Rok 2022 - Wojciech Kulawski

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Adam Wo­lań­ski trzy­mał kur­czowo kie­row­nicę opla, pró­bu­jąc w ciem­no­ściach nocy nie wy­paść z drogi. Lewe świa­tło sa­mo­chodu zo­stało roz­bite, przez co wi­docz­ność była mocno ogra­ni­czona. Męż­czy­zna był sko­ło­wany i bo­lała go głowa, na szczę­ście dzięki krą­żą­cej w ży­łach ad­re­na­li­nie był w sta­nie kon­tro­lo­wać swoją uwagę. Za­sta­na­wiał się, czy je­śli dziwne omamy, któ­rych do­świad­czał w ostat­nim cza­sie, po­wrócą, to uda się mu od­róż­nić rze­czy­wi­stość od ilu­zji? A może wszystko, co się działo wo­kół, było wy­two­rem jego cho­rego mó­zgu?

Spo­glą­dał co chwilę we wsteczne lu­sterko, aby spraw­dzić, czy go ści­gają. Wie­dział, że musi do­trzeć do naj­bliż­szego więk­szego mia­sta i tam spró­bo­wać się ukryć, dla­tego kie­ro­wał się na wschód. Znaki dro­gowe wska­zy­wały, że do Kłodzka po­zo­stało mu nie­całe czter­dzie­ści ki­lo­me­trów. Za­pewne po­rzuci tam sa­mo­chód, a po­tem spró­buje skon­tak­to­wać się ze swo­imi w War­sza­wie.

As­fal­towa droga pro­wa­dząca przez las zro­biła się kręta, przez co Wo­lań­ski mu­siał nieco zwol­nić. Igno­ro­wał jed­nak znaki i ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, a po­nie­waż był do­brym kie­rowcą, bez więk­szych prze­szkód po­ko­ny­wał ko­lejne za­kręty. Pisk opon niósł się po ca­łej oko­licy, pło­sząc ptaki śpiące w ko­ro­nach drzew.

W pew­nym mo­men­cie Wo­lań­ski źle oce­nił swoje moż­li­wo­ści i opel nie zmie­ścił się w wy­zna­czo­nym pa­sie jezdni. Ude­rzył w ba­rierę ochronną, prze­rwał ją i wy­le­ciał w po­wie­trze. Szy­bo­wał przez chwilę, aby wy­lą­do­wać kilka me­trów da­lej, ude­rza­jąc pod­wo­ziem o stromą le­śną skarpę. Prze­ra­żony kie­rowca wci­snął pe­dał ha­mulca, pró­bu­jąc nie stra­cić kon­troli nad po­jaz­dem. Nie­stety, sa­mo­chód ja­dący po błot­ni­stej ziemi nie re­ago­wał na jego sta­ra­nia. Pruł z za­wrotną pręd­ko­ścią, od­bi­ja­jąc się od pni. Wo­lań­ski są­dził już, że wy­lą­duje na naj­bliż­szym drze­wie, kiedy udało mu się nie­znacz­nie zmie­nić trasę po­jazdu. Po le­sie po­niósł się od­głos kory zdzie­ra­nej przez drzwi opla. Skarpa była na tyle stroma, że sa­mo­chód, mimo prób pul­sa­cyj­nego ha­mo­wa­nia przez kie­rowcę, mknął przed sie­bie ni­czym po­cisk. Adam z co­raz więk­szym tru­dem omi­jał ko­lejne prze­szkody, bo po­jazd za­miast zwal­niać, na­bie­rał pręd­ko­ści. Męż­czy­zna klął w my­ślach, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy wresz­cie skoń­czy się ta pie­kielna stro­mi­zna. Dla­czego mu­siał wy­paść z drogi w naj­nie­bez­piecz­niej­szym miej­scu?

Na­gle przed jego oczami wy­rósł świerk. Nie był duży, jed­nak ude­rze­nie zda­wało się nie­unik­nione. Adam, ile tylko miał sił w rę­kach, skrę­cił kie­row­nicą w lewo. Sa­mo­chód nie­ocze­ki­wa­nie zła­pał przy­czep­ność, ob­ró­cił się, sta­nął bo­kiem, a na­stęp­nie za­czął ko­zioł­ko­wać. Na przed­niej szy­bie po­ja­wiły się pęk­nię­cia. Całe do­tych­cza­sowe ży­cie prze­le­ciało Wo­lań­skiemu przed oczami ni­czym ka­dry z czarno-bia­łego filmu. Są­dził, że to już ko­niec. Na szczę­ście za­piął pasy, dzięki czemu na­dal tkwił w fo­telu, cu­dem uni­ka­jąc śmier­tel­nych ra­zów. Czuł tylko du­szący ucisk na­pie­ra­jący na klatkę pier­siową. Za­ci­snął zęby, cze­ka­jąc na ude­rze­nie, które na­stą­piło chwilę póź­niej. Ogromna siła wgnio­tła drzwi od strony pa­sa­żera. Bla­cha wy­gięła się, dro­biny szkła z bocz­nych szyb roz­pry­snęły się na wszyst­kie strony. Nie­szczę­śli­wie je­den z odłam­ków wbił się w czoło Adama, który na­wet nie za­mknął oczu. Miał wra­że­nie, że ogląda film w zwol­nio­nym tem­pie. Ka­wałki bla­chy, pla­stik i frag­menty obi­cia de­ski roz­dziel­czej wy­peł­niły wnę­trze po­jazdu, otu­la­jąc męż­czy­znę cia­snym ko­ko­nem. Li­czył na to, że po ude­rze­niu sa­mo­chód wresz­cie wy­traci im­pet. Jed­nak opel ob­ró­cił się tak nie­for­tun­nie, że już po chwili stał na wszyst­kich ko­łach i sta­czał się ty­łem ze skarpy. Wo­lań­ski nie był w sta­nie ste­ro­wać po­jaz­dem. Naj­wy­raź­niej ude­rze­nie uszko­dziło układ kie­row­ni­czy. Sku­lił się w fo­telu i wy­cze­ki­wał tego, co zda­wało się nie­uchronne. Auto jesz­cze kil­ku­krot­nie ude­rzało w drzewa, za każ­dym ra­zem do­zna­jąc ko­lej­nych uszko­dzeń. Trzesz­cząca bla­cha się wy­gi­nała, za­my­ka­jąc Adama w pu­łapce. Męż­czy­zna za­mknął oczy, mo­dląc się, aby po­jazd wresz­cie się za­trzy­mał. Za­trzesz­czały koła, coś strze­liło, syk­nęło i na­gle za­pa­dła ci­sza. Uniósł po­wieki i uj­rzał, że świat za oknem wresz­cie znie­ru­cho­miał. O dziwo nie stra­cił przy­tom­no­ści. Serce wa­liło mu z ogromną siłą, pom­pu­jąc do krwio­biegu nie­praw­do­po­dobne ilo­ści ad­re­na­liny. Od­dech miał szybki, rwany, dło­nie się po­ciły, krę­ciło mu się w gło­wie. Mi­nęło kil­ka­na­ście se­kund, za­nim Wo­lań­ski do­szedł nieco do sie­bie. Skrzy­wił się, bo wy­czuł w noz­drzach cha­rak­te­ry­styczny za­pach ben­zyny. Wszystko wska­zy­wało na to, że bak mu­siał ulec uszko­dze­niu. Męż­czy­zna mo­dlił się w du­chu, aby ła­two­palna sub­stan­cja nie na­po­tkała żad­nego źró­dła ognia, bo to ozna­cza­łoby nie­uchronną śmierć w pło­mie­niach. Zdał so­bie sprawę, że musi jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z pu­łapki. Na­brał po­wie­trza w płuca i ile tylko miał sił, za­czął krzy­czeć, ma­jąc na­dzieję, że może ktoś go usły­szy. Nie­stety, od­po­wie­działo mu tylko echo. Po kilku mi­nu­tach osta­tecz­nie dał so­bie spo­kój. Chciał już wci­snąć klak­son, jed­nak przy­po­mniał so­bie o wy­cie­ka­ją­cej ben­zy­nie. Zwar­cie w in­sta­la­cji elek­trycz­nej mo­gło do­pro­wa­dzić do tra­ge­dii. Po­my­ślał, że może ktoś do­strzeże roz­wa­loną ba­rierę dro­gową i we­zwie po­moc. Dość szybko skon­sta­to­wał, że ści­ga­jący go straż­nicy rów­nież mogą ją za­uwa­żyć. Znajdą go i za­biją. Osta­tecz­nie do­szedł do wnio­sku, że jest zdany tylko na sie­bie.

Bu­dził się dzień i pierw­sze pro­mie­nie słońca prze­bi­jały się przez ko­rony drzew. Przy­ło­żył lewą dłoń do czoła i uj­rzał świeżą krew. Pie­kielny ból głowy spra­wiał, że my­śle­nie przy­cho­dziło mu z tru­dem. Druga ręka była unie­ru­cho­miona, po­dob­nie zresztą jak cała dolna część ciała, które utknęło pod po­giętą bla­chą de­ski roz­dziel­czej i drzwi. Spró­bo­wał po­ru­szyć no­gami. Zdzi­wił się wielce, kiedy mu się to udało. Uśmiech­nął się, do­szedł­szy do wnio­sku, że naj­praw­do­po­dob­niej krę­go­słup musi być cały. Wcią­gnął brzuch, wy­giął kor­pus i uwol­nił prawą dłoń. Pas, który ura­to­wał mu ży­cie, na­dal mocno trzy­mał. Ob­ma­cał do­kład­nie głowę i stwier­dził, że nie jest naj­go­rzej. Naj­bar­dziej krwa­wiła rana na czole, gdzie tkwił ka­wa­łek szkła. Ja­kieś drzewo wy­biło sporą dziurę w przed­niej szy­bie, która przy­po­mi­nała te­raz wielką pa­ję­czynę. Wo­lań­ski ro­zej­rzał się po wnę­trzu po­jazdu, które zda­wało się wielką kon­serwą zrzu­coną z dzie­sią­tego pię­tra na goły be­ton. Wy­gięta do wnę­trza bla­cha ka­ro­se­rii utwo­rzyła wo­kół męż­czy­zny coś w ro­dzaju ko­konu, co w za­sa­dzie można było in­ter­pre­to­wać jako nie­zwy­kłe szczę­ście. A może w ten wła­śnie spo­sób pro­jek­to­wane były bez­pieczne sa­mo­chody? Gdyby tylko udało mu się uwol­nić nogi, mógłby dziurą w przed­niej szy­bie wy­do­stać się na ze­wnątrz. Po­sta­no­wił, że w pierw­szej ko­lej­no­ści zaj­mie się krwa­wią­cym czo­łem i szkłem wbi­tym w skórę. Spoj­rzał na sie­dze­nie pa­sa­żera, które prak­tycz­nie całe znik­nęło pod bla­chą da­chu, drzwi i de­ski roz­dziel­czej. Od­darł dwa strzępy ma­te­riału z obi­cia, które miały po­słu­żyć za pro­wi­zo­ryczny opa­tru­nek. Na­mie­rzył ka­wa­łek szkła ster­czący w czole i szyb­kim ru­chem go wy­cią­gnął. Na oczy po­cie­kła mu krew. Na­tych­miast przy­ło­żył do rany ka­wa­łek ma­te­riału i uci­snął tak mocno, jak tylko był w sta­nie. Od­cze­kał mi­nutę, aby się upew­nić, że uszko­dzona skóra prze­stała ob­fi­cie krwa­wić. Za­pewne każdy le­karz na­tych­miast skie­ro­wałby Adama na szy­cie, aby na czole nie po­zo­stała pa­miątka w po­staci szpe­cą­cej bli­zny. Męż­czy­zna za­wią­zał drugi, dłuż­szy frag­ment ma­te­riału jak opa­skę na gło­wie, dzięki czemu przy­trzy­mał pro­wi­zo­ryczny opa­tru­nek na ra­nie. Przy­szedł wresz­cie czas, by za­jąć się uwię­zio­nymi no­gami. Ro­zej­rzał się wo­kół, jed­nak przez szcze­liny w ka­ro­se­rii wi­dać było tylko drzewa. Po­sta­no­wił raz jesz­cze we­zwać po­moc. Krzyk­nął kil­ku­krot­nie, na­słu­chu­jąc po każ­dej pró­bie. Osta­tecz­nie znowu dał so­bie spo­kój i skon­cen­tro­wał się na od­czu­ciach do­cho­dzą­cych z dol­nych par­tii ciała. Czuł tępy ból w le­wej łydce, co jed­no­znacz­nie wska­zy­wało, że skóra mu­siała być prze­cięta. Poza tym był obo­lały, jed­nak naj­wy­raź­niej ni­czego nie zła­mał. Za­pach ben­zyny czuć było co­raz in­ten­syw­niej, co mo­gło wska­zy­wać, że wy­ciek ro­bił się co­raz więk­szy. Na­le­żało się spie­szyć. Adam wpadł na po­mysł, który miał szansę po­wo­dze­nia. Nie da­lej jak metr przed ma­ską opla uj­rzał spory drąg. Był na tyle gruby, że mógł po­słu­żyć jako pro­wi­zo­ryczna dźwi­gnia. Co ważne, le­żał luźno obok drzewa, a za­tem wy­star­czyło go tylko ja­koś do sie­bie przy­cią­gnąć. Męż­czy­zna ro­zej­rzał się za czymś, co mo­głoby po­słu­żyć za linę. Pierw­sze, co przy­szło mu do głowy, to pa­sek od spodni. Z nie­ma­łym tru­dem wy­cią­gnął go ze szlu­fek. Nie­stety oka­zał się zde­cy­do­wa­nie za krótki, aby do­się­gnąć nim drąga. Ada­mowi prze­szło przez myśl, by spró­bo­wać uciąć trzy­ma­jący go pas sa­mo­cho­dowy, do­szedł jed­nak do wnio­sku, że dużo ła­twiej pój­dzie mu z roz­dar­tym obi­ciem. Uży­wa­jąc zę­bów, sprzączki i po­wy­gi­na­nej bla­chy wy­sta­ją­cej z ka­ro­se­rii po­ciął ma­te­riał na cien­kie pasy. Na­stęp­nie zwią­zał je ze sobą, dzięki czemu stwo­rzył swego ro­dzaju linę, do któ­rej przy­twier­dził pa­sek ma­jący słu­żyć za ha­czyk.

Po­cząt­kowe próby nie przy­nio­sły ocze­ki­wa­nego re­zul­tatu. Mimo tego nie re­zy­gno­wał, zda­jąc so­bie sprawę, że tylko w ten spo­sób może się uwol­nić. Z za­cię­to­ścią godną olim­pij­czyka sta­rał się się­gnąć gruby kij za­im­pro­wi­zo­waną wędką. Udało się do­piero po kilku mi­nu­tach. Za­ci­snął pa­sek na pa­tyku i spo­koj­nie przy­cią­gnął go do sie­bie. Zgod­nie z ocze­ki­wa­niem ka­wa­łek drewna oka­zał się na tyle so­lidny, że można było po­słu­żyć się nim jak dźwi­gnią. Męż­czy­zna wło­żył go mię­dzy swoje nogi a po­giętą bla­chę po­jazdu i na­parł rę­kami naj­moc­niej, jak tylko po­tra­fił. Me­tal na­prę­żył się i wy­giął, da­jąc mu więk­szą swo­bodę ru­chu. Spró­bo­wał jesz­cze kilka razy i po­czuł, że nie tylko może po­ru­szyć sto­pami, ale ma na­wet tro­chę luzu w oko­li­cach ud. Eu­fo­ryczny stan za­wład­nął jego cia­łem. Adam z jesz­cze więk­szym za­pa­łem za­brał się za wy­gi­na­nie na­pie­ra­ją­cej na niego bla­chy. Pra­co­wał w po­cie czoła przez ko­lejne dzie­sięć mi­nut. Dzień zbu­dził się już na do­bre, a las wy­peł­niła ja­sność. Ptaki za­częły śpie­wać, ze­rwał się wiatr, wy­gry­wa­jąc w ko­ro­nach drzew li­ryczne me­lo­die. Męż­czy­zna odło­żył drąg i za­parł się rę­kami, aby spró­bo­wać wy­su­nąć za­kli­no­wane nogi. Prze­su­nął je co prawda za­le­d­wie o kilka cen­ty­me­trów, ale dzięki temu nie­wiel­kiemu suk­ce­sowi po­czuł, że wstę­pują w niego nowe siły. W gło­wie po­ja­wiła się na­dzieja, gra­ni­cząca z pew­no­ścią, że uda się mu uwol­nić. Za­parł się rę­kami jesz­cze kil­ku­krot­nie i w pew­nym mo­men­cie wy­swo­bo­dził dolne koń­czyny. Krzyk ra­do­ści po­niósł się po le­sie. Wy­plą­tał się z pasa, ob­ma­cał nogi i skon­sta­to­wał, że poza raną na łydce, która na szczę­ście prze­stała już krwa­wić, jest cały. Miał już wyjść na ze­wnątrz, kiedy do jego uszu do­tarł ja­kiś dźwięk. Na­słu­chi­wał przez chwilę do­cho­dzą­cych od­gło­sów. Kilka se­kund póź­niej nie miał już wąt­pli­wo­ści, że ktoś idzie.

Chciał się wy­chy­lić i spraw­dzić, czy to cza­sem nie jego prze­śla­dowcy. Prze­łknął gło­śno ślinę i po­czuł mro­wie­nie na ple­cach, bo uj­rzał wiel­kiego bru­nat­nego niedź­wie­dzia, który naj­wy­raź­niej się zgu­bił, po­ko­nu­jąc ogromną od­le­głość od Kar­pat w po­szu­ki­wa­niu part­nerki, i po­sta­no­wił sko­rzy­stać z dar­mo­wej ko­la­cji. Za­marł w bez­ru­chu. Zwie­rzę obe­szło po­jazd, jakby szu­kało wej­ścia do dziw­nej kon­serwy, która w tak nie­ocze­ki­wany spo­sób zja­wiła się w le­sie. Wresz­cie, stwier­dziw­szy, że w za­sa­dzie je­dyne miej­sce pro­wa­dzące do smacz­nego wnę­trza sta­nowi dziura w roz­bi­tej przed­niej szy­bie, za­czął grze­bać łapą, pró­bu­jąc się­gnąć Wo­lań­skiego. Spa­ra­li­żo­wany stra­chem męż­czy­zna zła­pał za drąg, który miał pod ręką, i za­czął się nim bro­nić. Zwie­rzę wsa­dziło nos w otwór w szy­bie i roz­warło pysk, chcąc po­chwy­cić swoją ofiarę. Męż­czy­zna w pa­nice ude­rzał ki­jem na oślep, tra­fia­jąc niedź­wie­dzia, gdzie po­pad­nie. Wi­dział jego ośli­nione, wiel­kie zęby i zimne jak u kro­ko­dyla oczy. Kwa­śna woń do­cho­dząca z pasz­czy zwie­rza spra­wiła, że Wo­lań­skiemu zro­biło się słabo. Mimo to nie usta­wał w za­da­wa­niu cio­sów. Po­iry­to­wana be­stia, nie mo­gąc po­ra­dzić so­bie z wy­cią­gnię­ciem mięsa z puszki, osta­tecz­nie się cof­nęła. Raz jesz­cze obe­szła sa­mo­chód, jakby się za­sta­na­wiała, co po­cząć ze zwie­rzyną za­mkniętą w klatce. W pew­nym mo­men­cie Wo­lań­ski po­czuł, jak zde­ze­lo­wany opel prze­suwa się po mo­krej ziemi. Niedź­wiedź na­parł przed­nimi ła­pami na po­jazd i po­ru­szał nim ni­czym piłką. W końcu prze­su­nął go o kilka me­trów. Adam do­piero te­raz się zo­rien­to­wał, że sa­mo­chód za­trzy­mał się na nie­wiel­kim uskoku w skar­pie, a te­raz zmie­rza nie­uchron­nie ku ko­lej­nej po­chy­ło­ści. Roz­ju­szony niedź­wiedź nie ustę­po­wał i na­dal sztur­mo­wał dziwny bla­szany przed­miot. Adam sam już nie wie­dział, czy lep­sze bę­dzie po­nowne sto­cze­nie się ze zbo­cza, czy może kon­fron­ta­cja z wielką be­stią. Ob­wią­zał pas wo­kół ręki i zła­pał się za sie­dze­nie, wy­cze­ku­jąc naj­gor­szego. Po­jazd do­tarł do kra­wę­dzi skarpy, prze­chy­lił się i wolno zsu­nął w dół. Wo­lań­ski pa­trzył przez dziurę w po­kry­tej pa­jącz­kiem szy­bie, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie spró­bo­wać wy­sko­czyć, nim sa­mo­chód na­bie­rze pręd­ko­ści. Z dru­giej strony nie wie­dział, jak stroma i długa jest ko­lejna skarpa. W końcu zre­zy­gno­wał, do­cho­dząc do wnio­sku, że niedź­wiedź jest zbyt bli­sko. Być może za chwilę za­trzyma się na ja­kimś drze­wie, a ka­ro­se­ria w tym wy­padku bę­dzie sta­no­wiła naj­lep­szą osłonę przed ude­rze­niem. Zsu­wał się przez kilka dłu­gich se­kund. Choć koła były za­blo­ko­wane i po­wy­gi­nane, to na mo­krej ziemi po­kry­tej le­śną ściółką sta­no­wiły ro­dzaj płóz. Wo­lań­ski nie miał żad­nej moż­li­wo­ści, aby wpły­nąć na trasę po­jazdu. Przez otwór w przed­niej szy­bie ob­ser­wo­wał, jak sa­mo­chód nie­uchron­nie zmie­rza w stronę wiel­kiego drzewa. Sku­lony, trzy­ma­jąc się pasa i sie­dze­nia, cze­kał na ude­rze­nie. Huk po­niósł się po le­sie, kie­rowcą szarp­nęło, spo­rej wiel­ko­ści płat kory odłu­pał się od pnia. Po­jazd prze­wró­cił się na bok i za­czął ko­zioł­ko­wać. Trwało jesz­cze kilka se­kund, za­nim me­ta­lowe wię­zie­nie osta­tecz­nie za­trzy­mało się na ko­lej­nym drze­wie. Adam ude­rzył głową o de­skę roz­dziel­czą i świat roz­mył się w ciem­no­ści.

Roz­dział 1

Wcze­śniej

Adam otwo­rzył oczy i ro­zej­rzał się po nie­wiel­kim po­koju przy­po­mi­na­ją­cym szpi­talną izo­latkę. Było w nim coś sta­ro­świec­kiego. Ściany po­ma­lo­wane zo­stały na nie­bie­sko. Wzdłuż drew­nia­nego su­fitu bie­gły dwie grube belki pod­trzy­mu­jące strop. W je­dy­nym oknie za­mon­to­wana była krata, co nie­mal od razu wzbu­dziło w Wo­lań­skim za­nie­po­ko­je­nie. Uno­szący się za­pach przy­no­sił sko­ja­rze­nia ze sta­rym wiej­skim do­mem. Spoj­rzał za okno i do­strzegł bujną ro­ślin­ność. Na­wet kwiaty na krze­wach ro­sną­cych przy oknie ukła­dały się w barwne kom­po­zy­cje. Męż­czy­zna do­szedł do wnio­sku, że ogrod­nik zaj­mu­jący się po­se­sją mu­siał znać się na rze­czy.

Uniósł się na łok­ciach i spoj­rzał na pod­łogę, która rów­nież była drew­niana. Nie był to ża­den pa­nel z wy­ma­lo­wa­nym wzo­rem sę­ków czy słoi, tylko naj­praw­dziw­sze im­pre­gno­wane dę­bowe de­ski. Były starte i znisz­czone, co do­bit­nie wska­zy­wało na to, że mu­siały wiele przejść. Obok łóżka stało krze­sło i współ­cze­sna me­ta­lowa szafka, jaką można zo­ba­czyć w szpi­ta­lach. W rogu znaj­do­wała się szafa na ubra­nia. Pla­sti­kowy, okrą­gły ze­gar wi­szący na ścia­nie wska­zy­wał kilka mi­nut po go­dzi­nie dzie­sią­tej. W głębi po­koju Adam uj­rzał dwoje drzwi, jedne pro­wa­dzące naj­praw­do­po­dob­niej do ła­zienki, dru­gie wyj­ściowe.

Usiadł na łóżku i prze­szu­kał szafkę. Oprócz przy­bo­rów to­a­le­to­wych i ja­kichś ubrań nie zna­lazł jed­nak ni­czego cie­ka­wego. W sza­fie rów­nież była tylko po­duszka i do­dat­kowy koc.

Na­gle usły­szał skrzy­pie­nie drzwi i w progu po­ja­wiła się ko­bieta w bia­łym le­kar­skim ki­tlu. Miała dłu­gie, ciemne blond włosy spięte w ku­cyk. Mo­gła mieć koło czter­dzie­stu lat, pod­kład i de­li­katny ma­ki­jaż sku­tecz­nie ma­sko­wały zmarszczki i prze­bar­wie­nia skóry. Ca­ło­ści do­peł­niały długi, pro­sty nos i mię­si­ste wargi po­cią­gnięte błysz­czy­kiem. Na wi­dok Adama uśmiech­nęła się de­li­kat­nie.

- Wresz­cie się obu­dzi­łeś - po­wie­działa mi­łym dla ucha gło­sem. - Mar­twi­li­śmy się o cie­bie.

- Co się stało? - za­py­tał Wo­lań­ski, opa­da­jąc na łóżko. - Pęka mi głowa. Poza tym - za­wie­sił głos - ni­czego nie pa­mię­tam.

- Na­zy­wam się Flo­ren­tyna Nie­krasz i je­stem le­ka­rzem ośrodka. Czy po­zwo­lisz, że cię zba­dam? - Spoj­rzała na niego, wkła­da­jąc do uszu słu­chawki ste­to­skopu za­wie­szo­nego na szyi.

- Chyba tak - bąk­nął Adam, zdej­mu­jąc górną część sza­rej pi­żamy.

Ko­bieta przy­ło­żyła słu­chawkę ste­to­skopu naj­pierw do klatki pier­sio­wej męż­czy­zny, a po­tem do jego ple­ców. Wresz­cie mruk­nęła, za­do­wo­lona. Adam miał chwilę, aby oce­nić fi­gurę le­karki. Była nie­wy­soka, choć do­brze zbu­do­wana. Zwró­cił uwagę na jej stopy, na któ­rych miała za­ło­żone gu­mowe pan­to­fle sty­li­zo­wane na drew­niaki.

- Wszystko w po­rządku. Je­steś zdrowy - po­wie­działa.

- Jak to zdrowy? - Wo­lań­ski się zdzi­wił. - Stra­ci­łem pa­mięć.

- To przez wy­pa­dek, któ­remu ule­głeś. Mu­sisz od­po­czy­wać, pa­mięć po­winna wró­cić.

- Ude­rzy­łem się w głowę? - do­py­ty­wał Adam.

- To nieco bar­dziej skom­pli­ko­wane - wy­mam­ro­tała ko­bieta.

- Gdzie ja je­stem? Co to za ośro­dek?

- Czy pa­mię­tasz co­kol­wiek z czasu, za­nim mie­siąc temu do nas tra­fi­łeś?

Na twa­rzy męż­czy­zny po­ja­wił się gry­mas świad­czący o wiel­kim wy­siłku. Wo­lań­ski za­gryzł zęby i za­ci­snął pię­ści.

- Nic nie pa­mię­tam - mruk­nął wresz­cie. - Je­stem tu cały mie­siąc?

Le­karka wy­cią­gnęła z kie­szeni far­tu­cha małą la­tarkę i za­świe­ciła męż­czyź­nie w oczy. Spoj­rzała w źre­nice i po­ki­wała głową.

- Jak już po­wie­dzia­łam, pa­mięć po­winna z cza­sem wró­cić.

- Jak to po­winna?

- Trudno jed­no­znacz­nie za­wy­ro­ko­wać - stwier­dziła. - Bę­dziesz pod na­szą ob­ser­wa­cją. Na ra­zie zo­sta­niesz na te­re­nie ośrodka.

- Co to za ośro­dek? - po­wtó­rzył Wo­lań­ski.

- To ośro­dek tre­nin­gowy. Przez ostatni mie­siąc bra­łeś udział w szko­le­niu. Ale na ra­zie masz wolne.

Wo­lań­ski po­trzą­snął głową, pró­bu­jąc przy­swoić słowa le­karki, które brzmiały jak kiep­ski żart. Po raz ko­lejny sku­pił wszyst­kie my­śli, by przy­po­mnieć so­bie prze­szłe wy­da­rze­nia ze swo­jego ży­cia. Pa­mię­tał, że ma czter­dzie­ści lat i mieszka w War­sza­wie, jed­nak nie był so­bie w sta­nie przy­po­mnieć na­wet swo­ich ostat­nich uro­dzin. Na­gle sko­ja­rzył twa­rze żony i współ­pra­cow­ni­ków z me­diów, uj­rzał salę po­sie­dzeń w sej­mie i sie­bie sie­dzą­cego na fo­te­lach dla dzien­ni­ka­rzy. Po­tem po­ja­wił się prze­błysk ja­kie­goś miej­sca, jakby wię­zie­nia albo celi. Przy­po­mniał so­bie stu­dia, lata mło­dzień­cze oraz dzie­ciń­stwo.

- Ja­kim szko­le­niu? - za­py­tał.

Ko­bieta wes­tchnęła ciężko.

- Przyjdę do cie­bie za kilka go­dzin i spró­buję wszystko wy­ja­śnić. Przy­naj­mniej tyle, że­byś nie czuł się przy­tło­czony in­for­ma­cjami, które ci prze­każę - po­wie­działa le­karka. - Za chwilę za­czy­nam za­ję­cia z po­zo­sta­łymi człon­kami grupy.

Wo­lań­ski do­szedł do wnio­sku, że ko­bieta naj­wy­raź­niej nie ma zbyt wiele czasu, aby w wy­star­cza­jący spo­sób opo­wie­dzieć mu o oko­licz­no­ściach, w ja­kich się tu zna­lazł.

- W po­rządku. To o któ­rej się wi­dzimy? - do­py­tał, spo­glą­da­jąc na ze­gar wi­szący na ścia­nie.

- Może o szes­na­stej? Za­re­zer­wuję so­bie całą go­dzinę - od­parła.

- Czy mogę do tego czasu po­krę­cić się po ośrodku?

Ko­bieta uśmiech­nęła się de­li­kat­nie, pre­zen­tu­jąc białe zęby, po czym od­po­wie­działa:

- Ja­sne, ale pro­szę nie pró­bo­wać opusz­czać jego te­renu.

Adam zo­stał w po­koju sam. Poza tym, że bo­lała go głowa, czuł się względ­nie do­brze. Raz jesz­cze pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie ja­kie­kol­wiek wy­da­rze­nia, które do­pro­wa­dziły go do tego miej­sca, jed­nak nie był w sta­nie. Po­iry­to­wany, za­brał z szafki przy­bory to­a­le­towe, wstał z łóżka i ru­szył w kie­runku ła­zienki. Otwo­rzył jesz­cze drzwi wyj­ściowe i wyj­rzał na ko­ry­tarz, który po­dob­nie jak izo­latka przy­po­mi­nał stary dom za­adop­to­wany na szpi­tal. Wró­cił do po­koju i wszedł do ła­zienki. Ro­ze­brał się i spoj­rzał w lu­stro. Prze­tarł ręką po­li­czek, do­ty­ka­jąc kil­ku­dnio­wego za­ro­stu. Miał pro­sty nos i sze­roko roz­sta­wione ko­ści po­licz­kowe. Czarne, świ­dru­jące oczy oraz krót­kie ciemne włosy ostrzy­żone na jeża kon­tra­sto­wały z ja­sną cerą. Był szczu­pły, wy­soki i do­brze zbu­do­wany. Choć trudno było na­zwać go przy­stoj­nym, to miał w so­bie ro­dzaj wdzięku, który mógł po­do­bać się ko­bie­tom.

Jego uwagę zwró­cił na­szyj­nik zbu­do­wany z dziw­nego ma­te­riału, który pod pal­cami przy­po­mi­nał po­łą­cze­nie two­rzywa sztucz­nego, gumy i me­talu. Ob­ra­cał go przez chwilę, szu­ka­jąc za­pię­cia, jed­nak ni­czego ta­kiego nie zna­lazł. Spró­bo­wał ścią­gnąć go przez głowę, ale nie był w sta­nie. Adam dość szybko do­szedł do wnio­sku, że musi to być ja­kaś forma za­bez­pie­cze­nia, być może GPS-u, na wy­pa­dek próby ucieczki z ośrodka. A za­tem mu­siał tu być kimś w ro­dzaju więź­nia.

Wziął prysz­nic, ogo­lił się i przy­glą­dał się przez chwilę swo­jej szczu­płej twa­rzy, sta­ra­jąc się wy­czy­tać z niej swoją prze­szłość. Uszczyp­nął się w po­li­czek i obej­rzał zęby. Mimo swo­ich czter­dzie­stu lat nie wy­glą­dał jesz­cze naj­go­rzej. Na­gle przed jego oczami po­ja­wił się wi­ze­ru­nek żony. Szczu­płej, wy­so­kiej blon­dynki o ostrych ry­sach twa­rzy i moc­nej szczęce. Pa­mię­tał jej twarz, fi­gurę, włosy i oczy. W ża­den jed­nak spo­sób nie był w sta­nie od­two­rzyć ostat­nich wy­da­rzeń z jej udzia­łem. Oba­wiał się mo­mentu, kiedy sta­nie z nią oko w oko i nie bę­dzie w sta­nie za­py­tać o ża­den wspólny te­mat. W ko­lej­nym prze­bły­sku zo­ba­czył ciało ja­kiejś ko­biety. Wszę­dzie było pełno krwi. Po­trzą­snął głową, pró­bu­jąc od­go­nić nie­przy­jemne wspo­mnie­nia. Bę­dzie mu­siał za­py­tać o wszystko Flo­ren­tynę Nie­krasz. Być może do­wie się wy­star­cza­jąco dużo, aby móc przy­po­mnieć so­bie po­zo­stałe wy­da­rze­nia.

Wy­szedł z ła­zienki i raz jesz­cze zlu­stro­wał izo­latkę. Po raz ko­lejny po­wró­ciły re­mi­ni­scen­cje z prze­szło­ści. Zo­ba­czył sie­bie z no­żem w ręku wy­ci­na­ją­cego w drew­nie ja­kieś wzory. Zła­pał się za głowę, chcąc opa­no­wać ból. Do­piero po chwili zro­zu­miał, że uj­rzał ten sam po­kój, ale z czasu, do któ­rego nie może wró­cić pa­mię­cią. Być może prze­czu­wał wtedy, że może mu się przy­da­rzyć coś złego, i zo­sta­wił so­bie wska­zówki. Za­czął ner­wowo przy­glą­dać się ścia­nom, su­fi­towi i pod­ło­dze w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś tek­stu czy ry­sun­ków. Po pię­ciu mi­nu­tach bez­owoc­nych prób po­iry­to­wany sta­nął po­środku izo­latki i przy­gryzł pa­zno­kieć kciuka. Pro­wa­dzony na­głym im­pul­sem od­su­nął łóżko i się uśmiech­nął, kiedy zo­ba­czył wzory wy­cięte w pod­ło­dze. Były do­brze wi­doczne, gdyż od­ci­nały się ja­snym drew­nem od za­im­pre­gno­wa­nej czę­ści. Uklęk­nął i za­czął do­ty­kać opusz­kami pla­ców dziw­nych ry­sun­ków, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć so­bie mo­ment ich two­rze­nia. W gło­wie miał kom­pletną pustkę. Znaki przy­po­mi­nały nieco pi­smo hie­ro­gli­ficzne. Były to dłu­gie pro­sto­kąty uło­żone w sze­regu i po­łą­czone cien­kimi li­niami, które nie ko­ja­rzyły się mu kom­plet­nie z ni­czym. Jedna z fi­gur ozna­czona była krzy­ży­kiem. Do­szedł do wnio­sku, że te sym­bole mu­szą być ważne i warto je za­pa­mię­tać. Pa­trzył na nie, mru­żąc oczy, jakby pró­bo­wał zro­bić w gło­wie ich fo­to­gra­fię. Obok zna­lazł też wy­cięte ma­lut­kie cztery cy­fry, które rów­nież nic mu nie mó­wiły. Prze­szu­kał do­kład­nie całe po­miesz­cze­nie, włącz­nie z oglę­dzi­nami łóżka, a na­wet szafki w ła­zience, jed­nak ni­czego wię­cej nie zna­lazł. Za­in­try­go­wany, wło­żył szla­frok, gu­mowe pan­to­fle i wy­szedł z po­koju. Zszedł po scho­dach i do­tarł do wyj­ścia z bu­dynku. Otwo­rzył ko­lejne skrzy­dło i wcią­gnął w płuca świeże po­wie­trze. Jakże wiel­kie było jego zdzi­wie­nie, kiedy uj­rzał ogromny ogród, któ­rego nie po­wsty­dziłby się sam król. Lato eks­plo­do­wało ty­sią­cem barw, a tem­pe­ra­tura do­cho­dziła za­pewne do trzy­dzie­stu stopni Cel­sju­sza. Męż­czy­zna od­szedł na kil­ka­na­ście kro­ków wy­bru­ko­waną ścieżką pro­wa­dzącą po­mię­dzy wy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem, aby spoj­rzeć na bryłę domu. Otwo­rzył sze­roko oczy, kiedy zo­ba­czył piękny, biały, roz­ło­ży­sty dwo­rek. Ktoś za­in­we­sto­wał mnó­stwo pie­nię­dzy, aby go od­re­stau­ro­wać i przy­wró­cić mu świet­ność. Wej­ście zdo­biły dwie rzeź­bione ko­lumny, nad oknami wid­niały pła­sko­rzeźby ze sce­nami z po­lo­wań. Trzy­pię­trowy bu­dy­nek mie­ścił za­pewne kil­ka­na­ście po­miesz­czeń, bo jego roz­mach wprost przy­tła­czał. Z bal­ko­nów o zdo­bio­nych ba­lu­stra­dach zwi­sały pędy ro­ślin o pięk­nych czer­wo­nych i nie­bie­skich kwia­tach. Ele­wa­cja domu od wschod­niej strony zda­wała się to­nąć w zie­lo­no­ści. I je­dy­nymi ele­men­tami, które szpe­ciły ten ob­raz, były sta­lowe kraty w oknach. Wo­lań­ski raz jesz­cze od­wró­cił się w stronę ogrodu, aby spoj­rzeć na cały ten sie­lan­kowy kra­jo­braz. Te­ren był ogromny, po­mię­dzy krze­wami i kwia­tami pro­wa­dziły wą­skie bru­ko­wane ście­żynki, przy któ­rych w nie­da­le­kiej od­le­gło­ści od sie­bie stały ławki. W od­dali mię­dzy drze­wami wi­dać było na­wet nie­wielki staw. Wo­lań­ski spoj­rzał w lewo, gdzie do­strzegł bramę wjaz­dową na po­se­sję, do któ­rej pro­wa­dziła alejka bia­łych brzóz. Po­sta­no­wił zro­bić mały re­ko­ne­sans. Szedł wzdłuż drzew, ob­ser­wu­jąc baj­kową sce­ne­rię. W ta­kim miej­scu fak­tycz­nie można było się za­po­mnieć. Był już bli­sko bramy, kiedy za­uwa­żył wy­soki mur, na któ­rego szczy­cie roz­po­ście­rały się za­sieki z kol­cza­stego drutu przy­no­szące sko­ja­rze­nie z wię­zie­niem. Chwilę po­tem drogę za­ta­ra­so­wało mu trzech straż­ni­ków ubra­nych w dziwne zie­lone mun­dury. Adam od razu do­strzegł, że są uzbro­jeni.

- Dzień do­bry - zwró­cił się do nich pro­wo­ka­cyj­nie. - Piękny mamy dzień.

- Fak­tycz­nie piękny - mruk­nął bar­czy­sty czło­wiek. Przy­po­mi­nał ty­po­wego ochro­nia­rza o sze­ro­kim karku i kom­plet­nym braku mó­zgu. Przy pa­sie miał ka­burę z bro­nią, gaz pie­przowy i gu­mową pałkę.

- Czy mógł­bym wyjść na ze­wnątrz? - za­py­tał na­iw­nie Wo­lań­ski.

- Wy­klu­czone - uciął straż­nik. - Chyba że miałby pan po­zwo­le­nie.

- Czyli prze­pustkę od kie­row­nic­twa ośrodka?

- Wła­śnie. Pro­szę stąd odejść, mamy roz­kaz, aby ża­den z pa­cjen­tów nie zbli­żał się do ogro­dze­nia - po­wie­dział męż­czy­zna, kła­dąc rękę na broni.

Wo­lań­ski nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że jest w tym miej­scu więź­niem. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył bru­ko­waną ścieżką z po­wro­tem w kie­runku dworku. Prze­cha­dzał się po ca­łym te­re­nie, po­dzi­wia­jąc kunszt pracy ogrod­nika. Dość szybko ob­li­czył, że cały te­ren ma do­brze po­nad dwa hek­tary. Do­tarł do stawu i ob­ser­wo­wał pły­wa­jące kaczki i ła­bę­dzie. Gdyby tak wy­glą­dały szpi­tale, pa­cjenci za­pewne dużo szyb­ciej wra­ca­liby do zdro­wia. Usiadł na ławce i wy­sta­wił po­li­czek do słońca. Na­gle wy­czuł pod ręką ja­kieś nie­rów­no­ści. Przyj­rzał się bli­żej de­sce i za­uwa­żył cztery cy­fry wy­cięte no­żem. Były ta­kie same jak te, które od­na­lazł pod łóż­kiem w swoim po­koju. Czyżby to on je tu zo­sta­wił? Każda próba przy­po­mnie­nia so­bie mo­mentu ich wy­ci­na­nia koń­czyła się fia­skiem. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że z ja­kie­goś po­wodu mu­siały być ważne. Za­sta­na­wiał się, gdzie się wszy­scy po­dziali. Do­piero po chwili przy­po­mniał so­bie in­for­ma­cję prze­ka­zaną przez Flo­ren­tynę Nie­krasz, że musi się udać na za­ję­cia z po­zo­sta­łymi pen­sjo­na­riu­szami.

Pod­czas pół­go­dzin­nego spa­ceru poza straż­ni­kami pil­nu­ją­cymi wy­jazdu z po­se­sji nie spo­tkał ni­kogo. Prze­szło mu przez myśl, czy nie spró­bo­wać ucieczki. Ro­zej­rzał się, chcąc się upew­nić, że nikt go nie ob­ser­wuje, i zbo­czył z głów­nej ścieżki w kie­runku drzew. Prze­szedł przez nie­wielki za­gaj­nik, aż do­tarł do muru oka­la­ją­cego te­ren. Spoj­rzał w lewo, po­tem w prawo, jed­nak na­dal nie wi­dział ni­kogo. Wy­dep­tana ścieżka pro­wa­dząca obok be­to­no­wych blo­ków jed­no­znacz­nie wska­zy­wała, że te­ren musi być cy­klicz­nie pa­tro­lo­wany przez straż­ni­ków. Wo­lań­ski zmie­rzył wy­soką ścianę, za­sta­na­wia­jąc się, jak można by­łoby się wspiąć na samą górę. Po­wierzch­nia była co prawda chro­po­wata, ale bez dra­biny nie miał naj­mniej­szych szans, aby sfor­so­wać prze­szkodę. Z po­mocą przy­szło ścięte drzewo le­żące w za­gaj­niku. Miało na tyle gruby pień, że mo­gło po­słu­żyć za pro­wi­zo­ryczne rusz­to­wa­nie. Adam przy­tknął drzewko do muru i za­czął się wspi­nać. Kil­ka­na­ście se­kund póź­niej do­tarł na szczyt. Spoj­rzał po­nad be­to­nową ścianą i się uśmiech­nął, bo gę­sty las wi­doczny po dru­giej stro­nie da­wał szansę na ucieczkę. Bę­dzie można do­trzeć do ja­kiejś wio­ski, zdo­być kom­bi­nerki i po­zbyć się ob­roży z szyi. A po­tem się za­sta­no­wić, jak do­trzeć do War­szawy. Do sfor­so­wa­nia po­zo­sta­wała jesz­cze jedna prze­szkoda w po­staci kol­cza­stego drutu. Na­le­żało się pod­cią­gnąć, za­rzu­cić szla­frok i przejść po nim na drugą stronę. Męż­czy­zna wy­cią­gnął się ni­czym struna, aby po­chwy­cić pręt, na któ­rym za­mo­co­wane były za­sieki. Na­gle po­czuł wstrząs, a przez jego ciało prze­pły­nął prąd pod wy­so­kim na­pię­ciem. Nie dał rady się utrzy­mać, pu­ścił się i spadł z wy­so­ko­ści bli­sko czte­rech me­trów na plecy. Zdo­łał jesz­cze unieść głowę, a po­tem stra­cił przy­tom­ność.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki