Rodzinne tajemnice (#1). Taniec w deszczu - Trude Teige

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Motto 1 2 3 Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

3

Lilla pracowała w mieście i wracała do domu na weekendy. Zawsze nazywałam ją Lillą, nie matką ani mamą. Gdy przyjeżdżała, atmosfera się zmieniała, jak gdyby serce domu zaczynało bić szybciej.

- Dlaczego pracujesz? - zapytałam kiedyś. - Inne matki z wyspy siedzą w domu.

- Bo nie jestem w stanie tu mieszkać - odpowiedziała. - Lepiej się czuję w mieście, łatwiej tam oddychać.

Ta odpowiedź wydała mi się dziwna, bo moim zdaniem powietrze było tu dużo świeższe niż w mieście. Pomyślałam więc, że być może ma to coś wspólnego ze mną, może Lilla nie chce przebywać bez przerwy w moim towarzystwie.

Zanim poszłam do liceum i przeprowadziłam się do Lilli do miasta, mieszkałam na wyspie z babcią i dziadkiem. Przez całe dzieciństwo chodziłam na falochron i czekałam tam na nią, czasami w piątek wieczorem, kiedy indziej w sobotę po południu. Pracowała w sklepie tekstylnym Torkildsena i mogła kupować ubrania z rabatem. Zawsze ciekawiło mnie, jak będzie ubrana. W nowy kostium, sukienkę czy spodnie; byłam pewna, że w coś ładnego - nikt nie miał modniejszych ubrań niż Lilla. Ależ ją podziwiałam, wyglądała jak z żurnala. Pachniała też cudownie, używała perfum o nazwach Red Door, Rive Gauche, Ana?s Ana?s, Najbardziej lubiłam Charlie. Na flakonie widniał wizerunek kobiety o długich blond włosach, idącej boso przez plażę o zachodzie słońca. Za nią lekko falowało morze, kobieta miała na sobie kredowobiałe spodnium, a w ustach równie białe zęby. Przez jej nogi biegł ukośnie napis: "Gives you the time of your life!".

Potrafiłam rozpoznać humor Lilli, kiedy machała do mnie z promu, na długo przedtem, zanim zeszła na ląd. Czasami wydawała się nieobecna, prawie się nie odzywała, gdy razem szłyśmy do domu, i najbardziej chciała siedzieć sama w swoim pokoju. Ale gdy wydawała się być w dobrym nastroju i sprawiała wrażenie, że cieszy się na mój widok, mogłam ją zapytać, czy pomaluje mi paznokcie, upnie włosy i zrobi makijaż, i wolno mi było wejść do niej i posiedzieć na jej łóżku. Gdy kończyła mnie malować, potrafiła spojrzeć na mnie i powiedzieć: "Jesteś najładniejszą dziewczynką, jaką znam" i pogłaskać mnie po policzku. Czułam wtedy łaskotanie w żołądku i wierzyłam jej, bo ona się znała na takich rzeczach, była taka ładna i elegancka i pachniała Charlie.

Zimą budowałyśmy czasami w ogrodzie latarnie śnieżne. Lepiłyśmy ze śniegu kule i ustawiałyśmy jedna na drugiej, w środku umieszczając ogarki świec. Kiedyś ulepiłyśmy piętnaście takich latarni - cały ogród był oświetlony. Pamiętam, że babcia roześmiała się, idąc ścieżką, którą dziadek odśnieżył aż do przybudówki, gdzie miała swoją pracownię. Powiedziała, że wygląda to, jakbyśmy chciały odprawić katolicką mszę.

Zimą na wyspie rzadko bywało dużo śniegu, prawie nigdy nie mogłyśmy na przykład wykopać jam śnieżnych. Mieliśmy zbyt łagodny i zmienny klimat. Ale pewnej zimy, która zdaniem dziadka była najbardziej śnieżną zimą za ludzkiej pamięci, Lilla wymyśliła sobie, że zeskoczymy z werandy na piętrze. Długo zgarniałyśmy śnieg, usypując wielki kopiec, na którym miałyśmy wylądować. Wspięłam się na balustradę, mocno chwyciłam narożny słupek i spojrzałam w dół. Lilla ustawiła się obok mnie.

- Dasz radę - powiedziała.

- Nie odważę się - odparłam, a ona wzięła mnie za rękę.

- Oczywiście, że się odważysz. To jak wylądować w bawełnie.

Spojrzałam w dół, a potem na Lillę.

- Wyobraź sobie, że umiesz latać - powiedziała.

Umiem latać, mówiłam w duchu, umiem latać. Chciałam, żeby była ze mnie dumna, żeby uważała, że jestem dzielna. Nie wiem, czego bałam się bardziej, skoku, czy tego, że ją rozczaruję. Zamknęłam oczy i skoczyłam. Zaparło mi dech w piersi, do ust i nosa nasypało się śniegu, krzyczałam, z trudem łapiąc oddech.

Lilla nagle znalazła się koło mnie, musiała także skoczyć. Wyciągnęła mnie ze śniegu i przytuliła.

- Wszystko w porządku? Uderzyłaś się? - W jej głosie słychać było strach. - Coś cię boli?

Zaczęłam sprawdzać. Nie, nic mnie nie bolało. A jednak płakałam. Lilla kołysała mnie w ramionach, a ja szlochałam, wdychając jej zapach, mieszaninę mrozu i Charlie. Płakałam długo, żeby nie mogła wypuścić mnie z objęć.

Babcia często słuchała muzyki, kiedy malowała w swojej pracowni.

- Chopin - powiedziała kiedyś, po czym wyjęła płytę, położyła ją na talerz gramofonu i poczekała przez chwilę, aż zacznie grać. Gdy muzyka wypełniła pomieszczenie, babcia stanęła przy sztalugach.

- Chopin - powtórzyła. - Najpiękniejsza muzyka fortepianowa, jaką znam. Z orkiestrą. Pod batutą Herberta von Karajana. On był przecież członkiem partii nazistowskiej - dodała, jakby mówiła do siebie.

- Co to jest partia nazistowska? - zapytałam.

- Dowiesz się, kiedy pójdziesz do szkoły.

Szybkimi ruchami mieszała kolory.

- Ale to dziwne, jak przeszłość może się przylepić do człowieka - ciągnęła, spoglądając na płótno. - Karajan tego doświadczył, chociaż później ożenił się z ćwierćkrwi Żydówką i wystąpił z partii.

- Kto to jest ćwierćkrwi Żydówka?

- Ćwierćkrwi Żyd to osoba, która miała żydowską babcię lub dziadka - odparła.

Potem na kilka sekund zamknęła oczy, a ja nie śmiałam już o nic pytać. Babcia wciągnęła powietrze przez nos, pierś jej się uniosła.

- Ach! Pierwszy koncert fortepianowy e-moll. Teraz mogę malować.

Dziwiło mnie, że ten Chopin ją inspiruje. Gdy słuchała jego muzyki, na jej twarzy pojawiał się wyraz melancholii. Tak, dzisiaj tak bym to nazwała, wtedy nie znałam takich słów, ale widziałam, że z babcią coś się dzieje. Ja też lubiłam słuchać Chopina, mogłam siedzieć spokojnie przez bardzo długi czas, patrząc jak na płótnie powoli powstaje obraz. Tylko wtedy, gdy byłam absolutnie spokojna i nic nie mówiłam, babcia pozwalała, abym towarzyszyła jej w pracowni.

Latem drzwi do ogrodu stały otworem, a po południu promienie słońca pomału pełzły ku babci, póki nie dotarły do jej twarzy i nie ułożyły się jak złota opaska na upiętych włosach. Jeśli od jakiegoś czasu nie była u fryzjera, słońce ujawniało siwiznę u nasady włosów i nad czołem. Światło uwydatniało jej zmarszczki, ostre kreski, wychodzące z kącików oczu i układające się w wachlarze, na czole pojawiały się poziome bruzdy, a długa blizna, biegnąca przez policzek od skrzydełka nosa do ucha, wydawała się głębsza. Kiedyś zapytałam babcię, skąd ją ma, ale powiedziała, że nie pamięta, to się wydarzyło tak dawno temu.

Była ładna w inny sposób niż Lilla. Dziś myślę sobie, że takie piękno może dać człowiekowi tylko starość.

Czasami podczas pracy uśmiechała się miękko przez dłuższy czas. Często jednak wykonywała szybkie, mocne ruchy, jakby miała mało czasu, wtedy na jej twarzy malowała się zawziętość. Kiedyś okazałam się na tyle nierozsądna, aby zapytać, czy jest zła. Odparła niskim, ostrym tonem, że mam być cicho albo nie pozwoli mi tu być. Poszłam wtedy do dziadka, bliska płaczu, bo babcia się na mnie rozgniewała. Wziął mnie za rękę i powiedział:

- Ona się na ciebie nie gniewa, tylko przebywa w swoim świecie i nie lubi, kiedy ktoś jej przeszkadza. Chodź, pójdziemy na spacer nad morze.

