Rozdział 1
Wcześniej
Adam otworzył oczy i rozejrzał się po niewielkim pokoju przypominającym szpitalną izolatkę. Było w nim coś staroświeckiego. Ściany pomalowane zostały na niebiesko. Wzdłuż drewnianego sufitu biegły dwie grube belki podtrzymujące strop. W jedynym oknie zamontowana była krata, co niemal od razu wzbudziło w Wolańskim zaniepokojenie. Unoszący się zapach przynosił skojarzenia ze starym wiejskim domem. Spojrzał za okno i dostrzegł bujną roślinność. Nawet kwiaty na krzewach rosnących przy oknie układały się w barwne kompozycje. Mężczyzna doszedł do wniosku, że ogrodnik zajmujący się posesją musiał znać się na rzeczy.
Uniósł się na łokciach i spojrzał na podłogę, która również była drewniana. Nie był to żaden panel z wymalowanym wzorem sęków czy słoi, tylko najprawdziwsze impregnowane dębowe deski. Były starte i zniszczone, co dobitnie wskazywało na to, że musiały wiele przejść. Obok łóżka stało krzesło i współczesna metalowa szafka, jaką można zobaczyć w szpitalach. W rogu znajdowała się szafa na ubrania. Plastikowy, okrągły zegar wiszący na ścianie wskazywał kilka minut po godzinie dziesiątej. W głębi pokoju Adam ujrzał dwoje drzwi, jedne prowadzące najprawdopodobniej do łazienki, drugie wyjściowe.
Usiadł na łóżku i przeszukał szafkę. Oprócz przyborów toaletowych i jakichś ubrań nie znalazł jednak niczego ciekawego. W szafie również była tylko poduszka i dodatkowy koc.
Nagle usłyszał skrzypienie drzwi i w progu pojawiła się kobieta w białym lekarskim kitlu. Miała długie, ciemne blond włosy spięte w kucyk. Mogła mieć koło czterdziestu lat, podkład i delikatny makijaż skutecznie maskowały zmarszczki i przebarwienia skóry. Całości dopełniały długi, prosty nos i mięsiste wargi pociągnięte błyszczykiem. Na widok Adama uśmiechnęła się delikatnie.
- Wreszcie się obudziłeś - powiedziała miłym dla ucha głosem. - Martwiliśmy się o ciebie.
- Co się stało? - zapytał Wolański, opadając na łóżko. - Pęka mi głowa. Poza tym - zawiesił głos - niczego nie pamiętam.
- Nazywam się Florentyna Niekrasz i jestem lekarzem ośrodka. Czy pozwolisz, że cię zbadam? - Spojrzała na niego, wkładając do uszu słuchawki stetoskopu zawieszonego na szyi.
- Chyba tak - bąknął Adam, zdejmując górną część szarej piżamy.
Kobieta przyłożyła słuchawkę stetoskopu najpierw do klatki piersiowej mężczyzny, a potem do jego pleców. Wreszcie mruknęła, zadowolona. Adam miał chwilę, aby ocenić figurę lekarki. Była niewysoka, choć dobrze zbudowana. Zwrócił uwagę na jej stopy, na których miała założone gumowe pantofle stylizowane na drewniaki.
- Wszystko w porządku. Jesteś zdrowy - powiedziała.
- Jak to zdrowy? - Wolański się zdziwił. - Straciłem pamięć.
- To przez wypadek, któremu uległeś. Musisz odpoczywać, pamięć powinna wrócić.
- Uderzyłem się w głowę? - dopytywał Adam.
- To nieco bardziej skomplikowane - wymamrotała kobieta.
- Gdzie ja jestem? Co to za ośrodek?
- Czy pamiętasz cokolwiek z czasu, zanim miesiąc temu do nas trafiłeś?
Na twarzy mężczyzny pojawił się grymas świadczący o wielkim wysiłku. Wolański zagryzł zęby i zacisnął pięści.
- Nic nie pamiętam - mruknął wreszcie. - Jestem tu cały miesiąc?
Lekarka wyciągnęła z kieszeni fartucha małą latarkę i zaświeciła mężczyźnie w oczy. Spojrzała w źrenice i pokiwała głową.
- Jak już powiedziałam, pamięć powinna z czasem wrócić.
- Jak to powinna?
- Trudno jednoznacznie zawyrokować - stwierdziła. - Będziesz pod naszą obserwacją. Na razie zostaniesz na terenie ośrodka.
- Co to za ośrodek? - powtórzył Wolański.
- To ośrodek treningowy. Przez ostatni miesiąc brałeś udział w szkoleniu. Ale na razie masz wolne.
Wolański potrząsnął głową, próbując przyswoić słowa lekarki, które brzmiały jak kiepski żart. Po raz kolejny skupił wszystkie myśli, by przypomnieć sobie przeszłe wydarzenia ze swojego życia. Pamiętał, że ma czterdzieści lat i mieszka w Warszawie, jednak nie był sobie w stanie przypomnieć nawet swoich ostatnich urodzin. Nagle skojarzył twarze żony i współpracowników z mediów, ujrzał salę posiedzeń w sejmie i siebie siedzącego na fotelach dla dziennikarzy. Potem pojawił się przebłysk jakiegoś miejsca, jakby więzienia albo celi. Przypomniał sobie studia, lata młodzieńcze oraz dzieciństwo.
- Jakim szkoleniu? - zapytał.
Kobieta westchnęła ciężko.
- Przyjdę do ciebie za kilka godzin i spróbuję wszystko wyjaśnić. Przynajmniej tyle, żebyś nie czuł się przytłoczony informacjami, które ci przekażę - powiedziała lekarka. - Za chwilę zaczynam zajęcia z pozostałymi członkami grupy.
Wolański doszedł do wniosku, że kobieta najwyraźniej nie ma zbyt wiele czasu, aby w wystarczający sposób opowiedzieć mu o okolicznościach, w jakich się tu znalazł.
- W porządku. To o której się widzimy? - dopytał, spoglądając na zegar wiszący na ścianie.
- Może o szesnastej? Zarezerwuję sobie całą godzinę - odparła.
- Czy mogę do tego czasu pokręcić się po ośrodku?
Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, prezentując białe zęby, po czym odpowiedziała:
- Jasne, ale proszę nie próbować opuszczać jego terenu.
Adam został w pokoju sam. Poza tym, że bolała go głowa, czuł się względnie dobrze. Raz jeszcze próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek wydarzenia, które doprowadziły go do tego miejsca, jednak nie był w stanie. Poirytowany, zabrał z szafki przybory toaletowe, wstał z łóżka i ruszył w kierunku łazienki. Otworzył jeszcze drzwi wyjściowe i wyjrzał na korytarz, który podobnie jak izolatka przypominał stary dom zaadoptowany na szpital. Wrócił do pokoju i wszedł do łazienki. Rozebrał się i spojrzał w lustro. Przetarł ręką policzek, dotykając kilkudniowego zarostu. Miał prosty nos i szeroko rozstawione kości policzkowe. Czarne, świdrujące oczy oraz krótkie ciemne włosy ostrzyżone na jeża kontrastowały z jasną cerą. Był szczupły, wysoki i dobrze zbudowany. Choć trudno było nazwać go przystojnym, to miał w sobie rodzaj wdzięku, który mógł podobać się kobietom.
Jego uwagę zwrócił naszyjnik zbudowany z dziwnego materiału, który pod palcami przypominał połączenie tworzywa sztucznego, gumy i metalu. Obracał go przez chwilę, szukając zapięcia, jednak niczego takiego nie znalazł. Spróbował ściągnąć go przez głowę, ale nie był w stanie. Adam dość szybko doszedł do wniosku, że musi to być jakaś forma zabezpieczenia, być może GPS-u, na wypadek próby ucieczki z ośrodka. A zatem musiał tu być kimś w rodzaju więźnia.
Wziął prysznic, ogolił się i przyglądał się przez chwilę swojej szczupłej twarzy, starając się wyczytać z niej swoją przeszłość. Uszczypnął się w policzek i obejrzał zęby. Mimo swoich czterdziestu lat nie wyglądał jeszcze najgorzej. Nagle przed jego oczami pojawił się wizerunek żony. Szczupłej, wysokiej blondynki o ostrych rysach twarzy i mocnej szczęce. Pamiętał jej twarz, figurę, włosy i oczy. W żaden jednak sposób nie był w stanie odtworzyć ostatnich wydarzeń z jej udziałem. Obawiał się momentu, kiedy stanie z nią oko w oko i nie będzie w stanie zapytać o żaden wspólny temat. W kolejnym przebłysku zobaczył ciało jakiejś kobiety. Wszędzie było pełno krwi. Potrząsnął głową, próbując odgonić nieprzyjemne wspomnienia. Będzie musiał zapytać o wszystko Florentynę Niekrasz. Być może dowie się wystarczająco dużo, aby móc przypomnieć sobie pozostałe wydarzenia.
Wyszedł z łazienki i raz jeszcze zlustrował izolatkę. Po raz kolejny powróciły reminiscencje z przeszłości. Zobaczył siebie z nożem w ręku wycinającego w drewnie jakieś wzory. Złapał się za głowę, chcąc opanować ból. Dopiero po chwili zrozumiał, że ujrzał ten sam pokój, ale z czasu, do którego nie może wrócić pamięcią. Być może przeczuwał wtedy, że może mu się przydarzyć coś złego, i zostawił sobie wskazówki. Zaczął nerwowo przyglądać się ścianom, sufitowi i podłodze w poszukiwaniu jakiegoś tekstu czy rysunków. Po pięciu minutach bezowocnych prób poirytowany stanął pośrodku izolatki i przygryzł paznokieć kciuka. Prowadzony nagłym impulsem odsunął łóżko i się uśmiechnął, kiedy zobaczył wzory wycięte w podłodze. Były dobrze widoczne, gdyż odcinały się jasnym drewnem od zaimpregnowanej części. Uklęknął i zaczął dotykać opuszkami placów dziwnych rysunków, starając się przypomnieć sobie moment ich tworzenia. W głowie miał kompletną pustkę. Znaki przypominały nieco pismo hieroglificzne. Były to długie prostokąty ułożone w szeregu i połączone cienkimi liniami, które nie kojarzyły się mu kompletnie z niczym. Jedna z figur oznaczona była krzyżykiem. Doszedł do wniosku, że te symbole muszą być ważne i warto je zapamiętać. Patrzył na nie, mrużąc oczy, jakby próbował zrobić w głowie ich fotografię. Obok znalazł też wycięte malutkie cztery cyfry, które również nic mu nie mówiły. Przeszukał dokładnie całe pomieszczenie, włącznie z oględzinami łóżka, a nawet szafki w łazience, jednak niczego więcej nie znalazł. Zaintrygowany, włożył szlafrok, gumowe pantofle i wyszedł z pokoju. Zszedł po schodach i dotarł do wyjścia z budynku. Otworzył kolejne skrzydło i wciągnął w płuca świeże powietrze. Jakże wielkie było jego zdziwienie, kiedy ujrzał ogromny ogród, którego nie powstydziłby się sam król. Lato eksplodowało tysiącem barw, a temperatura dochodziła zapewne do trzydziestu stopni Celsjusza. Mężczyzna odszedł na kilkanaście kroków wybrukowaną ścieżką prowadzącą pomiędzy wystrzyżonym trawnikiem, aby spojrzeć na bryłę domu. Otworzył szeroko oczy, kiedy zobaczył piękny, biały, rozłożysty dworek. Ktoś zainwestował mnóstwo pieniędzy, aby go odrestaurować i przywrócić mu świetność. Wejście zdobiły dwie rzeźbione kolumny, nad oknami widniały płaskorzeźby ze scenami z polowań. Trzypiętrowy budynek mieścił zapewne kilkanaście pomieszczeń, bo jego rozmach wprost przytłaczał. Z balkonów o zdobionych balustradach zwisały pędy roślin o pięknych czerwonych i niebieskich kwiatach. Elewacja domu od wschodniej strony zdawała się tonąć w zieloności. I jedynymi elementami, które szpeciły ten obraz, były stalowe kraty w oknach. Wolański raz jeszcze odwrócił się w stronę ogrodu, aby spojrzeć na cały ten sielankowy krajobraz. Teren był ogromny, pomiędzy krzewami i kwiatami prowadziły wąskie brukowane ścieżynki, przy których w niedalekiej odległości od siebie stały ławki. W oddali między drzewami widać było nawet niewielki staw. Wolański spojrzał w lewo, gdzie dostrzegł bramę wjazdową na posesję, do której prowadziła alejka białych brzóz. Postanowił zrobić mały rekonesans. Szedł wzdłuż drzew, obserwując bajkową scenerię. W takim miejscu faktycznie można było się zapomnieć. Był już blisko bramy, kiedy zauważył wysoki mur, na którego szczycie rozpościerały się zasieki z kolczastego drutu przynoszące skojarzenie z więzieniem. Chwilę potem drogę zatarasowało mu trzech strażników ubranych w dziwne zielone mundury. Adam od razu dostrzegł, że są uzbrojeni.
- Dzień dobry - zwrócił się do nich prowokacyjnie. - Piękny mamy dzień.
- Faktycznie piękny - mruknął barczysty człowiek. Przypominał typowego ochroniarza o szerokim karku i kompletnym braku mózgu. Przy pasie miał kaburę z bronią, gaz pieprzowy i gumową pałkę.
- Czy mógłbym wyjść na zewnątrz? - zapytał naiwnie Wolański.
- Wykluczone - uciął strażnik. - Chyba że miałby pan pozwolenie.
- Czyli przepustkę od kierownictwa ośrodka?
- Właśnie. Proszę stąd odejść, mamy rozkaz, aby żaden z pacjentów nie zbliżał się do ogrodzenia - powiedział mężczyzna, kładąc rękę na broni.
Wolański nie miał już żadnych wątpliwości, że jest w tym miejscu więźniem. Odwrócił się na pięcie i ruszył brukowaną ścieżką z powrotem w kierunku dworku. Przechadzał się po całym terenie, podziwiając kunszt pracy ogrodnika. Dość szybko obliczył, że cały teren ma dobrze ponad dwa hektary. Dotarł do stawu i obserwował pływające kaczki i łabędzie. Gdyby tak wyglądały szpitale, pacjenci zapewne dużo szybciej wracaliby do zdrowia. Usiadł na ławce i wystawił policzek do słońca. Nagle wyczuł pod ręką jakieś nierówności. Przyjrzał się bliżej desce i zauważył cztery cyfry wycięte nożem. Były takie same jak te, które odnalazł pod łóżkiem w swoim pokoju. Czyżby to on je tu zostawił? Każda próba przypomnienia sobie momentu ich wycinania kończyła się fiaskiem. Nie ulegało wątpliwości, że z jakiegoś powodu musiały być ważne. Zastanawiał się, gdzie się wszyscy podziali. Dopiero po chwili przypomniał sobie informację przekazaną przez Florentynę Niekrasz, że musi się udać na zajęcia z pozostałymi pensjonariuszami.
Podczas półgodzinnego spaceru poza strażnikami pilnującymi wyjazdu z posesji nie spotkał nikogo. Przeszło mu przez myśl, czy nie spróbować ucieczki. Rozejrzał się, chcąc się upewnić, że nikt go nie obserwuje, i zboczył z głównej ścieżki w kierunku drzew. Przeszedł przez niewielki zagajnik, aż dotarł do muru okalającego teren. Spojrzał w lewo, potem w prawo, jednak nadal nie widział nikogo. Wydeptana ścieżka prowadząca obok betonowych bloków jednoznacznie wskazywała, że teren musi być cyklicznie patrolowany przez strażników. Wolański zmierzył wysoką ścianę, zastanawiając się, jak można byłoby się wspiąć na samą górę. Powierzchnia była co prawda chropowata, ale bez drabiny nie miał najmniejszych szans, aby sforsować przeszkodę. Z pomocą przyszło ścięte drzewo leżące w zagajniku. Miało na tyle gruby pień, że mogło posłużyć za prowizoryczne rusztowanie. Adam przytknął drzewko do muru i zaczął się wspinać. Kilkanaście sekund później dotarł na szczyt. Spojrzał ponad betonową ścianą i się uśmiechnął, bo gęsty las widoczny po drugiej stronie dawał szansę na ucieczkę. Będzie można dotrzeć do jakiejś wioski, zdobyć kombinerki i pozbyć się obroży z szyi. A potem się zastanowić, jak dotrzeć do Warszawy. Do sforsowania pozostawała jeszcze jedna przeszkoda w postaci kolczastego drutu. Należało się podciągnąć, zarzucić szlafrok i przejść po nim na drugą stronę. Mężczyzna wyciągnął się niczym struna, aby pochwycić pręt, na którym zamocowane były zasieki. Nagle poczuł wstrząs, a przez jego ciało przepłynął prąd pod wysokim napięciem. Nie dał rady się utrzymać, puścił się i spadł z wysokości blisko czterech metrów na plecy. Zdołał jeszcze unieść głowę, a potem stracił przytomność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki