Rok 1863. Opowieść o miłości, wojnie i gotowaniu - Aleksandra Katarzyna Maludy

Kup ebooka

12.30 zł
9.84 zł (12,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Panna Aniela Zagórska wstała dziś lewą nogą. Jej złoty nastrój przepadł bezpowrotnie wraz ze słońcem, które dziś zakryły grube chmury, a wiszący w powietrzu deszcz zdawał się opłakiwać już na wieki minione wszelkie radośniejsze chwile. Panna Aniela miała lat siedemnaście i naturę przeżywania wszystkiego z przerażającą (przynajmniej ją w tej chwili) intensywnością. Jeszcze wczoraj życie jawiło się jej jako niekończące się wakacje, bo dwa dni dopiero minęły, jak ukończyła nauki w cieszącym się największym uznaniem w okolicy zakładzie naukowym dla panien w Płocku, który prowadziła ciesząca się nie mniejszym szacunkiem panna Teofila Zarembska. Pensja owa swoją renomę opierała na znakomitych wykładowcach, z których wielu było profesorami słynnego Gimnazjum Gubernialnego uważanego za najstarszą szkołę na ziemiach polskich.

Panna Aniela była dziewczyną niewysoką, obdarzoną przez naturę wdziękiem i delikatnością. Wszystko, poczynając od drobnych rąk i stóp, na kształtnej głowie kończąc, wzbudzało chęć opieki i troszczenia się o nią. Żywe spojrzenie ocienionych ciemnymi, gęstymi rzęsami oczu, niewielki, lekko zadarty nos, pięknie wykrojone, drobne usta nadawały jej figlarny urok.

Powrót do domu panna Aniela zrazu odczuła jako wyzwolenie z murów szkoły, których samodzielnie opuścić nie mogła; z miasta, które jej się, poza okolicami katedry i widokiem z wysokiej skarpy na Wisłę, wcale nie podobało. Dom to była swoboda nieokiełznana, szaleńcza jazda na oklep po dworskich łąkach, smak poziomek zbieranych w pobliskim, niewielkim zresztą lesie. Dom to jesienne pieczenie na kartofliskach ziemniaków, których Anielka była główną dostarczycielką, podjadanie konfitur smażonych przez starą Józefową, od zawsze królującą w drozdowskiej kuchni. Dom to dwór stojący we wsi Drozdowo położonej niedaleko małego mazowieckiego miasteczka Raciąża, skromny, wiekowy. Widać po nim, że mieszkali tu niebogaci ludzie.

Zachmurzone niebo zmieniło to wszystko, przede wszystkim uświadamiając pannie Anieli, że dorosła i wiele z tych rzeczy, które opromieniały rodzinny dom aureolą szczęścia, już jej robić nie wypada. Panna ze dworu nie może hasać po polach i łąkach z gromadą wiejskiej dzieciarni, nie może podkradać jabłek staremu Żydowi w przydworskim sadzie, któremu te jabłka ojciec sprzedał na pniu. Mimowolnie uśmiechnęła się do siebie trochę gorzko, a trochę ironicznie. Uczona panna ze dworu może co najwyżej doglądać dojenia krów, uważnym okiem zajrzeć do serowarni czy, tak jak teraz w pochmurny dzień, przejść się do kurnika i dopilnować, by jaja leżały w koszykach, czekając na Szmula, który zawsze o tej porze zajeżdżał na podwórze, by powieźć w świat sery, warzywa, owoce i wszystko to, czym bogaty był majątek Zagórskich.

– Ot, czym zajmować się będę do końca życia – mruczała Aniela, rozkładając do koszy jaja. Tu większe, tu mniejsze, a w każdym koszu po cztery mendle. Czynność ta, tak prozaiczna, niestarannie pobielone ściany pomieszczenia przylegającego do kurnika i ostry, duszący zapach amoniaku przygnębiały ją. Z nostalgią wspominała pensję. Jak to niedawno jeszcze z wypiekami na twarzy słuchały wszystkie opowiadań o patriotycznej demonstracji, w jaką przemienił się pogrzeb Katarzyny Sowińskiej – wdowy po wielkim generale. Przypomniała sobie natchnioną twarzyczkę Emilki Werybówny, która deklamowała dziwny wiersz przesłany jej przez kuzyna z samego Paryża:

 

W starym kościółku na Woli

Został jenerał Sowiński,

Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą,

A wokoło leżą wodze

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane harmaty,

I gwery: wszystko stracone![1]

 

I jak to następnego dnia wszystkie przyszły na lekcje z czarnymi kokardkami przypiętymi do mundurków, z wielkim uniesieniem w sercu i z myślą, że oto one tak manifestują swój sprzeciw i bunt, i miłość do tej ojczyzny udręczonej, a tak miłej, i chęć działania, i poświęcenia, i... i...

I wszystko to aż łzami popłynęło z oczu dziewczyny, które wcale nie chciały być romantycznie błękitne lub czarne, ale kolor miały nieokreślony – jakaś szarość byle jaka z zielonymi plamkami. Anielka westchnęła głęboko, gnębiona przez obie troski jednocześnie – beznadziejność dotyczyła i życia, i koloru oczu.

– Wszystko stracone – szepnęła do siebie, choć nie myślała już o ojczyźnie biednej, a o życiu swym w tak młodych latach uwięzionym w wiejskiej pustelni.

Wziąwszy niepełny koszyk jajek na potrzeby domowe, powędrowała przez gumno do dworu ścieżką między czworakami, które już domagały się remontu, przez furtkę w murku okalającym zaniedbany park, przez ścieżkę wśród starych drzew. A mimo wczesnej jeszcze godziny świat spowił mrok, bo chmury z szarych zrobiły się granatowe, wiatr zawiał mocniej, a wierzby rosnące przy drodze pokazały srebrzystoszarą stronę swych liści. Gdzieś daleko między chmurami rozszedł się błysk, a za nim grzmot. Szła burza. Anielka, kroku przyspieszywszy, poganiana pierwszymi kroplami deszczu, dopadła bocznych drzwi dworu prowadzących do kuchni. Energiczniejszy ruch przegonił nieco melancholię.

Kuchnia w dworze drozdowskim duża była i jasna. Królował w niej piec nakryty wielkim okapem i wyszorowany do białości duży stół, na którym zawsze coś się działo. A to suszył się pokrojony drobniutko makaron, a to równym rzędem ustawiały się słoiki napełniane konfiturami czy marynatami. W pomieszczeniu stały też dwa wielkie kredensy pomalowane na biało i szafka skrywająca w sobie lecznicze nalewki, słoje z suszonymi grzybami i różne przyprawy potrzebne w kuchni.

