Rok, który zmienił wszystko - Erik Larson

Reflow text when sidebars are open.
Nikt nie miał wątpliwości, że bombowce się pojawią. Planowanie obrony ruszyło na długo przed rozpoczęciem wojny, choć nie działano wówczas z myślą o żadnym konkretnym zagrożeniu. Europa była Europą. Przeszłość udowodniła, że wojna mogła wybuchnąć wszędzie i w każdej chwili. Wojskowi przywódcy Wielkiej Brytanii patrzyli na świat przez pryzmat doświadczeń Królestwa z poprzedniej wojny, zwanej Wielką: rzeź żołnierzy i cywilów, pierwsze w historii naloty bombowe, dokonane przez niemieckie zeppeliny. Zaczęły się nocą 19 stycznia 1915 roku i powtarzały się przez ponad pięćdziesiąt kolejnych nocy, podczas których potężne sterowce sunące cicho nad brytyjską ziemią zrzuciły 162 tony bomb, pozbawiając życia 557 osób1.
Od tamtej pory konstrukcja bomb wskoczyła na nowy poziom: są teraz większe i bardziej śmiercionośne, z opóźnionym zapłonem i modyfikacjami, dzięki którym emitują przy spadaniu przeraźliwy gwizd. Jedna potężna niemiecka bomba, o długości 3,7 m i wadze 1800 kg, nazywana Satan, była w stanie zniszczyć cały kwartał2. Ulepszono również samoloty przenoszące te bomby: urosły, zaczęły latać wyżej i szybciej, dzięki czemu z łatwością przedzierały się przez obronę "frontu domowego". Dziesiątego listopada 1932 roku Stanley Baldwin, ówczesny wicepremier, przedstawił przed Izbą Gmin swoje przewidywania: "Myślę, że przeciętny człowiek powinien zdać sobie sprawę, że nie ma na świecie siły, która mogłaby ochronić go przed bombardowaniem. Niezależnie od tego, co ludzie będą mu mówić, bombowce zawsze się tu przedrą. Jedynym efektywnym sposobem obrony jest atak" - stwierdził. "Oznacza to, że musicie zabić więcej kobiet i dzieci i zrobić to szybciej niż wasz wróg, jeżeli chcecie ocalić siebie"3.
Brytyjscy eksperci obrony cywilnej obawiali się śmiercionośnego ataku. Przewidywali, że pierwsze naloty na Londyn zniszczą znaczną część, albo nawet i całe miasto, i pozbawią życia 200 tysięcy cywilów4. "Powszechnie uważano, że Londyn obróci się w stertę gruzu już po kilku minutach od wypowiedzenia wojny"5 - napisał jeden z młodszych dyplomatów. Naloty miały wywołać tak wielkie przerażenie wśród ocalałych, że miliony z nich postradałyby zmysły. "Londyn na kilka dni zamieni się w potężny, wrzący dom wariatów" - napisał w 1923 roku J. F. C. Fuller, teoretyk wojskowości. "Szpitale będą pękać w szwach, ruch uliczny się zatrzyma, ludzie pozbawieni dachu nad głową będą wyć, błagając o pomoc, w mieście zapanuje totalny chaos"6.
Home Office szacowało, że stosowanie się do standardowych protokołów pogrzebowych spowoduje zapotrzebowanie na niemal dwa miliony metrów kwadratowych drewna na wyrób trumien, by wszystkim zapewnić pochówek7, którego pokrycie będzie niemożliwe. Trzeba będzie raczej budować trumny z grubej tektury lub kartonu albo po prostu grzebać ludzi owiniętych w płótno8. Jeśli chodzi o masowe pochówki, Szkocki Departament Zdrowia rekomendował jako najbardziej odpowiednie "groby głębokie na tyle, by pomieścić pięć warstw ciał"9. Planiści wzywali do kopania, przy zachowaniu jak największej dyskrecji, przepastnych rowów na peryferiach Londynu oraz innych miast. Właściciele zakładów pogrzebowych mieli odbyć specjalne szkolenia z utylizacji odzieży i ciał osób zmarłych w wyniku zatrucia gazami bojowymi10.
Gdy w odpowiedzi na inwazję Hitlera na Polskę Wielka Brytania wypowiedziała 3 września 1939 roku wojnę Niemcom, rząd brytyjski rozpoczął poważne przygotowania do obrony przez atakiem i bombardowaniem, które niechybnie miały nastąpić. Ostrzeżenie o kryptonimie "Cromwell" oznaczało, że inwazja jest bliska lub już się rozpoczęła11. Ministerstwo Informacji stworzyło specjalną ulotkę "Pokonać najeźdźcę", którą rozprowadzono do milionów domów. Nie miała ona bynajmniej na celu uspokojenia ludzi. Ostrzegała: "W miejscach nalotów walki będą najbardziej krwawe". Instruowała obywateli, by bezwzględnie stosowali się do wszelkich nakazów ewakuacji. "Po rozpoczęciu ataku będzie za późno na ucieczkę - ZOSTAŃ NA MIEJSCU". W całym kraju zamilkły też kościelne dzwony. Miały bić na alarm, gdy padnie ostrzeżenie "Cromwell". "Jeśli słyszysz dzwony, w pobliżu dostrzeżono oddziały spadochronowe". W tej sytuacji zalecano: "rozbierz na części rower i schowaj go. Zniszcz mapy", a jeżeli ktoś był posiadaczem samochodu: "usuń kopułkę rozdzielacza oraz przewody, a także opróżnij bak lub usuń gaźnik. Jeśli nie wiesz, jak to zrobić, dowiedz się zawczasu w najbliższym warsztacie".
W miasteczkach i wsiach zdjęte zostały znaki drogowe, a kupować mapy pozwalano jedynie osobom posiadającym specjalne zezwolenia od policji12. Rolnicy zostawiali stare samochody oraz furgonetki na polach, by przeszkadzały szybowcom transportującym żołnierzy. Rząd rozprowadził 35 milionów masek przeciwgazowych wśród cywili, którzy nosili je ze sobą do pracy i kościoła oraz trzymali u wezgłowia łóżek13. Londyńskie skrzynki pocztowe pokryto specjalną żółtą farbą zmieniającą kolor pod wpływem toksycznego gazu14. Przez ścisłe zaciemnianie po zmroku niejednemu zdarzyło się na dworcu przegapić przyjeżdżającego z wizytą znajomego15. W bezksiężycowe noce piesi nie zauważali nadjeżdżających samochodów i autobusów, wpadali na słupy latarni, spadali z krawężników i potykali się o worki z piaskiem.
Nagle wszyscy zaczęli zwracać uwagę na fazy księżyca. Atak bombowców mógł oczywiście nastąpić za dnia, ale powszechnie sądzono, że po zmroku cele uda im się zlokalizować jedynie w świetle księżyca. Pełnia oraz sąsiadujące z nią kwadry zyskały miano "księżyca bombowców"16. Uspokajające było jedno: bombowce - i co istotniejsze, również eskortujące je myśliwce - musiały pokonać drogę aż ze swych baz w Niemczech, a taka odległość znacznie osłabiała ich zasięg oraz pole rażenia. Opierano się jednak na założeniu, że Francja wraz ze swą potężną armią, Linią Maginota i silną marynarką stawi zacięty opór, zwiąże siły Luftwaffe oraz zablokuje wszystkie niemieckie drogi ataku. Wytrwałość Francji leżała więc u podstaw brytyjskiej strategii obronnej. Upadek sojusznika nie mieścił się w wyobrażeniach Brytyjczyków.
"Atmosfera przesycona jest czymś więcej niż niepokojem"17 - napisał 7 maja 1940 roku w swoim dzienniku Harold Nicolson, wkrótce mający objąć stanowisko parlamentarnego sekretarza w Ministerstwie Informacji. "Czuć prawdziwe przerażenie". Wraz z żoną, pisarką Vitą Sackville-West, stwierdzili, że wolą popełnić samobójstwo niż zostać pojmani przez niemieckich najeźdźców. "Na pewno istnieje jakiś środek, który zadziała szybko i bezboleśnie i który można by było nosić przy sobie" - napisała do niego 28 maja. "Och mój Boże, że też musimy się do tego uciekać!".
Splot nieprzewidzianych sił i okoliczności sprawił, że bombowce rzeczywiście dotarły w końcu nad Londyn. Największą rolę w tym kłębowisku przyczyn odegrało pewne wydarzenie, do którego doszło tuż przed zmierzchem 10 maja 1940 roku. Było to jedno z najpiękniejszych popołudni jednej z najcudowniejszych wiosen, jaką ktokolwiek pamiętał.
1 R. Overy, Bombowce nad Europą 1939-1945, tłum. Ł. Jaśkiewicz, Napoleon V, Oświęcim 2017, s. 56.
2 "Examples of Large German Bombs," 7 grudnia 1940, HO 199/327, UKARCH. "Types of German Bombs and Mines," 3 stycznia 1941, HO 199/327, UKARCH. Dokładna masa bomby Satan wynosiła 1801 kg.
3 A. Fort, Prof: The Life of Frederick Lindemann, Pimlico, London 2003, s. 130; R. Overy, Bombowce nad Europą 1939-1945, s. 68.
4 D. Süss, Death from the Skies: How the British and Germans Survived Bombing in World War II, Oxford University Press, Oxford 2014, s. 407.
5 J. Colville, The Fringes of Power: Downing Street Diaries, 1939-1955, t. 2, October 1941-1955, Hodder & Stoughton, London 1987, s. 1-20; T. Harrisson, Living Through the Blitz, Schocken Books, New York 1976, s. 24, 39.
6 A. Ryan, Bertrand Russell: A Political Life, Hill & Wang, New York 1988, s. 146; G. Field, Nights Underground in Darkest London: The Blitz, 1940-41, "International Labor and Working-Class History", jesień 2002, nr 62, s. 13.
7 T. Harrisson, dz. cyt., s. 24.
8 "Mortuary Services" Szkocki Departament Zdrowia, marzec 1940, HO 186/993, UKARCH.
9 Tamże; D. Süss, dz. cyt., s. 409.
10 "Civilian Deaths due to War Operations", Szkocki Departament Zdrowia, 28 lutego 1939, HO 186/1225, UKARCH.
11 P. Stansky, The First Day of the Blitz: September 7, 1940, Yale University Press, New Haven 2007, s. 101, 102.
12 R. P. Meiklejohn, World War II Diary, Papers, Library of Congress, Manuscript Division, Washington, s. 49; A. Bell, Landscapes of Fear: Wartime London, 1939-1945, "Journal of British Studies", styczeń 2009, 48, nr 1, s. 157.
13 B. Collier, The Defense of the United Kingdom, Imperial War Museum, London; Battery Press, Nashville 1995, s. 69; N. Longmate, Air Raid: The Bombing of Coventry, 1940, David McKay, New York 1978.
14 P. Ziegler, London at War, 1939-1945, Sinclair-Stevenson, London 1995, s. 73; Ch. Ogden, Life of the Party: The Biography of Pamela Digby Churchill Hayward Harriman, Little, Brown, London 1994, s. 77.
15 R. P. Meiklejohn, dz. cyt., s. 15.
16 N. Longmate, dz. cyt., s. 74; W. Manchester, P. Reid, Defender of the Realm, 1940-1965, t. 3, w: The Last Lion: Winston Spencer Churchill, Bantam, New York 2013, s. 104.
17 H. Nicolson, The War Years, 1939-1945: Diaries and Letters, red. N. Nicolson, t. 2, Atheneum, New York 1967, s. 77, 84, 91.
ROZDZIAŁ 1
Samochody pędziły The Mall, szeroką aleją łączącą Whitehall, siedzibę ministerstw Wielkiej Brytanii, z pałacem Buckingham. Pogrążona w cieniu kamienna fasada tej liczącej 775 pokojów siedziby króla Jerzego VI i jego żony, królowej Elżbiety, wyłoniła się właśnie na samym końcu drogi. Było wczesne piątkowe popołudnie 10 maja. Wszędzie kwitły dzwonki i pierwiosnki. Delikatne wiosenne liście otulały korony drzew. Pelikany w St. James's Park pławiły się w cieple i podziwie spacerowiczów, podczas gdy mniej egzotyczne łabędzie statecznie sunęły po wodzie z typową dla siebie obojętnością. Piękno dnia stanowiło szokujący kontrast z wydarzeniami tego ranka, kiedy to niemieckie siły z niezwykłą skutecznością wykorzystały wojska pancerne, bombowce nurkujące oraz oddziały spadochronowe, by wtargnąć do Holandii, Belgii i Luksemburga.
Na tylnym siedzeniu pierwszego samochodu podróżował najwyższy stopniem oficer Royal Navy (Królewskiej Marynarki Wojennej), pierwszy lord admiralicji, sześćdziesięciopięcioletni Winston S. Churchill. Już podczas poprzedniej wojny zajmował to stanowisko, a teraz, wraz z rozpoczęciem kolejnego konfliktu, ponownie został na nie mianowany przez premiera Neville'a Chamberlaina. W drugim samochodzie jechał ochroniarz Churchilla, odpowiedzialny za utrzymanie go przy życiu komisarz policji Walter Henry Thompson, który służył w wydziale specjalnym Scotland Yardu. Wysoki i szczupły, o wydatnym nosie, Thompson był wszechobecny, często widoczny na prasowych fotografiach, lecz rzadko kiedy o nim wspominano. Jak to wówczas określano - "wyrobnik". Rząd funkcjonował właśnie dzięki takim osobom jak on: niezliczonym osobistym i parlamentarnym sekretarzom, asystentom i stenotypistom, którzy tworzyli siłę roboczą Whitehallu. Jednak w przeciwieństwie do większości z nich Thompson przez cały czas nosił w kieszeni płaszcza pistolet.
Churchill został wezwany przez króla. Powody tego zaproszenia były oczywiste, przynajmniej dla Thompsona. "Jechałem za Starym z niewiarygodną dumą"18 - napisał.
Churchill wkroczył do pałacu. Król Jerzy miał wówczas 44 lata i właśnie mijał czwarty rok jego panowania. Lekko koślawy, o wąskich ustach, odstających uszach, a także niebagatelnej wadzie wymowy zdawał się kruchy, zwłaszcza w kontraście ze swym gościem, który choć niższy o niemal dziesięć centymetrów, był od niego nieporównanie tęższy. Król nie darzył go zaufaniem. Odkąd Churchill okazał poparcie dla Edwarda VIII, pozostawał w napiętych stosunkach z rodziną królewską. Starszy brat Jerzego miał romans z amerykańską rozwódką Wallis Simpson, który stał się iskrą zapłonową kryzysu abdykacyjnego z 1936 roku. Króla Jerzego uraził również otwarty krytycyzm Churchilla wobec poparcia przez premiera Chamberlaina układu monachijskiego z 1938 roku, który pozwolił Hitlerowi na aneksję części Czechosłowacji. Niezależność Churchilla i łatwość, z jaką zmieniał swoją polityczną lojalność, budziły niechęć Jerzego VI.
Król poprosił Churchilla, aby usiadł, i przez chwilę mierzył go bez słowa wzrokiem, który Churchill opisał później jako badawczy i zagadkowy.
- Przypuszczam, że nie wie pan, dlaczego po pana posłałem? - odezwał się w końcu.
- W istocie. Nie mam pojęcia, sir19.
W Izbie Gmin wrzało, a rząd Chamberlaina chwiał się w posadach. Protesty wybuchły w trakcie debaty na temat porażki brytyjskich sił zbrojnych, którą poniosły miesiąc wcześniej podczas próby wypchnięcia Niemców z Norwegii. Churchill, jako pierwszy lord admiralicji, odpowiadał za morską część tego przedsięwzięcia. Wróg prowadził jednak kampanię tak zmasowaną, że teraz to Brytyjczycy stanęli przed groźbą odwrotu. W opinii buntowników siedemdziesięciojednoletni Chamberlain, zwany niekiedy Koronerem bądź Starym Parasolem, nie radził sobie w obliczu błyskawicznie rozwijających się działań wojennych. W przemówieniu z 7 maja jeden z członków parlamentu, Leopold Amery, wystąpił z miażdżącą krytyką Chamberlaina, posiłkując się słowami Olivera Cromwella z 1653 roku: "Zajmował pan to stanowisko zbyt długo, zważywszy na pana dokonania. Niechże pan odejdzie, powiadam, i niech pozwoli nam pan o sobie zapomnieć! W imię Boga, niech pan odejdzie!"20.
Izba udzieliła rządowi wotum zaufania - podczas głosowania parlamentarzyści ustawili się w lobby w dwóch rzędach, zgodnie z tym, czy są za czy przeciw, a następnie przeszli obok specjalnie wyznaczonych osób, które zliczyły obie strony. Na pierwszy rzut oka wynik zdawał się zwycięski dla Chamberlaina - 281 za, 200 przeciw - jednak dopiero porównanie z wcześniejszymi głosowaniami unaoczniło, jak bardzo osłabło jego polityczne poparcie.
Po wszystkim Chamberlain spotkał się z Churchillem, by go poinformować, że planuje podać się do dymisji. Churchill pragnął udowodnić swoją lojalność, więc przekonywał go, by nie decydował się na ten krok. To pokrzepiło króla, lecz skłoniło jednego z buntowników, wzburzonego możliwością odroczenia zmian w rządzie, do porównania premiera do "brudnej gumy do żucia przyklejonej u spodu krzesła"21.
W czwartek 9 maja siły przeciwne Chamberlainowi nasiliły protesty. Wraz z upływem godzin prawdopodobieństwo jego odejścia wzrastało, pojawiły się też prawdopodobne kandydatury na jego następcę. Na przyszłego premiera typowano lorda Halifaxa, ministra spraw zagranicznych w rządzie Chamberlaina, oraz Churchilla, pierwszego lorda admiralicji i ulubieńca znacznej części społeczeństwa.
Piątek 10 maja przyniósł katastrofalne zmiany: Hitler przypuścił błyskawiczne uderzenie na Holandię. Na tę wieść w Whitehallu powiało grozą, lecz dla Chamberlaina był to okruch nadziei, że uda mu się utrzymać stanowisko. W obliczu tak dynamicznie rozwijających się wydarzeń zmiana rządu mogłaby zostać uznana przez Izbę za posunięcie co najmniej lekkomyślne. Buntownicy jednak ani myśleli się poddawać - z całą stanowczością odmówili pracy pod rządami Chamberlaina i nalegali na mianowanie Churchilla nowym premierem.
Chamberlain zrozumiał, że pozostało mu jedynie podać się do dymisji. Zachęcał lorda Halifaxa do przyjęcia stanowiska, jako że jawił się on jako bardziej zrównoważony niż Churchill i raczej nie poprowadziłby Albionu ku kolejnej katastrofie. W Whitehallu Churchill uchodził za wybitnego mówcę, jednak wielu sądziło, że brak mu zdrowego rozsądku. Sam Halifax zwykł określać go mianem "nieobliczalnego słonia"22, lecz mimo to sam nie chciał objąć władzy. Obawiał się, że nie podoła dzierżeniu steru w czasie wojny, co dobitnie udowodnił, gdy wysłano do niego posła, by nakłonił go do zmiany decyzji. Zanim gość się zjawił, Halifax udał się do dentysty23.
Ostateczna decyzja leżała w gestii króla. Władca najpierw wezwał do siebie Chamberlaina. "Przyjąłem jego rezygnację" - napisał potem w swoim dzienniku. "Powiedziałem mu, jak bardzo niesprawiedliwie został w mojej opinii potraktowany i jak bardzo mi przykro, że doszło do wszystkich tych kontrowersji"24.
Następnie mężczyźni omówili temat możliwych następców. "Ja oczywiście sugerowałem kandydaturę Halifaxa" - napisał król. Uważał Halifaxa za "oczywistego kandydata".
Jednak Chamberlain zaskoczył go, proponując Churchilla.
Król napisał: "Posłałem po Winstona i poprosiłem go o sformowanie rządu. Przyjął tę propozycję ze stwierdzeniem, że nie przypuszczał, iż właśnie po to go wezwałem"25. Jednak zgodnie z relacją króla, już na tym spotkaniu Churchill miał przy sobie listę kilku osób, które chętnie by mianował na członków rządu.
Samochody przewożące Churchilla i komisarza Thompsona powróciły do budynku Admiralicji, siedziby dowództwa Royal Navy w Londynie, a zarazem tymczasowego miejsca zamieszkania Churchilla. Mężczyźni wysiedli z pojazdów. Thompson, jak zawsze, trzymał jedną rękę w kieszeni płaszcza, by w razie czego móc szybko dobyć pistoletu. Straż pełnili wartownicy z bagnetami na karabinach. Inni żołnierze, uzbrojeni w lekkie karabiny maszynowe Lewis, zajmowali pozycje umocnione workami z piaskiem. Pośród zieleni znajdującego się obok St. James's Park ustawione były działa przeciwlotnicze, których długie lufy patrzyły w górę, pod kątami właściwymi raczej stalagmitom.
Churchill zwrócił się do Thompsona:
- Pan wie, dlaczego byłem w pałacu Buckingham, nieprawdaż?26
Thompson potaknął i pogratulował mu. Zaraz dodał jednak, że wolałby, aby ta nominacja nastąpiła wcześniej i w lepszych czasach, ponieważ teraz na horyzoncie rysowało się potężne wyzwanie.
- Jeden Bóg tylko wie, jak wielka to chwila - stwierdził Churchill.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, poważni niczym żałobnicy na pogrzebie.
- Mam jedynie nadzieję, że jeszcze nie jest za późno - dodał nowo mianowany premier. - Bardzo się obawiam, że jest, ale musimy zrobić, co w naszej mocy, i dać z siebie wszystko. Tylko to nam jeszcze pozostało.
Mimo tych gorzkich słów Churchilla w duchu przepełniała duma. Przez całe życie czekał na tę chwilę i to, że nadeszła w tak ponurych czasach, nie miało znaczenia. Wręcz przeciwnie: powaga sytuacji dodawała funkcji premiera znakomitości.
W zapadającym zmroku komisarz Thompson dostrzegł spływające po policzkach Churchilla łzy. On sam też poczuł, że oczy mu wilgotnieją.
Późnym wieczorem tego samego dnia Churchill leżał w łóżku podekscytowany na myśl o nadchodzących wyzwaniach i otwierających się możliwościach.
"W czasie moich wieloletnich doświadczeń politycznych piastowałem większość uznanych stanowisk państwowych, ale chętnie przyznaję, że obecne podoba mi się najbardziej" - napisał. Nisko oceniał dążenie do władzy po to tylko, by ją sprawować, dodał jednak szybko: "władza w czasie kryzysu narodowego, gdy człowiek wierzy i wie, jakie wydawać rozkazy, jest błogosławieństwem"27.
Poczuł ogromną ulgę. "Nareszcie dostałem możliwość sprawowania kontroli nad całą sytuacją. Czułem, że los jest w moich rękach, a całe moje dotychczasowe życie przygotowało mnie na tę chwilę i na tę próbę... Chociaż nie mogłem doczekać się poranka, spałem mocno i nie potrzebowałem krzepiących snów. Fakty są lepsze od marzeń sennych"28.
Pomimo wątpliwości, jakie wyraził w rozmowie z komisarzem Thompsonem, Churchill wkroczył do budynku przy Downing Street pod numerem 10 z niezachwianą pewnością, że pod jego przywództwem Wielka Brytania wygra wojnę - mimo że każdy obiektywny obserwator stwierdziłby, iż nie ma na to najmniejszych szans. Churchill zdawał sobie sprawę, że od teraz jego wyzwanie będzie polegało na zarażaniu entuzjazmem wszystkich pozostałych - współobywateli, dowódców, ministrów w swoim gabinecie oraz co najważniejsze, prezydenta Ameryki Franklina D. Roosevelta. Od samego początku Churchill rozumiał podstawową prawdę na temat tej wojny: nie wygra jej bez udziału Stanów Zjednoczonych. Uważał, że Wielka Brytania pozostawiona sama sobie da radę stawiać długi opór Niemcom, odpierać ich ataki, lecz jedynie przemysłowej i militarnej potędze Ameryki uda się doprowadzić do ostatecznego upadku Hitlera i narodowego socjalizmu.
Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że Churchill musiał osiągnąć te cele szybko, zanim Hitler skupi całą swoją uwagę na Wielkiej Brytanii i skieruje na nią swoje siły lotnicze, Luftwaffe, które brytyjski wywiad uznawał za znacznie silniejsze niż Royal Air Force.
Churchill musiał się równocześnie mierzyć z wieloma innymi wyzwaniami. Pod koniec miesiąca przypadał termin zwrotu ogromnego osobistego długu, a on nie miał środków, by go spłacić. Sytuacja finansowa jego jedynego syna, Randolpha, była równie kiepska. Młodszy Churchill nieodmiennie wykazywał się dwiema zdolnościami: do wydawania pieniędzy i przetracania ich w hazardzie, do którego, nawiasem mówiąc, przejawiał legendarny wręcz brak talentu. W dodatku pił zbyt dużo i miał skłonność do wszczynania pod wpływem alkoholu awantur, co zdaniem jego matki Clementine (nalegała, by jej imię wymawiać KlemenTIN) niechybnie miało sprowadzić na rodzinę nieodwracalną hańbę. Uwagę premiera zaprzątały także zarządzenia dotyczące zaciemniania miasta, ścisłe zasady reglamentacji dóbr oraz wciąż narastająca natarczywość funkcjonariuszy, którzy starali się uchronić go przed śmiercią w zamachu. Dodatkowo, co nie mniej istotne, znosić musiał bezustanne narzekania armii pracowników oddelegowanych do wznoszenia umocnień przeciwlotniczych wokół Downing Street 10 i Whitehallu oraz związane z budową ciągłe odgłosy kucia młotami, które doprowadzały go do szewskiej pasji szybciej niż jakikolwiek inny irytujący dźwięk.
Może za wyjątkiem pogwizdywania.
Jego wstręt do gwizdu, jak niegdyś stwierdził, to jedyne, co łączyło go z Hitlerem. Był czymś więcej niż obsesją. "[Gwizd] wywołuje w nim reakcję potężną, nagłą i nieracjonalną, o wymiarach bliskich wręcz zaburzeniu psychicznemu" - napisał komisarz Thompson29. Pewnego razu, kiedy mężczyźni zmierzali razem w stronę Downing Street 10, napotkali idącego w ich kierunku roznosiciela gazet, w wieku może trzynastu lat. Chłopak szedł "z rękami w kieszeniach i gazetą pod pachą, gwiżdżąc głośno i radośnie" - wspominał Thompson.
W miarę jak chłopiec się zbliżał, w Churchillu coraz bardziej narastała złość. Zacisnął pięści i warknął w stronę małego:
- Skończ z tym gwizdaniem!
Chłopak spojrzał na premiera z kompletną obojętnością i odparł:
- Dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo tego nie lubię i bo to paskudny hałas - warknął Winston.
Chłopak zrobił kilka kroków, po czym odwrócił się i zawołał:
- Cóż, mógłbyś po prostu zatkać uszy, czyż nie?30
Premier na chwilę zaniemówił. Poczerwieniał ze złości. Jednak do jego największych zalet należała umiejętność łapania dystansu, dzięki której potrafił nie przejmować się błahostkami, a jego zły humor w jednej chwili przeradzał się w rozbawienie.
- Cóż, mógłbyś po prostu zatkać sobie uszy, czyż nie? - powtórzył cicho i zaśmiał się w głos.
Churchill natychmiast rzucił się w wir swoich nowych obowiązków, co niektórym osobom w jego otoczeniu dodało otuchy, ale jednocześnie potwierdziło najgorsze obawy innych.
18 W. Thompson, Assignment: Churchill, Farrar, Straus and Young, New York 1955, s. 164.
19 J. Wheeler-Bennett, King George VI: His Life and Reign, Macmillan, London 1958, s. 444n. Więcej informacji na temat uczuć króla względem Churchilla, patrz tamże, s. 445-446.
20 L. Olson, Troublesome Young Men, Farrar, Straus and Giroux, New York 2007, s. 294; A. Roberts, "The Holy Fox": The Life of Lord Halifax, Orion, London 1997, s. 196. U Olsona pojawiają się trzy wykrzykniki; u Robertsa tylko jeden, na końcu zdania. Jednak zdaje się oczywiste, że była to chwila pełna emocji.
21 L. Olson, dz. cyt., s. 306.
22 A. Roberts, dz. cyt., s. 209.
23 Tamże, s. 208.
24 J. Wheeler-Bennett, King George VI, s. 443-444.
25 Tamże, s. 444.
26 W. Thompson, dz. cyt., s. 164-165.
27 W. Churchill, Druga wojna światowa, t. 2, ks. I, tłum. K. Mostowska, Phantom Press, Gdańsk 1995, s. 14.
28 G. Pawle, The War and Colonel Warden, Knopf, New York 1963, s. 39.
29 W. Thompson, dz. cyt., s. 183.
30 T. Hickman, Ochroniarz Churchilla: biografia Waltera H. Thompsona oparta na jego pamiętnikach, tłum. K. Janicki, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2011, s. 156-157.
ROZDZIAŁ 2
Siedemnastoletnia Mary Churchill obudziła się rankiem 10 maja w nowej Europie - takiej, z której docierały nader ponure wieści. Ich szczegóły przerażały same w sobie, ale najgorszy był kontrast między tym, co wydarzyło się nad kanałem La Manche, a poprzednim, wypełnionym zabawą wieczorem dziewczyny.
Mary była najmłodsza spośród czwórki dzieci Churchilla. Jego piąta córka, Marigold, ukochana przez rodzinę Duckadilly, zmarła na sepsę w sierpniu 1921 roku w wieku 2 lat i 9 miesięcy. Oboje rodzice towarzyszyli jej do samego końca. Churchill opowiadał później Mary, że Clementine "wyła wówczas dziko niczym konające zwierzę"31.
Najstarsza siostra Mary, trzydziestoletnia Diana, wyszła za Duncana Sandysa (jego nazwisko należało wymawiać Sands), który pełnił funkcję specjalnego łącznika Churchilla z organizacją ARP (Air Raid Precautions), czyli wydziałem cywilnej obrony przeciwlotniczej Home Office. Mieli troje dzieci. Druga siostra, dwudziestopięcioletnia Sarah, tak uparta, że w dzieciństwie przezywano ją osłem, parała się aktorstwem. Ku niezadowoleniu Churchilla wyszła za mąż za starszego o 16 lat austriackiego artystę komediowego Vica Olivera, który był już wcześniej dwukrotnie żonaty. Pozostawali bezdzietni. Czwartym dzieckiem był Randolph, który wkrótce miał skończyć 29 lat i rok wcześniej ożenił się z obecnie dwudziestoletnią Pamelą Digby. Spodziewali się pierwszego potomka.
Mary była piękna, pogodna, pełna energii, a jeden z obserwatorów określił ją jako "emanującą życiem"32. Podchodziła do świata z niczym niezmąconym entuzjazmem jagniątka, prostodusznością, którą młoda Amerykanka Kathy Harriman, córka Averella Harrimana, postrzegała jako wręcz przytłaczającą. Napisała: "To bardzo inteligentna dziewczyna, lecz naiwna aż do bólu. Mówi wszystko wprost, ludzie śmieją się i żartują z niej, a że jest bardzo wrażliwa, bierze to sobie do serca"33. Clementine, matka Mary, nazwała ją tuż po narodzinach "myszką Mary"34.
Podczas gdy Hitler siał spustoszenie i przynosił zagładę niezliczonej rzeszy osób w Beneluxie, Mary i jej przyjaciele wyśmienicie się bawili. Wieczór zapoczątkowało przyjęcie wyprawione przez jej siedemnastoletnią przyjaciółkę i zarazem kuzynkę, Judy - Judith Venetię Montagu, córkę zmarłego Edwina Samuela Montagu, byłego ministra ds. Indii, i jego żony Venetii Stanley. Ich małżeństwo otaczała aura skandalu - huczało od plotek. Venetia wyszła za Montagu po zakończeniu trzyletniego romansu ze starszym od niej o 35 lat byłym premierem H. H. Asquithem. To, czy związek tej dwójki miał fizyczny charakter, pozostało tajemnicą dla wszystkich poza nimi, jednak gdyby same słowa miały świadczyć o intensywności uczuć, Asquith był mężczyzną owładniętym miłością. W czasie romansu z Venetią napisał do niej co najmniej pięćset sześćdziesiąt listów. Część z nich stworzył w trakcie posiedzeń rady gabinetowej, który to zwyczaj Churchill określił jako "największe zagrożenie bezpieczeństwa Anglii"35. Niespodziewane zaręczyny Venetii i Montagu zdruzgotały Asquitha. "To gorsze niż samo piekło"36 - napisał.
Na przyjęciu u Judy Montagu pojawiła się śmietanka brytyjskiej młodzieży. Byli to potomkowie szlachty, którzy na co dzień jadali, tańczyli i pili szampana w najsłynniejszych klubach w mieście. Wojna nie powstrzymała ich rozrywek, ale przydała im nieco gorzką nutę. Wielu mężczyzn wstąpiło do sił zbrojnych (najbardziej romantyczna zdawała się służba w RAF-ie, czyli Królewskich Siłach Powietrznych). Inni zostali skierowani do szkół wojskowych, na przykład Sandhurst lub Pirbright. Niektórzy walczyli w Norwegii, inni przebywali za granicą w ramach Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Wiele dziewcząt z otoczenia Mary wstąpiło do Women's Voluntary Service (WVS, Ochotniczej Służby Kobiet), organizacji, która pomagała w rozmieszczaniu przesiedleńców, organizowała im miejsca pobytu, zapewniała pożywienie w przypadku jego braków, a także wykonywała wiele nietypowych zadań w rodzaju przędzenia psiej sierści na odzież. Inne uczęszczały do szkół pielęgniarskich, a niektóre obejmowały niejasne stanowiska w Foreign Office (Biurze Spraw Zagranicznych), gdzie zajmowały się, jak to określała Mary, "rzeczami, których lepiej nie precyzować". Jednak zabawa pozostawała zabawą i pomimo narastającej ciemności, Mary tańczyła wraz z przyjaciółmi, zaopatrzona w 5 funtów (nieco ponad osiemdziesiąt złotych) kieszonkowego, które dostawała od ojca pierwszego dnia każdego miesiąca. "Londyn prowadził bardzo intensywne życie towarzyskie" - napisała Mary w pamiętniku. "Pomimo zaciemnienia teatry były pełne, nocne kluby otwierały się, by ludzie mieli gdzie tańczyć po zamknięciu restauracji, a wiele osób wyprawiało proszone kolacje, często z okazji przepustki syna"37.
Ulubionym lokalem Mary i jej przyjaciół był Players' Theatre, niedaleko Covent Garden, do którego chodzili podziwiać grupę aktorów - w tym Petera Ustinova - śpiewających dawne piosenki musicalowe. Zostawali tam aż do zamknięcia o drugiej w nocy, a potem wracali do domów zaciemnionymi ulicami. Mary to uwielbiała, cieszyło ją połączenie piękna i tajemniczego nastroju nocy, które uwidaczniało się zwłaszcza w czasie pełni księżyca. "Głęboko spowite w mroku ulice otwierały się niczym ciemne doliny na przestwór zalanego księżycowym blaskiem Trafalgar Square. W tle rysowała się klasyczna symetria słynnego anglikańskiego kościła St. Martin-in-the-Fields, a kolumna Nelsona pięła się w ciemność ponad stojącymi na jej straży niezwykle dostojnymi czarnymi lwami. Widok nie do zapomnienia"38.
Wśród mężczyzn zaproszonych na kolację do Judy Montagu znalazł się major Mark Howard, którego Mary uważała za przystojnego i wytwornego i który "całkiem się jej podobał"39. Za cztery lata ten młodzieniec miał zginąć w akcji, ale teraz służył w Coldstream Guards, najstarszym nieprzerwanie działającym regularnym pułku armii brytyjskiej. Choć była to jednostka aktywna bojowo, do jej zadań należało również wspieranie ochrony Pałacu Buckingham.
Po przyjęciu Mary, Mark i ich przyjaciele wybrali się potańczyć do słynnego hotelu Savoy, a następnie przenieśli się do popularnego wśród młodych elit klubu nocnego o nazwie 400, powszechnie znanego jako "nocna centrala socjety". W piwnicy na Leicester Square goście mogli do świtu tańczyć walca i fokstrota w rytm muzyki wygrywanej przez osiemnastoosobową orkiestrę. "Tańczyłam prawie wyłącznie z Markiem" - napisała Mary w pamiętniku. "B. miło! Dotarłam do domu o czwartej rano i natychmiast się położyłam"40.
Po przebudzeniu dowiedziała się o błyskawicznym uderzeniu Hitlera na Europę. Zanotowała: "Podczas gdy ja i Mark tańczyliśmy tak radośnie i beztrosko, Niemcy pod osłoną zimnego szarego brzasku napadły na dwa kolejne niewinne państwa: Holandię i Belgię. Bestialstwo tego ataku jest wprost niepojęte"41.
Mary uczęszczała do Queen's College na Harley Street. Chociaż była to instytucja z internatem, dziewczyna mieszkała w domu i zjawiała się w koledżu na lekcjach francuskiego, literatury angielskiej i historii. "Przez cały dzień wisiała nad nami chmura niepewności i obaw" - kontynuowała w dzienniku swoje obserwacje. "Co dalej z rządem?"42.
Wkrótce otrzymała odpowiedź na to pytanie. Po południu, jak zazwyczaj w piątki, udała się do Chartwell, rodzinnej posiadłości Churchillów położonej około czterdziestu kilometrów na południowy wschód od Londynu. To tam dorastała, wychowując całą menażerię zwierząt, których część usiłowała sprzedać za pośrednictwem własnej firmy "Wesołe ZOO"43. Posesja, za wyjątkiem gabinetu Churchilla, została zamknięta na czas wojny, lecz domek letniskowy znajdujący się na jej terenie pozostawał otwarty. Obecnie mieszkała w nim ukochana była niania Mary, Maryott Whyte, kuzynka Clementine znana w rodzinie jako Moppet lub Nana.
Było ciepłe wiosenne popołudnie. Mary siedziała na stopniach domku w niebieskawym świetle zmierzchu (szarówce, jak lubiła nazywać tę porę dnia) i słuchała radia. Około dwudziestej pierwszej, tuż przed wiadomościami, nadano krótkie przemówienie Chamberlaina, w którym informował o swojej rezygnacji oraz objęciu funkcji premiera przez Churchilla.
Mary wpadła w zachwyt. Wiele osób jednak nie podzielało jej entuzjazmu.
Wieść ta na przykład wprawiła w zaniepokojenie co najmniej jednego ze znajomych Mary obecnych tej nocy w Savoyu i 400. Martwił go wpływ tej nominacji zarówno na losy narodu, przebieg wojny, jak i jego życie zawodowe.
Do sobotniego poranka 11 maja John "Jock" Colville pracował jako osobisty sekretarz Neville'a Chamberlaina. Teraz został przypisany do Churchilla i - biorąc pod uwagę wymogi stanowiska - musiał się liczyć z perspektywą częściowego zamieszkiwania przy Downing Street. Mary miała do niego stosunek co najmniej ambiwalentny, a może wręcz nieufny. "Podejrzewałam, że jest chamberlainistą i zwolennikiem układu monachijskiego. W obu kwestiach miałam słuszność!"44. On również nie był nią zachwycony. "Ta córka Chuchilla zdaje mi się dość zarozumiała"45.
Z pozycją osobistego sekretarza premiera wiązał się niemały prestiż. Colville dołączył do czterech innych nowo powołanych mężczyzn. Wspólnie mieli stworzyć "prywatny gabinet" Churchilla, nieomal jako jego pełnomocnicy, podczas gdy dodatkowy zespół sekretarzy i stenotypistów zajmował się transkrypcją dyktowanych tekstów oraz innymi codziennymi zadaniami biurowymi. Colville'owi Downing Street 10 zdawało się pisane z racji urodzenia. Jego ojciec, George Charles Colville, był adwokatem, a matka, lady Cynthia Crewe-Milnes, damą dworu, zaufaną towarzyszką królowej Marii. Zajmowała się również działalnością społeczną i charytatywną, w ramach której niosła pomoc biednym mieszkańcom wschodnich dzielnic Londynu. Od czasu do czasu zabierała tam ze sobą syna, by zobaczył inną stronę angielskiego życia. W wieku 12 lat Colville został mianowany paziem honorowym króla Jerzego V. Funkcja miała charakter głównie reprezentacyjny i wymagała od niego pojawienia się w pałacu Buckingham trzy razy do roku, przystrojonego w bryczesy, koronkowe mankiety, błękitną pelerynę oraz trójgraniasty kapelusz z czerwonymi piórami.
Mimo swoich 25 lat Colville wyglądał na starszego. Wynikało to po części z pogrzebowego stylu, w jakim czuł się zobligowany ubierać, po części zaś z beznamiętnego wyrazu twarzy oraz ciemnych brwi. Połączenie to sugerowało, że ma się do czynienia z posępnym krytykantem, choć w rzeczywistości - czego dowodzi jego pamiętnik prowadzony po kryjomu w czasach pobytu na Downing Street - Colville był bystrym obserwatorem ludzkich zachowań, o lekkim piórze i pełnym głębokiego zachwytu nad pięknem otaczającego świata. Miał dwóch starszych braci. David, najstarszy, służył w Royal Navy, a Philip, major w Brytyjskim Korpusie Ekspedycyjnym, znajdował się obecnie we Francji. Jock bardzo się o niego martwił.
Colville odebrał wykształcenie we właściwych miejscach46. To istotne wśród brytyjskich arystokratów, którzy traktują skończone szkoły jak sztandar. Uczęszczał do Harrow, gdzie był kapitanem drużyny szermierzy, a potem do Kolegium Świętej Trójcy w Cambridge. Wpływu Harrow na przyszłość młodych mężczyzn z brytyjskich elit nie można przecenić: na liście byłych uczniów tej szkoły znajduje się siedmiu premierów, w tym Churchill - uczeń raczej nijaki, który w opinii jednego z tamtejszych nauczycieli cechował się wyjątkowym niechlujstwem. (Wśród późniejszych absolwentów znaleźli się aktorzy Benedict Cumberbatch oraz Cary Elwes, który zasłynął z roli w filmie Narzeczona dla księcia, a także ornitolog nazywający się James Bond). Colville uczył się niemieckiego. Język wyszlifował podczas dwóch pobytów w Niemczech: w 1933 roku, tuż objęciu przez Hitlera funkcji kanclerza, oraz w 1937 roku, po objęciu przez niego pełni władzy. Początkowo entuzjazm niemieckiego społeczeństwa udzielił się Colville'owi, lecz z czasem coraz więcej rzeczy zaczęło go niepokoić. Był świadkiem palenia książek w Baden-Baden, a później wysłuchał na żywo jednego z przemówień Hitlera. "Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem masowej histerii o tak uniwersalnym zasięgu" - napisał. W tym samym roku został członkiem korpusu dyplomatycznego Foreign Office. To stąd zwykle wywodzili się osobiści sekretarze z Downing Street 10. Dwa lata później rozpoczął pracę dla Chamberlaina, już wówczas pogrążonego w konfliktach z powodu niepowodzenia zawartego przez siebie układu monachijskiego. Churchill, jeden z głównych krytyków Chamberlaina, nazwał to porozumienie "totalną, absolutną porażką".
Colville lubił i cenił Chamberlaina, a obawiał się skutków rządów Churchilla. Jego zdaniem zanosiło się tylko na chaos. Podobnie jak wiele innych osób w Whitehallu, uważał Churchilla za kapryśnego i wścibskiego, skorego do podejmowania błyskawicznych działań, niekiedy stojących ze sobą w sprzeczności. Jednak społeczeństwo uwielbiało tego człowieka. Za tę popularność Colville winił w swoim pamiętniku Hitlera. "Jednym z najsprytniejszych posunięć Hitlera było uczynienie Winstona Wrogiem Narodu Numer Jeden, ponieważ przez to stał się w swoim kraju oraz w USA Narodowym Bohaterem Numer Jeden"47.
Colville miał wrażenie, że nad Whitehallem zawisła chmura przerażenia, gdy zdano sobie sprawę z potencjalnych konsekwencji objęcia stanowiska przez Churchilla. "Być może faktycznie charakteryzuje się charyzmą i energią, jakie kraj chce w nim widzieć, i być może jest w stanie przyspieszyć skrzypiącą machinę naszego rozwoju militarnego i przemysłowego" - napisał. "Jednak wiąże się to z ogromnym ryzykiem i groźbą pochopnych i spektakularnych działań. Trudno mi się pozbyć niepokoju, że ten kraj zostanie wmanewrowany w najbardziej niebezpieczną sytuację w historii"48.
Colville żywił cichą nadzieję, że urzędowanie Churchilla nie potrwa długo. "Wydaje się, że istnieją przesłanki, by wierzyć, że N.C. [Neville Chamberlain] wkrótce wróci"49 - zapisał.
Jedno za to zdawało się pewne: praca dla Churchilla zapewniła Colville'owi niewyczerpany materiał do opisywania w dzienniku, który zaczął prowadzić osiem miesięcy wcześniej, tuż po rozpoczęciu wojny. Dopiero po jakimś czasie miał zdać sobie sprawę, że tym samym prawdopodobnie dopuścił się bardzo poważnego naruszenia narodowego bezpieczeństwa. Jak to później określił inny pracujący z nim osobisty sekretarz: "Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak wielkie ryzyko Jock podejmował w kwestii bezpieczeństwa. Gdyby ktoś go przyłapał, natychmiast wyrzucono by go z pracy"50.
Colville'owy sceptycyzm "dnia następnego" podzielały również inne osoby urzędujące przy Whitehallu, a król Jerzy VI wyznał w swoim dzienniku: "Jeszcze nie jestem w stanie myśleć o Winstonie jako o premierze"51. Władca spotkał na terenie ogrodów przylegających do pałacu Buckingham lorda Halifaxa, któremu pozwolił tą trasą skracać drogę pomiędzy domem na Euston Square a Foreign Office. "Spotkałem Halifaxa w ogrodzie" - napisał król - "i powiedziałem mu, że jest mi przykro, że to nie on został premierem".
Halifax, choć niedawno ponownie mianowany na ministra spraw zagranicznych, pozostawał sceptyczny względem Churchilla i dzikiej energii, jaką w jego mniemaniu wniósł na Downing Street. W sobotę 11 maja, dzień po powołaniu Churchilla na urząd premiera, napisał do syna: "Mam nadzieję, że Winston w nic nas pochopnie nie wmanewruje"52.
Poza tym nazywał Churchilla Puchatkiem od bohatera książki A. A. Milne'a i narzekał, że nominatom na nowych członków gabinetu brak intelektualnej giętkości. Porównał ich do "członków gangu", którego przywódcą, w jego opinii, miał być Churchill. "Rzadko zdarzało mi się spotykać kogoś o podobnych brakach w wiedzy czy też kogoś o bardziej porywczym umyśle" - zapisał w tę sobotę w swoim dzienniku. "Czy uda się go okiełznać? Od tego wiele zależy"53.
Nominacja Churchilla rozwścieczyła też żonę jednego z członków Parlamentów, która porównała go do Hermanna Göringa, otyłego, brutalnego dowódcy Luftwaffe i drugiej najważniejszej osoby w Trzeciej Rzeszy. "W.C. to naprawdę angielski odpowiednik Göringa" - napisała. "Jest przepełniony żądzą mordu, blitzkriegu, rozdęty przez własne ego oraz nadmiar jedzenia. W jego żyłach płynie ta sama zdradziecka krew, podkreślana brawurą i pustosłowiem"54.
Jednak niezwiązana osobiście z polityką kronikarka Nella Last miała odmienną opinię. Podzieliła się nią z Mass-Observation, organizacją założoną w Wielkiej Brytanii dwa lata przed wojną i zajmującą się rekrutowaniem wolontariuszy do prowadzenia dzienników, które następnie miały pomóc socjologom lepiej zrozumieć codzienne życie Brytyjczyków. Autorów dzienników zachęcano do wyostrzania zmysłu obserwacji poprzez opisywanie wszystkiego, co dzieje się w ich domowym ognisku i innych zaprzyjaźnionych domach. Wielu spośród ochotników, wśród nich Last, nie zaprzestało prowadzenia dzienników przez całą wojnę. "Gdybym miała spędzić z jakimś mężczyzną całe życie" - napisała - "wybrałabym Chamberlaina, jednak myślę, że zdecydowałabym się na pana Churchilla, gdybym w czasie burzy znalazła się na rozbitym okręcie"55.
Społeczeństwo i sojusznicy Churchilla powitali jego nominację z entuzjazmem. Listy i telegramy z gratulacjami zalały Dom Admiralicji. Dwa z nich z pewnością mile połechtały Churchilla, gdyż ich autorkami były kobiety, z którymi od dawna się przyjaźnił, a swego czasu mogły żywić wobec niego romantyczne zamiary. Clementine z całą pewnością miała wątpliwości co do charakteru relacji łączącej z nimi jej męża i ponoć nie miała wobec żadnej z nich zaufania.
"Moje życzenie się spełniło" - napisała Violet Bonham Carter, córka H. H. Asquitha, który zmarł w 1928 roku. "Teraz mogę czekać z wiarą i zaufaniem na to, co ma nadejść". Dobrze znała Churchilla i nie miała wątpliwości, że jego energia i przebojowość całkowicie odmienią oblicze obejmowanego przezeń gabinetu. "Równie dobrze jak ty zdaję sobie sprawę, że wiatr już został zasiany i wszystkim nam przyjdzie teraz zbierać burzę" - napisała. "Jednak ty popłyniesz z prądem, a nie pozwolisz, żeby cię poniósł. Całe szczęście, że tam jesteś, za sterami naszego losu. Mam nadzieję, że Twoja siła roznieci ducha całego narodu"56.
Autorką drugiego listu była Venetia Stanley, ta sama, która prowadziła korespondencyjny romans z Asquithem. "Mój drogi" - zaczęła - "pragnę dodać mój głos do tego gromkiego okrzyku radości, jaki poniósł się po całym cywilizowanym świecie, gdy zostałeś premierem. Dzięki Bogu, nareszcie!". Cieszyła się przeogromnie: "Dostałeś szansę ocalenia nas wszystkich".
W postscriptum dodała: "Jak to cudownie, nawiasem mówiąc, mieć wreszcie przy Downing Street 10 kogoś, kogo się kocha"57.
31 M. Soames, Clementine Churchill: The Biography of a Marriage, Houghton Mifflin, Boston 1979, s. 264.
32 R. P. Meiklejohn, dz. cyt., s. 264.
33 K. Harriman do Mary Harriman Fisk, Korespondencja, 7 lipca 1941, W. Averell Harriman, Library of Congress, Manuscript Division, Washington.
34 S. Purnell, Clementine: The Life of Mrs. Winston Churchill, Penguin, New York 2015.
35 "Daily Mail", 4 września 2019.
36 Tamże.
37 M. Soames, A Daughter's Tale: The Memoir of Winston and Clementine Churchill's Youngest Child, Transworld, London 2011, s. 143.
38 Tamże, s. 145-146.
39 Tamże, s. 153. Kilkadziesiąt lat później w rodzinnym domu majora Howarda nagrano słynną telewizyjną adaptację Powrotu do Brideshead Evelyna Waugha.
40 M. Churchill, Diary, Papers. Churchill Archives Center, Churchill College, Cambridge, 9 maja 1940.
41 Tamże, 10 maja 1940.
42 Tamże.
43 M. Soames, A Daughter's Tale, s. 111-112.
44 Tamże, s. 153.
45 J. Colville, The Fringes of Power: Downing Street Diaries, 1939-1955, t. 1, September 1939-September 1941, Hodder & Stoughton, London 1985, s. 140.
46 Szczegóły na temat wykształcenia Colville'a znaleźć można w jego wspomnieniach: Footprints in Time: Memories, Collins, London 1976.
47 J. Colville, The Fringes of Power, 1:129.
48 Tamże, s. 141.
49 J. Colville, Manuscript Diary, Papers. Churchill Archives Center, Churchill College, Cambridge, 11 maja 1940. Oryginalny wpis Colville'a odbiega znacznie od tego zacytowanego w The Fringes of Power, s. 143-144, który tu pomijamy.
50 W. Dockter, R.Toye, Who Commanded History? Sir John Colville, Churchillian Networks, and the "Castlerosse Affair", "Journal of Contemporary History", 2019, 54, nr 2, s. 416.
51 J. Wheeler-Bennett, King George VI, s. 446.
52 J. Lukacs, Five Days in London, May 1940, Yale University Press, New Haven 1999, s. 67.
53 Tamże.
54 L. Olson, dz. cyt., s. 328.
55 J. Lukacs, dz. cyt., s. 81.
56 M. Gilbert, The Churchill War Papers, t. 2, Never Surrender, May 1940-December 1940, Norton, New York 1995, s. 2-3.
57 Tamże, s. 3.
ROZDZIAŁ 3
Kiedy Churchill rozważał różne scenariusze przebiegu wojny i jej możliwe skutki, dużą wagę przywiązywał do odpowiedzi Ameryki na wydarzenia na starym kontynencie. Hitler zdawał się zdeterminowany, by opanować Europę. Niemieckie siły powietrzne Luftwaffe powszechnie uważano za znacznie większe i potężniejsze niż brytyjski RAF, a ich łodzie podwodne i rajdery znacznie utrudniały transport pożywienia, broni i surowców niezbędnych dla mieszkańców wysp. Poprzednia wojna pokazała, jaką militarną potęgą mogą być Stany Zjednoczone, gdy włączą się do działań wojennych; teraz tylko one zdawały się zdolne zrównoważyć siły obu stron.
Randolph uzmysłowił sobie, jak istotną rolę Ameryka odgrywa w strategicznym myśleniu jego ojca, pewnego ranka tuż po objęciu przez Churchilla stanowiska premiera. Wszedł do jego sypialni w Domu Admiralicji i zobaczył ojca golącego się przed lustrem. Randolph przyjechał na przepustkę z 4. Pułku Huzarów Królowej, dawnej jednostki Churchilla, w której służył w stopniu oficera.
- Usiądź, drogi chłopcze, i poczytaj mi gazetę, zanim skończę się golić - poprosił Churchill.
Po chwili odwrócił się do syna. - Chyba znalazłem rozwiązanie. - Znowu spojrzał w lustro.
Randolph zrozumiał, że ojciec mówi o wojnie. Zaskoczyły go te słowa, jak wspominał, bo sam widział niewielkie szanse na zwycięstwo Wielkiej Brytanii.
- Sądzisz, że możemy uniknąć porażki? - zapytał. - Czy że uda się pokonać sukinkotów?
Churchill cisnął brzytwą o umywalkę i ponownie odwrócił się w stronę syna.
- Oczywiście, że chodzi o to, że możemy ich pokonać!
- Jestem całym sercem za tym - odparł Randolph - ale nie bardzo sobie wyobrażam, jak to zrobić.
- Wciągnę do gry Stany Zjednoczone - odrzekł Churchill, wycierając twarz58.
