Rok rozpusty Klausa Ottona Bacha - Jarosława Łytwyn

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuРік розпусти Клауса Отто Баха
Pro­jekt okładki NA­TA­LIA TWARDY
Fo­to­gra­fie na okładce? pa­blo­prat/Adobe Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuPA­TRYK MŁY­NEK
Re­dak­cjaUR­SZULA ŚMIE­TANA
Ko­rektaCE­LINA RYM­SZA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
? Yaro­slava Ly­tvyn, text, 2020 ? Pu­bli­shing Ho­use RA­NOK, Ukra­inian edi­tion, 2022
Po­lish edi­tion pu­bli­shed by Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6467-4
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl

1

Klaus Otto Bach. Ki­lo­nia

Klaus Otto Bach był do­brym sy­nem, od­po­wie­dzial­nym pra­cow­ni­kiem, wzo­ro­wym płat­ni­kiem po­dat­ków. Ni­gdy w ży­ciu nie prze­szedł na czer­wo­nym świe­tle, nie przy­własz­czył so­bie cu­dzej wła­sno­ści ani nie skrzyw­dził słab­szego od sie­bie. Od­porny na drobne przy­kro­ści dnia co­dzien­nego, wrogo na­sta­wiony do ko­tów, Klaus naj­bar­dziej na świe­cie bał się pięk­nych ko­biet i swo­jego szefa.

Klaus Otto Bach miał dwu­po­ko­jowe miesz­kanko w cen­trum Ki­lo­nii, mia­steczku po­ło­żo­nym w pół­noc­nych Niem­czech. Pra­co­wał jako elek­tryk, pro­wa­dził roz­ważny tryb ży­cia, nie włą­czał te­le­wi­zora, czaj­nika ani pralki po dwu­dzie­stej pierw­szej, se­gre­go­wał śmieci i nie chra­pał zbyt gło­śno. Od czasu do czasu zda­rzało mu się wdep­nąć do ka­te­dry w cen­trum mia­sta, żeby po­słu­chać mu­zyki or­ga­no­wej i po­szu­kać swo­jego miej­sca pod słoń­cem oraz pod ko­pułą. Ni­gdy jed­nak ni­czego nie znaj­do­wał, więc wsu­wa­jąc nie­pro­por­cjo­nal­nie drobne dło­nie do kie­szeni dżin­sów, szedł na pa­rówkę w bułce z musz­tardą, na­by­wane w food trucku tuż obok, u Tur­ków. Ich wy­gląd po­zo­sta­wiał wpraw­dzie wiele do ży­cze­nia, za to pa­rówka ład­nie pach­niała i wspa­niale sma­ko­wała jak za te marne dwa i pół euro.

Czter­dzie­sto­trzy­letni Klaus Otto Bach spra­wiał wra­że­nie czło­wieka zde­cy­do­wa­nie nie­żo­na­tego, cho­ciaż do­syć za­dba­nego. Jego styl nie miał jed­nak nic wspól­nego z nie­miec­kim pe­dan­tycz­nym sno­bi­zmem. To było ra­czej jak po­drygi uczniaka chcą­cego unik­nąć uwagi w dzien­niczku od wszech­świata.

Klaus Otto za­ko­chał się dwa razy. I dwa razy uczu­cie to chla­stało go po twa­rzy bo­le­śnie, aż do krwi.

Pierw­szy raz Klaus się za­ko­chał w jed­nej z ostat­nich klas. Obiekt jego wes­tchnień zwał się An­ne­lise Ci­gler. Dziew­czę po­cho­dziło ze wschod­nich Nie­miec, miało dłu­gie, pa­ty­ko­wate nogi, było szyb­kie i psotne. Klaus Otto, kor­pu­lentny i ma­rzy­ciel­ski na­sto­la­tek, uga­niał się za tym cu­dow­nym mo­ty­lem, który ani razu nie ob­da­rzył go spoj­rze­niem czy na­wet uśmie­chem.

Klaus lu­bił te śmieszne ku­cyki, gra­na­tową spód­nicę i za dużą jak na na­sto­latkę torbę na ra­mię. Za­chwy­cały go jej śmiech, pewna nie­zgrab­ność ru­chów, jesz­cze nie do końca ko­bie­cych, i zmienne hu­mory. Ale naj­bar­dziej po­do­bały mu się jej wzo­rzy­ste raj­stopy.

An­ne­lise za­cho­wy­wała się przy­zwo­icie jak na czter­na­sto­latkę - zero uwo­dze­nia, zwod­ni­czych uśmie­chów. Do­my­ślała się, że Klaus da­rzy ją sym­pa­tią, ale trzy­mała się z dala od niego, nie flir­to­wała z nim i za­sad­ni­czo nie da­wała mu żad­nych na­dziei. Ni­gdy go też nie wy­ko­rzy­sty­wała. Nie od­pi­sy­wała od niego prac do­mo­wych ani nie po­ży­czała drob­nych z jego kie­szon­ko­wego.

