październik - listopad - grudzień 2010
Rozdział 2
Bum, puff, bum, bum. Wiesia złapała oddech. Serce znowu wskoczyło na swoje miejsce, zaraz po tym, jak się urwało, wpadło do żołądka, a stamtąd do gardła. To nie było nic nowego, takie sensacje miała od wielu lat, już się do tego przyzwyczaiła. Lekarze zdiagnozowali u niej WPW2. Ostatnio jednak coraz częściej odczuwała takie nietypowe kołatania serca. Cóż, trzeba w końcu iść na tę, przekładaną od miesięcy, wizytę u kardiologa, uznała zniesmaczona. Czego, jak czego, ale wizyt u lekarzy pani docent Wołyńska nie znosiła. Ostatni "wyskok" jej serca trwał jednak dłużej niż zazwyczaj i choć tłumaczyła to sobie emocjami wywołanymi ślubem Anny Towiańskiej - swojej przyszywanej siostrzenicy, a może właściwie prawie córki czy też wnuczki, którą uważała za najbliższą krewną - Wiesia wystraszyła się nieco i spróbowała zamówić sobie wizytę u kardiologa.
- Dzień dobry, tu Wiesława Wołyńska. Chciałam prosić o wyznaczenie wizyty u pani doktor Kowalczyk.
- Kardiologa?
- A jest jeszcze u was inna doktor o tym nazwisku? Tak, chodzi mi o kardiologa. Pani doktor Kowalczyk jest kierownikiem przychodni, prawda? Miałam się zgłosić w listopadzie, więc dzwonię.
Ta ostatnia informacja nie była prawdą, Wiesia miała się zgłosić w marcu, ale przecież rejestratorka nie będzie tego sprawdzać, bo niby jak? Widocznie jednak to, że pacjentka powołała się na kierownika przychodni i zdecydowana informacja o wizycie w listopadzie podziałały na tyle, że wyznaczono termin listopadowy. To cud.
Pani doktor Kowalczyk najpierw nieco nakrzyczała na niesubordynowaną pacjentkę, a potem dała skierowanie na echo serca. Na cito, co znowu Wiesię wystraszyło.
I czemu się, głupia, denerwujesz? - tłumaczyła sobie, idąc na to badanie. Przecież najlepiej umrzeć z powodu jakiegoś zawału czy innej awarii serca. Ale - dyskutowała dalej sama z sobą - przecież jeszcze nie teraz. Jeszcze muszę przytulić dziecko Aneczki, niech no tylko się urodzi. Przetrzymam więc wszystkie badania i inne niedogodności, postanowiła dzielnie.
Nie przewidziała jednak, że badanie wykaże znaczne pogorszenie, co zaowocowało wystawieniem skierowania do szpitala.
- Proszę pojechać do Anina - zaordynowała doktor Kowalczyk. - Zarejestruje się pani, na miejscu zrobią dodatkowe badania, może trzeba będzie wykonać ablację. Tam są świetni specjaliści.
Ablację? Na Wiesię wystąpiły siódme poty i nawet nie spytała, co to takiego. Wzięła skierowanie i, doszczętnie oszołomiona, pojechała do domu. Od razu weszła do Internetu i poczytała sobie co nieco. O, nie! Przez żyłę do serca? Przypalanie? Na żywo? Święci pańscy!
- Bogusiu! - dzwoniła do mecenasa Malczewskiego, przyjaciela, przybranego brata, osoby najbliższej. - Mam iść do szpitala. Na ablację - denerwowała się. - I na dodatek muszę to sama załatwić, to znaczy zarejestrować się jakoś w tym Aninie. Pojedziesz ze mną? - prosiła.
Boguś zmartwił się na tyle, że nawet nie czekając na dodatkowe objaśnienia, odłożył słuchawkę, wsiadł w samochód i przyjechał na Bielany w niespełna pół godziny.
- Bez Jasi przyjechałeś? Puściła cię? - Wiesia pozwoliła sobie na małą złośliwość, cóż, miała przecież chore serce, mogła więc pozwolić sobie na drobną zołzowatość.
Okazało się, że Janka, żona Bogusia, leży w łóżku, kaszląc i kichając.
- Ale mnie nic nie jest - zapewnił Boguś. - Opowiadaj wszystko po kolei - zażądał. - Co to jest, u licha, ta ablacja?
Okazało się, że Wiesia najbardziej jest przerażona tym, iżby musiała sama sobie załatwić cośkolwiek w jakimś szpitalu.
- Wiesz przecież, co się dzieje w służbie zdrowia - denerwowała się. - Łatwo mówić "pojedzie pani i się zarejestruje".
- Wiesiu - próbował coś wtrącić jej przyjaciel, ale gdzie tam...
- Kolejki kilometrowe stoją, trzeba mieć żelazne zdrowie i nerwy. Ja się do takich przepychanek nie nadaję. A w ogóle skąd raptem ablacja? Do tej pory jakoś wszystko działało. Do arytmii już się przyzwyczaiłam i spokojnie mogę sobie dalej z nią żyć. - Wiesia przekonywała samą siebie.
- A może wiesz co? - Boguś wpadł na genialny pomysł. - Może ty idź jeszcze do jakiegoś innego kardiologa? Prywatnie.
Pomysł się spodobał. Wiesia włączyła komputer - tak, miała już prawie osiemdziesiąt lat, ale doskonale sobie radziła z bieżącymi cudami techniki - i wyszukała kilku kardiologów przyjmujących w prywatnych spółdzielniach lekarskich. Jeden z nich - no proszę! - pracował nawet w Centrum Kardiologii.
- Czy pani zamawia konsultację, czy życzy pani sobie również echo serca? - Miła pani z rejestracji uśmiechnęła się zachęcająco. Różnica w cenie była, owszem, ale Wiesia pomyślała, że niechby już tak wszystko za jednym razem.
- Również echo serca - zdecydowała.
Wizytę wyznaczono na pojutrze i, niestety, ponownie zasugerowano ablację. Pan doktor zareagował jednak pozytywnie na nieśmiałą prośbę Wiesi, która wyrażona została w pytaniu, czyby pan doktor osobiście, skoro pracuje przecież w Centrum Kardiologii, nie zechciał jakoś zarejestrować tam jej, swojej obecnej pacjentki.
- Bo ja, panie doktorze, śmiertelnie boję się tych wszystkich panienek w okienkach i od razu robi mi się słabo, więc...
- Więc dobrze - roześmiał się pan doktor - zrobię to.
Wypisał skierowanie do szpitala, zanotował niezbędne dane Wiesławy Wołyńskiej, rocznik tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi, i obiecał dać znać, na kiedy zostanie zapisana.
- Ale jeszcze jedno, panie doktorze... - Wiesia, szczęśliwa, że jej tak dobrze poszło, miała następną prośbę. - Czy to jest naprawdę bardzo pilna sprawa? Bo jeśli nie, to chciałabym prosić o termin wiosną lub latem. Nie lubię zimy, zawsze marznę, nawet przy najlepiej grzejących kaloryferach, więc... - zawiesiła głos i spoglądała prosząco.
- Ach, te pani "więc" - mruknął pan doktor. - Zobaczę, co da się zrobić. Myślę, że do wiosny raczej pani nie umrze, przynajmniej z powodu wady serca - zażartował, ale tak serio to wiedział, iż nawet po znajomości jakiś szybszy termin niż wiosenny byłby prawie niemożliwy. No, chyba że pacjentce zagrażałaby natychmiastowa śmierć, a w tym przypadku tak nie było.
Po kilku dniach Wiesię zawiadomiono, że ma się stawić w Aninie dwunastego maja dwa tysiące jedenastego roku. No dobrze, co ma być, to będzie, Wiesia zapisała sobie termin na kartce. Kartkę przylepiła do podstawy monitora; przy komputerze siadywała codziennie, więc nie zapomni. Choć tak naprawdę pamięć miała świetną. Najlepszą z całej rodziny. Szczyciła się tym bardzo.
A teraz musi się przygotować na odwiedziny Marzeny Koźmińskiej, czyli przyjaciółki Anny. Anna Towiańska-Konieczna, właścicielka Sosnówki, przyjaźniła się z Marzeną od samego początku swojego pobytu na kujawskiej ziemi.
A dla Wiesi - czyli Wiesławy Wołyńskiej - wszystkie przyjaciółki Anny były prawie siostrzenicami, sama tak o nich mawiała. Zaprosiła więc Marzenę na swoje Bielany i cieszyła się bardzo z tej wizyty. Wiesia, pani już osiemdziesięcioletnia, energii i wigoru miała jeszcze wiele, zdrowie nie dokuczało jej za bardzo, poza tą jakąś, chyba nieprawdziwą, awarią serca.
Cały czas sama dawała sobie ze wszystkim radę, niekiedy tylko korzystając z pomocy przyjaciela, przyszywanego brata, Bogusława Malczewskiego, który co tydzień pomagał jej przy większych zakupach. Boguś, młodszy o osiem lat, również trzymał się świetnie, ku niezmiernej radości Anny, ich najbliższej krewnej. Prawie krewnej, bo spokrewnieni byli tylko z własnej woli i może nieco przez wspólne losy. Postanowili być rodziną i byli nią, mocniejszą i bardziej trwałą niż wiele prawdziwszych rodzin.
Wiesia zaprosiła Marzenę, bo kawiarnia prowadzona przez panią Koźmińską miała przejść na kilka dni w ręce Jacka, męża Anny. Kujawiance - tak nazywała się kawiarnia, niezbędne było solidne odnowienie.
- Najlepiej byłoby, gdybyś zniknęła stąd na czas remontu. Może przeniesiesz się do pensjonatu? - zaproponował szef ekipy Koniecczaków.
- A może przyjedziesz do Warszawy? - odezwała się Wiesia, która usłyszała, co powiedział, jako że rozmowa toczyła się na przyjęciu weselnym Anny i Jacka.
Marzena przyjechała, ale wizyta okazała się mało udana. Po pierwsze - młoda kobieta tęskniła do Bartka, który niedawno podjął decyzję o stałym osiedleniu się w Towianach, przy czym, jak oznajmił, na taką właśnie decyzję wpływ miała znajomość z Marzeną. Główny wpływ.
Po drugie - nie zaplanowano żadnych atrakcji, nie działo się nic ekscytującego, gospodyni tym razem zawiodła. Dlaczego? Otóż Wiesia się bała...
2 Zespół Wolffa, Parkinsona, White'a - wrodzone zaburzenie przewodzenia impulsu elektrycznego w sercu.