Społeczeństwo Stanów Zjednoczonych nie miało ochoty być wciągane w jakąkolwiek grę, a już zwłaszcza nie w wojnę w Europie. Nastawienie Amerykanów zmieniło się od początku konfliktu, kiedy to sondaż przeprowadzony przez Instytut Gallupa wykazał, że w opinii 42 procent Amerykanów, jeżeli w najbliższych miesiącach klęska Francji i Wielkiej Brytanii zacznie jawić się jako nieuchronna, Stany Zjednoczone powinny wypowiedzieć Niemcom wojnę i wkroczyć do Europy. Przeciwnego zdania było 48 procent ankietowanych. Jednak inwazja Hitlera na Niderlandy drastycznie wpłynęła na nastroje społeczne w Ameryce. Sondaż przeprowadzony w maju 1940 roku przez Instytut Gallupa wykazał, że 93 procent społeczeństwa skłania się ku izolacjonizmowi, czyli jest przeciwne włączeniu się do wojny. Ta niechęć zresztą została skodyfikowana już wcześniej. W 1935 roku Kongres Stanów Zjednoczonych przyjął pierwszą z wielu tak zwanych ustaw o neutralności, które ściśle regulowały eksport broni i amunicji oraz zabraniały ich dostawy na amerykańskich statkach do państw pozostających w stanie wojny. Amerykanie byli życzliwie nastawieni do Anglii, jednak dymisja rządu w dniu ataku Hitlera na Holandię, Belgię i Luksemburg negatywnie wpłynęła na ocenę stabilności imperium brytyjskiego w ich oczach.
Rankiem w sobotę 11 maja prezydent Roosevelt zwołał w Białym Domu posiedzenie rady gabinetowej w sprawie nowego premiera Wielkiej Brytanii. Główna wątpliwość dotyczyła tego, czy da on radę przetrwać w czasie tej coraz bardziej rozprzestrzeniającej się wojny. Roosevelt wielokrotnie wymieniał z Churchillem depesze w czasach, kiedy ten pełnił jeszcze funkcję pierwszego lorda admiralicji, lecz utrzymywał ten fakt w sekrecie z obawy przed wzburzeniem amerykańskiej opinii publicznej. Atmosfera posiedzenia była przesycona sceptycyzmem.
Jednym z obecnych był Harold L. Ickes, sekretarz zasobów wewnętrznych, wpływowy doradca Roosevelta zaangażowany w realizację stworzonego przez niego programu prac społecznych i reform finansowych zwanego New Deal. "Podobno Churchill jest bardzo nieprzewidywalny, gdy znajduje się pod wpływem alkoholu"59 - stwierdził. Następnie dodał, że jest "zbyt stary". Wedle słów Frances Perkins, ówczesnej sekretarz pracy, Roosevelt w trakcie tego spotkania zdawał się "niepewny" w kwestii Churchilla.
Wątpliwości dotyczące nowego premiera, a zwłaszcza jego skłonności do nadużywania alkoholu, zasiane zostały na długo przed tym spotkaniem. W lutym 1940 roku Sumner Welles, asystent sekretarza stanu w amerykańskim Departamencie Stanu, wybrał się na międzynarodową wyprawę, zwaną misją Wellesa, w trakcie której zamierzał spotkać się z przywódcami Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch i Francji, aby zorientować się w politycznych układach panujących w Europie. Zobaczył się również z Churchillem, pełniącym wówczas funkcję pierwszego lorda admiralicji. Welles opisał to spotkanie w późniejszym raporcie: "Gdy wprowadzono mnie do jego gabinetu, pan Churchill siedział przed kominkiem z dwudziestoczterocalowym cygarem w ustach i szklanką whisky z wodą sodową w dłoni. Nie ulegało wątpliwości, że przed moim przybyciem wypił już wiele drinków"60.
Jednak najbardziej sceptyczny względem Churchilla był amerykański ambasador w Wielkiej Brytanii, Joseph Kennedy, który nie lubił premiera i ustawicznie składał pesymistyczne raporty na temat perspektyw Wielkiej Brytanii i usposobienia Churchilla. Pewnego razu powtórzył Rooseveltowi słowa Chamberlaina, według którego Churchill "pije bez opamiętania, a jego osąd nigdy nie okazuje się właściwy"61.
Kennedy'ego z kolei niezbyt lubiano w Londynie. Żona lorda Halifaxa, ministra spraw zagranicznych w rządzie Churchilla, nie znosiła ambasadora z powodu jego pesymistycznego spojrzenia na szanse przetrwania Wielkiej Brytanii oraz przewidywań, że RAF zostanie błyskawicznie pokonany.
Napisała: "Z przyjemnością bym go ukatrupiła"62.
58 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:70-71.
59 J. Lukacs, dz. cyt., s. 72n.
60 S. Welles, Memorandum, 12 marca 1940, FDR/Safe. Z całą pewnością Welles wyolbrzymił, pisząc o dwudziestoczterocalowym cygarze. Przynajmniej należy mieć taką nadzieję.
61 T. Maier, When Lions Roar: The Churchills and the Kennedys, Crown, New York 2014, s. 213. Chamberlain powtórzył te słowa w innej formie: "Jego osąd nigdy jeszcze nie okazał się właściwy".
62 A. Roberts, "The Holy Fox", s. 268.
ROZDZIAŁ 4
Już w ciągu pierwszych 24 godzin urzędowania Churchill pokazał, że bardzo różni się od poprzedniego premiera. Podczas gdy Chamberlain - Stary Parasol, Koroner - jawił się jako stateczny i rozważny, jego następca, zgodnie ze swoją reputacją, cechował się ekstrawagancją, energią i zupełną nieprzewidywalnością. Zaraz na początku sam siebie mianował ministrem obrony, co jeden z odchodzących urzędników skwitował w swoim dzienniku słowami: "Niebiosa, miejcie nas w swojej opiece"63. Była to nowo utworzona funkcja, która przyznawała Churchillowi zwierzchnictwo nad dowódcami armii, Royal Navy i RAF-u. Sprawował teraz całkowitą kontrolę nad działaniami wojennymi Wielkiej Brytanii - co wiązało się z pełną odpowiedzialnością.
Szybko zajął się budowaniem rządu, umawiając siedem kluczowych spotkań do południa następnego dnia. Zatrzymał lorda Halifaxa na stanowisku ministra spraw zagranicznych, a w akcie szczodrości i lojalności znalazł również miejsce dla Chamberlaina, którego mianował lordem przewodniczącym Rady. Funkcja ta wiązała się z minimalnym nakładem pracy i stanowiła rodzaj pomostu pomiędzy rządem i królem. Churchill postanowił też nie zmuszać go do opuszczenia oficjalnej rezydencji premiera przy Downing Street 10 - sam postanowił zostać jeszcze na jakiś czas w zajmowanym dotychczas Domu Admiralicji, aby umożliwić mu odejście z godnością. Po przeprowadzce zaoferował mu sąsiedni lokal - przy Downing Street 11, który zresztą Chamberlain zamieszkiwał już wcześniej, w latach trzydziestych, jako kanclerz skarbu.
Przez Whitehall przebiegła nowa iskra. Przygaszone korytarze się obudziły. "Zdawało się, że cała maszyna zyskała dwa nowe, wyższe biegi umożliwiające rozwijanie większych prędkości, niż ktokolwiek mógł sobie wcześniej wyobrazić"64 - napisał Edward Bridges, sekretarz gabinetu wojennego. Ta nowa energia, nieznana i niepokojąca, przeszyła wszystkie biurokratyczne warstwy, od najniższej w hierarchii sekretarki do ministrów. Downing Street zostało zelektryzowane. Według Johna Colville'a pod rządami Chamberlaina nawet wybuch wojny nie zwiększył tempa pracy, natomiast Churchill był istnym wulkanem energii. Ku zaskoczeniu Colville'a "można było zobaczyć, jak stateczni przedstawiciele służby cywilnej biegają po korytarzach"65. Ilość pracy samego Colville'a i pozostałych bliskich współpracowników premiera urosła do niewyobrażalnych wcześniej rozmiarów. Churchill wydawał zalecenia i rozkazy w krótkich notatkach, które dyktował którejś z zawsze obecnych w pobliżu maszynistek od chwili, kiedy się przebudził, aż do momentu, gdy kładł się spać. Wpadał we wściekłość, jeśli zauważył błędy w pisowni i nielogiczności, które nieodmiennie składał na karb nieuwagi maszynistek, choć w rzeczywistości jego lekka wada wymowy (seplenienie przy głosce "es") utrudniała poprawne spisywanie jego słów. Elizabeth Layton, maszynistka, która zaczęła pracę przy Downing Street w 1941 roku, doprowadziła go do furii, gdyż przy spisywaniu dwudziestosiedmiostronicowego przemówienia popełniła jeden błąd i zapisała "minister lotnictwa" zamiast "Ministerstwa Lotnictwa". Przekaz, który powstał w efekcie tego przejęzyczenia, działał na wyobraźnię: "Minister lotnictwa ogarnięty był na wskroś chaosem"66. Layton twierdziła jednak, że niekiedy trudno było dosłyszeć słowa Churchilla, zwłaszcza nad ranem, gdy dyktował, leżąc jeszcze w łóżku. Poza tym wymowę premiera zakłócały jeszcze inne czynniki. "Nie rozstaje się z cygarem. I zazwyczaj podczas dyktowania chodzi tam i z powrotem po pokoju, tak że czasami znajduje się tuż za twoim krzesłem, a czasami na drugim końcu pomieszczenia"67.
Nie istniał szczegół zbyt drobny, by nie zwrócił na niego uwagi, nawet jeżeli chodziło o dobór słów i konstrukcje gramatyczne stosowane przez ministrów, gdy spisywali swoje raporty. Zamiast słowa "aerodrom" mieli używać określenia "lotnisko polowe". Nie wolno im było pisać "statek powietrzny", lecz "samolot". Churchill kładł szczególny nacisk na zachowanie zwięzłości ministerialnych notatek, których długość miała nie przekraczać jednej strony. "Rozwlekanie myśli to dowód opieszałości"68 - twierdził.
Tak precyzyjne i wymagające zasady komunikacji przyczyniły się na wszystkich szczeblach do wzrostu poczucia odpowiedzialności za bieg wydarzeń i wypleniły gnuśność z rutynowej ministerialnej pracy. Każdego dnia spływały dziesiątki notatek Churchilla, niezmiennie oszczędnych w słowach, a zarazem napisanych nienaganną angielszczyzną. Nierzadko domagał się odpowiedzi w jakiejś bardzo złożonej sprawie przed upływem dnia. "Nic, co nie wymagało jego natychmiastowej uwagi albo go nie martwiło, nie miało dla niego znaczenia" - napisał generał Alan Brooke, znany wśród zespołu sekretarzy przy Downing Street jako "Brookie". "Gdy chciał, by coś zostało wykonane, należało rzucić wszystko inne"69.
Jak zauważył Brooke, "sprawiało to wrażenie światła reflektora krążącego wokół bez ustanku i penetrującego najgłębsze zakamarki administracji. Każdy, niezależnie od tego, jak skromną pełnił funkcję czy mało eksponowaną pozycję zajmował, czuł, że pewnego dnia snop światła może paść właśnie na niego i uwidocznić wszystko, co w danym momencie robi"70.
W oczekiwaniu na opuszczenie przez Chamberlaina Downing Street, Churchill zaaranżował swój gabinet na parterze Domu Admiralicji, gdzie planował pracować nocą. Maszynistka i osobisty sekretarz zajęli jadalnię, więc każdego dnia w drodze do gabinetu szefa (umiejscowionego w pokoju przejściowym) przemierzali korytarz zastawiony meblami przyozdobionymi motywem delfinów, fotelami o oparciach i poręczach w kształcie wodorostów i powykręcanych morskich stworów. Na biurku Churchilla leżały rozrzucone stosy tabletek, proszków i wykałaczek, ale znaleźć tam można było też mankiety do ochrony rękawów i liczne złote medale, które zwykł wykorzystywać jako przyciski do papieru. Butelki whisky stały na stoliku obok. W ciągu dnia natomiast premier zajmował gabinet przy Downing Street.
Jednak dla Churchilla pojęcie gabinetu było bardzo szerokie. Niejednokrotnie generałowie, ministrowie i inni pracownicy mieli okazję spotykać się z nim, gdy leżał w wannie, jednym ze swych ulubionych miejsc pracy. Lubił też pracować w łóżku i każdego ranka spędzał tam długie godziny, przeglądając depesze i raporty w towarzystwie siedzącej nieopodal maszynistki. Zawsze musiał mieć pod ręką Skrzynkę, czyli czarną kasetkę, w której trzymał raporty, korespondencję, notatki i inne wymagające konkretnych działań pisma urzędowe. Każdego dnia jego osobiści sekretarze dokładali tam kolejne dokumenty.
Jeden gość w szczególności prawie każdego ranka odwiedzał sypialnię Churchilla - generał major Hastings Ismay, nowo powołany szef sztabu pieszczotliwie zwany Pugiem. Przezwisko to - w dosłownym tłumaczeniu Mops - otrzymał ze względu na swoje upodobanie do tej rasy psów. Ismay miał pełnić funkcję pośrednika pomiędzy Churchillem a dowódcami wszystkich trzech rodzajów sił zbrojnych i pomóc im zrozumieć jego, a jemu - ich, co czynił z taktem i dyplomatycznym wdziękiem. Błyskawicznie stał się jednym z głównych członków grupy, którą Churchill nazywał swoim "sekretnym kręgiem". Ismay często zjawiał się w sypialni Churchilla, by przedyskutować sprawy, którymi miano się zajmować na porannym spotkaniu dowódców sztabów. Kiedy indziej siedział po prostu razem z premierem, oferując swoją ciepłą, kojącą obecność. Pug był ulubieńcem zarówno maszynistek, jak i osobistych sekretarzy. "Jego oczy, zmarszczony nos, usta i kształt twarzy, wszystko to składało się na jego podobieństwo do psa, co było bezgranicznie zabawne" - napisał John Colville. "Gdy się uśmiechał, jego twarz jaśniała i łatwo było sobie wówczas wyobrazić, że merda ogonem"71.
Ismay nie posiadał się ze zdumienia, że jak się zdawało, społeczeństwo bardzo potrzebowało nowego premiera. Duże wrażenie robiły na nim entuzjastyczne pozdrowienia mijanych mężczyzn i kobiet, których był świadkiem, kiedy wspólnie z premierem przemierzał Downing Street w drodze do Domu Admiralicji. Przed prywatnym wejściem do siedziby premiera czekała na nich grupa osób, które pragnęły wyrazić swoje gratulacje i słowa wsparcia, wznosząc okrzyki: "Powodzenia, Winnie! Niech Bóg cię błogosławi!".
Ismay zauważył, że to wydarzenie głęboko poruszyło Churchilla. Jako że premier nie bał się wyrażać swoich emocji, zaszlochał po wejściu do budynku.
- Biedni ludzie, biedni ludzie - powiedział. - Ufają mi, a ja przez długi czas mogę zaoferować im jedynie katastrofę72.
Tym, co ponad wszystko chciał im zaoferować, było działanie, i od samego początku jasno dawał temu wyraz. Miał na myśli działanie we wszystkich obszarach, od urzędów aż po pole bitwy. W szczególności chciał, by Wielka Brytania przeszła do ofensywy i zrobiła coś, cokolwiek, aby zanieść wojnę bezpośrednio do "tego złego człowieka", jak lubił określać Adolfa Hitlera. Przy wielu okazjach zaznaczał, że pragnie, by Niemcy "krwawili i płonęli"73.
W ciągu dwóch dni od objęcia przez niego urzędu 37 bombowców RAF-u zaatakowało niemieckie miasto München-Gladbach (teraz Mönchengladbach) położone w mocno uprzemysłowionym Zagłębiu Ruhry. W nalocie zginęły cztery osoby. Na ironię losu zakrawa, że jedną z nich była Angielka74. W tym nalocie nie chodziło tylko o sianie zamętu. Misja ta, podobnie jak kolejne tego rodzaju, które nastąpiły wkrótce, miała pokazać brytyjskiemu społeczeństwu, Hitlerowi, a przede wszystkim Stanom Zjednoczonym, że Wielka Brytania zamierza walczyć. To samo przesłanie pragnął przedstawić 13 maja w swym pierwszym przemówieniu wygłoszonym przed Izbą Gmin. Mówił z dużą pewnością i szafował obietnicami zwycięstwa, ale równocześnie jako realista, który rozumie, w jak trudnym położeniu znalazła się wówczas Wielka Brytania. Zwłaszcza jedno zdanie tego przemówienia wybiło się szczególnie wyraźnie: "Nie mam do zaoferowania nic prócz krwi, znoju, łez i potu"75.
Choć później te słowa miały zostać uznane za jedne z najwspanialszych w historii oratorstwa, a kilka lat później pochwalił je nawet hitlerowski minister propagandy Joseph Goebbels, w tamtych czasach wystąpienie Churchilla było po prostu kolejną przemową wygłoszoną przed publicznością, której sceptycyzm wzmagały dodatkowo wyrzuty sumienia po poprzednim dniu. John Colville, pomimo nowo przyjętego stanowiska lojalny względem Chamberlaina, skwitował je słowami "genialne przemówionko"76. Na tę okazję założył "nowy jasnoniebieski garnitur od Fifty-Shilling Tailors" - dużej sieci sklepów sprzedających niedrogie męskie ubrania - "tani, a zarazem wyglądający nietuzinkowo, co uznałem za stosowny strój na tę okazję".
W tym samym czasie niemieckie siły z całkowitą bezwzględnością umacniały swoją pozycję w Niderlandach. Czternastego maja zmasowane siły Luftwaffe przypuściły atak na Rotterdam. Nie wyszukiwały celów, nie przebierały w środkach, więc nalot kosztował życie ponad ośmiuset cywilów. To była zapowiedź, że podobny los może spotkać Anglię. Jednak Churchilla i jego dowódców najbardziej zaniepokoiła zaskakująca siła, z jaką niemieckie wojska pancerne (w asyście samolotów w roli powietrznej artylerii) rozprawiały się z oddziałami alianckimi w Belgii i Francji, co osłabiało francuską obronę i w alarmujący sposób odsłoniło brytyjską armię kontynentalną, British Expeditionary Force (BEF). We wtorek 14 maja francuski premier Paul Reynaud zadzwonił do Churchilla z błaganiem o dziesięć dodatkowych eskadr myśliwców poza czterema już obiecanymi. Kiedy? "Jeżeli to możliwe, jeszcze dzisiaj"77.
Tymczasem Niemcy już obwieściły tryumf. W ten wtorek amerykański korespondent w Berlinie, William Shirer, na własne uszy słyszał, jak niemieccy prezenterzy radiowi raz za razem przerywają regularne audycje, by omówić kolejne postępy armii i ogłosić zwycięstwo. "Program jest przerywany, rozbrzmiewają fanfary, potem czytany jest komunikat, a potem chór śpiewa aktualny hit: Maszerujemy na Anglię"78.
O 7.30 kolejnego poranka, w środę 15 maja, Reynaud ponownie zadzwonił do Churchilla, który o tej godzinie leżał jeszcze w łóżku. Podniósł słuchawkę aparatu, który trzymał na stoliku nocnym. Poprzez trzaski dosłyszał odległy głos Reynauda, który po angielsku oznajmił:
- Jesteśmy pokonani. - Churchill nic nie odpowiedział. - Jesteśmy pokonani - powtórzył Reynaud. - Przegraliśmy bitwę.
- Przecież nie mogło się to stać tak szybko - wyraził wątpliwość Churchill79.
Reynaud poinformował go, że Niemcy przełamali francuskie linie w gminie Sedan w Ardenach, nieopodal granicy z Belgią, oraz że przez powstały wyłom przedostają się czołgi i wozy opancerzone. Churchill usiłował uspokoić Francuza, zauważając, że doświadczenie podpowiada, iż każda ofensywa z czasem traci na sile.
- Zostaliśmy pokonani - powtarzał Reynaud.
Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że aż trudne do uwierzenia. Armia francuska była potężna i wysoce wykwalifikowana, a ufortyfikowana Linia Maginota miała być niemożliwa do przełamania. Brytyjska strategia wojskowa zakładała, że Francja zapewni Wielkiej Brytanii wsparcie, bez którego Brytyjski Korpus Ekspedycyjny nie miał najmniejszych szans na przetrwanie.
Churchill uświadomił sobie, że nadeszła pora, aby bezpośrednio zwrócić się z prośbą o amerykańskie wsparcie. W tajnej depeszy wysłanej tego dnia do prezydenta Roosevelta oznajmił, że jest pewien, że Anglia zostanie zaatakowana, i że nastąpi to wkrótce, a on sam przygotowuje już kraj na odparcie inwazji. "Jeżeli zajdzie taka konieczność, będziemy kontynuować wojnę samotnie i nie boimy się tego" - napisał. "Ufam jednak, iż zdaje sobie pan sprawę, panie prezydencie, że głos i siła Stanów Zjednoczonych mogą stracić na znaczeniu, jeżeli wstrzymywać się je będzie zbyt długo. Może się okazać, że cała Europa została zaskakująco szybko opanowana przez nazistów, co stanowić może ciężar, którego nie udźwigniemy"80.
Potrzebował pomocy materialnej i wystąpił do Rossevelta z konkretną prośbą o wysłanie około pięćdziesięciu starych niszczycieli, z których Royal Navy mogłaby uczynić użytek do momentu, aż jej własne stocznie nie dostarczą nowych okrętów. Poprosił również o samoloty - "kilkaset najnowszych modeli" - oraz broń przeciwlotniczą i amunicję, "której w przyszłym roku również będziemy już mieli pod dostatkiem, o ile dane nam będzie dożyć tej chwili"81.
Następnie Churchill przeszedł do kwestii szczególnie delikatnej - czego był świadomy - podczas negocjacji z Ameryką, ze względu na jej wyraźną tendencję do stawiania twardych warunków, a przynajmniej do sprawiania takiego wrażenia. "Będziemy wam płacić tak długo, jak się da" - napisał. - "Chciałbym jednak mieć względną pewność, że jeśli nie będziemy już mieć takiej możliwości, będziecie kontynuować dostawy w takim samym wymiarze"82.
Roosevelt odpowiedział dwa dni później, wyjaśniając, że nie może wysłać niszczycieli bez specjalnej zgody Kongresu. Dodał też: "Mam ponadto wątpliwości, czy w tej chwili rozsądne byłoby występowanie z taką propozycją"83. Pozostawał nieufny względem Churchilla, ale jeszcze bardziej obawiał się, jak zareaguje amerykańskie społeczeństwo. Zastanawiał się w tym czasie, czy walczyć o trzecią kadencję, choć jeszcze niczego nie zadeklarował.
Uchyliwszy się przed rozmaitymi prośbami Churchilla, zakończył rozmowę słowami: "Życzę wam powodzenia!"84.
Coraz bardziej niespokojny, Churchill uznał, że musi osobiście spotkać się z francuskimi przywódcami, aby lepiej zrozumieć szczegóły toczącej się bitwy oraz zastanowić się, jak zwiększyć szansę na pozytywne zakończenie. Pomimo obecności niemieckich myśliwców na niebie nad Francją, Churchill wybrał się tam na pokładzie wojskowego transportowca de Havilland Flamingo, który wystartował w czwartek 16 maja o godzinie piętnastej z bazy RAF-u w Hendon, położonej około jedenastu kilometrów na północ od Downing Street. Był to ulubiony samolot Churchilla - całkowicie metalowy, dwusilnikowy transportowiec pasażerski wyposażony w potężne wyściełane fotele. Flamingo wkrótce dołączył do eskortującej go formacji spitfire'ów. Churchillowi w tej wyprawie towarzyszył Pug Ismay oraz niewielka grupa innych urzędników.
Po wylądowaniu natychmiast zorientowali się, że sytuacja przedstawia się znacznie gorzej, niż przypuszczali. Oficerowie wysłani na spotkanie z nimi poinformowali Ismaya, że spodziewają się, iż Niemcy w ciągu kilku dni wkroczą do Paryża. "Nikt z nas nie był w stanie w to uwierzyć"85 - napisał Ismay.
Reynaud i jego generałowie ponownie poprosili o dodatkowe samoloty. Choć podjęcie tej decyzji dużo go kosztowało, Churchill, jak zwykle skupiony na tym, jak oceni go historia, obiecał im dziesięć eskadr, których potrzebowali. Tej nocy wysłał do gabinetu wojennego telegram: "Historycznie rzecz biorąc, nie byłoby dobrze, gdyby ich prośbie odmówić, powodując ich klęskę"86.
Następnego ranka brytyjska delegacja wróciła do Londynu.
Perspektywa wysłania do Francji tak wielu myśliwców zmartwiła Colville'a. Napisał w swoim dzienniku: "Oznacza to pozbawienie tego kraju jednej czwartej myśliwców z pierwszej linii obrony"87.
Im bardziej pogarszała się sytuacja we Francji, tym silniejsza stawała się obawa, że teraz Hitler przekieruje całą swoją uwagę na Wielką Brytanię. Atak zdawał się nieunikniony. Ze strony zwolenników polityki ustępstw - prądu, który z Whitehallu nigdy tak naprawdę nie zniknął - ponownie rozbrzmiały wezwania, aby poszukać pokojowego porozumienia z Hitlerem. Dawne tendencje wyłaniały się niczym wody gruntowe na podmokłym trawniku.
W domu Churchilla tego typu defetyzm budził jedynie wściekłość. Pewnego popołudnia premier zaprosił na lunch Davida Margessona, głównego posła odpowiedzialnego za dyscyplinę głosowań. W spotkaniu brały też udział Clementine i Mary. Margesson należał do obozu "monachijczyków" - ludzi, którzy wcześniej popierali politykę appeasementu oraz podpisanie w 1938 roku przez Chamberlaina układu monachijskiego.
W miarę upływu spotkania Clementine czuła, że jej cierpliwość wystawiana jest na coraz cięższą próbę.
Od samego początku objęcia urzędu przez Churchilla Clementine ustawiła się w roli jego zawsze obecnego sprzymierzeńca. Wyprawiała uroczyste lunche i proszone obiady oraz odpowiadała na niezliczone listy od społeczeństwa. Często nosiła na głowie turban z chusty we wzór miniaturowych kopii plakatów wojennych i sloganów takich jak: Lend to defend (Kupuj bony w celu obrony), Go to It (Do pracy!) i tym podobnych. Clementine miała 55 lat, z których 32 spędziła u boku Churchilla. Po ich zaręczynach dobra znajoma Churchilla, Violet Bonham Carter, wyraziła co do niej poważną wątpliwość. Przewidywała, że Clementine "nigdy nie będzie dla [męża] niczym więcej niż tylko ozdobnym dodatkiem, ale ma na tyle małe wymagania, że nie będzie jej przeszkadzało"88.
Jednak Clementine udowodniła, że z pewnością nie jest tylko "dodatkiem". Wysoka, smukła, o "absolutnie nieskazitelnej urodzie"89, jak zauważyła Bonham Carter, cechowała się ogromną siłą woli i niezależnością - często na przykład wyjeżdżała w pojedynkę na wakacje i na długi czas rozstawała się z rodziną, jak w 1935 roku, kiedy wyruszyła sama na ponad czteromiesięczną wycieczkę na Daleki Wschód. Mieli z Churchillem osobne sypialnie, a seks uprawiali tylko po jej wyraźnym zaproszeniu90. Tuż po ślubie opowiedziała Bonham Carter o osobliwych upodobaniach męża w kwestii bielizny: musiała być jasnoróżowa i jedwabna91. Clementine w żadnej dyskusji nie dawała się zbić z tropu, niezależnie od polotu rozmówców, i ponoć jako jedyna potrafiła się skutecznie sprzeciwić Churchillowi.
W trakcie tego pamiętnego lunchu jej gniew narastał. Margesson był orędownikiem pacyfizmu, który budził jej odrazę. Wkrótce nie mogła już dłużej wytrzymać rozmowy na ten temat i nie tylko wypomniała mu jego rolę w polityce appeasementu, lecz także oskarżyła wprost o współudział w doprowadzeniu Wielkiej Brytanii do obecnej sytuacji. Jak opisała to w swojej książce Mary, "wybatożyła go werbalnie, a następnie wymiotła"92. Nie była to sytuacja odosobniona. Członkowie rodziny często wspominali o tym, że mama "kogoś wymiotła". Churchill, opisując pewien incydent, w trakcie którego ofiarę spotkała wyjątkowo sroga nagana, zażartował: "Clementine skoczyła na niego niczym jaguar z drzewa"93.
Nie była wtedy sama. Towarzyszyła jej Mary. Wybrały się na lunch do restauracji The Grill w pobliskim hotelu Carlton, słynnym z lśniącego wnętrza utrzymanego w kolorystyce złota i bieli.
Zachowanie matki zażenowało Mary. "Ogarnęło mnie absolutne zawstydzenie i przerażenie" - napisała w swoim dzienniku. "Poszłyśmy z mamusią na lunch do Carltona. Ponury nastrój popsuł całą przyjemność z jedzenia"94.
Wizyta w kościele stanowiła dla Clementine kolejną okazję, by wyrazić oburzenie. W niedzielę 19 maja udała się na mszę do St. Martin-in-the-Fields. Gdy kazanie wygłoszone przez tamtejszego pastora zdało się jej niestosownie pacyfistyczne, wstała i demonstracyjnie wyszła ze świątyni. Po powrocie opowiedziała o tym wydarzeniu mężowi, który odparł:
- Trzeba było zakrzyknąć "Hańba! Jak można tak kalać Dom Boży kłamstwami!"95.
Premier wybrał się następnie do Chartwell, aby przygotować swe pierwsze wystąpienie radiowe oraz zyskać chwilę wytchnienia nad stawem przy karmieniu złotych rybek i czarnego łabędzia.
Wcześniej łabędzi było więcej, ale pożarły je lisy.
Kolejny telefon z Francji zmusił Churchilla do powrotu do Londynu. Sytuacja pogarszała się dramatycznie, a armia francuska nieubłaganie słabła. Pomimo ponurych wieści Churchill zdawał się nie tracić animuszu, co dodatkowo poprawiło i tak już pozytywny stosunek Jocka Colville'a do nowego pracodawcy. Tej niedzieli zapisał w dzienniku: "Mimo wszystkich jego wad, Churchill zdaje się idealnym człowiekiem na te okoliczności. Nigdy nie traci ducha i nawet gdyby Francja i Anglia skapitulowały, mam poczucie, że on kontynuowałby tę krucjatę na własny koszt i przy pomocy własnej armii kaperów"96.
Dodał też: "Być może oceniałem go nazbyt surowo, lecz kilka tygodni temu sytuacja przedstawiała się zgoła odmiennie"97.
O 16.30, w trakcie spotkania gabinetu wojennego, Churchill dowiedział się, że dowódca brytyjskich sił we Francji rozważa wycofanie oddziałów nad brzeg kanału La Manche, a konkretnie w stronę portowej Dunkierki. Churchill sprzeciwił się temu pomysłowi, obawiając się, że wojska znajdą się w potrzasku i zostaną zniszczone.
Churchill podjął też wtedy decyzję, że do Francji nie zostanie wysłany ani jeden myśliwiec. W obliczu nieuniknionego, jak się wydawało, losu tego kraju nie miałoby to większego sensu, a każdy samolot bojowy był teraz w Anglii na wagę złota, by bronić jej przed nadciągającą inwazją.
Nad swoim radiowym przemówieniem pracował do ostatniej chwili. Skończył o dwudziestej pierwszej, a chwilę później zasiadł przed mikrofonem BBC.
- Po raz pierwszy przemawiam do was jako premier, w uroczystej godzinie, kiedy ważą się losy naszego kraju98 - rozpoczął.
Wyjaśnił, w jaki sposób Niemcy zdołali się przedrzeć przez francuskie linie obrony: przy wykorzystaniu "niebywałego" połączenia sił powietrznych oraz czołgów. Dodał jednak, że w przeszłości Francuzi dowiedli swojej umiejętności organizowania sprawnego kontrataku, co w połączeniu z liczebnością i wyszkoleniem wojsk lądowych Brytyjskich Sił Zbrojnych mogło jeszcze odwrócić losy tego natarcia.
Przemową tą premier nadał ton, który miał utrzymywać przez całą wojnę: trzeźwo ocenić sytuację, ale zachęcać do zachowania optymizmu.
- Głupotą byłoby krycie powagi sytuacji. Jednakże utracenie serca i odwagi byłoby jeszcze większą głupotą99.
Nie wspomniał o możliwości, dyskutowanej zaledwie kilka godzin wcześniej podczas sesji gabinetu wojennego, że Wielka Brytania mogłaby wycofać Brytyjski Korpus Ekspedycyjny z Francji, tylko płynnie przeszedł do głównego celu wystąpienia - przestrzeżenia rodaków przed tym, co ma nadejść:
- Gdy opadnie kurzawa po bitwie o Francję, przyjdzie czas na bitwę o nasze wyspy, o to wszystko, czym Wielka Brytania jest, i o wszystko, co Wielka Brytania oznacza - stwierdził. - W tej skrajnie kryzysowej sytuacji nie możemy zawahać się przed żadnym krokiem, nawet najbardziej drastycznym, aby wykrzesać z naszego narodu każdą uncję, każdy cal wysiłku, do jakiego jesteśmy zdolni100.
Przemowa przeraziła niektórych słuchaczy, lecz zgodnie z informacjami Home Intelligence (agencji wywiadu wewnętrznego Ministerstwa Informacji) część społeczeństwa poczuła się pokrzepiona zauważalną szczerością Churchilla, przynajmniej w kwestii zagrożenia inwazją. O faktycznym stanie francuskiej armii nie powiedział. Agencja wywiadu dokładała wszelkich starań, aby monitorować opinię publiczną i morale społeczeństwa - publikowała cotygodniowe raporty opierające się na ponad stu źródłach, do których wliczały się: cenzura pocztowa i telefoniczna, kierownicy kin oraz sprzedawcy na stoiskach z książkami sieci WH Smith. Po wystąpieniu Churchilla agencja przeprowadziła błyskawiczny sondaż wśród słuchaczy. Zgodnie z przedstawionym następnie raportem "spośród 150 ankietowanych rodzin w Londynie i okolicach blisko połowa stwierdziła, że przemowa ich przestraszyła i zaniepokoiła, reszta zaś poczuła się "podniesiona na duchu", "bardziej zdeterminowana", "pokrzepiona""101.
Następnie Churchill ponownie musiał się zmierzyć z bolesną decyzją, co począć z setkami tysięcy brytyjskich żołnierzy we Francji. W pierwszym odruchu skłaniał się ku ofensywie i dalszej walce, ale zdawał sobie sprawę, że czas na taki heroizm prawdopodobnie już minął. Siły brytyjskie znajdowały się w odwrocie, spychane w stronę morza przez niemieckie dywizje opancerzone, które zapewniły Hitlerowi tak śmiercionośną przewagę w jego pochodzie przez Europę. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny stanął w obliczu realnego zagrożenia całkowitym unicestwieniem.
Ten sam Churchill, który zdał się swojemu osobistemu sekretarzowi tak niewzruszony, zmienił się w premiera głęboko niespokojnego o losy imperium, którym przyszło mu władać. We wtorek 21 maja Colville zapisał: "Nigdy jeszcze nie widziałem Winstona tak przygnębionego".
Wbrew sugestiom szefów sztabu i innych osób Churchill postanowił udać się do Paryża na drugie spotkanie, tym razem w bardzo niesprzyjających warunkach pogodowych.
Wizyta ta nie przyniosła nic poza zdenerwowaniem Clementine i córki Mary, która napisała w swoim dzienniku: "Pogoda na lot była paskudna. Tak bardzo się martwiłam. Wieści są niewiarygodnie złe - jedyne co nam pozostaje, to modlitwa, by wszystko jakoś się jednak ułożyło"102.
Ze względu na napiętą sytuację i ogromną presję, której ulegali wszyscy, członkowie gabinetu Churchilla uznali, że powinien on mieć do dyspozycji osobistego lekarza, choć sam pacjent był przeciwnego zdania. Rola ta przypadła w udziale Charlesowi Wilsonowi, dziekanowi wydziału medycyny utworzonym przy szpitalu St. Mary's w Londynie, który jako lekarz wojskowy w 1916 roku został nagrodzony Krzyżem Wojskowym za odwagę w trakcie bitwy nad Sommą.
Późnym porankiem w piątek 24 maja Wilson pojawił się w Domu Admiralicji i został poprowadzony na piętro do sypialni Churchilla. (W Wielkiej Brytanii do lekarzy o randze takiej jak Wilson zwykle zwraca się per "Mr.", a nie "Dr."). "Zostałem jego lekarzem" - odnotował w swoim dzienniku - "nie dlatego, że on sam tego chciał, lecz dlatego że niektórzy członkowie jego gabinetu, zdający sobie sprawę z jego kluczowej roli, uznali, że ktoś powinien czuwać nad jego zdrowiem"103.
Dochodziło południe, lecz po wejściu do pokoju Wilson zobaczył Churchilla wciąż w łóżku. Czytał, wsparty o poduszkę, i nie podniósł na lekarza wzroku. Wilson podszedł do łóżka. Premier wciąż nijak nie okazał, że odnotował jego obecność. Czytał nieprzerwanie. Po kilku chwilach - które Wilsonowi zdały się "dość długim czasem" - Churchill opuścił dokument i odezwał się zniecierpliwionym głosem:
- Nie wiem, po co robią tyle zamieszania. Przecież nic mi nie jest. - Wrócił do lektury, mimo że Wilson stał tuż obok.
Po kolejnej dłuższej chwili Churchill gwałtownie odłożył poduszkę, odrzucił kołdrę i warknął:
- Cierpię na dyspepsję - niestrawność, czy jak nazwałoby to młodsze pokolenie - zgagę. A leczy się to tak... - Zaczął wykonywać ćwiczenia oddechowe.
Wilson mu się przyglądał. "Jego ogromny biały brzuch naprzemiennie unosił się i opadał" - wspominał później. "Wtem rozległo się pukanie do drzwi i premier chwycił prześcieradło, by się nim okryć, gdy do pokoju weszła pani Hill". Mowa tu o trzydziestodziewięcioletniej Kathleen Hill, jego ulubionej osobistej sekretarce. Była zawsze na miejscu, wraz ze swoją maszyną do pisania, niezależnie od poziomu negliżu Churchilla.
"Wkrótce potem wyszedłem" - napisał Wilson. "Nie podoba mi się ta praca i nie wydaje mi się, by ten układ mógł długo potrwać".
Z perspektywy Johna Colville'a Churchill nie potrzebował w najmniejszym stopniu pomocy lekarskiej. Zdawał się sprawny i wrócił mu dobry nastrój - udało mu się otrząsnąć z depresji, w której pogrążył się kilka dni wcześniej. Później tego samego dnia Colville przyjechał do Domu Admiralicji i zastał Churchilla "ubranego w niesamowity szlafrok w kwiaty i delektującego się długim cygarem w drodze z Górnego Pokoju Wojennego do sypialni"104.
Zamierzał właśnie wziąć jedną ze swoich codziennych kąpieli, przygotowywanych zawsze ze szczególną starannością - 36,6?C i wanna wypełniona do dwóch trzecich wysokości105 - przez jego lokaja Franka Sawyersa, obecnego o każdej porze dnia i nocy ("nieunikniony, horrendalny Sawyers", jak określił go Colville106). Churchill każdego dnia zażywał dwóch kąpieli. Tego rytuału dochowywał niezależnie od tego, gdzie się znajdował, ani ilu niecierpiącym zwłoki zewnętrznym sprawom musiał poświęcić uwagę. Wyjątków nie stanowiły ani spotkanie w ambasadzie w Paryżu, ani podróż rządowym pociągiem (wyposażonym w wannę).
W ten piątek w czasie kąpieli telefon dzwonił nader często. W asyście stojącego tuż obok Colville'a Churchill przyjmował każdą rozmowę, chociaż w tym celu musiał wygramolić się nago z wanny i owinąć ręcznikiem.
Colville uważał to za jedną z najbardziej ujmujących cech premiera - "jego całkowity brak próżności".
W Domu Admiralicji i przy Downing Street Colville miał okazję być świadkiem scen niepodobnych do niczego, z czym spotykał się w trakcie pracy dla Chamberlaina. Churchill przechadzał się po korytarzach odziany w czerwony szlafrok, hełm i kapcie z pomponami. Zwykł również nosić swój błękitny kombinezon, jednoczęściowy strój własnego projektu do błyskawicznego zakładania. Wśród pracowników ubiór ten zwany był pajacykiem. Jego ochroniarz, detektyw Thompson, stwierdził, że Churchill wyglądał w nim "tak opływowo, że można było odnieść wrażenie, iż lada moment uniesie się z podłogi i zacznie szybować nad swoimi włościami"107.
Colville zaczynał coraz bardziej lubić tego człowieka.
Spokój Churchilla budził większy podziw w obliczu wieści dochodzących w ten piątek zza kanału. Ku niezmiennemu zaskoczeniu wszystkich armia francuska stanęła na skraju ostatecznej porażki. "Przez ostatnie dwa lata wszyscy pragnęli się oprzeć na armii francuskiej jak na skale" - zapisał sekretarz ds. zagranicznych Halifax w swoim dzienniku. "A Niemcy pokonali ją tak samo jak Polaków"108.
Również tego dnia Churchill otrzymał przygnębiający dokument, w którym odważono się na rozpatrzenie dotychczas niewyobrażalnej - i nadal trudnej do zaakceptowania - możliwości, której autorzy raportu, szefowie sztabu, nie chcieli nawet nazywać. Wobec tego tytuł dokumentu brzmiał: "Brytyjska strategia na wypadek pewnej ewentualności".
63 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:13.
