Rodzina bez nazwiska. Część pierwsza - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Nadszedł dzień, w którym mogę świętować kolejny mały jubileusz - jest nim trzydziesty piąty tom "Biblioteki Andrzeja". Jak na wydanie jubileuszowe przystało, zaprezentowana w nim zostanie powieść do tej chwili nieznana polskiemu czytelnikowi, a mianowicie składająca się z dwóch części Rodzina bez Nazwiska.

 

Rodacy Juliusza Verne'a poznali dzieje Rodziny bez Nazwiska w styczniu 1889 roku, kiedy w "Magazynie Edukacji i Rozrywki" ukazała się pierwsza część tej powieści. Druga część pojawiła w domach francuskich czytelników w grudniu tego samego roku.

Prawie równocześnie z wydaniem gazetowym wydrukowano Rodzinę bez Nazwiska także w formie książkowej. Pierwsza część znalazła się na półkach księgarskich 20 maja 1889 roku, a druga już 14 listopada tego samego roku.

Wydawca, Jules Hetzel, poszedł za ciosem i jak wcześniej wielokrotnie to czynił, 18 listopada 1889 roku wydał powieść w jednym woluminie. Był to trzydziesty czwarty "podwójny wolumin", to znaczy tom zawierający dwie części jednej powieści lub dwa osobne utwory. Książkę ozdobiły osiemdziesiąt dwie ilustracje Georges'a Tiret-Bogneta, w tym dwanaście chromolitografii. Całość uzupełniła jedna kolorowa mapa, rozmieszczona na dwóch sąsiadujących stronach, obrazująca rejon Kanady, w którym rozgrywa się akcja utworu twórcy takich arcydzieł literatury, jak Tajemnicza wyspa czy Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi.

 

Jak zwykle we wstępie nie omawiamy treści utworu, ale polskiego Czytelnika zapewne zainteresuje fakt, że losy bohaterów toczą się na mocno zarysowanym tle powstań - może lepszym słowem byłoby "rebelii" - francuskiej ludności przeciw panowaniu Anglików w Górnej Kanadzie.

Chociaż Rodzina bez Nazwiska zaliczona została do cyklu Nadzwyczajne Podróże, to utwór należy do powieści "stacjonarnych", podróżowanie ogranicza się bowiem do obszaru Górnej Kanady, z małymi odskokami do Dolnej Kanady i Stanów Zjednoczonych. Do tego typu powieści możemy też zaliczyć Zamek w Karpatach, Dramat w Inflantach czy choćby Tajemniczą wyspę.

 

Mam nadzieję, że treść powieści przypadnie do gustu wszystkim kupującym, a czytając ją, poszerzą swoją wiedzę o zakresie twórczości naszego kochanego Julka.

 

Andrzej Zydorczak

Rozdział I

Kilka faktów, kilka dat

 

Bolejemy nad nieszczęsnym rodzajem ludzkim, który skacze sobie do gardeł z powodu kilku arpentów1 lodu", powiadali osiemnastowieczni filozofowie2. Nie mogli wyrazić się trafniej, szło bowiem o Kanadę... kość niezgody pomiędzy Francuzami a Anglikami.

Dwieście lat wcześniej, mówiąc o tych amerykańskich3 ziemiach, o które upomnieli się zarówno król Hiszpanii, jak i król Portugalii, Franciszek I4 zakrzyknął: "Chciałbym zobaczyć, według którego paragrafu z testamentu Adama miałaby im przypaść ta rozległa kraina!". Racje Franciszka niedługo potem potwierdziło nazwanie sporej część owych terytoriów Nową Francją.

To prawda, Francuzom nie udało się na długo zatrzymać tej przepięknej amerykańskiej kolonii, jednak ich tamtejsza populacja nigdy nie stała się przez to mniej francuska. Przywiązanie do starożytnej Galii5 przetrwało z całą mocą - czy to poprzez więzy krwi, tożsamość rasy, czy w końcu za sprawą wszystkich tych naturalnych instynktów razem, których żadna polityka międzynarodowa nigdy nie zdoła rozerwać.

W rzeczywistości te "kilka arpentów lodu", jak to zostało pogardliwie powiedziane, składa się na królestwo o powierzchni porównywalnej z powierzchnią całej Europy.

Począwszy od roku 1534, tę rozległą krainę wziął w posiadanie pewien Francuz.

Pochodzący z Saint-Malo Jacques Cartier6 rozpoczął swój pionierski pochód z samego serca Kanady, kierując się w górę rzeki ochrzczonej później mianem Rzeki Świętego Wawrzyńca. W roku następnym gotowy na wszystko malończyk7, podążając o wiele dalej na zachód, dotarł do skupiska osiedli zwanych w języku Indian kanata8. Z czasem miejsce to stało się Quebekiem. Następnie nasz dzielny odkrywca zawędrował do miasteczka Hochelaga, z którego z kolei wyrósł Montreal. W ciągu dalszych dwustu lat oba te miasta na zmianę ubiegały się o miano stolicy, konkurując w tym względzie z Kingston oraz Toronto. Definitywny kres tej politycznej rywalizacji położyło dopiero ogłoszenie Ottawy siedzibą rządu amerykańskiej kolonii (kolonii zwanej przez Anglików "Dominium Kanadyjskim").

Przypomnienie tych kilku faktów, kilku dat w zupełności wystarczy, by uzmysłowić sobie, jaką drogę przebyło to ważne państwo od momentu jego utworzenia po dziesięciolecie 1830-1840, które stanowi ramy dla wydarzeń naszej opowieści.

Za panowania Henryka IV9, w roku 1595, jeden ze słynnych żeglarzy swej epoki, Champlain10, powraca do Europy z podróży, podczas której wybrał teren na założenie Quebecu. Champlain należał do wyprawy de Monsa11. Ten ostatni, szczodrze zaopatrzony w odpowiednie patenty, udawał się na tereny kanadyjskie z prawem wyłączności do handlu futrami. Tymczasem Champlain, znany z awanturniczego sposobu bycia, miał raczej na uwadze własne cele. Zamierzał posunąć się jak najdalej w górę Rzeki Świętego Wawrzyńca. W roku 1606 udało mu się dać podwaliny pod osadę Quebec. Anglicy już dwa lata wcześniej, u wybrzeży Wirginii, zapewnili sobie stałą bazę na kontynencie amerykańskim. Był to jeden z powodów narodowej zawiści pomiędzy Anglią a Francją, pierwszy symptom późniejszej bezpardonowej walki, dla której teatrem stał się również Nowy Świat.

Od samego początku, siłą wypadków, w najróżniejsze fazy owego antagonizmu zostali wmieszani miejscowi tubylcy. Algonkini12 i Huroni13 zadeklarowali się po stronie Champlaina, a przeciwko swoim sąsiadom - Irokezom14, wspomagającym żołnierzy Zjednoczonego Królestwa. W roku 1609 ci ostatni zostali pobici nad brzegami jeziora nazwanego imieniem naszego francuskiego żeglarza, czyli Jeziora Champlaina.

Następne dwie podróże - w latach 1613 i 1615 - zawiodły Champlaina na terytoria zachodnie, praktycznie nieznane, rozciągające się wokół jeziora Huron. Po tej wyprawie Champlain opuścił Amerykę, by po raz trzeci powrócić już tylko do Kanady. W kolejnych latach czas upływał mu na nieustannych walkach - staczanych raz bardziej pomyślunkiem, raz bardziej orężem - z licznymi podstępami i intrygami, aż w końcu w roku 162715 został mu nadany tytuł gubernatora Nowej Francji.

Pod taką samą nazwą - Nowa Francja - utworzono kompanię handlową, której oficjalne istnienie potwierdził Ludwik XIII w 1627 roku16. Przedsiębiorstwo to zobowiązało się, że w ciągu kolejnych piętnastu lat przetransportuje na teren Kanady cztery tysiące Francuzów wyznania katolickiego. Pierwsze z kilku okrętów wysłanych przez Ocean17 wpadły w ręce Anglików. Odwieczni wrogowie Francuzów cichcem przebyli dolinę Rzeki Świętego Wawrzyńca i zażądali od Champlaina złożenia broni. Odważny marynarz nie ugiął się wówczas, choć niedługo potem, zmuszony brakiem środków i straciwszy jakąkolwiek nadzieję na zewnętrzną pomoc, skapitulował - zresztą bardzo honorowo. Tak oto w roku 1629 Champlain przekazał Quebec Anglikom. W roku 163218 jednak wrócił. Na czele trzech okrętów, które wypłynęły z Dieppe, na mocy traktatu z trzynastego lipca z tego samego roku restytuującego panowanie francuskie, ponownie objął posiadłości kanadyjskie. Stworzył podwaliny pod nowe miasta, założył pierwszy kanadyjski coll?ge, prowadzony przez Jezuitów, i zmarł w dzień Bożego Narodzenia 1635 roku, na ziemi własnoręcznie zdobytej uporem woli i niezwykłą odwagą.

Przez pewien czas pomiędzy koloniami Francji i Anglii na Nowej Ziemi rozwijają się w miarę poprawne stosunki handlowe. Jednak Francuzi cały czas zmuszeni są do obrony przed budzącymi przerażenie Irokezami, zwłaszcza z powodu ich wielkiej liczebności, gdyż w sumie cała populacja Europejczyków nie przekracza wówczas na tych ziemiach dwóch tysięcy pięciuset dusz. Tak więc kompania, której interesy podupadają z powodu walk, zwraca się przede wszystkim do Colberta19, a ten wysyła na pomoc eskadrę pod dowództwem markiza de Tracy20. Irokezi, początkowo przepędzeni w głąb lądu, szybko powracają, tym razem wspierani przez Anglików, i urządzają wśród kolonistów osiedlonych wokół Montrealu prawdziwą masakrę.

Ale choć w roku 1665 podwaja się zarówno liczba kolonistów, jak i powierzchnia ziem przez nich zajmowanych, to Francuzów w całej Kanadzie jest tylko trzynaście tysięcy, podczas gdy Nowa Anglia liczy sobie co najmniej dwieście tysięcy mieszkańców o anglosaskim pochodzeniu. Znów dochodzi do wojny. Tym razem jej teatrem jest początkowo Akadia21 (obecnie Nowa Szkocja), a następnie Quebec, skąd Anglicy zostają wyparci w roku 1690. W rezultacie traktatu w Ryswick z 1697 roku Francja zapewnia sobie posiadanie wszystkich terytoriów na kontynencie amerykańskim, których odkrycie zawdzięcza się zuchwałości i odwadze jej synów. Równocześnie nieujarzmieni Irokezi, Huroni i inne plemiona indiańskie na mocy ugody z Montrealu oddają się pod francuski protektorat.

W roku 1703 gubernatorem generalnym Kanady mianowany zostaje markiz Vaudreuil22, syn pierwszego gubernatora o tym samym nazwisku23, a względny spokój ze strony Irokezów pozwala mu na skuteczną obronę przed najazdami kolonistów brytyjskich. Ponowne walki wybuchają na brytyjskich terytoriach Nowej Ziemi, a także na obszarze Akadii, która w roku 1711 wymyka się z rąk de Vaudreuila. Pozostawienie tej ziemi w rękach wrogów natychmiast pozwala siłom angloamerykańskim na zmasowanie swoich najazdów, zwłaszcza że na terenach tych działają już coraz bardziej podstępni Irokezi. Traktat w Utrechcie z 1713 roku potwierdza wprawdzie ostatecznie utratę Akadii przez Francuzów, jednak w zamian gwarantuje trzydziestoletni pokój z Anglikami.

Okres tego względnego pokoju pozwala kolonii na prawdziwy rozkwit. Francuzi, by zapewnić swoim potomkom utrzymanie tych terenów, wznoszą kilka nowych fortów. W roku 1721 ich społeczność liczy już dwadzieścia pięć tysięcy dusz, w roku 1744 - aż pięćdziesiąt tysięcy. Zdawałoby się, że ciężkie czasy przeminęły. Tymczasem to tylko pozory. Wraz z wybuchem wojny o sukcesję austriacką24 Francja i Anglia znów znalazły się w Europie po przeciwnych stronach barykady, a w konsekwencji - także na nowym kontynencie. Oba kraje na przemian odnoszą sukcesy i ponoszą klęski. W końcu za sprawą porozumienia z Aix-la-Chapelle z 1747 roku sytuacja powraca do punktu wyjścia, czyli do stanu rzeczy narzuconego przez pokój w Utrechcie.

Ale choć od tego momentu Akadia nominalnie należy do Wielkiej Brytanii, z wyboru jej mieszkańców, duchem jest w zdecydowanej większości francuska. Żeby na podbitych terenach zapewnić za wszelką cenę przewagę swoim rodakom, Zjednoczone Królestwo nie ustaje w staraniach na rzecz anglosaskiej imigracji. Francja robi to samo... jednakże z o wiele mizerniejszym skutkiem. Następnym etapem w tych zmaganiach jest zajęcie terytoriów Ohio25, gdzie przeciwnicy stają z sobą twarzą w twarz.

Tak oto w okolicach Fort Duquesne, dopiero co wzniesionego przez rodaków markiza de Vaudreuila, pojawia się Washington na czele silnej angloamerykańskiej kolumny. Czyż Franklin nie orzekł, że Kanada w żadnym razie nie powinna być francuska? Z Europy do Nowej Ziemi przybywają dwie eskadry - jedna z Francji, druga z Anglii. Po przerażającym paśmie okrucieństw, topiących we krwi zarówno Akadię, jak i tereny Ohio, w dniu osiemnastego maja 1756 roku Wielka Brytania oficjalnie ogłasza wojnę.

W tym samym miesiącu, na usilne prośby de Vaudreuila26 o nadesłanie posiłków, z metropolii przybywa markiz de Montcalm27 i staje na czele regularnej armii kanadyjskiej - niezwykle "imponującej"! Bo liczącej aż całe cztery tysiące ludzi28! Ministrowi nie udaje się zgromadzić większych sił, a to dlatego, że wojna na kontynencie amerykańskim w żadnej mierze nie interesuje rodaków w kraju, a już na pewno nie w stopniu, w jakim ma to miejsce pośród obywateli Zjednoczonego Królestwa.

Początek kampanii zapisuje się sukcesami Montcalma. Najpierw jest to zajęcie Fort William-Henry, na południe od Jeziora George'a będącego przedłużeniem Jeziora Champlaina. Następnie w bitwie o Fort Carillon angloamerykańskie oddziały ponoszą dotkliwą porażkę. Jednakże mimo tak świetnych wyczynów wojsk francuskich, przymusowe opuszczenie Fort Duquesne oraz strata Fort Niagara, poddanego przez zbyt mały garnizon, któremu z powodu podstępnej zdrady Indian nie zdołano nadejść na czas z pomocą, aż po zajęcie we wrześniu 1759 roku Quebecu przez generała Wolfe'a29 stojącego na czele desantu ośmiu tysięcy ludzi - sprawiają, że Francuzom, choć wygrali bitwę pod Montmorency, nie udaje się uniknąć ostatecznej klęski. Montcalm zostaje zabity30, ginie Wolfe. Panami większości kanadyjskich prowincji stają się Anglicy.

Następnego roku Francuzi ponawiają próby odzyskania Quebecu, istotnego klucza do Rzeki Świętego Wawrzyńca. Bez powodzenia; wkrótce potem tracą także Montreal.

Wojna kończy się dziesiątego lutego 1763 roku wraz z podpisaniem pokoju paryskiego31. Ludwik XV zrzeka się na rzecz Anglii roszczeń do Akadii. Przekazuje także Anglikom prawa do Kanady i jej terytoriów zależnych. Nowa Francja żyje już tylko w sercach swoich synów. Jednakże Anglicy nie potrafią pozyskać sobie ludu, który udało im się podbić. Potrafią go tylko skutecznie wyniszczać. Nie da się wykorzenić poczucia narodowości, zwłaszcza gdy zdecydowana większość populacji pielęgnuje miłość do swej dawnej ojczyzny i nie rezygnuje z oczekiwań przodków. Na próżno Wielka Brytania ustanawia aż trzy centra rządowe - w Quebecu, Montrealu i w Trois-Rivi?res. Na próżno usiłuje narzucić Kanadyjczykom angielskie prawa, zmusić do złożenia przysięgi wierności. W wyniku zdecydowanych protestów mieszkańców w 1774 roku dochodzi do polubownego rozwiązania i w kolonii zostaje przywrócone prawo francuskie.

Wprawdzie Zjednoczone Królestwo nie musi się już niczego obawiać ze strony Francji, za to staje w obliczu nowego zagrożenia - Amerykanów. Ci ostatni, przemierzywszy Jezioro Champlaina, zdobywają Fort Carillon, Fort Saint-Jean i Fort Saint-Frédéric, a następnie dowodzeni przez generała Montgomery'ego maszerują na Montreal. Zajmują go i ruszają na Quebec - tego jednak nie udaje im się zdobyć z zaskoczenia.

W następnym roku, czwartego lipca 1776 roku, Stany Zjednoczone Ameryki proklamują swoją niepodległość.

Dla Frankokanadyjczyków nadchodzą najgorsze czasy. Anglików zżera nieustanna obawa, że i ta kolonia wymknie się im z rąk i dołączy do wielkiej federacji, chroniąc się pod powiewającym na horyzoncie gwiaździstym sztandarem. Niestety tak się nie dzieje - czego prawdziwi patrioci nie mogą odżałować.

W roku 1791 nowa konstytucja dzieli kraj na dwie prowincje: Górną Kanadę - na zachodzie i Dolną Kanadę, ze stolicą w Quebecu - na wschodzie. Każda z tych prowincji otrzymuje radę legislacyjną mianowaną przez Koronę oraz zgromadzenie ustawodawcze obierane co cztery lata przez wolnych dzierżawców. Wśród stu trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców tej społeczności można się doliczyć zaledwie piętnastu tysięcy osób angielskiego pochodzenia.

Ambicje agresywnych brytyjskich osadników streszczała dewiza gazety "Le Canadien", założonej w Quebecu w 1806 roku: Nasze instytucje, nasz język, nasze prawa. Zmagania trwają właśnie o ten potrójny postulat, a gdy w roku 1814 kończy je pokój w Gandawie, bilans sukcesów i porażek po obu stronach jest praktycznie identyczny.

I znów rozpoczyna się nierówna walka pomiędzy dwojgiem przeciwników rywalizujących o Kanadę. Początkowo konflikt toczy się wyłącznie na terenie politycznym. Parlamentarni zwolennicy reform, za przykładem swojego lidera, nieustraszonego Papineau32, nie zaprzestają atakować autorytetu brytyjskiej metropolii we wszelkich możliwych sprawach - w kwestiach wyborczych, w kwestii podziału ziem (przydzielanych w nieporównanie większym stopniu osadnikom pochodzenia brytyjskiego) itd., itp. Rządzący na próżno odwlekają lub rozwiązują posiedzenia, nic im to nie daje. Opozycja nie ustępuje nawet o krok. Równocześnie królewscy lojaliści33 - jak sami siebie nazywają - dążą do obalenia konstytucji z 1791 roku i zjednoczenia Kanady jako jednolitej prowincji z przewagą elementu angielskiego. Ich celem jest całkowite wyrugowanie języka francuskiego z parlamentu i z sądownictwa. Jednakże Papineau wraz ze swoimi poplecznikami przeciwdziała temu pomysłowi z tak wielką energią i determinacją, że Korona - choć tymczasowo - ale musi się wycofać ze swoich paskudnych planów.

Dyskusje przybierają na sile. Kolejne wybory sprowadzają się do nieustannych zadrażnień. W maju 1831 roku w Montrealu wybuchają zamieszki, które kosztują życie trzech frankokanadyjskich patriotów. Mieszkańcy miast i wsi coraz częściej gromadzą się na meetingach. Fala propagandy zalewa całą prowincję. Zostaje opublikowany 92-punktowy manifest krzywd Kanadyjczyków o francuskim pochodzeniu, skierowany przeciwko Anglosasom. Dokument ten wyraża między innymi żądanie postawienia w stan oskarżenia lorda Aylmera34, gubernatora generalnego Kanady. Manifest zostaje przyjęty przez zgromadzenie deputowanych, choć pada też kilka głosów przeciwnych ze strony skrajnych reformatorów, dla których zawarte w nim postulaty są niewystarczające. W roku 1834 dochodzi do nowych wyborów. Papineau i jego zwolennicy znów trafiają do parlamentu. Wierni ustaleniom poprzedniego zgromadzenia dążą do postawienia przed sądem generalnego gubernatora. Jednak w marcu 1835 roku aktualny gabinet zostaje odwołany i w miejsce lorda Aylmera na stanowisku gubernatora pojawia się królewski komisarz, lord Gosford35. Bezpośrednio podlega mu jeszcze dwóch komisarzy powołanych do rozpatrzenia przyczyn aktualnego wzburzenia. Początkowo lord Gosford przyjmuje bardzo pojednawczą postawę wobec zamorskich poddanych Korony, metoda ta nie przynosi jednak zamierzonego efektu i wcale nie zwiększa poparcia dla władzy wśród zbuntowanych deputowanych.

 

Tymczasem, dzięki nieustannej emigracji, ugrupowanie proangielskie staje się coraz liczebniejsze, co wzmacnia Anglików również w Dolnej Kanadzie. W Montrealu i w Quebecu powstają stowarzyszenia mające za cel popieranie reformatorów. Znów dochodzi do tarć; z jednej strony rząd siłą rzeczy zobowiązany jest do likwidowania wszystkich tych stowarzyszeń powstałych wbrew obowiązującemu prawu, one zaś same gotowe są w każdej chwili przystąpić do zdecydowanych działań. Nie da się ukryć, że wrze w równym stopniu po obu stronach. Element anglosaski jest hardy jak nigdy wcześniej. Anglicy stawiają sobie tylko jeden cel: za wszelką cenę i bez względu na środki doprowadzić do całkowitego zanglicyzowania Dolnej Kanady. Francuscy patrioci decydują się na opór - legalny czy nie. Rozwiązaniem podobnie napiętej sytuacji może być tylko krwawa konfrontacja. Ziemia, niegdyś tak heroicznie zdobyta przez francuskich odkrywców, już wkrótce spłynie krwią obu wrogich sobie nacji.

 

Tak oto przedstawiała się sytuacja w Kanadzie w roku 1837, to jest u progu naszej opowieści. Musieliśmy tu przywołać przyczyny wzajemnej francusko-angielskiej nienawiści, by pokazać wolę życia jednych, a także zawziętość drugich.

Czyż zresztą ta Nowa Francja nie była takim samym kawałkiem ojczyzny, jak na przykład Alzacja i Lotaryngia, brutalnie wyrwane Francuzom trzydzieści lat wcześniej? A wysiłki Frankokanadyjczyków, by zapewnić sobie przynajmniej minimum samodzielności, czyż nie były przykładem takich samych pamiętnych działań, jakie podejmowali ich rodacy z Alzacji i Lotaryngii?

 

Wieczorem dwudziestego trzeciego sierpnia doszło do spotkania lorda gubernatora Gosforda, głównego komendanta sir Johna Colborne'a, pułkownika Gore'a i ministra policji Gilberta Argalla. Zamierzali wspólnie omówić szczegóły przeciwdziałania wiszącej już na włosku rebelii.

 

Wyrazem kebec posługują się Indianie na określenie wąskiego gardła rzeki, wtłoczonej pomiędzy nagle przybliżone ku sobie przeciwległe brzegi. Stąd też nazwa stolicy, wzniesionej na przylądku, niczym na Gibraltarze, powyżej miejsca, w którym Rzeka Świętego Wawrzyńca szerokim ramieniem wlewa się do morza. Tak zwane miasto wysokie wspina się po stromym zboczu górującym ponad rzecznym nurtem, miasto tak zwane niskie ciągnie się wzdłuż wody szeregiem składów, doków, wąskich uliczek wyłożonych deskami i drewnianych - w większości - domów. Jest tam też kilka budowli bez wyraźnego stylu, pałac gubernatora, budynek poczty i kapitanatu, francuska i angielska katedry, rozległy plac często odwiedzany przez spacerowiczów, cytadela, którą zajmuje tutejszy, dość liczny garnizon... Tak oto przedstawiał się gród za czasów Champlaina, w sumie i tak o wiele bardziej malowniczo niż wszystkie pozostałe nowoczesne miasta wyrosłe wówczas w Ameryce Północnej.

Z ogrodu gubernatora roztaczał się daleki widok na wspaniałą rzekę. Poniżej jej wody rozdzielały się, a deltę jej ramion stanowiła wyspa Orlean36. Wieczór był cudny. Nawet zwykle przenikliwy północno-zachodni powiew, zazwyczaj bardzo dokuczliwy, mknący doliną Rzeki Świętego Wawrzyńca bez względu na porę roku, nie mącił słodyczy tej chwili. W cieniu na skwerku, tylko z jednej strony oświetlona blaskiem księżyca, wznosiła się regularna piramidka ku czci Wolfe'a i Montcalma37, obu razem, połączonych w dniu śmierci.

Już od godziny gubernator generalny naradzał się z trzema wybitnymi współpracownikami nad powagą sytuacji, która zmuszała ich do pozostawania w stanie najwyższej gotowości. Sygnały nadchodzącej rewolty nie pozostawiały złudzeń. Należało się przygotować na każdą, nawet najgorszą ewentualność.

Właśnie lord Gosford zapytał sir Johna Colborne'a, jaką liczbą ludzi ten może dysponować.

- Niestety zbyt małą - odparł generał. - A jeszcze będę musiał zmniejszyć w hrabstwie liczbę oddziałów, które się tu znajdują.

- Jaśniej, komendancie.

- Mogę wystawić najwyżej cztery bataliony i siedem kompanii piechoty, gdyż w żadnym razie nie powinienem zabierać żołnierzy z garnizonów w cytadelach Quebecu i Montrealu.

- Czy ma pan artylerię?

- Cztery działa polowe.

- A jazdę?

- Zaledwie szwadron.

- Jeśli trzeba będzie używać tych sił również na terenach przygranicznych - zauważył pułkownik Gore - z całą pewnością nie wystarczą! Być może, panie gubernatorze, należałoby wyrazić ubolewanie, że Jego Wysokość zlikwidował konstytucyjne stowarzyszenia powołane przez lojalistów! Mielibyśmy teraz kilka setek chętnych karabinierów, a ich pomoc w obecnej sytuacji byłaby nie do przecenienia...

- Nie mogłem pozwolić na swobodną działalność tych organizacji - odrzekł lord Gosford. - Każde ich zetknięcie z ludnością kończyło się rozróbą. Powinniśmy unikać tworzenia punktów zapalnych. Siedzimy na beczce prochu i musimy działać w białych rękawiczkach!

Gubernator generalny wcale nie przesadzał. Był to rozumny człowiek o pojednawczym usposobieniu. Od swojego przybycia do kolonii wiele razy okazywał przychylność francuskim osadnikom, posiadał też - jak to zauważył historyk Garneau - "szczyptę irlandzkiego humoru, który bardzo dobrze szedł w parze z humorem kanadyjskim". Przed wybuchem powstania szanowano go za powściągliwość i łagodność, za ducha sprawiedliwości, którego wniósł do stosunków z zarządzaną przez siebie ludnością, czy to bowiem z natury, czy z przemyślanego wyboru, ale nie znosił przemocy.

"Siła - powtarzał - dławi, ale nad niczym nie zapanuje. W Anglii zbyt łatwo zapomina się, że Kanada leży po sąsiedzku ze Stanami Zjednoczonymi. A te skończyły na wywalczeniu sobie niepodległości! Dobrze wiem, że w Londynie premier życzyłby sobie polityki przymusu. To samo we wszystkich komisjach parlamentarnych, w Izbie Lordów, w Izbie Gmin... Niestety w przeważającej większości przyjęto metodę dyskredytowania i oskarżania posłów opozycji, wydawania publicznych pieniędzy bez żadnej kontroli, zmieniania według własnego widzimisię konstytucji, tak by okazywało się, że w okręgach wyborczych nagle jest dwa razy więcej ludności angielskiej niż zwykle! Ale świadczy to tylko o braku rozsądku. W konsekwencji krew poleje się po obu stronach!".

Istotnie, zagrożenie było więcej niż realne. Ostatnie rozwiązania przyjęte przez angielski parlament wywołały wzburzenie, które pod najmniejszym pretekstem mogło się zmaterializować. Potajemne zebrania, publiczne zgromadzenia, rozgorączkowanie ulicy... Deklaracje w każdej chwili gotowe były przerodzić się w czyny. Zarówno w Montrealu, jak i w Quebecu pomiędzy zwolennikami reform a poplecznikami anglosaskiej dominacji nieustannie dochodziło do wzajemnych prowokacji. Celowali w nich zwłaszcza byli członkowie rozwiązanych lojalistycznych stowarzyszeń konstytucyjnych. Policja miała świadomość, że wezwanie do broni ogarniało kolejne dzielnice, hrabstwa, parafie... Pozwalano już sobie nawet na wieszanie na stryczku kukły generalnego gubernatora. Był najwyższy czas, by podjąć odpowiednie kroki.

 

- Czy w Montrealu widziano już pana de Vaudreuil38? - zapytał lord Gosford.

- Wydaje się, że wcale nie opuścił swojej posiadłości w Montcalm - wyjaśnił Gilbert Argall. - Ale jego towarzysze - Farran, Clerc i Vincent Hodge - niestrudzenie go odwiedzają. Są też w codziennym kontakcie z liberalnymi posłami, a zwłaszcza z adwokatem Gramontem z Quebecu.

- Jeśli wybuchną zamieszki - powiedział sir John Colborne - nikt nie będzie miał wątpliwości, że zostały przygotowane właśnie przez nich.

- A zatem aresztując ich - dodał pułkownik Gore - być może Wasza Wysokość zdławiłby spisek w zarodku...?

- Obyśmy go jeszcze nie przyspieszyli! - wykrzyknął gubernator.

A potem, zwracając się do ministra policji, zapytał:

- Jeśli się nie mylę, to pan de Vaudreuil i jego przyjaciele brali już udział w powstaniach w 1832 i w 1835 roku?

- Istotnie - odpowiedział sir Gilbert Argall - lub przynajmniej mamy wszelkie powody, by tak sądzić, choć zabrakło na to bezpośrednich dowodów i nie można ich było oficjalnie ścigać, tak jak to miało miejsce podczas spisku z 1825 roku.

- Za wszelką cenę trzeba zdobyć te dowody - powiedział sir John Colborne - i raz na zawsze skończyć z machinacjami reformatorów, nigdy więcej nie pozwólmy im na działanie. Wiem, że nie ma nic okropniejszego niż wojna domowa! Ale skoro już do niej doszło, załatwmy to bez pardonu i niech ta walka rozstrzygnie się definitywnie na korzyść Anglii!

Podobna wypowiedź jak najbardziej mieściła się w roli naczelnego komendanta sił brytyjskich w Kanadzie. Jednakże, choć John Colborne był człowiekiem zdecydowanym na powstrzymanie powstania nawet przy zastosowaniu najbrutalniejszych metod, uciekanie się do szpiegowania i inwigilacji, co jest szczególną domeną policji, raziło jego typowo wojskowy sposób myślenia. Tymczasem agenci Gilberta Argalla już od wielu miesięcy wykonywali misję nieustannego obserwowania poczynań partii frankokanadyjskiej. Miasteczka i parafie w dolinie Rzeki Świętego Wawrzyńca, nade wszystko zaś te położone w hrabstwach: Verch?res, Chambly, Laprairie, w Akadii, Terrebonne i Deux-Montagnes systematycznie przemierzali liczni szpiedzy ministra. W Montrealu, z braku stowarzyszeń konstytucyjnych, nad których rozwiązaniem tak ubolewał pułkownik Gore, zadanie eliminowania buntowników wszelkimi możliwymi sposobami wyznaczył sam sobie Doric Club - a jego członkowie zaliczali się do najzagorzalszych lojalistów. Toteż lord Gosford miał wszelkie podstawy, by się obawiać, że do powszechnego wybuchu może dojść w każdej chwili, czy to w dzień, czy w nocy.

Rozumie się, że pomimo osobistych skłonności gubernatora całe jego otoczenie parło, by popierał on raczej "biurokratów" - jak nazywano zwolenników władzy Korony - przeciwko stronnikom sprawy narodowej. Zresztą sir John Colborne bynajmniej nie opowiadał się za stosowaniem półśrodków, co dobitnie potwierdził w późniejszym czasie, gdy już zastąpił lorda Gosforda w zarządzaniu kolonią. Gdyby zaś kierować się zdaniem pułkownika Gore'a, starego wojskowego odznaczonego jeszcze pod Waterloo, należałoby natychmiast i bez zwłoki zadziałać militarnie.

 

Siódmego maja tego samego roku w Saint-Ours, miasteczku położonym w hrabstwie Richelieu, zebrali się na naradę przywódcy reformatorów. Podjęto tam ustalenia, które stały się równocześnie programem politycznym frankokanadyjskiej opozycji.

A mianowicie:

"Kanada, na wzór Irlandii, powinna się skupić wokół prawdziwego patrioty, człowieka z całego serca nienawidzącego tyranii i z całego serca kochającego swą ojczyznę, człowieka, którym nie zdołają zachwiać ani obietnice, ani groźby".

Człowiekiem tym był deputowany Papineau. W powszechnym odczuciu postrzegany był jako tutejszy O'Connell39 - "Wyzwoliciel".

Równocześnie zgromadzenie narodowe zdecydowało o - w miarę możliwości - "bojkocie towarów importowanych i korzystaniu wyłącznie z produkcji miejscowej, dla pozbawienia w ten sposób rządu dochodów z ceł nałożonych na wwóz towarów zagranicznych".

Lord Gosford musiał odpowiedzieć na te deklaracje, toteż piętnastego czerwca za pośrednictwem proklamacji zabronił jakichkolwiek buntowniczych zebrań oraz rozkazał, by zarówno administracja, jak i oficerowie milicji40 uczestniczyli w ich rozpędzaniu.

Policja działała już zresztą niezmordowanie, i to przy użyciu wszelkich chwytów. Korzystano zarówno z usług najzręczniejszych agentów, jak i nie cofano się przed prowokacją lub zdradą, i tak jak to wypraktykowano w przeszłości - przynętą były spore pieniądze.

Ale choć Papineau oficjalnie reprezentował racje reformatorów, prócz niego był ktoś jeszcze... W cieniu, pracując dla dobra sprawy, tak utajniony, że nawet najważniejsi reformatorzy stykali się z nim sporadycznie... Wokół tego człowieka osnuto prawdziwą legendę wywierającą cudowny wpływ na świadomość ludu. Znano go tylko pod enigmatycznym przydomkiem Jean bez Nazwiska.

Nie należy się wobec tego dziwić, że i podczas spotkania u generalnego gubernatora padło imię owej tajemniczej postaci.

- Cóż z tym Jeanem bez Nazwiska...? - zapytał sir John Colborne. - Czy natrafiono na jego ślad?

- Jeszcze nie - odezwał się minister policji. - Jednakże mam wszelkie powody, by sądzić, że pojawił się w hrabstwach Dolnej Kanady, a całkiem niedawno przybył do Quebecu.

- Coś takiego! Pańscy agenci nie potrafili go zgarnąć? - wykrzyknął pułkownik Gore.

- To nie takie łatwe, generale.

- Czy ten człowiek naprawdę ma tak wielkie znaczenie, jak mu się przypisuje? - zapytał lord Gosford.

- Z całą pewnością - potwierdził minister - i zapewniam Waszą Wysokość, że ten wpływ jest jeszcze większy.

- Kim on jest?

- Otóż, w zasadzie nigdy nie udało się tego ustalić... - wyjaśniał John Colborne. - Czyż nie tak, mój drogi Argall?

- To prawda, generale! Nie wiemy ani kim jest, ani skąd przybył, ani dokąd zmierza. Już w ostatnich zamieszkach przewijał się prawie niezauważalnie. Ale nie ulega wątpliwości, że wszyscy przywódcy - i Papineau, i Viger, i Lacoste, i Vaudreuil, i Farran, i Gramont, wszyscy oni liczą na jego obecność w decydującej chwili. Renoma tego całego Jeana bez Nazwiska urosła do nadnaturalnych rozmiarów w dolinie Rzeki Świętego Wawrzyńca, zarówno powyżej Montrealu, jak i poniżej Quebecu. Gdyby wierzyć legendzie, ma wszystko, aby pociągnąć za sobą wioski i miasta - niepospolitą odwagę, śmiałość do nadzwyczajnych czynów. A w końcu - tak jak mówiłem - sam jest absolutnie nieznany, spowija go całkowita tajemnica.

- Przypuszcza pan, że przybył do Quebecu? - zapytał lord Gosford.

- Tak by wynikało z raportów policyjnych - odparł Gilbert Argall. - Dlatego też zaraz wysłałem w teren jednego z moich najbardziej operatywnych ludzi, jednego z najzręczniejszych... Ripa, tego samego, który wykazał się tak wielką inteligencją w sprawie Simona Morgaza.

- Simon Morgaz - powtórzył John Colborne... - Ach! To ten, który w 1825 roku przehandlował swoich towarzyszy... wspólników spisku Chambly, za złoto...

- Ten sam!

- Wiadomo, gdzie jest teraz?

- Wiadomo tylko jedno - odrzekł Gilbert Argall - że odepchnięty przez swoich ziomków, przez wszystkich tych Frankokanadyjczyków, których zdradził, przepadł bez śladu. Może definitywnie opuścił Nowy Kontynent...? A może już nie żyje...?

- Czy sposób, który okazał się skuteczny w przypadku Simona Morgaza, nie przyniósłby efektów także wobec innych reformatorskich przywódców? - zapytał John Colborne.

- Niech pan porzuci tę myśl, generale! - odparł lord Gosford. - Ci Patrioci, trzeba to przyznać, nie ulegają żadnym naciskom. Mają się za zagorzałych przeciwników wpływów angielskich, a ich jedynym marzeniem jest niepodległa Kanada na wzór Stanów Zjednoczonych, które ją sobie zdobyły wbrew Anglii. I taka jest niestety prawda! Liczyć, że uda się ich przekupić, skłonić do zdrady, mamiąc obietnicami zaszczytów lub pieniędzmi, co to, to nie! Nigdy! Co do tego jestem przekonany, nie uda się panu znaleźć pomiędzy nimi ani jednego zdrajcy!

- To samo mówiono o Simonie Morgazie - zauważył ironicznie sir John Colborne - a przecież podał nam swoich kompanów na tacy! A swoją drogą, ten cały Jean bez Nazwiska, o którym pan mówił, kto wie czy on sam nie jest do kupienia...?

- Nie sądzę, generale - odparł żywo minister policji.

- Tak czy inaczej, czy po to, by go przekupić, czy żeby go powiesić, najpierw trzeba go znaleźć, a skoro zasygnalizowano jego obecność w Quebecu...

W tej samej chwili zza zakrętu ogrodowej alejki wyłonił się jakiś człowiek i usłużnie przystanął w odległości kilkunastu kroków od rozmawiających.

Minister natychmiast rozpoznał policjanta, a raczej prawdziwy "mózg policyjny" - tytuł, na który ze wszech miar zasługiwał nowo przybyły.

Człowiek ten nie należał bezpośrednio do oficjalnej brygady Comeau, szefa anglokanadyjskich wywiadowców.

Gilbert Argall dał mu znak, by się zbliżył.

- To Rip, z agencji Rip & Spółka - powiedział, zwracając się do lorda Gosforda. - Czy Wasza Wysokość pozwoli, by złożył nam swój raport?

 

Lord Gosford przytaknął skinieniem głowy. Rip zbliżył się i z wielkim szacunkiem oczekiwał, by - jak należało - Gilbert Argall zaczął mu zadawać pytania. Czego ten nie omieszkał uczynić:

- Jesteś pan pewien, że Jean bez Nazwiska był widziany w Quebecu? - Mogę to udowodnić, Wasza Miłość!

- Czemu wobec tego nie został jeszcze zatrzymany? - spytał lord Gosford.

- Wasza Wysokość raczy wybaczyć mnie i moim współpracownikom, ale zbyt późno zostaliśmy powiadomieni. Przedwczoraj Jean bez Nazwiska został rozpoznany, gdy odwiedzał jeden z domów przy ulicy Petit-Champlain... ten przylegający do zakładu krawca Émotarda, zaraz po lewej, licząc od pierwszych schodków w uliczce, o której mowa. Natychmiast kazałem otoczyć dom. Mieszka w nim wielmożny Sébastien Gramont, adwokat i deputowany, bardzo oddany partii reformatorów. Jednakże Jean bez Nazwiska nie pojawił się tam więcej, choć z całą pewnością deputowany Gramont utrzymuje z nim kontakt. Szukaliśmy na próżno...

 

- Myślisz, że ten człowiek wciąż przebywa na terenie Quebecu? - zapytał John Colborne.

- Nie potrafię odpowiedzieć Waszej Miłości twierdząco - odparł Rip.

- Nie znasz go pan?

- Nigdy go nie widziałem i prawdę mówiąc, jest bardzo niewielu takich, którzy go znają!

- Czy wiadomo przynajmniej, w którym kierunku wyruszył z Quebecu?

- Nie. Nie wiem.

- A masz pan jakiś pomysł w tym względzie? - spytał minister policji.

- Powiedziałbym, że ten człowiek musiał się skierować do hrabstwa Montreal, czyli na obszar szczególnie ulubiony przez agitatorów. Jeśli szykują się jakieś rozruchy, to najprawdopodobniej rozpoczną się od Dolnej Kanady. Wydedukowałem, że Jean bez Nazwiska chowa się zapewne w którejś z osad leżących bezpośrednio nad brzegiem Rzeki Świętego Wawrzyńca...

- Otóż to - wtrącił się Gilbert Argall - i właśnie od tamtej strony należy rozpocząć poszukiwania.

- W takim razie proszę wydać odpowiednie rozkazy - podsumował gubernator.

- Wasza Wysokość będzie zadowolony. Rip, od jutra opuszczasz pan Quebec z najlepszymi spośród swoich agentów. Ja ze swej strony zajmę się ścisłym nadzorem nad panem de Vaudreuil i jego towarzyszami. Z całą pewnością Jean bez Nazwiska utrzymuje z nimi częstszy lub rzadszy, ale stały kontakt. Postarajcie się za wszelką cenę odnaleźć jego ślady. To zadanie specjalne wyznaczone przez generalnego gubernatora.

- I zostanie wykonane co do joty - zapewnił naczelny szpieg agencji Rip & Spółka. - Wyruszam jutro.

- Z góry masz naszą zgodę na wszystko, co zrobisz, by pochwycić tego niebezpiecznego buntownika - powiedział Gilbert Argall. - Chcemy go dostać żywego lub martwego, byle wcześniej niż uda mu się poprzez samą swoją obecność poderwać do walki frankokanadyjską ludność. Rip, jesteś pan inteligentny i gorliwy, udowodniłeś to przed laty podczas afery Morgaza. Liczymy na ciebie powtórnie... To wszystko.

Rip zabierał się już do wyjścia, zrobił nawet kilka kroków, gdy nagle coś go powstrzymało.

- Czy mógłbym zadać Waszej Miłości jedno pytanie? - powiedział, zwracając się do ministra.

- Pytanie...?

- Tak, Wasza Miłość, i ze względu na właściwą buchalterię w księgach agencji Rip & Spółka muszę poznać na nie odpowiedź teraz.

- Pytaj więc - rzekł Argall.

- Czy za głowę Jeana bez Nazwiska została naznaczona cena?

- Jeszcze nie...

- Więc powinna zostać wyznaczona - odezwał się John Colborne.

- Jest - powiedział lord Gosford.

- A jaka to kwota...? - zapytał Rip.

- Cztery tysiące piastrów41...

- Wart jest sześć tysięcy - odparł Rip. - Będę miał spore koszty - przejazdy i zaliczki dla informatorów.

- Niech będzie - zgodził się lord Gosford.

- Wasza Wysokość nie pożałuje, że wydał te pieniądze...

- Jeśli je zarobisz... - zauważył minister.

- Tak będzie, Wasza Miłość.

I z tym zapewnieniem, być może nieco na wyrost, szef agentów z firmy Rip & Spółka odszedł.

- Ten Rip! Wydaje się pewny swego - zauważył pułkownik Gore.

- Wzbudza całkowite zaufanie - odparł Gilbert Argall. - Nawiasem mówiąc, nagroda w wysokości sześciu tysięcy piastrów jest jak najbardziej odpowiednia, by uruchomić jego zręczność i zapał. Już spisek Chambly przyniósł mu dość znaczne kwoty, a jeśli Rip lubi swój zawód, to nie mniej lubi też zarobek, który mu on przynosi. Bierzmy tego cudaka, jakim jest. Nie znam nikogo, kto nadawałby się lepiej do pochwycenia Jeana bez Nazwiska, jeśli rzecz jasna Jean bez Nazwiska w ogóle jest do pochwycenia!

Z tymi słowami generał, minister i pułkownik pożegnali lorda Gosforda. Następnie sir John Colborne wydał rozkaz pułkownikowi Gore'owi, by natychmiast wyruszył do Montrealu, gdzie ma zaczekać na pułkownika Witheralla, który otrzymał zadanie uprzedzenia lub zdławienia wszelkich buntowniczych ruchów w parafiach hrabstwa.

 

 

1 Arpent - tu: miara powierzchni stosowana dawniej we Francji i Nowej Francji; w Nowej Francji liczyła około 3420 m2.

2 Słowa te wypowiedział Voltaire, w ten sposób wyrażając pogardę wobec wartości ekonomicznej Kanady, a co za tym idzie całej Nowej Francji w wieku XVIII; ta ironiczna opinia stała się w pewnym sensie obowiązująca we Francji metropolitalnej, a najprawdopodobniej późniejsze wydarzenia polityczne sprawiły, że bardzo głęboko zapadła w świadomość rozgoryczonych Kanadyjczyków, którzy do dzisiaj powołują się na ów krzywdzący dla siebie osąd.

3 W całym tekście przymiotnik "amerykański" odnosi się zdecydowanie do geografii ziem, o których mowa; we współczesnym odczuciu tyczyłby raczej USA.

4 Chodzi o króla Francji Franciszka I Walezjusza (1494-1547); w drugiej połowie swojego panowania nieustannie rywalizował z Karolem Habsburgiem (późniejszym cesarzem Karolem V), który m.in., jako władca Hiszpanii, stał się również władcą posiadłości w Nowym Świecie.

5 Galia - w starożytności nazwa nadana przez Rzymian obszarowi zamieszkanemu przez plemiona celtyckie.

6 Jacques Cartier (1491-1557) - francuski podróżnik i odkrywca, znany z licznych wczesnych odkryć na terytorium dzisiejszej Kanady (m.in. Rzeka Świętego Wawrzyńca, Wyspa Edwarda).

7 Malończyk (fr. Malouin) - mieszkaniec Saint-Malo.

8 Nazwa Kanada pochodzi od słowa kanata (lub kanada) oznaczającego w języku Irokezów i Huronów skupisko chat, czyli osadę.

9 Henryk IV (1553-1610) - król Francji w latach 1572-1610, pierwszy z dynastii Burbonów.

10 Samuel de Champlain (ok. 1567-1635) - francuski podróżnik, odkrywca, kolonizator Kanady, pierwszy gubernator, zwany "ojcem Nowej Francji"; kontynuował odkrywcze dzieło Jacques'a Cartiera, jednocześnie prowadząc intensywną akcję kolonizacyjną i tworząc podstawy pod francuską dominację w Ameryce Północnej.

11 Pierre Dugua de Mons (1560 lub 1564-1628) - francuski kupiec, badacz i kolonizator Nowej Francji.

12 Algonkini - wyodrębniony wg kryterium językowego zespół około 100 plemion Indian Ameryki Północnej, m.in.: Mohikanie, Delawarowie, Kri, Arapaho, Czejenowie, Czarne Stopy, Szaunisi.

13 Huroni - plemię Indian z Ameryki Północnej; w XVI-XVII wieku stworzyło silną federację przeciwko Algonkinom.

14 Irokezi - Indianie Ameryki Północnej, których języki tworzą irokeską grupę językową, m.in.: Czerokezi, Huroni, Kajuga, Mohawkowie, Oneida, Onondaga, Seneka.

15 1627 - u Verne'a: 1620.

16 Kompania Nowej Francji (Kompania Kanadyjska) - kompania handlowa i kolonizacyjna działająca w latach 1627-1663 (u Verne'a: od 1628 roku).

17 Ocean - w domyśle Ocean Atlantycki.

18 W roku 1632 - Champlain w latach 1629-1632 był więziony w Londynie i przypłynął do Francji 1 marca 1633, skąd wyruszył 23 marca i 22 maja 1633 dotarł do Quebecu; wspomniany traktat rzeczywiście został podpisany w 1632 roku.

19 Jean-Baptiste Colbert - minister Ludwika XIV.

20 Alexandre de Prouville de Tracy - porucznik-generał Nowej Francji, jego bardzo brutalna działalność - uciekał się do klasycznych sposobów eksterminacji Irokezów (a przy okazji innych plemion) - wywołała wieloletnie wojny Francuzów z Indianami, a przede wszystkim sprawiła, że stracili oparcie w ludności tubylczej na nowym kontynencie.

21 Akadia (franc. Acadie, ang. Acadia) - kolonia francuska w Ameryce Północnej; zajmowała obszar od wschodnich wybrzeży kontynentu do ujścia Rzeki Świętego Wawrzyńca, od południa graniczyła z Nową Anglią (z dzisiejszym Maine).

22 W latach 1703-1725 gubernatorem Nowej Francji był Philippe de Rigaud, kawaler de Vaudreuil, przybyły do Kanady w roku 1687, który zmarł w Quebecu w roku 1725; czwarty z jego synów (na dwanaścioro dzieci), Pierre de Rigaud de Vaudreuil, piastował to samo stanowisko w latach 1755-1759.

23 Wydaje się, że w tym miejscu Verne się pomylił: Philippe de Vaudreuil był pierwszym z rodziny sprawującym funkcję gubernatora Nowej Francji; wprawdzie rodzina de Vaudreuil'ów zapisała się znacząco w historii Kanady, lecz dzięki potomkom Philippe'a; natomiast we Francji genealogię tej rodziny można wyprowadzić już od XII w.

24 Wojna o sukcesję austriacką - 1740-1748.

25 Terytorium Ohio (Kraj Ohio) - nazwa używana w XVIII-wiecznej Ameryce w odniesieniu do ziem położonych pomiędzy Appalachami, rzeką Ohio i jeziorem Erie; jedno z pierwszych pograniczy w Stanach Zjednoczonych, obszar obejmujący niemal cały dzisiejszy stan Ohio, wschodnie partie stanu Indiana, zachodnią Pensylwanię i północno-zachodnią Wirginię Zachodnią; kwestię zasiedlenia tego regionu historycy uważają za główną przyczynę wybuchu wojny z Francuzami i Indianami.

26 Był to Pierre de Rigaud de Cavagnal de Vaudreuil, gubernator Nowej Francji od 1 stycznia 1755 roku, urodzony w Quebecu w 1698 roku, zmarły bezpotomnie w Paryżu w roku 1778.

27 Louis-Joseph de Montcalm-Gozon (1712-1759) - markiz de Saint-Véran, francuski generał, uczestnik wojny w koloniach amerykańskich (Brytyjska wojna z Indianami i Francuzami).

28 Gdy gubernator Pierre de Vaudreuil zwrócił się o pomoc do metropolii, usłyszał odpowiedź ministra Maurepasa: "Kiedy płonie zamek, nie gasi się stajni".

29 James Wolfe (1727-1759) - brytyjski generał; brał udział w bitwie pod Culloden oraz o Quebec.

30 Oblegany przez Anglików Quebec poddał się 18 września 1759 roku. Montcalm został zabity. W związku z tym gubernator Pierre de Vaudreuil skapitulował w Montrealu w imieniu całej kolonii i w myśl postanowień kapitulacji został odesłany do Francji, lecz po przybyciu do Paryża natychmiast zamknięto go w Bastylii i oskarżono o oddanie Nowej Francji nieprzyjacielowi. Jego proces toczył się aż do roku 1763 i zakończył oczyszczeniem z zarzutów oraz uwolnieniem.

31 Pokój paryski - układ podpisany w Paryżu 10 lutego 1763 roku, kończący wojnę siedmioletnią; sygnowany przez Anglię, Francję i Hiszpanię, przyznawał zdecydowane zwycięstwo Anglii; zgodnie z jego postanowieniami Francja utraciła prawie całe swoje posiadłości w Ameryce Północnej na rzecz Anglii, pozostał jej tylko niewielki archipelag (pozostawiony ze względu na łowiska) - Saint Pierre (pow. wyspy 24 km?) i Miquelon (pow. 216 km?).

32 Louis-Joseph Papineau (1786-1871) - prawnik, kanadyjski polityk, inicjator i przywódca rebelii w Dolnej Kanadzie.

33 Lojaliści na ziemiach amerykańskich, w odróżnieniu od Patriotów (zwolenników niepodległości kolonii w Nowym Świecie), utożsamiani byli z brytyjskimi torysami, czasem też tak nazywani.

34 Matthew Whitworth-Aylmer (1775-1850) - 5. baron Aylmer, brytyjski oficer i administrator, gubernator brytyjskiej Ameryki Północnej.

35 Archibald Acheson 2. earl of Gosford (1776-1849) - gubernator generalny Brytyjskiej Kanady.

36 Orlean - L'île d'Orléans; pełna nazwa wyspy to Saint-Jean-de-l'Ile-d'Orléans.

37 Przeciwnicy w walkach o Quebec, markiz Montcalm i generał James Wolfe, zginęli tego samego dnia, 14 września 1759 roku.

38 Wydaje się, że de Vaudreuil, którego Julisz Verne uczynił jednym z bohaterów tej powieści, jest postacią fikcyjną. W latach, w których toczy się akcja, nie było już bezpośredniego potomka gubernatorów z rodziny de Vaudreuil. W roku 1763 posiadłość senioralną rodziny zakupili potomkowie drugiej linii Rigaud (braci Philippe'a) w osobie kuzyna, inżyniera Michela Chartier de Lotbini?re'a. Posiadłość przeszła następnie na jego syna, a w roku 1829 z kolei na wnuczkę Josephine, żonę Roberta Unwina Harwooda. Od tego momentu dziedzictwo de Vaudreuil'ów znajdowało się w rękach rodziny Harwoodów aż do roku 1854, gdy wraz z upadkiem systemu senioralnego tereny te dały początek miasteczku, którego pełna nazwa brzmi Municipalité Regionale de Vaudreuil-Soulanges (obecnie około 22 tys. mieszkańców, położone na obrzeżach Montrealu, na linii Quebec-Montreal-Toronto).

39 Daniel O'Connell, zwany "Wyzwolicielem" (1775-1847) - irlandzki polityk i przywódca narodowy z I połowy XIX w., zwolennik dążenia do niepodległości drogą parlamentarną; w roku 1829 doprowadził do równouprawnienia katolików (zyskali prawa wyborcze i możliwość sprawowania funkcji państwowych).

40 W owym czasie na całym terenie Ameryki Północnej w znacznym stopniu opierano się na oddziałach ochotniczych - czyli milicji.

41 Piastr lub dolar równa się pięciu frankom i dzieli się na sto centów; każdy cent równa się mniej więcej jednemu sou [przyp. J. Verne'a].

Rozdział II

Dwanaście lat wcześniej

 

Simon Morgaz! Imię znienawidzone w każdej, nawet najnędzniejszej chacie jak Kanada długa i szeroka! Imię od lat wzbudzające powszechną odrazę! Simon Morgaz, ten Simon Morgaz... - zdrajca, który sprzedał swoich druhów i swój kraj.

Dzisiejsza Francja wie już, jak nieprzejednaną wzgardą karze się zbrodnie przeciw ojczyźnie.

Działo się to w roku 1825 - czyli na dwanaście lat przed rebelią z roku 1837... Kilku Frankokanadyjczyków zawiązało konspiracyjne stowarzyszenie, którego celem było wyrwanie Kanady spod ciążącej wszystkim coraz bardziej dominacji angielskiej. Ludzie odważni, rzutcy, energiczni, dobrze sytuowani, w większości wywodzący się spośród pierwszych osadników, którzy wznosili Nową Francję, nie mogli się pogodzić z myślą, że ich kolonia raz na zawsze dostała się we władanie Anglii. Nawet przy założeniu, że kraina ta nie powinna powrócić do potomków Cartiera i Champlaina, jej odkrywców z XVI wieku, to czyż nie zasługiwała na niepodległość? Z całą pewnością tak. I właśnie by zdobyć ową niepodległość, grupa patriotów zaryzykowała własnymi głowami.

Należał do nich również pan de Vaudreuil, potomek dawnych gubernatorów Kanady z epoki panowania Ludwika XIV, jednej z tych francuskich rodzin, których nazwiska zostały po wsze czasy uwiecznione na mapie Kanady w postaci nazw geograficznych.

 

W owym czasie pan de Vaudreuil, urodzony w 1790 roku w hrabstwie Vaudreuil, położonym pomiędzy rzekami Świętego Wawrzyńca na południu a Outaouais na północy, na granicy z prowincją Ontario - miał trzydzieści pięć lat.

Przyjaciele pana de Vaudreuil wszyscy, jak on sam, posiadali francuskie korzenie, jednak kolejne mariaże z angloamerykańskimi rodzinami pozmieniały im brzmienie nazwisk. Tak było na przykład z profesorem Robertem Farranem z Montrealu, François Clerkiem, bogatym właścicielem z Châteauguay, i kilkoma innymi, którzy z racji urodzenia lub majątku wywierali rzeczywisty wpływ na mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek.

Niekwestionowanym przywódcą spisku obwołano Waltera Hodge'a, rodowitego Amerykanina. Choć ten miał już na karku sześćdziesiątkę, upływ lat w najmniejszym stopniu nie ostudził jego gorącej krwi. Podczas wojny o niepodległość zapisał się jako jeden z tych samozwańczych zuchwalców, zwanych skinners, których gwałty Waszyngton tolerował ze względu na skuteczność, z jaką szarpali królewskie wojska. Wiadomo, że od końca XVIII wieku Stany Zjednoczone usiłowały zainteresować Kanadę przystąpieniem do federacji amerykańskiej. Wyjaśnia to, skąd wziął się w sprzysiężeniu, a nawet stanął na jego czele rodowity Amerykanin Walter Hodge. Czyż nie należał do tych, dla których dewizą stały się słowa podsumowujące doktrynę Monroego: "Ameryka dla Amerykanów!"42.

Walter Hodge wraz z towarzyszami nie zaprzestawał protestów przeciwko coraz to bardziej bezczelnemu zdzierstwu ze strony angielskiej administracji. W roku 1822 nazwiska ich figurowały pod petycją przeciwko unii Dolnej i Górnej Kanady, wraz z nazwiskami obu braci Sanguinet, którzy osiemnaście lat później, jak tyle innych ofiar, zapłacili własnym życiem za przywiązanie do partii narodowej. Walczono również piórem i słowem, na przykład gdy wyrażano sprzeciw wobec nierównego podziału ziem, przyznawanych wyłącznie lojalnym urzędasom tylko po to, aby kolejnym sposobem umocnić element angielski. Dodatkowo narodowcy zwalczali też z wielkim uporem, i to personalnie, gubernatorów Sherbrooke'a, Richmonda, Monka i Maitlanda, a także, opowiadając się po stronie wszelkich akcji podejmowanych przez posłów opozycji, stanowili ważki front w zarządzaniu kolonią.

Jednakże w roku 1825 niezależnie od liberalnych deputowanych zawiązał się spisek mający bardzo określony cel. A choć Papineau i jego towarzysze: Cuvillier, Bédard, Viger, Quesnel i inni - o niczym nie wiedzieli, to w razie sukcesu Walter Hodge podczas organizowania nowej władzy mógłby na nich liczyć. Frankokanadyjczycy wiedzieli, że przede wszystkim powinni pozyskać sobie lorda Dalhousie'a43, który od roku 1820 sprawował w Ameryce Północnej funkcję generalnego gubernatora angielskich kolonii.

Od swojego przybycia lord Dalhousie wydawał się zwolennikiem polityki pojednania. Z całą pewnością właśnie dzięki niemu katolicki arcybiskup Quebecu został oficjalnie uznany, a w Montrealu, Rose i Regiopolis ustanowiono trzy nowe biskupstwa. Ale rząd brytyjski odmówił Kanadzie prawa do samostanowienia. Członkowie izby ustawodawczej, mianowani dożywotnio przez Koronę, wszyscy bez wyjątku rodowici Anglicy, całkowicie zignorowali izbę deputowanych wybranych przez tutejszych obywateli. Na sześćset tysięcy mieszkańców, pośród których pięćset dwadzieścia pięć tysięcy stanowili Frankokanadyjczycy, trzy czwarte urzędów obsadzono biuralicją pochodzenia saksońskiego. I znów powróciła kwestia zakazu używania w kolonii francuskiego jako języka urzędowego.

Przeciwdziałać temu rozporządzeniu można było już tylko przy użyciu siły. Pozyskać sobie lorda Dalhousie'a oraz najważniejszych członków rady ustawodawczej, a następnie - po udanym zamachu stanu - sprowokować w całym hrabstwie Świętego Wawrzyńca powszechne rozruchy, ustanowić rząd tymczasowy i poczekać na wybory, które udzielą mu narodowego mandatu, oraz rzucić do walki z regularną armią oddziały milicji obywatelskiej... Oto jakie cele przyświecały Walterowi Hodge'owi, Robertowi Farranowi, François Clercowi i panu de Vaudreuil.

Całkiem możliwe, że spisek by się powiódł, gdyby nie zdrada jednego z jego uczestników.

Do Waltera Hodge'a i jego frankokanadyjskich współtowarzyszy dołączył niejaki Simon Morgaz, o którym wypada tu powiedzieć nieco więcej.

W 1825 roku Simon Morgaz liczył sobie czterdzieści sześć lat. Wykonywał zawód adwokata w okolicy, w której liczba adwokatów znacznie przewyższała liczbę ich potencjalnych klientów, jak zresztą i liczba tamtejszych lekarzy, których było więcej niż chorych. Ledwo wiązał koniec z końcem w Chambly, mieścinie położonej na lewym brzegu rzeki Richelieu, około dziesięć mil francuskich44 od Montrealu, znajdującego się po przeciwnej stronie Rzeki Świętego Wawrzyńca.

Simon Morgaz, stanowczy i energiczny, dał się zauważyć podczas protestów reformatorów przeciwko działaniom rządu brytyjskiego. Jego bezpośredni sposób bycia oraz przyjemna fizjonomia wzbudzały sympatię otoczenia i nikomu nie przyszłoby nawet na myśl, że pewnego dnia spoza tej ujmującej powierzchowności objawi się twarz zdrajcy.

Simon Morgaz miał żonę. Młodszej od niego o osiem lat Bridget Morgaz stuknęło właśnie trzydzieści osiem lat. Z pochodzenia była Amerykanką, córką majora Allena, wsławionego wielką odwagą podczas wojny o niepodległość, w której uczestniczył jako adiutant polowy Washingtona. Należał do typów szczerze lojalnych, aż do granic ideału, potrafiłby z niezmąconym spokojem Regulusa45 poświęcić życie za dane słowo.

Simon Morgaz i Bridget spotkali się i zapoznali w Albany, w stanie Nowy York. Młody adwokat miał frankokanadyjskie pochodzenie, co w oczach majora Allena stanowiło sprzyjającą okoliczność - nigdy nie oddałby swej córki potomkowi Anglików. Choć Simon Morgaz nie posiadał żadnego osobistego majątku, młode stadło dysponowało przyzwoitym zabezpieczeniem w postaci spadku po matce Bridget - choć bez szaleństw. Małżeństwo zostało zawarte w Albany w 1806 roku.

Żywot małżonków mógł być całkiem szczęśliwy... ale nie był. Bynajmniej nie poszło o to, że Simon Morgaz nie darzył swojej żony względami, przeciwnie - żywił ku niej szczere uczucia. Namiętnością, która go niszczyła, były karty. Spadek Bridget rozszedł się w zaledwie parę lat, a choć Simon Morgaz miał opinię zdolnego adwokata, jego praca nie wystarczyła na pokrycie strat. Nie była to jeszcze nędza, ale już spore trudności finansowe, których konsekwencje jego żona znosiła z podziwu godnym samozaparciem. Bridget nigdy nie czyniła mężowi wyrzutów. Gdy przekonała się, że jej rady trafiają w próżnię, przyjęła na siebie z pokorą i - powiedzmy to - z odwagą próbę, jaką zgotowało jej życie, choć ich przyszłość rysowała się bardzo niepewnie.

W istocie Bridget nie bała się o siebie. W pierwszych latach małżeństwa wydała na świat dwoje dzieci, które ochrzciła tym samym imieniem, lekko tylko zmodyfikowanym, mającym przypominać o ich podwójnym, zarówno francuskim, jak i amerykańskim pochodzeniu. Starszy, Joann, urodził się w 1807, młodszy zaś, Jean, w 1808 roku. Bridget poświęciła się całkowicie wychowaniu synów. Joann miał łagodny charakter, Jean zaś był pełen wigoru. U obu jednak - czy to pod powierzchownością łagodną, czy żywiołową - kryły się natury niezwykle czynne. W życiu rodzinnym obydwaj w widoczny sposób brali stronę matki, a obdarzeni powagą, zamiłowaniem do pracy i prawością, z którą podchodzili do otaczającego ich świata, posiadali walory, jakich pozbawiony był Simon Morgaz. Ojca traktowali z należnym mu szacunkiem, nic jednak ponadto. W stosunkach z nim brakowało tej naturalnej dziecięcej, bezgranicznej skłonności będącej istotą rodzinnych więzów. Matce za to byli oddani bez granic. Serca ich przepełniały uczucia, na które ona jedna potrafiła odpowiedzieć. Bridget i jej synowie złączeni byli podwójną synowsko-matczyną miłością, której nic nigdy nie potrafiłoby rozerwać.

Gdy minęło dzieciństwo, Joann i Jean, rok po roku, wstąpili do college'u w Chambly. W wyższych klasach często wskazywano na nich jako na wzorowych uczniów. Następnie, gdy skończyli dwanaście i trzynaście lat, zostali zapisani do college'u w Montrealu, jak poprzednio, nadal zajmując tam najwybitniejsze szeregi. Zostały im jeszcze dwa lata do ukończenia nauki, gdy nastąpiły wydarzenia roku 1825.

Wprawdzie Simon Morgaz i jego żona najczęściej przebywali w Montrealu - gdzie kancelaria adwokacka Simona z każdym dniem coraz bardziej chyliła się ku upadkowi - to przecież zachowali skromny dom w Chambly. Od czasu, gdy Simon Morgaz przystąpił do konspiracji, tam właśnie Walter Hodge spotykał się ze swoimi poplecznikami. Pierwszym działaniem spiskowców miało być zaaresztowanie generalnego gubernatora i osadzenie w Quebecu rządu tymczasowego.

W miasteczku Chambly, chronieni murami nierzucającego się w oczy budynku, spiskowcy czuli się o wiele bezpieczniej, niż miałoby to miejsce w Montrealu, gdzie ryzykowali bezwzględny nadzór policji. Mimo to postępowali z wielką ostrożnością, szczególnie tropiąc oznaki donosicielstwa. I tak, żeby nie wzbudzać podejrzeń podczas przewożenia broni i amunicji, złożono je u Simona Morgaza. Również bezpośredni sygnał do zrywu miał paść z domu w Chambly, czyli stamtąd, gdzie spotykali się uczestnicy spisku.

Tymczasem do gubernatora i jego otoczenia doszły pogłoski o przygotowywanym przeciwko Koronie zamachu stanu. Na wszelki wypadek deputowanych reprezentujących nieustającą opozycję poddano ściślejszemu dozorowi.

Musimy tu podkreślić, że ani Papineau, ani jego parlamentarni poplecznicy nic a nic nie wiedzieli o zamiarach Waltera Hodge'a. Wyznaczony na dwudziestego szóstego sierpnia wybuch powstania w równym stopniu miał być zaskoczeniem dla wrogów co dla przyjaciół.

Tymczasem w przeddzień naznaczonego terminu późno wieczorem policyjni agenci dowodzeni przez Ripa wpadli do domu Simona Morgaza. Za jednym zamachem pochwycili wszystkich zebranych tam konspiratorów, którzy nie zdążyli zniszczyć sekretnej korespondencji ani spalić listy zaufanych ludzi. Agenci przejęli także ukrytą w piwnicach domu broń. Spisek został odkryty. Aresztowano winowajców i pod dobrą eskortą odprowadzono ich do więzienia w Montrealu. Oprócz Waltera Hodge'a za kraty trafili Robert Farran, François Clerc, Simon Morgaz, Vaudreuil, a z nimi jeszcze z dziesiątka innych Patriotów.

 

Jak do tego doszło?

W Quebecu działał niejaki Rip, Anglokanadyjczyk z pochodzenia, który prowadził agencję detektywistyczną, wykonując śledztwa na prywatne zlecenia. Rząd wielokrotnie korzystał z tych usług, oczywiście za każdym razem sowicie wynagradzając efekty jego szczególnych zdolności.

Przedsiębiorstwo Ripa działało oficjalnie pod nazwą Rip & Spółka. Prace na rzecz policji traktował jak każdy inny dochodowy biznes uwidoczniony w księgach rachunkowych, gdzie sam występował jako pośrednik opłacany ryczałtem - czy to za rewizje, czy to za aresztowania lub szpiegowanie. Był to człowiek niezwykle sprytny, błyskotliwy, a także odważny i umiejący się znaleźć... jak to się mówi - trzymający rękę na pulsie - albo bardziej zgodnie z prawdą - nos w cudzych sprawach. Pozbawiony całkowicie skrupułów, nie miał cienia moralnych sentymentów.

W roku 1825, gdy Rip założył swoją agencję, liczył sobie trzydzieści trzy lata. Plastyczne rysy twarzy oraz zamiłowanie do przebieranek już wówczas ułatwiały mu występowanie w różnych okolicznościach pod różnymi nazwiskami. Simona Morgaza znał od kilku lat, zetknął się z nim bowiem z racji licznych spraw sądowych. Na podstawie nieznacznych drobiazgów, którym ktoś mniej wprawny nie poświęciłby żadnej uwagi, uznał, że adwokat z Montrealu musi być zamieszany w przygotowywany spisek.

Rip osaczył adwokata i nie spuszczał go z oka, odkrywając jego najbardziej osobiste tajemnice, składał mu wizyty w domu, choć Bridget Morgaz wcale nie kryła antypatii, którą w niej wzbudzał.

W końcu przejęty na poczcie list dał mu praktycznie pewność o udziale Morgaza w sprzysiężeniu. Minister policji, poinformowany przez Ripa o wyniku tych działań, nakazał mu postępować chytrze z Simonem Morgazem, zwłaszcza że wiedziano o kłopotach finansowych tego ostatniego. Tak więc pewnego dnia Rip przyparł nieszczęśnika do muru, stawiając go przed wyborem: albo zostanie oskarżony o zdradę stanu, albo jeśli poda nazwiska swoich wspólników i inne szczegóły spisku Chambly, otrzyma zawrotną kwotę stu tysięcy piastrów.

W jednej chwili Morgaz został starty na proch! Zdradzić towarzyszy! Sprzedać ich za cenę złota! Oddać na stryczek...! A jednak ugiął się i przystał na zaproponowane warunki. Nim jednak odkrył sekrety spiskowców, otrzymał zapewnienie, że nikt nigdy nie dowie się o tej nikczemnej wymianie. Ustalono nawet, że wywiadowcy zatrzymają go wraz z pozostałymi, że tak jak pozostali spiskowcy będzie sądzony przez tych samych sędziów i skazany na taką samą karę - główną, gdyż w przypadku buntu nie mogło być innej. Jednakże tuż przed jej wykonaniem uda mu się zbiec.

Wiedza o szczegółach tego podłego planu miała pozostać pośród trzech osób: ministra policji, szefa agencji Rip & Spółka oraz samego Simona Morgaza.

Sprawy odbyły się tak, jak to założono. We wskazanym przez zdrajcę dniu spiskowcy zostali znienacka zaskoczeni w domu w Chambly. W konsekwencji dwudziestego piątego września 1825 roku Walter Hodge, Robert Farran, François Clerc, Vaudreuil, kilku innych towarzyszy, a także Simon Morgaz zajęli w sądzie ławę oskarżonych.

Na zarzuty przedstawiane im przez adwokata Korony - jak to się dzisiaj mówi - sędziego-adwokata46 oskarżeni odpowiadali tylko poprzez słuszne i już bezpośrednie ataki na rząd brytyjski. Argumentom prawnym mogli przeciwstawić jedynie najczystszy patriotyzm. Czyż nie wiedzieli, że nic ich już nie uratuje? Zostali przecież z góry skazani...

Rozprawa toczyła się zwyczajnym trybem od kilku godzin, gdy zdarzył się incydent, za przyczyną którego wyszła na jaw prawda o postępowaniu Simona Morgaza.

Jeden z powołanych z Chambly świadków, wielmożny Turner, zeznał, że adwokata wielokrotnie widziano, gdy rozmawiał z szefem agencji Rip & Spółka. Deklaracja ta natychmiast oświeciła Waltera Hodge'a i Vaudreuila, potwierdzając tylko ich wcześniejsze przeczucia oparte na dziwnym zachowaniu Simona Morgaza. Logika podpowiadała, że było prawie niemożliwe, aby tak starannie zorganizowana konspiracja została tak łatwo odkryta bez udziału donosiciela. Ripowi zadano wiele pytań, na które odpowiadał wyraźnie zażenowany. Ze swej strony Simon Morgaz próbował się bronić. Robił to jednak w sposób tak nieumiejętny, posuwał się do tak absurdalnych stwierdzeń, jego wyjaśnienia przybierały tak dziwaczną postać, że zarówno współoskarżeni, jak i sędziowie szybko wyrobili sobie pogląd o jego udziale w całej sprawie. Cóż... znalazł się nędznik, który zaprzedał swoich towarzyszy, a zdrajcą tym okazał się Simon Morgaz.

Nieuchronnie w ławie oskarżonych pojawiły się odruchy odrazy, które szybko przeniosły się i na publiczność tłoczącą się na sali oraz w sądowych przedsionkach.

- Panie przewodniczący sądu - powiedział Walter Hodge - prosimy, aby Simon Morgaz opuścił tę ławę, gdyż nie jest godzien naszego towarzystwa i bruka ją swoją obecnością! Nie chcemy dłużej plamić się kontaktem z tym człowiekiem!

Vaudreuil, Clerc, Farran i wszyscy inni przyłączyli się do Waltera Hodge'a, który w końcu nie wytrzymał i rzucił się na Morgaza, tak że musieli interweniować strażnicy. Sędzia posiłkowy gwałtownie wziął stronę oskarżonych i zażądał, by przystać na ich prośbę. Przewodniczący sądu wydał rozkaz odprowadzenia Simona Morgaza do więzienia. Okrzyki, które towarzyszyły jego wyjściu, groźby, których stał się przedmiotem, wyraźnie wskazywały za jak wielką hańbę poczytuje mu się tę zdradę. Zdradę, która miała kosztować życie najgorliwszych głosicieli kanadyjskiej niepodległości.

 

Istotnie, Walter Hodge, François Clerc, Robert Farran, uznani za przywódców spisku z Chambly, zostali skazani na śmierć. Dwa dni później, dwudziestego siódmego września, po wygłoszeniu ostatniego apelu do patriotycznych uczuć swoich krajan stracili życie na szafocie.

Co do pozostałych, pomiędzy którymi znajdował się też pan de Vaudreuil, czy to dlatego, że dowody przeciwko nim były mniej obciążające, czy też dlatego, że rząd chciał ukarać śmiercią tylko najniebezpieczniejszych prowodyrów, dość że darowano im życie. Skazani na dożywocie, odzyskali wolność w roku 1829 za przyczyną amnestii dla wszystkich więźniów politycznych.

A co się stało z Simonem Morgazem po egzekucji jego niedawnych towarzyszy? Wydano rozkaz uwolnienia go i pozwolono na opuszczenie więzienia w Montrealu. Postarał się więc jak najspieszniej zniknąć innym z oczu.

Jednakże powszechna anatema zaciążyła na jego imieniu i w konsekwencji uderzyła w nieszczęsne istoty najmniej winne dokonanej zdrady. Bridget Morgaz w brutalny sposób została wyrzucona z mieszkania w Montrealu, a potem również z domu w Chambly, dokąd schroniła się na czas trwania procesu. Musiała też odebrać z college'u obu swoich synów, wyrzuconych ze szkoły tym razem z powodu faktu, że ich ojciec zasiadał na ławie oskarżonych za zbrodnię przeciwko państwu.

Gdzież to Simon Morgaz zdecydował się ukryć swą pożałowania godną osobę, gdy kilka dni później dołączyła do niego żona z dziećmi? Początkowo w odległej mieścinie, a wkrótce potem całkiem poza granicami montrealskiego okręgu.

Bridget nie mogła jednak uwierzyć w zbrodnię swojego męża, tak jak ani Joann, ani Jean nie przyjęli do wiadomości czynu swojego ojca. Cała czwórka zaszyła się w osadzie Verch?res, w hrabstwie o tej samej nazwie, położonej na prawym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca. Mieli nadzieję, że nie zdarzy się nic, co znów wystawiłoby ich na wrogość otoczenia. I tak nieszczęśni biedowali... Żyli nędznie, gdyż Simon Morgaz, choć za pośrednictwem agencji Rip & Spółka przyjął zapłatę za swą zdradę, bardzo uważał, aby nie ujawnić się z tym przed żoną i synami. W ich obecności niezmiennie głosił swoją niewinność, przeklinał ludzką niesprawiedliwość, która niczym fatum zaciążyła nad nim i jego rodziną. Przecież, powiadał, gdyby zdradził, czyż nie miałby teraz do dyspozycji naprawdę dużych pieniędzy? Czy byłby zmuszony pogrążać się w coraz większym niedostatku, w nędzy, której widmo z każdym dniem było coraz bliżej?

Bridget Morgaz dała się zwieść tym zapewnieniom i trwała w przekonaniu, że jej mąż nie ponosił żadnej winy. Argumentacja ta stanowiła dla niej pociechę, gdyż przeczyła oskarżycielom. Przeciwko niemu świadczył tylko fatalny zbieg okoliczności... Nie pozwolono mu się wytłumaczyć... Stał się ofiarą tragicznego splotu wydarzeń... Pewnego dnia sprawiedliwości stanie się zadość... Simon był niewinny!

W przypadku obu synów można jednak było zauważyć nieznaczną zmianę zachowania w stosunku do głowy rodziny. Starszy, Joann, najczęściej trzymał się z dala i nawet nie chciał myśleć o niesławie, która od teraz stała się udziałem nazwiska Morgaz. Argumenty zarówno za, jak i przeciw, które przychodziły mu na myśl, odsuwał od siebie, tak jakby nie chciał ich nawet tykać. Nie zamierzał osądzać ojca, gdyż obawiał się, że będzie musiał uznać jego winę. Gdy tylko matka z bratem zaczynali biadania nad niesprawiedliwością wyroku, zamykał oczy, milkł, wychodził... Z całą pewnością nieszczęsne dziecko trwożyło się, że człowiek, który jest jego ojcem, okaże się winowajcą.

Jean przeciwnie. Jego postawa była całkowicie odwrotna. Niewzruszenie wierzył w uczciwość niedawnego wspólnika Waltera Hodge'a, Farrana i Clerca, choć za winą ojca przemawiało sporo poszlak. Bardziej niż brat niepohamowany, mniej wyważony w sądach, dał się ponieść porywom synowskiej miłości. Ze wszystkich sił trwał przy więzach krwi, więzach, które tak trudno rozerwać. Chciał publicznie bronić ojca. Gdy tylko słyszał, że mówiono coś na temat Simona Morgaza, serce podchodziło mu do gardła, a jego matka musiała tłumić te wybuchy. Nieszczęsna rodzina żyła w Verch?res pod przybranym nazwiskiem, w największej nędzy materialnej i moralnej. Nie wiadomo nawet, na objawy jak wielkiej przemocy mogłaby być narażona, gdyby mieszkańcy miasteczka przypadkiem odkryli jej prawdziwą tożsamość.

Tak oto jak Kanada długa i szeroka, i w miastach, i w najmniejszych mieścinach, imię Simona Morgaza stało się najpodlejszym z przekleństw, na równi z Judaszem, a zwłaszcza z Blackiem i Denisem Vitré, których nazwiska od dawna stanowiły dla Frankokanadyjczyków synonimy przeklętych zdrajców.

Tak! W roku 1759 Francuz Denis de Vitré ośmielił się pilotować angielską flotę do serca Quebecu, czym przyczynił się do wydarcia stolicy z rąk Francji! Tak! W 1797 roku niejaki Black, Anglik, oddał w ręce policji skazanego za spisek niepodległościowy Amerykanina Mac Lane'a, człowieka, który mu zaufał! Potem ten dzielny patriota został powieszony, a po śmierci odcięto mu głowę i wyrwano wnętrzności, które następnie spalono!

A teraz, zamiast jak niegdyś o Blacku i Vitrém, mówiono o Simonie Morgazie! Przeklęta triada!

Tymczasem mieszkańców Verch?res dość szybko zaniepokoiła obecność dziwnej rodziny, o której nikt nie wiedział, skąd się wzięła, owianej nieustanną tajemnicą i trzymającą się na uboczu. Plotki i podejrzenia nie kazały na siebie długo czekać. Pewnej nocy na drzwiach domu Morgazów pojawił się napis: "Black".

Nazajutrz jego żona, dwóch synów i on sam opuścili Verch?res. Po przeprawieniu się przez Rzekę Świętego Wawrzyńca zatrzymali się na kilka dni w wiosce na lewym brzegu i znów, gdy uwaga miejscowych niebezpiecznie skupiła się na nich, odeszli. Byli już tylko rodziną bezdomnych, ściganą przez powszechną dezaprobatę. Można by powiedzieć, że w ślad za nimi postępowała biblijna Zemsta dzierżąca w dłoni płonącą żagiew, dokładnie tak samo jak wówczas, gdy ścigała zabójcę Abla. Simon Morgaz wraz z najbliższymi nigdzie nie zagrzał miejsca. Tym sposobem przemierzyli hrabstwa: Assomption, Terrebonne, Deux-Montagnes, Vaudreuil, posuwając się coraz dalej na wschód, na coraz mniej zaludnione tereny, jednak i wszędzie tam w końcu rzucano im w twarz ich nazwisko.

W dwa miesiące od wykonania wyroku dwudziestego siódmego września cała czwórka - ojciec, matka, Jean i Joann - znajdowała się już na terytorium Ontario. Z Kingston, gdzie zostali rozpoznani w oberży, musieli się wynieść prawie natychmiast po przybyciu. Simon Morgaz z wielkim trudem wymknął się nocą, na próżno Bridget i Jean starali się go obronić! Zresztą sami też ledwie uszli przed prześladowcami, a Joann, osłaniając ich ucieczkę, nieomal postradałby życie.

Spotkali się nad brzegiem jeziora, w odległości kilku mil za Kingston. Doszli do wniosku, że skoro nawet w Górnej Kanadzie, jak dotychczas nieopanowanej przez reformatorskie idee, nie ma dla nich miejsca, pozostaje im już tylko ruszyć wzdłuż biegu rzeki na południe i dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Ale czy po drugiej stronie granicy nie czeka ich takie samo przyjęcie? Ostatecznie był to kraj, w którym wciąż żywo pamiętano zdradę Blacka, obywatela amerykańskiego...

Najlepszym chyba rozwiązaniem byłoby osiąść w jakiejś całkiem zapadłej krainie, może nawet pośród indiańskich plemion, gdzieś, gdzie zła sława imienia Morgaz jeszcze nie dotarła. Próżne nadzieje. Nieszczęsnych wypędzano zewsząd. Wszędzie ich rozpoznawano, zupełnie jakby na czołach nosili wypalony znak hańby, prowadzący ich prosto pod publiczny pręgierz.

Tymczasem nadszedł listopad. Jakże mozolna stała się droga, na której trzeba było stawiać czoła złej pogodzie - lodowatym wichrom i bezlitosnym mrozom, towarzyszącym zwykle zimowej porze w Krainie Wielkich Jezior! Przyjęło się, że gdy mijali wioski, synowie zwykle kupowali trochę żywności, a w tym czasie ojciec trzymał się z dala. Gdy tylko mogli, nocowali w opuszczonych chatach, jeśli się nie dało - w skalnych szczelinach albo w wykrotach drzew w bezkresnych lasach porastających te rozległe tereny.

Z każdym dniem wędrówki Simon Morgaz coraz bardziej zapadał się w sobie, ponury, nieprzystępny, dziki... Przed bliskimi nie przestawał się wybielać, zupełnie jakby tłumaczył niewidzialnemu sędziemu, który krok w krok za nim postępując, wykrzykiwał słowa oskarżenia: Zdrajca! Zdrajca...! Już ani żonie, ani swoim dzieciom nie ośmielał się spoglądać prosto w oczy. Bridget starała się go pocieszać tkliwymi słowami, Joann zachowywał milczenie, a Jean stale głośno protestował:

- Ojcze! Ojcze! - powtarzał - nie pozwól się zniszczyć! Czas odda ci sprawiedliwość! Twoi oszczercy będą musieli wyznać, że się mylili... że mieli przeciwko tobie tylko poszlaki! Ojcze! Ty? Ty miałbyś zdradzić przyjaciół i sprzedać własną ojczyznę!

- Nie, nie - odpowiadał Simon Morgaz, lecz tak cicho, że z trudem dało się pochwycić, co mówił.

I tak rodzina, wędrując od wioski do wioski, dotarła do wysuniętej najdalej na zachód odnogi jeziora47, w odległości kilku mil od fortu w Toronto. Wystarczyło tylko dojść brzegiem do rzeki Niagara, przebyć miejsce, w którym wpada ona do jeziora, by znaleźć się po stronie amerykańskiej.

Lecz... czy to Simon Morgaz chciał się zatrzymać? Zapewne lepiej byłoby zrobić przeciwnie, podążyć jak najdalej na zachód i jak najprędzej znaleźć się w krainie tak odległej, że nie dotarła do niej jeszcze ich niesława... Jakiego miejsca szukał? Nie wiedzieli tego ani jego żona, ani synowie. Szedł wciąż przodem, a oni tylko podążali w ślad za nim.

Trzeciego grudnia pod wieczór nasi nieszczęśnicy, całkowicie wyczerpani, zatrzymali się w jaskini częściowo zarośniętej przez kolczaste krzewy - wyglądało to na opuszczone leże jakichś większych zwierząt. Złożyli na piasku nędzne resztki jedzenia, które im jeszcze zostały. Bridget upadała pod ciężarem cierpień fizycznych i moralnych. Rodzina za wszelką cenę powinna się w końcu zatrzymać w najbliższej indiańskiej wiosce, zaznać choć przez kilka dni gościnności, której tak bezlitośnie odmówili im wszyscy Kanadyjczycy.

Joann i Jean, trawieni przeraźliwym głodem, zjedli trochę dziczyzny. Tego wieczora ani Simon, ani Bridget nie chcieli lub nie mogli niczego przełknąć.

- Ojcze! - zawołał Jean - zadbaj o swoje siły!

Simon Morgaz nie odpowiadał.

- Ojcze! - odezwał się Joann, który od opuszczenia Chambly ani razu nie zwrócił się bezpośrednio do ojca - ojcze, nie możemy już iść dalej! Matka nie wytrzyma kolejnych trudów...! Jesteśmy prawie na amerykańskiej granicy, czy masz zamiar ją przekroczyć?

Simon Morgaz spojrzał na swego starszego syna, ale prawie natychmiast spuścił oczy. Joann domagał się odpowiedzi.

- Ojcze! Widzisz przecież w jakim stanie jest matka! Nie jest zdolna do najmniejszego ruchu! Jest jak w letargu, bez krzty siły! Jutro nie da rady się dźwignąć! Poniesiemy ją razem z bratem! Ale musimy przynajmniej wiedzieć, dokąd zmierzasz, czy nie jest to za daleko...! Jaka jest twoja decyzja, ojcze?

Simon Morgaz nie odpowiedział, pochylił tylko jeszcze niżej głowę i zaszył się w najciemniejszym kącie jaskini.

Nadeszła noc. Niczym niezmącona pustka. Niskie niebo zaległy ciężkie chmury, gotowe w każdej chwili zamienić się w nieprzeniknioną mgłę. Nieruchomego powietrza nie ożywiał najdrobniejszy powiew. Ciszę tej pustyni mąciło tylko dalekie wilcze zawodzenie. Zaczął padać ciężki i gęsty śnieg.

Panował przenikliwy ziąb. Jean nazbierał suchych gałęzi i podpalił je w kącie jaskini, blisko wyjścia, tak by zostawić ujście dla dymu.

Bridget, rozciągnięta na kupce suchych badyli, które umościł dla niej Joann, trwała bez poruszenia. Resztka tlącego się w niej życia objawiała się tylko rzężącym oddechem i z jej ust co jakiś czas dobywało się ciężkie westchnie. Podczas gdy przycupnięty przy niej Joann trzymał ją za rękę, Jean zajmował się - o ile to było w ogóle możliwe - ogarnięciem ich tymczasowego schronienia, przynajmniej podtrzymaniem ognia, czyli w miarę znośnej temperatury.

Simon Morgaz, skurczony w głębi jamy, na wpół leżąc bez ruchu, całym sobą wyrażał bezgraniczną rozpacz, tylko jego wykrzywioną twarz noszącą wyraz obrzydzenia do samego siebie ożywiały pełgające smugi ognia.

Ognisko przygasało i Jean poczuł, że mimo woli zamykają mu się oczy.

Ile godzin spędził w niespokojnej drzemce? Nie wiedział. Kiedy się przebudził, dogasały ostatnie węgle.

Jean podniósł się i dołożył naręcze patyków, a ognisko z sykiem rozpaliło się na nowo, rozświetlając jaskinię.

Bridget i Joann, jedno obok drugiego, spali głęboko. Ale Simona Morgaza nie było. Dlaczego opuścił schronienie, w którym spoczywali jego żona i synowie?

Jean, gnany niespokojnym przeczuciem, rzucił się na zewnątrz i w tej samej chwili rozległa się detonacja.

Bridget i Joann zerwali się na równe nogi. Oboje doskonale słyszeli oddany z bliska wystrzał. Bridget wydała okrzyk przerażenia i z pomocą synów wydostała się z jaskini. Nie zrobili nawet dwudziestu kroków, gdy natknęli się na rozciągnięte na śniegu ciało. Ciało Simona Morgaza. Nieszczęsny strzelił sobie prosto w serce z pistoletu. Był martwy. Joann i Jean cofnęli się na ten widok z udręką. Przed oczami przewinęły im się wydarzenia z ostatnich miesięcy. Wina ojca byłaby więc prawdą?! Czy tylko w akcie desperacji postanowił zakończyć egzystencję, której nie mógł już dłużej udźwignąć...?

Bridget upadła na ciało męża. Tuliła je w ramionach... Nie chciała uwierzyć w hańbę człowieka, którego nazwisko nosiła.

Joann objął matkę i odprowadził do jaskini. Potem wrócił i razem z bratem złożył ciało ojca na tym samym miejscu, gdzie ten siedział kilka godzin wcześniej.

Z kieszeni martwego wypadł portfel. Joann sięgnął po niego, a wówczas wysunął się i rozsypał po ziemi plik banknotów. Była to zapłata za donos na przywódców spisku Chambly...! Ani matka, ani synowie nie mogli mieć teraz wątpliwości! Joann i Jean uklękli przy Bridget. Przy zwłokach zdrajcy, który sam sobie wymierzył sprawiedliwość, w tej chwili była już tylko zhańbiona rodzina, a imię tej rodziny miało zostać na zawsze pogrzebane wraz z tym, który je zniesławił.

 

 

42 Doktryna Monroego - program polityczny z 1823 roku, sformułowany przez prezydenta USA Jamesa Monroego i sekretarza stanu J.Q. Adamsa; głosił zasadę nieingerencji w sprawy europejskie oraz uznawał za akt wrogi wobec USA każdą interwencję państw europejskich na obu kontynentach amerykańskich.

43 George Ramsay, earl of Dalhousie (1770-1838) - brytyjski żołnierz i administrator, m.in. gubernator generalny Brytyjskiej Kanady w latach 1820-1828.

44 Mila francuska (fr. lieue) - miara długości licząca 4 km; w dalszej części tekstu będzie używane wyrażenie "mila francuska", w odróżnieniu od "mili morskiej", lub "mili" w rozumieniu mili lądowej, która mierzy 1609 m.

45 Regulus (Marcus Atilius Regulus, III w. p.n.e.) - rzymski wódz z czasów wojen punickich, uosobienie rzymskich cnót i wierności danemu słowu; pojmany przez Kartagińczyków w 256 roku p.n.e. i wysłany przez nich z poselstwem do Rzymu, przyrzekł powrócić do Kartaginy, jeśli nie uda się zawrzeć traktatu pokojowego; dotrzymując danego słowa, wrócił do Afryki, gdzie został zamęczony na śmierć.

46 Dzisiaj powiedzielibyśmy jeszcze inaczej: prokurator.

47 Chodzi o jezioro Ontario, przez które przebiega granica pomiędzy Kanadą a Stanami Zjednoczonymi.