Rok Potopu - Margaret Atwood

Kup ebooka

43.99 zł
32.99 zł (30,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Święto Stwo­rze­nia Świata, Rok piąty

O Stwo­rze­niu i Na­zy­wa­niu Zwie­rzątMówi Adam Pierw­szy

Dro­dzy Przy­ja­ciele, Dro­gie Współ­two­rze­nia, Dro­gie Współ­s­saki!

W Święto Stwo­rze­nia Świata pięć lat temu nasz Ogród na Da­chu Edenc­liff byl spa­lo­nym słoń­cem pust­ko­wiem po­śród zgni­łych slum­sów i sie­dlisk wy­stępku. Te­raz jed­nak roz­kwitł ni­czym róża.

Po­kry­wa­jąc ta­kie bez­u­ży­teczne da­chy zie­le­nią, w drob­nej mie­rze przy­czy­niamy się do od­ku­pie­nia Bo­żego Dzieła Stwo­rze­nia z ota­cza­ją­cego nas roz­kładu i nie­uro­dzaju, a jed­no­cze­śnie mo­żemy ży­wić się nie­ska­żo­nym po­kar­mem. Nie­któ­rzy na­zwą nasz wy­si­łek da­rem­nym, lecz gdyby wszy­scy po­szli za na­szym przy­kła­dem - jaka zmiana do­ko­na­łaby się na na­szej dro­giej Pla­ne­cie! Przed nami jesz­cze ogrom cięż­kiej pracy, lecz nie lę­kaj­cie się, Przy­ja­ciele! - al­bo­wiem nie­ustra­sze­nie bę­dziemy po­dą­żać na­przód.

Cie­szę się, że wszy­scy przy­szli w ka­pe­lu­szach prze­ciw­sło­necz­nych.

Zwróćmy te­raz my­śli ku na­szemu co­rocz­nemu na­bo­żeń­stwu z oka­zji Święta Stwo­rze­nia Świata.

Czło­wie­cze Słowa Boga mó­wią o Dziele Stwo­rze­nia za po­śred­nic­twem po­jęć, które miały być zro­zu­miałe dla lu­dzi z od­le­głej prze­szło­ści. Nie ma tam mowy o ga­lak­ty­kach ani ge­nach, wy­ra­że­nia ta­kie wy­wo­ła­łyby bo­wiem wielki za­męt w ów­cze­snych umy­słach! Lecz czyż z tego po­wodu mamy za na­ukowy fakt uznać opo­wieść, że świat zo­stał stwo­rzony w ciągu sze­ściu dni, a dane ob­ser­wa­cyjne na­zwać bzdurą? Boga nie da się za­mknąć w wą­skich, do­słow­nych i ma­te­ria­li­stycz­nych in­ter­pre­ta­cjach ani mie­rzyć Go Ludzką miarą, al­bo­wiem Jego dni to eony, a ty­siąc wie­ków na­szego czasu to dla Niego je­den wie­czór. W od­róż­nie­niu od in­nych re­li­gii, my ni­gdy nie twier­dzi­li­śmy, że dla ja­kichś szczyt­nych ce­lów trzeba uczyć dzieci za­fał­szo­wa­nej geo­lo­gii.

Przy­po­mnij­cie so­bie, jak brzmi po­czą­tek owych Czło­wie­czych Słów Boga: Zie­mia jest bez­ła­dem i pust­ko­wiem, a Bóg sło­wem po­wo­łuje do ist­nie­nia Świa­tłość. Na­uka okre­śla ten mo­ment mia­nem "Wiel­kiego Bum!"[1], jakby to była sek­su­alna or­gia. W za­sa­dzie obie te re­la­cje są ze sobą zbieżne: Ciem­ność, a póź­niej w jed­nej chwili Świa­tłość. Nie ma jed­nak wąt­pli­wo­ści, że Stwo­rze­nie do­ko­nuje się nie­ustan­nie, bo czyż z każdą chwilą nie po­wstają nowe gwiazdy? Przy­ja­ciele, dni Boże nie na­stę­pują je­den po dru­gim, lecz bie­gną rów­no­le­gle do sie­bie, pierw­szy obok trze­ciego, czwarty obok szó­stego. Po­wiada się nam: "Stwa­rzasz je, gdy ślesz swego Du­cha i od­na­wiasz ob­li­cze Ziemi".

Po­wiada się nam rów­nież, że pią­tego dnia Bo­żego Dzieła Stwo­rze­nia wody wy­dały z sie­bie Istoty żywe, a dnia szó­stego su­chy ląd za­peł­nił się Zwie­rzę­tami, Drze­wami i in­nymi Ro­śli­nami. Wszyst­kie je Bóg po­bło­go­sła­wił i wszyst­kim po­le­cił się mno­żyć. Na końcu zo­stał stwo­rzony Adam, czyli Ludz­kość. We­dług Na­uki to wła­śnie w ta­kiej ko­lej­no­ści na pla­ne­cie po­ja­wiły się ga­tunki: Czło­wiek na sa­mym końcu. Mniej wię­cej w ta­kiej wła­śnie ko­lej­no­ści, a w każ­dym ra­zie w dość po­dob­nej.

Co dzieje się da­lej? Bóg przy­pro­wa­dza Zwie­rzęta przed Czło­wieka, "aby zo­ba­czyć, jak je na­zwie". Dla­czego Bóg już wtedy nie wie­dział, ja­kie na­zwy wy­bie­rze Adam? Je­dyna sen­sowna od­po­wiedź jest taka, że Bóg dał Ada­mowi wolną wolę i dla­tego Adam może zro­bić coś, czego sam Bóg nie po­trafi z góry prze­wi­dzieć. Po­my­śl­cie o tym, kiedy na­stęp­nym ra­zem od­czu­je­cie po­kusę mię­so­żer­stwa lub ma­te­rial­nego do­statku! Na­wet Bóg cza­sem nie wie, co za­mier­za­cie uczy­nić!

Aby ze­brać wszyst­kie Zwie­rzęta, Bóg mu­siał do nich prze­mó­wić. W ja­kim ję­zyku to uczy­nił? Moi Dro­dzy, to nie był he­braj­ski. Nie była to ła­cina ani greka, ani ję­zyk an­giel­ski, ani fran­cu­ski, ani hisz­pań­ski, ani arab­ski, ani chiń­ski. Nie. Bóg zwo­łał Zwie­rzęta w ich wła­snych ję­zy­kach. Do Re­ni­fera mó­wił po re­ni­fe­rzemu, do Pa­jąka po pa­ję­czemu, do Sło­nia w ję­zyku sło­nio­wym, do Pchły w ję­zyku pchlim. Do Sto­nogi prze­ma­wiał po sto­no­żemu, do Mrówki po mrów­czemu. Tak to mu­siało wy­glą­dać.

