Rodzina bez nazwiska. Część druga - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Pierwsze starcie

 

Wydarzenia na farmie Chipogan odbiły się szerokim echem w całej okolicy. Z hrabstwa Laprairie wiadomości szybko rozniosły się jak Kanada długa i szeroka. Nie znalazłaby się lepsza okazja dla wyrażania powszechnej opinii publicznej! Nie szło już o samo starcie pomiędzy siłami policji a kanadyjskimi "wieśniakami", o bitwę, w której wysłannicy królewscy i ich poplecznicy zdecydowanie przegrali. W całej tej historii najważniejsza była jej przyczyna, powód, dla którego oddział najechał Chipogan, czyli ni mniej, ni więcej tylko pojawienie się w okolicy Jeana bez Nazwiska. Minister Gilbert Argall, uprzedzony o obecności buntownika na farmie, chciał go aresztować. Akcja policji nie powiodła się i człowiek, który uosabiał idee narodowe, pozostał na wolności. Wszyscy czuli, że już w najbliższym czasie zrobi z tej wolności właściwy użytek.

A gdzie się ukrył Jean bez Nazwiska po opuszczeniu farmy Chipogan? Najzagorzalsze, najbardziej gruntowne poszukiwania nie potrafiły odkryć miejsca jego schronienia. Rip, choć z całą pewnością mocno zawiedziony niepowodzeniem, nie rezygnował i szczerze zamierzał wziąć odwet za swoją porażkę. Poza osobistą urazą w grę wchodził jeszcze honor jego agencji. Zamierzał działać aż do osiągnięcia sukcesu. Rząd, powierzając mu tę misję, dobrze wiedział, co robi. Dlatego też Rip nie został odwołany ani nie pozbawiono go specjalnych uprawnień. Teraz przynajmniej wiedział, jak wygląda młody patriota, co bardzo ułatwiało jego zadanie w przypadku spotkania twarzą w twarz, i pościg nie odbywał się po omacku, jak działo się to wcześniej.

Od nieudanej akcji na farmie minęło piętnaście dni, od siódmego do dwudziestego trzeciego... Kończył się ostatni tydzień października, a Rip, choć czynił niemożliwe rzeczy, nadal nie osiągnął żadnych rezultatów.

Oto jak potoczyły się wydarzenia zaraz po opisanych wcześniej na farmie.

Natychmiast na następny dzień Thomas Harcher uznał za konieczne opuszczenie Chipogan. Uporządkowawszy, na tyle, na ile mógł to zrobić w tak krótkim czasie, najpilniejsze sprawy, zapadł się wraz z synami w przepastne lasy hrabstwa Laprairie. Następnie przekroczyli granicę amerykańską i schronili się w nadgranicznej wiosce Saint-Albans nad brzegiem Jeziora Champlaina. Byli w tym miejscu całkowicie bezpieczni, gdyż agenci Gilberta Argalla nie mogli ich dosięgnąć. Tam z niepokojem oczekiwali na dalszy rozwój wydarzeń.

Gdyby powstanie narodowe przygotowane przez Jeana bez Nazwiska odniosło sukces, gdyby Kanada odzyskała autonomię, pozbyła się anglosaskich agresorów, Thomas Harcher powróciłby spokojnie do Chipogan. Gdyby zdarzyło się przeciwnie i ruch narodowy zostałby zdławiony, mógłby mieć tylko nadzieję, że z czasem poprzedzający go incydent pójdzie w zapomnienie. Niewątpliwie amnestia zatuszowałaby wcześniejsze wydarzenia i z czasem, choć bardzo powoli, życie potoczyłoby się swym dawnym torem. W każdym razie pani domu, jego żona, została na farmie. W okresie zimowym, kiedy prace rolne zamierały, interesy pana de Vaudreuil nie mogły ucierpieć z powodu zarządu Catherine Harcher. Zresztą Pierre z braćmi nie zaprzestali polowań na terytorium graniczącym z kanadyjską kolonią. Najprawdopodobniej za sześć miesięcy nic nie będzie stało na przeszkodzie, by podjęli swe rybackie zajęcia na wodach Rzeki Świętego Wawrzyńca. Thomas Harcher wybierając ucieczkę z domu, postąpił więcej niż rozważnie. W dwadzieścia cztery godziny po starciu farma została zajęta przez regularny oddział wojska przybyły z Montrealu. Catherine Harcher, która nie musiała się już obawiać o swego męża i synów z powodu ich udziału w walce, robiła dobrą minę do złej gry. W sumie policja zarządzana przez generalnego gubernatora przyzwyczajona była do sporej pobłażliwości, dlatego przeciwko Catherine nie podjęto żadnych drastycznych kroków. Energiczna kobieta potrafiła wymusić na przybyłych mundurowych respekt dla siebie i swoich domowników.

 

Podobnie jak na farmie Chipogan stało się i w willi Montcalm. Była nadzorowana przez władze, jednak nie została zajęta. Również pan de Vaudreuil, jako osoba, która wyraźnie wzięła stronę młodego buntownika, pilnował się, by nie wrócić do swego domostwa na Wyspie Jezusa. Minister Gilbert Argall wystawił na jego nazwisko nakaz zatrzymania. Gdyby nie uciekł, zostałby zamknięty w więzieniu w Montrealu i nie mógłby w stosownym momencie stanąć w szeregach powstańców. Gdzie się schronił? Zapewne u jednego ze swoich politycznych towarzyszy. W każdym razie zrobił to tak bardzo dyskretnie, że w żaden sposób nie dało się ustalić, któryż to dom zaoferował mu gościnę. Do willi Montcalm powróciła tylko Clary de Vaudreuil. Stamtąd kontaktowała się z panami Vincentem Hodge'em, Farranem, Clerckiem i Gramontem. Co do Jeana bez Nazwiska, wiedziała tylko, że jest bezpieczny u swojej matki w Saint-Charles. Wielekroć za pośrednictwem przyjaciół udawało się jej otrzymywać od niego listy. Choć Jean odnosił się w nich tylko do sytuacji politycznej, wyraźnie wyczuwała, że jeszcze inne uczucie mąci serce młodego patrioty.

Wypada nam jeszcze powiedzieć, co się stało z mecenasem Nickiem i jego kancelistą.

Huronom nie zapomniano, że wzięli w obronę mieszkańców farmy Chipogan. Gdyby się nie wtrącili, z pewnością naszym bohaterom nie udałoby się odeprzeć sił policji, dodatkowo wzmocnionych ochotnikami, i Jean bez Nazwiska wpadłby w ręce Ripa. Któż jednak sprowokował interwencję Mahoganów? Czyżby łagodny notariusz z Montrealu? Nie, na pewno nie. Wręcz przeciwnie... Ze wszystkich sił starał się zapobiec rozlewowi krwi. W wirze potyczki rzucił się pomiędzy walczących przeciwników, by ich powstrzymać. Jeśli w tym samym momencie wojownicy z Walhatta wmieszali się do bitki, to tylko dlatego, że ich Nicolas Sagamore został pochwycony przez napastników i potraktowany niczym jeden z buntowników. Cóż bardziej naturalnego jak to, że indiańscy wojownicy ratują swojego wodza? To prawda, że to ich udział doprowadził najpierw do odepchnięcia, a potem rozpędzenia na cztery wiatry oddziału policji, gdy ten już prawie, prawie sforsował wejście do budynku... Cóż, od obarczenia za to odpowiedzialnością mecenasa Nicka dzielił zaledwie krok, i mecenas Nick mógł się całkiem słusznie obawiać, że ów krok zostanie zrobiony z uszczerbkiem dla jego osoby. Tym sposobem Bogu ducha winien notariusz został bardzo poważnie skompromitowany w oczach prawa... z powodu jakiejś tam bijatyki i aresztowania, z którymi nie miał nic wspólnego! Z powyższych powodów nie zamierzał nawet wracać do swojej montrealskiej kancelarii wcześniej, nim wszystko się uspokoi, i pozwolił Indianom zaciągnąć się do osady Walhatta, do wigwamu swoich przodków. Kancelaria miała pozostać zamknięta przez całkiem długi czas... Jak długo? Nie wiadomo... Ucierpieli klienci notariusza, leciwa Dolly tonęła we łzach... Lecz cóż było robić...? Lepiej było pozostawać Nicolasem Sagamore'em pośród Mahoganów niż mecenasem Nickiem zamkniętym w więzieniu z oskarżenia o bunt przeciwko władzy publicznej.