Chodziliśmy, dziadek i ja, na wschodnią stronę wyspy, do tego miejsca, gdzie znajdowała się półka skalna osłonięta przed wiatrem od zachodu i północy. Latem zrywałam długie źdźbła o wielkich kłosach i robiłam z nich bukiety, do których wtykałam różowe zawciągi i fioletowe krwawnice. Zimą niewielkie kałuże pokrywały się warstwą lodu, kruchą niczym cienkie szkło. Kiedy na nią nadeptywałam, wydawała z siebie przyjemne chrupnięcie. Dziadek mawiał z uśmiechem, że to samo robiła w dzieciństwie Lilla, dzięki czemu myślałam, że jestem do niej podobna i mogę być równie piękna, kiedy dorosnę.

Podczas wojny dziadek był marynarzem. Nigdy nie wspominał o tym, co przeżył, mówił tylko o późniejszych czasach, gdy żeglował po morzach na wielkich statkach, zanim zszedł na ląd i zaczął pracę u armatora w Krager?.

Gdy siedzieliśmy na skale i spoglądaliśmy na morze, opowiadał mi o dalekich portach, tak jak dawniej Lilli, kiedy była mała. Nowy Jork, Buenos Aires, Honolulu, Madras, Bremerhaven. Osobliwe nazwy, które drżały na języku.

- Dlaczego przestałeś pracować na morzu? - zapytałam kiedyś.

- Nie mogłem znieść tak długiej rozłąki z babcią.

Wciąż pamiętam niektóre historie: o stewardzie, który stracił pracę z powodu pijaństwa, o marynarzu, który tak bardzo tęsknił za dziewczyną ze swojej ojczystej Norwegii, że leżał w kajucie, płacząc jak dziecko, o mechaniku, który nie zdążył na statek w Cape Town. Lecz ze wszystkich opowieści dziadka najbardziej zapadła mi w pamięć właśnie ta: że nie mógł znieść tak długiej rozłąki z babcią.

W dorosłym życiu dostrzegałam panujące między nimi czułość i bliskość. Nie potrafili bez siebie nawzajem wytrzymać i nawet się nie starali.

W wieku osiemdziesięciu siedmiu lat dziadek miał udar. Musiał leżeć w łóżku i stracił mowę. Babcia go pielęgnowała. Nie życzyła sobie, żeby zajmował się nim ktoś inny i stało się tak, jak chciała. Zawsze wszystko toczyło się zgodnie z jej wolą. Ona sama była dziarska i energiczna, póki do niej nie dotarło, że dziadek musi iść do domu opieki. Wtedy coraz bardziej zapadała się w sobie, jakby wyczerpała wszystkie swoje siły. Chociaż jej własne zdrowie szwankowało, codziennie, niezależnie od pogody jeździła do miasta, żeby odwiedzić dziadka. Bez niego nie była jednak taka sama. Wcześniej zawsze energiczna, o zwinnych ruchach, teraz poruszała się wolno i ociężale. Nie wiem, czy w ostatnim roku życia namalowała chociaż jeden obraz.

Trzy dni po pogrzebie dziadka, to było wiosną, wyszła na deszcz i zaczęła tańczyć. Stałam na werandzie i uśmiechałam się, patrząc na drobną sylwetkę pogrążoną w powolnym tańcu.

Wydawało się, że spokojnie opadła na trawę.

- Niewydolność serca - orzekł lekarz.

Ból serca, pomyślałam.

1

Wrzuciłam plecak do starej drewnianej łódki, wskakując w ślad za nim. Alfred złapał plecak i zapytał, uruchamiając silnik:

- A więc chcesz popłynąć na wyspę?

Skinęłam głową; nie byłam w stanie rozmawiać.

- Ładnie tam teraz, cicho i spokojnie - ciągnął Alfred. - Na razie. Czas płynie szybko, za kilka miesięcy przyjadą pierwsi letnicy.

Usiadłam na dziobie, zaciągnęłam suwak kurtki do samej góry, a na czoło zsunęłam kaptur. Kiedy wypłynęliśmy na otwarte morze, fale stały się większe i woda tryskała nad burtą. Alfred zmniejszył prędkość.

Przyjechałam autobusem z Drammen do Krager? i zamierzałam złapać taksówkę wodną. Jednak na nabrzeżu przypadkiem spotkałam Alfreda.

Kołysanie łodzi działało uspokajająco. Myśli i troski opuszczały moją głowę, jak gdyby porywał je wiatr. Powoli osunęłam się niżej, położyłam głowę na plecaku i zasnęłam. Obudziłam się, gdy przybiliśmy do falochronu. Alfred przycumował rufę do boi, a potem zszedł na ląd, owinął cumę dziobową wokół polera i zabezpieczył półsztykami.

- Nie ma to jak spać na łódce - powiedział z uśmiechem i wytarł ręce w nogawki spodni.

Ruszyliśmy wzdłuż falochronu, mijając ustawione rzędem szopy na łodzie, po czym skręciliśmy w drogę ku zabudowaniom. Przeszliśmy obok wielkiej łąki, na której grywaliśmy w piłkę nożną, kiedy byłam mała. Z przywiędłej trawy unosił się zapach wilgoci, bo przez większość dnia padało. Teraz niebo było niemal bezchmurne, a słońce miało się zaraz schować za wzgórzem na stałym lądzie. Ostry północny wiatr wiał nam prosto w twarz, kilka mew krzyczało ochryple, unosząc się na fali powietrza ponad naszymi głowami. Zauważyłam, że Alfred lekko utyka.

- Zrobiłeś sobie coś w stopę? - zapytałam.

- To rana, która nie chce się zagoić - odparł. - Dlatego byłem w mieście. Muszę chodzić do lekarza na zmianę opatrunku.

- Pielęgniarka środowiskowa pewnie nie przyjeżdża specjalnie tutaj - powiedziałam. - To łydka?

- Tak.

- Mogę zmieniać ci opatrunek - zaproponowałam.

Twarz Alfreda rozjaśniła się na moment.

- Potrafisz, jesteś przecież pielęgniarką. - Po chwili jednak dodał: - Masz teraz wolne, Juni, nie myśl o tym.

- Oczywiście, że mogę to robić. Kiedy następnym razem pójdziesz do lekarza, możesz zabrać do domu wszystko, co będzie potrzebne.

Przez chwilę szliśmy w milczeniu, póki Alfred nie powiedział:

- Szkoda Lilli. Szybko poszło.

- Nic nie mogli dla niej zrobić.

- Długo zostaniesz?

- Nie wiem, przez jakiś czas.

- Tak myślałem, że niedługo przyjedziesz. Ten dom należy chyba teraz do ciebie? - zapytał, gdy stanęliśmy przed furtką.

- Tak.

Lilla mieszkała tu, odkąd babcia i dziadek zmarli trzy lata temu. Alfred był najbliższym sąsiadem.

- Trzeba tu pomalować - stwierdził.

Otworzyłam furtkę.

- Dziękuję za podwózkę. Jeszcze się zobaczymy.

- Tak. Daj znać, gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy.

Spoglądałam na wielką, potężną postać, która kuśtykała drogą. Alfred owdowiał w młodym wieku, miał dwóch synów, którzy mieszkali na stałym lądzie. Przez całe życie był poławiaczem krewetek, ale zrezygnował z tego dziesięć lat temu po kontuzji barku. Kiedy byliśmy mali i po południu kąpaliśmy się przy brzegu, dawał nam garść krewetek, jeśli coś mu zostało po powrocie do domu, a my jedliśmy je, siedząc na falochronie, i rzucaliśmy ich pancerze mewom. Teraz Alfred zbliżał się do siedemdziesiątki i był ostatnim stałym mieszkańcem wyspy.

Dlaczego zaproponowałam, że zmienię mu opatrunek, pomyślałam, wchodząc przez furtkę. Chciałam teraz być sama.

***

Tego dnia rano byłam u mojej lekarki w Drammen.

- Myślę, że powinnam dać pani zwolnienie - powiedziała, spoglądając na mnie z powagą. - I nie mam na myśli tygodnia ani dwóch, potrzebuje pani czasu i spokoju. Na początek trzy tygodnie.

Płacz niemal rozsadzał mi żebra, gdy opowiadałam, dlaczego tu przyszłam. Miałam problemy z zaśnięciem, a kiedy wreszcie mi się to udawało, niemal w tej samej chwili budziło mnie wysokie tętno i intensywne kołatanie serca. Poza tym źle się czułam, byłam osłabiona i męczyły mnie mdłości.