Czy za­tem An­ne­lise była do­bra dla Ba­cha? W żad­nym wy­padku. Obo­jęt­ność dziew­czyny nie dość, że nie osła­biała cier­pień mi­ło­snych Klausa, to jesz­cze zmu­szała go do szu­ka­nia ko­lej­nych dróg do serca ka­pry­śnej wy­branki.

Pew­nego dnia Klaus Otto umó­wił się z na­uczy­cielką mu­zyki, że wy­kona na lek­cji utwór, do któ­rego sam na­pi­sał słowa i me­lo­dię. Pieśń trak­to­wała o wio­sen­nym wie­trze. Mło­dzie­niec li­czył na to, że w ten spo­sób roz­pu­ści twarde jak lód serce An­ne­lise. A wtedy ona go po­ca­łuje. Żeby tylko - może na­wet po­zwoli mu do­tknąć swo­ich nóg albo piersi... A może jesz­cze... W tym mo­men­cie za­czy­nało mu się krę­cić w gło­wie i trudno mu było od­dy­chać.

Chcąc wpro­wa­dzić w ży­cie swój ge­nialny po­mysł, Bach po­sta­no­wił przy­nieść z domu gi­tarę. Plan wy­da­wał się ide­alny. Je­dyne, czego Klaus nie wziął pod uwagę, to swo­jego wą­tłego sys­temu ner­wo­wego i skłon­no­ści do ata­ków pa­niki. Kiedy bo­wiem sta­nął przed całą klasą i za­czął zmie­niać akordy, na­gle dło­nie prze­stały go słu­chać. Me­lo­dia zu­peł­nie nie przy­po­mi­nała tej, którą stwo­rzył. W ogóle nie przy­po­mi­nała mu­zyki.

- Schaut! Schaut mal! - krzyk­nął któ­ryś z ko­le­gów. - Fette Fin­ger![1]

- Tak, tak, pa­trz­cie, to wszystko przez te jego małe rączki i grube palce! Jak ty w ogóle mo­żesz nimi grać? - Z sali po­sy­pały się py­ta­nia.

Klaus za­marł, czer­wony ze wstydu, po­ni­żony i onie­miały. Nogi od­mó­wiły mu po­słu­szeń­stwa. Na­gle w ca­łym tym zgiełku usły­szał cienki i jakże miły jego sercu gło­sik An­ne­lise.

- Klaus Sän­ger, Klös­schen Fin­ger![2] - za­wo­łała, nie­mal pła­cząc ze śmie­chu.

Cała klasa pod­chwy­ciła jej słowa i na­raz wszy­scy, jak na­wie­dzeni, za­częli je wy­krzy­ki­wać gło­śno i za­pa­mię­tale. Śmiano się z Klausa Ot­tona. Śmiano się tak jak ni­gdy wcze­śniej. A nóż w plecy wbiła mu ta, dla któ­rej był go­tów na wszystko.

To nie było na jego nerwy. Bach wy­biegł z sali mu­zycz­nej, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy. Całą na­stępną lek­cję prze­sie­dział na pa­ra­pe­cie w to­a­le­cie, wbi­ja­jąc pu­sty wzrok w ro­snący na ulicy krzew, po­dobny do drzewa lau­ro­wego.

Tam­tego dnia coś w nim pę­kło i ni­gdy już się nie zro­sło, ale Bach miał praw­dziwy dar ukła­da­nia się z rze­czy­wi­sto­ścią, więc na­uczył się z tym żyć.

Po tym za­wo­dzie mi­ło­snym Klaus Otto bar­dzo wy­do­ro­ślał. Już nie uga­niał się wię­cej za mo­ty­lami i stwier­dził, że to, co wi­dzi w lu­strze, da­le­kie jest od tego, co chciałby w nim zo­ba­czyć. Za­miast wal­czyć z wia­tra­kami, po­sta­no­wił się pod­dać i za­mknąć na świat. I śmiać się z sa­mego sie­bie. Drwić z sie­bie. A nie znaj­du­jąc u sa­mego sie­bie wspar­cia, za­ta­piać się co­raz głę­biej w oce­anie żalu i bez­na­dziei.

Jed­nak Klaus za­ko­chał się po raz drugi. Tym ra­zem mi­łość miała na imię Klara. I zo­stała jego żoną. Kto wie, co nim kie­ro­wało, gdy szedł z nią do ślubu. Być może głos sa­mot­no­ści prze­mó­wił do niego zbyt wy­raź­nie. Być może Klaus po­sta­no­wił, że już czas. A może po pro­stu Klara tak mocno i tak zde­cy­do­wa­nie wzięła sprawy w swoje ręce, że Klaus nie zdo­łał się z tego wy­wi­nąć.

Z dru­giej strony Klaus Otto Bach był bar­dzo za­do­wo­lony, że przy jego boku jest te­raz przed­sta­wi­cielka płci pięk­nej. To nieco pod­no­siło jego sa­mo­ocenę i uatrak­cyj­niało co­dzien­ność. Z Klarą, wa­żącą pra­wie sto dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów, czuł się lekko i pew­nie.

