ROZDZIAŁ I
Zza drzwi dobiegał szum podniesionych rozmów. Krzyki raz po raz zakłócały spokój. Nawet zegar, wiszący nad drzwiami, tykał głośno, niczym dzięcioł wystukujący dziobem rytm. Cztery biurka stojące w obskurnym pomieszczeniu były puste. Ostatnie, stojące przy zatrzaśniętym, odrapanym oknie było zapełnione papierami. Pomiędzy nimi tkwiła drobna sylwetka aspirant Torwickiej. Trzymała się za głowę. Zamknęła oczy. Te hałasy szarpały jej nerwy. Jak miała się skupić na pracy? Gdzie te "wystarczające warunki", o których tyle słyszała w szkole policyjnej?. "Prymuska może liczyć na dobry przydział". Oto i te lepsze warunki. Hałas jak na dworcu kolejowym, zagrzybione pomieszczenie dzielone z czterema szowinistami. Miała nieodparte wrażenie, że komendant zrobił to specjalnie. Te jego serdeczne wypowiedzi na jej temat, chwalenie każdego, nawet najmniejszego osiągnięcia.... Perfidną grę przełożonego odczuwała również w wypłacie. Kwoty pensji były nieoficjalnie znane, powoli stawała się więc najbardziej znienawidzoną osobą na komendzie. Znakomity sposób by usunąć jedyną kobietę z dochodzeniówki. Jak mogła się bronić?. Jeszcze ta sprawa. Odczuwała wewnętrzną dumę. Pierwsza poważna rzecz. Morderstwo. Bez żadnych śladów, poszlak. Sądziła jednak, że będzie miała choć trochę czasu, aby się z nią zapoznać. Niestety, w szufladzie czekały dwie kolejne. W tym kradzież samochodu burmistrza, dodana chyba przez czystą złośliwość, jako gwóźdź do trumny. Pokątnymi kanałami dowiedziała się, że włodarz miasta jest dobrym kolegą komendanta. Codzienne meldunki na temat postępów odnośnie kradzieży sprawiały, że wyjaśnienie zabójstwa odwlekało się coraz bardziej.
Nagły dźwięk telefonu stojącego na biurku sprawił, że aż podskoczyła. Stare krzesło zatrzeszczało niebezpiecznie. Chwyciła słuchawkę i warknęła.
- Czego?- jakby tego wszystkiego było mało, zbliżały się "te" dni. W taki czas nic ani nikt nie był bezpieczny przed złością aspirant Jolanty Torwickiej.
- Witam pani Jolu - wesoły głos Kownackiego odebrała jako zaczepkę. Policzki jej poczerwieniały gdy fuknęła.
- Wie pan co, nie mam czasu na pierdoły, ja tutaj pracuję - wyrzuciła z siebie najgorszą złość. W słuchawce przez dłuższą chwilę panowała cisza, po czym Kownacki westchnął i odezwał się spokojnie.
- Dzwonię w sprawie tego zabójstwa.- Na dźwięk tych słów Torwicka natychmiast zapomniała o złości i atmosferze w pracy. Mocniej przycisnęła słuchawkę do ucha.
- Ofiara to lekarz ze szpitala miejskiego. Rodzina właśnie go zidentyfikowała...Tadeusz Warecki...- Kownacki na chwilę przerwał, jakby czytał z kartki. Kobieta odetchnęła głęboko. Wreszcie jakaś pozytywna wiadomość tego dnia. Uderzyła w klawisze starej klawiatury. Czekała chwilę na restart systemu z hibernacji. Wpisała nazwisko lekarza. Na pierwszym miejscu wyszukiwania wyskoczyła obsada szpitala miejskiego. Z umieszczonego tam zdjęcia spoglądała łagodna twarz mężczyzny.
-...wstępnie przesłuchałem matkę - zaczął dalej mówić Kownacki - umówiłem jego żonę na wizytę u pani za dwie godziny. I teraz prawdziwa bomba. To daleka rodzina sędziego Gawrowskiego. Już miałem stamtąd telefon. Musimy się przyłożyć do tej sprawy.
- Dziękuję panie Adamie...- wykrztusiła. Chwilę rozmawiali o technicznej stronie przesłuchania. Tym razem dziewczyna słuchała uważnie słów starego wyjadacza. Zwłaszcza uwag o kontaktach z prokuraturą okręgową. Gdy odłożyła słuchawkę, jej nastrój zmienił się diametralnie. Zapomniała o bólu głowy, poddenerwowaniu. Liczyła się tylko wizyta rodziny ofiary i to, że wreszcie sprawa ruszyła z miejsca. Zaniepokoił ją jedynie status sprawy. W jednej chwili zrównała się z samochodem burmistrza. Nawet więcej. Nazwisko Gawrowski otwierało w tym mieście wszystkie drzwi... Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, gdy telefon na biurku zadzwonił ponownie.
- Już pani wie?- stonowany głos komendanta działał na kobietę jak czerwona płachta na byka. Zacisnęła prawą dłoń i rozluźniła ją powoli.
- Tak - opanowała się, odpowiadając normalnym tonem. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie w stanie wytrzymać ten uprzejmy mobbing.
- Zatem nie musze pani instruować, pani Jolu. Sędzia pytał się, jak postępuje śledztwo. Ufam, że dzięki pani uda nam się go zadowolić...
- Z całym szacunkiem - Torwickiej na moment puściły nerwy - moim zadaniem jest rozwikłanie tego morderstwa, nie zadowalanie sędziego Gawrowskiego...- ostatnie słowa wysyczała przez zaciśnięte zęby, dopiero po chwili zdając sobie z tego sprawę.
- Żartownisia z pani - nagły chłód w głosie komendanta dało się wyczuć bez problemów - to śledztwo jest w chwili obecnej najważniejsze!. Od tego zależy kariera zarówno pani, jak pani pomagierów. Oczekuję codziennych raportów z postępu prac. Lepiej tego nie spieprzcie!- ostatnie słowa zabrzmiały naprawdę surowo, ale poczuła się po nich lepiej. Po raz pierwszy potraktowano ją jak gliniarza. Rozmowa była skończona. Odłożyła słuchawkę, rumieniec powoli schodził z jej bladych policzków. Wreszcie komendant przestał jej dawać do zrozumienia, że jest tylko cukierkową lalką. Reszta dnia minęła w mgnieniu oka. Nie potrafiło nią wstrząsnąć przesłuchanie płaczącej żony ofiary. Obecny przy tym psycholog raz po raz rzucał jej dziwne spojrzenia. Ogarnął ją dobry humor. Wystarczyło te kilka zdań, które zdołała wycisnąć z młodej wdowy. To było co najmniej pięć różnych śladów. Z białej plamy zaczęły się wyłaniać zarysy informacji. Gdy dotarła do domu późnym wieczorem, sił starczyło jedynie na prysznic. Obiecała sobie solennie, że rano nagrodzi się dobrym śniadaniem...
Siłownia klubu "Atlas" była pełna ludzi. Mimo klimatyzacji czuć było kwaśny zapach ludzkiego potu. Wokół szumiał sprzęt do ćwiczeń. Na jednym z trenażerów od godziny męczyła się niska, szczupła kobieta. Nie obserwowała wskazań komputera. Już dawno przekroczyła swój dzienny limit, ale wciąż rytmicznie ćwiczyła, myślami błądząc wśród akt sprawy. Po kilku pierwszych godzinach euforii nastały ciężkie dni. Zeznania żony niewiele wniosły. Ofiara była otoczona szacunkiem, w pracy lubiana. Żadnych osobistych wrogów. Otarła pot, perlący się na czole i zacisnęła zęby w bezsilnej złości. Każda kolejna informacja dla komendanta była coraz bardziej naciągana. Dziś, tuż przed wyjściem szef dał jej wyraźnie do zrozumienia, że dłużej nie będzie tego tolerował. Zazwyczaj stres bez problemów rozładowywała w siłowni. Tym razem wysiłek fizyczny pomagał niewiele. Koszulka była całkowicie przemoczona. Dopiero teraz, po dłuższej chwili zorientowała się, że robi przedstawienie. Dostrzegła te ukradkowe spojrzenia mężczyzn. Sapnęła ze złością i zeskoczyła z trenażera. Ręcznik przykrył dokładny zarys piersi pod koszulką. Tak osłonięta, skierowała się w stronę kobiecej szatni. W myślach z ponurą desperacją stwierdziła, że najlepszą metodą na zrzucenie z siebie tego napięcia będzie dobry seks. Ta myśl nie dawała jej spokoju pod prysznicem, gdy się przebierała. Nim ruszyła do wyjścia, jej twarz na powrót przyjęła bezosobowy wyraz. Nic nie świadczyło o burzy emocji szalejącej w środku. Ubrała się starannie. Za oknem panowała już głęboka noc. Wiatr szarpał gałęziami drzew. Zapowiadała się paskudna noc. Jakby natura wychodziła naprzeciw emocjom pani detektyw. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy rozgrzana skóra zetknęła się z chłodem nocy. Stanęła przy schodach wiodących w dół, na parking skąpany w świetle sodowych lamp. Panował tu spory ruch, toteż zamyśłona przesunęła się w stronę metalowych, mokrych barierek. Uczyniłą to jednak zbyt późno. Jeden z potężnych osiłków, pobrzękując złotym łańcuchem zawieszonym na szyi, trącił ją w plecy potężnym barkiem. Uczynił to bezwiednie, nie zauważając drobnej, kobiecej sylwetki. Zaskoczona Jolanta krzyknęła krótko, czując jak bezwładnie spada w dół. Śliskie kafelki, którymi wyłożone były schody, nie dawały żadnego oparcia. Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Nim zdążyła pomyśleć, kontrolę nad jej ciałem przejęły wyuczone odruchy. Widziała zbliżającą się błyskawicznie krawędź podmurówki. Już wiedziała, że nie zdoła ochronić głowy. W tej samej chwili poczuła silne szarpnięcie za płaszcz. Ktoś zdołał ją chwycić. Materiał okrycia zatrzeszczał niebezpiecznie, ale wytrzymał. Ta interwencja ocaliła jej głowę od poważnych obrażeń. Dopiero teraz poczułą rozbite kolano, którym próbowała zamortyzować upadek. Poczuła, jak nieznane ręce pomagają jej się podnieść. Chwilowy szok minął. Spojrzała na swego wybawcę. Szczupły, niewiele od niej wyższy mężczyzna. Na ulicy nie zwróciła by na niego uwagi. Jeszcze ten nieśmiały, przepraszający uśmiech. Dopiero potem dostrzegła szarozielone, przenikliwe oczy. Pozbawione wesołości.
- Musi pani bardziej uważać - usłyszała jego cichy głos - mogła sobie pani poważną krzywdę zrobić...- słuchała tych słów, nie bardzo rejestrując ich treść. Gdzieś za plecami mężczyzny, na skraju parkingu dostrzegła neon kawiarni.
- Zapraszam pana na kawę - wypaliła niespodziewanie, nawet dla siebie. Zamilkła, zaskoczona własną śmiałością wobec nieznajomego.
- Chociaż tyle, za uratowanie moich zębów - bąknęła znacznie ciszej, patrząc uważnie na reakcję jej wybawiciela. Na jego pociągłej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
- Grzechem byłoby odmówić - w głosie mężczyzny drgały nuty wesołości. Z galanterią pocałował utytłaną w błocie dłoń Torwickiej, nim dziewczyna zdążyła temu przeszkodzić.
- Leon - przedstawił się i podstawił prawą rękę. Razem podążyli w stronę kawiarni. Dopiero teraz czuła jak biło jej mocno serce. Sprawa śledztwa całkowicie wywietrzała jej z głowy. Zdała sobie sprawę, że od wielu miesięcy nie była na żadnej randce. Nie miała na to czasu. Najpierw szkoła, potem staż, wreszcie etat. Wiecznie zbyt krótka doba, zbyt mało godzin, które trzeba było zagospodarować. Sam Boży palec musiał ją pchnąć na te schody.... Uśmiechnęła się pod nosem. Gdy weszli do środka, uderzyło ich ciepłe powietrze i mieszające się zapachy egzotycznych gatunków kaw. Towarzysz Torwickiej pomógł jej usiąść. Niemal natychmiast pojawiła się kelnerka, by przyjąć zamówienie. Po dłuższej chwili, przed obojgiem pojawiły się filiżanki. Dopiero teraz przerwała ciszę.
- Jeszcze raz chciałam ci podziękować...- przerwała, widząc, jak przytyka do ust palec w geście ciszy. Kobiecym okiem oceniła starannie zadbane paznokcie mężczyzny. "Pierwsze wrażenie chyba nie zawsze decyduje..." pomyślała.
-Nie mówmy już o tym - przyjemny baryton muskał jej uszy - na całe szczęście byłem w odpowiednim miejscu i czasie. Wyglądałaś na ogromnie zafrapowaną, na schodach. Taka piękna kobieta i zmartwienia? Takie zestawienie nie pasuje do siebie...- zamieszał delikatnie zawartość filiżanki, burząc misternie wykonany obrazek z pianki. Spod oka obserwował swoją rozmówczynię. Dostrzegła ten błysk.
- Ot praca, praca, praca - mruknęła. Na myśl jutrzejszego raportu dla komendanta, zachmurzyła się. Jej rozmówca dostrzegł nagłą zmianę nastroju i pośpieszył z odsieczą.
