5
Toby wybrała się po karabin kilka dni po pojawieniu się pierwszych ognisk. Było to w nocy po tym, gdy dziewczyny, zrzuciwszy różowe fartuchy, uciekły z NowyTy.
To nie była zwyczajna pandemia, dająca się opanować po paruset tysiącach zgonów i zlikwidować za pomocą bionarzędzi i środków dezynfekujących. To był Bezwodny Potop, przed którym tylekroć przestrzegali Ogrodnicy. Potwierdzały to wszystkie oznaki: rozprzestrzeniał się z wiatrem jak na skrzydłach, przepalał miasta niczym ogień, pozostawiał po sobie tłumy zainfekowanych, przerażenie i jatki. W coraz to nowych miejscach gasły światła, coraz trudniej było o jakiekolwiek wiadomości: sieci ulegały awariom, bo wymierały obsługujące je załogi. Wszystko wskazywało na totalną katastrofę, dlatego Toby potrzebowała karabinu - którego posiadanie było zabronione. Jeszcze tydzień wcześniej ktoś złapany z taką bronią poniósłby tragiczne konsekwencje, teraz jednak przepisy były bez znaczenia.
Wyprawa wiązała się ze sporym ryzykiem. Będzie musiała przejść pieszo do swojej dawnej plebsopolii - komunikacja nie będzie działać - i odnaleźć szpetny dwupoziomowy domek, który przez krótki czas należał do jej rodziców. Wtedy będzie trzeba wykopać karabin, licząc na to, że nikt jej przy tym nie zobaczy.
Samo przebycie drogi nie powinno sprawić jej problemu, nadal była w formie. Problemem będą ludzie. Według wiadomości, które z przerwami docierały do niej przez telefon, wszędzie wybuchały zamieszki.
Wyszła z budynku spa o zmierzchu, zamykając za sobą drzwi na klucz. Przeciąwszy rozległy trawnik, skierowała się ku bramie północnej. Szła leśną ścieżką, którą niegdyś klientki chadzały na spacery w cieniu. Tu nie była zanadto widoczna, choć przy dróżce nadal świeciło się parę lampek. Nie trafiła na nikogo. Tylko zielony królik pokicał między krzewy, a drogę przeciął jej kotryś spoglądający na nią pełgającymi oczami.
Brama wjazdowa była uchylona. Przecisnęła się przez nią niepewnie, obawiając się zagrożenia. Ruszyła przez Park Dziedzictwa. Pojedynczo i w grupach mijali ją spieszący się ludzie, którzy chcieli wydostać się z miasta, w nadziei że uda im się przejść przez moloch plebsopolii i schronić na wsi. Toby posłyszała kaszel, kwilenie dziecka. Niemal potknęła się o kogoś leżącego na ziemi.
Nim dotarła na skraj Parku, zrobiło się ciemno choć oko wykol. Szła od drzewa do drzewa, nie wychylając się z mroku. Na bulwarze tłoczyły się samochody, ciężarówki, motocykle solarne i autobusy, których kierowcy trąbili i wrzeszczeli bez ustanku. Niektóre pojazdy leżały wywrócone i płonęły. W sklepach na dobre szło plądrowanie. Próżno było szukać ludzi z KorpuSOKorpu. Pewnie ratując własną skórę, ulotnili się pierwsi i schronili w szczelnie odgrodzonych twierdzach Korporacji, gdzie - jak miała nadzieję - zanieśli śmiertelnego wirusa.
Gdzieś rozległy się strzały. A więc ludzie już rozkopali ogródki, pomyślała Toby. Nie ona jedna miała karabin.
Na końcu ulicy stała barykada z ciasno ustawionych samochodów, która miała też swoich obrońców, nie wiadomo w co uzbrojonych. O ile Toby była w stanie dostrzec, wyglądało to jak metalowe rurki. Rozwścieczony tłum wrzeszczał w ich kierunku, miotając cegły i kamienie: ludzie chcieli przejść, chcieli uciec z miasta. Czego chciała załoga barykady? Zapewne chciała plądrować i gwałcić, chciała pieniędzy i innych bezużytecznych rzeczy.
Adam Pierwszy mówił, że gdy uderzy Bezwodny Potop, ludzie będą próbowali ratować się przed utonięciem. Będą się chwytać ostatniej deski ratunku. Przyjaciele, strzeżcie się, byście nie byli tą deską, bo jeśli się was chwycą lub choćby dotkną, wy również utoniecie!
Toby oddaliła się od barykady. Będzie musiała ją okrążyć. Wycofała się w mrok, przekradając się za listowiem, idąc obrzeżami Parku. Dotarła do otwartej przestrzeni, gdzie Ogrodnicy urządzali swoje targi i gdzie stał gliniany domek, w którym niegdyś bawiły się dzieci. Ukryła się za nim, czekając, aż coś odwróci uwagę innych. Wkrótce zdarzyła się jakaś kolizja, zaraz później dał się słyszeć wybuch i korzystając z tego, że wszystkie głowy były zwrócone w tamtym kierunku, powolutku przeszła przez zaporę. Zeb nauczał, że najlepiej nie uciekać biegiem. Jeśli uciekasz i biegniesz, jako ofiara polegniesz.
Boczne ulice do tego stopnia były zapchane ludźmi, że Toby musiała robić uniki, by na nikogo nie wpaść. Miała na sobie rękawice chirurgiczne, kamizelkę kuloodporną z jedwabiu wytwarzanego przez pająka skrzyżowanego z kozą - zwędziła ją jakiś rok temu ochronie NowyTy - i czarny filtr na nos. Z ogrodowej szopy zabrała łopatę i łom - jeśli machnąć nimi zdecydowanie, mogły być śmiercionośnym orężem. W kieszeni miała buteleczkę sprayu do włosów "Blask Absolutny NowyTy", którym można było dotkliwie razić w oczy. Na zajęciach z minimalizacji rozlewu krwi w mieście Zeb nauczył ją wielu przydatnych rzeczy. Uczył, że przede wszystkim należy dążyć do zminimalizowania rozlewu własnej krwi.
Kierowała się na północny wschód, przecinając ekskluzywną dzielnicę Fernside, następnie Pudło, odznaczające się byle jak zbudowanymi małymi domami. Przemykała się najwęższymi zaułkami, tymi, które były słabo oświetlone i mniej zatłoczone. Minęło ją kilka osób zajętych własnymi sprawami. Gdy opodal zatrzymało się dwóch nastolatków chcących najwyraźniej podjąć próbę rabunku, Toby zaczęła kaszleć i wychrypiała: "Pomocy!", a wtedy dali nogę.
Około północy, skręciwszy kilkakrotnie w niewłaściwą ulicę - wszystkie drogi w Pudle były do siebie podobne - dotarła do dawnego domu rodziców. Nie paliło się w nim światło, brama garażu stała otwarta, okno frontowe było wybite, uznała więc, że jest pusty. Obecni właściciele albo byli martwi, albo przebywali gdzie indziej. To samo dotyczyło domu sąsiedniego, tego, przy którym zakopany był karabin.
Przystanęła na chwilę, by się uspokoić, wsłuchując się w pulsowanie krwi w głowie: tu-tusz! tu-tusz! Karabin albo tu nadal jest, albo go nie ma. Jeżeli jest, Toby zdobędzie karabin. Jeżeli go nie ma, Toby nie zdobędzie karabinu. Nie ma powodu do paniki.
Ukradkiem, niczym złodziej, otworzyła furtkę do ogródka sąsiadów. Ciemność i bezruch. Woń kwiatów nocnych, lilii i tytoniu mieszała się z zapachem czegoś, co płonęło kilka przecznic dalej. Widać było łunę pożaru. Znienacka w twarz Toby pacnęła ćma kudzu.
Wetknęła łom pod płytę, podważyła ją, ujęła za krawędź i odchyliła. Następnie drugą i trzecią. Trzy płyty. Zaczęła pracować łopatą.
Łomotanie serca. Jedno za drugim.
Jest.
"Nie płacz - powiedziała do siebie. - Rozedrzyj folię, bierz karabin, naboje i wiej stąd".
Powrót do NowyTy zabrał jej trzy dni - musiała omijać co gwałtowniejsze zamieszki. Na schodach wejściowych zobaczyła błotniste odciski stóp, ale do środka nikt się nie włamał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki