Rodzina z domu obok - John Glatt
44.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
5
MYŚLAŁEM, ŻE ICH ŻYCIE JEST IDEALNE
Jesienią 1987 roku Louise Turpin zaszła w ciążę. Para była tym faktem zachwycona. Louise zawsze powtarzała rodzinie, że chce urodzić dwanaścioro dzieci. Teraz wreszcie mogła rozpocząć realizację swojego planu. Następnego lata David sfotografował swoją dwudziestoletnią żonę w kraciastej koszuli, dumnie prezentującą swój ośmiomiesięczny ciążowy brzuch. Wysłała tę fotografię do domu w Princeton, na której jej dumny ojciec zapisał u dołu: "Louise Ann Robinette Turp, lipiec 1988".
Kilka dni później, 28 lipca Louise urodziła dziewczynkę, której nadali imię Jennifer Dawn. Przez kolejne tygodnie młoda matka wysyłała dziesiątki zdjęć, na których widniała wraz z Davidem i dzieckiem w Disneylandzie i innych malowniczych miejscach w Południowej Kalifornii.
W święta Bożego Narodzenia, zgodnie z obietnicą, Louise opłaciła matce i siostrom wycieczkę do Kalifornii, żeby mogły poznać jej maleństwo. Rodzina wsiadła do pociągu linii Amtrak z Princeton do Brea, gdzie David i Louise odebrali ją z dworca.
- Było super - wspomniała Teresa, wówczas sześcioletnia. - Zabrała nas do swojego domu. Było tam bardzo czysto i elegancko.
Przez następne trzy tygodnie rodzina Robinette'ów spędzała czas z rodziną Turpinów. Jeździli na wycieczki do Disneylandu, Universal Studios i Muzeum Figur Woskowych Movieland.
- Widziałyśmy napis "Hollywood" - powiedziała Teresa - i największe na świecie drzewo z wyciętym w środku tunelem. To była wyprawa, której nigdy nie zapomnę.
Na początku lat 90. David Turpin został przeniesiony przez General Dynamics z powrotem do Fort Worth. Firma została niedługo potem przejęta przez ogromną spółkę z sektora obronnego, Lockheed Martin. Wraz z Louise i osiemnastomiesięczną córeczką przeprowadził się na 3225 Roddy Drive do przestronnego, nowoczesnego domu z czterema sypialniami i dwiema łazienkami, położonego w modnej dzielnicy Meadowcreek na przedmieściach Fort Worth. W Kalifornii zostawili magazyn pełen ich rzeczy osobistych, które zostały później zlicytowane w związku z nieopłacaniem czynszu.
Louise i David byli w końcu gotowi przedstawić swoją córeczkę Jennifer miasteczku Princeton. 6 sierpnia 1990 roku w "Bluefield Daily Telegraph", na stronie Styl życia: bądźmy w kontakcie, zamieszczono fotografię urodzinową dziewczynki.
Pod zdjęciem widniał podpis: "Jennifer Dawn Turpin świętuje swoje drugie urodziny 28 lipca. Jest to córeczka Davida i Louise Turpinów z Fort Worth w Teksasie, którzy wychowali się w Princeton. Dziadkami dziewczynki są Wayne Robinette, pan i pani Turpin oraz Phyllis Robinette, wszyscy pochodzący z Princeton. Pradziadkami są John i Louise Taylor z Athens Road".
David Turpin zarabiał w tym czasie sześciocyfrową sumę na swoim wyspecjalizowanym stanowisku inżyniera. Niedługo po przeprowadzce Louise zaprosiła do siebie matkę i rodzeństwo. Był to początek mocno oczekiwanych, corocznych wyjazdów rodziny Robinette'ów do Teksasu, które odbywały się przez następną dekadę. Louise i David zawsze za wszystko płacili.
Kiedy przyjeżdżała rodzina, stawali się parą niezwykle hojnych gospodarzy, zabierali ich do Fort Worth Stockyards, do parku rozrywki Six Flags over Texas oraz do najlepszych restauracji.
- To były najwspanialsze dni w ciągu roku - powiedziała Teresa. - Zawsze wtedy działo się bardzo wiele fajnych rzeczy.
Nigdy jednak nie poznała dobrze swojego szwagra Davida, który zawsze w trakcie tych wizyt wydawał się bardzo odosobniony.
- Niewiele się odzywał - wspomniała Teresa. - Zawsze siedział i tylko wszystkich obserwował. Był bardzo inteligentny. Sporo czytał i sprawiał wrażenie naukowca.
W Princeton Allen Robinette skończył z kaznodziejstwem i został mianowany rzeczoznawcą hrabstwa Mercer, dzięki czemu zaczął prowadzić własne biuro w sądzie przy Main Street. Oprócz tego był bardzo aktywnym członkiem partii demokratycznej Wirginii Zachodniej.
- Wszyscy lubili Allena - powiedział jego przyjaciel Verlin Moye, jeden z urzędników. - Zajmował się bardzo skomplikowanymi formułami podatkowymi dotyczącymi gruntów i tego typu rzeczami. Specjalizował się w wycenach w biurze rzeczoznawcy.
Robinette z dumą wypowiadał się na temat swojego zięcia Davida i zaznaczał, że zarabia on duże pieniądze w spółce z branży obronnej. Nigdy jednak nie wspominał o tym, jak jego córka Louise uciekła w wieku szesnastu lat, co przyczyniło się do rozpadu jego małżeństwa.
- W ogóle nie miałem pojęcia, że oni się przez coś takiego rozstali - powiedział Moye. - Allen nigdy nie mówił przy mnie o swoim życiu osobistym.
Wciąż głęboko religijny i aktywnie działający w Kościele Bożym w Priceton Allen rozpoczynał każde zebranie komisji hrabstwa od modlitwy. Kiedy nie był zajęty wyliczaniem podatków, zbierał autografy gwiazd i pamiątki z wyścigów NASCAR. Jego cenna kolekcja obejmowała wszystkich amerykańskich astronautów oraz wielu prezydentów i ważnych postaci z całego świata.
Kilka lat później w "Bluefield Daily Telegraph" zamieszczono artykuł na temat imponującej kolekcji autografów Allena Robinette'a. Pod nagłówkiem "prawdziwi zbieracze nie wiedzą, kiedy powiedzieć dość" wydrukowano zdjęcie ojca Louise, na którym ubrany w kraciastą koszulę i kombinezon, stoi przy swoich zbiorach.
W artykule Robinette przechwalał się zgromadzeniem ponad trzech tysięcy autografów, włącznie z podpisami wszystkich amerykańskich astronautów. Przyznał, że pierwszy autograf należał do republikańskiego kandydata na prezydenta Barry'ego Goldwatera, który w 1964 roku przegrał walkę o urząd z Lyndonem Johnsonem.
- Byłem uczniem szkoły średniej i podziwiałem Goldwatera - wyjaśnił Robinette. - Napisałem do niego, a on mi odpowiedział. W ten sposób zacząłem gromadzić kolekcję.
Dzięki cennym autografom prezydentów, od Johna F. Kennedy'ego po George'a Busha, Robinette wyrobił sobie surową opinię na temat każdego, kto próbował zarabiać na sprzedaży podobnych pamiątek.
- Dysponował wielką, wręcz imponującą kolekcją - powiedział Moye. - Były tam podpisy Matki Teresy, Gandhiego i księżnej Diany. Po prostu wszystkich. To było coś niesamowitego.
Mimo że Allen Robinette piastował jedno z najważniejszych stanowisk w hrabstwie Mercer, jego była żona i dwie najmłodsze córki zostały pozbawione środków do życia i mieszkały w ośrodku dla bezdomnych w stanie Tennessee.
3 lutego 1992 roku Louise Turpin urodziła chłopca. Rodzice nadali mu imię Joshua David. Od tamtej pory wszystkie chrześcijańskie imiona ich dzieci zaczynały się na literę "J".
Niedługo po narodzinach Joshui David i Louise Turpinowie zbankrutowali. Choć David sporo zarabiał, para żyła ponad stan i całkowicie wyczerpała limit kart kredytowych. Wpadli w poważne długi. Na domiar złego Louise odkryła w sobie pasję do hazardu i traciła w ten sposób spore kwoty.
Nigdy jednak nie przyznała się przed rodziną do problemów finansowych i zawsze udawała, że wszystko jest w najlepszym porządku. Podczas corocznej wizyty sióstr i matki była hojna, podobnie jak wcześniej.
- To była kwestia dumy - wyjaśniła Teresa. - Była jedyną spośród nas, która wyruszyła w wielki świat. Myślę, że po prostu się wstydziła, że wydarzyło się tak wiele złych rzeczy.
6
SZKOŁA PODSTAWOWA MEADOWCREEK
W lipcu 1993 roku Louise spotkała się z rodziną w międzynarodowym porcie lotniczym DallasFort Worth, kiedy była już w zaawansowanej ciąży z trzecim dzieckiem. Ponownie nalegała, żeby za wszystko zapłacić. Żyjące w bezdomności Phyllis i jej córki były zachwycone, że mogą znów zatrzymać się w domu Louise i Davida przy Roddy Drive.
- Ten dom był wspaniały - przyznała Teresa. - Panowała tam zabawna i szczęśliwa atmosfera.
3 listopada w szpitalu Texas Health Harris Methodist w Fort Worth Louise urodziła dziewczynkę imieniem Jessica Louise. W krótkiej notce prasowej w "Fort Worth StarTelegram" wspomniano, że rodzicami dziecka są "Louise Ann i David Allen Turpinowie z Fort Worth".
Wiosną 1994 roku dziennik "Telegram" zachęcił czytelników do nadsyłania swoich ulubionych rodzinnych fotografii z krótką sentencją na temat swojej mamy, co miało na celu upamiętnienie nadchodzącego Dnia Matki. David i Louise wysłali kilka zdjęć, dzięki czemu trzy z nich znalazły się na łamach gazety.
Na jednym z nich Louise w towarzystwie Jennifer, Joshui i małej Jessiki bawiła się w ogrodzie z ich psem Blackiem. Na innym David i Louise pozowali z Jennifer i babcią ze strony ojca, Betty Turpin.
"Moja matka jest wyjątkowa i bardzo ją kochamy", napisał pod spodem David.
Trzecie zdjęcie, sprzed mniej więcej pięciu lat, przedstawiało Phyllis Robinette trzymającą nowo narodzonego syna Billy'ego Juniora. Obok stał David i Louise z Jennifer na rękach.
"Moja matka nie ma sobie równych", napisała Louise. "Jest po prostu najlepsza".
Piętnaście miesięcy później ośmioletnia Jennifer Turpin poszła do pierwszej do klasy szkoły podstawowej Meadowcreek, położonej w odległości kilku przecznic od jej domu przy Roddy Drive. Każdego ranka Louise wiozła ją na lekcje i odbierała po południu.
Od samego początku kruchej dziewczynce okrutnie dokuczali rówieśnicy. Nie tylko była o kilka lat starsza od innych dzieci w klasie, lecz także jej higiena osobista pozostawiała wiele do życzenia. Każdego dnia do szkoły zakładała tę samą kwiecistą, białofioletową bluzkę, a długie, przetłuszczające się, brązowe włosy z grzywką nigdy nie zostały porządnie wyczesane. Brakowało jej również dwóch przednich zębów, ponieważ stałe nie zdążyły się jeszcze wybić.
- Bez wątpienia stała w ogniu ciągłej krytyki - wspomniał Jared Dana, który chodził z Jennifer do jednej klasy. - Każdego dnia miała na sobie te same cuchnące ciuchy: znoszone ogrodniczki i fioletową bluzkę. Często odwijała folię z cukierków, żeby związać nią sobie włosy.
Koledzy i koleżanki ze szkoły zaciskali nosy, kiedy przechodziła. Dana, który również padł ofiarą szkolnej tyranii, był jednym z niewielu dzieciaków, którzy z nią rozmawiali.
- Ja też byłem dość nieśmiały - wspominał. - Nie powiedziałbym, że mieliśmy się ku sobie, ale rozmawialiśmy czasami. Jennifer była naprawdę miła. Nie wydaje mi się, żeby miała w sobie choć odrobinę fałszu. Pewnego dnia pocałowałem ją w policzek i zostałem przez to straszliwie wyśmiany.
Wciąż pamięta, że córka Turpinów była niezwykle nadpobudliwa i łatwo wyrażała emocje.
- W szkole była pełna energii - przyznał Dana. - W trakcie wycieczek zawsze wyjątkowo się ekscytowała i wszystkich wyprzedzała.
Aaron Pankratz, który również chodził z Jennifer do klasy, pamięta ją jako dziewczynę z "naprawdę długimi, zaniedbanymi włosami" i "ciuchach z odzysku".
- Była chyba bardzo biedna - powiedział. - Pamiętam, że mnie to odrobinę niepokoiło. Starałem się jej unikać, na ile było to możliwe. Była po prostu wyrzutkiem.
17 grudnia 1995 roku, w tym samym szpitalu co poprzednio, na świat przyszło następne dziecko Louise, Jonathan Wayne. Był zdrowym chłopcem, ważył 3850 gramów i mierzył 52 centymetry.
Jego dumni rodzice wysłali zdjęcie Jonathana do "Fort Worth StarTelegram", które trafiło do szpalty poświęconej narodzinom.
"Dołącza do starszego rodzeństwa", napisano. "Jennifer (7), Joshui (3) i Jessiki (2)".
W czerwcu 1996 roku Louise i David zabrali czworo swoich dzieci w odwiedziny do rodziny w Princeton. Pokazywali je z dumą, zapewniając najbliższych krewnych, że będzie tych dzieci jeszcze dużo więcej. Ich pociechy ubrane zostały w identyczne stroje, włącznie z obuwiem.
- Wszyscy chodzili w prostej linii - wspomniała Teresa. - Przypominało to bardziej szkołę niż rodzinę. Pomyślałam wtedy, że jest dla nich zbyt surowa.
Po raz kolejny David i Louise za wszystko zapłacili, zabierając członków rodziny na wystawne obiady - każdego dnia do innej restauracji. Luksusowy styl życia Davida, Louise i dzieci zrobił na wszystkich ogromne wrażenie. Wydawało się, że Louise naprawdę znalazła swojego księcia na białym koniu i realizowała swój amerykański sen.
- Myśleliśmy, że ich życie jest idealne - przyznał przyrodni brat Louise, Billy Junior. - Kiedy tylko czegoś chcieli, zaraz to mieli. Myślałem, że są normalną, szczęśliwą rodziną.
W trakcie wizyty Elizabeth, która studiowała wówczas na Lee University w Cleveland w stanie Tennessee, zapytała, czy może spędzić z nimi lato w Fort Worth. David i Louise zgodzili się bez wahania. Kiedy wracali do domu, Elizabeth siedziała na tyłach samochodu wraz z dziećmi.
Gdy przejeżdżali przez Luizjanę, David niespodziewanie zjechał z autostrady międzystanowej. Louise oznajmiła, że jadą pograć trochę w kasynie i poprosili ją, żeby w tym czasie przypilnowała dzieci. Najpierw jednak nalegała, by nie mówiła absolutnie nikomu, że chodzą do kasyna, gdyż było to sprzeczne z zasadami ich wiary.
- Byłam w szoku - przyznała Elizabeth. - Wszyscy wychowaliśmy się w konserwatywnym i religijnym domu, w którym nam wpajano, że hazard jest grzechem.
Kilka godzin później, kiedy dzieci zasnęły na tylnych siedzeniach zaparkowanego w garażu kasyna, wrócił David. Sprawiał wrażenie bardzo zdenerwowanego, narzekając, że Louise ma poważny problem hazardowy i nie chce przestać grać, choć przegrała już poważne sumy. Następnie wrócił do kasyna, wyraziwszy nadzieję, że zostanie im dosyć pieniędzy na paliwo do Fort Worth.
Zanim Davidowi udało się ściągnąć Louise z powrotem do samochodu, upłynęło jeszcze kilka kolejnych godzin. Widać było, że kłócili się po drodze.
- Louise była wkurzona - powiedziała Elizabeth - i krzyczała: "Nie jestem dzieckiem! Przestań mi rozkazywać!".
Była nauczycielka ze szkoły średniej w Princeton, Pamela Winfrey, często wracała myślami do dnia, kiedy nierozważnie pozwoliła Louise Robinette opuścić klasę, co ta wykorzystała do ucieczki z Davidem Turpinem. Robiła regularnie zakupy w Walmarcie w Bluefield, gdzie Phyllis Robinette pracowała w tym czasie jako kasjerka.
- Wspomniałam kiedyś Phyllis, że to ja prowadziłam zajęcia w dniu, kiedy uciekła - powiedziała Winfrey. - Zapytałam ją o to. Odpowiedziała mi, że Louise pobrała się z Davidem z powodu swojego ojca. Przyznałam Phyllis, że podziwiałam ją za tę odważną decyzję o ucieczce. Ja nigdy nie zdobyłabym się na tak poważny krok.
Kiedy Elizabeth wprowadziła się pod 3225 Roddy Drive, była zachwycona możliwością ponownego obcowania z Louise. Siostry cieszyły się wspólnym spędzaniem czasu, graniem w gry planszowe, słuchaniem muzyki i oglądaniem filmów. Ale Elizabeth szybko sobie uświadomiła, jak Louise i David byli surowi dla swoich dzieci, a szczególnie dla Jennifer.
- Musiały prosić o pozwolenie, żeby pójść do łazienki - powiedziała Elizabeth. - Potrzebowały zgody, żeby cokolwiek zjeść.
Podczas swojego pobytu nigdy nie zauważyła, żeby jej siostra lub szwagier okazywali jakąkolwiek czułość swoim dzieciom. Przez całe lato Elizabeth nigdy nie była świadkiem sytuacji, w której pocałowaliby swoje dzieci lub choćby je przytulili. Nigdy nie przeczytali im książki, nie powiedzieli choć kilku słów na dobranoc, nie ułożyli do spania małego Jonathana.
Elizabeth była również zdumiona niemal rytualnymi porami serwowania posiłków przez Louise. Kiedy układała talerze na stole, przywoływała dzieci jedno po drugim, żeby się najadły. Zanim pierwszoklasistka mogła po cokolwiek sięgnąć, musiała spojrzeć matce w oczy, uśmiechnąć się i zaczekać na jej reakcję.
- Dopiero wtedy Louise mówiła: "Okej, siadaj". Mała siadała, a potem... naprawdę czekała na pozwolenie, by coś zjeść. Następnie Louise dodawała: "W porządku, możesz jeść".
Kiedy Jennifer kończyła posiłek, matka kazała jej wstać, patrzyła na nią, uśmiechała się i dopiero wtedy wysyłała ją do pokoju.
- To było jak tajny kod - powiedziała Elizabeth - przy każdym posiłku.
Jennifer i troje jej rodzeństwa gnieździli się w swoich pokojach przez dłuższy czas i nigdy nie pozwalano im na jakikolwiek kontakt z ciotką bez obecności Louise.
- Nie życzyła sobie, żebym rozmawiała z dziećmi. A im nie wolno było rozmawiać ze mną bez pozwolenia.
Louise wyjaśniła Elizabeth, że miało to na celu "ochronę" jej dzieci, ponieważ nie chciała, żeby ich religijne przekonania "zatarły się".
Choć dziewiętnastolatce nie podobał się sposób, w jaki Louise i David traktowali dzieci, nigdy nie odważyła się temu sprzeciwić.
Zauważyła również, że oboje często miewali złe nastroje. Spokojny zazwyczaj David wpadał we wściekłość przy najmniejszej nawet prowokacji.
- David tracił panowanie nad sobą, kiedy Louise zrobiła coś wbrew jego woli, i wpadał w szał - powiedziała Elizabeth. - Kiedy tam mieszkałam, nie chciał, żebyśmy robiły cokolwiek bez niego. Louise wiedziała, że lepiej będzie tego przestrzegać, jeśli jej mąż miał pozostać spokojny.
Po latach Jennifer Turpin wyznała śledczym, że ojciec wpadał we wściekłość i fizycznie atakował jej matkę. W końcu David obiecał przestać, ale nie do końca wiadomo, czy mu się to udało.
Według Ricka Rossa, specjalisty z dziedziny sekt i założyciela Instytutu Badań nad Sektami, to właśnie w Fort Worth David Turpin zaczął zmieniać swoją rodzinę w nienormalną sektę, wykorzystując do tego celu zniekształconą wersję swoich zielonoświątkowych nauk. Postrzegał siebie jako charyzmatycznego przywódcę, a Louise jako swoją zastępczynię.
W ciągu kilku kolejnych lat, kiedy ich rodzina się rozrastała, David i Louise wprowadzili w życie zestaw szczegółowych zasad i kar, wymagając od dzieci absolutnego posłuszeństwa i posłuchu. Kazali im między innymi zwracać się do siebie per "Matko" i "Ojcze".
- To, co nazywamy "praniem mózgu w obrębie sekty" jest tak naprawdę syntezą przymusowej perswazji lub reformy sposobu myślenia - wyjaśnił Ross. - Wypracowuje się techniki wywierania wpływu albo na podstawie prób i błędów, instynktownie, albo dzięki wiedzy z przeczytanych książek.
Ross przyznał, że rodzinne sekty opierały się na władzy, kontroli i dominacji.
- Ojciec chce po prostu zmienić swoją rodzinę w grupę oddanych mu osób. Nikt nie ma przy tym żadnego uzasadnionego powodu, żeby odejść. Nie jest tak, że się dorasta i opuszcza dom.
Powiedział również, że w przypadku rodziny Turpinów nie było niczego niezwykłego.
- Kto wie, z iloma tego typu przypadkami mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych? Wbrew pozorom takie sprawy nie są rzadkie, ale dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś strasznego.
Krótko po przeprowadzce do Fort Worth Elizabeth znalazła letnią pracę w miejscowym sklepie. Louise nalegała, by zawozić ją do pracy i odbierać z niej, opierając to na rygorystycznym zestawie zasad, których należy przestrzegać. Nie wolno było jej zawierać żadnych przyjaźni, korzystać z ich domowego telefonu, ani nawet mówić komukolwiek, gdzie mieszka. Wszystko wskazywało na to, że została zwerbowana do rodzinnej sekty.
- Louise była bardzo zamkniętą w sobie osobą - wyjaśniła Elizabeth. - Usłyszałam od niej, że jeśli złamię zasady, zostanę stąd wyrzucona.
Tego lata Elizabeth obserwowała Davida i Louise z bliska, poznając dziwaczną dynamikę ich relacji. Jej siostra na pozór sprawowała nad wszystkim kontrolę i podejmowała wszelkie decyzje, a David obserwował wszystko w milczeniu, siedząc z założonymi rękami. Ostatecznie Louise zawsze zwracała się do niego o zgodę.
- Nawiązywali kontakt wzrokowy, a ona pytała: "dobrze, Davidzie?". A on odpowiadał: "Dobrze" albo "No cóż...".
Elizabeth stwierdziła, że to Louise decydowała o nałożeniu kary na dzieci za jakiekolwiek naruszenie rozrastającego się regulaminu. Następnie David ją egzekwował.
Elizabeth zaczynała się czuć niekomfortowo w obliczu coraz częstszego nieodpowiedniego zachowania swojego szwagra. Zaczął nagabywać ją o byłego chłopaka, dodając, że musiało mu się bardzo podobać, kiedy szła popływać w skąpym bikini. Pewnego dnia David i Louise zaczęli dyskutować w kuchni na temat swojego związku. David przyznał, że jego żona wpadła mu w oko, gdy miała zaledwie dziesięć lat. Wtedy postanowił do niej "wystartować".
Krótko po tej rozmowie Elizabeth brała prysznic. Louise otworzyła zamek łazienki za pomocą wieszaka do ubrań. Po chwili weszła do środka wraz z mężem, żeby popatrzeć.
- To było naprawdę niestosowne - powiedziała Elizabeth. - Czułam się wtedy bardzo niekomfortowo. Weszli do środka, patrzyli, jak się kąpię, po czym kazali mi wyjść spod prysznica na ich oczach.
Kiedy zaczęła się nerwowo wycierać, jej zakłopotanie doprowadziło ich do śmiechu.
- Zaczerwieniłam się od stóp do głów - przyznała Elizabeth. - Próbowali udawać, że to tylko żart, jakby nie zrobili niczego złego.
Od tamtej pory David i Louise często podglądali Elizabeth pod prysznicem, mówiąc jej przy tym, jaka jest piękna. Choć nie podobało jej się to ani trochę, nie miała tak naprawdę żadnego wyjścia. Domagała się tylko, by David nigdy nie dotknął jej nawet palcem.
Doktor Michael Stone, psychiatra sądowy i profesor psychiatrii klinicznej z Uniwersytetu Columbia, wyjaśnił, że ofiary kazirodztwa często nie znają granic seksualnych.
- Często miewają różne seksualne anomalie - wyjaśnił. - Zostali wychowani przez ludzi, którzy naruszyli wszelkie zasady, dlatego one przestają obowiązywać. Niektórzy z nich zachowują się bardzo rozwiąźle, inni uważają, że seks jest brudny i odrażający po tym, co im się przytrafiło. Zwykle występują jakieś anomalie.
Pod koniec lata Louise odkryła, że jej siostra zaprzyjaźniła się z kolegą z pracy i regularnie jada z nim lunch. Wpadła we wściekłość. Pewnego dnia podwiozła ją do pracy, ale już jej z niej nie odebrała. Elizabeth była zaniepokojona i zadzwoniła do Louise, która nie odebrała telefonu. Kobieta spędziła noc na ławce przy pobliskim Walmarcie.
Przez trzy kolejne doby Elizabeth spała na dworze, chodząc do pracy w tym samym ubraniu. W końcu Louise odebrała telefon i natychmiast nakazała siostrze wracać do domu w Tennessee. Dopiero kiedy Elizabeth zagroziła wezwaniem policji, Louise pozwoliła jej wrócić i zabrać rzeczy.
21 maja 1997 roku Louise znów wylądowała w szpitalu Texas Health Harris Methodist, gdzie urodziła piąte dziecko, córeczkę imieniem Joy Donna. Wierzgająca nóżkami dziewczynka ważyła 3370 gramów i mierzyła 52 centymetry. Zdjęcie dziecka wydrukowano w "Fort WorthStar Telegram", w rubryce poświęconej narodzinom.
"Dziewczynkę powitało na świecie rodzeństwo, 8letnia Jennifer, 5letni Joshua, 3letnia Jessica i 18miesięczny Jonathan", napisał do gazety David.
Trzy miesiące później Jennifer otrzymała promocję do drugiej klasy w szkole podstawowej Meadowcreek. Stan jej higieny osobistej jeszcze bardziej się pogorszył.
- Śmierdziała brudnymi ciuchami i moczem - wspomniała jej koleżanka z klasy Jessica Bermejo. - Zawsze była tak samo ubrana. Chyba w ogóle tego z siebie nie ściągała.
Ale jej ciotka Teresa, która wpadła z wizytą, zapamiętała jednak rząd drogich, nigdy nienoszonych sukienek w szafie Jennifer.
- Były już dla niej za małe - powiedziała. - Nie oderwali z nich nawet metek. Widać było, że to ciuchy po 200 i 300 dolarów.
Kiedy drogie ubrania kurzyły się w szafie, Jennifer zakładała każdego dnia tę samą białą bluzkę z długimi rękawami i fioletowe spodnie.
Dziewięciolatka, która spędzała w swoim pokoju całe godziny, wydawała się również wyjątkowo nadpobudliwa - stale coś bazgrała i bawiła się włosami. Zaczęła też demonstrować niepokojące zachowania przed całą klasą.
- Dotykała swoje intymne miejsca - powiedziała Bermejo. - Nie wiem, czy czuła swędzenie. Mogło mieć to jakiś związek z brakiem higieny.
Jennifer mówiła różne rzeczy, które wywoływały ogólny dyskomfort u innych.
- Opowiadała o sprawach, które mogły wskazywać na molestowanie seksualne - uznała Bermejo. - Były to rzeczy, o których się nie mówi w jej wieku. Starałam się to ignorować.
Jared Dana pamięta, jak nauczycielka wysłała Jennifer do dyrektora za pocieranie się w intymnych okolicach, ale najwyraźniej nie podjęto żadnych działań zmierzających do wyjaśnienia, czy w jej domu występuje jakiś problem. W wydziale spraw rodzinnych i opiekuńczych nie ma żadnej wzmianki na temat Turpinów.
Kiedy Jennifer poszła do trzeciej klasy, w szkole podstawowej Meadowcreek pojawiła się wszawica, za którą ją oczywiście obwiniano.
- Byłam jedną z dziewcząt, które miały wszy - przyznała Bermejo. - To był poważny problem, bo nie byłam jedyna. Dzieciaki wołały na nią "Wszawka", bo wszyscy byli świadomi stanu jej higieny.
Taha Muntajibuddin i jego siostra Nuha również chodzili do trzeciej klasy z Jennifer i widzieli, jak źle była ona traktowana.
- Inni trzecioklasiści nieustannie ją wyśmiewali - napisał Muntajibuddin na Facebooku - bo jej ubranie wyglądało czasami tak, jakby przeciągnięto ją przez błoto. Do tego często śmierdziała.
Pewnego dnia Jennifer została poniżona, kiedy nauczycielka kazała jej wyrzucić stare sreberko od batonika Hershey, którego używała jako gumki do swoich długich, brudnych włosów.
- Pamiętam, że cała moja klasa zwijała się ze śmiechu - napisał Muntajibuddin.
Jednak pomimo tego, że dziewczyna była ofiarą ciągłych szyderstw, pozostała pogodna i przyjazna.
- Próbowała szukać znajomych - powiedziała Bermejo - ale nikt nie chciał się z nią bawić i wszyscy trzymali się od niej z daleka. Kilka razy wyciągnąłem do niej dłoń, ale sam byłem wtedy introwertykiem.
15 czerwca 1998 roku w tym samym szpitalu co zwykle, Louise urodziła szóste dziecko, Julianne Phyllis. Zdrowe dziecko ważyło 4 kilogramy i mierzyło 53 centymetry.
"Dziecko powitali jego bracia i siostry", napisano w "Fort WorthStar Telegram" obok fotografii.
Miesiąc później Louise i David z czworgiem najstarszych dzieci pojechali do Princeton w odwiedziny do rodziny. Nie był to jednak miły pobyt, a Louise nie ukrywała, jak bardzo nienawidzi tego miasteczka.
- Po raz ostatni pojechała spotkać się z rodziną - powiedziała później Elizabeth Dr. Ozowi podczas wywiadu w popularnym telewizyjnym show. - Przyznała, że nie zamierza więcej tutaj wracać. Chciała tylko, żeby mama i tata zobaczyli swoje wnuki.
Teresa uważa, że dla jej najstarszej siostry wizyta ta była traumatyczna, ponieważ powróciły do niej wszystkie koszmary z dzieciństwa.
- Bardzo cierpiała - wyjaśniła Teresa. - Sam pobyt w tym miejscu przyprawiał ją o mdłości. Wróciła dawna pogarda.
Tego dnia Louise i David postawili stopę w Wirginii Zachodniej po raz ostatni. Skończyły się również opłacane przez nich w całości odwiedziny rodziny Robinette'ów.
Kiedy nadeszło Boże Narodzenie, Turpinowie znów tonęli w ogromnych długach finansowych. Mimo że David wciąż piastował dobrze opłacane stanowisko w Lockheed Martin, regularnie jeździł z Louise do Luizjany, gdzie trwonili pieniądze w kasynach.
Wyrzucona z domu Turpinów Elizabeth porzuciła college i wyszła za mąż. W końcu pogodziła się z Louise i siostry zaczęły regularnie rozmawiać przez telefon. W trakcie tych rozmów siostra często wspominała o swojej miłości do hazardu i braku aprobaty ze strony Davida. Przyznała, że daje jej to cudownego "kopa", który nie pozwala jej przestać.
Pod koniec grudnia Elizabeth zadzwoniła do siostry na komórkę. Louise powiedziała, że robi właśnie zakupy świąteczne i że do niej oddzwoni. Zrobiła to kilka godzin później, chwaląc się, że osiągnęła limity na wszystkich kartach kredytowych i kupiła tyle, ile zdołała przed ich zablokowaniem. Powiedziała również, że David siedzi aktualnie w garażu i pakuje prezenty dla dzieci.
Po chwili oświadczyła z dumą, że zamierzają złożyć wniosek o upadłość finansową. Bank wnosił zastrzeżenia hipoteczne dotyczące nieruchomości przy Roddy Drive, a rodzina poważnie zalegała z płatnościami za hipotekę.
Kiedy Elizabeth zapytała, czy komornicy zajmą ich dom po zgłoszeniu wniosku o upadłość, Louise się roześmiała. Wyjaśniła, że choć stracą dom, zatrzymają wszystko, co kupili na kredyt. Zgodnie z przepisami będą mogli zachować również samochody, o ile zaczną spłacać długi.
Louise zapewniła wstrząśniętą siostrę, że wszystkie ich długi zostaną anulowane, nie będą więc musieli za nic płacić. Kiedy Elizabeth określiła to mianem oszustwa, Louise odparła, że robią to dlatego, żeby dzieci miały wystarczająco dużo ubrań i zabawek w przyszłości. Stwierdziła, że kieruje nimi tylko zdrowy rozsądek, który pozwala im wykorzystać system przez złożenie wniosku o upadłość.
Kiedy Elizabeth podsumowała, że dla niej jest to po prostu kradzież, Louise trzasnęła słuchawką.
Wiosną 1999 roku bank zajął nieruchomość przy Roddy Drive, a David, Louise i sześcioro dzieci zostali zmuszeni do eksmisji. Bez słowa wyjaśnienia Jennifer przestała chodzić do szkoły podstawowej Meadowcreek. Nigdy więcej nie wróciła już do publicznej placówki edukacyjnej.
- Pewnego dnia po prostu przestała przychodzić - powiedziała Jessica Bermejo. - Trochę mnie to zdziwiło. Próbowałam ją później odszukać, ale nie znalazłam żadnych informacji na jej temat. Jakby zapadła się pod ziemię.
Żadne z dzieci Turpinów nigdy więcej nie zobaczyło już wnętrza szkolnej sali, a ich Ojciec postanowił uczyć je samodzielnie. Dzięki temu uniknęli pytań na temat nietypowego stylu życia rodziny ze strony nauczycieli i innych rodziców. Louise, która odeszła ze szkoły w wieku szesnastu lat, żeby wyjść za Davida, miała od teraz zostać ich nauczycielką.
Specjalista w dziedzinie sekt Rick Ross uważa, że następnym etapem formowania się sekty było odcięcie dzieci od świata zewnętrznego i stworzenie alternatywnej karykatury takiego świata w czterech ścianach ich niestabilnego domu.
- Wykorzystał te techniki do zmanipulowania ich umysłów i stworzenia bezpodstawnych obaw związanych ze światem zewnętrznym - powiedział Ross. - A potem zakorzenił swego rodzaju zależność, posłuszeństwo i poddaństwo zgodnie z własnymi wyobrażeniami.
Ross przyznał, że choć David Turpin był bez wątpienia pomysłodawcą i przywódcą sekty, Louise chętnie szła w jego ślady.
- To przykład grupy zdominowanej przez postać patriarchalną - powiedział Ross - w której matka również ma pewne obowiązki. Ale David Turpin był w tej rodzinie bogiem. Stał się obiektem czci, a sprzeciwianie się mu było grzechem śmiertelnym. Dzieci nie miały zatem swojego życia poza tym, które on sam im stworzył.
Kiedy Turpinowie się wyprowadzili, nowi właściciele domu przy 3225 Roddy Drive byli tak przerażeni jego stanem w środku, że zdecydowali się sfotografować zastane pomieszczenia. Wewnątrz panował straszliwy fetor, a wszystkie dywany i podłogi lepiły się od brudu. Na ścianach było mnóstwo dużych, ciemnych plam, które po bliższym zbadaniu okazały się fekaliami.
7
RIO VISTA
27 lipca 1999 roku o godzinie 10:31 Louise Turpin urodziła siódme dziecko, zdrową dziewczynkę, której nadano imię Jeanetta Betty. Było to jej kolejne dziecko, które urodziła w tym samym szpitalu w śródmieściu Fort Worth.
Tydzień później w "Burleson Star" wydrukowano notkę o narodzinach, którą dumny ojciec przesłał z myślą o publikacji na stronie Zobacz, co nowego w świecie maluchów. Zaskakujące było to, że wskazano tam Turpinów jako rodziców mieszkających w Burleson w Teksasie, podczas gdy mieli tam tylko skrzynkę pocztową.
"David i Louise (Robinette) Turpinowie z Burleson ogłaszają narodziny córeczki Jeanetty Betty Turpin we wtorek 27 lipca 1999 roku. Dziewczynka waży 2806 gramów i mierzy 46 centymetrów. Na świecie powitało ją liczne rodzeństwo: Jennifer (11), Joshua (7), Jessica (5), Jonathan (3), Joy (2) i Julianne (14 miesięcy)".
Było to ostatnie zawiadomienie o narodzinach, które David i Louise kiedykolwiek wysłali do gazety.
Kilka dni po narodzinach Jeanetty rodzina Turpinów przeprowadziła się do nowego domu przy 595 Hill County Road w Rio Vista w Teksasie. Leżące sześćdziesiąt kilometrów na południe od Fort Worth miasteczko, którego najbliższym sąsiadem było oddalone o jedenaście kilometrów Cleburne, znajdowało się z dala od uczęszczanych tras. Dzięki kurczącej się wciąż populacji, liczącej wówczas 744 osoby, okazało się doskonałym miejscem ucieczki od świata.
W tej stosunkowo dużej społeczności farmerskiej wytwarzano bawełnę, siano, orzeszki ziemne i nabiał. Poszczególne gospodarstwa nierzadko dzieliły całe kilometry, a wszyscy pilnowali tam własnych interesów. Latem temperatury osiągały nieznośne wartości, a zimy były chłodne i wietrzne.
Choć Rio Vista miało swój własny system szkolny, nie zapisano tam nigdy żadnego z dziecka Turpinów. Rodzina pozostawała niezauważona.
To właśnie tam David i Louise prali mózgi swoim dzieciom, wymagając absolutnego, niepodważalnego posłuszeństwa.
Para utworzyła wokół dzieci bańkę i kontrolowała każdy aspekt ich życia. David rządził niczym król, wprowadzając rygorystyczny zestaw zasad, których należało sumiennie przestrzegać, jeśli nie chciało się narazić na straszliwe konsekwencje. Z pomocą Louise wpajał im strach przed światem zewnętrznym, żeby nigdy nie próbowali do niego uciec. Zabronił dzieciom przedstawiać się innym i mówić cokolwiek o tym, co się działo w domu, ponieważ doprowadziłoby to do skażenia całej rodziny.
- Opracował system izolacji i kontroli całego środowiska - wyjaśnił Rick Ross. - Stworzył komorę echa, w której dominowały wyłącznie jego przemyślenia i pomysły. W rezultacie cała rodzina posłusznie słuchała wszystkich jego słów.
Samo odnalezienie domu z czerwonej cegły przy Hill County Road stanowiło nie lada wyzwanie. Trasa 174 biegnąca na południe od Cleburne zmieniała się niespodziewanie w wyboistą, żwirową drogę, po obu stronach której pasły się krowy. Nowy dom Turpinów miał powierzchnię 213 metrów kwadratowych i tylko jedno piętro. Zwieńczony był skośnym, metalowym dachem, a po jednej ze stron stała przylegająca do niego duża stodoła. Za czteropokojowym budynkiem z dwiema łazienkami rozciągało się trzydzieści sześć akrów wiejskiego krajobrazu upstrzonego pojedynczymi drzewami.
Na terenie nieruchomości znajdował się sprawny szyb gazowy, dzięki któremu David Turpin otrzymywał 577 dolarów i 92 centy miesięcznie w ramach praw do wydobycia. Znajdowała się ona również w sensownej odległości od zakładu Lockheed Martin w Fort Worth, w którym wciąż pracował David.
Naprzeciwko domu Turpinów, przy Hill County Road, mieszkali Ricky Lee i Shelli Vinyardowie z dwiema małymi córkami. Kiedy Shelli zobaczyła po raz pierwszy wprowadzających się sąsiadów, widok dzieci w podobnym wieku w tak oddalonym od świata miejscu wprawił ją w doskonały nastrój.
- W okolicy nie ma nikogo - wyjaśniła Shelli. - Sama szukałam choć odrobiny rozrywki, nie wspominając o dzieciach.
Kiedy Shelli przeszła przez drogę i zastukała do drzwi Turpinów, nikt jej nie otworzył. Słyszała płaczące w środku dziecko - Jeanettę. W końcu się poddała i wróciła do domu, nie przestając się zastanawiać, co się tam mogło dziać.
- Oni byli wyjątkowo tajemniczy - powiedział jej mąż Ricky, który pracował jako drwal. - Próbowaliśmy z nimi rozmawiać, ale nie otwierali nam drzwi, choć mieszkali dosłownie naprzeciw nas.
W końcu ich dwie córki - dziesięcioletnia Ashley i młodsza od niej Barbara - zobaczyły Jennifer, Joshuę i Jessicę na zewnątrz i spróbowały się z nimi zapoznać.
- Chodzili w kółko po ulicy - wspomniała Ashley. - Joshua miał kij w ręce i uderzał nim w kamienie na drodze. Mieszkamy na wsi, więc ucieszyłam się, widząc grupę innych dzieci.
Troje dzieci Turpinów odmówiło przedstawienia się, odpowiadając tylko tajemniczo, że dziewczęta będą musiały się postarać i same odkryć ich imiona.
- Musiałyśmy więc je zgadywać - powiedziała Barbara. - I to też im się nie spodobało.
Niezależnie od tego w ciągu kilku następnych tygodni wszyscy zaprzyjaźnili się ze sobą i bawili w ogrodzie Turpinów wokół ich domu. Troje rodzeństwa przez cały czas trzymało się niezwykle blisko siebie.
- Bawiliśmy się w strumyku, który płynie obok ich domu - powiedziała Ashley. - Łapaliśmy żaby i minogi, rzucaliśmy kamieniami, jak to dzieci. Po prostu biegaliśmy jak szaleni, ciesząc się wspólną zabawą.
Jednak gdy kiedykolwiek Ashley zagadywała o ich rodziców lub dokąd chodzą do szkoły, dzieci zamykały się w sobie.
- Oni w ogóle nie rozmawiali o swoich rodzicach czy rodzinie - powiedziała Ashley. - Za każdym razem, kiedy niewinnie o to pytałam, milczeli jak zaklęci.
W ciągu dziesięciu lat, przez które Turpinowie mieszkali po przeciwnej stronie ulicy, Ashley rzadko widziała Louise czy Davida.
- Matka zawsze się skromnie ubierała. Ojciec sprawiał wrażenie władczego, ale był spokojny. Nigdy nie odezwał się ani słowem.
Ricky'ego Vinyarda również zaciekawili nowi sąsiedzi, ale szczególnie nie dziwił go fakt, że trzymają się na dystans i nie należą do zbyt przyjaznych.
- W tej okolicy każdy pilnuje czubka swojego nosa - wyjaśnił. - Mojego najlepszego przyjaciela, który też mieszka w sąsiedztwie, poznałem dopiero po czterech latach.
Ricky każdego ranka obserwował, jak David wsiada do swojego mustanga, a Louise wychodzi z niektórymi dziećmi, jedzie dużym minibusem do miasteczka i z powrotem.
- Po pracy jechali do sklepu, ale poza tym w ogóle nie wychodzili z domu. Nigdy nie spędzali czasu na zewnątrz.
Ashley weszła do domu Turpinów tylko dwukrotnie, za każdym razem tylnymi drzwiami.
- Widziałam tam klatki dla zwierząt i gazety z fekaliami leżące na podłodze. Mieli psy, koty oraz kozy i choć w domu śmierdziało kupą, to specjalnie się nie zastanawiałam, dlaczego tak jest. Mieszkaliśmy na wsi, więc zwierzęta w środku nie były niczym nadzwyczajnym.
Nigdy jednak nie pozwolono jej przejść obok kuchni i jadalni do pokoi dziecięcych. Choć dzieci Turpinów były "naprawdę przyjazne", natychmiast milkły, kiedy tylko zauważyły Matkę na zewnątrz. Najwyraźniej zabroniono im również kiedykolwiek przechodzić w pobliżu domu Vinyardów.
- Kiedy tylko znaleźliśmy się bliżej naszego domu - powiedziała Ashley - natychmiast zawracali i szli do siebie. Nie chcieli przejść na naszą stronę. Przez cały czas bawiliśmy się wyłącznie na ich podwórzu.
Kiedy konieczne było przejście obok działki Vinyardów, dzieci Turpinów wybierały długą, okrężną drogę, żeby tego uniknąć. Wchodziły na wzgórze na skraju ich nieruchomości, po czym schodziły w dalszej części Hill County Road.
Pewnego dnia Shelli Vinyard zauważyła Jennifer i Jessicę idące ulicą. Podeszła do nich i przedstawiła się jako mama Ashley i Barbary. Potem zapytała je o imiona.
- I zrobiło się dziwnie - przyznała. - Starsza powiedziała coś w rodzaju: "Jeśli zwróci pani uwagę na to, co mówimy, to może uda się pani odgadnąć nasze imiona". Młodsza odwróciła się i zawołała: "Nie! Proszę tego nie robić!". Wyglądała na wystraszoną, jakby groziły jej jakieś kłopoty.
Następnego dnia, kiedy Ashley poszła się pobawić, Louise otworzyła drzwi. Najwyraźniej dowiedziała się, że Shelli zaczęła zadawać pytania. Oznajmiła, że nie wolno im już więcej przychodzić na ich podwórko i się bawić, po czym zamknęła drzwi.
- Pomyślałam sobie: "Wow, nie mogę się już bawić z moimi przyjaciółmi" - wspomniała Ashley. - Mieszkaliśmy daleko na wsi i to były jedyne dzieci, z którymi mogliśmy się pobawić. A teraz nam tego zabroniła.
Następnego dnia Ashley wróciła i zapukała do drzwi wejściowych z nadzieją, że otworzy je jedno z dzieci Turpinów i wyjaśni jej, co się dzieje.
- Pukałam i pukałam, ale nikt mi nie otworzył.
Zajrzała przez okno i zobaczyła zapłakaną małą Jeanettę leżącą w kojcu.
- Nikogo więcej tam nie było. Dziecko leżało przez wiele godzin, całą noc i cały dzień, bez żadnej opieki.
Od kiedy rodzina znalazła się na odludziu, nadużycia Matki i Ojca wobec ich siedmiorga dzieci przybrały na sile. To, co zaczęło się od ich zaniedbywania w Fort Worth, zmieniło się w oparty na agresji koszmar w ciągu następnej dekady w Rio Vista.
- Na początku były uderzenia na odlew i mocniejsze ciosy oraz rzucanie po pokoju - powiedział prokurator okręgowy Kevin Beecham. - Potem posługiwano się do tego paskami.
Początkowo Matka i Ojciec bili dzieci skórzaną końcówką paska należącego do Davida, a kiedy nieposłuszeństwo było poważniejsze, zamieniali końce, żeby skorzystać z metalowej klamry. Następnie zaczęli używać drewnianej łopatki lub wiosła. Karane dziecko miało obowiązek zdjąć majtki i położyć się na łóżku. Potem uderzenia wiosłem spadały na dolną część pleców, pośladki i górną część ud.
Po latach najstarszy syn Joshua opisał bicie wiosłem jako "najgorsze z najgorszych".
Jeśli i to nie przynosiło efektów, Matka i Ojciec używali czegoś, co Joshua nazwał "przełącznikiem" - metalowego pręta do namiotu owiniętego włóknem szklanym z żelaznymi końcówkami. Biciem parali się oboje rodzice, jednak Joshua modlił się, by robiła to Matka, ponieważ nie miała tyle siły co Ojciec. Na skutek tych barbarzyńskich kar dzieci często były ranne i płakały z bólu.
Ale nikt ich nie słyszał.
Rodzice ustanowili surowe zasady, które były ponoć oparte na wierze religijnej zielonoświątkowców, w której David i Louise zostali wychowani. W religii tej nie było jednak niczego, co zabraniałoby mycia się i brania prysznica.
- Żadnej z ofiar nie pozwalano się myć częściej niż raz do roku - powiedział prokurator okręgowy hrabstwa Riverside Mike Hestrin. - Jednym z powodów nałożenia kary było mycie przez dzieci rąk powyżej nadgarstków, co wiązało się z oskarżeniem o "zabawę w wodzie". Za karę przykuwano je łańcuchami.
Specjalista w dziedzinie sekt Rick Ross powiedział, że te nienaturalne kary wynikały z potrzeby kontrolowania dzieci przez Davida Turpina.
- Ojciec wprowadził pewną filozofię, ale nie miała ona nic wspólnego z religią. Religia zielonoświątkowców miała niewielki - o ile jakikolwiek - związek z tym, co robił.
Shelli Vinyard pamiętała, że ręce dzieci Turpinów były zupełnie białe w porównaniu z ich szczupłymi ramionami.
- Wszystko poza dłońmi było brudne - powiedziała. - Tylko one pozostawały czyste.
Niedługo po przeprowadzce David zaadaptował salon do roli sali szkolnej, ustawiając tam osiem biurek. Jego rodzice, James i Betty Turpinowie, którzy kilkakrotnie przyjechali do domu przy Hill County Road, stwierdzili, że ich wnuki podlegają "bardzo rygorystycznemu obowiązkowi szkolnemu", ucząc się na pamięć fragmentów Biblii. Starszym udało się nawet zapamiętać całą księgę.
Prokurator przyznał, że niektóre dzieci Turpinów ledwie czytały i pisały, ucząc się z edukacyjnych plakatów z literami alfabetu i cyframi. Na ścianie wisiały też arkusze z podręczników fonetyki i religijne plakaty.
Dwudziestodziewięcioletnia Jennifer, która jako jedyna ukończyła trzy klasy szkoły publicznej, starała się uczyć rodzeństwo tego, co sama już wiedziała, ale zgodnie z raportem prokuratorskim opublikowanym po latach, tylko niektóre spośród nich znały pierwszą połowę alfabetu.
Dzieci były tak fatalnie karmione, że ich rozwój się zatrzymał, przez co cierpiały na ciągłe urazy fizyczne i poznawcze. Pojawiły się również pytania, czy David i Louise zmuszali je do poszczenia.
Szesnaście lat później Randy, brat Davida, który był wówczas prezesem Valor Christian College w Columbus w stanie Ohio, opublikował na własną rękę książkę pod tytułem Dni modlitwy i postu.
"Modlitwa i post idą ramię w ramię", napisał. "Poszczenie to dobry sposób na otwarcie serc dla Ducha Świętego i ujawnienie obszarów pychy. Rozpoznanie i wyeliminowanie pychy jest kluczem do wprowadzenia Boga do swojego życia".
Randy twierdził, że po trzech dniach poszczenia ludzie przestają odczuwać głód i są bardziej wyczuleni na obecność Boga.
Sam post zdefiniował jako "dobrowolne pozbawienie się fizycznego pokarmu dla wypełnienia celu duchowego, co pozwala zniszczyć cielesne żądze". Ostrzegał również, że "cielesny apetyt" oddala nas od Boga.
Książka zawierała również plan trzytygodniowego postu wraz z dziennikiem, który należy wypełniać każdego dnia.
"Nauczcie się, jak radzić sobie z uczuciem głodu", napisał. "W tym celu miejcie pod ręką notatnik. Sporządzając listę posiłków i przekąsek, za którymi tęsknicie, oddalacie od siebie myśli i pragnienia. Kiedy to spisujecie, to tak, jakbyście sobie powtarzali: "Mogę o tym pomyśleć innym razem"".
Z raportu prokuratora wynika, że mniej więcej w tym samym czasie David i Louise zaczęli przygotowywać dzienniki dla dzieci, zachęcając ich do sporządzania codziennych notatek. Nie ma jednak bezpośrednich dowodów na to, że diety głodowe dzieci miały jakikolwiek związek z praktykami religijnymi zielonoświątkowców czy wpływem ze strony ich wuja.
W listopadzie 2000 roku Louise urodziła ósme dziecko, Jordan.
David zaczął się parać pracą na farmie. Kupił trochę bydła, kur, kóz i trzy wielkie świnie, jednak te ostatnie były wciąż nienasycone i terroryzowały okolicę w poszukiwaniu pożywienia.
- Te świnie były ogromne, miały ze sto czterdzieści kilo każda - wspomniał Ricky Vinyard. - Wciąż im uciekały, bo nie dawali im jeść.
Wielokrotnie po ucieczce trzody Vinyard przechodził przez ulicę, żeby ostrzec Davida.
- Pukałem do drzwi bez końca - powiedział. - Nigdy nikogo nie zastałem. Ci ludzie nie życzyli sobie jakiegokolwiek kontaktu z drugim człowiekiem.
Pewnego dnia przed domem Turpinów stanął wielki kontener, do którego zaczęli wyrzucać śmieci. W ciągu kilku kolejnych lat ich zaniepokojeni sąsiedzi obserwowali, jak sterta staje się coraz wyższa, aż pojawiło się ryzyko, że zawartość spadnie komuś na głowę.
Podczas gdy wszyscy sąsiedzi dbali o swoje działki, koło 595 Hill County Road aż żal było przejeżdżać.
- Mieli tam potężny bałagan - powiedział Ricky - ale nie robili z tym zupełnie nic. Nawet nie tknęli trawnika. Gnieździli się tylko w swoim domu.
Niemniej Vinyard często widywał swojego sąsiada używającego broni na zewnątrz. Pewnego dnia obserwował z przerażeniem, jak Turpin ustawił puszkę na podjeździe i zaczął do niej strzelać.
- Przyłapałem go stojącego na podjeździe i strzelającego z pistoletu w kierunku drogi - powiedział Vinyard. - Nie powiem, trochę mnie to przeraziło.
Kiedy Matka zakazała dzieciom bawić się z Ashley i Barbarą, rodzina weszła w tryb pełnej izolacji. Rodzeństwo zaczęło sypiać w ciągu dnia, a z pokoi wolno im było wychodzić tylko do toalety i pojedynczo do kuchni, żeby coś zjeść. Ponoć pozwalano dzieciom myć zęby, ale żadne z nich nigdy nie spotkało się ze stomatologiem.
- W nocy w domu Turpinów paliły się wszystkie światła - wspomniała Ashley - ale zasłony były zasłonięte. W tym budynku przez cały dzień panowała absolutna cisza.
Każdej nocy słyszała Turpinów bawiących się na tyłach, gdzie nie mogła ich zobaczyć, ale z czasem dzieci wychodziły coraz rzadziej.
- Funkcjonowali w godzinach nocnych - powiedziała Shelli. - W ciągu dnia panował tam kompletny bezruch. Zaczynało mnie to niepokoić. Działo się tam coś niedobrego. Coś było nie tak.
Vinyardowie często zastanawiali się nad powiadomieniem odpowiednich organów w związku z podejrzeniem nadużyć, jednak Ricky za każdym razem miał wątpliwości.
- Dyskutowaliśmy na ten temat - powiedział - i ostatecznie nie chcieliśmy mieć z nimi problemów. Wiedziałem przecież o jego pistolecie.
WSTĘP
Straszliwe czyny, których dopuścili się David i Louise Turpinowie wobec trzynaściorga swoich dzieci, i za które postawiono im zarzuty, budzą ogólne przerażenie. Kiedy prokurator okręgowy hrabstwa Riverside Mike Hestrin po raz pierwszy na konferencji prasowej powiadomił o deprawacji, do której posunęła się owa para, dech w piersiach zaparło nawet najbardziej zatwardziałym dziennikarzom.
Turpinowie, którzy kazali swoim dzieciom zwracać się do siebie "Matko" i "Ojcze", najwyraźniej nie uświadamiali sobie wielkości urazów psychicznych i fizycznych, które zadawali. Zgodnie z dokumentacją sprawy Louise fizycznie maltretowała dzieci i przykuwała je do łóżek na całe miesiące. Kiedy one cierpiały z głodu, kobieta wraz z Davidem jadała w dobrych restauracjach.
Mimo że Louise wychowywała się w społeczności Kościoła zielonoświątkowców, wciąż pozostaje tajemnicą, w jaki sposób nauki wspólnoty mogły pchnąć ją w ramiona obłędu. Najbardziej przerażający jest fakt, że Turpinowie przez cały ten czas się nie wychylali, mieszkali w przyzwoitej dzielnicy otoczeni tak samo przyzwoitymi sąsiadami. Nikt nigdy nie zgłosił niczego niepokojącego.
David Turpin złożył oficjalnie dokumenty do Departamentu Edukacji Kalifornii, aby móc prowadzić zajęcia szkolne w domu. Żaden z przedstawicieli organów władzy nigdy jednak nie sprawdził, czy ów samozwańczy nauczyciel rzeczywiście zajmuje się nauką domową.
Kilkanaście lat temu napisałem książkę Sprawa Josefa Fritzla, przerażającą opowieść o austriackim potworze, który więził swoją córkę Elizabeth przez ponad dwadzieścia lat. W tym czasie córka urodziła mu siedmioro dzieci. W 2010 roku w książce Lost and Found opisałem, jak Phillip Garrido i jego żona Nancy porwali jedenastoletnią Jaycee Lee Dugard i przetrzymywali ją przez osiemnaście lat w Antioch w Kalifornii, nie dalej niż czterdzieści kilometrów od pełnego cierpienia domu Turpinów.
Następnie w 2013 roku w reportażu Zaginione dziewczyny, opisałem tak zwane porwania z Cleveland, gdzie niejaki Ariel Castro uprowadził z ulicy trzy dziewczynki i zmienił je w seksualne niewolnice na ponad dziesięć lat. Podobnie jak Jordan Turpin pięć lat później, Amanda Berry zaryzykowała życiem, uciekając, by wezwać pomoc i uratować pozostałe dziewczęta.
Założyciel Instytutu Badań nad Sektami Rick Ross powiedział mi kiedyś: "Kto wie, z iloma tego typu przypadkami mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych? Wbrew pozorom takie sprawy nie są rzadkie, ale dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś strasznego".
Niniejsza książka jest owocem wielomiesięcznych badań nad życiem Davida i Louise Turpinów. Pracę nad nią rozpocząłem w Princeton w Wirginii Zachodniej, podążając ich śladami od samego początku. Następnie udałem się za nimi na Zachód do Fort Worth i Rio Vista w Teksasie, gdzie przebywali z prawie całą gromadką swoich dzieci. Ostatecznie osiedli w Perris w Kalifornii.
PROLOG
Około godziny 5:30 nad ranem, w chłodny, niedzielny poranek siedemnastoletnia Jordan Turpin i jej trzynastoletnia siostra Jolinda wymknęły się na dwór przez okno sypialni na parterze. Kiedy przechodziły na palcach przez podwórze w kierunku Muir Woods Road w Perris w Kalifornii, na zewnątrz wciąż panował mrok.
Obawiające się o swoje życie dwie zabłąkane dziewczynki minęły domy sąsiadów i skręciły w Presidio Lane. Niespodziewanie mała Jolinda straciła pewność siebie i nie znalazła w sobie tyle odwagi, żeby pójść dalej. Uciekła z powrotem do domu i przez okno wróciła do sypialni. Jordan została sama.
Od momentu przeprowadzki do Perris, trzy i pół roku wcześniej, Jordan rzadko przebywała na zewnątrz i nie znała najbliższej okolicy. Wraz z dwanaściorgiem rodzeństwa przez całe swoje życie była w domu więźniem. Strażnikami więziennymi byli dla nich rodzice, którzy utrzymywali dyscyplinę w domu, stosując wobec swoich "pociech" tortury i przemoc.
Dzieci walczyły z potwornym głodem, pozwalano im na tylko jedną kąpiel w ciągu roku, musiały nosić miesiącami te same cuchnące ubrania. Choć oficjalnie podlegali domowemu obowiązkowi szkolnemu, wiele spośród rodzeństwa Jordan w wieku od dwóch do dwudziestu dziewięciu lat ledwie uzyskało edukację na poziomie pierwszej klasy podstawówki i dysponowało tylko elementarnymi umiejętnościami.
Jordan planowała swoją ucieczkę od ponad dwóch lat. Kilka miesięcy wcześniej Ojciec, który pracował na stanowisku inżyniera, został przeniesiony do Oklahomy. W styczniu 2018 roku rodzina była już spakowana i gotowa do przeprowadzki. Dziewczyna uznała, że lepszej okazji już nie będzie. W końcu udało się jej znaleźć niezbędny sprzęt do realizacji planu: stary, nieaktywny telefon komórkowy, który kiedyś dał jej brat. Nastolatka usłyszała niegdyś o możliwości wezwania pomocy z zewnątrz. Modliła się, żeby urządzenie wciąż było w stanie nawiązać połączenie ze służbami ratunkowymi.
O 5:51, drżąc ze strachu, Jordan wybrała numer 911 i skontaktowała się ze światem zewnętrznym.
Położone sto dziesięć kilometrów na południowy wschód od Los Angeles miasteczko Perris słynie ze swojej rodzinnej społeczności, a także z dostępu do dobrych szkół i bezpiecznych ulic. Muir Woods Road to ulica otoczona rzędami domów z wypielęgnowanymi trawnikami pełnymi krasnali ogrodowych. Ich mieszkańcy wprost puchną z dumy na myśl, że mogą mieszkać w takim miejscu.
Nieruchomość oznaczona numerem 160 nie różniła się absolutnie niczym od pozostałych budynków w sąsiedztwie. Był to wówczas idealny dom w nowej, modnej dzielnicy Monument Park, kiedy David i Louise Turpinowie wraz z ich dwanaściorgiem dzieci przyjechali tam po raz pierwszy w maju 2014 roku. Byli jedną z pierwszych rodzin, które wprowadziły się do tej okolicy.
Przez następne cztery lata Turpinowie rzadko wychodzili z domu, nie licząc wypadów po odbiór poczty z lokalnej skrzynki. Trzymali się raczej na uboczu.
- Nikt nie wiedział, że mają dwanaścioro dzieci - powiedziała Lindsay Gatlin mieszkająca kilka numerów dalej. - Myślałam, że jedno, góra dwoje.
Pięćdziesięciosiedmioletni David Turpin w istocie wyróżniał się na tle pozostałych mieszkańców ze swoimi farbowanymi blond włosami w stylu Kapitana Kangaroo. Sąsiedzi wiedzieli, że pracował jako inżynier lotnictwa w Northrop Grumman oraz że zarabiał rocznie sześciocyfrową kwotę. Świadczyła o tym lśniąca flota, składająca się z trzech samochodów i piętnastoosobowego busa na podjeździe.
Za zamkniętymi drzwiami istniał jednak zupełnie inny świat. David i jego czterdziestodziewięcioletnia żona Louise zmienili dom w brudny, cuchnący loch, w którym przetrzymywali swoje dzieci. Nalegali, żeby zwracano się do nich per "Matko" i "Ojcze", jak w biblijnych czasach.
Dzieciom przysługiwał jeden pokój na cztery osoby. Były poważnie niedożywione, często bite i przypinane łańcuchami do mebli, czasami na całe miesiące. Czynności podlegające karze obejmowały mycie się powyżej nadgarstków (tak zwana zabawa wodą), kradzież jedzenia, bawienie się zabawkami czy nawet wyglądanie na zewnątrz przez żaluzje.
Dzieci żyły w świecie mroku, śpiąc w trakcie dnia i czuwając w nocy. Ich jedyny posiłek w ciągu dnia był zawsze taki sam. Składał się z kanapek z masłem orzechowym lub kiełbasą oraz burrito. Najstarsza z rodzeństwa, dobiegająca trzydziestki Jennifer, ważyła zaledwie trzydzieści sześć kilogramów.
Na święta Bożego Narodzenia dwudziestopięcioletni Joshua dostał nowy telefon komórkowy, co sprawiło, że swój stary, już nieaktywny, oddał swojej siostrze Jordan. Przyjaciółka, z którą dziewczyna rozmawiała przez internet, powiedziała jej, że mimo tego może zadzwonić na numer alarmowy.
Aby udowodnić okrucieństwo, które miało miejsce w domu, Jordan w tajemnicy zrobiła telefonem dwa zdjęcia swoich młodszych siostrzyczek przykutych do łóżek i siedzących we własnych odchodach. Zabrała również kawałek koperty z nadrukowanym adresem ich domu, ponieważ go nie znała.
- 911, w czym mogę pomóc? - zapytała operatorka numeru alarmowego Kelly Eckley.
- Proszę posłuchać - powiedziała Jordan, ledwie łapiąc dech z wrażenia. - Mieszkam z piętnastoosobową rodziną, a rodzice stosują wobec nas przemoc. Robią nam krzywdę, a moje dwie młodsze siostry są w tej chwili przykute łańcuchami. Zakuwają nas w nie za każdym razem, kiedy zachowamy się niewłaściwie.
Wysokim głosem dziecka Jordan opowiedziała kobiecie, że nie mogła już dłużej słuchać, jak jej siostrzyczki płaczą przez całą noc z bólu, ciasno przykute przez rodziców do łóżek.
- Budzą się w nocy, zaczynają płakać i proszą mnie, żebym kogoś wezwała - dodała. - Chciałam zadzwonić do was wszystkich i prosić o pomoc dla moich sióstr.
Wstrząśnięta operatorka, która założyła, że ma na linii małe dziecko, zapytała ją o nazwisko.
- T-U-R-P-E-N - przeliterowała Jordan, popełniając przy tym błąd.
Zapytana o adres, dziewczyna odczytała liczby z zabranego skrawka koperty: 925707774, kod pocztowy oraz trzycyfrowy numer oznaczający ich konkretny dom.
Eckley zapytała ją, czy przebywa w pobliżu domu.
- Chyba tak - odparła. - Nigdy stamtąd nie wychodziłam. Nieczęsto mam taką okazję, więc nie wiem nic na temat ulic czy czegokolwiek.
Przez następne dwadzieścia minut Jordan spokojnie opisywała nieludzkie okrucieństwo, którego dopuścili się względem nich rodzice.
- Mój tata ma chyba broń - powiedziała w pewnym momencie, dodając, że jej nie widziała, ale słyszała, jak rodzice o niej rozmawiali.
Kiedy operatorka spytała, czy dzieci chodzą do szkoły, Jordan zaprzeczyła.
- Nasza matka mówi ludziom, że mamy prywatne nauczanie w domu - wyjaśniła. - Ale tak naprawdę wcale się nie uczymy. Nie skończyłam pierwszej klasy, a mam siedemnaście lat.
Eckley zapytała, czy w domu są dostępne jakiekolwiek medykamenty. Jordan odpowiedziała jej, że nie ma pojęcia, co to są medykamenty.
Przerażona tym wszystkim, co usłyszała, Eckley spytała o miejsce, w którym przebywa jej matka, ale Jordan wyjaśniła, że nie wie zbyt wiele na jej temat.
- Ona nas nie lubi - oznajmiła drżącym głosem. - W ogóle nie spędza z nami czasu. Zajmuje się tylko sobą. Moja matka jedynie daje nam jedzenie, ale nigdy nie rozmawiamy.
Podała wiek swojego rodzeństwa, dodając przy tym, że jedyne dziecko, którym matka się zajmuje to dwulatka.
Jordan powiedziała operatorce, że w domu jest taki bałagan, że kiedy się budzi, trudno jest jej oddychać z powodu smrodu. Chcąc złapać odrobinę świeżego powietrza, uchyla okno, choć ryzykuje tym pobicie, gdyby została przyłapana.
- W ogóle się nie kąpiemy - wyjaśniła rzeczowo Jordan. - Nie wiem, czy nie powinniśmy pójść do lekarza.
Zapytana o to, kiedy kąpała się po raz ostatni, dziewczyna zawahała się.
- Ech, nie wiem - odparła. - Prawie rok temu. Czasami czuję się taka brudna, że myję twarz i włosy w zlewie.
Jordan wyjaśniła operatorce, że jej rodzeństwo zostało uwięzione w domu przez Matkę i Ojca.
- Oni nie pozwalają się nam wyprowadzić - dodała. - Niektórzy z nas są gotowi podjąć pracę, ale usłyszeliśmy, że nie ma na to żadnych szans.
Po zakończeniu rozmowy na numerze alarmowym funkcjonariusze z Biura Szeryfa w hrabstwie Riverside pospiesznie udali się na miejsce, gdzie czekała już na nich policja z Departamentu Policji w Perris.
Kiedy zobaczyli po raz pierwszy Jordan, pomyśleli, że mają do czynienia z dziesięciolatką. Nawet doświadczeni stróże prawa byli wstrząśnięci, czując od niej fetor i widząc warstwę czarnego brudu na jej skórze. Kiedy pokazała im zdjęcia z telefonu komórkowego przedstawiające jej dwie przykute do łóżek siostry, bez wahania pojechali prosto na Muir Woods Road pod numer 160.
Kiedy Louise Turpin usłyszała głośne pukanie do drzwi i zobaczyła migające światła policyjnych radiowozów, natychmiast nakazała rozkuć obie dziewczynki. Starsza siostra pobiegła do ich sypialni, otworzyła kłódki i wrzuciła łańcuchy do szafy.
Jedenastoletnia Julissa, która była przykuta do łóżka, powiedziała później śledczym, że kiedy usłyszała pukanie i zobaczyła błyskające światła, natychmiast pomyślała, że Jordan się powiodło i że wkrótce będą wolne.
Kiedy w końcu zostały otwarte drzwi wejściowe, funkcjonariusze wpadli do środka. Odór był przytłaczający, w ogóle nie byli przygotowani na horror, który zastaną wewnątrz. Jeden z policjantów miał założoną kamerę, którą rejestrował całą akcję.
W jednym z pokoi znaleźli Jonathana Turpina, wciąż przykutego łańcuchem. Kiedy go uwolnili, zaczął się zachowywać tak, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Jego dwie młodsze siostry, które właśnie zostały uwolnione, miały na brudnej skórze wyraźne, białe ślady w miejscach, gdzie znajdowały się łańcuchy.
Pozostała dziewiątka, cuchnąca ludzkimi odchodami, siedziała stłoczona w innych pokojach. Wszystkie dzieci były straszliwie zaniedbane, śmierdzące i wycieńczone.
- Było tam niezwykle brudno - potwierdził kapitan Greg Fellows z Biura Szeryfa - a warunki były nieludzkie.
Całe to zamieszanie wybudziło ze snu Araceli Olozagaste, która mieszkała po przeciwnej stronie ulicy. Wyjrzała przez zasłony i zobaczyła policjantów wyprowadzających Davida i Louise Turpinów z ich domu. Jej sąsiedzi byli zakuci w kajdanki. David wykrzykiwał coś chaotycznie, a na twarzy Louise nie malowały się żadne emocje.
- Kaszlała tylko - powiedziała Olozagaste. - Zachowywała się dość dziwnie, kiedy rozmawiał z nią policjant. Uśmiechała się do niego ironicznie. Potem dwukrotnie splunęła na ziemię.
1
KING TURPIN
Zgodnie z panującą w rodzinie wiedzą, David Turpin zadurzył się po raz pierwszy w Louise Robinette, kiedy miała dziesięć lat. On skończył wtedy siedemnaście. Chuderlawy, mierzący sto osiemdziesiąt centymetrów chłopak okazywał nieśmiałej dziewczynie spore zainteresowanie. Ich zaloty sprowadzały się do potajemnego trzymania się za ręce podczas burzliwych mszy zielonoświątkowców w Kościele Bożym w Princeton w Wirginii Zachodniej, w których uczestniczyły ich rodziny.
Dwa lata później drobna siódmoklasistka oznajmiła swojej babce, że pewnego dnia wyjdzie za Davida i że urodzi mu dwanaścioro dzieci.
Niemal pół wieku wcześniej dziadek Davida, wielebny King Turpin Junior, również zakochał się w szesnastolatce, od której był niemal dwukrotnie starszy. Zaledwie dwa miesiące po tym jak Nellie, posłuszna i obowiązkowa matka jego ośmiorga potomków, zmarła w trakcie porodu bliźniąt, Turpin ożenił się z opiekunką ich dzieci, Berthą Lee Church.
Dzień po Bożym Narodzeniu w 1932 roku charyzmatyczny pastor zielonoświątkowców zawarł umowę z ojcem opiekunki: postanowił zamienić Berthę na jego nowego Studebakera Big Six.
- Ojciec wymienił mnie na samochód - przyznała po latach. - King powiedział, że gdyby nie dał mojemu ojcu auta, nie miałby mnie.
W ciągu następnych osiemnastu lat Bertha urodziła mu jeszcze jedenaścioro dzieci. Łącznie było ich więc dziewiętnaścioro, choć pięcioro zmarło w okresie niemowlęcym.
Niewielki fizycznie wielebny King Turpin Junior był niezwykłą ikoną familii Turpinów. Starszy brat Davida, wielebny Randolph "Randy" Turpin, był rodzinnym genealogiem, który w 2010 roku napisał i samodzielnie wydał biografię ich dziadka A Man Called King. Miała ona stać się inspiracją dla wszystkich przyszłych pokoleń Turpinów.
Urodzony w 1903 roku w Chattanooga w stanie Tennessee "Little King", jak go nazywano, dorastał w ubogim domu, w którym nie stroniono od przemocy. Jego bystry ojciec King Turpin Senior utrzymywał surową dyscyplinę i wpadał we wściekłość w reakcji na najmniejszą prowokację. Ganiał psotnego chłopaka i jego młodszą siostrę Minnie wokół domu, wymachując rozgrzanym do białości pogrzebaczem lub rzucając w nich kamieniami. Kiedy udawało mu się ich złapać, stosował wobec nich brutalne kary.
Pewnego razu ukarał ich, zabierając im jedyną parę butów i tym samym zmuszając dzieci do chodzenia na boso po wiejskiej okolicy. W niedziele oddawał im je na czas mszy, by uniknąć plotek wśród sąsiadów. Jednak tuż po powrocie do domu konfiskował je ponownie na cały tydzień, tłumacząc, że mogą odzyskać obuwie wtedy, kiedy nauczą się posłuszeństwa.
King Turpin Senior często zostawiał dwoje swoich dzieci w domu na całe tygodnie, podczas gdy on wałęsał się po całym Tennessee, imając się różnych zajęć, żeby zarobić na życie.
- Żyliśmy praktycznie sami - stwierdziła wiele lat później Minnie. - Jakoś udawało się nam przetrwać, ale było to bardzo ciężkie życie.
Po jednym z wyjątkowo dotkliwych pobić Little King i Minnie uciekli od agresywnego ojca. Pod dach przyjął ich przyjaciel rodziny, który niedługo później zadzwonił do Kinga Seniora, żeby mógł odebrać swoje dzieci.
W 1915 roku, kiedy Little King skończył dwanaście lat, doszło do interwencji ze strony opieki społecznej stanu Tennessee. Pracownicy tej instytucji zastali dwoje dzieci Turpina mocno zaniedbanych, w związku z czym zapadła decyzja o umieszczeniu ich w oddzielnych sierocińcach w Chattanooga. Little Kinga wkrótce przekazano pod opiekę wuja, jednak Minnie nie miała tyle szczęścia. Spędziła w sierocińcu dwa lata, po czym trafiła do innego bliskiego członka rodziny i zaszła w ciążę w wieku trzynastu lat.
Po ukończeniu osiemnastego roku życia King Turpin Junior przeprowadził się do Knoxville, gdzie znalazł pracę na plantacji bawełny. W sierpniu 1921 roku ożenił się z Nellie Griggs, która wkrótce urodziła mu córkę Agnes. King Junior przeniósł się z całą rodziną do Lynch w stanie Kentucky i przebranżowił się na górnika. Niedługo później Agnes zmarła niespodziewanie, połykając przez przypadek karbid, którego jej ojciec używał jako paliwa do swojej górniczej lampki na kasku.
Jak głosi rodzinna legenda, King Turpin Junior w cudowny sposób dołączył do wyznawców Kościoła zielonoświątkowego, co miało miejsce w trakcie spotkania modlitewnego w Lynch. Usłyszał nagle donośny głos z niebios, który zawołał: "Nadchodzi! Nadchodzi! Nadchodzi!".
- W tym momencie - jak wyznał jego wnuk Randy - moc Ducha Świętego spłynęła na niego od stóp do głów, dzięki czemu zaczął mówić różnymi językami.
Po owym objawieniu King Junior został laickim kaznodzieją, który schodził w głąb kopalni w towarzystwie Nellie i swojego banjo, by głosić prawdę ewangelii zielonoświątkowej.
Para doczekała się jeszcze dwóch synów, Jamesa Jacksona i Roberta, którzy urodzili się rok po roku. W 1927 roku Nellie urodziła Kingowi czwarte dziecko, Williego, który dwanaście miesięcy później zmarł na zapalenie żołądkowojelitowe. Na świadectwie śmierci dziecka lekarz zamieścił następującą adnotację: "Rodzice nigdy nie podawali dziecku żadnych leków, ponieważ wierzyli w siłę boskiego uzdrowienia".
King Junior zabrał swoją ciągle rosnącą rodzinę do Arizony, gdzie został pastorem Kościoła Bożego, radykalnej sekty zielonoświątkowców, która wierzy, że Biblia jest bezpośrednim zapisem słów Boga. Wyznawcy tejże instytucji, założonej w 1886 roku, wierzyli w chrzest od Ducha Świętego, który manifestował się umiejętnością mówienia w wielu językach. King Junior często rezygnował z prowadzenia nabożeństw po angielsku, wierząc, że robi to dzięki namaszczeniu przez Ducha Świętego.
- Dar języków i dar tłumaczenia były często manifestowane - powiedział Randy, który został wyświęcony na biskupa w Kościele Bożym.
W swojej książce Randy wspomina wczesne nabożeństwa kościelne, w trakcie których jego dziadek mówił w danym języku, a następnie przechodził na zupełnie inny, po czym tłumaczył oba na angielski. Jeden z poliglotów należących do kongregacji wstał i oświadczył, że wielebny Turpin doskonale posługuje się hiszpańskim i greką, językami, których akurat nie znał.
W 1932 roku wielebny King Turpin Junior znów przeprowadził się ze swoją liczną rodziną. Tym razem o trzy tysiące dwieście kilometrów na wschód, do Rock House Mountain w południowej części Wirginii Zachodniej. Niedługo po przybyciu na miejsce Nellie zmarła w połogu, a Turpin bezzwłocznie poślubił szesnastoletnią Berthę Lee Church.
Trzynaście miesięcy później nowa żona urodziła mu syna, Jamesa "Jima" Randolpha Turpina - ojca Davida i Randy'ego.
W ciągu kilku kolejnych lat King Junior przenosił się z rodziną do różnych miejsc w Wirginii Zachodniej, dalej prowadził nabożeństwa w wielu Kościołach zielonoświątkowych i pracował jako górnik. W swoim domu w McDowell urządził coś na kształt domowej kaplicy, do której zapraszał na spotkania modlitewne wszystkich sąsiadów.
- Wszyscy klękali, by się pomodlić - napisał Randy w swojej biografii. - King i Bertha bardzo często mówili w różnych językach, tłumaczyli je, a proroctwa... demonstracje boskiej mocy stanowiły część ich codziennego życia.
Jim Turpin wychował się w otoczeniu wyznawców religii zielonoświątkowej, którą praktykuje do dziś.
- Jak tylko sięgam pamięcią - powiedział - zawsze kochałem Jezusa.
Przez całe swoje dzieciństwo Jim brał udział w nabożeństwach organizowanych przez swoich rodziców. W wieku dwudziestu lat usłyszał, jak jego ojciec wygłasza wiadomość w różnych językach. Zaraz po tym dodał tłumaczenie wraz ze specjalnym przekazem dla Jima: "Wkrótce ujrzysz wspaniałość boskich osiągnięć".
Niedługo potem ewangelista Kościoła Bożego zorganizował serię sesji odnowy religijnej w namiotach rozstawionych w całej okolicy. King i Bertha zabrali Jima na jedną z nich.
- Ogłoszono wezwanie ołtarzowe - napisał Randy - a Jim natychmiast zareagował. Poczuł w sobie boskiego ducha. Wiedział w tamtej chwili, że został wybawiony. To właśnie dzięki modlitwom Kinga i Berthy ocalały wszystkie ich dzieci.
W czerwcu 1955 roku Jim pobrał się z siedemnastoletnią Betty Jean Rose, z którą zamieszkał w skromnym domu przy New Hope Road w Princeton w Wirginii Zachodniej. To niewielkie miasteczko, położone głęboko w sercu wiejskiej części Appalachów, miało zaledwie 6400 mieszkańców i zwane było "Klejnotem Południa". Pod koniec XIX wieku rozwój górnictwa węgla i nowo wybudowanych kolei pozwolił na stworzenie nowej, lukratywnej branży przemysłu, która zapewniła bogactwo Princeton.
- Princeton wzniesiono dzięki okolicznym branżom wydobywczej i kolejowej - wyjaśnił Greg Jordan, dziennikarz z "Bluefield Daily Telegraph". - To jeden z obszarów, w których poważną działalność rozpoczęło wiele spółek wydobywczych w Stanach Zjednoczonych.
W maju 1958 roku Jimowi i Betty Jean urodził się chłopiec, któremu dali na imię James Randolph, ale zwracali się do niego wyłącznie "Randy". Trzy lata później, 17 października 1961 roku, na świat przyszło ich drugie i ostatnie już dziecko, David Allen.
Każdego lata David i Randy odwiedzali swoich dziadków w Ohio, gdzie mieszkają do dziś. Wielebny King Turpin Junior odegrał ważną rolę we wczesnym życiu Davida i Randy'ego, zaszczepiając w nich miłość do Kościoła zielonoświątkowego i jego nauk.
- King oferował nam znacznie więcej niż tylko zabawę - wspomniał Randy. - Znajdował czas, żeby przekazywać nam duchowe dary. Niekiedy w jego oczach lśniły łzy, jego twarz promieniała i wtedy mówił w różnych językach.
Podczas długich letnich wieczorów starzejący się kaznodzieja śpiewał im piosenki, których nauczył się w latach dwudziestych, brzdąkając przy tym na banjo. Jednym z ulubionych utworów Davida był Long Boy.
- Pamiętam, że nazywał mnie czasami "długim, wysokim wnukiem" - powiedział Randy. - Mam mnóstwo wspaniałych wspomnień związanych z dziadkiem.