A co się ty­czy sa­mego Adama, Na­zwy, które nadał on Zwie­rzę­tom, były pierw­szymi wy­po­wie­dzia­nymi prze­zeń sło­wami, za­cząt­kiem Ludz­kiej mowy. W tym mo­men­cie o ko­smicz­nym zna­cze­niu Adam się­gnął po swą Czło­wie­czą du­szę. Dla nas wy­po­wie­dze­nie Imie­nia jest po­zdro­wie­niem, przy­bli­że­niem in­nego ku so­bie. Wy­obraźmy so­bie Adama, który czule i ra­do­śnie wy­wo­łuje Na­zwy Zwie­rząt, jak gdyby mó­wił: Tu je­steś, moje naj­droż­sze! Wi­taj! Tak więc pierw­sze ze­tknię­cie Adama ze Zwie­rzę­tami na­zna­czone było czu­ło­ścią, mi­ło­ścią i bli­sko­ścią, al­bo­wiem przed swym upad­kiem Czło­wiek nie był mię­so­żercą. Zwie­rzęta wie­działy o tym i nie ucie­kały przed nim. Tak za­pewne wy­glą­dał ów nie­po­wta­rzalny Dzień: prze­peł­nione po­ko­jem zgro­ma­dze­nie, w któ­rym Czło­wiek oto­czył mi­ło­ścią wszyst­kie żywe Istoty na Ziemi.

Ileż od tam­tego czasu utra­ci­li­śmy, Dro­gie Współ­s­saki, Dro­dzy Współ­śmier­tel­nicy! Ileż świa­do­mie znisz­czy­li­śmy! Ileż mu­simy przy­wró­cić do ist­nie­nia, rów­nież w nas sa­mych!

Przy­ja­ciele, czas Na­zy­wa­nia jesz­cze się nie za­koń­czył. Być może, mie­rząc Bożą miarą, wciąż jesz­cze mamy dzień szó­sty. W ra­mach Me­dy­ta­cji wy­obraź­cie so­bie, że do­świad­cza­cie pełni spo­koju w owej ko­ją­cej chwili. Wy­cią­gnij­cie ręce ku tym ła­god­nym oczom, które pa­trzą na was z taką uf­no­ścią - uf­no­ścią nie­zbru­kaną roz­le­wem krwi, chci­wo­ścią, py­chą, po­gardą.

Wy­po­wiedz­cie ich Na­zwy.

Za­śpie­wajmy.

3

Rok dwu­dzie­sty piąty

Toby. Dzień Po­do­karpa

Świta. Jest prze­łom nocy i dnia. Toby od­mie­nia słowo na różne spo­soby: prze­łom, prze­ła­mać, prze­ła­many. Co prze­ła­muje się o świ­cie? Noc? Czy może słońce, roz­cięte ho­ry­zon­tem na dwie po­łówki ni­czym jajko, z któ­rego wy­cieka świa­tłość?

Toby pod­nosi lor­netkę do oczu. Drzewa wy­glą­dają nie­win­nie jak za­wsze, ale Toby ma wra­że­nie, że jest ob­ser­wo­wana, jak gdyby jej obec­ność wy­czu­wały na­wet mar­twe ka­mie­nie i pnie i nie ży­czyły jej do­brze.

Ta­kie są efekty prze­by­wa­nia w sa­mot­no­ści. Za­zna­jo­miła się z nimi pod­czas Czu­wań i Re­ko­lek­cji u Bo­żych Ogrod­ni­ków. Fa­lu­jący po­ma­rań­czowy trój­kąt, ga­da­jące świersz­cze, drga­jące ko­lumny ro­ślin­no­ści, oczy wśród li­ści. Jak jed­nak od­róż­nić mi­raż od rze­czy­wi­sto­ści?

Słońce, mniej­sze, lecz sil­niej przy­grze­wa­jące, stoi już w ze­ni­cie. Toby scho­dzi z da­chu, odziewa się w swój ró­żowy kom­bi­ne­zon, spry­skuje się od­stra­sza­ją­cym owady Su­perD i po­pra­wia ró­żowy prze­ciw­sło­neczny ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Od­blo­ko­wuje drzwi wej­ściowe i wy­cho­dzi za­jąć się ogro­dem. Nie­gdyś upra­wiano tu eko­lo­giczne sa­łatki dla klien­tek, które spo­ży­wały je w na­le­żą­cym do ośrodka barku. Spe­cjal­nie dla nich ro­sły tu gar­ni­runki, eg­zo­tyczne kom­po­zyty ja­rzyn i her­batki zio­łowe. Nad głową zwie­sza się siatka chro­niąca przed pta­kami. Dru­ciane ogro­dze­nie ma utrud­nić za­da­nie zie­lo­nym kró­li­kom, ko­try­siom i szo­punk­som, które chcia­łyby prze­do­stać się tu z Parku. Przed Po­to­pem nie były zbyt liczne, te­raz mnożą się jed­nak w za­dzi­wia­jąco szyb­kim tem­pie.

Toby po­kłada w tym ogro­dzie na­dzieje, wy­czer­puje się bo­wiem za­war­tość jej ma­ga­zynu. W ciągu lat zgro­ma­dziła za­pasy, które jej zda­niem po­winny wy­star­czyć w po­dob­nej sy­tu­acji - lecz prze­li­czyła się i oto koń­czą się wiórki so­jowe i soj­dynki. Na szczę­ście w ogro­dzie wszystko jest jak na­leży: ko­ko­rzyca do­staje strą­ków, za­kwi­tły bó­ba­nany, krzaki po­li­rzecz­kowe okryły się brą­zo­wymi gron­kami róż­nych kształ­tów i wiel­ko­ści. Toby zrywa nieco szpi­naku, strąca z niego opa­li­zu­jące zie­lone żuczki i je roz­dep­tuje. Po­czuw­szy wy­rzut su­mie­nia, kciu­kiem wy­ci­ska dla nich grób w ziemi i wy­po­wiada prośbę o oswo­bo­dze­nie du­szy i prze­ba­cze­nie. Nikt wpraw­dzie na nią nie pa­trzy, lecz głę­boko wpo­jo­nych na­wy­ków nie­ła­two się po­zbyć.