Lionel, co się rozumie samo przez się, towarzyszył pryncypałowi do indiańskiej wioski zgubionej w sercu gęstych lasów hrabstwa Laprairie. Zresztą Lionel tak dziarsko łoił skórę królewskim ochotnikom, że nie uniknąłby kary. Tymczasem, tak jak mecenas Nick nie zaprzestawał lamentów in petto1, tak Lionel z całej duszy przyklaskiwał obrotowi wydarzeń. Nie żałował bynajmniej, że wziął udział w obronie Jeana bez Nazwiska obwołanego frankokanadyjskim bohaterem narodowym. Liczył nawet po cichu, że sprawy zajdą jeszcze dalej i że Indianie w odpowiednim momencie wspomogą powstańców. Mecenas Nick nie był odtąd mecenasem Nickiem, tylko wielkim wodzem Huronów! On sam, Lionel, nie był już kancelaryjnym gryzipiórkiem, tylko prawą ręką ostatniego z Sagamore'ów! Obawiano się trochę, że generalny gubernator zechce ukarać Mahoganów biorących udział w potyczce na farmie Chipogan. Jednakże okoliczności narzuciły lordowi Gosfordowi daleko posuniętą ostrożność w tym względzie. Represje wobec Indian łatwo mogłyby się przerodzić w odwet w postaci masowego przyłączania się ludności indiańskiej do buntu jej białych braci. W obecnej sytuacji byłaby to bardzo niekorzystna komplikacja. Z tego powodu lord Gosford postanowił, że mądrzej będzie zostawić wojowników Walhatta w spokoju, tak samo jak ich nowego, za sprawą dziedziczenia, wodza. Nikt więc nie atakował ani mecenasa Nicka, ani Lionela w miejscu ich schronienia.

Lord Gosford z najwyższą uwagą śledził poczynania reformatorów powodujące nieustanne wrzenie w parafiach Dolnej i Górnej Kanady. Montreal wraz z najbliższą okolicą poddany był szczególnej policyjnej inwigilacji. Wybuchu powstania spodziewano się w parafiach sąsiadujących z Richelieu. Przedsięwzięto kroki, które - w razie gdyby nie udało się całkowicie mu zapobiec - miały przynajmniej zdławić akcję buntowników w zarodku. Żołnierzy królewskiej armii, oddanych do dyspozycji sir Johna Colborne'a, zakwaterowano w hrabstwie Montreal i na sąsiadujących z nim terytoriach. Zwolennicy reform byli świadomi, że czekająca ich walka będzie bardzo trudna do wygrania. Jednakże to ich nie zniechęcało. Panowało powszechne przekonanie, że sprawa narodowa pociągnie do działania wszystkich bez wyjątku Frankokanadyjczyków. Ci zresztą od czasu starcia w Chipogan z udziałem Jeana bez Nazwiska tylko czekali na sygnał, aby chwycić za broń. Jean z kolei odwlekał rozpoczęcie insurekcji, spodziewając się lada dzień ogłoszenia przewidywanych przez siebie antyliberalnych decyzji brytyjskiego rządu, co jednak nie następowało.

