Po powrocie z urlopu rzucam się w wir zaległych badań kontrolnych. Idę
do dentysty, okulistki i pulmonolożki, badam pieprzyki i tarczycę, na
której wychodzą mi jakieś guzki. Dostaję skierowanie na biopsję, ale
pani doktor uspokaja, że to tylko na wszelki wypadek i że mnóstwo ludzi
ma guzki na tarczycy, nie mam się czym przejmować.
We wrześniu trafiam na USG piersi. Na to badanie akurat zawsze bardzo
lubiłam chodzić, bo wprawdzie zakładałam, że umrę młodo i na raka, ale
nie aż tak młodo i nie na tego. Ani w rodzinie nikt go nie miał, ani
badanie genetyczne, które zrobiłam kilka lat wcześniej, nic podejrzanego
na tym odcinku nie wykazało. Mimo wszystko intuicja podpowiada mi, że
warto się badać nawet na to, na co nie planuję umrzeć.
Pani przykłada głowicę do mojej prawej piersi. Marszczy brwi. Wykręcam
głowę, żeby popatrzeć na czarny ekran upstrzony białymi chmurkami.
Przejeżdża kilka razy, dociskając jak na mój gust trochę za mocno.
Zaznacza coś i zaczyna mierzyć.
- Będzie potrzebna biopsja - mówi w końcu. - Dobrze, że pani do mnie
trafiła, bo ja oprócz tego, że robię USG, to jestem
ginekologiem-onkologiem - papla, a ja się zastanawiam, czy lekarki
kiedyś w końcu się przekonają do feminatywów, i zerkam ukradkiem na
zegarek, bo nie chcę się spóźnić na pilates. - Proszę jak najszybciej
umówić się na biopsję. Koniecznie gruboigłową. I jeszcze przed biopsją
na mammografię.
- Na mammografię? - protestuję nieśmiało. - A samo USG nie wystarczy?
Zawsze słyszałam, że przy mojej budowie USG jest skuteczniejsze, a mammografię to w ogóle dopiero po pięćdziesiątce, a ja mam czterdzieści
pięć lat...
- Zmieniły się zalecenia, teraz od czterdziestego piątego roku życia, a nie od pięćdziesiątego. - Lekarka nie daje się przekonać. - Poza tym te
wyniki koniecznie muszą być przed biopsją. Jakby pani nie wiedziała, co
dalej, to proszę do mnie wrócić, pokieruję panią - mówi na pożegnanie, a ja dziękuję, kitram w plecaku opis badania i skierowanie i idę jakby
nigdy nic na trening.
Zupełnie się nie przejmuję. Zawsze miałam skłonność do niewielkich
torbieli, które pojawiały się i znikały. Ale żeby od razu biopsja? Pani
doktor jest chyba trochę nadgorliwa.
Mimo wszystko następnego ranka dzwonię, żeby umówić się na mammografię.
Termin jest na jutro. No i dobrze, chcę jak najszybciej zakończyć
rozdział "badania kontrolne 2024".
Znudzone panie w rejestracji sprawiają wrażenie urzędniczek z zapomnianego pokoiku na końcu korytarza, zdziwionych na widok
zagubionego petenta.
- Tyle się nasłuchałam, że to takie nieprzyjemne badanie, że tak
strasznie boli, a w sumie to miewałam w życiu gorsze - mówię kilka minut
później, ubierając się.
- Oj tak, tak się wszędzie straszy i potem pacjentki się boją do nas
przychodzić - mówi techniczka, która chwilę wcześniej miażdżyła moje
piersi w prasie hydraulicznej. - Wysyłamy SMS-y, program jest darmowy,
terminy szybkie, a zainteresowanie słabiutkie.
- A kiedy będzie wynik? - pytam już z ręką na klamce.
- Przy BI-RADS 5 staramy się, żeby był jak najszybciej - odpowiada z zatroskaną miną, wpatrując się we mnie uważnie.
Robi się trochę niezręcznie. Jeszcze raz dziękuję, żegnam się, wracam
szybko do samochodu i wrzucam w wyszukiwarkę hasło BI-RADS 5.
"Klasyfikacja BI-RADS określa kategorie zmian. Piątka wskazuje na ponad
95-procentowe prawdopodobieństwo, że rak jest złośliwy..."
Robi mi się słabo. Z trudem łapię powietrze przez zaciśnięte gardło.
Nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być coś poważnego. I ten
BI-RADS, żeby jeszcze pięćdziesiąt, sześćdziesiąt procent, ale
dziewięćdziesiąt pięć? I bez pięciu lat studiowania socjologii byłoby
dla mnie oczywiste: statystyka nie jest po mojej stronie.
Łzy płyną mi szerokim strumieniem, z gardła wyrywa się niekontrolowany
szloch, a serce wali jak po długim biegu, gdy przebijam się Wisłostradą
przez warszawskie korki w stronę Żoliborza. Nie wierzę, że to się
dzieje. Przecież nic mnie nie boli, nic nie wyczuwam. Świetnie się czuję
(o ile oczywiście nie liczyć tego cholernego kręgosłupa). Kipię energią.
Może jak udam, że nic się nie wydarzyło, to samo się wchłonie? Nie, to
głupie. Strząsam z siebie tę pokusę. Gdy dojeżdżam do domu, żałuję przez
chwilę, że nie mamy w zwyczaju pić mocnych alkoholi - może po setce
wódki albo lampce koniaku oddychałoby mi się jakoś łatwiej. Zamiast tego
kucam z głową między kolanami, zamykam oczy i biorę kilka głębokich
wdechów. Gdy już uspokoję oddech, robię sobie mocną herbatę, odpalam
laptopa, wpisuję w wyszukiwarkę "biopsja gruboigłowa nfz" i po kolei
dzwonię. Wiem tylko, że nie chcę iść do Centrum Onkologii, pardon,
Narodowego Instytutu Onkologii, największego szpitala onkologicznego w Polsce - z całym szacunkiem do specjalistów tam pracujących, ale podczas
trzech lat chorowania mojej mamy spędziłam na tamtejszych ciemnych,
smutnych korytarzach długie godziny i wiem, że nie jest to moje ulubione
miejsce.
W pierwszym szpitalu z listy w wyszukiwarce robią tylko biopsje
cienkoigłowe.
W drugim - takie, jakich szukam, ale trzeba mieć skierowanie od ich
lekarza, co już na początku wydłuża całą zabawę o jakiś miesiąc. Nie
chcę czekać.
W trzecim szpitalu koordynatorka leczenia onkologicznego umawia mnie na
termin za dwa tygodnie.
Dzwoni dzień przed zabiegiem i pyta, czy mogę przyjechać dwie godziny
wcześniej. Pewnie, nie ma problemu. Przyjeżdżam, siadam w korytarzu i zaczynam wpadać w panikę. Paweł szuka miejsca parkingowego, więc mogę
się spokojnie użalać nad sobą, skupić na najczarniejszych scenariuszach
i przełykaniu łez. W pewnym momencie dostrzegam, że po korytarzu kręcą
się jacyś ludzie, którzy ewidentnie są tu z mojego powodu. "Czy jest już
doktor?", "Czy to jest ta pacjentka?", "Czy ktoś już z nią rozmawiał?" -
docierają do mnie strzępki rozmów. No pięknie. Umieram, to kwestia
godzin, tylko nie ma chętnego, żeby mi to powiedzieć.
W końcu podchodzi do mnie elegancka blondynka.
- Dzień dobry, Urszula Rogala, Studiomed TV. Mam nietypowe pytanie, a zarazem prośbę. Jak pani zapewne wie, październik jest miesiącem
świadomości raka piersi. Kręcimy reportaż na ten temat i chcielibyśmy
nakręcić pani biopsję. Czy zgodzi się pani?
Przed oczami staje mi inny materiał, nagrany kilka tygodni wcześniej na
oddziale chemioterapii dziennej w Centrum Zdrowia Dziecka na potrzeby
fundacji, w której pracuję. Przekazaliśmy szpitalowi gogle do VR, żeby
dzieciaki na onkologii lepiej znosiły wkłucia; wirtualna rzeczywistość
przenosi je na bajkową wyspę, a dzięki odwróceniu uwagi nie czują bólu i strachu. To się chyba nazywa ironia losu. No cóż, nie mogę się nie
zgodzić. Szkoda, że dorosłym nie dają takich gogli.
Przystojny młody lekarz, który przedstawia się jako Mateusz, zaprasza
mnie do gabinetu. Mówi, że czeka mnie biopsja mammotomiczna, i objaśnia,
na czym będzie ona polegać. W znieczuleniu miejscowym pobiorą mi
fragment zmiany, a jeśli będzie wystarczająco mała, to usuną ją
próżniowo w całości. W jej miejscu zostawią znacznik, na wypadek gdybym
potrzebowała operacji.
Zdejmuję koszulkę i stanik i kładę się. Półmrok panujący w sali
rozświetlają ekran i lampa skierowana na moją pierś. Widzę pochylonych
nade mną dwóch mężczyzn i kobietę. Gość z kamerą stoi gdzieś w nogach.
Dostaję zastrzyk ze znieczuleniem i panowie zaczynają grzebać mi w cycku
wspierani obsługiwanym przez panią aparatem do USG. Po twarzy ciekną mi
łzy.
- Boli? - niepokoi się przystojny Mateusz.
- Nie - mamroczę, pociągając nosem.
- Nerwy, tak?
- Mhm.
- Rozumiem. Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze.
Mój nowy maleńki lokator zostaje w całości wydłubany, a ja roztrzęsiona,
zasmarkana i obandażowana czekam na korytarzu.
- Czy ma pani jakieś pytania - pyta przystojny Mateusz, gdy w końcu
wychodzi do mnie z wypisem i zaleceniami.
- Co teraz?
- Teraz czekamy, za jakieś dwa tygodnie, może szybciej, będzie wynik
histopatologii. Pani Ania, koordynatorka, będzie dzwonić.
- A jeśli to faktycznie rak?
- To będziemy panią leczyć. Zmiana była bardzo mała, wcześnie wykryta,
udało nam się ją całą usunąć, to jest dobra wiadomość. Teraz trzeba
cierpliwie poczekać.
Gdy wieczorem wkładam koszulkę od piżamy, dwunastoletnia blond głowa
mojej córki pojawia się w niedomkniętych drzwiach łazienki. Zerka na
obandażowaną klatkę piersiową, którą niewystarczająco szybko zakrywam, i zaczyna płakać. Przytulam ją mocno.
- To nic takiego, Kalino - szepczę, próbując przekonać nas obie.
Moim celem przez te dwa tygodnie czekania na biopsję, a potem kolejne
dwa na wynik histopatologii jest nie oszaleć. Nora Ephron, amerykańska
scenarzystka i reżyserka znana między innymi z komedii Kiedy Harry
poznał Sally, Masz wiadomość i Bezsenność w Seattle, wspominała, że
kiedy jako dziecko mówiła rodzicom, co ją spotkało, prosili: "A teraz
opowiedz to jeszcze raz, tylko tak, żeby było zabawnie". Z tego
narodziło się jej credo: "Jeśli poślizgniesz się na skórce od banana,
inni się z ciebie śmieją. Ale gdy opowiadasz komuś, że poślizgnęłaś się
na skórce od banana, to ty się śmiejesz". Mam nadzieję, że z czasem uda
mi się wyćwiczyć tę umiejętność, jednak początki są trudne. Więc staram
się być zajęta. Wszystko, żeby tylko nie myśleć. Jadę z Kaliną do Gdyni
na zdjęcia do serialu, w którym gra niewielką rolę, potem na festiwal
podróżniczy, który wspieram organizacyjnie wraz z dziewczynami poznanymi
kilka lat wcześniej na warsztatach fotograficznych. Nasza znajomość już
dawno wyszła poza fotografię, więc bez oporów zwierzam im się, że chyba
mam raka, i przez cały weekend dostaję od nich taką dawkę troski,
wsparcia i dobrych słów, że gdy wracam pociągiem z Gdańska do Warszawy,
uśmiecham się do siebie: bycie sam na sam z własnymi myślami, od kilku
tygodni prowadzące mnie w najciemniejsze rejony mojej świadomości,
wreszcie staje się nieco łatwiejsze.
Telefon w końcu dzwoni.
- Przyszły wyniki, zapraszam na wizytę do profesora we wtorek.
- A zdradzi mi pani, na co się szykować? Dobre te wyniki czy może to, że
do profesora mam iść, znaczy, że jest źle?
- Nie, nie, spokojnie, profesor rozmawia ze wszystkimi piersiami. Nic
nie umiem powiedzieć, tylko tyle, że wyniki są i że mam panią umówić.
Czternasta może być?
- Oj, ja we wtorek akurat mam biopsję tarczycy, więc nie wiem, czy zdążę
na czternastą, bo nie mam pojęcia, ile trwa biopsja bez ekipy
telewizyjnej - żartuję, bo w całym tym napięciu ostatnich tygodni na
stresowanie się tarczycą nie starczyło mi już emocji. - Da się na
później?
- Przez telefon brzmiała pani najsympatyczniej ze wszystkich pacjentek -
usprawiedliwia się z nasłania na mnie ekipy telewizyjnej. - Czternasta
trzydzieści będzie okej?
- Jechać z tobą? - pyta Jola, moja przyjaciółka, której jako pierwszej
mówię, co się dzieje.
- Paweł wziął wolne, także dzięki za propozycję, tym razem pojadę z nim.
Ale niewykluczone, że będę miała jeszcze okazję skorzystać z twojego
towarzystwa.
Pod gabinetem siedzi kilka kobiet - młode i stare, z włosami i bez.
Rozmawiają cicho, czytają, skrolują telefony. Żadna nie wygląda na
zestresowaną. Żadna oprócz mnie.
- Mogę wejść z mężem? Wie pan, potrzebuję pamięci zewnętrznej.
- Oczywiście, nie ma problemu - profesor mówi z lekkim obcym akcentem.
Zdążyłam wyczytać, że pochodzi z Macedonii. Rzuca okiem na leżące przed
nim papiery i patrzy mi głęboko w oczy.
- Zgodnie z przewidywaniami ma pani złośliwego raka, ale podatnego na
leczenie, no i wcześnie wykrytego - oznajmia tonem zwiastującym
ekscytującą przygodę, a ja nie wiedzieć czemu, czuję się trochę lepiej,
bo przecież by się tak nie cieszył, jakby wiedział, że niedługo umrę. No
i dobrze, że wyguglowałam ten BI-RADS, inaczej chyba bym właśnie
zemdlała.
- Pańska żona dożyje setki, prędko się pan od niej nie uwolni - dodaje
profesor, uśmiechając się jowialnie do Pawła.
- O nie! - odpowiadamy zgodnym jęknięciem.
Dalej padają jakieś nic niemówiące mi określenia. Zrazikowy. Inwazyjny.
Luminalny. Słowa profesora docierają do mnie jak przez mgłę. Rozumiem
tylko tyle, że czeka mnie operacja oszczędzająca, potem naświetlania i kilka lat zastrzyków w brzuch. Trochę jakby ugryzł mnie wściekły rak.
- A chemia? - dopytuję drżącym głosem.
- Nie będzie chemii.
- Uff, przyjemne się wylosowało - próbuję zażartować, a jednocześnie w mojej głowie szybko powstaje nowa skala i czuję, jak ogromny kamień
spada mi z serca: rak, okej, niech będzie. Wszystko, tylko nie chemia.
- Zapraszam w przyszły wtorek na ósmą rano na konsylium. Proszę się
zastanowić, czy nie chce pani usunąć całej piersi, wtedy nie będzie
potrzebna radioterapia.
Z tonu jego głosu wnioskuję, że nie rekomenduje tego rozwiązania. I całe
szczęście, bo "usunięcie" nie brzmi jakoś zachęcająco.
- Pani Ania będzie dzwonić z terminem operacji - dodaje.
Ze szpitala wychodzimy w milczeniu. Paweł trzyma mnie mocno za rękę. A może to ja jego? Idziemy do pobliskiej kawiarni, zamawiamy kawę i szarlotkę. Siedzimy w ciszy. Nie płaczę. Chyba wyczerpałam limit łez.
- Przynajmniej nie będzie chemii - powtarzam niczym zaklęcie, dłubiąc
widelcem w jabłkowej masie. - Operacja, naświetlania, trzy miesiące i będzie po sprawie.
Jest piętnasty października. Europejski dzień walki z rakiem piersi.
Wszechświat ma przewrotne poczucie humoru.
* * *
Jesień zawsze przychodzi znienacka. Jednego dnia jeszcze jest ciepło,
wystarczy rozpięta bluza i można włożyć spódnicę bez męczenia się z rajtkami i krytymi butami; jeszcze cały dzień pracuję przy otwartym
balkonie, z którego koty obserwują gołębie na dachu, a kolejnego budzę
się pod niebem ciężkim od deszczowych chmur, wyciągam z dna szafy szalik
i marznę w zapiętej pod szyję bluzie, kurtce, spodniach i w całym tym
jesiennym rynsztunku. Koty jeszcze nie wiedzą, jeszcze drapią w drzwi
balkonowe, żeby je wypuścić, i wracają po trzech minutach tylko po to,
żeby po chwili znowu próbować sprawdzić, czy aby na pewno nie da się
dłużej wysiedzieć na zewnątrz. Najwyraźniej nawet u nich nadzieja umiera
ostatnia. Obietnice, które składałam sobie kilka tygodni temu, że nawet
jak zrobi się chłodniej, będę codziennie wychodziła z domu, choćby na
krótki spacer, chowają się wstydliwie pod kocem, pod który wpełzam punkt
siedemnasta, a czasem nawet chwilę wcześniej - chwała bogom za pracę
zdalną. Pojedyncze cieplejsze dni chłonę całą sobą, jakbym mogła
nacieszyć się nimi na zapas. Jeszcze moment, a świat ogarnie ciemność.
Jesień nie ułatwia przyjmowania złych wiadomości.
"Czy możemy zwołać posiedzenie sztabu kryzysowego? Żyćko postanowiło dać
mi w pysk z półobrotu z najbardziej nieoczekiwanej strony. Potrzebuję
dużo wina. I czarnego humoru" - piszę na Messengerze do Magdy i Haneczki, moich najwierniejszych towarzyszek doli i niedoli.
Muszę oswoić tę diagnozę, przegadać ją ze światem, znormalizować, byle
znowu nie zacząć płakać po kątach. Potrzebuję innych, żeby pomogli mi
nieść ten ciężar. Potrzebuję ich czasu, wiadomości i telefonów,
obecności i odciągania uwagi. Podejrzewam, że niezależnie od tego, co
wydarzy się potem, to właśnie ten etap - etap diagnozy - jest
najtrudniejszy. To tu jest najwięcej stresu, niepewności i strachu. A ja
potrzebuję, by były wokół mnie osoby, które otulą mnie niczym ciepły
kocyk w zimny, jesienny wieczór.
Umawiamy się na piątek u Haneczki przy sauvignon blanc, hummusie i oliwkach. Siedzę na leżaku i wyobrażam sobie, że jestem na plaży, a nie
w dwupokojowym mieszkaniu z czasów wczesnego Gierka, wypełnionym dżunglą
roślin doniczkowych. Dokarmiając kabanosami Sheerę, mieszańca dobermana
z przedszkolakiem z ADHD, czekam, aż dziewczyny opowiedzą, co u nich.
Przerabiamy tematy zawodowe i rodzinne, nadrabiamy ploteczki o dawno
niewidzianych znajomych. Nie spieszę się, czekam na odpowiedni moment.
W końcu przychodzi moja kolej.
- Słuchajcie. Zaraz wam powiem, o co chodzi, ale musicie mi coś obiecać.
Daję wam pięć minut na ojojanie, łzy i takie tam. Potem poproszę o czarny humor.
Z doświadczenia wiem, że użalanie się nad sobą prowadzi mnie po równi
pochyłej prosto w dół.
Po słowie "rak" świat się na chwilę zatrzymuje. Słychać tylko miarowe
uderzanie ogona Sheery o podłogę. Mokry nos szturcha moją dłoń,
domagając się kolejnego kabanosa. W oczach dziewczyn widzę strach - nie
jestem pewna, czy to ich własny, czy tylko odbicie mojego. Potem pada
kilka soczystych przekleństw i zasypuje mnie lawina pytań.
- Słuchaj, a na tej operacji to co ci dokładnie wytną? No bo mówisz, że
już ci wydłubali wszystko na biopsji. - Haneczka dźga wykałaczką oliwkę,
a ja wzdrygam się na samo wspomnienie zabiegu.
- Mówią, że wytną dookoła wszystko, co zostało. To się tak ładnie
nazywa, że oczyszczą lożę. I jeszcze mają wyciąć węzeł wartowniczy,
cokolwiek to znaczy.
- Loży szyderców oczyścić się nie da, nigdzie się nie ruszymy - dorzuca
Magda. - Daj znać, czy mamy wpadać do szpitala, czy masz na wszystko
wysrane.
- Będę dawać znać na bieżąco, czy jeszcze żyję. Jest szansa, że nie
zdążycie mnie odwiedzić, bo chyba tam długo nie trzymają. Ale jakby mnie
przetrzymali, to poproszę was o jakąś kontrabandę.
- Masz to jak w banku. Czy ktoś wie, jak najlepiej przemycić wino na
oddział? - pyta Haneczka, napełniając mi kieliszek.
- Na końcu będzie dobrze, zobaczysz, ale po drodze będzie chujowo.
Będziemy cię pilnować, żebyś nie wpadła w czarną dziurę. A jak
wpadniesz, to cię na kopach stamtąd wyciągniemy - obiecuje kilka minut
później Magda.
Jak ja się cieszę, że je mam.
- ...i pamiętajcie, jakbym była umierająca, to skróćcie moje cierpienia,
nie chcę dogorywać jak moja matka przez ostatnie dni w hospicjum -
proszę i, wygrzebując solonym chipsem resztkę hummusu, czekam na
propozycje.
- Poduszka?
- Wypchniemy cię z okna?
- Może zrobimy koktajl ze wszystkich leków, jakie mamy w domu?
- Wiem, przejadę cię na pasach, przecież w tym kraju nie tak łatwo iść
za to do pierdla!
* * *
Moja mama umarła na raka płuc osiem lat po śmierci mojego ojca. Też
paliła, a jakże, choć w przeciwieństwie do niego rzucała regularnie.
Zaczęło się niewinnie: od kaszlu, na który internista wypisywał kolejne
syropki, tabletki i antybiotyki. Przez ponad pół roku. W końcu mama
uprzejmie, acz stanowczo, poprosiła o skierowanie na podstawowe badania:
krew, mocz i rentgen klatki piersiowej. "A po co to pani?" - próbował
oponować lekarz, ale widząc jej upór, machnął ręką. Zresztą był to chyba
jedyny raz w jej życiu, kiedy ośmieliła się przeciwstawić osobie w białym kitlu.