Trans­lo­kuje parę śli­ma­ków, wy­rywa kilka chwa­stów. Por­tu­lakę zo­sta­wia, kie­dyś bę­dzie można ugo­to­wać ją na pa­rze. Na mło­dej naci mar­chwi znaj­duje dwie ja­sno­błę­kitne gą­sie­nice ciem ku­dzu. Wy­ge­ne­ro­wano je po to, by w spo­sób bio­lo­giczny ogra­ni­czyć ple­niące się pną­cza ku­dzu, ale naj­wy­raź­niej ogro­dowe wa­rzywa sma­kują im le­piej. Pro­jek­tant ciem dla żartu - w pierw­szych la­tach sto­so­wa­nia kom­po­zy­cji ge­nów było to dość czę­ste - umie­ścił im na łeb­kach dzie­cięce twa­rzyczki z wiel­kimi oczami i ra­do­snym uśmie­chem, przez co trud­niej było je za­bi­jać. Toby ściąga je z mar­chwi - ich żu­chwy po­ni­żej ma­sek słod­kich dzie­cią­tek nie prze­ry­wają łap­czy­wego żu­cia - roz­wiera siatkę na zło­że­niu i wy­rzuca je poza ogro­dze­nie. Na pewno przyjdą tu z po­wro­tem.

Wra­ca­jąc do bu­dynku, Toby znaj­duje przy ścieżce ogon psa, zdaje się se­tera ir­landz­kiego. Długa sierść upstrzona jest rze­pami i ga­łąz­kami. Pew­nie zgu­bił go ja­kiś sęp, one bez prze­rwy coś gu­bią. Toby stara się nie my­śleć o in­nych rze­czach, które sępy gu­biły przez pierw­sze ty­go­dnie po Po­to­pie. Naj­gor­sze były palce od rąk.

Jej dło­nie stały się grub­sze, sztywne i bru­natne jak ko­rze­nie.

Za dużo ko­pie w ziemi.

4

Rok dwu­dzie­sty piąty

Dzień Świę­tego Ba­shira Alo­use'a

Ką­piel bie­rze wcze­snym ran­kiem, gdy słońce nie grzeje zbyt mocno. Na da­chu trzyma wia­dra i mi­ski, do któ­rych zbiera desz­czówkę z po­po­łu­dnio­wych burz. Spa ma wła­sną stud­nię, lecz od kiedy wy­sia­dło za­si­la­nie sło­neczne, nie dzia­łają pompy. Pra­nie rów­nież robi na da­chu, rze­czy su­szy roz­ło­żone na ław­kach. Brudną wodą spłu­kuje to­a­letę.

Na­my­dla się - zo­stało jesz­cze mnó­stwo ró­żo­wego my­dła - i szo­ruje gąbką. Zmniej­sza mi się ciało, my­śli. Marsz­czę się. I kur­czę. Tylko pa­trzeć, jak zo­sta­nie ze mnie skórka przy pa­znok­ciu. Tak na­prawdę za­wsze była ra­czej chuda: "To­bia­tho - za­zdro­ściły jej ko­biety - chcia­ła­bym mieć taką fi­gurę jak ty!".

Wy­ciera się, wkłada ró­żowy far­tuch z na­pi­sem "Me­lody". Te­raz, gdy nie ma już kto czy­tać ety­kie­tek, nie ma sensu się nimi przej­mo­wać, więc za­częła no­sić far­tu­chy in­nych: Anity, Qu­in­tany, Ren, Car­mel, Sym­phony. Dziew­czyn, które były ta­kie we­sołe, ta­kie pełne na­dziei. Z wy­jąt­kiem Ren. Ren była smutna. Ale Ren ode­szła wcze­śniej.

Gdy za­częły się te pro­blemy, ode­szły wszyst­kie. Wró­ciły do do­mów, żeby być z bli­skimi. Wie­rzyły, że mi­łość je ocali. "Idź­cie - po­wie­działa im Toby - ja po­za­my­kam". I po­za­my­kała, zo­sta­jąc w środku.

Myje swoje dłu­gie ciemne włosy, które upina póź­niej w mo­kry kok. Ko­niecz­nie musi je skró­cić, są gę­ste i przez to jej za go­rąco. Na do­da­tek śmier­dzą jak ba­ra­nina.

Gdy su­szy włosy, sły­szy dziwny od­głos. Ostroż­nie pod­cho­dzi do obie­ga­ją­cej dach ba­lu­strady. Wo­kół ba­senu ryją trzy ogromne świ­nie - dwie lo­chy i knur. Świa­tło po­ranka oświe­tla ich krą­głe si­no­ró­żowe ka­dłuby, błysz­czące jak ciała za­pa­śni­ków. Są zbyt duże i pulchne, by były nor­malne. Wi­działa już ta­kie świ­nie na łące, ale tak bli­sko ni­gdy nie pod­cho­dziły. Pew­nie ucie­kły z ja­kiejś ho­dowli do­świad­czal­nej.

Sta­nęły przy płyt­szym końcu ba­senu, ga­pią się weń jakby w za­my­śle­niu, po­trzą­sa­jąc ry­jami. Być może wie­trzą mar­twego szo­punksa uno­szą­cego się na po­wierzchni po­kry­tej szu­mo­winą wody. Będą pró­bo­wały go wy­ło­wić? Po­chrzą­kują mię­dzy sobą, po­tem się wy­co­fują. Wi­docz­nie uznały, że na­wet na ich gust szo­punks za bar­dzo się już roz­ło­żył. Za­trzy­mują się, by po raz ostatni wcią­gnąć za­pach, i truch­ta­jąc, zni­kają za za­ło­mem bu­dynku.

Toby śle­dzi je, idąc wzdłuż ba­lu­strady. Na­tra­fiły na płot ota­cza­jący ogród, za­glą­dają do środka. Jedna ze świń za­czyna ryć. Chcą prze­ko­pać się do­łem.

- Wy­no­cha mi stąd! - woła do nich. Pa­trzą na nią z lek­ce­wa­że­niem.

Toby rzuca się ku scho­dom. Zbiega co sił w no­gach, uwa­ża­jąc, by się nie po­śli­zgnąć. Idiotka! Nie po­winna się ni­g­dzie ru­szać bez ka­ra­binu. Wy­ciąga go spod łóżka, pę­dzi z po­wro­tem na dach. Bie­rze na cel jedną ze świń. To knur. Ła­two tra­fić, usta­wił się bo­kiem, ale Toby się waha. To Stwo­rze­nia Boże. Adam Pierw­szy mó­wił: "Ni­gdy nie za­bi­jaj bez słusz­nego po­wodu".

- Ostrze­gam! - wrzesz­czy Toby. O dziwo, świ­nie jakby ją ro­zu­miały. Pew­nie wi­działy już broń, mio­tacz albo pa­ra­li­za­tor. Wy­daw­szy kwik prze­ra­że­nia, od­wra­cają się i rzu­cają do ucieczki.