Przez ten czas dobrze zakamuflowany w tajemniczym Maison-Close, gdzie spędzał czas z matką, Jean pilnie obserwował nastroje panujące wśród Kanadyjczyków. W przeciągu sześciu tygodni jego pobytu w Saint-Charles ojciec Joann wielokrotnie składał mu nocne wizyty. Dzięki bratu Jean był na bieżąco z wydarzeniami w kraju. Spodziewał się antyliberalnych szykan wprowadzonych przez rząd brytyjski, czyli zawieszenia konstytucji z 1791 roku, a następnie rozwiązania, czy choćby tylko bezterminowego odroczenia sesji kanadyjskiego parlamentu, tymczasem te sprawy cały czas pozostawały w fazie projektu. W swoim zapale Jean ze dwadzieścia razy był już gotów wbrew zdrowemu rozsądkowi opuścić bezpieczne mury Maison-Close i demonstracyjnie przemierzyć hrabstwo, nawołując ludność miast i wsi do powstania. Liczył na to, że na jego wezwanie wszyscy chwycą za broń, w którą sam wyposażył komitety reformatorów podczas swoich niedawnych wędrówek szlakiem Rzeki Świętego Wawrzyńca. Być może już na samym początku lojaliści zostaną stłamszeni przez przeważającą liczbę powstańców - co nie pozostawiałoby władzy innej drogi, jak tylko ulec żądaniom rebeliantów... Ale ojciec Joann odwiódł go od snucia podobnych wizji, wykazując, że pierwsza porażka byłaby straszliwa w skutkach i na zawsze pogrzebałaby wszelkie nadzieje na przyszłość frankokanadyjskiej ojczyzny. Faktycznie, wojska zgrupowane wokół Montrealu były gotowe do szybkiego przerzutu w każdy punkt nawet najdalej położonego hrabstwa, gdziekolwiek doszłoby do walki.

Należało więc postępować z najwyższą przezornością i raczej zaczekać, aż wzburzenie publiczne z powodu uchwalania przez parlament drakońskich praw i arogancji urzędników Korony sięgnie zenitu. Stąd właśnie brało się przeciągane w nieskończoność oczekiwanie na właściwy moment, ku wielkiemu niezadowoleniu Synów Wolności. Kiedy Jean uciekał z Chipogan, liczył na to, że nim skończy się październik, cała Kanada powstanie.

Tymczasem był już dwudziesty trzeci października i nic nie wskazywało, aby wybuch miał nastąpić szybko... Wówczas jednak okoliczności przewidywane przez Jeana doprowadziły do pierwszego protestu.

Na podstawie raportu trzech nowo mianowanych przez rząd brytyjski komisarzy Izba Lordów i Izba Gmin spiesznie zamierzały przyjąć następujące propozycje: wydatki publiczne bez zgody Zgromadzenia Kanadyjskiego, postawienie w stan oskarżenia liderów reformatorów, zmiana w konstytucji wprowadzająca dwukrotnie wyższy cenzus wyborczy dla Frankokanadyjczyków niż dla wyborców pochodzenia angielskiego2, zwolnienie ministrów z odpowiedzialności przez parlamentem. Przewidywane zmiany, gwałtowne i niesprawiedliwe, głęboko wzburzyły cały kraj. Przede wszystkim dotkliwie zraniły uczucia patriotyczne Frankokanadyjczyków. Było to więcej, niż obywatele potrafili znieść, i w parafiach po obu stronach Rzeki Świętego Wawrzyńca ludzie zaczęli się zbierać na spontanicznych wiecach. Piętnastego września w Laprairie doszło do zgromadzenia, w którym uczestniczył delegat z Francji, wyposażony w instrukcje przez rząd francuski, oraz chargé d'affaires Stanów Zjednoczonych z Quebecu. W Sainte-Scholastique, w Saint-Ours, zasadniczo we wszystkich hrabstwach Dolnej Kanady, domagano się natychmiastowego zerwania z Wielką Brytanią, nalegano na reformatorów, by wreszcie przeszli od słów do czynów, a także zadecydowano, że należy w końcu poprosić o pomoc Amerykanów. Na rzecz sprawy narodowej ustanowiono publiczną kasę, która równie chętnie przyjmowała drobne datki co grube wpłaty. Ulicami coraz częściej przeciągały manifestacje wznoszące transparenty, głoszące na przykład:

 

"Precz z tyranią! Lud się budzi!". "Jedność ludu na pohybel wielkim!". "Raczej bój krwawy niż sprzedajna władza!".