Poza tym jego wy­eman­cy­po­wane i sa­mo­wy­star­czalne ro­daczki nie­zbyt chęt­nie na­wią­zy­wały sto­sunki z kimś tak skłon­nym do sta­nów de­pre­syj­nych, hi­ste­rii i cią­głego ję­cze­nia jak on, Klaus. Czyli z czło­wie­kiem o jakże de­li­kat­nej struk­tu­rze psy­chicz­nej.

Tym­cza­sem byli z Klarą jak dwa bo­chenki chleba - niby z jed­nego pieca, a jed­nak upie­czeni w ogniu tego wspól­nego ży­cia jakby od nie­chce­nia. Z Klarą Klaus pił piwo, po­chła­niał góry pa­ró­wek i spa­ce­ro­wał wie­czo­rami po oko­licy, trzy­ma­jąc się za ręce. Z Klarą oglą­dał filmy porno przy po­pcor­nie i go­dzi­nami prze­wa­lał się po ka­na­pie, ga­piąc się w ko­lejne talk-show. I cza­sem so­bie my­ślał, że jest na­prawdę szczę­śliwy. Że wresz­cie mu się uło­żyło.

Pew­nej je­sieni Klaus Otto, miesz­ka­niec Pół­nocy, po cięż­kiej za­grywce Klary od­dał wła­sne, zda­wa­łoby się, nie­zdo­byte po­zy­cje i zgo­dził się wziąć kre­dyt, żeby po­je­chać z żoną na Okto­ber­fest. On - do Ba­wa­rii! On - kre­dyt! Spo­nie­wie­rać się!

I pić tam, czyli chlać, za­le­wać się w sztok, na­rą­bać się, na­pruć się, śmiać się, gar­dło­wać, zle­wa­jąc się w jedną wspólną chmie­lową ago­nię z ty­sią­cami współ­o­by­wa­teli i tu­ry­stów. I spę­dzić w tej ha­lu­cy­na­cji może ze trzy dni, a może cały ty­dzień, bu­dząc się po pi­jaku i tra­cąc kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. I byłby to z pew­no­ścią naj­bar­dziej burz­liwy i eks­cy­tu­jący okres w jego ży­ciu. O ja­kim nie śmiał na­wet ma­rzyć. Aku­rat taki ro­dzaj sza­leń­stwa, ja­kie za­wsze go omi­jało. I roz­my­śla­jąc o pi­wie i okrą­glut­kich biu­stach kel­ne­rek, o ich krót­kich su­kien­kach typu dirndl[3], pod któ­rymi - być może, pod któ­rymi - z pew­no­ścią - były raj­stopy, Klaus Otto ła­ko­mie cmo­kał. A po­tem wra­cał do domu, do Klary, z lek­kim po­czu­ciem winy z po­wodu ta­kich my­śli, gła­skał jej stward­niałą od pracy, pulchną rękę i ca­ło­wał ru­miany jak pa­pryczka pep­pe­roni po­li­czek.

Ale Klara wszystko ze­psuła. I kre­dyt, i ma­rze­nia, i ży­cie. Roz­ło­żyła nogi i zdra­dziła Klausa z ku­dła­tym kie­rowcą cię­ża­rówki, któ­rego głę­bo­kie za­kola przy­wo­dziły na myśl la­guny. Na­stęp­nie prze­pro­wa­dziła się do niego, oznaj­miw­szy mę­żowi, że roz­miar ma zna­cze­nie. I Klaus Otto wie­dział, że by­naj­mniej nie cho­dzi o roz­miar jego ko­szul.

Po ta­kim szoku do­cho­dził do sie­bie trzy lata, za­czął pić, spasł się jesz­cze bar­dziej, prze­stał se­gre­go­wać śmieci, przez co do­stało mu się od są­sia­dów, i za­czął jesz­cze bar­dziej za­głę­biać się w od­mę­tach nie­na­wi­ści do sie­bie w szcze­gól­no­ści i do świata ogól­nie. Ni­czym nie gar­dził, cza­sem tylko mu się zda­wało, że ni­żej upaść już się nie da. Upo­ka­rzał się, bła­ga­jąc Klarę na ko­la­nach, żeby do niego wró­ciła, przy­no­sił jej kwiaty, wy­sta­wał wie­czo­rami po pracy pod do­mem swo­jego ry­wala, ciął się, sy­mu­lo­wał próby sa­mo­bój­cze, ska­kał z okna par­teru - skrę­cił przy tym nogę, ale w ża­den spo­sób nie skró­cił swo­jego ży­wota w imię mi­ło­ści. Na­wet wy­zwał kie­rowcę cię­ża­rówki na po­je­dy­nek, po czym sam przed nim zwie­wał, omal nie mdle­jąc ze stra­chu i wy­rzutu ad­re­na­liny. Ro­bił dużo, pra­wie wszystko, co mógł i po­tra­fił. Nic jed­nak nie wskó­rał. Klara nie wró­ciła. A w du­szy Klausa roz­go­ściła się pustka, z którą z cza­sem na­uczył się żyć.

* * *

Klaus Otto Bach był za­ko­chany dwa razy w ży­ciu. Mimo to nikt nie miał po­ję­cia, że naj­bar­dziej na świe­cie Klaus ko­chał raj­stopy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki