Marzec 1950
Nim uniósł głowę znad poduszki, przekręcił nią nieco w lewo, aby spojrzeć na śpiącą obok Carolinę. Uśmiechnął się bezwiednie, licząc w myślach, od ilu to już lat pierwsze, co widzi po przebudzeniu, to twarz żony, otulona nikłym światłem ulicznej latarni. Przez chwilę wpatrywał się w drobne zmarszczki w kącikach jej zamkniętych oczu i niewielkie przebarwienia na policzkach. Czas był dla Caroliny łagodny, jednak każdy rok ciężkiej pracy pozostawiał jakieś ślady. Oboje się zmieniali, oboje się starzeli. To jednak go zupełnie nie martwiło. W kobiecie, która zgodziła się zostać jego żoną, nadal widział jedynie piękno, a co ważniejsze - na śpiącym obliczu ukochanej dostrzegał też spokój. Serce przyspieszyło mu z radości. To, że potrafił zapewnić żonie poczucie bezpieczeństwa, że codziennie, mimo przeróżnych większych i mniejszych trosk, mógł patrzeć na jej uśmiech, było największym darem, jaki zesłał mu los. Czuł dumę, że sprostał zadaniu, które kiedyś przed sobą postawił, i zapewnił ukochanej dobre życie.
Usiadł ostrożnie na łóżku i zsunął stopy na deski podłogi. Przez chwilę zastygł nienaturalnie wygięty, czekając, aż minie poranne zesztywnienie i uczucie napięcia gdzieś w dole brzucha, co uznawał za kiepski benefit, otrzymany za lata wyrabiania ton ciasta i dźwigania ciężkich worków z mąką.
- Już wstajesz? - usłyszał za plecami zaspany głos Caroliny. - Która godzina? Mam wrażenie, że zasnęłam ledwie pięć minut temu. - Cichutko westchnęła.
Nino wiedział, że żona cierpi od jakiegoś czasu na bezsenność, a upragniony odpoczynek przychodzi często tuż przed świtem. Zioła przepisane przez lekarza nieco łagodziły przykrą przypadłość, ale czasem i one nie pomagały. Na szczęście, odkąd to Maria zaczęła prowadzić sklep - i radziła sobie z tym doskonale - Carolina mogła wstawać nieco później i łapać choć kilka godzin porannego snu.
- Jest trzecia - odpowiedział. - Francesco też już jest na nogach. Strasznie czymś szura, pewnie znów o coś się potknął. - Zaśmiał się cicho.
Carolina ziewnęła i lekko podciągnęła się na poduszkach. Przez chwilę nasłuchiwała, ale z maleńkiego mieszkanka poniżej, które od pewnego czasu zajmował ich syn, nie dochodziły już żadne dźwięki.
- On wiecznie chodzi zamyślony - stwierdziła nieco strapiona. - Jakby żył w innym świecie.
Nino wzruszył ramionami.
- Taki po prostu jest. Ale przy tym to doskonały pracownik i dobry człowiek. No i ma talent do tworzenia pięknych rzeczy. Rachele i Leo wiele go nauczyli.
Kobieta skinęła głową, ale Nino dobrze wiedział, że niewyspaną żoną zawładnął niepokój. Jak każda matka zanadto troszczyła się o swoje dzieci. A fakt, że żadne z nich nie znalazło sobie jeszcze życiowego partnera, było głównym jej zmartwieniem.
Consonni bez chwili namysłu ponownie położył się obok żony i przyciągnął ją do siebie. Na szczęście dziś znał sposób, aby ją pocieszyć.
- Właściwy człowiek zawsze przychodzi we właściwym czasie: ani za wcześnie, ani za późno - powiedział.
Carolina spojrzała na niego zaskoczona, ale też odrobinę zakłopotana tym, że z taką łatwością czyta w jej myślach. On udał, że tego nie dostrzega.
- Wuj Alessandro jest tego najlepszym przykładem - kontynuował, a potem sięgnął jedną ręką do nocnego stolika, na którym leżał otrzymany wczoraj list, i choć Carolina również go czytała, uznał, że teraz mogą zrobić to ponownie. Włączył nocną lampkę i założył okulary, których używał tylko wówczas, gdy nikt spoza rodziny go nie widział.
Brugia, marzec 1950
Moi najmilsi, przede wszystkim dziękuję Wam za ostatni list i życzenia. Nie wiem, czy siedemdziesiąte siódme urodziny powinno się jeszcze obchodzić, ale przesłane przez Was smakołyki zjadamy z ogromną przyjemnością. Gdyby nie Monique, pewnie nic by już z Waszej paczki nie pozostało, bo to ta cudowna kobieta uznała, że nadmiar słodyczy mi szkodzi, więc wydziela mi tylko po jednym baci di dama3 dziennie. Wyobrażacie to sobie?! A mówi się, że Belgowie kochają słodycze i słyną z najlepszej czekolady. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak to się stało, że stary, zagorzały rewolucjonista jest skłonny we wszystkim ulegać takiej młódce. Cóż, muszę przyznać, że Monique ma nade mną większą władzę niż wszyscy włoscy carabinieri razem wzięci.
Twoja matka, Nino, wiecznie nakłaniała mnie do małżeństwa, ale chyba nie przypuszczała, że wpadnę w nie po same uszy, a co więcej, że będzie mi w nim aż tak dobrze. Nigdy bym nie przypuszczał, że miłość do kobiety dopadnie mnie w starczym wieku, i to w miejscu, do którego jechałem z tak ogromnym rozżaleniem i poczuciem straty. Cóż, los płata nam różne psikusy.
Nino przerwał na moment. Mimo że z natury raczej nie był sentymentalny, teraz w jego wspomnieniach pojawił się dzień, w którym Alessandro wyjeżdżał do Belgii z przeświadczeniem, na szczęście mylnym, że do Włoch nigdy nie wróci.
W niemłodym już mężczyźnie znów zagotowała się krew, gdy w 1924 roku w tajemniczych okolicznościach został zamordowany Giacomo Matteotti, lider Zjednoczonej Partii Socjalistycznej, i natychmiast pojawiły się potwierdzone później przypuszczenia, że zabójstwa dokonali ludzie z najbliższego kręgu Mussoliniego, bo Matteotti w swojej książce Zdemaskowani faszyści: rok faszystowskiej dominacji bardzo ostro i otwarcie skrytykował rządy Duce. Alessandro ponownie dołączył wówczas do buntowników, którzy zaczęli wychodzić na ulice i publicznie domagać się przywrócenia rządów konstytucyjnych. Mussolini odpowiedział na te protesty nasileniem terroru. Napady, pobicia, a nawet morderstwa opozycjonistów stały się codziennością. W 1926 roku Alessandro trafił do więzienia. Kiedy wyszedł, okazało się, że o dalszych działaniach przeciwko Mussoliniemu nie ma już mowy, bo Duce zdążył podporządkować sobie Włochów. Ludzi fascynowały jego gestykulacja i soczyste przemówienia. Zdecydowany i stanowczy budził zaufanie. Szybko zapomniano, że do władzy doszedł po trupach. I to bez przenośni. Wielu przyjaciół Alessandra w poczuciu klęski i bezradności wyjechało z Włoch. On sam zaś, choć przez większość czasu się ukrywał, pozostał.
Nino był pewien, że zrobił tak, ponieważ chciał być blisko ukochanej kuzynki, której stan zdrowia pogarszał się z roku na rok. Gdy w 1934 roku Ernesta Decio zmarła, Alessandro zdecydował się na opuszczenie kraju. Wybór padł na Belgię.
Giovanni, mimo upływających lat, wciąż dobrze pamiętał ich ostatnie spotkanie. Siedzieli przy kuchennym stole, tym samym, który należał jeszcze do Giuseppego, piekarza z nieistniejącej już kolonii robotniczej nad jeziorem Como. Milczący Alessandro zdawał się zupełnie pokonany, a Nino po raz pierwszy zobaczył w nim starego człowieka.
Przez kilka kolejnych lat Alessandro nie kontaktował się z rodziną. Nie wiedzieli, gdzie przebywa i czy w ogóle żyje. Mimo starań nie zdołali powiadomić go o śmierci Francesca, który zmarł sześć lat po swojej żonie, w maju 1940 roku. Potem i do nich dotarła straszna wojna, a dwa lata po jej zakończeniu, pewnego zupełnie zwyczajnego dnia, do drzwi domu przy Via Confalonieri zapukał listonosz z przesyłką od Alessandra. Już sam fakt, że wuj odezwał się po takim czasie, był wielkim zaskoczeniem, ale to dopiero zawarta w liście wiadomość wprawiła czytających w takie osłupienie, że długo nie mogli się otrząsnąć. Mężczyzna napisał bowiem, że planuje się ożenić, a na ślub zaprasza wszystkich, którzy będą mogli przyjechać do Brugii, gdzie mieszka. Nie da się ukryć, że euforia, która wówczas ogarnęła członków rodziny, była ogromna.
I tak w wieku siedemdziesięciu czterech lat Alessandro znalazł swoją drugą połowę. Wybranką jego serca była o dziesięć lat młodsza Monique - Belgijka prowadząca sklepik z koronką brugijską, wdowa i matka dwóch synów.
Nino ponownie powiódł oczami po nadzwyczaj starannie zapisanych zdaniach.
Oczywiście nieustannie planujemy do Was przyjechać. Podczas "podróży poślubnej" do Italii moja Monique pokochała naszą cudowną krainę, ale w moim wieku coraz trudniej już się zdobyć na taki wysiłek, więc może wcześniej to ktoś z Was ponownie przyjedzie z wizytą. Odwiedziny Idy sprawiły nam niebywałą radość i nadal często wspominamy tamte dni. Wiem, że Belgia to nie Italia, ale i ona ma swój urok, który zdążyłem odkryć. Tak, za ten kraj też mógłbym nadstawić karku, gdyby jeszcze ktoś tego ode mnie zażądał.
Pozostańcie wszyscy w dobrym zdrowiu.
Alessandro Decio
Nino doczytał list do końca, a potem włożył go starannie do koperty i znów przytulił żonę.
- Szkoda, że Ernesta nie doczekała ożenku Alessandra - zadumała się Carolina. - Ona bardzo mu kibicowała.
- Szkoda - przyznał Nino. - Matka całe życie martwiła się o wuja. Ja go podziwiałem za odwagę i determinację. Nawet jego pobyty w więzieniu wydawały mi się powodem do dumy, a ona chciała tylko, aby zaznał spokojnego życia.
- I tak się stało. Kto by pomyślał, że tak daleko. Widocznie Włoszki nie były dla niego.
Zaśmiali się. Byli już zupełnie rozbudzeni. Francesco cieszył się, że Carolinie powrócił dobry nastrój. Teraz mógł spokojnie zejść do piekarni.
Od kilku dni zaczęli sprzedawać nowy rodzaj pieczywa. Chleb o nazwie montasu pochodził z Padwy, ale po wojnie zyskiwał coraz większą popularność również w okolicach Mediolanu. Oprócz mąki pszennej i drożdży dodawano do ciasta smalec, a następnie formowano z niego niewielkie półksiężyce. I choć Francesco doskonale wiedział, co robić, bo to on pierwszy wypróbował zdobyty przepis, Nino czuł, że jego obowiązkiem jest doglądać każdego nowego produktu sprzedawanego pod szyldem "Cecca. La Panetteria".
Miał nadzieję, że po jego wyjściu, gdy w mieszkaniu na poddaszu zapanuje spokój, Carolina zdoła jeszcze zmrużyć oczy. On - w przeciwieństwie do żony - nie przejmował się, że ich dzieci nie założyły dotąd własnych rodzin. Maria i Francesco mieli na to czas, a on cieszył się teraz każdym dniem, kiedy wspólnie, ramię w ramię, prowadzili rodzinną piekarnię.