Na czarnej fladze, na której widniała trupia czaszka z dwiema skrzyżowanymi piszczelami, dopisywano nazwiska znienawidzonych gubernatorów Kanady - Craiga, Dalhousie'a, Aylmera, Gosforda; z kolei na cześć starej Francji wznoszono biały sztandar, na którym pomiędzy amerykańskim orłem w otoczeniu gwiazd a orłem kanadyjskim, trzymającym w dziobie gałązkę klonu widniał napis: "Nasza przyszłość! Wolni jak wiatr!".

Widać z tego, jaki stopień osiągnęło wrzenie umysłów! Anglia mogła się całkiem poważnie obawiać, że więzy łączące ją z kolonią pękną od jednego uderzenia. Jej oficjalni przedstawiciele w Kanadzie, w przewidywaniu walki na śmierć i życie, podjęli nadzwyczajne kroki, szkoda tylko, że tam gdzie chodziło o zryw narodowy, dopatrywali się wyłącznie intryg politycznych przeciwników.

Dwudziestego trzeciego października miało miejsce wielkie zgromadzenie w Saint-Charles, w tym samym miasteczku, w którym ukrywał się u swojej matki Jean bez Nazwiska i które w niedalekiej przyszłości miało się stać teatrem posępnych wydarzeń. Swoich delegatów wysłało sześć hrabstw: Richelieu, Saint-Hyacinthe, Rouville, Chambly, Verch?res i Akadia. Głos miało zabrać trzynastu przedstawicieli, w ich liczbie pozostający wówczas u szczytu swojej popularności Papineau. Z miejsc odległych o dziesięć mil francuskich zjechało się z sześć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, i wszyscy oni koczowali na rozległej łące należącej do doktora Duverta, wokół kolumny zwieńczonej "czapką wolności"3. A żeby było jasne, że sprawę popierają nie tylko cywile, lecz i żołnierze, u stóp kolumny prezentował broń oddział milicji obywatelskiej.

Mowa Papineau, wygłoszona po kilku o wiele bardziej niż on zapalczywych przedmówcach, sprawiała wrażenie więcej niż umiarkowanej i nawoływała do działań wyłącznie konstytucyjnych. Odpowiedział mu sam przewodniczący zebrania, doktor Nelson4, który przekrzykując niemilknącą wrzawę, powiedział, że "najwyższy czas, by przetapiać łyżki na kule". A prawie to samo, tylko innymi słowami, wyraził reprezentant Akadii, doktor Côté, akcentując dobitnie mniej więcej takie słowa: "Minął czas debat! Teraz naszym wrogom należy posłać trochę ołowiu!".

Przyjęto trzynaście propozycji, a gromkie "hurrra!" przeplatało się z salwami milicyjnych muszkietów. Wszystkie padające propozycje można było znaleźć w broszurze M.O. Davida zatytułowanej Patrioci. Wychodzono od praw człowieka, przyznania prawa, a nawet konieczności stawiania oporu tyranii, zobowiązania angielskich żołnierzy do dezercji z szeregów królewskiej armii, podtrzymywania ludności w duchu oporu wobec rządowych urzędników i oficerów milicji mianowanych przez władze, w końcu nawoływano do organizowania się pod sztandarami Synów Wolności. Na zakończenie Papineau i pozostali mówcy defilowali pod symboliczną kolumną przy dźwiękach hymnu śpiewanego z całego serca za chórem złożonym z młodzieży. Wydawało się w tym momencie, że entuzjazm nie może być już większy. A jednak mógł. W kompletnej ciszy pojawiła się nowa osoba. Był to młodzieniec o żarliwym spojrzeniu i twarzy pełnej pasji. Wspiął się na cokół kolumny, górując w ten sposób ponad morzem głów zebranych w Saint-Charles słuchaczy. W jego dłoni trzepotała flaga niepodległej Kanady. Wielu go rozpoznało. Ale adwokat Gramont pierwszy wykrzyknął imię przybyłego, a tłum z zapałem je podchwycił: "Jean bez Nazwiska...! Jean bez Nazwiska!".

Jean opuścił swoje zamknięcie w Maison-Close. Po raz pierwszy od zamieszek w roku 1835 pokazał się publicznie. Choć firmował swoim nazwiskiem dotychczasowe protesty, sam pozostawał niewidzialny... Teraz mogli go zobaczyć wszyscy, a efekt tego pojawienia się był ogromny. Wiadomości o wydarzeniach mających miejsce w Saint-Charles lotem błyskawicy rozprzestrzeniły się po Kanadzie. Trudno wyobrazić sobie entuzjazm, z jakim je przyjęto. W większości parafii organizowano wiece. Na próżno biskup Montrealu, Jego Wielebność5 Lartigue, próbował studzić umysły przez list biskupi nawołujący do cierpliwości w duchu eklezjastycznym. Wybuch był tuż-tuż. Pan de Vaudreuil w swojej kryjówce, Clary w willi Montcalm, każde z nich zostało uprzedzone liścikiem, którego pismo było im dobrze znane. Ta sama informacja dotarła do Thomasa Harchera i jego synów ukrywających się po stronie amerykańskiej w Saint-Albans, gdzie gotowali się do przekroczenia granicy w każdym momencie.

O tej porze roku dało się już mocno odczuć zwiastuny nadchodzącej zimy, zwykle surowej w tej części Ameryki Północnej. Rozległe równiny nie dają bowiem żadnej osłony przed mroźnymi podmuchami z regionów polarnych, a ciepłe wody Golfsztromu, oddalając się od Kanady i kierując ku Europie, nie ogrzewają przybrzeżnych wód. Można powiedzieć, że pomiędzy letnimi upałami a chłodem zimy nie było żadnego przejścia. Deszcze padały prawie bez przerwy, a jeśli nawet zdarzył się jakiś blady promień słońca, to niczym namalowany, był całkowicie pozbawiony ciepła. W przeciągu kilku dni drzewa, ogołocone aż po ostatnie krańce gałązek, zalały ziemię ulewą liści, które niedługo na całym obszarze Kanady miały zostać przykryte śniegiem. Jednakże ani ataki porywistych wiatrów, ani niskie temperatury tego klimatu nie przeszkodziły Patriotom zerwać się do walki na pierwszy sygnał.

W takich to okolicznościach szóstego listopada w pobliżu Montrealu doszło do starcia dwóch przeciwnych partii.

W każdy pierwszy poniedziałek miesiąca Synowie Wolności zbierali się w większych miastach na demonstracjach. Tego dnia Patrioci z Montrealu postarali się, by ich manifestacja odbiła się szerokim echem. Miejsce spotkania wyznaczono w samym sercu miasta, na otoczonym murami dziedzińcu przylegającym do ulicy Saint-Jacques.

Na wieść o tym zamierzeniu członkowie Doric Club6 przyjęli proklamację, która głosiła konieczność "zdławienia rebelii w zarodku". Lojaliści, konstytucjonaliści, królewscy urzędnicy skrzyknęli się na placu Broni. Tymczasem publiczny wiec odbywał się w miejscu i czasie wcześniej wyznaczonym. Gorąco oklaskiwano Papineau. Inni mówcy, jak Brown, Guimet, Édouard Rodier, wzbudzili nie mniejszy entuzjazm. Nagle na zebranych posypał się grad kamieni. W ten sposób lojaliści zaatakowali Patriotów. Ci z kolei, uzbrojeni w kije, szybko sformowali się w cztery kolumny i rzuciwszy się na członków Doric Club, wyparli ich aż na plac Broni. Tam jednak z różnych stron powitały ich wystrzały z pistoletów. Uderzenie kuli powaliło Browna na ziemię, inny zagorzały reformator, kawaler de Lorimier, miał przestrzelone udo. Tymczasem członkowie Doric Club, choć na moment ustąpili, bynajmniej nie mieli się za pokonanych. Zresztą wiedzieli, że lada chwila nadejdą im z pomocą "czerwone kurtki", toteż przy pełnych aprobaty okrzykach królewskich popleczników rozbiegli się po Montrealu w szale niszczenia. W domu Papineau powybijali kamieniami szyby w oknach, zdewastowali budynek "Vindicatora", organu liberalnej prasy, który od dawna głosił frankokanadyjskie idee.

W następstwie tej nieszczęsnej awantury jeszcze bardziej prześladowano Patriotów. Wydane na rozkaz lorda Gosforda nakazy aresztowania zmusiły większość ich przywódców do salwowania się ucieczką. Wszystkie montrealskie domy stanęły przed nimi otworem. Pan de Vaudreuil, który zaangażował się w zamieszki osobiście, musiał szybko wrócić do swojego poprzedniego azylu, w którym ukrywał się z powodzeniem od czasu historii w Chipogan. Podobnie rzecz się miała z Jeanem bez Nazwiska, który pojawił się jednak w następujących okolicznościach: Po krwawej manifestacji z szóstego listopada w okolicach Montrealu zatrzymano kilku szacownych obywateli, wśród nich pana Demaraya i doktora Davignona z Saint--Jean d'Iberville. Dwudziestego drugiego listopada jeńców miał eskortować oddział kawalerii. Pan L.-M. Viger, jeden z najśmielszych bojowników narodowej sprawy, reprezentant hrabstwa Chambly, zwany również w szeregach powstańców "pięknym Vigerem", został powiadomiony o tym aresztowaniu jego dwóch przyjaciół. Człowiek, który przyniósł tę wiadomość, był mu nieznany.

- Kim pan jest? - zapytał Viger.

- Mniejsza z tym! - odrzekł nieznajomy. - Więźniowie, przykuci do wozu, będę niedługo przejeżdżali przez parafię Longueuil... Trzeba ich uwolnić!

- Jest pan sam?

- Oczekują mnie przyjaciele.

- Gdzie do nich dołączymy?

- Na drodze.

- Proszę prowadzić.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Ani Vigerowi, ani tajemniczemu nieznajomemu nie brakowało ludzi. Zatrzymali się przy wjeździe do Longueuil, a spora grupa Patriotów podążająca za nimi ustawiła posterunki. Tymczasem królewski oddział, który miał wzmocnić siły konnej eskorty więźniów, został wcześniej zaalarmowany. Ich dowódca uprzedził mieszkańców, że jeśli ktokolwiek z Longueuil przyłączy się do Vigera, wioska pójdzie z dymem.

 

- Nic tutaj nie da się zrobić - powiedział nieznajomy na przekazane mu pogróżki. - Chodźcie...

- Dokąd? - zdziwił się Viger.

- Dwie mile od Longueuil - odparł. - Nie damy biurokratom powodu do represji. Tylko na to czekają...

- Ruszajmy więc! - stwierdził Viger.

Zgodnie zapuścili się polną drogą, za nimi zaś ich towarzysze. Doszli do farmy Trudeau i tam ukryli się na sąsiednim polu. Był już najwyższy czas, gdyż kłęby kurzu w odległości zaledwie jednej czwartej mili obwieszczały zbliżanie się więźniów i eskorty. Wóz nadjechał. Viger zbliżył się do dowódcy oddziału.

- Stać! - powiedział mu. - W imieniu ludu żądam wydania więźniów!

 

- Uwaga! - krzyczał oficer, odwracając się ku swoim ludziom. - Działajcie szybko!

- Stać! - powtórzył słowa Vigera nieznajomy.

Nagle jakiś człowiek zbliżył się ku niemu, chcąc go pochwycić. Był to jeden z agentów Ripa, jeden z tych, którzy brali udział w ataku na farmę Chipogan.