Gdy poszła na prześwietlenie, nie zdążyła wyjść z przychodni, a już do
niej dzwonili, że coś znaleźli. Trudno było nie znaleźć - największy guz
był wielkości niewielkiej śliwki. Potem chemia, naświetlania, kolejna
chemia i jeszcze następna. Pomiędzy - poprawy, kontrole, pogorszenia i tak w kółko. Mając w pamięci dość krótką onkoprzygodę mojego ojca, od
dnia diagnozy postawionej matce każdy nieodebrany przez nią telefon, a było ich wiele - bo nie usłyszała, zapomniała, zostawiła telefon w torebce, spała - mój przerażony mózg traktował jako informację, że to
już, że nie odbiera, bo umarła. Przez bite trzy lata. W ciągu tego czasu
spędziłyśmy zyliard godzin w ciemnych, wyłożonych boazerią korytarzach
centrum onkologii. Aż w końcu przyszedł dzień, kiedy lekarz o zmęczonej
twarzy i smutnych oczach bezradnie rozłożył ręce i powiedział:
- Pani Jadwigo, wyczerpaliśmy możliwości leczenia. Przykro mi, nie mam
pani nic więcej do zaproponowania. Mogę jedynie wypisać skierowanie do
hospicjum.
Jeszcze przez jakiś czas zajmowałam się nią w domu. Zamieszkałam na
karimacie między jej łóżkiem a ryczącym telewizorem, który oglądała
przez całą noc, bo nie mogła spać. Rano jechałam do pracy, a w ciągu
dnia co chwila odbierałam telefony świadczące o tym, że łyka morfinę jak
dropsy, przez co jej kontakt z rzeczywistością niebezpiecznie się
rozluźniał. Czasy były przedpandemiczne, mój ówczesny pracodawca nie
wierzył w pracę zdalną. Co gorsza byłam zatrudniona na B2B i nie mogłam
wziąć L4 na opiekę, a nie było nas stać na to, żebym nie pracowała.
Wracałam więc do niej wieczorem i próbowałam namówić ją na zjedzenie
czegokolwiek albo wytłumaczyć, że odpalanie papierosa przy
koncentratorze tlenu to nienajlepszy pomysł. Niemal zapomniałam, jak
wyglądają moje dzieci. Paweł wpadał co kilka dni podrzucić mi czyste
ubrania.
Po kilku tygodniach stało się jasne, że długo tak nie pociągnę. Pewien
jej znajomy, chwilowo bezrobotny, zaoferował, że zajmie się nią, gdy ja
będę w pracy. Niestety dość szybko go wyrzuciła, bo śmiał rozmawiać
przez telefon i załatwiać jakieś swoje sprawy, zamiast na niej
koncentrować sto procent uwagi. No cóż, nie była szczególnie łatwą
osobą. Kilka dni później zadzwoniłam do hospicjum. Zostaliśmy zapisani
do kolejki i pełni wstydu niecierpliwie trzymaliśmy kciuki za rychły
zgon obcych nam osób. Po tygodniu zwolniło się miejsce. Był koniec
lutego. Pamiętam, jak pakowałam jej rzeczy ze świadomością, że ona już
nie wróci do domu, i jak w trzyosobowej sali chowałam do szafki jej
wiśniową puchówkę, wiedząc, że więcej się w nią nie ubierze, że równie
dobrze mogłabym ją zabrać ze sobą i oddać pierwszej napotkanej
potrzebującej osobie. W lodówce w jej mieszkaniu zostały żółty ser,
masło i kawałek pomidora, w łazience rzeczy do prania.
- Mogę pani obiecać, że mama nie będzie cierpieć - powiedziała z troską
w głosie lekarka, która nas przyjmowała.
Pamiętam, że miała długie, jasne włosy, siedziała na tle okna i przypominała mi anioła. Chętnie jej uwierzyłam. Bardzo potrzebowałam jej
wierzyć.
- Gdy już będzie naprawdę źle, podamy jej tyle leków, żeby cały czas
spała i nie czuła bólu - wyjaśniła.
Niestety, gdy przyszło co do czego, okazało się, że leki, które podają
mojej mamie - od lat leczącej się psychiatrycznie i pochłaniającej
potężne ilości najróżniejszych medykamentów - kompletnie nie działają.
Może by i zadziałały, gdyby nie to, że dawki, które jej przysługiwały,
były śmiesznie niskie. Widząc, jak się dusi, pielgrzymowałam od lekarza
do lekarza, błagając, żeby je zwiększyli.
- Nie możemy dać więcej - powiedziała mi któraś z lekarek. - Co będzie,
jak nam pacjentka umrze?
Nie pomagały prośby ani groźby, łzy ani racjonalne argumenty, z dnia na
dzień było coraz gorzej. Goście, którzy wpadali odwiedzić mamę,
wychodzili zapłakani po zaledwie kilku minutach, nie byli w stanie
patrzeć na jej walkę o każdy oddech. To był moment, gdy zamieszkałam na
krześle obok jej łóżka, a pielęgniarki dokarmiały mnie wielkanocną
sałatką jarzynową. W końcu jedna z nich skierowała mnie do lekarza z innego piętra. Przyszedł, popatrzył i natychmiast wypisał większe dawki
leków, oszczędzając mojej mamie cierpień na ostatnie dwa dni tego, pożal
się boże, życia. Kiedy w końcu umarła, to właśnie z nim załatwiałam
formalności.
- Pani mama bardzo cierpiała - powiedział szczerze. - Bardzo mi przykro.
Mnie też było bardzo przykro. Przez kolejne pół roku budziłam się
gwałtownie każdej nocy z uczuciem, że się duszę. Zawsze byłam zagorzałą
zwolenniczką eutanazji, a to koszmarne doświadczenie utwierdziło mnie
tylko w przekonaniu, że jak przyjdzie czas, to chciałabym odejść na
moich warunkach.
* * *
W pracy nawet nie próbuję ukrywać choroby. Wprawdzie pracuję z domu, a w biurze - użyczanym nam zresztą przez prawniczki obsługujące fundację -
widujemy się raz na kilka tygodni, ale mam to szczęście, że moi
współpracownicy są jednocześnie w gronie moich najbliższych znajomych i przyjaciół, a fakt, że wszyscy oprócz mnie są wolontariuszami, sprawia,
że moje miejsce pracy jest pluszowe. Nawet nie wyobrażam sobie, jak
ciężko byłoby pracować za darmo i po godzinach w toksycznym otoczeniu.
Najpierw mówię Kamili, która od czasu naszego wspólnego wakacyjnego
wyjazdu do Anglii po trzecim roku studiów jest moją opoką, zna mnie na
wylot i podnosiła po niejednym upadku, a od kilku lat zarządza u nas w fundacji komunikacją. Potem Paulinie, naszej prezesce. Reszta zarządu
dowiaduje się na spotkaniu, stawiam im te same warunki co dziewczynom -
maksymalnie pięć minut na ojojanie - i dorzucam na osłodę paczkę
kruchych ciasteczek. Reakcja jest podobna. Szok i niedowierzanie,
strach, a na końcu nieprzebrane pokłady ciepła i wsparcia. Kilka dni
później Paulina przynosi mi dwie książki.
- Ta jest dla ciebie, to takie krótkie opowiastki pani, która
zachorowała na raka, trochę pitu, pitu, ale bardzo pozytywne, podnosi na
duchu. A tę ci pożyczam. Jest o tym, że nawet z najtrudniejszych przeżyć
można wyciągnąć coś pozytywnego. No i jak ktoś pożycza książkę, to ma
zobowiązanie, że musi ją oddać, więc nie może umrzeć - mówi pół żartem,
pół serio i ściska mnie mocno.
Wymusza na mnie obietnicę, że jak nie będę w stanie pracować, to pójdę
na zwolnienie.
* * *
Jakieś dwa lata wcześniej dostałam skierowanie do pulmonologa, bo po
covidzie lekarkę pierwszego kontaktu zaniepokoił mój rentgen, na którym
wyszło coś, czego nie powinno tam być, co koniec końców szczęśliwie
okazało się niegroźne, ale przy okazji zlecono mi kilka innych badań i po paru miesiącach usłyszałam od przecudownej, mocno wiekowej
pulmonolożki słowa: "Do dupy ta pani spirometria". W ten sposób
dowiedziałam się, że jednak nie "taka moja uroda", jak próbowali mi
wmówić liczni lekarze przez kilka ostatnich dekad, tylko mam całkiem
konkretną astmę, na którą wreszcie dostałam leki. Okazało się, że można
wejść na czwarte piętro, nie wypluwając sobie płuc; że można przebiec
nie tylko pięć, ale i dziesięć i piętnaście kilometrów, nie zatrzymując
się co kilka minut, żeby rozpaczliwie, niczym ryba wyjęta z wody,
próbować złapać oddech; że można oddychać pełną piersią, być
spokojniejszą, bardziej dotlenioną i wyspaną. No i że las, którym zawsze
uwielbiałam oddychać, można poczuć jeszcze mocniej.
Ale ostatnio coś znowu jest nie tak. Od wakacji męczy mnie kaszel.
Zrobiłam nawet test na krztusiec, jednak biorąc pod uwagę, że szczepiłam
się kilka miesięcy temu, wynik był o kant dupy potłuc. Dzień po
diagnozie raka idę do internisty. Lekarz wygląda na niewiele starszego
od mojego piętnastoletniego syna. Przypomina mi tytułowego bohatera
serialu z wczesnych lat dziewięćdziesiątych o genialnym nastolatku:
Doogie Howser, lekarz medycyny.
- Panie doktorze, kaszlę. Od kilku miesięcy. To jest taki kaszel z odruchem wymiotnym na końcu, bardzo męczący.
- Rozumiem. Jakieś objawy oprócz tego? Gorączka?
- Nie.
- Choroby współistniejące?
- Mam astmę i jaskrę. I depresję. A, i raka piersi, wczoraj dostałam
diagnozę.
Młodzieniec blednie, robi minę, jakby miał się popłakać z zakłopotania,
i chyba przez chwilę się zastanawia, którędy uciec. W końcu każe mi
powiedzieć o kaszlu onkologom i drżącymi rękami wypisuje ziołowy syropek
oraz skierowanie na cito na rentgen, mamrocząc coś o piersiach, co
lubią przerzucać się do płuc. Szczerze mówiąc, liczyłam na antybiotyk.
- Gdzie idziesz? - pyta Paweł, gdy jak zwykle wieczorem zbieram się na
pilates.
Nie zamierzam rezygnować z zajęć, póki nie muszę, rak czy nie, mój
kręgosłup źle znosi bezruch.
- A jak sądzisz? - pytam.
- Nie wiem, urnę wybierać?
Parskam śmiechem. Mąż z poczuciem humoru to skarb. Zwłaszcza jeśli to
czarny humor.
Na konsylium nie ma profesora. Musiał iść operować. W jego pokoiku
zastaję przystojnego Mateusza, jeszcze dwóch lekarzy i wytatuowaną,
drobną blondynkę.
- To pani napuściła na mnie ekipę z kamerą. - Natychmiast się
domyśliłam.
- Tak, to ja - przyznaje ze śmiechem pani Ania.
- A, ten materiał, co tu kręcili? No, niezły początek kariery -
komentuje jeden z lekarzy.
- Wiadomo, takie role są najlepiej płatne!
Żartujemy przez chwilę ze świecenia cyckami w telewizji. Powtarzają mi
to, co już wiedziałam. Operacja oszczędzająca, radioterapia, hormony.
- Te hormony to podobno taką igłą jak dla konia, to prawda?
Zdążyłam poczytać co nieco na ten temat i opis zastrzyków w brzuch igłą
grubości szydełka nieco mnie przeraził.
- Spokojnie, najpierw operacja - odpowiada przystojny Mateusz.
- No tak, zawsze mogę nie przeżyć i nie będzie się czym martwić.
- Ojej, co pani tak od razu, nikt tu nie będzie umierał.
- Przepraszam, czarny humor to mój mechanizm obronny - tłumaczę się i przechodzę do najważniejszego tematu. - Czy będę mogła wyjechać na
święta i na sylwestra?
- Nooo, tak, zaraz, co my teraz mamy? Październik, operacja, potem
trzeba poczekać, ale tak, bo albo przed świętami jeszcze panią
naświetlimy, albo poczekamy do powrotu. Może pani jechać.
Oddycham z ulgą. Wyjazdy ładują mi baterie, są jak oddech po długim
biegu, a święta w tym roku układają się tak, że bez straty szkoły i przy
niewielu dniach urlopowych można wyszarpnąć ponad dwa tygodnie.
Pani Ania idzie ze mną do pani Agnieszki, asystentki profesora, od
której dostaję naręcze formularzy do wypełnienia i zaleceń do
przeczytania.
- Dwudziestego dziewiątego października rano pojedzie pani na
scyntygrafię węzła wartowniczego, potem od razu do nas. Trzydziestego
będzie operacja i pewnie trzydziestego pierwszego panią wypiszemy.
- Czy powinnam coś wiedzieć, coś wziąć? Nie wiem, ręcznik, widelec czy
coś?
Panie cierpliwie rozwiewają wszystkie moje wątpliwości.
- A jeszcze takie jedno pytanie, nie chcę zabrzmieć roszczeniowo, ale
jestem wegetarianką, czy mam sobie przywieźć wałówkę, czy...
- Mamy dietę wegetariańską, wegańską, do wyboru - odpowiada pani
Agnieszka z udawaną nutką urażonej dumy i puszcza do mnie oko. - Już
zapisuję, bo to trzeba wcześniej zamówić.
W domu sprawdzam, co to ta scyntygrafia. Dowiaduję się, że chodzi o badanie, w którym wstrzykuje się pacjentowi izotop, a specjalna kamera
śledzi, jak on się rozchodzi po ciele, tworząc obraz pracy narządów. W moim przypadku ma pokazać, który węzeł chłonny jest pierwszy na drodze
spływu chłonki od guza, czy raczej miejsca po guzie. Ten węzeł to
właśnie węzeł wartowniczy, jest do wycięcia. Jeśli nic w nim nie ma, to
oznacza, że komórki rakowe nie zdążyły się rozpełznąć. Nie do końca
wiem, co będzie, jeśli coś w nim znajdą, ale nie skupiam się na tym
nadmiernie. W końcu mój guzek był mały, wcześnie wykryty, nie ma szans,
żeby znaleźli coś więcej.
Jeśli wierzyć internetowi, badanie jest bezbolesne (nie licząc ukłucia),
ale trzeba poczekać kilka godzin od zastrzyku do badania.
Wieczorem, siedząc w wannie, zauważam ciemną, asymetryczną kropkę
przykrywającą częściowo pieprzyk na moim udzie. Próbuję zdrapać. Nie
udaje się. Namydlam ją obficie i zmywam pianę. Nadal jest. Zaledwie
miesiąc temu byłam na kontroli pieprzyków i mogłabym przysiąc, że ten
wyglądał normalnie! Czuję nagle, jak bardzo jestem... przerażona!? Nie, to
nie to. Zmęczona, a nawet wyczerpana stanem ciągłej czujności. Od kilku
dni każda dolegliwość, każdy ból - głowy, brzucha, nawet kolana - zapala
w mojej głowie wielki czerwony neon z napisem TO NA PEWNO PRZERZUT.
Jeszcze tylko czerniaka mi do kompletu brakuje. No nic, pokażę to
lekarzom przed operacją.
* * *
- Kawy? - rzuca pani Kasia i nie czeka na odpowiedź.
Chodzę do niej od dwudziestu lat i szczęśliwie zdjęła ze mnie
decyzyjność. Nie tylko w sprawie kawy i ciasteczek, które przede mną
stawia, ale też w sprawie włosów. Trafiłam do niej jeszcze jakoś na
studiach dzięki Kamili. Ustaliłyśmy warunki brzegowe (ma być ładnie) i od tej pory przychodzę, siadam z kawą i ciasteczkami i, podczas gdy ona
mnie strzyże, nadrabiamy zaległości towarzyskie. Czesała mnie do ślubu,
przeszła ze mną choroby i śmierć moich rodziców, ciąże i porody, wie
wszystko o moich dzieciach, o kolejnych pracach, przeprowadzkach,
podróżach. Gdy piętnaście lat temu urodził się Maciek i trafiliśmy na
dwa tygodnie do Centrum Zdrowia Dziecka, poszłam do niej dzień po
wyjściu. Byłam też u niej w szczycie pandemii, nie pamiętam nawet, czy
aby na pewno na legalu. Podczas gdy wszyscy trzymali się na dystans i mówili do siebie zza maseczek, pani Kasia powitała mnie szerokim
uśmiechem, postawiła przede mną kawę i ciasteczka i zapytała, co
słychać. Pamiętam, jak bardzo byłam jej wtedy wdzięczna. Wnosi w moje
życie spokój i normalność. Sprawy z włosami dzieją się przy okazji, są
skutkiem ubocznym.
- Co słychać? - pyta, myjąc mi głowę.
- Aaa, no, nieciekawie, raka mam - odpowiadam, nie owijając w bawełnę, i streszczam pokrótce wydarzenia ostatniego miesiąca.
Pani Kasia pierwszy raz, od kiedy ją znam, milknie na bardzo długą
chwilę. Głos wraca jej dopiero, gdy siedzę na fotelu, a ona sprawnie
operuje nożyczkami przy moim uchu.
- Jak dzieci to przyjęły? - pyta.
Dobrze wie, że wolę konkrety zamiast głaskania po główce.
- Nieźle. Powiedziałam im, że to nie taki rak, jak mieli moi rodzice, że
na tego się nie umiera. Zapowiedziałam, że będę miała operację i mogę
się trochę źle czuć, być zmęczona, i że pewnie potrwa to kilka miesięcy,
że tata będzie potrzebował od nich więcej wsparcia, bo może się tak
wydarzyć, że ja nie będę miała siły. Przyjęły do wiadomości. Nie wiem,
czy zrobiło to na nich jakieś wrażenie, na pewno nic nie okazały. Jak to
nastolatki...
- A Paweł jak?
- Dobrze. Na szczęście wszedł od razu w tryb zadaniowy i dostarcza
czarnego humoru. Wie, czego mi potrzeba. Myślę, że się stresuje, bo
wjechał taksówkarzowi pod Biedrą w lusterko, ale poza tym jednym
incydentem nic po sobie nie pokazuje.
Gadamy jeszcze o pierdołach, o pracy, szkole, dzieciach i wakacjach.
- To co, widzimy się jakoś na początku roku, jak już będzie po wszystkim
- uśmiecha się ciepło na pożegnanie. - Trzymam kciuki, będzie dobrze!
Weekend przed operacją spędzamy w Brukseli. Paweł leci we wtorek na
konferencję, a ja dolatuję w piątek i przez te dwa dni udaję, że jestem
kimś innym, gdzieś indziej i cała ta onkohistoria mnie nie dotyczy. Jest
wyjątkowo ciepło - jak na koniec października, na Brukselę i na nasze
wyjazdy. Zwykle przyciągamy deszcze i chłody, a tym razem spacerujemy w jesiennym słońcu i siedzimy późnym wieczorem w kawiarnianym ogródku w koszulkach z krótkimi rękawkami. Widocznie trzeba na raka zachorować,
żeby mieć ładną pogodę na wyjeździe - przemyka mi przez głowę.
* * *
- Jak przygotowania?
Rak czy nie, Jolka dzwoni regularnie.
- Wczoraj kupiłam sobie piżamę do szpitala.
- Piżama do szpitala to wyzwanie. Też muszę kupić, bo mam tylko koszulki
na ramiączkach. - Jolkę czeka wycięcie tarczycy.
- No właśnie, ja też miałam tylko takie, a czytałam gdzieś, że najlepiej
rozpinaną. Więc kupiłam koszulę i spodnie. Myślę, że to wcale nie jest
piżama, tylko takie dresy szerokie, ale nic innego mi się nie podobało.
Chodzenie w piżamie wśród obcych ludzi jakoś się nie mieści w moim
systemie wartości.
- Rozpinana piżama to dla mnie w ogóle upadek jako człowieka - stwierdza
Jolka. - No i ja nie umiem spać w spodniach. Te moje koszulki są takie
do kolan.
- A to ja przeciwnie, nie umiem bez spodni, bo mnie kolana uwierają,
kanciaste są i się obijają o siebie. Nawet po cesarkach odmówiłam
wkładania koszul nocnych.
- A jak samopoczucie? Jutro operacja, tak?
- Jutro scyntygrafia i przyjęcie do szpitala, pojutrze operacja. Na
razie kończę tematy zawodowe i wpadam w panikę, że nie zdążę ze
wszystkim.
- Priorytety. Ty jesteś najważniejsza - przypomina stanowczo Jolka.
- Wiem, wiem. Tylko coś zjebałam, wyliczając diety dla dziewczyn na
wyjazd, a dostaliśmy na to dofinansowanie i cofnęli mi rozliczenie.
- A, to gorzej.
* * *
Gdy wieczorem przed pójściem do szpitala leżę w wannie, zerkam z przyzwyczajenia na udo i mój podejrzany pieprzyk. Znikł! No cóż, jedno
zmartwienie mniej.
Do szpitala zabieram dwie książki, nowo kupioną chyba nie do końca
piżamę, wałówkę i laptopa, żeby jeszcze przed operacją trochę
popracować. Rano w dniu przyjęcia Paweł zawozi mnie najpierw do
Międzylesia, gdzie jest klinika specjalizująca się w medycynie
nuklearnej. Wstrzykują mi izotop. W oczekiwaniu aż zacznę być
radioaktywna, siedzimy w kawiarni, gadamy o pierdołach, zastanawiamy
się, gdzie jechać na święta, i jemy jagodzianki.
W szpitalu zakwaterowują mnie w dwuosobowej sali z panią koło
siedemdziesiątki, wokół której wszyscy skaczą, tytułując ją panią
doktor. Odcinam się. Nie jestem typem korytarzowego gawędziarza, co to
się zapoznaje ze wszystkimi wokół. No i nie do końca rozumiem, dlaczego
miałabym zaprzyjaźnić się z kimś tylko dlatego, że chorujemy na to samo.
Zresztą to rzadka okazja, żeby mieć czas wyłącznie dla siebie. Książka,
słuchawki z podcastem, domykanie tematów fundacyjnych i drzemka - na tym
skupiam się pierwszego dnia. Wieczorem dostaję prikaz niejedzenia po
północy i niepicia po czwartej nad ranem. Kolacja wprawdzie jest o siedemnastej (nigdy nie zrozumiem szpitalnych zwyczajów), ale zapas
jogurtów, wafli ryżowych i mandarynek utrzymuje mnie przy życiu.
Potrzebowałam tych dwóch tygodni, które minęły od diagnozy, na
wyciszenie. Usunęłam z telefonu Facebooka i Instagrama, żeby choć przez
chwilę dać odpocząć zmysłom. Teraz, leżąc w szpitalu, instaluję je z powrotem i wracam na media społecznościowe z onko-coming outem. Wrzucam
go wieczór przed operacją i idę spać.
Budzę się w nocy kilka razy. Kaszel nie daje mi spokoju i nawet nad
ranem muszę napić się wody, żeby odpuścił. No cóż, zasady są po to, żeby
je łamać.
Każą mi wstać o nieludzkiej porze - czemu obchody są tak wcześnie? - i umyć się gąbką nasączoną specjalnym płynem. Udaje mi się wynegocjować,
żebym nie musiała myć włosów. Myłam je wieczór przed pójściem do
szpitala, a że są długie i gęste, dłużej by schły, niż trwałby zabieg.
Zresztą i tak dostaję nietwarzowy czepek.
Zanim jeszcze trafiam na blok operacyjny, zostaję zaproszona do pokoju
zabiegowego.
- Musimy pani założyć kotwicę, żeby profesor wiedział, gdzie dokładnie
jest znacznik - wyjaśnia mi przystojny Mateusz.
Z pomocą drugiego lekarza, i korzystając z USG, wbija mi w pierś
imponującej długości cieniutki pręt. Gdy w końcu otwieram oczy i patrzę,
jak go przycinają, żeby nie wystawał aż tak bardzo, chce mi się śmiać.
Wygląda to abstrakcyjnie, jakbym była laleczką voodoo. Pomyśleć, że
normalnie nie jestem w stanie patrzeć, nawet jak mi krew pobierają.
Młody pielęgniarz prowadzi mnie na trzecie piętro. Tam kładą mnie na
Jezuska: na plecach, z ramionami rozpostartymi na specjalnych podpórkach
i unieruchomionymi rękami.
- Coś tu wyszło w płucach - mówi anestezjolog, przeglądając jakieś
papiery. - Trzeba będzie zrobić tomografię. Ale proszę się tym nie
przejmować - dodaje, a ja natychmiast zaczynam się przejmować; wiadomo,
na pewno przerzut.
To moja pierwsza operacja w narkozie. Wcześniej miałam kilka zabiegów -
prostowanie przegrody nosowej, usuwanie pieprzyków, laserową korekcję
wzroku i dwie cesarki, ale wszystko w znieczuleniu miejscowym. Teraz
trochę się stresuję.
- Każą ci liczyć od dziesięciu i zaśniesz - powiedział mój bardziej
doświadczony mąż.
Miał niedawno jednoczesną gastroskopię i kolonoskopię w znieczuleniu
ogólnym. Mamy nadzieję, że nie tą samą rurą, a jeśli jednak tak, to że
przynajmniej w dobrej kolejności. W każdym razie czekam na to liczenie,
a tymczasem rozmowa toczy się gdzieś pomiędzy tematem dzieci i podróży i nagle się budzę, nie wiedząc, gdzie jestem i co się dzieje.
- Jak się pani czuje? - pyta jakiś głos.
- Jeść! - odpowiadam, zanim zdążę się zastanowić, co się w ogóle
wydarzyło.
Chwilę później odwożą mnie do mojej sali. Biorę do ręki telefon, żeby
dać znać Pawłowi, że jestem już po. Widzę, że jak mnie nie było, to
pisał:
"Wiadomość usunięta"
"Cmok!"
"Już jestem po" - piszę. "Co mi napisałeś i usunąłeś?"
"To nie ja, to autokorekta" - odpisuje. "Chciałem napisać 'cmok', ale
poprawiło na 'cmentarz'. Czarny humor czarnym humorem, ale uznałem, że
jednak bez przesady".
Sprawdzam, jak się czuję. Poza ssaniem w żołądku odczuwam też efekty
narkozy - przyjemną senność i błogie uczucie "mam wszystko w dupie". Nie
czuję za to żadnego bólu. Postanawiam się zdrzemnąć jeszcze chwilę.
Budzę się kilka godzin później na prawym, świeżo zoperowanym boku. Nadal
nic mnie nie boli.
Odpalam Facebooka. Mój post ma już kilkadziesiąt polubień i komentarzy.
Piszą zarówno bliscy znajomi, jak i ci, z którymi nie rozmawiałam od
lat. Dostaję też sporo wiadomości prywatnych. Wszystkie pełne
współczucia i wsparcia. Poza "dasz radę", "kto, jak nie ty", "moja
ciotka/przyjaciółka/mama miała raka i teraz biega maratony", "rak nie ma
z tobą żadnych szans", "pokonasz dziada" i "jesteś wojowniczką" jest
kilka takich, które przykuwają moją uwagę na dłużej.
"Też mam za sobą leczenie, rak szyjki macicy. Chemię i naświetlania
skończyłam 11 miesięcy temu" - pisze moja koleżanka z harcerstwa.
"Przeszłam pełną ścieżkę zdrowia i leczenia w związku z rakiem piersi" -
dowiaduję się od znajomej z kręgów podróżniczych.
"Jestem po trzech operacjach, do tego 25x radio i 16x chemia" -
informuje dziewczyna, z którą pracowałam prawie dwie dekady temu.
"Dwa lata temu miałam operację oszczędzającą, potem radioterapię, pisz
śmiało, jakbyś miała jakieś pytania" - to żona mojego kumpla z liceum.
Jak mogłam o tym nie wiedzieć? Żyłam w przekonaniu, że w moim otoczeniu
wszyscy są zdrowi, przynajmniej onkologicznie. Jak już się dowiadywałam,
że ktoś ma raka, zwykle był to taki rak, na którego się umiera. Spora
część mojej rodziny umarła na raka. Wszyscy znajomi, o których
wiedziałam, że zachorowali, prędzej czy później (zwykle prędzej) umarli.
Z jednej strony od początku powtarzam (głównie sobie samej i dzieciom),
że na raka już się nie umiera, że to choroba przewlekła, może trochę
uciążliwa, ale mimo wszystko wyleczalna. Z drugiej strony do tej pory
nie miałam na to namacalnych dowodów.
Po południu dzwoni jeszcze kilka osób, od których nie spodziewałam się
telefonów. Wszyscy ze słowami wsparcia i pocieszenia. Jestem zaskoczona
i wzruszona tak szeroką reakcją. Z miłym poczuciem ciepełka w sercu -
jakby każda z tych osób dorzucała swoją gałązkę do ogniska, przy którym
się grzeję - odpływam na kolejne drzemki.
Na Messengerze pisze także dziewczyna, z którą lata temu zerwałam
znajomość, gdy się zorientowałam, że drenuje mnie emocjonalnie.
Pamiętam, że trudno mi to przyszło, bo wewnętrzny imperatyw bycia miłą
zmusza mnie do przestrzegania pewnych zasad społecznych. Tak jest
również tym razem: odpisuję uprzejmie, że dziękuję za troskę i ciepłe
słowa. W odpowiedzi dopytuje o mój numer. Odkładam telefon na bok, a po
powrocie do domu radzę się mojej córki, co by zrobiła, jakby ktoś, z kim
nie chce gadać, napisał do niej z prośbą o numer telefonu.
- Nie odpisałabym. - Kalina wzrusza ramionami i wydaje się nieco
zdziwiona, że sama na to nie wpadłam.
Idę za jej radą. Postanawiam nie dopuszczać do siebie osób, które mi
szkodzą. Chyba pierwszy raz w życiu daję sobie dyspensę i dbam o własne
samopoczucie bardziej niż o to, żeby innym było miło. Mam nadzieję, że
ta umiejętność zostanie ze mną na dłużej.
Ze szpitala wypuszczają mnie dzień po operacji. Paweł urywa się z pracy,
żeby po mnie przyjechać.
- Po co tu mamy panią trzymać, świetnie się pani czuje, a jutro i tak
nikogo nie będzie, bo wszyscy na groby jadą - mówi lekarka
przygotowująca dla mnie wypis. - We wtorek proszę przyjechać na kontrolę
do profesora. Może się pani zbierać chłonka; jakby jej za dużo było, to
proszę przyjeżdżać tu, prosto na oddział, odciągniemy.
* * *
Święto Zmarłych kojarzy mi się trochę z sylwestrem. I jedno, i drugie
wymusza przeżywanie pewnych emocji na zawołanie. Za jednym i drugim nie
przepadam.
Jest coś przerażającego w milionach ludzi pielgrzymujących od cmentarza
do cmentarza, niezależnie od pogody, wewnętrznej potrzeby czy nastroju.
Pańska skórka w trzydziestu smakach, kiełbaski z grilla i świecące
badziewie dla dzieciaków, walka o lepsze miejsce parkingowe, nieważne,
że na trawniku, byle jak najbliżej bramy, rodzinna rywalizacja o to, kto
postawi większy znicz, w kształtach i kolorach, za które, przysięgam,
straszyłabym po nocach, kto kupi większy wieniec sztucznych kwiatów
pachnących odświeżaczem powietrza, cały ten grobbing napawa mnie odrazą.
A przecież zaduma nad śmiercią i tęsknota za tymi, którzy odeszli,
przychodzi zwykle nieoczekiwanie.
Wtedy, gdy moja ręka sięga po telefon, kiedy chcę zadzwonić do mamy i opowiedzieć, co mi się właśnie zdarzyło, i przypominam sobie, że choć
jej numer mam wciąż wpisany w komórkę, należy już do kogoś innego.
Albo gdy kroję warzywa na sałatkę jarzynową, choć wiem, że nigdy nie
wychodzi tak dobra jak ta mojego taty.
Kiedy słyszę, jak ktoś gra na gitarze, jak ten chłopak, którego znałam
ponad trzydzieści lat temu.
Wraz z zapachem racuchów, który otulał mieszkanie ciotki, zawsze gwarne,
pełne głosów, które wciąż słyszę, a których też już nie ma.
Chciałabym być pochowana w lesie. Bez grobu, zniczy i kwiatów, bez
obowiązku odwiedzania w zimny listopadowy dzień. Gdy za mną zatęsknisz,
podejdź do drzewa i mocno je przytul, ja tam będę.
"Nie stój płacząc przy mej trumnie
Tu nie leżę. Nie ma tu mnie.
Jestem lekkim wiatrów tchnieniem.
Jestem jasnym śniegu lśnieniem.
Jestem słońcem w ziarnie zboża.
Jestem tęczą na przestworzach.
W ciszy porannego przebudzenia
Jestem iskrą podniecenia
Ptaków wzlatujących z gniazd.
Jestem światłem nocnych gwiazd.
Nie rozpaczaj przy mej trumnie.
Nie umarłem. Nie ma tu mnie1".
* * *
Po powrocie do domu zaglądam nieśmiało pod plastry. Na piersi mam
niewielką bliznę, ledwie kilka szwów. Drugą, niewiele większą, mam pod
pachą. To po wyciętym węźle wartowniczym.
Czuję się zaskakująco dobrze. Po cesarkach rana mocno ciągnęła i dojście
do siebie zajęło mi ładnych kilka tygodni. Tym razem, gdyby nie zakaz
lekarki, byłabym gotowa lada moment wrócić na pilates. Muszę jednak
poczekać, żeby wszystko się ładnie zagoiło.
Odpowiadam na komentarze i wiadomości z Facebooka, wpada Magda na kawę i przynosi balony w kształcie serca, Paweł zerka na mnie uważnie,
upewniając się raz po raz, czy niczego mi nie brakuje, odbieram jeszcze
kilka telefonów.
I to już? - przemyka mi przez głowę. Przede mną miesiąc zastrzyków
przeciwzakrzepowych (dobrze, że Paweł i Kalina mają w sobie pierwiastek
sadystyczny, będą je robić na przemian), a potem naświetlania. Szybko
minie i niedługo zapomnę, że w ogóle cokolwiek się wydarzyło.
* * *
"Kawa?" - piszę do Jolki kilka dni później.
Siedzenie w domu zaczyna mi doskwierać. Trochę żałuję, że wzięłam
zwolnienie. Robota się nawarstwi, trzeba będzie nadrabiać, a ja w sumie
nie czuję się jakoś bardzo niezdatna do pracy.
"Koniecznie! Gdzie sobie życzysz?"
"Gdziekolwiek w centrum, będę potem do szpitala jechać, a to zewsząd
daleko. Wrzenie?" - proponuję jedną z moich ulubionych kawiarni. "Koło
12?"
"Dobra. A jak Ty tam dojedziesz? Może po Ciebie przyjechać? Bo chyba nie
tramwajem?"
"Nieee. Tramwajem sobie przyjadę. Mobilna jestem".
"Pięć dni po operacji? Nie zgadzam się!"
"Ale ja na cycki miałam operację, nie na nogi!"
"Za wcześnie na takie wyprawy".
"Oj tam. Za wcześnie to było, jak w czwartek poszłam do apteki, bo się
chciałam przewietrzyć, i mało nie zeszłam, ale tylko dlatego, że była
kolejka na dwadzieścia minut stania. Ale wczoraj byłam z Pawłem na
spacerze i było w porządku. Muszę chodzić, bo kręgosłup powiedział, że
już nie mogę leżeć i czytać cały dzień. Dziad jeden".
Jeszcze parę dni później siedzę przed laptopem. Miałam kupić suplementy
dla kotów, ale jak to zwykle bywa zawędrowałam w zupełnie inne rejony
internetu.
- Paweł, zobacz! Są bilety na Andrew!!!
Mam na imię Ola i jestem anonimową Andrewholiczką.
Andrew Scott skradł moje serce kilka miesięcy wcześniej, gdy poszliśmy
do kina Muranów na Vanyę, inscenizację Wujaszka Wani Antoniego
Czechowa, w której Andrew gra wszystkie osiem postaci. I robi to tak, że
za każdą z osobna powinien dostać Oscara. Zapragnęłam zobaczyć Vanyę
na żywo i regularnie sprawdzałam, czy nie grają go może w którymś z brytyjskich teatrów. I właśnie się okazało, że grają. Tyle że nie w Londynie, ale w... Nowym Jorku!
- Zobacz, od marca do maja, sześć dni w tygodniu, w niektóre dni dwa
razy dziennie, ale i tak już jakieś resztki biletów zostały! -
gorączkuję się.
- W Nowym Jorku? Zwariowałaś? Stać nas na to? - Paweł patrzy na mnie
trochę ze zdziwieniem, trochę z rozbawieniem.
- Ej, ja mam raka! Muszę korzystać z życia, a co jak nie będę miała
drugiej szansy? - gram, nie po raz pierwszy zresztą i nie do końca
serio, moją onkokartą. Paweł wzdycha.
- No dobra.
- To co, Nowy Jork na majówkę? - piszczę z radości.
We wtorek podczas kontroli profesor ogląda blizny, kiwa z zadowoleniem
głową i odciąga dwie wielkie strzykawy płynu.
W sobotę budzę się z uczuciem, jakbym miała pod pachą sporej wielkości
jabłko. Jadę na oddział, gdzie odciągają mi czterdzieści mililitrów. I potem znowu w poniedziałek rano, tym razem osiemdziesiąt. W środę doktor
patrzy na balon pod moją pachą i pyta, czemu nie przyjechałam wcześniej.
Odpowiadam, że już niemalże mieszkam u nich na korytarzu.
- To ja pani dren założę - mówi.
Nacina gulę skalpelem. Chłonka tryska na stół. Lekarz wtyka mi pod pachę
rurkę odprowadzającą płyn do plastikowej butelki i każe wrócić w piątek.
"Jak się trzymasz?" Co kilka dni dziewczyny kontrolują moje
samopoczucie.
I słusznie.
"Raz lepiej, raz gorzej. Miałam mini atak paniki nad ranem, że na pewno
mam raka, w sensie, że mam bardziej, ale skupiłam się na tym, co, jeśli
faktycznie mam, i wyszło mi, że będę musiała posprzątać rzeczy i ogarnąć
robotę przed śmiercią. Także już mi lepiej, zadaniowość zadziałała".
"Ha, ha, wygrałaś konkurs na zamartwianie się. Osoba, która ma raka,
martwi się, że może mieć raka. A fizycznie jak?"
"Trzecia wizyta w szpitalu od soboty. Pan doktor założył mi dren. Mam,
kurde, galę w piątek, jaka kreacja pasuje do drenu?"
"Taka z kieszeniami. Nic się nie poprawiło?"
"Paweł się ze mnie śmieje, że tak się tym rakiem przejęłam, że trzeciego
cycka postanowiłam wyhodować".
"Zapasowy zawsze się przyda. Pożyczę ci narzutkę z futerka, to zakryjesz
górę" - proponuje Haneczka.
"Spoko, taki cycek pod pachą, trochę nieporęczny, ale nie wszystko musi
mieć funkcję użytkową. Możesz śmiało pozować jako Syrenka warszawska" -
podpowiada Magda.
"Na razie w kieszeni noszę butelkę, w której się ten syf zbiera, już ze
trzy razy pomyliłam z telefonem".
"A dużo się zbiera? Nie pytam w kontekście, że sobie do ucha nalejesz,
odbierając telefon, ale w kontekście upierdliwości problemu..."
W piątek budzę się rano, zerkam na butelkę i widzę, że chłonka
wymieszana jest z krwią. Nic dziwnego, czułam w nocy, jak się nabijam na
tę nieszczęsną rurkę, pewnie coś tam zmasakrowałam. W ogóle średnio
sobie z tym drenem radzę. Butelka mi się gubi, cieknie. W nocy kilka
razy budziłam się w kałuży. A i sama rurka jest niezbyt wygodna, nie
mogę się doczekać, kiedy się jej pozbędę.
Grafik na ten dzień mam napięty jak struna. Rano lekarz, potem z moim
starszym bąbelkiem do ortopedy, z powrotem do domu, prysznic, kiecka,
kilka kartonów maskotek fundacyjnych i różnych drobiazgów, których listę
przygotowałam parę dni wcześniej, żeby na pewno niczego nie zapomnieć, i najpóźniej koło siedemnastej powinnam być w Centralnym Domu Technologii
w samym centrum miasta, gdzie po raz kolejny organizujemy naszą doroczną
galę.
W drodze do szpitala widzę, że świeci mi się kontrolka paliwa. No tak,
miałam zatankować poprzedniego dnia, ale nie zdążyłam. Oby udało mi się
dociągnąć do wieczora, najchętniej zatankowałabym, wracając z gali.
Gdy wchodzę do szpitala, dzwoni telefon.
- Dzień dobry, pani Olu, są wyniki histopatologii, zapraszam we wtorek
na konsylium.
- O, dzień dobry, pani Aniu, ja właśnie u was. Za dziesięć minut mam
wizytę. Doktor ma dostęp do tych wyników? Powie mi?
- Tak, oczywiście, ale na konsylium zapraszam tak czy inaczej. Do
zobaczenia!
Wchodzę do gabinetu i kładę się na leżance. Lekarz nachyla się nad moją
pachą.
- Oj, ale sobie pani tu coś rozkrwawiła.
- Nie radzę sobie najlepiej z drenem.
- No dobrze, to go pani wyjmę, może już się ta chłonka opanuje.
Kilka chwil później pielęgniarka zakleja mi ranę plasterkiem, a doktor
siedzi przy komputerze.
- Podobno jest już mój wynik, zerknie pan? - proszę.
Chwila ciszy.
- No niestety, jest przerzut w węźle wartowniczym, potrzebna będzie
kolejna operacja - jego głos jest pełen troski i współczucia.
Biało przed oczami. Gula w gardle. Łzy.
- Ale... czy ja będę kiedyś jeszcze mogła grać w siatkówkę? - mówię
pierwszą rzecz, która przychodzi mi do głowy.
- No jasne, ręki pani nie ucinamy, prawda, pani Basiu? - zwraca się do
pielęgniarki.
- Ja bez węzłów w ping-ponga grałam- uśmiecha się pani Basia
wspierająco.
- A czy to znaczy, że będę miała chemię?
- Wszystkiego dowie się pani na konsylium, ale tak. W przypadku
przerzutów podajemy chemię.
Do samochodu idę zapłakana, udaje mi się opanować pod szkołą Maćka i u ortopedy, ale gdy wracam do domu po rzeczy, znów zanoszę się płaczem,
chyba jeszcze bardziej niż wtedy po mammografii. Czuję się oszukana. To
nie tak miało być. Jak to, kurwa, przerzut? A co się stało z "malutka
zmiana, wcześnie wykryta"? Przecież miałam nie mieć chemii! Halo! Nie
tak się umawialiśmy - mam pretensje nie wiadomo do kogo.
Nie wierzę w karmę. W całe to pieprzenie, że "wszystko jest po coś" i "nic nie dzieje się bez powodu". Jasne, z perspektywy czasu zawsze można
dopasować fakty do naszej naprędce wymyślonej teorii wszechświata. Sama
często tak robię, bo dzięki temu łatwiej unieść gruz, który trzeba w życiu przerzucić. Ale jeśli mam być szczera, to karma przypomina raczej
gówno rzucone w wentylator. Bryzga na oślep w tych, którzy mieli
nieszczęście znaleźć się w zasięgu.
Nie wierzę, że dostałam raka po coś. Żebym bardziej doceniła życie albo
zdała sobie sprawę z własnej śmiertelności. Każdy, kto mnie zna, wie, że
ze śmiertelnością jestem pogodzona od dawna, a jej świadomość motywuje
mnie do niezostawiania marzeń na emeryturę i kupowania biletów do teatru
w Nowym Jorku. Tak, bez raka też bym kupiła.
Nieprawdą jest, że cierpienie uszlachetnia. A co cię nie zabije, wcale
cię nie wzmocni, co najwyżej poturbuje i zostawi z traumą. Powtarzanie
tych bzdur jest po prostu szkodliwe.
Nie wierzę też, że rak to kara za coś. Jakoś nie widzę starca z białą
brodą rozdającego złośliwe guzy dyktatorom i mordercom, a ja może i nie
jestem bez grzechu, ale gdzie mi do naprawdę złych ludzi!
Moje żale, łzy i przekleństwa trafiają w pustkę, która - jak to pustka -
nie odpowiada.
Biorę szybki prysznic, wrzucam sukienkę i kosmetyki do torby, pakuję
fundacyjne graty, nie zaglądając do listy i, jak się potem okaże,
zapominając paru rzeczy, a potem wciąż zapłakana biegnę do samochodu.
Na Wisłostradzie patrzę, jak wskaźnik paliwa pokazujący, ile kilometrów
mogę jeszcze przejechać, zmienia się z dwucyfrowego na jednocyfrowy.
Dojadę do Centralnego Domu Technologii na oparach, zatankujemy wieczorem
- postanawiam. Jestem na miejscu. Wskaźnik pokazuje, że zostało mi
paliwa na cztery kilometry. A wyświetlacz nad wjazdem do parkingu
podziemnego informuje, że jest pełny.
Mam do wyboru szukać miejsca przy okolicznych ulicach, ryzykując, że
potem nie odpalimy, albo zatankować teraz. Wiedząc, że parkowanie o tej
porze w centrum Warszawy to dość karkołomne zadanie, wybieram bramkę
numer dwa.
Gdy dojeżdżam na stację, wyświetlacz pokazuje okrągłe zero.
Wściekła, zasmarkana i roztrzęsiona tankuję, wracam i dzwonię po Pawła,
który jest już na górze.
- Zejdź, proszę, zabierz też jakieś dzieci, żeby pomogły z rzeczami.
Weźmiesz samochód i poszukasz miejsca parkingowego, ja muszę się
przebrać.
Czekając, próbuję się jakoś ogarnąć i przestać płakać, wysmarkuję nos,
wycieram oczy i czyszczę tusz, który spłynął mi po policzkach. Mimo to i tak muszę wyglądać strasznie, bo gdy tylko wchodzę, Kamila z Pauliną
natychmiast zaciągają mnie do łazienki, dopytując, co się stało.
Opowiadam, a potem myję dokładnie twarz, przebieram się, robię makijaż i z najbardziej czarującym uśmiechem, na jaki mnie stać, wychodzę
rozmawiać z ludźmi.
* * *
Podczas konsylium tym razem jest więcej osób. Ten sam lekarz, u którego
byłam kilka dni temu, wyjaśnia mi jeszcze raz, że w węźle wartowniczym
znaleziono półtoracentymetrowy przerzut i, żeby upewnić się, że komórki
rakowe nie przedostały się dalej do organizmu, trzeba wyciąć więcej
węzłów.
- I musi być potem chemia?
- Tak, niestety musi, wszystkiego się pani dowie, ale to jeszcze nie
teraz, najpierw operacja.
- A czy będę mogła wyjechać na święta i sylwestra? - wracam do mojego
ulubionego pytania.
- Co my teraz mamy? Połowa listopada, operacja jak najszybciej, pewnie
za tydzień, dwa. Chemię możemy zacząć dopiero w styczniu, ale nie wiemy,
jak się będzie u pani goiła rana po operacji. Teraz chyba się sporo tej
chłonki zbierało; wytniemy więcej węzłów, to może zbierać się więcej...
No, nie powiem pani w tym momencie, zobaczymy, jak będzie.
Wychodzę z sali i kucam pod ścianą. Paweł gdzieś zniknął, chyba poszedł
do toalety. Na parapecie siedzi jakaś dziewczyna. Chowam twarz w rękach
i, choć bardzo staram się nie płakać, z moich oczu płyną łzy. Z sali
wynurza się pielęgniarka. Prosi dziewczynę do środka. Wstaję, żeby się
odsunąć z przejścia, a wtedy pielęgniarka patrzy na mnie, zamyka drzwi
za dziewczyną, podchodzi i przytula mnie mocno.
- Proszę pani, będzie dobrze, my tu nie takie przypadki mieliśmy. Tylko
niech się pani nie poddaje, trzeba myśleć pozytywnie, to jest
najważniejsze.
"Mała, o której masz to konsylium? Jedzie ktoś z Tobą w końcu?" - pyta
Magda na Messengerze.
"Właśnie wyszłam, Paweł ze mną przyjechał. Jeszcze nie mam terminu
operacji, ale profesor obiecał, że szybko zrobi, żeby nie przeciągać. No
i jednak potem będzie chemia".
"Przytulam. Kochanie, jak trzeba, to trzeba. Życzysz sobie prostą blond
perukę czy kurs motania turbanu?"
"Jeszcze nie wiem. Ale będę sobie takie rzęsy piętnastocentymetrowe
doklejała".
"Różowe, z perełkami".
* * *
Ostatni tydzień przed drugą operacją jest jak przegląd kolejnych etapów
żałoby. Szok. Zaprzeczenie. Przygnębienie. Złość. Wiem, że muszę
wypłakać cały mój smutek i wyrzucić z siebie wściekłość, i im prędzej to
zrobię, tym lepiej. Płakanie ani niezgoda na to, czego nie mogę zmienić,
nic mi nie pomogą. Muszę przejść z trybu "dlaczego ja?" do "co dalej?".
Chwilę to trwa, ale wreszcie przychodzi akceptacja. Czy to wszystko jest
po coś? Nie, ale skoro już się przytrafiło, to niech chociaż coś z tego
wyciągnę. Jak mawia mój świeżo nawrócony na optymizm mąż: "Dla mnie to
nawet lepiej". Jeszcze nie wiem, dlaczego lepiej, ale coś wymyślę. Kto
wie, może książkę napiszę.
Jednocześnie nachodzi mnie refleksja, że łatwiej jest chorować niż
towarzyszyć w chorobie. Z chorowania moich rodziców pamiętam mój
zwierzęcy strach i obezwładniającą bezradność. Gdy mama była w hospicjum, miałam napady paniki. Po jednym Paweł musiał odebrać mnie z pracy, bo nie byłam w stanie utrzymać się na nogach - odpływałam,
wymiotowałam i cała się trzęsłam. Myślałam, że jak kiedyś sama
zachoruję, będę siedzieć skulona w kącie, płacząc non stop. A teraz, gdy
już tu dotarłam, strach nie jest wysoko na liście moich emocji. Płakałam
na początku, chyba bardziej ze zdziwienia i bezradności, płakałam, gdy
dowiedziałam się o przerzucie i chemii, bo nie na to się nastawiłam, ale
ile można płakać? W ogóle nie zajmuję się swoim chorowaniem bez przerwy,
mam ciekawsze rzeczy do roboty. Ba, jestem gotowa zostać wyznawczynią
teorii spiskowych: nic mnie nie boli, nie mam żadnych objawów, a oni
wysyłają mnie na kolejną operację. Widział ktoś kiedyś tego raka?
* * *
"Dziewczyny, wstępnie proponuję sobotę na zebranie sztabu kryzysowego.
Musimy, bo się udusimy, a spotkajmy się, póki Ola jeszcze może pić" -
proponuje tym razem Magda.
"Jak nie będę mogła pić, to mnie dobijcie. Jeśli nie wrzucą mi operacji
w tym tygodniu, to jestem zwarta i gotowa".
"A jak ci wrzucą, to zrobimy na izbie przyjęć. Nadal cisza?"
"Nadal. Podobno jest problem z dostępnością anestezjologów. Zadzwonię do
nich jutro jeszcze raz, będę tą babą, co wydzwania, może pomoże. A w ogóle to poszłam wczoraj na chwilę na siatkę sprawdzić, czy jeszcze mnie
tam pamiętają. Byłam tydzień temu i to mnie pocieszyło. No więc poszłam
wczoraj i nieopatrznie zostałam popatrzeć na jeden set. Ale mi się
przykro zrobiło, że prędko tam nie wrócę".
"A na pilates też nie możesz? Czy inne rozciąganie? Cokolwiek byle iść
na zajęcia" - sugeruje Haneczka.
"Próbowałam ostatnio w domu zrobić psa z głową w dół, ale mi się jakieś
coś zrobiło, takie sznurki napinają mi się pod pachą i nie jestem w stanie, pokażę wam w sobotę, bo to fascynujące. Marek, mój fizjo, mówi,
że to sznury limfatyczne i mi je pęka".
"Może za wcześnie po prostu. Będzie na to czas. Na razie spacer? Wiem,
że cię nosi, ale jak się nie da, to się nie da..."
"No, spaceruję. Dzisiaj byłam na spacerze na jednej gali i teraz jadę
podrzucić dziewczynom jakieś rzeczy przed drugą".
"Nogami możesz coś porobić, na przykład ćwiczenia z gumami. Mój
fizjoterapeuta mnie tego kiedyś nauczył i mówił, że on czasem daje
jakiekolwiek, nawet niepotrzebne ćwiczenia, bo inaczej ludziom psychika
siada. Jednemu, co był cały w gipsie, kazał się nauczyć żonglować".
"W piątek idę do Marka, zobaczymy, co poradzi. Żeby nie było: z kręgosłupem, który nadal napierdala".
W sobotę przy winie i oliwkach okazuje się, że tym razem Magdzie wyszło
coś na USG. Chyba niegroźne, brodawczak czy coś, jakby kurzajka w cycku,
ale dostała skierowanie na biopsję i, jak można się spodziewać, dość
mocno się wystraszyła. Haneczka wzdycha.
- Napisałam do mojej byłej asystentki, tej, co została astrolożką. I pytam: "Ty, co się odwala w twojej branży?". A ona mi na to: "O panie,
wszystkie planety w najgorszych układach, co chwila pełnia albo
zaćmienie, kosmos się wali i to potrwa".
- Ale długo jeszcze tak potrwa? Trzy stulecia?
- Mniej więcej. Koniec poznasz po tym, że się zjawią jeźdźcy Apokalipsy,
a z nieba zaczną padać żaby i węże.
- Podobno powoli się zbliża ku końcowi, jeszcze ze dwa lata. Zaczęło się
pandemią. Plagę, wojny i zarazy mamy już zaliczone. Co tam jeszcze było?
- Jeszcze Trumpa wybiorą - prorokuję ponuro.
- Jest ryzyko. Potem tylko plaga głodu, pożar i będzie z bańki.
Przy okazji skarżę się dziewczynom na kaszel, który nadal mnie męczy.
- A czytałaś ulotkę od antydepresantów? - pyta Haneczka.
Czytam natychmiast po powrocie do domu. Wśród skutków ubocznych, jako
żywo, jest kaszel. Następnego dnia umawiam się na wizytę do psychiatrki
i zmieniamy leki. Jeszcze w tym samym tygodniu odbieram wyniki
tomografii. Zmiana na płucach okazuje się niegroźna - pozostałości po
jakimś zapaleniu.
* * *
Na początku grudnia melduję się po raz kolejny w szpitalu. Witają mnie
jak stałą klientkę i dostaję to samo łóżko, co poprzednio. Wyobrażam
sobie, że jestem w sanatorium.
Czytam książkę i podjadam Maltesersy, gdy do sali wchodzi ładna
dziewczyna o długich rudych włosach, plus minus w moim wieku.
- Cześć, jestem Anka. - Wyciąga do mnie rękę.
- Ola, miło mi - odpowiadam, wyjmując jedną słuchawkę z ucha.
- A to Mateusz, mój mąż. - Wskazuje na sympatycznego brodacza z włosami
związanymi w kitkę, który właśnie wchodzi do pokoju z walizką w ręku.
Anka jutro ma mieć obustronną mastektomię z rekonstrukcją. Opowiada mi,
że wykryła sobie guzka w lipcu i od tego czasu tuła się po lekarzach.
Dopiero niedawno jakaś lekarka na prywatnej wizycie poleciła jej
"mojego" profesora. Słucham jej opowieści o braku empatii i szacunku do
pacjenta wśród lekarzy, z którymi się zetknęła, o skandalicznych
niedopatrzeniach i o traktowaniu jej jak uciążliwego petenta.
Dociera do mnie, że miałam mnóstwo szczęścia.
Gadamy pół nocy, chichrając się jak nastolatki na koloniach. W kilka
godzin opowiadamy sobie rzeczy, o których mało komu mówiłyśmy.
Najwyraźniej wzajemnie przypadamy sobie do gustu. Szybko się orientuję,
że to silna, konkretna babka, taka zosia samosia, która do tej pory
radziła sobie doskonale, ogarniała życie, dom, męża i dzieci
zdecydowanie lepiej niż ja. Przed wyjściem do szpitala zadbała
absolutnie o wszystko: od zakupów i gotowania, przez przygotowanie
swojej działalności na dłuższą nieobecność, po jazdę na mopie bez
trzymanki. Taki typ. Ja tam lubię się dzielić obowiązkami, ale, jak
mawiał mój ulubiony serialowy lekarz - doktor House - każdemu jego mojo.
Jednak gdy opowiada o kolejnych wizytach, badaniach i konsyliach, głos
jej się wyraźnie łamie. Widząc, jak reaguje na personel szpitala i na
jakiekolwiek rozmowy o tym, co przeszła przy stawianiu diagnozy, daję
jej numer do mojej psychiatrki.
- No co ty, przecież ja dam radę! - protestuje.
- A weź się nie wygłupiaj - odpowiadam. - Jak idziesz do dentysty, to
też taką twardzielkę zgrywasz? Ja jak się dowiedziałam, że jestem chora,
to już szczęśliwie byłam na antydepresantach, ale przezornie zwiększyłam
sobie dawkę. I wiesz, jasne, nadal chwilami nie jest łatwo, jak wtedy,
kiedy się dowiedziałam o przerzucie. Musiałam swoje wypłakać, ale na co
dzień to mam taki przyjemny teflonik, od którego wszystko się odbija.
Dzięki temu cały ten onkogruz jest odrobinę lżejszy. Serio, polecam, nie
katuj się tak, dziewczyno.
Zapisuje numer, choć wygląda na nieprzekonaną. Jednocześnie na moje
próby zaklinania rzeczywistości w kierunku "wszystko będzie dobrze"
odpowiada sceptycyzmem.
- A skąd wiesz? Może się okaże, że wcale nie będzie? Może będziemy miały
przerzuty? Albo chemia nie zadziała? Albo...
Jej argumenty za tym, że czeka nas rychła śmierć, najpewniej w męczarniach, zdają się nie mieć końca. Postanawiam podzielić się z nią
moją filozofią życiową.
- Wiesz, całe życie czekałam, aż coś jebnie. Nawet jak wszystko było
dobrze, to ja byłam w trybie czuwania, z podniesioną gardą, czujna jak
surykatka. Nieustannie się rozglądałam, co może pójść nie tak. I w końcu
kilka lat temu stwierdziłam, że nie mogę tak dłużej, że to pochłania
strasznie dużo energii. I może w końcu coś jebnie, ba, na pewno w końcu
coś jebnie, nawet już jebło, skoro tu jesteśmy, ale jebłoby niezależnie
od tego, czy bym się zamartwiała, że to się wydarzy, czy nie -
podsumowuję i podwijam rękaw mojej pseudopiżamy, pokazując wytatuowaną
na przedramieniu surykatkę. - Teraz ona się rozgląda. A ja się będę
martwić, jak już będzie czym.
Rano Anka pierwsza jedzie na operację. Czekam kilka godzin na moją,
przysypiając.
Limfadenektomia.
Limfamadafakaktomia.
Limfafarafaktomia...
"Jak tam w szpitalu?" - pingnięcie telefonu wyrywa mnie z drzemki.
Jolka.
"Wesolutko. Do pierwszej wczoraj gadałyśmy. Anestezjolog, który
przyszedł nas odpytać, był tak dziwny, że upewniałyśmy się potem u pielęgniarki, czy go zna, czy to może pacjent, co się urwał z innego
oddziału".
"A wiadomo, o której Cię wezmą?"
"Najpierw koleżankę wzięli, tylko ona ma podwójną mastektomię z rekonstrukcją, więc zdążę umrzeć z głodu".
"Mastektomia to z pół dnia zajmie".
"Ona ma bardzo małe cycki, to może choć trochę krócej. Wczoraj
chciałyśmy namówić ich na zmianę kolejności, ale jakoś się nie
zgodzili..."
Wreszcie przychodzi moja kolej.
- Jak to jest z tymi węzłami - dopytuję jeszcze w ostatniej chwili. - Bo
ich tam jest sporo, prawda? Jak typujecie te do wycięcia? Wszystkie jak
leci? Czy: w szeregu zbiórka i co drugi wystąp?
- One są ułożone warstwowo, wycinamy tylko pierwsze piętro, reszta
zostaje.
- A jak się okaże, że w nich też coś jest, tniecie dalej?
- Nie, wtedy już tylko chemia.
- No ale i tak mam mieć chemię...?
- Tak, ale w zależności od tego, czy coś tam znajdziemy, czy nie, to
trochę inny schemat.
Nie do końca przekonuje mnie to tłumaczenie, zwłaszcza że w międzyczasie
poczytałam o lekarzach, którzy odchodzą od wycinania węzłów, po prostu
podają chemię, ale w końcu to nie ja kończyłam medycynę, a na socjologii
o leczeniu raka nie uczyli, więc pozostaje mi zaufać nauce, znowu
położyć się na stole operacyjnym, zapewnić lekarzy, że ja to ja (w sali
obok inną operację ma pacjentka o takim samym nazwisku) i odpłynąć w narkozę. Zdążyłam polubić ten stan.
Tym razem dren dostaję od razu. Wbrew obawom po tej operacji też nic
mnie nie boli i jeszcze tego samego dnia mogę całkiem sprawnie podnosić
rękę. Moja sąsiadka nie ma tyle szczęścia. Słyszę, jak nocą jęczy z bólu, a leki przeciwbólowe, które dostaje, powodują u niej mdłości.
Nawet gdy w końcu pozwalają nam jeść, nie jest w stanie niczego
przełknąć.
Gdy szykuję się do wyjścia, przychodzi rehabilitantka.
- Niech pani przełoży obrączkę na drugą rękę, i zegarek też, od teraz
już nie może pani nic tu nosić. I masować trzeba dwa razy dziennie,
zaraz pani pokażę jak. Do spania proszę sobie kupić taki klin i spać z ręką w górze. I jak pani coś w ciągu dnia robi, siedzi, czyta, telewizję
ogląda, to też klin pod rękę. Pobieranie krwi i mierzenie ciśnienia
tylko z lewej. I żadnych tatuaży już z tej strony.
Patrzy na mnie groźnie, a ja robię zawiedzioną minę. Przy operacji chyba
uszkodzili mi jakiś nerw, bo nic nie czuję od pachy do łokcia, i nie
powiem, żeby nie przemknęło mi przez głowę skorzystanie z okazji i zrobienie tam nowej dziary.
- Nie można brać gorących kąpieli, sauna odpada - kontynuuje
rehabilitantka tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Nie dźwigać, tą ręką
maksymalnie dwa kilogramy może pani podnieść.
- A sport? - wbijam się, nie bez trudu, w jej słowotok.
- Tak, oczywiście, jest zalecany. Najlepiej chodzenie z kijkami,
rozciąganie, ale absolutnie żadne obciążanie, deski ani pompek nie
robimy, jak rower, to tylko miejski, żaden góral, żeby się na tej ręce
nie opierać. Drzwi ciężkie, też sobie wyrobić nawyk, że lewą pani
otwiera.
- I to ile czasu tak?
- No jak to ile? Do końca życia, proszę pani.
Zegarek wraca na prawą, jak tylko rehabilitantka wychodzi z pokoju. Klin
po pierwszej nocy ciskam w kąt szafy.
- Ej, a ręka to ile waży? - pyta przy śniadaniu Ośka, kolejna z moich
przyjaciółek, która pilnuje, żebym nie schowała się pod kamieniem i nie
zapłakała na śmierć. - Bo chyba więcej niż dwa kilogramy, ja bym
odrąbała.
Marek, do którego idę niedługo po wyjściu ze szpitala, uspokaja mnie.
- Jakby ci wycięli wszystkie węzły, to tak, musiałabyś dużo bardziej
uważać. Ale nie wycięli. Zasadniczo wszystkiego mamy w organizmie za
dużo. Te, co zostały, przejmą funkcję tych brakujących i będziesz
normalnie funkcjonować. Powolutku, nie rzucaj się od razu na dźwiganie
ciężarów, rozszerzaj sobie aktywności i sprawdzaj, czy nic się nie
dzieje. Ale zobaczysz, dobrze będzie.
- Żyć normalnie - potwierdzają jego opinię chirurdzy, do których chodzę
na odciąganie chłonki.
Na razie żyję na tyle normalnie, na ile się da, z rurką wystającą spod
pachy, butelką wsadzoną do kieszeni i siniakami po nieudanych próbach
założenia wenflonu, przez które wyglądam chyba trochę jak ofiara
przemocy domowej ("Ładne pani ma żyły, tylko pękają"). Kilka razy
dziennie gubię butelkę od drenu ("Od wina byś nie zgubiła" - słusznie
zauważa Jolka). To w sumie jedyna niedogodność. No, może jedna z dwóch,
bo po trzydziestu dniach zastrzyków przeciwzakrzepowych miałam dzień
przerwy, a potem operację i kolejne trzydzieści dni zastrzyków i teraz
mój brzuch jest pełen siniaków i zgrubień. Poza tym czuję się na tyle
dobrze, że nie mogę się doczekać powrotu do normalnej aktywności. Śni mi
się, że biegam i chodzę na pilates. Czuję się trochę jak wtedy, kiedy
przestałam jeść mięso i przez kolejne pół roku miałam sny o smalcu i parówkach.
Chorowanie, gdy człowiek źle się czuje, ma gorączkę, coś go boli, ma
mdłości, jest paradoksalnie dużo łatwiejsze. Wiadomo: trzeba wziąć leki,
położyć się i przeczekać. Organizm się domaga. Chorowanie, gdy nic nie
boli, nie ma się żadnych objawów i nawet zaraz po operacji jest się
wściekle głodną, nic nie puchnie i można machać operowaną ręką w każdą
stronę, a jednocześnie nie należy podnosić nią nawet swojego lżejszego
kota, ma w sobie coś z lizania cukierka przez papierek. Bardzo
wyrafinowana tortura. Nie żebym chciała nagle mieć jakieś objawy, ale po
prostu wreszcie po latach zaczynam rozumieć, co to znaczy "rak nie
boli".
Anka dzwoni kilka dni po moim wyjściu ze szpitala.
- Jak pojechałaś do domu, to mi dokwaterowali taką babę, co cały czas
oglądała tureckie seriale. I komentowała na głos. Myślałam, że oszaleję!
- skarży się. - A w ogóle to ja ci muszę podziękować.
- No co ty, za co?
- Za to, że mnie namówiłaś na psychiatrę. Sama w życiu bym się na to nie
zdecydowała, zawsze sobie radziłam ze wszystkim, ale to, co się dzieje
teraz, chyba mnie przerosło.
Wiem, że to już nie lata osiemdziesiąte, kiedy do psychiatry chodzili
tylko wariaci, i że w mojej banieczce "większa połowa" zderzyła się z depresją i lekami. Ale wiem też, że nadal są tacy, co to - "nie takie
rzeczy żeśmy ze szwagrem...", "ja nie dam rady?", "potrzymaj mi piwo" -
dźwigają ciężar świata na własnych barkach i przez myśl im nie przejdzie
poprosić o pomoc. Też tak kiedyś miałam. Nie polecam.
* * *
Węzły okazały się czyste. Słyszę o tym od profesora podczas kontroli.
Nie myślałam, że aż tak można się ucieszyć, kiedy wytną ci coś zdrowego.
Swoją drogą nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że w dobie podróży
kosmicznych i sztucznej inteligencji ludzie nie są w stanie stwierdzić,
czy coś tam jest, zanim zabiorą się za wycinanie.
Tak czy inaczej czeka mnie cały pakiet atrakcji, oczywiście z chemią na
czele. Na pocieszenie pozbywam się drenu. Przez dwa tygodnie, które
minęły od operacji, zgubiłam go tyle razy, że wstyd się przyznać, a ponieważ często nie zauważałam, że mi się odczepił i rurka zasysała płyn
z powrotem do pachy, to jestem przekonana, że w miejscu wyciętych węzłów
mam trochę żwirku i kocich kłaczków. Dostaję też zielone światło na
wyjazd na święta i na sylwestra. Marne to pocieszenie, ale czegoś się
trzeba chwycić.
Przy okazji ustalania dalszych kroków mówię pani Ani, że w maju muszę
wyjechać, bo z okazji, że mam raka, kupiliśmy bilety do teatru w Nowym
Jorku, i pytam, jak (no bo przecież nie "czy") da się to z chemią
pogodzić.
- Oczywiście, wszystko się da, pani Olu! - odpowiada pani Ania. - I jeszcze jedno. Proszę zapamiętać. Już pani nie ma raka, wycięliśmy.