Przedmowa
Istnieją książki, które opowiadają o rodzinie. I istnieją książki, które zmuszają nas do przemyślenia na nowo tego, co - jak nam się wydawało - wiedzieliśmy o niej od zawsze. Książka, którą Czytelnik trzyma w ręku, należy do tej drugiej kategorii.
Gdy zostałem poproszony o napisanie przedmowy do Rodziny, zgodziłem się bez wahania - ale z pewnym niepokojem. Kolejna synteza historii rodziny? Kolejna opowieść od jaskiniowców do smartfonów, od ogniska do Tindera? Przez czterdzieści lat pracy akademickiej przeczytałem ich dziesiątki - i większość z nich powielała ten sam schemat: europejski punkt wyjścia, eurocentryczna narracja, europejskie wnioski, a reszta świata - Afryka, Azja, Oceania, obie Ameryki - zepchnięta do przypisów i rozdziałów "uzupełniających," traktowanych jak egzotyczny dodatek do głównego dania. Obawiałem się, że ta książka będzie kolejną odmianą tego schematu.
Myliłem się. I rzadko mylenie się sprawiało mi taką przyjemność.
Rodzina. Dzieje instytucji, która ukształtowała ludzkość jest dziełem, które łamie reguły gatunku - i czyni to w sposób tak konsekwentny, tak intelektualnie uczciwy i tak literacko porywający, że czytelnik zapomina, iż czyta pracę naukową. Zapomina - ale nie dlatego, że autor upraszcza. Zapomina, bo autor potrafi coś, co jest rzadkie w świecie akademickim: łączyć erudycję z narracją, precyzję z pasją, globalny rozmach z wrażliwością na detal. Gdy czytamy o nuerskim "małżeństwie z duchem," mamy wrażenie, że stoimy na brzegu Nilu. Gdy czytamy o debacie Augustyna z Hieronimem o wartości małżeństwa, słyszymy ich głosy - ironiczne, namiętne, niezgodne. Gdy czytamy o filipińskiej matce, która opiekuje się cudzym dzieckiem w Rzymie, tęskniąc za własnymi dziećmi na drugim końcu świata, czujemy ścisk w gardle. To nie jest suchy podręcznik - to opowieść, w której nauka i ludzkie doświadczenie splatają się w jedno.
Zakres tematyczny książki jest imponujący - i to słowo jest niedostateczne. Autor prowadzi nas od paleolitycznych pochówków w Sungirze i Dolní Věstonicach, przez kodeksy Hammurabiego i Manu, przez ateński oikos i rzymską familia, przez konfucjańskie genealogie i islamski mahr, przez średniowieczne debaty o konsensie małżeńskim i reformacyjne kazania Lutra, przez niewolnicze plantacje i wiktoriańskie salony, przez bolszewickie utopie i nazistowskie programy eugeniczne, przez pigułkę antykoncepcyjną i rewolucję seksualną, przez epidemię AIDS i ruch na rzecz małżeństw jednopłciowych, aż po CRISPR, sztuczne macice i algorytmy randkowe. Osiemnaście rozdziałów, tysiące lat, wszystkie kontynenty - a mimo to książka nie sprawia wrażenia encyklopedii. Sprawia wrażenie powieści - powieści, której bohaterem jest ludzkość.
Szczególnie wartościowe jest to, czego większość autorów piszących o rodzinie nie robi: konsekwentne, systematyczne uwzględnienie perspektyw pozaeuropejskich. Rozdział o rodzinach Afryki, obu Ameryk i Oceanii - z nuerskim małżeństwem duchowym, z irokeskiimi Radami Matek, z polinezyjską adopcją otwartą, z australijskimi systemami sekcji - jest nie tyle "uzupełnieniem" europejskiej narracji, co jej fundamentalnym zakwestionowaniem. Po lekturze tego rozdziału trudno mówić o "naturalnej rodzinie" bez cudzysłowu - bo okazuje się, że to, co uważaliśmy za naturalne, jest jednym z wielu możliwych wariantów, ukształtowanym przez specyficzne warunki ekologiczne, ekonomiczne i kulturowe. Matrylinearność Nairów z Kerali, poliandria Tybetańczyków, matrylinearny islam Minangkabau - każdy z tych przykładów jest młotem uderzającym w mur naszych cichych założeń o tym, jak rodzina "musi" wyglądać.
