piorunujące spojrzenia, ale wkrótce skapitulował i zwinął się ze śmiechu na siedzeniu pasażera.
- No, zwłaszcza jak powiedziałeś "Zrozumiano?!", to aż mnie zimny pot obleciał - wyznał Igor między jednym a drugim wybuchem śmiechu. - Ale on najwyraźniej też się ciebie przestraszył. Widziałeś, jak pędził? Wielki groźny policjant, z dużą pałką i służbowym pistoletem, to jednak nie przelewki... Nawet jak leży jak długi w hortensjach...
- Tak... To się nazywa respekt przed władzą... - wyjęczał Jakub, leżąc na ziemi i pokładając się ze śmiechu. - Wielki żubr, a zwiewał jak zając! Pewnie wszyscy w lesie będą się z niego teraz nabijać.
Zanim dojechali na plebanię, musieli zatrzymać się jeszcze dwa razy, żeby przetrwać ataki śmiechu.