Decyzję o odwyku podjęłam pewnej zimowej nocy na początku stycznia 2016,
kiedy nie mogłam zasnąć mimo stilnoxu i imovane. Te benzodiazepiny to
doraźne leki nasenne i uspokajające, w niektórych zachodnich państwach
zakazane. Silnie uzależniają po dwóch tygodniach. Biorę je od dziesięciu
lat, nierzadko popijałam tabletki alkoholem, ale od dwóch lat nie piję,
poza setką wódki z colą, wypitą w grudniu 2015. I nie pobiegłam wtedy do
sklepu po flaszkę.
Niestety walka z tabletkami jest o wiele trudniejsza, zwłaszcza jeśli
nie można spać. A ja nie mogę. Nawet gdy zasnę, budzę się w nocy.
Próbowałam zażywać melatoninę, ale nie działała. Piłam męczennicę, też
nie pomogła. A sen jest ważny. Po tabletkach jednak źle mi się myśli,
jestem też bardzo spowolniona. Boję się, że straciłam łatwość, a może
nawet zdolność pisania. Na pewno nie mam dawnej sprawności umysłowej.
Po raz pierwszy byłam na odwyku w 2015 roku w Ściejowicach w prywatnym
ośrodku leczenia uzależnień. Trwało to sześć tygodni od kwietnia do
czerwca. Piękne wakacje, które niewiele mi dały.
W ośrodku - dużym wiejskim domu z werandą i ogrodem, położonym przy
jeziorze - przyjął mnie szef i terapeutka Monika. Na parterze salon z telewizorem i kuchnia z dużym stołem, na poddaszu trzyosobowe pokoje i pokój terapeutyczny z fotelami. Początkowo w pokoju byłam sama, potem
doszła narkomanka lekarka Ewelina. Byłyśmy jedynymi kobietami na
jedenaście osób. Po jej odejściu dołączyła alkoholiczka Iwona i narkomanka Ala.
Dawano nam trzy posiłki dziennie. O ósmej trzydzieści było śniadanie
(szwedzki stół), po wspólnej medytacji ze słowami znanymi wszystkim
uzależnionym świata:
Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Nie ma to nic wspólnego z religijnością.
Potem był obiad o trzynastej trzydzieści i o osiemnastej kolacja
(szwedzki stół).
Terapia trwała z przerwami od dziesiątej rano do kolacji. Prowadziły ją
Monika i Magda. Magdy się bałam. Była bardzo zasadnicza. W czwartki
jeździliśmy na wycieczki, na przykład do Tyńca, we wtorki na spotkania
AA i NA (Anonimowi Narkomani), we wtorki na basen, a w środy puszczano
nam filmy tematyczne, na przykład Lot i Żółty szalik. Film Pod
Mocnym Aniołem jest zakazany na odwykach jako wyzwalacz.
Wszyscy traktowali ośrodek jak dom. Nie chcieli wychodzić na przepustki.
Marek wyjechał w piątek na kilka godzin, ale wrócił już po godzinie.
Zdumionej rodzinie oznajmił, że musi wracać do domu. Jeden z pacjentów
mieszkał w Ściejowicach trzy miesiące. Żyliśmy tutaj pod szklanym
kloszem, każdy bał się wyjścia. Ja też. Papierosy kupowaliśmy w Lewiatanie lub w małym wiejskim sklepiku. Teren jest ogrodzony, ale
wolno nam było wychodzić do sklepu i na spacer po lesie.
Opiekunki sprzątały, wydawały posiłki i pilnowały nas.
Tylko jedna osoba złamała abstynencję. Przemyciła wódkę w bagażu. I z tego, co wiem, nadal pije.
W moim wypadku terapia niewiele dała. Tyle tylko, że do zera zeszłam z klonazepamu, najgorszej z benzodiazepin, i od tamtej pory go nie biorę.
Teraz, w grudniu i styczniu, łykam stilnox i imovane, po nieudolnych
próbach leczenia bezsenności melatoniną.
Dlatego w tej chwili, nad ranem, siedzę przy otwartym laptopie i wyszukuję ośrodki i oddziały leczenia uzależnień w Polsce. Przepisuję
adresy i telefony i punktualnie o ósmej rano rozpoczynam dzwonienie. W wielu miejscach jest komplet, ale trafiam na dwa czy trzy, w których za
jakieś trzy tygodnie będzie wolne miejsce. Postanawiam więc, że ponieważ
jeszcze niedawno dręczyła mnie silna nerwica natręctw i odczuwam jakąś
dziwną apatię - nie sprzątam, nie dbam o higienę, budzę się co noc o wpół do drugiej, w dzień leżę w łóżku i oglądam filmy, do sklepu
wychodzę w piżamie - zgłoszę się na oddział psychiatryczny, by się
przebadać.
"Jest miejsce, proszę przyjechać, skierowanie mile widziane".
Dzwonię zatem do swojej lekarki, umawiam się i po dwóch godzinach mam w ręce skierowanie.
Wyciągam z szafy wielką walizkę - prosto z psychiatryka pojadę na
oddział leczenia uzależnień, który wybrałam, znajdujący się także w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w Polsce. Pakuję ciuchy, kosmetyki,
laptop, kilka książek, lekarstwa na ciśnienie.
Wreszcie ruszam.
Przyjeżdżam pod wieczór. Rozumiem, że będę spędzała czas z psychotyczkami i schizofreniczkami. W dyżurce oddaję pasek, ładowarkę i golarkę. Zabierają mi też leki, bo wydają je pielęgniarki. Pokazują mi
łóżko i podłączają mnie do kroplówki, nie wiem dlaczego. Nie cierpię
kroplówek i kłucia igłą! Jest już po kolacji - mielonka i kilka kromek
chleba - zaraz się położę. Idę jeszcze do palarni na papierosa. Nade mną
stoją sępiary. Wpatrują się chciwie w mojego papierosa i czekają, kiedy
im zostawię niedopałek. Bardzo to niekomfortowe.
Kiedy wracam, jestem przerażona. Wprawdzie światło zgaszono, ale na
ścianie nad moją głową świeci się wielka neonowa lampa. Udaje mi się ją
zgasić. Po godzinie przychodzi pielęgniarka i ją zapala.
- Proszę nigdy nie gasić tej lampy - mówi.
Upiorne światło oświetla upiorne twarze.
Rano budzą mnie na leki. Wielka kolejka do dyżurki. Potem ubieranie się.
Nikt tu nie chodzi w piżamie, wszystkie noszą sukienki, dżinsy, bluzy. I makijaż. Oddział jest kobiecy, ale mam wrażenie, że do palarni
przychodzi mężczyzna. Kiedy zapalam papierosa, wyciąga rękę i mówi:
- Basia jestem.
Kobiety mówią do niego "Bartłomiej". Potem koleżanka z łóżka obok
wyjaśnia mi, że to jest mężczyzna. Czyli prawdopodobnie trans. Oprócz
schizofreniczek i psychotyczek są tu ofiary depresji, samobójczynie i skazane przez sąd, jak Elwira, która utopiła troje swoich dzieci, czy
Wanda, złodziejka kart kredytowych.
Koło mnie leży Dorota. Twierdzi, że jest ofiarą przemocy
nanotechnologicznej i genotechnologicznej - atakowano ją w nocy
dźwiękami. Młodziutką Patrycję przeniesiono tu z oddziału dla
alkoholików, bo upiła się w szpitalu. Niepokoi mnie Anna. Wpatruje się
we mnie, mówi, że czeka na egzekucję, że zabije swoje dziecko i że chce
zostać prostytutką. Niemal jestem zadowolona z wiecznie zapalonej lampy.
Agata uważa, że jej parasol odbiera sygnały, a Beata pyta Bartłomieja,
czy nosi czasem zarost, bo jest ciekawa, czy mu rdzewieje na deszczu.
Nie ma tu żadnych zajęć. Pozostaje siedzenie w łóżku, oglądanie
telewizji, rozmawianie... Niektóre rysują w świetlicy, inne ćwiczą. Są
wprawdzie zajęcia plastyczne, ale nie mam do tego drygu. Większość robi
łabędzie z papieru. Mnie się to wydaje nieciekawe.
Najważniejsze są papierosy i zapalniczki. Tylko niektóre mają oryginalne
papierosy, dominują skręcane i ruskie, no i jest mnóstwo sępów. Nie da
się w spokoju wypalić całego papierosa:
- Dasz macha? Zostawisz mi peta?
Oszaleć można.
Poza tym ważne jest jedzenie i soki.
Kradzieże są na porządku dziennym. Mnie zginął sweter, czapka i pięćdziesiąt złotych. Papierosy musiałam chować w pościeli i leżeć na
nich.
W psychiatryku po badaniach - tomograf, rezonans magnetyczny - testach
psychologicznych i rozmowach wyeliminowano choroby psychiczne.
Stwierdzono u mnie zaburzenie osobowości, które podobno ma większość
uzależnionych.
Z ulgą opuszczę ten oddział.
Blisko trzy tygodnie szybko mijają. Jutro jadę na odwyk, który trwa...
rok. Jestem przerażona i mam ochotę się wycofać. Jak to: rok? Dwanaście
miesięcy? Przecież to strasznie długo. Cztery pory roku w szpitalu?
365 dni
Wcześnie rano jadę na odwyk. Daleko. Około południa dzwonię do
zamkniętych drzwi dzwonkiem umieszczonym na ścianie, po chwili otwiera
pielęgniarka i idziemy do dyżurki. Ale najpierw starannie zamyka drzwi
na klucz.
- Zaraz wezwie panią lekarz. Dostanie pani regulamin i kontrakt do
podpisania.
W dyżurce oddaję kosmetyki na bazie alkoholu, zabierają mi lakier do
włosów, perfumy, zmywacz do paznokci, leki, dezodorant...
- Do paznokci są w Rossmannie chusteczki zmywające bez alkoholu i bez
acetonu - mówi pielęgniarka. - Takie wolno mieć.
Przegląda mój bagaż w poszukiwaniu ostrych rzeczy, ale nie mam ani noża,
ani pilnika. Tu nie zabierają jak w psychiatryku ładowarki do telefonu
ani kabla do laptopa. Golarki, o dziwo, też nie.
Pielęgniarka wskazuje mi pokój. Pokoje są trzy- i dwuosobowe. To trójka,
a za ścianą są jeszcze dwie kobiety w tym samym segmencie. Nie
rozdzielają nas drzwi, tylko ściana. Drzwi do segmentu nie są zamykane
na klucz, podobnie drzwi do łazienki. W nocy pielęgniarka sprawdza, czy
jesteśmy w łóżkach.
Niewielki pokój - niskie, zbyt niskie tapczany, komoda na ubrania, szafa
podzielona na trzy części, szafki nocne, stół, krzesła - jest zagracony.
Wszędzie leżą opakowania z jedzeniem, owoce, niewiele kosmetyków. Parę
kryminałów. No i dwie kobiety: heroinistka Iza i alkoholiczka Becia.
Obie grube i średnio miłe. Becia wita się ze mną i mówi mi "cześć". Iza
nie zwraca na mnie uwagi. Je pierniki w czekoladzie.
- Becia, chcesz? - Podsuwa jej pudełko.
- Nie, dzięki.
Mnie nie częstuje.
- Od czego jesteś uzależniona? - pyta mnie ta bardziej rozmowna.
- Nie wiem. Chyba od leków, ale nie wiem - odpowiadam.
- Jak to: nie wiesz? To po co tu przyszłaś? Ja jestem alkoholiczką, a ty?
- Byłam alkoholiczką. Mam problem z lekami, ale nie sądzę, żebym była
uzależniona - mówię.
- Dziwna jesteś. Skoro nie jesteś uzależniona, to nie powinnaś zajmować
miejsca innym - obrusza się Becia.
Za ścianą czterdziestoletnia alkoholiczka i lekomanka Wiesia oraz młoda
alkoholiczka Justyna. Witam się z nimi.
Nie podoba mi się tu. Niemiłe współtowarzyszki. Mam być z nimi prawie
rok?
Przeglądam regulamin: nie wolno wchodzić w zależności finansowe, czyli
pożyczać sobie pieniędzy, nie wolno wchodzić w bliskie relacje, bo to
przeszkadza w terapii, za złamanie abstynencji wylot, trzeba dbać o higienę i porządek wokół siebie.
Najpierw idę do palarni. Kilka osób, z tego trzy grube. Przerażające -
wygląda na to, że albo wszyscy tu tyją, albo utyli od używek.
Heroinistka jednak powinna być szczupła. Ale przy łóżku Izy stoją
hektolitry mleka smakowego i tony czekolady. Nic dziwnego, że tak
wygląda.
W palarni witam się z pozostałymi. Miło mnie pozdrawiają i pada
nieśmiertelne, jak widać, pytanie, od czego jestem uzależniona. Nie
wiem, co mam odpowiedzieć. Z regulaminu wynika, że nie wolno nam
rozmawiać o swoich ekscesach po używkach ani ich gloryfikować, ale ten
punkt jest nagminnie łamany.
Na oddziale są ludzie z całej Polski, niektórzy jechali tu wiele godzin
pociągiem.
Oddział jest męsko-damski: dziesięć kobiet i trzydziestu czterech
mężczyzn. Kobiety o wiele rzadziej się zgłaszają. O wiele rzadziej
przyznają się do nałogu. Piją, biorą leki w ukryciu między praniem a gotowaniem. Do czasu kiedy w domu wszystko lśni, a jedzenie jest na
stole, mało kto się orientuje. Spuchniętą, czerwoną twarz przysłaniają
makijażem. A piją nie mniej niż faceci.
Pamiętam swoje dni w ostrej fazie uzależnienia: rano na kacu zwlec się z łóżka, prysznic, włożyć byle co, z plecakiem - absolutnie nie z przezroczystą siatką - podejść do najbliższego monopolowego, czym
prędzej wrócić do domu, otworzyć piwo i pić do nocy, siedząc na
Facebooku. Przy pierwszym piwie sprawdzić, czy wczoraj wygadywałam
jakieś bzdury online. Puste puszki chować w siatce za koszem, żeby ich
rano nie widzieć. Unikać znajomych w realu, bo nałóg widać na twarzy.
Niczego nie załatwiać, o niczym nie pamiętać. Wstydzić się chodzić po
ulicy, jeździć tramwajem, robić zakupy piwne w tym samym sklepie. Czuć
na sobie wzrok sprzedawczyni. Zmieniać sklepy, o ile jest siła, by
podejść do innego. Zmieniać apteki, by kupić benzodiazepiny. Wstydzić
się, czuć się upokorzoną i brudną. Uśmiech tylko w zaciszu własnego domu
z piwem w ręce. Jeść mało lub wcale. Dbać o pozory: po drugim piwie, gdy
w członki wracają siły, sprzątać mieszkanie. Brać kąpiel, przebierać się
w czyste ciuchy dla samej siebie. Nie upijać się w sztok. Przynajmniej
nie codziennie. A jak się to zdarzy, odłączać telefon.
Wśród kobiet na oddziale przeważają alkoholiczki, wśród mężczyzn
lekomani. Polska to naród ćpunów farmaceutycznych, jak twierdzi
specjalistka od uzależnień Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Poza tym są tu
alkoholicy, narkomani, hazardziści, uzależnieni od komputera i sterydów.
Niektórzy są uzależnieni od wszystkiego.
Alkoholików łatwo rozpoznać, najczęściej po twarzy i tuszy, choć tutaj
większość kobiet - poza jedną - ma sporą nadwagę. Obawiam się, że i ja
tu przytyję. Już mam ochotę na czekoladę, której na wolności nie jem -
bo widzę jak Iza i Becia jedzą.
Przez pierwsze miesiące wolno wychodzić tylko na godzinę dziennie z pielęgniarką, zatem zero ruchu! Regularne posiłki i zapewne słodycze
dopełnią reszty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki