Rozdział czterdziesty pierwszy
Stara historia.
W tym mniej więcej czasie wielu rzymskich przyjaciół Clive'a zjechało do Londynu i młody człowiek, odnowiwszy znajomości, rychło nawiązał własne a liczne stosunki towarzyskie. Uważał za stosowne zaopatrzyć się w jednego i drugiego dobrego konia i często pojawiał się w Parku pośród innych młodych dandysów. On i książę de Montcontour byli najbliższymi przyjaciółmi. Lord Fareham, nabywca obrazu Jotjota, utrzymywał z Clive'em zażyłe stosunki, a nawet sam major Pendennis mówił, że to młody człowiek o poprawnych manierach i bien vu (major wiedział o tym co nieco) w pewnych wysoko postawionych kołach.
Niebawem młody człowiek wybrał się do Brighton, aby odwiedzić lady Annę, sir Briana i zacną ciotkę Honeyman, (w której domu baronet rezydował), i tak czy inaczej dowiedział się adresu lady Kew w Mayfair.
Ale pani hrabiny nie zastał w domu, nie zastał jej też dnia następnego, a od Ethel nie nadchodził jakoś liścik do kuzyna. Panienka nie odbywała też, jak dawniej, konnych przejażdżek po Parku. Clive - jakkowiek bien vu - nie należał jeszcze do tego wielkiego świata, gdzie mógłby co wieczór spotkać Ethel na jednym z przyjęć, na których bywają wszyscy. Każdego ranka czytał jej nazwisko w porannych gazetach, które wymieniały pannę Newcome pośród uczestników balu lady Takiej-to albo oficjalnego rautu lady Owakiej. Zrazu był zbyt nieśmiały, aby mówić o tym stanie rzeczy, i nikogo nie czynił powiernikiem swego niewinnego romansu.
Odziany we wspaniały strój, przejeżdżał konno przez Queen Street w Mayfair, o właściwej porze był zawsze w Parku, chodził nawet do kościołów w najbliższym sąsiedztwie i uczęszczał do opery, a wszystko to było oczywistym marnowaniem czasu, niezbyt zrozumiałym w młodzieńcu o tak bujnym usposobieniu. Wreszcie pewien znawca natury ludzkiej dostrzegł niepokojący stan rzeczy i słusznie się domyśliwszy, że młody człowiek musi być zakochany, czynił mu łagodne wymówki. Clive, który pragnął niewątpliwie otworzyć przed kimś serce, wyśpiewał całą historię opowiedzianą już wyżej. Mówił, jak to się łudził, że jest człowiekiem uleczonym z niefortunnej miłości, i był nim naprawdę, kiedy jednak w Neapolu dowiedział się od Kew o zerwaniu zaręczyn pomiędzy młodym hrabią a panną Newcome, odkrył, iż płomień rozgorzał w nim z nową siłą. Gorąco zapragnął ujrzeć kuzynkę. Z Neapolu uciekł natychmiast po otrzymaniu nowiny, że ona odzyskała wolność. A teraz od dziesięciu dni siedzi w Londynie i nie miał nawet okazji rzucić na nią okiem.
- Pani Mackenzie zanudza mnie tak okropnie, że nie wiem po prostu dokąd się schować - mówił nieszczęsny młodzieniec. - A biedna Różyczka musi dwa razy dziennie pisywać do mnie liściki pod takim lub innym pretekstem. To dobra, miła dziewczyna, ta mała Rózia... Naprawdę zdawało mi się niegdyś, że... że... No, mniejsza o to! Ach, Pen! Teraz ulokowałem swe uczucia gdzie indziej i... i... jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwy!
W taki oto sposób pan Pendennis został formalnie mianowany powiernikiem w zastępstwie urlopowanego chwilowo Jotjota.
Rola ta - zwłaszcza przez pierwsze kilka dni - odpowiadała piszącemu obecnie tę kronikę. Wydaje mi się, że - na krótko przynajmniej - każdy niemal zakochany mężczyzna czy zakochana kobieta są interesujący. Jeżeli wiesz o dwóch lub trzech takich sprawach, które rozgrywają się na balu, bal jest dla ciebie doskonałą zabawą. Oto August Tomkins brnie przez salony zmierzając do odległego kącika, gdzie zasiada posępna panna Hopkins, do której zaleca się niemądrze uśmiechnięty Bumpkins sądząc zapewne, że sprawia towarzyszce wielką przyjemność. Panna Fanny siedzi roztargniona próbując odpowiadać miłym uśmiechem na brednie kapitana i gładkie komplementy młodego pastora. Spójrzcie jednak! Twarz panny Hopkins rozjaśnia się nagle, oczy błyszczą radośnie, zadowolona jest z anegdotek kapitana i towarzystwa przemiłego duchownego. Przyczyną tego jest obecność Augusta; oczy ich spotkały się na pół sekundy, ale to wystarczy pannie Fanny! Pleć swoje brednie kapitanie! Praw dalej swe ocukrzone komunały, wielebny przyjacielu! W ciągu ostatnich dwóch minut świat zmienił się dla panny Fanny. Nadeszła oto chwila, do której tęskniła i dążyła skrycie przez dzień cały. O ile bardziej interesujące są spotkania ludzi dla filozofa świadomego kilku takich małych tajemnic niż dla pospolitego widza, który przychodzi na przyjęcie po to jedynie, aby jeść lody lub gapić się na urodę i stroje dam. Pod dwoma tylko warunkami londyńskie towarzystwo jest znośne dla człowieka; trzeba być aktorem w jednym z takich sentymentalnych widowisk albo obserwować je jako uważny, świadomy rzeczy widz. Gdyby nie dessus des cartes, wolałbym wygodny fotel i najnudniejszą choćby książkę niż tę nudną grę towarzyską.
