Rok uciekiniera 365. Luty - Gabrielle Lord

Kup ebooka

11.95 zł
9.92 zł (10,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

14 lutego

Pozostało 321 dni...

Kanał deszczowy

10:10

Spędziłem cały wczorajszy dzień schowany w kanale. Bogsiu nie był w stanie spotkać się ze mną jeszcze przez dzień lub dwa, więc próbowałem zająć głowę obchodzeniem tuneli, przegrzebywaniem swoich rzeczy, spaniem, gapieniem się w sufit... gadaniem do siebie.

Musiałem znowu wyjść.

 

Dworzec Główny

11:29

Teraz byłem tylko kolejnym anonimowym dzieciakiem szwendającym się po ulicach przy Dworcu Głównym. Nie było w tym nic dziwnego. A przynajmniej próbowałem sobie to wmówić.

Starałem się zachowywać spokojnie i generalnie nie wyróżniać się, ale miałem wrażenie, że patrzą na mnie setki par oczu.

Zatrzymałem się przy boisku do kosza, na którym banda dzieciaków ganiała za piłką. Zawsze lubiłem grać w koszykówkę, czy właściwie uprawiać jakikolwiek sport, i żałowałem, że nie mam jaj, żeby do nich dołączyć i porzucać.

Nagle dostałem gęsiej skórki. Ktoś naprawdę mnie obserwował. Byłem tego absolutnie pewien. Obróciłem się na pięcie, ale za mną nikogo nie było. Znowu skupiłem się na boisku i właśnie wtedy przeżyłem największy szok w życiu!

Po drugiej stronie otoczonego siatką boiska stał jakiś dzieciak i gapił się przez tłum wprost na mnie. Ale nie to mnie zmroziło.

Ja też się na niego gapiłem, nie wierząc w to, co widzę.

Czy miałem omamy?

Wyglądał na równie zszokowanego jak ja, co niespecjalnie pomagało.

Mój umysł wspinał się na wyżyny, żeby to zrozumieć. Czy patrzyłem na jakiś rodzaj lustra? Przetarłem oczy jak postacie z kreskówki, ale kiedy je znowu otworzyłem, wciąż tam stał.

Wyglądał jak idealna kopia mnie, a przynajmniej gościa, którym kiedyś byłem. Moja twarz, moje ciało, moje oczy, nos, szczęka, brwi. Moja twarz!

Moja twarz sprzed czasu, gdy postarałem się, by była nie do poznania.

Nie mogłem przestać się gapić. Wciąż wyglądał identycznie jak ja i wciąż gapił się na mnie.

Wmurowało mnie w ziemię.

Wreszcie zaskoczyłem i wrzasnąłem do niego.

- Hej! - krzyknąłem, gdy zacząłem biec dookoła boiska, żeby do niego dotrzeć. Jak tylko ruszyłem, zrobił to samo. Z tym, że on uciekał przede mną.

Pędził, przebierając nogami i rękoma jednocześnie, jakby od tego zależało jego życie. Czułem się jak podczas jakiegoś przedziwnego eksperymentu, jakbym był poza swoim ciałem i oglądał siebie biegnącego miesiąc temu, jakby zależało od tego moje życie.

- Hej! Zaczekaj! - znowu za nim krzyknąłem.

Ale nawet się nie obejrzał. Po prostu biegł. Nie odpuszczałem, obserwując, jak próbuje manewrować i zgubić mnie w tłumie, przedzierając się przez wąskie alejki i uliczki. Sam już zbyt dobrze poznałem te sztuczki.

Udało mi się go nie zgubić przez prawie całą drogę do portu, aż wreszcie zniknął mi z oczu.

To było bez sensu. Po prostu nie byłem w stanie za nim nadążyć. Moje ciało było kompletnie zużyte. A on był szybki - jak ja kiedyś.

Zatrzymałem się i pochyliłem, próbując złapać oddech, i desperacko szukałem jakiegoś wyjaśnienia dla tego, co właśnie się stało.