Rozdział II
Saint-Denis i Saint-Charles
Dzień boju był bliski. Przeciwnicy gotowi. Jakie miejsce stanie się teatrem walki? Rzecz jasna wszystkie hrabstwa sąsiadujące z Montrealem, w których to wrzenie przybrało nagle zatrważające dla władz rozmiary, zwłaszcza w hrabstwach Verch?res i Saint--Hyacinthe. Szczególnie wyróżniały się dwa najbogatsze hrabstwa, przez które toczyła swe wody rzeka Richelieu, położone w odległości kilku mil od siebie - Saint-Denis, gdzie reformatorzy zgrupowali swe główne siły, i Saint-Charles, w którym Jean po przybyciu z Maison-Close gotował się do dania sygnału do walki. Generalny gubernator podjął wszelkie kroki, jakich wymagały zaistniałe okoliczności. Reformatorzy nie mogli nawet marzyć, by zgodnie z pierwotnym planem uwięzić z zaskoczenia gubernatora i władzę królewską zastąpić władzą demokratyczną. Przeciwnie, musieli raczej liczyć się z atakiem ze strony urzędników. Powstańcy zajęli najlepsze pozycje, na jakie pozwalały im obecne okoliczności. Następnie przeszli z defensywy do ataku. Pierwsze zwycięstwo odniesione w hrabstwie Saint-Hyacinthe oznaczało powszechny zryw ludności zamieszkującej brzegi Rzeki Świętego Wawrzyńca, zerwanie pęt anglosaskiej tyranii od jeziora Ontario po ujście Rzeki. Lord Gosford nie lekceważył żadnych, nawet najmniejszych zajść. Dysponował bardzo ograniczonymi siłami, które w przypadku rozprzestrzenienia się rewolty zostałyby w jednej chwili zmiecione. Pozostawało mu tylko uderzenie w samo serce Patriotów, równocześnie w Saint-Denis i w Saint--Charles. Przygotowania do tej akcji Anglicy rozpoczęli zaraz po wypadkach w Longueuil. Sir John Colborne, wódz naczelny anglokanadyjskiej armii, podzielił ją na dwa korpusy. Na czele jednego postawił podpułkownika Witheralla, na czele drugiego - pułkownika Gore'a. Pułkownik Gore natychmiast, jeszcze dwudziestego drugiego listopada, wyruszył z Montrealu. Jego korpus składał się z pięciu kompanii fizylierów i oddziału kawalerii, a za całą artylerię musiało mu wystarczyć jedno działko polowe. Do miasteczka Sorel dotarł wieczorem tego samego dnia. Choć pogoda była naprawdę paskudna, a droga praktycznie nie do przebycia, nie zawahał się nakazać oddziałom nocny marsz. Planował wydać bitwę powstańcom zgromadzonym w Saint-Charles, a wcześniej rozpędzić tych z Saint-Denis. Przed walką zamierzał dokonać oficjalnych aresztowań i w tym celu towarzyszył mu poseł sprawujący równocześnie funkcję szeryfa. Pułkownik Gore opuścił Sorel kilka godzin wcześniej, nim przybył tam porucznik Weir z Trzydziestego Drugiego Regimentu, z pilną depeszą od sir Johna Colborne'a. Wiadomość była ważna, porucznik ruszył więc na przełaj z tak wielką gorliwością, że znalazł się w Saint--Denis przed żołnierzami Gore'a i wpadł w ręce powstańców. Doktor Nelson, dowodzący obroną, przesłuchał młodego oficera i uzyskał wyznanie, że królewscy żołnierze są już w drodze i można się ich spodziewać nad ranem. Oddał jeńca pod straż kilku ludziom, z rozkazem, aby traktowali go z należnymi mu względami.
Przygotowania do walki zakończono w najwyższym pośpiechu. Pośród kompanii Patriotów znalazł się oddział o nazwie "Bobry" i oddział "Rakiet". Oba znane ze swoich umiejętności w posługiwaniu się bronią palną. Pod rozkazami doktora Nelsona byli też sam Papineau oraz kilku innych deputowanych, komisarz generalny Philippe Pacaud, a dalej pan de Vaudreuil, Vincent Hodge, André Farran, William Clerc i Sébastien Gramont. Na sygnał dany przez Jeana wszyscy oni dołączyli do reformatorów, pozbywając się - nie bez pewnego trudu - depczącej im po piętach montrealskiej policji. Podobnie stało się z Clary de Vaudreuil, która przybyła, aby towarzyszyć ojcu. Nie widziała się z nim od pamiętnych wydarzeń na farmie Chipogan. Od czasu, gdy wystawiono za nim nakaz aresztowania, gdy został zmuszony do zaniechania wszelkich kontaktów z willą Montcalm, pan de Vaudreuil nie przestawał się martwić o córkę, zdaną na własne siły, narażoną być może na wiele niebezpieczeństw. Dlatego, gdy tylko podjął decyzję o przystąpieniu do obrońców Saint-Denis, zaproponował Clary, aby tam do niego dołączyła. Clary posłuchała bez wahania, zwłaszcza że nie wątpiła w ostateczny sukces Patriotów, na których czele - o czym wiedziała - miał stanąć Jean. Tak więc pan i panna de Vaudreuil spotkali się w owej mieścinie, gdzie znaleźli schronienie w domu ich przyjaciela, sędziego Fromenta.
Tymczasem podjęto decyzję, do której Papineau, choć wbrew chęciom, musiał się dostosować. Doktor Nelson i kilku jego doradców przekonało tego dzielnego posła, że powinien opuścić teatr bezpośrednich działań militarnych, gdyż życie jego jest zbyt cenne, aby niepotrzebnie je narażać. Tak więc, wbrew sobie, Papineau opuścił Saint-Denis i zgodził się, aby ukryto go w bezpiecznym miejscu, gdzie nie mógł zostać wytropiony przez agentów Gilberta Argalla.
Noc upłynęła powstańcom na odlewaniu kul i wyrabianiu naboi. Nie tracąc ani chwili, pracowali przy tym wszyscy bez wyjątku, i syn doktora Nelsona ze swoimi towarzyszami, i pan de Vaudreuil z przyjaciółmi. Niestety ich uzbrojenie pozostawiało sporo do życzenia. Nieliczne strzelby, jakie posiadali, były to wyłącznie strzelby skałkowe7, niezbyt celne, a ich zasięg ograniczał się tylko do stu kroków. Wprawdzie podczas zaopatrywania w broń poszczególnych komitetów Jean nie zapomniał o hrabstwie Saint-Denis, jednak w przewidywaniu powszechnych rozruchów broń i amunicję podzielono po równo, bez koncentrowania jej w jednym miejscu. Tymczasem te przydałyby się tutaj bardziej niż gdzie indziej, gdyż głównego uderzenia spodziewano się właśnie na Saint-Charles i Saint-Denis.
Tymczasem pułkownik Gore pomimo zimna i nocy nieprzerwanie posuwał się ze swą armią do przodu. Niedaleko Saint-Denis w jego ręce wpadło dwóch Frankokanadyjczyków, od których dowiedział się, że powstańcy nie pozwolą przejść żołnierzom i że zamierzają bić się na śmierć i życie. W związku z tym pułkownik Gore nie pozwolił swoim ludziom nawet na chwilę odpoczynku i wygłosił przemowę, której konkluzja sprowadzała się do stwierdzenia, że "nie ma na co czekać". Następnie podzielił wojsko na trzy oddziały, jeden skierował do lasku obrastającego miasteczko od wschodu, drugi rozmieścił wzdłuż rzeki, a z trzecim, ciągnącym ich jedyną armatę, ruszył jak poprzednio głównym królewskim traktem.
O szóstej rano doktor Nelson z Vincentem Hodge'em i panem de Vaudreuil dosiedli koni, by udać się na rekonesans wzdłuż drogi w kierunku Saint-Ours. Panowały jeszcze nocne ciemności, tak głębokie, że o mało nie zderzyli się z forpocztą zmierzającej ku nim armii. Natychmiast cichcem się wycofali i pędem zawrócili do Saint-Denis. Wydano rozkaz zniszczenia mostów, a w miasteczku rozdzwoniły się dzwony. W ciągu kilku minut Patrioci zgromadzili się na placu. Ilu ich było? Najwyżej siedmiuset do ośmiuset, tylko nieliczni uzbrojeni w fuzje, pozostali mieli z sobą kosy, widły i piki, ale wszyscy byli równie zdecydowani nawet za cenę życia odeprzeć żołdaków pułkownika Gore'a.
Każdego, kto był zdolny do oddania celnego strzału, doktor Nelson umieścił na wyznaczonej pozycji, a mianowicie: sześćdziesiąt osób, a pośród nich pana de Vaudreuil i Vincenta Hodge'a, na drugim piętrze kamiennego domu stojącego tuż przy głównej drodze. W odległości dwudziestu pięciu kroków, za murem gorzelni należącej do doktora, trzydziestu - z Williamem Clerkiem i André Farranem. W głębi zaś sklepu - dalszych dziesięciu Patriotów, w ich szeregu deputowanego Gramonta. Pozostali, których uzbrojenie ograniczało się do białej broni, schowali się za ogrodzeniem kościoła, w każdej chwili gotowi zewrzeć się z nacierającymi w walce wręcz.
Prawie równocześnie z ukończeniem tych przygotowań, około dziewiątej trzydzieści rano, doszło do zdarzenia tyleż tragicznego, co nigdy naprawdę niewyjaśnionego, nawet podczas toczącego się dużo później procesu, którego stało się powodem. Porucznik Weir, jeniec przebywający przy powstańczym oddziale, dostrzegłszy awangardę pułkownika Gore'a, rzucił się do ucieczki, chcąc dołączyć do swoich. Potknął się jednak i nie zdążył już powstać, rozsiekany szablami. W tym samym momencie zabrzmiały wybuchy. Pierwszy pocisk wystrzelony z działa w kierunku kamiennego domu zniósł dwóch Kanadyjczyków ustawionych na drugim piętrze, a trzeci z nich został śmiertelnie trafiony w oknie. Przez następne minuty po obu stronach trwała wymiana strzałów. Widoczni jak na dłoni królewscy żołnierze płacili teraz drogo za pogardliwe lekceważenie, z jakim podeszli do tego "chłopstwa", jak zwykł nazywać rebeliantów dowódca ich armii. Grad kul z kamiennego domu dziesiątkował napastników. Przy armacie zginęło już trzech kanonierów, każdy z gotową do zapalenia lontownicą w dłoni. Ale mimo to pociski armatnie zrobiły wyłom w murze i wkrótce drugie piętro kamiennego domu nie dawało najmniejszej osłony.
- Na parter! Na parter! - krzyczał doktor Nelson.
- Tak - zgodził się Vincent Hodge - stamtąd będziemy mieli bliżej do czerwonych kurtek!
Zbiegli czym prędzej i kanonada z muszkietów rozgorzała na nowo. Reformatorzy wykazywali się nieprzeciętną odwagą. Wybiegali nawet na całkowicie odsłoniętą drogę. Doktor wysłał swego adiutanta O. Perraulta z Montrealu, by zaniósł im rozkaz wycofania się, lecz adiutant został trafiony dwiema kulami i padł zabity. Przez następną godzinę trwała nieustanna wymiana ognia, w sumie na niekorzyść napastników, którzy wciąż nie mogli wyjść spoza osłaniającego ich muru i pobliskich stert drewna. Wówczas to pułkownik Gore, widząc, że kończy mu się amunicja, rozkazał kapitanowi Markmanowi zajść Patriotów od tyłu. Wskazany oficer usiłował wykonać rozkaz, lecz podczas tego manewru stracił większość ludzi, aż w końcu sam został ugodzony kulą, która zrzuciła go z konia. Spod ostrzału wynieśli go jego podkomendni. Dla królewskich żołnierzy sprawy przybrały zły obrót. Na drodze wybuchła jakaś wrzawa i nacierający zrozumieli, że to oni zostali otoczeni. Pojawiła się nowa osoba - ta sama, wokół której Frankokanadyjczycy gromadzili się równie chętnie jak pod swym sztandarem...
- Jean! Jean bez Nazwiska! - krzyczeli zewsząd, potrząsając bronią.
Rzeczywiście był to Jean... i to na czele stu powstańców przybyłych z Saint-Antoine, Saint-Ours i Contrec?ur. Pomimo świszczących ponad powierzchnią rzeki kul armatnich przeprawili się przez Richelieu. Jeden z pocisków uszkodził nawet wiosło na promie, na którym przebywał Jean.
- Naprzód "Bobry"! Naprzód "Rakiety"! - nawoływał do walki.
Na to wezwanie Patrioci ruszyli na królewskich żołdaków. Ci, którzy opierali się jeszcze w oblężonym domu, zachęceni nadejściem nieoczekiwanych posiłków, opuścili swoją osłonę. Pułkownik Gore musiał teraz bronić swego odwrotu w kierunku Sorel, pozostawiając w rękach zwycięzców jedyne działo i licznych jeńców. Jego straty wyniosły trzydziestu rannych i tylu samo zabitych, podczas gdy powstańcy mieli dwunastu zabitych i czterech rannych.
Tak oto potoczyła się bitwa pod Saint-Denis. W ciągu paru godzin wiadomość o zwycięstwie reformatorów rozeszła się po sąsiednich parafiach, docierając aż do hrabstw leżących przy brzegach Rzeki Świętego Wawrzyńca. Był to wprawdzie sam początek, jednak bardzo obiecujący dla zwolenników sprawy narodowej. A ponieważ powstańcy oczekiwali rozkazów od swoich przywódców, Jean wyznaczył im miejsce kolejnego zwycięstwa: "Patrioci! Do Saint-Charles!".
Cóż, nie zapomniano, że miasteczko to było zagrożone przez oddziały Whiteralla. Godzinę później pan de Vaudreuil i Jean - pożegnawszy Clary, której zdali sprawę z sukcesów tego dnia - dołączyli do towarzyszy w drodze ku Saint-Charles. Tam dwa dni później miały się decydować losy całego powstania 1837 roku.
Miasteczko Saint-Charles, w którym skoncentrowały się główne siły reformatorów, stało się teatrem najważniejszych działań tej insurekcji. Do niego też zmierzał podpułkownik Whiterall z armią, której bynajmniej nie można było lekceważyć. Brown, Desrivi?res, Gauvin i pozostali zorganizowali silną obronę. Cały czas mogli liczyć na powszechny zapał ludności, objawiający się już wcześniej, na przykład wygnaniem z miasta jednego z notabli, niejakiego Debartzcha sprzyjającego Anglikom. Zresztą właśnie z opuszczonego przez tego człowieka domostwa uczyniono coś w rodzaju fortecy i Brown, tutejszy przywódca powstańców, założył w nim swój obóz z głównymi siłami.
Saint-Denis od Saint-Charles dzieli dystans nie większy niż sześć mil, tak więc tego pamiętnego dnia - dwudziestego trzeciego listopada - hałas wybuchów artyleryjskich niósł się swobodnie z jednego miasteczka do drugiego. Jeszcze przed nocą miejscowa ludność wiedziała już, że oddziały królewskie zostały zmuszone do odwrotu w kierunku Sorel. To pierwsze zwycięstwo wywołało wielkie wrażenie. We wszystkich domach pootwierano na oścież drzwi, całe rodziny wychodziły ogarnięte jakimś patriotycznym delirium!
Tylko jedna siedziba pozostała jak zwykle zamknięta na głucho - Maison-Close. Położony na zakręcie głównej drogi, a przez to nieco oddalony od obozu powstańców, dom Bridget był dzięki tej lokalizacji nieco mniej narażony w razie ataku królewskich wojsk niż sąsiednie posiadłości.
Bridget została w nim sama. Czekała, gotowa w każdej chwili przyjąć synów, gdyby okoliczności zmusiły któregoś z nich do szukania u niej schronienia. Ale w tym momencie ojciec Joann przemierzał właśnie parafie Górnej Kanady, nawołując do insurekcji, a Jean z kolei stanął otwarcie na czele Patriotów. Imię jego powtarzano sobie wzdłuż całego biegu Rzeki Świętego Wawrzyńca. Dotarło nawet do tak odosobnionego miejsca jak Maison-Close, a wraz z tym imieniem wiadomość o zwycięstwie w Saint-Denis, w którym miał swój udział.
Bridget zadawała sobie pytanie, czy Jeana nie ma już przypadkiem w obozie Saint-Charles... A jeśli jest, to czy nie zechce odwiedzić swej matki? Czy nie stanie w progu tego domostwa, żeby opowiedzieć jej, czego dokonał i co jeszcze zamierza... żeby uściskać ją być może po raz ostatni? W rzeczywistości wizyta taka zależała od przebiegu powstania. Bridget czuwała więc, by o każdej porze czy to nocą, czy za dnia być gotową na przyjęcie syna.
Na wieść o klęsce pod Saint-Denis lord Gosford, w obawie, żeby siły zwycięzców spod Saint-Denis nie wzmocniły Patriotów z Saint--Charles, rozkazał korpusowi Witheralla zawrócić. Za późno. Kurierzy wysłani z Montrealu przez sir Johna Colborne'a zostali po drodze zatrzymani, i korpus Witheralla zamiast się cofnąć, nadal podążał na Saint-Charles. Od tej chwili nie było już w ludzkiej mocy zapobiec starciu powstańców z tego miasta z żołnierzami regularnej armii.
Dwudziestego czwartego listopada do obrońców obozu w Saint--Charles dołączył Jean bez Nazwiska. Wraz z Jeanem przybyli tam pan de Vaudreuil, André Farran, William Clerc, Vincent Hodge i Sébastien Gramont. Dwa dni wcześniej dzierżawca Harcher i jego pięciu synów opuścili wioskę Saint-Albans i po przekroczeniu amerykańskiej granicy ruszyli w kierunku Saint-Charles, zdecydowani do końca wypełnić swój obowiązek. Zresztą, musimy tu wyraźnie zaznaczyć, że nikt z naszych bohaterów nie wątpił w ostateczne zwycięstwo. Ani przywódcy frakcji opozycyjnej, ani pan de Vaudreuil i jego przyjaciele, ani Thomas Harcher, ani Pierre, Rémy, Michel, Tony i Jacques - jego dzielni synowie - ani też nikt z tutejszych mieszkańców, podekscytowanych myślą, że oto z ich miasteczka padnie ten ostateczny cios zadany anglosaskiej tyranii.
Przed przystąpieniem do ataku na Saint-Charles podpułkownik Witherall oznajmił Brownowi i jego towarzyszom, że jeśli się poddadzą, włos nie spadnie im z głowy. Propozycja ta została jednogłośnie odrzucona. Ale samo jej złożenie oznaczało, ni mniej, ni więcej, że królewscy żołnierze nie czują się na siłach, by zdobyć obóz. Nie! Nie ma mowy, aby weszli do Saint-Charles i wyrżnęli w odwecie Patriotów! Gdy tylko pojawią się oddziały pułkownika Witheralla, zostaną odepchnięte i rozpędzone! Armię królewską czeka kolejna klęska! Tym razem już definitywna, która zapewni powstańcom ostateczną wiktorię! Takie nastroje panowały w szeregach Patriotów.
Domniemanie, że obrońcy obozu są liczni, byłoby błędne. Nic więcej, jak zaledwie garstka, sama elita partii. Wodzów i podkomendnych, wszystkich razem, nie było więcej niż dwie setki. Za oręż mieli kosy, piki i kije, z rzadka fuzje skałkowe, a jako przeciwwagę dla królewskiej artylerii dwa stare działa, i to jeszcze nie całkiem sprawne.
Podczas gdy powstańcy szykowali się na spotkanie z nią, kolumna Witheralla maszerowała sprawnie, niezatrzymywana przez typowe dla tej pory roku przeszkody. Było wprawdzie zimno, lecz nadzwyczaj sucho. Tak więc oddziały posuwały się szybkim krokiem, a armaty toczyły się gładko po zamarzniętej ziemi i nie trzeba ich było mozolnie wyciągać ze śnieżnych zasp ani wydobywać z błota.
Reformatorzy czekali. Po ostatnim zwycięstwie z entuzjazmem, dodatkowo podekscytowani obecnością swoich wodzów, takich jak: Brown, Desrivi?res, Gauvin, Vincent Hodge, Vaudreuil, Amiot, Papineau, Marchessault, Maynard, a zwłaszcza Jeana bez Nazwiska. Wszyscy widzieli, jak zareagował na propozycję złożenia broni uczynioną przez podpułkownika Witheralla. Gotów był odpowiedzieć natychmiast, lecz wystrzałem z fuzji, ciosem kosy lub piki.
Jednakże obóz powstańców położony na obrzeżu miasteczka miał pewne mankamenty, którym nie sposób już było zaradzić. Chociaż z jednej strony chroniła go rzeka, a z drugiej stosy zrąbanych grubych pni piętrzących się wokół domu Debartzcha, to z tyłu dominowało nad nim spore wzgórze. Otóż powstańcy byli zbyt nieliczni, aby obsadzić to wzniesienie. W razie więc gdyby królewskim żołnierzom udało się zająć tam pozycje, reformatorzy zostaliby wystawieni na strzały, a podziurawiony pociskami dom Debartzcha nie stanowiłby żadnej osłony. Na dodatek musieliby odeprzeć atak i znaleźliby się w sytuacji obleganych. Czy Brown i jego towarzysze zdołają stawić czoła napastnikom?
Około drugiej po południu dały się słyszeć jakieś oddalone hałasy. A w ślad za nimi wielkie zamieszanie. W oddali, na przełaj polami, zmierzała w kierunku Saint-Charles czereda kobiet, dzieci i starców. Byli to umykający mieszkańcy okolicznych wiosek. Na horyzoncie wzbiły się w niebo kłęby czarnego dymu z podpalanych po drodze domów. Jak okiem sięgnąć płonęły farmy. Nadejście kompani Witheralla znaczyły ruiny i masakry. Brownowi udało się zatrzymać uciekinierów i wyłuskać spośród nich tych, którzy nadawali się do walki. Następnie przekazał ich pod komendę Marchessaulta i pobiegł na drogę po następnych. Marchessault wydał konieczne rozkazy w celu przedłużenia oporu i ukrył swych ludzi za sągami rozłożonymi po całym obozie.
- To tutaj - powiedział - rozstrzygną się losy całego narodu! To tutaj musimy się bronić...
- Aż do śmierci... - dodał Jean bez Nazwiska.
W tej chwili granicę obozu dosięgły pierwsze wybuchające pociski i stało się jasne, że od samego początku przewaga będzie po stronie królewskich żołdaków. Wystawienie swoich ludzi na bezpośredni ogień ukrytych za sągami drewna powstańców, którym udało się już zestrzelić kilku napastników, było ze strony Witheralla objawem wielkiej nieudolności. Ale i tak dla dowódcy dysponującego trzystoma lub nawet czterystoma piechurami i kawalerzystami, a do tego dwoma działami, opanowanie obozu Saint-Charles, a następnie zgniecenie jego obrońców przedstawiało się łatwo. Wydał rozkaz obejścia zaimprowizowanych szańców i zajęcia położonego za domem wzgórza. Manewr ten odbył się bez przeszkód. Obie armaty wciągnięto na górę i ustawiono w najwyższym punkcie terenu, jedna obok drugiej, na kształt minibaterii, i walka rozgorzała po obu stronach z najwyższą zawziętością. Wszystkie te posunięcia odbyły się tak szybko, że Brown, zajęty zwoływaniem uciekinierów, nie zdążył już wrócić do obozu, a tłum pociągnął go aż do Saint-Denis.
Patrioci, choć niewystarczająco osłonięci, bronili się z godną podziwu odwagą. Marchessault, pan de Vaudreuil, Vincent Hodge, Clerc, Farran, Gramont, Thomas Harcher z synami, wszyscy ci, którzy mieli fuzje, odpowiadali ogniem na ogień oblegających. Animuszu dodawała im już sama obecność Jeana bez Nazwiska, który starał się być wszędzie. Jeanowi brakowało jednak bezpośredniego kontaktu z wrogiem, zamętu pola walki, pojedynków wręcz, gdzie w starciu twarzą w twarz wygrywa najdzielniejszy. Bitwa na dystans odbierała mu zapał.
Tymczasem póki obie strony trzymały się mocno, toczyła się walka. Choć obrońcy obozu ustrzelili niejedną czerwoną kurtkę, jednak i sami ponieśli znaczne straty. Już przynajmniej tuzin z nich dosięgły pociski armatnie albo kule i teraz leżeli pokotem, jedni ranni, inni zabici. Wśród tych ostatnich znalazł się Rémy Harcher, rozciągnięty w kałuży własnej krwi, z piersią podziurawioną biskajką8. Kiedy bracia unieśli go, aby przenieść za dom, był już trupem. Więcej szczęścia miał André Farran, którego z pogruchotanym ramieniem odtransportowali w miejsce osłonięte przed karabinową palbą pan de Vaudreuil i Vincent Hodge, by zaraz potem wrócić na swoje posterunki. Niestety szybko się okazało, że i to ostatnie prowizoryczne schronienie trzeba jak najszybciej ewakuować. Spoza porozbijanych przez artyleryjskie pociski sągów drewna wyłonił się swobodny dostęp do obozu. Podpułkownik Witherall wydał rozkaz "potraktowania obleganych bagnetami"... Pisemne relacje z tego krwawego epizodu frankokanadyjskiego powstania podsumowały go jako "prawdziwą rzeź".
Ginący Patrioci z powodu braku amunicji walecznie odpierali atak przy użyciu kolb. W tej walce polegli obaj Hébertowie, mający o wiele mniej szczęścia niż A. Papineau, Amiot i Marchessault, którym po heroicznej obronie udało się przedrzeć przez tłum nacierających. Liczba zabitych obrońców sprawy narodowej nigdy nie została dokładnie poznana, gdyż wody pobliskiej rzeki uniosły liczne ciała.
Wśród postaci ściślej związanych z naszą historią również znalazło się kilka ofiar. Choć Jean bez Nazwiska bił się niczym lew, przez cały czas w pierwszym szeregu, nie bacząc na tumult, tym razem już otwarcie, rozpoznawany przez wrogów i przez przyjaciół, jakimś cudem nie został nawet draśnięty! Inni mieli mniej szczęścia. Po Rémym zostali trafieni kolejni dwaj bracia - Michel i Jacques. Ciężko rannych wynieśli ich daleko poza obóz Thomas i Pierre Harcherowie, i tym sposobem uchowali się od straszliwej masakry, którą królewscy żołnierze uczcili swoje zwycięstwo.
Rany odnieśli też William Clerc i Vincent Hodge. Widziano ich, gdy ze dwadzieścia razy z pistoletem czy fuzją w dłoniach rzucali się w wir napastników. W chwili najgorętszych zmagań towarzyszyli Jeanowi na wzniesieniu, z którego ziała ogniem artyleryjska bateria. Właśnie wtedy Jean o mało co byłby zginął, gdyby Vincent Hodge nie obrócił działa, z którego właśnie strzelił jeden z kanonierów.
- Dziękuję panu, panie Hodge! - rzekł mu Jean. - Ale być może nie było to potrzebne! To już koniec...