Zostałem więc nie tylko powiernikiem Clive'a w owej sprawie, lecz miałem również przyjemność dobywania z niego sekretów albo raczej zachęcania go do zwierzeń. W ten sposób doszło do mojej wiadomości wiele opowiedzianych już wydarzeń, chociażby niefortunne przygody Jacka Belsize'a, o których pierwszej tylko części słyszeliśmy w Londynie, dokąd Jack powrócił niedawno, aby po śmierci starszego brata pogodzić się z ojcem. Nie inaczej przeniknąłem tajemnicę lorda Kew, która - miejmy nadzieję - będzie w przyszłości rozrywką szerokich kół czytelników, kronikarzowi zaś przyniesie zyski. W niejedną noc, aż do świtu, Clive przemierzał nerwowym krokiem swój albo mój pokój i opisywał swoje dzieje, niedole i wzloty. Z młodzieńczym zapałem cytował powiedzenia i opisywał uczynki Ethel, opiewał jej urodę i szalał wspominając okrutne ciosy, których mu nie szczędziła.
Od chwili gdy nowy powiernik usłyszał imię uwodzicielki zakochanego młodzieńca, starał się (oddajmy panu Pendennisowi tę sprawiedliwość) oblewać płomienne uczucia przyjaciela taką ilością zimnej wody, jaką mała prywatna sikawka może wylać na gwałtowny pożar.
- Panna Newcome, kochany Clivie! - mówił pan Pendennis. - Czy wiesz, po co sięgasz? Od trzech miesięcy twoja kuzynka jest najsroższą lwicą w całym Londynie, ukoronowaną pięknością, zwycięskim koniem wyścigowym, pierwszą faworytą pośród całego haremu z Belgravii! Nie dorównała jej żadna z panien wprowadzonych w świat w tym roku, a bohaterki minionych sezonów zostały przez nią zaćmione, przywiedzione do hańby i upadku. Panna Blackcap, córka lady Blanki Blackcap, uznawana była przez swoją mamę (o czym zapewne nie wiesz) za największą piękność zeszłego sezonu; uważano nawet, że młody markiz Farintosh postąpił nienajpiękniej, gdy wyjechał z Londynu nie proponując pannie Blackcap zmiany nazwiska. Ale, wielkie nieba! w tym roku Farintosh nie patrzy nawet na pannę Blackcap. Markiz Farintosh zastaje panie w domu (ha, widzę, jak nachmurzyłeś się, biedne, zbolałe niewiniątko!), kiedy składa wizyty przy Queen Street. Tak, a lady Kew, jedna z najinteligentniejszych kobiet w Anglii, godzinami słucha paplaniny lorda Farintosha, choć trudno znaleźć większego osła na Rotten Row w Hyde Parku. Panna Blackcap może pójść na ofiarę, niby córa Jeftego
, a Farintosh nie pospieszy jej z pomocą. Prócz panny Blackcap, kochany chłopcze, były urocze bliźniaczki, córki lady Rackstraw, lady Hermengilda i lady Izolda, o których też ci zapewne nie wiadomo. Pojawienie się ich na pierwszym (czy to było pierwsze, czy drugie?)... tak, na pierwszym galowym śniadaniu wydanym przez lady Hautbois, wywołało nie lada sensację. Za kogóż nie miały powychodzić za mąż! Crackthorpe szalał podobno za obydwiema. Bustington, sir John Fobsby, młody baronet, właściciel olbrzymich dóbr na północy - ba! nawet biskup Windsoru uległ, jak mówiono, wdziękom jednej z nich, ale nie oświadczył się, gdyż nasza obecna Najjaśniejsza Pani, podobnie jak świetlanej pamięci królowa Elżbieta, jest jakoby niechętną biskupim małżeństwom. Gdzież jest teraz Bustington? Gdzie Crackthorpe? Gdzie Fobsby, młody baronet z północy? Kochany chłopcze, kiedy te dwie panienki wchodzą dziś do salonu, nie większe wywołują wrażenie niż ty albo ja! Panna Newcome odebrała im wielbicieli. Fobsby, jak powiadają, oświadczył się o jej rękę, a prawdziwym powodem nieporozumienia między lordem Bustingtonem i kapitanem Crackthorpem z królewskiej gwardii konnej miały być słowa Bustingtona, który napomknął, że panna Newcome nie postąpiła ładnie odrzucając lorda Kew. Czy wiesz, Clivię, co lady Kew uczyni z tą dziewczyną? Wyda ją za najlepszego konkurenta. Jeśli trafi się świetniejsza i bogatsza partia niż lord Farintosh, wówczas Farintosh dowie się z kolei, że lady Kew nie ma w domu. Czy w Księdze Parów jest nieżonaty młody człowiek bogatszy od Farintosha? Nie pamiętam. Czemu nie wyda ktoś rejestru młodych parów i baronetów z ich nazwiskami, wagą i przypuszczalnym szacunkiem majątku?... Oczywiście nie dla matron z Mayfair (one przestudiowały ów rejestr w sekrecie i znają go na pamięć), lecz dla młodych ludzi z wielkiego świata, którzy wiedzieliby wówczas, jakie mają szanse i kto naturalnym rzeczy porządkiem przed nimi dobiegnie mety. Zaraz, zaraz... Jest przecie młody lord Gaunt... Odziedziczy on znaczną fortunę i jest szczególnie pożądany, ponieważ ma ubezwłasnowolnionego ojca... Tak, ale lord Gaunt liczy sobie dopiero dziesięć lat, trudno go więc wysuwać jako rywala Farintosha.
