Rok w Jemenie. Perypetie amerykańskiej dziennikarki w Sanie - najstarszym mieście świata - Jennifer Steil

-
Proszę czekać

2. Czytanie, pisanie i kradzież

Osiem par ciemnych oczu wpatrywało się we mnie, gdy stawiałam na białej tablicy suchościeralnej wielkie litery. Rola prasy - temat naszych zajęć. W sali były trzy kobiety, spowite w czarne tkaniny prawie w całości, bo z wyjątkiem oczu, oraz pięciu mężczyzn ubranych swobodnie - w koszulki polo. Wszyscy siedzieli wokół sporego trójkątnego stołu, zajmującego większą część pomieszczenia. Na wprost naszego pokoju był newsroom - ich miejsce pracy. Jeszcze przed chwilą, nim razem z Theo zwołaliśmy ich tutaj, stukali zapamiętale w klawiatury.

Patrzyłam na nich i coraz bardziej się bałam, że wezmą mnie za oszustkę. Ale nie dawałam tego po sobie poznać. Jak i tego, że wciąż czekałam, aż któraś z siedzących przede mną osób zapyta z lekceważeniem: "A kim ty właściwie jesteś, żeby mówić nam, co mamy robić? Wydaje ci się, że znasz się na tym lepiej tylko dlatego, że jesteś z Zachodu?".

Bo kim właściwie byłam? Nieudolnie udającą Arabkę mieszkanką Nowego Jorku, która nie bardzo wiedziała, czy ma patrzącym na nią ludziom cokolwiek do zaoferowania. Żałowałam, że nie miałam więcej czasu, by poznać ich kraj, poczytać Koran, poduczyć się arabskiego i zanurzyć się w tej odmiennej kulturze. Powinnam to zrobić, jeśli naprawdę chciałam ich czegoś nauczyć. A tymczasem wciąż jeszcze byłam oszołomiona tym, co działo się wokół mnie; kręciło mi się w głowie od rzadkiego powietrza i nadmiaru nieznanych zapachów.

Nieco pewności siebie dodawało mi to, że wyglądałam zupełnie jak nie ja. Włosy miałam zaplecione w ciasny warkocz i upięte z tyłu głowy, na twarz nie nałożyłam grama makijażu. Długa, luźna czarna bluzka swobodnie spływała na spódnicę, też czarną, ramiona otulał czarny szal. Musiałam wyglądać jak typowa nauczycielka z dawnych opowieści, stara panna, pozbawiona płci i koniecznie oschła. Czułam, że kostium, w którym występuję, wpływa na mój sposób bycia. Czy mogłam zachowywać się swobodnie, będąc owiniętą od stóp do głów w czarne zwoje? Wzdrygałam się przy każdym odruchu życzliwości, kłęby tkaniny niemal wbijały mnie w krzesło. Nie przestawałam się zastanawiać, czy przypadkowy przelotny uśmiech skierowany ku któremuś z siedzących przede mną mężczyzn nie zrujnuje mi reputacji. Jak bym się jednak nie starała, nie potrafiłam nie patrzeć im w oczy. Przecież musiałam mieć pewność, że rozumieją, co do nich mówię.

Sala, w której siedzieliśmy, była skromna, ale wygodna, podobnie jak cały budynek. Trzypiętrowy, otoczony murem biurowiec, mający własną ochronę, był nowoczesną wersją piernikowych budynków charakterystycznych dla starego miasta. Rękodzielnicze kamarie zastąpiły kolorowe okna z fabrycznej produkcji, a zamiast błotnych cegieł użyto zwykłego kamienia. Z pewnością budynek nie był tak uroczy jak te tradycyjne, ale trzeba przyznać, że prezentował się całkiem ładnie. Kilkanaście łukowatych okien frontowych miało okucia z białego metalu, a nad olbrzymim wystawionym na słońce dziedzińcem wisiał baldachim z winorośli. Trzy marmurowe schody prowadziły do przestronnego holu, gdzie urzędowała Anas - dziewczyna będąca jednocześnie sekretarzem redakcji i portierką. Po jednej stronie holu był newsroom, a po drugiej sala konferencyjna, w której właśnie zaczynałam zajęcia. Na górze znajdowały się gabinet tajemniczego Farisa as-Sanabaniego, którego wciąż nie udało mi się poznać, oraz redakcja "Arabii Felix" - kolorowego dodatku do "Observera".

- Zacznijmy od tego, po co nam w ogóle potrzebna jest prasa. Jaki pożytek ma z niej społeczeństwo? Jaką rolę odgrywa? - zadałam kilka pytań naraz i opuściłam rękę, w której trzymałam marker, by ukryć lekkie drżenie dłoni.

Zaległa cisza. Jedynym dźwiękiem, jaki dało się słyszeć, był szum wody dobiegający z dziedzińca. Jakiś mężczyzna, bardzo wysoki, właśnie podlewał szlauchem rabaty z kwiatami.

- Prasa jest świadomością społeczeństwa - usłyszałam wreszcie. Przemówiła do mnie bela sztucznego jedwabiu.

- Zgadzam się. - Odetchnęłam z ulgą i zapytałam: - Jak to rozumiesz?

Kobieta, która odważyła się odezwać jako pierwsza, pochyliła się do przodu, a z jej ust zaczął płynąć potok słów. Mówiła szybko, jakby słowa popędzały się nawzajem:

- Prasa jest jak sędzia, tyle że taki, który nie potrzebuje sądu, bo to ludzie pozwalają mu sprawować władzę. Dlatego wszyscy muszą rozmawiać z dziennikarzami. W przeciwnym razie ukrywają prawdę. Dziennikarze zdają sobie sprawę z tego, że są głosem społeczeństwa. Ale ludzie tego nie rozumieją. Tego, że jesteśmy jak posłańcy. Naszym zadaniem jest przekazywanie wiadomości. Jeśli przekazujemy je dokładnie, pilnujemy, by po drodze nie zostały przeinaczone, dostarczamy je ludziom we właściwy sposób, to robimy coś dobrego i najlepiej przysługujemy się społeczeństwu oraz tym wszystkim, którzy z nami rozmawiali.

Kobieta mówiła na jednym oddechu, jakby od lat czekała, aż ktoś zada jej pytanie, które ode mnie usłyszała. Nie rozglądała się wokół, nie patrzyła na innych. Żywo gestykulowała, nie unosząc jednak dłoni zbyt wysoko nad blat stołu.

- Życie to cykl - kontynuowała. - Każdy z nas ma do wypełnienia jakieś zadanie. Jeśli będziemy wykonywać je dobrze, będziemy mieć udane życie. Weźmy wybory w Stanach. Ilu kandydatów przegrało, bo znaleźli się dziennikarze, którzy ujawnili, kim są naprawdę? Gdyby nie oddani sprawie reporterzy, ci ludzie mogliby zostać wybrani i działać na szkodę państwa. Albo skandal w więzieniu Abu Ghraib. Świat dowiedział się, co tam się wyprawia, dzięki prasie. Dopiero gdy dziennikarze nagłośnili tę sprawę, zajęły się nią różne organizacje pozarządowe i odpowiednie służby. To tak jak z ceremonią otwarcia igrzysk olimpijskich: zawodnicy przekazują sobie pochodnię z rąk do rąk, aż w końcu ogień dociera do znicza olimpijskiego. Jeśli któryś by zawiódł, znicz by nie zapłonął.

Skończyła, nieco zmęczona, wzięła głęboki oddech i wbiła we mnie pytające spojrzenie. Ale w tamtej chwili nie byłam w stanie nic jej powiedzieć. Nie tylko ja. Pozostali uczestnicy zajęć siedzieli nieruchomo i wpatrywali się w swoją koleżankę. Aż nagle Faruk i Kasim zaczęli się śmiać.

- Hej! - zawołał Theo, nieco zgorszony. Gdyby wciąż był taki, jakiego go zapamiętałam z liceum, dołączyłby do nich. - Jeśli mamy się tu czegoś nauczyć, musimy szanować zdanie innych. Jak chcecie, żeby was słuchano, to sami też musicie słuchać.

- Racja - przytaknęłam. Byłam wdzięczna Theo za ten komentarz i cieszyłam się, że był po mojej stronie. - Opinia każdego z was jest dla mnie tak samo cenna. Chcę wiedzieć, co sądzicie o poruszanych kwestiach.

Mężczyźni natychmiast zamilkli, a ja skierowałam wzrok na odważną kobietę. Wnet miałam ją poznać lepiej, miała na imię Zuhra. Uśmiechnęłam się do niej. Wszystkie uczestniczki moich zajęć wyglądały tak samo, Zuhrę jednak można było rozpoznać po srebrnych oprawkach okularów, widocznych między hidżabem a nikabem. Trudno ją było zresztą pomylić z koleżankami, bo prawie nie przestawała mówić. Zapamiętałam ją już z newsroomu, przyszła do pracy jako pierwsza. Theo powiedział wtedy, że to właśnie ona powinna kierować redakcją.

- To była wspaniała definicja - pochwaliłam ją. - Masz rację, poprzez odpowiedzialne przekazywanie informacji, poprzez mówienie czytelnikom o okrucieństwach popełnionych w Abu Ghraib i Guantanamo możemy zapobiegać podobnym wydarzeniom. Zgadzam się również z tobą, że w pewnym sensie prasa jest sumieniem społeczeństwa, bo jeśli dobrze zrozumiałam, to właśnie miałaś na myśli - mówiłam, zapisując niektóre jej spostrzeżenia na tablicy. - Dziękuję ci - dodałam, kiedy skończyłam. - Coś jeszcze? - To pytanie było skierowane do pozostałych dziennikarzy.

- Prasa może pomóc w ujawnianiu korupcji - powiedział niepewnie Faruk, choć wyglądał na człowieka, który twardo stąpa po ziemi.

- Tak, oczywiście - przytaknęłam. - Zasadniczo prasa istnieje właśnie po to, by mieć oko na rząd i mówić społeczeństwu, co się dzieje na szczytach władzy. Musimy wiedzieć, co oficjele robią z pieniędzmi podatników.

Dyskusja powoli się rozkręcała.

- Z prasy ludzie mogą dowiedzieć się o różnych chorobach - dodał Adel, szczupły, poważny mężczyzna, piszący o zdrowiu i nauce.

- I o wypadkach samochodowych - wtrącił Kasim.

Kasim nie był dziennikarzem, kierował działem reklamy. Miał na sobie prążkowany garnitur oraz krawat i roztaczał wokół siebie intensywny zapach wody kolońskiej. W niczym nie różnił się od speców od reklamy z "The Week", co zresztą mnie nie dziwiło - wszyscy oni wyglądają dokładnie tak samo. Ani na chwilę nie przestawał się uśmiechać, a kiedy zaczynał po swojemu rechotać, bardzo piskliwie, słyszano go w całym budynku. Był zdecydowanie lepiej zbudowany od pozostałych mężczyzn pracujących w "Yemen Observer". Nie mogłam się nadziwić, że w większości są tak przeraźliwie chudzi.

Przyznałam rację obydwu i wyliczałam dalej:

- Prasa może też wpływać na podjęcie decyzji o naprawie dróg, budowie szkół, może wywrzeć wpływ na wynik wyborów prezydenckich. Może pomóc w ujęciu przestępców i wsadzeniu ich za kratki. Może ułatwić przemiany polityczne. To wyjątkowo potężne narzędzie, a wy - spojrzałam na nich uważnie - jesteście wpływowymi ludźmi. To ogromna siła i możemy jej używać tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że służy ważnej sprawie. Że za jej pośrednictwem dostarczamy informacji potrzebnych ludziom do podejmowania decyzji najważniejszych, dotyczących ich życia, polityki, inwestycji.

Jak się okazało, wśród kobiet tylko Zuhra była na tyle odważna, by wziąć udział w dyskusji. Nachyliła się nad stołem i powiedziała:

- Przepraszam za swoje gadulstwo, ale o tyle rzeczy chciałabym cię zapytać! Czy mogłabyś nam powiedzieć, co czyni z dziennikarza zawodowca?

Nie miałam gotowej odpowiedzi. Albo raczej miałam ich kilka. W rodzaju: zawodowy dziennikarz dostaje wynagrodzenie za swoją pracę, zawodowy dziennikarz jest dokładny. W końcu zebrałam się w sobie i odparłam:

- Zawodowy dziennikarz jest obiektywny. To znaczy, że w tekście nie daje upustu swoim emocjom, własne opinie zachowuje dla siebie i przedstawia stanowiska wszystkich stron.

- A dlaczego to jest takie istotne? - dopytywała Zuhra.

- Cóż... Dlatego że...

Nie byłam przygotowana na tłumaczenie czegoś tak dla mnie oczywistego. Na dziennikarstwie nie poruszaliśmy tej kwestii, to był aksjomat. "Bo przecież - upewniałam samą siebie, nagle nieco zdezorientowaną - obiektywizm jest podstawą w tym fachu".

- Jeśli będziecie przedstawiać stanowisko tylko jednej strony - podjęłam po chwili - wasi czytelnicy nie będą wam ufać. Będą myśleć, że działacie na czyjeś zlecenie albo chcecie coś dla siebie załatwić. Jeżeli oskarżacie polityka o korupcję, a nie pozwalacie mu się wypowiedzieć, to nie opisujecie całej sprawy. I nadużywacie swojej dziennikarskiej władzy. Co więcej, taki polityk może stwierdzić, że jesteście kiepskimi dziennikarzami i nie będzie chciał z wami rozmawiać w przyszłości. Obiektywizm jednak to przede wszystkim sposób, by być jak najbliżej prawdy.

- Czy można jednak pisać tak, jakby opowiadana historia nas nie obchodziła? Jak wyłączyć emocje? - Zuhra drążyła temat, trzymając czujnie ołówek nad notatnikiem.

"I pomyśleć - uśmiechnęłam się w duchu - że jeszcze przed chwilą bałam się, że żadna z kobiet nie odezwie się słowem".

Zaczęłam tłumaczyć Zuhrze, że nasze własne odczucia nie mogą rzutować na pracę, gdy nagle Theo podniósł się z krzesła i przerwał mi słowami:

- Oddaj mi moje pięćdziesiąt dolarów.

Wpatrywałam się w niego osłupiała.

- Jakie pięćdziesiąt dolarów? - zapytałam.

- Wczoraj ci pożyczyłem. Chciałbym je odzyskać.

- Zwróciłam je przecież, nie pamiętasz? Wymieniłam pieniądze na suku i oddałam ci w rialach.

- Kłamiesz!

- Nigdy nie kłamię! Jestem dziennikarką!

- Kłamiesz jak z nut! Nie dawałaś mi żadnych riali!

- Nie wierzę, że możesz mnie o coś takiego oskarżać! Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Oddaj mi pieniądze albo sam je sobie wezmę.

- Nic ci nie jestem winna! - wołałam, trzymając ręce na biodrach.

- Jak sobie chcesz! - krzyknął naraz Theo, po czym złapał ze stołu moją brzydką wielką czarną torbę, kupioną z myślą o Jemenie, i wybiegł.

- Jeszcze się z tobą policzę! - zawołałam, ruszając za nim. Ale zatrzymałam się w drzwiach. - Nie mam zamiaru cię gonić! - rzuciłam. - Nie będę przerywać zajęć!

W końcu zwróciłam się w stronę siedzących wokół stołu ludzi. Patrzyli na mnie szeroko otwartymi oczami, wszyscy mocno podekscytowani.

- Jak Theo mógł cię tak potraktować? - wybuchła jedna z kobiet.

Dziennikarze znali Theo od miesięcy, lubili go i ufali mu. Byli w szoku, zobaczywszy, jak zachował się w stosunku do ważnego gościa, którego przecież sam zaprosił. Próbując zachować poważną minę, już chciałam coś odpowiedzieć, gdy pojawił się Theo i z uśmiechem rzucił moją torbę na stół.

- Lepiej sprawdź, czy niczego nie brakuje - zasugerował mi jeden z mężczyzn.

- Tak! Koniecznie. - Poparli go pozostali. Liczyli na dalszy ciąg tej ekscytującej historii.

Zrobiłam, jak mówili, i zajrzałam do środka.

- Theo, a gdzie jest mój aparat? - Spojrzałam na niego badawczo.

- Jaki aparat? - zdziwił się.

- No, już wystarczy - powiedziałam w końcu. - Chcę, żeby każde z was napisało trzy akapity o tym, co tu zobaczyliście. Potraficie wyjaśnić czytelnikowi, co się wydarzyło, co mówiliśmy i robiliśmy? I pamiętajcie, żeby wasz tekst miał odpowiedni lead. Prace chcę dostać do ósmej rano.

Wszyscy rzucili się do pisania. Trzy kobiety - Zuhra, Radja i Arwa - zbiły się w grupkę na jednym końcu stołu, mężczyźni - Kasim, Faruk, Adel, Muhammad al-Matari, nazywany po prostu Al-Matarim, i Theo - siedzieli na drugim.

Żadna z kobiet uczestniczących w moich zajęciach nie miała więcej niż dwadzieścia kilka lat. Adel i Faruk byli w podobnym wieku, ale pozostali mężczyźni byli starsi. Kasim mógł mieć tyle lat co ja, a Al-Matari wyglądał na kogoś pod pięćdziesiątkę. No i był jeszcze Theo, mój rówieśnik. Prosiłam go, żeby nie przychodził na zajęcia, bo wiedziałam, że jego obecność będzie mnie peszyć, ale nie dał się przekonać. Obiecał mi za to dwie rzeczy: że będzie mi pomagał i że będzie się zachowywał poważnie. W liceum był klasowym błaznem, co często sprowadzało na niego kłopoty. Nie bardzo wierzyłam w te deklaracje, ale gdybym zamknęła przed nim drzwi do sali konferencyjnej, z pewnością wdrapałby się po ścianie i wszedł przez okno. Theo znany był ze swoich kocich umiejętności. Potrafił się wspinać nie gorzej niż niejeden dachowiec.

Zanim rozpoczęły się zajęcia, każdy z dziennikarzy powitał mnie z szacunkiem. "Bardzo długo na panią czekaliśmy" - mówili, ściskając mi rękę tak mocno, że aż bolało. "Jesteśmy tacy wdzięczni, że pani do nas przyjechała. To dla nas zaszczyt" - zapewniali. A przecież tyle się naczytałam o nieprzychylności wobec Ameryki i Amerykanów. "Czy naprawdę - zastanawiałam się, patrząc na tych ludzi - ktoś miał zamiar wygłaszać tutaj filipiki i wygrażać tyrańskiemu Zachodowi?"

Jeśli amerykańskie gazety pisały coś o Jemenie, to tylko podkreślając, że zagrożone są interesy Zachodu. Tymczasem ludzie z "Observera" garnęli się do mnie, bądź co bądź przedstawicielki zachodniej cywilizacji, tak jakbym była ich ulubioną krewną. Czułam się niemal jak księżna Diana bądź Seymour Hersh. Albo jak plemienny szejh. Później zresztą ówczesny redaktor naczelny gazety, Muhammad al-Asaadi, który z nieznanych przyczyn był nieobecny na moich pierwszych zajęciach, nadał mi ksywkę szejha Jenny.

Między byciem gościem honorowym a byciem szefem jest jednak spora różnica. Wtedy nie umiałabym sobie nawet wyobrazić, że za kilka miesięcy ci sympatyczni, potulni mężczyźni, którzy witali mnie teraz tak uprzejmie, będą darli kartki z moimi poprawkami i wybiegali z mojego gabinetu, trzaskając drzwiami. Zresztą nie uwierzyłabym też, że kiedykolwiek będę podnosić na nich głos albo grozić im obniżeniem pensji.

Rozpoczęłam zajęcia od przedstawienia się i podania kilku najważniejszych faktów z mojej dziesięcioletniej kariery dziennikarskiej. Chciałam, żeby wiedzieli, że jestem profesjonalistką. Wydawali się co do tego przekonani, ale wolałam się zabezpieczyć. Idąc za radą Theo, powiedziałam również, że moje szkolenie przeznaczone jest dla doświadczonych dziennikarzy. To miało ich podnieść na duchu, mocno się bowiem obawiali, że zostaną potraktowani jak początkujący. Choć, jak stwierdził Theo, przydałyby im się właśnie typowe zajęcia dla żółtodziobów.

Ułożyłam sobie mowę powitalną. Miała brzmieć tak: "Nie przyjechałam tu po to, by prezentować wam osiągnięcia amerykańskiej szkoły dziennikarstwa. Chciałabym nauczyć was warsztatu, pokazać wam techniki zdobywania informacji i formy pisania o nich. Zamierzam mówić o rzeczach, które sprawdziły się w mojej pracy zawodowej przez ostatnią dekadę".

Gdy podzieliłam się tym pomysłem z Theo, natychmiast go oprotestował.

- Kiedy oni właśnie chcą się uczyć amerykańskiego dziennikarstwa! - wykrzyknął. - Każde z nich wręcz marzy o wyjeździe do Ameryki!

I tak na początku odbyła się dyskusja o roli gazet, o tym, czym jest news i jakie są gatunki prasowe. Zastanawialiśmy się też nad tym, jak uprawiać własne poletko dziennikarskie. Ostatecznie poruszyliśmy znacznie więcej tematów, niż planowałam. Wszyscy mieli mnóstwo pytań.

Theo ostrzegał mnie, że kobiety raczej nie będą zbyt rozmowne, bo w Jemenie ceni się u nich głównie nieśmiałość i skromność, ale to Zuhra okazała się najaktywniejszym uczestnikiem zajęć.

- Co pani sądzi o anonimowych źródłach? Czy powinniśmy umieszczać swoje nazwisko przy artykule, jeśli to może nam czymś grozić? Jaka jest różnica pomiędzy newsem a artykułem?

W zasypywaniu mnie pytaniami była niezmordowana. Zachowywała się jak rasowy reporter.

Nie chciałam jednak, żeby moje zajęcia polegały tylko na dyskusjach i wykładach. Zależało mi bardzo na tym, aby miały charakter warsztatów.

- Chcę, żebyście teraz stąd wyszli i przeszli się po ulicach - ogłosiłam pewnego razu bez żadnego wstępu. - Newsów nie znajdziecie w biurze.

- Mamy szukać tematów na ulicy? - Popatrzyli na mnie bez zrozumienia.

Wtedy właśnie dowiedziałam się, że wychodzą z biura właściwie tylko na konferencje prasowe. Nie przyszło im nawet do głowy, że sklepikarz zza rogu, taksówkarz czy akuszerka mogą im podsunąć pomysł na dobry artykuł. Osobami wartymi cytowania byli dla nich jedynie rzecznicy prasowi i politycy. Ja twierdziłam, że jest dokładnie odwrotnie. Byłam na tyle doświadczona, by wiedzieć, że nie ma co liczyć na ciekawą historię z ust specjalistów od PR-u i ludzi będących u władzy. Musiałam koniecznie wytłumaczyć swoim stażystom, jak szuka się tematów, w jaki sposób zadbać o stałych informatorów, a przede wszystkim jak przekonać ludzi, żeby nam ufali. Wszystkie te rzeczy dodałam do pęczniejącej z minuty na minutę listy priorytetowych celów.

Jakby tego było mało, kobiety oświadczyły mi, że nie wolno im ani podchodzić do obcych mężczyzn na ulicy, ani jeździć w ich towarzystwie samochodem. Dlatego jeśli w artykule miało się pojawić zdjęcie - fotografami w gazecie byli wyłącznie mężczyźni - trzeba było płacić za dwie taksówki.

- Jakie inne trudności napotykacie, szukając tematu? - zapytałam.

- No... Nikt nie chce rozmawiać z dziennikarzami - zaczął Faruk. - A jeśli już, to najlepiej bez nazwisk.

- To faktycznie jest problem - przyznałam.

Najwyraźniej nie tylko dziennikarzom "Observera" trzeba było tłumaczyć, jaką rolę odgrywa prasa. Przeszkolenia wymagało całe społeczeństwo. Jemeńscy dziennikarze byli stronniczy i nawet nie próbowali tego ukrywać, trudno się więc było dziwić ludziom, że nie chcieli z nimi rozmawiać - czuli się przez nich wykorzystywani albo oszukiwani.

Postanowiłam, że na początek każdy napisze artykuł na podany temat, a przed wydrukowaniem będziemy nad nim pracować, przy okazji zaznajamiając się z tajnikami warsztatu. Chciałam, żeby moje zaangażowanie przyniosło korzyści "Observerowi" i poprawiło jakość pisma. A było co robić, zaczynając od poprawności językowej. Niektóre ze zdań znalezionych w tekstach moich uczniów przyprawiały o gramatyczny zawrót głowy. Zawierały nie tylko niezręczne sformułowania, lecz także zwykłe błędy. We wszystkich artykułach panował zupełny chaos, ich autorzy w ogóle nie panowali nad konstrukcją tekstów. Źródeł zawsze było za mało, zdania ciągnęły się w nieskończoność, a nagłówki były zupełnie absurdalne. Głośno było o artykule o ministerstwie terroryzmu. Oczywiście chodziło o ministerstwo turystyki. Pracowników ambasady amerykańskiej tak to ubawiło, że powiesili wycinek z tym tekstem w widocznym miejscu.

Nie bardzo wiedziałam, jakie tematy powinnam zlecić, nie orientowałam się na tyle w lokalnych sprawach. Ostatecznie uznałam, że najlepiej i najbezpieczniej będzie rozpocząć od tego, o czym akurat trąbiono wszędzie.

- We wrześniu odbędą się wybory prezydenckie. Jak sądzicie, jaką rolę może odgrywać prasa w ciągu tych kilku miesięcy przed nimi? Jakie są jej obowiązki wobec czytelników? Innymi słowy, jak prasa przyczynia się do kształtowania prawdziwej demokracji?

Na wzmiankę o demokracji wszyscy się ożywili. Oficjalnie jest to priorytet jemeńskiego rządu, oświadczenia o chwalebnym marszu ku demokracji wydawane są niemal bez przerwy. Prawdziwa demokracja jest co prawda ledwie punkcikiem na horyzoncie, ale to akurat zdaje się nie mieć żadnego znaczenia.

Jemen dopiero od 1990 roku jest jednym państwem. Po zakończeniu tureckiej okupacji w 1918 roku północna część kraju dostała się pod panowanie quasi-dynastii polityczno-militarnych przywódców nazywanych imamami. W 1962 roku w wyniku wojny domowej imamat został obalony, a w jego miejsce powstała Jemeńska Republika Arabska. Jemen Południowy natomiast od 1839 roku znajdował się pod panowaniem brytyjskim i dopiero gdy w 1969 siły brytyjskie ostatecznie wycofały się z Adenu, ogłoszono powstanie Ludowej Republiki Południowego Jemenu, przemianowanej w 1970 na Ludowo-Demokratyczną Republikę Jemenu. Było to jedyne marksistowskie państwo arabskie w historii. Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1989 roku Jemen Północny i Południowy rozpoczęły poważne rozmowy o zjednoczeniu. Formalnie doszło do niego 22 maja 1990 roku, a już w 1994 wybuchła krwawa wojna domowa pomiędzy armiami południa i północy, które wciąż się nie scaliły.

Jemeński prezydent sprawuje swój urząd od ponad trzydziestu lat. Co prawda historia zjednoczonego kraju nie jest aż tak długa, ale Ali Abd Allah Salih przez dwanaście lat rządził wcześniej Jemenem Północnym. I chociaż narzekanie na niego jest niemal narodową rozrywką, to nikt tu nie myśli o zmianie przywódcy. Obywatelom tego kraju nie zdarzyło się dotąd widzieć, jak dochodzi do pokojowego przekazania władzy, dlatego pewnie nie umieją sobie tego nawet wyobrazić.

Rok 2006 miał być rokiem przełomu, Salih musiał się bowiem wreszcie zmierzyć z kontrkandydatem z prawdziwego zdarzenia. W 1999 roku, podczas pierwszych wyborów prezydenckich w Jemenie, Salih pokonał jednak swojego konkurenta, wywodzącego się zresztą z tej samej partii co on, miażdżącą przewagą dziewięćdziesięciu sześciu procent głosów. Teraz było inaczej. Fajsal Bin Szamlan, kandydat opozycji, i jego partia pojawiali się na łamach prasy równie często jak Salih i rządzący Generalny Kongres Ludowy. Moich dziennikarzy napawało to dumą, z ochotą mówili o przemianach demokratycznych w ich kraju. Byli przekonani, że nadszedł czas zmian i Jemen wreszcie zyska szacunek na arenie międzynarodowej. Choć ani oni, ani nikt inny nie sądzili raczej, że Salih przegra.

- Prasa ma obowiązek pisać w sposób bezstronny o obydwu kandydatach - powtarzałam ludziom z "Observera". - I dostarczać obywatelom informacji pomagających w dokonaniu świadomego wyboru.

Wiedziałam, na co się porywam. Wygłaszałam te wszystkie światłe rady w kraju, w którym krytykowanie przywódcy państwa na łamach prasy było niezgodne z prawem. W dodatku właściciel gazety pracował też dla Saliha. Theo wyjaśnił mi, że "Yemen Observer" jest tylko jednym z przedsięwzięć biznesowych Farisa, przede wszystkim zaś zajmował się on kreowaniem medialnego wizerunku prezydenta. Był także właścicielem franczyzowej firmy ochroniarskiej, angażował się w walkę z korupcją, pomagał organizować konferencje dla potencjalnych inwestorów oraz maczał swoje przedsiębiorcze palce w wielu innych projektach. Powiedziałam wprost, że właściciel gazety nie powinien pracować dla prezydenta i oceniłam łączenie tych dwóch rodzajów działalności jako nieetyczne, dano mi jednak do zrozumienia, że powinnam zachować swoje przemyślenia wyłącznie dla siebie. Uznałam nawet słuszność tej rady. Miałam spędzić w Jemenie tylko trzy tygodnie i jedyne, na czym powinnam się skupić, to uczenie pisania w sposób jak najbardziej obiektywny. Liczyłam, że Faris nie będzie się zanadto wtrącał.