Pewnego lata dziadkowie Davida przenieśli się do jego domu w Princeton. Bertha przechodziła w tym czasie dwie operacje biodra w pobliskim szpitalu. W trakcie swojego długiego pobytu King Junior kazał dwóm młodym wnukom nauczyć się na pamięć swoich ulubionych fragmentów z Biblii, a następnie je przed nim recytować.
Każdej niedzieli rodzina Turpinów chodziła do Kościoła Bożego przy Oliver Avenue w Princeton, gdzie zaprzyjaźnili się z Allenem "Wayne'em" Robinettem, jego żoną Phyllis oraz trzema córkami: Louise, Elizabeth i Teresą.
- Byliśmy wielką, kościelną rodziną - powiedziała Teresa. - Mój tata był pastorem i wszyscy dorastaliśmy tam razem. Louise i David znali się zatem przez całe swoje życie.
2
ON JEST TAKI PRZERAŻAJĄCY
Rodzina Louise Robinette mieszkała w Prin2ceton od ponad stu lat. Jej dziadek od strony matki, John Thomas Taylor, był wysoce odznaczonym weteranem wojennym, który służył w Europie i Afryce. Jako strzelec pierwszej klasy w Trzeciej Dywizji Pancernej U.S. Army otrzymał Srebrną Gwiazdę, pięć Brązowych Gwiazd, Purpurowe Serce oraz Medal za Dobre Zachowanie.
W grudniu 1945 roku przystojny dwudziestojednolatek wrócił do Princeton jako bohater wojenny. Niedługo później został górnikiem, ale okazał się na tyle ambitny, że postanowił nie zostawać zbyt długo pod ziemią. Taylor należał do Kościoła Bożego i służył jako jego kapelan w trakcie wojskowych pogrzebów. To właśnie dzięki kościołowi poznał i wkrótce poślubił Mary Louise Harmon, córkę pastora zielonoświątkowego. Para doczekała się czworga dzieci: Eugene'a, Glenna, Phylis i Jamesa.
Szeroki, lśniący uśmiech Johna Taylora krył jednak bezwzględną ambicję. Korzystając ze swoich heroicznych, wojennych dokonań, został wkrótce wpływowym graczem w świecie polityki w Princeton jako lobbysta stowarzyszenia weteranów pod nazwą American Legion. W krótkim czasie zgromadził fortunę, pomagając deweloperom obalić nowo ustanowiony program zakwaterowania zastępczego dla weteranów.
W 1945 roku Stany Zjednoczone doświadczyły poważnego niedoboru na rynku mieszkaniowym na skutek drastycznego ograniczenia liczby budowanych nieruchomości. Powracający z wojny weterani odczuli to najmocniej, a zakup nowych domów nie wchodził w rachubę.
Aby rozwiązać ten problem, prezydent Harry S. Truman mianował Wilsona W. Wyatta, byłego burmistrza Louisville w stanie Kentucky, na nowo utworzone stanowisko federalnego koordynatora do spraw mieszkalnictwa. Celem było zapewnienie wszystkim weteranom przystępnych cenowo domów. Wyatt planował także wprowadzić dla powracających weteranów preferencyjne stawki, dzięki którym mogliby wrócić do normalnego życia.
- Nie możemy witać naszych weteranów na amerykańskiej ziemi szczątkowo opracowanym programem mieszkaniowym - wyjaśnił Wyatt. - Na tę chwilę nie pozostaje nic prócz zniweczonych nadziei bezdomnych bohaterów wojennych.
Jednakże rozwijającemu się sprawnie planowi sprzeciwiła się branża deweloperska, ponieważ uciął ich zyski. W hrabstwie Mercer John Taylor walczył zaciekle, ponieważ stał się całkowicie lojalny wobec magnatów rynku mieszkaniowego.
Pod koniec stycznia 1949 roku znalazł się na okładce "Bluefield Daily Telegraph" po tym, jak wyrzucił siłą przedstawiciela Veterans of Foreign Wars* ze spotkania American Legion w hotelu Statler w Bluefield.
"Wszystkie organizacje weteranów powinny interesować się problemem mieszkaniowym", napisano w artykule. "Pojawiła się jednak ostatnio interesująca informacja na temat American Legion. Lobbysta organizacji John Thomas Taylor wyrzucił ze spotkania przedstawiciela Veteran of Foreign Wars (VFW)".
W trakcie zgromadzenia Taylorowi puściły nerwy, kiedy przedstawiciel VFW wstał, by wygłosić przemówienie na temat nowej federalnej polityki mieszkalnictwa dla weteranów.
"John Thomas Taylor wskazywał go palcem i wykrzykiwał coś emocjonalnie. "Wyrzucić go stąd!", zawołał".
Inny przedstawiciel Legionu próbował go uspokoić.
""Nic mnie to nie obchodzi!", krzyczał. "To ja prowadzę to zgromadzenie i życzę sobie, żeby go stąd wyrzucono!"".
Przedstawiciel VFW opuścił salę, a spotkanie kontynuowano za zamkniętymi drzwiami w obecności kilku wpływowych lobbystów powiązanych z nieruchomościami, takich jak prezes Krajowego Stowarzyszenia Budowniczych Domów.
"Legion od dawna oskarżano o bliską współpracę z ludźmi od nieruchomości. Szczególnie gdy w grę wchodzi sabotowanie dalekowzrocznego programu mieszkaniowego Wilsona Wyatta".
Kilka miesięcy później wpływowe lobby mieszkaniowe wymusiło zawieszenie programu regulacji cenowej nieruchomości, a Wilson Wyatt ustąpił ze stanowiska.
W ciągu kilku kolejnych lat John Taylor budował domy i parkingi w całym rejonie Princeton. Otworzył pierwszą stację benzynową Shella w hrabstwie Mercer, co było godnym uwagi sukcesem.
- Był bardzo zamożny - powiedziała jego wnuczka Elizabeth Robinette Flores. - Własnymi rękami zbudował swój dom i stację Shella.
Jego stacja paliw na Athens Road stała się znanym punktem orientacyjnym i jedynym miejscem, w którym w promieniu wielu kilometrów można było zatankować samochód. Taylor był bardzo dumny, że osobiście obsługiwał swoich klientów.
- Biznes kręcił się fantastycznie - stwierdziła Lois Miller, która jako mała dziewczynka towarzyszyła matce i ciotce podczas tankowania paliwa. - Kiedy podjeżdżało się na stanowisko, John Taylor czyścił ci szyby, a kiedy do zbiornika płynęło paliwo, sprawdzał jeszcze poziom oleju. Pamiętam, że płaciłyśmy tam dziewiętnaście centów za galon.
Powszechnie było wiadomo jednak, że Taylor był lubieżnikiem.
- On był bardzo przerażający - przyznała Miller, która prowadzi obecnie Towarzystwo Historyczne Hrabstwa Mercer. - Kiedy płaciłam, bawił się moją dłonią. Pocierał ją i patrzył w dziwny sposób, kiedy próbowałam się wycofać.
Podczas każdej wizyty na stacji Shella matka Miller dawała córce pieniądze dla Taylora.
- To samo przydarzyło się mojej ciotce, kiedy płaciła za paliwo. Ale można je było kupić tylko tam, nie mieliśmy więc żadnego wyboru.
Kilka lat później przyjaciółka Lois podjęła letnią pracę na należącej do Taylora stacji Shella.
- Przyznała się, że molestował ją w pracy - powiedziała Miller. - Stwierdziła: "Nie chcę nawet o nim rozmawiać. On jest taki przerażający!".
W poniedziałek 3 stycznia 1966 roku Joseph Maxfield rozładowywał paliwo na stacji Shella. Wybuchł pożar, w wyniku którego zmienił się on w płonącą pochodnię. Trzydziestoośmioletni kierowca cysterny doznał poparzeń pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia na ponad 85 procentach powierzchni ciała. W krytycznym stanie przewieziono go do szpitala Princeton Memorial.
Historia trafiła na pierwszą stronę "Bluefield Daily Telegraph", a John Taylor, ówcześnie czterdziestodwuletni, powiedział dziennikarzowi, że dostawca rozładowywał paliwo przez mniej więcej dwadzieścia minut, po czym zrobił sobie przerwę, prawdopodobnie na papierosa.
"Taylor oświadczył, że płomienie buchały na wysokość od sześciu do dziewięciu metrów z otwartego otworu prowadzącego do podziemnych zbiorników stacji", napisano w artykule. "Nie potrafił wyjaśnić przyczyny pożaru, ale wysnuł teorię o zapłonie oparów wokół ciężarówki".
Taylor wyjaśnił, że w przeciwieństwie do poszkodowanego kierowcy ani on, ani jego pracownicy nie palili papierosów.
Kilka dni później Joseph Maxfield, żonaty mężczyzna z czwórką dzieci, zmarł w szpitalu Princeton Memorial z powodu odniesionych obrażeń.
Dla świata zewnętrznego John Taylor był dobrym, pobożnym filarem społeczności Princeton. Za zamkniętymi drzwiami molestował jednak swoją córkę Phyllis. Była to mroczna, rodzinna tajemnica, która miała pozostać ukryta przez kolejnych sześćdziesiąt pięć lat.
Przez całe swoje dzieciństwo Phyllis Taylor była wykorzystywana seksualnie przez ojca i nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Matka nie miała pojęcia, co się wokół niej działo. Młoda dziewczyna czuła się uwięziona w rodzinnym domu i rozpaczliwie szukała drogi ucieczki.
W wieku siedemnastu lat Phyllis zaczęła się spotykać z Allenem "Wayne'em" Robinettem, kościstym dziewiętnastolatkiem, który ukończył niedawno szkołę średnią w Princeton. Utalentowany matematycznie Robinette, który wychował się na osiedlu przyczep mieszkalnych Green Valley i pracował jako laicki pastor, obnosił się z krótko ostrzyżoną głową i nosił modne, rogowe okulary. Był to wyjątkowo burzliwy romans. Poproszona o rękę Phyllis zgodziła się bez wahania.
20 lipca 1967 roku młoda para złożyła wniosek o zawarcie małżeństwa w sądzie hrabstwa Mercer. Dziewięć dni później pobrali się w trakcie tradycyjnej podwójnej ceremonii w Kościele Bożym w Princeton, do którego regularnie chodzili i w którym Allen okazjonalnie wygłaszał kazania.
John Taylor z dumą poprowadził swoją córkę do ołtarza. Atrakcyjna, brązowowłosa panna młoda miała na sobie sięgającą podłogi białą suknię z satyny, wzbogaconą o delikatne koronkowe wstawki na gorsecie i trenie. Całość uzupełniały biały, kwiatowy welon z opadającą kaskadowo woalką oraz wiązankę z margaretek. Pan młody założył czarny garnitur i krawat w paski z białą, różaną butonierką.
Po zakończeniu ceremonii goście udali się na przyjęcie do domu Johna Taylora, gdzie czekał na nich trzypoziomowy tort ślubny ozdobiony na szczycie parą laleczek. Relacja ze ślubu jedynej córki zamożnego mężczyzny trafiła na stronę weselną "Bluefield Daily Telegraph".
Dokładnie dziewięć miesięcy później, 24 maja 1968 roku, Phyllis i Allenowi urodziła się córka, której po babce nadali imię Louise Ann. Cherubinowe maleństwo ochrzczono w Kościele Bożym.
* Organizacja weteranów wojennych Stanów Zjednoczonych, którzy w ramach służby wojskowej brali udział w wojnach, kampaniach i ekspedycjach na obcych lądach, wodach lub w przestrzeni powietrznej (przyp. tłum.).3
HONOROWY STUDENT
W 1974 roku trzynastoletni David Turpin rozpoczął naukę w gimnazjum Glenwood położonym zaledwie kilka kilometrów od domu. W klasie Davida uczył się niejaki Mike Gilbert. Chłopcy przyjaźnili się przez pięć następnych lat.
- Nasze gimnazjum było naprawdę małe - powiedział Gilbert. - Wszyscy się więc dobrze znali. David był bardzo inteligentny, ale jednocześnie dość zamknięty w sobie. Typowy kujon, który zawsze dostawał w szkole dobre oceny.
Nawet jako nastolatek David wyróżniał się na tle pozostałych chłopców. Mierząc prawie sto osiemdziesiąt centymetrów, górował nad większością kolegów z klasy i zawsze ubierał się w niezwykle konserwatywny sposób.
- Miał krótko przycięte włosy i przez większość czasu w gimnazjum nosił eleganckie ubrania - wspominał Gilbert. - Podczas różnych szkolnych wydarzeń zakładał nawet muchę, a mówimy o latach siedemdziesiątych, kiedy wszyscy mieli długie włosy i chodzili w dzwonach. David nie był taki, jak wszyscy.
Dwóch zaprzyjaźnionych dziewięcioklasistów połączyło wkrótce zamiłowanie do szachów, na punkcie których David miał prawdziwą obsesję. Kiedy nauczyciel odwracał wzrok, uczył Gilberta zasad gry.
- Wiedział już, jak grać w szachy i potrafił mnie pokonać w trzech ruchach - przyznał Gilbert. - Ale czegoś w końcu mnie nauczył i od tamtej pory już nikt nigdy nie wygrał ze mną w tak krótkim czasie.
27 listopada 1977 roku, w wieku siedemdziesięciu czterech lat, wielebny King Turpin Junior zmarł w szpitalu we Fremont w stanie Ohio. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia przebywał w nim przez kilka ostatnich tygodni swojego życia. Dopadły go wszystkie lata spędzone w kopalniach.
- Do ciała dziadka były wbite rurki - napisał Randy, który odwiedził go na kilka dni przed śmiercią - włącznie z takimi od tlenu w nozdrzach. Dziadek walczył o każdy oddech.
David złożył później hołd dziadkowi w biografii napisanej przez brata.
- Pamiętam przede wszystkim, jak się uśmiechał, dowcipkował... naprawdę fajnie było przebywać w jego towarzystwie - napisał. - Jego śmierć była dla nas dużą stratą.
W 1976 roku David poszedł w ślady Randy'ego i wybrał liceum w Princeton, gdzie jego relacja z Mikiem Gilbertem zaczęła się rozpadać.
- Znalazł sobie grupę przyjaciół - powiedział Gilbert. - Kiedy dostaliśmy się do liceum, trochę zdziczał i zaczął nosić granatowe dżinsy.
W rocznikach liceum w Princeton można znaleźć wiele fotografii przedstawiających osiągnięcia Davida w różnych klubach na przestrzeni lat. Na grupowym zdjęciu z pikniku biblijnego z 1976 roku widać piętnastoletniego Davida z nową grzywką w stylu księcia Valianta, zerkającego w obiektyw z chytrym uśmieszkiem.
Rok później David był już skarbnikiem klubu i na zdjęciu z rocznika siedział przed pozostałymi jego członkami. Pod fotografią zapisano misję stowarzyszenia: "Celem Klubu Biblijnego jest zachęcanie do uczestnictwa we Wspólnocie Chrześcijańskiej w trakcie szkoły i po zajęciach. Wspólnocie towarzyszy figlarna zabawa, którą członkowie Klubu cieszą się w swoim towarzystwie".
Działania klubu biblijnego obejmowały bicie w dzwon dla Armii Zbawienia, serwowanie obiadu dziękczynnego dla biednej rodziny oraz organizowanie świątecznych przyjęć.
Greg Jordan, dziennikarz z "Bluefield Daily Telegraph", który pracował w rejonie Princeton od ponad dwudziestu lat, powiedział, że nauki biblijne odgrywały istotną rolę w szkołach hrabstwa Mercer.
- Krążyło powiedzenie, że nie da się tutaj rzucić kamieniem tak, żeby nie trafić w kościół - wyjaśnił. - To bardzo pobożna społeczność, a miejscowe szkoły traktują Biblię jako obowiązkową lekturę.
David regularnie trafiał na listę honorową szkoły i został mianowany współkapitanem pięcioosobowego zespołu szachowego liceum w Princeton, który rywalizował z innymi placówkami z całej Wirginii Zachodniej.
- On był takim głupkowatym kujonem - powiedział należący do zespołu David Downard. - Niewiele się odzywał, zawsze miał na twarzy zabawny uśmieszek, a kiedy stał, zawsze splatał dłonie za plecami.
Inny członek zespołu szachowego, Tony Veneri, wciąż wspomina incydent, który miał miejsce podczas powrotu do Princeton po turnieju.
- Jeden z członków innej ekipy Phillip Wright prowadził auto i jechał nieco za szybko - powiedziała Becky żona Tony'ego, która wielokrotnie słyszała tę opowieść. - A David, który był zwykle milczący i wyluzowany, bardzo się zdenerwował i zaczął wykrzykiwać: "Hej, Phillip! Zwolnij! Pozabijasz nas wszystkich!".
