Rodzina z domu obok - John Glatt

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5

MY­ŚLA­ŁEM, ŻE ICH ŻY­CIE JEST IDE­ALNE

Je­sie­nią 1987 roku Lo­uise Tur­pin za­szła w ciążę. Para była tym fak­tem za­chwy­cona. Lo­uise za­wsze po­wta­rzała ro­dzi­nie, że chce uro­dzić dwa­na­ścioro dzieci. Te­raz wresz­cie mo­gła roz­po­cząć re­ali­za­cję swo­jego planu. Na­stęp­nego lata Da­vid sfo­to­gra­fo­wał swoją dwu­dzie­sto­let­nią żonę w kra­cia­stej ko­szuli, dum­nie pre­zen­tu­jącą swój ośmio­mie­sięczny cią­żowy brzuch. Wy­słała tę fo­to­gra­fię do domu w Prin­ce­ton, na któ­rej jej dumny oj­ciec za­pi­sał u dołu: "Lo­uise Ann Ro­bi­nette Turp, li­piec 1988".

Kilka dni póź­niej, 28 lipca Lo­uise uro­dziła dziew­czynkę, któ­rej nadali imię Jen­ni­fer Dawn. Przez ko­lejne ty­go­dnie młoda matka wy­sy­łała dzie­siątki zdjęć, na któ­rych wid­niała wraz z Da­vi­dem i dziec­kiem w Di­sney­lan­dzie i in­nych ma­low­ni­czych miej­scach w Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii.

W święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, zgod­nie z obiet­nicą, Lo­uise opła­ciła matce i sio­strom wy­cieczkę do Ka­li­for­nii, żeby mo­gły po­znać jej ma­leń­stwo. Ro­dzina wsia­dła do po­ciągu li­nii Am­trak z Prin­ce­ton do Brea, gdzie Da­vid i Lo­uise ode­brali ją z dworca.

- Było su­per - wspo­mniała Te­resa, wów­czas sze­ścio­let­nia. - Za­brała nas do swo­jego domu. Było tam bar­dzo czy­sto i ele­gancko.

Przez na­stępne trzy ty­go­dnie ro­dzina Ro­bi­nette'ów spę­dzała czas z ro­dziną Tur­pi­nów. Jeź­dzili na wy­cieczki do Di­sney­landu, Uni­ver­sal Stu­dios i Mu­zeum Fi­gur Wo­sko­wych Mo­vie­land.

- Wi­dzia­ły­śmy na­pis "Hol­ly­wood" - po­wie­działa Te­resa - i naj­więk­sze na świe­cie drzewo z wy­cię­tym w środku tu­ne­lem. To była wy­prawa, któ­rej ni­gdy nie za­po­mnę.

Na po­czątku lat 90. Da­vid Tur­pin zo­stał prze­nie­siony przez Ge­ne­ral Dy­na­mics z po­wro­tem do Fort Worth. Firma zo­stała nie­długo po­tem prze­jęta przez ogromną spółkę z sek­tora obron­nego, Loc­kheed Mar­tin. Wraz z Lo­uise i osiem­na­sto­mie­sięczną có­reczką prze­pro­wa­dził się na 3225 Roddy Drive do prze­stron­nego, no­wo­cze­snego domu z czte­rema sy­pial­niami i dwiema ła­zien­kami, po­ło­żo­nego w mod­nej dziel­nicy Me­adow­creek na przed­mie­ściach Fort Worth. W Ka­li­for­nii zo­sta­wili ma­ga­zyn pe­łen ich rze­czy oso­bi­stych, które zo­stały póź­niej zli­cy­to­wane w związku z nie­opła­ca­niem czyn­szu.

Lo­uise i Da­vid byli w końcu go­towi przed­sta­wić swoją có­reczkę Jen­ni­fer mia­steczku Prin­ce­ton. 6 sierp­nia 1990 roku w "Blu­efield Da­ily Te­le­graph", na stro­nie Styl ży­cia: bądźmy w kon­tak­cie, za­miesz­czono fo­to­gra­fię uro­dzi­nową dziew­czynki.

Pod zdję­ciem wid­niał pod­pis: "Jen­ni­fer Dawn Tur­pin świę­tuje swoje dru­gie uro­dziny 28 lipca. Jest to có­reczka Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z Fort Worth w Tek­sa­sie, któ­rzy wy­cho­wali się w Prin­ce­ton. Dziad­kami dziew­czynki są Wayne Ro­bi­nette, pan i pani Tur­pin oraz Phyl­lis Ro­bi­nette, wszy­scy po­cho­dzący z Prin­ce­ton. Pra­dziad­kami są John i Lo­uise Tay­lor z Athens Road".

Da­vid Tur­pin za­ra­biał w tym cza­sie sze­ścio­cy­frową sumę na swoim wy­spe­cja­li­zo­wa­nym sta­no­wi­sku in­ży­niera. Nie­długo po prze­pro­wadzce Lo­uise za­pro­siła do sie­bie matkę i ro­dzeń­stwo. Był to po­czą­tek mocno ocze­ki­wa­nych, co­rocz­nych wy­jaz­dów ro­dziny Ro­bi­nette'ów do Tek­sasu, które od­by­wały się przez na­stępną de­kadę. Lo­uise i Da­vid za­wsze za wszystko pła­cili.

Kiedy przy­jeż­dżała ro­dzina, sta­wali się parą nie­zwy­kle hoj­nych go­spo­da­rzy, za­bie­rali ich do Fort Worth Stoc­ky­ards, do parku roz­rywki Six Flags over Te­xas oraz do naj­lep­szych re­stau­ra­cji.

- To były naj­wspa­nial­sze dni w ciągu roku - po­wie­działa Te­resa. - Za­wsze wtedy działo się bar­dzo wiele faj­nych rze­czy.

Ni­gdy jed­nak nie po­znała do­brze swo­jego szwa­gra Da­vida, który za­wsze w trak­cie tych wi­zyt wy­da­wał się bar­dzo od­osob­niony.

- Nie­wiele się od­zy­wał - wspo­mniała Te­resa. - Za­wsze sie­dział i tylko wszyst­kich ob­ser­wo­wał. Był bar­dzo in­te­li­gentny. Sporo czy­tał i spra­wiał wra­że­nie na­ukowca.

W Prin­ce­ton Al­len Ro­bi­nette skoń­czył z ka­zno­dziej­stwem i zo­stał mia­no­wany rze­czo­znawcą hrab­stwa Mer­cer, dzięki czemu za­czął pro­wa­dzić wła­sne biuro w są­dzie przy Main Street. Oprócz tego był bar­dzo ak­tyw­nym człon­kiem par­tii de­mo­kra­tycz­nej Wir­gi­nii Za­chod­niej.

- Wszy­scy lu­bili Al­lena - po­wie­dział jego przy­ja­ciel Ver­lin Moye, je­den z urzęd­ni­ków. - Zaj­mo­wał się bar­dzo skom­pli­ko­wa­nymi for­mu­łami po­dat­ko­wymi do­ty­czą­cymi grun­tów i tego typu rze­czami. Spe­cja­li­zo­wał się w wy­ce­nach w biu­rze rze­czo­znawcy.

Ro­bi­nette z dumą wy­po­wia­dał się na te­mat swo­jego zię­cia Da­vida i za­zna­czał, że za­ra­bia on duże pie­nią­dze w spółce z branży obron­nej. Ni­gdy jed­nak nie wspo­mi­nał o tym, jak jego córka Lo­uise ucie­kła w wieku szes­na­stu lat, co przy­czy­niło się do roz­padu jego mał­żeń­stwa.

- W ogóle nie mia­łem po­ję­cia, że oni się przez coś ta­kiego roz­stali - po­wie­dział Moye. - Al­len ni­gdy nie mó­wił przy mnie o swoim ży­ciu oso­bi­stym.

Wciąż głę­boko re­li­gijny i ak­tyw­nie dzia­ła­jący w Ko­ściele Bo­żym w Pri­ce­ton Al­len roz­po­czy­nał każde ze­bra­nie ko­mi­sji hrab­stwa od mo­dli­twy. Kiedy nie był za­jęty wy­li­cza­niem po­dat­ków, zbie­rał au­to­grafy gwiazd i pa­miątki z wy­ści­gów NA­SCAR. Jego cenna ko­lek­cja obej­mo­wała wszyst­kich ame­ry­kań­skich astro­nau­tów oraz wielu pre­zy­den­tów i waż­nych po­staci z ca­łego świata.

Kilka lat póź­niej w "Blu­efield Da­ily Te­le­graph" za­miesz­czono ar­ty­kuł na te­mat im­po­nu­ją­cej ko­lek­cji au­to­gra­fów Al­lena Ro­bi­nette'a. Pod na­głów­kiem "praw­dziwi zbie­ra­cze nie wie­dzą, kiedy po­wie­dzieć dość" wy­dru­ko­wano zdję­cie ojca Lo­uise, na któ­rym ubrany w kra­cia­stą ko­szulę i kom­bi­ne­zon, stoi przy swo­ich zbio­rach.

W ar­ty­kule Ro­bi­nette prze­chwa­lał się zgro­ma­dze­niem po­nad trzech ty­sięcy au­to­gra­fów, włącz­nie z pod­pi­sami wszyst­kich ame­ry­kań­skich astro­nau­tów. Przy­znał, że pierw­szy au­to­graf na­le­żał do re­pu­bli­kań­skiego kan­dy­data na pre­zy­denta Barry'ego Gol­dwa­tera, który w 1964 roku prze­grał walkę o urząd z Lyn­do­nem John­so­nem.

- By­łem uczniem szkoły śred­niej i po­dzi­wia­łem Gol­dwa­tera - wy­ja­śnił Ro­bi­nette. - Na­pi­sa­łem do niego, a on mi od­po­wie­dział. W ten spo­sób za­czą­łem gro­ma­dzić ko­lek­cję.

Dzięki cen­nym au­to­gra­fom pre­zy­den­tów, od Johna F. Ken­nedy'ego po Geo­rge'a Bu­sha, Ro­bi­nette wy­ro­bił so­bie su­rową opi­nię na te­mat każ­dego, kto pró­bo­wał za­ra­biać na sprze­daży po­dob­nych pa­mią­tek.

- Dys­po­no­wał wielką, wręcz im­po­nu­jącą ko­lek­cją - po­wie­dział Moye. - Były tam pod­pisy Matki Te­resy, Gan­dhiego i księż­nej Diany. Po pro­stu wszyst­kich. To było coś nie­sa­mo­wi­tego.

Mimo że Al­len Ro­bi­nette pia­sto­wał jedno z naj­waż­niej­szych sta­no­wisk w hrab­stwie Mer­cer, jego była żona i dwie naj­młod­sze córki zo­stały po­zba­wione środ­ków do ży­cia i miesz­kały w ośrodku dla bez­dom­nych w sta­nie Ten­nes­see.

3 lu­tego 1992 roku Lo­uise Tur­pin uro­dziła chłopca. Ro­dzice nadali mu imię Jo­shua Da­vid. Od tam­tej pory wszyst­kie chrze­ści­jań­skie imiona ich dzieci za­czy­nały się na li­terę "J".

Nie­długo po na­ro­dzi­nach Jo­shui Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie zban­kru­to­wali. Choć Da­vid sporo za­ra­biał, para żyła po­nad stan i cał­ko­wi­cie wy­czer­pała li­mit kart kre­dy­to­wych. Wpa­dli w po­ważne długi. Na do­miar złego Lo­uise od­kryła w so­bie pa­sję do ha­zardu i tra­ciła w ten spo­sób spore kwoty.

Ni­gdy jed­nak nie przy­znała się przed ro­dziną do pro­ble­mów fi­nan­so­wych i za­wsze uda­wała, że wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku. Pod­czas co­rocz­nej wi­zyty sióstr i matki była hojna, po­dob­nie jak wcze­śniej.

- To była kwe­stia dumy - wy­ja­śniła Te­resa. - Była je­dyną spo­śród nas, która wy­ru­szyła w wielki świat. My­ślę, że po pro­stu się wsty­dziła, że wy­da­rzyło się tak wiele złych rze­czy.

6

SZKOŁA POD­STA­WOWA ME­ADOW­CREEK

W lipcu 1993 roku Lo­uise spo­tkała się z ro­dziną w mię­dzy­na­ro­do­wym por­cie lot­ni­czym Dal­las­Fort Worth, kiedy była już w za­awan­so­wa­nej ciąży z trze­cim dziec­kiem. Po­now­nie na­le­gała, żeby za wszystko za­pła­cić. Ży­jące w bez­dom­no­ści Phyl­lis i jej córki były za­chwy­cone, że mogą znów za­trzy­mać się w domu Lo­uise i Da­vida przy Roddy Drive.

- Ten dom był wspa­niały - przy­znała Te­resa. - Pa­no­wała tam za­bawna i szczę­śliwa at­mos­fera.

3 li­sto­pada w szpi­talu Te­xas He­alth Har­ris Me­tho­dist w Fort Worth Lo­uise uro­dziła dziew­czynkę imie­niem Jes­sica Lo­uise. W krót­kiej notce pra­so­wej w "Fort Worth Star­Te­le­gram" wspo­mniano, że ro­dzi­cami dziecka są "Lo­uise Ann i Da­vid Al­len Tur­pi­no­wie z Fort Worth".

Wio­sną 1994 roku dzien­nik "Te­le­gram" za­chę­cił czy­tel­ni­ków do nad­sy­ła­nia swo­ich ulu­bio­nych ro­dzin­nych fo­to­gra­fii z krótką sen­ten­cją na te­mat swo­jej mamy, co miało na celu upa­mięt­nie­nie nad­cho­dzą­cego Dnia Matki. Da­vid i Lo­uise wy­słali kilka zdjęć, dzięki czemu trzy z nich zna­la­zły się na ła­mach ga­zety.

Na jed­nym z nich Lo­uise w to­wa­rzy­stwie Jen­ni­fer, Jo­shui i ma­łej Jes­siki ba­wiła się w ogro­dzie z ich psem Blac­kiem. Na in­nym Da­vid i Lo­uise po­zo­wali z Jen­ni­fer i bab­cią ze strony ojca, Betty Tur­pin.

"Moja matka jest wy­jąt­kowa i bar­dzo ją ko­chamy", na­pi­sał pod spodem Da­vid.

Trze­cie zdję­cie, sprzed mniej wię­cej pię­ciu lat, przed­sta­wiało Phyl­lis Ro­bi­nette trzy­ma­jącą nowo na­ro­dzo­nego syna Billy'ego Ju­niora. Obok stał Da­vid i Lo­uise z Jen­ni­fer na rę­kach.

"Moja matka nie ma so­bie rów­nych", na­pi­sała Lo­uise. "Jest po pro­stu naj­lep­sza".

Pięt­na­ście mie­sięcy póź­niej ośmio­let­nia Jen­ni­fer Tur­pin po­szła do pierw­szej do klasy szkoły pod­sta­wo­wej Me­adow­creek, po­ło­żo­nej w od­le­gło­ści kilku prze­cznic od jej domu przy Roddy Drive. Każ­dego ranka Lo­uise wio­zła ją na lek­cje i od­bie­rała po po­łu­dniu.

Od sa­mego po­czątku kru­chej dziew­czynce okrut­nie do­ku­czali ró­wie­śnicy. Nie tylko była o kilka lat star­sza od in­nych dzieci w kla­sie, lecz także jej hi­giena oso­bi­sta po­zo­sta­wiała wiele do ży­cze­nia. Każ­dego dnia do szkoły za­kła­dała tę samą kwie­ci­stą, bia­ło­fio­le­tową bluzkę, a dłu­gie, prze­tłusz­cza­jące się, brą­zowe włosy z grzywką ni­gdy nie zo­stały po­rząd­nie wy­cze­sane. Bra­ko­wało jej rów­nież dwóch przed­nich zę­bów, po­nie­waż stałe nie zdą­żyły się jesz­cze wy­bić.

- Bez wąt­pie­nia stała w ogniu cią­głej kry­tyki - wspo­mniał Ja­red Dana, który cho­dził z Jen­ni­fer do jed­nej klasy. - Każ­dego dnia miała na so­bie te same cuch­nące ciu­chy: zno­szone ogrod­niczki i fio­le­tową bluzkę. Czę­sto od­wi­jała fo­lię z cu­kier­ków, żeby zwią­zać nią so­bie włosy.

Ko­le­dzy i ko­le­żanki ze szkoły za­ci­skali nosy, kiedy prze­cho­dziła. Dana, który rów­nież padł ofiarą szkol­nej ty­ra­nii, był jed­nym z nie­wielu dzie­cia­ków, któ­rzy z nią roz­ma­wiali.

- Ja też by­łem dość nie­śmiały - wspo­mi­nał. - Nie po­wie­dział­bym, że mie­li­śmy się ku so­bie, ale roz­ma­wia­li­śmy cza­sami. Jen­ni­fer była na­prawdę miła. Nie wy­daje mi się, żeby miała w so­bie choć odro­binę fał­szu. Pew­nego dnia po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek i zo­sta­łem przez to strasz­li­wie wy­śmiany.

Wciąż pa­mięta, że córka Tur­pi­nów była nie­zwy­kle nad­po­bu­dliwa i ła­two wy­ra­żała emo­cje.

- W szkole była pełna ener­gii - przy­znał Dana. - W trak­cie wy­cie­czek za­wsze wy­jąt­kowo się eks­cy­to­wała i wszyst­kich wy­prze­dzała.

Aaron Pan­kratz, który rów­nież cho­dził z Jen­ni­fer do klasy, pa­mięta ją jako dziew­czynę z "na­prawdę dłu­gimi, za­nie­dba­nymi wło­sami" i "ciu­chach z od­zy­sku".

- Była chyba bar­dzo biedna - po­wie­dział. - Pa­mię­tam, że mnie to odro­binę nie­po­ko­iło. Sta­ra­łem się jej uni­kać, na ile było to moż­liwe. Była po pro­stu wy­rzut­kiem.

17 grud­nia 1995 roku, w tym sa­mym szpi­talu co po­przed­nio, na świat przy­szło na­stępne dziecko Lo­uise, Jo­na­than Wayne. Był zdro­wym chłop­cem, wa­żył 3850 gra­mów i mie­rzył 52 cen­ty­me­try.

Jego dumni ro­dzice wy­słali zdję­cie Jo­na­thana do "Fort Worth Star­Te­le­gram", które tra­fiło do szpalty po­świę­co­nej na­ro­dzi­nom.

"Do­łą­cza do star­szego ro­dzeń­stwa", na­pi­sano. "Jen­ni­fer (7), Jo­shui (3) i Jes­siki (2)".

W czerwcu 1996 roku Lo­uise i Da­vid za­brali czworo swo­ich dzieci w od­wie­dziny do ro­dziny w Prin­ce­ton. Po­ka­zy­wali je z dumą, za­pew­nia­jąc naj­bliż­szych krew­nych, że bę­dzie tych dzieci jesz­cze dużo wię­cej. Ich po­cie­chy ubrane zo­stały w iden­tyczne stroje, włącz­nie z obu­wiem.

- Wszy­scy cho­dzili w pro­stej li­nii - wspo­mniała Te­resa. - Przy­po­mi­nało to bar­dziej szkołę niż ro­dzinę. Po­my­śla­łam wtedy, że jest dla nich zbyt su­rowa.

Po raz ko­lejny Da­vid i Lo­uise za wszystko za­pła­cili, za­bie­ra­jąc człon­ków ro­dziny na wy­stawne obiady - każ­dego dnia do in­nej re­stau­ra­cji. Luk­su­sowy styl ży­cia Da­vida, Lo­uise i dzieci zro­bił na wszyst­kich ogromne wra­że­nie. Wy­da­wało się, że Lo­uise na­prawdę zna­la­zła swo­jego księ­cia na bia­łym ko­niu i re­ali­zo­wała swój ame­ry­kań­ski sen.

- My­śle­li­śmy, że ich ży­cie jest ide­alne - przy­znał przy­rodni brat Lo­uise, Billy Ju­nior. - Kiedy tylko cze­goś chcieli, za­raz to mieli. My­śla­łem, że są nor­malną, szczę­śliwą ro­dziną.

W trak­cie wi­zyty Eli­za­beth, która stu­dio­wała wów­czas na Lee Uni­ver­sity w Cle­ve­land w sta­nie Ten­nes­see, za­py­tała, czy może spę­dzić z nimi lato w Fort Worth. Da­vid i Lo­uise zgo­dzili się bez wa­ha­nia. Kiedy wra­cali do domu, Eli­za­beth sie­działa na ty­łach sa­mo­chodu wraz z dziećmi.

Gdy prze­jeż­dżali przez Lu­izjanę, Da­vid nie­spo­dzie­wa­nie zje­chał z au­to­strady mię­dzy­sta­no­wej. Lo­uise oznaj­miła, że jadą po­grać tro­chę w ka­sy­nie i po­pro­sili ją, żeby w tym cza­sie przy­pil­no­wała dzieci. Naj­pierw jed­nak na­le­gała, by nie mó­wiła ab­so­lut­nie ni­komu, że cho­dzą do ka­syna, gdyż było to sprzeczne z za­sa­dami ich wiary.

- By­łam w szoku - przy­znała Eli­za­beth. - Wszy­scy wy­cho­wa­li­śmy się w kon­ser­wa­tyw­nym i re­li­gij­nym domu, w któ­rym nam wpa­jano, że ha­zard jest grze­chem.

Kilka go­dzin póź­niej, kiedy dzieci za­snęły na tyl­nych sie­dze­niach za­par­ko­wa­nego w ga­rażu ka­syna, wró­cił Da­vid. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo zde­ner­wo­wa­nego, na­rze­ka­jąc, że Lo­uise ma po­ważny pro­blem ha­zar­dowy i nie chce prze­stać grać, choć prze­grała już po­ważne sumy. Na­stęp­nie wró­cił do ka­syna, wy­ra­ziw­szy na­dzieję, że zo­sta­nie im do­syć pie­nię­dzy na pa­liwo do Fort Worth.

Za­nim Da­vi­dowi udało się ścią­gnąć Lo­uise z po­wro­tem do sa­mo­chodu, upły­nęło jesz­cze kilka ko­lej­nych go­dzin. Wi­dać było, że kłó­cili się po dro­dze.

- Lo­uise była wku­rzona - po­wie­działa Eli­za­beth - i krzy­czała: "Nie je­stem dziec­kiem! Prze­stań mi roz­ka­zy­wać!".

Była na­uczy­cielka ze szkoły śred­niej w Prin­ce­ton, Pa­mela Win­frey, czę­sto wra­cała my­ślami do dnia, kiedy nie­roz­waż­nie po­zwo­liła Lo­uise Ro­bi­nette opu­ścić klasę, co ta wy­ko­rzy­stała do ucieczki z Da­vi­dem Tur­pi­nem. Ro­biła re­gu­lar­nie za­kupy w Wal­mar­cie w Blu­efield, gdzie Phyl­lis Ro­bi­nette pra­co­wała w tym cza­sie jako ka­sjerka.

- Wspo­mnia­łam kie­dyś Phyl­lis, że to ja pro­wa­dzi­łam za­ję­cia w dniu, kiedy ucie­kła - po­wie­działa Win­frey. - Za­py­ta­łam ją o to. Od­po­wie­działa mi, że Lo­uise po­brała się z Da­vi­dem z po­wodu swo­jego ojca. Przy­zna­łam Phyl­lis, że po­dzi­wia­łam ją za tę od­ważną de­cy­zję o ucieczce. Ja ni­gdy nie zdo­by­ła­bym się na tak po­ważny krok.

Kiedy Eli­za­beth wpro­wa­dziła się pod 3225 Roddy Drive, była za­chwy­cona moż­li­wo­ścią po­now­nego ob­co­wa­nia z Lo­uise. Sio­stry cie­szyły się wspól­nym spę­dza­niem czasu, gra­niem w gry plan­szowe, słu­cha­niem mu­zyki i oglą­da­niem fil­mów. Ale Eli­za­beth szybko so­bie uświa­do­miła, jak Lo­uise i Da­vid byli su­rowi dla swo­ich dzieci, a szcze­gól­nie dla Jen­ni­fer.

- Mu­siały pro­sić o po­zwo­le­nie, żeby pójść do ła­zienki - po­wie­działa Eli­za­beth. - Po­trze­bo­wały zgody, żeby co­kol­wiek zjeść.

Pod­czas swo­jego po­bytu ni­gdy nie za­uwa­żyła, żeby jej sio­stra lub szwa­gier oka­zy­wali ja­ką­kol­wiek czu­łość swoim dzie­ciom. Przez całe lato Eli­za­beth ni­gdy nie była świad­kiem sy­tu­acji, w któ­rej po­ca­ło­wa­liby swoje dzieci lub choćby je przy­tu­lili. Ni­gdy nie prze­czy­tali im książki, nie po­wie­dzieli choć kilku słów na do­bra­noc, nie uło­żyli do spa­nia ma­łego Jo­na­thana.

Eli­za­beth była rów­nież zdu­miona nie­mal ry­tu­al­nymi po­rami ser­wo­wa­nia po­sił­ków przez Lo­uise. Kiedy ukła­dała ta­le­rze na stole, przy­wo­ły­wała dzieci jedno po dru­gim, żeby się naja­dły. Za­nim pierw­szo­kla­sistka mo­gła po co­kol­wiek się­gnąć, mu­siała spoj­rzeć matce w oczy, uśmiech­nąć się i za­cze­kać na jej re­ak­cję.

- Do­piero wtedy Lo­uise mó­wiła: "Okej, sia­daj". Mała sia­dała, a po­tem... na­prawdę cze­kała na po­zwo­le­nie, by coś zjeść. Na­stęp­nie Lo­uise do­da­wała: "W po­rządku, mo­żesz jeść".

Kiedy Jen­ni­fer koń­czyła po­si­łek, matka ka­zała jej wstać, pa­trzyła na nią, uśmie­chała się i do­piero wtedy wy­sy­łała ją do po­koju.

- To było jak tajny kod - po­wie­działa Eli­za­beth - przy każ­dym po­siłku.

Jen­ni­fer i troje jej ro­dzeń­stwa gnieź­dzili się w swo­ich po­ko­jach przez dłuż­szy czas i ni­gdy nie po­zwa­lano im na ja­ki­kol­wiek kon­takt z ciotką bez obec­no­ści Lo­uise.

- Nie ży­czyła so­bie, że­bym roz­ma­wiała z dziećmi. A im nie wolno było roz­ma­wiać ze mną bez po­zwo­le­nia.

Lo­uise wy­ja­śniła Eli­za­beth, że miało to na celu "ochronę" jej dzieci, po­nie­waż nie chciała, żeby ich re­li­gijne prze­ko­na­nia "za­tarły się".

Choć dzie­więt­na­sto­latce nie po­do­bał się spo­sób, w jaki Lo­uise i Da­vid trak­to­wali dzieci, ni­gdy nie od­wa­żyła się temu sprze­ci­wić.

Za­uwa­żyła rów­nież, że oboje czę­sto mie­wali złe na­stroje. Spo­kojny za­zwy­czaj Da­vid wpa­dał we wście­kłość przy naj­mniej­szej na­wet pro­wo­ka­cji.

- Da­vid tra­cił pa­no­wa­nie nad sobą, kiedy Lo­uise zro­biła coś wbrew jego woli, i wpa­dał w szał - po­wie­działa Eli­za­beth. - Kiedy tam miesz­ka­łam, nie chciał, że­by­śmy ro­biły co­kol­wiek bez niego. Lo­uise wie­działa, że le­piej bę­dzie tego prze­strze­gać, je­śli jej mąż miał po­zo­stać spo­kojny.

Po la­tach Jen­ni­fer Tur­pin wy­znała śled­czym, że oj­ciec wpa­dał we wście­kłość i fi­zycz­nie ata­ko­wał jej matkę. W końcu Da­vid obie­cał prze­stać, ale nie do końca wia­domo, czy mu się to udało.

We­dług Ricka Rossa, spe­cja­li­sty z dzie­dziny sekt i za­ło­ży­ciela In­sty­tutu Ba­dań nad Sek­tami, to wła­śnie w Fort Worth Da­vid Tur­pin za­czął zmie­niać swoją ro­dzinę w nie­nor­malną sektę, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego celu znie­kształ­coną wer­sję swo­ich zie­lo­no­świąt­ko­wych nauk. Po­strze­gał sie­bie jako cha­ry­zma­tycz­nego przy­wódcę, a Lo­uise jako swoją za­stęp­czy­nię.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat, kiedy ich ro­dzina się roz­ra­stała, Da­vid i Lo­uise wpro­wa­dzili w ży­cie ze­staw szcze­gó­ło­wych za­sad i kar, wy­ma­ga­jąc od dzieci ab­so­lut­nego po­słu­szeń­stwa i po­słu­chu. Ka­zali im mię­dzy in­nymi zwra­cać się do sie­bie per "Matko" i "Oj­cze".

- To, co na­zy­wamy "pra­niem mó­zgu w ob­rę­bie sekty" jest tak na­prawdę syn­tezą przy­mu­so­wej per­swa­zji lub re­formy spo­sobu my­śle­nia - wy­ja­śnił Ross. - Wy­pra­co­wuje się tech­niki wy­wie­ra­nia wpływu albo na pod­sta­wie prób i błę­dów, in­stynk­tow­nie, albo dzięki wie­dzy z prze­czy­ta­nych ksią­żek.

Ross przy­znał, że ro­dzinne sekty opie­rały się na wła­dzy, kon­troli i do­mi­na­cji.

- Oj­ciec chce po pro­stu zmie­nić swoją ro­dzinę w grupę od­da­nych mu osób. Nikt nie ma przy tym żad­nego uza­sad­nio­nego po­wodu, żeby odejść. Nie jest tak, że się do­ra­sta i opusz­cza dom.

Po­wie­dział rów­nież, że w przy­padku ro­dziny Tur­pi­nów nie było ni­czego nie­zwy­kłego.

- Kto wie, z iloma tego typu przy­pad­kami mamy do czy­nie­nia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych? Wbrew po­zo­rom ta­kie sprawy nie są rzad­kie, ale do­wia­du­jemy się o nich do­piero wtedy, gdy wy­da­rzy się coś strasz­nego.

Krótko po prze­pro­wadzce do Fort Worth Eli­za­beth zna­la­zła let­nią pracę w miej­sco­wym skle­pie. Lo­uise na­le­gała, by za­wo­zić ją do pracy i od­bie­rać z niej, opie­ra­jąc to na ry­go­ry­stycz­nym ze­sta­wie za­sad, któ­rych na­leży prze­strze­gać. Nie wolno było jej za­wie­rać żad­nych przy­jaźni, ko­rzy­stać z ich do­mo­wego te­le­fonu, ani na­wet mó­wić ko­mu­kol­wiek, gdzie mieszka. Wszystko wska­zy­wało na to, że zo­stała zwer­bo­wana do ro­dzin­nej sekty.

- Lo­uise była bar­dzo za­mkniętą w so­bie osobą - wy­ja­śniła Eli­za­beth. - Usły­sza­łam od niej, że je­śli zła­mię za­sady, zo­stanę stąd wy­rzu­cona.

Tego lata Eli­za­beth ob­ser­wo­wała Da­vida i Lo­uise z bli­ska, po­zna­jąc dzi­waczną dy­na­mikę ich re­la­cji. Jej sio­stra na po­zór spra­wo­wała nad wszyst­kim kon­trolę i po­dej­mo­wała wszel­kie de­cy­zje, a Da­vid ob­ser­wo­wał wszystko w mil­cze­niu, sie­dząc z za­ło­żo­nymi rę­kami. Osta­tecz­nie Lo­uise za­wsze zwra­cała się do niego o zgodę.

- Na­wią­zy­wali kon­takt wzro­kowy, a ona py­tała: "do­brze, Da­vi­dzie?". A on od­po­wia­dał: "Do­brze" albo "No cóż...".

Eli­za­beth stwier­dziła, że to Lo­uise de­cy­do­wała o na­ło­że­niu kary na dzieci za ja­kie­kol­wiek na­ru­sze­nie roz­ra­sta­ją­cego się re­gu­la­minu. Na­stęp­nie Da­vid ją eg­ze­kwo­wał.

Eli­za­beth za­czy­nała się czuć nie­kom­for­towo w ob­li­czu co­raz częst­szego nie­od­po­wied­niego za­cho­wa­nia swo­jego szwa­gra. Za­czął na­ga­by­wać ją o by­łego chło­paka, do­da­jąc, że mu­siało mu się bar­dzo po­do­bać, kiedy szła po­pły­wać w ską­pym bi­kini. Pew­nego dnia Da­vid i Lo­uise za­częli dys­ku­to­wać w kuchni na te­mat swo­jego związku. Da­vid przy­znał, że jego żona wpa­dła mu w oko, gdy miała za­le­d­wie dzie­sięć lat. Wtedy po­sta­no­wił do niej "wy­star­to­wać".

Krótko po tej roz­mo­wie Eli­za­beth brała prysz­nic. Lo­uise otwo­rzyła za­mek ła­zienki za po­mocą wie­szaka do ubrań. Po chwili we­szła do środka wraz z mę­żem, żeby po­pa­trzeć.

- To było na­prawdę nie­sto­sowne - po­wie­działa Eli­za­beth. - Czu­łam się wtedy bar­dzo nie­kom­for­towo. We­szli do środka, pa­trzyli, jak się ką­pię, po czym ka­zali mi wyjść spod prysz­nica na ich oczach.

Kiedy za­częła się ner­wowo wy­cie­rać, jej za­kło­po­ta­nie do­pro­wa­dziło ich do śmie­chu.

- Za­czer­wie­ni­łam się od stóp do głów - przy­znała Eli­za­beth. - Pró­bo­wali uda­wać, że to tylko żart, jakby nie zro­bili ni­czego złego.

Od tam­tej pory Da­vid i Lo­uise czę­sto pod­glą­dali Eli­za­beth pod prysz­ni­cem, mó­wiąc jej przy tym, jaka jest piękna. Choć nie po­do­bało jej się to ani tro­chę, nie miała tak na­prawdę żad­nego wyj­ścia. Do­ma­gała się tylko, by Da­vid ni­gdy nie do­tknął jej na­wet pal­cem.

Dok­tor Mi­chael Stone, psy­chia­tra są­dowy i pro­fe­sor psy­chia­trii kli­nicz­nej z Uni­wer­sy­tetu Co­lum­bia, wy­ja­śnił, że ofiary ka­zi­rodz­twa czę­sto nie znają gra­nic sek­su­al­nych.

- Czę­sto mie­wają różne sek­su­alne ano­ma­lie - wy­ja­śnił. - Zo­stali wy­cho­wani przez lu­dzi, któ­rzy na­ru­szyli wszel­kie za­sady, dla­tego one prze­stają obo­wią­zy­wać. Nie­któ­rzy z nich za­cho­wują się bar­dzo roz­wiąźle, inni uwa­żają, że seks jest brudny i od­ra­ża­jący po tym, co im się przy­tra­fiło. Zwy­kle wy­stę­pują ja­kieś ano­ma­lie.

Pod ko­niec lata Lo­uise od­kryła, że jej sio­stra za­przy­jaź­niła się z ko­legą z pracy i re­gu­lar­nie jada z nim lunch. Wpa­dła we wście­kłość. Pew­nego dnia pod­wio­zła ją do pracy, ale już jej z niej nie ode­brała. Eli­za­beth była za­nie­po­ko­jona i za­dzwo­niła do Lo­uise, która nie ode­brała te­le­fonu. Ko­bieta spę­dziła noc na ławce przy po­bli­skim Wal­mar­cie.

Przez trzy ko­lejne doby Eli­za­beth spała na dwo­rze, cho­dząc do pracy w tym sa­mym ubra­niu. W końcu Lo­uise ode­brała te­le­fon i na­tych­miast na­ka­zała sio­strze wra­cać do domu w Ten­nes­see. Do­piero kiedy Eli­za­beth za­gro­ziła we­zwa­niem po­li­cji, Lo­uise po­zwo­liła jej wró­cić i za­brać rze­czy.

21 maja 1997 roku Lo­uise znów wy­lą­do­wała w szpi­talu Te­xas He­alth Har­ris Me­tho­dist, gdzie uro­dziła piąte dziecko, có­reczkę imie­niem Joy Donna. Wierz­ga­jąca nóż­kami dziew­czynka wa­żyła 3370 gra­mów i mie­rzyła 52 cen­ty­me­try. Zdję­cie dziecka wy­dru­ko­wano w "Fort Wor­th­Star Te­le­gram", w ru­bryce po­świę­co­nej na­ro­dzi­nom.

"Dziew­czynkę po­wi­tało na świe­cie ro­dzeń­stwo, 8let­nia Jen­ni­fer, 5letni Jo­shua, 3let­nia Jes­sica i 18mie­sięczny Jo­na­than", na­pi­sał do ga­zety Da­vid.

Trzy mie­siące póź­niej Jen­ni­fer otrzy­mała pro­mo­cję do dru­giej klasy w szkole pod­sta­wo­wej Me­adow­creek. Stan jej hi­gieny oso­bi­stej jesz­cze bar­dziej się po­gor­szył.

- Śmier­działa brud­nymi ciu­chami i mo­czem - wspo­mniała jej ko­le­żanka z klasy Jes­sica Ber­mejo. - Za­wsze była tak samo ubrana. Chyba w ogóle tego z sie­bie nie ścią­gała.

Ale jej ciotka Te­resa, która wpa­dła z wi­zytą, za­pa­mię­tała jed­nak rząd dro­gich, ni­gdy nie­no­szo­nych su­kie­nek w sza­fie Jen­ni­fer.

- Były już dla niej za małe - po­wie­działa. - Nie ode­rwali z nich na­wet me­tek. Wi­dać było, że to ciu­chy po 200 i 300 do­la­rów.

Kiedy dro­gie ubra­nia ku­rzyły się w sza­fie, Jen­ni­fer za­kła­dała każ­dego dnia tę samą białą bluzkę z dłu­gimi rę­ka­wami i fio­le­towe spodnie.

Dzie­wię­cio­latka, która spę­dzała w swoim po­koju całe go­dziny, wy­da­wała się rów­nież wy­jąt­kowo nad­po­bu­dliwa - stale coś ba­zgrała i ba­wiła się wło­sami. Za­częła też de­mon­stro­wać nie­po­ko­jące za­cho­wa­nia przed całą klasą.

- Do­ty­kała swoje in­tymne miej­sca - po­wie­działa Ber­mejo. - Nie wiem, czy czuła swę­dze­nie. Mo­gło mieć to ja­kiś zwią­zek z bra­kiem hi­gieny.

Jen­ni­fer mó­wiła różne rze­czy, które wy­wo­ły­wały ogólny dys­kom­fort u in­nych.

- Opo­wia­dała o spra­wach, które mo­gły wska­zy­wać na mo­le­sto­wa­nie sek­su­alne - uznała Ber­mejo. - Były to rze­czy, o któ­rych się nie mówi w jej wieku. Sta­ra­łam się to igno­ro­wać.

Ja­red Dana pa­mięta, jak na­uczy­cielka wy­słała Jen­ni­fer do dy­rek­tora za po­cie­ra­nie się w in­tym­nych oko­li­cach, ale naj­wy­raź­niej nie pod­jęto żad­nych dzia­łań zmie­rza­ją­cych do wy­ja­śnie­nia, czy w jej domu wy­stę­puje ja­kiś pro­blem. W wy­dziale spraw ro­dzin­nych i opie­kuń­czych nie ma żad­nej wzmianki na te­mat Tur­pi­nów.

Kiedy Jen­ni­fer po­szła do trze­ciej klasy, w szkole pod­sta­wo­wej Me­adow­creek po­ja­wiła się wsza­wica, za którą ją oczy­wi­ście ob­wi­niano.

- By­łam jedną z dziew­cząt, które miały wszy - przy­znała Ber­mejo. - To był po­ważny pro­blem, bo nie by­łam je­dyna. Dzie­ciaki wo­łały na nią "Wszawka", bo wszy­scy byli świa­domi stanu jej hi­gieny.

Taha Mun­ta­ji­bud­din i jego sio­stra Nuha rów­nież cho­dzili do trze­ciej klasy z Jen­ni­fer i wi­dzieli, jak źle była ona trak­to­wana.

- Inni trze­cio­kla­si­ści nie­ustan­nie ją wy­śmie­wali - na­pi­sał Mun­ta­ji­bud­din na Fa­ce­bo­oku - bo jej ubra­nie wy­glą­dało cza­sami tak, jakby prze­cią­gnięto ją przez błoto. Do tego czę­sto śmier­działa.

Pew­nego dnia Jen­ni­fer zo­stała po­ni­żona, kiedy na­uczy­cielka ka­zała jej wy­rzu­cić stare sre­berko od ba­to­nika Her­shey, któ­rego uży­wała jako gumki do swo­ich dłu­gich, brud­nych wło­sów.

- Pa­mię­tam, że cała moja klasa zwi­jała się ze śmie­chu - na­pi­sał Mun­ta­ji­bud­din.

Jed­nak po­mimo tego, że dziew­czyna była ofiarą cią­głych szy­derstw, po­zo­stała po­godna i przy­ja­zna.

- Pró­bo­wała szu­kać zna­jo­mych - po­wie­działa Ber­mejo - ale nikt nie chciał się z nią ba­wić i wszy­scy trzy­mali się od niej z da­leka. Kilka razy wy­cią­gną­łem do niej dłoń, ale sam by­łem wtedy in­tro­wer­ty­kiem.

15 czerwca 1998 roku w tym sa­mym szpi­talu co zwy­kle, Lo­uise uro­dziła szó­ste dziecko, Ju­lianne Phyl­lis. Zdrowe dziecko wa­żyło 4 ki­lo­gramy i mie­rzyło 53 cen­ty­me­try.

"Dziecko po­wi­tali jego bra­cia i sio­stry", na­pi­sano w "Fort Wor­th­Star Te­le­gram" obok fo­to­gra­fii.

Mie­siąc póź­niej Lo­uise i Da­vid z czwor­giem naj­star­szych dzieci po­je­chali do Prin­ce­ton w od­wie­dziny do ro­dziny. Nie był to jed­nak miły po­byt, a Lo­uise nie ukry­wała, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi tego mia­steczka.

- Po raz ostatni po­je­chała spo­tkać się z ro­dziną - po­wie­działa póź­niej Eli­za­beth Dr. Ozowi pod­czas wy­wiadu w po­pu­lar­nym te­le­wi­zyj­nym show. - Przy­znała, że nie za­mie­rza wię­cej tu­taj wra­cać. Chciała tylko, żeby mama i tata zo­ba­czyli swoje wnuki.

Te­resa uważa, że dla jej naj­star­szej sio­stry wi­zyta ta była trau­ma­tyczna, po­nie­waż po­wró­ciły do niej wszyst­kie kosz­mary z dzie­ciń­stwa.

- Bar­dzo cier­piała - wy­ja­śniła Te­resa. - Sam po­byt w tym miej­scu przy­pra­wiał ją o mdło­ści. Wró­ciła dawna po­garda.

Tego dnia Lo­uise i Da­vid po­sta­wili stopę w Wir­gi­nii Za­chod­niej po raz ostatni. Skoń­czyły się rów­nież opła­cane przez nich w ca­ło­ści od­wie­dziny ro­dziny Ro­bi­nette'ów.

Kiedy na­de­szło Boże Na­ro­dze­nie, Tur­pi­no­wie znów to­nęli w ogrom­nych dłu­gach fi­nan­so­wych. Mimo że Da­vid wciąż pia­sto­wał do­brze opła­cane sta­no­wi­sko w Loc­kheed Mar­tin, re­gu­lar­nie jeź­dził z Lo­uise do Lu­izjany, gdzie trwo­nili pie­nią­dze w ka­sy­nach.

Wy­rzu­cona z domu Tur­pi­nów Eli­za­beth po­rzu­ciła col­lege i wy­szła za mąż. W końcu po­go­dziła się z Lo­uise i sio­stry za­częły re­gu­lar­nie roz­ma­wiać przez te­le­fon. W trak­cie tych roz­mów sio­stra czę­sto wspo­mi­nała o swo­jej mi­ło­ści do ha­zardu i braku apro­baty ze strony Da­vida. Przy­znała, że daje jej to cu­dow­nego "kopa", który nie po­zwala jej prze­stać.

Pod ko­niec grud­nia Eli­za­beth za­dzwo­niła do sio­stry na ko­mórkę. Lo­uise po­wie­działa, że robi wła­śnie za­kupy świą­teczne i że do niej od­dzwoni. Zro­biła to kilka go­dzin póź­niej, chwa­ląc się, że osią­gnęła li­mity na wszyst­kich kar­tach kre­dy­to­wych i ku­piła tyle, ile zdo­łała przed ich za­blo­ko­wa­niem. Po­wie­działa rów­nież, że Da­vid sie­dzi ak­tu­al­nie w ga­rażu i pa­kuje pre­zenty dla dzieci.

Po chwili oświad­czyła z dumą, że za­mie­rzają zło­żyć wnio­sek o upa­dłość fi­nan­sową. Bank wno­sił za­strze­że­nia hi­po­teczne do­ty­czące nie­ru­cho­mo­ści przy Roddy Drive, a ro­dzina po­waż­nie za­le­gała z płat­no­ściami za hi­po­tekę.

Kiedy Eli­za­beth za­py­tała, czy ko­mor­nicy zajmą ich dom po zgło­sze­niu wnio­sku o upa­dłość, Lo­uise się ro­ze­śmiała. Wy­ja­śniła, że choć stracą dom, za­trzy­mają wszystko, co ku­pili na kre­dyt. Zgod­nie z prze­pi­sami będą mo­gli za­cho­wać rów­nież sa­mo­chody, o ile za­czną spła­cać długi.

Lo­uise za­pew­niła wstrzą­śniętą sio­strę, że wszyst­kie ich długi zo­staną anu­lo­wane, nie będą więc mu­sieli za nic pła­cić. Kiedy Eli­za­beth okre­śliła to mia­nem oszu­stwa, Lo­uise od­parła, że ro­bią to dla­tego, żeby dzieci miały wy­star­cza­jąco dużo ubrań i za­ba­wek w przy­szło­ści. Stwier­dziła, że kie­ruje nimi tylko zdrowy roz­są­dek, który po­zwala im wy­ko­rzy­stać sys­tem przez zło­że­nie wnio­sku o upa­dłość.

Kiedy Eli­za­beth pod­su­mo­wała, że dla niej jest to po pro­stu kra­dzież, Lo­uise trza­snęła słu­chawką.

Wio­sną 1999 roku bank za­jął nie­ru­cho­mość przy Roddy Drive, a Da­vid, Lo­uise i sze­ścioro dzieci zo­stali zmu­szeni do eks­mi­sji. Bez słowa wy­ja­śnie­nia Jen­ni­fer prze­stała cho­dzić do szkoły pod­sta­wo­wej Me­adow­creek. Ni­gdy wię­cej nie wró­ciła już do pu­blicz­nej pla­cówki edu­ka­cyj­nej.

- Pew­nego dnia po pro­stu prze­stała przy­cho­dzić - po­wie­działa Jes­sica Ber­mejo. - Tro­chę mnie to zdzi­wiło. Pró­bo­wa­łam ją póź­niej od­szu­kać, ale nie zna­la­złam żad­nych in­for­ma­cji na jej te­mat. Jakby za­pa­dła się pod zie­mię.

Żadne z dzieci Tur­pi­nów ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czyło już wnę­trza szkol­nej sali, a ich Oj­ciec po­sta­no­wił uczyć je sa­mo­dziel­nie. Dzięki temu unik­nęli py­tań na te­mat nie­ty­po­wego stylu ży­cia ro­dziny ze strony na­uczy­cieli i in­nych ro­dzi­ców. Lo­uise, która ode­szła ze szkoły w wieku szes­na­stu lat, żeby wyjść za Da­vida, miała od te­raz zo­stać ich na­uczy­cielką.

Spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie sekt Rick Ross uważa, że na­stęp­nym eta­pem for­mo­wa­nia się sekty było od­cię­cie dzieci od świata ze­wnętrz­nego i stwo­rze­nie al­ter­na­tyw­nej ka­ry­ka­tury ta­kiego świata w czte­rech ścia­nach ich nie­sta­bil­nego domu.

- Wy­ko­rzy­stał te tech­niki do zma­ni­pu­lo­wa­nia ich umy­słów i stwo­rze­nia bez­pod­staw­nych obaw zwią­za­nych ze świa­tem ze­wnętrz­nym - po­wie­dział Ross. - A po­tem za­ko­rze­nił swego ro­dzaju za­leż­ność, po­słu­szeń­stwo i pod­dań­stwo zgod­nie z wła­snymi wy­obra­że­niami.

Ross przy­znał, że choć Da­vid Tur­pin był bez wąt­pie­nia po­my­sło­dawcą i przy­wódcą sekty, Lo­uise chęt­nie szła w jego ślady.

- To przy­kład grupy zdo­mi­no­wa­nej przez po­stać pa­triar­chalną - po­wie­dział Ross - w któ­rej matka rów­nież ma pewne obo­wiązki. Ale Da­vid Tur­pin był w tej ro­dzi­nie bo­giem. Stał się obiek­tem czci, a sprze­ci­wia­nie się mu było grze­chem śmier­tel­nym. Dzieci nie miały za­tem swo­jego ży­cia poza tym, które on sam im stwo­rzył.

Kiedy Tur­pi­no­wie się wy­pro­wa­dzili, nowi wła­ści­ciele domu przy 3225 Roddy Drive byli tak prze­ra­żeni jego sta­nem w środku, że zde­cy­do­wali się sfo­to­gra­fo­wać za­stane po­miesz­cze­nia. We­wnątrz pa­no­wał strasz­liwy fe­tor, a wszyst­kie dy­wany i pod­łogi le­piły się od brudu. Na ścia­nach było mnó­stwo du­żych, ciem­nych plam, które po bliż­szym zba­da­niu oka­zały się fe­ka­liami.

7

RIO VI­STA

27 lipca 1999 roku o go­dzi­nie 10:31 Lo­uise Tur­pin uro­dziła siódme dziecko, zdrową dziew­czynkę, któ­rej nadano imię Je­anetta Betty. Było to jej ko­lejne dziecko, które uro­dziła w tym sa­mym szpi­talu w śród­mie­ściu Fort Worth.

Ty­dzień póź­niej w "Bur­le­son Star" wy­dru­ko­wano notkę o na­ro­dzi­nach, którą dumny oj­ciec prze­słał z my­ślą o pu­bli­ka­cji na stro­nie Zo­bacz, co no­wego w świe­cie ma­lu­chów. Za­ska­ku­jące było to, że wska­zano tam Tur­pi­nów jako ro­dzi­ców miesz­ka­ją­cych w Bur­le­son w Tek­sa­sie, pod­czas gdy mieli tam tylko skrzynkę pocz­tową.

"Da­vid i Lo­uise (Ro­bi­nette) Tur­pi­no­wie z Bur­le­son ogła­szają na­ro­dziny có­reczki Je­anetty Betty Tur­pin we wto­rek 27 lipca 1999 roku. Dziew­czynka waży 2806 gra­mów i mie­rzy 46 cen­ty­me­trów. Na świe­cie po­wi­tało ją liczne ro­dzeń­stwo: Jen­ni­fer (11), Jo­shua (7), Jes­sica (5), Jo­na­than (3), Joy (2) i Ju­lianne (14 mie­sięcy)".

Było to ostat­nie za­wia­do­mie­nie o na­ro­dzi­nach, które Da­vid i Lo­uise kie­dy­kol­wiek wy­słali do ga­zety.

Kilka dni po na­ro­dzi­nach Je­anetty ro­dzina Tur­pi­nów prze­pro­wa­dziła się do no­wego domu przy 595 Hill Co­unty Road w Rio Vi­sta w Tek­sa­sie. Le­żące sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od Fort Worth mia­steczko, któ­rego naj­bliż­szym są­sia­dem było od­da­lone o je­de­na­ście ki­lo­me­trów Cle­burne, znaj­do­wało się z dala od uczęsz­cza­nych tras. Dzięki kur­czą­cej się wciąż po­pu­la­cji, li­czą­cej wów­czas 744 osoby, oka­zało się do­sko­na­łym miej­scem ucieczki od świata.

W tej sto­sun­kowo du­żej spo­łecz­no­ści far­mer­skiej wy­twa­rzano ba­wełnę, siano, orzeszki ziemne i na­biał. Po­szcze­gólne go­spo­dar­stwa nie­rzadko dzie­liły całe ki­lo­me­try, a wszy­scy pil­no­wali tam wła­snych in­te­re­sów. La­tem tem­pe­ra­tury osią­gały nie­zno­śne war­to­ści, a zimy były chłodne i wietrzne.

Choć Rio Vi­sta miało swój wła­sny sys­tem szkolny, nie za­pi­sano tam ni­gdy żad­nego z dziecka Tur­pi­nów. Ro­dzina po­zo­sta­wała nie­zau­wa­żona.

To wła­śnie tam Da­vid i Lo­uise prali mó­zgi swoim dzie­ciom, wy­ma­ga­jąc ab­so­lut­nego, nie­pod­wa­żal­nego po­słu­szeń­stwa.

Para utwo­rzyła wo­kół dzieci bańkę i kon­tro­lo­wała każdy aspekt ich ży­cia. Da­vid rzą­dził ni­czym król, wpro­wa­dza­jąc ry­go­ry­styczny ze­staw za­sad, któ­rych na­le­żało su­mien­nie prze­strze­gać, je­śli nie chciało się na­ra­zić na strasz­liwe kon­se­kwen­cje. Z po­mocą Lo­uise wpa­jał im strach przed świa­tem ze­wnętrz­nym, żeby ni­gdy nie pró­bo­wali do niego uciec. Za­bro­nił dzie­ciom przed­sta­wiać się in­nym i mó­wić co­kol­wiek o tym, co się działo w domu, po­nie­waż do­pro­wa­dzi­łoby to do ska­że­nia ca­łej ro­dziny.

- Opra­co­wał sys­tem izo­la­cji i kon­troli ca­łego śro­do­wi­ska - wy­ja­śnił Rick Ross. - Stwo­rzył ko­morę echa, w któ­rej do­mi­no­wały wy­łącz­nie jego prze­my­śle­nia i po­my­sły. W re­zul­ta­cie cała ro­dzina po­słusz­nie słu­chała wszyst­kich jego słów.

Samo od­na­le­zie­nie domu z czer­wo­nej ce­gły przy Hill Co­unty Road sta­no­wiło nie lada wy­zwa­nie. Trasa 174 bie­gnąca na po­łu­dnie od Cle­burne zmie­niała się nie­spo­dzie­wa­nie w wy­bo­istą, żwi­rową drogę, po obu stro­nach któ­rej pa­sły się krowy. Nowy dom Tur­pi­nów miał po­wierzch­nię 213 me­trów kwa­dra­to­wych i tylko jedno pię­tro. Zwień­czony był sko­śnym, me­ta­lo­wym da­chem, a po jed­nej ze stron stała przy­le­ga­jąca do niego duża sto­doła. Za czte­ro­po­ko­jo­wym bu­dyn­kiem z dwiema ła­zien­kami roz­cią­gało się trzy­dzie­ści sześć akrów wiej­skiego kra­jo­brazu upstrzo­nego po­je­dyn­czymi drze­wami.

Na te­re­nie nie­ru­cho­mo­ści znaj­do­wał się sprawny szyb ga­zowy, dzięki któ­remu Da­vid Tur­pin otrzy­my­wał 577 do­la­rów i 92 centy mie­sięcz­nie w ra­mach praw do wy­do­by­cia. Znaj­do­wała się ona rów­nież w sen­sow­nej od­le­gło­ści od za­kładu Loc­kheed Mar­tin w Fort Worth, w któ­rym wciąż pra­co­wał Da­vid.

Na­prze­ciwko domu Tur­pi­nów, przy Hill Co­unty Road, miesz­kali Ricky Lee i Shelli Vi­ny­ar­do­wie z dwiema ma­łymi cór­kami. Kiedy Shelli zo­ba­czyła po raz pierw­szy wpro­wa­dza­ją­cych się są­sia­dów, wi­dok dzieci w po­dob­nym wieku w tak od­da­lo­nym od świata miej­scu wpra­wił ją w do­sko­nały na­strój.

- W oko­licy nie ma ni­kogo - wy­ja­śniła Shelli. - Sama szu­ka­łam choć odro­biny roz­rywki, nie wspo­mi­na­jąc o dzie­ciach.

Kiedy Shelli prze­szła przez drogę i za­stu­kała do drzwi Tur­pi­nów, nikt jej nie otwo­rzył. Sły­szała pła­czące w środku dziecko - Je­anettę. W końcu się pod­dała i wró­ciła do domu, nie prze­sta­jąc się za­sta­na­wiać, co się tam mo­gło dziać.

- Oni byli wy­jąt­kowo ta­jem­ni­czy - po­wie­dział jej mąż Ricky, który pra­co­wał jako drwal. - Pró­bo­wa­li­śmy z nimi roz­ma­wiać, ale nie otwie­rali nam drzwi, choć miesz­kali do­słow­nie na­prze­ciw nas.

W końcu ich dwie córki - dzie­się­cio­let­nia Ash­ley i młod­sza od niej Bar­bara - zo­ba­czyły Jen­ni­fer, Jo­shuę i Jes­sicę na ze­wnątrz i spró­bo­wały się z nimi za­po­znać.

- Cho­dzili w kółko po ulicy - wspo­mniała Ash­ley. - Jo­shua miał kij w ręce i ude­rzał nim w ka­mie­nie na dro­dze. Miesz­kamy na wsi, więc ucie­szy­łam się, wi­dząc grupę in­nych dzieci.

Troje dzieci Tur­pi­nów od­mó­wiło przed­sta­wie­nia się, od­po­wia­da­jąc tylko ta­jem­ni­czo, że dziew­częta będą mu­siały się po­sta­rać i same od­kryć ich imiona.

- Mu­sia­ły­śmy więc je zga­dy­wać - po­wie­działa Bar­bara. - I to też im się nie spodo­bało.

Nie­za­leż­nie od tego w ciągu kilku na­stęp­nych ty­go­dni wszy­scy za­przy­jaź­nili się ze sobą i ba­wili w ogro­dzie Tur­pi­nów wo­kół ich domu. Troje ro­dzeń­stwa przez cały czas trzy­mało się nie­zwy­kle bli­sko sie­bie.

- Ba­wi­li­śmy się w stru­myku, który pły­nie obok ich domu - po­wie­działa Ash­ley. - Ła­pa­li­śmy żaby i mi­nogi, rzu­ca­li­śmy ka­mie­niami, jak to dzieci. Po pro­stu bie­ga­li­śmy jak sza­leni, cie­sząc się wspólną za­bawą.

Jed­nak gdy kie­dy­kol­wiek Ash­ley za­ga­dy­wała o ich ro­dzi­ców lub do­kąd cho­dzą do szkoły, dzieci za­my­kały się w so­bie.

- Oni w ogóle nie roz­ma­wiali o swo­ich ro­dzi­cach czy ro­dzi­nie - po­wie­działa Ash­ley. - Za każ­dym ra­zem, kiedy nie­win­nie o to py­ta­łam, mil­czeli jak za­klęci.

W ciągu dzie­się­ciu lat, przez które Tur­pi­no­wie miesz­kali po prze­ciw­nej stro­nie ulicy, Ash­ley rzadko wi­działa Lo­uise czy Da­vida.

- Matka za­wsze się skrom­nie ubie­rała. Oj­ciec spra­wiał wra­że­nie wład­czego, ale był spo­kojny. Ni­gdy nie ode­zwał się ani sło­wem.

Ricky'ego Vi­ny­arda rów­nież za­cie­ka­wili nowi są­sie­dzi, ale szcze­gól­nie nie dzi­wił go fakt, że trzy­mają się na dy­stans i nie na­leżą do zbyt przy­ja­znych.

- W tej oko­licy każdy pil­nuje czubka swo­jego nosa - wy­ja­śnił. - Mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, który też mieszka w są­siedz­twie, po­zna­łem do­piero po czte­rech la­tach.

Ricky każ­dego ranka ob­ser­wo­wał, jak Da­vid wsiada do swo­jego mu­stanga, a Lo­uise wy­cho­dzi z nie­któ­rymi dziećmi, je­dzie du­żym mi­ni­bu­sem do mia­steczka i z po­wro­tem.

- Po pracy je­chali do sklepu, ale poza tym w ogóle nie wy­cho­dzili z domu. Ni­gdy nie spę­dzali czasu na ze­wnątrz.

Ash­ley we­szła do domu Tur­pi­nów tylko dwu­krot­nie, za każ­dym ra­zem tyl­nymi drzwiami.

- Wi­dzia­łam tam klatki dla zwie­rząt i ga­zety z fe­ka­liami le­żące na pod­ło­dze. Mieli psy, koty oraz kozy i choć w domu śmier­działo kupą, to spe­cjal­nie się nie za­sta­na­wia­łam, dla­czego tak jest. Miesz­ka­li­śmy na wsi, więc zwie­rzęta w środku nie były ni­czym nad­zwy­czaj­nym.

Ni­gdy jed­nak nie po­zwo­lono jej przejść obok kuchni i ja­dalni do po­koi dzie­cię­cych. Choć dzieci Tur­pi­nów były "na­prawdę przy­ja­zne", na­tych­miast mil­kły, kiedy tylko za­uwa­żyły Matkę na ze­wnątrz. Naj­wy­raź­niej za­bro­niono im rów­nież kie­dy­kol­wiek prze­cho­dzić w po­bliżu domu Vi­ny­ar­dów.

- Kiedy tylko zna­leź­li­śmy się bli­żej na­szego domu - po­wie­działa Ash­ley - na­tych­miast za­wra­cali i szli do sie­bie. Nie chcieli przejść na na­szą stronę. Przez cały czas ba­wi­li­śmy się wy­łącz­nie na ich po­dwó­rzu.

Kiedy ko­nieczne było przej­ście obok działki Vi­ny­ar­dów, dzieci Tur­pi­nów wy­bie­rały długą, okrężną drogę, żeby tego unik­nąć. Wcho­dziły na wzgó­rze na skraju ich nie­ru­cho­mo­ści, po czym scho­dziły w dal­szej czę­ści Hill Co­unty Road.

Pew­nego dnia Shelli Vi­ny­ard za­uwa­żyła Jen­ni­fer i Jes­sicę idące ulicą. Po­de­szła do nich i przed­sta­wiła się jako mama Ash­ley i Bar­bary. Po­tem za­py­tała je o imiona.

- I zro­biło się dziw­nie - przy­znała. - Star­sza po­wie­działa coś w ro­dzaju: "Je­śli zwróci pani uwagę na to, co mó­wimy, to może uda się pani od­gad­nąć na­sze imiona". Młod­sza od­wró­ciła się i za­wo­łała: "Nie! Pro­szę tego nie ro­bić!". Wy­glą­dała na wy­stra­szoną, jakby gro­ziły jej ja­kieś kło­poty.

Na­stęp­nego dnia, kiedy Ash­ley po­szła się po­ba­wić, Lo­uise otwo­rzyła drzwi. Naj­wy­raź­niej do­wie­działa się, że Shelli za­częła za­da­wać py­ta­nia. Oznaj­miła, że nie wolno im już wię­cej przy­cho­dzić na ich po­dwórko i się ba­wić, po czym za­mknęła drzwi.

- Po­my­śla­łam so­bie: "Wow, nie mogę się już ba­wić z mo­imi przy­ja­ciółmi" - wspo­mniała Ash­ley. - Miesz­ka­li­śmy da­leko na wsi i to były je­dyne dzieci, z któ­rymi mo­gli­śmy się po­ba­wić. A te­raz nam tego za­bro­niła.

Na­stęp­nego dnia Ash­ley wró­ciła i za­pu­kała do drzwi wej­ścio­wych z na­dzieją, że otwo­rzy je jedno z dzieci Tur­pi­nów i wy­ja­śni jej, co się dzieje.

- Pu­ka­łam i pu­ka­łam, ale nikt mi nie otwo­rzył.

Zaj­rzała przez okno i zo­ba­czyła za­pła­kaną małą Je­anettę le­żącą w kojcu.

- Ni­kogo wię­cej tam nie było. Dziecko le­żało przez wiele go­dzin, całą noc i cały dzień, bez żad­nej opieki.

Od kiedy ro­dzina zna­la­zła się na od­lu­dziu, nad­uży­cia Matki i Ojca wo­bec ich sied­miorga dzieci przy­brały na sile. To, co za­częło się od ich za­nie­dby­wa­nia w Fort Worth, zmie­niło się w oparty na agre­sji kosz­mar w ciągu na­stęp­nej de­kady w Rio Vi­sta.

- Na po­czątku były ude­rze­nia na od­lew i moc­niej­sze ciosy oraz rzu­ca­nie po po­koju - po­wie­dział pro­ku­ra­tor okrę­gowy Ke­vin Be­echam. - Po­tem po­słu­gi­wano się do tego pa­skami.

Po­cząt­kowo Matka i Oj­ciec bili dzieci skó­rzaną koń­cówką pa­ska na­le­żą­cego do Da­vida, a kiedy nie­po­słu­szeń­stwo było po­waż­niej­sze, za­mie­niali końce, żeby sko­rzy­stać z me­ta­lo­wej klamry. Na­stęp­nie za­częli uży­wać drew­nia­nej ło­patki lub wio­sła. Ka­rane dziecko miało obo­wią­zek zdjąć majtki i po­ło­żyć się na łóżku. Po­tem ude­rze­nia wio­słem spa­dały na dolną część ple­ców, po­śladki i górną część ud.

Po la­tach naj­star­szy syn Jo­shua opi­sał bi­cie wio­słem jako "naj­gor­sze z naj­gor­szych".

Je­śli i to nie przy­no­siło efek­tów, Matka i Oj­ciec uży­wali cze­goś, co Jo­shua na­zwał "prze­łącz­ni­kiem" - me­ta­lo­wego pręta do na­miotu owi­nię­tego włók­nem szkla­nym z że­la­znymi koń­ców­kami. Bi­ciem pa­rali się oboje ro­dzice, jed­nak Jo­shua mo­dlił się, by ro­biła to Matka, po­nie­waż nie miała tyle siły co Oj­ciec. Na sku­tek tych bar­ba­rzyń­skich kar dzieci czę­sto były ranne i pła­kały z bólu.

Ale nikt ich nie sły­szał.

Ro­dzice usta­no­wili su­rowe za­sady, które były po­noć oparte na wie­rze re­li­gij­nej zie­lo­no­świąt­kow­ców, w któ­rej Da­vid i Lo­uise zo­stali wy­cho­wani. W re­li­gii tej nie było jed­nak ni­czego, co za­bra­nia­łoby my­cia się i bra­nia prysz­nica.

- Żad­nej z ofiar nie po­zwa­lano się myć czę­ściej niż raz do roku - po­wie­dział pro­ku­ra­tor okrę­gowy hrab­stwa Ri­ver­side Mike He­strin. - Jed­nym z po­wo­dów na­ło­że­nia kary było my­cie przez dzieci rąk po­wy­żej nad­garst­ków, co wią­zało się z oskar­że­niem o "za­bawę w wo­dzie". Za karę przy­ku­wano je łań­cu­chami.

Spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie sekt Rick Ross po­wie­dział, że te nie­na­tu­ralne kary wy­ni­kały z po­trzeby kon­tro­lo­wa­nia dzieci przez Da­vida Tur­pina.

- Oj­ciec wpro­wa­dził pewną fi­lo­zo­fię, ale nie miała ona nic wspól­nego z re­li­gią. Re­li­gia zie­lo­no­świąt­kow­ców miała nie­wielki - o ile ja­ki­kol­wiek - zwią­zek z tym, co ro­bił.

Shelli Vi­ny­ard pa­mię­tała, że ręce dzieci Tur­pi­nów były zu­peł­nie białe w po­rów­na­niu z ich szczu­płymi ra­mio­nami.

- Wszystko poza dłońmi było brudne - po­wie­działa. - Tylko one po­zo­sta­wały czy­ste.

Nie­długo po prze­pro­wadzce Da­vid za­adap­to­wał sa­lon do roli sali szkol­nej, usta­wia­jąc tam osiem biu­rek. Jego ro­dzice, Ja­mes i Betty Tur­pi­no­wie, któ­rzy kil­ka­krot­nie przy­je­chali do domu przy Hill Co­unty Road, stwier­dzili, że ich wnuki pod­le­gają "bar­dzo ry­go­ry­stycz­nemu obo­wiąz­kowi szkol­nemu", ucząc się na pa­mięć frag­men­tów Bi­blii. Star­szym udało się na­wet za­pa­mię­tać całą księgę.

Pro­ku­ra­tor przy­znał, że nie­które dzieci Tur­pi­nów le­d­wie czy­tały i pi­sały, ucząc się z edu­ka­cyj­nych pla­ka­tów z li­te­rami al­fa­betu i cy­frami. Na ścia­nie wi­siały też ar­ku­sze z pod­ręcz­ni­ków fo­ne­tyki i re­li­gijne pla­katy.

Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia Jen­ni­fer, która jako je­dyna ukoń­czyła trzy klasy szkoły pu­blicz­nej, sta­rała się uczyć ro­dzeń­stwo tego, co sama już wie­działa, ale zgod­nie z ra­por­tem pro­ku­ra­tor­skim opu­bli­ko­wa­nym po la­tach, tylko nie­które spo­śród nich znały pierw­szą po­łowę al­fa­betu.

Dzieci były tak fa­tal­nie kar­mione, że ich roz­wój się za­trzy­mał, przez co cier­piały na cią­głe urazy fi­zyczne i po­znaw­cze. Po­ja­wiły się rów­nież py­ta­nia, czy Da­vid i Lo­uise zmu­szali je do po­szcze­nia.

Szes­na­ście lat póź­niej Randy, brat Da­vida, który był wów­czas pre­ze­sem Va­lor Chri­stian Col­lege w Co­lum­bus w sta­nie Ohio, opu­bli­ko­wał na wła­sną rękę książkę pod ty­tu­łem Dni mo­dli­twy i po­stu.

"Mo­dli­twa i post idą ra­mię w ra­mię", na­pi­sał. "Po­szcze­nie to do­bry spo­sób na otwar­cie serc dla Du­cha Świę­tego i ujaw­nie­nie ob­sza­rów py­chy. Roz­po­zna­nie i wy­eli­mi­no­wa­nie py­chy jest klu­czem do wpro­wa­dze­nia Boga do swo­jego ży­cia".

Randy twier­dził, że po trzech dniach po­szcze­nia lu­dzie prze­stają od­czu­wać głód i są bar­dziej wy­czu­leni na obec­ność Boga.

Sam post zde­fi­nio­wał jako "do­bro­wolne po­zba­wie­nie się fi­zycz­nego po­karmu dla wy­peł­nie­nia celu du­cho­wego, co po­zwala znisz­czyć cie­le­sne żą­dze". Ostrze­gał rów­nież, że "cie­le­sny ape­tyt" od­dala nas od Boga.

Książka za­wie­rała rów­nież plan trzy­ty­go­dnio­wego po­stu wraz z dzien­ni­kiem, który na­leży wy­peł­niać każ­dego dnia.

"Na­ucz­cie się, jak ra­dzić so­bie z uczu­ciem głodu", na­pi­sał. "W tym celu miej­cie pod ręką no­tat­nik. Spo­rzą­dza­jąc li­stę po­sił­ków i prze­ką­sek, za któ­rymi tę­sk­ni­cie, od­da­la­cie od sie­bie my­śli i pra­gnie­nia. Kiedy to spi­su­je­cie, to tak, jak­by­ście so­bie po­wta­rzali: "Mogę o tym po­my­śleć in­nym ra­zem"".

Z ra­portu pro­ku­ra­tora wy­nika, że mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie Da­vid i Lo­uise za­częli przy­go­to­wy­wać dzien­niki dla dzieci, za­chę­ca­jąc ich do spo­rzą­dza­nia co­dzien­nych no­ta­tek. Nie ma jed­nak bez­po­śred­nich do­wo­dów na to, że diety gło­dowe dzieci miały ja­ki­kol­wiek zwią­zek z prak­ty­kami re­li­gij­nymi zie­lo­no­świąt­kow­ców czy wpły­wem ze strony ich wuja.

W li­sto­pa­dzie 2000 roku Lo­uise uro­dziła ósme dziecko, Jor­dan.

Da­vid za­czął się pa­rać pracą na far­mie. Ku­pił tro­chę by­dła, kur, kóz i trzy wiel­kie świ­nie, jed­nak te ostat­nie były wciąż nie­na­sy­cone i ter­ro­ry­zo­wały oko­licę w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia.

- Te świ­nie były ogromne, miały ze sto czter­dzie­ści kilo każda - wspo­mniał Ricky Vi­ny­ard. - Wciąż im ucie­kały, bo nie da­wali im jeść.

Wie­lo­krot­nie po ucieczce trzody Vi­ny­ard prze­cho­dził przez ulicę, żeby ostrzec Da­vida.

- Pu­ka­łem do drzwi bez końca - po­wie­dział. - Ni­gdy ni­kogo nie za­sta­łem. Ci lu­dzie nie ży­czyli so­bie ja­kie­go­kol­wiek kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem.

Pew­nego dnia przed do­mem Tur­pi­nów sta­nął wielki kon­te­ner, do któ­rego za­częli wy­rzu­cać śmieci. W ciągu kilku ko­lej­nych lat ich za­nie­po­ko­jeni są­sie­dzi ob­ser­wo­wali, jak sterta staje się co­raz wyż­sza, aż po­ja­wiło się ry­zyko, że za­war­tość spad­nie ko­muś na głowę.

Pod­czas gdy wszy­scy są­sie­dzi dbali o swoje działki, koło 595 Hill Co­unty Road aż żal było prze­jeż­dżać.

- Mieli tam po­tężny ba­ła­gan - po­wie­dział Ricky - ale nie ro­bili z tym zu­peł­nie nic. Na­wet nie tknęli traw­nika. Gnieź­dzili się tylko w swoim domu.

Nie­mniej Vi­ny­ard czę­sto wi­dy­wał swo­jego są­siada uży­wa­ją­cego broni na ze­wnątrz. Pew­nego dnia ob­ser­wo­wał z prze­ra­że­niem, jak Tur­pin usta­wił puszkę na pod­jeź­dzie i za­czął do niej strze­lać.

- Przy­ła­pa­łem go sto­ją­cego na pod­jeź­dzie i strze­la­ją­cego z pi­sto­letu w kie­runku drogi - po­wie­dział Vi­ny­ard. - Nie po­wiem, tro­chę mnie to prze­ra­ziło.

Kiedy Matka za­ka­zała dzie­ciom ba­wić się z Ash­ley i Bar­barą, ro­dzina we­szła w tryb peł­nej izo­la­cji. Ro­dzeń­stwo za­częło sy­piać w ciągu dnia, a z po­koi wolno im było wy­cho­dzić tylko do to­a­lety i po­je­dyn­czo do kuchni, żeby coś zjeść. Po­noć po­zwa­lano dzie­ciom myć zęby, ale żadne z nich ni­gdy nie spo­tkało się ze sto­ma­to­lo­giem.

- W nocy w domu Tur­pi­nów pa­liły się wszyst­kie świa­tła - wspo­mniała Ash­ley - ale za­słony były za­sło­nięte. W tym bu­dynku przez cały dzień pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza.

Każ­dej nocy sły­szała Tur­pi­nów ba­wią­cych się na ty­łach, gdzie nie mo­gła ich zo­ba­czyć, ale z cza­sem dzieci wy­cho­dziły co­raz rza­dziej.

- Funk­cjo­no­wali w go­dzi­nach noc­nych - po­wie­działa Shelli. - W ciągu dnia pa­no­wał tam kom­pletny bez­ruch. Za­czy­nało mnie to nie­po­koić. Działo się tam coś nie­do­brego. Coś było nie tak.

Vi­ny­ar­do­wie czę­sto za­sta­na­wiali się nad po­wia­do­mie­niem od­po­wied­nich or­ga­nów w związku z po­dej­rze­niem nad­użyć, jed­nak Ricky za każ­dym ra­zem miał wąt­pli­wo­ści.

- Dys­ku­to­wa­li­śmy na ten te­mat - po­wie­dział - i osta­tecz­nie nie chcie­li­śmy mieć z nimi pro­ble­mów. Wie­dzia­łem prze­cież o jego pi­sto­le­cie.

WSTĘP

Strasz­liwe czyny, któ­rych do­pu­ścili się Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wo­bec trzy­na­ściorga swo­ich dzieci, i za które po­sta­wiono im za­rzuty, bu­dzą ogólne prze­ra­że­nie. Kiedy pro­ku­ra­tor okrę­gowy hrab­stwa Ri­ver­side Mike He­strin po raz pierw­szy na kon­fe­ren­cji pra­so­wej po­wia­do­mił o de­pra­wa­cji, do któ­rej po­su­nęła się owa para, dech w pier­siach za­parło na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym dzien­ni­ka­rzom.

Tur­pi­no­wie, któ­rzy ka­zali swoim dzie­ciom zwra­cać się do sie­bie "Matko" i "Oj­cze", naj­wy­raź­niej nie uświa­da­miali so­bie wiel­ko­ści ura­zów psy­chicz­nych i fi­zycz­nych, które za­da­wali. Zgod­nie z do­ku­men­ta­cją sprawy Lo­uise fi­zycz­nie mal­tre­to­wała dzieci i przy­ku­wała je do łó­żek na całe mie­siące. Kiedy one cier­piały z głodu, ko­bieta wraz z Da­vi­dem ja­dała w do­brych re­stau­ra­cjach.

Mimo że Lo­uise wy­cho­wy­wała się w spo­łecz­no­ści Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­kow­ców, wciąż po­zo­staje ta­jem­nicą, w jaki spo­sób na­uki wspól­noty mo­gły pchnąć ją w ra­miona obłędu. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący jest fakt, że Tur­pi­no­wie przez cały ten czas się nie wy­chy­lali, miesz­kali w przy­zwo­itej dziel­nicy oto­czeni tak samo przy­zwo­itymi są­sia­dami. Nikt ni­gdy nie zgło­sił ni­czego nie­po­ko­ją­cego.

Da­vid Tur­pin zło­żył ofi­cjal­nie do­ku­menty do De­par­ta­mentu Edu­ka­cji Ka­li­for­nii, aby móc pro­wa­dzić za­ję­cia szkolne w domu. Ża­den z przed­sta­wi­cieli or­ga­nów wła­dzy ni­gdy jed­nak nie spraw­dził, czy ów sa­mo­zwań­czy na­uczy­ciel rze­czy­wi­ście zaj­muje się na­uką do­mową.

Kil­ka­na­ście lat temu na­pi­sa­łem książkę Sprawa Jo­sefa Frit­zla, prze­ra­ża­jącą opo­wieść o au­striac­kim po­two­rze, który wię­ził swoją córkę Eli­za­beth przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. W tym cza­sie córka uro­dziła mu sied­mioro dzieci. W 2010 roku w książce Lost and Fo­und opi­sa­łem, jak Phil­lip Gar­rido i jego żona Nancy po­rwali je­de­na­sto­let­nią Jay­cee Lee Du­gard i prze­trzy­my­wali ją przez osiem­na­ście lat w An­tioch w Ka­li­for­nii, nie da­lej niż czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od peł­nego cier­pie­nia domu Tur­pi­nów.

Na­stęp­nie w 2013 roku w re­por­tażu Za­gi­nione dziew­czyny, opi­sa­łem tak zwane po­rwa­nia z Cle­ve­land, gdzie nie­jaki Ariel Ca­stro upro­wa­dził z ulicy trzy dziew­czynki i zmie­nił je w sek­su­alne nie­wol­nice na po­nad dzie­sięć lat. Po­dob­nie jak Jor­dan Tur­pin pięć lat póź­niej, Amanda Berry za­ry­zy­ko­wała ży­ciem, ucie­ka­jąc, by we­zwać po­moc i ura­to­wać po­zo­stałe dziew­częta.

Za­ło­ży­ciel In­sty­tutu Ba­dań nad Sek­tami Rick Ross po­wie­dział mi kie­dyś: "Kto wie, z iloma tego typu przy­pad­kami mamy do czy­nie­nia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych? Wbrew po­zo­rom ta­kie sprawy nie są rzad­kie, ale do­wia­du­jemy się o nich do­piero wtedy, gdy wy­da­rzy się coś strasz­nego".

Ni­niej­sza książka jest owo­cem wie­lo­mie­sięcz­nych ba­dań nad ży­ciem Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów. Pracę nad nią roz­po­czą­łem w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, po­dą­ża­jąc ich śla­dami od sa­mego po­czątku. Na­stęp­nie uda­łem się za nimi na Za­chód do Fort Worth i Rio Vi­sta w Tek­sa­sie, gdzie prze­by­wali z pra­wie całą gro­madką swo­ich dzieci. Osta­tecz­nie osie­dli w Per­ris w Ka­li­for­nii.

PRO­LOG

Około go­dziny 5:30 nad ra­nem, w chłodny, nie­dzielny po­ra­nek sie­dem­na­sto­let­nia Jor­dan Tur­pin i jej trzy­na­sto­let­nia sio­stra Jo­linda wy­mknęły się na dwór przez okno sy­pialni na par­te­rze. Kiedy prze­cho­dziły na pal­cach przez po­dwó­rze w kie­runku Muir Wo­ods Road w Per­ris w Ka­li­for­nii, na ze­wnątrz wciąż pa­no­wał mrok.

Oba­wia­jące się o swoje ży­cie dwie za­błą­kane dziew­czynki mi­nęły domy są­sia­dów i skrę­ciły w Pre­si­dio Lane. Nie­spo­dzie­wa­nie mała Jo­linda stra­ciła pew­ność sie­bie i nie zna­la­zła w so­bie tyle od­wagi, żeby pójść da­lej. Ucie­kła z po­wro­tem do domu i przez okno wró­ciła do sy­pialni. Jor­dan zo­stała sama.

Od mo­mentu prze­pro­wadzki do Per­ris, trzy i pół roku wcze­śniej, Jor­dan rzadko prze­by­wała na ze­wnątrz i nie znała naj­bliż­szej oko­licy. Wraz z dwa­na­ścior­giem ro­dzeń­stwa przez całe swoje ży­cie była w domu więź­niem. Straż­ni­kami wię­zien­nymi byli dla nich ro­dzice, któ­rzy utrzy­my­wali dys­cy­plinę w domu, sto­su­jąc wo­bec swo­ich "po­ciech" tor­tury i prze­moc.

Dzieci wal­czyły z po­twor­nym gło­dem, po­zwa­lano im na tylko jedną ką­piel w ciągu roku, mu­siały no­sić mie­sią­cami te same cuch­nące ubra­nia. Choć ofi­cjal­nie pod­le­gali do­mo­wemu obo­wiąz­kowi szkol­nemu, wiele spo­śród ro­dzeń­stwa Jor­dan w wieku od dwóch do dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat le­d­wie uzy­skało edu­ka­cję na po­zio­mie pierw­szej klasy pod­sta­wówki i dys­po­no­wało tylko ele­men­tar­nymi umie­jęt­no­ściami.

Jor­dan pla­no­wała swoją ucieczkę od po­nad dwóch lat. Kilka mie­sięcy wcze­śniej Oj­ciec, który pra­co­wał na sta­no­wi­sku in­ży­niera, zo­stał prze­nie­siony do Okla­homy. W stycz­niu 2018 roku ro­dzina była już spa­ko­wana i go­towa do prze­pro­wadzki. Dziew­czyna uznała, że lep­szej oka­zji już nie bę­dzie. W końcu udało się jej zna­leźć nie­zbędny sprzęt do re­ali­za­cji planu: stary, nie­ak­tywny te­le­fon ko­mór­kowy, który kie­dyś dał jej brat. Na­sto­latka usły­szała nie­gdyś o moż­li­wo­ści we­zwa­nia po­mocy z ze­wnątrz. Mo­dliła się, żeby urzą­dze­nie wciąż było w sta­nie na­wią­zać po­łą­cze­nie ze służ­bami ra­tun­ko­wymi.

O 5:51, drżąc ze stra­chu, Jor­dan wy­brała nu­mer 911 i skon­tak­to­wała się ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

Po­ło­żone sto dzie­sięć ki­lo­me­trów na po­łu­dniowy wschód od Los An­ge­les mia­steczko Per­ris sły­nie ze swo­jej ro­dzin­nej spo­łecz­no­ści, a także z do­stępu do do­brych szkół i bez­piecz­nych ulic. Muir Wo­ods Road to ulica oto­czona rzę­dami do­mów z wy­pie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami peł­nymi kra­snali ogro­do­wych. Ich miesz­kańcy wprost puchną z dumy na myśl, że mogą miesz­kać w ta­kim miej­scu.

Nie­ru­cho­mość ozna­czona nu­me­rem 160 nie róż­niła się ab­so­lut­nie ni­czym od po­zo­sta­łych bu­dyn­ków w są­siedz­twie. Był to wów­czas ide­alny dom w no­wej, mod­nej dziel­nicy Mo­nu­ment Park, kiedy Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wraz z ich dwa­na­ścior­giem dzieci przy­je­chali tam po raz pierw­szy w maju 2014 roku. Byli jedną z pierw­szych ro­dzin, które wpro­wa­dziły się do tej oko­licy.

Przez na­stępne cztery lata Tur­pi­no­wie rzadko wy­cho­dzili z domu, nie li­cząc wy­pa­dów po od­biór poczty z lo­kal­nej skrzynki. Trzy­mali się ra­czej na ubo­czu.

- Nikt nie wie­dział, że mają dwa­na­ścioro dzieci - po­wie­działa Lind­say Ga­tlin miesz­ka­jąca kilka nu­me­rów da­lej. - My­śla­łam, że jedno, góra dwoje.

Pięć­dzie­się­cio­sied­mio­letni Da­vid Tur­pin w isto­cie wy­róż­niał się na tle po­zo­sta­łych miesz­kań­ców ze swo­imi far­bo­wa­nymi blond wło­sami w stylu Ka­pi­tana Kan­ga­roo. Są­sie­dzi wie­dzieli, że pra­co­wał jako in­ży­nier lot­nic­twa w Nor­th­rop Grum­man oraz że za­ra­biał rocz­nie sze­ścio­cy­frową kwotę. Świad­czyła o tym lśniąca flota, skła­da­jąca się z trzech sa­mo­cho­dów i pięt­na­sto­oso­bo­wego busa na pod­jeź­dzie.

Za za­mknię­tymi drzwiami ist­niał jed­nak zu­peł­nie inny świat. Da­vid i jego czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia żona Lo­uise zmie­nili dom w brudny, cuch­nący loch, w któ­rym prze­trzy­my­wali swoje dzieci. Na­le­gali, żeby zwra­cano się do nich per "Matko" i "Oj­cze", jak w bi­blij­nych cza­sach.

Dzie­ciom przy­słu­gi­wał je­den po­kój na cztery osoby. Były po­waż­nie nie­do­ży­wione, czę­sto bite i przy­pi­nane łań­cu­chami do me­bli, cza­sami na całe mie­siące. Czyn­no­ści pod­le­ga­jące ka­rze obej­mo­wały my­cie się po­wy­żej nad­garst­ków (tak zwana za­bawa wodą), kra­dzież je­dze­nia, ba­wie­nie się za­baw­kami czy na­wet wy­glą­da­nie na ze­wnątrz przez ża­lu­zje.

Dzieci żyły w świe­cie mroku, śpiąc w trak­cie dnia i czu­wa­jąc w nocy. Ich je­dyny po­si­łek w ciągu dnia był za­wsze taki sam. Skła­dał się z ka­na­pek z ma­słem orze­cho­wym lub kieł­basą oraz bur­rito. Naj­star­sza z ro­dzeń­stwa, do­bie­ga­jąca trzy­dziestki Jen­ni­fer, wa­żyła za­le­d­wie trzy­dzie­ści sześć ki­lo­gra­mów.

Na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Jo­shua do­stał nowy te­le­fon ko­mór­kowy, co spra­wiło, że swój stary, już nie­ak­tywny, od­dał swo­jej sio­strze Jor­dan. Przy­ja­ciółka, z którą dziew­czyna roz­ma­wiała przez in­ter­net, po­wie­działa jej, że mimo tego może za­dzwo­nić na nu­mer alar­mowy.

Aby udo­wod­nić okru­cień­stwo, które miało miej­sce w domu, Jor­dan w ta­jem­nicy zro­biła te­le­fo­nem dwa zdję­cia swo­ich młod­szych sio­strzy­czek przy­ku­tych do łó­żek i sie­dzą­cych we wła­snych od­cho­dach. Za­brała rów­nież ka­wa­łek ko­perty z na­dru­ko­wa­nym ad­re­sem ich domu, po­nie­waż go nie znała.

- 911, w czym mogę po­móc? - za­py­tała ope­ra­torka nu­meru alar­mo­wego Kelly Ec­kley.

- Pro­szę po­słu­chać - po­wie­działa Jor­dan, le­d­wie ła­piąc dech z wra­że­nia. - Miesz­kam z pięt­na­sto­oso­bową ro­dziną, a ro­dzice sto­sują wo­bec nas prze­moc. Ro­bią nam krzywdę, a moje dwie młod­sze sio­stry są w tej chwili przy­kute łań­cu­chami. Za­ku­wają nas w nie za każ­dym ra­zem, kiedy za­cho­wamy się nie­wła­ści­wie.

Wy­so­kim gło­sem dziecka Jor­dan opo­wie­działa ko­bie­cie, że nie mo­gła już dłu­żej słu­chać, jak jej sio­strzyczki pła­czą przez całą noc z bólu, cia­sno przy­kute przez ro­dzi­ców do łó­żek.

- Bu­dzą się w nocy, za­czy­nają pła­kać i pro­szą mnie, że­bym ko­goś we­zwała - do­dała. - Chcia­łam za­dzwo­nić do was wszyst­kich i pro­sić o po­moc dla mo­ich sióstr.

Wstrzą­śnięta ope­ra­torka, która za­ło­żyła, że ma na li­nii małe dziecko, za­py­tała ją o na­zwi­sko.

- T-U-R-P-E-N - prze­li­te­ro­wała Jor­dan, po­peł­nia­jąc przy tym błąd.

Za­py­tana o ad­res, dziew­czyna od­czy­tała liczby z za­bra­nego skrawka ko­perty: 925707774, kod pocz­towy oraz trzy­cy­frowy nu­mer ozna­cza­jący ich kon­kretny dom.

Ec­kley za­py­tała ją, czy prze­bywa w po­bliżu domu.

- Chyba tak - od­parła. - Ni­gdy stam­tąd nie wy­cho­dzi­łam. Nie­czę­sto mam taką oka­zję, więc nie wiem nic na te­mat ulic czy cze­go­kol­wiek.

Przez na­stępne dwa­dzie­ścia mi­nut Jor­dan spo­koj­nie opi­sy­wała nie­ludz­kie okru­cień­stwo, któ­rego do­pu­ścili się wzglę­dem nich ro­dzice.

- Mój tata ma chyba broń - po­wie­działa w pew­nym mo­men­cie, do­da­jąc, że jej nie wi­działa, ale sły­szała, jak ro­dzice o niej roz­ma­wiali.

Kiedy ope­ra­torka spy­tała, czy dzieci cho­dzą do szkoły, Jor­dan za­prze­czyła.

- Na­sza matka mówi lu­dziom, że mamy pry­watne na­ucza­nie w domu - wy­ja­śniła. - Ale tak na­prawdę wcale się nie uczymy. Nie skoń­czy­łam pierw­szej klasy, a mam sie­dem­na­ście lat.

Ec­kley za­py­tała, czy w domu są do­stępne ja­kie­kol­wiek me­dy­ka­menty. Jor­dan od­po­wie­działa jej, że nie ma po­ję­cia, co to są me­dy­ka­menty.

Prze­ra­żona tym wszyst­kim, co usły­szała, Ec­kley spy­tała o miej­sce, w któ­rym prze­bywa jej matka, ale Jor­dan wy­ja­śniła, że nie wie zbyt wiele na jej te­mat.

- Ona nas nie lubi - oznaj­miła drżą­cym gło­sem. - W ogóle nie spę­dza z nami czasu. Zaj­muje się tylko sobą. Moja matka je­dy­nie daje nam je­dze­nie, ale ni­gdy nie roz­ma­wiamy.

Po­dała wiek swo­jego ro­dzeń­stwa, do­da­jąc przy tym, że je­dyne dziecko, któ­rym matka się zaj­muje to dwu­latka.

Jor­dan po­wie­działa ope­ra­torce, że w domu jest taki ba­ła­gan, że kiedy się bu­dzi, trudno jest jej od­dy­chać z po­wodu smrodu. Chcąc zła­pać odro­binę świe­żego po­wie­trza, uchyla okno, choć ry­zy­kuje tym po­bi­cie, gdyby zo­stała przy­ła­pana.

- W ogóle się nie ką­piemy - wy­ja­śniła rze­czowo Jor­dan. - Nie wiem, czy nie po­win­ni­śmy pójść do le­ka­rza.

Za­py­tana o to, kiedy ką­pała się po raz ostatni, dziew­czyna za­wa­hała się.

- Ech, nie wiem - od­parła. - Pra­wie rok temu. Cza­sami czuję się taka brudna, że myję twarz i włosy w zle­wie.

Jor­dan wy­ja­śniła ope­ra­torce, że jej ro­dzeń­stwo zo­stało uwię­zione w domu przez Matkę i Ojca.

- Oni nie po­zwa­lają się nam wy­pro­wa­dzić - do­dała. - Nie­któ­rzy z nas są go­towi pod­jąć pracę, ale usły­sze­li­śmy, że nie ma na to żad­nych szans.

Po za­koń­cze­niu roz­mowy na nu­me­rze alar­mo­wym funk­cjo­na­riu­sze z Biura Sze­ryfa w hrab­stwie Ri­ver­side po­spiesz­nie udali się na miej­sce, gdzie cze­kała już na nich po­li­cja z De­par­ta­mentu Po­li­cji w Per­ris.

Kiedy zo­ba­czyli po raz pierw­szy Jor­dan, po­my­śleli, że mają do czy­nie­nia z dzie­się­cio­latką. Na­wet do­świad­czeni stróże prawa byli wstrzą­śnięci, czu­jąc od niej fe­tor i wi­dząc war­stwę czar­nego brudu na jej skó­rze. Kiedy po­ka­zała im zdję­cia z te­le­fonu ko­mór­ko­wego przed­sta­wia­jące jej dwie przy­kute do łó­żek sio­stry, bez wa­ha­nia po­je­chali pro­sto na Muir Wo­ods Road pod nu­mer 160.

Kiedy Lo­uise Tur­pin usły­szała gło­śne pu­ka­nie do drzwi i zo­ba­czyła mi­ga­jące świa­tła po­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów, na­tych­miast na­ka­zała roz­kuć obie dziew­czynki. Star­sza sio­stra po­bie­gła do ich sy­pialni, otwo­rzyła kłódki i wrzu­ciła łań­cu­chy do szafy.

Je­de­na­sto­let­nia Ju­lissa, która była przy­kuta do łóżka, po­wie­działa póź­niej śled­czym, że kiedy usły­szała pu­ka­nie i zo­ba­czyła bły­ska­jące świa­tła, na­tych­miast po­my­ślała, że Jor­dan się po­wio­dło i że wkrótce będą wolne.

Kiedy w końcu zo­stały otwarte drzwi wej­ściowe, funk­cjo­na­riu­sze wpa­dli do środka. Odór był przy­tła­cza­jący, w ogóle nie byli przy­go­to­wani na hor­ror, który za­staną we­wnątrz. Je­den z po­li­cjan­tów miał za­ło­żoną ka­merę, którą re­je­stro­wał całą ak­cję.

W jed­nym z po­koi zna­leźli Jo­na­thana Tur­pina, wciąż przy­ku­tego łań­cu­chem. Kiedy go uwol­nili, za­czął się za­cho­wy­wać tak, jakby zu­peł­nie nic się nie wy­da­rzyło. Jego dwie młod­sze sio­stry, które wła­śnie zo­stały uwol­nione, miały na brud­nej skó­rze wy­raźne, białe ślady w miej­scach, gdzie znaj­do­wały się łań­cu­chy.

Po­zo­stała dzie­wiątka, cuch­nąca ludz­kimi od­cho­dami, sie­działa stło­czona w in­nych po­ko­jach. Wszyst­kie dzieci były strasz­li­wie za­nie­dbane, śmier­dzące i wy­cień­czone.

- Było tam nie­zwy­kle brudno - po­twier­dził ka­pi­tan Greg Fel­lows z Biura Sze­ryfa - a wa­runki były nie­ludz­kie.

Całe to za­mie­sza­nie wy­bu­dziło ze snu Ara­celi Olo­za­ga­ste, która miesz­kała po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Wyj­rzała przez za­słony i zo­ba­czyła po­li­cjan­tów wy­pro­wa­dza­ją­cych Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z ich domu. Jej są­sie­dzi byli za­kuci w kaj­danki. Da­vid wy­krzy­ki­wał coś cha­otycz­nie, a na twa­rzy Lo­uise nie ma­lo­wały się żadne emo­cje.

- Kasz­lała tylko - po­wie­działa Olo­za­ga­ste. - Za­cho­wy­wała się dość dziw­nie, kiedy roz­ma­wiał z nią po­li­cjant. Uśmie­chała się do niego iro­nicz­nie. Po­tem dwu­krot­nie splu­nęła na zie­mię.

1

KING TUR­PIN

Zgod­nie z pa­nu­jącą w ro­dzi­nie wie­dzą, Da­vid Tur­pin za­du­rzył się po raz pierw­szy w Lo­uise Ro­bi­nette, kiedy miała dzie­sięć lat. On skoń­czył wtedy sie­dem­na­ście. Chu­der­lawy, mie­rzący sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów chło­pak oka­zy­wał nie­śmia­łej dziew­czy­nie spore za­in­te­re­so­wa­nie. Ich za­loty spro­wa­dzały się do po­ta­jem­nego trzy­ma­nia się za ręce pod­czas burz­li­wych mszy zie­lo­no­świąt­kow­ców w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, w któ­rych uczest­ni­czyły ich ro­dziny.

Dwa lata póź­niej drobna siód­mo­kla­sistka oznaj­miła swo­jej babce, że pew­nego dnia wyj­dzie za Da­vida i że uro­dzi mu dwa­na­ścioro dzieci.

Nie­mal pół wieku wcze­śniej dzia­dek Da­vida, wie­lebny King Tur­pin Ju­nior, rów­nież za­ko­chał się w szes­na­sto­latce, od któ­rej był nie­mal dwu­krot­nie star­szy. Za­le­d­wie dwa mie­siące po tym jak Nel­lie, po­słuszna i obo­wiąz­kowa matka jego ośmiorga po­tom­ków, zmarła w trak­cie po­rodu bliź­niąt, Tur­pin oże­nił się z opie­kunką ich dzieci, Ber­thą Lee Church.

Dzień po Bo­żym Na­ro­dze­niu w 1932 roku cha­ry­zma­tyczny pa­stor zie­lo­no­świąt­kow­ców za­warł umowę z oj­cem opie­kunki: po­sta­no­wił za­mie­nić Ber­thę na jego no­wego Stu­de­ba­kera Big Six.

- Oj­ciec wy­mie­nił mnie na sa­mo­chód - przy­znała po la­tach. - King po­wie­dział, że gdyby nie dał mo­jemu ojcu auta, nie miałby mnie.

W ciągu na­stęp­nych osiem­na­stu lat Ber­tha uro­dziła mu jesz­cze je­de­na­ścioro dzieci. Łącz­nie było ich więc dzie­więt­na­ścioro, choć pię­cioro zmarło w okre­sie nie­mow­lę­cym.

Nie­wielki fi­zycz­nie wie­lebny King Tur­pin Ju­nior był nie­zwy­kłą ikoną fa­mi­lii Tur­pi­nów. Star­szy brat Da­vida, wie­lebny Ran­dolph "Randy" Tur­pin, był ro­dzin­nym ge­ne­alo­giem, który w 2010 roku na­pi­sał i sa­mo­dziel­nie wy­dał bio­gra­fię ich dziadka A Man Cal­led King. Miała ona stać się in­spi­ra­cją dla wszyst­kich przy­szłych po­ko­leń Tur­pi­nów.

Uro­dzony w 1903 roku w Chat­ta­no­oga w sta­nie Ten­nes­see "Lit­tle King", jak go na­zy­wano, do­ra­stał w ubo­gim domu, w któ­rym nie stro­niono od prze­mocy. Jego by­stry oj­ciec King Tur­pin Se­nior utrzy­my­wał su­rową dys­cy­plinę i wpa­dał we wście­kłość w re­ak­cji na naj­mniej­szą pro­wo­ka­cję. Ga­niał psot­nego chło­paka i jego młod­szą sio­strę Min­nie wo­kół domu, wy­ma­chu­jąc roz­grza­nym do bia­ło­ści po­grze­ba­czem lub rzu­ca­jąc w nich ka­mie­niami. Kiedy uda­wało mu się ich zła­pać, sto­so­wał wo­bec nich bru­talne kary.

Pew­nego razu uka­rał ich, za­bie­ra­jąc im je­dyną parę bu­tów i tym sa­mym zmu­sza­jąc dzieci do cho­dze­nia na boso po wiej­skiej oko­licy. W nie­dziele od­da­wał im je na czas mszy, by unik­nąć plo­tek wśród są­sia­dów. Jed­nak tuż po po­wro­cie do domu kon­fi­sko­wał je po­now­nie na cały ty­dzień, tłu­ma­cząc, że mogą od­zy­skać obu­wie wtedy, kiedy na­uczą się po­słu­szeń­stwa.

King Tur­pin Se­nior czę­sto zo­sta­wiał dwoje swo­ich dzieci w domu na całe ty­go­dnie, pod­czas gdy on wa­łę­sał się po ca­łym Ten­nes­see, ima­jąc się róż­nych za­jęć, żeby za­ro­bić na ży­cie.

- Ży­li­śmy prak­tycz­nie sami - stwier­dziła wiele lat póź­niej Min­nie. - Ja­koś uda­wało się nam prze­trwać, ale było to bar­dzo cięż­kie ży­cie.

Po jed­nym z wy­jąt­kowo do­tkli­wych po­bić Lit­tle King i Min­nie ucie­kli od agre­syw­nego ojca. Pod dach przy­jął ich przy­ja­ciel ro­dziny, który nie­długo póź­niej za­dzwo­nił do Kinga Se­niora, żeby mógł ode­brać swoje dzieci.

W 1915 roku, kiedy Lit­tle King skoń­czył dwa­na­ście lat, do­szło do in­ter­wen­cji ze strony opieki spo­łecz­nej stanu Ten­nes­see. Pra­cow­nicy tej in­sty­tu­cji za­stali dwoje dzieci Tur­pina mocno za­nie­dba­nych, w związku z czym za­pa­dła de­cy­zja o umiesz­cze­niu ich w od­dziel­nych sie­ro­ciń­cach w Chat­ta­no­oga. Lit­tle Kinga wkrótce prze­ka­zano pod opiekę wuja, jed­nak Min­nie nie miała tyle szczę­ścia. Spę­dziła w sie­ro­cińcu dwa lata, po czym tra­fiła do in­nego bli­skiego członka ro­dziny i za­szła w ciążę w wieku trzy­na­stu lat.

Po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku ży­cia King Tur­pin Ju­nior prze­pro­wa­dził się do Kno­xville, gdzie zna­lazł pracę na plan­ta­cji ba­wełny. W sierp­niu 1921 roku oże­nił się z Nel­lie Griggs, która wkrótce uro­dziła mu córkę Agnes. King Ju­nior prze­niósł się z całą ro­dziną do Lynch w sta­nie Ken­tucky i prze­bran­żo­wił się na gór­nika. Nie­długo póź­niej Agnes zmarła nie­spo­dzie­wa­nie, po­ły­ka­jąc przez przy­pa­dek kar­bid, któ­rego jej oj­ciec uży­wał jako pa­liwa do swo­jej gór­ni­czej lampki na ka­sku.

Jak głosi ro­dzinna le­genda, King Tur­pin Ju­nior w cu­downy spo­sób do­łą­czył do wy­znaw­ców Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego, co miało miej­sce w trak­cie spo­tka­nia mo­dli­tew­nego w Lynch. Usły­szał na­gle do­no­śny głos z nie­bios, który za­wo­łał: "Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi!".

- W tym mo­men­cie - jak wy­znał jego wnuk Randy - moc Du­cha Świę­tego spły­nęła na niego od stóp do głów, dzięki czemu za­czął mó­wić róż­nymi ję­zy­kami.

Po owym ob­ja­wie­niu King Ju­nior zo­stał la­ic­kim ka­zno­dzieją, który scho­dził w głąb ko­palni w to­wa­rzy­stwie Nel­lie i swo­jego banjo, by gło­sić prawdę ewan­ge­lii zie­lo­no­świąt­ko­wej.

Para do­cze­kała się jesz­cze dwóch sy­nów, Ja­mesa Jack­sona i Ro­berta, któ­rzy uro­dzili się rok po roku. W 1927 roku Nel­lie uro­dziła Kin­gowi czwarte dziecko, Wil­liego, który dwa­na­ście mie­sięcy póź­niej zmarł na za­pa­le­nie żo­łąd­ko­wo­je­li­towe. Na świa­dec­twie śmierci dziecka le­karz za­mie­ścił na­stę­pu­jącą ad­no­ta­cję: "Ro­dzice ni­gdy nie po­da­wali dziecku żad­nych le­ków, po­nie­waż wie­rzyli w siłę bo­skiego uzdro­wie­nia".

King Ju­nior za­brał swoją cią­gle ro­snącą ro­dzinę do Ari­zony, gdzie zo­stał pa­sto­rem Ko­ścioła Bo­żego, ra­dy­kal­nej sekty zie­lo­no­świąt­kow­ców, która wie­rzy, że Bi­blia jest bez­po­śred­nim za­pi­sem słów Boga. Wy­znawcy tejże in­sty­tu­cji, za­ło­żo­nej w 1886 roku, wie­rzyli w chrzest od Du­cha Świę­tego, który ma­ni­fe­sto­wał się umie­jęt­no­ścią mó­wie­nia w wielu ję­zy­kach. King Ju­nior czę­sto re­zy­gno­wał z pro­wa­dze­nia na­bo­żeństw po an­giel­sku, wie­rząc, że robi to dzięki na­masz­cze­niu przez Du­cha Świę­tego.

- Dar ję­zy­ków i dar tłu­ma­cze­nia były czę­sto ma­ni­fe­sto­wane - po­wie­dział Randy, który zo­stał wy­świę­cony na bi­skupa w Ko­ściele Bo­żym.

W swo­jej książce Randy wspo­mina wcze­sne na­bo­żeń­stwa ko­ścielne, w trak­cie któ­rych jego dzia­dek mó­wił w da­nym ję­zyku, a na­stęp­nie prze­cho­dził na zu­peł­nie inny, po czym tłu­ma­czył oba na an­giel­ski. Je­den z po­li­glo­tów na­le­żą­cych do kon­gre­ga­cji wstał i oświad­czył, że wie­lebny Tur­pin do­sko­nale po­słu­guje się hisz­pań­skim i greką, ję­zy­kami, któ­rych aku­rat nie znał.

W 1932 roku wie­lebny King Tur­pin Ju­nior znów prze­pro­wa­dził się ze swoją liczną ro­dziną. Tym ra­zem o trzy ty­siące dwie­ście ki­lo­me­trów na wschód, do Rock Ho­use Mo­un­tain w po­łu­dnio­wej czę­ści Wir­gi­nii Za­chod­niej. Nie­długo po przy­by­ciu na miej­sce Nel­lie zmarła w po­łogu, a Tur­pin bez­zwłocz­nie po­ślu­bił szes­na­sto­let­nią Ber­thę Lee Church.

Trzy­na­ście mie­sięcy póź­niej nowa żona uro­dziła mu syna, Ja­mesa "Jima" Ran­dol­pha Tur­pina - ojca Da­vida i Randy'ego.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat King Ju­nior prze­no­sił się z ro­dziną do róż­nych miejsc w Wir­gi­nii Za­chod­niej, da­lej pro­wa­dził na­bo­żeń­stwa w wielu Ko­ścio­łach zie­lo­no­świąt­ko­wych i pra­co­wał jako gór­nik. W swoim domu w McDo­well urzą­dził coś na kształt do­mo­wej ka­plicy, do któ­rej za­pra­szał na spo­tka­nia mo­dli­tewne wszyst­kich są­sia­dów.

- Wszy­scy klę­kali, by się po­mo­dlić - na­pi­sał Randy w swo­jej bio­gra­fii. - King i Ber­tha bar­dzo czę­sto mó­wili w róż­nych ję­zy­kach, tłu­ma­czyli je, a pro­roc­twa... de­mon­stra­cje bo­skiej mocy sta­no­wiły część ich co­dzien­nego ży­cia.

Jim Tur­pin wy­cho­wał się w oto­cze­niu wy­znaw­ców re­li­gii zie­lo­no­świąt­ko­wej, którą prak­ty­kuje do dziś.

- Jak tylko się­gam pa­mię­cią - po­wie­dział - za­wsze ko­cha­łem Je­zusa.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Jim brał udział w na­bo­żeń­stwach or­ga­ni­zo­wa­nych przez swo­ich ro­dzi­ców. W wieku dwu­dzie­stu lat usły­szał, jak jego oj­ciec wy­gła­sza wia­do­mość w róż­nych ję­zy­kach. Za­raz po tym do­dał tłu­ma­cze­nie wraz ze spe­cjal­nym prze­ka­zem dla Jima: "Wkrótce uj­rzysz wspa­nia­łość bo­skich osią­gnięć".

Nie­długo po­tem ewan­ge­li­sta Ko­ścioła Bo­żego zor­ga­ni­zo­wał se­rię se­sji od­nowy re­li­gij­nej w na­mio­tach roz­sta­wio­nych w ca­łej oko­licy. King i Ber­tha za­brali Jima na jedną z nich.

- Ogło­szono we­zwa­nie oł­ta­rzowe - na­pi­sał Randy - a Jim na­tych­miast za­re­ago­wał. Po­czuł w so­bie bo­skiego du­cha. Wie­dział w tam­tej chwili, że zo­stał wy­ba­wiony. To wła­śnie dzięki mo­dli­twom Kinga i Ber­thy oca­lały wszyst­kie ich dzieci.

W czerwcu 1955 roku Jim po­brał się z sie­dem­na­sto­let­nią Betty Jean Rose, z którą za­miesz­kał w skrom­nym domu przy New Hope Road w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej. To nie­wiel­kie mia­steczko, po­ło­żone głę­boko w sercu wiej­skiej czę­ści Ap­pa­la­chów, miało za­le­d­wie 6400 miesz­kań­ców i zwane było "Klej­no­tem Po­łu­dnia". Pod ko­niec XIX wieku roz­wój gór­nic­twa wę­gla i nowo wy­bu­do­wa­nych ko­lei po­zwo­lił na stwo­rze­nie no­wej, lu­kra­tyw­nej branży prze­my­słu, która za­pew­niła bo­gac­two Prin­ce­ton.

- Prin­ce­ton wznie­siono dzięki oko­licz­nym bran­żom wy­do­byw­czej i ko­le­jo­wej - wy­ja­śnił Greg Jor­dan, dzien­ni­karz z "Blu­efield Da­ily Te­le­graph". - To je­den z ob­sza­rów, w któ­rych po­ważną dzia­łal­ność roz­po­częło wiele spółek wy­do­byw­czych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

W maju 1958 roku Ji­mowi i Betty Jean uro­dził się chło­piec, któ­remu dali na imię Ja­mes Ran­dolph, ale zwra­cali się do niego wy­łącz­nie "Randy". Trzy lata póź­niej, 17 paź­dzier­nika 1961 roku, na świat przy­szło ich dru­gie i ostat­nie już dziecko, Da­vid Al­len.

Każ­dego lata Da­vid i Randy od­wie­dzali swo­ich dziad­ków w Ohio, gdzie miesz­kają do dziś. Wie­lebny King Tur­pin Ju­nior ode­grał ważną rolę we wcze­snym ży­ciu Da­vida i Randy'ego, za­szcze­pia­jąc w nich mi­łość do Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego i jego nauk.

- King ofe­ro­wał nam znacz­nie wię­cej niż tylko za­bawę - wspo­mniał Randy. - Znaj­do­wał czas, żeby prze­ka­zy­wać nam du­chowe dary. Nie­kiedy w jego oczach lśniły łzy, jego twarz pro­mie­niała i wtedy mó­wił w róż­nych ję­zy­kach.

Pod­czas dłu­gich let­nich wie­czo­rów sta­rze­jący się ka­zno­dzieja śpie­wał im pio­senki, któ­rych na­uczył się w la­tach dwu­dzie­stych, brzdą­ka­jąc przy tym na banjo. Jed­nym z ulu­bio­nych utwo­rów Da­vida był Long Boy.

- Pa­mię­tam, że na­zy­wał mnie cza­sami "dłu­gim, wy­so­kim wnu­kiem" - po­wie­dział Randy. - Mam mnó­stwo wspa­nia­łych wspo­mnień zwią­za­nych z dziad­kiem.

Pew­nego lata dziad­ko­wie Da­vida prze­nie­śli się do jego domu w Prin­ce­ton. Ber­tha prze­cho­dziła w tym cza­sie dwie ope­ra­cje bio­dra w po­bli­skim szpi­talu. W trak­cie swo­jego dłu­giego po­bytu King Ju­nior ka­zał dwóm mło­dym wnu­kom na­uczyć się na pa­mięć swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów z Bi­blii, a na­stęp­nie je przed nim re­cy­to­wać.

Każ­dej nie­dzieli ro­dzina Tur­pi­nów cho­dziła do Ko­ścioła Bo­żego przy Oli­ver Ave­nue w Prin­ce­ton, gdzie za­przy­jaź­nili się z Al­le­nem "Wayne'em" Ro­bi­net­tem, jego żoną Phyl­lis oraz trzema cór­kami: Lo­uise, Eli­za­beth i Te­resą.