Masz przerażoną minę, biedny chłopcze. Wydaje ci się, że to nieładnie opowiadać bez ogródek o kupnie i sprzedaży; mówić, że damę twego serca oprowadzają w tej chwili po targowisku Mayfair i chcą oddać najlepszemu nabywcy. Czy możesz porównać swą kieskę z trzosem sułtana Farintosha? Czy możesz rywalizować chociażby z sir Johnem Fobsby z północy? Słowa moje są niemiłe, ordynarne? Niewątpliwie! Ale prawdziwe, tak jak prawdziwy jest targ koński, jak prawdziwe są Wirginia i kraj Czerkiesów. Czy wiesz, że dziewczęta czerkieskie są dumne z swego wychowania i że szacuje się ich stanowisko wedle osiągniętej ceny? A ty sprawiasz sobie nowe ubranie, kupujesz konia za pięćdziesiąt funtów, a za pensa różę do butonierki, odbywasz przejażdżkę pod oknem bogdanki i łudzisz się, że zdobędziesz tę wysoką nagrodę. Ach, idioto! Za tanią różę chcesz ją zdobyć! Napchaj pieniędzy do sakiewki. Szkapa za pięćdziesiąt funtów! Przecie rzeźnik dosiada równie dobrej! Napchaj pieniędzy do sakiewki. Dzielne młode serce, odwaga, miłość, honor! Napchaj pieniędzy do sakiewki! Inne monety nie mają kursu na tym rynku - przynajmniej tam, gdzie stara lady Kew ma swój kramik.
Przy pomocy tych żartobliwie poważnych uwag światły doradca chciał nauczyć przyjaciela prawdy o jego miłości, lecz rady te zostały przyjęte tak, jak zwykle przyjmowane są rady w podobnych wypadkach.
Clive trzy razy był na Queen Street i napisał do panny Newcome, po czym otrzymał bilecik od tej młodej damy.
"Drogi Clivie - pisała Ethel. - Bardzo nam przykro, że nie zastałeś nas w domu. Będziemy jutro w porze obiadowej i lady Kew ma nadzieję, że zechcesz przyjść, aby odwiedzić szczerze oddaną
E. N."
Clive poszedł. Biedny Clive. Miął przyjemność uściśnięcia ręki Ethel i jednego palca lady Kew. Zjadł kotlet barani w towarzystwie kuzynki, rozmawiał z lady Kew o aktualnym stanie sztuk pięknych w Rzymie i opisywał ostatnie dzieła Gibsona
i Macdonalda
. Wizyta trwała pół godziny, lecz ani na minutę nie pozostawiona Clive'a samego z Ethel. O trzeciej lokaj oznajmił, że kareta lady Kew zajechała, wobec czego nasz młody dżentelmen wstał, aby się pożegnać, na schodach zaś miał przyjemność spotkać szlachetnie urodzonego para, markiza Farintosha, hrabiego Rossmont. Wysiadł on ze swego wielkopańskiego pojazdu i przestąpił próg domu lady Kew, a lokaj niósł przed nim niewielki stóg kwiatów z Covent Garden.
Tak się złożyło, że poczciwa lady Fareham wydawała bal w owym czasie, a pan jej i małżonek, sputkawszy Clive'a w Parku, zaprosił go na to przyjęcie. Pan Pendennis był również zaszczycony pisemnym zaproszeniem. Wobec tego Clive zajechał po mnie do klubu "Bays", skąd razem udaliśmy się na bal.
Pani domu przyjmowała uśmiechem wszystkich gości, lecz szczególnie serdecznie powitała młodego przyjaciela z Rzymu.
- Czy jest pan krewnym tej panny Newcome, córki lady Anny? Aha, to pańska kuzynka! Będzie dziś u nas.
Lady Fareham nie zauważyła zapewne grymasu i rumieńca Clive'a, bo musiała przecież zająć się tysiącem innych gości. Clive spotkał w salonach kilkanaście osób, znajomych z Rzymu, a wszystkie damy - młode i stare, brzydkie i ładne - mile witały uśmiechniętą twarz sympatycznego młodzieńca. Rezydencja była wspaniała, panie ślicznie postrojone, bal piękny, lecz trochę nudny do chwili, gdy zaszło wydarzenie wspomniane o kilka stron wyżej (pod postacią alegorii o panu Tomkinsie i pannie Hopkins) i na salę wkroczyła lady Kew z wnuczką.
Stara dama coraz bardziej przypominała złą wróżkę, której w bajkach nie zaprasza się na chrzciny małej królewny, lecz miała tę przewagę nad swym sobowtórem, że ją zapraszano wszędzie; jakim jednak cudem zdołała bywać na tak wielu przyjęciach nie będąc czarownicą - to pytanie, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć. Za czarownicą wstępował na marmurowe schody szlachetnie urodzony Farintosh, a twarz jego zdobił bezmyślny uśmiech, tak charakterystyczny dla owego arystokraty. Ethel miała przypięty niewielki stóg kwiatów przysłany jej zapewne przez markiza. Czcigodny Bustington (nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iż wicehrabia Bustington jest spadkobiercą rodu Podbury), baronet z północy, waleczny Crackthorpe, jednym słowem, najpierwsi panowie w stolicy stanowili dwór młodej piękności. Mały Dick Hitchin, który bywa wszędzie, znalazł się oczywiście w jej bliskości, aby na każde zawołanie służyć komplementem lub uśmiechem. Do chwili tego uroczystego wejścia bliźniaczki zadzierały nosa w salonie. Biedne bliźniaczki! Przy Ethel zeszły w głęboki cień i musiały się zadowolić rozmową i względami drugorzędnych panów, członków drugorzędnych klubów, oficerów w pułkach ciężkich dragonów. Jedna z bliźniaczek walcowała nawet z pewnym tańcującym adwokatem, który wszakże był dalekim kuzynem jakiegoś księcia, należało więc oczekiwać, że lord kanclerz da mu jakieś szczególnie dobre stanowisko.
Clive zaklinał się, że odczuł bliskość Ethel, zanim ją zdążył spostrzec. Co prawda lady Fareham powiedziała mu, że spodziewa się panny Newcome. Ethel zaś albo nie oczekiwała tego spotkania, albo nie miała miłosnych przeczuć, toteż zdziwiła się na widok kuzyna, podniosła brwi i radośnie nań spojrzała. Gdy babcia znalazła się w innym salonie, piękna panna odprawiwszy bez ceremonii Crackthorpe'a i Fobsby'ego, Farintosha i Bustingtona, jednym słowem, całą zakochaną młodzież, która wokół gięła się w ukłonach, skinęła na Clive'a i z miną młodej królewny władczym gestem wezwała go na audiencję.
Była przecież królewną i władała tym właśnie królestwem. Najdowcipniejsza i najpiękniejsza, słusznie sprawowała rządy w salonach prawem zasługi i powszechnego wyboru. Clive silnie odczuł jej wyższość i własną znikomość, toteż zbliżył się do niej niby do osoby nieskończenie wyższej. Zapewne nie bez przyjemności pokazała mu, jak odprawia grandów i wspaniałych Bustingtonów, mówiąc im z wyniosłą miną, iż ma do pomówienia ze swym kuzynem, tym przystojnym młodzieńcem z jasnymi wąsami.
- Dużo znasz tutaj osób? Czy to twój debiut w towarzystwie? Może przedstawić cię ładnym panienkom, z którymi mógłbyś potańczyć? Ach, jakie śliczne guziki!
- Czy to miałaś mi do powiedzenia? - zapytał Clive zbity nieco z tropu.
- A o czym mówi się na balach? Temat konwersacji stosować trzeba do miejsca. Gdybym powiedziała kapitanowi Crackthorpe'owi: "Ach, jakie śliczne guziki!", byłby zachwycony. Ale ty... Ty, jak sądzę, masz duszę wyższą nad guziki.
- Jak słusznie powiedziałaś, debiutuję zaledwie w towarzystwie tego rodzaju, nie przywykłem więc, widzisz, do... do niezwykle błyskotliwych rozmów, jakie się tu prowadzi - powiedział Clive.
- Co! Chciałbyś już odejść, choć nie widzieliśmy się przez rok blisko? - zawołała Ethel zupełnie naturalnym tonem. - Bardzo przepraszam, baronecie Fobsby, ale proszę mnie zwolnić z tego tańca. Spotkałam właśnie kuzyna. Nie widzieliśmy się przez cały rok i chciałabym z nim porozmawiać.
- Nie moja wina, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Pisałem ci przecież, że twój list otrzymałem zaledwie przed miesiącem. A na drugi mój list wysłany z Rzymu, wcale nie odpowiedziałaś. Twój list leżał tam tak długo na poczcie; przesłano mi go do Neapolu.
- Dokąd? - zdziwiła się panna.
- Widziałem tam lorda Kew.
Ethel pracowicie się uśmiechała i ręką słała całusy bliżniaczkom, które w tej chwili przechodziły w pobliżu pod eskortą swej mamusi.
- Ach, doprawdy? Widziałeś... Dobry wieczór, dobry wieczór!... Widziałeś lorda Kew.
- I po tym spotkaniu przyjechałem do Anglii.
- Co mam przez to rozumieć, Clive? - zapytała Ethel spoglądając nań poważnie. - Przyjechałeś do Anglii, ponieważ w Neapolu było bardzo gorąco i chciałeś odwiedzić tutaj przyjaciół, n'est-ce pas? Uradowałeś mamę swą wizytą. Wiesz przecie, że kocha cię jak rodzonego syna.
- Jak tego anielskiego Barnesa? - zawołał Clive z goryczą. - To niemożliwe!
Ethel raz jeszcze spojrzała na kuzyna. W tej chwili miała ochotę traktować Clive'a lekko, jak młodego człowieka bez znaczenia, jak najmłodszego z trzynastu braci. Ale w spojrzeniu i zachowaniu Clive'a było coś, co zdawało się mówić, że nie wolno pozwalać sobie z nim na zbyt wiele.
- Gdybyś przyjechał o miesiąc wcześniej, miałbyś okazję asystować przy zaślubinach. Naprawdę było ślicznie! Wszyscy byli na tym ślubie! Klara wyglądała bardzo ładnie... I Barnes również... Naprawdę.
- Rzeczywiście, musiała to być śliczna uroczystość - ciągnął Clive - i widok wzruszający. Biedny Karol Belsize nie mógł być obecny ze względu na śmierć brata i...
- I cóż więcej, panie Newcome? - gniewnie przerwała Ethel, a jej różowe nozdrza zaczęły drgać. - Nie po to chyba spotkaliśmy się po tak wielu miesiącach, abyś mnie miał znieważać... Tak, znieważać, wymieniając to nazwisko w mojej obecności.
- Najmocniej przepraszam - rzekł Clive z pełnym godności ukłonem. - Niech Bóg uchowa, bym chciał zranić twe uczucia, Ethel! Jak słusznie powiedziałaś, to mój debiut w towarzystwie. Dlatego zapewne mówię o rzeczach i osobach, o których mówić nie należy. Lepiej byłoby mówić o guzikach, prawda? Łaskawie dałaś mi do zrozumienia, że to najstosowniejszy temat konwersacji. Czy nie wolno mi rozmawiać nawet o powinowatych? Dzięki temu małżeństwu pan Belsize miał zaszczyt wejść z tobą w koligacje, a nawet ja, w dalekim wprawdzie stopniu, mogę chlubić się czymś w rodzaju jakby paranteli z tym arystokratą. Cóż za zaszczyt dla mnie!
- Przepraszam, ale co to wszystko ma znaczyć? - zawołała panna Ethel, zdziwiona, a może nawet zaniepokojona.
Prawdę rzekłszy, Clive sam nie bardzo wiedział. Przez cały czas rozmowy z kuzynką starał się jej dokuczać, kojąc w ten sposób gniew, który wezbrał w nim na widok otaczającej piękną pannę młodzieży albo z tego powodu, że sam poniżył się do posłuszeństwa i skwapliwie, z zadowoleniem przyszedł na lada skinienie.
- To wszystko ma znaczyć, Ethel - wybuchnął korzystając z pierwszego pomysłu, który przyszedł mu do głowy - że jeżeli ktoś jedzie tysiąc mil, aby cię zobaczyć, aby uścisnąć ci rękę, powinnaś podać mu tę rękę nieco bardziej serdecznie, niż uważałaś za stosowne to uczynić ze mną; że jeżeli krewny kołacze raz po raz do twych drzwi, powinnaś postarać się go przyjąć; że kiedy go spotkasz wreszcie, powinnaś traktować go jak starego przyjaciela, a nie tak, jak ty mnie traktowałaś, kiedy lady Kew łaskawie się zgodziła mnie przyjąć, nie tak, jak traktujesz tych tam głupców, którzy kręcą się wokół ciebie - zawołał Clive z wielkim gniewem i skrzyżowawszy ramiona na piersi spojrzał groźnie na kilku Bogu ducha winnych dandysów, jak gdyby pragnął porozbijać im głowy. - Czyżbym nie dopuszczał do panny Newcome jej wielbicieli?
- Nie moją sprawą jest odpowiedź na to pytanie - rzekła łagodnym tonem.
Clive odgadł trafnie, lecz panna Newcome nie bez przyjemności spoglądała na wybuch jego gniewu.
- Ten młody człowiek, który niedawno przyszedł po ciebie - podjął Clive - ten sir John...
- Czy gniewasz się, że odprawiłam go z kwitkiem? - zapytała Ethel wyciągając do kuzyna rękę. - Słuchaj, zaczynają grać. Poproś mnie, zatańcz ze mną walca. Rozumiesz chyba, że kołatałeś nie do moich drzwi? - dodała spoglądając mu w oczy naturalnie i serdecznie, jak za dawnych czasów.
Jak triumfatorka wirowała w jego ramionach wokół balowej sali, a inne piękności malały przy niej i gasły. Wyglądała ładniej po każdym szybkim obrocie, nabierała żywszych kolorów, oczy jej błyszczały coraz jaśniej. Dopiero gdy muzyka umilkła, opadła na fotel oddychając ciężko i uśmiechając się promiennie, podobna w tej chwili do Taglioni
, którą zdaje się, setki lat temu widziałem po zwycięskim pas seul
. Skinieniem głowy podziękowała partnerowi. Wyglądało to na zupełne pogodzenie! Lady Kew weszła do salonu pod koniec tego tańca i nachmurzyła się na widok dansera Ethel. Ale w odpowiedzi na jej wymówki wnuczka wzruszyła tylko pięknymi ramionami, a spojrzawszy tak, jakby chciała powiedzieć: "je le veux"
, podała ramię starej damie i wyszła z dumnie protekcjonalną miną.
Przyjaciel Clive'a przyglądał się ciekawie i uważnie scenie rozgrywającej się pomiędzy kuzynami i tańcowi, którym uczcili pojednanie. Muszę się przyznać, że ta wspaniała młoda osoba od wielu miesięcy była przedmiotem mych obserwacji, że przyglądałem się jej, jak pięknej panterze w ogrodzie zoologicznym - promiennookiej, wymuskanej, smukłej, zwinnej i ruchliwej.
Zapewnić mogę, że oczy moje nie oglądały nigdy równie błyskotliwej młodej kokietki jak panna Newcome w drugim swym sezonie. W pierwszym, jako narzeczona lorda Kew, była może bardziej powściągliwa i opanowana. Poza tym przed rokiem towarzyszyła jej wszędzie matka, której - nie mówiąc o pomniejszych buntach - panna Ethel była posłuszna i uległa. Kiedy jednak lady Kew wystąpiła w roli duenny, Ethel z rozkoszą dręczyła starą damę i chętnie tańczyła z najmłodszymi choćby synami po to jedynie, by doprowadzać babkę do wściekłości. Z tego zapewne powodu biedny młody Cubley (miał on dwieście funtów rocznej renty, ponad to zaś osiemdziesiąt funtów i zapewnioną co rok pięciofuntową podwyżkę w Ministerstwie Skarbu) zupełnie poważnie myślał, że panna Newcome jest w nim zakochana, i w swym pokoju przy Downing Street rozważał z kolegami, czy dwieście osiemdziesiąt funtów plus coroczna podwyżka pięciu funtów wystarczy na prowadzenie domu. Młody Tandy z Temple, młodszy syn lorda Skibbereena, który przez czas pewien zasiadał w Izbie Gmin na ławach irlandzkich katolików, był również śmiertelnie zakochany i niejednej nocy, gdy pieszo wracaliśmy z przyjęć na drugi koniec miasta, zabawiał mnie opowieściami o swym uwielbieniu i miłości do pięknej Ethel.
- Jeżeliś taki zakochany, czemu się nie oświadczysz? - zapytałem raz pana Tandy'ego.
- Czemu się nie oświadczę! Oświadcz się rosyjskiej wielkiej księżniczce! - wybuchnął młody człowiek. - Ona jest piękna, urocza, dowcipna. W życiu nie widziałem takich oczu. Szaleję na ich widok, szaleję! - wołał Tandy bijąc się w kamizelkę, gdyśmy wchodzili w bramę Temple Bar. - Nigdy jednak od czasów Kleopatry nie istniała chyba bardziej bezczelna flirciara!
Podzielając w duchu tę opinię przyglądałem się spotkaniu kuzynów nie bez podziwu dla uroczej damy, która tak sprytnie dręczyła Clive'a. Po skończonym walcu pogratulowałem Clive'owi jego umiejętności, gdyż dzięki stałej praktyce na kontynencie nabrał ostatnio wielkiej wprawy.
- Jeżeli zaś chodzi o twą partnerkę, to przyglądam się jej z prawdziwą rozkoszą - ciągnąłem. - Lubię być w pobliżu, gdy panna Newcome tańczy, i od czasów Taglioni chętniej spoglądam na nią niż na kogokolwiek innego. O, spójrz tylko! Podnosi głowę! Wysuwa małą stópkę! Właśnie gotuje się do startu! Szczęśliwy lord Bustington!
- Masz do niej żal, bo potraktowała cię z góry - oburzył się Clive. - Sam mówiłeś przecież, że tak cię potraktowała czy też nie poznała. Uraziła twą próżność i dlategoś taki szyderczy!
- Jakim cudem panna Newcome może pamiętać wszystkich przedstawianych jej mężczyzn? - spytałem. - W zeszłym roku rozmawiała ze mną, ponieważ chciała wiedzieć coś niecoś o tobie. W tym roku nie rozmawia ze mną dlatego zapewne, że nic już nie chce wiedzieć o tobie.
- A niechże cię! Daj spokój, Pen - zawołał Clive jak uczniak, który prosi kolegę, żeby go nie bił.
- Udaje, że na nas nie patrzy, że pochłania ją rozmowa z czarującym Bustingtonem. Musi to być urocza wymiana wzniosłych myśli! Ale obserwuje nas w czasie rozmowy i wie oczywiście, że o niej mowa. Jeżeli ożenisz się z nią kiedyś, Clive, co jest zresztą niedorzecznym przypuszczeniem, utracę przyjaciela. Niezawodnie powiesz jej, co o niej myślę, ona zaś każe ci ze mną zerwać.
Clive popadł w smętną zadumę, a towarzysz jego mówił dalej:
- Tak, panna Newcome jest flirciarką. To leży w jej naturze. Stara się podbić wszystkich, którzy się do niej zbliżą Spójrz, trochę zadyszała się w walcu, udaje więc, że z zainteresowaniem słucha biednego Bustingtona, a on zadyszał się także, lecz sapie, najmądrzej jak potrafi, aby się jej przypodobać. Z jakże ujmującym uśmiechem panna Newcome udaje, że słucha. Oczy jej naprawdę nabierają większego blasku, błyszczą niby morze w Brighton.
- Co takiego?! - zawołał Clive zrywając się z miejsca.
Nie mogłem zrozumieć znaczenia tego okrzyku i nie bardzo się o to starałem, sądziłem bowiem, że młody człowiek ocknął się nagle z jakichś miłosnych marzeń. Wieczór mijał szybko. Clive nie opuścił balu, dopóki panna Newcome i hrabina Kew nie odjechały. Wydaje mi się, że kuzyni nie rozmawiali już tego wieczora. Kapitan Crackthorpe (o ile dobrze pamiętam) podał ramię pannie Ethel i odprowadził ją do karety, a sir Johnowi Fobsby przypadł w udziale zaszczyt eskortowania starej hrabiny oraz niesienia różowej torby z szalami, okryciami i tak dalej, na której wyhaftowane były inicjały i korona jaśnie wielmożnej pani. Clive zrobił może ruch, jak gdyby chciał się zbliżyć, ale panna Newcome osadziła go na miejscu jednym gestem.