64 J. Wheeler-Bennett (red.), Action This Day: Working with Churchill, Macmillan, London 1968, s. 220.
65 Tamże, s. 50.
66 E. Nel, Mr. Churchill's Secretary, Hodder & Stoughton, London 1958, s. 37.
67 Tamże, s. 29.
68 H. Ismay, The Memoirs of General the Lord Ismay, Heinemann, London 1960, s. 169. Churchill według relacji Ismaya zwracał szczególną uwagę na tajne nazwy wybierane dla operacji. Nie mogły one być zbyt potoczne ani dowcipne. "Jak poczułaby się matka, gdyby usłyszała, że jej syn zginął w trakcie operacji UŚCISK KRÓLIKA?" - napisał Ismay, tamże, s. 187.
69 J.Wheeler-Bennett (red.), Action This Day, s. 24-25.
70 Tamże, s. 22.
71 J. Colville, Winston Churchill and His Inner Circle, Wyndham, New York 1981, s. 161.
72 H. Ismay, dz. cyt., s. 116.
73 J. Wheeler-Bennett (red.), Action This Day, s. 198.
74 R. Overy, Bombowce nad Europą 1939-1945, s. 374.
75 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:22.
76 J. Colville, The Fringes of Power, 2.
77 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:30-31.
78 W. L. Shirer, Dziennik berliński. Zapiski korespondenta zagranicznego 1934-1941, tłum. J. Szkudliński, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007, s. 257.
79 W. Churchill, Druga wojna światowa, t. 2, ks. I, s. 42.
80 Depesza Churchilla do Roosevelta, 15 maja 1940, FDR/Subject.
81 Tamże.
82 Tamże.
83 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:69.
84 D. Kennedy, The American People in World War II: Freedom from Fear, Oxford University Press, Oxford 1999, s. 21.
85 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:54.
86 W. Churchill, Druga wojna światowa, t. 2, ks. I, s. 51.
87 J. Colville, The Fringes of Power, 2:154.
88 Ch. Wrigley, Winston Churchill: A Biographical Companion, ABC-CLIO, Santa Barbara 2002, s. 113.
89 V. Bonham Carter, Winston Churchill: An Intimate Portrait, Harcourt, New York 1965, s. 171.
90 S. Purnell, dz. cyt., s. 48.
91 V. Bonham Carter, dz. cyt., s. 173.
92 M. Soames, A Daughter's Tale, s. 156.
93 S. Purnell, dz. cyt., s. 177.
94 M. Soames, A Daughter's Tale, s. 156.
95 J. Colville, The Fringes of Power, s. 1:157.
96 Tamże.
97 Tamże.
98 M. Gilbert, The Churchill War Papers, 2:83-89. Patrz też: R. Toye, The Roar of the Lion: The Untold Story of Churchill's World War II Speeches, Oxford University Press, Oxford 2013, s. 45-47. Toye przedstawia, często zaskakujące, kulisy powstawania największych przemówień Churchilla.
99 Tamże.
100 Tamże.
101 R. Toye, dz. cyt., s. 47.
102 M. Churchill, dz. cyt.
103 Ch. Moran, Churchill, Taken from the Diaries of Lord Moran: The Struggle for Survival, 1940-1965, Houghton Mifflin, Boston 1966.
104 J. Colville, The Fringes of Power, 1:162.
105 S. Purnell, dz. cyt., s. 162.
106 J. Colville, The Fringes of Power, 2:216.
107 W. Thompson, dz. cyt., s. 173.
108 A. Roberts, "The Holy Fox", s. 211.
ROZDZIAŁ 5
"Niniejszy dokument ma na celu analizę środków, które pozwoliłyby nam kontynuować walkę samodzielnie, w przypadku całkowitego upadku francuskiej obrony, co wiązałoby się z utratą znacznej części Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego, i zawarcia przez rząd Francji porozumienia z Niemcami"109 - brzmiały pierwsze słowa raportu.
Dokument ten, zaklasyfikowany jako ściśle tajny, stanowił przerażającą lekturę. Zakładał, że Stany Zjednoczone zapewnią Wielkiej Brytanii "pełne wsparcie ekonomiczne i finansowe". W przeciwnym razie, jak odnotowano kursywą, "nie wydaje nam się, abyśmy mogli kontynuować walkę z jakąkolwiek szansą powodzenia". Raport przewidywał ponadto, że z Francji uda się ewakuować jedynie część Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego.
Autorzy raportu bali się przede wszystkim, że po kapitulacji Francji Hitler zwróci swoje oddziały lądowe i lotnictwo przeciwko Anglii. "Niemcy mają potężne siły, które pozwalają na inwazję i okupację naszego kraju. Jeżeli wróg zdoła, przy pomocy wozów opancerzonych, zająć umocnione pozycje na wybrzeżu, armia Zjednoczonego Królestwa, która cierpi na znaczne niedostatki sprzętu, nie posiada siły ofensywnej, by go odeprzeć".
Wszystko zależało od tego, "czy nasza obrona powietrzna będzie w stanie ograniczyć atak do rozsądnych granic". Brytyjska energia miała zostać skoncentrowana na budowie myśliwców, szkoleniu załóg oraz obronie fabryk produkujących samoloty. "Obrona przeciwlotnicza tego kraju to kluczowy element".
Gdyby Francja upadła, głosił raport, zadanie to stałoby się nieporównywalnie trudniejsze. Poprzednie plany obrony terytorialnej opierały się na założeniu - na pewności - że samoloty Luftwaffe startują z baz w Niemczech, co znacząco ograniczyłoby ich zasięg. Teraz jednak brytyjscy stratedzy musieli stawić czoło ewentualności, że niemieckie myśliwce i bombowce będą mogły wykorzystywać lotniska ulokowane na francuskim wybrzeżu, w odległości kilku minut lotu od wybrzeża Anglii, a także bazy w Belgii, Holandii, Danii i Norwegii. Lokalizacje te, zgodnie ze słowami raportu, pozwoliłyby Niemcom "skoncentrować silnie zmasowany atak bombowców bliskiego i dalekiego zasięgu na dużym obszarze naszego kraju".
Najważniejsze pytanie dotyczyło tego, czy brytyjskie społeczeństwo będzie w stanie przetrzymać niewątpliwie szaleńczy atak niemieckich sił powietrznych. Raport ostrzegał, że morale kraju "zostanie postawione przed próbą trudniejszą niż kiedykolwiek do tej pory".
Jednak autorzy znajdowali powody, by wierzyć, iż morale ludzi wytrzyma, "o ile zdadzą sobie sprawę - co już zaczynają czynić - że na szali leży przetrwanie Królestwa". Raport głosił, iż "nadszedł czas, by poinformować społeczeństwo o prawdziwych niebezpieczeństwach, z jakimi przychodzi nam się mierzyć".
Uznawano, że głównym celem Hitlera bez wątpienia stanie się Londyn. W przemowie z 1934 roku wygłoszonej przed Izbą Gmin sam Churchill nazwał go "największym celem świata, rodzajem ogromnej, tłustej, cennej krowy uwiązanej, by zwabić drapieżnika"110. Po jednym ze spotkań gabinetowych Churchill wyprowadził swoich ministrów na ulicę i z ponurym półuśmiechem polecił: "Rozejrzyjcie się dobrze wokół. Spodziewam się, że w ciągu dwóch-trzech tygodni wszystkie te budynki będą wyglądały zupełnie inaczej"111.
Nawet raport szefów sztabu, choć niezwykle ponury, nie przewidział błyskawicznego i całkowitego upadku, na jaki zanosiło się po drugiej stronie kanału. W obliczu niemal pewnej porażki Francji brytyjski wywiad spodziewał się, że Niemcy mogą zaatakować ich kraj natychmiast, nie czekając na formalną kapitulację. Obawiano się, że inwazja rozpocznie się potężnym, nokautującym uderzeniem niemieckich sił powietrznych - czy też, jak zwykł nazywać to Churchill, "powietrznym bankietem" - w którym udział weźmie nawet 14 tysięcy samolotów.
Brytyjscy stratedzy szacowali, że Luftwaffe ma nawet czterokrotnie więcej samolotów niż RAF. Trzy podstawowe niemieckie bombowce - Junkers Ju 88, Dornier Do 17 i Heinkel He 111 - przenosiły ładunek bombowy o masie między 900 a 3600 kg, czyli znacznie większej, niż ktokolwiek byłby w stanie sobie wyobrazić w czasie poprzedniej wojny. Szczególny postrach budziła jedna z maszyn: stuka, której nazwa była skrótem od niemieckiego słowa oznaczającego bombowiec nurkujący, Sturzkampfflugzeug. Samolot ten wyglądał jak gigantyczny owad z wygiętymi ku górze skrzydłami i wyposażony był w urządzenie zwane Jericho-Trompete ("trąba jerychońska"), za sprawą którego w czasie nurkowania wydawał przerażający gwizd. Zrzucał aż do pięciu bomb jednocześnie, i to z precyzją znacznie przewyższającą możliwości standardowych samolotów, budził więc popłoch w szeregach aliantów w trakcie niemieckich ataków błyskawicznych.
Zgodnie z analizami brytyjskich planistów, Niemcy dysponowały zdolnością do przeprowadzenia bombardowań o tak wielkiej sile, że Wielkiej Brytanii nie pozostałoby nic poza kapitulacją. Teoretycy walk powietrznych już od dłuższego czasu prognozowali, że "bombardowania strategiczne" - jako środek do podporządkowania sobie wroga - zaczną przynosić takie właśnie efekty. Niemieckie naloty na Rotterdam zdawały się potwierdzać te analizy. Duńczycy poddali się dzień po ataku Luftwaffe z obawy, że inne miasta również zostaną zniszczone. Anglia da radę obronić się przed tego rodzaju kampanią, tylko jeśli jej przemysł lotniczy zdoła wyprodukować myśliwce - Hawker Hurricane i Supermarine Spitfire - w ilości wystarczającej nie tylko do uzupełniania szybko narastających strat, lecz także zwiększenia całkowitej ilości maszyn nadających się do walki. Same samoloty w żadnej mierze nie wystarczyłyby do wygrania wojny, jednak Churchill sądził, że jeśli Wielka Brytania będzie w posiadaniu wystarczającej liczby jednostek, z sukcesem stawi opór Hitlerowi i zapobiegnie inwazji do czasu, aż Stany Zjednoczone wkroczą do walki.
Jednak produkcja myśliwców się opóźniała. Angielskie fabryki działały zgodnie z przedwojennym harmonogramem, nieuwzględniającym nowej rzeczywistości, w której wrogie siły bazują tuż po drugiej stronie kanału. Tempo produkcji, choć coraz większe, wciąż hamowane było przez skostniałe praktyki biurokratyczne z czasu pokoju, teraz zderzające się z perspektywą wojny totalnej. Produkcję przerywał też brak części i materiałów. Przybywało zniszczonych maszyn oczekujących na naprawę. Wielu niemal ukończonym samolotom brakowało silników i przyrządów. Kluczowe części składowano w odległych miejscach, gdzie zazdrośnie strzegli ich feudalni urzędnicy, zachowując je dla własnych przyszłych potrzeb.
Mając to wszystko na uwadze, Churchill pierwszego dnia urzędowania na stanowisku premiera powołał całkowicie nowe ministerstwo, które miało się zajmować wyłącznie nadzorem produkcji myśliwców i bombowców: Ministerstwo Produkcji Lotniczej. W jego opinii jedynie ta nowa jednostka mogła ocalić Wielką Brytanię przed porażką. Churchill był też przekonany, że zna kogoś idealnie nadającego się do objęcia nowo stworzonego stanowiska: swojego wieloletniego przyjaciela (okazjonalnie także wroga) Maxa Aitkena, barona Beaverbrook. Człowiek ten przyciągał skandale niczym kościelna iglica pioruny.
Churchill zaproponował mu stanowisko tego samego wieczoru, lecz Beaverbrook zaoponował. Majątku dorobił się na wydawaniu gazet i nie miał pojęcia o zarządzaniu fabrykami produkującymi tak skomplikowane sprzęty jak myśliwce i bombowce, a w dodatku niedomagał zdrowotnie. Miał problemy z oczami oraz cierpiał na astmę, przez którą musiał przeznaczyć jeden pokój swej londyńskiej posiadłości, Stornoway House, na zabiegi leczące układ oddechowy i wypełnić go kotłami produkującymi parę. Dwa tygodnie po 61. urodzinach wycofał się z bezpośredniego zarządzania gazetowym imperium i planował więcej czasu spędzać w swojej willi w Cap-d'Ail na południowo-wschodnim wybrzeżu Francji, aczkolwiek Hitler uniemożliwił mu realizację tego planu. Sekretarki Beaverbrooka nadal pisały wstępne wersje pism odmownych, gdy po południu 12 maja, niewykluczone, że pod wpływem impulsu, przyjął on propozycję. Dwa dni później został ministrem produkcji lotniczej.
Churchill dobrze znał Beaverbrooka i instynktownie przeczuwał, że ten człowiek potrząśnie ospałym brytyjskim przemysłem lotniczym. Zdawał sobie jednocześnie sprawę, że Beaverbrook może się okazać trudnym współpracownikiem - i w rządzie zacznie iskrzyć. Nie miało to jednak znaczenia. Jak ujął to jeden z amerykańskich korespondentów: "Premier, który żywił względem Beaverbrooka nader przyjazne uczucia, patrzył na niego jak pobłażliwy rodzic, który powstrzymuje się od komentarza, gdy jego mały chłopiec mówi coś nie do końca stosownego w trakcie przyjęcia"112.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
109 "British Strategy in a Certain Eventuality", 25 maja 1940, War Cabinet Papers, CAB/66/7, UKARCH.
110 M. Clapson, The Blitz Companion, University of Westminster Press, London 2019, s. 27.
111 H. Dalton, The Fateful Years: Memoirs, 1931-1945, Frederick Muller, London 1957, s. 329.
112 W. A. Harriman, Memorandum, 6 maja 1943, W. Averell Harriman Papers.