- By­li­śmy wielką, ko­ścielną ro­dziną - po­wie­działa Te­resa. - Mój tata był pa­sto­rem i wszy­scy do­ra­sta­li­śmy tam ra­zem. Lo­uise i Da­vid znali się za­tem przez całe swoje ży­cie.

2

ON JEST TAKI PRZE­RA­ŻA­JĄCY

Ro­dzina Lo­uise Ro­bi­nette miesz­kała w Pri­n2ce­ton od po­nad stu lat. Jej dzia­dek od strony matki, John Tho­mas Tay­lor, był wy­soce od­zna­czo­nym we­te­ra­nem wo­jen­nym, który słu­żył w Eu­ro­pie i Afryce. Jako strze­lec pierw­szej klasy w Trze­ciej Dy­wi­zji Pan­cer­nej U.S. Army otrzy­mał Srebrną Gwiazdę, pięć Brą­zo­wych Gwiazd, Pur­pu­rowe Serce oraz Me­dal za Do­bre Za­cho­wa­nie.

W grud­niu 1945 roku przy­stojny dwu­dzie­sto­jed­no­la­tek wró­cił do Prin­ce­ton jako bo­ha­ter wo­jenny. Nie­długo póź­niej zo­stał gór­ni­kiem, ale oka­zał się na tyle am­bitny, że po­sta­no­wił nie zo­sta­wać zbyt długo pod zie­mią. Tay­lor na­le­żał do Ko­ścioła Bo­żego i słu­żył jako jego ka­pe­lan w trak­cie woj­sko­wych po­grze­bów. To wła­śnie dzięki ko­ścio­łowi po­znał i wkrótce po­ślu­bił Mary Lo­uise Har­mon, córkę pa­stora zie­lo­no­świąt­ko­wego. Para do­cze­kała się czworga dzieci: Eu­gene'a, Glenna, Phy­lis i Ja­mesa.

Sze­roki, lśniący uśmiech Johna Tay­lora krył jed­nak bez­względną am­bi­cję. Ko­rzy­sta­jąc ze swo­ich he­ro­icz­nych, wo­jen­nych do­ko­nań, zo­stał wkrótce wpły­wo­wym gra­czem w świe­cie po­li­tyki w Prin­ce­ton jako lob­by­sta sto­wa­rzy­sze­nia we­te­ra­nów pod na­zwą Ame­ri­can Le­gion. W krót­kim cza­sie zgro­ma­dził for­tunę, po­ma­ga­jąc de­we­lo­pe­rom oba­lić nowo usta­no­wiony pro­gram za­kwa­te­ro­wa­nia za­stęp­czego dla we­te­ra­nów.

W 1945 roku Stany Zjed­no­czone do­świad­czyły po­waż­nego nie­do­boru na rynku miesz­ka­nio­wym na sku­tek dra­stycz­nego ogra­ni­cze­nia liczby bu­do­wa­nych nie­ru­cho­mo­ści. Po­wra­ca­jący z wojny we­te­rani od­czuli to naj­moc­niej, a za­kup no­wych do­mów nie wcho­dził w ra­chubę.

Aby roz­wią­zać ten pro­blem, pre­zy­dent Harry S. Tru­man mia­no­wał Wil­sona W. Wy­atta, by­łego bur­mi­strza Lo­uisville w sta­nie Ken­tucky, na nowo utwo­rzone sta­no­wi­sko fe­de­ral­nego ko­or­dy­na­tora do spraw miesz­kal­nic­twa. Ce­lem było za­pew­nie­nie wszyst­kim we­te­ra­nom przy­stęp­nych ce­nowo do­mów. Wy­att pla­no­wał także wpro­wa­dzić dla po­wra­ca­ją­cych we­te­ra­nów pre­fe­ren­cyjne stawki, dzięki któ­rym mo­gliby wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

- Nie mo­żemy wi­tać na­szych we­te­ra­nów na ame­ry­kań­skiej ziemi szcząt­kowo opra­co­wa­nym pro­gra­mem miesz­ka­nio­wym - wy­ja­śnił Wy­att. - Na tę chwilę nie po­zo­staje nic prócz zni­we­czo­nych na­dziei bez­dom­nych bo­ha­te­rów wo­jen­nych.

Jed­nakże roz­wi­ja­ją­cemu się spraw­nie pla­nowi sprze­ci­wiła się branża de­we­lo­per­ska, po­nie­waż uciął ich zy­ski. W hrab­stwie Mer­cer John Tay­lor wal­czył za­cie­kle, po­nie­waż stał się cał­ko­wi­cie lo­jalny wo­bec ma­gna­tów rynku miesz­ka­nio­wego.

Pod ko­niec stycz­nia 1949 roku zna­lazł się na okładce "Blu­efield Da­ily Te­le­graph" po tym, jak wy­rzu­cił siłą przed­sta­wi­ciela Ve­te­rans of Fo­re­ign Wars* ze spo­tka­nia Ame­ri­can Le­gion w ho­telu Sta­tler w Blu­efield.

"Wszyst­kie or­ga­ni­za­cje we­te­ra­nów po­winny in­te­re­so­wać się pro­ble­mem miesz­ka­nio­wym", na­pi­sano w ar­ty­kule. "Po­ja­wiła się jed­nak ostat­nio in­te­re­su­jąca in­for­ma­cja na te­mat Ame­ri­can Le­gion. Lob­by­sta or­ga­ni­za­cji John Tho­mas Tay­lor wy­rzu­cił ze spo­tka­nia przed­sta­wi­ciela Ve­te­ran of Fo­re­ign Wars (VFW)".

W trak­cie zgro­ma­dze­nia Tay­lo­rowi pu­ściły nerwy, kiedy przed­sta­wi­ciel VFW wstał, by wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na te­mat no­wej fe­de­ral­nej po­li­tyki miesz­kal­nic­twa dla we­te­ra­nów.

"John Tho­mas Tay­lor wska­zy­wał go pal­cem i wy­krzy­ki­wał coś emo­cjo­nal­nie. "Wy­rzu­cić go stąd!", za­wo­łał".

Inny przed­sta­wi­ciel Le­gionu pró­bo­wał go uspo­koić.

""Nic mnie to nie ob­cho­dzi!", krzy­czał. "To ja pro­wa­dzę to zgro­ma­dze­nie i ży­czę so­bie, żeby go stąd wy­rzu­cono!"".

Przed­sta­wi­ciel VFW opu­ścił salę, a spo­tka­nie kon­ty­nu­owano za za­mknię­tymi drzwiami w obec­no­ści kilku wpły­wo­wych lob­by­stów po­wią­za­nych z nie­ru­cho­mo­ściami, ta­kich jak pre­zes Kra­jo­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Bu­dow­ni­czych Do­mów.

"Le­gion od dawna oskar­żano o bli­ską współ­pracę z ludźmi od nie­ru­cho­mo­ści. Szcze­gól­nie gdy w grę wcho­dzi sa­bo­to­wa­nie da­le­ko­wzrocz­nego pro­gramu miesz­ka­nio­wego Wil­sona Wy­atta".

Kilka mie­sięcy póź­niej wpły­wowe lobby miesz­ka­niowe wy­mu­siło za­wie­sze­nie pro­gramu re­gu­la­cji ce­no­wej nie­ru­cho­mo­ści, a Wil­son Wy­att ustą­pił ze sta­no­wi­ska.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat John Tay­lor bu­do­wał domy i par­kingi w ca­łym re­jo­nie Prin­ce­ton. Otwo­rzył pierw­szą sta­cję ben­zy­nową Shella w hrab­stwie Mer­cer, co było god­nym uwagi suk­ce­sem.

- Był bar­dzo za­możny - po­wie­działa jego wnuczka Eli­za­beth Ro­bi­nette Flo­res. - Wła­snymi rę­kami zbu­do­wał swój dom i sta­cję Shella.

Jego sta­cja pa­liw na Athens Road stała się zna­nym punk­tem orien­ta­cyj­nym i je­dy­nym miej­scem, w któ­rym w pro­mie­niu wielu ki­lo­me­trów można było za­tan­ko­wać sa­mo­chód. Tay­lor był bar­dzo dumny, że oso­bi­ście ob­słu­gi­wał swo­ich klien­tów.

- Biz­nes krę­cił się fan­ta­stycz­nie - stwier­dziła Lois Mil­ler, która jako mała dziew­czynka to­wa­rzy­szyła matce i ciotce pod­czas tan­ko­wa­nia pa­liwa. - Kiedy pod­jeż­dżało się na sta­no­wi­sko, John Tay­lor czy­ścił ci szyby, a kiedy do zbior­nika pły­nęło pa­liwo, spraw­dzał jesz­cze po­ziom oleju. Pa­mię­tam, że pła­ci­ły­śmy tam dzie­więt­na­ście cen­tów za ga­lon.

Po­wszech­nie było wia­domo jed­nak, że Tay­lor był lu­bież­ni­kiem.

- On był bar­dzo prze­ra­ża­jący - przy­znała Mil­ler, która pro­wa­dzi obec­nie To­wa­rzy­stwo Hi­sto­ryczne Hrab­stwa Mer­cer. - Kiedy pła­ci­łam, ba­wił się moją dło­nią. Po­cie­rał ją i pa­trzył w dziwny spo­sób, kiedy pró­bo­wa­łam się wy­co­fać.

Pod­czas każ­dej wi­zyty na sta­cji Shella matka Mil­ler da­wała córce pie­nią­dze dla Tay­lora.

- To samo przy­da­rzyło się mo­jej ciotce, kiedy pła­ciła za pa­liwo. Ale można je było ku­pić tylko tam, nie mie­li­śmy więc żad­nego wy­boru.

Kilka lat póź­niej przy­ja­ciółka Lois pod­jęła let­nią pracę na na­le­żą­cej do Tay­lora sta­cji Shella.

- Przy­znała się, że mo­le­sto­wał ją w pracy - po­wie­działa Mil­ler. - Stwier­dziła: "Nie chcę na­wet o nim roz­ma­wiać. On jest taki prze­ra­ża­jący!".

W po­nie­dzia­łek 3 stycz­nia 1966 roku Jo­seph Ma­xfield roz­ła­do­wy­wał pa­liwo na sta­cji Shella. Wy­buchł po­żar, w wy­niku któ­rego zmie­nił się on w pło­nącą po­chod­nię. Trzy­dzie­sto­ośmio­letni kie­rowca cy­sterny do­znał po­pa­rzeń pierw­szego, dru­giego i trze­ciego stop­nia na po­nad 85 pro­cen­tach po­wierzchni ciała. W kry­tycz­nym sta­nie prze­wie­ziono go do szpi­tala Prin­ce­ton Me­mo­rial.

Hi­sto­ria tra­fiła na pierw­szą stronę "Blu­efield Da­ily Te­le­graph", a John Tay­lor, ów­cze­śnie czter­dzie­sto­dwu­letni, po­wie­dział dzien­ni­ka­rzowi, że do­stawca roz­ła­do­wy­wał pa­liwo przez mniej wię­cej dwa­dzie­ścia mi­nut, po czym zro­bił so­bie prze­rwę, praw­do­po­dob­nie na pa­pie­rosa.

"Tay­lor oświad­czył, że pło­mie­nie bu­chały na wy­so­kość od sze­ściu do dzie­wię­ciu me­trów z otwar­tego otworu pro­wa­dzą­cego do pod­ziem­nych zbior­ni­ków sta­cji", na­pi­sano w ar­ty­kule. "Nie po­tra­fił wy­ja­śnić przy­czyny po­żaru, ale wy­snuł teo­rię o za­pło­nie opa­rów wo­kół cię­ża­rówki".

Tay­lor wy­ja­śnił, że w prze­ci­wień­stwie do po­szko­do­wa­nego kie­rowcy ani on, ani jego pra­cow­nicy nie pa­lili pa­pie­ro­sów.

Kilka dni póź­niej Jo­seph Ma­xfield, żo­naty męż­czy­zna z czwórką dzieci, zmarł w szpi­talu Prin­ce­ton Me­mo­rial z po­wodu od­nie­sio­nych ob­ra­żeń.

Dla świata ze­wnętrz­nego John Tay­lor był do­brym, po­boż­nym fi­la­rem spo­łecz­no­ści Prin­ce­ton. Za za­mknię­tymi drzwiami mo­le­sto­wał jed­nak swoją córkę Phyl­lis. Była to mroczna, ro­dzinna ta­jem­nica, która miała po­zo­stać ukryta przez ko­lej­nych sześć­dzie­siąt pięć lat.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Phyl­lis Tay­lor była wy­ko­rzy­sty­wana sek­su­al­nie przez ojca i nie mo­gła ni­komu o tym po­wie­dzieć. Matka nie miała po­ję­cia, co się wo­kół niej działo. Młoda dziew­czyna czuła się uwię­ziona w ro­dzin­nym domu i roz­pacz­li­wie szu­kała drogi ucieczki.

W wieku sie­dem­na­stu lat Phyl­lis za­częła się spo­ty­kać z Al­le­nem "Wayne'em" Ro­bi­net­tem, ko­ści­stym dzie­więt­na­sto­lat­kiem, który ukoń­czył nie­dawno szkołę śred­nią w Prin­ce­ton. Uta­len­to­wany ma­te­ma­tycz­nie Ro­bi­nette, który wy­cho­wał się na osie­dlu przy­czep miesz­kal­nych Green Val­ley i pra­co­wał jako la­icki pa­stor, ob­no­sił się z krótko ostrzy­żoną głową i no­sił modne, ro­gowe oku­lary. Był to wy­jąt­kowo burz­liwy ro­mans. Po­pro­szona o rękę Phyl­lis zgo­dziła się bez wa­ha­nia.

20 lipca 1967 roku młoda para zło­żyła wnio­sek o za­war­cie mał­żeń­stwa w są­dzie hrab­stwa Mer­cer. Dzie­więć dni póź­niej po­brali się w trak­cie tra­dy­cyj­nej po­dwój­nej ce­re­mo­nii w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton, do któ­rego re­gu­lar­nie cho­dzili i w któ­rym Al­len oka­zjo­nal­nie wy­gła­szał ka­za­nia.

John Tay­lor z dumą po­pro­wa­dził swoją córkę do oł­ta­rza. Atrak­cyjna, brą­zo­wo­włosa panna młoda miała na so­bie się­ga­jącą pod­łogi białą suk­nię z sa­tyny, wzbo­ga­coną o de­li­katne ko­ron­kowe wstawki na gor­se­cie i tre­nie. Ca­łość uzu­peł­niały biały, kwia­towy we­lon z opa­da­jącą ka­ska­dowo wo­alką oraz wią­zankę z mar­ga­re­tek. Pan młody za­ło­żył czarny gar­ni­tur i kra­wat w pa­ski z białą, ró­żaną bu­to­nierką.

Po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii go­ście udali się na przy­ję­cie do domu Johna Tay­lora, gdzie cze­kał na nich trzy­po­zio­mowy tort ślubny ozdo­biony na szczy­cie parą la­le­czek. Re­la­cja ze ślubu je­dy­nej córki za­moż­nego męż­czy­zny tra­fiła na stronę we­selną "Blu­efield Da­ily Te­le­graph".

Do­kład­nie dzie­więć mie­sięcy póź­niej, 24 maja 1968 roku, Phyl­lis i Al­le­nowi uro­dziła się córka, któ­rej po babce nadali imię Lo­uise Ann. Che­ru­bi­nowe ma­leń­stwo ochrzczono w Ko­ściele Bo­żym.

* Or­ga­ni­za­cja we­te­ra­nów wo­jen­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rzy w ra­mach służby woj­sko­wej brali udział w woj­nach, kam­pa­niach i eks­pe­dy­cjach na ob­cych lą­dach, wo­dach lub w prze­strzeni po­wietrz­nej (przyp. tłum.).

3

HO­NO­ROWY STU­DENT

W 1974 roku trzy­na­sto­letni Da­vid Tur­pin roz­po­czął na­ukę w gim­na­zjum Glen­wood po­ło­żo­nym za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od domu. W kla­sie Da­vida uczył się nie­jaki Mike Gil­bert. Chłopcy przy­jaź­nili się przez pięć na­stęp­nych lat.

- Na­sze gim­na­zjum było na­prawdę małe - po­wie­dział Gil­bert. - Wszy­scy się więc do­brze znali. Da­vid był bar­dzo in­te­li­gentny, ale jed­no­cze­śnie dość za­mknięty w so­bie. Ty­powy ku­jon, który za­wsze do­sta­wał w szkole do­bre oceny.

Na­wet jako na­sto­la­tek Da­vid wy­róż­niał się na tle po­zo­sta­łych chłop­ców. Mie­rząc pra­wie sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, gó­ro­wał nad więk­szo­ścią ko­le­gów z klasy i za­wsze ubie­rał się w nie­zwy­kle kon­ser­wa­tywny spo­sób.

- Miał krótko przy­cięte włosy i przez więk­szość czasu w gim­na­zjum no­sił ele­ganc­kie ubra­nia - wspo­mi­nał Gil­bert. - Pod­czas róż­nych szkol­nych wy­da­rzeń za­kła­dał na­wet mu­chę, a mó­wimy o la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, kiedy wszy­scy mieli dłu­gie włosy i cho­dzili w dzwo­nach. Da­vid nie był taki, jak wszy­scy.

Dwóch za­przy­jaź­nio­nych dzie­wię­cio­kla­si­stów po­łą­czyło wkrótce za­mi­ło­wa­nie do sza­chów, na punk­cie któ­rych Da­vid miał praw­dziwą ob­se­sję. Kiedy na­uczy­ciel od­wra­cał wzrok, uczył Gil­berta za­sad gry.

- Wie­dział już, jak grać w sza­chy i po­tra­fił mnie po­ko­nać w trzech ru­chach - przy­znał Gil­bert. - Ale cze­goś w końcu mnie na­uczył i od tam­tej pory już nikt ni­gdy nie wy­grał ze mną w tak krót­kim cza­sie.

27 li­sto­pada 1977 roku, w wieku sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech lat, wie­lebny King Tur­pin Ju­nior zmarł w szpi­talu we Fre­mont w sta­nie Ohio. Ze względu na po­gar­sza­jący się stan zdro­wia prze­by­wał w nim przez kilka ostat­nich ty­go­dni swo­jego ży­cia. Do­pa­dły go wszyst­kie lata spę­dzone w ko­pal­niach.

- Do ciała dziadka były wbite rurki - na­pi­sał Randy, który od­wie­dził go na kilka dni przed śmier­cią - włącz­nie z ta­kimi od tlenu w noz­drzach. Dzia­dek wal­czył o każdy od­dech.

Da­vid zło­żył póź­niej hołd dziad­kowi w bio­gra­fii na­pi­sa­nej przez brata.

- Pa­mię­tam przede wszyst­kim, jak się uśmie­chał, dow­cip­ko­wał... na­prawdę faj­nie było prze­by­wać w jego to­wa­rzy­stwie - na­pi­sał. - Jego śmierć była dla nas dużą stratą.

W 1976 roku Da­vid po­szedł w ślady Randy'ego i wy­brał li­ceum w Prin­ce­ton, gdzie jego re­la­cja z Mi­kiem Gil­ber­tem za­częła się roz­pa­dać.

- Zna­lazł so­bie grupę przy­ja­ciół - po­wie­dział Gil­bert. - Kiedy do­sta­li­śmy się do li­ceum, tro­chę zdzi­czał i za­czął no­sić gra­na­towe dżinsy.

W rocz­ni­kach li­ceum w Prin­ce­ton można zna­leźć wiele fo­to­gra­fii przed­sta­wia­ją­cych osią­gnię­cia Da­vida w róż­nych klu­bach na prze­strzeni lat. Na gru­po­wym zdję­ciu z pik­niku bi­blij­nego z 1976 roku wi­dać pięt­na­sto­let­niego Da­vida z nową grzywką w stylu księ­cia Va­lianta, zer­ka­ją­cego w obiek­tyw z chy­trym uśmiesz­kiem.

Rok póź­niej Da­vid był już skarb­ni­kiem klubu i na zdję­ciu z rocz­nika sie­dział przed po­zo­sta­łymi jego człon­kami. Pod fo­to­gra­fią za­pi­sano mi­sję sto­wa­rzy­sze­nia: "Ce­lem Klubu Bi­blij­nego jest za­chę­ca­nie do uczest­nic­twa we Wspól­no­cie Chrze­ści­jań­skiej w trak­cie szkoły i po za­ję­ciach. Wspól­no­cie to­wa­rzy­szy fi­glarna za­bawa, którą człon­ko­wie Klubu cie­szą się w swoim to­wa­rzy­stwie".

Dzia­ła­nia klubu bi­blij­nego obej­mo­wały bi­cie w dzwon dla Ar­mii Zba­wie­nia, ser­wo­wa­nie obiadu dzięk­czyn­nego dla bied­nej ro­dziny oraz or­ga­ni­zo­wa­nie świą­tecz­nych przy­jęć.

Greg Jor­dan, dzien­ni­karz z "Blu­efield Da­ily Te­le­graph", który pra­co­wał w re­jo­nie Prin­ce­ton od po­nad dwu­dzie­stu lat, po­wie­dział, że na­uki bi­blijne od­gry­wały istotną rolę w szko­łach hrab­stwa Mer­cer.

- Krą­żyło po­wie­dze­nie, że nie da się tu­taj rzu­cić ka­mie­niem tak, żeby nie tra­fić w ko­ściół - wy­ja­śnił. - To bar­dzo po­bożna spo­łecz­ność, a miej­scowe szkoły trak­tują Bi­blię jako obo­wiąz­kową lek­turę.

Da­vid re­gu­lar­nie tra­fiał na li­stę ho­no­rową szkoły i zo­stał mia­no­wany współ­ka­pi­ta­nem pię­cio­oso­bo­wego ze­społu sza­cho­wego li­ceum w Prin­ce­ton, który ry­wa­li­zo­wał z in­nymi pla­ców­kami z ca­łej Wir­gi­nii Za­chod­niej.

- On był ta­kim głup­ko­wa­tym ku­jo­nem - po­wie­dział na­le­żący do ze­społu Da­vid Do­wnard. - Nie­wiele się od­zy­wał, za­wsze miał na twa­rzy za­bawny uśmie­szek, a kiedy stał, za­wsze spla­tał dło­nie za ple­cami.

Inny czło­nek ze­społu sza­cho­wego, Tony Ve­neri, wciąż wspo­mina in­cy­dent, który miał miej­sce pod­czas po­wrotu do Prin­ce­ton po tur­nieju.

- Je­den z człon­ków in­nej ekipy Phil­lip Wri­ght pro­wa­dził auto i je­chał nieco za szybko - po­wie­działa Becky żona Tony'ego, która wie­lo­krot­nie sły­szała tę opo­wieść. - A Da­vid, który był zwy­kle mil­czący i wy­lu­zo­wany, bar­dzo się zde­ner­wo­wał i za­czął wy­krzy­ki­wać: "Hej, Phil­lip! Zwol­nij! Po­za­bi­jasz nas wszyst­kich!".