- Jesteś stałą bywalczynią klubu? Zastanawiam się nad karnetem, ale jakoś nie mam do tego przekonania...- zawiesił głos, uważnie badając jej reakcję. Oderwała myśli od pracy. Jej twarz rozjaśniła się nieco.
- O tak. Najlepsze są rowerki, choć zdarzyło mi się ostatnio sporo czasu spędzić na bieżni. To najlepsza metoda na wyrzucenie stresu... - uśmiechnęła się z przekąsem, sięgając po kawę.
-...przynajmniej dla mnie - dodała mrugając lekko w stronę Leona. Z zamyśleniem spojrzała na swego rozmówcę.
- Masz bardzo nietypowe imię, jak na nasze pokolenie - zauważyła. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, kiwając potakująco głową. "Z pewnością słyszał to niejeden raz" krytycznie pomyślała Torwicka. Nagle zdała sobie sprawę, że nie chce tej nocy spać sama. Spłoszona swoimi myślami, zamilkła.
- W szkole nie przysporzyło mi ono przyjaciół - rzekł z przekąsem. Na moment zerknął prosto w jej oczy. Ich wzrok spotkał się. Kontakt trwał przez dłuższą chwilę. Policzki Jolanty, mimo jej wysiłków, zaróżowiły się.
- A co na to wybranka serca?- zapytała, chcąc przejąć inicjatywę. Poczuć się pewnie. Dziś jednak, w dziwny sposób, nie była w stanie. To pytanie w żaden sposób nie poruszyło Leona. Wydawał się całkowicie zrelaksowany. Przedłużając odpowiedź, teatralnym gestem chwycił filiżankę i skosztował kawy. Dopiero odstawiając ją, odrzekł z szelmowską miną.
- Na razie nie wiem...- drgnęła gdy lekko dotknął jej palców. Nie cofnęła jej. Nie wiedząc jak i kiedy, zaczął głaskać jej dłoń. Rozmowa toczyła się dalej, ale nie potrafiła się skupić na jej temacie. Od bardzo dawna tak się nie czuła. Wreszcie nie oceniana za wyniki, adorowana, bezpieczna. Gdy szli oboje do taksówki, nocne, chłodne powietrze przywróciło jej nieco zdrowego rozsądku. Leon, trzymając ją pod rękę, opowiadał zabawną historię z czasów swoich studiów. Zaczęła trzeźwo myśleć. Nie znała tego człowieka. Czuła jak coraz mocniej bije jej serce, w miarę jak mijali kolejne przecznice. Gdy dostrzegła znajomy zarys budki piekarza na rogu, zdecydowała się.
- Proszę tu zatrzymać - powiedziała spokojnie do kierowcy, przerywając Leonowi w pół zdania. Taksówkarz posłusznie zahamował. Nim zdążyła zareagować, jej towarzysz wyciągnął pieniądze i uregulował rachunek. Razem wysiedli. Czar wieczornego spotkania powoli minął. Szli w milczeniu opustoszałym chodnikiem. Mijali kolejne szare kamienice, podobne do siebie, zdewastowane, straszące ciemnymi, zdezelowanymi oknami. Kobieta zatrzymała się przy klatce schodowej. Mająca rozpraszać ciemności lampa, mrugała niczym stroboskop. Torwicka obróciła się przodem do Leona, badawczo patrząc mu w oczy. Na moment poczuła się jak w kawiarni. By zaprosić go na górę, nie być sama, nie tej nocy. Zdławiła w sobie to uczucie. "Odrobinę samodyscypliny" - pomyślała o sobie krytycznie. Mężczyzna patrząc na nią, nie zdawał sobie sprawy z jej wewnętrznej walki. Delikatnie pocałowała go w gładko ogolony policzek. Posłała najbardzie zalotne ze swoich spojrzeń i mruknęła mu do ucha.
- Mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie - choć jej głos nieco drżał, była już całkowicie pewna swojej decyzji. Uważnie obserwowała go spod półprzymkniętych powiek. Z ulgą dostrzegła jego zaraźliwy uśmiech. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął długopis i zaczął pisac na odwrotnej stronie paragonu otrzymanego od taksówkarza.
- Nie odejdę bez numeru telefonu Jolu - słysząc tę pewność w jego głosie, bezwolnie podyktowała kolejne cyfry. Ku jej zdumieniu pieczłowicie schował karteczkę, długopis i pocałował ją delikatnie w usta. Delikatnie pogłaskał ją po policzku.