Jakoż w istocie chyba lepiej by się stało, gdyby syn Simona Morgaza poległ na miejscu, w chwili gdy na bitewnym polu Saint-Charles ginęła idea niepodległości. Jean bez Nazwiska znów rzucił się w największy kłąb walczących, gdy nagle dostrzegł leżącego u stóp wzgórza pana de Vaudreuil, skąpanego we własnej krwi. Pan de Vaudreuil został położony uderzeniem szabli przez kawalerzystów Witheralla, którzy dobijali powstańców rozproszonych na obrzeżach obozu. W ułamku sekundy Jean usłyszał wewnętrzny głos, głos, a raczej krzyk: "Ratuj mojego ojca!". Szczęśliwie dla Jeana zakrywający go dym z muszkietów, pozwolił mu się zbliżyć do pana de Vaudreuil, który leżał bez przytomności, być może już martwy. Jean wziął go na ręce i podczas gdy kawalerzyści z niesamowitą zaciętością ścigali rebeliantów, pod osłoną szańca dotarł do górnej dzielnicy Saint--Charles. Wokół płonęły domy. Ukryli się w przedsionku kościoła. Była już piąta po południu. Gdyby nie płomienie strzelające z ruin miasta, niebo byłoby zupełnie czarne.
Zwycięskie powstanie z Saint-Denis, w Saint-Charles zostało całkowicie pognębione. I nawet nie można było porównywać efektów tych dwóch bitew! O nie! Dzisiejsza klęska niosła za sobą sto razy gorsze następstwa dla sprawy narodowej niż poprzednia wygrana dawała rzeczywistych korzyści. Na dodatek przegrana, przychodząc jako druga w kolejności, niweczyła wszelkie nadzieje reformatorów.
Ci z obrońców, którzy nie zginęli, zostali zmuszeni do opuszczenia pola walki bez wyraźnego rozkazu. William Clerc, towarzysząc lekko rannemu André Farranowi, musiał przedzierać się na przełaj przez pola i łąki. Stawiwszy czoła tysiącu niebezpieczeństw, przekroczyli w końcu granicę. Losy pana de Vaudreuil i Vincenta Hodge'a pozostały im nieznane.
A co się stanie z Clary de Vaudreuil, która oczekiwała na nowiny w zaprzyjaźnionym domu w Saint-Denis? Czy jeśli wcześniej nie ucieknie, będzie musiała się spodziewać represji ze strony lojalistów? O tym rozmyślał Jean przycupnięty w malutkim kościółku. Pan de Vaudreuil nie odzyskał wprawdzie przytomności, lecz jego serce, choć słabo, wciąż biło. Być może zapewnienie mu natychmiastowej pomocy pozwoliłoby go jeszcze uratować... Ale gdzie i jak udzielić mu tej pomocy? Nie było się nad czym zastanawiać. Jeszcze tej samej nocy trzeba było go przenieść do Maison-Close...
Dom matki znajdował się przecież niedaleko - jakieś sto kroków od miasteczka, idąc wzdłuż głównej drogi. W nocnych ciemnościach, gdy żołdaki Witheralla opuszczą okolicę lub gdy rozłożą się na nocleg, Jean zaniesienie tam rannego. Matka! Pan de Vaudreuil u Bridget... u żony Simona Morgaza...! A jeśli dowie się kiedykolwiek, pod czyj dach oddał go Jean... Wszystko jedno! Czyż on, syn Simona Morgaza, nie był przyjmowany pod dachem willi Montcalm...? Czyż nie stał się towarzyszem broni pana de Vaudreuil...? Czy nie wyrwał go śmierci...? W czym dla pana de Vaudreuil miałoby być gorsze zawdzięczanie życia Bridget Morgaz? Zresztą o niczym się nie dowie. Nie było powodu, aby incognito nieszczęsnej rodziny zostało zdradzone.
Jean powziął decyzję i teraz przyszło mu tylko czekać na zrealizowanie swojego zamierzenia, kilka godzin, nie więcej. Myśli jego powędrowały ku domostwu w Saint-Denis, w którym Clary de Vaudreuil dowie się zapewne o klęsce Patriotów. Podczas daremnego oczekiwania na powrót ojca czy jej pierwszą myślą nie będzie, że został zabity? Może udałoby się ją uprzedzić, że pan de Vaudreuil został odstawiony do Maison-Close, a przy okazji ją samą uchronić od niebezpieczeństw, jakie jej groziły w tej mieścinie - od groźby zemsty zwycięzców? Wszystkie te obawy mocno Jeana przygnębiały. I jeszcze ta klęska! Świadomość, jakie nieszczęście przedstawiała ona dla sprawy narodowej, była dla niego największą torturą. Wszystko było stracone... Wszystko... Cały misterny plan opierany na nadziejach rozbudzonych po zwycięstwie w Saint-Denis... Wszystko, co miało być bezpośrednią konsekwencją tej wiktorii... powstanie we wszystkich hrabstwach... insurekcja ogarniająca kraj po dolinę Richelieu i Świętego Wawrzyńca, armia królewska pozbawiona możliwości działania, przywrócenie niepodległości... i w końcu on sam... Jean, który miał zmazać winę swego ojca wobec ojczyzny... wszystko stracone... wszystko!
Wszystko...? Nie było więc już miejsca, z którego można by na nowo wyruszyć do boju? Czy patriotyzm miał raz na zawsze umrzeć w sercach Frankokanadyjczyków tylko dlatego, że kilkuset z nich zostało unicestwionych w Saint-Denis...? Nie! Jean podejmie dzieło! Będzie walczył, aż zabierze go śmierć!
Choć wokół panowała ciemna noc, miasteczko wciąż wypełniały nawoływania i okrzyki żołnierzy, jęki rannych... Hałas niósł się uliczkami rozświetlanymi ogniem pożogi. Pożar ze zdobytego obozu rozprzestrzenił się na zabudowania miasta. Dokąd dotarł...? Czy ogień osiągnął przeciwległy kraniec osady? Czy Maison-Close również spłonął? Co będzie, jeśli Jean nie odnajdzie ani domu, ani matki...?
Ta myśl go przeraziła. On sam zawsze mógł uciec przez pola, zaszyć się w gęsto porastających hrabstwo lasach, zniknąć pod osłoną nocy... Nim wstanie świt, byłby już daleko. Ale co z panem de Vaudreuil? Jeśli wpadnie w ręce królewskich oddziałów, będzie zgubiony, ponieważ w tej krwawej jatce nie darowano życia żadnemu rannemu!
W końcu około ósmej w Saint-Charles zapanował względny spokój. Czy to dlatego, że kolumna Witheralla odmaszerowała, czy dlatego, że przegnano mieszkańców, a ich niedobitki schroniły się w kilku ocalałych od ognia domach, lecz ulice ziały pustką. Trzeba było z tego skorzystać.
Jean podsunął się pod drzwi kościółka, uchylił je i omiótł szybkim spojrzeniem placyk wokół. Zszedł kilka stopni... Nikogo... Po placyku pełgały tylko refleksy odległego pożaru... Wrócił po pana de Vaudreuil, którego zostawił opartego o kolumnę. Uniósł go i wziął na ręce. Nawet dla takiego mężczyzny jak Jean bezwładne ciało było znacznym ciężarem, a jeszcze musiał donieść je za zakręt głównego traktu, gdzie stał Maison-Close. Przeciął placyk i ruszył wzdłuż sąsiedniej ulicy. W samą porę! Nie uczynił nawet dwudziestu kroków, gdy rozdzwoniły się miedziane dzwonki, a ziemia zadrżała pod uderzeniem końskich kopyt. Był to oddział kawalerii, który dostał rozkaz powrotu do Saint-Charles. Podpułkownik Witherall wydał polecenie, aby oddział, nim wyruszy w pościg za uciekinierami z miasta, spędził noc na biwaku ni mniej, ni więcej tylko właśnie w kościele!
W chwilę później kawalerzyści rozłożyli się w kościelnej nawie, nie zaniedbawszy środków ostrożności na wypadek ewentualnego ataku. Nie tylko żołnierze usadowili się wewnątrz świątyni, ale wprowadzono do niej także konie! Nie ma potrzeby rozwodzić się tutaj nad profanacją miejsca katolickiego kultu, której dopuściło się to upite krwią i dżinem żołdactwo.
Tymczasem Jean kontynuował swoją nocną wędrówkę opuszczonymi ulicami, przystając od czasu do czasu dla zaczerpnięcia tchu. Obawa, że zamiast domu zastanie ruiny, nie opuszczała go ani na chwilę!
Nareszcie minął zakręt i stanął przed siedzibą swej matki. Pożar tutaj nie doszedł. Nietknięty budynek ginął w mroku. Szczelnie zamknięte okiennice nie przepuszczały najmniejszego promyka światła. Jean doszedł do barierki ograniczającej dziedziniec, odsunął ją i z panem de Vaudreuil na barkach dowlókł się pod drzwi. Zastukał w ustalony sposób.
W chwilę potem pan de Vaudreuil i Jean byli bezpieczni w domu Bridget Morgaz.
7 Strzelba skałkowa - strzelba zaopatrzona w zamek, w którym zapalenie prochu na panewce następuje od iskier powstałych przy uderzeniu zamocowanej w szczękach kurka skałki (kawałka krzemienia) o krzesiwo (płytkę metalową); tego typu zamek, skonstruowany około 1570 roku, był w użytku jeszcze do około połowy XIX w. System ten występował we flintach, czyli strzelbach i pistoletach ładowanych od przodu.
8 Biskajka - pocisk w lekkiej obudowie, wypełniony żelaznymi lub ołowianymi kulkami, kartacz; także rodzaj muszkietu o długiej lufie i dalekim zasięgu strzału.