Gdy prze­bie­gły ćwierć dłu­go­ści łąki, Toby zdała so­bie sprawę, że kie­dyś wrócą. Prze­ko­pią się w nocy i w mig zryją jej ogród tak, że nic z niego nie zo­sta­nie. A to bę­dzie ozna­czać, że znik­nie źró­dło za­opa­trze­nia w żyw­ność. Musi je za­strze­lić, to obrona ko­nieczna. Wy­pala raz. Pu­dłuje. Pró­buje po­now­nie. Pada knur. Sa­mice nie prze­ry­wają ucieczki. Do­piero gdy do­bie­gają do skraju lasu, od­wra­cają się i spo­glą­dają. W końcu wta­piają się w gąszcz i zni­kają.

Toby trzęsą się ręce. Zga­si­łaś ży­cie, mówi do sie­bie. Po­stą­pi­łaś nie­roz­waż­nie pod wpły­wem gniewu. Po­win­naś się czuć winna. Mimo to za­sta­na­wia się, czy nie wziąć ku­chen­nego noża i pójść ode­rżnąć szynkę. Po przy­łą­cze­niu się do Ogrod­ni­ków zło­żyła Śluby We­gań­skie, ale w tej chwili per­spek­tywa ka­napki z be­ko­nem to silna po­kusa. Po­wstrzy­muje się jed­nak: białko zwie­rzęce jest wyj­ściem osta­tecz­nym.

Szepce zwy­cza­jową for­mułkę Ogrod­ni­czych prze­pro­sin, choć nie czuje się skru­szona. Nie dość skru­szona.

Po­winna po­ćwi­czyć strze­la­nie do celu. Mie­rzyła, spu­dło­wała; po­zwo­liła uciec ma­cio­rom - nie­zdara.

Przez ostat­nie ty­go­dnie nie za­wra­cała so­bie głowy ka­ra­bi­nem. Te­raz jed­nak obie­cuje so­bie, że bę­dzie go tar­gać ze sobą wszę­dzie, na­wet do ką­pieli na dach, na­wet do to­a­lety. I do ogrodu - zwłasz­cza do ogrodu. Świ­nie są in­te­li­gentne, za­pa­mię­tają ją, nie prze­pusz­czą jej. Czy wy­cho­dząc, po­winna za­my­kać drzwi na klucz? A je­śli do bu­dynku bę­dzie trzeba wra­cać bie­giem? Jed­nakże je­śli zo­stawi drzwi otwarte i pój­dzie pra­co­wać w ogro­dzie, ktoś lub coś może się przez nie wśli­zgnąć i cze­kać na nią w środku.

Musi brać pod uwagę każdą moż­li­wość. "Ara­ratu, któ­rego mur nie gro­dzi, Ara­ra­tem zwać się nie go­dzi - jak chęt­nie śpie­wali Ogrod­nicy. - Mur nie­zdatny do obrony ru­nie, nim bę­dzie ukoń­czony". Ogrod­nicy uwiel­biali po­ucza­jące ry­mo­wanki.

5

Toby wy­brała się po ka­ra­bin kilka dni po po­ja­wie­niu się pierw­szych ognisk. Było to w nocy po tym, gdy dziew­czyny, zrzu­ciw­szy ró­żowe far­tu­chy, ucie­kły z No­wyTy.

To nie była zwy­czajna pan­de­mia, da­jąca się opa­no­wać po pa­ru­set ty­sią­cach zgo­nów i zli­kwi­do­wać za po­mocą bio­na­rzę­dzi i środ­ków de­zyn­fe­ku­ją­cych. To był Bez­wodny Po­top, przed któ­rym ty­le­kroć prze­strze­gali Ogrod­nicy. Po­twier­dzały to wszyst­kie oznaki: roz­prze­strze­niał się z wia­trem jak na skrzy­dłach, prze­pa­lał mia­sta ni­czym ogień, po­zo­sta­wiał po so­bie tłumy za­in­fe­ko­wa­nych, prze­ra­że­nie i jatki. W co­raz to no­wych miej­scach ga­sły świa­tła, co­raz trud­niej było o ja­kie­kol­wiek wia­do­mo­ści: sieci ule­gały awa­riom, bo wy­mie­rały ob­słu­gu­jące je za­łogi. Wszystko wska­zy­wało na to­talną ka­ta­strofę, dla­tego Toby po­trze­bo­wała ka­ra­binu - któ­rego po­sia­da­nie było za­bro­nione. Jesz­cze ty­dzień wcze­śniej ktoś zła­pany z taką bro­nią po­niósłby tra­giczne kon­se­kwen­cje, te­raz jed­nak prze­pisy były bez zna­cze­nia.

Wy­prawa wią­zała się ze spo­rym ry­zy­kiem. Bę­dzie mu­siała przejść pie­szo do swo­jej daw­nej pleb­so­po­lii - ko­mu­ni­ka­cja nie bę­dzie dzia­łać - i od­na­leźć szpetny dwu­po­zio­mowy do­mek, który przez krótki czas na­le­żał do jej ro­dzi­ców. Wtedy bę­dzie trzeba wy­ko­pać ka­ra­bin, li­cząc na to, że nikt jej przy tym nie zo­ba­czy.

Samo prze­by­cie drogi nie po­winno spra­wić jej pro­blemu, na­dal była w for­mie. Pro­ble­mem będą lu­dzie. We­dług wia­do­mo­ści, które z prze­rwami do­cie­rały do niej przez te­le­fon, wszę­dzie wy­bu­chały za­mieszki.

Wy­szła z bu­dynku spa o zmierz­chu, za­my­ka­jąc za sobą drzwi na klucz. Prze­ciąw­szy roz­le­gły traw­nik, skie­ro­wała się ku bra­mie pół­noc­nej. Szła le­śną ścieżką, którą nie­gdyś klientki cha­dzały na spa­cery w cie­niu. Tu nie była za­nadto wi­doczna, choć przy dróżce na­dal świe­ciło się parę lam­pek. Nie tra­fiła na ni­kogo. Tylko zie­lony kró­lik po­ki­cał mię­dzy krzewy, a drogę prze­ciął jej ko­tryś spo­glą­da­jący na nią peł­ga­ją­cymi oczami.

Brama wjaz­dowa była uchy­lona. Prze­ci­snęła się przez nią nie­pew­nie, oba­wia­jąc się za­gro­że­nia. Ru­szyła przez Park Dzie­dzic­twa. Po­je­dyn­czo i w gru­pach mi­jali ją spie­szący się lu­dzie, któ­rzy chcieli wy­do­stać się z mia­sta, w na­dziei że uda im się przejść przez mo­loch pleb­so­po­lii i schro­nić na wsi. Toby po­sły­szała ka­szel, kwi­le­nie dziecka. Nie­mal po­tknęła się o ko­goś le­żą­cego na ziemi.

Nim do­tarła na skraj Parku, zro­biło się ciemno choć oko wy­kol. Szła od drzewa do drzewa, nie wy­chy­la­jąc się z mroku. Na bul­wa­rze tło­czyły się sa­mo­chody, cię­ża­rówki, mo­to­cy­kle so­larne i au­to­busy, któ­rych kie­rowcy trą­bili i wrzesz­czeli bez ustanku. Nie­które po­jazdy le­żały wy­wró­cone i pło­nęły. W skle­pach na do­bre szło plą­dro­wa­nie. Próżno było szu­kać lu­dzi z Kor­pu­SO­Korpu. Pew­nie ra­tu­jąc wła­sną skórę, ulot­nili się pierwsi i schro­nili w szczel­nie od­gro­dzo­nych twier­dzach Kor­po­ra­cji, gdzie - jak miała na­dzieję - za­nie­śli śmier­tel­nego wi­rusa.

Gdzieś roz­le­gły się strzały. A więc lu­dzie już roz­ko­pali ogródki, po­my­ślała Toby. Nie ona jedna miała ka­ra­bin.

Na końcu ulicy stała ba­ry­kada z cia­sno usta­wio­nych sa­mo­cho­dów, która miała też swo­ich obroń­ców, nie wia­domo w co uzbro­jo­nych. O ile Toby była w sta­nie do­strzec, wy­glą­dało to jak me­ta­lowe rurki. Roz­wście­czony tłum wrzesz­czał w ich kie­runku, mio­ta­jąc ce­gły i ka­mie­nie: lu­dzie chcieli przejść, chcieli uciec z mia­sta. Czego chciała za­łoga ba­ry­kady? Za­pewne chciała plą­dro­wać i gwał­cić, chciała pie­nię­dzy i in­nych bez­u­ży­tecz­nych rze­czy.

Adam Pierw­szy mó­wił, że gdy ude­rzy Bez­wodny Po­top, lu­dzie będą pró­bo­wali ra­to­wać się przed uto­nię­ciem. Będą się chwy­tać ostat­niej de­ski ra­tunku. Przy­ja­ciele, strzeż­cie się, by­ście nie byli tą de­ską, bo je­śli się was chwycą lub choćby do­tkną, wy rów­nież uto­nie­cie!

Toby od­da­liła się od ba­ry­kady. Bę­dzie mu­siała ją okrą­żyć. Wy­co­fała się w mrok, prze­kra­da­jąc się za li­sto­wiem, idąc obrze­żami Parku. Do­tarła do otwar­tej prze­strzeni, gdzie Ogrod­nicy urzą­dzali swoje targi i gdzie stał gli­niany do­mek, w któ­rym nie­gdyś ba­wiły się dzieci. Ukryła się za nim, cze­ka­jąc, aż coś od­wróci uwagę in­nych. Wkrótce zda­rzyła się ja­kaś ko­li­zja, za­raz póź­niej dał się sły­szeć wy­buch i ko­rzy­sta­jąc z tego, że wszyst­kie głowy były zwró­cone w tam­tym kie­runku, po­wo­lutku prze­szła przez za­porę. Zeb na­uczał, że naj­le­piej nie ucie­kać bie­giem. Je­śli ucie­kasz i bie­gniesz, jako ofiara po­le­gniesz.

Boczne ulice do tego stop­nia były za­pchane ludźmi, że Toby mu­siała ro­bić uniki, by na ni­kogo nie wpaść. Miała na so­bie rę­ka­wice chi­rur­giczne, ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną z je­dwa­biu wy­twa­rza­nego przez pa­jąka skrzy­żo­wa­nego z kozą - zwę­dziła ją ja­kiś rok temu ochro­nie No­wyTy - i czarny filtr na nos. Z ogro­do­wej szopy za­brała ło­patę i łom - je­śli mach­nąć nimi zde­cy­do­wa­nie, mo­gły być śmier­cio­no­śnym orę­żem. W kie­szeni miała bu­te­leczkę sprayu do wło­sów "Blask Ab­so­lutny No­wyTy", któ­rym można było do­tkli­wie ra­zić w oczy. Na za­ję­ciach z mi­ni­ma­li­za­cji roz­lewu krwi w mie­ście Zeb na­uczył ją wielu przy­dat­nych rze­czy. Uczył, że przede wszyst­kim na­leży dą­żyć do zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia roz­lewu wła­snej krwi.

Kie­ro­wała się na pół­nocny wschód, prze­ci­na­jąc eks­klu­zywną dziel­nicę Fern­side, na­stęp­nie Pu­dło, od­zna­cza­jące się byle jak zbu­do­wa­nymi ma­łymi do­mami. Prze­my­kała się naj­węż­szymi za­uł­kami, tymi, które były słabo oświe­tlone i mniej za­tło­czone. Mi­nęło ją kilka osób za­ję­tych wła­snymi spra­wami. Gdy opo­dal za­trzy­mało się dwóch na­sto­lat­ków chcą­cych naj­wy­raź­niej pod­jąć próbę ra­bunku, Toby za­częła kasz­leć i wy­chry­piała: "Po­mocy!", a wtedy dali nogę.

Około pół­nocy, skrę­ciw­szy kil­ka­krot­nie w nie­wła­ściwą ulicę - wszyst­kie drogi w Pu­dle były do sie­bie po­dobne - do­tarła do daw­nego domu ro­dzi­ców. Nie pa­liło się w nim świa­tło, brama ga­rażu stała otwarta, okno fron­towe było wy­bite, uznała więc, że jest pu­sty. Obecni wła­ści­ciele albo byli mar­twi, albo prze­by­wali gdzie in­dziej. To samo do­ty­czyło domu są­sied­niego, tego, przy któ­rym za­ko­pany był ka­ra­bin.

Przy­sta­nęła na chwilę, by się uspo­koić, wsłu­chu­jąc się w pul­so­wa­nie krwi w gło­wie: tu-tusz! tu-tusz! Ka­ra­bin albo tu na­dal jest, albo go nie ma. Je­żeli jest, Toby zdo­bę­dzie ka­ra­bin. Je­żeli go nie ma, Toby nie zdo­bę­dzie ka­ra­binu. Nie ma po­wodu do pa­niki.

Ukrad­kiem, ni­czym zło­dziej, otwo­rzyła furtkę do ogródka są­sia­dów. Ciem­ność i bez­ruch. Woń kwia­tów noc­nych, li­lii i ty­to­niu mie­szała się z za­pa­chem cze­goś, co pło­nęło kilka prze­cznic da­lej. Wi­dać było łunę po­żaru. Znie­nacka w twarz Toby pac­nęła ćma ku­dzu.