W ostatniej klasie David Turpin był już przekonany, że chce zostać inżynierem, przez co zaangażował się w działalność klubu naukowego liceum w Princeton.
Wzorowy uczeń zajął pierwszą lokatę w corocznym pikniku naukowym Akademii Juniorów Wirginii Zachodniej i dołączył do prestiżowej Juniorskiej Akademii Nauk. David był również ogromnym fanem telewizyjnego serialu Star Trek i mocno identyfikował się z panem Spockiem, który był zapewne inspiracją dla nowej fryzury.
- David i wszyscy jego przyjaciele byli zagorzałymi wielbicielami Star Treka, tak zwanymi Trekkies - powiedział Gilbert. - Lubili też na ten temat żartować.
W roczniku liceum w Princeton z 1979 roku widnieje humorystyczna fotografia przedstawiająca współkapitana zespołu szachowego, podobnego jak dwie krople wody do postaci odgrywanej przez Leonarda Nimoya, który wpatruje się z utęsknieniem w sportowe obuwie.
"David Turpin poddaje króla w zamian za adidasy", napisano żartobliwie pod zdjęciem.
Nastolatek uwielbiał też samochody, co pozostało jego pasją na całe życie. Ojciec Davida, Jim, pomógł mu nawet w tuningu starej Hondy Civic.
- Założyli na nią z tatą wielkie, stare syreny ze zbiornikiem sprężonego powietrza - wspominał Gilbert - jakby jego mała honda była jakimś osiemnastokołowcem albo ciągnikiem siodłowym. Miał taki zwyczaj, że zatrzymywał się za kimś, a potem dmuchał w klakson sprężonym powietrzem, co było straszne, bo dźwięk dochodził z tak małego pojazdu. Uwielbiał bawić się tym ustrojstwem. Straszył w ten sposób ludzi, a potem się z tego śmiał.
W każdy sobotni wieczór David jechał swoją hondą do centrum Princeton, ubrany w wyjściowe spodnie i koszulę z krawatem.
- W tamtych czasach modne było samo jeżdżenie po okolicy - powiedział Gilbert. - W sobotę wieczorem wszyscy wylegali na ulice i jeździli w tę i we w tę po mieście. David także krążył wśród nich swoją hondą, dudniąc syrenami.
Emerytowana nauczycielka Mary Hopkins uczyła w Princeton obu braci Turpinów algebry. Wspomina Davida jako doskonałego ucznia.
- Miał świetne poczucie humoru. Uśmiechał się i dowcipkował, a w jego oczach widać było wesołe iskierki. Podchodził jednak bardzo poważnie do nauki i świetnie sobie radził.
Tim Snead, który chodził z Davidem na lekcje biologii i hiszpańskiego, przyznał, że jego kolega nigdy nie miał dziewczyny i nie brał udziału w żadnych imprezach towarzyskich.
- Nie integrował się zbytnio z innymi - powiedział Snead. - Sprawiał wrażenie kujona, ale był bardzo inteligentny.
David ukończył liceum w Princeton w 1979 roku ze średnią procentową 95,6585. Przyznano mu również upragnione stypendium, dzięki któremu mógł studiować inżynierię elektryczną na uczelni technicznej w Wirginii.
Na absolutorium, ubrany w biret i togę, David odebrał nagrodę dla "ucznia z najlepszej dwudziestki". W roczniku z 1979 roku wyjaśniono tę pochwałę w ten sposób:
"W każdym liceum zawsze działają grupy uczniów zwanych "mózgowcami". To tak naprawdę jedyni uczniowie, którzy każdego wieczoru robią wszystkie zadania domowe i zawsze dźwigają do domu naręcze książek. W rezultacie najlepsza dwudziestka naprawdę zasługuje na miano "najlepszej"".
Na fotografii z absolutorium uśmiechnięty David Turpin ma na sobie płowy garnitur i krawat w paski, a na głowie oczywiście fryzurę w stylu pana Spocka. Pod zdjęciem wymienione zostały wszystkie jego członkostwa w grupach i ambicje naukowe. Oprócz tego, że pełnił funkcję współkapitana zespołu szachowego, skarbnika Klubu Biblijnego i członka klubu naukowego, należał również do kółka języka hiszpańskiego i szkolnego chóru. Jego celem na przyszłość była "kariera w zakresie inżynierii elektrycznej i wynalezienie żarówki".
Życiowe motto zaś brzmiało: "Nie rób dziś tego, co możesz zrobić jutro".
Krótko po swoim absolutorium David po raz pierwszy poczuł coś do dziesięcioletniej Louise Robinette. Ich rodzice przyjaźnili się już od wielu lat. David trzymał nawet Louise na rękach, kiedy była jeszcze maleństwem. Życie obu rodzin skupiało się wokół Kościoła Bożego w Princeton. Randy, brat Davida, pełnił tam posługę duszpasterską, a ich matka Betty Jean uczyła w szkółce niedzielnej. Louise Robinette była jedną z jej uczennic.
Po ślubie w 1967 roku Allen i Phyllis Robinette przeprowadzili się do małego domu na 120 B Ray Street. To tam Louise dorastała jako Taylor - w jednej z najbardziej szacownych rodzin w Princeton. Jej dziadek John Taylor był już wtedy bogaczem dzięki swojej słynnej stacji Shella i różnym transakcjom na rynku nieruchomości. Jej wujowie Eugene i Glenn Taylor również odnieśli sukcesy - Eugene był właścicielem kempingu Clearview, a Glenn samozatrudnionym murarzem.
W 1974 roku w rodzinie doszło do tragedii, kiedy najmłodszy brat Louise, James, został poważnie ranny w wypadku motocyklowym. Jechał do pobliskiej szkoły w Athens na randkę ze swoją dziewczyną Sharon, gdy jego motocykl wpadł w poślizg na drodze.
- James stracił nogę od kolana w dół - powiedziała Lois Miller, która była w jednej klasie z Sharon. - Wcale mi się nie podobało, że spotykał się z Sharon. Moim zdaniem był zbyt nieokrzesany.
W 1978 roku Louise świętowała swoje dziesiąte urodziny, a Allen Robinette nakręcił na wideo córkę otwierającą prezenty w swoim pokoju. Nosząca długie, ciemne włosy wystające spod opaski na głowę, i ubrana w wymiętą koszulę z kołnierzykiem w stylu Piotrusia Pana, dziewczynka wyglądała, jakby była wolna od wszelkich trosk.
Później tego samego dnia odbyła się impreza z urodzinowym tortem, a jej dziadek - znany w rodzinie pod pseudonimem Papaw - został sfotografowany z Louise i jej osiemnastomiesięczną siostrzyczką Elizabeth Jane.
Codzienne życie w domu Robinette'ów nie było jednak tak doskonałe, jak mogłoby się wydawać. Molestowana w dzieciństwie Phyllis nie wykazywała dużego zainteresowania matczynymi obowiązkami, pozostawiając rudowłosą córeczkę pod opieką starszej Louise.
W ich czterech ścianach często dochodziło do kłótni pomiędzy Phyllis i Allenem. W swoich najwcześniejszych wspomnieniach Elizabeth widzi Louise, która próbuje chronić ją przed agresywnymi starciami rodziców.
- Moi rodzice kłócili się i ciągle się wydzierali - powiedziała Elizabeth. - Pamiętam, jak Louise zakrywała mi uszy i chowała moją twarz w swojej piersi, żebym nie mogła nic widzieć i słyszeć. Bardzo o mnie dbała.
Kiedy Louise była jeszcze mała, Phyllis regularnie zawoziła ją do domu swojego ojca. Tam czterdziestokilkuletni wówczas John Taylor molestował swoją córkę. Wtedy to skoncentrował swoją uwagę na ślicznej, małej wnuczce, a Phyllis na to pozwoliła w zamian za pieniądze.
- On był prawdziwą głową rodziny - powiedziała Elizabeth. - Miał pieniądze, więc kiedy mama ich potrzebowała, od razu do niego biegła.
Za każdym razem było tak samo. W trakcie każdej z jej wizyt Papaw szeptał do Louise, że przejdą do innego pokoju, żeby się "potulić".
Wiele lat później kobiety z rodziny ujawniły, co się tak naprawdę działo w domu dziadka.
- Molestował moją mamę przez całe jej życie - powiedziała Teresa, najmłodsza siostra Louise. - Błagałyśmy ją czasami, żeby nas tam nie zabierała, ale nic to nie dawało. On był bardzo, ale to bardzo bogaty.
Domniemane molestowanie przez dziadka było pilnie strzeżonym rodzinnym sekretem, a dziewczynkom nie wolno było nigdy o tym rozmawiać.
- Tak zostałyśmy zaprogramowane - wyjaśniła Elizabeth. - Wiemy, jak się doskonale maskować i nie okazywać swoich uczuć.
Podobnie jak David, Louise ukończyła gimnazjum w Glenwood, a następnie liceum w Princeton.
- Była milcząca i zamknięta w sobie - wspominał Richard Ford, który chodził z nią do jednej klasy w Princeton. - Nie miała zbyt wielu przyjaciółek, a niektórzy trochę jej dokuczali. To było dość dziwne. Ona się od wszystkich odizolowała. Większość uczniów w weekendy umawiała się w galerii handlowej czy na meczu. Co do Louise, nie pamiętam, żeby dokądkolwiek wychodziła.
Rocznik z 1984 roku wspomina ją jako przewodniczącą Klubu Biblijnego. Jest to jedyna notatka na jej temat. Na zdjęciu widać Louise ubraną w typowo amerykański sweter, na który opadają jej długie, ciemne i kręcone włosy.
Elizabeth pamięta, że jej starsza siostra była wyjątkowo nielubiana i stale wyśmiewana przez kolegów i koleżanki z klasy.
- Nie miała żadnych przyjaciół - powiedziała Elizabeth.
- Przez cały czas robiono sobie z niej żarty. W okresie dorastania nie miała nigdy nad niczym jakiejkolwiek kontroli.
Allen Robinette, który pracował jako kreślarz planów w Joy Manufacturing Company, często zawoził córkę do domu ze szkoły. Wydawał się nie mieć najmniejszego pojęcia o tym, jak traktuje się tam Louise.
W piątek, 25 marca 1983 roku, zrobił jej zdjęcie. Dziewczyna trzyma na nim szkolne podręczniki, a pod spodem widnieją słowa: "Louise, córeczka tatusia, wraca ze szkoły".
W 1982 roku Mary Louise Taylor przyłapała swojego pięćdziesięcioośmioletniego męża na gwałcie na ich czternastoletniej wnuczce Louise na sofie w salonie. Wściekła, chwyciła patelnię i wygoniła go z domu. W ciągu kilku dni złożyła pozew o rozwód, a Taylor wprowadził się do nowego domu przy Bailey Hollow Road, tuż za stacją Shella.
Aby uniknąć skandalu, przerażającego incydentu nigdy nie zgłoszono na policję.
- To było małe miasteczko i wszyscy go tam znali - wyjaśniła Elizabeth. - Musieliśmy dbać o reputację rodziny i honor Princeton. Nie mogliśmy zatem pójść na policję.
Teresa, młodsza siostra Elizabeth, która miała wtedy zaledwie roczek, poznała prawdziwą przyczynę rozwodu dziadków, kiedy została kolejną ofiarą seksualnych nadużyć Taylora.
- Nigdy nie było sprawiedliwości - powiedziała Teresa. - Rodzina kazała nam siedzieć cicho. Nie chciałyśmy zrujnować naszej reputacji, a on miał pieniądze, które były potrzebne rodzinie.
Rok później Louise zaczęła się potajemnie spotykać z dwudziestodwuletnim Davidem. Phyllis wiedziała o tym związku, ale za bardzo bała się powiedzieć o tym mężowi, ponieważ ewangelicki kaznodzieja nigdy nie wyraziłby zgody na to, by jego córka chodziła na randki ze starszym od siebie chłopakiem.
- Moja mama zawsze mówiła: "Och, to David Turpin, syn Turpinów" - powiedziała Elizabeth. - "To taki dobry chłopak".
Louise wyznała Elizabeth, że zamierza jak najszybciej poślubić Davida i urodzić mu dwanaścioro dzieci. Chłopak powiedział jej siostrze, że zamierza zostać zamożnym inżynierem, zarabiać sto tysięcy dolarów rocznie i dać jej wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła.
Specjalistka od traumatycznych przeżyć u dzieci i terapeutka Allison Davis Maxon, uznawana w całym kraju za ekspertkę w dziedzinie zdrowia psychicznego dzieci, powiedziała, że ofiary kazirodztwa mogą w dorosłości czuć się bezradne lub bezwartościowe, a do tego przyciągać partnerów, którzy będą wykorzystywać je lub ich wspólne dzieci.
- Kiedy młoda dziewczyna dorasta w roli ofiary - wyjaśniła Maxon - to niestety nierzadko się zdarza, że wychodzi za mąż za sprawcę i/lub pedofila, ponieważ na tego typu relacji zna się najlepiej. Tak naprawdę chodzi tutaj o przywiązanie. Kiedy dziecko nauczy się, że związek oznacza ból, traumę i nadużycia, przyjmuje styl życia ofiary.
Dziecko zazwyczaj przyswaja sobie system przekonań, w którym czuje się nic niewarte, brudne, gorsze, złe i/lub zasługujące na karę. Często zatem dzieci, które doznały poważnych nadużyć i traumy, podświadomie szukają później partnera, który potraktuje je zgodnie z tym systemem przekonań: "jestem bezwartościowa, zła i zasługuję na karę".
Na pierwszym roku uczelni technicznej David studiował inżynierię elektryczną i był doskonałym studentem. Należał również do Eta Kappa Nu, elitarnej międzynarodowej społeczności uniwersyteckiej zrzeszającej studentów inżynierii elektrycznej i komputerowej. Wśród jej członków znajdowali się niegdyś współzałożyciel firmy Apple, Steve Wozniak, Larry Page i Eric Schmidt z Google czy założyciel serwisu Yahoo! Sabeer Bhatia.
W większość weekendów David wracał samochodem z kampusu w Blackburg w Wirginii do domu, żeby spotkać się ze swoją dziewczyną Louise. Za każdym razem musieli się jednak wymykać ukradkiem, żeby jej ojciec nie dowiedział się, że zostali kimś więcej niż tylko znajomymi.
- Moja mama ukrywała to przed tatą i pozwalała Louise spotykać się z nim za jego plecami - powiedziała Teresa. - On nie uważał za stosowne, żeby przebywali sami bez nadzoru dorosłych.
Phyllis zachęcała córkę do angażowania się w związek, podziwiając rodzinę Turpina za oddanie wartościom chrześcijańskim. Jednak jej mąż, zatrudniony w tym czasie w biurze rzeczoznawcy w hrabstwie Mercer, nigdy by się na niego nie zgodził. Jego córka miała dopiero piętnaście lat i nie osiągnęła jeszcze pełnoletności, dlatego każdy kontakt seksualny między parą byłby zgodnie z prawem aktem gwałtu.
W 1984 roku David Turpin ukończył uczelnię ze stopniem licencjata w dziedzinie inżynierii elektrycznej. Zarówno podczas pierwszych, jak i ostatnich lat nauki otrzymał prestiżowe stypendium Marshall Hahn Engineering. Na zdjęciu w roczniku widnieje ubrany we frak i muchę, a na jego twarzy gości szeroki uśmiech. Sprawia wrażenie pewnego siebie młodego mężczyzny skazanego na sukces.
Kiedy David zaczął rozsyłać swój życiorys do największych spółek giełdowych, Louise rozpoczęła naukę w dziesiątej klasie liceum w Princeton.
- Była drobną dziewczyną i wyglądała, jakby skończyła dziesięć lat - powiedziała jej nauczycielka stenografii Pamela Winfrey, która chodziła do jednej klasy z ojcem Louise. - Miała chyba piętnaście czy szesnaście lat, ale wciąż pozostawała małomówna i zamknięta w sobie.
Jej młodsza siostra Teresa powiedziała jednak, że Louise była doskonałą manipulantką i dopiero później zrozumiała, że jej zachowanie było zwyczajną grą.
- Posłuszna przed nimi - wyjaśniła Teresa - ale nieposłuszna za ich plecami. Louise zawsze dążyła do celu za wszelką cenę.
Elizabeth stwierdziła, że jej siostra była zawzięta i zawsze dostawała to, czego chciała.
- Albo coś szło po jej myśli, albo wcale - powiedziała Elizabeth. - A jeśli musiała uciec się do sztuczek, żeby to osiągnąć, nie wahała się ani przez chwilę.
