Rok tysięczny - Karol Bunsch

-
Proszę czekać

Epilog

Niespodzianie, jak spadająca gwiazda, zgasł w dwudziestym trzecim roku życia cesarz Otto III i w szary żużel rozsypały się związane z nim nadzieje. O przyczynie jego śmierci różnie mówiono, nie czas jednak było na żale i na domysły. Siły, które młodzieńcza wyobraźnia zmarłego wprząc usiłowała do wielkiego, wspólnego celu, jak rozbiegane konie, gdy wodze wypadną z rąk woźnicy, przeć jęły każda w swoją stronę. Nadeszła pora ich próby.

Dopiero co okrzepłe młode państwo Chrobrego miało teraz wykazać, czy zdolne jest przeciwstawić sie w dążeniu do własnych celów, gdy wspólny cel rozwiał się jak zjawa z ostatnim tchem swego twórcy. Nie dane było Ottonowi nawet do dnia pogrzebu zachować choćby zewnętrznych symboli swej powagi i władzy. W ostatniej drodze z Italii do Akwizgranu obdarł go z nich po zaciętej walce z kanclerzem Heribertem bawarski Henryk, syn Kłótnika. Był najbliższym męskim potomkiem założyciela saskiej dynastii. Srebrna korona niemiecka nie była jednak dziedziczna. Sięgał po nią Herman, książę Szwabii, sięgał potężny i cieszący się wziętością margraf Miśni i herzog Turyngii - Ekkehard.

Bolesław trzeźwym okiem rozglądał się w nowym położeniu. Plany Ottona, by jemu zdać przywództwo nad chrześcijańskim światem, upadły, ale Bolesław rad by widział na niemieckim i cesarskim tronie rozsądnego i zaprzyjaźnionego Ekkeharda, którego synowi przyrzekł rękę swej córy Regelindy. Wiedział jednak o tym Henryk i, by wbić klin między nich, ofiarował Bolesławowi Miśnię i Łużyce w zamian za pomoc w objęciu tronu i uznanie.

Bolesław nie kwapił się z odpowiedzią, a Henryk tymczasem znalazł korzystniejsze dla siebie rozwiązanie. Jeszcze jego poselstwo bawiło w Gnieźnie, gdy nowym gromem uderzyła wieść: trzydziestego kwietnia margraf Ekkehard zginął w Polde z rąk skrytobójców, Hermana i Atolfa.Bolesław wiedział, że teraz Henryk Miśni i Łużyc mu nie odda.

Henryk działał szybko, tym razem szybciej jednak, choć nie słowem, otrzymał odpowiedź Bolesława. Podniósł na nogi drużynę i gdy Henryk wkładał nową koronę w mogunckiej katedrze, mając dostęp do Akwizgranu zamknięty przez Herrenfrieda, może zamyślającego o koronie dla własnych synów, Bolesław wjeżdżał do Miśni, uroczyście witany przez Guncelina, którego na stolcu margrafa osadził.

Gra była rozpoczęta, choć żadnej ze stron nie spieszno było do miecza. Bolesław świadomy był, że jeszcze mu nie pora zmierzyć się z cesarstwem, Henryk zbyt słabo siedział na tronie, by zaufać sile. Wpierw musiał zyskać uznanie wszystkich plemion niemieckich. Odebrawszy hołd Turyngii, zwołał zjazd saskich wielmożów do Merseburga, zapraszając i Bolesława na układy. Przyrzeczenia zgoła dotrzymać nie zamierzał, ale udawał że zajęcie Łużyc i Miśni dokonane zostało zgodnie z jego wolą, a od Bolesława żądać w zamian chce jeno hołdu i posiłków.

Dla Stoigniewa cięższym wstrząsem była wieść o śmierci Ottona. Stracił zaufanie do samego siebie. Świat ładu i sprawiedliwości istniał tylko w marzeniach Ottona i zgasł z ostatnim jego tchem. Stoigniew zamknął się w sobie, przeżywając jeszcze jeden zawód.

Spotkanie z Tunim i z Guncelinem ożywiło go jednak wspomnieniami młodości. Przy kubkach z uśmiechem wspominali bójkę, od której zaczęła się ich przyjaźń, a Tuni, trzeci bezwinny uczestnik kary, jaką wówczas ponieśli, ongiś niesforny konwers, a teraz najbliższy doradca księcia - dorzuacł własne wspomnienia swego pierwszego pobytu w Polsce, w której przyswoił sobie język, a pozostawił serce.

Na zwołanej przez księcia naradzie Stoigniew omal się nie poróżnił z druhami. Tuni pierwszy wyraził zdanie, że nie należy drażnić Henryka odmową przybycia na zjazd, która by go zmusiła do zbrojnego wystąpienia, Guncelin zaś chciał zyskać uznanie siłą objętej godności. Obznajomiony z zawiłym splotem niemieckich spraw, przewidywał, że Henryk na tronie się utrzyma, ale zależny jeszcze od swych przekupnych doradców, wśród których i Guncelin wpływów nie był pozbawiony, miększy bedzie.

Stoigniew jednak z niezwykłym podnieceniem jął się wyjazdowi sprzeciwiać, tak że Bolesław, który już powziął postanowienie, patrzył nań ze zdziwieniem. Chętnie zasięgał zdania wypróbowanych ludzi, ale nie pozwalał go sobie narzucać. Z gniewną zmarszczką na czole powiedział:

- Niechaj wiem, dlaczego układów mam poniechać. Bo juści łacniej gębą ruszać niż ręką, a taniej do miecha sięgnąć niż do miecza. I mnie nie miły ten podstępny cherlak, ale nie na igry lubo gody zaprasza, a skoro królem się mieni i widno nim ostanie, nijak mu płazem puścić to, cośmy uczynili. Gadaj tedy, dlaczego zmienić mam postanowienie?

Stoigniew opanował się już. Nie mógł powiedzieć Bolesławowi, żo on, który nie zwykł wierzyć w znaki i przepowiednie, teraz kieruje się niejasnym przeczuciem. Śnił mu się w nocy Zbrozło, jak - rozgarniając siwe włosy - okazywał straszliwą bliznę na rozpłatanej zdradziecikm ciosem czaszce. Powiedział niepewnie:

- Henryk żadnych układów nie dotrzyma.

Bolesław zaśmiał się:

- Otoś i nowinę powiedział. Przetom sam wział Milsko i Łużyce, że nie wierzę, by mi je dał z dobrej woli, gdy się umocni. Ale ninie słabo jeszcze siedzi i jemu bardziej na rękę gadać, niż się bić. Tedy cóże stawim?

- Nie zawżdy słowiańscy wodzowie ze zjazdów z Niemcami wracali - powiedział Stoigniew cicho, ale Bolesław odparł dumnie:

- Jam nie połabski panek, którego ubić można i jak psa zakopać, jeno cooperator imperii i lennik świętego Piotra. Anim też nie ułomek, ani sam nie pojadę, w końcu i ludzie tam są, którzy przestrzegą w razie potrzeby. A ty nie chcesz jechać do Merseburga - nie jedź, boć i prawda, że wrogów ci tam nie zbraknie i sam Henryk niemile cię ujrzy.

- Pojadę - uciął Stoigniew.

Jaskotel zaś, który dotychczas głosu nie zabierał, a rad był cesarski dwór synom okazać, wtrącił:

- Wojów dobiorę takich, żeby i biesa za ogon przytrzymali, tedy jechać możem bezpiecznie, za co głową poręczam, jakom i Wrochnie poręczył, gdy nas puścić nie chciała. Źle jej się śniło - roześmiał się. - Ot, niewiasta jako niewiasta, serca ma więcej niż rozumu.

Stoigniew drgnął, ale się nie odezwał. Jaskotel kpiarz był, a od wyrostka lekko swą głowę zwykł był stawiać. Kiedyś ją przegra, ale nie o niego szło. Ekkehard też nie był słowiańskim pankiem, a zabójstwo puszczono sprawcom płazem.

W drodze do Merseburga Stoigniew unikał towarzyszy. Coraz mniej dla nich zrozumiały, łatwo znosił samotność, a nawet ją lubił. Natomiast z trudem znosił wewnętrzną pustkę. Chwytał się na tym, że zazdrościć zaczyna innym ich małych celów, łatwych, pospolitych, nawet niskich, ale wypełniających życie. Na myśl przychodził mu Gerbert. Jak on przeżywa zawód u schyłku swego żywota, czy i teraz gardzi losem, ze szczytu strącony do roli kukły w ręku chciwych jeno władzy i użycia możnowładców rzymskich, którą pozwalają oglądać jeno temu, kto się im opłaci. Czy istotnie znalazł spokojną przystań w umiłowanej nauce, równie niezrozumiałej, jak on sam? Dla Stoigniewa nabyta wiedza pozostała jeno narzędziem, z którym nie wie co począć. Są prostsze i skuteczniejsze. Tacy jak Jaskotel nigdy nie zwątpią w swój miecz, jak stary Audun, wypuszczą go z ręki dopiero z ostatnim tchem.

A jednak i Stoigniew swego narzędzia nie umiał porzucić. W Merseburgu, gdzie jak zwykle zjazd możnych ściągnął kupców ze wszystkich stron, a kto żył, rozglądał się za rzadkimi w kraju towarami, Stoigniew pierwsze kroki skierował do kapitulnej biblioteki. Księgi miały jednak dla niego nieprzeparty urok. Przelotnemu słowu i nieuchwytnej myśli nadają trwały kształt, pozwalają przenosić je przez czasy i przestrzenie. Mówią przez nie ludzie, których kości dawno rozsypały się w proch, głos ich słyszy nawet przygłuchy starzec strzegący kapitulnego księgozbioru, który ogarniając ucho wyschłą dłonią, ze zdziwieniem patrzy na dostojnika pytającego o powierzone jego straży skarby, bliższe i zrozumialsze dlań niż ludzie obcego mu już pokolenia. Starzec daremnie szukał wzrokiem na złotym łańcuchu Stoigniewa oznaki duchownej godności, daremnie silił się odgadnąć, kiim jest ten dostojnik, który równie biegle włada łaciną, jak niemieckim językiem. Rad jednak, że znalazł kogoś, przed kim może się towarzyszami swej samotności pochwalić, pokazywać jął swoje skarby, jak ojciec dzieci z jednaką miłością pieszcząc je drżącymi rękoma, choć nierówne przymiotami i urodą; jedne bogato zdobione, oprawne w skórę lub pergamin, okute srebrem, bogato iluminowane, inne w prostych deskach ledwo wygładzonych; jedne pożółkłe i wyblakłe ze starości, inne lśniące świeżą bielą i przepychem barw.

Starzec ożywił się i opowiadał dzieje niemal każdej księgi jak żywych istot. Widząc, że trafił na wdzięcznego słuchacza, oglądając się lękliwie, powiedział:

- Jeszcze coś wam okażę, co jeno w gościnie u mnie jest pod tajemnicą. Pewnikiem do Ratyzbony odejdzie, którą nowy pan nasz szczególnie sobie umiłował.

Choć zaciekawiony, Stoigniew chciał powstrzymać starca, by go nie narazić, ten jednak widno sam miał chęć nacieszyć oczy skarbem, nim go na zawsze przyjdzie pożegnać. Długo gmerał ogromnym kluczem koło kutej i rzeźbionej skrzyni, zanim dźwignął ciężkie wieko i wydobył księgę owiniętą w purpurowy aksamit. Rozwinąwszy go, rozpostarł na skrzyni jak relikwię, z czcią i troskliwością położył na nim księgę i odstąpił, patrząc na nią olśnionymi oczyma.

Widok mógł olśnić nawet nawykłe do przepychu oczy Stoigniewa. Na krwawym tle aksamitu tęczą rozbłysły różnobarwne klejnoty, którymi usiana była przebogata oprawa, gęściej niż pogodne niebo nocne gwiazdami. Na szlachetnych kamieniach rzeźboine były drobne, ale wtraźne postacie. Największy z nich, z wizerunkiem jakiegoś świętego, umieszczony był nad zajmującą środek okładziny płaskorzeźbą z kości słoniowej, której spokojna i szlachetna biel wśród przepychu barw mimo woli przyciągała wzrok. Nieznany artysta żmudną pracą może wielu lat zaklął w niej modlitewną wizję: pod filigranowym baldachimem o dwu słupkach spoczywała na łożu postać Bożej Matki, jakby w spokojnym uśpieniu. Ale na twarzach zgromadzonych dokoła apostołów widniał smutek i żal, że dusza Jej odeszła już, a unoszący się nad zwłokami dwaj aniołowie z całunami w ręku przylecieli, by zabrać ciało i odnieść je Synowi.

Stoigniew stał w milczącej zadumie, ale nie tylko nad pięknem przedziwnym tego arcydzieła. Widział je już dawniej i znał jego dzieje. Rzeźba, jak zresztą wskazywał napis, była darem bizantyńskiego cesarza Bazylego Bułgarobócy dla Ottona III, z czasu gdy wymieniali poselstwa, przez które Otto zmierzał do usunięcia rozłamu w cesarstwie. Plany te rozwiały się jeszcze za jego życia, ale wrażliwy na piękno umysł młodego cesarza tak był oczarowany urokiem tego klejnotu sztuki snycerskiej, że kazał go wprawić w swój ewangeliarz, z którym się nie rozstawał, by po zamierzonym wyrzeczeniu się władzy i świata móc zabrać go z sobą do swej pustelni i z nim kiedyś być pochowany. Teraz klejnot znalazł się w ręku wydziercy, który zrabował go bezbronnym zwłokom Ottona.

Stoigniew stał jeszcze zamyślon, choć staruszek schował już klejnot.Jak kruche są ludzkie zamiłowania i namiętności, zamiary i chęci. O ileż trwalsze piękno tej okładziny czy treści księgi. Człowiek sam jeno narzędziem jest, przez które rodzi się mądrość i piękno, nieważnym, gdy już wykona swe zadanie. Ocknął się. Jeśli służyć chciał pięknu i mądrości, należało pozostać w zaciszu klasztoru. Z własnej woli obrał inną drogę, do niej się przygotował. Może być jeszcze potrzebny.

Na uroczystej intronizacji Henryka w katedralnym kosciele Stoigniew z odmiennym uczuciem patrzył na znany mu również, przepiękny strój koronacyjny, przyjęty przez zmarłego cesarza wraz z bizantyńskim ceremoniałem dworskim. Widział go w tym stroju w Gnieźnie, w niezapomnianym dniu największych nadziei. U Ottona był wyrazem zamiłowania do piękna, symbolem wielkich zamierzeń. Zdarty z jego zwłok, na barkach Henryka - znamionował w oczach Stoigniewa jeno żądzę władzy i pozór potęgi, w którą sam Henryk nie wierzył. Szerokie obszycie kołnierza tuniki z ciężkiego białego adamaszku, z wyhaftowanymi złotymi gryfami na polach na przemian błękitnych i czerwonych, rzucało sinawy poblask na jego nic nie mówiącą twarz. Tylko spod lśniącej nowością korony o sześciu liliach, zakończonych perłami i przedzielonych postaciami aniołów, małe oczy Henryka rzucały niepewne spojrzenia, pełne chytrości i obłudy. Po podniesieniu na tarczy przez świeckich dostojników, wedle obyczaju, i włożeniu mu korony przez duchownych, z magdeburskim Gizylerem i bremeńskim Liemarem na czele, słuchał przemówienia księcia Bernarda saskiego, który szczegółowo przedstawiał mu prawa i żądania Sasów. W sięgającym do ziemi, obszernym, półkolistym płaszczu z ciemnobłękitnego jak nocne niebo jedwabiu, sztywnym od ciężkich złotych haftów z wyobrażeniem postaci świętych, znaków zodiaku i apokaliptycznych zwierząt objaśniających napisami, Henryk czuł się widocznie nieswojo, jakby ciężar, który wziął na siebie, przytłaczał go. Barki miał przygarbione, a głowę pochylił, gdy, nie patrząc na nikogo, przemówił w odpowiedzi:

"Słów mi nie staje, by wyrazić najpierw Bogu, a potem wam wszystkim należne dzięki. Dlatego wyjawię wam moje ukryte zamiary, które z Chrystusa pomocą dla waszego dobra w pełni wykonać pragnę. Wiem bowiem, z jakim oddaniem staraliście się zawsze i wszędzie okazywać królom waszym poparcie i posłuszeństwo".

Stojący w pierwszym szeregu obok Bolesława Henryk ze Schweinfurtu, któremu Bawarczyk nie dopełnił obietnicy nadania bawarskiego lenna pod pozorem, że Bawarom służy prawo wolnego wyboru, powiedział zjadliwie i niemal głośno:

- Zwłaszcza rodzic miłościwego pana następcom Wielkiego Ottona.

Ktoś parsknął przytłumionym śmiechem, ale Henryk ciągnął, jakby nie słyszał:

"Przeto tym bardziej pragnę otoczyć was najwyższym szacunkiem, miłować was i strzec was dla dobra państwa i mojego zbawienia. I, żebyście mieli pełne zaufanie, oświadczam zgodnie z waszym życzenim i nie obrażając honoru królewskiego dostojeństwa, że staję przed wami obdarzony tą godnością króla nie wbrew waszej woli, lecz przeciwnie - z waszą zgodą i na wasze wezwanie".

Król podniósł opuszczone oczy i spojrzał dziwnie na Henryka ze Schweinfurtu, który odpowiedział drwiącym i zuchwałym spojrzeniem. Potem król zakończył:

"Pragnieniem moim jest nie naruszać w niczym waszego prawa i póki życia mego stosować je z całą łagodnością we wszystkich wypadkach oraz zwracać uwagę, w miarę mych możliwości, na wasze uzasadnione życzenia".

Skończywszy, Henryk wstąpił na stojący na podwyższeniu tron, a sędziwy Bernard saski wręczył mu świętą włucznię jako oznakę władzy i pierwszy złożył mu hołd. Po nim składali go kolejno duchowni i świeccy dostojnicy ze swych beneficjów i alodiów. Wszyscy do ostatniego kleryka wiedzieli jednak, że srebrna korona niemiecka znajduje sie w niedostępnym Henrykowi Akwizgranie, a prawdziwa włucznia świętego Maurycego, o którą Ptasznik omal wojny nie wszczał z Rudolfem burgundzkim, w symbolicznym darze ofiarowana przez Ottona Bolesławowi, wraz z tronem Karola Wielkiego spoczywa w skarbcu krakowskiej katedry. Stoigniew pewny był, że musi dojść do wojny. Święta włucznia i złoty tron w ręku Bolesława nie były czczymi symbolami. Henryk nie mógł znieść sąsiada, który nie tylko tamę położył pochodowi na wschód, przechwycił misję w pogańskich krajach, odbierając dogodny pozór zdobyczy, ale sam, korzystając z zamętu, rozpoczął parcie na zachód. Jasne było, iż ta obawa była przyczyną, że król odmówił bawarskiego lenna Henrykowi ze Schweinfurtu. Gdyby Bolesław utrzymał się w Łużycach i Miśni, a sprzymierzony z nim Henryk z Bawarii, Czechy prędzej czy później znalazłyby się w ręku Bolesława. Zachodnia Słowiańszczyzna pod jednym władcą zagrażała podstawom cesarstwa.

Toteż Stoigniew z nieufnym zdziwieniem przyjął wynik przeprowadzonych nazajutrz układów, mimo iż sam uprzednio niejeden trzos złota zaniósł królewskim doradcom. Henryk bowiem bez większych targów zgodził się pozostawić Łużyce i Milsko w ręku Bolesława i zatwierdził Guncelina na stanowisku margrafa, a kraj Głomaczów z grodem Strzałą nadał przyszłemu zięciowi Bolesława - Hermanowi. Bolesław wymienił z królem bogate dary i rad z osiągniętego wyniku zbierał się do powrotu.

Stoigniew nie poszedł na pożegnalną ucztę, jaką Bolesław wyprawił dla prawdziwych czy kupionych przyjaciół, którzy dopomogli mu do korzystnego załadzenia spraw. Pozostał w pałacu, w którym z powodu licznego zjazdu tylko najdostojniejsi znaleźli gościnę. Inni dostojnicy zajęli gospody w mieście, a orszaki stały pod nim obozem. Książę nawet nie nakłaniał Stoigniewa do wzięcia udziału w biesiadzie. Nie był wesołym towarzyszem, a Bolesław lubił zapomnieć o troskach w gronie lekkomyślnych wojaków. Podejrzliwość Stoigniewa ciążyła mu, nie pozwalając się odprężyć. Mimo iż świadomy był, że w znacznej mierze Stoigniewowi zawdzięcza gładkie przeprowadzenie układu, nie zapomniał, iż gdyby za jego radą na zjazd nie stanął, miałby teraz wojnę miast uczty i miast zabezpieczyć nabytki, mógł je stracić.

Stoigniew tym lepiej dorozumiewał się, co musi myśleć Bolesław, że sam przeciw sobie burzył się, iż zazwyczaj trzeźwo myślący, pozwala się opanować snom, przeczuciom i obrzydzeniu do obłudy Henryka, który nawet niewydolność swą, nie popozwalającą spodziewać się potomstwa, przedstawia jako cnotę. A jednak Stoigniew nie mógł się opędzić wrażeniu, jakie wywarł na nim sen, tym bardziej że znowu się powtórzył. Próżno mówił sobie, że gdyby się coś stać miało, dość było po temu sposobności podczas trwania zjazdu. Rankiem wyjadą i będzie musiał powiedzieć sobie, co rzekł o Wrochnie Jaskotel: więcej serca niż rozumu!

Nie czekając na powrót Bolesława, który długo zwykł ucztować, Stoigniew ułożył się na spoczynek, ale nurtujący go niepokój nie pozwalał mu zasnąć. W półśnie słyszał jeszcze, jak powrócił książę ze swymi brońcami. Odetchnął głęboko i natychmiast usnął twardo.

Nie zdawał sobie sprawy, jak długo spał, gdy zerwał się spotniały, z bijącym sercem. Znowu we śnie ujrzał Zbrozłę. Z rozpłatanej głowy krew grubymi kroplami z cichym pluskiem skapywała na posadzkę. Ale przez dudnienie w skroniach Stoigniew posłyszał jakiś rzeczywisty odgłos i opanował się natychmiast. Istotnie ktoś ledwo dosłyszalnie pukał do drzwi.

Stoigniew poskoczył i otworzył zaworę. W sklepionej sięni mrok był, jeno szklane gomóły w oknach jaśniały już przedświtem lipcowego dnia. Jakaś zakapturzona postać stała pod drzwiami. Gdy Stoigniew je otworzył, nieznajomy powiedział szeptem:

- Zbierajcie się zaraz i uchodźcie.

Stoigniew chciał pytać, lecz już nie było nikogo, jeno szelest kroków zdradzał, że nie zjawa to była ni przywidzenie. Poskoczył za węgieł do drzwi komnaty, którą zajmował Bolesław. Przed nim stał jeden z brońców, kiwając się sennie, drugi siedząc spał głęboko. Stoigniew chciał wejść, ale strażnik zastawił mu drogę:

- Pan ino co zasnął. Powiedział, że łeb rozbije temu, co go obudzi.

- Niech rozbije - mruknął Stoigniew, rosły wojak jednak rozkraczył się tylko szerzej i przez szparki klejących się oczu patrząc ze swej wysokości na Stoigniewa, odparł:

- Nie rozbije, bo was nie puszczę, choćbyście mnie łeb rozbić mieli... albo ja wam.

Podpity był widocznie. Stoigniew zrozumiał, że nic nie wskóra. Bolesław do straży przybocznej dobierał ludzi posłusznych jak psy i jak one zajadłych. Ale dwóch jeno było pod ręką, a rozmiar i rodzaj niebezpieczeństwa nieznany. Zawahał się, wyboru jednak nie widział. Sam musi skoczyć do miasta o pomoc. Kopnął śpiącego strażnika, a gdy ten zerwał się, przecierając oczy, nakazał ostrym szeptem:

- Nie ruszać się spod drzwi, choćby się paliło. Który zaśnie, pójdzie na hak. a kto by chciał wejść, bić, nie pytając, choćby sam król przyszedł.

- Żeby i bies, nie puścim, skoro kniaź zakazał. Ani do bicia nas nie prosić - odparł strażnik.

Stoigniew pewny był, że póki żywi - nie wpuszczą ale wcale nie było pewne, czy długo żyć będą. Chyłkiem wypadł na podworzec.

Dopiero szarzało, żadnego ruchu. Strażnik przy bramie szeroko otworzył klejące się oczy na widok złota, jakie mu w rękę wcisnął Stoigniew, każąc otworzyć furtę, i patrzył ze zdziwieniem za dostojnikiem, który pognał pustą ulicą jak ścigany.

Gospoda, w której stał Jaskotel, nie była daleko i Stoigniew z ulgą posłyszał, że biesiadnicy jeszcze się nie rozeszli, bo gwar rozlegał się aż na ulicę. Gdy dobiegał, hałas ścichł, doszedł go natomiast głos Jaskotela. Śpiewał. Nie był widno pijany, głos był silny i czysty, miał w sobie przejmującą siłę, która zniewoliła do milczenia podpitych biesiadników, choć słowa niezrozumiałe, bo śpiewał w normańskim języku pieśń pożegnalną wikinga, który na zawsze opuszcza swe brzegi.

"Jako na mocnej linie kotwicę Serce ostawiam wśród swoich, Z sobą zabieram jeno tęsknicę, Której ni śmierć nie ukoi. Zimny mnie wicher od was oddala, Może się kiedyś odwróci I choć mój zewłok łaskawa fala Na brzeg ojczysty wyrzuci. Więc pieśnią żegnam was, zastęp bratni, Wychylmyż jeszcze puchar ostatni."

Stoigniew zatrzymał się, by złapać oddech. Przejmujący żal, jaki drgał w głosie Jaskotela, odezwał się w jego piersi. Niewesoły koniec uczty. Jaskotel zwykł śmiać się nawet w bitwie. Stoigniew otrząsnął się z wrażenia i wszedł. Na jego widok Jaskotel urwał, roześmiał się swym zwykłym zaraźliwym śmiechem i powiedział:

- Późno przychodzisz, właśnie się żegnamy. Ale strzemiennego z nami się napijesz.

- Nikt nie wypije. Kto żyw za broń i ze mną!

Umilkli zaskoczeni, tylko siedzący obok Jaskotela Henryk ze Schweinfurtu zapytał:

- Co się stało?

- Nic jeszcze, da Bóg. Ale coś się złego przeciw książęciu gotuje. Na potem pytania. Słać po konie, budzić ludzi, a kto gotów - za mną!

Henryk zerwał się i wybiegł. Inni też zbierali się pospiesznie, przypasując miecze. Jaskotel chwycił dziedziczny topór, któremu ufał najbardziej, i dognał Stoigniewa, spieszącego do pałacu.

- Przyśniło ci się coś? - zapytał. Gdy Stoigniew nic nie odrzekł, tym razem bez drwiny dodał: - Mnie takoż. Rad bym już był doma.

Dzień wstawał, ale brama zamkowa była jeszcze zamknięta. Na szczęście stał przy niej ten sam strażnik, który na widok kiesy pokazanej przez Stoigniewa bez słowa otworzył furtę. Rozbudzona chciwość zgłuszyła lęk przed odpowiedzialnością za wpuszczenie gromady zbrojnych do pałacu. Ale szła już zmiana straży, bramę i tak zazwyczaj otwierano o tej porze. Widno jednak dziś miało być inaczej, bo z liczniejszą niż zwykle strażą szedł sam graf Heziko. Stoigniew ze swymi skręcił ku wejściu do budynku, w którym stał gospodą, mówiąc do Jaskotela:

- Tu stój i nie wpuszczaj nikogo. A wy za mną - zwrócił się do młodych Awdańców.

***

Już biegnąc korytarzem słyszał, jak Jaskotel spiera się z grafem. Nim dopadł drzwi, na podworcu wszczęła się wrzawa, która przybierała na sile. Na szczęście Bolesława nie trzeba było budzić. Drzwi się rozwarły i stanął w nich, zaspany i gniewny:

- Co się tu wyprawia?! - huknął.

- Zbierajcie się! Trzeba uchodzić.

- Ty znowu swoje. Bacz, by mi nie zbrakło cierpliwości...

Urwał. Z podworca nad wrzawą wybijał się głos Hezikona, który wydawał rozkazy, by siłą usunąć napastników. Bolesław, nie pytając więcej, cofnął się i za chwilę ukazał się z mieczem w ręku, mówiąc:

- Pójdźmy!

Ale wyjść nie było łatwo. W sieni kłębił się tłum, przy wejściu słychać było głos Jaskotela, który drwił z grafa, wołając, że wraz opuszczą pałac, jeno razem z księciem, który nie zapomni, że go siłą w gościnie chciano zatrzymać. Drwić było łatwiej, niż wykonać zamiar. Gdy dwaj brońcy z pomocą Awdańców wypchnęli stłoczonych w przejściu ludzi, od czoła rozległ się szczęk broni. Ponad głowy walczących Bolesław spojrzał ku bramie. Mimo iż już wzeszło słońce, brama zamknięta była, a silny oddział tarczowników bronił do niej dostępu. Pułapka zatrzasnęła się, a zewsząt nadbiegali napastnicy. Teraz Bolesław zrozumiał, dlaczego Henryk miękki był w układach. Ze zmarszczoną brwią i zaciśniętymi szczękami rzucił się ku przodowi, gdzie Jaskotel wyrąbywał drogę ku bramie toporem. Przed księcia wyskoczył Stoigniew, dwaj brońcy zaś pilnowali boków. Wszyscy razem parli ku bramie, otoczeni już ze wszystkich stron. Wrogów przybywało jednak, a ubywało obrońców. Jaskotel, kilkakrotnie cięty, zachwiał się i byłby upadł, ale podchwycili go synowie. Teraz Stoigniew wyskoczył na czoło i dotarli pod bramę. Tu już wszyscy brali udział w walce, zdało się, że nie ocaleje nikt.

Niespodzianie nacisk od strony podworca zelżał. Stoigniew, odcinając się, kątem oka spostrzegł księcia Bernarda saskiego. Siwa jego głowa bez chełmu znaczna była w tłumie, który rozstępował się przed nim. Za nim szedł zwarty zastęp pieszego ludu, widno w pomoc Bolesławowi. Bernard był dziewierzem zamordowanego Ekkeharda, teraz zapewne wie już, komu winę bezkarnego zabójstwa przypisać, i nie chce się hańbą dzielić z nowym panem.

Ale pomoc Bernarda przyszłaby za późno, napastnicy bowiem, odskakując przed nim w jednym miejscu, nacierali z innch stron. Nagle z trzaskiem runęła dębowa, kuta żelazem brama, a ciężkie jej skrzydła przygniotły kilku knechtów, pozostali rozskoczyli się w popłochu. Przez otwartą drogę przewalił się w jednym mgnieniu oka polski zastęp, a napierający z tyłu odskoczyli. Pod bramą, na czele silnego oddziału tarczowników i konnego hufca, stał Henryk ze Schweinfurtu i ponad gwar, w jaki rozsypała się wrzawa bitewna, wołał, by szybko uchodzić.

Nie było pewności, czy król nie każe ich ścigać, toteż, wlokąc z sobą ciężej pobitych, a lżej rannych wsadziwszy na konie, cały oddział przetoczył się ku mostowi na Sali, by przynajmniej rzekę pozostawić za sobą, a obsadziwszy most przyjść do sprawy i zaczekać, by dociągnął, kto jeszcze ujść zdoła. Tutaj dognał ich Guncelin, który, posłyszawszy o wypadkach w pałacu, pozostał, by zasięgnąć języka o dalszych zamiarach króla, mimo że sam życia nie był pewny. Od niego dowiedzieli się, że Henryk na zarzut Bernarda, iż w niegodny chrześcijańskiego księcia sposób zgładzić chciał niewygodnego sobie władcę, z którym dopiero zawarł pokój, wyparł się wszystkiego, zrzucając winę zajścia na ludzi Bolesława, że zbrojnie, przemocą czy podstępem, nocną porą wtargnęli do pałacu i, nie ustąpiwszy na rozkaz burgrafa, pierwsi wzięli się do broni, wywołując bójkę, która powszechną się stała.

Bolesław słuchał sprawozdania Guncelina, hamując gniew. Wykręt Henryka był oczywisty. Otrzymana przez Stoigniewa przestroga świadczyła o powziętym z góry zamiarze usunięcia podstępem polańskiego władcy, gdy Henryk pomiarkował, że ma on stronników wśród własnych jego doradców, którzy otwartej walce będą przeciwni.

I Bolesław liczył siły. Świadomy był, iż gdyby jego nie stało, Henryk łatwo by sobie poradził z Polską, choćby popierając szesnastoletniego już Bezpryma, okrutnika i gwałtownika, który wiedział, że ojciec od rządów usunąć go zamierza. Wciąż jeszcze losy państwa związane były z życiem Bolesława. Zwrócił się do Stoigniewa:

- Praw byłeś. Teraz już wiada, po co mnie ten ciastoch wezwał na układy. Jeszczem ci też nie podziękował. Wybacz!

Gdy Stoigniew milczał, zapytał:

- O czym dumasz?

- Zda mi się - odparł Stoigniew - że Otto i Gerbert przyszli na ten świat za wcześnie. Nie pora na pokój. Gdy słowu ufać nie można, trzeba zaufać sile.

Bolesław zamyślił się ponuro. Niedługo było pokoju, za który go błogosławiono. Ciężkie miał powziąć postanowienie. Powiedział:

- Znowu krwi żądać muszę.

Stoigniew odparł:

- Nie pożałujemy jej wam, do pośledniej kropli... jak Jaskotel.

- Co prawisz? - rzucił Bolesław niespokojnie. - Wżdy jego rany lekkie są.

- Zdały się. Jeno krwawi wciąż i nijak zatamować. Gdyby leżeć mógł spokojnie, może by wydobrzał. Ale jakoż go tu ostawić?

Książę bez słowa skierował się ku wozom, które gotowano, by przewieźć ciężej poranionych. Od najważniejszych spraw myśl jego odwróciła się ku druhowi z pacholęcych lat, z którym tyle przeszli przygód i niebezpieczeństw. Z nim wiązało się wspomnienie pierwszej bitwy, on go jeździć uczył. Społem cierpieli niewolę, jemu zawdzięczał uwolnienie. Tylko w młodości zyskuje się takich przyjaciół. Jakby wraz z nim najlepszą część własnego życia miał utracić, lęk przed utratą druha nie pozwalał księciu myśleć o niczym innym.

Gdy stanął nad Jaskotelem, poznał, że obawa nie była płonna. Bolesław, od pacholęcia spoufalony ze śmiercią, kładzione przez nią znamię rozpoznał na twarzy Jaskotela. Szara była jak popiół, wargi sine, nos wyciągnięty i pożółkły. Wpadnięte oczy zakrył powiekami i dyszał szybko. Dwaj synowie klęczeli przed nim, usiłując poić go miodem, jak zalecił Stoigniew. Przytomny jednak być musiał, bo gdy Bolesław stanął nad nim, podniósł powieki i patrzył na księcia rozszerzonymi źrenicami. Potem na ściągniętej jego twarzy pojawił się uśmiech. Ze śmiechem przeszedł życie i tak je widno chciał zakończyć. Ale widok ten zwiększył ucisk w sercu Bolesława. Gdy Jaskotel szeptać coś zaczął, przyklęknął obok niego, mówiąc:

- Nie gadaj, spokojnie leż. Ostaniem przy tobie, póki będzie trzeba.

Czuł na sobie wzrok Stoigniewa i spojrzał na niego jakby z wyzwaniem. Wiedział, że to, co zamierza, jest nierozsądne, ale Jaskotel też nigdy się nie namyślał, czy życie ma stawić za druha. Stoigniew patrzył na księcia ze współczuciem i Bolesław opuścił powieki, bo czuł, że go pieką. Posłyszał wysilony szept Jaskotela:

- Każcie mnie do dom wieźć, prędko.

- Leżeć musisz - odparł przez ściśnięte gardło Bolesław. Omal nie dodał, że jest mu potrzebny. Ale myślał o potrzebie serca, a nie o tym, że trudno będzie o wojownika, który by go zastąpił godnie. Jaskotel jakby księcia zrozumiał, bo uśmiechnął się znowu i wyszeptał:

- Dwóch wam w zamian za siebie ostawiam. I trzeci nie będzie gorszy, gdy podrośnie. Należę się zadość... koło rodzica. A Wrochniem przyrzekł, że wrócę. Niechby mnie ona choć ujrzała, skoro ja już jej nie ujrzę. Upały się biorą. Każcie mnie wieźć... prędko.

Zamknął oczy i Bolesławowi zdało się, że przez powieki przyjaciela przesączyły się dwie krople. Książę wstał, chując jakby czyjąś dłoń ściskającą mu gardło, i spojrzał pytająco na Stoigniewa, który jeno skinął głową i zwracając się do młodych Awdańców, powiedział:

- Odwieziecie do dom rodzica, skoro tak chce.

Jaskotel jednak usłyszał jeszcze i podniósłszy powieki, powiedział z wysiłkiem, lecz wyraźnie:

- Skarbek mnie odwiezie. Michał niech ostanie. Wojna idzie!

Bolesław patrzył suchymi już oczyma, jak wóz, wiozący Jaskotela, zniknął na zakręcie drogi. Wiedział, że przyjaciela więcej nie ujrzy. W uszach brzmiały mu ostatnie jego słowa, a przed oczyma miał przykład niezłomnego męstwa i wierności, jak święty ogień przekazywany z pokolenia w pokolenie. Choć nieświadomi jeszcze celu, pójdą za swym przywódcą, gdzie rozkaże, nie bacząc na siebie. To jest siła, której nie złamie nic. Zwracając się do Stoigniewa, powiedział:

- Wojna!

Nie było już wahania w jego głosie, choć w pełni zdawał sobie sprawę, ile trudu i krwi kosztować będzie jeszcze, by wykazać, że żadna burza nie zwali budowli, którą wzniósł on i jego przodkowie na tysiąclecia.

Obrona Niemczy

Żupan Miłosław znał niemal każdy kamień w Niemczy, gdzie spędził już ćwierć wieku z górą. Nie opuszczał grodu niemal nigdy. Rządził w nim jak dobry dziedzic we własnym dworcu, spodziewając się, że kiedyś spocznie tu koło kościółka Św. Wojciecha, w którym corocznie rzesze pielgrzymów z Czech, Bawarii, a nawet i z dalsza, zatrzymywały się w czasie swej pobożnej wędrówki do grobu świętego męczennika w Gnieźnie.

Gród jednak ważniejsze miał zadanie niż straż nad bezpieczeństwem i udzielanie gościny pielgrzymom. Od wieków strzegł on drogi handlowej wiodącej z południa przez Pragę na Wrocław i w nadwiślańską nizinę. W obecnej swej, odmiennej od innych polskich grodów postaci zbudowany został rękoma niemieckich rzemieślników na rozkaz króla czeskiego Bolesława Srogiego, by bronił przełęczy w Górach Sowich między Wartą a Kłodziem, stanowiącej przejście z Polski do Czech. Od budowniczych też gród wziął swoją nazwę. Położony wśród wysokich przedgórzy sudeckich, na urwistym pagórku kształtu wydłużonej gruszki zwróconej cieńszym końcem ku północy, zabezpieczony od zachodu stawem, którego wody łączyły się fosami z opływającą wzgórze od wschodu Ślęzą, gród niełatwy był do zdobycia.

Tego roku w Niemczy nie zjawili się pielgrzymi. Na Śląsku toczyła się wojna - cesarz Henryk po raz trzeci usiłował zmusić Chrobrego do posłuszeństwa, a czeski Oldrzych popierał swego pana lennego, wiedząc, że nigdy nie poczuje się pewny na tronie, dopóki potęga Bolesława nie będzie złanana.

Wojna zresztą, jak zazwyczaj, toczyła się daleko na północy, pod Krosnem i Głogowem, gdzie były najlepsze brody na Odrze. Teraz jednak przybliżyła się. Miłosław z wyniosłości koło kamiennego stołbu patrzył na obóz cesarskich, który rozłożył się za stawem. Żupan włos miał już szpakowaty, ale oczy bystre i policzyć mógł każdego niemal wojaka. Nie było ich zbyt wielu. Taką siłą cesarz nie mógł się pokusić o zdobycie grodu. Wysłał ją jednak w jakimś celu.

Miłosław przebiegał wzrokiem okolicę. Wśród stromych wzgórz kryć się może niebezpieczeństwo. Potem zwrócił oczy ku Ślęży (góra zwana później Sobótką), rozsiadłej szeroko jak kwoka na ich północno-zachodnim krańcu. Zdała się bliska i odcinała się wyraźnie na nieboskłonie. Miłosław, który patrzył na nią od dziesiątków lat, wiedział, że zapowiada to zmianę pogody. Skinął głową, jakby czemuś potakiwał: dobrze będzie, jeśli wody, którą wysuszyło gorące lato, przybędzie w przykopach i rozkisną brzegi stawu i rzeczki. Ale i bez tego pewien był wygranej. Na jego czerstwej, choć już zmarszczkami zaczynającej się bruździć twarzy nie znać było najmniejszego poruszenia, nie śpieszył się też, idąc wałem zachodnim ku południowemu krańcowi grodu. Tam jest jedyne łatwiej dostępne miejsce, którędy ongiś, przed dwudziestu siedmiu laty, za wielkiego Mieszka, biorąc udział w zdobywaniu grodu, sam wdarł się pierwszy do Niemczy, by na zawsze w niej pozostać. Przystępu broniła od tej strony brama z drewnianą nadbudówką z potężnych bali dębowych i zwodzony na linach most przez rów.

Gdy Miłosław dotarł do bramy, gasły już zorze długiego letniego dnia. Wszystko zastał w największym porządku, gotowe do obrony. Straże czuwały wszędzie, machiny stały gotowe do użytku, kadzie z wodą i smołą tkwiły na wyznaczonych miejscach. Żupan znał swych ludzi, a oni jego.

Zabawiwszy chwilę, ruszył spokojnie dalej, by wschodnim wałem wrócić do stołbu, pożywić się i spocząć choć kilka godzin. Trzeba być gotowym na wszystko i Miłosław wolał przed świtem sam być na nogach. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie spróbować w ciemnościach wypadu na nieprzyjaciela. Noc zapowiadała się ciemna, niebo zaciągało się oparem. Żaden z wojów ni słowem nie ważył się wyrwać nie pytany, choć oczy ich zdradzały, że cni im się siedzieć za tynami, gdy inni wojują, zdobywają sławę i łupy. Wiedzieli, że Miłosław sam zwykł myśleć o wszystkim, a myśleć lubił spokojnie.

Gdy żupan, ważąc przedsięwzięcie, zbliżył się do miejsca, gdzie - na zboczu - wał wykonywał głęboki skręt, by z dwóch stron zabezpieczyć ścieżkę wiodącą od mokradła między rzeczką a stawem do furty koło stołbu, wieczorną ciszę, zalegającą już gród, zakłóciły nagle jakieś odgłosy, które zbliżały się szybko. Miłosław stanął i słuchał. Napaść z tej strony byłaby szaleństwem. Napastnicy musieliby iść jeden za drugim, by na zboczu dostać się między dwa wały najeżone częstokołem, wystawieni z obu stron na pociski z odległości niewielu kroków. Kilku ludzi starczy, by nie dopuścić do furty choćby największej gromady.

A jednak odgłosy zdradzały walkę. Wyraźnie już dochodziły krzyki i szczęk broni. Miłosław, co sił w nogach, pobiegł ku furcie. Załoga była na miejscu. Ciemne postacie stały w milczeniu, nasłuchując. Walka wrzała u stóp wzgórza przy ścieżce przez mokradło. Ktoś widno chciał dostać się do grodu, a cesarscy przeszkadzali.

- Bierz, Okuń, dziesięciu chłopa i skocz obaczyć, co się dzieje - zlecił Miłosław dziesiętnikowi, a sam stanął i słuchał dalej. Zanim zaskrzypiała furta, odgłosy walki ucichły, a Miłosław dojrzał w ciemności kilka postaci, które pięły się po zboczu. W ciszy, jaka zapanowała, słyszał stukot kopyt po kamiennym podłożu. Chwila jeszcze, a nadchodzący znaleźli się tuż pod nim. Miłosław zapytał cicho:

- Kto zacz?

- Stoigniew Ściborowic, od kniazia - odparł głos z ciemności.

Słowa te poruszyły Miłosława bardziej niż zajście. Pomorski wojewoda, krewniak i przyjaciel Bolesława, służył władcy w najważniejszych sprawach. Zawistni szeptali, że nieraz prowadzi grę ponad głową księcia. Ale gadki to być musiały, bo co uradzili między sobą, wiedzieć mógł chyba tylko jeszcze ulubiony doradca Bolesława, opat Tuni. Jedno było pewne, że cesarz nie miał bardziej zajadłego i niebezpiecznego wroga niż Stoigniew. On to, posłując do Rzymu na cesarską koronację, poróżnić potrafił Henryka z papieżem Benedyktem, cesarskim zasadzkom przypisując, że trybutu z Polski do Rzymu wysłać nie można. On wyjaśnił w Kurii, że Henryk nie jest takim mocarzem u siebie, za jakiego chce uchodzić. Jemu przypisywano bunt rzymskiego ludu przeciw cesarzowi, który zmusił Henryka do opuszczenia Rzymu, i napaści Arduina i Olbertynów, jakie znosić musiał w powrotnej drodze. Niemal na marne poszedł wówczas trud i ogromne sumy, na które cesarz zadłużył się w kościołach i klasztorach. Henryk sierdził się, podejrzewając w tym rękę Bolesława, a gdy Stoigniew zjawił się na jego dworze, rzekomo, by siebie i księcia usprawiedliwić, zaraz wybuchło rozdwojenie wśród cesarskich doradców i bunty jego dziewierzy w Lotaryngii. Cesarz, nie bacząc na poselską godność Stoigniewa, schwytać go kazał i zamknąć w lochu.

Miłosław nie wiedział, że Stoigniew wrócił z cesarskiej niewoli, dlatego też w zdziwieniu jego była ciekawość i niepokój, z czym tak niezwykły poseł przybywa. Sam jednak, nie znosząc pytań od własnych podwładnych, ni słowem nie zdradził teraz zaciekawienia i podniecenia. Z szacunkiem prowadził posła do swej izby w stołbie, zleciwszy pozostałych wojów i konie opiece włodarza.

Niemniej gdy zasiedli w izbie przy świetle łuczywa, z ciekawością patrzył na dostojnika, którego raz jeno widział przed laty. Ciemny, jedwabisty jego włos świecił siwizną. Wojewoda dochodził już kopy lat, ale - wyblakła nieco, widno od mroku lochów - wyrazista twarz jego piękna była jeszcze. Postawa smukła i wdzięczne ruchy, pełne spokojnego dostojeństwa, onieśmielały nawykłego do rozkazywania i rzadko spotykającego się z dostojniejszymi od siebie żupana. Trudno było wytrzymać spojrzenie stalowobłękitnych oczu Stoigniewa; przenikliwe były i groźne, gdy patrzył nimi wprost. Natomiast gdy w zamyśleniu opuścił powieki o długich rzęsach, rzucających cień na policzki, na twarzy jego zjawiał się wyraz niewieściej niemal słodyczy. Żupan zerkał na posła spod oka, myśląc, że nie tak wygląda wojownik.

Gdy jednak Stoigniew zaczął mówić, Miłosław ze zdumieniem poznał, że sprawy wojenne nie tylko nie są mu obce, ale że stan grodu zna nie gorzej niż sam żupan. Pytania, które rzucał jakby od niechcenia i bez namysłu, zdradzały, że wie wszystko i chce się jeno upewnić, czy nie zaszły jakieś zmiany. Gdy skończył, znowu siedział czas jakiś w zamyśleniu, po czym niespodzianie zapytał:

- Ilu i jakich ludzi, broni, sprzętu, zapasuw i czasu potrzebowaliście, by zdobyć ten gród?

Zaskoczony i zdziwiony, Miłosław odparł:

- Wybaczcie! Nie pomnę już. A ninie bronić go mam, nie dobywać. Jedno mogę rzec: póki żywię, nie dobędzie go nikt. Tedy i po co mi liczyć?

Blady uśmiech przeleciał przez twarz Stoigniewa, gdy rzekł:

- Chwali się. Aleć przecie i ten gród był dobyty. Ninie dobyty być nie może - dorzucił twardo.

Miłosław zadumał się. Wspomnienia jego pobiegły do pamiętnej chwili, gdy o świcie jesiennego dnia na czele kilku wojów wdarł się na mur przy bramie. Pod następnymi złamała się drabina. Gdyby się wówczas zawahał, kości jego i towarzyszy od dwudziestu siedmiu lat próchniałyby pod bramą.

Powiedział jak do siebie:

- Serca tracić nie lza.

Czesi stracili je wówczas. Choć mieli wielokrotną przewagę, pierzchnęli na boki, a nim się połapali, że napastników jest jeno kilku, Miłosław już zeskoczył na dziedziniec przybramny i uderzył na nie spodziewających się napaści wojów, zajętych ściąganiem na mury kłód i pocisków. W całym grodzie wszczął się wonczas zamęt. Nikt nie wiedział, co się stało, jedno było pewne: walka wre wewnątrz. Załoga jęła pierzchać z murów, a w ślad za nimi wdzierali się polscy woje. Gdyby obrońcy ustali na miejscu, Miłosław nie utrzymałby się ni dwóch pacierzy. Odpowiadając swym myślom, dorzucił:

- Prawy mąż tam umiera, gdzie go postawią.

- Każdy gdzieś umiera - zauważył Stoigniew z pewną niecierpliwością. - Ale wyście tu wodzem. Nie umierać macie, jeno grodu bronić, jak sami rzekliście. Tedy ilu ludzi i sprzętu wam trzeba, by obronić się, gdyby sam cesarz z całą potęgą się zwalił? Nie pytam po próżnicy.

- Nie wiem, jaka jest cesarska potęga - odparł Miłosław. - Ale wiem, ilu ludzi mogę do obrony użyć, a w grodzie pomieścić i wyżywić. Zbyt liczni woje jeno sobie nawzajem przeszkadzają - straty są większe. Mam kilkunastu rycerstwa i trzysta chłopa, z których za każdego niemal porękę dać mogę jako za siebie. Tyny w obwodzie mają dwa tysiące kroków... Mogę potrzebować jeszcze do tysiąca, jeno takich, co mi na miejscu dostoją, póki ja nie dam rozkazu albo oni ducha. Dacie mi tylu tarczowników i łuczników, to niech cesarz czy sam bies próbuje gród brać. Zęby na tynach połamie.

- To i dobrze - odparł Stoigniew. - Jeno wiedzcie, o co gra: kniaź we Wrocławiu ze swoją siłą stoi, bacząc, kędy się Henryk obróci, a część naszych sił z Moraw na Czechy ma uderzyć, by Oldrzycha odciągnąć, a Bawarów powstrzymać. Obodrycki Mściwój, przekupiony przez Bolesława, w domu pozostał, tedy Henryk na Pomorze iść nie ma po co. Przeprawy na Międzyrzec i Poznań ninie nawet nie próbował. Jedno mu ostało: od Milska i Łużyc nas odciąć, które go jątrzą jako oścień w żywym ciele. Gdyby Niemczy dobył, silnie stopę na Śląsku postawi.

- Niechże próbuje - mruknął Miłosław.

- Co tam Henryk uczyni, jeszcze nie wiada - odparł Stoigniew, patrząc badawczo na żupana. - Ale jedno pewne: dwanaście hufców tu wysłał; przednia straż już nadeszła, reszty każdej chwili patrzeć. A pomocy dla was nie wcześniej niż za trzy dni. Te trzy dni musicie sami wydzierżyć - dokończył twardo.

Żupan milczał, opuściwszy oczy. Gdy się nie odezwał, Stoigniew zapytał:

- Wydzierżycie? Bo jeśli nie...

- Jedno słowo mam w gębie - gniewnie przerwał Miłosław. - Mnie nie wyżenie stąd nikt. Choćby pod murawą, ostanę.

- Jako rzekłem, nie o was chodzi.

- Juści wiem. Choćby na samym stołbie, utrzymamy się. Trzy dni nie wieczność.

Stoigniew uśmiechnął się nieznacznie i wstając podał rękę Miłosławowi:

- Tedy żegnajcie i krzepcie się. Od was dziś w znacznej mierze zawisło, zali cesarz po raz trzeci z niczym odejdzie. Od piętnastu lat kark usiłuje przygiąć Bolkowi. Ninie zmęczony już. Jeszcze jeden wysiłek, a będziem spokój mieli od cesarza.

- Nie ostaniecie pożywić się i spocząć? - zapytał Miłosław.

- Trzy dni nie wieczność - powtórzył Stoigniew z uśmiechem. - Alić dłużyć się mogą. Im prędzej wyjadę, tym prędzej spodziewać się możecie posiłków.

- Tedy zwólcie, że sam was przewiodę, by was znowu cesarscy nie napastowali.

- O mnie się nie troskajcie.

- Nie o was - szorstko odparł Miłosław. - Jeno jeśli was schwytają alibo ubiją, kto mi za was słowo zdzierży?

- Niech każdy z nas o swoje się troska - odparł Stoigniew. - Kniaź nie zapomni zasługi.

Po chwili zamknęła się furta w południowej bramie za Stoigniewem i pochłonęła go ciemność. Miłosław przez dłuższą chwilę nasłuchiwał, gotów wyskoczyć, gdyby zaczęła się walka. Upewniwszy się, że Stoigniew przejechał, zwrócił się do strażnika:

- Biegnij do starszyzny, niech nie mieszkając stawi się w stołbie.

Sam ruszył wałem i szedł, patrząc na ogniska cesarskich za stawem. Zdało mu się, że ruch panuje koło nich. Pod stołbem zastał już zebraną starszyznę. W obszernej dolnej izbie mieszkalnej wieży, dokąd weszli, wpatrywał się przy świetle łuczywa w twarze dobrze znanych ludzi, jakby ich widział po raz pierwszy. Dotychczas go nie zawiedli. Teraz znowu przyszedł czas próby. Zaczął, jakby o zwykłą rzecz chodziło:

- Kniaź nakazał utrzymać gród. Za trzy dni dostaniem tysiąc wojów załogi. Przysposobić dla nich, co należy. Jeno zaraz, bo od rana może nie stać czasu na sen i jadło. Na Niemczę idzie dwanaście hufców cesarskich, jeśli już nie nadeszły. Te musimy wydzierżyć sami. Chceli który z was co rzec?

- Mało nas - mruknął stary Biegan. Śmielszy był, bo z dawna z Miłosławem spoufalony. Mimo to żupan zmarszczył brwi i odparł ostro:

- Babom ostawcie wyrzekania. Mało nas. Mniej jeszcze będzie, a gród utrzymać przyrzekłem. Nad tym radzić, jak podołać.

- Tedy ja bym samego jeno stołbu bronił - odezwał się Rusota. - Bo jeśli siłą się wedrą, czasu może nie stać, by w nim się schronić. I co wonczas? I stołbu nie utrzymamy.

- Tedy trzeba by zaraz niewiasty z dziećmi z grodu usunąć, bo ani ich w stołbie pomieścić, ani czas będzie o nich myśleć, gdy zacznie się walka - rzucił wiekiem i służbą najmłodszy z obecnych, Milik.

- Ty zawżdy masz czas myśleć o babach - wtrącił zgryźliwie Biegan. - Jakoż je teraz usunąć, gdy może cesarscy gród już obstawili. Acz i nie, dokąd niewiasty z dziećmi pójdą? A zamkniemy się sami w stołbie, to wydamy je pod nóż lub w powrozy.

Troska widniała we wszystkich oczach. Sam Miłosław miał na grodzie córkę. Ale nie chciał myśleć o tym. Odezwał się ostro:

- Nie o białkach nam radzić. Ty, Milik, swojej nie masz, nie troszcz się o cudze. Co nam tu będziesz błąść (głupstwa gadać)!

- Pozwólcie skończyć, skorom zaczął - ciągnął Milik. - I krowa się broni, gdy jej wilk cielę napastuje. Tedy, skoro nas mało, białki zgonić na wały. Kamienie i kłody praskać wydolą jak i każdy z nas. A wrzątkiem lać lepiej od nas umieją. Dawno to - dodał, zwracając się do Rusoty - wasza Unce Krzepiszowej łeb wrzątkiem oblała, aż jej sierść wyliniała?

Wszyscy tłumili śmiech, a nawet sam Miłosław do wąsa niby sięgnął. Prócz Rusoty i Krzepisza każdy wiedział, że o Milika poszło, który się do każdej zalecał, a o żadną nie dbał. Urodny był jucha, czarny wąsik dopiero niedawno mu się wysypałm, ale taki, że żadna nie mogła nań spojrzeć, by o pocałunku nie pomyśleć. Żupan jednak ręką o stół uderzył i fuknął:

- Nie na krotochwile my przyszli. O obronie nam radzić.

- Wżdy o obronie gadam. A pośmiać się zawżdy zdrowo. Chcemy czy nie chcemy, niewiasty do niej wprząc należy.

- Dwadzieścia godów wojuję, a nie słyszałem, by baby wojowały - bąknął Potyra.

Zaraz jednak pożałował, że się odezwał, bo Milik odpalił:

- Choć taki z was wojak bywały, dawnoście to sami przed waszą Żyznawą aże na wały uchodzić musieli, choć macie przy boku miecz, a ona jeno kosior (ożóg) miała?

Widząc jednak, że Miłosław pięścią się zamierzył, by w stół grzmotnąć, prędko odwrócił:

- Już o obronie gadam. Imiennie o obronie Miśni. Nie ma dwóch godów, jakeśmy ją pod młodym Mieszkiem oblegali. I dostalibyśmy ją, żeby nie baby. Gdy wietników (półwolna ludność służąca z bronią) nie stało, one miotały kamienie, smołę lały, a gdy jej zbrakło - gorącą kaszę. A nie stało wody, miodem gasiły pożar, cośmy zażegli. Jak się białka rozeżre, na wszystko gotowa. Chłop zaś serca nie ma białki mieczem bez łeb zdzielić czy przebóść oszczepem. Sam byłbym wnet życia, a bogdaj urody zbył. Lezę po drabinie i patrzę, a nade mną jedna się taka wychyla. Urodna, że cud. Zęby do niej szczerzę miast grotu, myśląc, że ustąpi. Bogać tam! Ona mi wiadrem wrzącej kaszy prosto w pysk. Ledwom zdążył z drabiny uskoczyć, małom nóg nie połamał, a tych, co za mną leźli, oblała, iże po spadali.

Teraz już niczym nie skrępowane rozległy się śmiechy. Milik zaś kończył prędko, bojąc się, że mu Miłosław przerwie:

- Też o trzy dni jeno szło, jak się okazało. Łaba wezbrała, bał się Mieszko, że nas woda odetnie, i odstąpił. Można rzec, że białki Miśnię obroniły. Dlaczego by nie miały Niemczy obronić?

- Niech i tak będzie - odparł żupan. - Każde ręce dobre, kiedy ich nie ma za wiele.

- Tedy mnie nad białkami uczyńcie wojewodą.

Pod moim okiem każda będzie się starała.

- Dość - uciął Miłosław. - Budzić niewiasty. Biegan się nimi zajmie. Stare i niedołężne wraz z dziećmi na dziedzińcu przy stołbie zebrać, by nie przeszkadzały obronie. Niech strawę dla wszystkich warzą. Reszcie wyznaczyć, co która ma czynić. A ty - zwrócił się do Milika - w pięćdziesięciu co tęższego chłopa staniesz pośrodku między stołbem a bramą. Chybkiś, tedy biegać możesz. Tam skoczysz, gdzie obrona pęknie. Każdy z was wyznaczy sobie następcę, gdyby z boju odpadł. Spać i jeść będziem na wałach, póki odsiecz nie przyjdzie. Trzy dni nie wieczność - powtórzył i skinieniem ręki odprawił starszyznę.

Szedł na górę do swej izby zadumany. Ubyło mu troski o los grodu, a teraz w to miejsce wtargnęła własna, ojcowska. Trzeba obudzić córę. Nie dopuścił nawet myśli, by korzystając ze swego stanowiska wyłączyć ją od walki. Wnet zaczęłyby się sarkania. Niech nikt nie wyrzeka, że żupan siebie i swoich oszczędza, gdy od podwładnych żąda wszystkiego.

Skoro jednak stanął nad śpiącą Chwaleną, nie mógł się przemóc, by ją obudzić. Spała spokojnie, z rozchylonymi ustami jak dziecko. Wątła była i drobna, nie nawykła do wysiłku, ręce miała maleńkie - co po takich w walce? Czy nie dość, że trzech synów wojuje przy księciu? Siebie też żupan szczędzić nie zamierzał. Ciężko było Miłosławowi na sercu, ojcowska troska zmieniła się w złość przeciw Milikowi. Teraz żupan nie myślał o tym, że nie było innego wyjścia, lecz że młodemu wojakowi łatwo było podsunąć tę myśl i z całej starszyzny on jeden może czekać na walkę z lekkim sercem. Lubił bitkę, a troszczyć się nie ma o kogo. Lubił Milik zresztą i Chwałkę, ale której on nie lubił? Babiarz był i lekkoduch. Gorzej, że i dziewczyna zdała się ku niemu nakłaniać, na co żupan patrzył niechętnie. Nie darzył zaufaniem Milika, którego młody książę Mieszko przysłał przed dwoma laty, zalecając jego zmyślność i męstwo. O tym żupan dotychczas nie miał możności się przekonać. Widział natomiast, że rozhukany młodzik zamęt czyni w spokojnym dotychczas grodzie.

Miłosław zmusił się, by myśleć o obronie. Spocząć trzeba, póki jeszcze czas. Wnet zaczną się dla niego bezsenne noce. Położył się, lecz nie mógł usnąć. Gdy po dłuższej chwili otworzył oczy, zdało mu się, że w ciemności rysują się już serca w okiennicach. Letnia noc krótka, a dzień długi. Żupan wstał i jął trącać Chwalenę. Gdy otworzyła zaspane, dziecięce oczy, powiedział z wymuszoną oschłością:

- Przybierz się i pójdź do Biegana. On ci rzecze, co masz czynić.

Uzbroił się i wyszedł. Istotnie zaczynał się przedświt chmurnego dnia. Na podworcu przed stołbem krzątały się już stare niewiasty, gromada dzieci leżała pod częstokołem. Niektóre maleństwa płakały, przestraszone nieobecnością matek. Dobrze, że deszcz jeszcze nie padał, chmury wisiały nisko. Miłosław wyszedł przez furtę w częstokole i zmierzał ku południowej bramie, gdzie spodziewał się pierwszego uderzenia. W półmroku zauważył jakąś zmianę. Gdy podszedł bliżej, dojrzał, że przejście przez szeroką, główną ulicę, wiodącą od bramy do stołbu, zamknięte jest wysoką przegrodą z belek i kamienia, odcinającą przybramny dziedziniec od reszty grodu. Przyśpieszył kroku i natknął się na Milika krzątającego się koło przegrody i wydającego rozkazy narocznikom. Zapytał:

- Przeczżeś to uczynił?

- Jeśli Niemce bramę przełamią, już by hulać mogli po całym grodzie. A tak ich na dziedzińcu odetniem i wytracim.

- Mniemasz, że przełamią? Jeno jak tędy nasi woje uchodzić mają albo i ty z pomocą skoczyć?

- Ujść mogą wałami. Jeno by mi zamęt zrobili, gdyby tędy szli. A jak skoczyć z pomocą, teżem pomyślał: przejścia kazałem przez domy powybijać...

Urwał i nasłuchiwał:

- Cichajcie! Chełst jakowyś słychać.

Jakoż od bramy dochodziła wzmagająca się wrzawa wojenna. Żupan warknął niecierpliwie:

- Kędyż mi teraz do bramy?

- Sam was przeprowadzę.

- Tu masz tkwić jak kołek - odparł żupan ostro. - Gdy będziesz potrzebny, rogiem ci znać dadzą.

Żupan niemal biegł za wojem, który wiódł go przez opustoszałe domy i wąskie przejścia między nimi. Hałas był coraz większy. Gdy wypadli na przybramny dziedziniec, pociski już szły chmarą nad wałami; stukały po ścianach, z chrzęstem uderzały w twardą ziemię dziedzińca i sunęły po niej bezsilne już. Żupan co prędzej kopnął się pod tyny. Wytchnąwszy, wspiął się na nadbudówkę nad bramą i spojrzał przez strzelnicę.

Dzień był już jasny, choć szary. Przy ziemi trzymała się mgiełka, przez którą u stóp wyniosłości widać było gromady napastników. Część ich zasypywała rów, inni wypuszczali strzały z łuków lub z rozmachem miotali z proc kamienie. Machin jednak i innego sprzętu oblężniczego widać nie było. Snadź nieprzyjaciel spodziewał się zgnieść obronę samą przewagą liczby. Roje przeciw garstce.

Miłosław tego się nie lękał. Patrzył, jak ranni napastnicy wlekli się do tyłu; innych ubitych czy niezdolnych uchodzić wynosili towarzysze. Widział, jak obrońcy odpowiadali strzałami na strzały, a już skrzypiały napinane machiny do miotania belek i głazów. Żaden z obrońców nawet jeszcze ranny nie był.

Ale jakby w złą godzinę żupan pomyślał o tym, bo w tej chwili ujrzał, że jeden z polskich wojów łuk naciągany właśnie z rąk wypuścił i bezwładnie przechylił się przez blankę. Towarzysze ściągnęli zaraz trafionego, a Miłosław szybko zbiegł obaczyć, któremu się to przygodziło. Gdy dopadł, leżało już trzech. Miłosław krzyknął:

- Kryć się! Na trzy dni starczyć nas musi, a dopiero się zaczęło.

Spojrzał przez strzelnicę między blankami. Cesarscy w jednym miejscu przeszli już fosę, ale nie pchali się pod górę, widno czekając, aż przeprawi się tylu, by na całej długości południowego muru uderzyć. W tej chwili jednak zafurkotała wypuszczona z kuszy belka i koziołkując w powietrzu, wpadła w gromadę, rozpraszając ją. Do uszu Miłosława doszły krzyki rozkazów i napastnicy co rychlej wycofywać się jęli za fosę. Zapewne dowódcy uznali, że straty są zbyt wielkie, i postanowili lepiej przygotować uderzenie. Miłosław odetchnął. Do południa było jeszcze daleko, ale każda chwila droga. Belki i głazy, skacząc po pochyłości, leciały za cofającymi się Niemcami, którzy wkrótce znaleźli się jednak poza ich zasięgiem - i zapanował spokój. Z polskiej strony rozległy się radosne okrzyki, ale Miłosław stłumił tę niewczesną radość. Pierwsze powodzenie mogło być tylko przestrogą dla nieprzyjaciela, by nie lekceważył obrony. Żupan nie wątpił, że następna próba będzie cięższa. Szedł wzdłuż muru i liczył straty.

Nie były wielkie. Prócz lżej poszkodowanych, którzy nie odpadli z boju, trzech zabitych i dwóch ciężko rannych niczym się mogło zdać obrońcom wobec kilkudziesięciu zwłok, których nie zdążyli unieść napastnicy. Ale Miłosław wiedział, że ma jednego woja na czterdziestu, a pierwszy dzień dopiero się zaczął. Gdyby tak dalej szło, nim minie trzeci, zabraknąć może obrońców. Miłosław szukał Biegana, chcąc z nim uradzić, jak użyć niewiast, by wojów oszczędzić. Nie wątpił, że dojdzie do walki wręcz, a do tego chłopów musi mieć, nie baby. Tymczasem widział, jak korzystając z chwilowego spokoju, znosiły pod mury belki i kamienie. I to ulga dla mężów, którzy tymczasem pożywią się i spoczną.

Milikowi zaś cniło się. Siedział między domami jak w kojcu, nie tylko nie biorąc udziału w walce, ale nawet jej nie widząc. Wspiął się na przegrodę i patrzył, jak niewiasty noszą ciężary i strawę dla wojów. Zaczepiał je, szczerząc zęby i pokpiwając. Nie pozostawały dłużne i przez dziedziniec miast strzał latały teraz słowa, czasem pobudzając do śmiechu, a czasem do złości.

Siestrzawa z dwiema innymi dźwigała belkę nabitą gwoździami. Spostrzegłszy Milika, odezwała się:

- Taki olbrzym z ciebie, a patrzeć jeno umiesz, jak się słabe niewiasty mozolą.

- W pyskuś mocna, w zęby weź - odciął się Milik.

- I tyś w dziobie najmocniejszy. Jeno ci czerwonego grzebienia brak, byś wyglądał jako kurek, co z płotu pieje.

- Sama wiesz, że nie grzebień u kura najważniejszy. Będziesz co przeze mnie nosiła, to ci pomogę.

- Juści! W łożu byś za mnie leżał.

- Za ciebie nie. Aleć za twego starego - mógłbym. Jeno nie dziś. Żupan mi tu sterczeć kazał i spoczywać, bym siłę miał, gdy jej waszym chłopom zbraknie.

- Do takiej pomocy zawżdyś skory. Znają cię, złe ziele!

- Alebyś mnie rada naszła w lesie przy młodym miesiącu - odpalił Milik i ugryzł się w język. Szła Chwałka, niosąc spory głaz. Twarz miała zaciętą, aż przybladłą z wysiłku. Może też usłyszała, co mówił Milik. Zeskoczył z dwusążniowej wysokości i, podbiegając do niej, powiedział:

- Nie na twoje to rączki. Dajże, to poniosę.

- Tym pomóż, co cię proszą o to - odparła, nie patrząc na niego.

Zmieszał się i coś zaczął bąkać. W tej chwili świsnęła strzała i otarłszy się niemal o dziewczynę, utkwiła w ziemi, a już z sykiem leciały następne. Niewiasty idące z belką przyśpieszyły kroku, omal się nie przewróciły, ale Chwałka szła wolno dalej, jakby nie słysząc i nie widząc. Milik obejrzał się z wahaniem, po czym, dopadłszy dziewczyny, porwał ją na ręce i skoczył ku bramie. Nie broniła się, oczy miała zamknięte. Gdy ją postawił na ziemi, nad sobą na chodniku muru dojrzał żupana. Widział czy nie widział? Milik nie czekał, co żupan powie, lecz pędem puścił się z powrotem. Za sobą usłyszał huk. Głaz wypuszczony z machiny wyciął w bramę, a już leciały z furkotem dalsze. Zaczynało się na dobre.

Milik dygotał z niecierpliwości i choć pociski z łuków i proc przenosiły już do środka grodu, wskazując, że napastnicy się zbliżyli, raz za razem wspinał się w górę i patrzył na ciężko pracujących na tynach towarzyszy. Z dala widział, jak podnoszą belki i opuszczają je za mury: nieprzyjaciel dotarł już pod nie i pnie się po drabinach. Milik nasłuchiwał, czy nie odezwie się głos rogu, wzywający go do walki, ale obrońcy bez jego pomocy wciąż jeszcze dawali sobie radę z nieprzyjacielem: gryzł ręce z niecierpliwości i podniecenia. Klął w duchu żupana. Od czasu do czasu podbiegał ku stołbowi, by nasłuchiwać, czy z innej strony nie dochodzą odgłosy walki. Ale uderzenie obejmowało tylko południową część wzgórza, od jednej baszty narożnej do drugiej. Gdzie indziej panował spokój.

Dzień dłużył się Milikowi, zdał się bez końca. Usiłował przespać się, bo noc spędził bezsennie, ale nie szło. Zły usiadł pod ścianą przegrody, pomny, że nogą mu się stąd nie wolno ruszyć, póki go róg nie wezwie. Nad wieczorem wszakże zerwał się raz jeszcze, zapominając o zakazie. Pod bramą panował niezwykły zgiełk. Gdy wyskoczył na swoje miejsce na przegrodzie, dojrzał, że brama puściła, a zewsząd biegły niewiasty, zawalając wejście, czym się dało. Pod murem legło już nieruchomo wiele ciał. Milik nie zważał na lecące pociski, stał, pewny już, że lada chwila skoczyć mu przyjdzie. Ale zaczęło się uciszać. Tymczasem słońce wyjrzało przez szczelinę między nieboskłonem a oponą chmur, pobarwiło czerwonym światłem gród i zapadło. Jeden dzień oblężenia mieli za sobą.

Noc jednak nie przyniosła spokoju. W ciemnościach słychać było ruch, na tle ognisk obozu, obejmującego już gród łukiem od rzeczki do rzeczki, jeszcze późno po północy widać było uwijające się postacie, a do uszu straży dochodził huk toporów i młotów. Także od strony bagienka, leżącego między rzeczką a stawem, szły jakieś odgłosy.

Mało kto spał w grodzie tej nocy. Na wałach płonęły beczki ze smołą, a czerwone światło i czarne cienie skakały po zboczach grodowego wzgórza.

I w grodzie wszędzie wrzała praca. Tylko Milik tkwił na swym miejscu, jakby niepotrzebny nikomu. Po północy mżyć zaczęło, wlazł więc do opuszczonego domu i do snu się ułożył. Niedługo spał jednak, bo wkrótce zbudził go wojak, do żupana wzywając. Poskoczył niezbyt pewny, czy się sprawiać nie przyjdzie. Ale żupan zawiadomił tylko Milika, że połowę jego ludzi zabiera. Bieganowi też nakazał co młodszymi niewiastami mury obsadzić na całej długości. Milik zaniepokoił się o Chwałkę i nie wytrzymał, by nie zapytać:

- Nie obejdzie się to jeszcze bez białek?

- Wżdy sam ich użyć doradziłeś. Ale przestań już o nich myśleć - odparł żupan ostro i odwróciwszy się, odszedł. Milik zagadnął Biegana:

- Nie widzieliście Chwałki?

- Widziałem. Bo co?

- Nic. Omal jej rano bełt nie zawadził. Nieobrotna dziewucha.

- Są i takie, co je zawadził. Podle kościoła leżą, czemuż o nie nie pytasz? Wżdy się do wszystkich zalecałeś.

Milik, zeźlony, wlazł do chałupy i nakrył się z głową. O czym ma myśleć? Czekać jak pies na głos rogu? Ze złości zasnął twardo.

Zbudził go hałas. Wpadł na pole i rozejrzał się. Dopiero szarzało, ale w niepewne światło chmurnego przedświtu mieszały się różowe błyski. Milik skoczył za węgieł poprzecznej uliczki i dojrzał płomienie. Cesarscy ognistymi strzałami podpalili dom stojący najbliżej tymów od zachodniej strony. Szczęściem wiatru nie było i deszcz popadywał. Zaraz jednak uwagę Milika odwrócił zgiełk od południa. Nowy dzień próby wytrwałości dla innych, a cierpliwości dla niego. Zacisnął zęby i usiadł pod wałem. Niewiasty przyniosły śniadanie. Próbowały go zagadnąć, ale nie odezwał się i zabrał do jedzenia. Żuł pomału każdy kęsek i sam przed sobą udawał, że nic go nie obchodzi coraz głośniejszy wrzask, który dochodził już niemal zewsząd. Tylko od wschodu, od strony rzeczki, panował jeszcze spokój.

Koło południa słońce prześwieciło przez chmury, dając poznać, że dzień, choć się wlecze, jednak mija. Przez krótki czas zapanował spokój, potem hałas wszczął się znowu, ale ani razu róg nie wezwał Milika na pomoc. Widno obrona wszędzie sprostała natarciu. U schyłku dnia znowu przy bramie wrzawa wszczęła się taka, że Milik pewny już był, iż zaraz skoczyć przyjdzie. Poderwał wojów, a sam wspiął się na swe miejsce na przegrodzie i dojrzał, jak biją się na kupie rumowiska zagradzającego wejście przez rozwaloną bramę. Kilku cesarskich wojów wdarło się nawet na dziedziniec. Milik już bełt zakładał, by choć z dala wziąć udział w walce, ale zakotłowało się koło nich, więc poniechał, by swojego nie ugodzić. W mgnieniu oka wybito napastników i zapanował spokój. Milik z westchnieniem zszedł na dół. Warczał jak pies, który ze smyczy patrzeć musi, gdy inne duszą zająca.

- Morowa zaraza na nich! Za psami miotać takich wojów. Widno jeszcze za dużo nas na tę cesarską zbieraninę. Świnie im pasać!

Gniew jego zwrócił się przeciw cesarskim. Jeszcze jeden dzień, a minie dla niego sposobność, by utwierdzić swą sławę i łaskę książęcą. Na dobitek niewiasty natrząsać się będą z niego, że gdy one walczyły z jego dorady, on jak dziecina tkwił schowany w najbezpieczniejszym miejscu. Gród chyba opuścić przyjdzie. A o tym myślał z ciężkim sercem.

Ulżyło mu jednak, gdy z zapadnięciem ciemności nadszedł żupan. Twarz żupana spokojna była jak zawsze, ale jakby zmalała i postarzała. Ze zmarszczoną brwią słuchał Rusoty, który dowodził obroną od zachodniej strony. Rusota nie starał się ukryć swego przygnębienia, które przeszło w złość, bo - nie bacząc na Milika i jego ludzi - rąbnął:

- Jeśli mi nie dacie choć z dwudziestu chłopa i tyleż niewiast lubo bodaj wyrostków, sami brońcie tynów od stawu. Aże się na nim roi od tratew i ani chybi tamtędy pójdą uderzenia. A ja ni jednego nie przetrzymam.

Miłosław zmarszczył się. Zdało się Milikowi, że wybuchnie, ale jeno rzucił ostro:

- Ja bronię całego grodu i sam wiem najlepiej, kogo i gdzie postawić.

Żyły nabrzmiały mu na skroniach, widno hamował się. Dodał jednak zgryźliwie:

- Z tych se dobrać możecie, co pod kościołem leżą. Innych nie mam.

- A ci? - warknął Rusota, wskazując na Milika i jego wojów. - Gdy my z nóg lecim, oni bąki zbijają, zęby do białek miast do Niemca szczerząc.

Milik już miał na końcu języka, że obejmie obronę od zachodu. Ale zmilczał, gdy żupan odparł zimno.

- Oni jutro odrobią za trzy dni z okładem. Daj Bóg, by wydolili.

- Coby nie! - wtrącił Milik beztrosko. - Jużem u rąk wszystkie paznokcie poogryzał. Jutro bym chyba u nóg ogryzał, gdyby roboty nie było.

Miłosław spojrzał na niego dziwnie, aż się Milik zmieszał. Widział czy nie widział zajścia z Chwaleną? Ale Miłosław rzekł jeno do Rusoty:

- Machin i pocisków macie, ile strzyma. Porozbijać tratwy, to i natarcie osłabnie.

- Ale po dwie ręce jeno mamy. Kto machiny będzie napinał?

Żupan wzruszył tylko ramionami i odszedł. Milik zaś, zwracając się do swych wojów, rzucił:

- Słyszeliście? Teraz jeść i spać, a jutro...

Nie dokończył, ale dłonią po dłoni przejechał, jakby ją ostrzył. Sam z ochotą wziął się do wieczerzy. Jutro wreszcie pokaże, że potrafi coś więcej, niż zalecać się do niewiast. Może go nawet Chwałka ujrzy przy robocie. Choć lepiej, by nie ujrzała. Tam, gdzie mu walczyć przyjdzie, najcieplej będzie.

Podjadłszy, owinął się w znalezioną derę i usnął natychmiast.

Spał twardo i śniły mu się łowy. Gdzieś z dala doszedł go głos rogu. Serce mu załomotało, pełne łowieckiej ochoty. Pewnie psy zwierza ruszyły. Aż się poderwał na posłaniu, usiadł i oprzytomniał w jednej chwili. Sen pierzchnął, ale róg istotnie słychać było od zachodu. Rusota prawdę mówił, że nie wytrzyma ni jednego uderzenia. Niedołęga!

Ale gdy Milik ze swoimi wojami wypadł pod zachodni mur i ogarnął spojrzeniem, sam nie wiedział, gdzie prędzej rąk dołożyć. Od narożnej baszty do stołbu widział jeno kilkudziesięciu ludzi, a co najmniej tyleż drabin sterczało ponad blanki, świecąc świeżym drewnem. Milik w mgnieniu oka był na murze. Tuż koło niego dwie niewiasty z wytrzeszczonymi z wysiłku oczyma usiłowały odepchnąć bosakami drabinę ugiętą pod ciężarem pnących się po niej wrogów. Przyskoczył, pochwycił za drzewce i pchnął. Drabina przez chwilę wahała się i runęła w tył na strome zbocze. Choć pociski szły chmarą, Milik wychylił się i parsknął śmiechem. Koziołkując po stromiźnie, sypali się woje aż na brzeg stawu. Ale nie czas było się radować, bo inni już podjęli drabinę, by ją na nowo ustawić. Milik chwycił za nabijaną gwoździami belkę i krzyknął na niewiasty:

- Brać! Puścimy im na łby!

Belka poleciała i na dole rozległy się wrzaski, ale Milik nie miał czasu spojrzeć, bo przez gwar walki doszedł go głos rogu, tym razem od wschodniej strony, gdzie dotąd spokój panował. Przekrzykując hałas, wrzasnął do dziesiętnika:

- Okuń! Ostawiam ci dziesięciu chłopa. Radźcie, jak możecie!

Skrzyknął najbliższych i zeskoczywszy z muru pognał ku przeciwległej stronie grodu, nie bacząc nawet, kto za nim podąża. Najtrudniej dostępne z tej strony wzgórze - najsłabiej było obsadzone, a walka wrzała już na tynach. Napastników nie było wielu, bo tylko w jednym miejscu zdołali ustawić drabinę na urwistym stoku, ale przybywało ich - gdyby zaś wdarli się do grodu, mogli wywołać popłoch taki, jaki niegdyś Pobożny utratą Niemczy przypłacił. Milik bez wahania skoczył ku walczącym.

Obrona rozsypywała się już, a rycerz w lśniącym pancerzu, który widno przewodził napastnikom, wskazywał mieczem na furtę przy stołbie, widocznie zamierzając ją opanować. Za nic nie wolno do tego dopuścić. Milik gnał, zdając sobie sprawę, że jego woje nie mogą za nim nadążyć, a każda chwila jest bez ceny. Nim skoczył, spojrzenie jego padło na płonącą beczkę smoły, której widocznie straż nie zdążyła ugasić, zanim nastąpiło uderzenie. Gdy opancerzony Niemiec na widok nadbiegającego podniósł tarczę, gotując się do odparcia ciosu, Milik niespodzianie przystanął i, zaparłszy się o blankę, przewrócił beczkę. Struga płonącej smoły chlusnęła na chodnik pod nogi napastników i ciekła, rozszerzając się z wolna, a płomień chwytał leżące na chodniku belki. Czarny dym przesłonił Niemców, odcinając pnącym się jeszcze po drabinie dostęp, ci zaś, którzy już byli na wałach, zeskakiwać jęli pod mur. Ale już tam nadbiegli woje Milika, a pierzchający obrońcy, widząc, że nadeszła pomoc, zawrócili i w jednej chwili otoczywszy napastników przyparli ich do ściany. Zawrzała krótka walka. Po chwili pod murem leżało już tylko kilka ciał. Jeńców, którzy rzucili broń, kazał Milik babom odprowadzić na stołb i zamknąć w lochu. Sam wspiął się na górę i spojrzał wokół. Na stoku stało kilkudziesięciu wojów, widocznie nie wiedzących, co począć. Milik wskazał na płonące belki i krzyknął na swoich:

- Praskać!

Za chwilę pod murem płonął stos, a napastnicy uchodzili za rzeczkę, ścigani krzykami i pociskami. We wschodniej stronie grodu zapanował spokój. Milik kazał podtrzymywać ogniska w miejscach, gdzie był dostęp pod mur, zabrał swoich wojów i odszedł ku zachodniej stronie. Dwóch było rannych dość ciężko. Z westchnieniem pomyślał, że niewielki jego zastęp zmalał jeszcze. Gdy dotarł do zachodniego wału, zastał tam położenie już opanowane. Odciążeni od bezpośredniej obrony ludzie Rusoty sami wziąć się mogli do machin. Potrzaskane tratwy na stawie wskazywały, iż machiny działają skutecznie. Milik zabrał przeto resztę swych wojów. I tu brakło jednego. Pociął się z Rusotą, który chciał, by mu ich zostawił, i wrócił zadowolony na swe miejsce.

Gdy jednak wspiął się na swą przegrodę, znów ogarnął go niepokój. Od południowej strony uderzenie trwało bez przerwy. Z nadbudówki nad bramą sterczały już jeno zmierzwione belki, wyszczerbione blanki nie dawały ochrony przed pociskami, które szły ulewą. Co chwila na nowo widać było błyski grotów i mieczy na murach, pod nimi leżały już sterty ciał, zapewne i nieprzyjacielskich, bo obrońców wszystkich razem tylu by nie zebrał. Jeśli natarcie przeciągnie się do wieczora, nie będzie komu podnieść ręki z bronią. Miłosław, który sam tu dowodził, twardy jest. Nie wzywa pomocy, choć zdałoby się przez chwilę odetchnąć pracującym ciężko ludziom. Milika aż podrywało, by skoczyć żupanowi z pomocą, ale się powstrzymywał. Miłosław sam wie najlepiej, czy się utrzyma, on zaś może być potrzebny gdzie indziej.

Istotnie, Rusota po południu ponownie wezwał pomocy, ale bez większego trudu udało się odeprzeć wroga. Potem znowu czas wlókł się Milikowi nieznośnie. Odgłosy walki od południowej strony, które przez chwilę jakby nacichały, nasiliły się znowu. Wrzask dochodził już bez przerwy. Milik właśnie zamierzał wspiąć się, by zobaczyć, co się dzieje, gdy z przejścia między domami wynurzyło się dwóch ludzi, wiodąc Miłosława. Żupanowi z ust ciekła krew. Opuścił się bezsilnie pod przegrodą, skinął na Milika, a gdy ten się pochylił ku niemu, wyszeptał z wysiłkiem:

- Bierz wszystkich swoich ludzi i obejmij za mnie obronę. Rób, co zdolisz, by wydzierżyć, póki się da. Nie wydzierżysz - rogiem daj znak i ściągaj się do stołbu. Pośpieszaj! - dodał, widząc, że Milik zamierza o coś pytać.

Krętymi przejściami Milik podążył wraz ze swymi ludźmi. Po drodze od wojaków, którzy przywiedli żupana, dowiedział się, że głaz ugodził Miłosława w pierś. Zrazu zdało się, że legł, bo oddech ze wszystkim stracił, ale potem dychać zaczął, jeno krew puściła mu się ustami. Jeśli go nie zalała od razu, to i wyżyje, ale ludziom serca ubyło, a zda się, że wróg postanowił dziś dobyć grodu. Albo wie, że nadchodzi pomoc, albo się spodziewa, że książę Bolesław tak ważnego grodu bez pomocy nie ostawi.

Milik czuł, że gra idzie o ostatnią stawkę. Wpadł na mury jak w ukrop. Dokoła leżeli ranni i zabici. Pierwszą ujrzał Siestrzawę. Leżała z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczyma, a w piersi jej tkwiła strzała. Milikiem targnął niepokój o Chwałkę, ale nie było czasu rozglądać się. Na mury darły się roje nieprzyjaciół - ostatnia była chwila, by podeprzeć obronę. Gdy zepchnięto pnących się - spojrzał na niebo, by obliczyć się z czasem. Mroczne było od nisko ciągnących chmur, które już opierały się na szczytach wzgórz. Zdałaby się tęga ulewa, by oślizły gliniaste stoki, którędy podprowadzali machiny i pięli się nieprzyjaciele. Ale już trzeci dzień, jak zbiera się deszcz, a jeno mży po trosze.

Milik wszystkich wojów spędził do machin i wnet na gromadzące się znowu zastępy nieprzyjaciół poleciały belki i głazy, zamęt siejąc w szeregach. Niewiastom zaś, ile ich było, kazał znośić belki i beczki ze smołą. Nie dbał już, że zbraknąć może smoły do oświetlenia, grał o wszystko i postanowił ogniem skrócić linię obrony. Jeżeli pomoc nie nadejdzie na przyrzeczony czas, jutrzejszego dnia gród i tak już nie przetrzyma.

Gdy niewiasty schodziły z murów, by wykonać polecenia, Milik stanął przy zejściu. Ledwie poznał Chwalenę. Z rozwianymi włosami, w potarganej odzieży, z pokrwawioną twarzą i rękoma szła, nie patrząc na niego. Uchwycił ją za rękę, mówiąc:

- Rodzic twój wyżyje. Siedzi sam pod przegrodą. Ostań przy nim, bo starunku mu potrzeba.

Oczy opuścił pod jej obcym, rozgorzałym spojrzeniem, gdy odparła:

- O tym myśl, co ci rodzic nakazał.

Wyrwała rękę i odeszła. Milik zawstydził się. Przywykł ją za rozpieszczone dziecko uważać, a ona jego za trzpiota, który urodą tylko podbija serca. Pokaże jej, że pomyliła się. Ze złością poskoczył na górę i własnymi rękoma jął spychać belki i szczątki drewnianych blank za mury. Gdy jeno rozpalono pierwszą beczkę smoły, chlusnął jej zawartość i patrzył, jak ogień chwyta drewno. Nieludzkie ryki rannych, których dosięgnął płomień, zdały mu się jękami potępieńców. Nie zważał na nic. Choćby miał spalić cały gród, a w ostatku i siebie - póki stoi na nogach, nie dopuści do zajęcia Niemczy. Wkrótce kilka ognisk w miejscach najbardziej zagrożonych broniło do nich dostępu, ale też stojących nad nimi machin użyć nie było można z powodu żaru. Milik kazał niewiastom podtrzymywać ogniska, a mężów skupił na krótkim odcinku koło bramy. Spodziewane posiłki tędy jeno przyjść mogą.

Resztki dziennego światła z trudem już przesączały się przez czarną zasłonę coraz niższych chmur, a łuna ognisk podbarwiać je zaczynała czerwienią. W półświetle tym widział gromadzące się na przeciw bramy zastępy nieprzyjaciół, które posuwały się zwarcie. Walka teraz skupić się miała w jedynym dostępnym miejscu. W półmroku trudno już było rozróżnić poszczególnych ludzi, jeno czerwone skry skakały po zbrojach i grotach. Szli w milczeniu, w ciszy słychać było jeno szelest grubych kropel nadciągającej ulewy, które coraz to gęstniały. Świat ogarniała już ciemność, tylko czoło grodu świeciło ponurym, rudym blaskiem smolnych płomieni. Każdy wiedział, że najbliższa chwila będzie rozstrzygająca. Jeżeli uda się odeprzeć i to natarcie, reszta zależy już od tego, czy Stoigniew dotrzyma przyrzeczenia. Jeżeli nie odeprą, nie zdążą nawet schronić się w stołbie. Rozpalone walką ciała prężyły się do ostatniego wysiłku, a coraz rzęsistszy deszcz zmywał znój z twarzy.

Milik ogarnął spojrzeniem swych ludzi. Było ich jeno kilkudziesięciu, a większość od świtu bez przerwy w walce. Zaciężyła mu odpowiedzialność i w piersi poczuł bolesne wahanie. Jeżeli nie wytrzymają, nie będzie nawet czasu dać znak pozostałej załodze, by się wycofała do stołbu. Podniósł róg i opuścił go znowu. Jego głos może być wyrokiem śmierci dla wszystkich, których stołb nie pomieści lub którzy schronić się nie zdążą: na rannych, niewiasty i dzieci. By przeciąć wahania, krzyknął:

- Bij!

Odpowiedziały mu wrzaski z obu stron i ciemna masa runęła ku bramie. Jakby chcąc ugasić walkę ludzi, lunęła fala ulewy, a kłęby pary wraz z dymem przytłumiły blask ognisk. W czerwonym półmroku resztki obrońców zwarły się z gromadami napastników, którzy tłumem parli ku rozwalonej bramie i pięli się przez rumowisko, samym ciężarem spychając garstkę, która stawiała im czoło.

W pierwszym szeregu walczył Milik. Strugi deszczu ślepiły mu oczy. Tarczę wzniósł nad głowę, ale nie potrzebował nawet patrzeć, gdzie uderza. Gęstwa była przed nim. Zadając ciosy, cofał się krok za krokiem, by zyskać miejsce do rozmachu. Walczono w zupełnym niemal mroku, strugi wody zalewały już ogniska.

Milik potknął się i, chwytając równowagę, opuścił tarczę. Nagle jakby tysiąc gwiazd zabłysło mu przed oczyma, tysiąc wichrów zaszumiało mu w głowie, głusząc odgłosy walki. A potem nastąpiła cisza i ciemność. Fala nieprzyjaciół przeszła przez niego i nie słyszał już straszliwej wrzawy, jaka wszczęła się po obu stronach bramy. Wróg wdarł się do grodu, resztki obrońców pierzchały na boki, by wzdłuż tynów dostać się do stołbu.

Ale nim ich dopadli, ten i ów stawał i słuchał, uszom nie wierząc: za bramą wrzała walka, przeraźliwe krzyki tłumiły nawet szum ulewy. Zrozumieli i radość zaparła dech w piersiach niedobitków. Skoczyli z powrotem pod bramę i przecierając oczy, patrzyli, jak w ciemności wlewały się przez nią tłumy. Ponad cichnące już odgłosy walki dźwięczny głos zawołał:

- Kto tu dowodzi?

Po chwili milczenia ktoś powiedział:

- Milik.

- Milik legł - odpowiedział inny.

- Tu Stoigniew. Żupan gdzie?

- Potłuczony. U siebie być musi, na stołbie.

- Prowadźcie mnie do niego.

***

Po nocnej zlewie dzień wstał bez chmurki. Ze szczytu stołbu wzrok ogarnąć mógł ogromną przestrzeń kraju. Ale Stoigniew patrzył zrazu na krzątających się w dole wojów, a potem skierował spojrzenie za rzeczkę. Na łączce za nią rozeznał stanice Lutyków. Gród opasany już był dokoła. Ale tymczasem panował spokój. Stoigniew zwrócił się do Miłosława:

- Cesarz z Lutykami i Oldrzychem już nadszedł. Ale zda mi się, że będziemy mieli dłuższy oddech. Zbyt drogo zapłacili, dyfając jeno liczbie.

Miłosław z twarzą bladą i podkrążonymi oczyma siedział na blance muru. Wysilonym głosem odparł:

- Mało brakło, a starczyłoby, aby gród wziąć. Sami teraz raczycie objąć obronę? Słaby jestem, ledwo na nogach ustoję.

- Nie - odparł Stoigniew. - Kto orał i siał, niech zbiera. Wytrzymaliście najgorsze, teraz już się o gród nie lękam. Kniaź Bolko nadejdzie w ślad za cesarzem. Trzeba będzie jeszcze pomocy - dostaniemy.

- Najgorsze wytrzymał Milik - odparł Miłosław.

- Kniaź i jemu nie zapomni. Zresztą Milik bez duszy leży.

- Myślicie, że wyżyje?

- Nos ma jeno przetrącony i twarz rozciętą. Ale od tego się nie umiera.

- On by wolał życia zbyć niż urody. Prawdę rzec, za kieckami jeno gonił. Choć go knieżyc Mieszko zalecał, anim się po nim nie spodziewał, by taki twardy był.

Stoigniew jednak zdał się już myśleć o czym innym, bo zapytał:

- Czy prócz rzeki i stawu cesarscy mają inną wodę?

Patrzył na staw pokryty drzazgami rozbitych tratew. Pojono właśnie konie, które zwłóczyły pnie widocznie na budowę nowych. Miłosław odparł:

- Są źródełka, ale daleko i nieobfite. Nawet w Ślęzy na tyle wojsk wody nie starczy, zwłaszcza że susza idzie. Dlaczego pytacie?

Ale odpowiedzi nie dostał, bo w tej chwili z zapadni wychyliła się głowa Biegana, który z pewnym podnieceniem powiedział:

- Poseł cesarski stoi pod bramą i domaga się widzenia z dowódcą grodu.

- Przywieść go na stołb - odparł Stoigniew, a zwracając się do żupana, dodał:

- Pozwolicie, że ja z nim pogadam. Mam ja parę słów rzec cesarzowi.

Miłosław skinął głową i zeszli do świetlicy. Po chwili przy wejściu rozległy się głosy i wszedł Biegan, oznajmiając:

- Jego przewielebność biskup Arnulf od cesarza. Biskup wkroczył dumnie w towarzystwie dwóch rycerzy. Na widok Stoigniewa zmieszał się wyraźnie, zaczął jednak wyniośle:

- Cesarz jako pan wszego chrześcijaństwa oszczędzić chce niepotrzebnego krwi przelania. Obwieścić mi polecił, że zezwala wyjść z grodu każdemu z bronią i mieniem, bezpieczeństwo poręczając.

- Wżdyśmy dopiero przyszli - odparł Stoigniew. - Choć spocząć wypada.

Arnulf udał, że nie rozumie kpiny, i dodał:

- Nie nam pilno. Namyślicie się, przyjeżdżajcie.

- Dzięki za łaskawość, alem niedawno dopiero cesarską gościnę opuścił. Jeśli się namyślam, to czy was jako zakładników nie zatrzymać, jakoście wy niedawno opata Tuniego zatrzymali.

- Widzę, że nadal judzić jeno umiecie, by układom przeszkodzić - odparł Arnulf dostojnie, ale przybladł wyraźnie.

- Kniaź Bolko nadciąga - odparł Stoigniew. - Sposobność macie z nim się układać, gdy zaś ja tu siedzę, tedy i przeszkadzać nie będę.

- To nie moja sprawa ni wasza. Jeno sądzę, że nawet z wami uładzić się wydolę: poległych chcieliśmy uczcić chrześcijańskim pogrzebem. Przypomnę wam, że gdy przed dwoma laty biskup Eido w takiejże sprawie do waszego pana się odniósł, nie tylko przyzwolenie, ale i pomoc uzyskał. Sami zresztą widzicie, że upały idą, a już ninie złe powietrze od zwłok aż tu zalatuje.

- Mniej tu na górze niż u was na dole, tedy o nas się nie troskajcie. Czy i pogańskich Lutyków chrześcijańskim chcecie uczcić pogrzebem, jako że z wami przeciw nam wojują? Niemieckiej krwi cesarz chce oszczędzić, dlatego pogan przeciw chrześcijanom wiedzie. Niemców tedy, nie chrześcijaństwa jest panem. I to go słuchać nie chcą - dorzucił lekceważąco.

Arnulf poczerwieniał i odparł ostro:

- Ja waszej odpowiedzi cesarzowi nie powtórzę, bo jątrzyć go nie chcę, by słusznemu pokojowi nie przeszkodzić.

- Tedy, by nie obciążać swego sumienia, pismo weźmiecie do cesarza.

Stoigniew wstał i wyszedł. Po dłuższej chwili wrócił i wręczając biskupowi zaopatrzony pieczęcią zwitek pergaminu, powiedział:

- Nic tam nie ma, czego byście już nie wiedzieli. A może i to wiecie, że Mieszko Oldrzychowi Czechy pustoszy, Michał Awdaniec zaś na Łużycach Białą Górę oblega. Niechże tedy cesarz baczy, by wracać miał kędy, gdy się namyśli w pokoju nas ostawić.

- Wielkie jest wasze zuchwalstwo - odparł Arnulf. - Baczcie wy, byście głowę stąd unieśli.

- Głowa moja tedy niech wam stanie za porękę, że noga wasza tu nie postoi. Ani nawet poselska, bo w lochu zatrzymam, jako mnie trzymano - zakończył ostro.

Biskup skłonił się sztywno, a Stoigniew polecił go odprowadzić, sam zaś wyszedł z Miłosławem na wały, by robót przy umocnieniach doglądać. Na całym grodzie ruch panował. Cieśle naprawiali zniszczone blanki, budowali nowe machiny i wznosili nadbudówkę nad bramą. Od wschodu szedł lekki powiew, lecz chociaż tam najmniej zwłok leżało, niósł i stamtąd mdłą woń rozkładających się ciał. Miłosław zapytał:

- Czemu nie zwoliliście, by zwłoki pogrzebali? Za kilka dni jeść się nie da od smrodu.

- Bez jedzenia łacniej wydzierżyć niż bez picia. Pogrzebiemy je sami. Każdemu trupowi kamień do szyi i w wodę. Cesarskim na zdrowie.

***

Henryk, wysławszy część swych wojsk celem zajęcia Niemczy, sam na drugi dzień nadciągnął za nimi, opasując gród dokoła. Lutycy stanęli od wschodniej strony, oddzieleni od reszty wojsk rzeczką, której bezpieczniej było nie przekraczać, bowiem mimo przymierza panowała z dawna zakorzeniona wzajemna wrogość i nieufność.

Cesarz miał już wiadomość o napaści Mieszka z morawskimi wojskami na Czechy i to go właśnie skłoniło, że - zaniechawszy zamiaru wkroczenia do Wielkiej Polski - całym wojskiem ruszył z Głogowa na Niemczę, zwłaszcza że nalegał na to Oldrzych, grożąc, że w przeciwnym razie odejdzie własnego kraju bronić. O napaści natomiast na Łużyce Henryk nie wiedział, a gdyby niała pomyślny dla Bolesława przebieg, cesarz znaleźć by się mógł - jak przed dwoma laty - bez możności odwrotu. Zdobycie Niemczy było koniecznością, by drogę przez Czechy utrzymać. Dotychczasowe jednak niepowodzenia wywołały rozdwojenie wśród cesarskich doradców, a zniechęcenie wśród wojska. Zwłaszcza wśród saskich dostojników nie brakło takich, którzy wspominali wzajemne korzyści przymierza, jakie ongiś zawarła cesarzowa Teofano z Mieszkiem, a Otto III z samym Bolesławem, i przebąkiwali o konieczności zakończenia wojny oraz zmiany stosunku do Polski. Cesarz jednak uparty był, a liczył jeszcze, że działania kijowskiego Jarosława na wschodzie, a węgierskiego Stefana na południu zmuszą wreszcie Bolesława do uległości. Wysławszy tedy biskupa Arnulfa, siedział przed swym namiotem w otoczeniu lenników - kościelnych, z arcybiskupem mogunckim Archinbaldem, i świeckich z czeskim Oldrzychem na czele. Nie zagajał narady, albowiem przedmiot jej zawisł od odpowiedzi, jaką przyniesie Arnulf. Toteż z niechęcią spojrzał na magdeburskiego Gerona, który zagadnął:

- Radzić mamy, jak dobywać Niemczy, zali jak kończyć tę wojnę, która nas tu trzyma, gdy gdzie indziej ważniejsze są sprawy, a niepowodzenia obniżają jeno cesarską powagę.

W odpowiedzi wyręczył cesarza Oldrzych, który, hamując gniew, odpowiedział:

- Zda mi się, że najbardziej powadze cesarskiej ubliża zuchwalstwo lennika, który do posłuszeństwa nagiąć się nie chce. Ta zaś wasza troska o ważniejsze sprawy zda mi się jeno troską o własną prowincję kościelną.

- Nawet gdyby i tak było, nikt nie mógłby czynić mi z tego zarzutu, gdy na skutek ciągłego niepokoju na wschodzie sufragani moi z Hawelbergu i Miśni tułać się muszą, stolic swych wyzbyci. Wam ta wojna potrzebna, bo gdyby Bolesław przy Śląsku i Łużycach się utrzymał, wasz stolec książęcy zawsze na chwiejnych stać będzie nogach.

- Gdyby zasię i to prawda była - gniewnie odparł Oldrzych - nie wam czynić mnie zarzuty. Ninie ci najwięcej o pokoju mówić radzi, którym strach, by im cesarz nie przypomniał, że majętnością swą mu poręczyli posłuszeństwo Bolesława, gdy szło o wypuszczenie Mieszka, którego ja pojmałem i lepszą poręką był niźli wasze zapewnienia.

Cios był zuchwały a celny, wśród cesarskich bowiem dostojników nie brakło takich, którzy za swe poręczenie wzięli od Bolesława pieniądze. Dlatego milczeli teraz i nikt już nie poruszył podniesionej przez Gerona sprawy. Natomiast merseburski Ditmar, który taką nienawiść żywił do Bolesława, że nie umiał bez przezwisk mówić o nim, wtrącił:

- Zda mi się, żeśmy tu po to przyszli, by Niemczy dobyć i zetrzeć plamę, jaka pamięć w Bogu spoczywającego Ottona kala, że ze sługi panem uczynił pyszałka, który nikogo już nad sobą uznawać nie chce.

- Radźmy tedy o wojnie - wtrącił palatyn Burchard, który niedawno ranę odniósł w bitwie z Bolesławem. - Nie żałowałbym swojej krwie, gdyby na darmo nie poszła. Ale żal i cudzej, gdy nią szafować bez potrzeby. Niemcza umocniona jest, pięściami jej nie weźmiem, liczbą też nie, skoro dostępna jeno w niewielu miejscach. Wieże zbudować należy, które by przewyższały umocnienia. Tarany, balisty i sprzęt wszelki przygotować i dopiero wówczas do działania przystąpić.

- Stary Mieszko ojcu memu Niemczę wydarł, niewiele mając sprzętu, którego przygotowanie czasu dużo zająć by musiało - wtrącił Oldrzych.

- Ludzi macie zadość, tedy odbierajcie ją sami - odparł Burchard. - Ja swoich na zatratę nie dam.

- Zda mi się, że przedwcześnie się spierać - wtrącił pojednawczo bamberski Eberhard. - Wpierw należałoby powrotu brata Arnulfa doczekać. Gród znacznie uszkodzony, straty też musiał mieć niemałe, może przez dowódcę głos rozsądku przemówi.

Henryk, który dotychczas w niechętnym milczeniu przysłuchiwał się przymówkom, teraz uciął:

- Arnulf każdej chwili wrócić winien. Gdy Niemczę będę miał w ręku, Bolesław sam zacznie mówić o pokoju.

- Biskup wraca już - odezwał się graf Wilo.

Jakoż zza kępy krzów rosnących za stawem ukazał się oczekiwany. Z dala już twarz jego zdradzała, że z wyniku poselstwa nierad. Gdy przystąpił, Henryk, wskazując mu miejsce, zapytał:

- Co przynosicie?

- Wiadomość, że Awdaniec Białą Górę na Łużycach oblega. I że tu Stoigniewa spotkałem. Starczy to za odpowiedź. A oto pismo jego.

Merseburski Ditmar aż oczy wzniósł ku niebu i westchnął:

- Czyż wszędzie spotykać musimy tego franta, kłamcę i mąciciela pokoju?

- Obaczymy, co pisze - rzekł cesarz gniewnie i skinąwszy na kapelana swego, Dytryka, wręczył mu pergamin.

Dytryk rozłamał pieczęć i, przebiegłszy pismo oczyma, zaczął:

"Jeżeli wolno tak powiedzieć, nie tracąc łaski królewskiej: czy jest to dobrem prześladować chrześcijan, a przyjaźnić się z ludem pogańskim? Co za zgoda Chrystusa z Belialem, co za zrównanie światła z ciemnością? Jak mogą zgodzić się diabeł Swarożyc i wódz świętych, nasz Maurycy? Jakim czołem schodzą się razem święta włucznia i godła pogańskie, karmione krwią ludzką? Czy nie wierzysz w grzech, o królu, gdy główa chrześcijaństwa, co hańba powiedzieć, kroczy pod godłem demonów?..." (Cytat z listu Brunona do cesarza Henryka II)

- Dość! - krzyknął cesarz. - Ten zuchwalec drwić z nas się ośmiela!

Wyrwał pergamin z ręki kapelana, zmiął go i deptał nogami w nagłym napadzie wściekłości. Niektórzy z doradców patrzyli ze zgorszeniem na cesarskie niepohamowanie. Nie darmo był synem Kłótnika. Archinbald moguncki jednak, nie kryjąc wzburzenia, odezwał się:

- Rozumiemy, panie, że rozgniewać was mogło zuchwalstwo tego, jak mówi brat Ditmar - franta. Aleć to słowa nie jego, jeno brata naszego, Brunona, Bożego męczennika, który ani chybi na ołtarze wyniesiony zostanie. Rozumiemy konieczność działania, ale na pogardę te słowa nie zasługują.

Henryk powściągnął się. List ten w swoim czasie niemało napsuł mu krwi i dobrej sławy w chrześcijaństwie. Przypomnienie go teraz, gdy znowu ramię w ramię szedł z poganami, przeciw czmu burzyli się nie tylko duchowni, ale nawet prości rycerze, było wetknięciem kija w mrowisko, a przypomnienie ze strony tego, który na każdym kroku kłody rzucał cesarzowi pod nogi, odczuł Henryk jak policzek. Wstając, powiedział:

- Gdybym miał i połowę wojsk wytracić, muszę dobyć Niemczy, choćby po to, by tego łotra dostać w ręce. I poganom go wydam, by jego krwią nakarmili swego bożka.

Odwrócił się i wszedł do namiotu. Pozostali siedzieli w milczeniu, które przerwał Burchard:

- Tedy i wiemy, o czym radzić! Połowę wojsk? To znaczy połowę nas i naszego rycerstwa.

- Tak się mówi w prędkości - wtrącił się dziewierz cesarski, bawarski Henryk. - Ale wierny lennik sam ujmuje się za obrazę swego pana.

- Cóż za obraza słowa niemieckiego biskupa powtórzyć? - wtrącił Eberhard bamberski.

- Quod licet Iovi, non licet bovi (Co wolno Jowiszowi, nie wolno wołowi) - odparł oczytany Ditmar pouczająco, ale szpetna twarz ułomnego człowieka poczerwieniała zaraz od złości, która nachodziła go, ilekroć tylko pomyślał o Bolesławie. Nie znosił w ogóle ludzi, którzy wybijali się siłą własną bez łaski cesarskiej, jak on, i dodał porywczo:

- A ktokolwiek pozostaje w służbie tego ryczącego zwierza, nie jest niemieckim dostojnikiem, lecz wrogiem cesarstwa.

Patrzył znacząco na grafa Ekkeharda, wyraźnie do niego kieryjąc te słowa. Ale zaczepiony odparł wyzywająco:

- Czy odrzekacie się także brata waszego Wernera? Wiadomo, że potajemnie jeździł do Bolesława, zapewne nie w pobożnej pielgrzymce do grobu świętego Adalberta.

Słowa padały coraz ostrzejsze. Wzajemna złość, zawiść i nieufność aż kipiały, zaczynały latać obelgi. Oldrzych słuchał zmieszany. Przerwał w końcu:

- Zważcie, wasze czeście i wielebnoście, że zuchwalec ten tylko pana dotknąć zamierzał, słowa Brunona powtarzając. Oto jak wygląda nasza narada, która na celu miała obmyślenie środków, jak Niemczy dobyć i wyprawę, takim trudem i kosztami podjętą, doprowadzić do chwalebnego końca.

Pohamowali się i umilkli, sapiąc jeszcze z podniecenia. Po chwili palatyn Burchard powiedział:

- Ja rzekłem już, co myślę, i tego nie zmienię. A jeśli wam spieszno Niemczę odebrać, dość macie wojsk, by samemu przypuścić uderzenie. Ani cesarz, ani nikt z nas się nie sprzeciwi i niech was święty Jerzy wspomaga.

Wstał i odszedł. Inni też rozchodzić się zaczęli. Arnulf rzucił za nimi:

- Wiele dałby ten przechera, gdyby wiedział, jaki jest skutek jego pisma.

- A więcej jeszcze cesarz, gdyby go w ręce dostał - dorzucił Ditmar, po czym zwrócił się do Oldrzycha:

- Macie sposobność panu się przysłużyć, a sobia zarazem. Próbujcie!

- Spróbuję iście - odparł Oldrzych.

Znał ludzi i wiedział, że ktoś musi zacząć działać. Gdy raz zacznie się walka, wypadki potoczą się własnym rozpędem. A tak wszystko może się rozpłynąć w jałowych kłótniach i wzajemnych wyrzutach.

***

Zarówno Burchard, jak i Ditmar mieli słuszność. Cesarz nie tylko nie sprzeciwił się czeskiemu uderzeniu, ale nagrodę przyrzekł za głowę Stoigniewa. Oldrzych w trzy dni pokończył przygotowania i o pogodnym świcie letniego dnia ruszyły czeskie zastępy, przeszły niemal bez strat zasypaną już poprzednio fosę i piąć się jęły pod górę, dla ochrony od pocisków niosąc płotki z trzciny wodnej.

Męstwo i zaciętość przemagały się z obu stron. Koło południa udało się nawet Czechom wtargnąć na wały koło wschodniej baszty i opanować ją, wyciąwszy załogę. Ale Miłosław głowy ni serca nie stracił i, choć z kosturem jeszcze miast miecza, sam poprowadził przeciwuderzenie na czele tarczowników i wymiótł napastników za wały, a ci z nich, którzy byli w baszcie zamknięci, widząc, że odwrót mają odcięty, rzucili broń. Natarcie się załamało. Znużeni upałem i zniechęceni Czesi wymieniali jeszcze z grodem pociski i obelgi, ale Oldrzych, widząc, że nic już nie wskóra, a ludzi traci daremnie, przed zachodem słońca wycofał wojska. Tym razem gród nie czynił przeszkód w wydaniu poległych. Smród bijący ze stawu dawał się we znaki nawet na górze, jeńcy zaś zeznali, że w cesarskim wojsku zaczęły się choroby, mimo że wodę na jego potrzeby czerpano tylko z rzeczki powyżej grodu, która wysuszona upałem nie mogła dawać wiele. Cesarz wprawdzie nakazał wyławiać zatopione zwłoki, ale staw odcięty od przepływu przez zasypanie fos cuchnął nadal i nawet konie pić z niego nie chciały. W obozie od smrodu wytrzymać było trudno, tak że nocami wielu wymykało się pod wiatr, bo zaduch nie pozwalał spać. Zdarzało się, że nie wracali. Albo sprzykrzyło im się oblężenie, albo - jak przypuszczano - wpadli w ręce podjazdów Bolesława, który główną siłą stał jeszcze we Wrocławiu, ale nadejść mógł każdej chwili.

To skłaniało cesarza, by przyspieszyć przygotowania, uderzenie zaś Oldrzycha prócz szkód i strat wyrządzonych w grodzie miało i ten skutek, że przekonało innych lenników, iż uda się może ubiec gród, jeśli uderzenie należycie przygotować i nie żałować trudu ni krwi. Niemniej każdy wolał szczędzić swych ludzi, ale tym pilniej wzięto się do przygotowań. Gdzie była ścieżka między bagienkiem a rzeką, ścielono drogę z okrąglaków, na Ślęzy przerzucono kilka mostów, a nad brzegiem stawu znowu bielały tratwy. Uderzenie ze wszystkich stron naraz rozproszyć winno obronę, główne jednak natarcie iść musiało od południa, tam też naprzeciw bramy pracowały największe gromady przy budowie oblężniczej wieży.

Na grodzie także wrzała praca, ale Stoigniew, choć snuł się po nim we dnie i w nocy, nie mieszał się Miłosławowi do jego zarządzeń. Niemało natomiast czasu poświęcał rannym, umiejąc tamować krew, usuwać złą gorętwę i składać złamane członki. Ze zdziwieniem, ale i z wdzięcznością spoglądano na wysokiego dostojnika i książęcego krewniaka, który nikomu potrzebującemu nie odmówił żadnej, nawet babskiej posługi, a rękę miał lżejszą od niewieściej. Korzystał z pomocy jego zwłaszcza Milik, który, wróciwszy do zmysłów, nie pozwalał niczego koło siebie robić niewiastom. Stoigniew, który nakazał mu leżeć spokojnie, sam musiał go karmić. Usługi Stoigniewa zdały się upokarzać Milika, który nigdy o nic nie prosił, natomiast wyrywał się z łoża, tak że gdy jeno zamknęła się rana, Stoigniew, choć niechętnie, wstać mu pozwolił.

Na chwiejnych nogach wywlókł się Milik na pole. Straszliwa blizna od czoła przez nos aż do brody naznaczyła go na zawsze. Złamany nos zrósł się nieforemnie, rozcięte usta wykrzywiły się jakby w drwiącym uśmiechu, ukazując wyszczerbione zęby. Ale Milikowi bynajmniej nie do śmiechu było ni drwin. Od wyrostka nawykł, że oglądały się za nim niewiasty. Teraz, gdy obejrzała się która, to w oczach jej widział jeno litość, która go drażniła. Usiadł pod ścianą kościółka i patrzył na świeżą mogiłę, pokrywającą kości wielu towarzyszy. Gorycz przelała się w nim, gdy z kościoła wyszła Chwałka. Zdało mu się, że jeszcze wypiękniała. Już ją miał zagadnąć po staremu, gdy oczy jej padły na niego. Zobaczył w nich współczucie, ale wyraźnie go nie poznała. Milik wstał, odwrócił się bez słowa i ująwszy kostur powlókł się na wały. Wolałby leżeć pod darnią. Przynajmniej dziewczyna wspomnieć by go mogła takim, jak był poprzednio.

Na wałach wrzała praca. Codziennie między grodem a oblegającymi latały pociski, którymi obrońcy starali się przeszkadzać przygotowaniom, a napastnicy niszczyć umocnienia i wzniecać pożary, rzucając baryłki z płonącą smołą i rozżarzone głownie. W czasie panujących upałów zmuszało to obrońców do ustawicznej czujności i zlewania wodą szmat i skór, którymi pokryte były drewniane budowle przy wałach.

Szczególnie od południowej strony oblegający miotali bez przerwy głazy na bramę i baszty. Miłosław kazał przeto obłożyć bramę i blanki trocinami w skórzanych worach, które łagodziły uderzenia, a sam również odpowiadał pociskami. Z troską jednak patrzył na rosnącą poza ich zasięgiem wieżę. Wznosiła się coraz wyżej, dochodząc już osiemdziesięciu stóp. Miłosław polecił nawet zbudować machinę o szczególnej doniosłości, którą zamierzał spalić wieżę, ale teraz widział, jak dla zabezpieczenia od ognia okładano przednią stronę wieży skórami. Rozmyślał właśnie, co poczynać, gdy stanął koło niego Stoigniew. I on myślał o tym samym, bo po chwili milczenia odezwał się:

- Trzeba się tego pozbyć.

- Ba! Jeno jak? Wypad chyba zrobię.

- Strzec muszą dobrze. Prędzej by chytrością jeden człowiek uradził. Tymczasem poczekajmy,aż drewno przeschnie. Lepiej się będzie paliło.

- Nie wiem, zali czasu starczy. Wieża już niemal gotowa.

- Znam takowe wieże. We wnętrzu najmniej drugie tyle roboty. Na nią mamy czas. Zda mi się, że wcześniejszą będziemy mieli sprawę.

Patrzył na przedpole i dodał:

- Lutycy zza Ślęzy przenoszą obóz na tę stronę. Przymierze przymierzem, a nienawidzą się wzajem z Niemcami i dlatego ich rzeczką rozdzielono, by bójkom zapobiec. Teraz cesarz pewno pogańskiej krwi będzie chciał upuścić, skoro chrześcijańskiej szczędzi. Albo słowiańskiej - dorzucił zjadliwie - bo czeskiej już upuścił.

- Lutycy mężni są, a biegli zarówno w budowie umocnień, jak i ich dobywaniu - powiedział Miłosław w zamyśleniu.

- Dostoim - odparł Stoigniew. - Ale iście lepiej, by odeszli. Pomyślę o tym.

Miłosław spojrzał na niego pytająco, ale wojewoda odwrócił się i odszedł w kierunku narożnika, gdzie stał Milik. Przystanął koło niego i obaj patrzyli na przygotowania cesarskich.

- Cni się bez walki? - zagadnął Stoigniew.

- To i co, że się cni? Kostur oto ledwie utrzymam w ręku. Ledwom się przywlókł ze stołbu, i to nogi trzęsą się pode mną - westchnął Milik z goryczą.

- Młodyś, tedy niecierpliwy. Siły wrychle ci wrócą, skoro jeść już możesz wszystko. Życie przed tobą.

- Wolejbym go zbył - odparł Milik odwracając twarz, by nie pokazać, że szklą mu się oczy. Potem powiedział:

- Wybaczcie! Dziękować wam winienem za starunek.

- Nie dla twej podzięki to czyniłem - odparł Stoigniew. - Ale życie nie po to człeku dane, by nim igrał, a zbył go, gdy się zecni - dodał surowo.

Milik, zmieszany, milczał, Stoigniew zaś ciągnął:

- Młodemu nieraz z byle głupiej przyczyny zda się, że żyć nie chce. A gdy iście życie oddać przyjdzie, zawaha się.

- Ja się nie zawaham - wybuchnął Milik. - Ale do walkim niezdolny, a obwiesić się - grzech.

- Są takie sposoby walki, do których sił nie trzeba. Przyjdzie pora, przypomnę ci, coś rzekł. Obaczym, czy mężem jesteś, który zna samego siebie, czy niewieściuchem, co się jeno nad samym sobą użala.

Stoigniew odszedł, zostawiając Milika w zadumie.

Spodziewane uderzenie Lutyków odciągało się i żupan sądził już, że cesarz zwleka, by, pokończywszy przygotowania, uderzyć całą siłą. Choć przeto nie ze wszystkim jeszcze doszedł do sił, zbierał się uczynić wycieczkę, by zniszczyć przygotowania, a zwłaszcza groźną wieżę. Czekał tylko na noc chmurną lub bezksiężycową. Pogoda jednak była przejrzysta jak woda, a nów wypadał dopiero za kilka dni. Z niepokojem patrzył na podsuwające się do grodu ze wszystkich stron ziemne roboty i już postanowił nie zwlekać dłużej z wypadem, gdy przed świtem trzeciego dnia od rozmowy ze Stoigniewem zbudziły go wrzaski z wałów, zwiastujące, że wszczęła się walka. Pewny niemal, że to cesarz przypuścił ogólne uderzenie, porwał miecz i hełm i - nie bacząc, że dech mu jeszcze zapiera - pobiegł na wał. Pociski już szły ze wszystkich stron, furkotały belki, huczały głazy. W półświetle wstającego dnia, z dala widoczne, leciały wysokimi łukami baryłki z płonącą smołą, wlokąc za sobą czarne warkocze dymu, które długo stały w spokojnym powietrzu, jakby siecią ogarniając gród. Tu i ówdzie w grodzie istotnie pokazały się płomienie, ale gasły zaraz, widno obrona była na miejscu. Wkrótce wszelkie blaski zgasiło promienne słońce, które, wychyliwszy się zza wzgórz, wzbijało się szybko.

Żupan, dobiegłszy do bramy, zastał tam Stoigniewa. Zresztą kto jeno żył w grodzie, był już na nogach. Nawet ci z rannych, którzy zwlec się mogli z nar, wylegli teraz, by ile jeno sił w kalekich członkach pomoc dać towarzyszom. Wszyscy sądzili, że cesarz uderzył całymi siłami i wszystkie też siły wytężyć należy, by udaremnić uderzenie.

Ale uderzyli tylko Lutycy, a cesarz kazał jeno poprzeć ich natarcie ze wszystkich stron grodu, by jak największą ilość obrońców odciągnąć od południowej strony. Stał teraz w otoczeniu swych wasali, patrząc z bezpiecznej odległości, jak poganie, okrzyknąwszy na cześć Swarożyca, z szaleńczą odwagą ruszyli i w mgnieniu oka dotarłszy pod wały piąć się jęli na nie. Mimo odległości, w jaskrawym świetle porannym poznać można było niemal każdego człeka. Zdało się też Henrykowi, że wśród obrońców rozeznaje Stoigniewa. Zwracając się do otoczenia, powiedział:

- Poganie czy nie poganie, a oto są już na wałach. Zda się, że dziś skończymy. - Zwracając się zaś do Burcharda, dodał:

- Mniemam, że i wam po sercu ludzi swych oszczędzić, gdy z fałszywymi chrześcijanami poganie walczą.

- Jużci, że wolę, ale nie wiem, czy będzie tak, jak mówisz, królu - rzucił palatyn, patrząc na wały. Jak odbita od brzegu fala, po stoku spływały właśnie ścigane pociskami gromady wojowników, a z blanków zeskakiwali ci, którzy już wdarli się na nie. Mało który z nich jednak do swoich dopaść zdołał.

Ale już naprzeciw uchodzących nadchodziła druga fala, zagarniając ich swym pędem. Pod stanicą z wyobrażeniem Swarożyca biegł sam Mszczuj, by nie dać obrońcom wytchnienia. W tej chwili jednak wszyscy spostrzegli, że nad bramą wzniósł się krucyfiks. Rzeźbiona w lipowym drzewie, nie poczerniała jeszcze postać Chrystusa górowała nad wszystkimi rozpiętymi ramionami, zdając się bronić dostępu Swarożycowi.

Tak musieli to zrozumieć rozjuszeni Lutycy, bowiem na widok krzyża kto jeno z nich miał w ręku łuk lub procę, miotać jął pociski na chrześcijańskie godło. Widać było, jak trzaski sypią się z drewna, a potem jak postać Chrystusa przekrzywiła się i zwisła na jednym ramieniu. Jeszcze chwila, a krzyż przechylił się i zniknął, jakby ustępując przed Swarożycem, którego wizerunek na wysokiej stanicy ukazał się na wałach. Archinbald odwrócił się i rzekł głośno:

- Nie wiem, zali to są prawdziwi chrześcijanie. Ale wiem, że prawdziwym ani patrzyć na to nie przystoi.

Odszedł, a Henryk z niepewnym uśmiechem, który miał być drwiący, odezwał się:

- Jedno i drugie drewno, w którym nie masz krwi.

- W hostii świętej też nie ma krwi - odparł wzburzonym głosem Gero. Inni milczeli, ale żaden nie patrzył na cesarza. Zresztą uwagę ich odwrócił niezwykły wrzask, jaki wszczął się na wałach. Wizerunek Swarożyca przechylił się i runął w dół wraz z dzierżącym go człowiekiem. Za bóstwem swym jeden za drugim sypali się pogańscy wojownicy, unosząc swą świętość, której utrata za największą hańbę uchodziła. Poza zasięgiem pocisków dźwignięto znowu w górę stanicę i Mszczuj zaczął sprawiać szyki, ale teraz i cesarz wstał, by odejść. Zbliżały się już skwarne godziny, a przestał wierzyć, że poganie jednym uderzeniem zdołają skończyć sprawę. Zapewne zresztą wytchnąć zechcą przed nowym natarciem. Palatyn Burchard potwierdził myśl cesarza:

- Nie wiem, zali naszej krwie oszczędzimy.

- Obrońców od tego nie przybyło - mruknął niechętnie Henryk - a Niemczy muszę dobyć. Pokończym przygotowania, sami uderzym.

Odwrócił się i odszedł do swego namiotu. Słońce już prażyło nieznośnie. W namiocie duszno było, ale dawał trochę cienia. Cesarz kazał go otworzyć na przestrzał i podać posiłek.

Pożywiał się z roztargnieniem, więcej pijąc, niż jedząc. Burzył się na swych lenników, a wściekłość na Stoigniewa ściskała mu gardło. Gdyby nie przypomnienie listu Brunona, nikt zapewne nie miałby zastrzeżeń przeciw użyciu pogan, choć powszechnie nienawidziło ich zwłaszcza wschodnie rycerstwo i duchowieństwo. Zbyt wiele już od pokoleń w ziemię ich wsiąkło niemieckiej krwi.

Od tych rozmyślań oderwała Henryka wrzawa, która wszczęła się znowu. Pewny, że to Mszczuj po raz trzeci uderzył, wyszedł z namiotu, by spojrzeć na walkę. Ale na stoku pod bramą prócz rozrzuconych ciał nie było nikogo, natomiast w obozie nad rzeczką przewalały się tłumy, czymś widno wzburzone, bo wrzask dochodził stamtąd coraz większy.

Cesarz właśnie zamierzał posłać giermka, by się wywiedział, co zaszło, gdy w pędzie przypadł graf Wilo i z konia jeszcze krzyknął:

- Pośpieszcie, panie! Jeszcze chwila, a nasi wdadzą się z poganami w bitwę!

- Co się stało?! - krzyknął cesarz.

Kazał co prędzej podać sobie konia, a tymczasem graf Wilo opowiadał:

- Chytrze to wróg umyślił, by przeciw Swarożycowi wizerunek naszego Zbawiciela wystawić. Skoro nasi ludzie ujrzeli, jak poganie na niego miotają pociski, jęli się burzyć. Gdy Lutycy wracali, któryś z naszych kamieniem cisnął w ich bożka i nos utrącił. Poganie rozsrożyli się i do broni wzięli, szczęściem naszych niewielu było i uciekli.

- To znowu tego przeklętnika dzieło - warknął cesarz przez zaciśnięte zęby.

Doskoczył podanego mu konia i pognali. Nie było daleko i w porę przybyli, by powstrzymać ludzi Gerona, którzy już skrzyknęli się, by na Lutyków uderzyć. Wzajemna zajadłość wybuchnęła zaraz płomieniem jak sucha mierzwa od podrzuconej przez podpalacza iskry. Miotano plugawe obelgi na lutyckiego bożyca. Cesarz, dopadłszy, ujrzał, jak dostojnicy z trudem usiłują powstrzymać rozjuszonych ludzi, lutycka starszyzna zaś szykuje swoich do odejścia. Co uczynią, wróciwszy do kraju, nietrudno było się domyślić.

Cesarz wysłał grafa Wilona do Mszczuja z poleceniem, by go zapewnił, że ręczy mu za bezpieczeństwo i wzywa na rozmowę w celu obustronnego załagodzenia sprawy. Zsiadł z konia i udał się do najbliższego namiotu, gdzie u merseburskiego Gerona zastał też Poppona trewirskiego i bremeńskiego Unwana. Posłał po bliżej stojących świeckich lenników i czekał.

Z dala widać było, jak graf Wilo, stojąc w gromadzie starszyzny lutyckiej, żywo z nią rozmawia. Henryk odetchnął, gdy odłączyło się od gromady kilku ludzi i zmierzało w jego kierunku. Po siwej, krótkiej, kędzieżawej brodzie poznał między nimi samego Mszczuja.

Nadszedłszy, Lutycy stanęli w milczeniu, bez powitania nawet, ponurym spojrzeniem obrzucając cesarza i jego dostojników. Henryk, udając, że tego nie spostrzega, ozwał się pojednawczo:

- Wielce bolejemy nad tym, co się stało, ale to przecie nie powód, byście zerwali zaprzysiężone przymierze przeciw wspólnemu wrogowi.

- Nie wiem, kto i czyim jest wspólnym wrogiem - odparł Mszczuj. - Aleć to wiem, że myśmy przymierze na tegoż Swarożyca poprzysięgli, któregoście znieważyli. Tedy więcej gniewny byłby za dotrzymanie jej bluźniercom niż za złamanie.

- Co tam jeden głupi pachoł uczynił, tego nam przypisać nie lza - odparł Henryk. - Każde zaś bóstwo można przebłagać.

Arcybiskup Unwan splunął nieznacznie, Henryk jednak udał, że tego nie zauważył, a Poppo, hamując się widocznie, zwrócił się do Mszczuja:

- Samiże wasi zawinili, wizerunek Pana naszego pociskami obrzucając.

- Nie ma zniewagi w bitwie - wtrącił namiętnie jeden z wodzów lutyckich, Nakon. - Niech bogowie walczą z sobą. Ale dziećmi lub niewiastami bylibyśmy, swego obrażać zezwalając.

- Czego żądacie - przerwał cesarz niecierpliwie - by waszego boga przebłagać?

- Za zniewagę bóstwa płaci się krwią, jako i u was - odparł Mszczuj. - Wydajcie tego, co je znieważył, byśmy go, jak jest obyczaj, na oczyszczalną ofiarę spalili. Wtedy możemy ostać, inaczej - nie.

Duchowni spojrzeli po sobie ze zgrozą, ale Henryk, uprzedzając ich wystąpienie, machnął ręką ze złością; sam wiedział, że nie może wydać pogańskiej pomście biskupiego woja, jeśli nie chce wzniecić buntu we własnym wojsku. Powiedział do Mszczuja:

- Czy wspólny wróg waszemu Swarożycowi nie urągał? Nad wrogiem ja wam dam pomstę, która boga waszego, ani chybi, przychylnie dla nas usposobić winna; wydam wam wszystkich jeńców, jakich weźmiemy w grodzie.

- Tedy nie odejdziemy, jeno poczekamy, aż wy gród weźmiecie - złośliwie wtrącił trzeci z wodzów, Mestwin. - Ale tymczasem to oni naszych jeńców mają, a między nimi bratanka mego.

- Za kilka dni pokończę przygotowania i uderzymy wszystkimi siłami - odparł Henryk niecierpliwie. - Ani chybi, gród padnie tym łacniej, im więcej sił będzie.

- Swarożyc zna przyszłość, nie my - odparł Mszczuj. - Ale nie przebłagany odmówi nam swego błogosławieństwa. Ani się kapłani czekać nie zgodzą.

- Dam im dwanaście funtów srebra, by ubłagali chociaż o cierpliwość - odparł Henryk ze złością.

Niemiły mu był targ w obecności chrześcijańskich dostojników kościelnych o łaskę pogańskiego bożyca i przychylność jego wyznawców. Chciał go skończyć jak najprędzej. Lutyccy wodzowie naradzali się szeptem. Mszczuj odpowiedział:

- Jeśli zaraz zapłacicie - ostaniemy. Ale w walce weźmiemy już udział jeno społem ze wszystkimi wojskami. I mamy wasze cesarskie słowo, że wszyscy jeńcy nasi?

- Macie - odparł Henryk z ulgą. - Srebro zaś skarbnik zaraz wam odwiezie.

Wyszedł z namiotu i dosiadłszy konia odjechał. Nie chciał teraz słuchać, co o tej sprawie myślą arcybiskupi. Ale wiedział.

***

Lutycy zajęli z powrotem swój obóz za rzeczką, by prości woje nie stykali się ze sobą, co mogło na nowo wywołać zajście, miejsce zaś Lutyków naprzeciw bramy zajęły saskie zastępy grafów Zygfryda i Ezikona.

Przygotowania widocznie miały się ku końcowi i Miłosław z rosnącym niepokojem patrzył na wieżę. Na szczycie jej, na ruchomym, wysuwanym pomoście ustawiono już machiny, które z tej wysokości znacznie powiększyły swój zasięg, zwlekano pociski i beczki ze smołą. Nów wypadał następnej nocy, ale pogoda utrzymywała się i Miłosław postanowił nie odkładać już koniecznej wycieczki. Odszukawszy Stoigniewa, powiedział do niego:

- Wolej mi chociaż i stu ludzi stracić, a wieżę spalić, niż wszystkich razem z grodem. Jutro, bez ochyby już, sam ludzi powiodę.

- Zasię lepiej jednego niż stu - odparł Stoigniew. - Ja spróbuję dziś.

- Nijak się na to zgodzić nie mogę - żachnął się Miłosław. - Kniaź by mi łacniej stratę i tysiąca wojów lub zgoła grodu wybaczył...

- Ale nie dla tego, żem krewniak - uśmiechnął się wojewoda - jeno że mu krwi oszczędzić umiem; i swojej też nie chcę oddać bez potrzeby - dorzucił. - Nie powiedzie się mnie dziś, jutro wy spróbujecie. Tak postanowiłem - uciął, widząc, że Miłosław jeszcze się zbiera sprzeciwić.

- Zwólcie chociaż, bym z ludem z wałów wyszedł ochronę dać, gdyby was ścigali - próbował jeszcze przeprzeć swoje żupan, ale wojewoda odparł:

- Starczy, jeśli na wałach będą czuwali, by mi drabinę podać, gdy będę wracał. A kogo mi będzie potrzeba, sam dobiorę.

Miłosław odszedł niespokojny. Nie miał mocy powstrzymać wojewody, a nie wierzył w powodzenie jego przedsięwzięcia. Nawet we dnie straże stały koło wieży, od jeńców zaś wiedział, że cesarz cenę wyznaczył za głowę Stoigniewa. Jeśli wpadnie w niemieckie ręce, ani go wykupić, ani wymienić.

Stoigniew natomiast, spokojny jak zawsze, szedł wałem i patrzył na nieprzyjacielskie przygotowania. Widocznie już były na ukończeniu. Nowych robót nie wszczynano, poprawiając tylko uszkodzenia, jakie niemal codziennie czyniła w nich grodowa załoga. Na północnym krańcu wału spotkał Milika. Przystanął koło niego i obaj patrzyli na leżący w dole staw. Po chwili milczenia wojewoda zagadnął:

- Widzę, żeś już do sił przyszedł, skoroś się pchał do walki z Lutykami.

- Gdzie mi tam do dawnych sił - odparł Milik. - Cięciwy do brody nie dociągnę, tedy bełt nie tylko pancerza, ale nawet skórzanego kubraka nie przebodzie. Ni głazu sporego dźwignąć, bo mi we łbie ćwierka, ni hełmu mieczem rozbić...

Machnął ręką i urwał. Stoigniew zapytał:

- Tedy po coś się pchał do walki?

Gdy Milik odwrócił w milczeniu oczy, wojewoda dorzucił cicho:

- Śmierci szukasz?

Nie otrzymawszy i teraz odpowiedzi, ciągnął:

- Pytam, czyś się nie rozmyślił. Ale iście namyśl się dobrze, nim odpowiesz, bo nie pytam darmo. Jakobyś wyrok miał wydać na samego siebie, a bez rozwagi czynić tego nie lza. Chcę, byś sam siebie zrozumiał.

Patrzył na Milika przenikliwie i podjął:

- Chcę i ja ciebie zrozumieć. Ułatwmy sobie wzajem: widziałem, że Chwalena cię szuka. A ty jej unikasz.

- Ona się i nad kulawym psem lituje - wybuchnął Milik z goryczą. - A mnie nawet nie poznała, gdy ujrzała pierwszy raz, kiedym się z wyra dźwignął...

- Juści, żeś się zmienił - wtrącił wojewoda.

- Zmieniłem się - zaśmiał się Milik z przymusem. - Widzę ci, jak i inne na mnie spozierają: żal im mojej gęby jako rozbitego garnka, co dobry był, a ninie już jeno na śmietnisko...

- Czy to najważniejsze? - zapytał wojewoda.

Milik spojrzał na piękną jeszcze, choć przywiędłą twarz Stoigniewa i pomyślał, że i za nim musiały oglądać się niewiasty, nie słyszał natomiast, by się z którą uwikłał. Nawet żony nie pojął. Wstyd było Milikowi wprost odrzec, że nic mu po życiu bez białek. Powiedział niechętnie:

- Żyć się nie chce, gdy nic człeka nie raduje.

- Jeśli tak iście, nie lepiej ci to żywot oddać, zyskując sławę i zasługę, niźli darmo?

Milik pobladł, lecz odparł bez namysłu:

- Za nic mi wszystko. Aleć zrobię, co każecie.

- Tedy skoro zmierzchnie, bądź gotów. Będę czekał pod bramą. Wieżę zniszczyć musimy.

***

Stoigniew odszedł, zostawiając Milika pogrążonego w zamyśleniu. Dziwnie się świat odmienia, gdy go żegnać przychodzi. Milik niemal cały dzień spędził samotnie na szczycie stołbu Patrzył jakby skądś z dala i jakiś żal ściskał mu gardło. Wspomnieniem przechodzi całe swe krótkie życie, w które wpadł rozhukany jak młody źrebak na łąkę kwiecistą, gdy wiosną po raz pierwszy stado na zieloną paszę wypuszczą. Śmierć znał od wyrostka, nieraz przechodziła koło niego, wiedział, że i jego może poścignąć, ale w to nie wierzył. Jeśli nawet myślał o niej, to bardziej z ciekawością niż z trwogą. Igrał z życiem, zarówno walkę jak miłość mając za zabawę, w której szastał nadmiarem sił, nigdy nie docierając do ich kresu. A starczyło jednego ciosu, by odmieniło się wszystko, jakby kartę odwrócił: poznał, co to bezsiła, gdy ręka własna zda się ciężarem nie do dźwignięcia, gdy nogi unieść nie chcą wychudłego ciała, a odgryzienie kęsa osuchy jest bolesnym wysiłkiem, gdy głód skręca wnętrzności. Tak musi wyglądać starość. Milik wiedział, że siły mu wrócą, bo przybywało ich z każdym dniem. Ale z równą pewnością wiedział, że nie wróci utracona uroda. Nigdy już w oczach niewiast nie ujrzy zachwytu, do którego nawykł jak król do hołdów. Jedyna może matka ucałowałaby z miłością zeszpeconą jego twarz. Ale nie ma jej już. Inna niż macieżyńska miłość nie sięga głębiej niż po gładką skórę. Teraz o takiej miłości myślał z gorzką pogardą. Ale w sobie czuł pustkę i chłód, z którymi żyć się nie da. Żałował, że w czasie ostatniej walki hełm miał na głowie, który złagodził cios. Teraz byłby już wolny od czekania na śmierć jak skazaniec.

Dzień wlókł mu się nieznośnie, jak na złość dziwnie spokojny. Nieprzyjaciel, zapewne już gotowy do ostatecznego uderzenia, nie chciał tracić sił na codzienną walkę bez wyniku. Tak rozumiał to i Miłosław i również od południa zarządził zaniechanie wszelkich działań, by ludzie należycie wypoczęli przed walką i przygotowali się do niej. Niemniej czas sunął nieubłaganie i Milik ze stołbu patrzył już na pogodny zachód, który krasił świat wszystkimi barwami, ukazując piękno, jakiego Milik nie dostrzegał dotychczas. Jakby blaski słoneczne utkwić chciały w oczach, nim nieprzenikniona ciemność ogarnie je na zawsze; aż powieki zapiekły Milika, że przymknąć je musiał. Gdy je otworzył po chwili, ostatni wycinek słonecznej tarczy barwy rozżarzonego złota chował się właśnie za dalekimi górami. Tylko zorze stały jeszcze na niebie, ale wieczorny chłód dreszczem przeniknął jego ciało. Milik odwrócił się i zszedł na dół.

Przy wyjściu z wieży spotkał wojewodę, który zapytał krótko:

- Gotowyś?

Gdy Milik jeno głową skinął, dorzucił:

- Z broni weźmij jeno nóż, a żaru w łubowej almarze z suchym mchem, byśmy się krzesaniem bawić nie musieli. Gdy zmierzchnie, czekam przy bramie.

Odwrócił się i odszedł.

Zorze długo jeszcze stały na niebie. Resztki ich gasły właśnie, gdy Milik wyszedł ze swej gospody i chodnikiem wzdłuż zachodniego wału skierował się ku bramie. Pusto było, tylko na wałach stały straże. W grodzie panował spokój i aż dzwoniąca w uszach cisza. Kroki Milika dudniły po dranicach, a pogłos ich oddawały ściany budynków. Mimo zapadającego zmroku spostrzegł z dala jakąś drobną postać. Gdy zbliżył się, poznał Chwałkę. Stała, jakby na coś czekając. Gdy minąć ją chciał bez słowa, zapytała cicho:

- Nawet nie pożegnasz się ze mną?

Coś go za gardło ścisnęło, ale odparł, siląc się na drwinę:

- Dziw, żeś mnie o ćmie poznała, skoro nie poznałaś przy słońcu. Może by mnie w nocy i ucałowała która na pożegnanie, skoro gęby nie widać.

Mimo mroku dostrzegł, jak twarz jej zaszła krwią. Odparła przez zaciśnięte wargi:

- Ja nie...

Skoczyła za węgieł poprzecznej uliczki. Może mu się zdało, że słyszy szloch, ale machnął ręką ze złością i ruszył dalej. Płakać jest łatwiej niż umierać. Litości nie trzeba mu od nikogo. Ale z wysiłkiem czynił każdy krok, jakby wlókł jakiś ciężar. Dotarłszy do bramy, obejrzał się, szukając Stoigniewa. Z wnęki koło furty dochodził szept. Gdy się zbliżył, drgnął i zatrzymał się. To Miłosław rozmawiał z jakimś niemieckim rycerzem. W półmroku świecił złoty łańcuch na szyi Niemca, złotolite obramowanie długiej do kolan szaty, spiętej na prawym ramieniu wielkim guzem, oraz pas ze złoconych klamer, na którym zwisał frankoński miecz w bogato zdobionej pochwie. Ktoś znaczny musi być.

Milik wiedział, że Stoigniew ma wśród cesarskich dostojników przekupionych ludzi, i w sercu jego zaświtała iskierka nieuświadomionej i nieśmiałej nadziei, że Stoigniew odstąpi od zamiaru spalenia wieży samemu, a osiągnąć to zamierza zdradą. Ale iskierka zgasła, nim miała czas rozpłomienić się, gdy nieznajomy rycerz skinął na niego i powiedział półgłosem:

- Pójdź! Zmówić się musimy, jak swego dopiąć.

Teraz Milik poznał w obcym Stoigniewa i zrozumiał niemal jego zamierzenie. Ze zmarszczoną brwią słuchał, zimny już i twardy w sobie. Gdy Stoigniew skończył, skinął jeno głową i wręczył mu łubowe pudełko z żarem. Nie odezwał się nawet, gdy po otwarciu furty Miłosław podał mu rękę i szepnął, usiłując ukryć wzruszenie:

- Żegnaj! Żalu nie miej do mnie. Nie znałem cię. Nie w głowni, lecz w brzeszczocie wartość miecza, a tę poznaje się w walce.

Milik oddał żupanowi uścisk, ale nie odrzekł nic, bo przeżuwał gorycz. Teraz już Miłosław nie potrzebowałby mu do Chwałki przeszkadzać. Ale to wszystko już przeszłość. Przed nim jeno śmierć, obyż choć w walce. Stoigniew przestrzegał go, by się ze sobą policzył. Nie powiedział jednak, jaka czeka go śmierć. Teraz Milik omal nie krzyczał, że nie chce. Ale mu już jeno wybór między hańbą a śmiercią. Zacisnął zęby i ruszył przodem, lękając się, że w ostatniej chwili nie potrafi się przemóc. Byłby biegł, gdyby wojewoda nie chwycił go za rękę, szepcząc:

- Podejść musimy niepostrzeżenie jak najbliżej, inaczej obaj darmo zbędziem żywota.

- A tak zbędę jeno ja - syknął Milik, ledwo panując nad sobą.

- Ale nie darmo. Ważne, by wieżę spalić, a czy wrócim obaj, jeden czy żaden - za jedno. To tylko w przyszłości pewne, że kiedyś umierać trzeba. Ale nikt nie wie, gdzie i kiedy kości złoży. A lękasz się, nic mi po tobie. Pójdę sam.

Milik miast odpowiedzi wyrwał rękę i ruszył. Umilkli, bo zbliżali się już do miejsca, gdzie za dnia stały straże. W zupełnej ciemności na tle dalekich ogni obozu majaczyła wieża. Posuwali się teraz niezmiernie wolno, by nie zaszeleściła gałązka czy nie stuknął potrącony kamień. Dokoła leżały rozrzucone głazy i belki, którymi Miłosław z machin usiłował dosięgnąć wieży. Zatrzymywali się co chwila, nasłuchując, czy jakiś ruch lub głos nie zdradzi obecności straży. Milik nie widział nic, ale Stoigniew musiał coś dostrzec, bo znowu chwycił go za rękę i skręcił ku rzeczce. Przed nimi ciemniejsza od otoczenia czerniła się rozpadlina wymyta przez spływające ku Ślęzy opadowe wody. Zsunęli się do niej i posuwali się teraz jeden za drugim, mijając wieżę. Zaczynały się nie stratowane zarośla, których pas dochodził, od wschodniej strony, na kilkadziesiąt kroków do machiny. Wspięli się z powrotem na równy już brzeg i Stoigniew szepnął:

- Bądź gotów. Idź, jakbyś był sam. O mnie nie myśl, jeno jak wieżę podpalić.

Milik zacisnął zęby i nie odrzekł nic. Wydobył nóż i ruszył od krzewu do krzewu, przystając za każdym z nich, wypatrując i nasłuchując. Wiedział, że musi natknąć się na straż, ściskał w garści broń, ostatnią nadzieję, że uda mu się zginąć w walce. Nie śmierci się lękał, ale bezsilnego czekania na nią, by zginąć z ręki oprawców. Zarośla kończyły się już, od celu był o kilkanaście kroków, ale nie widział nikogo. Przez mgnienie oka zaświtała w nim nadzieja, że zaniechano straży - wieżę zdoła podpalić i zbiec. Zawahał się, czy pozostałej odległości nie przebyć skokiem. Wytężając oczy, Milik wychylił się zza krza i serce stanęło w nim na chwilę. Stał oko w oko z wojakiem. Mimo mroku widział jego wytrzeszczone z zaskoczenia oczy. Zamachnął się i rozpoczęty krzyk skonał jakby pianiem zarzynanego koguta, które zburzyło ciszę. Milik rzucił się na leżącego, by zdusić ten głos, ale w tej chwili ktoś przycisnął go kolanem, wydzierając broń z ręki, i posypały się straszliwe klątwy w niemieckim języku. Jeszcze usiłował wyszarpnąć się, gdy z wieży wybiegło kilkanaście ciemnych postaci. Liczne dłonie uchwyciły miotającego sie jak szaleniec Milika i przycisnąwszy twarzą do ziemi, wiązały mu ręce na plecach, wykręcając ramiona. Osłabł i nie stawiał już oporu. Gdy go postawiono na nogi, pociemniało mu w oczach i zatoczył się. Już po wszystkim, byle nie darmo. Jak przez szum ulewy słyszał głos Stoigniewa, który klął i płazował strażników, rozkazując jednym przeszukiwać krze, innym zaś odprowadzić jeńca do obozu.

Milik szedł, zataczając się. Po gwałtownym wysiłku wciąż jeszcze tańczyły mu przed oczyma czarne i czerwone płaty. W głowie miał pustkę zupełną, świeża blizna rwała go nieznośnie, każde potknięcie odzywało się w niej bólem. Z oszołomienia wyrwało go dopiero zachowanie strażników. Jeden z nich znienacka obalił go na ziemię i siadł na nim, inni zaś pędem kopnęli się z powrotem.

Leżąc, Milik oprzytomniał i otworzył oczy. Spojrzał i serce załomotało mu w piersi: szczyt wieży, który poprzednio zamazywał się na tle ciemnego nieba, odcinał się teraz nasilającym się w oczach czerwonym poblaskiem, a po chwili - ukoronowany warkoczami płomieni - oświetlił kłęby czarnego, smolistego dymu, jakie wywijały się w spokojnym powietrzu, podbijane żarem. Jednocześnie koło wieży wszczął się wrzask; nasilał się i rozszerzał, zda się, razem z pożarem, który widno spostrzeżono już i w obozie, bo kto żył, pędził na ratunek.

Ale nie było co ratować. Zanim tłum dobiegł z bosakami i wiadrami, ogień objął już cały górny pomost, a stojące na nim beczki ze smołą zaczęły się rozpadać, gdyż z góry kapały na ściany raz za razem ogniste łzy, obejmując wieżę soplami płomienia, które pięły się z powrotem ku górze, łącząc się w jedno z głównym buchającym coraz wyżej ogniskiem. Cała wieża rozjarzyła się jak olbrzymi słup, a płomień buchał pod niebo, krwawą łuną oświetlając okolicę. Czerwone błyski zagrały na stawie, a huk ognia górował nawet nad wrzawą, jaką czyniły biegnące zewsząd gromady.

Starszyzna, widząc już, że wszelki ratunek niemożliwy, spędzać jęła tłum w obawie, że nieprzyjaciel może wykorzystać zamieszanie. Wkrótce dokoła olbrzymiego ogniska, w jakie zapadła się wieża, uczyniło się pusto i stos płonął samotny. Koło północy płomień zaczął przygasać i tylko pojedyncze języki ognia wyskakiwały chwilami z pogorzeliska, które pokrywać zaczynał coraz grubszy osad popiołu; słabo przeświecał jeszcze rudziejący żar, ale i ten poblask zniknął w półświetle wstającego dnia i jeno czerniawe dymy snuły się jeszcze długimi pasmami nad doliną Ślęzy. O wschodzie wstał lekki powiew i zegnał je. Rozwiały się jak nadzieja Henryka na rychłe i pomyślne zakończenie oblężenia. Wysiłek trzech tygodni zmienił się w stertę siwego popiołu.

***

Gdy postacie odchodzących rozpłynęły się w mroku, Miłosław, oddech niemal wstrzymując, słuchem śledził drogę Stoigniewa i Milika. Syknął gniewnie, gdy usłyszał szmer lekkich kroków. Poznał Chwałkę i palec na ustach położył. Stali w milczeniu, ale żaden już głos nie zdradzał ruchu,. Żupan wiedział, że wojewoda z towarzyszem iść musi niezmiernie ostrożnie. Ale choć zazwyczaj spokojny i opanowany, nie był daleki od tego, by wbrew zakazowi Stoigniewa zabrać ludzi i wyjść w ślad za nim. Nie nawykł biernie czekać na wypadki, a teraz, gdy szło o najwyższą stawkę w jego życiu, zdany był na bezczynność.

W rozterce między obawą a nadzieją czas dłużył się żupanowi nieznośnie. Choćby najostrożniejsi, już winni być koło wieży. Muszą się natknąć na straże i nie obejdzie się bez walki, a walka bez odgłosu. Ale w dzwoniącej w uszach ciszy żupan słyszał jeno przyspieszony i nierówny oddech Chwałki. Domyślał się, co ją tu trzyma. Ale czy wyprawa powiedzie się, czy nie, Milik i tak nie wróci. Przynętą ma być w pułapce, którą cesarskim zastawia Stoigniew. Miłosławowi żal się uczyniło Milika. Ciężka śmierć może go czekać. Cesarz nie omieszka wywrzeć swego gniewu na sprawcy udaremnienia swych zamierzeń. Chyba że w ręce dostanie Stoigniewa. Ale o tym żupan wolał nawet nie myśleć, tym bardziej jednak żal mu było córy. Przedtem zdało mu się, że Milik podoba się jej z urody jako i innym niewiastom. Ale ninie niewiele zostało z otroka, który jeno zamęt wprowadzał na grodzie. A może dlatego właśnie zapadł głębiej w serce Chwałki, że pościgło go nieszczęście. Ale czyż to nieszczęście dla męża stracić urodę w walce? Żupan wzruszył ramionami. Stary już jest i nie rozumie tych spraw, zresztą ważniejsze zaprzątają mu głowę. I na boleść córy jeno bezradnie patrzeć może.

W miarę jak czas płynął, wzrastał niepokój Miłosława. Żupan wysilał wyobraźnię, by odgadnąć, co mogło być przyczyną zwłoki, a zarazem przywoływał doświadczenie, które mówiło, że w walce możliwe jest wszystko. Starczy, by któryś z idących nogę skręcił w ciemności, aby zgoła udaremnić przedsięwzięcie, niecierpliwość zaś wydłuża czas.

Nagle Miłosław drgnął. Od strony wieży doleciał jakiś niepewny odgłos, potem wyraźny już krzyk, zaraz potem zmieszany gwar. Pod Miłosławem zadygotały nogi. Jeżeli zamierzenie Stoigniewa powiodło się, w najbliższej chwili żupan winien dostrzec blask płomienia. Wytężał oczy aż do bólu, a serce łomotało w nim jak nigdy jeszcze. Chciał, ale nie śmiał wierzyć, by się powiodło. Jeszcze zdało mu się, że łudzi go wysilony wzrok: niepewną linią szczyt wieży oddzielił się od ciemnego nieba. Miłósław chwycił córę za rękę:

- Widzisz co? Mów!

Ale nie widziała nic, bo zalane łzami oczy przesłoniła ręką. Nie trzeba zresztą było jej potwierdzenia. Czerwony blask nasilał się, już widać było błyski płomienia. Jeszcze krótka jak mgnienie oka chwila niepokoju - czy nie zgaśnie. Ale szczyt wieży płonął, a ogień schodził ku jej dołowi. Tego nie ugasi już nikt. Żupan przygarnął córę.

- Nie lutaj! Patrz!

Olbrzymi płomień wydobył z ciemności zarysy grodu i stojących na wale ludzi. Kogo jeno nie trzymał obowiązek, biegł patrzeć. Szmer tłumu przybierał jak szum nadciągającej fali, poczucie ulgi wzbierać zaczynało okrzykami, ale żupan pohamował je zaraz, rozkazując gapiom zejść z wałów. Na radość czas jeszcze. Choć i jemu największa troska spadła z piersi i odżałował już Milika, ale nie był jednak wolny od niepokoju o Stoigniewa. Musiał być gotów na wszystko. Furtę polecił otworzyć, wojom kazał przygotować się do wyjścia, sam zaś stał, znowu wytężając oczy. Ale jaskrawe światło pożaru ślepiło je, nie pozwalając nic rozeznać na zrytym rowami, zarzuconym belkami i głazami stoku. Znowu żupan liczył chwile, uspokajając się tym, że może Stoigniew przyczaić się musiał, aż uspokoi się ruch panujący dokoła wieży. Roiło się przy niej jak przy mrowisku, które ktoś ogniem zaprószy. Potem wieża runęła i miliony iskier wzbiły się pod niebo, a światło pożaru zaczęło przygasać. W tej chwili Miłosław już całkiem blisko dostrzegł jakąś postać pochyloną pod wielkim brzemieniem.

Jeszcze stał niepewny, czekając na zawołanie, ale Chwałka już biegła do furty. Poskoczył za nią. I w nim zaświtała myśl, że Stoigniew niesie rannego Milika. Ale jeno wojewoda wszedł w ciemną wnękę bramy, cisnął na ziemię niesionego człowieka i odsapnąwszy powiedział:

- Jeniec! Zaspał w wieży. Byłby spłonął, a nam się przydać może. Jeno ogłuszony.

Chwałka uchwyciła się za włosy.

- Nad nim mieliście zmiłowanie, jeno nie nad Milikiem!

- Poniechaj, dziewczyno - warknął Miłosław. Ale potulna zazwyczaj Chwałka zdała się nawet nie słyszeć. Wargi jej latały, gdy niemal krzyczeć zaczęła:

- I siebie zdołaliście ocalić... jeno nie mojego...

Miłosław rękę na ustach córy położył, ale odtrąciła ją gwałtownie i rzuciła się do kolan Stoigniewa:

- Ratujcie go! Mówią, że wszystko możecie - głos jej nabrzmiały był łzami. - Albo ubijcie i mnie! - krzyknęła z rozpaczą.

Stoigniew stał bez słowa. Miłosław uchwycił córkę pod ramiona i, oderwawszy od kolan wojewody, powiódł słaniającą się ku stołbowi. Nie mówił nic, bo co było rzec? Radość z pomyślnego wyniku przedsięwzięcia przytłumiła troska o córę. Jej nic pomóc nie może.

Gdy Miłosław oddalił się, Stoigniew przez chwilę stał w milczeniu. Potem skinął na wojów i wskazując leżącego jeńca rozkazał:

- Ocucić go, a gdy do zmysłów wróci, przywieść do mnie na gospodę.

Stał jeszcze i patrzył na przygasający pożar. Ruch dokoła zgliszcz uspokajał się. W cesarskim obozie przywrócono już spokój i ład. Zapanowała cisza, sen znowu ogarnął wybitych z niego podnieceniem. Tylko grafowie Zygfryd i Eziko, których ludzie straż trzymali koło wieży, nie zaznali jeszcze spoczynku. Rano sprawiać się przyjdzie przed cesarzem, a gwałtowny jest. Trzeba znaleźć ofiary dla jego gniewu.

Każdy zresztą, kto obawiał się własnej odpowiedzialności, szukał ofiary. Rycerz Wilhelm, który dowodził strażą, bił i lżył dziesiętników, oni z kolei kopali i wyzywali knechtów i długo trwało, nim zamieszanie uspokoiło się na tyle, że Eziko zdołał ustalić, iż jakiś nie rozpoznany dostojnik przyłapał skradającego się do wieży polańskiego woja w chwili, gdy ten ubił strażnika. Jasne było, że wojak przedtem wieży podpalić nie mógł, gdy dokoła stały czujki, a w samej wieży spali strażnicy.

Stary graf Zygfryd siedział przed namiotem, otępiały i bezradny, ale bystrzejszy Eziko przesłuchiwał ludzi i wpadł wreszcie na ślad. Skoro wieży podpalić nie mógł pojmany jeniec, uczynić to musiał ktoś inny właśnie w chwili, gdy straż w wieży, obudzona hałasem, na rozkaz nieznanego dostojnika rozbiegła się na poszukiwania. Polańskich wojów musiało być tedy więcej. Jednego ze strażników nie można się było doliczyć. Eziko przez chwilę powziął podejrzenie, że to on, przekupiony, mógł podpalić wieżę, ale po namyśle odrzucił ten domysł: Polanie nie potrzebowali w takim wypadku skradać się do niej. Eziko kazał sprowadzić jeńca, by go przesłuchać. Ale knechci, którzy z kolei szukali ujścia dla własnej złości, pobili go tak, że otworzyła mu się świeża blizna na ustach i wargi zapuchły mu, że nie mógł mówić. Eziko kazał go tedy opatrzyć i pilnować jak skarbu, by choć tę ofiarę zachować dla cesarza. Zdany nadal na domysły, wpadł na to, że jedynym człowiekiem, który był przy wybuchu pożaru, a jeszcze nie podał, co wie o nim, był ów nieznany dostojnik. Przeto jeno szaro się uczyniło, Eziko po kolei zaczął obchodzić wszystkich znaczniejszych ludzi, pytając się, kto pojmał polańskiego woja. Choć niewątpliwie nie było powodu taić swej zasługi, jednak nie przyznał się do niej nikt. Eziko upewnił się w podejrzeniu, że nieznany dostojnik był właściwym sprawcą pożaru.

Koło południa Eziko, wezwany do cesarza, podał wyniki dochodzeń i podzielił się podejrzeniem. Henryk kazał sprowadzić jeńca, który tymczasem przyszedł nieco do siebie i na pierwsze zapytanie odpowiedział, że dostojnikiem był przebrany Stoigniew. Ku zdziwieniu Ezikona, Henryk, miast wybuchnąć gniewem, ozwał się zjadliwie:

- Tego obwiesia kołem łamać każę przed grodem, by wiedzieli, co ich czeka, gdy go zajmę. A Stoigniewa dołapię choćby spod ziemi i tak z nim poigram, że dzieci będą mną straszyć.

Milik rozumiał niemiecką mowę i na czoło wystąpiły mu kropelki potu, opanował się jednak i rzekł zuchwale:

- Stoigniewowi możecie odkazywać, gdy odbudujecie wieżę, cośmy spalili. Do tego czasu dzieci z waszych przegrażań śmiać się będą. Mamy i my waszych jeńców, i koło też się najdzie.

Milik umyślnie rozeźlić chciał Henryka, by go zaraz ubił, ale na twarzy cesarza zjawił się jeno zły uśmiech:

- Niedługo śmiać się będą. Iście szkoda mi swoich na pomstę wydawać. Ale obiecałem jeńców wydać Lutykom. Niechże ich ofiarują swemu bogu, by go za obrazę przebłagać. Ty zaś pewny bądź, że grodu dostanę i żywa noga zeń nie ujdzie. Czemuż się nie śmiejesz?

***

Nawet cesarskim dworzanom groźba Henryka wobec poniesionej klęski zdała się przechwałką. Stoigniew zaś tym mniej zważał na to, co by cesarz z nim uczynił, gdyby go dostał w swe ręce, że myśl jego zaprzątała zgoła inna troska. Niemal od rana wypytywał niemieckiego jeńca o wszystko, co tylko mogło mieć wpływ na dalszy przebieg oblężenia. Skończywszy, kazał Niemca odprowadzić do lochu, a przywieść jednego z Lutyków.

Straż przy furcie koło stołbu zdziwiona była, gdy wojewoda, nadszedłszy z jeńcem, kazał otworzyć furtę i wypuścić pojmanego. Jeniec jak szczygieł, któremu otwarto klatkę, nie obejrzawszy się, popędził ku rzeczce, przebrnął ją i dopadł swoich. Strażnicy stracili go z oczu, gdy wmieszał się w gromady wojów, uwijające się po obozie w jakimś podnieceniu.

Na dziedziniec, na którego środku tkwiła stanica z wizerunkiem bożka, zwłóczono bierwiona. Oblężeni sądzili zrazu, że poganie zamierzają budować jakąś nową machinę. Ułożono je jednak w stos przed stanicą, dokoła którego jaskrawą bielą zalśniły w słońcu szaty kapłanów, wojownicy zaś rozstąpili się, czyniąc wolną przestrzeń. Zapewne poganie składać będą ofiarę Swarożycowi.

W grodzie tymczasem panowało radosne podniecenie, jak gdyby wróg już odstąpił. Imiona Stoigniewa i Milika były na wszystkich ustach. Mężowie pod niebo wynosili ich męstwo, niejeden zazdrościł Milikowi sławy. Niewiasty natomiast użalały się nad nim, a nawet burzyły przeciw wojewodzie, że go na przepadłe zostawił. Gdy ten zjawił się jednak na wale, by spojrzeć, co się u Lutyków dzieje, pierzchnęły z przesądną trwogą, patrząc na niego z dala. Stoigniew nie zwracał jednak uwagi na coraz liczniejszy tłum gapiów. Zdał się czekać na coś. Istotnie po dłuższej chwili obecni spostrzegli, jak z lutyckiego obozu wyszli dwaj ludzie z zielonymi gałęziami w rękach i skierowali się do mostku na Ślęzy, gdzie zatrzymawszy się, jęli powiewać witkami. Na wałach nastąpiło poruszenie: poselstwo!

Ciekawość paliła wszystkich jak płomień, z czym poganie przychodzą. Gdy Stoigniew, który widocznie czekał na nich, wyszedł samotnie przez furtę i przez chwilę rozmawiał z posłami, zagotowało się od domysłów. Mężowie przypuszczali, że wojewoda usiłuje przeciągnąć Lutyków na swoją stronę lub przynajmniej skłonić do odejścia, i niejeden ofuknął nawet niewiasty, które twierdziły, że sprawa dotyczy Milika. Gdzie by się Stoigniew, który najważniejsze sprawy wojenne ma na głowie, zajmował jednym wojem! O własną głowę nie dba, gdy trzeba ją postawić. Ale niewiasty uparte były i po całym grodzie rozniosła się wieść, że Milik wraca. Powtarzano ją z ust do ust jako pewną i na wale od strony lutyckiego obozu zgromadziły się tłumy w pełnym napięcia oczekiwaniu.

Nie dotarła tylko wieść do Chwałki, którą Miłosław po całonocnym czuwaniu i wybuchu rozpaczy ledwo zdołał nakłonić, by się położyła. Siedział koło niej strapiony i bezradny. Posłyszawszy jednak gwar tłumu, wyszedł i przy wyjściu z dziedzińca natknął się na wracającego wojewodę. Z dala widziano, jak rozmawiali przez chwilę i razem skierowali się do stołbu. Ciekawość i podniecenie wzrosły jeszcze. Los Milika zdał się wszystkim ważniejszy niż własny.

***

Znał Milik lutyckie obyczaje. Gdy posłyszał, że cesarz każe go wydać poganom, zagryzł spuchnięte i okrwawione wargi. Każdą inną śmierć wolałby niż spalenie żywcem, a piekło od czekania na nią. Powstał w nim bunt, który zaraz przeszedł w przygnębienie. Mimo to pamiętał, co mówił Stoigniew: sam wydał wyrok na siebie i sam sobie okazać winien, że mężem jest, który skutki swych postanowień potrafi obliczyć i ponieść. Zaciął się i prowadzony przez dwóch knechtów szedł wyprostowany, dumnym wzrokiem odpowiadając na pełne złości i nienawiści spojrzenia, jakimi obrzucali go cesarscy. Przywodził sobie na pamięć, że kosztem swego życia zniszczył owoc trzytygodniowych przygotowań i może gród ocalił. Życia nie straci darmo.

A jednak żal mu go było. Cóż znaczyły miłostki, które dotychczas zdały mu się jego treścią! Teraz żałował, że już mu nie będzie dane dokonać czynów, które, jak czyny Stoigniewa, ważą na losach wszystkich. Z niewiast pamiętał tylko o Chwałce. I ona o nim nie zapomni, choć już wiatr rozniesie jego prochy. Zrozumiał to dopiero teraz, gdy już jest za późno. Żal go ogarnął, że ją odtrącił.

Ale wszystkie myśli przygasły w nim, gdy pod stopami zadudniły deski kładki wiodącej przez Ślęzę do lutyckiego obozu. Gdy z rąk niemieckich knechtów odebrało go dwóch kudłatych wojów lutyckich, ogarnęło Milika uczucie tak rozpaczliwej bezradności, że aż nogi ugięły się pod nim. Wlókł je jak starzec, potykając się i przeklinając samego siebie. Stoigniew przestrzegał go, by się sam z sobą obliczył. Obliczył się źle. Dotychczas znał tylko śmierć w walce i tej się nie lękał. Ale uczucie bezradności ofiarnego bydlęcia prowadzonego na rzeź obce mu było zupełnie. Nigdy nie przypuszczał, że próg śmierci może być tak trudny do przebycia i że co innego jest życia zbyć, a co innego świadomie je poświęcić. Stoigniew musiał to wiedzieć, a jednak nie wahał się siebie postawić. Znało go wielu Niemców. Gdyby go poznano w przebraniu, czekała go jeszcze gorsza śmierć. Milik opanował się. Skoro wojewoda jego wybrał na wspólnika swego czynu, on okazaniem niemęskiego lęku nie pozwoli sobie zmącić uczucia gorzkiej dumy. Losu swego i tak nie odwróci. Wyprostował się i szedł śmiało, drwiącym i zuchwałym spojrzeniem odpowiadając na zaczepki i groźby. Gdy go zamknięto w szopie, modlił się już jeno, by do końca zdołał utrzymać na wodzy kłębiący się w nim lęk oraz by koniec ten nastąpił prędko. Już się nie buntował. Nim słońce zajdzie, za jedno będzie, dlaczego chciał umrzeć i jaką śmiercią skonał. Ale pamięć jego czynu i męstwa, z jakim przyjął jego skutki, przetrwa długo.

Serce stanęło w Miliku przez chwilę, gdy otwarły się zbite z dranic drzwi szopy i potężny, brodaty mąż, widocznie ktoś ze starszyzny, skinął na niego, mówiąc:

- Pójdź!

Ale Milik był już panem siebie. Wstał, nie śpiesząc się, i szedł otoczony przez kilku wojów, nie patrząc na nikogo. Oczy utkwił w widnej z dala na wysokiej stanicy pośrodku obozowego dziedzińca postaci Swarożyca. Gdy minęli szereg namiotów i otworzył się widok na wolną przestrzeń koło stanicy, jeszcze raz serce zatłukło się w Miliku. W słońcu świecił świeżym drewnem stos smolnych bierwion, ostateczny cel jego drogi. Tego był tak pewny, że sam zatrzymał się przy nim. Ale idący w przedzie mąż obejrzał się i powtórzył:

- Pójdź!

Teraz nogi zatrzęsły się pod Milikiem. Starczyło mu opanowania, by dojść do miejsca, gdzie spodziewał się umrzeć, nie starczyło już na czekanie. Zachwiał się i byłby upadł, ale strażnicy ujęli go pod związane ramiona i wiedli za starszym, który szedł ku rzece.

Milik oprzytomniał nieco, ale jak przedtem przed rozpaczą, tak teraz całym wysiłkiem bronił się przed nadzieją. Może poganie myją ofiary przed ich złożeniem? Gdyby dopuścił do siebie nadzieję i ona go zawiodła, czuł, że się już załamie. Ale gdy wyszli zza krzów, zasłaniających mostek leżący naprzeciw furty koło stołbu, nadzieja porwała Milika jak wicher liść. Za mostkiem stał wojewoda wśród kilku ludzi, między którymi Milik poznał lutyckich jeńców. Zrozumiał, ale mimo to zdało mu się, że śni. Zdjęto z niego więzy. Strażnicy przeszli wraz z nim mostek, odebrali swoich i zawrócili.

Milik osłabł zupełnie i ciężko wsparł się o poręcz mostka. Wojewoda skinieniem ręki odprawił wojów, którzy przywiedli lutyckich jeńców. Stał, patrząc na Milika, który odwrócił twarz, by nie okazać cieknących po niej nieodparcie łez. Stoigniew przez chwilę czekał w milczeniu, potem położył rękę na ramieniu Milika mówiąc:

- Prawy mąż i nad radością umie panować.

Milik przetarł oczy i spojrzał na Stoigniewa, który patrzył na niego z łagodnym zrozumieniem. Na surowej jego twarzy zjawił się uśmiech, gdy dorzucił:

- Ostaw łzy białkom. Dzieciuchem wyszedłeś, mężem wróciłeś. Bywa, że chwile starczą za lata. Mniemam, iże nie masz mi za złe, żem ci umrzeć nie dał. Teraz już będziesz wiedział, jak życiem szafarzyć.

Miast odpowiedzi Milik uchwycił rękę wojewody i do ust przycisnął. Stoigniew objął go za głowę, mówiąc:

- Wzajem sobie dziękować winniśmy, że cesarz z hańbą odejdzie. A teraz, gdyś się już z życiem pogodził, pójdź, bo wszyscy czekają na ciebie. A najbardziej Chwalena. Łacniej samemu umrzeć, niż bezradnie patrzeć na śmierć najmilszego.

Cesarz, dowiedziawszy się o uwolnieniu jednego ze sprawców klęski, która na losach całej wojny mogła zaważyć, wpadł w gniew. Sam nie wierzył swej groźbie, że gród weźmie wbrew wszystkiemu. Na budowę nowej wieży nie było już czasu. Szedł wrzesień, a z poprzednich wypraw Henryk pamiętał, że pora jesienna nie sprzyja wojnie w tym kraju. Wojska gnębiły choroby. Już przedtem lennicy i sprzymierzeńcy byli zniechęceni - trzymała ich tylko nadzieja zdobycia grodu za pomocą machiny, z której obecnie pozostała jeno kupa popiołu. Henryk rozumiał, że nawet gdyby nie nadszedł Bolesław, którego podjazdy coraz częściej kręciły się po okolicy, odcinając dowóz żywności, dłużej pod grodem stać bez nadziei zdobycia go niepodobna, nikt zaś już nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia.

Wbrew rozsądkowi, pod wpływem gniewu, Henryk postanowił jednak spróbować jeszcze, czy nie uda mu się nakłonić wasali do uderzenia, i zwołał naradę wodzów. Z Lutyków przyszedł jeno sam Mszczuj. Cesarzowi skłonił się niezbyt uniżenie, innych dostojników zdał się nie widzieć. Usiadł na osobności i oczy wbił w ziemię. Na jego widok Henryka znowu ogarnęło rozdrażnienie i zwrócił się do niego zjadliwie:

- Widzę ja, że niezbyt dbacie o cześć swego boga, skoroście ujść zezwolili ofierze, która go przebłagać miała.

Mszczuj spojrzał ponuro i odparł zuchwale:

- Ale wy dbacie o nią. Jeńca musieliśmy wypuścić, bo Stoigniew zagroził, że naszych, których miał w ręku, spalić każe. Swarożycowi starczy tymczasem cesarskie słowo, że dostaniemy wszystkich, jakich weźmiecie w Niemczy.

Między obecnymi nastąpiło poruszenie, a palatyn Burchard wybuchnął:

- Na to nie liczcie! Nie będziem swoich ludzi tracić, by waszemu bałwanowi cześć wyrządzić!

- Nie liczyć mamy na jeńców czy na słowo cesarskie? - drwiąco zapytał Mszczuj, cesarz jednak przerwał gniewnie:

- Com rzekł, dotrzymam. Jeno Stoigniewa sam muszę dostać w ręce.

- Ale widzę, że wasi lennicy niezbyt się troszczą o wasze słowo. Przypomnę jeno, żeśmy społem z wami, a nie za was wojować ślubowali.

Arcybiskup Archinbald, który słuchał z niechęcią, teraz wtrącił się wzburzony:

- Czasem haniebniej słowa dotrzymać, niż je złamać. Wstyd byłby w całym chrześcijaństwie wydawać chrześcijan na ofiarę pogańskiemu bożkowi, własnego Boga obrażając.

Henryk gniewnie ręką machnął, ale Mszczuj wstał i odparł:

- Juści najlepiej byłoby, gdyby każdy dbał o cześć własnego boga. Trzeba nam było odejść, gdyście naszego obrazili. I nam nie zaszczyt społem z wami wojować, jeno nasze słowa nie plewa. Ale żem też nie dziecko, jenom na wojnie osiwiał, jedno jeszcze rzekę: macie uderzać, uderzajcie zaraz, nie czekając, aż wam ludzie z chorób wyzdychają, a Bolko zwali się na głowę. Chcecie czekać, aż wasz bóg cud uczyni, to czekajcie sami, bo my czekać nie mamy na co. Gdy was Bolko przyciśnie, przez Czechy ujdziecie, a nam wracać którędy? Tedy czekamy jeszcze trzy dni. Uderzycie, uderzym społem, nie - to odejdziem, a wy czyńcie, co wam się zda.

Skłonił się i wyszedł. Przez chwilę panowało milczenie, które przerwał Henryk:

- Słyszeliście. Nie chcę mówić o zuchwalstwie tego poganina. Ale praw jest, że czekać nie ma na co. Nim słoty się zaczną, odejść musimy. Tedy uderzajmy, nie mieszkając, bo iście dogodniej nam własnej krwie oszczędzić.

Spojrzał po swych wasalach, ale nie patrzyli mu w oczy i milczeli. Tylko magdeburski Gero zabrał głos:

- Oto i cała korzyść z przymierza z poganami, że znosić musimy ich zuchwalstwo i korzyć się przed ich bałwanem. Cóż się zmieniło od chwili, gdyśmy zgodnie postanowili wieżę zbudować, bo bez niej grodu nie weźmiem? Tyle że nam ludu od chorób i ran ubyło.

Oldrzych, który dotychczas siedział ponuro zadumany, teraz wtrącił:

- Na budowę nowej machiny czasu nie starczy. Mamy uderzać, uderzajmy zaraz. Nie, to odejdę i ja, bo mi Bolkowe wojska kraj pustoszą, a jeno patrzeć, jak nam drogę na Kłodzko odetną.

- Mam wieści, że Awdaniec niczego nie wskórał pod Białą Górą - powiedział cesarz niepewnie, ale palatyn Burchard wtrącił:

- Widzę, że radzimy, którędy wracać. Tedy wedle mnie przez Czechy, i to zaraz, póki droga wolna.Wziął Bolko Białą Górę czy nie, w Milsku i Łużycach jego wojska siedzą, a wszyscy pomnimy, ile nas w poprzedniej wojnie odwrót kosztował.

Teraz rozwiązały się języki. Cesarz słuchał chmurnie, jak jeden przez drugiego doradzali odstąpić od oblężenia i, nie mieszkając, wracać przez Czechy. Henryk wstał i powiedział oschle:

- Szkoda już każdego słowa i dnia. Ruszamy na Kłodzko.

Odszedł, nie odpowiadając na ukłony. Dostojnicy rozmawiali jeszcze. Dojadła im już wojna, w której ustawicznie ponosili porażki, nie mogąc zmusić Bolesława do walnego spotkania. Mimo woli jednak nie mogli oprzeć się uczuciu podziwu dla oblężonych, którzy tak skuteczny opór stawić umieli całej potędze cesarskiej. Potem zaczęli się rozchodzić, by wydać rozkazy zwijania obozu. Merseburski Ditmar, idąc za swym arcybiskupem, powiedział w zamyśleniu:

- Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy by z większą wytrwałością i przezorniejszą zaradnością zabiegali o swą obronę.

Część pierwsza

I

Na ciemnym niebie bezksiężycowej nocy migotały niezliczone gwiazdy. Ich odblask iskrzył się w zamyślonych oczach wtopionego w mrok człowieka. Głuchą ciszę górskiej pustaci zakłócał tylko chrzęst końskich żuchw. Przerwał ją niski głos Stoigniewa:

- Powiadasz, Zyńka, że o śmierci kniazia Mieszka Zbrozło wiedział? Nie czas go szukać. Samemu trzeba powziąć postanowienie.

W głosie jego brzmiał zawód i wahanie. Po chwili dorzucił:

- Jeno jakie?

- Boże drogi są jasne i proste - padła z mroku odpowiedź. Stoigniew żachnął się niecierpliwie:

- Gdy własnego jeno szukać zbawienia. Iście trafiłem tu, choć po bezdrożach i w mroku. Jeno mi ostać i poniechać sprawy. Alem ja przysiągł w całości utrzymać Mieszkowe dziedzictwo, by na marne nie poszła praca mych przodków i krew mego rodzica. Obce odrośle na Piastowym pniu jeno soki żywe wyssą, jako jemioła z dębu. Adelajdziem przyrzekł, że nie zwolę, by je zaszczepiono. Tyś nikomu nic nie dłużen, tu siedzisz zali nad Mosiną - za jedno. Ale co byś sam rzekł o rodzicu, który w czas moru małżonkę i dziatki porzuci, by ratować jeno siebie? Lubo o żupanie, co z oblężonego grodu uciecze, powierzonych sobie wojów na przepadłe ostawując? Zali nie winni trwać, choćby na zatratę?

Pytał sam siebie. Gdy składał przyrzeczenia, nie było Ody i jej potomków, kraj jednoczył się w jednym ręku. Dotrzymać ich dziś to wywołać wojnę wewnętrzną, gdy grożą postronne. Wracał myślą do tej chwili, gdy przed dwudziestu laty rannemu w bitwie pod Cydzyną Mieszkowi składał to przyrzeczenie. Tam poznał siłę zdolną znieść od jednego zamachu wszystko, co jest obcego w kraju, i omal jej nie rozpętał. Od tego czasu zmieniło się wiele, zmienił się i on sam. Sięgnąć do tych sił byłoby łatwo i dziś, ale to, co wtedy uczynił bez wahania, teraz budzi w nim wątpliwości. A jeśli tego nie uczyni, czy zdoła dopełnić, co przyrzekł?

Jakby zgadując przyczynę rozterki wojewody, pustelnik rzekł:

- Tyle człek dłużny, na ile go stać, i tam powinność swą pełnić winien, gdzie go Bóg postawił. Wszędy grzechu ustrzec się można. Ja ludzi nie szukam, ale nie uciekam przed nimi. Boże słowo głoszę tym, którzy chcą go słuchać, bez nijakiej przemocy czy nakazów. Łacniej wierzą, gdy widzą, że żadnej z tego nie czekam korzyści, nawet ci, co je za niemieckie szalbierstwo uważać zwykli. I dotrę z nim tam, gdzie żaden nakaz nie dotrze.

Stoigniew ważył coś w sobie. Odezwał się wreszcie:

- Tak, jak ty, zacząć należało. Aleć siłą ochrzcili Niemce Połabian, orężem ochrzcił Wtóry Otto Swena. I u nas, jako sam mówisz, chrzest dotarł tam, gdzie nakaz książęcy. Zda mi się, za późno ze słowem iść, gdy siłą chybiono. Zwalił się Kościół na Załabiu, w Danii nie ostało ni jedno biskupstwo. Jako Wacław w Czechach i duński Harald życiem przypłacił, że się przy chrześcijaństwie upierał. Bo gdy misja a podbój i ucisk to jedno, dzieckiem być trzeba lubo niewolnikiem, by przeciw mieczowi nie podnieść miecza. Kto siłą dobywa, siłą trzymać musi. Cóż zdziałają tacy jak ty? Prosto mówiąc, przed biskupem tu uszedłeś, bo prawa nie masz apostołować. Jako lenna misje rozdają, nie darmo.

- Chrystus rzekł, że bramy piekielne nie przemogą Jego Kościoła. Nie wróci pogaństwo nigdzie, dokąd raz dotarło słowo Boże.

- Nie wróci, mówisz? A czemuż to Wojciech Sławnikowic cisnął swą trzodę i mnichem ostał? Po cóż mu pogan daleko szukać, gdy doma ich najdzie bez liku? A u nas? My mamy podpierać, co na sile jeno książęcej stoi, gdy na co inne potrzebna? Niechaj się zwali obcym na głowy. Nikt rozsądny nie czeka, aż spiętrzona woda jaz przerwie. Sam go zburzy, by mu fala nad głową nie poszła.

Urwał, ale Zyńka wiedział, o czym myśli Stoigniew. Kraj znał, może lepiej od wojewody, wiedział, że na uroczyskach i żalnikach po staremu pogańskie obrzędy się odprawują. Raz już przeżył próbę nawrotu pogaństwa, której początek dał młodociany wówczas Stoigniew. Gdyby dziś doświadczony i zażywający powagi zarówno w kraju, jak i u młodego księcia wojewoda znowu dał hasło nawrotu, zadepce wątły, dopiero wschodzący nieśmiały siew nowej wiary. Zapytał cicho:

- Zali wy nie wierzycie w jedynego Boga?

- Wolałbym wierzyć, że Go nie ma, niż że jest zły. Że krzywdzić zezwala słabych, że władzę daje okrutnikom, którzy burzą jeno stary ład, nowego nie wprowadzając. Ale nie w tym rzecz, zali ja wierzę, czy nie wierzę.

Zyńka w zamyśleniu zapatrzył się w niebo. Wskazując na nie, powiedział cicho:

- Spójrzcie na ten ład i piękno. Nie może być zły ten, co to stworzył.

- Ja muszę patrzeć na ziemię - szorstko odparł Stoigniew. - Szukam silnego sprzymierzeńca.

Zyńka zaczął po chwili milczenia:

- Kniaź Mieszko mądry był. Też szukał silnego sprzymierzeńca. Kraj ochrzcić postanowił nie z miłości do Boga, bo Go nie znał. Jeno w Jego Kościele widział ład i moc. Wyście w Rzymie bywali, nieobce wam pismo. Sami wiecie, zali jeno w mieczu jest siła.

- Kniaź Mieszko pozór chciał odebrać wrogiej napaści. Wżdy przymierza szukał i z cesarstwem, choć nie miłował Niemców. Ale ninie w Rzymie Krescencjusz rządzi, przed którym papież uchodzić musiał, sam pozbawiony oparcia, w Niemczech zasię rządzi ten, kto cesarskiego wyrostka ma w ręku. Raniej Kłótnik, ninie stara cesarzowa wraz z mogunckim Willigizem. Dla nich Kościół sługą i narzędziem. Ład, mówisz? Iście, na niebie, gdzie każda gwiazda, wielka czy mała, swoje miejsce i drogi ma. Patrzysz w nie, a nie wiesz, co się na ziemi dzieje. Ład i moc! Łońskiego roku na synodzie w Reims Arnold z Orleanu wszem wobec głośno powiedział, jaki to ów ład: Kościół galijski posłuszeństwa Rzymowi odmówił.

- Jedna ma być owczarnia i jeden pasterz.

- Jeden pasterz! Iście, jak pamięcią sięgnę, jeden czestny człek, godzien tej nazwy, na Piotrowej stolicy siedział - Benedykt, piąty tego imienia. Dlatego na wygnaniu zmarł. A inni? Antychrysty - jako rzekł ów Arnold. Nie masz zbrodni, która by nie skalała Piotrowej stolicy. Jeden pasterz drugiego wyklina i wygania lubo głodem morzy, a trupa włóczy po ulicach.

Zaległo milczenie. Przerwał je przejmujący głos pustelnika:

- Zbliża się tysięczny rok. Antychryst uprzedzić ma przyjście Chrystusa. Znaki będą na ziemi i niebie...

Urwał. Smuga jaskrawego światła spadającej gwiazdy przekreśliła niebo od wschodu na zachód i roztopiła się w zielonawej poświacie, która oddzielać zaczynała ciemny widnokrąg od jaśniejącego już nieba. Długo milczeli, wstrząśnięci niezwykłym zjawiskiem.

Ciszę przerwały nieśmiałe zrazu głosy budzącego się ptactwa, krótka czerwcowa noc ustępowała przed dniem. Stoigniew wstał:

- Konie rozstawne czekają, czas mi jechać, droga daleka.

Nie odchodził jednak. Zapytał cicho:

- Ty wierzysz, że skoro już przyjdzie Chrystus i sprawiedliwość uczyni?

- Wierzę, że przyjdzie. Jeno nie wiemy dnia ni godziny. Ale jak one panny mądre - każdy winien iść Mu naprzeciw, niosąc kaganek sprawiedliwości, nim jej słońce wzejdzie.

Stoigniew nic nie odrzekł. Zadumany dosiadł konia i ruszył w dół po stoku.

***

Bolesław patrzył czerwonymi z bezsenności oczyma na zwłoki ojca, złożone na wysokich marach w chłodnym cieniu poznańskiej katedry. Zdało mu się, że chłód ten wieje od rodzica; daleki już jest i obojętny. Nie odpowie na pytanie, które cisnęło się na usta młodego księcia:

- Cóżeś mi ostawił?

Wieść o śmierci ojca doszła Bolesława w dalekim Krakowie, gdy gotował się właśnie do odparcia zagrażającej napaści kijowskiego Włodzimierza. Rzucił wszystko i pognał do Poznania, nie śpiąc i nie jedząc, nie tylko by oddać rodzicowi ostatnią posługę, ale by uprzedzić knowania wewnętrznych wrogów, nie dopuścić do wykorzystania przez nich wstrząsu po śmierci Mieszka. Prócz macochy, której nienawiść do czasu obezwładniona niedojrzałością synów, nie brak i innych, od krewniaków do dawnych szczepowych i plemiennych książątek, którym podział Mieszkowego dziedzictwa przypomni nie zadawnioną jeszcze samodzielność. Dotąd uginać się musieli przed władcą wszystkich plemion lechickich. Teraz dzielnicowi książęta o ich przychylność zabiegać będą zmuszeni, wzajem przeciw sobie szukać sprzymierzeńców. Oda szukała ich już za życia małżonka. Przybywój i Odylen wiedzą, że los ich i życie związane są z jej zwycięstwem.

A zewnętrzni wrogowie? Jak szerokie rubieże Mieszkowej dziedziny, nie masz miejsca, skąd nie wyciągałyby się wraże ręce po jego spuściznę. Nie tylko Mieszko swoje państwo budował, budują wszyscy dokoła, każdy rad cudzy kamień w węgieł swej budowli wmurować. Czeski Bolesław odebrać zechce wielkomorawskie dziedzictwo, Morawy, Śląsk i kraj Wiślan, Gejza Słowacczyznę. Włodzimierz jeszcze za życia Mieszka wykorzystał walkę między dziewierzami o spuściznę po Mojmirze, by zająć Grody Czerwieńskie, teraz sięga po dalsze zdobycze, bo tędy łatwiejsza droga ku Morzu Czarnemu niż przez ziemie zajadłych Pieczyngów. Mazowsze szarpane przez Jadźwież i Prusaków. Grożą Prusacy i gdańskiemu Pomorzu, Lutycy szczecińskiemu na wyprzódki z Danią, nie poskromione jeszcze pogaństwo tego kraju otwiera im wrota. A na zachodniej granicy drapieżni margrafowie zawsze czekają jeno chwili sposobnej, by na czele zgrai łotrów ruszyć po nowe zdobycze. Czy trafi im się dogodniejsza pora niż ninie, gdy w Odzie znajdą chętnego sprzymierzeńca?!

- Wygnam jędzę wraz z jej pomiotem! - jak wyzwanie zmarłemu rzucił Bolko przez zaciśnięte zęby. Ale na twarzy Mieszka widniał rzadki za życia uśmiech, beztroski i obojętny. O czym myślał umierając? Że nie będzie już musiał odpowiadać na żadne pytania? A może odpowiedziałby jak ongiś: "Moja, nie twoja była praca, moja rzecz, jak będę dzielił dziedzictwo".

W Bolesławie podnosił się bunt. Może wonczas była to prawda, ale nie dziś. Dwadzieścia sześć lat liczy, a połowę z nich spędził w walce. Jeżeli władza to trud i odpowiedzialność, cóż w budowę państwa włożyła Oda i przyrodni bracia, by z nimi dzielił dziedzictwo? Dzielił! Bronił ich dziedziny przed zewnętrznymi wrogami po to, by go z własnej wyzuli, skoro tylko znajdą sposobność. Oto co mu rodzic zostawił!

Ogniste płaty gniewu zatańczyły przed znużonymi oczyma Bolesława, powściągnął go z wysiłkiem. Emnilda na wyjezdnym błagała go o spokój. Sam rozumiał zresztą, że nie pora na wewnętrzną rozgrywkę. Jeśli Ody nie zaślepi nienawiść, też to pojąć musi. Gniew Bolesława ustąpił goryczy. Sercu folgować nie wolno, ni w miłości, ni w nienawiści. Gdy rodzic w starczej słabości dał mu folgę, dzieło swe pozostawił na skraju przepaści.

Znużony umysł Bolesława naszły wspomnienia. Za kilka godzin kamienny grobowiec na zawsze rozdzieli go z ojcem. Miłował jednak tego zamkniętego w sobie, samotnego człowieka, choć niejednokrotnie starli się. Z ulgą pomyślał, że gdy widzieli się po raz ostatni, rozstali się pojednani. Może nie wypowiedziane przyrzeczenie spełnienia nie wypowiedzianej prośby ojca, by oszczędzić małego Lamberta, lżejszą uczyniło samotną śmierć Mieszka. Bolesław dla tego wspomnienia oszczędziłby może i ojcowego imiennika, gdyby nie Oda. Z nią nie masz pokoju, może być tylko rozejm, którego każda ze stron wyzyskać nie omieszka, by się do walki przysposobić.

Wspomniał słowa ojca: "Długo myśl, nim miecz wyciągniesz z pochew". Ale nie czas na długie myślenie, gdy naglą okoliczności. Nie czas nawet na spoczynek po dalekiej drodze. Jeszcze tylko ojcu ostatnią cześć oddać i jąć się trzeba dzieła, które pozostawił nie dokończone; gorzej, bo zachwiane.

Bolesław modlić się począł, ale myśl z uporem wracała do splotu czekających go spraw. Roztargniony, po chwili dopiero uprzytomnił sobie, że modli się po czesku. Tak go uczyła matka. Jakże inne byłoby położenie, gdyby nie odeszła przedwcześnie. Była rzeczniczką pokoju między bratnimi narodami, orędowniczką pokoju między słabym jeszcze chrześcijaństwem a nie wyplenionym pogaństwem. Bez użycia siły umiała je poskromić, gdy podniosło głowę po cydzyńskiej bitwie. A nade wszystko - gdyby żyła - nie byłoby Ody. Pokój z wujem Pobożnym, pokój wewnątrz kraju i cała Mieszkowa siła w ręku Bolesława.

Otrząsnął się ze wspomnień. Nie wiodą do niczego, chyba, by jeszcze jaśniej unaocznić, kto zagraża Mieszkowemu dziełu, które sercem i myślą za własne zwykł uważać. Znowu fala gniewu wzburzyła jego umysł. Jest prosta i łatwa droga, by wyzbyć się wewnętrznych wrogów. W kraju tli się bunt przeciw nowościom, by rozgorzeć, gdy jeno oddech chwyci. Po cydzyńskiej bitwie, gdy zdało się, że nie stanie księcia, na którego rozkaz lud głowy pochylił do chrztu, z trudem wybuch stłumiono. Gdy teraz dziedzic Mieszka sam rzuci żagiew, wytrąci ją z ręki plemiennych książąt, a pożoga zmiecie wszystko, co jest obcego w kraju. Nie stłumi jej już nikt!

Zdało się Bolesławowi, że echo z ciemnej głębi świątyni powtórzyło: nikt! On sam będzie pchany przez falę, która tylko niszczyć może, gdy trzeba budować. Wyciągnięty nie w porę miecz można jeszcze schować do pochew, żagiew - podłożona pod węgieł budowli - wypada z ręki. Mieszko był poganinem, gdy wprowadzał chrześcijaństwo, ale wiedział, że niezbędne ono dla zniszczenia tego, co zamierzył.

Bolesław przeżegnał się. Demon gniewu i nienawiści pokazuje mu drogę, która wiedzie w otchłań. Nie szukać łatwych dróg do trudnego celu. Przezornie, mozolnie, krok za krokiem, wśród przeszkód i niebezpieczeństw podjąć trzeba rozpoczęte przez ojca dzieło, by je kiedyś uwieńczyć i utrwalić poświęconą koroną. Choć rodzic w starczej słabości sprzeniewierzył się sam sobie, on nie może sprzeniewierzyć się ojcu.

Wspomnieniem pobiegł znowu w lata dzieciństwa i pierwszej młodości, gdy Mieszko z Dobrawką przy boku rozszerzał i umacniał zręby państwa, które pod swym dachem skupić miało wszystkie plemiona lechickie. Nieważna jest chwilowa słabość starego człowieka, ale wola jego, którą znaczyły czyny całego życia. Bolesław spojrzał w twarz ojca bez gniewu już i wyrzutu. Mieszko samotny był przez większą część swego życia, nawet oczu nie zamknęła mu umiłowana ręka. Oda nie przyszła tu z miłością, jeno po zdobycze, walka z nią to walka z tymi siłami, które sprzysięgły się na zgubę dzieła ojców i dziadów. Wygra ten, kto przystąpi do niej przemyślniej, działać będzie prędzej. A w trosce czy szczęściu nigdy nie jest samotny, ma przy boku umiłowaną niewiastę.

Przez ściągniętą od niewczasów i rozterki twarz Bolesława przemknął słaby uśmiech. Wcześniej nadążył z Krakowa niż Oda z Trzemeszna. Nie dziw, ona wdowie szaty uszyć musiała, on tylko konia osiodłać.

***

Spokój letniego wieczoru udzielał się Bolesławowi. Przez otwarte okna przenikał do świetlicy chłodniejszy powiew od rzeki, na jej ciemnej toni gasły już odblaski zorzy, a drobna fala iskrzyć się zaczynała odbiciem gwiazd. Z odległych bagien i rozlewisk Warty, Cybiny i Bogdanki, jak odległa kołysanka, dochodziły odgłosy żabich chórów, nie mącąc wieczornej ciszy, jaka po gwarze całodziennych uroczystości pogrzebowych zaległa Tumski Ostrów. Tłumy, które zbiegły się zewsząd, by oddać cześć zmarłemu władcy, odpłynęły zawiedzione. Nie było stypy starym obyczajem ni pieśni gędłków sławiących dokonania zmarłego, jeno ponure, niezrozumiałe pienia chrześcijańskiego, przeważnie obcego duchowieństwa. Nikt ostatniej woli odchodzącego władcy nie ogłosił. Nie spoczął Mieszko przy ojcach nad Świętym Jeziorem, nawet nie w gnieźnieńskiej bazylice przy boku swej pierwszej małżonki, która zjednać sobie umiała serca ludu. Gdy Mieszko pojął Odę, stanęła nie obok niego, lecz między nim a wszystkim, co mu bliskie. Samotny był za życia i samotny już pozostanie na wieki.

Bolesław odwrócił się od okna, przy którym chłonął orzeźwiający powiew, i rzucił w mroczną głąb izby:

- Wybaczcie, że was zatrzymuję, lecz jutro mi wyjeżdżać, a naradzić się trzeba.

- Pożywić się wam i spocząć takoż - odpowiedział mu z głębi głos Mszczuja. Bolesław uśmiechnął się mimo woli. Dawny piastun ze starego nawyku dba o jego sen i jadło jak ongiś, gdy był wyrostkiem. Odparł życzliwie:

- Pożywić zda się nam wszystkim, wybaczcie, że o tym zapomniałem. Ale na sen nie czas.

Zaklaskał w dłonie, a gdy zjawił się komornik, polecił światła naniecić i przynieść wieczerzę. Po chwili żółty płomień oświetlił postacie dwóch mężów siedzących na zaścielonej ławie. Smutne oczy Mszczuja spod siwiejących brwi spoglądały na Bolesława z troską i współczuciem. Stoigniew zamyślony wzrok utkwił w pociemniałym otworze okna.

- Nad czym dumasz? - z pewnym zniecierpliwieniem zwrócił się książę do niego.

Siedzieli od dłuższej chwili, lecz Stoigniew nie odezwał się jeszcze. Gdy i teraz nie odpowiedział, Bolesław rzucił gniewnie:

- Gwiazdy liczysz?

- Nie. Liczę siły.

- Jam już policzył. Na druhów paliców jednej ręki mi starczy. Chyba wraże siły liczysz, bo moich nie liczyłbyś tak długo.

Bolesław mówił na pozór spokojnie, ale spod gęstych, wydatnych brwi patrzył badawczo na Stoigniewa. Zawsze trudno go było zrozumieć, chadzał swoimi drogami, odmienny od otoczenia, z którym nie szukał łączności. Nie to, co Mszczuj. Tego książę mógł być całkiem pewien, cokolwiek się stanie. Prócz osobistego przywiązania, zrodzonego we wspólnej niemieckiej niewoli, z rodu był, który służył Piastom od niepamiętnych czasów, nie pytając, dokąd wiodą, choćby na zgubę. Szli za wodzem, gdy wódz walczył o zwycięstwo. Na takich budowali ojcowie i dziady. Ale czas jest przełomowy, prócz rąk i serc trzeba głów, ludzi nie jeno gotowych iść, dokąd poprowadzi przywódca, ale którzy rozumieją jego cel i drogi do niego wiodące. Takim był tylko Stoigniew, ale wychowany przez Zbrozłę własne może mieć na oku cele i innymi drogami do nich zmierzać. Bolesław wiedział o starciu Stoigniewa ze starym księciem. Samego Mieszka, który nikomu ustępować nie zwykł, zmusił ongiś do ustępstwa wypomnieniem, że rodzic jego z dobrej woli zrzekł się działu po Ziemomyśle. Teraz, gdy Mieszkowemu dziedzictwu z jego woli czy pod naciskiem wrogów grozi rozdarcie, czy Stoigniew zechce się temu przeciwstawić, czy też, nie wierząc w Bolesława, sam działu zażąda?... A gdy zażąda on, zażądają i inni potomkowie Piastowego rodu. Milkliwość Stoigniewa niepokoiła księcia. Musi wiedzieć: z nim jest czy przeciw, ale kłaniać się nie będzie, choćby miał walczyć sam przeciw wszystkim. Zapytał porywczo:

- Cóżeś wyliczył?

- Od północy możemy być spokojni. Świętosława rządzi starym Erykiem, ma on zresztą własne obrachunki ze Swenem za popieranie Styrbjorna. Jomsborscy zbóje zasłonią Pomorze od Weletów. Sobiesław nawykł sam radzić sobie z Jadźwieżą i Prusami. Was czeka Włodzimierz. Mniemam, że uradzicie.

Bolesław odetchnął. Stoigniew wierzy w niego i myśli wraz z nim. Odparł już spokojnie:

- Jeszcze i wuj Pobożny, który z nim w przymierzu.

- Praski Bolesław do łoża przykuty, w Czechach zamęt, to późniejsza sprawa.

- A tutaj? Wiem ci, co się stanie, gdy ja na wschodzie Włodzimierzowi czoło stawiać będę?

- Bądźcie, panie, spokojni - wtrącił Mszczuj. - Ja wam poręczam za spokój w kraju, byście się jeno uładzili z księżną i biskupem.

Bolesław odparł z goryczą, przez zaciśnięte zęby:

- Unger pogrzebał rodzica w swojej katedrze. Nawet mnie nie pytał, choć wiem, że ojciec wolałby leżeć przy macierzy w Gnieźnie u Świętej Trójcy. Biskup dziś żądania stawiać może, nie ja. Z Odą zasię nie gadałem i nie będę. Co jej więcej mogę rzec, jak jeno że wyżenę ją... jeśli sił starczy. To ona wie bez gadania i ja wiem, co ona zamyśla.

- Dobrze, żeście biskupowi w tym ustąpili - wtrącił Stoigniew - bo nie pora z nim się wadzić, gdzie rodzic wasz spocząć winien. Za jedno, gdzie człek kości swe złoży, ale nie za jedno prostym ludziom, gdzie mogiły leżą książęce, bo to powagi miejscu dodaje. Rozumie to Unger, a ninie i na wasz młyn to woda, póki w Poznaniu wasza stolica, a w Gnieźnie ma być przyrodnich.

- Ma być, ale nie będzie - gwałtownie przerwał Bolesław.

Stoigniew jednak odparł:

- Ninie będzie. Nie pora Odzie wojnę wszczynać, nie pora i wam. Ona dobrze pamięta, i wy nie zapominajcie, że dziedzictwo jej synów pod papieską opieką i z Kościołem byście zadarli po nie sięgając. Na to sposobniejszego czasu potrzeba. I z Odą, i z Ungerem zasię gadać należy, by pomiarkować, co zamierzają. Nie byłoby dobrze, gdyby się z sobą ujednali. Nie chcecie gadać wy, zwólcie mnie.

- Chcesz, to gadaj, ja nie będę. Pilniejsze zresztą są sprawy. Skoro patrzeć, jak Pobożny po Śląsk i Morawy sięgnie, gdy ja z Włodzimierzem będę się zwodził. Wojska, co zebrane na pomoc Ottonowi, powiedziesz na południowe granice.

- Jeżeli Pobożny uderzy, nie ostoim się - odparł Stoigniew. - Zali nie szkoda krwie na darmo? Ninie on silniejszy, ale nie wieczny i chorzeje. Gdyby pomarł, poczną się, jak i u nas, działy i swary między dziedzicami, a żaden mu do pasa nie dorósł. Wtedy pora będzie odebrać, co ninie stracić możemy.

Bolesław zadumał się chmurnie:

- Prawyś! - mruknął. - Nie starczy sił na wszystko. Tedy ja zabiorę te wojska, by Włodzimierzowi drogę do domu pokazać.

- Rodzic wasz przyrzekł posiłki Ottonowi i na wsiadanym śmierć go zaskoczyła. Zwólcie, że ja je do niego powiodę.

Książę był wyraźnie zaskoczony. Także Mszczuj patrzył pytająco na Stoigniewa, zdziwiony, że wychowanek Zbrozły, sprawcy buntu północnych Słowian, doradza walkę przeciw nim przy boku Niemców. Milczeli przez chwilę. Bolesław wiedział, że Stoigniew nie zwykł wyrywać się z nie przemyślaną radą, przyszły mu jednak na myśl słowa, jakie ongiś słyszał od Zbrozły: "Ciężka wam jest północna Słowiańszczyzna, ale ciężka i Niemcom. A gdy bita przez nich i przez was sczeźnie, nie wy, ale margrafy zajmą jej ziemie". Zapytał:

- Tak zamierzasz pomagać Ottonowi, jak ongiś Zbrozło jego rodzicowi pod Danewirke?

- Nie - odparł Stoigniew. - Okazało się nad Tongerą, że nie dostoją Połabianie Niemcom, ale skłóconych zazwyczaj Sasów z Frankami jednoczą, a młodego pana tutaj trzymają, gdy mu do italskich spraw pilno. Gdy dotrzymamy zawartego przez waszego rodzica układu, ręce będzie miał rozwiązane i nam swobodę ostawi. Może i uda się Rzym przekonać, by nam misję w słowiańskich krajach powierzył, bo nigdy nie przyjmą chrztu jako niemieckiego jarzma, a z rąk słowiańskich może by przyjęli. Jeno dowieść trzeba, że chcemy i możemy to przeprowadzić.

- Nie po myśli mi umacniać w Braniborze siostrę Ody po to, by ją tu poparła - szorstko wtrącił Bolesław.

- Ważniejsze, by jej nie poparli Pobożny i Kłótnik, a jeśli oni pomoc dadzą Ottonowi, my zasię nie dotrzymamy układu, łacno im będzie dla sprawy Ody młodego pana pozyskać.

- Drzewiej nie tak myśleliście - wtrącił Mszczuj niechętnie. - Pomnę ci ja dobrze, bo kniaź Mieszko syna w zakład oddać musiał, a jam lata w niemieckim lochu przesiedział dlatego, żeście po Cydzynie jeńców wyrznąć kazali i omal do buntu nie przywiedli przeciw nowej wierze. Cóże się zmieniło? Otto - pacholę nieletnie, władzę dzierży babka jego i Willigiz, ich by pozyskać trzeba. A gdyby się udało, nie nowina dukom i grafom nawet przeciw cesarzowi się buntować, a łupić chcą, nie wiarę szerzyć. Wżdy i Hodo na własną rękę sobie poczynał, choć kraj ochrzczony już był.

Stoigniew zrozumiał wymówkę, a zarazem niebezpieczeństwo, że u Bolesława przeważyć może zdanie starego woja i dawnego piastuna. Książę sam ongiś pod wpływem Zbrozły własnemu ojcu walki przeciw Weletom przy boku Niemców odmówił, a i teraz radę zrozumiał jako podstęp. Stoigniew zwrócił się do Mszczuja:

- Jako wy nie zabyliście śmierci swego syna w niemieckim lochu, nie zabyłem i ja, że rodzic mój z niemieckiej legł ręki.

Żywe musiało być wspomnienie, bo oczy zamgliły mu się. Skierował spojrzenie w ciemny otwór okna i ciągnął cicho:

- Noc była taka sama, miesiąc świecił, wonie ciągnęły od nagrzanych borów i łąk. Zda się, że świat do szczęśliwości stworzony. A gdym ujrzał, jak rodzic z bólu gryzie własną rękę, coś ci skonało we mnie... - Urwał, otrząsnął się i bystre spojrzenie zwracając na Bolesława, podjął: - Wszak ci i Zbrozło walczył z Weletami, gdy się z Wichmanem przeciw nam zmówili. A po cydzyńskiej bitwie jam zaprzysiągł staremu kniaziowi, że dziedzictwo jego w całości dla was zachowam. Tam oparcia szukam, gdzie je naleźć można, by przetrwać najgorsze, Niemce - nie Niemce. Ninie Ottona łacnie nam będzie pozyskać, bo już się przeciw opiekunom buntuje, a więcej w nim Greka niż Niemca. Nie trzeba nam jeszcze wroga w Kościele i cesarzu. Zadość ich mamy.

Bolesław milczał. Teraz sam ma uczynić to, w czym wyręki odmówił staremu i choremu ojcu. We wspomnieniu zabrzmiały echem pełne goryczy słowa Mieszka: "Bodajeś nie ujrzał, cośmy już nieraz widzieli, jak Weleci przeciw nam zawrą z Niemcami przymierze". I rodzic nie zapomniał widno śmierci brata Leszka z ich rąk. Bolesław przestał się wahać, ale naszła go inna wątpliwość. Zaczął:

- Jeśli Ottona przekonać mamy, że stać nas, by ciężar walki z Weletami z niego zdjąć, całe wojsko wysłać trzeba, jakie rodzic na wyprawę tu zgromadził. A na to i Oda zgodzić się musi.

Bolesław zacisnął zęby. Stoigniew odparł:

- Jeśli się nie zgodzi, powiodę drużynę z samego Poznania. I to korzyść będzie, gdy Otto ujrzy, że my chcemy dotrzymać układu, Oda zasię nie.

- Gadać by z nią trzeba, a ja się nie przełamię.

- Tedy gadać będę ja.

***

Nie czekając na wynik rozmowy Stoigniewa z Odą, Bolesław pognał do Krakowa. Spokojniejszy już był, gdy rozważył położenie, wiedział, na kogo i na co liczyć może, i myśl jednej sprawie poświęcić. Pieczyngowie chętnie skorzystają, że Ruś w Polsce wojuje, zmówić się z nimi trzeba. Byle przetrzymać do zimy, gdy warescy zbóje, posiłkujący kijowskiego kniazia, odejdą. Wtedy albo i Włodzimierz odejdzie z nimi, albo pora będzie z Rusią się rozprawić.

Zadumał się. Wszyscy są w walce ze wszystkimi, jako zwierz w lesie. Sam wśród walki się urodził i w niej wyrósł, ale dotychczas zaznał tylko upojenia nadmiarem własnych sił i rozkoszy zwycięstwa. Teraz dopiero poczuł gorzki smak bezsiły. Na walkę z Czechami już go nie stać. Zagrożone przez nich kraje do jego właśnie należą dziedziny, gdy je straci, jeszcze słabszy będzie. Porywczość buntowała się w nim przeciw ustąpieniu bez walki, ale czuł, że Stoigniew ma słuszność. Ninie walczy o czas, a na to trzeba cierpliwości. I jej musi się nauczyć.

Myślą wrócił do Stoigniewa. Co on wskóra u dwunastoletniego wyrostka, którym rządzi babka? Czy nie szkoda sił, których brak tak gorzko książę odczuwał? Ale stało się. Ufał w rozum Stoigniewa i jego obrotność. Przywiódł mu na myśl siostrę Świętosławę. Nie uwiadomił jej dotychczas o śmierci ojca. Prosić też trzeba dziewierza, Eryka Zwycięskiego, by na Danię miał oko.

Bolesław prędko zwykł podejmować postanowienia. Skinął na człapiącego za nim Wilczka Awdańca, a gdy ten się zbliżył, powiedział do niego:

- Pojedziesz w posły do Uppsali. Pokłoń się siostrze mej i Erykowi, powiedz, co się stało i jako tu jest. Niechaj Swena przyciśnie, bo ja na wschodzie ręce mam związane, wszystkim nie uradzę. Mniemam, że starczy, by mu zagroził, a Swen ruszyć się nie waży. Rozumiesz?

Wilczek głową skinął i już chciał konia zawrócić, jakby go książę wysyłał po wodę do studni. Wielki, grubokościsty i czarny, mrukliwy jak niedźwiedź i jak on potężnej siły, każdy rozkaz wykonywał, nie pytając, bezzwłocznie i dokładnie. Milkliwość jego, z powodu której bracia Milczkiem go zwali, zgoła w tym do niego niepodobni, czasami nawet niecierpliwiła Bolesława. I teraz rzucił popędliwie:

- Czekajże! Najdziesz tam może brata swego, Jaskotela. Rzeknij mu, niechaj wraca, nie będzie już musiał wybierać między mną a mym rodzicem. Wrochna tu za nim tęży pewnikiem, a i mnie bez niego smutno, bo nikt jak on śmiać się i śpiewać nie umie. Najdziesz, to przywieź bez zwłoki, choćby w miechu. Co się ma po obczyźnie wałęsać, kiedy mi tu każdej pary rąk brak.

Wilczek znowu skinął głową, ale Bolesław ciągnął:

- Wstąp do dom, bo dary jakoweś Świętosławie i Erykowi zawieźć przystoi. U mnie w skarbcu pusto, bo na wojnę poszło, a po starym Audunie pewnikiem coś ci ostało, bo zbierać zwykł jako sroka. Sposobną porą oddam z nawiązką. No, jedźże już do licha - rzucił widząc, że Wilczek znowu zawraca konia.

Ruszyli w przeciwne strony, bo piliło. Bagna podeschły, na rzekach brodów przybyło, Włodzimierza jeno patrzeć, załogi z grodów pościągać trzeba i Emnildę z dziatkami z Krakowa wyprawić, bo i ten gród ubieżony być może, gdy czeską granicę ogołoci. Książę zaklął. Cały ciężar obrony państwa spadł na niego, na Odę jeno obrona działów swych synów przed nim. Im słabszy będzie, tym dla niej lepiej. Bolesław usiłował odgadnąć, co Oda odpowie Stoigniewowi. Chytra jest, rozmowa łatwa nie będzie.

Stoigniew, pożegnawszy księcia o świcie, wysłał komornika do nowego dworca na gródku strzegącym mostu na Tumski Ostrów po lewym brzegu Warty. Oda z synami tam się zatrzymała, widocznie też unikając zetknięcia z Bolesławem. Wojewoda czekał na powrót komornika, rozmyślając, co począć wypadnie, jeśli Oda i z nim rozmawiać nie zechce.

Komornik jednak wrócił wkrótce z oznajmieniem, że księżna skłonna jest mówić z wojewodą, ale bezzwłocznie, bo jest na wyjezdnym do Gniezna.

Istotnie Stoigniew z mostu już dostrzegł stojące u wjazdu ładowne wozy, na które pachołkowie znosili jeszcze dobytek. Oda widocznie garnęła, co się dało. Stoigniew zmarszczył się, ale wzruszył ramionami. Daleko Oda dobytku nie wywiezie.

Czekała na Stoigniewa, stojąc pośrodku świetlicy ogołoconej już ze sprzętów, kobierców i ozdób. Nie odpowiadając na jego pokłon, sama zaczęła:

- Słyszałam, że Bolesław wyjechał, zdałoby się tedy, że nic sobie wzajem nie mamy do powiedzenia. Skoro jednak przez posły mówić ze mną raczy, milszego mi mógłby wybrać niźli was. Ale słucham, a potem powiem swoje.

Wojewoda skinął głową obojętnie.

- Jako zapewne wiecie - zaczął - pilniejsze napaść odeprzeć, jaka od ruskiej ściany grozi nie jego jeno dzielnicy. Z wami rozprawiać będzie, gdy się z tym upora.

Oda dobrze zrozumiała, jaką rozprawę ma na myśli Stoigniew. Z błyskiem gniewu w oczach powiedziała:

- Wiem, że niesposobna mu pora na rozrachunek ze mną. Tedy o czym gadać?

- We własnym imieniu mówić z wami chciałem - rzekł Stoigniew.

Księżna odparła wyniośle:

- Wiem, co o mnie mówicie, alem nieciekawa, tym mniej tego, co mnie rzec macie.

Zrobiła ruch jakby ku wyjściu, wojewoda jednak zastąpił jej drogę. Patrzyła na niego z zimną nienawiścią i drwiącym półuśmiechem na swej pięknej jeszcze twarzy.

- Zalibyście się ważyli zatrzymać mnie we własnym moim dworcu? - zapytała.

- Widzę, że jak z własnego zabieracie mienie - odparł Stoigniew. - Ale o tę puściznę wojny między nami nie będzie.

- Między nami? - zaśmiała się z przymusem. - Któż to wy jesteście?

- Taki sam wnuk Ziemomysła jak wasi synowie.

- Bękart po greckiej niewolnicy - rzuciła pogardliwie.

Wojewoda przybladł, ale odparł obojętnie:

- Tedy lepszy niż bękarty po mniszce.

Zdało się, że Odzie ogień tryśnie z oczu i że rzuci się na stojącego pierś w pierś Stoigniewa. Syknęła przez zaciśnięte zęby:

- Łatwo znieważać wdowę i nieletnich wyrostków. Nie ważylibyście się tego rzec, gdyby żył małżonek mój.

- Tedy nieprawda, że wiecie, co o was mówię, bom to samo rzekł jemu w żywe oczy, gdyście na starym i chorym człeku szczecińskie Pomorze, które ongiś działem być miało mego rodzica, dla waszego pomiotu wymusili.

Opanowała się już i powiedziała zimno:

- Rozumiem tedy, że wojna o nie między nami. Na nią mnie jeszcze stać.

- Ninie nie stać nas na nic, co siły osłabia, przeciw postronnym wrogom potrzebne. Przyszedłem zawrzeć rozejm, ale nie prosić oń, bo nie mnie z niego korzyść. Wzajem wiemy, co myśleć o sobie, tedy słów szkoda tracić, bo i mnie pilniejsze czekają sprawy. Ale nie powinni wiedzieć wrogowie ani nawet sprzymierzeńcy. W tym chyba zgodni jesteśmy?

Oda milczała ze skamieniałą twarzą, a Stoigniew ciągnął:

- By nie dać pozoru, że po śmierci kniazia Mieszka coś się zmieniło, powiodę zebrane tu wojska w pomoc Ottonowi, jak zmarły pan zamierzył. Jego śmierć to odwlekła, tedy sprawa pilna, a dla was, sądzę, korzystna - siostrę swą poprzeć w Braniborze, a Sasów załagodzić, bo juści pomną, że rodzic wasz winowajcą jest onej wojny.

Zdało mu się, że trafił, ale Oda jeno uśmiechnęła się z drwiną:

- Wielcem wam wdzięczna, że troskacie się o moje sprawy, a jeśli jeno o nie idzie, możecie się nie spieszyć.

Gdy spojrzał na nią pytająco, dodała:

- Gadają o was, że znacie się na ludziach, nie widzę, by to była prawda. Zda się wam, że nie rozumiem, co wy osiągnąć chcecie. Ale jam tu też nie od wczoraj i ludzi waszych przejrzeć zdołałam. Jako psy w stadzie, za tym chodzić będą przewodnikiem, do którego nawykną. Nie z woli Kościoła ni cesarza właść waszych książąt się zrodziła, jeno że wojów, którym w walce przywodzili i czasu pokoju, mieli za sobą. Wierę, że radzi byście takową jedność okazać Ottonowi, której Bolesław przywodzi. Jeno mnie za głupią nie miejcie, bym się wam moim kosztem w cesarskie łaski wkupić zwoliła. Albo Odylen z mego ramienia powiedzie zebrane wojska, albo - jeśli zdradzić chcecie, że nie masz jedności między nami - wojów z dzielnicy mych synów. Wy czyńcie, co wasza wola. Niechaj i Otto wybór ma, kto z nas lepszym sprzymierzeńcem.

Gdy Stoigniew milczał, zamyślony, dodała w podnieceniu:

- Jako widzę, tegoście się nie spodziewali.

- Iście, że tego się nie spodziewałem, by z waszego ramienia wojewodą ostał Odylen, który siwego włosa doczekał, nim wojny powąchał. Jeno wojna z Weletami to nie zjazd dla złożenia hołdu. Mniej bym się zdziwił, gdybyście waszego Mieszka wyznaczyli. I Bolesław, i ja niewieleśmy starsi byli od niego wojować zaczynając.

- Wierę i w to, że chciałoby się wam niedoświadczonego wyrostka widzieć na czele wojsk, by czynić, co wam się zda, albo i zgubić go sposobną porą - dodała zjadliwie, ale Stoigniew jeno ramionami wzruszył:

- Z wyrostkami nie wojuję. Dostaniecie wy wilczy łeb, pójdą i synowie wasi, albo ostaną służyć Bolesławowi, jak służę ja i Sobiesław, i wielu innych potomków Piastowego rodu. A cokolwiek bym sądził o waszym rozumie, to sami wiecie, że na wojnie tyle się wyznawacie, co i Odylen. W takiej wojnie, jaka nas czeka, po lasach i bagnach lubo przy obleganiu grodów, doświadczenie mieć trzeba, by darmo ludzi nie tracić. Do niej piesze wojska przydatne, a jezdne jeno w walnej bitwie, której się nie spodziewać. A gdyby do niej i doszło, nie Odylen będzie ją zwodzić. Tedy może się i zgodzimy. Niechaj on z imienia całym wojskiem dowodzi, ja zasię jeno łucznikami i tarczownikami. Wóz alibo przewóz, ja ruszam, nie mieszkając, choćby jeno z poznańską drużyną, bo na namysły czasu nie ma.

Oda zarazem czuła słuszność w słowach Stoigniewa i wietrzyła jakiś podstęp. Wolałaby się naradzić i - by zyskać zwłokę - powiedziała niepewnie:

- Jeno Odylena nie masz tu, trzeba słać po niego, a gotów nie będzie.

- Szybko się zebrał ongiś na wasze wesele, choć też się nie spodziewał być na nim - odparł Stoigniew. - Wojna zasię nie gody, wojak zawżdy gotowy być winien, stroić się nie trzeba ni włosów trefić. Ale niechajby i to uczynił, dogna mnie łatwo, bo ja z pieszymi wolniej pociągnę.

Oda skinęła głową niepewnie. Gdy wojewoda skłonił się i wyszedł, patrzyła za nim z nienawiścią, a zarazem jakiś lęk ją przejmował. Tego wroga nie przejrzała, potrafił ją przycisnąć i nie wiadomo, co ze sprawy wyjdzie.

II

Stoigniew, wyszedłszy z dworca, skierował się na błonia nad Wartą, gdzie wojska stały obozem. Starszyźnie oznajmił rozkazy, po czym sędziwego Radocha, który ongiś pierwszy uczył go wojennego rzemiosła, odwiódł na stronę. Staremu słuch już nie dopisywał; słuchając, jedną ręką ucho ogarniał, a drugą wąs kręcił w zamyśleniu, gdy wojewoda zaczął:

- Raniej stanąć musimy pod Braniborem, nim Odylen nadąży.

- Wżdy go tu nie ma.

- Bliżej mu z Lubuszy niż nam z Poznania. Nie ważył się na pogrzeb starego kniazia przyjechać, by się z Bolkiem nie spotkać. Młody popędliwy jest, a wiadomo, że Odylen zawżdy społem knował z Przybywojem, choć nie było go w Krakowie, gdy ten kniazia otruć usiłował.

- Wżdy Lubusza w Bolkowej dziedzinie i jego tam właść. Słać po Odylena i w więzach go kniaziowi odesłać. Ać się uwidzą.

- Nie można. Ugodziłem się z Odą, że Odylen wojewodzić będzie z jej ramienia.

- Tedy słać do niego, że kniaź mu się stawić kazał przed sobą nie mieszkając. Jeśli zgoła nie uciecze, co prędzej do Ody wyjedzie do Gniezna, a stamtąd dalej mu będzie niż nam. Konni mogą tu na niego czekać, a nam z pieszymi ruszać, póki nie skwarzy, bo upały się biorą. Nim się sprawa wyjaśni, będziem daleko.

Stoigniew poklepał Radocha po ramieniu. Lubił starego wojaka, z którym wiązał wspomnienie pierwszej swej bitwy pod Cydzyną.

- Chytryś! Pchnijże tedy posłańca do Odylena, a sam z pieszymi ruszaj zaraz. Dognam was, nim Odrę przejdziecie. Ninie jeszcze muszę rozmówić się z biskupem.

Skinął staremu głową i skierował kroki na most. Mijając nowy dworzec, spostrzegł, że orszak Ody i ładowne wozy już ruszają.

Widno księżna nie rozmawiała z biskupem, który nie wrócił jeszcze z porannego nabożeństwa w swej katedrze, trzeba było jednak upewnić się. Stoigniew czekał, namyślając się, jak doświadczonego a dbałego o swą władzę i stanowisko dostojnika dla sprawy Bolesława pozyskać. Ongiś Unger podziałowi państwa był przeciwny, bo zapowiadało to stworzenie nowej diecezji, a dogodniejsze mu było stanowisko jedynego rządcy polskiego Kościoła. Ale od tego czasu położenie się odmieniło, podział kraju był już dokonany, a choć widoczne było, że długo się nie utrzyma, dla biskupa korzystniej mogło się zdać, by utrzymali się nieletni dziedzice, a nie dojrzały i nawykły wolę swą przeprowadzać Bolesław.

Stoigniew rozważał, czekając cierpliwie na biskupa, który po dłuższej chwili ukazał się w orszaku kapitulnego duchowieństwa. Kazał się zaraz oznajmić, nie dając poznać po sobie, iż drażni go, że Ungerowi nie spieszno go przyjąć. Gdy go wreszcie wezwano, udał, że nie widzi, iż Unger nie powstał na powitanie, zajął wskazane sobie miejsce obok podwyższenia, na którym siedział biskup, i gładko zaczął:

- Kniaź Bolesław nie mógł czekać na waszą przewielebność, bo od wschodu napaść zagraża. Mnie tedy zlecił za oddanie ostatniej posługi swemu rodzicowi podziękować, o modły za jego duszę prosić, a pamięci jego nadaniami dla Kościoła utrwalić nie omieszka, jeśli mu Bóg pozwoli powrócić szczęśliwie, by sprawy w kraju uładzić.

Biskup tylko głową skinął. Milkliwość jego niepokoiła Stoigniewa, od Ungera dużo zależało. Umiał trzymać w karności podległe sobie duchowieństwo i rządnie gospodarzyć w rozległych swych włościach, pomnażając osadników, wprowadzając nowe uprawy na wydzieranych borom obszarach, gromadząc zasoby w skarbcu i spichrzach. Biskup, stając po stronie Bolesława, umocniłby jego położenie, ale dbać zwykł tylko o kościelne sprawy, a już pochowanie Mieszka w Poznaniu bez porozumienia się z młodym księciem wskazywało, że liczyć się zamierza tylko z tym, co jemu na korzyść wychodzi.

Stoigniew patrzył badawczo na biskupa i po chwili podjął poufnie:

- Kniaź przestrzec was kazał, że niepokój jest w kraju. Lud, wszelkim nowościom niechętny, snadnie podszeptom kapłanów starej wiary ulec może, przykład biorąc z Połabia i Danii. I u nas podział kraju zaczynem może być buntu, gdy Oda wzorem swego rodzica rządzić zacznie. Nie miłuje jej lud, nienawidzi jej włodarzy, którzy ciężary nakładają, do jakich nie nawykł, a rozruch wszczęty w dzielnicy jej synów łacno się może rozprzestrzenić. Zlecił wprawdzie kniaź wojewodzie Mszczujowi dawać baczenie, by spokój był w kraju, póki on sam postronnych spraw nie uładzi, ale Oda słuchać nie będzie namiestnika. Tedy kniaź prosi, byście Mszczuja radą, a - jeśli trzeba będzie - i czynem wspierali, a księżnę przestrzegli przed samowolnym poczynaniem; jeśli wam da posłuch, bo pono własnego biskupa dla dzielnic swych synów pozyskać zamyśla.

- Bez mej zgody tego uczynić nie władna - gniewnie rzucił Unger, ale wyraz niepokoju zjawił się na jego surowej twarzy.

Stoigniew skinął głową.

- Póki diecezja misyjna jest, od Rzymu to jeno zależy. Ale przez magdeburskiego arcybiskupa snadnie to uzyskać może, za cenę włączenia diecezji do jego prowincji, o co Gizyler z dawna podnosi roszczenie.

Unger spojrzenie utkwił w ziemię, widno zamyślony nad położeniem. Misja w Polsce skończyć się musi. Wonczas albo sama stanie się prowincją kościelną, albo do innej włączona zostanie, jak Czechy. Stoigniew, czytając w myśli Ungera, ciągnął:

- Jeśli mamy zyskać własnego metropolitę - skłonił głowę, jakby go wskazując - jedność stanowić musimy. Jeden władca może być tylko wtedy, gdy zwycięży Bolesław, bo wiadomo, że żaden z dziedziców na swoim nie poprzestanie. Gdyby zasię zwyciężyć miała Oda, i tak państwo podzielone zostanie, bo synów ma dwóch.

- Może być kilka państw w jednej prowincji - odparł Unger niezbyt pewnie. - Słyszę też, że księżna Lamberta do stanu duchownego przeznacza.

- Iście tak - podchwycił Stoigniew. - Ale domyślić się nietrudno, że nie do zakonu, jeno na biskupa lubo metropolitę.

- Wżdy to jeszcze wyrostek...

- Czas leci, a nie nowina wyrostkom książęcego pochodzenia i najwyższe kościelne godności. Jan Dwunasty osiemnaście lat liczył, gdy na papieskim zasiadł tronie. A rządzić będzie Oda.

- Ale nie mną - gniewnie uciął biskup.

- Tak i mniemam. Jeśli zwycięży Bolesław.

Otrzymawszy rozkaz stawienia się przed księciem, Odylen bliski był popłochu. Choć wzmógł jeszcze swą ostrożność i poniechał znoszenia się z wrogami od chwili, gdy Mieszko na przekór synowi przywrócił go do łaski, nie łudził się, by oznaczało to przywrócenie zaufania. Bez obawy natomiast znosił się z Odą, ale pewne było, że Bolesław wie o tym. Toteż gdy doszła Odylena wieść o śmierci starego księcia, zrozumiał, że w dzielnicy młodego nie tylko na urzędzie się nie utrzyma, ale i życia nie jest pewny. Odzie natomiast jest potrzebny. Obcy z jej dworu nie mieli znaczenia u wielmożów, a samą mową i obyczajem budzili niechęć prostego ludu. Brakło jej krajowych ludzi, a zwłaszcza takich, których los, jak jego, na złe i dobre z jej własnym związany, których wierności przeto mogła być pewna. Ciągnęła też Odylena do młodej wdowy namiętność starzejącego się człowieka, którą sam przed sobą taił, póki żył Mieszko. Nie na tyle jednak, by się jej nie domyślała Oda, może nie bez celu chytrze ją rozbudzając. Nie był aż tak łatwowierny, by się w tym nie spostrzec, dlatego na pogrzeb starego księcia nie pojechał nie tylko z obawy przed Bolesławem. Korzystniej dla niego, by prosić go musiała o opiekę, niżby się sam z nią narzucał. Będzie mógł stawiać warunki, dać jej do zrozumienia, że najpewniejsza może być jego wiernej opieki, jeżeli ją pojmie.

Ta myśl otwierała przed nim nowe widnokręgi. Gdyby syna z nią spłodził, pomyśli o tym, jak jemu zapewnić Mieszkowe dziedzictwo.

Pohamował rozigraną wyobraźnię. Na drogę tych zamierzeń padał cień Bolesława. Odylen jednak zdawał sobie sprawę z trudności i niebezpieczeństw, wobec których stoi młody książę; starał się więc wmówić w siebie, że liczyć się z nim nie potrzebuje. Ale gdy otrzymał rozkaz stawienia się przed nim, choć nie zamierzał go wykonać, sama myśl o zetknięciu się z Bolesławem przejęła go takim niepokojem, jak o spotkaniu z drapieżnym zwierzem. Zły był sam na siebie, że pozwolił spłoszyć swe rojenia, i zaklął. Gdy zapytał, gdzie książę bawi, odpowiedź nie ukoiła jego rozdrażnienia. Posłaniec, prosty wojak, odparł lekceważąco:

- Kniaź nie zapinka, naleźć go łatwo. A nie najdziecie, sam was poszuka.

Nie czekał na dalsze zapytania i odjechał. Z odpowiedzi Odylen wywnioskował jednak, że nie ma już księcia w Poznaniu. Zapewne wrócił do Krakowa, nie ma obawy, by go spotkał. Postanowił natomiast nie czekać na wezwanie Ody. Gotowy był do drogi, wozy stały załadowane, jeno siadać na koń. Jeszcze jedno przypomnienie poderwało go do pośpiechu: pomyślał o bracie. Po wypadkach na chrzcinach Bolesławowego syna, Mieszka, Przybywój zbiegł z kraju. Dla niego zetknięcie się z Bolesławem oznaczało niechybną śmierć. Odylen zabronił nawet bratu przesyłania wieści, by odsunąć od siebie wszelki pozór, iż byli w zmowie. Teraz jednak niewątpliwie wróci, śmiały jest. Dla Ody naraził swe życie i znosić musiał wygnanie, młodszy jest i nadobniejszy, łatwiej mu będzie zyskać przychylność Ody. Przez zakony wieści idą szybko, jeśli go Przybywój uprzedzi, górne nadzieje Odylena staną się mrzonką. Działać trzeba niezwłocznie, gdy nareszcie u progu starości życie się uśmiechnęło do niego, jak spod chmur słońce o zachodzie.

Porównanie przejęło Odylena dreszczem. Po takim zachodzie noc bywa najciemniejsza. Splunął od uroku, otrząsnął się i wyszedł na dziedziniec. Gotowi do drogi pachołkowie wałęsali się koło wozów, konie pod wierzch stały osiodłane. Odylen nie myślał o tym, że w niespokojnym czasie porzuca gród, nie zdając go nikomu. Głowę ma jeno jedną do stracenia.

Kilku wojów, stanowiących orszak Odylena, gwarzyło między sobą, spoglądając na miłośnicę żupana, Niesułkę, która zbierała swe węzełki i sadowiła się na jednym z wozów. Na jej widok Odylen zmarszczył się. Ongiś związał się z młodą i urodziwą dziewczyną, która, nikogo nie mając na świecie, ślepo przylgnęła do niego, pokornie i bez słowa znosząc jego wydziwiania, ponure milczenie czy napady złości. Gdy Mieszko wybaczył Odylenowi dawne knowania i osadził na urzędzie, Odylen rozglądać się zaczął za odpowiednim swemu pochodzeniu małżeństwem. Ale z krajowych wielmożów nikt nie był skłonny oddać córy nie cieszącemu się względami panującego księcia, a jawnie niemiłemu jego następcy, podstarzałemu krewniakowi. Z sąsiednich grafów czy duków może by i który rad był w Polsce się spokrewnić. Odylen jednak lękał się przez taki związek rozbudzić uśpioną podejrzliwość.

Teraz jednak postanowił pozbyć się przywiędłej już nieco Niesułki. Wobec otwierających się widoków była zawadą. Złościło go zresztą nieraz, że nie może dobić do dna jej pokory i uległości. Nie mógł znaleźć pozoru, by ją odegnać, postanowił krótko skończyć sprawę. Podszedł do niej i powiedział ostro:

- Złaź! Ostaniesz!

Zwróciła na niego oczy kopniętego psa. Po raz pierwszy ujrzał w nich łzy. Ale znała go zbyt dobrze, by wiedzieć, że na nic płacz ni słowa. Mrugając oczyma, by ukryć łzy przed drwiącymi spojrzeniami pachołków, zaczęła się gramolić z wozu, ściągając swe węzełki. Ale pokora jej, miast ułagodzić Odylena, rozdrażniła go jeno. Niecierpliwie cisnął je na ziemię, po czym skinął, by mu konia podano, i ruszył za bramę, nie obejrzawszy się na stojącą jak pod pręgierzem, na oczach wojów z załogi, pośrodku pustoszejącego dziedzińca niewiastę. Przyglądali się z dala, zarazem z zadowoleniem i niepokojem, wyjazdowi żupana, który nie cieszył się wśród nich mirem. W niepewnym czasie ważny gród pograniczny ostaje bez dowódcy. Młodsi jednak pokpiwać jęli z Niesułki. Stary dziesiętnik, Trzebiemir, który ponurym spojrzenmiem odprowadził Odylena do bramy, fuknął na nich:

- Stulcie pyski! Nawet na swe łajno człek się obejrzy, gdy odeń odchodzi. I na was ani spojrzał. Precz stąd i do swego dzieła, by ład był na grodzie, gdy młody pan nowego przyśle żupana.

Rozchodzili się niechętnie. Na opustoszałym dziedzińcu w jaskrawym świetle czerwonego słońca sterczała samotnie Niesułka. Trzebiemir podszedł do niej i powiedział łagodnie:

- Niczego tu nie wystoisz ni lutać nie masz po kim. Możesz mojej niewieście w gospodarce pomagać. Nie zginiesz bez tego... psia jego krew, nie Piastowa!

Spojrzała na starego bolesnymi oczyma, po czym bez słowa podniosła swe węzełki i skierowała się ku bramie. Patrzył za nią, póki nie wyszła na piaszczysty, rozgrzany słońcem gościniec, po czym mruknąwszy: "głupia" - kazał bramę zawierać.

Księżnę zaskoczyło zjawienie się Odylena w Gnieźnie, gdy przekonana była, że w myśl jej polecenia ciągnie na czele konnych hufców pod Branibor. Gdy jednak wyszło na jaw, że go nie otrzymał, a wyjechał z Lubuszy na skutek wezwania Bolesława, by się przed nim stawił, zdziwienie Ody przeszło w złość. Sama podstępna a bystra, od razu pomiarkowała robotę Stoigniewa i jej cel. Gniew Ody zwrócił się też przeciw Odylenowi, za jego jawny lęk przed Bolesławem i łatwowierność, na skutek której pozwolił się przepłoszyć, nie sprawdziwszy nawet, czy wezwanie istotnie od Bolesława pochodzi. Nie pora jednak zrażać sobie potrzebnego człowieka, choć z pewnych napomknięć i zachowania się Odylena powzięła podejrzenie co do jego zamysłów. Chciała mieć w nim narzędzie, nie wspólnika. Dość oschle ucięła tedy jego wylewność, przykazując bezzwłoczny wyjazd pod Branibor i z naciskim podkreślając konieczność pośpiechu i ważność zadania.

Doznane przyjęcie mocno przytłumiło rozigrane nadzieje Odylena. Zamiast wygodnego pobytu na dworze, który pozwoliłby mu zabiegać o ich spełnienie, czekały go trudy wojenne, do których nie nawykł, a miejsce, jakie sobie upatrzył przy Odzie, gotów tymczasem zająć kto inny. Wojennej sławy nie zdobędzie, drużyna przywykła do wodza, który górował nie stanowiskiem, ale męstwem i doświadczeniem. O tym przekonał się jeszcze przed wyruszeniem z Poznania. W niepewnym jego ręku drużyna boczyła się jak koń, który poczuje niewprawnego jeźdźca. Rozkazy wykonywano opieszale, starszyzna nie taiła niemal swego lekceważenia. Toteż przeszedłszy Odrę, Odylen oddał dowództwo Jaczewojowi Pomianowi w nadziei, że ten prędzej poprowadzi pochód, sam zaś z małym orszakiem ruszył przodem, by ubiec Stoigniewa w spotkaniu z Ottonem.

Jaczewoj bardziej przejmował się końmi niż rozkazami Odylena. Gdy dniem dokuczały im gzy i skwar, ciągnął jeno nocami, które krótkie były. Choć przeto i Odylen nie ciągnął zbyt szybko, wyprzedził znacznie konne hufce. Podróż nie była łatwa, kraj za Odrą spustoszony, warowne gródki i osady spalone, ludność z mieniem kryła się po lasach, drogi były niebezpieczne, wyżywienie trudne.

Odylen kilkakrotnie napotkał niewątpliwe ślady pochodu Stoigniewa i zwątpił, czy zdąży go wyprzedzić. Oda za złe mu poczyta spóźnienie. Rozważać począł, czy dobrze uczynił wiążąc się z nią. Bolesławowi samemu nic przecież nie zawinił, a w niepewnym czasie książę wyrozumialszy być musi. Może zapomniałby urazy, gdyby Odylen z dobrej woli służby mu swe ofiarował. Teraz o tym pomyślał, gdy nie miał już wyboru. Wyznaczenie go przez Odę wodzem wojsk posiłkowych jawnie oznaczało, że stoi po jej stronie, droga odwrotu była zamknięta, nie mógł nawet stanąć na uboczu, by czekać na rozwój wypadków. Ona miała go w ręce, nie on ją. Jak kamień z góry puszczony, jedną ma drogę przed sobą, dokądkolwiek wiedzie. Nie dla Ody, ale dla własnego bezpieczeństwa uczynić musi wszystko, by jej zapewnić zwycięstwo. Jeno i wówczas niepewne, co wygra, a do stracenia ma wszystko. Bliski był rozpaczy.

Jałowe a niemiłe rozważania ustąpiły jednak rzeczywistości, gdy pod zachód pogodnego dnia lekki powiew przyniósł mu zapachy dymów, a wkrótce i gwar obozujących wojsk. Po przebyciu kilku stajań Odylen ujrzał zagajnik nad jeziorkiem, w którym pojono konie. U koniarów dopytał się o miejsce postoju polańskich wojsk posiłkowych i skierował się ku niemu, rozmyślając, jak się ma zachować wobec Stoigniewa. Choć krewniacy, nie znali się niemal, Odylen wiedział jeno, że Stoigniew jest najbliższym zaufanym Bolesława, a już za starego księcia posłem bywał i na cesarski, i na papieski dwór. Oda przestrzegała przed jego przebiegłością, przejęcie nad nim dowództwa, niezbędne dla układów z młodym królem, nie zdało się Odylenowi łatwe, gdy nawet u prostych wojów widział wyraźną niechęć ulegania nieznanemu dowódcy. Czegóż może się spodziewać od Stoigniewa, który - choć znacznie młodszy - przewyższa go godnością, znajomością pisma, obcych krajów i języków, doświadczeniem wojennym i poselskim?

Odylen znał jednak ludzi na tyle, by wiedzieć, że jeśli nie okaże pewności siebie, to przegra. Przybrał więc dumny wyraz twarzy i zajechawszy na dziedziniec obozowy, oznajmił się pierwszemu z kraja wojakowi, każąc mu zwołać starszyznę. Wojak wrócił po chwili w towarzystwie poważnego męża, który skłonił się wprawdzie układnie przed Odylenem, ale sucho oznajmił, że wedle obyczaju jeno w bitwie wódz sam wydaje rozkazy, w pochodzie zaś i na obozie jeno przez niższych dowódców, by każdy z nich wiedział, co i dlaczego robią jego ludzie.

Odylen przełknął pouczenie jako przedsmak tego, co go jeszcze czeka, i kazał się wieść do Stoigniewa.

- Nie masz go i nieprędko zapewne wróci. Ważna jakowaś narada jest u króla.

Odylen zaniepokoił się. Oda wyraźnie ostrzegała, by nie dopuścił Stoigniewa do samodzielnych układów. Trzeba zaraz zgłosić Ottonowi swe przybycie. Ale nic począć nie może, póki się nie połapie, co zdążył zdziałać Stoigniew pod jego nieobecność. Należało rozmówić się z ludźmi sprzyjającymi Odzie, przede wszystkim z bratem jej, Brunonem, i bawarskim Kłótnikiem. Ale o nich szkoda teraz nawet pytać, jeżeli przybyli, także muszą być na naradzie. Odylen nie wiedział, co poczynać, ponieważ jednak znużyła go podróż w skwarny dzień, kazał sobie namiot wystawić, pożywił się i ułożył na wypoczynek, sprawy odkładając do jutra.

Stoigniew natomiast, który z pieszymi nadciągnął rankiem tegoż dnia, nie tracił czasu na wypoczynek. Zgłosił się niezwłocznie po przybyciu u Ottona, przypomniał, że to on układ imieniem Mieszka z cesarzową Teofano zawierał, którego następca zmarłego księcia wiernie dochować zamierza. Nie mogąc sam przybyć z powodu Włodzimierzowego najazdu, najlepszą jednak część swych wojsk posyła. Przeznaczone wprawdzie były do obrony przed grożącą ze strony Czech napaścią, ale nie wątpi, że król zmusi czeskiego lennika do pozostawienia sprzymierzeńca w spokoju.

Stoigniew, mówiąc, z zaciekawieniem patrzył na dwunastoletniego wyrostka. Od czasu gdy widział go przed dwoma laty, wyrósł, choć wątły pozostał, ale uderzyła wojewodę zmiana w jego zachowaniu. Z dostojną pewnością siebie, pozbawioną jednak chłopięcego zarozumialstwa, odparł, że celem jego jest pokój Boży i jedność w chrześcijaństwie, nakaże przeto, by Bolesław, zwany Rudym, który w zastępstwie ojca przywiódł z Czech posiłki, zaprzysiągł pokój pod grozą utraty jego łaski i życzliwości.

Stoigniew wiedział wprawdzie, że w istocie rządy w Niemczech sprawuje arcybiskup moguncki a zarazem legat papieski na Germanię i Galię. Ale nawet tak potężny dostojnik liczyć się musi z tym, że Otto jest koronowanym królem, za trzy lata osiągnie już wiek sprawny, utrzymywanie zaś pokoju między posiłkującymi narodami nakazuje zwykły rozsądek. Willigiz nie był zresztą przyjacielem Czech ni Kłótnika, swego czasu własną osobą brał udział w stłumieniu buntu Bawarczyka i w wyprawie przeciw Pobożnemu.

Stoigniew, by okazać wartość przywiedzionych posiłków, zarządził ich przegląd i z zadowoleniem widział zachwyt królewskiego chłopięcia na widok ich karności, sprawności i uzbrojenia. Otto dopytywać jął o Bolesława, o którego męstwie i obrotności słyszał, i - być może - zazdrościł mu sławy, gdyż na wiadomość, że Bolesław wojować zaczął niewiele starszym będąc niż ninie on sam, zauważył:

- Ja miałem lat sześć, gdym po raz pierwszy ruszył na wyprawę.

Stoigniew wiedział, że tak było istotnie. Wysłano wówczas dzieciaka, by jego obecność podniosła wojska na duchu w dniach klęski. Może i to było przyczyną, że nabrał poczucia ważności swej osoby i posłannictwa, wykazując przy dojrzałości nad wiek dziecięcą naiwność. Ojca nie znał, od matki porwano go w wieku prawie niemowlęcym. W umyśle chłopca wraz z goryczą samotnego dzieciństwa utrwaliło się przekonanie, że osoba jego z przyrodzenia jest źródłem władzy, dlatego porwano go od matki, by był narzędziem w cudzych rękach. Teraz dojrzał już na tyle, by odrzucić tę rolę. Widać było, jak niespokojna myśl jego pracuje nad wyznaczeniem własnej drogi, wahając się między nie dającymi się pogodzić skrajnościami, szukając wzorów zarówno w przeszłości, jak i wśród żywych ludzi, którzy wybijali się nad innych. Urzekało go wszystko, co wielkie. Dowiedziawszy się, że Stoigniew bywał w Rzymie, z zapałem mówić zaczął o stolicy świata, który z jej upadkiem pogrążył się w bezład i zamęt. Podziwiał dzieło Karola Wielkiego, za którego następcę się uważał, o wojnie z Weletami i pustoszących najazdach nordyckich zbójów mówił z lekceważącym zniecierpliwieniem, jakby utrata zdobyczy dziada i jego margrafów to jeno miała znaczenie, iż wiąże go w Niemczech, stanowiąc przeszkodę do szerszych poczynań.

Stoigniew trzeźwo rozważał korzyści, jakie da się wyciągnąć ze zbliżenia z tym dziwnym chłopięciem. Willigiz planom Ottona będzie przeciwny, skoro odmówił udziału w rzymskich wyprawach jego ojca. Ale świat wyobraźni młodego władcy wywierał dziwny urok, któremu nie umiał się oprzeć nawet trzeźwy Stoigniew. Od margrafa Ekkeharda wiedział, że Otto pieśni układa, a jednocześnie szuka dokoła siebie ludzi zdolnych mu pomóc w urzeczywistnieniu marzeń. Uderzyła jednak Stoigniewa niechęć i nieufność młodego króla wobec niemieckich możnowładców i zdało mu się, że rozumie jej źródło. Otto sięgał pamięcią w najmłodsze lata swego dzieciństwa i teraz pojmować zaczynał, że pycha i chęć władzy buntowniczych książąt pozbawiły go spokoju i słodyczy macierzyńskiej opieki w pierwszym okresie życia, dla własnych celów wykorzystywały jego przedwczesne sieroctwo, a w przyszłości staną na drodze jego wielkich, choć jeszcze nie w pełni uświadomionych celów. Pokój Boży i jedność chrześcijaństwa! Piękne to! Przemoc musi przestać być prawem, chrześcijaństwo pozorem mordów i rabunku.

Stoigniewowi przyszedł na myśl Zyńka i tacy jak on, którzy wprowadzić chcieli nową wiarę bez przemocy, z myślą nie o własnych korzyściach, lecz o dobru nawracanych. Gorzkie doświadczenie mówiło jednak, że to są mrzonki. Zyńka przynajmniej bezpieczny się czuł wśród pogan, może dlatego, że w Polsce nie wprowadzono krzyża mieczem. Jednak narody, które go poznały tylko przez krew i pożogę, będą krzewienie wiary przez takich ludzi uważać za nowy podstęp. Ale gdyby przywódcy chrześcijaństwa szczerze się przemocy wyrzekli, gdyby prawdziwym apostołom przeszkód nie stawiali, lecz udzielili im poparcia i opieki, może warto by spróbować. Stoigniew otrząsnął się z tych rozważań. Nie jego sprawa. Niechże ten wyrostek, który szuka wielkiego celu w życiu, próbuje ziścić te mrzonki, ład i państwo Boże wprowadzić na świecie. Stoigniew bliższe ma cele, a do ich ziszczenia może się przydać życzliwość królewskiego chłopięcia. Potem będzie czas pomyśleć, jak pomóc mu w osiągnięciu jego celów.

Pożegnał Ottona, zaproszony przezeń na wieczerzę i naradę. Mimo pośpiechu, z jakim prowadził swe wojska, i podstępu mającego opóźnić przybycie Odylena, które udaremnić może jego zamierzenia, spodziewał się go lada chwila. Wcześnie zebrał się, by przed naradą rozmówić się z ludźmi, którzy mu byli potrzebni.

Wieczór po upalnym dniu był ciepły, ale od wody i lasu pociągał rzeźwy chłód, ucztę przygotowano przeto na zbitych naprędce z tarcic i ustawionych w podkowę stołach. Jaskrawe zorze stały jeszcze na niebie, gdy zasiedli przy nich przybyli na wyprawę sprzymierzeńcy i lennicy. Niewielu spośród nich brakło, nawet dawni przeciwnicy Ottona przysłali hufce zbrojne oraz swych zastępców. Na czele bawarskich oddziałów przybył dziewiętnastoletni syn Kłótnika, Henryk - po ojcu. Bolesław Pobożny przysłał również imiennika swego, Bolesława Rudego. Bracia cioteczni po Emmie i Gizeli, córach króla burgundzkiego, jako namiestnicy najpotężniejszych lenników i krewniacy królewskiego pacholęcia, siedzieli po lewej stronie podwyższenia, przygotowanego dla króla i Willigiza. Po prawej, wedle godności, zasiedli duchowni lennicy z magdeburskim Gizylerem na czele i jego sufraganami - braniborskim Folkmarem, hawelberskim Hilderichem, Hugonem żytyckim i Wolkoldem miśnieńskim. Z wyjątkiem ostatniego, wszyscy pozbawieni swych stolic i beneficjów, oni tylko uważali za własny cel starannie przez mogunckiego arcybiskupa przygotowaną wyprawę, która skończyć miała wlokącą się od lat wojnę. Dla innych była ciężarem, którego radzi by się pozbyć jak najprędzej i możliwie z najmniejszymi ofiarami, a wyciągnąć jak największe korzyści. Bawarom nawet na rękę było osłabienie Sasów, Czesi po cichu sprzyjali Lutykom.

Tymczasem jednak wojna przewlekała się przez obleganie obronnych miejsc, których zniszczono już kilkadziesiąt, ale przy zaciętej i umiejętnej obronie wytracono znaczną część pieszych knechtów. Teraz walka przeniosła się w lasy i bagna, gdzie ciężkie rycerstwo konne było bezradne wobec podstępnych pogańskich sposobów jej prowadzenia. Gizyler i Folkmar nalegali, by przystąpić do zdobywania Braniboru, przedstawiając, że zniszczenie ośrodka oporu przyspieszy koniec wojny. Toteż przybycie wojewody Stoigniewa z silnym zastępem pieszego ludu powitane zostało z ulgą i - mimo nieżyczliwego stosunku do Mieszka z powodu zatargów o zwierzchnictwo nad Kościołem w jego państwie - Gizyler nie szczędził uznania jego następcy, że wiernie dotrzymuje zawartego przymierza.

Stoigniew jednak puszczał mimo uszu pochwały magdeburskiego arcybiskupa, jakby ich nie słyszał. Przychylność jego nie była mu potrzebna ani w nią nie wierzył. Na pozór zajęty był rozmową z Ekkehardem, synem poległego w walce z Saracenami grafa Turyngii, Gunthera, obydwaj jednak bacznie słuchali, o czym mówi Bolesław Rudy z Henrykiem, który widocznie hamował ciotecznego brata zarówno w mowie, jak w piciu. W miarę jednak jak działać zaczynało wino, Rudy podnosił głos i widno przebrał już miarę, gdyż czoło jego lśniło potem, a oczy gniewnym podnieceniem. Zachowanie jego zaczynało zwracać uwagę ucztujących i nietrudno się było domyślić, że gniew czeskiego księcia zwrócony jest przeciw Ekkehardowi. Sam tylko margraf udawał, że tego nie dostrzega, na pozór zajęty przyjazną rozmową ze Stoigniewem. Przez przyrodniego brata, Guncelina, spowinowacony z polskimi książętami - utrzymywał z nimi dobre stosunki sąsiedzkie, z powodu swego rozumu, męstwa i umiejętności obejścia cieszył się powszechną powagą, a umiarkowaniem i zręcznością swej polityki wybijał się ponad zgraję chciwych jeno doraźnych zysków i użycia pogranicznych możnowładców. Ostatnio, korzystając z zamętu, zajął Miśnię z Budziszynem, z której przed ośmiu laty wyparł go Kłótnik z pomocą Pobożnego, i bez stosowania okrucieństwa potrafił w niej utrzymać spokój, zyskując tym życzliwość Gizylera i szczególną wdzięczność biskupa Wolkolda, a przez niego i samego Willigiza, u którego ongiś się chował. Była to wprawdzie puścizna po ojcu Bolesławowej Emnildy, ale już Mieszko uważał za korzystniejsze osadzenie w Miśni przyjaznego margrafa, niż by rządzili nią Czesi, okalając w ten sposób od zachodu i tak zagrożony Śląsk. Gdy zaś możliwość zajęcia Śląska przez Czechów stanowiła zarazem groźbę dla Miśni, Stoigniew łatwo doszedł z Ekkehardem do porozumienia.

Rudego zdało się drażnić, iż margraf nie słyszy czy nie rozumie jego pogróżek i uśmiecha się obojętnie. Gdy jednak skierował je wprost do niego, Ekkehard, zamiast odpowiedzieć, zwrócił się do Willigiza:

- Wasza przewielebność na radę nas zwołała, jak dobyć Braniboru i skończyć tę wojnę. Ale jeśli to, co rzekł książę Bolesław, nie próżne jeno gadanie, lecz po pijanemu wydał się z tym, co jego rodzic zamierza, radzić nam chyba wypadnie, jak rozszerzeniu się wojny zapobiec, gdy pogaństwo, którego nie brak i w Miśni, poczuje, że - jak zawżdy - poparcia się może spodziewać u Czechów. Nic dziwnego - dodał złośliwie - gdy sami jak poganie żywią, własnego biskupa zmusiwszy, by diecezję rzucił.

Rudy zerwał się, ale młody Henryk posadził go i chcąc widocznie zatrzeć nieoględne wydanie się z zamiarami, powiedział pojednawczo:

- Co się przy winie gada, tego się nie liczy.

- Ja liczę - odparł Ekkehard. - Też piję, a wiem, co mówię. Mówię zaś, że nie wezmę udziału w żadnych poczynaniach, póki pewny nie będę, że mnie w spokoju ostawią. Ani nawet w naradzie, bo nie zwykłem radzić z wrogami, by wiedzieli, co zamierzam.

Dźwignął się, by odejść. Willigiz z wyrazem gniewnego zatroskania zbierał się coś rzec, gdy wtrącił się Stoigniew:

- Ostańcie, margrafie. Mam słowo miłościwego pana, iż pod utratą jego łaski pokój między lennikami i sojusznikami będzie zaprzysiężony. Tedy iście nieważne, co mówi kniaź Bolesław, jeno zali zaprzysięże pokój lubo nie. Nam nie słowem jeno zagrożono. Wojska czeskie zebrane na śląskiej granicy, od wschodu ciągnie zmówiony z nimi Włodzimierz. Poczekajmy, co rada uchwali. Wonczas społem ostaniem lubo społem odejdziem.

Rudy pomiarkował, że źle sprawę poprowadził, i milczał, natomiast Henryk, próbując ją ratować, ostro i lekceważąco zwrócił się do Stoigniewa:

- Nie wasza sprawa warunki stawiać, bo nie wasze to wojska, coście przywiedli, jeno Ody. Jej by zapytać należało, gdzie walczyć mają, czy siostrze swej, Matyldzie, nie chce użyczyć pomocy.

- Wy nie potrzebujecie pytać - równie lekceważąco odparł wojewoda - boście się już zmówili. Tak prawicie, jakby kniaź Mieszko nie ostawił prócz synów Ody innego dziedzica. Ale każdemu wiadomo, skąd wasza niechęć ku niemu: stąd, że porzucił sprawę waszego rodzica, gdy wyzuć chciał z korony prawego pana - Stoigniew skłonił głowę przed Ottonem. - Za jedno, czyim mówię imieniem, ale wiem, co mówię: kto chce ujrzeć, jak odejdą polańskie wojska, niechaj przeciw zaprzysiężeniu pokoju głos odda.

Bawarczyk miał w radzie stronników, ale wszyscy rozumieli, że Stoigniew nie mówi na wiatr. A jeśli odejdą Stoigniew i Ekkehard, i Czesi z Bawarami odejść będą zmuszeni. Cała z trudem zebrana wyprawa rozejdzie się bez żadnego trwalszego wyniku. O oblężeniu Braniboru bez pieszych wojsk czeskich i polańskich nie było co radzić. Arcybiskup, rozdrażniony, ręką w stół uderzył:

- Pax! Treuga Dei! Kto je naruszy, klątwą zostanie obłożony. Jakoż Bóg błogosławić ma naszemu przedsięwzięciu, gdy nie masz zgody między chrześcijańskimi narodami!

Zwracając się do Stoigniewa, ciągnął:

- Mówię: chrześcijańskimi, choć wiadomo, że nie jeno w Czechach niedoskonałe jest chrześcijaństwo. Pobożny król Bolesław brata swego Chrystiana do Ojca Świętego wysłał z moją i własną prośbą, by biskupowi Adalbertowi do Pragi wrócić kazał. Nie wasza rzecz osierocenie praskiej stolicy wypominać ni przypominać godne pożałowania wypadki po śmierci w Bogu spoczywającego cesarza Ottona, by się i wasze grzechy nie przypomniały. Nie zawżdy od waszych książąt doznawaliśmy pomocy i posłuszeństwa.

- Raczcie jednak pamiętać, wielebny panie - odparł spokojnie Stoigniew - że polańscy książęta nie są lennikami Rzeszy, jeno sprzymierzeńcami cesarza. Jeśli były i walki między nami, to na naszej, nie na waszej ziemi. Nikt zasię nie może zarzucić, byśmy nie zdzierżyli przynierza, które cesarzowa Teofano z kniaziem Mieszkiem zawarła, choć oboje przed Bogiem już stoją. Bo książę nasz, Bolesław, wierzy, że młody pan przyjacielem będzie swych przyjaciół.

Otto, który z wyraźnym podnieceniem przysłuchiwał się rozmowie, teraz odezwał się dumnie:

- Pewni bądźcie, jako i tego, że zdzierżę słowo, iż pokój będzie zaprzysiężony. Tedy radźmy, jak kończyć tę wojnę, która przeszkodą jest w ważniejszych sprawach. Otrzymaliśmy pismo od Ojca Świętego, który - przez Krescencjusza ze stolicy swej wygnany - w Toskanii, u margrafa Hugona schronić się musiał i wzywa nas, byśmy go do Rzymu wprowadzili. Kto nam w tym przeszkody stawiać będzie, ten jest wrogiem Kościoła i cesarstwa.

Rozognionymi, lśniącymi oczyma powiódł dokoła. Potem wzniósł je w górę, jakby tam widział przedmiot swych dążeń, cesarską koronę.

Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je niecierpliwy głos Gizylera:

- Tedy radźmy, jak kończyć tę wojnę.

***

Wojna jednak kończyć się nie chciała. Zaprzysiężony pokój nie przywrócił ufności i zgodnego współdziałania, oblężenie Braniboru szło tępo, stojące pod nim wojska same były niepokojone napadami oblegających je gromad pogańskich. Dowóz żywności był coraz trudniejszy, bliższe okolice spustoszono, z dalszych - połączony z niebezpieczeństwem. Widoczne się stało, że ogłodzeni zostaną prędzej oblegający niż oblężeni w Braniborze, świadomi przejść przez bagna, których trudno było dopilnować w coraz dłuższe, ciemne noce nadchodzącej już wczesnej i słotnej jesieni. Niecierpliwili się nie tylko Otto i Gizyler, wojska zaczęło ogarniać zniechęcenie, wdały się choroby. Stało się jasne, że i tym razem wyprawa nie odniesie zamierzonego skutku.

Niezwykła natomiast jedność zapanowała na naradzie, gdy niespodzianie przybył poseł z Braniboru, ofiarując hołd i przysięgę wierności za odstąpienie od oblężenia. Choć nie budził ufności, ale uchwycono się pozoru, by pokryć niepowodzenie, i po odebraniu hołdu znużone wojska rozeszły się do domów.

Tylko Stoigniew miał powody do zadowolenia z wyprawy. Zdołał zapobiec napaści na południowe granice, pozyskać Ottona dla sprawy Bolesława i zbliżyć się do młodego władcy. Ułatwiło to uporczywe zaciekawienie królewskiego chłopca rzymskimi podróżami Stoigniewa. Piastun Ottona, graf Hoiko, choć sam polubił i nauczył się cenić polańskiego wodza, widząc, że wspólne ich przestawanie budzi podejrzliwą niechęć wśród stronników Henryka Bawarskiego, starał się położyć tamę częstemu obcowaniu. Otto jednak wyraźnie buntował się już przeciw wszelkiemu narzucaniu sobie cudzej woli, Stoigniew zaś zgoła się tym nie trapił, iż rzuca kość niezgody między niemieckich możnowładców. Zbliżył się do młodego władcy z wyrachowania, licząc na korzyści, jakie ta przyjaźń może przynieść sprawie Bolesława. Nie zapominał o nich, ale w miarę przestawania z dziwnym pacholęciem patrzeć na nie zaczynał innymi oczyma, poprzez jego marzenia, które przeczyły rzeczywistości i smutnym własnym doświadczeniom Stoigniewa. Nie wierzył, by nagiej sile można co innego przeciwstawić niż takąże siłę, a z braku jej - chytrość i podstęp. Teraz chwytał się na tym, że myśli, jak by marzenia młodzieniaszka o świecie, w którym panować będzie sprawiedliwość i ład, dało się wcielić w życie. Ze zdziwieniem odkrywał w sobie jakieś wewnętrzne pokrewieństwo z marzycielską naturą Ottona. On pozwalał mu zapomnieć o zapieczonej, wrogiej nieufności do Niemców. Droga, którą sobie Otto wyznaczył, nie była drogą jego ojca i dziada. Może nie wiodła nigdzie... Zarazem żywe i rozmarzone, ciemne oczy chłopca nie dostrzegały na niej przeszkód, widocznych jasnym oczom Stoigniewa. Ale droga ta urzekała wielkością swego celu.

Stoigniew stwierdził jednak, że Otto nie tylko marzyć umie, ale zastanawia się, jak wytknięty cel osiągnąć. Gdy dowiedział się, że matka Stoigniewa była Greczynką jak Teofano, a Stoigniew zna macierzysty język, zdradził niekłamaną ochotę, by język ten sobie przyswoić. Wojewoda sądził, że - jak on sam - młody król wiąże z jego brzmieniem jakieś wspomnienia wczesnego dzieciństwa. Ze zdziwieniem stwierdził, że Otto chce się uczyć greckiego, bo uważa to za potrzebne do zamysłu zjednoczenia cesarstwa rzymskiego z bizantyńskim. Znał już język łaciński i chętnie go używał. Pod jasnymi kędziorami, wpadającymi w rudy odcień jak często u Sasów, tlił się zapał i podziw dla wszelkiej ludzkiej wiedzy. Z zachwytem mówił o słynnym Gerbercie d'Aurillac, nauczycielu Roberta, syna francuskiego króla. Pragnął go pozyskać dla siebie; trzy lata, które go dzieliły od pełnoletności, poświęcić chciał na kształcenie swego umysłu, by sprostać zadaniom, które przedsięwziął.

Stoigniewowi okres ten nie zdał się tak długi jak samemu Ottonowi. A wiele trzeba zdziałać, by Bolesław mógł stać się współwykonawcą zamierzeń Ottona. Wojewoda otrząsnął się z uroku i myślą wrócił do bliższych spraw. Pokój z Czechami i Weletami, choć wymuszony i nietrwały, pozwalał oczy odwrócić od południa i zachodu. Jeśli Bolesławowi udało się odeprzeć najazd Włodzimierza, a Eryk powstrzyma Swena, można będzie siły wewnętrznym sprawom poświęcić. Tu jednak leżała największa troska. Stoigniew nie łudził się, by Oda nie omieszkała wykorzystać trudności Bolesława i jego nieobecności. Jej na rękę nieład i niepewność, o które najłatwiej. Przykład miał Stoigniew przed oczyma. Wbrew woli Ody na radzie liczono się tylko z jego głosem, obezwładnić zdołał jej sprzymierzeńców, odsunąć w cień Odylena. Ale nie mógł zapobiec knowaniom z synem Kłótnika i jego stronnikami ani by tarcia między nim a Odylenem nie odbiły się w wojsku, rozluźniając karność. Odylen rozmyślnie zmierzał do tego, by - nie mogąc podnieść własnej - osłabić powagę i stanowisko Stoigniewa. Gdy nie udało mu się prostych wojów wytrącić z jego ręki, pochlebiać jął starszyźnie, osłaniając ją przed karami za niedbalstwo, konną zaś drużynę, złożoną przeważnie z synów wielmożów, rozpuścił zupełnie, gdy niemal bezczynna w tej wojnie bez walnych bitew - rozwłóczyła się za łupem. Stoigniew z żalem patrzył, jak ten grot Mieszkowego oręża, wykuty wieloletnim trudem, rozhartowuje się w bezczynności. Na dobitkę Odylen po ukończeniu wyprawy zabrał drużyny z Włocławka, Giecza i Gniezna i pociągnął osobno. Rozkład jednak był widoczny także wśród konnych z Poznania i wojewoda, nie chcąc, by się udzielił pieszym, ruszył z jazdą przodem. Karność jednak, i tak zazwyczaj rozluźniona po ukończeniu wyprawy, nie dała się przywrócić bez zastosowania srogości, czego wojewoda chciał uniknąć, by w niepewnym czasie nie wywołać niechęci możnych rodów. Łatwiej ją na miejscu przywróci sam Bolesław, przed którego bezwzględnością w łamaniu oporu drżeli wszyscy. By jednak i własnej powagi nie narażać, przed pierwszym postojem zdał dowództwo, a sam ruszył dalej.

Pod zachód niebo przetarło się, noc zapadała pogodna, a Stoigniewowi spieszno było do Poznania, gdzie spodziewał się już wieści o wyniku wyprawy Bolesława, o który nie był spokojny. W wieczornym chłodzie konie raźno niosły mały poczet. O świcie winien dotrzeć do Lubuszy. Młody księżyc dźwignął się nad bory, na niebo wyroiły się gwiazdy, gościniec wywijał się jaśniejszym pasmem, chwilami jeno smugi chłodnej mgły, wstające z leśnych strumyków i bagien, zakrywały go przed oczyma jadących, pełznąc w poprzek drogi z niewyczuwalnym niemal powiewem z północy, który nie poruszał nawet zwiędłych liści na drzewach.

Stoigniew odsadził się od towarzyszy. Po gwarze kilkomiesięcznego obozowego życia zapragnął samotności i ciszy. Nie mącił jej głuchy odgłos kopyt idącego kłusem konia, las milczał, zwierza przepłoszyła wojna. Przebrnąwszy smugę mgły, która zastąpiła mu drogę, Stoigniew ze zdziwieniem zauważył jakiś duży, ciemny kształt na gościńcu. Jeleń nie czekałby na nadjeżdżającego człowieka, zresztą, choć już zaczęło się rykowisko, nie było go słychać nigdzie. Mógł to być tylko żubr lub jeździec. Byk samotnik nie zwykł ustępować z drogi przed człowiekiem, samotny człowiek w nocy, w pobliżu granicy, też nie budził zaufania. Wojewoda zawahał się, ale ruszył naprzód. Nie odsadził się od swoich zbyt daleko. Płochliwy nie był, jeśli rozsądek każe - zawróci.

Ujechawszy kilkadziesiąt kroków, rozeznał jeźdźca. Koń szedł stępa, jeździec zasnął chyba, bo nie obejrzał się nawet, gdy jadąc kłusem Stoigniew zrównał się z nim i ściągnął wodze, by go zagadnąć. Urwał jednak w pół słowa: spod kaptura spojrzały na niego przenikliwie, w słabym blasku nocnego nieba świecące jak próchno, blade oczy Zbrozły. Przez chwilę jechali w milczeniu. Jakby usprawiedliwiając się, Stoigniew zaczął:

- Szukałem was w pustelni Zyńki. Ninie wracam od Ottona.

- Wżdy wiem. I ja stamtąd wracam.

Stoigniew nie wątpił, że walczyli po przeciwnych stronach, nie wiedział jednak, czy Zbrozło nie bierze mu tego za złe. Ciągnął z wahaniem:

- To ja skłoniłem Bolesława, by miast przeciw Pobożnemu zebrane wojska wysłał w pomoc Ottonowi. Nie mogłem dopuścić, by uczyniła to sama Oda. Zyskaliśmy rozejm z Czechami, pokój od Niemców, sprzymierzeńca przeciw Weletom i przychylność młodego pana.

Gdy Zbrozło milczał, Stoigniew dorzucił po chwili:

- Pewny jestem, że dobrze uczyniłem.

- Sobie samemu jeno człek dłużny jest obrachunek - odparł Zbrozło. - Gdyby przyszłość znał, zdałby ją na los, miast z nim walczyć.

Od najmłodszych lat Stoigniew nawykł widzieć w Zbroźle wyższą nad innych istotę. Choć dawno wyszedł spod jego opieki i własnym zwykł się kierować rozumem, zależało mu na uznaniu dla swych poczynań ze strony byłego piastuna. Zdało mu się, że w słowach Zbrozły słyszy przyganę. Zaczął w podnieceniu:

- Ja nie znam przyszłości, jeno wiem, do czego zmierzam.

Zaczął mówić o zamiarach młodego Ottona, o zbudowanych na tym swoich własnych planach, o wielkiej roli, jaka winna przypaść Bolesławowi:

- Czegóż chcieć ponad to, by w świecie ład zapanował i sprawiedliwość, by głodny nalazł chleb, uciśniony obronę, by prawdziwi apostołowie prawdziwe głosili chrześcijaństwo? By sędziowie byli nieprzekupni, władcy nieprzejednani, by każdy lud na własnej ziemi własnym się rządził prawem i obyczajem...

- By słowo stało się ciałem - przerwał Zbrozło.

Stoigniew umilkł. Wątpliwości, które sam żywił, wstały w nim znowu, znużony się poczuł i przygnębiony. Myśl wróciła do przeszłości, do krótkiego jak kupalna noc szczęścia, którego szczątki rozsypały się w proch pod Cydzyną; do ojczystego domu rodzicieli, małej siostrzyczki, życzliwych druhów... Od tego czasu nie wiązał się z nikim, nie pojął niewiasty, nie zazieleni się własny dom młodym pokoleniem. Lata już nie był w Kozim Rogu, by nie ranić serca widokiem matki żyjącej w innym świecie, do którego nie było dostępu. Wyrzekł się wszystkiego, zerwać ma się jeszcze ostatnia nić wiążąca go z przeszłością, a w zamian jeno zwątpienie, czy droga, jaką obrał, wiedzie do celu, który zamierzył.

Pasma mgły stawały się coraz gęstsze, aż zlały się w mleczny tuman, który głuszył nawet odgłos kopyt idących obok siebie koni. Wilgotny ziąb przenikać zaczynał Stoigniewa, w ciszy, dzwoniącej w uszach jak pod wodą, jakby z niezmiernej odległości doszły go słowa Zbrozły:

- Drogi się schodzą, gdy cel jest jeden.

Stoigniew słyszał je jak przez sen, który ogarniał go wraz z chłodem i odrętwieniem. Otulił się mocniej opończą i stracił świadomość.

Coraz jaskrawsze światło przesączać się zaczynało przez jego zamknięte powieki. Otworzył je i rozejrzał się. Wstawał pogodny dzień, słońce już wznieść się musiało, przygniatając tuman. Ruszył się wiatr i zegnał go na zachód, jeno strzępy czepiały się jeszcze rozległej płaszczyzny wodnej, jaka otwarła się przed Stoigniewem. Potem i one rozwiały się, a wraz z nimi wspomnienie rozterki i nocnego spotkania, które teraz zdało mu się snem. W świetle dziennym droga przed nim stała prosta, a sam chłodny był jak ten jesienny poranek.

W Poznaniu czekało już na Stoigniewa wezwanie do Krakowa, dokąd sam książę wracał, pomyślnie zakończywszy ruską wyprawę, a mając już wieści o przebiegu spraw na zachodzie, chciał się nad dalszymi poczynaniami naradzić.

Wojewoda z ulgą słuchał sprawozdania z wyprawy. Włodzimierz przy wezbranych jeszcze wodach wyruszył wraz z najemnymi Waregami, piesze wojska wysyłając na łodziach przez rozlewiska i przetoki Turii i Stochodu nad Bug, sam zaś z konną drużyną ciągnął od Łucka na gród Wołyń, gdzie wyznaczył zbór. Jazdy prowadził niewiele, natomiast ciężki sprzęt oblężniczy, a kierunek pochodu zdradzał, że zamierza uderzyć na Sandomierz. Gdyby udało mu się ubiec ten gród i podać sobie ręce z czeskim sojusznikiem, położenie Bolesława stałoby się groźne. Kijowski kniaź z oporem liczył się dopiero u przeprawy przez San, i to niezbyt silnym, znając niepewne położenie Bolesława w kraju i zagrożenie od południa i zachodu. Nie wiedział natomiast, że Bolesław ściągnął stamtąd wszystkie siły i porozumiawszy się z Pieczyngami zamierza mu zaskoczyć drogę u przeprawy przez Bug.

Wódz Pieczyngów, Kutan, wiodąc bezdrożami od Dniestru na północ swą konną hordę, pierwszy stanął w lasach opodal Wołynia. Pchnął wieść do Bolesława, który, prowadząc także piesze wojska, wyminął gród w Czerwieni. Znajdował się jeszcze o dzień drogi od Wołynia, gdy nadszedł Włodzimierz z jazdą i, nie wiedząc o niczym, bezzwłocznie rozpoczął przeprawę przez Bug, by w Wołyniu czekać na piesze zastępy i Waregów, którzy, dotarłszy do Bugu poniżej Horodła, podciągnąć mieli sprzęt na łodziach Bugiem do Wołynia, a następnie Huczwią do Czerwieni.

Wołyński gród, niezbyt obszerny, położony był na nieznacznym wzniesieniu w widłach Bugu i Huczwi, ubezpieczony przez przyrodę z trzech stron bagnami i wodą, jedynie od południa połączony z suchą wyżyną. Od tej strony broniły go wały z potężną bramą, gdzie rozwidlały się drogi do Bełza i Czerwieni.

Włodzimierz nadszedł pod wieczór chmurnego dnia i przeprawiwszy się pierwszy, z bojarem Kozarynem, dowódcą grodu, udał się na dworzec, by pożywić się i spocząć. Zaledwie usiedli do wieczerzy, gdy wpadł wojak i krzyknął:

- Pieczeniegi!

Istotnie Kutan, pomiarkowawszy, że Włodzimierz nadszedł z samą jazdą, uderzył na nią u przeprawy, powodując zamieszanie. Zapadający zmrok przerwał walkę, jazda schroniła się do grodu, Pieczyngowie zaś rozłożyli się obozem na wyżynce. Kutan wiedział, że Włodzimierz z samą jazdą na wyprawę nie ciągnie, ale - zuchwały i przedsiębiorczy - skorzystać chciał ze sposobności pojmania ruskiego księcia, co jednym zamachem zakończyłoby pomyślnie wyprawę. Nie mogąc pokusić się bez pieszych wojsk o zdobywanie grodu, pchnął gońców do Bolesława z zawiadomieniem, że Włodzimierza ma w saku, i prośbą, by przyspieszył pochód. Nie wiedział natomiast, że jednocześnie w dół rzeki gnali gońce z rozkazem, by nadpływające wojska pod osłoną nocy podciągnęły się powyżej grodu, odcinając Pieczyngom odwrót ku południowi. Włodzimierz nie wątpił już, że Bolesław porozumiał się z Pieczyngami, sądził jednak, że ich zadaniem opóźniać jeno pochód do Sanu i przeszkadzać w przeprawie. Toteż postanowił rozprawić się z nimi, zanim ruszy w dalszą drogę. Ciemna, deszczowa noc sprzyjała jego zamiarom. O świcie deszcz ustał, ale z bagien i rzeki wstała mgła. Wrzaski na łęgu nad rzeką, gdzie pasły się konie Pieczyngów, oznajmiły Włodzimierzowi, że nieprzyjaciół udało się obejść i zaskoczyć.

Ale i Kutan pomiarkował, co się stało; skoczył ze swymi do koni i po krótkiej bezładnej walce, dorwawszy się do nich, pognał w górę Huczwi, wymykając się jeździe, która dopiero wysypywała się z grodu, stając w sprawie do bitwy. Natychmiast puściła się za nim pogoń, wiedząc, że dopadnie go w bagnach pod Rubieszowem i zmusi do walki, a tymczasem nadciągnie kniaź z pieszym wojskiem i sprawę rozstrzygnie. Do Rubieszowa było niespełna pół mili i Włodzimierz bezzwłocznie pchnął za jazdą oddział łuczników, sam zaś sprawił resztę wojsk i ruszył w ślad za nimi.

Słońce wzbiło się, zganiając mgłę, ranek był świeży i pogodny, wojska ciągnęły z ochotą i śpiewem. W grodzie ładowano zapasy i lżejszy sprzęt na wozy, ciężki na łodzie, które przewieźć go miały do Czerwieni. Gdy wozy wyjechały, Kozaryn kazał zamknąć bramę i udał się na przystań, by dopilnować ładowania łodzi.

Włodzimierz tymczasem, dotarłszy na wysokość Rubieszowa, kazał zaprzestać śpiewów, spodziewając się już każdej chwili usłyszeć odgłosy bitwy. Przed bagnami jednak ślady idących w przedzie skręciły na południe w podmokły las, w którym widocznie Kutan szukał ochrony przed ścigającą go jazdą. Włodzimierz przeto zatrzymał pochód, by pozwolić dociągnąć wozom. Nie było celu zbijać się z drogi, skoro Pieczyngowie uchodzą, a o to jeno chodziło, by nie przeszkadzali w pochodzie. Jeżeli zaś staną do walki, jazda cofać się będzie na główną siłę, czas wtedy ją sprawić. W rachubie Włodzimierza wciąż jeszcze nie było Bolesława, który, otrzymawszy wiadomość o zamknięciu Włodzimierza w Wołyniu, bez wahania ruszył własną osobą, zabierając dla pośpiechu jeno konną drużynę, pieszym zaś polecając nadążać co sił. Docierając do Rubieszowa, spotkał się z uchodzącym Kutanem.

Stary wojownik z ciekawością i podziwem patrzył na młodego księcia, a z zazdrością na świetnie zbrojną drużynę. Zawoławszy tłumacza, Aladuka, wyjaśnił Bolesławowi położenie, sprawiając się, że wobec nadejścia całej siły Włodzimierza nie zdołał go w grodzie przytrzymać. Książę jednak nie zdał się tym zaskoczony ni strapiony.

- Nikt sobie wroga nie ustawia do bicia, jeno bije tam, gdzie jest - powiedział uśmiechając się. Dowiedziawszy się zaś, że Kutanę ściga jazda i każdej chwili można się jej spodziewać, natychmiast wydał zarządzenia do bitwy. Pieczyngom polecił zająć skrzydła, sam w podszytym zagajniku stanął na czele drużyny i czekał. W lesie uczyniła się cisza, tylko sójki skrzeczały, przelatując z drzewa na drzewo, zaciekawione, co się w dole dzieje. Potem rozległ się szelest, trzeszczenie łamanego suszu i między drzewami ukazał się idący zwarcie, o ile na to pozwalał podszyty las, oddział ciężkiej jazdy ruskiej. Posuwali się ostrożnie, widocznie lękając się zasadzki. Jadący na czele brodaty bojar patrzył na ślady i coś go widocznie uderzyło, bo podniósł rękę, by zatrzymać oddział. Ale w tej chwili rozległo się nieludzkie wycie i z obu stron wysypali się Pieczyngowie.

Ruś bez roskazu, którego zresztą nikt nie zdołałby usłyszeć w piekielnym gwarze, pomnażanym przez las, sprawnie rozdzieliła się, odcinając się doskakującym Pieczyngom. Dowódca, bojar Kulmiej, pomiarkował jednak, że chodzi o to, by Rusini w pościgu rozluźnili szyk, co liczniejszym i siedzącym na lekkich a zwrotnych koniach Pieczyngom dałoby przewagę. Krzyknął coś niskim, potężnym głosem i hufiec ustępować jął w kierunku łęgów, gdzie na otwartej przestrzeni roztrzygnie ciężar i wyższość uzbrojenia. Las zaczął już przeświecać i po chwili cały hufiec, wyszedłszy na otwarty stok, ustawiać się jął do uderzenia.

Pieczyngowie również wypadli z lasu, ale z dala jeno szyć zaczęli z łuków w zwartą ciżbę jazdy. Ranne konie kwiczały, starszyzna wykrzykiwała rozkazy. W zamieszaniu zauważyli pancernych Bolesława dopiero, gdy konie szły już w skok. Byli tak blisko, że czasu nie starczyło zwrócić się czołem do uderzenia, które klinem przecięło ruskie szeregi, zmieniając sforny hufiec w bezładną gromadę. Kutan zdał się czekać na to, gdyż natychmiast uderzył, nie pozwalając Rusinom przyjść do sprawy, i wszczęła się bezładna bitwa, w której liczbą i zwrotnością przeważali Pieczyngowie. Starszyzna starała się skupić rozproszone szyki i wkrótce utworzyły się dwa koliska, z których jedno przewalało się ku rzece, drugie - ku stojącym na drodze do Czerwieni pieszym wojskom.

Tam zauważono już, że pod lasem wre bitwa, jakkolwiek z odległości trudno było rozeznać jej przebieg. Włodzimierz, który pożywiał się właśnie, zrazu patrzył spokojnie, mniemając, że Kulmiej pozorowanym odwrotem wywabił Pieczyngów z lasu, do którego dochodził właśnie wysłany w ślad za jazdą oddział białogrodzkich tarczowników. Nagle Włodzimierz cisnął nie dojedzone mięsiwo i zerwał się. Prostokąt idącej w szyku piechoty prysnął, na jego miejsce zjawił się idący w skok hufiec pancernych. Zdać się mogło, że uderzenie wiatru zmiotło kupę plewy. W jaskrawym słońcu południowym iskrami zalśniły łuski pancerzy. To nie Pieczyngowie!

Teraz Włodzimierz zrozumiał, że nadszedł Bolesław, ale nie stało czasu, by przygotować opór. Choć bez rozkazu, zrywał się kto żył, chwytając za broń, hufiec przewalił się jak burza, obalając wszystko po drodze, i pognał dalej. Teraz Włodzimierz zaklął. O kilka stajań widać było nadchodzące niemal bez ochrony wozy ze sprzętem i zapasami, a co gorsze - z podróżnym skarbcem. Bezradnie patrzeć musiał, jak zwywracano je, odciąwszy konie, i po chwili na drodze pozostała bezładna sterta drewna, zmieszana ze stratowanymi zapasami, a jazda polańska, nie spiesząc się, odeszła w kierunku Wołynia.

Dalszy pochód nie miał celu i Włodzimierz, ponury i zły, zawrócił na Wołyń. Nie miał nadziei, by dopaść zdołał Bolesława, ale przed dalszym pochodem uzupełnić musi zapasy, a przede wszystkim zebrać jazdę, której rozproszone niedobitki ściągały aż do wieczora. Kulmiej miał szczęście, że poległ, w przeciwnym razie byłby drogo za klęskę zapłacił. Włodzimierz tylko wynik zwykł brać w rachubę.

Mimo że pozwolił się zaskoczyć, licząc na słabość przeciwnika, kijowski kniaź zbyt był doświadczony, by przypuścić, że Bolesław, choć znany z zuchwałego męstwa, z niewielkim tylko hufcem jazdy zapuścił się w zajęty przez nieprzyjaciela kraj. Tutaj widocznie zmierzał do rozstrzygnięcia, do czego niezbędne były piesze wojska. Teraz Włodzimierz zwlekał, póki nie zbierze sił i nie ściągnie zapasów z leżących pod ręką grodów. Toteż gdy wysłane podjazdy doniosły o zbliżaniu się znacznych wojsk pieszych, nie czekając na nie, przeprawił się z powrotem za Bug. Zarazem zastanawiać się począł, czy wyprawa, która zdała się obiecywać łatwe korzyści, nie przyczyni jeno strat. Dotychczas dość były już znaczne.

Na razie jednak postanowił nie odstępować od zamierzeń, bo dogodniej mu współdziałać z Czechami, niż walczyć samemu. Bolesław, zyskawszy na czasie, upora się z braćmi i wzrośnie w siłę, a znając jego zawziętość, Włodzinierz pewny był, że sposobną porą nie omieszka się z mieczem w ręku upomnieć o utracony przez swego ojca w czasie wojny z Czechami kraj. Wareskich najemników trzeba zresztą i tak zapłacić, choćby odwołał wyprawę, a dogodniej z łupów niż z własnej skrzyni. Pomyślał jednak, że słuszność miał stary piastun Dobrynia, radząc nie spieszyć się z wyprawą, póki się nie upewni, że Czesi już uderzyli. Tymczasem zdołałby uporać się z Pieczyngami, bez których pomocy, własne siły mając związane gdzie indziej, Bolesław musiałby się ograniczyć do słabej obrony na Sanie i Wiśle.

Narazie przeto Włodzimierz poobsadzał brody i wzmocnił załogi grodów broniących przepraw, by uniknąć dalszych niespodzianek. Bolesław jednak za Bug się nie kwapił, ograniczając się do ogołocenia kraju z ludzi i zasobów. Gdy jednak Włodzimierz, zebrawszy siły, tu i ówdzie próbował przeprawy, nawiązały się znowu walki, które przeciągnęły się przez lato, aż do czasu, gdy Włodzimierza dotarła wieść o zawartym przez Bolesława rozejmie z Czechami. Włodzimierz, gniewny na sprzymierzeńca o uczyniony mu zawód, odprawiwszy Waregów, wrócił do Kijowa.

III

Przy podziale łupów z Kutanem Bolesław okazał szczodrobliwość, oddając mu wszystkich jeńców, zdobyczne konie i broń. Jemu też wyprawa przysporzyła zasobów, których pilnie potrzebował, ale cenniejszy od srebra i złota był zyskany czas. Otrzymał również wieści o zawartym z Czechami rozejmie, co prawda wymuszonym przez Ottona, ale choć w trwałość pokoju nie wierzył, niemniej niebezpieczny próg panowania miał już za sobą. Przymierze z Pieczyngami okazało się korzystne i Bolesław postanowił je podtrzymać; Włodzimierz zresztą sam potrzebował pokoju, zajęty chrztem swego kraju.

W Krakowie czekały na księcia również pomyślne wieści. Widłobrody wraz z Olafem Trygvesonem popłynęli do Anglii, by wymusić zaległy danegeld (haracz płacony przez Anglię najezdnikom), ze strony Danii nic tymczasem nie groziło. Bolesław był dobrej myśli, mógł się wewnętrznym sprawom poświęcić.

Te same wieści wcześniej jeszcze otrzymała Oda, dla niej jednak nie były pomyślne. Ze zmarszczoną brwią słuchała sprawozdania Odylena z wyprawy, hamując gniew. Jego niedołęstwo pozwoliło Stoigniewowi wymusić rozejm z Czechami, dzięki któremu Bolesław zdołał obronną ręką wyjść z groźnego położenia. Teraz nie omieszka wykorzystać spokoju od postronnych, by się wewnętrznie umocnić. Pomyślny wynik wyprawy przeciw Włodzimierzowi był przestrogą, że z każdym wrogiem oddzielnie Bolesław sobie poradzi. Oda doceniała przeciwnika i nie łudziła się co do wyniku, gdyby osamotniona musiała stawić mu czoło. Półuchem słuchała gadania Odylena, który wymową starał się zatrzeć swe niepowodzenie, a podnieść zasługi. Baczniej słuchać zaczęła, gdy mówić jął o układach z książętami - czeskim i bawarskim. I ona nie wierzyła w trwałość rozejmu z Czechami. Spieszyć się muszą, jeśli nie chcą przepuścić sposobności odebrania zagarniętych przez Mieszka krajów. Najsposobniejszą porę i tak już przepuścili. Ważne jednak było, że Henryk przyrzekł wysłać poselstwo do Bolesława z zagrożeniem wojną, gdyby prawa młodszych braci chciał naruszyć. Oda wolałaby wprawdzie poręczenie Ottona, z tego jednak, co mówił sam Odylen, wynikało, że na nie liczyć nie może.

- Wszystko inak by poszło - ciągnął Odylen - gdyby nie Stoigniew. Załgać się wydolił przed niedoświadczonym młodzikiem, a przez Ekkeharda i innych panów pozyskać. Tego kręta by się pozbyć! Bolko, gdy ostanie sam, wszystko na siłę brać będzie, jako byk na rogi. Tedy i wrychle łeb rozbije.

Odylen zaraz pożałował tego, co powiedział. Oda odparła zjadliwie:

- Wdzięczna wam jestem za dobrą radę, choć własnego rozumu mi nie brak. Szkoda jeno, że wam wcześniej na myśl nie przyszło pozbyć się wroga, gdy na wojnie najsposobniej było. Ninie mi chyba czekać, aż wróci brat wasz, bo zawżdy śmielszy był. Bieda, że Stoigniew, jako słychać, z niewiastami się nie zadaje, bo łacniej niewiastę śmiałą naleźć niż męża.

Patrzyła na Odylena przenikliwie a drwiąco, ale on oczy wbił w ziemię. Rozumiał przymówkę i przyganę, ale rozumiał też trudność i niebezpieczeństwo zadania. Zły był sam na siebie, że wyrwał się z niewczesną radą, a zarazem czuł, że jeśli nie ma pożegnać resztek nadziei na spełnienie swych rojeń, musi się podjąć wykonania swej rady. Hamował go strach, a popychała żądza władzy i namiętność, rozsądek zaś przestrzegał, że szkoda głowę stawić, jeśli narzędziem ma być jeno do usuwania przeciwników z drogi Ody. Zmieszany i niepewny, milczał. Oda przez chwilę zdała się czekać na jego postanowienie. Potem wstała i rzuciła pogardliwie:

- Taki już wdowi los, że łacniej o zalotnika niż o pomocną rękę. Nawet młodą dziewczyną najmniej ceniłam męstwo niewiastom okazowane. Do samotności w łożu dawno nawykłam. Dziękuję wam.

Zwróciła się do wyjścia. Odylen zrozumiał, że księżna daje mu wóz albo przewóz. Uchwycił ją za rękę i aż dreszcz go przeszedł. Nie cofnęła dłoni. Jej zielonkawe, lśniące jak kamienie oczy patrzyły na niego z oczekiwaniem. Aż się zachłysnął namiętnością:

- Nie najdziecie nikogo, kto by dla was gotów był na wszystko, jak ja! Jeno niechaj wiem, że nie szukacie...

Surowe oblicze Ody okrasił zagadkowy uśmiech, na policzkach zjawiły się wdzięczne dołki. Może tylko zdało się Odylenowi, że jej ciepłe, wielkie palce silniej ścisnęły jego dłoń. Głos jej zabrzmiał w jego uszach jak fletnia:

- Wżdy mówię, że nie szukam. Ale jeśli najdę...

Urwała, jakby zawstydzona. Chciał ją przyciągnąć do siebie, ale wymknęła się zalotnym ruchem:

- Jeszcze ciało mego małżonka nie rozsypało się w proch... - szepnęła, opuszczając oczy. Potem podniosła je. Wyraz ich znowu był twardy, jak słowa:

- ...i jeszcze żywie Stoigniew.

***

W tym, czego nie dopowiedziała Oda, była obietnica i warunek. Idąc do swej gospody na podgrodziu, Odylen rozmyślał, jak go dopełnić. Niełatwo nawet dowiedzieć się, gdzie Stoigniew przebywa, miejsca nigdy nie zagrzał. Lata nieraz mijały, nim się pokazał w swym Kozim Rogu, gdzie by dostać go było najłacniej, bo gródek leżał w dziedzinie młodszych Mieszkowiców, na uboczu i niemal pusty. Sposobność była istotnie na braniborskiej wyprawie. Tam łatwo byłoby nająć obce ręce i mniej niebezpieczeństwa, że sprawa się wyda. Na myśl o tym, że Bolesław mógłby się dowiedzieć, kto sprzątnął Stoigniewa, niewiele brakło, by odstąpił od wszystkich swych zamierzeń. Rozbudzona jednak obietnicą Ody namiętność opanowała myśl Odylena, długo w noc płosząc sen. Aż do bólu głowił się, jak dokonać przedsięwzięcia, samemu pozostając w cieniu. Słyszał pianie pierwszych i drugich kurów, nim - znużony - zapadł w nieświadomość tak głęboką, że czuł, jak pachołek szarpie go i trąca, a nie mógł się przebudzić. Usiadł wreszcie na łożu, z trudem otwierając oczy. Noc jeszcze była, błony w oknach nawet nie szarzały. Gniewnie burknął:

- Co u licha? Pali się?

- Nie. Jeno brat waszej miłości przyjechał.

Odylen otrzeźwiał i zerwał się pod wpływem sprzecznych uczuć. Ongiś, gdy obydwaj byli w niełasce u Mieszka, społem knując i przeklinanąc nędzny los, choć wadzili się często, przywykli do siebie wzajem. Gdy nieopatrzna zadzierka Bolka ze starym księciem odwróciła ich dolę, drogi braci się rozeszły, potem zaś stracili się z oczu, gdy Przybywój po chybionym zamachu na Bolesława musiał z kraju uchodzić. Schronił się do Niemiec i zrazu próbował utrzymywać łączność z bratem, Odylen jednak, drżąc o własną skórę, zabronił przesyłać wieści, choć nieraz gorzko odczuwał osamotnienie, nie umiejąc zbliżyć się do nikogo.

Toteż na wiadomość o powrocie brata w pierwszej chwili poczuł radość i ulgę, nim uprzytomnił sobie, że powrót Przybywoja jego samego tańszym uczyni dla Ody. Z drugiej strony miał już obietnicę, a brat dopomóc może w dopełnieniu. Obrotniejszy był, śmielszy i bardziej przedsiębiorczy. Choć młodszy, on zazwyczaj rej wodził, gdy byli razem. Teraz jednak Odylen pomyślał, że można się nim posłużyć, trzeba jednak wiedzieć, z czym przyjechał i jakie są jego zamiary. Odylen zebrał się szybko i wyszedł do świetlicy.

Przybywój stał przed półokrągłym paleniskiem z polnego kamienia, którego okap rzucał cień na jego twarz. Zmarznięte widocznie dłonie grzał przed roznieconym już ogniem. Słysząc nadchodzącego, odwrócił się i przez chwilę stali, patrząc wzajem na siebie, niepewni, jak się witać. Odylen pierwszy wyciągnął ręce:

- Wróciłeś w samą porę. Słać miałem po ciebie.

Przybywój zaśmiał się:

- Jeno nie wiedziałeś dokąd, tedyś się spóźnił jak zawżdy. Ale ja nie zwykłem zasypiać spraw.

- I ja nie zasypiam - mruknął Odylen. - Pogadamy.

- Ninie pożywić się chcę i spocząć, bo nocą jechałem. Bezpieczniej.

Widząc, że dziewka postawiła na stole misę z polewką i kołacz, rozsiadł się na ławie, biorąc się do jedzenia, i rzucił:

- Nową dziewkę masz. Gdzieże to Niesułka?

- Wygnałem - odparł Odylen niechętnie.

- Szkoda. Lepszą polewkę warzyła niż ta.

- Wżdy nie na polewkę przyjechałeś. Możesz jeść i gadać.

- Raniej ty rzeknij, co tutaj. Kęs czasu w kraju nie byłem, a tyś się nie kwapił wieści mi przesyłać.

- Wiesz dlaczego - mruknął Odylen.

- Wiem. Zajęczą skórą podszytyś.

- Tyżeś uszedł, choć taki z ciebie gardzina.

- Czas będziem mieli spierać się, kiedy dopniemy swego - niecierpliwie rzekł Przybywój. - Ninie zgodnie naradzić się trzeba, jak tego dokonać.

- A czego? - zapytał nieufnie Odylen. Wahał się, czy otwarcie przedstawić bratu swe zamierzenia. Przybywój odparł bez namysłu:

- U Niemców król jest jeden, a książąt wielu i spomiędzy siebie go wybierają. U nas zasię Ziemomysłowice wszystko zagarnęli. Innym potomkom Piastowego rodu alibo służyć, alibo uchodzić. Czas z tym skończyć.

- Czas, mówisz? A ja ci rzekę, że nie czas. Może byłbyś praw, gdyby inni Piastowice szli za nami. Można by iście wykorzystać sposobność, gdy się walka zacznie o Mieszkowe dziedzictwo. Ale o kogóż się będziem zastawiać? O pijanicę Włodziwoja? On jeno o napitek stoi. O Sobiesława? Całym kniaziem jest na Mazowszu, zasiedziały od lat i wszystko tam ma w ręku, Bolkowi przychylny. A jeśli nawet Oda górę weźmie, też go nie ruszy. I gadać z nim szkoda. Może o Stoigniewa? Chcesz głowę stracić, powiedz mu to. O siebie nie stoi i raniej Bolko na podział by się zgodził ziźli on. A Bolka znasz, że póki żywie, ni piędzi ziemi z dobrej woli nikomu nie ustąpi. Gdyby on górę wziął, ja sam nie wiem, zalibym uniósł głowę, a o tobie szkoda i gadać. Tedy nie ma wyboru, jeno po stronie Ody coś zyskać możem.

- Wiem - odparł Przybywój ponuro. - Dwa lata wygnania zyskałem, żem się jej omamić zwolił. Nie zapytała, zali żreć mam co. Potaniały mi jej przymilania i pochlebstwa. Jeśli jej służyć mam, wiedzieć muszę, za co, i z góry otrzymać zapłatę. Jeno nie wiem, zali jej będziem potrzebni. Jedzie tu poselstwo od Pobożnego i Kłótnika, wojną grożąc Bolkowi, gdyby się na przyrodnich porwał.

- Bolko się groźby nie ulęknie, a jeszcze się uzuchwalił, gdy najgorsze ma już za sobą. Ninie Włodzimierz się nie ruszy, bo nie zaufa już Czechom. Nie grozić trzeba było, jeno uderzyć, gdy się Bolko z Włodzimierzem zmagał. Ale Stoigniew potrafił w Ottonie zyskać poplecznika, który rozejm na Pobożnym wymusił.

- Słyszałem ci, jakeś się Stoigniewowi zwolił wykołować - drwiąco zaśmiał się Przybywój. - Tedy mniemasz, że Bolko wygra? To nam jeno uchodzić.

- Ty byś nie zwolił! - ze złością sarknął Odylen. - Ja mniemam, że łacniej wojakowi łeb ściąć, gdy się przódzi rękę odrąbie.

- Nie wiem, do czego pijesz - niecierpliwie odparł Przybywój. - Gadaj prosto.

- Stoigniewa nam się zbyć. Onże tego młodzika Ottona omotał, jego w tym ani chybi głowa, że Bolko na się wziął walkę z pogany, która niecierpliwi Ottona, bo mu do Rzymu jechać spieszno.

- Pojechał - przerwał Przybywój.

- Tym lepiej. Nie brak mu jeszcze w Niemczech wrogów, a Odzie popleczników. A ostanie ona górą, my z nią. Potrzebniśmy.

- Juści, że potrzebni, póki się nie usadowi. A podać jej palec, za rękę uchwyci. Wonczas, gdy o usunięcie Bolka chodziło, jako suka w oczy mi patrzyła. Żaliła się jeno, niby nie chcąc niczego, i na słowa wyciągała. A pode drzwiami stała jej zausznica...

Urwał nagle jak tknięty. Do drzwi podskoczył i rozwarł je kopnięciem. Pod nimi stała dziewka i ledwo zdołała odskoczyć.

- Czego tu! - wrzasnął.

- Jeno statki zabrać chciałam.

- Bierz i wynoś się. A spotkam cię jeszcze raz pod drzwiami, to ci połamię kości - powiedział groźnie. Gdy wyszła, zwrócił się do brata: - Jakiś głupi był, takiś i ostał. Ale nie ja.

- Nic takiego nie rzekłem, czego by Oda słyszeć nie mogła - odparł Odylen zmieszany. - Pewnikiem dziewka iście po statki jeno przyszła.

- Tyś nie rzekł, ale ja, a nie po myśli mi, by Oda wiedziała, co zamierzam. Dziewka może po statki przyszła, a może nie. Głupi ten, co wiernego psa odegna, bo stary, a byle włókę weźmie, bo sierść ma gładszą.

Odylen obojętnie wzruszył ramionami.

- Nie to mi w myśli - mruknął. - Wygnałem Niesułkę, bo żenić się zamyślam. Ostatnia pora.

- Iście ostatnia. Tyś wyliniał, ja posiwiałem. Na nic o dziedzinę zabiegać, gdy jej ostawić nie będzie komu. Jeno byle jak się wyswatać mogliśmy pół kopy lat temu. A za samodzielnego kniazia każdy rad córę da. U margrafa Hodona dziewka jest niezamężna, on zasię nie zabył urazy ni z młodym Ottonem liczyć się nie będzie. Tedy ostatnia pora o swoje się upomnieć, nie czekając, co inni poczną.

- Poczynajże, co wola - odparł Odylen. - Jedno pewne, że cokolwiek poczniesz, Bolka masz przeciw sobie społem ze Stoigniewem. Tedy łacniej z Odą niźli bez Ody, a łacniej bez Stoigniewa niźli z nim. Jego się zbyć - powtórzył.

- W łeb bić, nie po rękach.

- Bijże! Wżdyś już próbował. I Bolko się strzeże, i jego strzegą. Stoigniew zasię w pojedynkę zwykł jeździć lubo samowtór. Bieda jeno, że trudno się zwiedzieć kędy.

- Zwabić go gdzieś do podwiki. Ma jakową? Bezżenny przecie, a nie mnich.

- Nie słychać. Przejrzeć go trudno. Tyś chytrzejszy, pomyśl o tym.

- Pomyślę, gdy się prześpię. Całą noc zmitrężyłem, a świta już. - Wstał, przeciągnął się i dodał: - Ty zasię idź do księżny. Rzeknij, żem wrócił, a miarkuj, czy już wie. Jeśli tak, to onej dziewce...

Nie dokończył i ręką pokazał, że kark jej skręcić należy.

***

Wieść o powrocie Przybywoja przyjęła Oda z nie skrywanym zadowoleniem. Odylen upewnił się, że jeszcze o tym nie wiedziała, pomarkotniał jednak. Jeśli brat usunie Stoigniewa, jemu przypadnie spodziewana nagroda. Postanowił tedy nie wracać do tej sprawy, podjął ją jednak sam Przybywój. Na wiadomość, że Oda pilnie czeka na niego, zerwał się zaraz i na odchodnym rzucił:

- Nie zawadzi na baczności się mieć, tedy pilnuj języka, bo i Bolko wieści zwykł zbierać, ufać nie można nikomu. Gdyby Stoigniew się zwiedział, co się gotuje przeciw niemu, ustrzec się potrafi. Jeno że na tym nie koniec.

Zostawił zadumanego Odylena i poszedł na gród. Czekając w wielkiej świetlicy, umacniał się w postanowieniu, że się sztukom Ody zwieść nie pozwoli. Już raz zbyt drogo zapłacił, ani mu w myśli mglistymi obietnicami się zadowolić. Nie czekał zbyt długo, ale na widok Ody byłby omal zapomniał o postanowieniu. Weszła szybkim, lekkim krokiem, jakby spieszyła witać długo oczekiwanego a miłego gościa. W półmroku ponurego dnia można ją było wziąć za młodą dziewczynę. Ciemna szata bez ozdób podkreślała smukłość jej postaci i biel twarzy, w której wielkie oczy świeciły radością. Zdać się mogło, że objąć chce Przybywoja wyciągniętymi ramionami, ale jakby się pohamowała, opuściła oczy i, oburącz ujmując szorstką dłoń Przybywoja, powiedziała wstydliwie:

- Często o was myślałam i oto wróciliście. Lżej samotnej niewieście, gdy przywiązanego człeka ma koło siebie.

Słowa te jednak, zamiast pogrążyć do reszty Przybywoja, uprzytomniły mu, że raz już wzięła go na podobną przynętę. Dość szorstko cofnął swą dłoń, podszedł do drzwi, otwarłszy je, rozejrzał się po ciemnej sieni i powiedział zimno:

- Wybaczcie! Wasze dworki ciekawe są, a mówić będziem o sprawach nie dla ich uszu. Słowo jak ptak: nigdy nie wiada, dokąd zaleci i na której gałęzi usiądzie.

- Dworki mam zaufane i wierne - rzekła, udając, że nie rozumie wymówki. - Siadajcież.

Sama usiadła na wyścielanym stołku z wysokim oparciem, wskazując Przybywojowi miejsce na ławie naprzeciw siebie. Usiadł i mruknął:

- Wierne wam, lecz nie mnie.

- Zali nie jedna nasza sprawa, nie wspólny nam wróg?

- Wspólny. Ale mój tylko żywot stawką był, by wroga usunąć, a jenom wygnanie otrzymał w odpłacie.

- Wżdy was prosiłam, byście tego nie czynili. A samą siebie z trudem obroniłam przed gniewem małżonka mego. Nie czynię wam wyrzutów.

Przybywój zaśmiał się drwiąco:

- Mniemałem, że o nagrodzie mówić będziem. Sikorę można dwakroć złowić na jedną przynętę, ale nie wilka. Gadajmy otwarcie.

Oczy Ody błysnęły gniewnie; pokryła je długimi rzęsami i odparła miękkim głosem:

- Żył wonczas małżonek mój, nie w porę mi była wasza przysługa. Cóż mówić o nagrodzie za nią. Wżdy nie o zwykłą zapłatę wam idzie. Niejednej jeszcze czekam od was przysługi, a są takowe nagrody, których dzielić się nie da.

Utkwiła w Przybywoju zagadkowe spojrzenie, pod którym zmieszał się i opuścił oczy. Czuł, że mięknie, opanował się jednak i odparł zimno:

- Juści, nie jestem najmitą, jeno książęcego rodu. A jeśli dla nagrody służyć mam, to wiedzieć chcę - jakiej.

Uśmiechnęła się z przymusem:

- Są nagrody, o których nijak mówić niewieście.

Spojrzenie jej wymowniejsze było niż słowa. Przybywój zerwał się i uchwycił ją w ramiona. Odepchnęła go jednak z niespodziewaną siłą. Dysząc, stali naprzeciw siebie. Oda opuściła oczy i szepnęła:

- Miejcież cierpliwość. Może kiedyś... I wyście już nie młodzik, i jam dawno zbyła kos dziewczęcych... - Zacisnęła wargi. Zbyła ich jako mniszka. Na myśl przyszła jej zniewaga doznana od Stoigniewa. Rwącym się z gniewu głosem ciągnęła: - Jeśli wam iście choć krzynę na mnie zależy, jak mężowi na niewieście, pomścić musicie obelgę...

- Na kim?

- Znieważył mnie Stoigniew. Nie żądajcie, bym powtórzyła jak, bo mi krew tryśnie z lic!

Gniew wybił na twarz jej jaskrawy rumieniec, oczy błyszczały jak klejnoty. Piękna była w swym uniesieniu i groźna. W Przybywoju wstawała namiętność, ale opanował się siłą. Nie da się znowu wziąć na słowa. Pod jej rozgorzałym spojrzeniem opuścił oczy i rzekł z uporem:

- Wżdy nie zaduszę go gołymi rękoma, a nic mi nie ostało po dwu leciech tułaczki. Mówimy o tym, czego wy czekacie ode mnie. Zwólcie, że i ja powiem swoje. Uczyńcie mnie palatynem i opiekę zawierzcie nad nieletnimi.

- Mieszko ma już piastuna - odparła niechętnie - nijak mi go zwolnić bez powodu. Lambert do duchownego stanu przeznaczony, wkrótce go do szkoły wyślę przy jakowej katedrze. Mnie zasię potrzebniejsi ludzie, którzy w kraju mają znaczenie, niźli dworacy.

- Nijakiego znaczenia nie ma, kto na pustej skrzyni siedzi i jednego pachołka ma do posługi. Gród mi się patrzy, ziemie rozległe i urząd rodowi odpowiedni.

- Wszelkie godności i majętności po Stoigniewie wam przypadną - odparła.

Przybywój zaśmiał się.

- Jeszcze z onego lisa skórę łupić nie pora, póki po lesie chodzi. Jest pomorskim wojewodą, ale nie wasza to dziedzina, żywie Stoigniew - zali nie. Bym ja nim ostał, z Bolkiem skończyć by trzeba. Dobre są obietnice, jeno nic za nie nie kupi. Rad bym wiedział, co ze swego dajecie, a nie - jak łupy dzielić będziem.

Oda zacisnęła wąskie wargi. Odparła oschle:

- Skarbnik mój wyda wam, co potrzeba, byście na brak mej hojności nie narzekali. Zasię gródek i ziemie Stoigniewa w naszej leżą dzielnicy, możecie je zająć choćby jutro.

- Wżdy i tego własnymi nie zajmę rękoma, bo mi Koziego Rogu Stoigniewowi ludzie z dobrej woli czy z waszego nakazu nie wydadzą - odrzucił niechętnie.

Wzruszyła lekceważąco ramionami:

- Niewielkiej siły potrzeba, by wygnać obłąkaną niewiastę i stuletniego dziada z kilkoma pachołkami. A nie stać was i na to, ludzi dam, ile będzie trzeba.

Widząc, że Przybywój jeszcze się waha, zakończyła drwiąco:

- Lepsze o was miałam mniemanie, nie sądziłam, byście się takowej walki ulękli.

- Nie lękam się - odparł ponuro, czując, że Oda po to go przyciska, by nie miał odwrotu.

- Cieszę się tedy, że was zadowolić zdołałam. A skorośmy się ułożyli, mówmy o sprawach, które już wspólne nam są. Pobożny i Kłótnik przyrzekli mi, że wojną zagrożą Bolesławowi, gdyby się ośmielił woli rodzica nie uszanować i na prawa mych synów porwać.

- Poselstwo ich w drodze wyprzedziłem - odparł Przybywój. - Tu ciągną, widno, by się raniej z wami porozumieć.

- Tedy nie zatrzymuję was - powiedziała łaskawie, podając mu dłoń. - Gdy nadejdą, nie omieszkam wezwać was na naradę.

Od dotknięcia jej ręki znowu przeszła go fala gorąca. Ale gdy wyszedł i ogarnęło go przenikliwe powietrze dżdżystego dnia, zaklął:

- Jadowita wiedźma!

***

W wietrzny i słotny dzień jesienny czeskie poselstwo wlokło się noga za nogą po grząskiej drodze. Poseł, Krasnota Suchorad, zaufany wojewoda Pobożnego, wysforował się naprzód z pocztem konnego rycerstwa czeskiego i bawarskiego, zostawiając wolniej ciągnących pieszych z wozami. Byli już na ziemi podległej władzy Ody, nie spodziewał się napaści ze strony Bolesławowych ludzi, którzy nie uwierzyliby, że znaczny hufiec zbrojnego ludu jeno dla bezpieczeństwa i okazałości ciągnie z poselstwem. Krasnota chciał już spocząć pod dachem. Droga była uciążliwa i daleka, stronił od uczęszczanych szlaków i pewny był, że udało mu się zmylić czujność przeciwnika.

Nie mógł jednak Bolesław rad widzieć i samego poselstwa, Krasnota zaś nie spodziewał się ukryć tego, że wcześniej niż z Bolesławem mówić będzie z Odą. W istocie rozpatrzenie się w siłach i położeniu było jego zadaniem. Jeśli uda się zwieść Bolesława, można mu zaofiarować przymierze w zamian za zwrot zabranych przez Mieszka ziem. Jeśli nie - stworzyć pozór zerwania zaprzysiężonego rozejmu.

Krasnota był mężem bystrym i rozważnym, a wodzem doświadczonym. Pamiętał Bolesława z czasu walk o Morawy, wiedział, że nie bez przyczyny Ruś nadała mu przydomek Chrobrego, że nie tylko nie pozwoli dobrowolnie uszczuplić pozostawionego sobie działu, ale się nim nie zadowoli. Nie łudził się, by walka z nim była lekka. Ale wiedział też, że wykorzystać trzeba czas, póki młody Otto bawi w Italii, rządy w Niemczech sprawuje jego babka a stryjna małżonek władców czeskiego i bawarskiego, której, jak zmarłemu jej małżonkowi, wzrost Mieszkowego państwa był solą w oku. W Czechach zaś zapowiadał się rychły kres wewnętrznych trudności, gdy uzdrowiony przez benedyktyńskiego mnicha, Tidaga, Pobożny odebrał rządy Rudemu, które doprowadziły do zamętu w kraju, a do ostateczności lubickich książąt, w samym sercu Czech zewnętrznym wrogom gotując sprzymierzeńca. Przyjdzie pora z nimi się rozprawić, ale ninie nie czas. Młody biskup praski, Wojciech Sławnikowic, przyjaźni się z Ottonem, cieszy się mirem na Węgrzech i w Polsce. Wraz z poselstwem Willigiza, wzywającym go do powrotu, wyjechał brat książęcy, mnich od świętego Emmerama, Chrystian, by biskupowi złożyć przyrzeczenie narodu czeskiego, że będzie powolny prawom Kościoła.

Nie łudził się jednak Krasnota, by rządy Czech długo jeszcze spoczywały w ręku mądrego i doświadczonego starego księcia. Gdy ujmie je po nim Rudy, nikogo nie mając nad sobą, nie pora będzie rozprawiać się z Polską. Już pokazał, jak rządzić potrafi. Z trwogą myślała o tym własna jego matka, z niechęcią bracia, z którymi w jawnej żył nienawiści. I sam Krasnota nierad był tej myśli. W kąt pójdą wierni i wypróbowani doradcy Pobożnego, ich miejsce zajmą Wrszowcy, towarzysze pijaństwa i rozwiązłości Rudego.

Widok wyłaniającego się z przedwieczornej mgły gnieźnieńskiego grodu przerwał rozważania Krasnoty. Tu pewnikiem czeka go miłe przyjęcie, nie tak łatwa będzie sprawa w Krakowie. Splunął na wspomnienie wróżby, której zasięgnął przed wyjazdem. Wiedźma powiedziała mu, że stanie nad własną mogiłą. Głupia! Posłów nie mordują nawet poganie. Zresztą na każdego gdzieś grób czeka. Póki człek w nim nie legnie, jeszcze nie jest źle.

Oda istotnie z radością powitała poselstwo, a jeszcze milej posiłki. Układy poszły gładko, bez targów uznała prawa Czech do zagarniętych przez Mieszka ziem, w zamian za pomoc przeciw Bolesławowi. Otrzymała ją zaraz; kosztem przeciwnika zyskiwała sprzymierzeńca, spokojniej mogła oczekiwać walki, która nadejść musi.

Krasnota natomiast bystrze rozpatrywał, na jakie siły liczyć można po stronie Ody. W drodze stwierdził niechęć prostego ludu do obcych. Lud nawykł wprawdzie wolę księcia uważać za prawo, ale czy stanie w jego obronie - zdało się wątpliwe. Między dostojnikami, których Oda sprosiła na ucztę, Krasnota nie zauważył nikogo znaczniejszego. Gdy wdał się w rozmowy, stwierdził, że wiąże ich z Odą strach przed Bolesławem. Krajowa starszyzna drużyny, mająca oparcie w rodach, była niezależna, obcą trzymała nadzieja zysków.

Oda nie taiła zresztą, że - jak w zdobytym kraju - siłą zamierza zgnębić nieprzychylnych, a nawet niepewnych wielmożów i w karbach utrzymać lud, licząc na zewnętrzną pomoc i opiekę Stolicy Apostolskiej, której Mieszko wraz z nią i jej synami państwo swe zlecił. Krasnota widział, że w istocie ciężar walki spocznie na Czechach. Lepiej jednak z pomocą Ody niż bez niej, a najlepiej przy pomocy Włodzimierza, który zapewne zechce pomścić porażkę. Raz już korzyść odniósł z walki między Polską a Czechami, jeno - nauczony tegorocznym doświadczeniem - pierwszy wystąpić nie zechce. Krasnota westchnął: czeskimi rękoma pieczeń trzeba wyciągnąć z ognia, by dzielić ją z innymi.

Wypocząwszy, Krasnota z małym pocztem wyruszył do Krakowa. Teraz nie potrzebował się ukrywać, słotna pora zresztą nie pozwalała unikać noclegów po osadach i gródkach. Mimo niej jednak wszędzie wrzała praca, po rozkisłych drogach woły mozolnie ciągnęły wozy z kamieniem, dębowymi konarami i tramami, którymi podwyższano wały grodów i bito częstokoły. Ubabrani mułem chłopi pogłębiali błotniste fosy, wszędzie widać było przygotowania do odparcia napaści. Gdy Krasnota dotarł do Krakowa, uderzyła go natomiast cisza i spokój, jakby tu właśnie nic nie groziło. Wrażenie potęgował jeszcze pierwszy tej zimy śnieg, który wielkimi płatami opadał sennie i bezgłośnie, w oczach pobielając kraj. Wezbrane wody Wisły i jej rozlewisk niemal okalały skałę, na której zimowym snem zdał się drzemać gród. Krasnota, który rozglądał się pilnie, z myślą, że może dobywać go przyjdzie, nigdzie nie zauważył najmniejszego ruchu.

Na grodzie jednak czuwano widocznie, bo gdy konie czeskiego poselstwa, wybrnąwszy z błotnistego szlaku nad stawami, kopytami zadzwoniły o skałę, przy bramie rozległ się głos rogu i na wałach ukazała się straż. Można by pomyśleć, że czekano na gości, bo nim poselstwo wspięło się na stromy stok, brona w bramie dźwignęła się i z hukiem opadł zwodzony most, przez który poselstwo wjechało na zewnętrzny dziedziniec. Od stajen już biegły koniary, by odebrać rumaki, a z budynku przy bramie wiodącej na podworzec zamkowy wyszedł jakiś dostojnik w futrzanej szubie i przystąpiwszy do Krasnoty powiedział:

- Pana nie masz na grodzie, zwólcie tymczasem posilić się i spocząć.

Nie zapytał, kto i od kogo, nie oznajmił się, kim jest, i ruszył przodem, przez ciemną sień prowadząc gości do mrocznej izby, w której właśnie rozpalano ogień, a na stole, zasłanym białym ręcznikiem, zastawiano potrawy. Wszystko wskazywało, że oczekiwano poselstwa.

Krasnota nie był tym zaskoczony, a rad gościnie po trudach podróży. Znużeni, wcześnie spać poszli, ale gdy minął dzień, drugi, w czasie których prócz służebnych nie widzieli nikogo, Krasnota niecierpliwić się zaczął. Zamierzał zasięgnąć języka, a zdać się mogło, że prócz służby i straży nie ma na grodzie nikogo. Trzeba choć rozejrzeć się po nim. Wyszedł na zaśnieżony dziedziniec i skierował się ku południowemu wałowi. Widocznie jednak miano go na oku, gdyż zaraz za nim nadszedł ten sam dostojnik, który witał poselstwo. Krasnota wiedział już, że to krewniak książęcy, Stoigniew, przed którym przestrzegała go Oda. Udał jednak, że nie wie, i zagadnięty, czy nie potrzebuje czego, odparł:

- Zwólcie pierw, że się oznajmię: jam jest Krasnota Suchorad, poseł od miłościwego króla czeskiego do jego siostrzana, książęcia Bolesława. Nie schodzi nam tu na niczym, krom czasu. Rad bym wiedział, kiedy z panem waszym zmówić się będziem mogli?

- Mniemam, iż rychło. Nie sądziłem, że wam spieszno, skoroście przez Gniezno do Krakowa jechali. - Widząc zaś, że Krasnota spogląda w dół ku Wiśle, dodał: - Jak widzicie, dostęp na gród trudny. Jeden dobry łucznik setnię ludzi powstrzyma.

- Wojak o wojnie myśli - odparł Krasnota nie zmieszany. - Ale jam tu w poselstwie, które, jak mniemam, pokój utrwalić winno między krewniakami.

- Wżdy rozejm między nami zaprzysiężony i kniaź Bolesław zerwać go nie zamierza, mimo żeście Odzie posiłki przywiedli i pomoc przeciw niemu przyrzekli.

Krasnota w duchu zaklął, ale obrotny był i obyty i nawet nie przestał się uśmiechać, gdy odparł:

- Szkoda ukrywać, co jawne. Skoro oko macie bystre i słuchy dłuższe niż zając, wiecie też pewnikiem, że i nam pokój potrzebny. Pan mój radziej siostrzana swego widziałby na Mieszkowym stolcu niż onych pół-Niemców. Ale rozum wam powie, że każdy rad widzieć druha silnym, a wroga słabym.

- My też. Dlatego nie po sercu nam wasza pomoc dla Ody i pół-Niemce na książęcym stolcu, ni u nas, ni u was.

Teraz uśmiech zniknął z twarzy Krasnoty. Odparł chmurnie:

- Jeszczeć u nas stary pan na stolcu siedzi. Pomnicie, że i Kruty (Bolesław Srogi, ojciec Pobożnego) szukał z wami sojuszu i córę oddał Mieszkowi, i pomocy udzielił przeciw Weletom, choć zazwyczaj w przyjaźni bywaliśmy z nimi. I pan mój rad by uładzić się z krewniakiem.

- Tak ono i jest, że książęta nie mają krewniaków ni przyjaciół, jeno państwa - odparł Stoigniew. - Srogi z Wacławem jednych ojców byli syny, jako Rudy z Jaromirem i Oldrzychem, a wiadomo, co zaszło, i nietrudno odgadnąć, co będzie.

Krasnota zacisnął zęby. Po tym, co usłyszał, mógłby już wyjechać. Ale w tej chwili gwar doleciał od bramy, a Stoigniew rzekł:

- Wybaczcie, kniaź wraca, pójdę was oznajmić.

Oddalił się ku bramie, a Krasnota ponury szedł na gospodę. Nie spodziewał się już niczego więcej osiągnąć, prócz zerwania rozejmu. Stoigniew mówi zapewne to, co myśli Bolesław.

***

Krasnota, mimo że wojownik zawołany, z dziwną niechęcią myślał o walce z nim. Taki, jak Bolesław, wnuk Srogiego zdałby się na czeskim tronie. Ale prawdę rzekł Stoigniew: władcy nie mają krewniaków. Dlatego że polski kniaź groźny jest, należy go zniszczyć, póki w siłę nie urośnie, a Czechy nie znajdą się w zamęcie walki między spadkobiercami Pobożnego. Opędzając się przygnębieniu, Krasnota rozważał, jak mu sprawę poprowadzić przyjdzie, gdy stanie przed Bolesławem. Podstęp już na nic, groźby użyć trzeba. Bolesław uświadomić sobie musi, że jedna większa klęska pozbawić go może nie jeno zdobytych na Czechach przez Mieszka krajów, ale własnego działu, a nawet życia. Wiedział jednak o gwałtowności i zaciętości Bolesława, a tacy przed groźbą ustępować nie zwykli. Odłożył powzięcie postanowienia do czasu, gdy stanie przed nim. Ufał swej chytrości i znajomości ludzi. Z zadowoleniem też przyjął zaproszenie na wieczerzę. Przy kubkach najłacniej poznać człowieka i łacniej ważne sprawy załadzić niż na uroczystym posłuchaniu. Sam Krasnota głowę miał mocną, nie zapomni, po co przyjechał. Gdy zapadł wczesny wieczór, przybrał się okazale i wraz z towarzyszami udał się do zamku.

Ucztę przygotowano w wielkiej świetlicy drewnianego budynku, przylegającego do stołbu, górującego nad całym wzgórzem. Służyła licznym zebraniom, których pomieścić nie mogły szczupłe komnaty zamkowe. Jakoż gdy Krasnota nadszedł, izba pełna już była ludzi, przeważnie starszyzny wojskowej, wśród której nie brakło młodzików. Ci, mniej powściągliwi, wraz gwarzyć zaczęli z Czechami, mimo różnic mowy powodujących nieporozumienia, od których zaczęły się prześmiechy.

Sam Krasnota dobrze znał język polski, ale się z tym nie zdradzał. W poselstwie dogodniej nieraz udać, że się czegoś nie rozumie, by czy to pominąć odpowiedź na kłopotliwe zapytanie, czy choćby zyskać czas do namysłu. Z twarzą poważną i obojętną słuchał, co dostojnicy polscy mówią między sobą. Zresztą wkrótce w drzwiach wiodących ze stołbu do świetlicy ukazał się Stoigniew z komornikiem, który oznajmił nadejście księstwa.

Pierwsza weszła Emnilda z dworkami i kapelanem i zajęła miejsce na podwyższeniu. Krasnota wiedział o wpływie, jaki księżna wywiera na swego małżonka, i spojrzał na nią z zaciekawieniem. Choć matka czworga dzieci, zachowała wdzięk i urok młodej dziewczyny. Wymykające się spod haftowanego złotem i perłami namitka niesforne jasne kędziory jakby blaskiem okalały jej dziecięcą niemal twarz. Nie samą jednak zapewne urodą przywiązać umiała skłonnego do rozwiązłości Bolesława. Spojrzenie jasnobłękitnych jej oczu dojrzałe było i mądre. Krasnota zrozumiał, że nie pozyska jej błyskotkami, jakie dla niej przywiózł wraz z pozdrowieniami od księżnej Emmy. Prócz ozdobnego namitka i pierścienia na palcu Emnilda nie miała na sobie żadnych klejnotów, nie uwydatniała swych wdzięków obcisłą szatą, wzorem zachodnim. Mimo prostego ubioru i skromnego obejścia nikt jednak nie pomyliłby jej dostojeństwa ze strojniejszymi od niej dworkami. Krasnocie żal się uczyniło na myśl, że i jej niewesoły gotuje się los, ale powściągnął się. Gdy się przeciw wrogowi podnosi broń, nie pora litować się nad wdową czy sierotami po nim. Pomyślał natomiast, jak by przez nią udało się wpłynąć na Bolesława. Przystąpił z układnym powitaniem, przekazując swojackie pozdrowienia, i zręcznie wyraził żal, że należne Emnildzie po ojcu, Dobromirze, dziedzictwo bezprawnie zajął margraf Ekkehard. Emnilda odparła jednak:

- Słyszę, że Ekkehard mądrze rządzi i sprawiedliwie, a nam przyjazny. Małżonka to mego rzecz, zali się o wiano moje upomni. Nie dla niego mnie pojął - dodała rumieniąc się - bo sięgnąć mógł i po cesarską córę, zasię przyjaźń cenniejsza bywa od dziedziny.

Krasnota z uśmiechem znacząco spojrzał na Stoigniewa i rzekł:

- Krewniak wasz innego jest mniemania, ale daj Bóg, by małżonek wasze podzielał. Gdyby miłościwy książę zwrócić zechciał, co nam rodzic jego zabrał, nic nie stałoby na przeszkodzie przyjaźni między krewniakami.

Nie otrzymał odpowiedzi, bo wszedł Bolesław i ruch się uczynił. Krasnota obrzucił księcia badawczym spojrzeniem i uderzyło go nieuchwytne, ale wyraźne podobieństwo do macierzystego dziada, choć z rysów ojca swego przypominał, jeno tęższy i roślejszy był od obydwu. Może czołem wypukłym nad wydatnymi brwiami, ale bardziej chyba wyrazem oczu, groźnym nawet, gdy się uśmiechał, przypominał Srogiego.

Gdy Krasnota przystąpił z pokłonem, Bolesław głową skinął i, wskazując miejsce naprzeciw siebie, powiedział po czesku:

- Siadajcież! Rad słyszę, że dostojny wuj do zdrowia przyszedł, a druh nasz, Wojciech Sławnikowic, wrócić ma do Pragi. I wyście radzi pewnikiem, tedy wypijmy za zdrowie waszego pana.

Bolesław podniósł kubek. Mówił z prostoduszną rubasznością. Krasnota nie podejrzewał nieszczerości ni drwiny. Wychylił puchar z podziękowaniem, a gdy go ponownie napełniono, podniósł go znowu, mówiąc:

- Zaskoczyliście mnie, bo raniej wasze i dostojnej małżonki waszej zdrowie wypić przystało. Ale za swojacką przychylność dla pana mego wdzięczen być muszę, tym bardziej że żywić mi to pozwala nadzieję, iż książęta jednej krwie łacno się dogadają.

- Nie psujcież biesiady sprawami, o których gadać będziem jutro - stanowczo przerwał Bolesław i dodał życzliwie: - Dziś jeno gościa chcę w was widzieć, z którym radem pogwarzyć o ludziach i miejscach, do których tężyła macierz moja. Po cóż się mamy wzajem objeżdżać?

Krasnota skinął głową z uśmiechem. Zrozumiał, że przy miodzie nie załadzi żadnej sprawy, ale nie gardził nim. Obyty i gładki, miłym był towarzyszem biesiady, a gdy wkrótce odeszła Emnilda ze swym orszakiem i kielichy zakrążyły gęściej, nie pozwolił się w nich nikomu wyprzedzić.

Bolesław zdał się istotnie zapominać o wszystkim, co nad nim zawisło. Śmiał się szeroko a beztrosko ze sprośnych przyśpiewek i przekomarzań między biesiadnikami. Nie zapomniał jednak o swym zadaniu Krasnota i starał się zbliżyć do Stoigniewa, wiedząc, jakie znaczenie słowo jego ma u księcia. Ale Stoigniew i pił niewiele, i w słowach był oszczędny, a gdy zabawa zbyt głośna być zaczęła, wstał i sprawiwszy się księciu, że rankiem wyjazd go czeka, wyszedł.

Krasnota rad był, że posłuchanie nazajutrz odbędzie się bez Stoigniewa, i zrozumiał, dlaczego tego wroga Oda pragnęła się pozbyć przed innymi. Porywczy i na pozór prostoduszny Bolesław zdał się mniej niebezpiecznym przeciwnikiem, mimo że już jako chłopię wsławił się męstwem i zawziętością. Gdy Krasnota podpił nieco, nawet żal mu się uczyniło, że przyłożyć się ma do zgniecenia człowieka, który z młodego pokolenia słowiańskich władców zapowiadał się najlepiej. Żałował też, że nie przyjechał tu przed związaniem się z Odą. Na łatwowiernego Bolesław nie wyglądał, nieszczerość legła między krewniakami. Nie uszedł też uwagi Krasnoty urok, jaki Bolesław wywierał, któremu i sam oprzeć się nie potrafił. Dostojnicy i woje Bolesława nie trzymają z nim ze strachu lub dla zysku, walka lekka nie będzie. Milej byłoby jeno pić z nimi. Pił tedy dalej. Nie w jego mocy odmienić bieg spraw. Rozdwojenie i zamęt w Niemczech, podział Mieszkowego państwa nadarzyły jedyną sposobność odzyskania strat i usunięcia współzawodnika w przewodzeniu Słowiańszczyźnie. Żadna władza nie znosi towarzysza, a dla swojackich czy osobistych względów nie można zaprzepaścić wysiłków dwóch pokoleń.

Nazajutrz Krasnota przekonał się jednak, że zdołał przejrzeć jedną tylko stronę natury Bolesława. Przesłane sobie dary przyjął książę z podziękowaniem, a wręczając wzajem gościńce, napomknął mimochodem:

- To z łupów na waszym kijowskim sprzymierzeńcu.

Krasnota zrozumiał przymówkę, ale zręcznie ją podchwycił:

- Tedy jawny dowód korzyści pokoju między nami.

- Rad bym go utrzymał - odparł Bolesław - jeno nie za tę cenę, którą, słyszę, Oda wam przyrzekła. Jej łacno płacić z mojego za pomoc przeciw mnie.

- Nie cena to, jeno słuszny zwrot tego, do czego mamy prawo uznane, poręczone przez cesarza Ottona Wtórego, a co nam siłą przez waszego rodzica wydarte zostało i kością niezgody legło między nami. Usuńmyż ją, a nic nie będzie stało na drodze przyjaźni między swojakami. Ale nie miejcie za złe, że jeśli siłą odbierać przyjdzie, nie będziem sobie odmierzać. Nie zapominajcie, że i tutaj czeski pan władał.

Krasnota wytrzymał groźne spojrzenie Bolesława. Sądził nawet, że Bolesław gniewem wybuchnie, ale książę po chwili odparł spokojnie:

- Cesarz uznał wasze prawo za cenę zerwania z Kłótnikiem. Po dziś dzień nie widzę, byście to uczynili. A Śląsk i Morawy siłą zajął Srogi, siłą i mój rodzic. I ja od pacholęcia mieczowi jeno wierzyć nawykłem, wrogowi jeno, gdy grozi. Rozumiem tedy, że i zaprzysiężonego rozejmu nie strzymacie?

- Skoro go Rudy bez zgody rodzica zaprzysiągł, też nie z dobrej woli, jeno chytrością i groźbą przymuszony, niechaj go on dotrzyma.

- Jeno ode mnie nic chytrością ni groźbą nie wymusicie - odparł Bolesław pogardliwie. - Ze strachu niczego czynić nie zwykłem.

- Nie z tego was sławią - dwornie odparł Krasnota. - Ale rozsądek to, nie trwożliwość, gdy się sił nie ma.

- Nie łokciem siły mierzyć, tedy tarżyć darmo. I wilk, choć jeno zęby ma ku obronie, przecie nimi kłapie, lubo w matni. Raniej go ubić trzeba, nim się łupież ściągnie.

- Rozumiem tedy, że wojna między nami? - sucho zapytał Krasnota.

- Ja wróżby nie zapowiadam - odparł Bolesław - alem nie czędo, by uwierzyć, że uległością pokój kupić można. Jedźcie do dom, pokłońcie się swemu panu i powtórzcie, com rzekł. Może się rozmyśli i gadać ze mną zechce jak równy z równym. Wonczas wracajcie, miłym będziecie gościem. Ale gdybyście tu z mieczem wrócili, nie miejcie i wy za złe, jeśli łeb tu ostawicie. - Zimna groźba zabrzmiała w głosie Bolesława.

- Wrócę, jak pan mój każe, wojakowi nie wybierać, choć i mnie miód od krwie smakowitszy - spokojnie odparł Krasnota. Ale spokój jego był pozorny. Przypomniała mu się wróżba, a nawet splunąć nie przystało od uroku. Wiedział zaś, że wróci z mieczem i nie czekać względów od człeka, któremu się wiąże ręce, a nóż do gardła przykłada.