We­tknęła łom pod płytę, pod­wa­żyła ją, ujęła za kra­wędź i od­chy­liła. Na­stęp­nie drugą i trze­cią. Trzy płyty. Za­częła pra­co­wać ło­patą.

Ło­mo­ta­nie serca. Jedno za dru­gim.

Jest.

"Nie płacz - po­wie­działa do sie­bie. - Ro­ze­drzyj fo­lię, bierz ka­ra­bin, na­boje i wiej stąd".

Po­wrót do No­wyTy za­brał jej trzy dni - mu­siała omi­jać co gwał­tow­niej­sze za­mieszki. Na scho­dach wej­ścio­wych zo­ba­czyła błot­ni­ste od­ci­ski stóp, ale do środka nikt się nie wła­mał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Rok dwu­dzie­sty piąty, Rok Po­topu

Ren

Strzeż się słów. Uwa­żaj, co pi­szesz. Nie po­zo­sta­wiaj po so­bie śla­dów.

Tak uczyli nas Ogrod­nicy, kiedy miesz­ka­łam z nimi jako dziecko. Mó­wili, że po­win­ni­śmy po­le­gać na pa­mięci, bo nic, co za­pi­sane, nie jest wia­ry­godne. Duch prze­cho­dzi z ust do ust, nie z rze­czy do rze­czy. Książki można spa­lić, pa­pier kru­szeje, kom­pu­tery można znisz­czyć. Tylko Duch żyje wiecz­nie, a Duch nie jest rze­czą.

Pi­smo, jak mó­wili Ada­mo­wie i Ewy, jest nie­bez­pieczne, bo po nim pi­szą­cego mogą wy­śle­dzić wro­go­wie, mogą go wy­tro­pić i ska­zać na pod­sta­wie jego słów.

Te­raz jed­nak, gdy przez świat prze­to­czył się Bez­wodny Po­top, co­kol­wiek na­pi­szę, nie może mi za­gro­zić, bo ci, co mo­gliby użyć tego prze­ciwko mnie, naj­praw­do­po­dob­niej nie żyją. Mogę pi­sać, co mi się po­doba.

Kredką do brwi na ścia­nie obok lu­stra pi­szę swoje imię, "Ren". Pi­sa­łam je wiele razy, "Ren­ren­ren", jak pieśń. Kiedy za długo jest się sa­mym, można za­po­mnieć, kim się jest. Tak po­wie­działa mi Amanda.

Nie mogę wyj­rzeć przez okno, bo jest z luks­fe­rów. Nie mogę wyjść na dwór, bo drzwi są za­mknięte od ze­wnątrz. Ale do­póki nie wy­sią­dzie ba­te­ria sło­neczna, mam jesz­cze po­wie­trze i wodę. Mam jesz­cze co jeść.

Mia­łam szczę­ście. Mia­łam na­prawdę nie­sa­mo­wite szczę­ście. Amanda za­wsze mó­wiła: "Pa­mię­taj o szczę­ściu, które cię spo­tkało". Tak też ro­bię. Mia­łam szczę­ście mię­dzy in­nymi dla­tego, że kiedy za­czął się Po­top, pra­co­wa­łam tu­taj, w Łu­skach. A jesz­cze więk­szym szczę­ściem było to, że zna­la­złam się w bez­piecz­nym miej­scu, bo za­mknęli mnie w Śli­skiej Stre­fie. Pękł mi cia­ło­chron z bio­filmu - jed­nego klienta po­nio­sło i ugryzł mnie tak, że prze­bił się przez zie­lone ce­kiny - zro­bili mi więc test i cze­ka­łam na wy­niki. To nie było pęk­nię­cie na mo­kro, ta­kie z wy­dzie­li­nami i bło­nami. Zwy­kłe su­che pęk­nię­cie pod łok­ciem, więc ni­czym się nie przej­mo­wa­łam. Ale w Łu­skach spraw­dzali wszystko. Dbali o swoją re­pu­ta­cję, bo w kwe­stii czy­sto­ści by­ły­śmy znane jako naj­przy­zwo­it­sze z nie­przy­zwo­itych dziew­czy­nek w mie­ście.

Je­śli dziew­czyna miała ta­lent, do­sta­wała w Łu­skach i Ogo­nach do­brą opiekę. Były tu do­bre je­dze­nie, le­karz, je­śli za­szła po­trzeba, i ogromne na­piwki, gdyż do Łu­sek przy­cho­dzili męż­czyźni z naj­po­tęż­niej­szych Kor­po­ra­cji. Klub był do­brze za­rzą­dzany, choć jak wszyst­kie inne znaj­do­wał się w do­syć za­ka­za­nej oko­licy. Cho­dziło o image. Jak ma­wiał Mor­dis, szem­rany kli­mat służy temu in­te­re­sowi, bo bez cze­goś ostrzej­szego, cze­goś krzy­kli­wego albo spro­śnego, bez odro­biny ob­le­śno­ści cóż róż­ni­łoby nas od prze­cięt­nego pro­duktu, jaki każdy fa­cet może do­stać w domu, z kre­mem do twa­rzy i bia­łymi majt­kami z ba­wełny?

Mor­dis wy­ra­żał się bez ozdob­ni­ków. Był w branży od dziecka, a kiedy zde­le­ga­li­zo­wano strę­czy­ciel­stwo i szu­ka­nie klienta na ulicy - rze­komo w tro­sce o zdro­wie pu­bliczne i bez­pie­czeń­stwo ko­biet - i wszystko pod­pięto pod Ero­Targ kon­tro­lo­wany przez Kor­pu­SO­Korp, dzięki do­świad­cze­niu awan­so­wał. "Wszystko za­leży od tego, ja­kich zna się lu­dzi - mó­wił - i co się o nich wie". Zwy­kle póź­niej wy­szcze­rzał się i kle­pał nas po tyłku. Ale to były tylko przy­ja­ciel­skie klep­nię­cia. Ni­gdy nie brał od nas gra­ti­sów. Miał za­sady.

Był ży­la­stym fa­ce­tem z wy­go­loną głową i czar­nymi, błysz­czą­cymi, ru­chli­wymi oczami, po­dob­nymi do mrów­czych łeb­ków. Do­póki wszystko było okej, był wy­lu­zo­wany. Ale gdy klient sta­wał się na­chalny, za­wsze się za nami wsta­wiał. "Nie po­zwolę krzyw­dzić mo­ich naj­lep­szych dziew­czyn" - mó­wił. Trak­to­wał to jako punkt ho­noru.