W ostat­niej kla­sie Da­vid Tur­pin był już prze­ko­nany, że chce zo­stać in­ży­nie­rem, przez co za­an­ga­żo­wał się w dzia­łal­ność klubu na­uko­wego li­ceum w Prin­ce­ton.

Wzo­rowy uczeń za­jął pierw­szą lo­katę w co­rocz­nym pik­niku na­uko­wym Aka­de­mii Ju­nio­rów Wir­gi­nii Za­chod­niej i do­łą­czył do pre­sti­żo­wej Ju­nior­skiej Aka­de­mii Nauk. Da­vid był rów­nież ogrom­nym fa­nem te­le­wi­zyj­nego se­rialu Star Trek i mocno iden­ty­fi­ko­wał się z pa­nem Spo­ckiem, który był za­pewne in­spi­ra­cją dla no­wej fry­zury.

- Da­vid i wszy­scy jego przy­ja­ciele byli za­go­rza­łymi wiel­bi­cie­lami Star Treka, tak zwa­nymi Trek­kies - po­wie­dział Gil­bert. - Lu­bili też na ten te­mat żar­to­wać.

W rocz­niku li­ceum w Prin­ce­ton z 1979 roku wid­nieje hu­mo­ry­styczna fo­to­gra­fia przed­sta­wia­jąca współ­ka­pi­tana ze­społu sza­cho­wego, po­dob­nego jak dwie kro­ple wody do po­staci od­gry­wa­nej przez Le­onarda Ni­moya, który wpa­truje się z utę­sk­nie­niem w spor­towe obu­wie.

"Da­vid Tur­pin pod­daje króla w za­mian za adi­dasy", na­pi­sano żar­to­bli­wie pod zdję­ciem.

Na­sto­la­tek uwiel­biał też sa­mo­chody, co po­zo­stało jego pa­sją na całe ży­cie. Oj­ciec Da­vida, Jim, po­mógł mu na­wet w tu­ningu sta­rej Hondy Ci­vic.

- Za­ło­żyli na nią z tatą wiel­kie, stare sy­reny ze zbior­ni­kiem sprę­żo­nego po­wie­trza - wspo­mi­nał Gil­bert - jakby jego mała honda była ja­kimś osiem­na­sto­ko­łow­cem albo cią­gni­kiem sio­dło­wym. Miał taki zwy­czaj, że za­trzy­my­wał się za kimś, a po­tem dmu­chał w klak­son sprę­żo­nym po­wie­trzem, co było straszne, bo dźwięk do­cho­dził z tak ma­łego po­jazdu. Uwiel­biał ba­wić się tym ustroj­stwem. Stra­szył w ten spo­sób lu­dzi, a po­tem się z tego śmiał.

W każdy so­botni wie­czór Da­vid je­chał swoją hondą do cen­trum Prin­ce­ton, ubrany w wyj­ściowe spodnie i ko­szulę z kra­wa­tem.

- W tam­tych cza­sach modne było samo jeż­dże­nie po oko­licy - po­wie­dział Gil­bert. - W so­botę wie­czo­rem wszy­scy wy­le­gali na ulice i jeź­dzili w tę i we w tę po mie­ście. Da­vid także krą­żył wśród nich swoją hondą, dud­niąc sy­re­nami.

Eme­ry­to­wana na­uczy­cielka Mary Hop­kins uczyła w Prin­ce­ton obu braci Tur­pi­nów al­ge­bry. Wspo­mina Da­vida jako do­sko­na­łego ucznia.

- Miał świetne po­czu­cie hu­moru. Uśmie­chał się i dow­cip­ko­wał, a w jego oczach wi­dać było we­sołe iskierki. Pod­cho­dził jed­nak bar­dzo po­waż­nie do na­uki i świet­nie so­bie ra­dził.

Tim Snead, który cho­dził z Da­vi­dem na lek­cje bio­lo­gii i hisz­pań­skiego, przy­znał, że jego ko­lega ni­gdy nie miał dziew­czyny i nie brał udziału w żad­nych im­pre­zach to­wa­rzy­skich.

- Nie in­te­gro­wał się zbyt­nio z in­nymi - po­wie­dział Snead. - Spra­wiał wra­że­nie ku­jona, ale był bar­dzo in­te­li­gentny.

Da­vid ukoń­czył li­ceum w Prin­ce­ton w 1979 roku ze śred­nią pro­cen­tową 95,6585. Przy­znano mu rów­nież upra­gnione sty­pen­dium, dzięki któ­remu mógł stu­dio­wać in­ży­nie­rię elek­tryczną na uczelni tech­nicz­nej w Wir­gi­nii.

Na ab­so­lu­to­rium, ubrany w bi­ret i togę, Da­vid ode­brał na­grodę dla "ucznia z naj­lep­szej dwu­dziestki". W rocz­niku z 1979 roku wy­ja­śniono tę po­chwałę w ten spo­sób:

"W każ­dym li­ceum za­wsze dzia­łają grupy uczniów zwa­nych "mó­zgow­cami". To tak na­prawdę je­dyni ucznio­wie, któ­rzy każ­dego wie­czoru ro­bią wszyst­kie za­da­nia do­mowe i za­wsze dźwi­gają do domu na­rę­cze ksią­żek. W re­zul­ta­cie naj­lep­sza dwu­dziestka na­prawdę za­słu­guje na miano "naj­lep­szej"".

Na fo­to­gra­fii z ab­so­lu­to­rium uśmiech­nięty Da­vid Tur­pin ma na so­bie płowy gar­ni­tur i kra­wat w pa­ski, a na gło­wie oczy­wi­ście fry­zurę w stylu pana Spo­cka. Pod zdję­ciem wy­mie­nione zo­stały wszyst­kie jego człon­ko­stwa w gru­pach i am­bi­cje na­ukowe. Oprócz tego, że peł­nił funk­cję współ­ka­pi­tana ze­społu sza­cho­wego, skarb­nika Klubu Bi­blij­nego i członka klubu na­uko­wego, na­le­żał rów­nież do kółka ję­zyka hisz­pań­skiego i szkol­nego chóru. Jego ce­lem na przy­szłość była "ka­riera w za­kre­sie in­ży­nie­rii elek­trycz­nej i wy­na­le­zie­nie ża­rówki".

Ży­ciowe motto zaś brzmiało: "Nie rób dziś tego, co mo­żesz zro­bić ju­tro".

Krótko po swoim ab­so­lu­to­rium Da­vid po raz pierw­szy po­czuł coś do dzie­się­cio­let­niej Lo­uise Ro­bi­nette. Ich ro­dzice przy­jaź­nili się już od wielu lat. Da­vid trzy­mał na­wet Lo­uise na rę­kach, kiedy była jesz­cze ma­leń­stwem. Ży­cie obu ro­dzin sku­piało się wo­kół Ko­ścioła Bo­żego w Prin­ce­ton. Randy, brat Da­vida, peł­nił tam po­sługę dusz­pa­ster­ską, a ich matka Betty Jean uczyła w szkółce nie­dziel­nej. Lo­uise Ro­bi­nette była jedną z jej uczen­nic.

Po ślu­bie w 1967 roku Al­len i Phyl­lis Ro­bi­nette prze­pro­wa­dzili się do ma­łego domu na 120 B Ray Street. To tam Lo­uise do­ra­stała jako Tay­lor - w jed­nej z naj­bar­dziej sza­cow­nych ro­dzin w Prin­ce­ton. Jej dzia­dek John Tay­lor był już wtedy bo­ga­czem dzięki swo­jej słyn­nej sta­cji Shella i róż­nym trans­ak­cjom na rynku nie­ru­cho­mo­ści. Jej wu­jo­wie Eu­gene i Glenn Tay­lor rów­nież od­nie­śli suk­cesy - Eu­gene był wła­ści­cie­lem kem­pingu Cle­arview, a Glenn sa­mo­za­trud­nio­nym mu­ra­rzem.

W 1974 roku w ro­dzi­nie do­szło do tra­ge­dii, kiedy naj­młod­szy brat Lo­uise, Ja­mes, zo­stał po­waż­nie ranny w wy­padku mo­to­cy­klo­wym. Je­chał do po­bli­skiej szkoły w Athens na randkę ze swoją dziew­czyną Sha­ron, gdy jego mo­to­cykl wpadł w po­ślizg na dro­dze.

- Ja­mes stra­cił nogę od ko­lana w dół - po­wie­działa Lois Mil­ler, która była w jed­nej kla­sie z Sha­ron. - Wcale mi się nie po­do­bało, że spo­ty­kał się z Sha­ron. Moim zda­niem był zbyt nie­okrze­sany.

W 1978 roku Lo­uise świę­to­wała swoje dzie­siąte uro­dziny, a Al­len Ro­bi­nette na­krę­cił na wi­deo córkę otwie­ra­jącą pre­zenty w swoim po­koju. No­sząca dłu­gie, ciemne włosy wy­sta­jące spod opa­ski na głowę, i ubrana w wy­miętą ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem w stylu Pio­tru­sia Pana, dziew­czynka wy­glą­dała, jakby była wolna od wszel­kich trosk.

Póź­niej tego sa­mego dnia od­była się im­preza z uro­dzi­no­wym tor­tem, a jej dzia­dek - znany w ro­dzi­nie pod pseu­do­ni­mem Pa­paw - zo­stał sfo­to­gra­fo­wany z Lo­uise i jej osiem­na­sto­mie­sięczną sio­strzyczką Eli­za­beth Jane.

Co­dzienne ży­cie w domu Ro­bi­nette'ów nie było jed­nak tak do­sko­nałe, jak mo­głoby się wy­da­wać. Mo­le­sto­wana w dzie­ciń­stwie Phyl­lis nie wy­ka­zy­wała du­żego za­in­te­re­so­wa­nia mat­czy­nymi obo­wiąz­kami, po­zo­sta­wia­jąc ru­do­włosą có­reczkę pod opieką star­szej Lo­uise.

W ich czte­rech ścia­nach czę­sto do­cho­dziło do kłótni po­mię­dzy Phyl­lis i Al­le­nem. W swo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach Eli­za­beth wi­dzi Lo­uise, która pró­buje chro­nić ją przed agre­syw­nymi star­ciami ro­dzi­ców.

- Moi ro­dzice kłó­cili się i cią­gle się wy­dzie­rali - po­wie­działa Eli­za­beth. - Pa­mię­tam, jak Lo­uise za­kry­wała mi uszy i cho­wała moją twarz w swo­jej piersi, że­bym nie mo­gła nic wi­dzieć i sły­szeć. Bar­dzo o mnie dbała.

Kiedy Lo­uise była jesz­cze mała, Phyl­lis re­gu­lar­nie za­wo­ziła ją do domu swo­jego ojca. Tam czter­dzie­sto­kil­ku­letni wów­czas John Tay­lor mo­le­sto­wał swoją córkę. Wtedy to skon­cen­tro­wał swoją uwagę na ślicz­nej, ma­łej wnuczce, a Phyl­lis na to po­zwo­liła w za­mian za pie­nią­dze.

- On był praw­dziwą głową ro­dziny - po­wie­działa Eli­za­beth. - Miał pie­nią­dze, więc kiedy mama ich po­trze­bo­wała, od razu do niego bie­gła.

Za każ­dym ra­zem było tak samo. W trak­cie każ­dej z jej wi­zyt Pa­paw szep­tał do Lo­uise, że przejdą do in­nego po­koju, żeby się "po­tu­lić".

Wiele lat póź­niej ko­biety z ro­dziny ujaw­niły, co się tak na­prawdę działo w domu dziadka.

- Mo­le­sto­wał moją mamę przez całe jej ży­cie - po­wie­działa Te­resa, naj­młod­sza sio­stra Lo­uise. - Bła­ga­ły­śmy ją cza­sami, żeby nas tam nie za­bie­rała, ale nic to nie da­wało. On był bar­dzo, ale to bar­dzo bo­gaty.

Do­mnie­mane mo­le­sto­wa­nie przez dziadka było pil­nie strze­żo­nym ro­dzin­nym se­kre­tem, a dziew­czyn­kom nie wolno było ni­gdy o tym roz­ma­wiać.

- Tak zo­sta­ły­śmy za­pro­gra­mo­wane - wy­ja­śniła Eli­za­beth. - Wiemy, jak się do­sko­nale ma­sko­wać i nie oka­zy­wać swo­ich uczuć.

Po­dob­nie jak Da­vid, Lo­uise ukoń­czyła gim­na­zjum w Glen­wood, a na­stęp­nie li­ceum w Prin­ce­ton.

- Była mil­cząca i za­mknięta w so­bie - wspo­mi­nał Ri­chard Ford, który cho­dził z nią do jed­nej klasy w Prin­ce­ton. - Nie miała zbyt wielu przy­ja­ció­łek, a nie­któ­rzy tro­chę jej do­ku­czali. To było dość dziwne. Ona się od wszyst­kich od­izo­lo­wała. Więk­szość uczniów w week­endy uma­wiała się w ga­le­rii han­dlo­wej czy na me­czu. Co do Lo­uise, nie pa­mię­tam, żeby do­kąd­kol­wiek wy­cho­dziła.

Rocz­nik z 1984 roku wspo­mina ją jako prze­wod­ni­czącą Klubu Bi­blij­nego. Jest to je­dyna no­tatka na jej te­mat. Na zdję­ciu wi­dać Lo­uise ubraną w ty­powo ame­ry­kań­ski swe­ter, na który opa­dają jej dłu­gie, ciemne i krę­cone włosy.

Eli­za­beth pa­mięta, że jej star­sza sio­stra była wy­jąt­kowo nie­lu­biana i stale wy­śmie­wana przez ko­le­gów i ko­le­żanki z klasy.

- Nie miała żad­nych przy­ja­ciół - po­wie­działa Eli­za­beth.

- Przez cały czas ro­biono so­bie z niej żarty. W okre­sie do­ra­sta­nia nie miała ni­gdy nad ni­czym ja­kiej­kol­wiek kon­troli.

Al­len Ro­bi­nette, który pra­co­wał jako kre­ślarz pla­nów w Joy Ma­nu­fac­tu­ring Com­pany, czę­sto za­wo­ził córkę do domu ze szkoły. Wy­da­wał się nie mieć naj­mniej­szego po­ję­cia o tym, jak trak­tuje się tam Lo­uise.

W pią­tek, 25 marca 1983 roku, zro­bił jej zdję­cie. Dziew­czyna trzyma na nim szkolne pod­ręcz­niki, a pod spodem wid­nieją słowa: "Lo­uise, có­reczka ta­tu­sia, wraca ze szkoły".

W 1982 roku Mary Lo­uise Tay­lor przy­ła­pała swo­jego pięć­dzie­się­cio­ośmio­let­niego męża na gwał­cie na ich czter­na­sto­let­niej wnuczce Lo­uise na so­fie w sa­lo­nie. Wście­kła, chwy­ciła pa­tel­nię i wy­go­niła go z domu. W ciągu kilku dni zło­żyła po­zew o roz­wód, a Tay­lor wpro­wa­dził się do no­wego domu przy Ba­iley Hol­low Road, tuż za sta­cją Shella.

Aby unik­nąć skan­dalu, prze­ra­ża­ją­cego in­cy­dentu ni­gdy nie zgło­szono na po­li­cję.

- To było małe mia­steczko i wszy­scy go tam znali - wy­ja­śniła Eli­za­beth. - Mu­sie­li­śmy dbać o re­pu­ta­cję ro­dziny i ho­nor Prin­ce­ton. Nie mo­gli­śmy za­tem pójść na po­li­cję.

Te­resa, młod­sza sio­stra Eli­za­beth, która miała wtedy za­le­d­wie ro­czek, po­znała praw­dziwą przy­czynę roz­wodu dziad­ków, kiedy zo­stała ko­lejną ofiarą sek­su­al­nych nad­użyć Tay­lora.

- Ni­gdy nie było spra­wie­dli­wo­ści - po­wie­działa Te­resa. - Ro­dzina ka­zała nam sie­dzieć ci­cho. Nie chcia­ły­śmy zruj­no­wać na­szej re­pu­ta­cji, a on miał pie­nią­dze, które były po­trzebne ro­dzi­nie.

Rok póź­niej Lo­uise za­częła się po­ta­jem­nie spo­ty­kać z dwu­dzie­sto­dwu­let­nim Da­vi­dem. Phyl­lis wie­działa o tym związku, ale za bar­dzo bała się po­wie­dzieć o tym mę­żowi, po­nie­waż ewan­ge­licki ka­zno­dzieja ni­gdy nie wy­ra­ziłby zgody na to, by jego córka cho­dziła na randki ze star­szym od sie­bie chło­pa­kiem.

- Moja mama za­wsze mó­wiła: "Och, to Da­vid Tur­pin, syn Tur­pi­nów" - po­wie­działa Eli­za­beth. - "To taki do­bry chło­pak".

Lo­uise wy­znała Eli­za­beth, że za­mie­rza jak naj­szyb­ciej po­ślu­bić Da­vida i uro­dzić mu dwa­na­ścioro dzieci. Chło­pak po­wie­dział jej sio­strze, że za­mie­rza zo­stać za­moż­nym in­ży­nie­rem, za­ra­biać sto ty­sięcy do­la­rów rocz­nie i dać jej wszystko, o czym kie­dy­kol­wiek ma­rzyła.

Spe­cja­listka od trau­ma­tycz­nych prze­żyć u dzieci i te­ra­peutka Al­li­son Da­vis Ma­xon, uzna­wana w ca­łym kraju za eks­pertkę w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego dzieci, po­wie­działa, że ofiary ka­zi­rodz­twa mogą w do­ro­sło­ści czuć się bez­radne lub bez­war­to­ściowe, a do tego przy­cią­gać part­ne­rów, któ­rzy będą wy­ko­rzy­sty­wać je lub ich wspólne dzieci.

- Kiedy młoda dziew­czyna do­ra­sta w roli ofiary - wy­ja­śniła Ma­xon - to nie­stety nie­rzadko się zda­rza, że wy­cho­dzi za mąż za sprawcę i/lub pe­do­fila, po­nie­waż na tego typu re­la­cji zna się naj­le­piej. Tak na­prawdę cho­dzi tu­taj o przy­wią­za­nie. Kiedy dziecko na­uczy się, że zwią­zek ozna­cza ból, traumę i nad­uży­cia, przyj­muje styl ży­cia ofiary.

Dziecko za­zwy­czaj przy­swaja so­bie sys­tem prze­ko­nań, w któ­rym czuje się nic nie­warte, brudne, gor­sze, złe i/lub za­słu­gu­jące na karę. Czę­sto za­tem dzieci, które do­znały po­waż­nych nad­użyć i traumy, pod­świa­do­mie szu­kają póź­niej part­nera, który po­trak­tuje je zgod­nie z tym sys­te­mem prze­ko­nań: "je­stem bez­war­to­ściowa, zła i za­słu­guję na karę".

Na pierw­szym roku uczelni tech­nicz­nej Da­vid stu­dio­wał in­ży­nie­rię elek­tryczną i był do­sko­na­łym stu­den­tem. Na­le­żał rów­nież do Eta Kappa Nu, eli­tar­nej mię­dzy­na­ro­do­wej spo­łecz­no­ści uni­wer­sy­tec­kiej zrze­sza­ją­cej stu­den­tów in­ży­nie­rii elek­trycz­nej i kom­pu­te­ro­wej. Wśród jej człon­ków znaj­do­wali się nie­gdyś współ­za­ło­ży­ciel firmy Ap­ple, Steve Wo­zniak, Larry Page i Eric Schmidt z Go­ogle czy za­ło­ży­ciel ser­wisu Yahoo! Sa­beer Bha­tia.

W więk­szość week­en­dów Da­vid wra­cał sa­mo­cho­dem z kam­pusu w Black­burg w Wir­gi­nii do domu, żeby spo­tkać się ze swoją dziew­czyną Lo­uise. Za każ­dym ra­zem mu­sieli się jed­nak wy­my­kać ukrad­kiem, żeby jej oj­ciec nie do­wie­dział się, że zo­stali kimś wię­cej niż tylko zna­jo­mymi.

- Moja mama ukry­wała to przed tatą i po­zwa­lała Lo­uise spo­ty­kać się z nim za jego ple­cami - po­wie­działa Te­resa. - On nie uwa­żał za sto­sowne, żeby prze­by­wali sami bez nad­zoru do­ro­słych.

Phyl­lis za­chę­cała córkę do an­ga­żo­wa­nia się w zwią­zek, po­dzi­wia­jąc ro­dzinę Tur­pina za od­da­nie war­to­ściom chrze­ści­jań­skim. Jed­nak jej mąż, za­trud­niony w tym cza­sie w biu­rze rze­czo­znawcy w hrab­stwie Mer­cer, ni­gdy by się na niego nie zgo­dził. Jego córka miała do­piero pięt­na­ście lat i nie osią­gnęła jesz­cze peł­no­let­no­ści, dla­tego każdy kon­takt sek­su­alny mię­dzy parą byłby zgod­nie z pra­wem ak­tem gwałtu.

W 1984 roku Da­vid Tur­pin ukoń­czył uczel­nię ze stop­niem li­cen­cjata w dzie­dzi­nie in­ży­nie­rii elek­trycz­nej. Za­równo pod­czas pierw­szych, jak i ostat­nich lat na­uki otrzy­mał pre­sti­żowe sty­pen­dium Mar­shall Hahn En­gi­ne­ering. Na zdję­ciu w rocz­niku wid­nieje ubrany we frak i mu­chę, a na jego twa­rzy go­ści sze­roki uśmiech. Spra­wia wra­że­nie pew­nego sie­bie mło­dego męż­czy­zny ska­za­nego na suk­ces.

Kiedy Da­vid za­czął roz­sy­łać swój ży­cio­rys do naj­więk­szych spółek gieł­do­wych, Lo­uise roz­po­częła na­ukę w dzie­sią­tej kla­sie li­ceum w Prin­ce­ton.

- Była drobną dziew­czyną i wy­glą­dała, jakby skoń­czyła dzie­sięć lat - po­wie­działa jej na­uczy­cielka ste­no­gra­fii Pa­mela Win­frey, która cho­dziła do jed­nej klasy z oj­cem Lo­uise. - Miała chyba pięt­na­ście czy szes­na­ście lat, ale wciąż po­zo­sta­wała ma­ło­mówna i za­mknięta w so­bie.

Jej młod­sza sio­stra Te­resa po­wie­działa jed­nak, że Lo­uise była do­sko­nałą ma­ni­pu­lantką i do­piero póź­niej zro­zu­miała, że jej za­cho­wa­nie było zwy­czajną grą.

- Po­słuszna przed nimi - wy­ja­śniła Te­resa - ale nie­po­słuszna za ich ple­cami. Lo­uise za­wsze dą­żyła do celu za wszelką cenę.

Eli­za­beth stwier­dziła, że jej sio­stra była za­wzięta i za­wsze do­sta­wała to, czego chciała.

- Albo coś szło po jej my­śli, albo wcale - po­wie­działa Eli­za­beth. - A je­śli mu­siała uciec się do sztu­czek, żeby to osią­gnąć, nie wa­hała się ani przez chwilę.