Kiedy moi uczniowie przyznali, że chcieliby, aby ich artykuły nie różniły się niczym od tych w "New York Timesie", zaczęłam myśleć, że ziarno obiektywnego dziennikarstwa, które zamierzałam zasiać, padnie na podatny grunt. Należało jednak sprawdzić, czy podołają temu zadaniu. Zaczęłam od wypytywania, jakie kwestie warto poruszyć. Z sali padały propozycje artykułów wyborczych, takich jak przedstawienie sylwetek kandydatów czy analiza zasad kampanii; tekstów na tematy zawsze na czasie, jak choćby powszechne rozbrojenie czy walka z korupcją. Faruk, najlepszy dziennikarz polityczny gazety, pracował już nad artykułem o bojkocie wyborów, jakim groziła partia opozycyjna.

Na koniec zajęć rozdzieliliśmy zadania - zgodnie z zainteresowaniami dziennikarzy - i zapowiedziałam, że czekam na teksty do szóstej. Chciałam w ten sposób dowiedzieć się czegoś więcej zarówno o Jemenie, jak i o tym, co moi uczniowie uważają za newsy.

Arwa, na przykład, chciała przygotować artykuł o klubie sportowym dla kobiet, ale nie potrafiła mi powiedzieć, dlaczego chce napisać o tym akurat teraz.

- Musimy mieć jakiś powód, dla którego chcemy o tym informować właśnie dzisiaj - wytłumaczyłam jej. - Coś się w tym klubie zmieniło? Został niedawno otwarty? To pierwszy taki klub dla kobiet?... - podsuwałam propozycje.

- Nie...

- Wprowadził jakieś nowe zajęcia sportowe? A może jest bardzo popularny, bo szerzy się moda na aktywny tryb życia? Może teraz więcej kobiet niż kiedykolwiek wcześniej uprawia sport?

- Tak! - ucieszyła się Arwa. - Coraz więcej kobiet uprawia teraz sport.

- Dobrze - odparłam. - A więc na tym oprzemy twój tekst.

Cały czas powtarzałam, że chodzi o klub fitness, ale ona mnie poprawiała.

- Nie fitness! Klub sportowy! - podkreślała.

Adel zajął się udokumentowaniem niedawnego samobójstwa w obozie Guantanamo, Radja miała napisać o dzieciach z ulicy, a Zuhra o fryzjerkach, które miały coraz większe wzięcie.

Po zajęciach wszyscy się rozeszli, w sali został jedynie wysoki mężczyzna o pulchnej, lśniącej twarzy i zielonych oczach, który przyszedł dopiero w połowie zajęć, tuż przed moją kłótnią z Theo. Wyglądał na speszonego.

- Bardzo przepraszam za spóźnienie, ale musiałem odwieźć żonę do szpitala - zaczął się tłumaczyć. - Miała operację oka i teraz coś niedobrego stało się z jej... - W tym miejscu spojrzał wyczekująco na Theo, który stał razem z nami.

- Rogówką - podpowiedział mu mój przyjaciel.

- Właśnie, z rogówką. Żonę czeka kolejna operacja.

To był Zajd. Wyraziłam swoje współczucie i usiadłam z nim, żeby powtórzyć to, co go ominęło. Od razu go polubiłam. Był bystry i skory do żartów. Rozmawialiśmy tuż po tym, jak dowiedział się o przyznaniu mu stypendium w Wielkiej Brytanii na kolejny rok akademicki i nie mógł opanować radości.

Wyglądało na to, że pierwsze zajęcia jednak nie okazały się katastrofą i już zaczynałam się cieszyć, kiedy Theo przypomniał mi o biegu z przeszkodami, który mnie czekał. Odkryłam całe mnóstwo takich płotków na swojej drodze, ale jeden był wyjątkowo wysoki: musiałam zrobić wrażenie na szefie. Theo dał mi minutę na złapanie oddechu i pozbieranie papierów, po czym zaprowadził mnie do biura Farisa.

Faris as-Sanabani był wysokim, śniadym i przystojnym mężczyzną. Nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś, kto byłby aż tak nadpobudliwy. Właściciel gazety wszystko robił na przyspieszonych obrotach - chodził i mówił w takim tempie, że trudno było za nim nadążyć. A do tego oczekiwał równie szybkich reakcji. Rozmowa z nim przypominała zajęcia z aerobiku.

Okazało się, że Faris skończył Eastern Michigan University. Właśnie w Michigan mieszka najwięcej jemeńskich emigrantów. Dowiedziałam się, że został królem balu podczas zjazdu absolwentów jako pierwszy przedstawiciel mniejszości w historii uczelni, dzięki czemu wiele różnych środowisk studenckich zapraszało go na swoje klubowe spotkania. Był między innymi uczestnikiem konferencji organizowanej przez Afroamerykanów, na której rozmawiano o działaniach na rzecz środowisk, z których wywodzą się studenci. Słowa prowadzącego zapadły mu w pamięć: "Studiujecie na dobrej uczelni, wiedziecie dostatnie życie, zdobyliście wykształcenie" - wyliczał tamten. "Chcę, żebyście wrócili tam, skąd pochodzicie. Żeby was tam zobaczyli. Nie koszykarzy czy piosenkarzy, którym udało się odnieść głośny sukces, ale ludzi wykształconych działających w różnych zawodach".

Faris siedział na tamtym spotkaniu i myślał. Do tamtej chwili marzył o dobrej posadzie w Stanach, planował się gdzieś zahaczyć, jak tylko skończy studia. Nie miał zamiaru wracać do Jemenu. Nie tylko dlatego, że miał żonę Amerykankę.

- Wtedy uświadomiłem sobie, że Jemen jest moim gettem - powiedział mi. - I że jeśli wszyscy, którym się udało, zechcą je opuścić dla miłych białych kobiet i ładnych ubrań, to tych, którzy zostaną, nie będzie już czekało nic dobrego. Dlatego powiedziałem sobie: wracam do Jemenu, do swoich.

Faris rzucił pracę i przeprowadził się z powrotem do Jemenu. Pracował jako tłumacz, specjalista do spraw rozwoju i urzędnik państwowy, aż w końcu wpadł na pomysł założenia "Yemen Observer", gazety konkurującej z jedynym w Jemenie anglojęzycznym tytułem - "Yemen Times". Faris uważał, że "Yemen Times" był stanowczo zbyt krytyczny wobec własnego państwa, bał się też, że może to odstraszać turystów, którzy skazani są na czytanie jedynie o problemach kraju. Jego pismo miało przyczyniać się do rozwoju Jemenu, taki był cel główny. A że chciał dotrzeć do cudzoziemców, przede wszystkim do Amerykanów, wybrał pisanie w języku angielskim.

Najpierw pracowali nad "Yemen Observer" jedynie z żoną, redagując i składając pismo na domowym komputerze. Pierwszy numer, w nakładzie tysiąca egzemplarzy, Faris dystrybuował sam - pieszo, na rowerze i poprzez przyjaciół. To było ponad piętnaście lat temu, w 1996 roku. Faris zdążył od tamtego czasu rozwieść się ze swoją amerykańską żoną, która nie potrafiła przywyknąć do życia w jego ojczyźnie, i poślubić rodowitą Jemenkę.

W momencie mojego przyjazdu "Yemen Observer" wychodził w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy. Wciąż generował straty, ale dla Farisa było to przedsięwzięcie na tyle ważne, że gotów był do niego dokładać. Na biednego nie trafiło. Faris podkreślał swój finansowy udział w wydawaniu gazety, zaznaczając, iż nie korzysta ona z dofinansowania rządu. Zależało mu, bym uważała "Observera" za pismo niezależne. Ale w ustach medialnego doradcy, a także osobistego sekretarza prezydenta, zapewnienia o obiektywnym przekazie prasowym nie brzmiały zbyt wiarygodnie. Niemniej dla człowieka z pasją i determinacją, a do tego patrioty gotowego wiele zrobić dla kraju, taka pozycja była wręcz idealna.

Gdy weszłam, Faris siedział za swoim olbrzymim biurkiem i grał w coś na komputerze. Na mój widok wstał, żeby uścisnąć mi dłoń. Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, ale Faris zaraz zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju, jakby chciał się upewnić, że nie przyjechałam w asyście grupy szpiegów. Zresztą oczy Farisa były, tak jak on sam, wiecznie w ruchu. Przedstawiłam się i wyjaśniłam, jakie nadzieje wiążę z prowadzonymi przeze mnie zajęciami. Wydawał się być pod dużym wrażeniem. Wyraził mi głęboką wdzięczność za przybycie i fatygę. Ja zrewanżowałam mu się tym samym i podziękowałam za możliwość współpracy z nim. Podarowałam mu też egzemplarz "The Week" - magazynu, dla którego pisałam artykuły o nauce, zdrowiu, teatrze, podróżach i sztuce. Kartkował go tak szybko, że strony zlały mi się przed oczami w jedną plamę. W tej samej chwili zdałam sobie sprawę, że w tym numerze jest artykuł na temat małżeństw homoseksualnych, a na okładce jego zapowiedź, i ogarnęła mnie panika. W Jemenie za stosunki homoseksualne karze się w najlepszym razie śmiercią. Zaczęłam coś dukać na usprawiedliwienie, ale Faris nie wyglądał nawet na zakłopotanego.

- Oczywiście, rozumiem to - powiedział. - U was życie wygląda inaczej.

Zanim wyszłam, wręczył mi stosik trzydziestu wydań "Yemen Observer".

- Proszę to przeczytać i powiedzieć mi, co zrobić, by gazeta była lepsza - poprosił. - Chcę wiedzieć, które rubryki są dobre, a których należałoby się pozbyć. A, i jeszcze jedno - dodał, gdy byłam już gotowa odejść, i podał mi dodatkowo kilka kartek papieru - proszę przeczytać ten wywiad i powiedzieć mi, co pani o nim myśli i co mogę zrobić, żeby przeprowadzać lepsze wywiady w przyszłości.

Zaniosłam gazety do pustego gabinetu na parterze, zataczając się pod ich ciężarem, i czytałam tak długo, aż wyschły mi oczy. Niewyspanie dawało się we znaki. W ciągu ostatniej doby spałam może godzinę, i z powodu zmęczenia po długiej podróży, i ze zdenerwowania przed zajęciami, i wreszcie z powodu euforii, która mnie nie opuszczała, odkąd wyleciałam z Nowego Jorku. Byłam zmęczona, ale jednocześnie na tyle podekscytowana nową sytuacją, że udało mi się zrobić około trzydziestu stron notatek na temat każdego przyniesionego numeru "Yemen Observer".

Co jakiś czas zaglądał do mnie któryś z dziennikarzy, żeby zobaczyć, jak mi idzie. Na przykład Adel.

- Co do tej kłótni z Theo - zagaił - czy kiedykolwiek okłamał cię w kwestii pieniędzy?

Byłam pod wrażeniem. Nie sądziłam, że ktokolwiek z grupy pomyśli o tym, żeby przeprowadzić wywiad z Theo albo ze mną.

Wpadł też Al-Matari. Chciał zadać mi kilka pytań na temat swojego artykułu i dziennikarstwa w ogóle. Co jakiś czas pojawiali się też chłopcy ze srebrnymi filiżankami z herbatą - nie miałam pojęcia, skąd oni się biorą - albo jacyś mężczyźni, którzy stojąc w drzwiach, bacznie mnie lustrowali.

Podczas naszego spotkania Faris spytał, czy mam jakieś specjalne życzenia. Odpowiedziałam, że chciałabym pójść popływać, jeżeli to jest w ogóle możliwe. Nie przyznałam mu się, że nie umiem żyć bez ćwiczeń fizycznych, ale tak właśnie było. Jak się okazało wziął sobie moje słowa do serca. Właśnie kończyłam falafel, czyli mój lunch, w towarzystwie Theo, gdy pojawił się kierowca, przysłany przez Farisa, by zawieźć mnie do hotelu Sheraton, gdzie znajdował się basen - jeden z nielicznych w Sanie, z których mogły korzystać kobiety. W miejscach związanych ze sportem i rekreacją ściśle przestrzegano w Jemenie segregacji płciowej, ale największe hotele - właśnie Sheraton i Mövenpick - miały baseny koedukacyjne.

Woda to mój żywioł, dlatego od razu po wejściu do basenu odczułam wielką ulgę. Z ochotą zdjęłam z siebie kotarę i mogłam wreszcie poczuć na skórze wodę i słońce. Znów byłam tą Jennifer, którą znałam.

Im mocniej rozpychałam się w wodzie łokciami, tym mniej było we mnie niepokoju, który towarzyszył mi od rana. Opuszczał moje ciało całą powierzchnią skóry i rozpuszczał się w chlorowanej wodzie.

Pływałam przez godzinę, na przekór próbującym mnie zniechęcić chłopcom, którzy bawili się na drugim końcu basenu. Na początku wymyślili sobie, że będą podpływać do mnie i w ostatniej chwili skręcać w bok. Potem zaczęli niezdarnie naśladować moje ruchy. W końcu jednak, trzęsąc się z zimna, wyszli z basenu i opatuleni w wielkie ręczniki kąpielowe, gapili się z wyrzutem, jak ze spokojem pokonywałam kolejne długości basenu.

Kiedy wróciłam do redakcji "Observera", czułam się jak nowo narodzona, choć nadal nie byłam do końca wysuszona. Chodzenie z mokrymi włosami jest źle widziane, gdyż świadczy o tym, iż przed chwilą uprawiało się seks - Jemeńczycy kąpią się zawsze po miłosnych igraszkach. Ale wtedy o tym nie wiedziałam. Ponownie spotkałam się z Farisem, który przedstawił mnie nowemu reporterowi. Hakim, Jemeńczyk urodzony w Detroit, pracował dotąd dla konkurencyjnego "Yemen Times", skąd odszedł za porozumieniem stron. Faris wiązał z nim spore nadzieje, gdyż angielski Hakima był lepszy niż większości naszych dziennikarzy, a ponadto miał on już jakieś doświadczenie dziennikarskie. Obaj zasypali mnie pytaniami o to, jak wyobrażam sobie gazetę, a ja opowiedziałam po kolei o każdej rubryce. Przez dziesięć lat wypełniałam sumiennie polecenia innych i schlebiało mi, że ktoś traktuje mnie nagle jako wyrocznię. Nie przypuszczałam nawet, że mam na ten temat taką wiedzę, którą w dodatku dzieliłam się z wielką pewnością siebie.

O ósmej wciąż byłam w pracy, ale bałam się, że zaraz padnę z wycieńczenia. W dodatku zanosiło się na ślęczenie przez całą noc w redakcji. Na szczęście pojawił się Faris i zaprosił mnie na kolację. Mieliśmy ją zjeść w towarzystwie trzech tunezyjskich modelek z "Arabii Felix". I tak o wpół do dziewiątej, po ponad dwunastu godzinach, wreszcie skończyłam.