Nie lu­bił też mar­no­traw­stwa. Mó­wił, że je­ste­śmy dro­go­cen­nym skar­bem, śmie­tanką to­wa­rzy­stwa. Od kiedy wszystko pod­łą­czono pod Ero­Targ, każdy, kto zo­stał poza sys­te­mem, nie tylko ła­mał prawo, lecz był także po­śmie­wi­skiem - jak te kilka wy­nisz­czo­nych, cho­rych sta­ruch, które włó­czyły się ale­jami, wprost że­brząc. Ża­den męż­czy­zna, któ­remu zo­stała choćby odro­bina mó­zgu, na­wet by do nich nie pod­szedł. My, dziew­czyny z Łu­sek, mó­wi­ły­śmy na nie "nie­bez­pieczne od­pady". Nie po­win­ny­śmy były tak nimi gar­dzić, na­le­żało im ra­czej współ­czuć. Jed­nak żeby umieć współ­czuć, trzeba się na­pra­co­wać, a my by­ły­śmy jesz­cze młode.

Tam­tej nocy, kiedy ude­rzył Bez­wodny Po­top, cze­ka­łam na wy­niki te­stu. Dziew­czyny w sy­tu­acji ta­kiej jak moja przez parę ty­go­dni trzy­mano pod klu­czem w Śli­skiej Stre­fie, gdyż ist­niało po­dej­rze­nie, że mo­gły zła­pać coś za­raź­li­wego. Je­dze­nie do­star­czano przez szczel­nie izo­lo­wane po­daj­niki, a oprócz tego była jesz­cze mi­ni­lo­dówka z prze­ką­skami. Płyny, przy­cho­dzące i wy­cho­dzące, fil­tro­wano. Było tam wszystko, co po­trzebne, ale do­skwie­rała mi nuda. Mia­łam do dys­po­zy­cji przy­rządy gim­na­styczne i bar­dzo czę­sto na nich ćwi­czy­łam, wszak tan­cerka tra­pe­zowa nie po­winna wyjść z wprawy.

Można też było oglą­dać te­le­wi­zję, stare filmy, słu­chać wła­snej mu­zyki, roz­ma­wiać przez te­le­fon albo od­wie­dzać inne po­koje w Łu­skach na ekra­nie in­ter­komu. Cza­sami, kiedy wy­ko­ny­wa­ły­śmy nu­mer z bzy­kan­kiem, pusz­cza­ły­śmy oko do ka­mer w sa­mym środku po­ję­ki­wań, żeby do­dać otu­chy tym, które sie­działy w Śli­skiej Stre­fie. Wie­dzia­ły­śmy, że w wę­żo­wej skó­rze i w pió­rach pod su­fi­tem ukryte są ka­mery. W Łu­skach wszy­scy by­li­śmy jedną wielką ro­dziną i Mor­dis ży­czył so­bie, żeby na­wet gdy któ­raś tra­fiała do Śli­skiej Strefy, za­cho­wy­wała się tak, jakby wciąż we wszyst­kim brała udział.

Dzięki Mor­di­sowi czu­łam się bez­pieczna. Wie­dzia­łam, że je­śli znajdę się w po­waż­nych ta­ra­pa­tach, mogę na niego li­czyć. W moim ży­ciu było tylko kil­koro ta­kich lu­dzi: Amanda - przez więk­szość czasu, Zeb - cza­sami. I Toby. Nie są­dzi­łam, że będę wy­mie­niać po­śród nich Toby, która była tak ostra i su­rowa. Jed­nak kiedy czło­wiek to­nie, nie po­wi­nien się chwy­tać cze­goś, co mięk­kie i roz­mam­łane. Wtedy po­trze­buje cze­goś tward­szego.

1

Rok dwu­dzie­sty piąty, Rok Po­topu

Toby

Wcze­snym ran­kiem Toby wspina się scho­dami na ta­ras na da­chu, żeby obej­rzeć wschód słońca. Kij od mopa służy jej do utrzy­my­wa­nia rów­no­wagi. Winda nie działa już od dłuż­szego czasu. Schody są wil­gotne i śli­skie, a je­śli Toby się po­śli­zgnie i upad­nie, nikt jej nie pod­nie­sie.

Z pierw­szymi pro­mie­niami cie­pła po­nad pa­sem drzew dzie­lą­cym ją od opu­sto­sza­łego mia­sta wzno­szą się mgły. W po­wie­trzu czuć lekki za­pach spa­le­ni­zny, kar­melu, smoły i zjeł­cza­łego grilla, po­pie­li­sty, tłu­sty swąd tlą­cego się wy­sy­pi­ska zla­nego desz­czem. Opusz­czone wieże w od­dali wy­glą­dają jak szkie­lety daw­nej rafy - wy­bla­kłe, bez­barwne, bez ży­cia.

Ży­cie jed­nak ist­nieje. Ćwier­kają ptaki, na pewno wró­ble. Ich głosy brzmią czy­sto i ostro, jak pa­znok­cie stu­ka­jące w szkło, nie toną już jak daw­niej w zgiełku sa­mo­cho­dów. Czy ptaki za­uwa­żają tę ci­szę, brak sil­ni­ków? Je­śli tak, to czy są szczę­śliw­sze? Toby nie ma o tym po­ję­cia. W od­róż­nie­niu od kilku in­nych Ogrod­ni­ków - tych z pew­nym obłę­dem w oczach, tych, co chyba przedaw­ko­wali - ni­gdy nie miała złu­dze­nia, że może roz­ma­wiać z pta­kami.

Na wscho­dzie co­raz moc­niej ja­śnieje słońce, czer­wie­niąc siną mgiełkę nad od­le­głym oce­anem. Roz­sia­dłe po słu­pach hy­dro­elek­trycz­nych sępy su­szą skrzy­dła, wa­chlu­jąc nimi i otwie­ra­jąc je ni­czym czarne pa­ra­sole. Je­den po dru­gim szy­bują w górę uno­szone prą­dami po­wie­trza. Kiedy z na­gła nur­kują w dół, to znak, że wy­pa­trzyły pa­dlinę.

Sępy są na­szymi przy­ja­ciółmi - tak na­uczali nie­gdyś Ogrod­nicy. - Oczysz­czają zie­mię. To nie­zbędne mroczne Boże Anioły cie­le­snego roz­kładu. Po­myśl, jak by­łoby strasz­nie, gdyby nie było śmierci!

Czy ja w to jesz­cze wie­rzę? - za­sta­na­wia się Toby.

Je­śli się przyj­rzeć z bli­ska, wszystko wy­gląda ina­czej.

Na da­chu stoi kilka kwiet­ni­ków ze zdzi­cza­łymi ro­śli­nami ozdob­nymi, kilka ła­wek ze sztucz­nego drewna. Nie­gdyś było tu za­da­sze­nie chro­niące przed słoń­cem, roz­kła­dane póź­nymi po­po­łu­dniami, ale po­rwał je wiatr. Toby sie­dzi na ławce, ob­ser­wu­jąc te­ren. Pod­nosi lor­netkę do oczu, lu­struje oko­licę z lewa na prawo. Droga ob­sa­dzona po bo­kach ró­żo­świe­tli­kami, za­nie­dba­nymi i przy­po­mi­na­ją­cymi wy­strzę­pione szczotki do wło­sów, ich fio­le­towe lśnie­nie bled­nie we wzma­ga­ją­cym się świe­tle dnia. Wjazd od za­chodu spo­wity w ró­żową po­włokę so­larną imi­tu­jącą su­szoną ce­głę. Za bramą bez­ładna plą­ta­nina sa­mo­cho­dów.

Grządki kwia­towe stłam­szone przez mlecz i ło­pian, nad któ­rymi fru­wają ogromne akwa­ma­ry­nowe ćmy ku­dzu. Fon­tanny z ba­se­nami w for­mie muszli Świę­tego Ja­kuba wy­peł­nio­nymi sto­jącą desz­czówką. Par­king z ró­żo­wym wóz­kiem gol­fo­wym i dwoma ró­żo­wymi mi­ni­va­nami z No­wyTy, na każ­dym z nich logo w kształ­cie mru­ga­ją­cego oka. W od­dali na dro­dze ko­lejny mi­ni­van - po zde­rze­niu z drze­wem. Kie­dyś z jego okna zwie­szało się ludz­kie ra­mię, ale znik­nęło.

Na sze­ro­kich traw­ni­kach wy­bu­jało ziel­sko. Ni­skie nie­re­gu­larne kop­czyki po­ro­sły tro­je­ścią, przy­miot­nem i szcza­wiem. Tu i ów­dzie strzęp tka­niny, po­łysk ko­ści. To miej­sca, gdzie pa­dli lu­dzie, jedni prze­ci­na­jąc traw­nik w biegu, inni po­woli, sła­nia­jąc się. Toby pa­trzyła wów­czas z da­chu przy­kuc­nięta za kwiet­ni­kiem, ale nie ob­ser­wo­wała ich długo. Nie­któ­rzy z tych lu­dzi wzy­wali po­mocy, jakby wie­dzieli, że ona tam jest. Jak jed­nak mo­gła im po­móc?

Ba­sen ką­pie­lowy po­krywa pla­mi­sty ko­żuch glo­nów. Po­ja­wiły się już żaby. Na płyt­szym końcu po­lują na nie siwe i białe cza­ple oraz pa­wia­ple. Przez chwilę Toby pró­buje wy­ło­wić drobne zwie­rzęta, które wpa­dły do wody i uto­nęły. Świe­tli­ste zie­lone kró­liki, szczury, szo­punksy z pa­sia­stymi ogo­nami i zło­dziej­skimi ma­skami szo­pów pra­czy. Osta­tecz­nie de­cy­duje się je zo­sta­wić. Może dzięki nim ja­koś za­lę­gną się ryby, ale to do­piero kiedy ba­sen się bar­dziej za­ba­gni.

Czy za­mie­rza zjeść te przy­szłe ryby? Na pewno nie.

Na pewno jesz­cze nie te­raz.

Ob­raca się ku wzno­szą­cej się do­koła ciem­nej ścia­nie drzew, pną­czy, li­ścia­stych i krza­cza­stych za­ro­śli i lu­struje ją przez lor­netkę. To tam może się czaić za­gro­że­nie. Ja­kie za­gro­że­nie? Tego nie po­trafi po­wie­dzieć.

Nocą sły­chać zwy­czajne dźwięki: psy szcze­kają w od­dali, chi­cho­czą my­szy, świersz­cze grają jak na­rgile, z rzadka skrzek­nie żaba. Krew hu­czy Toby w uszach: tu-tusz! tu-tusz! tu-tusz! Ciężka mio­tła zmia­ta­jąca su­che li­ście.

"Idź spać" - mówi na głos. Nie sy­pia jed­nak do­brze, od kiedy zo­stała w tym bu­dynku sama. Cza­sem sły­szy głosy - ludz­kie głosy, wo­ła­jące do niej w bólu. Albo głos ko­biet - tych, które nie­gdyś tu pra­co­wały, i tych, które przy­jeż­dżały tu, spra­gnione od­po­czynku i od­młod­nie­nia. Plu­ska­ją­cych się w ba­se­nie, spa­ce­ru­ją­cych po traw­ni­kach. Sły­szy te ich ró­żowo brzmiące głosy, ko­jone i ko­jące.

Sły­szy też głosy Ogrod­ni­ków, nu­cą­cych coś lub śpie­wa­ją­cych, głosy śmie­ją­cych się dzieci w Ogro­dzie na bu­dynku Edenc­liff. Głos Adama Pierw­szego, Nu­ali, Burta. Sta­rej Pi­lar, oto­czo­nej ob­ło­kiem swo­ich psz­czół. I Zeba. Je­śli kto­kol­wiek z nich po­zo­stał przy ży­ciu, to na pewno Zeb. Zjawi się lada dzień, na­dej­dzie ścieżką lub wy­łoni się spo­mię­dzy drzew.

Pew­nie jed­nak już nie żyje. Le­piej się z tym po­go­dzić i nie łu­dzić się na próżno.

Ktoś jesz­cze mu­siał jed­nak oca­leć. Nie­moż­liwe, żeby zo­stała sama jedna na świe­cie. Mu­szą być jesz­cze inni. Czy będą przy­ja­ciółmi, czy wro­gami? Je­śli ko­goś zo­ba­czy, po czym to po­zna?

Przy­go­to­wała się. Drzwi po­za­my­kała na klucz, okna za­biła gwoźdźmi. Ale ta­kie blo­kady nie sta­no­wią do­sta­tecz­nego za­bez­pie­cze­nia. Każda szcze­lina kusi in­truza.

Na­wet śpiąc, na­słu­chuje ni­czym zwie­rzę, czy nie od­kryje cze­goś od­bie­ga­ją­cego od normy, nie­zna­nego dźwięku lub ci­szy, która otwo­rzy się jak roz­pa­dlina w skale.

Adam Pierw­szy ma­wiał, że gdy małe stwo­rzonka prze­ry­wają swój śpiew, to znak, że się boją. Trzeba szu­kać dźwięku, który je prze­ra­ził.