Da­vid zna­lazł wkrótce pracę jako in­ży­nier w fir­mie Ge­ne­ral Dy­na­mics z Fort Worth w Tek­sa­sie, która re­ali­zo­wała kon­trakty dla De­par­ta­mentu Obrony Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Za­pro­po­no­wał Lo­uise, żeby z nim wy­je­chała, obie­cu­jąc jed­no­cze­śnie, że kupi jej wszystko, czego za­pra­gnie. Lo­uise zgo­dziła się bez wa­ha­nia i wkrótce za­częli po­ta­jem­nie pla­no­wać nowe, wspólne ży­cie.

Eli­za­beth uważa obec­nie, że Lo­uise była zde­spe­ro­wana. Pra­gnęła uciec przed nad­uży­ciami sek­su­al­nymi ze strony dziadka, które na­si­liły się po jego roz­wo­dzie. Phyl­lis re­gu­lar­nie wo­ziła do niego trzy swoje córki, po­zwa­la­jąc, żeby jej oj­ciec je wy­ko­rzy­sty­wał i za to pła­ci8ł.

Za każ­dym ra­zem jed­nak, gdy Pa­paw pro­sił Eli­za­beth o "przy­tu­la­ska", Lo­uise na­le­gała, żeby za­jąć jej miej­sce.

- Za­wsze usu­wała mnie z drogi i mó­wiła "ja pójdę" - wspo­mniała Eli­za­beth. - Wciąż się o mnie trosz­czyła. Kiedy ich bab­cia od­kryła, że Phyl­lis wciąż po­zwala na mo­le­sto­wa­nie swo­ich có­rek, za­bro­niła jej przy­pro­wa­dzać wnuczki do dziadka.

- Moja mama od­po­wie­działa je­dy­nie: "To jest mój oj­ciec" - do­dała Eli­za­beth.

4

UCIECZKI

W święta Bo­żego Na­ro­dze­nia Lo­uise nie da­wała po so­bie po­znać, że szy­kuje się do wy­jazdu. 25 grud­nia zo­stała sfo­to­gra­fo­wana z bab­cią na kra­cia­stej ka­na­pie w sa­lo­nie, obok pięk­nie przy­stro­jo­nej cho­inki z le­żą­cymi pod spodem pre­zen­tami.

W po­ło­wie stycz­nia Da­vid Tur­pin opra­co­wał szcze­gó­łowy plan, w ra­mach któ­rego chciał za­brać szes­na­sto­latkę do Fort Worth, żeby mo­gli się po­brać. Była to ich pil­nie strze­żona ta­jem­nica. Lo­uise po­wie­działa o tym wy­łącz­nie Eli­za­beth i swo­jej przy­ja­ciółce z za­jęć ste­no­gra­fii w li­ceum w Prin­ce­ton, za­zna­cza­jąc jed­no­cze­śnie, że mu­szą to za­cho­wać w ab­so­lut­nej ta­jem­nicy.

Dzień przed wy­jaz­dem Lo­uise za­wo­łała Eli­za­beth do swo­jego po­koju i oznaj­miła, że ma jej do po­wie­dze­nia coś bar­dzo waż­nego. Eli­za­beth za­stała swoją sio­strę pa­ku­jącą ubra­nia do torby po­dróż­nej. Wtedy Lo­uise za­py­tała ją, co by po­my­ślała, gdyby wy­szła za mąż za za­moż­nego męż­czy­znę i uro­dziła mu dziecko.

- Mo­gła­byś przy­je­chać i się nim zaj­mo­wać - oświad­czyła Lo­uise, do­da­jąc, że za­miesz­kają wszy­scy ra­zem w du­żym domu, będą mieli nie­zły sa­mo­chód i sporo pie­nię­dzy do wy­da­nia. - Czy to nie by­łoby su­per? Mo­gła­bym ci ku­pić, co tylko ze­chcesz.

Wtedy po­pro­siła Eli­za­beth, by nie pi­snęła ni­komu ani słowa na ten te­mat.

Na­stęp­nego dnia, wcze­snym ran­kiem, Lo­uise po­że­gnała się z ro­dzi­cami i jak zwy­kle po­szła na przy­sta­nek szkol­nego au­to­busu. Plan Da­vida za­kła­dał, że ten wcieli się w jej ojca i zwolni ją tego dnia z za­jęć.

Rano, pod­czas lek­cji ste­no­gra­fii, Lo­uise spra­wiała wra­że­nie po­de­ner­wo­wa­nej, cze­ka­jąc na przy­by­cie swo­jego chło­paka. Kil­ka­krot­nie po­pro­siła swoją na­uczy­cielkę Pa­melę Win­frey o po­zwo­le­nie na wyj­ście do to­a­lety, żeby mo­gła spraw­dzić, czy do­tarł już na miej­sce.

- Za­py­tała: "Czy mogę na chwilę prze­pro­sić?" - wspo­mniała Win­frey. - Po­tem wy­szła i po chwili wró­ciła. Po kilku mi­nu­tach znów spy­tała: "Czy mogę jesz­cze raz na chwilę prze­pro­sić?" i wy­szła. Miało to miej­sce dwa lub trzy razy z rzędu. W końcu wy­szła i już ni­gdy wię­cej jej nie wi­dzia­łam.

Kiedy Lo­uise nie wró­ciła na za­ję­cia, Win­frey za­py­tała uczniów, czy ich ko­le­żanka jest chora.

- Wtedy jedna z dziew­cząt za­wo­łała: "Pro­szę pani, ona pla­nuje stąd uciec i wyjść za Da­vida Tur­pina". Nie do­wie­rza­łam w to, co usły­sza­łam, ale było już wtedy za późno, żeby ją za­trzy­mać.

Da­vid Tur­pin prze­brał się tak, by wy­glą­dać na star­szego, nie za­po­mi­na­jąc o do­kle­ja­nym wą­sie i kow­boj­skim ka­pe­lu­szu. Za­par­ko­wał przed wej­ściem do szkoły i wszedł pew­nym kro­kiem do se­kre­ta­riatu, oznaj­mia­jąc, że na­zywa się Al­len Ro­bi­nette i że Lo­uise musi z nim na­tych­miast wyjść. Nikt nie za­da­wał mu dal­szych py­tań, zdo­łał więc ofi­cjal­nie zwol­nić ją z za­jęć.

Kilka mi­nut póź­niej Da­vid Tur­pin i jego ma­ło­let­nia dziew­czyna opu­ścili Prin­ce­ton za­chod­nią szosą, kie­ru­jąc się ku od­le­głemu o ty­siąc osiem­set ki­lo­me­trów Fort Worth.

Kiedy Eli­za­beth wró­ciła po po­łu­dniu do domu sama, jej matka za­ło­żyła, że Lo­uise nie zdą­żyła na szkolny au­to­bus. Po­je­chała więc do szkoły w Prin­ce­ton, by ją ode­brać. Na miej­scu do­wie­działa się, że oj­ciec zwol­nił ją z za­jęć kilka go­dzin wcze­śniej.

Phyl­lis za­dzwo­niła do Al­lena Ro­bi­nette'a, aby do­wie­dzieć się, co się stało.Ten wściekł się, twier­dząc, że nie zwal­niał ich córki ze szkoły. Od razu za­te­le­fo­no­wał do se­kre­ta­riatu, gdzie uzy­skał in­for­ma­cję, że wy­soki, wą­saty męż­czy­zna i Lo­uise wy­szli ra­zem ze szkoły przed kil­koma go­dzi­nami.

- Tata wpadł w szał - po­wie­działa Eli­za­beth. - Mama wpa­dła w szał. Po­je­chali na po­li­cję i zgło­sili za­gi­nię­cie córki.

Przez kilka ko­lej­nych dni Lo­uise nie da­wała znaku ży­cia. Jej ro­dzice ob­wi­niali się wza­jem­nie za tę ucieczkę. Al­len był wście­kły na żonę, że za­chę­cała ją do związku z Da­vi­dem, i uwa­żał, że po­nosi ona winę za całą tę ka­ta­strofę.

- Pa­mię­tam pa­nu­jący w domu chaos, kiedy ucie­kła z chło­pa­kiem - po­wie­działa Te­resa. - Cała ro­dzina zgro­ma­dziła się na miej­scu, a ro­dzice na prze­mian wrzesz­czeli na sie­bie i pła­kali.

Po kilku dniach funk­cjo­na­riusz po­li­cji zna­lazł za­gi­nioną parę w Fort Worth i na­ka­zał Lo­uise za­dzwo­nić do swo­ich ro­dzi­ców, żeby ich uspo­koić i po­wie­dzieć, że nic się jej nie stało. Jak na iro­nię, to jej matka na­le­gała na wnie­sie­nie oskar­że­nia prze­ciwko Da­vi­dowi za po­rwa­nie. Kiedy ro­dzice Da­vida do­wie­dzieli się o po­gróż­kach zwią­za­nych z pro­ce­sem są­do­wym, wpa­dli we wście­kłość, po­nie­waż ich sy­nowi gro­zi­łoby wię­zie­nie za prze­wóz nie­let­niej przez gra­nice sta­nów. Bła­gali Ro­bi­nette'ów, żeby nie wno­sili sprawy do sądu.

Kiedy Al­le­nowi mi­nęła pierw­sza złość po ucieczce córki, za­czął mie­wać "mie­szane uczu­cia". Jako ewan­ge­licki ka­zno­dzieja po­sta­no­wił, że le­piej bę­dzie po­zwo­lić im po­brać się po ci­chu, po­nie­waż seks po­za­mał­żeń­ski po­zo­sta­wał w sprzecz­no­ści z su­rową wiarą Ko­ścioła Bo­żego. Osta­tecz­nie uznał, że Lo­uise do­ko­nała wy­boru i po­winna te­raz roz­po­cząć z Da­vi­dem nowe ży­cie.

- Za­dzwo­nił do Lo­uise i oświad­czył: "Je­steś te­raz do­ro­sła i mo­żesz za­cząć dbać o sie­bie sama. Je­śli tego wła­śnie chcesz, to niech tak bę­dzie" - wspo­mina Te­resa.

Para zde­cy­do­wała się przy­je­chać do Prin­ce­ton do­piero po tym, jak Al­len Ro­bi­nette zgo­dził się na spo­rzą­dze­nie pi­sem­nego po­zwo­le­nia na ślub szes­na­sto­let­niej córki z Da­vi­dem.

11 lu­tego 1985 roku Lo­uise i Da­vid Tur­pin po­brali się w trak­cie ka­me­ral­nej ce­re­mo­nii ko­ściel­nej w Pe­aris­burgu w Wir­gi­nii, miej­sco­wo­ści po­ło­żo­nej sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na wschód od Prin­ce­ton. Wzięli w niej udział je­dy­nie naj­bliżsi człon­ko­wie ro­dziny. Panna młoda miała na so­bie się­ga­jącą do po­łowy ły­dek, kon­ser­wa­tywną suk­nię z wy­so­kim de­kol­tem i bu­fia­stymi rę­ka­wami. Do tego za­ło­żyła pro­sty, biały gor­set w kwiaty. Pan młody za­ło­żył luźno do­pa­so­wany, brą­zowy, trzy­czę­ściowy gar­ni­tur z kra­wa­tem w pa­ski. Na jego twa­rzy go­ścił zwy­cza­jowy, sze­roki uśmiech.

Tuż po ce­re­mo­nii no­wo­żeńcy po­je­chali z po­wro­tem do Fort Worth, żeby za­cząć wspólne ży­cie.

W "Blu­efield Da­ily Te­le­graph" nie było żad­nej wzmianki na te­mat ślubu, a nie­obec­ność Lo­uise na szkol­nych za­ję­ciach i za­koń­cze­niu szkoły za­uwa­żyło za­le­d­wie kil­koro jej zna­jo­mych z klasy.

- Po­winna być z nami na za­koń­cze­niu roku - po­wie­dział Ri­chard Ford. - A po pro­stu znik­nęła.

W po­cząt­ko­wym okre­sie mał­żeń­stwa Da­vid cie­szył się przy­zwo­itym wy­na­gro­dze­niem na swoim no­wym sta­no­wi­sku w Ge­ne­ral Dy­na­mics. Do­trzy­mał więc obiet­nicy, że będą żyli kom­for­towo. Choć Lo­uise wciąż re­gu­lar­nie wy­sy­łała li­sty do Eli­za­beth, co­raz bar­dziej od­da­lała się od Prin­ce­ton. Nie chciała mieć już nic wspól­nego ze swoim ża­ło­snym dzie­ciń­stwem, wi­niąc ro­dzinę za mo­le­sto­wa­nie sek­su­alne przez dziadka.

- Kiedy wy­je­chała po raz pierw­szy z domu, była zła i bar­dzo nie­na­wi­dziła mamy - wy­ja­śniła Te­resa. - Gar­dziła całą ro­dziną za to, że trzy­mali wszystko w ta­jem­nicy.

Po wy­jeź­dzie Lo­uise kłót­nie jej ro­dzi­ców stały się jesz­cze gor­sze. Ośmio­let­nia Eli­za­beth i jej trzy­let­nia sio­stra Te­resa przy­tu­lały się i pró­bo­wały uciec przed cią­głymi awan­tu­rami.

Wtedy Phyl­lis wdała się w ro­mans z męż­czy­zną z oko­licy.

Pew­nego wie­czoru, kiedy jej oj­ciec po­ło­żył się już do łóżka, Eli­za­beth usły­szała matkę roz­ma­wia­jącą z kimś przez te­le­fon. In­stynkt pod­po­wie­dział jej, że coś jest nie w po­rządku. Obu­dziła ojca i po­wie­działa mu, że matka roz­ma­wia przez te­le­fon z nie­zna­jo­mym.

Al­len pod­niósł słu­chawkę, słu­chał roz­mowy przez kilka mi­nut, po czym odło­żył ją z trza­skiem. Skon­fron­to­wał się z Phyl­lis, żą­da­jąc in­for­ma­cji na te­mat roz­mówcy. Kiedy po­wie­działa, że to był tylko jej oj­ciec, na­tych­miast do­my­ślił się kłam­stwa i po­bił ją za nie­wier­ność.

At­mos­fera pod­grzała się do tego stop­nia, że Phyl­lis po­sta­no­wiła osta­tecz­nie zwró­cić się o po­moc do ojca. John Tay­lor przy­je­chał bez­zwłocz­nie i na­ka­zał zię­ciowi opu­ścić dom, stra­sząc go we­zwa­niem po­li­cji.

Al­len zro­bił to i już na­stęp­nego dnia zło­żył wnio­sek o roz­wód.

Kiedy Al­len znik­nął z wi­doku, John Tay­lor za­czął spę­dzać co­raz wię­cej czasu w domu przy B Ray Street. W tym cza­sie mo­le­sto­wał już także Te­resę, swoją naj­młod­szą wnuczkę. Po­zba­wiona wspar­cia ze strony męża, Phyl­lis za­częła być co­raz bar­dziej za­leżna od pie­nię­dzy swo­jego ojca, chcąc za­pew­nić byt dzie­ciom. Po­zwa­lała więc Pa­paw na mo­le­sto­wa­nie có­rek wtedy, kiedy tylko miał na to ochotę.

- Sprze­dała nas bo­ga­temu pe­do­fi­lowi - po­wie­działa Te­resa. - Kiedy mnie mo­le­sto­wał, wci­skał mi do ręki bank­noty. Wciąż czuję na szyi jego od­dech, kiedy szep­tał: "Bądź ci­chutko". Za każ­dym ra­zem przy­cho­dził po­tem do sa­mo­chodu i da­wał ma­mie pie­nią­dze. Są­dził, że w ten spo­sób za­ła­twia sprawę.

Po­zba­wione opieki star­szej sio­stry Eli­za­beth i Te­resa mu­siały sa­mot­nie zno­sić nik­czemne za­cho­wa­nie swo­jego dziadka.

Nie­długo póź­niej Phyl­lis za­szła w ciążę z no­wym chło­pa­kiem Bil­lym Lam­ber­tem. Para po­sta­no­wiła się za­rę­czyć. Al­len, który zo­stał nieco wcze­śniej mia­no­wany głów­nym rze­czo­znawcą w hrab­stwie Mer­cer, wy­ra­ził na to zgodę, bo uwa­żał, że zwią­zek za­pewni Phyl­lis sta­bi­li­za­cję. Lam­bert do­ga­dy­wał się też do­brze z Eli­za­beth i Te­resą.

Na kilka dni przed ślu­bem Billy wra­cał do domu z pracy, kiedy do­znał wy­lewu krwi do mó­zgu. Jego sa­mo­chód spadł z klifu i męż­czy­zna zgi­nął na miej­scu. Kiedy Phyl­lis kilka mie­sięcy póź­niej uro­dziła ich syna, nadała mu imię Billy Ju­nior.

W tym sa­mym cza­sie w Fort Worth Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wie­dli spo­kojne ży­cie. Da­vid pra­co­wał jako in­ży­nier kom­pu­te­rowy przy my­śliw­cach F16 Fi­gh­ting Fal­con, jed­nych z naj­po­pu­lar­niej­szych woj­sko­wych sa­mo­lo­tów po­nad­dźwię­ko­wych. Była to do­brze płatna praca. Dzięki niej para czę­sto go­ściła w dro­gich re­stau­ra­cjach w mie­ście. Week­endy spę­dzali w za­byt­ko­wej dziel­nicy Fort Worth Stoc­ky­ards, cho­dzili na ro­deo i po­kazy ro­dem z Dzi­kiego Za­chodu.

W 1987 roku Da­vid i Lo­uise prze­nie­śli się służ­bowo do Brea w Ka­li­for­nii. Ma­low­ni­cze mia­steczko w okręgu Co­unty, po­ło­żone w od­le­gło­ści nieco po­nad pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na po­łu­dniowy wschód od Los An­ge­les, sły­nie z fe­sti­wali ulicz­nych, które przy­cią­gają tu­ry­stów z ca­łego świata. Tur­pi­no­wie po­ko­chali cie­pły, śród­ziem­no­mor­ski kli­mat z tem­pe­ra­turą w oko­li­cach trzy­dzie­stu stopni.

Para zna­la­zła so­bie skromne, dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy 800 So­uth Brea Bo­ule­vard. Choć Lo­uise wciąż ob­wi­niała ro­dzinę za swoje trau­ma­tyczne dzie­ciń­stwo, ko­rzy­stała z każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, żeby za­de­mon­stro­wać im swoje pełne suk­ce­sów ży­cie. Wy­sy­łała li­sty do Prin­ce­ton, w któ­rych barw­nie opi­sy­wała swój piękny dom, flotę sa­mo­cho­dów i czę­ste wy­cieczki do Di­sney­landu. Obie­cała też, że za­prosi wkrótce matkę i sio­stry w od­wie­dziny i że po­kryje wszel­kie koszty.

W Prin­ce­ton sy­tu­acja ro­dzinna była znacz­nie mniej ko­rzystna. Po tra­gicz­nej śmierci na­rze­czo­nego Phyl­lis Ro­bi­nette po­sta­no­wiła za­jąć się pro­sty­tu­cją, żeby prze­trwać. Zo­sta­wiała Eli­za­beth i Te­resę same w domu na całe noce, żeby mo­gły się opie­ko­wać ma­łym bra­cisz­kiem, a sama uma­wiała się na in­tymne spo­tka­nia na po­nu­rej Mer­cer Street. Cza­sami za­bie­rała dzieci ze sobą i ka­zała im cze­kać w sa­mo­cho­dzie, pod­czas gdy ona za­ba­wiała swo­ich klien­tów.

Ja­nie Far­mer uczyła Eli­za­beth i Te­resę w szkole pod­sta­wo­wej. Wi­działa cier­pie­nie za­nie­dba­nych dziew­cząt i wkrótce zo­stała ich matką za­stęp­czą.

- Cho­dziły smutne i wy­raź­nie bra­ko­wało im ro­dziny - po­wie­działa Far­mer.- Nie chcę wy­ra­żać się źle o ich matce, bo ro­biła co tylko mo­gła, ale nie­wiele była w sta­nie osią­gnąć.

Każ­dego ranka obie sio­stry Ro­bi­nette przy­cho­dziły do szkoły z wi­docz­nymi bra­kami w za­kre­sie hi­gieny oso­bi­stej, sta­jąc się obiek­tem drwin ze strony ko­le­gów i ko­le­ża­nek z klasy.

- Dziew­czynki były za­nie­dbane, wy­glą­dały bar­dzo bied­nie - przy­znała Far­mer. - Kiedy inne dzieci szły się ba­wić, one zo­sta­wały same. Na­prawdę były to smutne dzieci.

Far­mer, która do­brze znała ich ojca, po­nie­waż oboje byli za­go­rza­łymi de­mo­kra­tami, była za­sko­czona fak­tem, że Phyl­lis stara się trzy­mać dzieci z dala od Al­lena.

- Dziew­częta chciały spo­ty­kać się z oj­cem, ale wy­glą­dało na to, że nie wolno mu było uczest­ni­czyć w ich ży­ciu tak bar­dzo, jak tego chciał.

Choć Phyl­lis ni­gdy nie cho­dziła na żadne szkolne ze­bra­nia, za­częła na­gle od­wie­dzać szkołę z zu­peł­nie in­nego po­wodu - wpadł jej w oko nie­jaki Da­vid Lee, czar­no­skóry woźny.

- Była nim ocza­ro­wana... cał­ko­wi­cie za­śle­piona - przy­znała Far­mer. - Przy­cho­dziła do szkoły tylko po to, żeby go zo­ba­czyć.

Phyl­lis czę­sto wie­czo­rami za­bie­rała córki do szkoły i zo­sta­wiała je w sa­mo­cho­dzie, a sama szła się spo­tkać ze swoim no­wym chło­pa­kiem.

- Uma­wiali się na randki - po­wie­działa Eli­za­beth - ale to nie były ta­kie zwy­czajne randki. On sprzą­tał w nocy szkołę, a my do­trzy­my­wa­ły­śmy mu przy tym to­wa­rzy­stwa.

Nie­długo po­tem para miesz­kała już ra­zem, co do­pro­wa­dziło do jesz­cze więk­szej de­sta­bi­li­za­cji w ro­dzi­nie Phyl­lis. Ja­nie Far­mer była tak bar­dzo za­nie­po­ko­jona lo­sem dziew­czy­nek, że po­sta­no­wiła po­roz­ma­wiać z ich matką.

- Po­wie­działa mi: "No cóż, ro­bię, co tylko w mo­jej mocy". Mu­szę przy­znać, że chyba rze­czy­wi­ście tak było. Dziew­częta ni­gdy jed­nak nie roz­ma­wiały ze mną na te­mat mo­le­sto­wa­nia czy cze­go­kol­wiek po­dob­nego.

Choć Far­mer stra­ciła w końcu kon­takt z Eli­za­beth i Te­resą, kiedy obie po­szły do szkoły śred­niej, Da­vid Lee po­zo­stał w ich ży­ciu nieco dłu­żej. W ciągu kilku ko­lej­nych lat Phyl­lis uro­dziła dwoje dzieci, McCe­ary'ego i Alene Lee, po czym para osta­tecz­nie się roz­stała.