Równie cenne jest potraktowanie religii nie jako monolitycznych bloków - "chrześcijaństwo mówi tak, islam mówi tak, hinduizm mówi tak" - lecz jako żywych tradycji pełnych wewnętrznych napięć, debat, sprzeczności. Autor pokazuje, że w chrześcijaństwie stosunek do rodziny był ambiwalentny od samego początku - od Jezusowego "Któż jest moją matką?" po Lutrowe "Weź żonę!" - i że ta ambiwalencja nie jest słabością tradycji, lecz źródłem jej dynamizmu. Pokazuje, że islam - wbrew stereotypom - nie jest monolitem, lecz mozaiką: od patriarchalnego endogamicznego modelu arabskiego po matrylinearny model Minangkabau, od irańskiej legalizacji dawstwa gamet po saudyjski zakaz prowadzenia samochodu przez kobiety. Pokazuje, że hinduizm zawiera zarówno ideał pativrat? - bezgranicznie oddanej żony - jak i matrylinearny system Nairów, w którym ojciec biologiczny jest w zasadzie zbędny. Ta złożoność - ta odmowa upraszczania - jest jedną z największych zalet książki.
Muszę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie, który wyróżnia tę pracę: o odwadze stawiania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. Autor nie udaje, że wie, jaka jest "właściwa" forma rodziny. Nie propaguje powrotu do tradycji ani jej odrzucenia. Nie idealizuje Skandynawii ani nie demonizuje Arabii Saudyjskiej. Zamiast tego robi coś trudniejszego i cenniejszego: prezentuje fakty, analizuje argumenty, pokazuje konsekwencje - i zostawia Czytelnikowi przestrzeń do samodzielnego myślenia. To postawa, która wymaga nie tylko wiedzy, ale także pokory - pokory wobec złożoności świata, wobec wielości ludzkich doświadczeń, wobec granic naszej zdolności do rozumienia.
Czy książka jest wolna od słabości? Żadna książka o tak ogromnym zakresie nie może być doskonała - i uczciwy recenzent powinien to przyznać. Niektóre rozdziały - zwłaszcza te poświęcone Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii - mogłyby być rozbudowane. Wątek rodziny w tradycji prawosławnej zasługiwałby na więcej uwagi. Perspektywa osób z niepełnosprawnościami w kontekście rodziny jest ledwie zarysowana. Ale to są zastrzeżenia marginalne wobec dzieła, które w swoim zamyśle, wykonaniu i ambicji intelektualnej nie ma - o ile wiem - odpowiednika w literaturze polskojęzycznej, a i w światowej należy do rzadkości.
Kończę tę przedmowę odwołaniem do zdania, które autor umieszcza na ostatnich stronach książki: "Rodzina jest jak język - nikt jej nie wynalazł, nikt jej nie kontroluje, wszyscy ją tworzą, i bez niej nikt nie potrafi żyć." To piękna metafora - i metafora prawdziwa. Ale jest w niej coś więcej niż piękno: jest mądrość. Mądrość, która płynie z lat studiów, z setek przeczytanych książek, z tysięcy przemyślanych stron - ale przede wszystkim z czegoś, czego nie da się zdobyć na uniwersytecie: z szacunku dla ludzi i ich nieskończonej zdolności do tworzenia więzi w warunkach, które zdawałyby się to uniemożliwiać.
Ta książka jest darem - darem dla Czytelnika, który chce zrozumieć jedną z najstarszych, najbardziej złożonych i najbardziej ludzkich instytucji naszej cywilizacji. Jest darem dla studenta, który szuka syntezy łączącej antropologię z historią, prawo z teologią, demografię z literaturą. Jest darem dla każdego, kto kiedykolwiek zadał sobie pytanie: dlaczego żyjemy tak, jak żyjemy? I czy moglibyśmy żyć inaczej?
Polecam ją bez zastrzeżeń. I zazdroszczę tym, którzy otworzą ją po raz pierwszy - bo czeka ich podróż, z której wrócą z innym rozumieniem świata. I siebie samych.