Clive i jego dwaj przyjaciele z Lamb Court umówili się, że w najbliższą sobotę zjedzą razem obiad w Greenwich. Ale rankiem tego dnia nadszedł list od Clive'a, który pisał, że wybiera się do swej ciotki, panny Honeyman, bardzo więc przeprasza, że musi odwołać spotkanie. Sobota jest świętem dla ludzi naszego zawodu. Zaprosiliśmy już F. Bayhama i obiecywaliśmy sobie wesoły wieczór, niechętnie więc zrezygnowalibyśmy z przyjemności przez wzgląd na naszego młodego Rzymianina. We trzech zatem wybraliśmy się z rana na stację kolejową London Bridge, gdyż przed obiadem chcieliśmy odetchnąć świeżym powietrzem w Greenwich. Przedziwnym zbiegiem okoliczności ekwipaż lady Kew zajechał o tej samej porze pod tę samą stację i przy wejściu na peron, z którego odchodził pociąg do Brighton, wysiadła panna Ethel ze swą pokojową.
Zapewne dzięki drugiemu dziwnemu zbiegowi okoliczności, pan Clive znalazł się również na stacji, kiedy panna Newcome i jej pokojowa tam przybyły. Trudno jednak o coś bardziej naturalnego niż wyjazd do Brighton, by złożyć uszanowanie ciotce, pannie Honeyman. Czy można sobie wyobrazić coś odpowiedniejszego niż to, że panna Ethel pragnęła spędzić sobotę i niedzielę z chorym ojcem i przez dwie noce wyspać się dobrze po pięciu uciążliwych wieczorach, na które przypadało po dwa soirées i po jednym balu? A to, że krewni podróżują razem, jest chyba rzeczą najzupełniej zrozumiałą i przystojną, zwłaszcza gdy młoda dama znajduje się pod opieką pokojowej.
Nonsensem muszą się wydać pretensje biografa, który udaje, że wie wszystko, nawet to, co się działo między dwojgiem zakochanych podczas poufnej rozmowy w wagonie pierwszej klasy. Poważni historycy pretendują wprawdzie do takich właśnie cudownych wiadomości, gdyż dokładnie opisują tajemne schadzki spiskowców, poufne rozmowy monarchów z ich ministrami, a nawet skryte myśli i pobudki działania tych osób, o których być może one same nie wiedziały. Ale obecny kronikarz, znany zresztą z prawdomówności, pragnie tylko stwierdzić, że pewnego dnia pewne osoby odbyły rozmowę, której skutki były takie to a takie. Oczywiście zgaduje on wiele, ponieważ zna swe postacie i we właściwym czasie dowiaduje się o ich spotkaniu. Nie przypuszczacie chyba, abym przekupił pokojową albo dowiedział się treści tej rozmowy od dwóch panów z City, którzy odbywali podróż w jednym przedziale z naszymi młodymi przyjaciółmi, lecz nie mogli słyszeć ani słowa. Gdyby Clive i Ethel mieli przedział na swój wyłącznie użytek, i tak odważyłbym się zdać sprawozdanie z ich spotkania, ale przedział zajęty był przez trzech jeszcze panów z City, którzy palili cygara przez całą drogę.
- Może mi powiesz, mój panie - mówi modny kapelusz zbliżając się do cylindra - czy to prawda, że w Rzymie byłeś tak zajęty panną Freeman, a potem darzyłeś względami trzecią pannę Balliol? Czy to prawda, że malowałeś jej portret? Wiesz, że tak było. Wy, malarze, zawsze udajecie podziw dla rudych dziewcząt, ponieważ Tycjan i Rafael malowali takie włosy. Czy Fornarina jest rudowłosa? Doprawdy! Już jesteśmy w Croydon!
- Fornarina - odpowiada cylinder modnemu kapeluszowi - nie była ładną kobietą, jeżeli ten obraz w pałacu Borghese jest naprawdę jej podobizną; miała pospolite oczy i usta, i w ogóle karnację mahoniowego koloru. Prawdę mówiąc, jest tak brzydka, że musi to być chyba prawdziwy portret; bo mężczyźni kochają się przecież w tworach własnej wyobraźni albo raczej każda kobieta jest piękna dla swego wielbiciela. Czy wiesz, ile Helena musiała mieć lat?
- Pojęcia nie mam, a zresztą nic o niej nie wiem. Co to za Helena?
Panna Ethel naprawdę tego nie wiedziała.
- To długa historia i taki stary skandal, że nie warto o nim plotkować - odparł Clive.
- Zacząłeś mówić o jakiejś Helenie po to tylko, żeby odwrócić rozmowę od panny Freeman - zawołała młoda dama. - To jest, chciałam powiedzieć, od panny Balliol.
- Będziemy rozmawiali, o której tylko zechcesz. Którą mamy rozebrać na kawałki? - zapytał Clive.
Widzicie, być w tym samym wagonie, znaleźć się w jej towarzystwie, spoglądać w te cudowne, świetliste oczy, patrzeć na jej dołeczki, kiedy się uśmiecha, słyszeć głos dźwięczący perlistym śmiechem, mieć dla siebie te półtorej godziny pomimo wszystkich przyzwoitek, babek, konwenansów i widoków na przyszłość - wszystko to było dla naszego młodzieńca tak wielkim szczęściem, napełniało jego duszę i ciało taką rozkoszą, że musiał być ożywiony, wesoły i dowcipny.
- Znasz więc moje przygody? - zapytał Clive.
Ach, doprawdy, minęli już Reigate i na skrzydłach wiatru zbliżali się do Gatton Parku.
- Wiem o wielu rzeczach - odpowiedział kapelusik potrząsając pięknymi lokami.
- A czemu nie odpisałaś na mój drugi list?
- Mieliśmy wtedy wielkie kłopoty. Nie zawsze zresztą można odpowiadać na listy młodych ludzi. Nie wiedziałam, doprawdy, czy odpisać na twój bilecik, który otrzymałam z Charlotte Street albo Fitzroy Square. Nie, Clive, nie powinniśmy pisywać do siebie, a przynajmniej bardzo rzadko - ciągnęła Ethel poważniejszym tonem. - Widzisz, nasze dzisiejsze spotkanie to najczystszy przypadek. Tak, jestem pewna, że to najczystszy przypadek. Kiedy na tym balu u lady Fareham wspomniałam, że wybieram się dzisiaj do Brighton w odwiedziny do papy, nie przyszło mi przez myśl, ani na jedną sekundę, że ciebie właśnie spotkam w pociągu. Ale jesteś już tutaj i nic na to nie poradzimy, a więc mogę ci powiedzieć, że dzielą nas przeszkody.
- Jakieś... nowe przeszkody? - wyjąkał Clive.
- Ach, niemądry chłopcze! Żadne nowe przeszkody; te same, które istniały zawsze i muszą pozostać. Kiedyśmy się rozstali... to znaczy, kiedy opuściłeś nas w Baden, dobrze wiedziałeś, że nie mogłeś uczynić nic lepszego. Miałeś przecież swoje powołanie i musiałeś się mu poświęcić, zamiast trawić czas bezczynnie w towarzystwie... w towarzystwie rodziny złożonej z ludzi chorych i dzieci. Każdy ma swój zawód, ty również, i to taki właśnie, jakiś sobie obrał. Jesteśmy blisko spokrewnieni i... i możemy... lubić się tak niemal jak brat z siostrą. Nie wiem, co by powiedział Barnes, gdyby mnie słyszał. Widzisz, jeżeli chodzi o ciebie i twojego ojca, mogę o was myśleć tylko... tylko... wiesz przecież jak. I zawsze, zawsze tak będę myślała. Pewne uczucia, jak sądzę, nigdy nie ulegają zmianom, lecz jeżeli pozwolisz, wolałabym nigdy już nie mówić na ich temat. Ani ty, ani ja nie możemy zmienić swej sytuacji, możemy tylko przystosować się do niej jak najlepiej. Ty zostaniesz dobrym, zdolnym malarzem, a ja... Któż wie, co ze mną będzie? Wiem tylko, co przyniesie dzisiaj. Jadę oto w odwiedziny do mamy i papy i do poniedziałku rano będę tak bardzo szczęśliwa, jak potrafię.
- A ja wiem, czego pragnąłbym teraz - powiedział Clive.
Jechali właśnie z hałasem przez tunel.
- Czegoż to? - zapytał w ciemności kapelusik, a lokomotywa turkotała tak bardzo, że Clive musiał przysunąć głowę bardzo blisko, by powiedzieć:
- Pragnąłbym, aby ten tunel runął i pogrzebał nas albo żebyśmy mogli jechać tak do końca świata.
Bufory zaszczękały głośno i pokojowa, a zdaje się, że i Ethel, krzyknęła. Lampka w wagonie była tak wątła, że panowały zupełne niemal ciemności. Cóż dziwnego, że się pokojowa wystraszyła? W tej chwili jednak wagon zalało światło słoneczne i bezlitośnie położyło kres rojeniom Clive'a na temat podróży do końca świata.
Ach, czemu jechali szybką koleją parową! Gdyby to na przykład była kolej debaty parlamentarnej - lecz i ta wreszcie musiałaby dosięgnąć jakiegoś końca. Konduktor wszedł ze swoim: "Bilety, proszę!", i Clive podał mu trzy: swój, panny Ethel i jej pokojowej.
Rozumiem, że dla takiej wycieczki nasz przyjaciel bez żalu poświęcić mógł Greenwich!
Pan Kuhn z karetą czekał na pannę Ethel, a panna Ethel podała kuzynowi rękę i odpowiedziała na jego uścisk.
- Czy wolno cię odwiedzić? - zapytał Clive.
- Tak... Możesz odwiedzić mamę... oczywiście.
- A gdzie mieszkacie?
Wielki Boże! Mieszkają u panny Honeyman!
Clive wybuchnął śmiechem. Przecież i on tam jedzie. Ciotka Honeyman nie będzie oczywiście miała wolnego pokoju, bo cały dom zapełniają inni Newcome'owie.
To spotkanie było wielce ciekawym zbiegiem okoliczności, lecz lady Anna uważała za stosowne nie mówić babci o tym interesującym wydarzeniu. Ja sam nie jestem pewien, jaki kierunek należało obrać; może być przecież tyle rozmaitych kierunków. Czy jeżeli przyjechali tak daleko, powinni jechać jeszcze dalej? Celem podróży był dla obydwojga ten sam dom w Brighton. Czy zatem należało wsiąść do tej samej karety - oczywiście z panem Kuhnem i pokojową? Przypuśćmy, że przypadkiem spotkali się na stacji, czy powinni odbyć podróż w innych wagonach? Pozwolę sobie zapytać każdego dżentelmena i ojca rodziny, jakby postąpił, gdyby niegdyś, kiedy po uszy był zakochany w swojej obecnej żonie, pani Brown, spotkał ją przypadkiem podróżującą w towarzystwie pokojowej, a obok niej znalazłoby się wolne miejsce?