ROZDZIAŁ CZWARTY
GORDON
Dwa tygodnie temu
- A mówiłem ci o płocie, tym z tyłu? Mówiłem ci, że się przewrócił i próbowałem go naprawić? Ale będę musiał kogoś zatrudnić, tylko nie wiem, czy uda się to tak blisko świąt. W sklepach już panuje szaleństwo, więc nie wiem, czy ktoś będzie skłonny przyjść.
Gordon przerywa i wtedy to słyszy, ciche, smutne westchnienie, i już wie, po prostu wie, że mówił to Malcolmowi wcześniej, że już odbył tę rozmowę z synem, a jego syn - to dobry, miły chłopak - stara się tego nie mówić. Przyciska telefon mocniej do ucha, jakby to mogło umożliwić mu utrzymanie konkretnych myśli.
- Zadzwoń do pana Hendricksa, tato, może on pomoże. Albo niech to poczeka, aż przyjadę. Będę za dwa tygodnie. Przyjadę w tygodniu przed świętami i zostanę przynajmniej na miesiąc, wtedy będę mógł wykonać wszystkie prace, wszystko, co będzie konieczne, musisz tylko zrobić listę.
Gordon kiwa głową, bo pamięta o liście. Wisi na lodówce i ma już chyba z kilometr długości. Tyle rzeczy wymaga naprawy, tyle popsutych albo zardzewiałych. To stary dom przy ulicy niedaleko morza, dziw bierze, że nadal stoi. Morskie powietrze jest dobre dla ludzi, ale niekoniecznie dla metalu, i kiedy wygląda przez okno w kuchni, widzi brązowe plamy rdzy na balustradzie otaczającej frontową werandę.
- Tato - mówi Malcolm, a Gordon wyobraża sobie syna stojącego w oknie swojego mieszkania, spoglądającego na Sydney. Malcolm pracuje z domu, robi coś związanego z cyberbezpieczeństwem, coś, co daje mu dużo pieniędzy, ale Gordon nie pamięta dokładnie, co to jest. W ubiegłym roku ojciec spędził tydzień w mieście z synem. Musiał pójść do kardiologa i jeszcze jednego lekarza, ale nie pamięta jakiego. Pamięta, jak stał w salonie Malcolma i patrzył pomiędzy budynkami, gdzie widać było mały fragment portu, i nie rozumiał, jak Malcolmowi nie jest trudno oddychać tak wysoko, w otoczeniu betonu i stali. Poszli do kilku niezłych pubów, zjedli smaczne steki z wyszukanymi frytkami ze słodkich ziemniaków i z pieprzowym sosem, więc były też dobre aspekty mieszkania w mieście. Kardiolog zalecał, by trzymał się z daleka od steków i piwa, ale nie wyglądał nawet, żeby był w odpowiednim wieku do posiadania dyplomu, więc Gordon doprawił tę radę solą, którą posypał frytki.
- Pamiętasz o liście, tato? - pyta Malcolm.
- Tak, lista - mówi Gordon szybko. - Ale na pewno jesteś zajęty, więc nie będę zawracał ci głowy.
- Nigdy nie jestem zbyt zajęty dla ciebie, tato, wiesz o tym - odpowiada łagodnie Malcolm, a Gordon czuje ciepło w żołądku i piersi, bo wie, że to prawda. Jest kłopotliwym staruszkiem, ale syn i tak go kocha i naprawdę nic więcej nie ma znaczenia.
- I przywiozę z sobą Del, pamiętasz? Będzie z nami przynajmniej dwa tygodnie, a potem Lila po nią przyjedzie.
Gordon się uśmiecha, jego ciało wypełnia szczególny rodzaj szczęścia na myśl o sześcioletniej wnuczce. Mieszka pomiędzy mieszkaniem ojca i domem matki, a ich rozwód przyjęła z gracją i humorem - pewnie dlatego, że Malcolm i Lila byli dla siebie tacy uprzejmi, zrozumieli, że oddalili się od siebie, ale pozostali przyjaciółmi, żeby móc wspólnie wychowywać Cordelię. Cordelia, mała Del, jest śliczna, jak jej matka, ma kręcone blond włoski i błyszczące niebieskie oczy, jest światłem życia ich wszystkich.
- Będziemy codziennie chodzić na plażę - mówi Gordon, podekscytowany na tę myśl.
W zeszłym roku, kiedy Malcolm przywiózł ją z wizytą, Gordon wstawał wcześnie, zupełnie jak Del, i oboje wymykali się z domu, by udać się na plażę i popływać przed śniadaniem. W tym roku może być inaczej. Czasami dotarcie do plaży wydaje się trudne, a Gordon w pewnej chwili stwierdza, że chodzi po ulicy w tę i z powrotem, szukając ścieżki między domami, która tam prowadzi, chociaż chodził nią prawie każdego dnia przez dekady. Nie powiedział o tym Malcolmowi, bo nie chce go martwić. Ale Del jest bystrą dziewczyną, więc na pewno zapamięta drogę.
- Muszę kończyć, tato, ale pamiętaj, zapisz wszystko na liście, dobrze?
- Tak - odpowiada Gordon. - Lista. - Wisi na lodówce.
Odwraca się i znajduje ją, mamrocząc do siebie: "Zapisać na liście, zapisać na liście". Zdejmuje ją z lodówki, bierze długopis z blatu, zapisuje uważnie: "Płot z tyłu" i odwiesza kartkę na lodówkę, przyczepiając ją magnesem z małą fotografią Del, zrobioną w tym roku w szkole. Wygląda na bardzo zadowoloną z siebie, uśmiecha się szeroko, ukazując szparę po dwóch mleczakach z przodu.
Del uwielbia tu przyjeżdżać, być w domu, w którym dorastał jej tata, gdzie Gordon i Flora przeżyli sześćdziesiąt szczęśliwych lat małżeństwa, z kilkoma wybojami po drodze, aż zmarła dwa lata temu. To dobry, mały domek, z trzema sypialniami, dwiema łazienkami i bardzo nowoczesną kuchnią. W zeszłym roku Malcolm nalegał, żeby unowocześnić kuchnię i łazienki, więc zniknęły stare, brązowe kafelki, a zastąpiły je białe, antypoślizgowe. Ojciec protestował, przekonywał, że to nie jest konieczne, ale rzeczywiście podoba mu się wanna, do której łatwo wejść i wyjść, a poręcze są przydatne. Gdy się ma osiemdziesiąt lat, niektóre sprawy stają się trudne. Malcolm chciał dalej naprawiać różne rzeczy, ale po dwóch miesiącach remontów Gordon był zmęczony i dlatego teraz jego syn musi zadowolić się naprawianiem pozostałych rzeczy, kiedy przyjedzie z wizytą, jeśli pan Hendricks nie będzie mógł pomóc.
- W porządku, tato, czy jest coś jeszcze? - pyta Malcolm.
- Nie... nie... do zobaczenia wkrótce - mówi Gordon. Zastanawia się, czy powinien wspomnieć, że płot z tyłu się przewrócił i nie był w stanie naprawić go samodzielnie.
Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy odwraca się, żeby spojrzeć na lodówkę, gdzie wisi lista z rzeczami do naprawienia, i widzi zapisane słowa "Płot z tyłu". Jest już na liście, nie musi się tym martwić, więc znowu odwraca się, żeby wyjrzeć przez okno w kuchni. We frontowym ogrodzie para rozelli drepcze na ziemi przy słupku od karmnika, bo lorysy rozrzuciły ziarenka; ich dzioby przeszukują to, co zostało do zaoferowania. Gordon mógłby patrzeć na ptaki przez cały dzień. Jego wzrok przyciąga jakiś ruch na ulicy.
- No, popatrzcie tylko - mówi.
- O co chodzi? - pyta Malcolm.
- Jakiś samochód podjechał właśnie przed stary dom Dawn i Louiego. Taki elegancki jak twój... co to jest? Mercedes, tak, to mercedes, czarny. Pewnie go sprzedali, chociaż nie widziałem tabliczki.
- Nie sprzedali. Petra wynajmuje go jako domek letniskowy, pamiętasz? Będzie fajnie, zwłaszcza jeśli okaże się, że mają dzieci. Del będzie miała z kim się bawić.
- Tak, zobacz, wysiadają. Elegancka para, bardzo elegancka. I mają dziecko, małego chłopca. Z wyglądu mniej więcej w wieku Del. Co za szczęście. Ciekawe, jak długo zostaną. Później pójdę się przywitać.
- To dobry pomysł. Ale może daj im trochę czasu, żeby się rozgościli. Naprawdę muszę już kończyć, tato.
- Pa, synu, kocham cię.
- Też cię kocham.
Kiedy Gordon kończy rozmowę, uświadamia sobie, że zapomniał powiedzieć Malcolmowi o płocie z tyłu domu, ale jest pewny, że będzie pamiętał o tym jutro.
Patrz na rodzinę po drugiej stronie ulicy, która wypakowuje bagaże. Mężczyzna, wysoki i szczupły, z burzą gęstych, brązowych włosów i schludną brodą, wnosi do środka jakieś wielkie walizki, a kobieta wypakowuje kolejne siatki z produktami spożywczymi. Jest ładna, ma długie, kręcone, czarne włosy. Mały chłopiec wygląda trochę jak ona, ale nie bardzo. Ma dużo bardziej oliwkową skórę i biega w tę i z powrotem, nosząc zabawki z tylnego siedzenia samochodu. Biega tak, jakby miał skrzydła przy stopach, wpada i wypada z domu, a potem zatrzymuje się i patrzy na ogród Gordona, gdzie teraz białe kakadu kroczą wśród ziaren, odtrącając inne ptaki.
Karmnik dla ptaków to projekt, który razem z Malcolmem stworzyli, gdy Malcolm zaczynał szkołę średnią i miał zajęcia ze stolarstwa. Został zaprojektowany tak, żeby wyglądać jak mały domek z bali, pomalowany na brązowo, z czerwonym dachem i szeroką, okrągłą platformą pod spodem, na której mogły siadać ptaki. Wewnątrz miniaturowego domku jest mała belka, tak że jeden lub dwa ptaki mogą się tam schronić. Gordon dobrze wspomina ich wspólny czas spędzony na pracy, jak Malcolm ostrożnie i precyzyjnie używał dłuta, młotka i gwoździ. Przed każdym kolejnym krokiem pytał: "Co mam teraz zrobić, tato?", a potem uważnie słuchał odpowiedzi. W pewnym momencie "Co mam zrobić, tato?" zmieniło się w "Powiem ci, co teraz zrobić, tato", choć Gordon nie ma pojęcia, kiedy to się stało.
Trawa pod karmnikiem jest zasłana ziarenkami. Ptaki zawsze bałaganią przy jedzeniu, ale Gordonowi to nie przeszkadza. Chłopiec wydaje się zafascynowany. Del też uwielbia obserwować ptaki.
Ojciec staje za nim, a chłopiec wskazuje na ptaki. Gordon widzi, jak coś mówi. Podnosi rękę, żeby pomachać, na wypadek gdyby zobaczyli go przez okno nad kuchennym zlewem, ale nie odmachują mu. Patrzy, jak mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu dziecka - cóż, pcha go w ramię, pcha na tyle mocno, że chłopiec się krzywi. Mężczyzna przykuca i Gordon widzi, jak macha ręką przed twarzą dziecka, zaciska szczękę ze złości, a chłopiec opuszcza głowę coraz niżej i niżej, a potem ociera twarz dłonią. To taki maluch i tylko patrzył sobie na ptaki. Dlaczego ojciec złości się na niego? Czemu, na Boga, jest zły?
Gordon postanawia na razie odłożyć przywitanie się. Może podróż była długa i mają nieco zszargane nerwy. Pójdzie się przywitać jutro.