David znalazł wkrótce pracę jako inżynier w firmie General Dynamics z Fort Worth w Teksasie, która realizowała kontrakty dla Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Zaproponował Louise, żeby z nim wyjechała, obiecując jednocześnie, że kupi jej wszystko, czego zapragnie. Louise zgodziła się bez wahania i wkrótce zaczęli potajemnie planować nowe, wspólne życie.
Elizabeth uważa obecnie, że Louise była zdesperowana. Pragnęła uciec przed nadużyciami seksualnymi ze strony dziadka, które nasiliły się po jego rozwodzie. Phyllis regularnie woziła do niego trzy swoje córki, pozwalając, żeby jej ojciec je wykorzystywał i za to płaci8ł.
Za każdym razem jednak, gdy Papaw prosił Elizabeth o "przytulaska", Louise nalegała, żeby zająć jej miejsce.
- Zawsze usuwała mnie z drogi i mówiła "ja pójdę" - wspomniała Elizabeth. - Wciąż się o mnie troszczyła. Kiedy ich babcia odkryła, że Phyllis wciąż pozwala na molestowanie swoich córek, zabroniła jej przyprowadzać wnuczki do dziadka.
- Moja mama odpowiedziała jedynie: "To jest mój ojciec" - dodała Elizabeth.
4
UCIECZKI
W święta Bożego Narodzenia Louise nie dawała po sobie poznać, że szykuje się do wyjazdu. 25 grudnia została sfotografowana z babcią na kraciastej kanapie w salonie, obok pięknie przystrojonej choinki z leżącymi pod spodem prezentami.
W połowie stycznia David Turpin opracował szczegółowy plan, w ramach którego chciał zabrać szesnastolatkę do Fort Worth, żeby mogli się pobrać. Była to ich pilnie strzeżona tajemnica. Louise powiedziała o tym wyłącznie Elizabeth i swojej przyjaciółce z zajęć stenografii w liceum w Princeton, zaznaczając jednocześnie, że muszą to zachować w absolutnej tajemnicy.
Dzień przed wyjazdem Louise zawołała Elizabeth do swojego pokoju i oznajmiła, że ma jej do powiedzenia coś bardzo ważnego. Elizabeth zastała swoją siostrę pakującą ubrania do torby podróżnej. Wtedy Louise zapytała ją, co by pomyślała, gdyby wyszła za mąż za zamożnego mężczyznę i urodziła mu dziecko.
- Mogłabyś przyjechać i się nim zajmować - oświadczyła Louise, dodając, że zamieszkają wszyscy razem w dużym domu, będą mieli niezły samochód i sporo pieniędzy do wydania. - Czy to nie byłoby super? Mogłabym ci kupić, co tylko zechcesz.
Wtedy poprosiła Elizabeth, by nie pisnęła nikomu ani słowa na ten temat.
Następnego dnia, wczesnym rankiem, Louise pożegnała się z rodzicami i jak zwykle poszła na przystanek szkolnego autobusu. Plan Davida zakładał, że ten wcieli się w jej ojca i zwolni ją tego dnia z zajęć.
Rano, podczas lekcji stenografii, Louise sprawiała wrażenie podenerwowanej, czekając na przybycie swojego chłopaka. Kilkakrotnie poprosiła swoją nauczycielkę Pamelę Winfrey o pozwolenie na wyjście do toalety, żeby mogła sprawdzić, czy dotarł już na miejsce.
- Zapytała: "Czy mogę na chwilę przeprosić?" - wspomniała Winfrey. - Potem wyszła i po chwili wróciła. Po kilku minutach znów spytała: "Czy mogę jeszcze raz na chwilę przeprosić?" i wyszła. Miało to miejsce dwa lub trzy razy z rzędu. W końcu wyszła i już nigdy więcej jej nie widziałam.
Kiedy Louise nie wróciła na zajęcia, Winfrey zapytała uczniów, czy ich koleżanka jest chora.
- Wtedy jedna z dziewcząt zawołała: "Proszę pani, ona planuje stąd uciec i wyjść za Davida Turpina". Nie dowierzałam w to, co usłyszałam, ale było już wtedy za późno, żeby ją zatrzymać.
David Turpin przebrał się tak, by wyglądać na starszego, nie zapominając o doklejanym wąsie i kowbojskim kapeluszu. Zaparkował przed wejściem do szkoły i wszedł pewnym krokiem do sekretariatu, oznajmiając, że nazywa się Allen Robinette i że Louise musi z nim natychmiast wyjść. Nikt nie zadawał mu dalszych pytań, zdołał więc oficjalnie zwolnić ją z zajęć.
Kilka minut później David Turpin i jego małoletnia dziewczyna opuścili Princeton zachodnią szosą, kierując się ku odległemu o tysiąc osiemset kilometrów Fort Worth.
Kiedy Elizabeth wróciła po południu do domu sama, jej matka założyła, że Louise nie zdążyła na szkolny autobus. Pojechała więc do szkoły w Princeton, by ją odebrać. Na miejscu dowiedziała się, że ojciec zwolnił ją z zajęć kilka godzin wcześniej.
Phyllis zadzwoniła do Allena Robinette'a, aby dowiedzieć się, co się stało.Ten wściekł się, twierdząc, że nie zwalniał ich córki ze szkoły. Od razu zatelefonował do sekretariatu, gdzie uzyskał informację, że wysoki, wąsaty mężczyzna i Louise wyszli razem ze szkoły przed kilkoma godzinami.
- Tata wpadł w szał - powiedziała Elizabeth. - Mama wpadła w szał. Pojechali na policję i zgłosili zaginięcie córki.
Przez kilka kolejnych dni Louise nie dawała znaku życia. Jej rodzice obwiniali się wzajemnie za tę ucieczkę. Allen był wściekły na żonę, że zachęcała ją do związku z Davidem, i uważał, że ponosi ona winę za całą tę katastrofę.
- Pamiętam panujący w domu chaos, kiedy uciekła z chłopakiem - powiedziała Teresa. - Cała rodzina zgromadziła się na miejscu, a rodzice na przemian wrzeszczeli na siebie i płakali.
Po kilku dniach funkcjonariusz policji znalazł zaginioną parę w Fort Worth i nakazał Louise zadzwonić do swoich rodziców, żeby ich uspokoić i powiedzieć, że nic się jej nie stało. Jak na ironię, to jej matka nalegała na wniesienie oskarżenia przeciwko Davidowi za porwanie. Kiedy rodzice Davida dowiedzieli się o pogróżkach związanych z procesem sądowym, wpadli we wściekłość, ponieważ ich synowi groziłoby więzienie za przewóz nieletniej przez granice stanów. Błagali Robinette'ów, żeby nie wnosili sprawy do sądu.
Kiedy Allenowi minęła pierwsza złość po ucieczce córki, zaczął miewać "mieszane uczucia". Jako ewangelicki kaznodzieja postanowił, że lepiej będzie pozwolić im pobrać się po cichu, ponieważ seks pozamałżeński pozostawał w sprzeczności z surową wiarą Kościoła Bożego. Ostatecznie uznał, że Louise dokonała wyboru i powinna teraz rozpocząć z Davidem nowe życie.
- Zadzwonił do Louise i oświadczył: "Jesteś teraz dorosła i możesz zacząć dbać o siebie sama. Jeśli tego właśnie chcesz, to niech tak będzie" - wspomina Teresa.
Para zdecydowała się przyjechać do Princeton dopiero po tym, jak Allen Robinette zgodził się na sporządzenie pisemnego pozwolenia na ślub szesnastoletniej córki z Davidem.
11 lutego 1985 roku Louise i David Turpin pobrali się w trakcie kameralnej ceremonii kościelnej w Pearisburgu w Wirginii, miejscowości położonej sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Princeton. Wzięli w niej udział jedynie najbliżsi członkowie rodziny. Panna młoda miała na sobie sięgającą do połowy łydek, konserwatywną suknię z wysokim dekoltem i bufiastymi rękawami. Do tego założyła prosty, biały gorset w kwiaty. Pan młody założył luźno dopasowany, brązowy, trzyczęściowy garnitur z krawatem w paski. Na jego twarzy gościł zwyczajowy, szeroki uśmiech.
Tuż po ceremonii nowożeńcy pojechali z powrotem do Fort Worth, żeby zacząć wspólne życie.
W "Bluefield Daily Telegraph" nie było żadnej wzmianki na temat ślubu, a nieobecność Louise na szkolnych zajęciach i zakończeniu szkoły zauważyło zaledwie kilkoro jej znajomych z klasy.
- Powinna być z nami na zakończeniu roku - powiedział Richard Ford. - A po prostu zniknęła.
W początkowym okresie małżeństwa David cieszył się przyzwoitym wynagrodzeniem na swoim nowym stanowisku w General Dynamics. Dotrzymał więc obietnicy, że będą żyli komfortowo. Choć Louise wciąż regularnie wysyłała listy do Elizabeth, coraz bardziej oddalała się od Princeton. Nie chciała mieć już nic wspólnego ze swoim żałosnym dzieciństwem, winiąc rodzinę za molestowanie seksualne przez dziadka.
- Kiedy wyjechała po raz pierwszy z domu, była zła i bardzo nienawidziła mamy - wyjaśniła Teresa. - Gardziła całą rodziną za to, że trzymali wszystko w tajemnicy.
Po wyjeździe Louise kłótnie jej rodziców stały się jeszcze gorsze. Ośmioletnia Elizabeth i jej trzyletnia siostra Teresa przytulały się i próbowały uciec przed ciągłymi awanturami.
Wtedy Phyllis wdała się w romans z mężczyzną z okolicy.
Pewnego wieczoru, kiedy jej ojciec położył się już do łóżka, Elizabeth usłyszała matkę rozmawiającą z kimś przez telefon. Instynkt podpowiedział jej, że coś jest nie w porządku. Obudziła ojca i powiedziała mu, że matka rozmawia przez telefon z nieznajomym.
Allen podniósł słuchawkę, słuchał rozmowy przez kilka minut, po czym odłożył ją z trzaskiem. Skonfrontował się z Phyllis, żądając informacji na temat rozmówcy. Kiedy powiedziała, że to był tylko jej ojciec, natychmiast domyślił się kłamstwa i pobił ją za niewierność.
Atmosfera podgrzała się do tego stopnia, że Phyllis postanowiła ostatecznie zwrócić się o pomoc do ojca. John Taylor przyjechał bezzwłocznie i nakazał zięciowi opuścić dom, strasząc go wezwaniem policji.
Allen zrobił to i już następnego dnia złożył wniosek o rozwód.
Kiedy Allen zniknął z widoku, John Taylor zaczął spędzać coraz więcej czasu w domu przy B Ray Street. W tym czasie molestował już także Teresę, swoją najmłodszą wnuczkę. Pozbawiona wsparcia ze strony męża, Phyllis zaczęła być coraz bardziej zależna od pieniędzy swojego ojca, chcąc zapewnić byt dzieciom. Pozwalała więc Papaw na molestowanie córek wtedy, kiedy tylko miał na to ochotę.
- Sprzedała nas bogatemu pedofilowi - powiedziała Teresa. - Kiedy mnie molestował, wciskał mi do ręki banknoty. Wciąż czuję na szyi jego oddech, kiedy szeptał: "Bądź cichutko". Za każdym razem przychodził potem do samochodu i dawał mamie pieniądze. Sądził, że w ten sposób załatwia sprawę.
Pozbawione opieki starszej siostry Elizabeth i Teresa musiały samotnie znosić nikczemne zachowanie swojego dziadka.
Niedługo później Phyllis zaszła w ciążę z nowym chłopakiem Billym Lambertem. Para postanowiła się zaręczyć. Allen, który został nieco wcześniej mianowany głównym rzeczoznawcą w hrabstwie Mercer, wyraził na to zgodę, bo uważał, że związek zapewni Phyllis stabilizację. Lambert dogadywał się też dobrze z Elizabeth i Teresą.
Na kilka dni przed ślubem Billy wracał do domu z pracy, kiedy doznał wylewu krwi do mózgu. Jego samochód spadł z klifu i mężczyzna zginął na miejscu. Kiedy Phyllis kilka miesięcy później urodziła ich syna, nadała mu imię Billy Junior.
W tym samym czasie w Fort Worth David i Louise Turpinowie wiedli spokojne życie. David pracował jako inżynier komputerowy przy myśliwcach F16 Fighting Falcon, jednych z najpopularniejszych wojskowych samolotów ponaddźwiękowych. Była to dobrze płatna praca. Dzięki niej para często gościła w drogich restauracjach w mieście. Weekendy spędzali w zabytkowej dzielnicy Fort Worth Stockyards, chodzili na rodeo i pokazy rodem z Dzikiego Zachodu.
W 1987 roku David i Louise przenieśli się służbowo do Brea w Kalifornii. Malownicze miasteczko w okręgu County, położone w odległości nieco ponad pięćdziesięciu kilometrów na południowy wschód od Los Angeles, słynie z festiwali ulicznych, które przyciągają turystów z całego świata. Turpinowie pokochali ciepły, śródziemnomorski klimat z temperaturą w okolicach trzydziestu stopni.
Para znalazła sobie skromne, dwupokojowe mieszkanie przy 800 South Brea Boulevard. Choć Louise wciąż obwiniała rodzinę za swoje traumatyczne dzieciństwo, korzystała z każdej nadarzającej się okazji, żeby zademonstrować im swoje pełne sukcesów życie. Wysyłała listy do Princeton, w których barwnie opisywała swój piękny dom, flotę samochodów i częste wycieczki do Disneylandu. Obiecała też, że zaprosi wkrótce matkę i siostry w odwiedziny i że pokryje wszelkie koszty.
W Princeton sytuacja rodzinna była znacznie mniej korzystna. Po tragicznej śmierci narzeczonego Phyllis Robinette postanowiła zająć się prostytucją, żeby przetrwać. Zostawiała Elizabeth i Teresę same w domu na całe noce, żeby mogły się opiekować małym braciszkiem, a sama umawiała się na intymne spotkania na ponurej Mercer Street. Czasami zabierała dzieci ze sobą i kazała im czekać w samochodzie, podczas gdy ona zabawiała swoich klientów.
Janie Farmer uczyła Elizabeth i Teresę w szkole podstawowej. Widziała cierpienie zaniedbanych dziewcząt i wkrótce została ich matką zastępczą.
- Chodziły smutne i wyraźnie brakowało im rodziny - powiedziała Farmer.- Nie chcę wyrażać się źle o ich matce, bo robiła co tylko mogła, ale niewiele była w stanie osiągnąć.
Każdego ranka obie siostry Robinette przychodziły do szkoły z widocznymi brakami w zakresie higieny osobistej, stając się obiektem drwin ze strony kolegów i koleżanek z klasy.
- Dziewczynki były zaniedbane, wyglądały bardzo biednie - przyznała Farmer. - Kiedy inne dzieci szły się bawić, one zostawały same. Naprawdę były to smutne dzieci.
Farmer, która dobrze znała ich ojca, ponieważ oboje byli zagorzałymi demokratami, była zaskoczona faktem, że Phyllis stara się trzymać dzieci z dala od Allena.
- Dziewczęta chciały spotykać się z ojcem, ale wyglądało na to, że nie wolno mu było uczestniczyć w ich życiu tak bardzo, jak tego chciał.
Choć Phyllis nigdy nie chodziła na żadne szkolne zebrania, zaczęła nagle odwiedzać szkołę z zupełnie innego powodu - wpadł jej w oko niejaki David Lee, czarnoskóry woźny.
- Była nim oczarowana... całkowicie zaślepiona - przyznała Farmer. - Przychodziła do szkoły tylko po to, żeby go zobaczyć.
Phyllis często wieczorami zabierała córki do szkoły i zostawiała je w samochodzie, a sama szła się spotkać ze swoim nowym chłopakiem.
- Umawiali się na randki - powiedziała Elizabeth - ale to nie były takie zwyczajne randki. On sprzątał w nocy szkołę, a my dotrzymywałyśmy mu przy tym towarzystwa.
Niedługo potem para mieszkała już razem, co doprowadziło do jeszcze większej destabilizacji w rodzinie Phyllis. Janie Farmer była tak bardzo zaniepokojona losem dziewczynek, że postanowiła porozmawiać z ich matką.
- Powiedziała mi: "No cóż, robię, co tylko w mojej mocy". Muszę przyznać, że chyba rzeczywiście tak było. Dziewczęta nigdy jednak nie rozmawiały ze mną na temat molestowania czy czegokolwiek podobnego.
Choć Farmer straciła w końcu kontakt z Elizabeth i Teresą, kiedy obie poszły do szkoły średniej, David Lee pozostał w ich życiu nieco dłużej. W ciągu kilku kolejnych lat Phyllis urodziła dwoje dzieci, McCeary'ego i Alene Lee, po czym para ostatecznie się rozstała.