- Jak się pani układa w pracy? - zapytała lekarka.

- Mam problemy z koncentracją.

- Ale dobrze się tam pani czuje?

Skinęłam głową. To była prawda, kochałam zajęcie pielęgniarki.

- To nie ma nic wspólnego z pracą - powiedziałam.

- A więc o co chodzi?

- To... - Kilka razy przełknęłam ślinę, ale w końcu udało mi się to powiedzieć. - ...mój mąż.

- Tak? - Lekarka odchyliła się na krześle i czekała.

- Nie wie, gdzie jestem.

- Ach tak?

- Spędziliśmy kilka dni na żaglówce. Mieliśmy zamiar pływać przez całą Wielkanoc wzdłuż szwedzkiego wybrzeża na południe. Ale wyjechałam.

- Dzisiaj?

- Nie, wczoraj wieczorem. Przybiliśmy do brzegu w Str?mstad i... kiedy Jahn pije, zdarza mu się tracić kontrolę.

- I co wtedy?

- Wtedy... - Słowa utkwiły mi w gardle.

- Bije panią? - Lekarka podała mi chusteczkę z pudełka, które stało na stole.

Skinęłam głową i wydmuchałam nos.

- Wczoraj uciekłam na ląd, a kiedy wróciłam, nie wpuścił mnie na pokład. Przez jakiś czas błąkałam się po ulicach i... na początku nie planowałam, że wyjadę, ale potem wsiadłam do autobusu do Oslo, a noc spędziłam w hotelu. Bałam się wrócić do domu, bo mógł przyjechać za mną.

Lekarka wypisała zwolnienie.

- Mogę polecić dobrego psychologa...

- Kiedy indziej - odparłam. - Nie teraz.

Wypełniła formularz, podała mi go i poprosiła, żebym przeszła do laboratorium na pobranie krwi. Gdy dała mi dłonią znak, żebym znów weszła do jej gabinetu, poznałam po niej, że coś jest na rzeczy.

- Jest pani w ciąży - powiedziała.

Wlepiłam w nią oczy z niedowierzaniem.

- W ciąży? Nie...

- Nie ma wątpliwości - odrzekła i spojrzała na leżące na biurku wyniki. Nie odrywając od nich wzroku, zapytała.

- I co pani o tym myśli?

- Nie wiem... Chyba go... nie urodzę.

- Kiedy miała pani ostatnią miesiączkę?

Policzyłam w pamięci.

- Trochę ponad pięć tygodni temu.

- Ma więc pani czas, żeby to jeszcze przemyśleć. I moim zdaniem powinna to pani zrobić.

- Ale...

- Nie jest pani teraz w stanie podjąć decyzji - stwierdziła lekarka stanowczo. - Niech pani da sobie trochę czasu. Granica to dwunasty tydzień. Porozmawiamy za tydzień lub dwa.

2

Kamienne schody były brudne i pokrywał je zielony nalot. Także poręcz nosiła jego ślady. Zatrzymałam się, spoglądając do góry na białą elewację. Dom pochodził z początku dwudziestego wieku. Nad częścią wejściową znajdowała się facjatka, a na niej pokój Lilli. Okna podzielone szprosami obramowane były ozdobnymi listwami, które wyglądały jak koronkowe lamówki. Alfred miał rację, dom wymagał malowania. Położyłam plecak na fotelu koło drzwi wejściowych. Na wiklinowym fotelu dziadka. Latem siadywał w nim, aby poczytać gazetę. Fotel też poszarzał pod wpływem warunków atmosferycznych i ze starości.

W przedpokoju uderzył mnie zapach starego pustego domu, słodkawa, kojarząca się trochę z pleśnią woń zamkniętego długo pomieszczenia. Pachniało też Lillą, lekki odór papierosów wciąż utrzymywał się w ścianach.

Na półce w przedpokoju leżało mnóstwo kapeluszy. Należały do Lilli. Przez wiele lat nie widziałam, aby je nosiła. Na haczykach wisiały jej ubrania wierzchnie, dużo letnich i zimowych kurtek, jedna na drugiej. Kozaki i inne buty tworzyły stertę pod drzwiami do piwnicy. Zdjęłam kurtkę przeciwdeszczową i rzuciłam ją na słupek schodów, po czym weszłam do kuchni, włączyłam grzejnik pod oknem, pozwoliłam przez chwilę płynąć wodzie z kranu i wstawiłam kawę. Kuchnię wyremontowano tuż przed chorobą dziadka. Były tu szafki wiszące, które sięgały pod sam sufit, białe fronty, granitowe blaty oraz nowoczesna kuchenka z płytą grzewczą. Nad stołem wisiała lampa duńskiego projektanta Poula Henningsena.

Kiedy pół roku wcześniej Lilla trafiła do szpitala, wpadłam tu po ubrania dla niej. Opróżniłam popielniczki i lodówkę, wyniosłam puste butelki i śmieci, wyłączyłam ogrzewanie, a przy molo przez cały ten czas czekała na mnie taksówka wodna.

Na jasnej kanapie w salonie leżały poduszki ściśnięte w jednym końcu, jak gdyby Lilla przed chwilą tam leżała. Stół przykrywały stare gazety i czasopisma. W jednym z kątów wciąż stało łóżko dziadka. Było posłane i nakryte patchworkową narzutą w wesołych kolorach, tak samo jak przez całe cztery lata, od chwili, gdy rok przed śmiercią dziadek trafił do domu opieki.

W czasach mojego dzieciństwa oszklona weranda była ciepła i pełna bujnej roślinności niczym mała dżungla. Teraz wielkie wazony na wykafelkowanej podłodze świeciły pustkami, a na parapetach pod oknami o małych szybkach piętrzyły się małe czarne plastikowe doniczki. Na tle błękitnej ściany domu stały granatowe fotele babci i dziadka - każdy po swojej stronie mosiężnego stolika.

Otworzyłam drzwi prowadzące na schody do ogrodu. Huśtawka wciąż wisiała na wysokiej brzozie, stara i podniszczona przez wiatr i deszcz. Zrobił ją kiedyś dziadek. Wywiercił w desce dwa otwory, przeciągnął przez nie sznur i umocował go na grubej gałęzi.

Powoli zeszłam po schodach, usiadłam na huśtawce i zakołysałam się lekko tam i z powrotem. Potem chwyciłam sznury, nabrałam prędkości, przechyliłam się do tyłu i uniosłam nogi.

Zaczęło lekko mżyć, ale ja wciąż siedziałam na huśtawce z głową opartą o sznur.

Babcia mawiała, że deszcz to owacje od życia.

Wspomnienia pojawiły się jak ostre obrazy na siatkówce: wieczorny deszcz, babcia w ogrodzie w jednej ze swoich czerwonych sukienek. Nigdy nie nosiła spodni, zawsze sukienki o prostym kroju, często czerwone, na co dzień i od święta. Kochała kolorowe rzeczy i nigdy nie widziałam jej w czerni, nawet na pogrzebie dziadka.

- Ona zwariowała - mówiła Lilla, gdy babcia spokojnie tańczyła w letnim deszczu.

- Nieprawda - odpowiadał dziadek. - Ona jest szczęśliwa.

Nigdy nie widziałam u babci takiej lekkości w ciele, jak wtedy, gdy tańczyła w deszczu po ogrodzie. Zamknęłam oczy i poczułam jej zapach, zapach szczęśliwej babci.

W pozostałe dni pachniała inaczej.

- Czemu babcia tańczy w deszczu? - zapytałam kiedyś dziadka. Mogłam mieć wtedy jakieś osiem, dziewięć lat.

- Bo to jej daje radość i siłę - odparł.

Po zakończeniu tańca babcia kłaniała się głęboko, jakby czekała na oklaski, po czym wracała do domu, kompletnie przemoczona. Tam czekał już dziadek z jej szlafrokiem, a ona zdejmowała ubranie, wślizgiwała się w szlafrok i przytulała do dziadka. On obejmował ją ramionami, a ona mówiła:

- Wiesz, że cię kocham?

Dziadek uśmiechał się z twarzą ukrytą w jej włosach.

- Wiem, Teklo. Jesteśmy dla siebie nawzajem najlepszym, co spotkało nas w życiu.

Potem nalewał dla nich obojga porto, to zawsze było porto, i wskazywał ręką dwa krzesła.

- Tak, Konradzie - odpowiadała babcia. - Porozmawiajmy. Rozmowa z tobą dobrze mi robi.

Leżałam w swoim pokoju dokładnie nad salonem. Głos dziadka brzmiał jak ciche mruczenie, a babci jak nucenie piosenki.

O czym oni rozmawiają?, dziwiłam się, gdy ich głosy wznosiły się i opadały pod moim łóżkiem, kołysząc mnie do snu.