"Trzeba działać" – pomyślała raźniej, postanawiając rozpocząć rewolucję od kuchni.

Kucharka Józefowa pod rządami Ludwika Zagórskiego, ojca Anielki, który żadnych wymagań dotyczących stołu nie miał, zaniedbała się nieco.

"Nie będziemy jeść bez przerwy sztukamięs i rosołu" – Anielka próbowała dodać sobie animuszu.

Józefowa była postawną kobietą. Mocne, szerokie ramiona i obfity biust jakby stworzone były, by przygarniać gromadkę dzieci. Kiedyś w młodości, kiedy samotna na tym świecie była, wydano ją za Józefa, chłopa małego i żylastego, który tłukł ją tak, że często pluła i sikała krwią. Pan Bóg zlitował się jednak nad sierotą, wzywając jej męża, by zdał rachunek ze swoich czynów, a ona znalazła służbę we dworze. Józefową sama się nazywała, sądząc, że imię to godności jej doda i zjedna szacunek wśród ludzi. Szanowali ją też wszyscy, jednak bardziej mając na uwadze jej dobre serce i pracowitość niż miano. Anielka także kochała Józefową, bo sama wcześnie straciła matkę i w dziecięcych nieszczęściach zawsze u niej znajdowała pocieszenie i ratunek. Teraz więc trudno jej było przybrać rolę osoby całkiem, bądź co bądź, dorosłej i wydawać polecenia.

"No, nie możemy codziennie..." – Anielka w myślach zaczęła układać swą przemowę, ale tak naprawdę wyszło jej trochę mniej godnie.

– A, bo to, Józefowo... może by tak Józefowa... – jąkała.

– A cóż to, robaczku, chciałaś? – ułatwiła po starej znajomości sprawę kucharka.

– A, bo może by tak na obiad ugotować dziś ojczulkowi co innego?

– Jak co innego? A to pan niezadowolony? A toż takiego rosołu, jak ja panu ugotuję, to nikt nie ugotuje! – Józefowa sama nie wiedziała, czy zaniepokojona jest, czy oburzona.

– Ale, bo to, Józefowo – Anielka zaczęła znów od tej samej nie najzręczniejszej kwestii – a może byśmy ugotowały jednak coś innego?

– A co byś, robaczku, chciała?

– No, mogłaby Józefowa zupę szczawiową zrobić z jajami faszerowanymi i pieczeń huzarską, i groszek z marchewką, i może jeszcze coś?

– A, to gości jakichś się dziś pan spodziewa?

– Nie... Ale to w innych domach zawsze oprócz zupy jest jakieś pieczyste i coś jeszcze.

– Aj, tam, nie zawracaj mi głowy, toż panu zupa i drugie wystarczy, a ty sama też nie dragon wygłodzony jesteś, tylko panienka delikatna. – Józefowa z dumą i miłością spojrzała na zgrabniutką dziewczynę. – Ale dobrze, niech ta szczawiowa będzie. Ino Sewerkę po szczaw i ogórki poślę.

Sewerka to dziecko było jeszcze, mające ze dwanaście lat. Od dawna już chowała się przy dworze. Józefowa przyniosła ją w noc, kiedy kilka chałup się we wsi spaliło, brudną, zawszoną i przerażoną. Awantura była wtedy nielicha, bo pan Ludwik Zagórski, ceniący spokój i czystość, wywalić kazał toto z kuchni. Lecz Józefowa tym razem się uparła. Że na żebry pójdzie, a dziecka w potrzebie nie opuści, krzyczała. I tak Sewerka została we dworze.

– A to się gospodarowaniem chcesz zająć? – zagadnęła znowu kucharka. – Dobrze, robaczku, to i na dyspozycje jutrzejszego dnia czekam, bo panicz Karolek ze szkół także wraca, a i kolegów przywiezie. Przyda się twoja rada, boć przecie na tej pensji to i gotowania was uczyli i nowomodnych pomysłów, i przepisów masz pewnie sporo. Jeszcze ja stara czegoś się od ciebie nauczę. Należy mi się za to podcieranie nosa.

Tak, z Józefową świat nie wydawał się taki straszny. Dom ma jej ciepłe oblicze.

W chwilę później siedziały przy wielkim kuchennym stole, przeglądając przepisy.

– A może tak nadziewany mostek cielęcy? – proponowała Anielka.

– No to jak to? – dopytywała się Józefowa.

– Trzeba go moczyć w zimnej wodzie przez godzinę.

– No, toż wiem – oburzyła się stara kucharka.

– Tak, tak... A potem nadziać dobrze wyrobioną masą z bułki w mleku pomoczonej, drobniuśko pokrojonej słoniny podduszonej z utartą cebulą. Podduszonej, a nie usmażonej na rumiano. Dalej dodajemy wątróbkę usiekaną na miazgę i pieczarki na maśle uprażone, i jajka, i masło, a doprawiamy solą, pieprzem, kwiatem muszkatołowym... a, o natce pietruszki w dużej ilości bym zapomniała[2].

– Dobroć każdej pieczeni – mówiła Józefowa, by nie dać się zagadać Anielce – zależy przede wszystkim od sposobu pieczenia. Należy ją od razu kłaść w gorący piec i ciągle smarować tłustością, a niczym nie podlewać. Gorący piec nie pozwala sokom wychodzić z mięsa i pieczeń soczysta będzie, a nie twarda i łykowata, jak mogłoby się stać w przeciwnym razie.

I dobrze się zrobiło Anielce w tej ciepłej kuchni z kochającą Józefową, a w okna deszcz walił grubymi kroplami i wiatr szarpał gałęziami rozrośniętego, przekwitającego już jaśminu, którego ostatnie płatki przylepiały się do mokrej szyby. Burza przechodziła gdzieś bokiem, strasząc ciągle nagłym rozjaśnianiem chmurnego nieba, a nieco później grzmotem.

W rozjaśniające się niebo patrzył także, siedząc w swym gabinecie, ojciec Anielki. Był to człowiek już ponadpięćdziesięcioletni. Pochylona sylwetka, zgasły wzrok, przerzedzone włosy czyniły zeń niemal starca. On także czekał na syna, ale myśli jego uciekały do lat dawnych, także burzliwych, kiedy to Polacy z bronią w ręku postanowili przywrócić ojczyźnie należną wolność. Z poczuciem zmarnowanego życia Ludwik Zagórski myślał o tym, że zasłaniając się obowiązkami wobec niedołężnego wtedy ojca, spędził ten czas w zaciszu domu. A burza powstania listopadowego przetoczyła się tuż obok. Wielkie siły rosyjskie grupowały się pod Raciążem, by od zachodu zaatakować Warszawę. Lato tysiąc osiemset trzydziestego pierwszego roku było deszczowe, a burze, tak jak i dziś, przechodziły raz po raz. Pola i łąki rozmiękły, rzeki wezbrały. Nawet płynąca tuż za parkiem Raciążnica – mała, mulista rzeczka – wylała szeroko, zatapiając położone niżej podmokłe, bagniste łąki, na których okoliczni chłopi kopali zwykle torf.

Oddziały rosyjskie ciągnęły długimi szeregami zewsząd, z wielkim mozołem wlekąc się polnymi, rozkisłymi drogami. Wszystkie wierzby ogolono do łysa, bo faszyna była potrzebna, by z ciężkimi działami przebrnąć najbardziej błotniste odcinki. A tych nie brakowało. Wszystko ciągnęło pod Raciąż, gdzie w karczmie przy rynku rozłożył się główny sztab, a sam feldmarszałek Iwan Paskiewicz wizytował wojska. Młody Ludwik nie wiedział, że w ślad za Rosjanami podążają oddziały polskie. Przemarsz wojsk był dopustem bożym dla Zagórskich. A jeszcze większym – bitwa, po części stoczona na ich ziemiach. Niemal pod oknami dworu, na polach między sąsiednią wsią Pęsy a należącym do majątku Ćwierskiem, starły się wojska polskie z Rosjanami, potem kłąb walczących przetoczył się dalej pod Witkowo i Kiniki. Zboża, które już tylko na żniwa czekały, potratowane! Łąki zryte tak, że od nowa zasiewać je trzeba było! Spiżarnie opróżnione przez żołdaków! Włościanie niespokojni – pożary i grabieże zniszczyły im wszystko! Ciężko się było odbudować. Trzydzieści lat minęło, a ślady zniszczeń do dziś widać. Tak... to powstanie przetrąciło życie Ludwikowi Zagórskiemu. Żeby się odbudować, ożenił się z panną posażną, ale niekochaną. Posag poszedł na najkonieczniejsze potrzeby, a żona, urodziwszy mu czwórkę dzieci, z których tylko dwoje – Karol i Anielka – osiągnęło dorosłość, zmarła na suchoty. Długo też Ludwik stronił od towarzystwa. Z lubością powtarzano tam nazwiska opromienione nimbem bohaterów bitwy raciąskiej – generałów Turno i Millera, pułkowników Mysielskiego i Kołyszki, a przede wszystkim księcia Druckiego-Lubeckiego, który pod Raciążem życie postradał, ojczyzny broniąc. Cóż miał w tych rozmowach powiedzieć Ludwik? Miał dwadzieścia kilka lat, dysponował siłą młodości, a przez okno własnego domu bitwę oglądał? Wstyd. Choć w szanse powstania nigdy Ludwik nie wierzył, bo zapatrywał się realnie na rozkład sił. Spokojny i rozsądny w stopniu nielicującym z młodością, rachował wtedy swoje straty, pomstując na ludzi z gorącymi głowami. Burza za oknem i deszcz problemy już przebrzmiałe zmieszały z nowymi, bo nadciąganie takowych pan Ludwik czuł i widział w wieściach nadchodzących z Warszawy, w nadzwyczajnym poruszeniu młodych, w rozmowach sąsiedzkich, kazaniach na mszach niedzielnych, które gorące serca jeszcze bardziej rozpalały.

– Z motyką na słońce... z motyką na słońce... – mruczał nieraz, patrząc na to wszystko z coraz większym niepokojem. Za oknem pierwsze promienie słońca przebijające się przez rzedniejące chmury rozjaśniały świat. Świeżość, delikatny zapach floksów, nagietków, goździków i wszelkiego kwiecia okalającego rabatkami dwór wdarł się do domu. Ale to wszystko rozjaśnić duszy pana Ludwika nie mogło.

[1] J. Słowacki, Sowiński w okopach Woli.

[2] Anielka przywiozła ze sobą następujący przepis: tłusty i gruby mostek trzeba wymoczyć w zimnej wodzie. Namoczyć w mleku dwie bułki. Trochę ponad dziesięć deka słoniny usiekać, przesmażyć z jedną cebulką, ale tak, by się nie zrumieniła, tylko udusiła, dodać do niej pół cielęcej wątroby drobno posiekanej, trochę duszonych na maśle pieczarek, soli, pieprzu, gałki muszkatołowej, siekanej natki pietruszki, łyżkę masła, dwa całe jajka i wyciśniętą uprzednio namoczoną bułkę. Wszystko dobrze wymieszać. Nadziać mostek pod błoną, piec na blasze, ciągle smarując masłem i nie podlewając wodą.

Rozdział II

Mgły snuły się nad polami, szarzejące i różowiejące od wschodzącego słonka. Świergot ptaków zdawał się budzić cały świat. Z bagnistych łąk dochodził krzyk żurawi, a wioskowy bocian przeciągał się z klekotem.

– Dzyń-brdzyń, dzyń-brdzyń – dochodził do dworu dźwięk klepanych kos, wiadomo, czas sianokosów. Na gumnie też uwijaczka. Żywina wyciągała gębusie – jeść! – wielki krzyk rozlegał się zewsząd we wszystkich zwierzęcych językach.

Tylko dwór zdawał się jeszcze cichy i uśpiony. Stał statecznie, nakryty wielkim gontowym dachem. Duży ganek z daszkiem podpartym czterema kolumnami mieścił szerokie drzwi i dwa okna. Z obu boków połyskiwały dwa następne. Przed gankiem rozłożył się podjazd zdobny wielkim gazonem. Na nim, między pospolitym kwiatem, stała wielka, drewniana donica z mięsistą i egzotyczną agawą, nastawioną wrogo kolcami do wszelkiej swojszczyzny i tutejszości, która ją zewsząd otaczała. Dwór otulony był drzewami, których wiek wskazywał, że ta ludzka siedziba od dawien dawna w tym miejscu już trwała. Nie było tam nowomodnych bukszpanów czy platanów. Ot, proste i piękne jaśminy, bzy i śnieguliczki otaczały ten dwór, a dalej majestatyczne graby, dęby, klony, kasztanowce rosły raczej w nieładzie lecz bujnie, głębokim cieniem spowijając ścieżki od dawna już niegracowane. Od południa niemal pod dom podchodził przekwitły już sad.

Z czasem i tu pewien ruch dało się zauważyć. Panicz Karol dziś miał wrócić i gości przywieźć, a jeden z nich to nie byle kto, bo Hipolit Kisielnicki, syn powszechnie szanowanych Augustowstwa Kisielnickich, spadkobierca największego w okolicy majątku, który studiował razem z Karolem rolnictwo. Towarzyszył im jakiś korepetytor czy medyk, biedny chłopak wywodzący się spod Ciechanowa.

Spodziewany gość nie dawał spać Anielce. Tyle się o nim nasłuchała od brata, że dobry, że mądry, że kompan wspaniały i charakter ma szlachetny. Ojciec też wspominał mimochodem, że Kisielniccy zamożni, że Hipolit to najlepsza partia w powiecie. A plotka powszechna głosiła, że przystojny był i talentami towarzyskimi obdarzony. I Anielkę ogarnęły marzenia o tym, jak to Hipolit spogląda na nią i już oczu oderwać nie może, jak wzbudza w nim uczucie nie tylko urodą, ale i oczytaniem i patriotyczną postawą. Anielka była dziewczyną trochę naiwną i świat widziała w czarno-białych barwach. Ten, o którym brat mówił z uznaniem, musiał być więc niemal rycerzem bez skazy. Dlatego serce jej biło w rytm słów: "A może to ten? Może ten?". Marzyła o miłości, która wydawała się jej strumieniem dobra.

Dla spodziewanych gości Anielka ubierała się dziś starannie. Odrzuciła jednak jedyną w swej garderobie jasną, pastelową suknię, w której ze swoimi popielatymi włosami i zielonkawymi oczami w wyrazistej, ciemnej oprawie, wyglądała ślicznie. Włożyła suknię granatową z szeroką spódnicą i bufiastymi rękawami, ozdobioną czarnymi, jedwabnymi tasiemkami, do tego krzyż z drewna i żelaza, wykuty z podków znalezionych na polu powstańczej bitwy pod Raciążem. Nie było to tylko podążanie za najnowszą modą, ale patriotyczne samookreślenie się. Polka, zdaniem Anielki, inaczej ubierać się nie mogła. Jasna sukienka była dla niej niemalże symbolem zdrady narodowej. Godność i powaga, którą zyskiwało się wraz z czernią, granatami i brązami, skutecznie tuszowały niestosowny w czasach niewoli brak zmarszczek i siwych włosów, a nawet maskowały usta i oczy zbyt skore do uśmiechów. A poza tym suknia kryła obawę, że o całe trzy lata starszy brat jak zwykle odeśle ją do Józefowej, by nie przeszkadzała w poważnej rozmowie. O, nie, tego już więcej Anielka tolerować nie miała zamiaru.

Chłopcy przyjechali w południe. Powóz do Raciąża, dokąd przybyli pocztą, ojciec wysłał wcześnie, bo droga rozmiękła po wczorajszych deszczach. Anielka wybiegła na ganek na pierwsze szczekanie psów, akurat wtedy, gdy goście przejeżdżali przez bramę. Ciekawa była bardzo owych kolegów. Pierwszy z nich wyskoczył z powozu jeszcze w biegu i jeden rzut Anielczynego oka pozwalał stwierdzić: "Piękny jest!". Tak właśnie musiał wyglądać książę Pepi[1] – wysoki, długonogi, z burzą czarnych włosów na głowie, ciemnymi oczyma i młodzieńczym wąsikiem. Nieco się zapatrzyła, a już brat ją ściskał, już pokrzykiwał, już całował ręce ojca, który także wyszedł na ganek witać gości, już ciągnął za rękaw jakiegoś chłopczynę.

– Pozwólcie przedstawić sobie: Julian Janicki, najzacniejszy korepetytor w Warszawie i medyk już prawie do końca wykształcony.

Lecz Anielka patrzyła gdzie indziej. Tam, gdzie stał ten wysoki i piękny, w którym domyślała się Hipolita. A on rozglądał się wkoło wzrokiem bystrym, jakby ucieszonym, a może z lekka lekceważącym tę skromność starego dworu. Wdychał z widoczną przyjemnością wonne czerwcowe powietrze. Jednym susem potraktował trzy kamienne schodki ganku i, stając przed dziewczyną i jej ojcem, skinął głową.

– Hipolit Kisielnicki jestem, jak brat kochający Karola.

Anielka uśmiechnąć się musiała, taka radość życia buchała z tego człowieka, i zanim oczy spuściła, zdążyła zauważyć, że ów "jak brat" przygląda się jej z zainteresowaniem.

Obiadowe starania Anielki i Józefowej znalazły u gości uznanie. Chwalono pięknie nakryty stół i smak potraw. Legumina była szczególnie wspaniała, bo Anielka własnoręcznie krem szodonowy[2] zabarwiła odrobiną soku z czarnego bzu na piękny karmazynowy kolor, a na wierzch maleńkie marengi ułożyła w kształt orła białego. Ojciec tylko spojrzał z czegoś niezadowolony, a młodzież rzuciła się na deser barbarzyńsko, nie doceniając ni kunsztu, ni patriotycznej postawy autorki tych smakowitości. Janicki tylko zerknął na nią i uśmiechnął się. Może kpiąco.

Spełniając obowiązek gospodarza, pan Ludwik wypytywał Hipolita o dom i rodziców, znał go bowiem od dzieciństwa. Kisielniccy należeli do najbardziej szanowanych rodzin w okolicy. Jego uprzejmość wobec młodzieńca była bardzo związana z tym, że do domu zjechała mu najlepsza partia w powiecie, a Anielkę za mąż trzeba wydać. Jednak rozmowa szybko przeniosła się w rejony publiczne.

A czasy były niespokojne i było o czym rozmawiać. Polska już od prawie siedemdziesięciu lat jęczała w niewoli pruskich, austriackich i rosyjskich zaborców, a rosyjskie rządy wzniecały chęć buntu. Utworzono organizację "czerwonych", do której należała przede wszystkim młodzież dążąca do szybkiego wybuchu powstania. Liczyli oni na współpracę z ludem i radykalną inteligencją rosyjską, która także miała dosyć samowoli carskich urzędników. Ziemiaństwo raczej należało do "białych" pragnących zabiegać o poparcie dla sprawy Polski u innych państw, a gdy to się uda, przy ich wsparciu dopiero walczyć o niepodległość. W Warszawie pełnomocnikiem cara był Aleksander Wielopolski, który wierną służbą chciał wyjednać u Najjaśniejszego Pana Aleksandra II jakieś prawa do większej autonomii dla Polski, ale działania jego były przez znaczną część społeczeństwa odbierane jako służalczość uderzającą w godność Polaka.

– Dochodzą nas tu wieści o poczynaniach hrabiego Wielopolskiego – zagaił rozmowę na ten temat pan Ludwik. – Wydaje się on rozsądnym człowiekiem. Tylko w nim nadzieja, że ta "odwilż", z którą mamy do czynienia po wstąpieniu na tron Aleksandra II, w powódź się nie zamieni i to, co gorsza, w powódź krwi.

– Pozwolę sobie zauważyć, że to za sprawą Wielopolskiego ta krew się leje – zaoponował Hipolit.

– Za sprawą Wielopolskiego!? – oburzył się pan Zagórski – a kto, jak nie on, przeszło rok temu, narażając własne życie... Słyszy pan? Narażając własne życie, przerwał masakrę na placu Zamkowym?

– Przepraszam, jeśli uraziłem – sumitował się Hipolit – ale przyzna pan, że w pewnym sensie on właśnie ponosi odpowiedzialność za te wydarzenia.

– Tylko współpraca z caratem – z naciskiem mówił pan Ludwik – może naszą ojczyznę podźwignąć gospodarczo i doprowadzić do większej autonomii. I to robi Wielopolski. A gromada nieodpowiedzialnych politycznych wariatów... Ech, co tu gadać...

– Ojcze, my pamiętamy carskie słowa: "Żadnych marzeń, panowie". To było podczas jego pierwszej wizyty w Warszawie, tak? Ale jak nie marzyć? Jak pogodzić się z myślą, że naród tak wielki, że przez kilkaset lat własną piersią bronił chrześcijańskiej Europy, teraz ma wegetować na krańcach imperium w kajdanach?

– Zgadzam się, że należy liczyć się z realiami – wtrącił się do rozmowy Julian – a te nie wyglądają dla nas korzystnie. Główną pracą, którą powinniśmy wykonać, jest zmiana tych realiów. Stworzenie nacisku na carat. Nacisku innych państw. Działalność dyplomatyczna to droga, którą trzeba iść. Czyn zbrojny nie ma szans powodzenia.

– Głos rozsądku przez pana przemawia. – Zagórski rozpromienił się.

– Dyplomacja? – prychnął Karol. – Współdziałanie z potęgami europejskimi? To już było! Podczas wojny krymskiej Sadyk Pasza zdobywał Bukareszt, generał Zamoyski dowodził całą polską dywizją, śmierć znalazł tam nawet Adam Mickiewicz. I co? Ktoś choćby zająknął się w naszej sprawie? Nikt!

– Czy to nie są, mój synu, dowody na to, że jedynie droga obrana przez Wielopolskiego przynieść może jakieś efekty? Ale trudno jest rządzić Polakami. Car łaskawie dał nam palec, my po całą rękę sięgamy. Nie skończy się to dobrze.

Tu pan Zagórski podniósł się z krzesła, dając znak, że obiad skończony, i pożegnał młodych, gdyż zdrowie jego domagało się poobiedniej drzemki. Hipolit z Karolem, dalej żywo dyskutując, przeszli do salonu. Żaden nie chciał się zgodzić z ostatnimi słowami gospodarza. Janicki, podając ramię Anielce, powiedział:

– Przepraszam panią za tę kłótnię przy obiedzie.

– Pan pewno uważa, że żywsza wymiana myśli szkodzi trawieniu – napadła na niego dziewczyna, czując się znowu odsunięta od wszystkiego, co istotne.

– To pewnie też – odparł nieco zdziwiony jej tonem.

– Pan pewno myśli, że mnie nic poza dekorowaniem deseru nie interesuje.

– Ależ skąd, wręcz przeciwnie. Widzę w pani wielką chęć działania. – Uśmiechnął się do niej życzliwie.

– No właśnie, kobiety dzisiejsze są zdolne do wielkich czynów. Emilia Plater na przykład.

– Dlaczego? Bo zginęła? – Janicki poczuł się z lekka ubawiony tą rozmową.

– Bohaterską śmiercią – z patosem powiedziała Anielka.

– Tak naprawdę, to bardziej zawadzała...

Oburzenie dziewczyny nie miało granic. Co za cynizm!

– Ta walka ma sens! Wolność narodowa i rewolucja społeczna to hasła, za które żyć nam i umierać! – gorączkował się tymczasem Hipolit.

– Spokój i rozważne działanie – mitygował go Julian, wreszcie przerywając niemiłą Anielce rozmowę. – Zamoyski i Kronenberg tworzą zalążki rządu prawdziwie polskiego – tu Julian był gotów jeszcze długo na ten temat perorować, bo właśnie dzięki Andrzejowi Zamoyskiemu kończył studia w warszawskiej Akademii Medyko-Chirurgicznej. Nie on jeden zresztą.

– Anielko, zagraj nam coś – Karol postanowił stonować nieco nastroje – pośpiewamy sobie.

Pilnie bacząc, by nie wpatrywać się zbyt natarczywie w Hipolita, Anielka rozmyślała o tym, jak naiwnie i dziecinnie wyglądają jej patriotyczne demonstracje. Te wstążki przy sukniach czy deser w barwach narodowych... A tam walczą, dyskutują, demonstrują! Posłusznie podeszła do fortepianu, jedynego wykwintnego mebla w skromnym salonie Zagórskich, i zaczęła grać. Szybko porwały ich wesołe melodie i już wkrótce cała trójka śpiewała:

 

Dalej, bracia, do bułata,

Wszak nam dzisiaj tylko żyć!

Pokażemy, że Sarmata

Umie jeszcze wolnym być

 

Długo spała Polska święta,

Długo Biały Orzeł spał!

Lecz się ocknął – i spamiętał,

Że on kiedyś wolność miał.

 

A potem:

 

Polak nie sługa, nie zna co to pany,

Nie da się okuć przemocą w kajdany,

Wolnością żyje, do wolności wzdycha,

Bez niej jak kwiatek bez wody usycha.

 

By wreszcie zaśpiewać:

 

Oto dziś dzień krwi i chwały,

Oby dniem wskrzeszenia był!

W gwiazdę Polski Orzeł Biały

Patrząc, lot swój w niebo wzbił.

A nadzieją podniecany,

Woła na nas z górnych stron:

Powstań, Polsko, krusz kajdany,

Dziś twój tryumf albo zgon.

 

– I to jest pieśń, i to będzie czyn! – z uniesieniem zawołał Hipolit. – A tego twojego Zamoyskiego car wezwał do Petersburga, wsadził na statek jak barana i wywiózł do Paryża[3] – dodał już nieco głupawo.

A potem śpiewając "Jeszcze jeden mazur dzisiaj...", porwał Anielkę do tańca. Te parę kroków od fortepianu do fotela, na którym została usadzona troszkę zbyt gwałtownie, zrobiło na Anielce piorunujące wrażenie. Czuła jego bliskość, jego ręce obejmujące jej talię. Widziała jego oczy, jak rozpalone żelazo, jak słońce, cudowny wykrój warg, gładkość policzków i śmiałe brwi. I znowu oczy... Zmusiła się do popatrzenia przez okno. Słońce rozświetlało cały świat, przesiewane przez liście drzew wpadało przez okno, kładąc się jasnymi plamami na parkiecie salonu. Migotało przesłaniane drgającymi pod lekkim wiatrem liśćmi, jakby mrugało do dziewczyny z aprobatą. "Tak, to on" – zdawało się mówić.

Wciśnięta w fotel Anielka wiedziała, że teraz wszystko będzie inaczej. Świat to on. A ona jest zakochana po grób.

[1] Książę Józef Poniatowski, zwany Pepi, był nie tylko bohaterem ostatnich walk niepodległej Polski i lat napoleońskich, ale także przystojnym człowiekiem, obiektem westchnień wielu kobiet.

[2] Anielka dwanaście jajek ubiła na biało z pięćdziesięcioma dekami cukru, potem wlewała po trochu butelkę białego wina, ciągle ubijając. Następnie postawiła garnek z jajkami na blasze i mieszając, poczekała, aż zacznie się podnosić, dodała trochę rozpuszczonej żelatyny i dalej ubijała, aż ostygło i zaczęło gęstnieć. Strasznie się dziewczyna napracowała.

[3] Andrzej Zamoyski był jednym z czołowych działaczy politycznych i gospodarczych w Królestwie Polskim. Jeden z przywódców "białych". We wrześniu 1862 roku car Aleksander II zmusił go do emigracji.

Rozdział III

Wyjazd do kościoła w letni świąteczny dzień był dla Anielki zawsze wielką przyjemnością. Dziś jechała w powozie z ojcem, a panowie towarzyszyli im konno. Wyboista droga obrośnięta była starymi, nieco koślawymi wierzbami. Z wysokości powozu skinieniem głowy, odzianej w kapelusz dla ochrony przed promieniami słońca, odpowiadała na pozdrowienia włościan – w niedzielę pogodniejszych i staranniej odzianych. Przy takich okazjach marzyła zwykle, że po skończeniu pensji otoczy ich matczyną opieką, uczyć będzie ich dzieci, pomagać będzie w chorobie i niedoli. Kiedyś marzyła jeszcze, że ojczulka namówi do zniesienia pańszczyzny, bo słyszała, że wielu światłych i postępowych ziemian już tak uczyniło. Teraz jednak zarządzenia zaborcy uczyniły tę rzecz niemożliwą.

Dziś jednak wszystkie jej myśli biegły ku temu wysokiemu mężczyźnie, który jechał konno tuż obok niej. Ubrany w czarną czamarę z brązowym szamerunkiem Hipolit prezentował się wyjątkowo korzystnie. Przy wsiadaniu do powozu miała wrażenie, że leciutko uścisnął jej rękę, ale teraz sama siebie pytała, czy tak było rzeczywiście. Może to tylko mimowolne drgnienie dłoni? Popatrzył jej w oczy, a Anielce wydawało się, że w jego wzroku czyta obietnicę, a może pytanie... Ale wszystko to było tak mgliste i sama nie wiedziała – było coś czy może nie. Siedziała więc obok ojca i patrzyła na młodego człowieka z tymi najważniejszymi w życiu pytaniami kołaczącymi się w głowie: czy tak? Czy słyszysz wołania mojego serca? Czy odpowiesz na nie?

Kościół w Drozdowie niewielki był i drewniany, a ksiądz prosty i dobry. Głosił kazania takie jak on sam – proste i dobre. I wszelkimi siłami starał się, by lud, który na sumieniu nie miał większych grzechów, wychować w miłości ojczyzny.

– Polskę naszą, co wolność straciła, jak matkę miłować trzeba, bo Polska to ziemia, co nas wszystkich żywi i ubiera, to rzeka nasza rybna i las, i to niebo nad nami – mówił do włościan, a potem razem z nimi niskim i nie najczystszym głosem śpiewał: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". A skutek tego był taki, że włościanie kościół swój ubożuchny i ojczyznę biedną za jedno uważali i do wszelkich poświęceń dla tej dwójcy świętej byli gotowi. Tylko co robić, nikt im jeszcze nie powiedział. Ale czekali.

Po mszy całe towarzystwo zajechało do państwa Ojrzanowskich mieszkających w niedalekim Kondrajcu. Dwór solidne czynił wrażenie – murowany, obszerny, otoczony starannie pielęgnowanym ogrodem. Dostatek i stabilizacja kryła się pod wielkim dachem, oknami mansard witającym gości. Obszerny ganek z czterema kolumnami zastawiony był donicami z pelargoniami, fuksjami i oleandrami, które swoimi kolorami rozweselały ten wielki dom.

Młoda pani Cecylia Ojrzanowska przyjęła gości serdecznie w narzuconej na suknię, mimo ciepła, chuście, która kryła widoczną już brzemienność. Jej mąż Edmund prezentował bawiącego właśnie u nich znakomitego gościa.

– Państwo pozwolą, że przedstawię: pan Zygmunt Padlewski[1], świeżo z Paryża przybyły, znakomity i gruntownie wykształcony żołnierz.

– A cóż pana w nasze strony sprowadza? – Pan Ludwik uważał, że z racji wieku może sobie pozwolić na bezpośredniość. Nie zauważył więc zmieszania na twarzy pani Cecylii ani porozumiewawczych spojrzeń Hipolita i Karola.

– Mili ludzie, drogi panie – spokojnie odpowiedział Padlewski.

Był to człowiek młody jeszcze, dobiegający trzydziestki, dosyć postawny, z włosami w tył odrzuconymi i wzrokiem, wydawałoby się, lekko melancholijnym, acz uważnym.

Pogoda była piękna, więc kawę podano na obszernym tarasie osłoniętym modną markizą. Panowie wkrótce udali się do stajen, gdzie mieli czynić jakieś przygotowania do jutrzejszego polowania na kaczki. Ojciec Anieli ze starym panem Ojrzanowskim, swoimi sprawami zajęci, degustowali wiśniówkę, która rozsławiała kondrajecki dwór w całej okolicy. Pani Cecylia zaś z Anielką i nie wiadomo dlaczego pozostałym Janickim rozmawiali, zdawało się, o niczym, później jednak rozmowa zaczęła dotyczyć kwestii istotniejszych.

– Pan studiuje w Akademii Medyko-Chirurgicznej, zdaje się? Podobno tam młodzież jest bardzo patriotycznie nastawiona – zapytała w pewnej chwili pani Cecylia.

– Tak, choć rozsądku w tym nie ma – odpowiedział Julian. – Wielu w demonstracjach uczestniczy, spiskuje. Niebezpieczne to zajęcie, w najlepszym razie grożące relegowaniem z uczelni.

– A pan nie chce podjąć takiego ryzyka dla ojczyzny? – z przekąsem zapytała Anielka.

– Widzi pani, ubogim jestem człowiekiem – z widoczną przykrością odpowiedział Janicki. – Już pięć lat za pieniądze swego dobroczyńcy studiuję. Czy byłoby to uczciwe, tyle dostawszy, pokładanych we mnie nadziei nie spełnić? Tak hojny dar zmarnować?

Popatrzył na nią uważnie i z żalem.

– Przepraszam pana – Anielka żałowała teraz swojej porywczości i wyrzucała sobie brak taktu.

– Bo ja też nieco inaczej pojmuję służbę ojczyźnie niż brat pani – ciągnął dalej Janicki. – To praca powinna być i głęboko przemyślane działanie. Sytuacja nasza jest bardzo trudna, a w takim wypadku lekkomyślność może być przyczyną tragedii.

– Więc odrzuca pan walkę? – spytała pani Cecylia.

– Może w przyszłości powstanie będzie konieczne. Teraz nie jesteśmy na to gotowi.

– Więc jak najszybciej trzeba się do niego przygotować – odpowiedziała Anielka.

– Za kilka dni może z ojcem wybierzemy się do państwa. – Pani Cecylia uśmiechnęła się. – Będzie mi miło, jeśli panią zastanę. Takie mam wrażenie, że znalazłybyśmy wiele wspólnych tematów.

Tymczasem w siodlarni rozmowa szła innym torem.

– Majorze Padlewski – meldował Edmund Ojrzanowski, wskazując na Karola i Hipolita – ci dwaj młodzi ludzie są związani z warszawską organizacją "czerwonych", ale mam wrażenie, że tu przydaliby się bardziej. Są miejscowi, znają ludzi, teren.

– Dobrze, panowie – zaczął Padlewski – zdajecie sobie sprawę, że planujemy powstanie na przyszłą wiosnę. Roboty huk. A najważniejsze w tej chwili, i tu panowie mogą oddać ojczyźnie nieocenione usługi, jest przejęcie transportów broni z Prus Wschodnich.

– Przejście lasami do granicy jest praktycznie niemożliwe – zaczął Hipolit. – Ciągną się one od Sierpca w stronę Mławy, ale miejscami są to zwykłe zagajniki, a gdzieniegdzie trzeba by jechać otwartym polem.

– Jestem nietutejszy – odrzekł Padlewski – ale panowie, mam nadzieję, wystąpią z sensowną propozycją.

***

Tydzień minął, zanim pani Cecylia Ojrzanowska odwiedziła drozdowski dwór. Zajechała eleganckim powozem jedynie w towarzystwie swojego stangreta, ku wielkiemu zdziwieniu pana Zagórskiego, który wyszedł do niej na ganek.

– Witamy, witamy, a gdzież to szanowny małżonek pani? A ojciec? – Pan Ludwik starannie skrywał zgorszenie. – Pani sama?

Chciał dodać jeszcze: "W takim stanie?", ale wydało mu się, że to niezbyt stosowne.

– Sama, sama, mąż wiecznie zajęty, a ojciec lekko niezdrów. – Ślicznym jej śmiechem rozbrzmiewała obszerna sień dworu.

Podłoga z prostych desek skrzypiała pod nogami, a panujący tu mrok cieniem kładł się na ich twarzach.

– Rozumiem monotonię wiejskiego życia – powiedział pan Ludwik tak wyraźnie wbrew sobie, że wydawało mu się, iż poroża zdobiące ściany z dezaprobatą kręcą nieistniejącymi głowami.

– Jak miło znaleźć zrozumienie u sąsiada – ucieszyła się pani Cecylia i uśmiechnęła do Anielki, która także przyszła powitać gościa. – Taka jestem stęskniona za babskimi pogaduszkami. A i przepis przywiozłam na naszą wiśniówkę.

– Zapraszamy. – Pan Ludwik powiódł panie do salonu, zastanawiając się, czy wzmianka o babskich pogaduszkach jest wystarczającym pretekstem, by opuścić towarzystwo. Anielka za to promieniała.

– Poczęstuję panią czymś nadzwyczajnym, choć pospolitym.

– Intrygujące! Cóż to być może?

– Sok z marchwi i jabłek świeżo wyciskany. Wspaniały!

– Widzę, że rozmowa schodzi na tematy kulinarne, a ta rzecz jest mi obca. Czy panie pozwolą, że je opuszczę? Obowiązki wzywają. – Pan Ludwik postanowił jednak skorzystać z okazji.

– Ależ oczywiście. Ja chętnie porozmawiam z Anielką.

Salon w Drozdowie nie robił imponującego wrażenia. Umeblowany był prosto i skromnie. Fotele z lekko poprzecieranym obiciem otaczały niski stolik, przy którym zwykle pito kawę. W kącie stał wysoki zegar, na ścianach wisiały portrety nieżyjących już Zagórskich malowane przez jakiegoś malarza, który najwidoczniej nie był wybitnym artystą. Wszyscy mieli bardzo poważne twarze i z wieczną naganą przyglądali się gościom. Niewielka biblioteczka z przeszklonymi drzwiczkami ukazywała grzbiety mocno już zaczytanych książek. Wnętrze byłoby ponure, gdyby nie niezliczona ilość kwiatów stojąca na parapetach okien i słupkach wokół nich. Panował tu też miły oku ład, a wokół roznosił się miodowy zapach wosku, którym konserwowano podłogi, i woń maciejki dolatująca przez uchylone okna.

Pani Cecylia rozpływała się w zachwytach nad sokiem podanym przez Józefową, ale dziewczyna czuła, że gość z ulgą pożegnał ojca. Miała wrażenie, że rozmowa dotyczyć będzie nie tylko spraw tak mało istotnych jak sok z marchwi, toteż zawiedziona była, gdy pani Cecylia zaczęła ją wypytywać o pensję.

– Śmiać mi się dziś chce, kiedy przypomnę sobie nasze konspiracje. Któregoś dnia umówiłyśmy się i połowa z nas przyszła z białymi, a połowa z czerwonymi kokardami we włosach. – wspominała, rozglądając się ciekawie po salonie. – Ale były i poważniejsze sprawy – literatura... ty pewnie coś wiesz na ten temat.

– O, tak – w głosie Anielki słychać było rozczarowanie – tak, to śmieszne, ale cóż więcej możemy my, kobiety? Gdybym była mężczyzną, nie wyciskałabym teraz soku, ale działała. Przecież widziałam, tam, u państwa. Ten tajemniczy gość, ta narada niby przed polowaniem, którego nie było. A my? Cóż z tego, że panowie ręce nasze całują, ale gdy chodzi o ważne sprawy, to...

– Tu bym się z tobą nie zgodziła – przerwała jej pani Cecylia. – W tym, co nastąpi... a nastąpi, możesz mi wierzyć, kobiety mogą odegrać bardzo istotną rolę. Jeśli zechcą... – Głos zawiesiwszy, przyglądała się uważnie Anielce.

– Jeśli zechcą? Ach, pani! Szczęściem byłoby dla mnie najwyższym walczyć, a nawet zginąć! – entuzjazmowała się dziewczyna.

– Spokojnie, moja droga, walkę z bronią w ręku zostawmy jednak mężczyznom. Ale pomyśl... Przyszła walka będzie miała partyzancki charakter. Oddział od oddziału daleko, łączność utrudniona, o współdziałaniu ani pomyśleć. Ranni powstańcy będą potrzebowali opieki, zdrowi – noclegu i wyżywienia. Każdy oddział powinien być otoczony siatką pomocnych rąk, a podróżujące kobiety wzbudzają mniej podejrzeń niż mężczyźni.

– Pani coś wie – stwierdziła z naciskiem Anielka.

– Może i wiem. To wiem na przykład, że już dziś kobiety organizują się w grupy – piątki. Same zastanawiają się, jak być przydatnymi, i... wykonują zadania.

– I ja też mogę? – wyszeptała z przejęciem Anielka.

– Tak, jeśli do nas dołączysz...

– Do nas? A ono? – Dziewczyna spojrzała na wystający brzuszek rozmówczyni.

– Ono już konspiruje. Czy ktoś może podejrzewać brzemienną kobietę? Albo z niemowlęciem u piersi? Czy widziałaś piękniejszy kamuflaż? – W głosie pani Cecylii zabrzmiała czułość.

– Matka i Polka. – Anielka wpatrywała się w panią Ojrzanowską z zachwytem. – Co mogę zrobić? Do czego mogę być potrzebna?

– Rzecz jest bardzo ważna. Może masz w Płocku koleżanki, które także zechciałyby coś zrobić dla przyszłego powstania?

– Dwie moje najlepsze przyjaciółki – Emilkę i Stefunię Werybówny. One na pewno... Razem czytałyśmy wiersze Mickiewicza. Ich wuj teraz jest w Paryżu, musiał wyjechać, brał udział w powstaniu...

– Dobrze. Chodzi o to, by jak najszybciej przesłać wiadomość, jeśliby zwiększyła się liczba stacjonujących w Płocku rosyjskich żołnierzy.

– One na pewno, one będą codziennie spacerowały koło koszar – obiecywała w imieniu przyjaciółek Anielka.

– Broń Panie Boże! – zaśmiała się pani Cecylia. – Wyobrażasz sobie, jaką sensację by wzbudziły dwie młode dziewczyny w takiej okolicy? Rozsądku trochę – mitygowała czerwoną po cebulki włosów Anielkę.

Spochmurniała też nagle, a przez jej twarz przebiegł wyraz wahania.

– Rozsądku dużo, bardzo dużo – mówiła dalej – to bardzo poważna sprawa. Lekkomyślnością swoją narażasz nie tylko siebie na wielkie niebezpieczeństwo.

– Może niedobrze zrobiłam, zwracając się z tym do ciebie – dodała po chwili.

– Ależ nie, to wszystko z chęci działania i trochę z zaskoczenia. Ma pani świętą rację. Myślimy, co mówimy, myślimy, co robimy. – Anielka starała się ochłonąć.

– Jeśli spotkasz się z przyjaciółkami, a dobrze byłoby tego spotkania zbytnio nie odwlekać, porozmawiaj z nimi też o tym. A wracając do sprawy, koszary obserwować będzie kto inny – dozorca kamienicy na przykład. On przekaże wiadomość pannom, a one tobie.

– A ja?

– Ty mnie... Tylko dobrze byłoby, byście w listach nie pisały o wojsku. Trzeba się liczyć z cenzurą poczty. Wymyślcie coś.

Pani Cecylia wstała do wyjścia.

– Byłabym zapomniała – usiadła ponownie i podała niedużą karteczkę – oto przepis na naszą wiśniówkę[2]. Ojciec pani pewno się będzie dopytywał.

Pani Cecylia wyszła, a przed Anielką otworzył się inny świat, w którym już nie była jedynie panną na wydaniu. Choć gdyby Hipolit... Ach, ale o tym nie śmiała marzyć.

[1] Zygmunt Padlewski, przywódca powstania styczniowego na Mazowszu, właśnie goszcząc w Kondrajcu i Drozdowie, opracowywał plany przyszłej walki.

[2] W Kondrajcu wiśniówkę przyrządzano w następujący sposób: z dwóch kilogramów wiśni drylować należy tylko połowę. Dodać trzeba cztery szklanki miodu i zalać spirytusem rozcieńczonym według uznania wodą. Na końcu włożyć do słoja jeszcze kilkanaście suszonych śliwek i trzydzieści goździków. Po trzech tygodniach trzeba zlać i przefiltrować nalewkę, a potem odstawić ją przynajmniej na pół roku, by dojrzała. Im dłużej dojrzewa, tym jest lepsza.