Faris zawiózł nas do chińskiej restauracji i bez pytania zamówił dla wszystkich. Na stole wylądowało ze trzydzieści dań - góry warzyw, ryb, mięsa, ryżu i sajgonek. Tunezyjki rozparły się wygodnie na krzesłach i jak na komendę sięgnęły po papierosy. Paliły niemal przez cały wieczór. Najbardziej pulchna z nich, choć przez to wcale nie mniej piękna, zjadła tylko kilka ziarenek ryżu. Wiedziałam, że Jemeńczycy czują się znieważeni, jeśli odmówi się posiłku, dlatego jadłam za nas obie. Ale Faris i tak był na nią wściekły.

- Nic nie jesz, a i tak jesteś gruba - stwierdził. - Pewnie pałaszujesz wszystko jak leci, kiedy nikt nie widzi.

Dziewczyny rozmawiały z nami i między sobą w kilku językach. Przez większą część wieczoru narzekały na życie w Jemenie, za to zgodnie twierdziły, że w Tunezji bawiły się świetnie. W Tunezji kobiety nie muszą zakrywać swoich ciał. W Tunezji jedzenie jest dużo lepsze niż ta chińszczyzna. W Tunezji to, w Tunezji tamto... Podpisały jednak kontrakty z liniami lotniczymi Yemenia Airways i to trzymało je w Jemenie jeszcze przez trzy lata. Aż chciało się powiedzieć: Boże, miej w opiece Jemeńczyków.

- W Tunezji panuje dyktatura - wyjaśniał mi Faris - ale przywódca jest liberałem. Zezwolił kobietom na zdjęcie hidżabów i teraz są wolne. Ale jeśli zacznie się u nich demokracja, islamiści wygrają wybory przytłaczającą liczbą głosów, a kobiety znów będą traktowane jak przed wiekami.

Słuchałam go z zainteresowaniem. Nie przestawał mówić.

- Tak to właśnie wygląda w Algierii - ciągnął. - Kraj był w miarę liberalny, dopóki nie nastała demokracja i islamiści nie doszli do władzy. Do dzisiaj trwają tam walki.

Zastanawiałam się, czy taki sam los może spotkać Jemen, któremu tak zależało na osiągnięciu demokracji. Faris nie podzielał moich obaw. Uważał, że za rządów Saliha, a to on miał przecież wygrać demokratyczne wybory, nic takiego stać się nie może.

Kiedy wyszliśmy z restauracji, około dziesiątej wieczorem, Faris zaprosił mnie na wspólne oglądanie meczu mistrzostw świata w piłce nożnej. Razem z Dżalalem, jego przyjacielem, który dołączył nieco wcześniej, mieli właśnie takie plany na wieczór. Udało mi się jednak wykręcić.

- Jeżeli zaraz nie pójdę spać, jutro będę do niczego! - argumentowałam.

Faris kazał więc Salemowi odwieźć mnie do domu. Zasnęłam trzy sekundy po tym, jak wślizgnęłam się do łóżka, ale już o wpół do czwartej nad ranem zbudziło mnie na moment przeciągłe: "Allaaaaahhhu akbar!". Po jakimś czasie dźwięki te stały mi się tak bliskie jak gwar i trąbienie klaksonów na Manhattanie.

1. Fantazja w kolorze piernika

Nie od razu dostrzegłam Zuhrę. Skulona na podłodze w modlitewnej pozie, wyglądała jak zwój białej satyny nakryty czarną chustą i w półmroku panującym w pokoju trudno było ją rozpoznać. Zaledwie kilku osobom wolno było tu wejść, tylko siostrom i najbliższym koleżankom. I wszystkie teraz milczały. Nie sądziłam, że będę mogła jeszcze zobaczyć moją przyjaciółkę, zanim rozpocznie swój dostojny marsz przez weselną salę. To jej siostry mnie odszukały i ciągnąc za rękę, przyprowadziły do tego tajemnego pomieszczenia.

Stałam nieruchomo przy ścianie i obserwowałam pannę młodą. Gdy szeptała z przejęciem słowa modlitwy, wyglądała na kruchą i bezbronną. Ledwie jednak skończyła i zsunęła z głowy chustę, uśmiechnęła się promiennie na mój widok, a po jej wcześniejszej powadze nie zostało ani śladu. Podniosła się z klęczek, pozwalając, by jedwabny szal swobodnie ześlizgnął się jej z ramion, podeszła do mnie i nadstawiła policzek do pocałunku. Jej ramiona, plecy i dekolt, widoczne ponad bielą sukni z Brooklynu, pokryte były plątaniną czarnych hennowych kwiatów - motywem tak lubianym przez jemeńskie panny młode. Długo nic nie mówiłyśmy, po prostu stałyśmy naprzeciw siebie i się uśmiechałyśmy.

- Enti dżamila - powiedziałam w końcu i objęłam ją w talii. - Jesteś piękna. Wyglądasz jak laleczka.

- Naprawdę? - rzuciła i obróciła się dookoła, bym mogła podziwiać ją w całej okazałości.

Włosy, gęste i czarne, miała wymyślnie ułożone na czubku głowy i utrwalone lakierem, ciemne oczy zostały obwiedzione kohlem, a usta, pomalowane szminką w odcieniu owocu granatu, odcinały się od mocno wypudrowanych policzków.

- Naprawdę - przytaknęłam. - Szkoda, że nie mogę zrobić zdjęcia.

Nie miałam aparatu, tak jak i pozostali. Tej uroczystości nie można było fotografować. Wszyscy zaproszeni zostali nawet przeszukani przy wejściu.

Zuhra chwyciła mnie za rękę i pociągnęła na poduszki w głębi pokoju. Siedziałyśmy tak niemal godzinę, czekając, aż goście weselni skończą popołudniowe modlitwy i będzie można rozpocząć ceremonię. Panna młoda rozmawiała nie tylko ze mną, ale również przez telefon komórkowy. Głównie ze swoim narzeczonym, który - inaczej, niż każe tradycja - miał po nią przyjechać jeszcze tej samej nocy. "Jesteś pewien, że z nikim się dziś nie pokłóciłeś?" - wypytywała go. "Masz taki głos, jakbyś właśnie skończył kłótnię". Obawiała się, że posprzeczał się z jej bratem, ale mężczyzna zapewniał, że nic takiego nie miało miejsca.

- Denerwujesz się? - zapytałam w pewnej chwili.

Wszystkie jemeńskie panny młode, które dotąd widziałam, wyglądały na przerażone, gdy maszerowały przez środek sali weselnej. Ale Zuhra, w przeciwieństwie do nich, znała swojego przyszłego męża.

- Nie - odparła, uśmiechając się łagodnie. - Jestem po prostu szczęśliwa.

Zaraz potem dwie starsze siostry Zuhry, ubrane w długie balowe suknie, wkroczyły do pokoju, by oznajmić, że już czas.

Stanęłam obok niej. W szpilkach czułam się przy Zuhrze jak żyrafa. Poza tym okropnie mi w nich niewygodnie i zwykle zakładam je tylko od wielkiego dzwonu.

Za drzwiami kobiety rozpoczęły już swoje ululacje, mające zachęcić pannę młodą do wyjścia. Gdy arabskie jodłowanie przeszło w crescendo, na twarzy Zuhry dostrzegłam niespodziewanie oznaki paniki.

- Moja pigułka! - wykrzyknęła.

Wyrwała stojącej obok przyjaciółce swoją torebkę, znalazła w niej portfel i zaczęła gwałtownie przeszukiwać kolejne przegródki. Listek tabletek antykoncepcyjnych, którego szukała, był niemal pełen, brakowało zaledwie czterech pigułek. Kilka dni temu spędziłyśmy całe popołudnie na ich wybieraniu, upewniając się, że zawierają odpowiednią kombinację hormonów i zostały wyprodukowane przez legalnie działającą firmę farmaceutyczną.

Zuhra siłowała się z opakowaniem, ale tipsy skutecznie uniemożliwiały jej wyjęcie tabletki.

- Pozwól, pomogę ci - powiedziałam spokojnie i sięgnęłam po blister.

Wycisnęłam jedną pigułkę i podałam Zuhrze. Połknęła ją, popiła wodą z butelki, po czym uniosła w rękach fałdy sukni i ruszyłyśmy ku drzwiom.

- Najwyższy czas! - szepnęłam i wyszłam pierwsza.

Tłum kobiet, które widziałam wcześniej tego wieczoru, jak spowite w czerń spieszyły na przyjęcie, przypominał teraz chmarę jaskrawych motyli. Odziane w kolorowe minispódniczki, wszystkie prezentowały odważny makijaż i poruszały się chwiejnie na ośmiocentymetrowych obcasach. W zasięgu wzroku nie było żadnego mężczyzny.

Najmłodsza siostra Zuhry wcisnęła mi do ręki koszyczek z płatkami jaśminu i zawołała:

- Będziesz rzucać!

Zuhra szła pewnie. Wszystkie panny i młodsze mężatki czekały na nią na podwyższeniu przy końcu wybiegu, unosząc nad głowy ręce niczym kolorowe wstęgi. Zza przepierzenia, gdzie ukryta była orkiestra, dobiegała muzyka. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Na jemeńskim weselu spodziewałam się arabskich melodii, tymczasem Zuhra podążała ku swojemu małżeńskiemu szczęściu przy dźwiękach My Heart Will Go On, przeboju Celine Dion z Titanica...

Jest taki stary dowcip o Jemenie, który usłyszy każdy obcokrajowiec, jeśli tylko utknie tam na tyle długo, by go pojąć.

Pewnego razu Noe, ciekawy, co się zmieniło od jego czasów, pożyczonym od Boga prywatnym odrzutowcem wybrał się w podróż po Ziemi. Najpierw przeleciał nad Francją. "Nieprawdopodobne! - zachwycał się - ależ ta Francja jest odmieniona! Cóż za architektura, jakie innowacyjne zmiany!" Potem rzucił okiem na Niemcy. "Niewiarygodne! Ledwie poznaję ten kraj! Technologia poszła tu tak bardzo do przodu! Nie mówiąc już o przemyśle!" Następnie skierował się w stronę południowej Arabii. "Ach, Jemen" - westchnął z rozrzewnieniem. "Wszędzie bym go rozpoznał. Nic się nie zmienił".

To prawda, pod wieloma względami nic się tu nie zmieniło od wieków. Oczywiście nie bawiłam w Jemenie w pierwszym tysiącleciu przed Chrystusem, kiedy to Noe, syn Szema, miał założyć Sanę, niemniej jestem pewna, że w wielu częściach kraju ludzie wiodą dokładnie taki sam żywot, jak ich przodkowie w tamtym czasie. Hodują kozy i krowy, uprawiają pszenicę, granaty i winogrona, a wodę przynoszą z bardzo daleka. Mieszkają w prostych, kwadratowych domach zbudowanych z cegieł błotnych, a na ślubne uroczystości ozdabiają ciała tatuażem z henny zwanym nakszem. I się modlą.

To wciąż jest antyczny krajobraz, dla którego upływ czasu nie ma większego znaczenia. Noe, gdyby rzeczywiście spojrzał dziś na Jemen z lotu ptaka, dostrzegłby jedynie niewielki wpływ erozji na wierzchołki centralnego masywu gór, obecnie postrzępione. Poza tym żadnych zmian - na południu długie pasma pustych plaż obmywają wciąż te same wody, co w czasach Potopu, ziarenka pustynnych piasków na wschodzie nadal ledwie dostrzegalnie mieszają się ze sobą. Zielone tarasy, uprawiane przez kolejne pokolenia jemeńskich rolników, wrzynają się malowniczo w góry Haraz na zachodzie i we wzniesienia otaczające Ibb i Ta'izz na południu. Gęsto porośnięte doliny ciągle zdają się kaprysem jakiegoś niesfornego boga; łatwo sobie wyobrazić, że otulił on wsie grubą, szmaragdową kołdrą, mając serdecznie dość przygnębiającego beżu skał i piasku. Darował przy tym ich mieszkańcom żyzną glebę, tak wtedy, jak i dzisiaj zdolną wykarmić Jemeńczyków.

Z pewnością Noe ucieszyłby się najbardziej, spoglądając na najodleglejsze regiony kraju, takie jak Sokotra, wyspa położona dwieście dwadzieścia mil od wschodniego wybrzeża Jemenu. Na Sokotrze jest niewiele dróg i jeszcze mniej lamp. Są za to niezwykłe smocze drzewa. Wysokie, tysiącletnie pnie zwieńczone plątaniną gałęzi przypominają las parasolek, wygiętych przez podmuchy wiatru. Przyciągają wzrok mocniej niż rozpadające się kamienne budynki, tak bardzo zrośnięte z górskimi zboczami, że można ich nie dostrzec, jeśli akurat nie wybiegnie z któregoś dziecko i nie wpadnie nam pod nogi. Wielu mieszkańców Sokotry wciąż mieszka w jaskiniach. Nad paleniskiem umiejscowionym w kącie gotują herbatę, którą piją z dodatkiem koziego mleka, najlepiej jeszcze ciepłego. Za jadalnię służą im cienkie wełniane maty rozłożone przed wejściem; to na nich, pod rozgwieżdżonym nocnym niebem, spożywają duszoną rybę z płaskimi chlebkami własnego wypieku.

Z pewnością wiele osób na tej wyspie w ogóle nie słyszało o tym, co wydarzyło się 11 września 2001 roku w Ameryce. Trudno się dziwić - nie mają dostępu do radia, prawie nikt nie umie czytać, a na ich wiedzę o świecie składa się to, co zasłyszą od sąsiadów, imamów oraz nielicznych pojawiających się tu obcokrajowców, wysłanników organizacji humanitarnych. Nikt nie wie, kim jest Britney Spears. Nazwy Hollywood nie kojarzą zupełnie z niczym. Omija ich nawet dobrodziejstwo lodów, ponieważ w tej części świata zamrażarka jest rzadko spotykanym luksusem.

Wiele jemeńskich wiosek przyczepionych do łańcuchów górskich czy krawędzi pustyni jest równie niedostępnych i odległych od cywilizacji jak Sokotra. Ich mieszkańcy skazani są na wizję świata, jaką przedstawiają im kontrolowana przez państwo stacja telewizyjna albo meczet. Tylko przedstawiciele jemeńskiej elity sięgają po gazety i czytają książki, ale dla zwykłych ludzi zawarta w nich wiedza jest kompletnie bezużyteczna. Co im przyjdzie z tego, że będą wiedzieli, jak się żyje gdzieś daleko stąd? Czy ich plony będą dzięki temu obfitsze? Czy uchroni to ich kozy przed chorobami? Czy zbliży ich do Boga?

Jemen nie tylko wciąż wygląda tak jak za czasów Noego, ale i pachnie identycznie. Przelatując nad nizinami, Noe rozpoznałby kadzidło, znajomą woń żywicy drzewnej, która już cztery tysiące lat temu sprawiła, że ten kraj znalazł się na kupieckich mapach. Oprócz kadzidła dobiegłyby go jeszcze zmieszane zapachy potu pracujących mężczyzn i spowitych w szaty ze sztucznego jedwabiu kobiet, a także fioletowych i białych kwiatów jaśminu, bujnie porastających jemeńskie doliny. Zapewne nie przegapiłby też swędu tlącego się w piecach chlebowych drewna. W miastach woń ta mieszałaby się z aromatem smażonej fasoli i papryki jalape?os, gulaszu doprawionego kozieradką, dymu tytoniowego oraz pieczonej baraniny, na wsiach zaś nabrałaby intensywności gnoju, a także przejrzałych bananów, daktyli i mango.

Podążając za tymi zapachami i obniżając lot ku ziemi, Noe zauważyłby skupiska klockowatych brązowych domów, a jeszcze wcześniej dachy pełne suszących się ubrań i wietrzonych dywanów. Pomiędzy budynkami, w labiryncie wąskich uliczek, dojrzałby spieszących do meczetów mężczyzn, kobiety sprzedające placki chlebowe i uganiające się za piłką dzieci.

Sana jest jednym z najstarszych miast i na Półwyspie Arabskim, i na całym świecie. Założona co najmniej dwa tysiące pięćset lat temu, była przez wieki siedzibą sabejskich i himjaryckich władców. Sporo się w niej zmieniło wraz z pojawieniem się w VII wieku islamu. Wiele budowli wzniesionych za czasów proroka stoi do dziś, choć oczywiście czas zrobił z nimi to, co ma w zwyczaju. Wielki Meczet w Sanie, jak głosi miejscowa legenda, został wybudowany według wskazówek samego Mahometa. Jest nie tylko największym, ale i najbardziej rozpoznawalnym meczetem starego miasta, zwanego po arabsku Sana'a al-Kadima. Trzeba dodać, że mieści się w nim olbrzymia biblioteka z pokaźnym zbiorem starych manuskryptów.

W samym tylko starym mieście znajduje się ponad sto meczetów. Można to sobie uświadomić w chwilach, gdy muzułmanie wzywani są na modlitwę. Nie ma znaczenia, w której części miasta wtedy jesteś - zawsze masz wrażenie, że stoisz dokładnie pod minaretem, w miejscu, gdzie znajduje się głośnik. Śpiewy muezzinów zagłuszają wszelkie rozmowy i uniemożliwiają słuchanie muzyki. O to zresztą chodzi - w tym czasie modlitwa jest przecież jedynym stosownym zajęciem. Każdy powinien słuchać nawołujących w imię Boga.

Starówka Sany została wpisana w 1984 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, ponieważ niewiele się tu zmieniło od czasu, kiedy przed tysiącami lat powstały na terenie miasta pierwsze budowle; nowoczesnych budynków jest naprawdę niewiele.

Noe z pewnością wiedziałby, gdzie się znajduje.

Skłamałabym jednak, pisząc, że nie zaszły tu żadne zmiany. Dachy miasta upstrzone są dzisiaj talerzami anten satelitarnych, a ściany budynków szpecą billboardy reklamujące masło ghee, usługi The Islamic Bank of Yemen oraz cynamonowe i kardamonowe toffi. Wiele z plakatów sławi też prezydenta Alego Abd Allaha Saliha1. Na ulicach można zobaczyć kobiety zmierzające do pracy w ministerstwach i budynkach rządowych oraz mężczyzn ubranych w zachodnie stroje sportowe albo koszulki polo. Jemeńskie panny młode maszerują przez salę weselną w takt przebojów Celine Dion. Na zatłoczonych drogach, wybudowanych przez Chińczyków, pojawia się od czasu do czasu srebrne porsche, a odległe i zapomniane przez Boga wioski toną w torbach foliowych, opakowaniach po słodyczach i puszkach po napojach.

Gdyby Noe przelatywał nad Saną w czerwcu 2006 roku i przyjrzał się jej bardzo, bardzo uważnie, mógłby dostrzec jeszcze coś ciekawego - mnie, uczepioną krawędzi budynku w samym sercu miasta, przerażoną i wyczerpaną, ale przepełnioną nadzieją i marzeniami o wielkich zmianach.

Chwiałam się na drabinie we wszystkie strony, walcząc z własnym ubraniem. Gdy tylko próbowałam pokonać kolejny szczebel, długa czarna spódnica, którą kupiłam jeszcze na Manhattanie, okręcała mi się wokół nóg, a chusta niedbale narzucona na głowę ześlizgiwała się coraz niżej. Jednego byłam pewna - miałam na sobie zbyt dużo różnych tkanin, gotowych wirować przy każdym moim kroku. Stałam więc tak, jedną ręką kurczowo trzymając się drabiny, a drugą próbując umieścić wszystkie części garderoby na swoim miejscu.

Znajdowałam się pomiędzy dwoma dachami wysokiego budynku w kolorze piernika. To był mój pierwszy poranek w Sanie, w ogóle pierwszy poranek w arabskim kraju. Pierwszy raz również ubrałam się jak miejscowa kobieta. Dom należał do Sabriego, niezwykle życzliwego mężczyzny, dyrektora Yemen Language Centre. Oprócz niego mieszkało w nim około tuzina studentów uczących się arabskiego oraz - chwilowo - ja. Sabri pozwolił mi pomieszkać u siebie przez te trzy tygodnie, na czas szkolenia dla dziennikarzy "Yemen Observer".

Przyleciałam do Sany w środku nocy i nie miałam możliwości zobaczyć z góry, jak wygląda miasto. W samochodzie, którym udałam się do domu znajomego, było mi niedobrze, i jedyne, co zapamiętałam, to jaskrawe witryny sklepów, wózki wypełnione po brzegi owocami mango i tłumy mężczyzn. Setki, tysiące mężczyzn. Jedni mieli na sobie powszechne tu sauby, białe i długie szaty, a za ozdobnymi pasami połyskiwały im zakrzywione sztylety; inni nosili zachodnie garnitury; jeszcze inni wzorzyste futahy, tradycyjne męskie spódnice.

Nie leciała ze mną żadna kobieta. Ani jednej kobiety nie dostrzegłam też na lotnisku. Już wtedy mnie to uderzyło. Czyżby Jemen był krajem bez kobiet?

Teraz Sabri ciągnął mnie na dach tej części domu, którą sam zamieszkiwał, żeby pokazać mi taką Sanę, jaką najbardziej lubił. Wspinając się i mrużąc oczy przed letnim słońcem, starałam się nie patrzeć w dół. Parłam do przodu, ciągnąc za sobą te wszystkie zwoje czarnej tkaniny, aż w końcu udało mi się osiągnąć najwyższy z chybotliwych szczebli. Sabri już na mnie czekał. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem, ledwie łapiąc oddech. Sana leży na wysokości 2200 metrów nad poziomem morza i niemal każdy obcokrajowiec dostaje tu zadyszki, idąc pod górę. Po tym można nas rozpoznać.

Stałam obok Sabriego na płaskim, zakurzonym dachu i rozglądałam się dookoła. Piaskowe, wyrastające z równiny góry widoczne były w każdym zakątku krajobrazu. Dorastałam w Vermoncie i dlatego lubiłam patrzeć na góry. Uważałam ten widok za niezwykle kojący. Najciekawsze jednak było pod nami: rozciągało się tam zupełnie baśniowe miasto, całe z piernika. Starówka Sany. Skupisko domów - wysokich prostopadłościanów w mocnym piernikowym kolorze, z koronkowymi zdobieniami przypominającymi lukier - otoczone było grubym murem. Sabri wskazał mi kilka najbardziej znanych meczetów, które rozsiane były po całym mieście, aż po horyzont. Przy każdym z nich widoczny był wysoki, smukły minaret, niestrudzenie zwracający się ku Bogu.

Dom Sabriego znajdował się tuż poza murami starego miasta, przy ulicy 26 Września, mającej upamiętniać datę powstania Arabskiej Republiki Jemeńskiej w 1962 roku (ale też początek trwającej do 1970 roku wojny domowej, o czym nie każdy chce już pamiętać). Gapiłam się w milczeniu na ten nieprawdopodobny krajobraz, a Sabri opowiadał mi o jego osobliwościach. Wyjaśnił, gdzie jest północ, czyli Mekka, pokazał kilka charakterystycznych budynków w sąsiedztwie, znane hotele i główne ulice. Z dumą wskazał też na anteny na dachu poniżej, zapewniające dostęp do Internetu.

Muszę przyznać, że ujął mnie swoją troskliwością. Kiedy poprzedniego dnia, tuż przed północą, stanęłam zupełnie zdezorientowana pod drzwiami jego domu, natychmiast zbiegł na dół, by mnie powitać. Zachowywał się przy tym radośnie niczym leśny faun. Sabri miał około czterdziestki, był szczupłym, ciemnookim mężczyzną z burzą kręconych włosów. Często wybuchał śmiechem. Ale najlepsze w nim było to, że szczerze cieszył się z mojego przyjazdu, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Czerwiec był najgorętszym okresem w prowadzonej przez niego szkole, większość pokoi była już dawno zajęta przez studentów, dlatego umieścił mnie w prywatnej części domu.

- Gdy tylko spojrzałem ci w oczy, wiedziałem, że mogę ci ufać - powiedział, prowadząc mnie na górę. - My, Jemeńczycy, bardzo szybko wyrabiamy sobie zdanie o ludziach. A jeśli komuś zaufamy, otwieramy się przed nim całkowicie. Pewnie w Nowym Jorku nie spotykacie się z taką bezpośredniością i gościnnością. Cóż, ja od razu wiedziałem, że jesteś dobrym człowiekiem, a poza tym spodobało mi się twoje poczucie humoru - tłumaczył żarliwie. A potem dodał jeszcze: - Dobrze też, że nie jesteś już młoda.

- Nie jestem młoda? - powtórzyłam mechanicznie, choć chciałam powiedzieć, że to wszystko przez ten długi lot, zmianę czasu, zmęczenie. Ledwie się powstrzymałam, by nie krzyknąć, że zwykle wyglądam dużo, dużo młodziej.

- No, mam na myśli, że nie masz już dwudziestu dwóch lat - wyjaśnił spokojnie Sabri.

Z tym nie mogłam się nie zgodzić. Miałam trzydzieści siedem lat. Większość jemeńskich kobiet w tym wieku miało już wnuki.

Pokonawszy czternaście przęseł nierównych, kamiennych schodów, znalazłam się na ostatnim piętrze w małym, pomalowanym na biało pokoju. Przyniosło mi prawdziwą ulgę odkrycie w pomieszczeniu sprzętów, które potrafiłam nazwać: podwójnego łóżka, biurka, szafy i komody. Łazienka, z kabiną prysznicową, mieściła się po drugiej stronie korytarza. Byłam wniebowzięta. Nie umiem powiedzieć, czego właściwie się spodziewałam - może chaty bez prysznica, ze słomianą matą rzuconą niedbale gdzieś w kącie - z pewnością jednak nie tego, co zastałam.

Apartamenty Sabriego zostały urządzone z iście pałacowym rozmachem, a przynajmniej tak prezentowały się typowemu mieszkańcowi Manhattanu. Kuchnia, wielkości całego mojego jednopokojowego mieszkania, a może i większa, wyposażona była we wszystkie nowoczesne sprzęty i gadżety. Nie zabrakło w niej nawet bajecznego włoskiego ekspresu do kawy, zmywarki i kuchenki mikrofalowej. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak kolekcja win, naprawdę niezła. Żadnej z tych rzeczy nie dało się znaleźć w mojej nowojorskiej garsonierze, w której - prawdę mówiąc - nie było nawet telewizora. Z kuchnią sąsiadował długi korytarz. Jego ściany pokrywały liczne obrazy żony Sabriego - Niemki, z którą obecnie był w separacji. Dalej mieścił się gabinet. Pomiędzy tym piętrem a następnym, gdzie znajdował się mój pokój, była sypialnia gospodarza z łazienką wyposażoną w jacuzzi.

Kiedy obudziłam się pierwszego ranka, Sabri zaserwował nam espresso. Wypiliśmy je przy olbrzymim drewnianym stole, na którym tańczyły promienie słońca, wpadające przez przyciemnione okienne szyby. Grube liściaste pnącza pięły się po bielonych ścianach pokoju w poszukiwaniu światła.

Potem Sabri zaprowadził mnie na dach.

Niebo było czyste, bezchmurne i absolutnie błękitne. Posuwałam się wzdłuż krawędzi dachu noga za nogą, wciąż rozbita po dwudziestoczterogodzinnym locie. Chusta spadła mi już zupełnie z głowy i ciągnęła się za mną, zostawiając ślad na warstwie pyłu. Zerknęłam na ulice znajdujące się siedem pięter niżej. Na dole maleńkie białe figurki mężczyzn kroczyły w parach, trzymając się za ręce, a dzieci w jaskrawych - zielonych, różowych i żółtych - ubraniach przebiegały z jednej strony ulicy na drugą, nieustannie krzycząc coś do siebie.

Nagle dostrzegłam jakąś kobietę. Pierwszą od chwili przyjazdu. Spowita w czerń, sunęła ulicą jak mroczna zjawa. Zupełnie niespodziewanie ten widok napełnił mnie lękiem i niesmakiem. Nie widziałam jej, a jedynie jej ubranie. Była niewidoczna. Równie szybko zawstydziłam się tego instynktownego odruchu. Cieszyłam się, że kobieta na dole nie widziała wyrazu mojej twarzy. Długo stałam w milczeniu, próbując uspokoić oddech i myśląc o tym, że wystrój mieszkania Sabriego był dla mnie tak swojski, że niemal zapomniałam, gdzie jestem.

W Nowym Jorku wielu przyjaciół i znajomych pytało mnie, czy w Jemenie będę musiała nosić burkę. Nie dziwiłam się temu, ponieważ zwykle była to pierwsza rzecz, jaka przychodziła Amerykanom na myśl, gdy rozmowa dotyczyła Jemenu. Wychodziło na to, że dla mieszkańców Zachodu zasłanianie kobiecego ciała jest najważniejszym elementem kultury muzułmańskiej. A już na pewno najmniej zrozumiałym i najbardziej zastanawiającym. Odpowiadałam wtedy, że w Jemenie kobiety nie noszą burek. To była jedna z nielicznych rzeczy, które o tym kraju wiedziałam na pewno.

Kiedy Amerykanie i Europejczycy mówią o burce, mają zwykle przed oczami burkę afgańską - dużą płachtę, z charakterystyczną siatką na wysokości oczu, która okrywa całą postać kobiety. Jemenki noszą natomiast czarne abaje albo balta. Abaja to luźna, zakrywająca całe ciało i sięgająca kostek czarna szata, wkładana przez głowę, balto zaś jest strojem nieco bardziej dopasowanym i zapinanym z przodu na guziki. Są to zresztą okrycia wierzchnie, zakładane na ubranie jak płaszcz przeciwdeszczowy, i nie zakrywają głowy. Pod nimi większość Jemenek, a przynajmniej te, które spotkałam, nosiło - podobnie jak kobiety na Zachodzie - dżinsy i podkoszulek. Poza tym w Jemenie prawie wszystkie kobiety noszą hidżab - czarną chustę zakrywającą włosy, oraz nikab - prostokątny kawałek czarnej tkaniny przypięty do hidżabu i osłaniający całą twarz z wyjątkiem oczu.

Trzeba pamiętać, że nazwy takie jak: abaja, nikab, hidżab i burka mogą określać stroje nieznacznie się od siebie różniące w poszczególnych krajach arabskich. Niektórzy muzułmanie za abaję uznają szatę, która zakrywa także głowę, a którą należałoby raczej nazwać czadorem - takim, jakich używa się w Iranie. Nikab z kolei występuje także jako himar, co w języku arabskim oznacza po prostu zasłonę.

Co ciekawe, w Jemenie, jednym z bardziej liberalnych krajów muzułmańskich, kwestie kobiecego stroju nie są usankcjonowane prawnie. Nakaz zakrywania twarzy przez kobiety nie wypływa też z Koranu. Pomimo tego presja społeczna jest w tej kwestii olbrzymia. Jemenka, która odważy się wyjść z domu niezasłonięta, jest często zaczepiana przez mężczyzn i obrzucana najgorszymi wyzwiskami, wśród których "bezwstydna dziwka" to określenie bodaj najłagodniejsze. Podobnie jak wiele innych zwyczajów w tym kraju, ten dotyczący zasłaniania twarzy ma oparcie w wielowiekowej tradycji, a nie w nakazach religijnych. Jemeńczycy nie są jednak jedyną nacją, która miesza oba te porządki.

Ten konkretny zwyczaj można wywieść ze zbioru hadisów Sahiha al-Buhariego. Hadisy to opowieści o nauce i czynach proroka Mahometa. Te, które zgromadził Al-Buhari, uważane są za najbardziej wiarygodne. Zapis hadisu głosi: "Mój pan (Umar) zgodził się ze mną w trzech kwestiach (...). Co się zaś tyczy zasłaniania kobiet, rzekłem: "O wysłanniku Boga, chciałbym, żebyś nakazał swym żonom, by zakrywały się przed mężczyznami, ponieważ i dobrzy, i źli rozmawiają z nimi". I tak oto werset o zasłanianiu kobiet został ujawniony".

Zasłony na twarzach Arabek są uznawane na Zachodzie za dowód opresyjności tej kultury. Zanim przyjechałam do Jemenu, myślałam podobnie. Jemenki tłumaczyły mi jednak, że jest dokładnie na odwrót. Zgadzały się co do tego, że zasłony są wyrazem ich tożsamości, pozwalają im zachować wolność i uniknąć napastliwości mężczyzn. Jedna z miejscowych kobiet twierdziła stanowczo, że noszenie hidżabu nie ma nic wspólnego z zakrywaniem czy oszpecaniem, ale jest to sposób okazywania szacunku samej sobie. "Kiedy piękno ciała pozostaje w ukryciu, zwraca się uwagę na ważniejsze rzeczy" - mówiła sentencjonalnie.

Sama postanowiłam nosić chustę z bardzo prostego powodu - chciałam się dopasować. Z niebieskimi oczami i jasną karnacją wystarczająco już wyróżniałam się w tłumie i nie miałam zamiaru wzbudzać jeszcze większej sensacji rozwianymi, sięgającymi pasa włosami. Poprzez przyjęcie tego zwyczaju chciałam też okazać szacunek ludziom, którzy mnie gościli, a także oznajmiałam, że znam ich kulturę.

W walizce, z którą przyleciałam do Jemenu, pełno było długich czarnych spódnic, długich czarnych tunik indyjskich i czarnych chust. Ponieważ przejawiam chorobliwą wręcz niechęć do zakupów, moja przyjaciółka Nick dzielnie nadzorowała proces kompletowania tej wyjazdowej garderoby. Jedna z chust była tak naprawdę zasłoną z przymierzalni małego sklepiku. Nick ściągnęła ją jak gdyby nigdy nic i nakłoniła właściciela, by sprzedał nam ją za dziesięć dolarów. "Będzie idealna!" - wołała triumfalnie, trzymając w ręku obszerną, zakurzoną czarną tkaninę. "Oczywiście, jak ją wypierzesz" - dodała po chwili, już nieco ciszej.

O ile byłam przygotowana na noszenie chusty w miejscach publicznych, o tyle nigdy nie rozważałam nawet zasłaniania twarzy. Gdy tylko coś zakrywało mi nos czy usta, wpadałam w dziwny stan, zbliżony do ataku klaustrofobii. Myśl o wydychanym gorącym powietrzu, które przez cały dzień ogrzewałoby mi twarz, odbijając się od zakrywającej ją tkaniny, przyprawiała mnie o mdłości. I bez tego miałam na tej wysokości problemy z oddychaniem. W głębi ducha musiałam jednak przyznać, że mogło w tej sprawie chodzić również trochę o moją próżność: po prostu nie wiedziałam, jak być sobą bez swojej twarzy. Poczułam się wyjątkowo głupio. Zależało mi na tym, żeby ludzie wiedzieli, jak wyglądam. Może kobiety w Jemenie nie są tak przyziemne jak ja. Może nie potrzebują eksponować rysów twarzy ani mimiki. Ja nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić, jak można przeżyć całe lata, nie słysząc od nikogo, z wyjątkiem najbliższej rodziny, drobnych komplementów na temat swojego wyglądu lub urody.

Sana widziana z góry jest zupełnie innym miastem niż to, którego się jest częścią, stojąc na ulicy. I znacznie, znacznie cichszym. Gdy zeszliśmy z dachu, Sabri oświadczył, że chce przygotować dla mnie specjalny lunch powitalny i dlatego musimy jechać na zakupy. Ale nie pojechaliśmy od razu. Nie mogliśmy pokazać się w mieście przed drugą, bo - jak wyjaśnił - wszyscy dopytywaliby się, dlaczego nie był w piątek w meczecie. Kiedy nadeszła odpowiednia pora, zeszliśmy na dół. Nie zdążyliśmy jeszcze dojść do czarnego mercedesa Sabriego, gdy dwóch szczupłych chłopców, pełniących funkcję ochroniarzy, natychmiast podbiegło, by otworzyć nam drzwi. Usadowiliśmy się wygodnie w fotelach i mogliśmy ruszać.

Lawirując w zatłoczonych uliczkach, Sabri zmierzał w stronę suku, a ja ani na chwilę nie puszczałam klamki. Jemeńczycy są najgorszymi kierowcami, jakich kiedykolwiek spotkałam. Za nic mają tak oczywisty nakaz jak jeżdżenie jedną stroną ulicy, a sygnalizację świetlną traktują co najwyżej jako sugestię. Byłam chyba jedyną osobą, która używała pasów, zresztą te i tak znajdowały się tylko w nielicznych samochodach. Co prawda Sabri w końcu zapiął swoje, ale tylko dlatego, że nie mógł znieść uporczywego pikania czujnika. Nieodłącznym elementem jazdy w Jemenie jest trąbienie. W Nowym Jorku kierowcy trąbią, by ostrzec przed niebezpieczeństwem, w Vermoncie, gdy chcą kogoś pozdrowić, a w Jemenie po prostu dlatego, że jadą. Tu prowadzi się samochód, trzymając jedną rękę na klaksonie.

Większość biało-żółtych taksówek i innych mijanych po drodze samochodów zdawało się trzymać w całości jedynie dzięki taśmie klejącej i gorliwej modlitwie. Buchały kłębami czarnego dymu, przez co powietrze w Sanie przypominało gęstą zupę. Nikt tu nie mierzył emisji spalin, nie było żadnych regulacji w tej kwestii.

Ulice roiły się od ludzi. W większości byli to ubrani w białe szaty mężczyźni, którzy spieszyli właśnie do domów na popołudniowy posiłek. Wielu z nich niosło pod pachami długie wiązki błyszczących liści. Był to - jak wyjaśnił mi Sabri - kat2, roślina o stymulujących właściwościach, żuta nieraz całymi godzinami. Czytałam wcześniej o kacie i mimo że nigdy nie ciągnęło mnie do narkotyków, tego jednego miałam ochotę spróbować. Nie mogłam postąpić inaczej, jeśli chciałam poznać jemeńską kulturę. Żucie katu było tu rodzajem rytuału, który towarzyszył większości imprez towarzyskich, a nawet politycznych.

By jakoś przetrwać ten niebezpieczny rajd, próbowałam rozszyfrowywać arabskie napisy na fasadach meczetów i frontach sklepów. Przed przyjazdem nauczyłam się alfabetu i kilku zwrotów i teraz z dziecięcą ekscytacją łowiłam subtelne arabskie litery znajdujące się na każdym znaku i na każdym szyldzie restauracji. Usilnie pragnęłam znaleźć klucz, by odkodować te napisy. Udało mi się jednak rozpoznać jedynie literę 's' i rodzajnik 'al-'.

Najpierw pojechaliśmy na targ rybny do starej dzielnicy, zamieszkanej niegdyś przez Żydów. Rzędy jednopiętrowych budynków ciasno otaczały niewielkie placyki pełne mężczyzn pchających przed sobą wózki z ogórkami i kolczastymi owocami palm. Handlarze błyskawicznie obierali je ze skórki, tak aby klienci mogli je zjeść wprost nad wózkiem, gdy wciąż skapywał z nich gęsty sok. Mężczyźni czekający przed stoiskami z rybami przepychali się i trącali, byle tylko znaleźć się z przodu. Nikt nie zaprzątał sobie głowy czymś takim jak kolejka.

Przeskakując kałuże wody i krwi, znaleźliśmy się z Sabrim przed brudnym sklepikiem, gdzie na kamiennej ladzie piętrzyły się stosy ryb. Pokonaliśmy dwa stopnie i znaleźliśmy się obok nich. Stoisko nie pachniało jednak tylko tym, co było wystawione; w bogatej palecie zapachów wyczuwałam też wodę morską i psujące się mięso.

Mój pusty żołądek zaraz zaczął się buntować, szybko więc wycofałam się na ulicę i tam czekałam na Sabriego. Mijający mnie mężczyźni odwracali głowy z zainteresowaniem i wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami, ktoś zawołał też: "Welcome to Yemen!". Zastanawiałam się, skąd wiedzieli, że dopiero co przyjechałam. Nie przypuszczałam wtedy, że to nie ma nic do rzeczy i ponad rok później wciąż będą mnie pozdrawiać tymi słowami. Z jednej strony miło było usłyszeć, że nie jest się uciążliwym gościem, z drugiej jednak zwrot ten mocno mnie irytował. Nieraz chciałam krzyknąć, że ja tu przecież mieszkam, że jestem tu od wieków.

Ponieważ Sabri nie kupił ryby w tym sklepie, ruszyliśmy do kolejnego. Tam też sprawdzał świeżość towaru. Sprzedawca w zakrwawionym fartuchu uniósł w górę średniej wielkości amura i odchylił skrzela, by dowieść, że wszystko z nim w porządku. Test musiał wypaść pomyślnie, bo ryba wylądowała w plastikowej torbie, a ta w ręce Sabriego.

Następnym przystankiem tego popołudnia była mała, pachnąca fulem restauracja. Sabri przekazał naszą zdobycz kucharzowi, a ten zabrał ją do kuchni, gdzie ryba została rozcięta, posmarowana czerwono-pomarańczową przyprawą, a następnie trafiła do głębokiego, cylindrycznego pieca. W lokalu wiele się działo. Mężczyźni w poplamionych fartuchach w pośpiechu donosili pełne tace do stolików, przy których siedzieli chudzi klienci (Jemeńczycy z pewnością nie muszą się zmagać z plagą otyłości) i wpychali sobie do ust odrywane rękami kawałki chleba i ryby. W kuchni bulgotały pomarańczowe sosy z kawałkami mięsa, a uformowane płaskie chlebki czekały na wstawienie do pieca. Sabri przeszedł na zaplecze i tam instruował pomocnika kucharza, jak należy przyrządzić zahawek, czyli specjalny sos. Zgodnie z jego wytycznymi w prasce przypominającej maszynkę do mielenia mięsa wnet wylądowały czosnek, pomidory, papryka i kawałek białego sera. Uzyskany w ten sposób sos zebrano do worka.

Mimo że od stóp do głów byłam okutana w czerń i miałam zakryte włosy, mężczyźni w restauracji bezceremonialnie się na mnie gapili. Mieli na sobie, jak jeden mąż, białe ubrania, a do pasów przytroczone sztylety. Pod wpływem ich spojrzeń czułam się tak, jakbym przez przypadek wyszła z domu w wyszywanym cekinami bikini. Nigdy wcześniej nie miałam takiej publiczności. Niebieski kolor moich oczu wystarczał, żeby witali mnie wylewnie tym swoim "Welcome to Yemen!" i wypytywali, skąd pochodzę. Jeden brodaty mężczyzna zaczął mi opowiadać, jak kiedyś przez dwa lata mieszkał w Nowym Jorku, ale ostatecznie się wyniósł, bo wszędzie natrafiał na narkotyki. Drugi przedstawił się jako sąsiad Sabriego. Kolejny dopytywał, czy jestem mężatką i mam dzieci. Wszyscy byli tak podekscytowani moją obecnością, że można by było pomyśleć, że oto do małej restauracji zawitała sama Julia Roberts. Choć akurat żaden z nich prawdopodobnie nie miał pojęcia, kim ona jest. Kiedy odpowiedziałam, że jestem mężatką, jeden z moich rozmówców przekonywał mnie, że koniecznie muszę mieć dzieci. Grzecznie obiecałam się o nie postarać. A przecież nie dość że nie miałam męża, to o ślubie myślałam z przerażeniem. W dodatku w wieku trzydziestu siedmiu lat wciąż nie byłam pewna, czy chcę zostać matką. Była to zatem obietnica mocno na wyrost.

Przez cały ten czas żaden z moich przypadkowych znajomych ani na moment nie przestał mi się przyglądać. Nawet gdy odwróciłam się tyłem, wciąż czułam na sobie natrętne spojrzenia.

Gdy nasza ryba wreszcie się upiekła, Sabri dostał pakunek, w którym były też chleb i worek z sosem, i wśród chóralnych okrzyków "Ma' as-salama!"3 i "Welcome to our country!" opuściliśmy restaurację. Chociaż zainteresowanie mężczyzn nieco mi schlebiało i uważałam je za przejaw życzliwości, to poczułam ulgę, gdy wreszcie znaleźliśmy się na zewnątrz. Żaden z klientów restauracji nie wydawał się ani trochę skrępowany. W Jemenie uporczywe gapienie się jest czymś naturalnym, ale tylko w przypadku mężczyzn. Czytałam, że kobiety absolutnie nie powinny odwzajemniać spojrzeń przez nich rzucanych. Bez wątpienia było to jedno z większych wyzwań, jakie przede mną postawił los. Należę do osób, które nawiązują kontakt wzrokowy z obcymi ludźmi w metrze, ucinają sobie pogawędki z mężczyznami poznanymi w samolocie i podają swój numer telefonu kierowcom autobusów. Taka już jestem i nic na to nie poradzę. Tutaj jednak musiałam bardziej się pilnować. Zbytnie spoufalanie się mogło przynieść tragiczne skutki.

Gdy znaleźliśmy się z powrotem w samochodzie, Sabri podkręcił klimatyzację na maksimum, chociaż upał wcale nie doskwierał. W położonej na takich wysokościach Sanie, gdzie w dodatku zawsze jest sucho, trudno o prawdziwy skwar. Po aucie natychmiast rozszedł się zapach kuminu, pieczonej ryby i chleba.

Na targu warzywno-owocowym, dokąd pojechaliśmy, kupiliśmy owoce mango, małe jemeńskie jabłka, pomarańcze i niewielkie banany, przypominające kształtem cygara. Przy jednym straganie Sabri rozerwał świeżą figę i dał mi do skosztowania. Była niewiarygodnie wręcz soczysta.

Tym co mnie szczególnie urzekło, były kopce granatów, w niczym nieprzypominających tych małych, czerwonych owoców, które znałam. Tutejsze granaty były olbrzymie, wielkością dorównywały grejpfrutom, i miały żółtozieloną skórkę z delikatnymi różowymi rumieńcami. Chciałam poprosić Sabriego, żeby kupił dla nas kilka sztuk, ale bałam się, że uzna mnie za pazerną. Poza tym wiedziałam przecież, że owoce granatu są wyjątkowo trudne do jedzenia. Sama myśl o obieraniu ich z twardej skóry i wydłubywaniu każdego soczystego ziarenka z osobna była męcząca.

Po opuszczeniu targu zatrzymaliśmy się jeszcze tylko raz - by kupić ryż przyprawiony szafranem. A potem pojechaliśmy już prosto do Sabriego. Nie mogłam się doczekać, aż znajdę się znów w jego domu, który traktowałam jak swój azyl. Tam wreszcie mogłam złapać oddech i zaprowadzić porządek wśród tych wszystkich zapachów i obrazów Sany, od których nie mogłam się uwolnić.

Właśnie zasiedliśmy z Sabrim przy stole, kiedy zjawił się Theo. Był moją szkolną miłością i to on sprawił, że znalazłam się w Jemenie. Sam mieszkał w Sanie już niemal dwa lata. Zbierał w mieście materiały do książki, ale okazjonalnie współpracował też z "Yemen Observer". Sfrustrowany chaosem i brakiem standardów, problemami, z którymi miał tam do czynienia, ściągnął mnie na pomoc. Chciał, żebym nauczyła ludzi z "Observera" choćby podstaw dziennikarstwa. Theo, choć sam nie był zawodowym dziennikarzem, z pewnością znał wielu profesjonalistów, dlatego wciąż zastanawiałam się, dlaczego poprosił o pomoc akurat mnie. Nie mogłam się uwolnić od myśli, że zrobił to, mając nadzieję na odnowienie naszego dawnego związku. Co prawda minęło już niemal siedemnaście lat, odkąd byliśmy razem, ale wciąż przy nim czułam się, jakbym była naga - ten rodzaj bezbronności wobec drugiej osoby pozostawia tylko pierwsza miłość. Zresztą, żeby być całkiem szczerą, muszę dodać, że obojgu nam wciąż trochę za bardzo na sobie zależało. Tak czy inaczej, ja z pewnością nie przyjechałam do Sany z nadzieją na romans. Raczej na przygodę, jaką miało być szerzenie idei dziennikarstwa na zupełnie mi nieznanej ziemi i wśród ludzi odmiennej kultury.

Z lunchu zrobiła się prawdziwa uczta, Sabri otworzył nawet jedną z najlepszych w swojej kolekcji butelek białego wina. Wysączyliśmy je od razu, nie czekając, aż się schłodzi. Wino było w Jemenie trunkiem nad wyraz cennym, kraj objęty był bowiem prohibicją. Sprzedaż i picie alkoholu w miejscach publicznych były całkowicie nielegalne. Innowiercom, zgodnie z literą prawa, mogło grozić za to aż sześć miesięcy aresztu, muzułmanom zaś roczny pobyt za kratkami i osiemdziesiąt batów. Wyglądało na to, że miałam wielkie szczęście zamieszkać u wyjątkowego Jemeńczyka - posiadającego własną winną piwniczkę i gotowego dzielić się jej zasobami.

Theo też był pod wrażeniem gościnności Sabriego. Powiedział ze śmiechem, że gospodarz wyraźnie mnie rozpieszcza.

- Nie przyzwyczajaj się do tego - dodał jednak po chwili z nutką sarkazmu.

Sabri nie podał żadnych sztućców, jedliśmy palcami ze wspólnych talerzy. Rwaliśmy płaskie chlebki na kawałki, zagarnialiśmy nimi przypieczone cząstki ryby, a potem maczaliśmy je w sosie zahawek, w którym wyczuwało się mocny smak czosnku i kuminu. Wszystko smakowało wyśmienicie. Ryba była słodka i delikatna, mięso łatwo odchodziło od ości. Podczas gdy ja zajadałam się kolejnymi pysznościami, Sabri i Theo rozmawiali o Farisie - tajemniczym właścicielu gazety, którego miałam poznać nazajutrz.

Przed przyjazdem do Jemenu przestudiowałam kilka numerów internetowego wydania "Observera" i wiedziałam, o czym Sabri i Theo mówią, kiedy bez końca wyliczali niedociągnięcia gazety. Według Theo problemem była przede wszystkim organizacja pracy, a raczej jej brak. Nikt nie dbał o to, by dyscyplinować pracowników, dotrzymywać terminów, nie było osoby odpowiedzialnej za ocenianie materiałów, które szły do druku. Moje doświadczenie podpowiadało, że powinno to wyglądać tak: reporterzy biegają po mieście, rozmawiają ze swoimi informatorami i z tego rodzą się pomysły na artykuły przedstawiane następnie naczelnemu; ten je akceptuje, modyfikuje albo odrzuca. Potem przeprowadza się wywiady, pisze artykuły i przesyła do redaktora; redaktor weryfikuje teksty, obrabia je językowo, a następnie powierza korektorowi. Jego zadaniem jest wnikliwie sprawdzić gramatykę, stylistykę i interpunkcję tekstu. Dopiero kiedy każdy z tych etapów zostaje zaliczony, artykuł może trafić na łamy gazety. W "Observerze" nie robiono żadnej z tych rzeczy. Z relacji Theo wynikało, że pracownicy pisali to, co chcieli, a ich teksty ukazywały się od razu, bez żadnej redakcji czy korekty. Nie weryfikowano ani ich zawartości merytorycznej, ani poprawności językowej.

Akurat tą kwestią niespecjalnie się przejęłam. Bądź co bądź, przyjechałam tylko na trzy tygodnie, miałam jedynie pomóc dziennikarzom doskonalić warsztat. To czego nie zamierzałam robić na pewno, to rewolucja. Sprawy związane z zarządzaniem były poza mną.

- I nikt z nich nie jest z wykształcenia dziennikarzem - ciągnął Theo. - Większość członków zespołu to absolwenci anglistyki, niemający pojęcia o dziennikarstwie. Nie wiedzą, jak powinien wyglądać prawdziwy artykuł, i nie potrafią go napisać. Aha, i jeszcze jedno - dodał z ironicznym uśmiechem - będziesz musiała im wytłumaczyć, że nie można przepisywać tekstów z Internetu.

Zamarłam. Dłoń z kolejnym kawałkiem ryby zawisła w powietrzu, w połowie drogi do moich ust.

- Plagiatują teksty? - wykrztusiłam.

- Cały czas.

- A co z prawem autorskim?

- W Jemenie nikt o nim nie słyszał. Obawiam się, że o własności intelektualnej również - powiedział Theo, po czym upił łyk wina.

- Ach tak - szepnęłam i również sięgnęłam po kieliszek.

- Poza tym - dodał Theo po chwili wahania - oni ciągle piszą o reklamodawcach. A jak nie, to Faris podsuwa im tematy, na przykład każe im pisać o swoich przyjaciołach.

- Ale przecież to nieetyczne! - Byłam zbulwersowana. - Nie można pisać artykułów o reklamodawcach. To podważa wiarygodność pisma.

- Wyjaśnij to Farisowi. - Theo wzruszył ramionami.

Sabri kiwał lekko głową i uśmiechał się z miną człowieka, który dokładnie zna temat. W końcu był przyjacielem Farisa.

- Mogę potwierdzić - dorzucił - że w artykułach zdarzają się czasami spore pomyłki.

- Czasami? - Theo próbował udawać, że usłyszał dobry żart. A kiedy na powrót spoważniał, zwrócił się w moją stronę i wygłosił: - W każdym razie po to właśnie przyjechała tu Jennifer. Naucz ich, proszę, jak szukać informacji w Internecie, przede wszystkim jak znajdować wiarygodne źródła. I przekonaj ich, że nagłówki przy ich tekstach są absolutnie konieczne, bo czasem zdarza im się o to wykłócać.

Ze wszystkich sił starałam się nie wpaść w panikę. Chociaż od ponad dziesięciu lat pracowałam jako dziennikarka, to nigdy wcześniej nie prowadziłam żadnego szkolenia. Nie wspominając o tym, że miało się ono odbyć w kraju arabskim. Z nerwów aż cała się trzęsłam.

- Pamiętaj, już na samym początku musisz im pokazać, kto tu rządzi. - Głos Theo był dobitny. - Musisz też jakoś zmusić ich do punktualnego przychodzenia do pracy. Codziennie. Aha, i jeszcze... - Theo wahał się przez chwilę, ale wreszcie skończył: - Powiedz im koniecznie, że jesteś mężatką. Nie spotkali dotąd kobiety w twoim wieku, która by nie miała męża, i gotowi pomyśleć, że coś z tobą jest nie tak. Zdecydowanie będzie lepiej, jeśli nie dasz im powodu do snucia takich teorii.

O tym, że muszę udawać mężatkę, wiedziałam już przed wyjazdem z Nowego Jorku. To dlatego nosiłam teraz na lewej ręce obrączkę mojej rozwiedzionej przyjaciółki Ginger. Uwierała mnie mocno i powodowała dyskomfort, pewnie dlatego, że nie byłam przyzwyczajona do biżuterii.

Dobrze chociaż, że Sabri był na tyle zwesternizowany, by nie robić mi wyrzutów z powodu panieństwa. Nawet gdy rano dowiedział się, że jestem wegetarianką (choć ostatnio zaczęłam jadać też ryby), zażartował: "No proszę! Byłabyś żoną wyjątkowo tanią w utrzymaniu!". Na wszelki wypadek powiedziałam mu jednak, że mam kogoś w Stanach. Uznałam to za swego rodzaju polisę ubezpieczeniową. Wolałam mieć pewność, że nie uderzy do mnie w konkury. Nie było to zresztą tak do końca kłamstwem. Miałam z kimś romans. Ale to było skomplikowane, jak wszystko w Nowym Jorku.

Po lunchu Sabri udał się do swojego biura, a ja i Theo wybraliśmy się przez Plac Tahrir, olbrzymi plac w samym sercu Sany, do jego mieszkania na starym mieście.

Szliśmy niespiesznie, klucząc i rozglądając się na boki. Wciąż natrafialiśmy na wychudzone koty i ganiające dzieciaki. Mijaliśmy też licznych mężczyzn śpiących w taczkopodobnych wózkach. Nogi dyndały im bezwładnie, przewieszone przez krawędź paki. Uliczki były tak wąskie, że mogłabym z łatwością dotknąć jednocześnie nierównych kamiennych ścian po obu stronach. W wilgotnym powietrzu wyczuwało się zapach ziemi.

Architektura oszołamiała swym pięknem. Wobec tych wszystkich niezwykłych budynków, które wyglądały jak pierniczki, moja wyobraźnia kapitulowała. Byłam gotowa odgryźć kawałek którejś ze ścian i żałowałam, że nie da się zajrzeć do środka tych pudełek. Na niższych piętrach domy miały zaledwie po parę okien, wszystko po to, by chronić przebywające wewnątrz kobiety przed wścibskimi spojrzeniami. Wyższe kondygnacje były zdobione wyszukanymi witrażowymi oknami, nazywanymi przez niektórych kamariami. Dopiero później dowiedziałam się, że pierwotnie nazwa kamaria odnosiła się tylko do alabastrowych okien, które wstawiano, by tonować wpadające do środka promienie słoneczne i utrzymywać chłód w pomieszczeniach.

Dość szybko zorientowałam się, że plan miasta jest w Sanie zupełnie nieprzydatny. Już podążając za Theo do jego mieszkania, zdawałam sobie sprawę, że nie byłabym w stanie sama znaleźć drogi powrotnej. Mój towarzysz z zupełnie poważną miną twierdził, że ludzie z tej okolicy nie posługują się adresami. Stare miasto było labiryntem bezimiennych uliczek i budynków. Miałam okazję przekonać się na własnej skórze, kiedy pytałam o drogę, że nawet rdzenni mieszkańcy Sany słabo znają urzędowe nazwy, a w najlepszym wypadku ich wiedza ogranicza się do tych, które dotyczą ich dzielnicy.

W pewnej chwili nasz spacer zakłócili mali chłopcy z zatkniętymi za pasami minisztyletami. Biegli za nami przez dłuższy czas, wołając: "Hello! I love you!". Dopiero kiedy Theo odezwał się do kilku z nich po arabsku, rozproszyli się z głośnym śmiechem. Zaraz potem minął nas mężczyzna w białej szacie, niosący na ramieniu olbrzymi telewizor. Co jakiś czas pojawiały się też małe dziewczynki w niezwykle eleganckich różowych sukienkach z bufiastymi krótkimi rękawami. Kiedy zapytałam Theo, czy to może z okazji jakiegoś święta, odparł, że są tak ubrane, ponieważ wszystkie chcą być księżniczkami.

Mieszkanie Theo znajdowało się na szczycie jednego z tych piernikowych budynków i było po prostu niesamowite. Musieliśmy pokonać kilkanaście przęseł nierównych schodów, typowych dla tego kraju, by wreszcie stanąć przed olbrzymimi metalowymi drzwiami wyposażonymi w trzy porządne zamki. Za nimi znajdowało się mnóstwo pokoi, między innymi przestronny, przewiewny salon - mafradż - wypełniony poduszkami do siedzenia i zalany światłem sączącym się z kilku kamarii. Mafradż, słowo zawierające ten sam rdzeń co "wagina", to dosłownie "pokój z widokiem", odnosi się do pomieszczenia na najwyższych piętrach. Często jednak tą nazwą określa się też coś, co przypomina nasz pokój dzienny, czyli pomieszczenie, w którym przyjmuje się gości, spożywa posiłki i żuje kat. Nie każdy w końcu może mieć prawdziwy mafradż, ten "z widokiem". Theo, właściciel mieszkania na ostatnim piętrze, należał do wybrańców.

Po obejrzeniu mieszkania wróciliśmy do salonu, gdzie - rozsiadłszy się wygodnie na niebieskich poduszkach - mogliśmy porozmawiać o moich zajęciach i dopiąć grafik na pierwszy dzień. Myśl o czekających mnie zadaniach sprawiała, że czułam się równocześnie spokojna i zdenerwowana.

- Zobaczysz, pokochają cię - zapewniał entuzjastycznie Theo. - Nie musisz się niczego obawiać. - A po chwili milczenia dodał jeszcze poważnym tonem: - Ale nie możesz okazać najmniejszej słabości. Jeśli tylko znajdą jakiś twój słaby punkt, stracisz ich zaufanie.

Wypiliśmy w mafradżu kilka filiżanek herbaty, a potem wyszliśmy na dach - chciałam zrobić parę zdjęć i musiałam się pospieszyć, bo nadchodził zmrok. Na wszystkich dachach wokół wietrzyły się dywany. Przechylając się przez mur, bezskutecznie próbowałam zajrzeć do okien. Wciąż szukałam kobiet, które w Sanie były niemal nieuchwytne, niczym osobniki niezwykle rzadkiego gatunku. Nie widziałam żadnej kobiety od kilku dni i zaczynałam już tęsknić za kimś tej samej płci.

Im szybciej zapadał zmrok, tym więcej witrażowych okien rozświetlało się od środka blaskiem lamp. Błyszczały niczym klejnoty, rzucając kolorowe refleksy w nadchodzącą noc. Nie mogłam oderwać oczu od tej gry świateł. Miałam nieprzeparte wrażenie, że to miasto jest kobietą, z zupełnie niezwykłą, hipnotyzującą twarzą.

Nagle z głośników ryknął męski głos. Allahu akbar! 4 Wydawało się, że głośnik, z którego wydobywa się ten potężny okrzyk, musi znajdować się tuż za oknem. Pomimo że słyszałam wezwanie na modlitwę już co najmniej raz - tego samego popołudnia - niezwykle mną wstrząsnęło.

Ledwie przebrzmiały donośne słowa, Theo dosłownie wyrzucił mnie ze swojego przytulnego apartamentu.

- Dopóki nie zgubisz się na starym mieście, nie będziesz wiedziała, że jesteś w Jemenie - tłumaczył, prowadząc mnie do drzwi i wypychając na zewnątrz. - Zatem idź i zgub się. - Wygłosił na pożegnanie z szerokim uśmiechem.

Jestem wyjątkowo niezależna w podróży, uwielbiam być sama w obcych miejscach, zwiedzać je, nie mając konkretnych planów, ale wtedy chciałam niemal błagać Theo, by poszedł ze mną. Nie miałam pojęcia, jak znaleźć drogę w tym średniowiecznym mieście, a do tego robiło się ciemno, byłam zmęczona i nie znałam arabskiego. Słowem, byłam lekko przestraszona. Ale czy to nie ja dałam sobie radę ze skorpionami gdzieś w głębokiej kostarykańskiej dziczy? Albo nie przeżyłam omdlenia w burdelu w San José? Nie prowadziłam wana wypełnionego po brzegi teatralnymi krzesłami przez górskie drogi w Montanie, i to w samym środku śnieżycy? Nie zdecydowałam się na dwutygodniowy pobyt w Irlandii, mając ledwie dziesięć dolarów w kieszeni? A skoro tak - mówiłam sobie - niestraszna mi przechadzka po nieznanym mieście.

Kiedy szłam uliczką biegnącą w kierunku suku, nie mając pojęcia, czy dobrze obrałam kierunek, wciąż jednak odczuwałam lęk. Obok mnie przemykały co jakiś czas spowite w czerń, przypominające duchy postacie. Dręczyły mnie ich ciekawskie spojrzenia. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że obmawiają mnie szeptem, zastanawiając się, skąd przybyłam. Prawie słyszałam, jak z dezaprobatą szeptały, że mam źle założony hidżab.

Wszyscy byli niemal identyczni, może z wyjątkiem idącego szybko mężczyzny, który wyróżniał się tym, że w jednej ręce miał plastikową torbę pełną pomidorów, a drugą ciągnął za sobą małego chłopca. Chociaż miałam wzrok wbity w ziemię, każdy, koło kogo przechodziłam, gapił się na mnie tak, jakbym była egzotycznym zwierzęciem zbiegłym z zoo - niebieskookim ocelotem zachodnim z nieosłoniętą twarzą.

W pewnej chwili skręciłam za róg i natknęłam się na małą dziewczynkę, która spontanicznie krzyknęła: "Hello, Bostonian!". Roześmiałam się cicho, choć w duchu poczułam się lekko urażona. Może i urodziłam się w Bostonie, ale byłam nowojorczykiem z krwi i kości. Śmiech podziałał jednak na mnie kojąco i rozluźnił nieco supeł strachu w mojej piersi. Zaraz pojawiła się inna mała dziewczynka, w obszarpanej sukience z zielonej tafty, i zaczęła za mną iść, dopytując się, jak mam na imię. Uciekła, gdy w końcu odpowiedziałam na jej pytanie.

Wtedy przyspieszyłam kroku. Koniecznie chciałam dotrzeć do suków, zanim zrobi się zupełnie ciemno. Przystanęłam jednak, kiedy po mojej prawej stronie pojawił się błysk zieleni. Cofnęłam się o kilka kroków i natrafiłam wzrokiem na okienko w murze. Wspiąwszy się na palce, zajrzałam przez nie. Po drugiej stronie kamiennego muru rozciągał się istny raj. Palmowa oaza, morze zieleni zajmujące powierzchnię kilku osiedli. Gdzie nie spojrzeć zieleń, soczysta zieleń. Ruszyłam dalej, upojona widokiem szmaragdowej połaci pośrodku miejskiego, brązowego krajobrazu.

Pokonawszy kilka krętych uliczek, znalazłam się na obszernym placu przed meczetem. Po lewej miałam maleńką witrynę restauracji, a przed nią kilka stolików, przy których siedzieli mężczyźni popijający herbatę z niewielkich szklanek. Na wprost meczetu znajdowała się apteka, a w niej tłum klientów obojga płci. Po prawej widziałam jeszcze więcej piernikowych bloków. Nagle obok mnie przetruchtało stado wynędzniałych kóz, poganiane przez uzbrojonego w kij chłopca, który rozsiewał odór śmieci. Dzieci tam nie brakowało, niektóre pchały przed sobą wózki wypełnione produktami ułożonymi tak wysoko, że nie widziały, dokąd jadą.

Nie byłam pewna, w którą stronę powinnam skręcić, więc podążyłam za tłumem. Nieprzerwany, równo płynący strumień ludzi kierował się w dół uliczki po prawej stronie. Kilku mężczyzn zawołało w moją stronę: "Sadika! Sadika!"5, a inni dodawali: "I love you!", za to żadna kobieta nie odezwała się słowem. Ale nie spuszczały ze mnie swoich ciemnych oczu, które jako jedyne mogłam zobaczyć.

Kilka razy w czasie tej wędrówki dołączał do mnie orszak dzieci. Nigdy nie było z nimi żadnego dorosłego. Dziewczynki - do czego się powoli przyzwyczajałam - miały na sobie odświętne sukienki, często już pobrudzone, natomiast chłopcy nosili marynarki, a pod nimi tradycyjne sauby. Za pasy zatknęli sobie zakręcone jemeńskie sztylety zwane dżambjami. Biegli za mną, chcąc wiedzieć, jak mam na imię i z jakiego kraju przyjechałam. Powtarzali też nieznane mi słowo: "Sura! Sura!". Dopiero później dowiedziałam się, że oznacza ono po arabsku zdjęcie. A zatem chcieli, żebym ich sfotografowała.

W końcu dotarłam do labiryntu sklepików na suku. Suków jest co najmniej kilka rodzajów, ich nazwy informują o tym, co można dostać u kramarzy. Są suki z ręcznie wyrabianą srebrną biżuterią, z przyprawami, gdzie można kupić choćby goździki, kardamon czy kumin, są suki z dżambjami. Są również całe uliczki i zaułki, gdzie sprzedaje się wyłącznie wełniane szale (w większości sprowadzane z Kaszmiru), bydło, kat albo kawę. Sklepiki to zazwyczaj małe witryny z ladą i umieszczonymi za nią półkami. Za ladą, wyciągnięty na poduszkach, siedzi zawsze mężczyzna z policzkami wypchanymi katem. Mijałam ich tu bez liku. Niektórzy krzyczeli coś do mnie, wskazując na swoje towary, inni gapili się bez słowa, skupieni na żuciu liści. Nie zatrzymywałam się przy żadnym stoisku, byłam przecież na rozpoznaniu terenu, a nie na zakupach.

Na suku z przyprawami panowały w zgodzie zapachy kardamonu i kolendry. Kopce pomarańczowych i żółtych sproszkowanych przypraw, wznoszących się na plandekach rozłożonych wprost na ziemi, nie ustępowały perfekcją wykonania piramidom. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że ludzie w tym mieście potrafią ułożyć tak misterne wieże z przypraw, a nie są w stanie zbudować równych schodów.

Obok kopców przypraw stały kopce fasoli, czerwonych pistacji, migdałów, orzechów nerkowca i rodzynek. Te ostatnie zadziwiały różnorodnością kształtów i kolorów - były rodzynki zielone, żółte, żółtozielone, czarne i niebieskie. Na półkach z kolei dominowały daktyle - wielkie, lepkie, ciepłe kulki leżakujące pod rozgrzanymi lampami. Nigdy wcześniej nie widziałam tak soczystych daktyli, i to aż tylu naraz.

Idąc dalej, musiałam minąć całe rzędy dżambji. Były wśród nich maleńkie sztylety, nie dłuższe od mojej dłoni, a nawet olbrzymie noże długości uda. Broń wykonana była ze srebra, stali, drewna bądź rogu nosorożca. Sprzedaż dżambji z tego ostatniego surowca jest co prawda zabroniona, ale handlarze na starym mieście w Sanie nie przejmowali się takimi błahostkami. Kupcy machali do mnie, wyraźnie starając się przyciągnąć moją uwagę. Ja jednak im nie ulegałam; rzucałam tylko uśmiech i szłam dalej.

Patrząc z oddali, miało się wrażenie - nawet w miastach - że wszyscy są tak samo ubrani. Kobiety od stóp do głów były spowite w czerń, a mężczyźni w biel. Znalazłam się w świecie sprzed kolorów i mody, w świecie sprzed kultu jednostki i sprzed śmierci Boga. Ta jednolitość najlepiej dowodzi tego, jak biedne jest jemeńskie społeczeństwo. Żeby ocenić, do której klasy społecznej przynależy przechodzień i jakie są jego dochody, trzeba podejść bliżej i spojrzeć na hafty na mankietach i kołnierzykach kobiecych abaji i na misterne grawerunki dżambji, zatkniętych za męskie pasy. Oczywiście tylko obcokrajowcy mają takie problemy, tubylcy dokonują osądów bezbłędnie i od razu. Na podstawie paru charakterystycznych detali są w stanie określić przynależność plemienną, klasę społeczną i stopień religijności drugiej osoby. Wiedzą, który sposób wiązania chusty świadczy o pobożności kobiety, po dżambji poznają zaś status materialny mężczyzn - jeśli jest z rogu nosorożca, jej właściciel jest naprawdę majętny.

Mężczyźni na ulicach mają się znacznie lepiej niż kobiety. Wystarczy na nich spojrzeć: są dużo swobodniejsi niż ich spowite w czarny poliester siostry, żony i matki. Bardzo chętnie zamieniłabym się z którymś na ubrania. I nie tylko. Podobały mi się sztylety w ozdobnych pochwach.

Kiedy po południu rozmawiałam z Sabrim, zapytałam go, dlaczego nie nosi dżambji. Odpowiedział, że ja jestem jego sztyletem. Roześmiałam się. Nie miałam wtedy pojęcia, co miał na myśli. Zrozumiałam jego słowa dopiero po kilku tygodniach pobytu w Jemenie, gdy już się zorientowałam, że sztylet określa status mężczyzny. Tanie dżambje, z drewnianą rękojeścią, wskazywały na pochodzenie z nizin społecznych, wyszukane sztylety o rękojeściach z kości słoniowej mówiły coś wprost przeciwnego. Krocząc po mieście w towarzystwie kobiety z Zachodu, Sabri dawał do zrozumienia, do której grupy należy. Przecież jedynie Jemeńczycy z elity mówili po angielsku, a co za tym idzie, mogli prowadzić interesy z cudzoziemcami i spotykać się z nimi na stopie towarzyskiej.

W pewnej chwili znalazłam się na ulicy obwieszonej kolorowymi sukienkami z poliestru, takimi, jakie zakładało się kiedyś na bale maturalne. Były wśród nich czerwone, długie do ziemi koronkowe kreacje, były zielone, z satyny, głęboko wydekoltowane, były i różowe, z całą masą falban. Widok ten stanowił dla mnie niemałe zaskoczenie. Zastanawiałam się, czy to możliwe, aby Jemenki nosiły pod swoimi czarnymi abajami takie stroje, niektóre zupełnie frywolne i całkiem kuse. A jeśli tak, to gdzie w nich chodziły. Postanowiłam się tego dowiedzieć.

Tymczasem szłam przed siebie, nie mając najmniejszego pojęcia, dokąd zmierzam. Nagle jakiś nastolatek zawołał za mną: "Hello, heavenly!". Musiałam przyznać, że na nowojorskiej ulicy trudno byłoby usłyszeć taki komplement.

Wreszcie opuściłam najruchliwszą część suku. Uliczki, którymi wędrowałam, były cichsze, ale wciąż nie wiedziałam, gdzie jestem ani w którą stronę powinnam się skierować, by dotrzeć do domu Sabriego. A ściemniało się coraz bardziej. Znalazłam się w dzielnicy, gdzie każdy zaułek zdawał się wymarzoną scenerią miłosnej schadzki, a kręte, pokryte kocimi łbami i słabo oświetlone uliczki jakby czekały na młodych chcących podzielić się pierwszymi pocałunkami. Tutaj jednak zwykły gest sympatii okazany sobie przez mężczyznę i kobietę mógł zrujnować życie obojgu, a co dopiero publiczne pocałunki. Jedna z najbardziej romantycznych scenerii, jakie widziałam, pozostawała zupełnie niewykorzystana. "Tyle że ja nie powinnam o tym myśleć" - upomniałam samą siebie. Nie szukałam przecież w Jemenie romansu.

Im dalej zapuszczałam się w to tajemnicze miasto, tym mniej miałam pewności siebie. Zapodział się gdzieś mój dumny chód nowojorczyka, nie kołysałam już uwodzicielsko biodrami, a moje spojrzenie nie było ani trochę prowokacyjne. W Nowym Jorku chodziłam zawsze z uniesioną wysoko głową i bezwstydnie wpatrywałam się w oczy mijanym ludziom, teraz zaś wbiłam wzrok w ziemię, nie mając odwagi nawet rozglądać się na boki. Stałam się kimś innym.