- Jean bez Nazwiska! - wykrzyknął, gdy tylko znalazł się twarzą w twarz z młodzieńcem.

- Jean bez Nazwiska! - wyszeptał Viger i rzucił mu się na pomoc.

Równocześnie przy wtórze entuzjastycznych okrzyków powstańcy natarli z mocą na konwój. Oficer wydający rozkaz pochwycenia Jeana dokładnie w chwili, gdy otworzył usta, został przewrócony przez silnego Kanadyjczyka, który niespodziewanie wyskoczył od strony pola, podczas gdy pozostali, przyczajeni pod ogrodzeniem, czekali na rozkazy Vigera... A ten wydawał je dźwięcznym głosem, z mocą, jak gdyby miał pod swoją komendą co najmniej setkę ludzi. Jean, otoczony grupką partyzantów zdecydowanych go bronić, a także uwolnić panów Demaraya i Davignona, zbliżył się do wozu. Nagle jednak oficer, leżący dotychczas bez ducha, wydał rozkaz "ognia". Zadymiło sześć, a może siedem fuzji! Viger został trafiony dwiema kulami, na szczęście nie śmiertelnie - miał draśniętą nogę i urwany kawałek małego palca. Zrewanżował się kanonadą z pistoletu, trafiając w kolano dowódcę konwoju. W tej chwili spłoszyły się konie, z których wiele odniosło rany, i poniosły swoich jeźdźców. Żołnierze królewscy, przekonani, że mają do czynienia z tysiącami napastników, rozbiegli się po okolicy. Wóz oswobodzono. Jean bez Nazwiska i Viger otwarli drzwi, jeńców uwolniono i triumfalnie odprowadzono aż do wioski Boucherville. Ale gdy skończyło się bitewne zamieszanie, Viger z towarzyszami na próżno rozglądali się za Jeanem. Już go nie było. Z pewnością przystępując do tej akcji, zamierzał zachować incognito i rzecz jasna nie mógł przewidzieć, że nagle znajdzie się w obecności jednego z agentów Ripa, który wyjawi jego imię. Toteż gdy walka miała się ku końcowi, wymknął się, bacząc, by nikt nie zauważył, w jakim kierunku podąża. Teraz jednak żaden Patriota nie miał już wątpliwości... Jean pojawi się znowu, a stanie się to w godzinie wybuchu powstania, które zadecyduje o niepodległości Kanady.

 

 

1 In petto (wł.) - sekretnie, w tajemnicy.

2 Cenzus wyborczy - warunki przyznania obywatelowi czynnego i biernego prawa wyborczego; we współczesnych demokracjach np. cenzus wieku (granica wieku, od której możliwy jest udział w wyborach lub kandydowaniu na obieralne stanowisko) czy cenzus zamieszkania (do uzyskania prawa wyborczego niezbędny jest określony czas zamieszkania w danym miejscu); w XIX-wiecznych systemach politycznych stosowano powszechnie cenzus wykształcenia i cenzus majątkowy; w tym wypadku wymagania majątkowe stawiane Frankokanadyjczykom były dwukrotnie wyższe niż stawiane Anglikom.

3 Chodzi o "błękitną czapkę"; patrz przypis w rozdziale trzecim I tomu.

4 Doktor Nelson - chodzi tu o Wolfreda Nelsona (1791-1863), burmistrza Montrealu w latach 1854-1856.

5 Jego Wielebność - w oryginale Mgr Lartigue (Mgr - skrót od Monseigneur), tytuł, jakim zwracano się do wpływowych osób należących do wysokiej arystokracji świeckiej i kościelnej.

6 Doric Club - lojalistyczne stowarzyszenie zorganizowane w Dolnej Kanadzie w marcu 1836 roku przez adwokata i dziennikarza Adama Thoma, pozostające w zdecydowanej opozycji do Patriotów; było równocześnie klubem i organizacją paramilitarną, wielokrotnie wspierało czynnie walki po stronie konstytucjonistów, a wielu jego członków wzięło udział w opisywanej tu rebelii w roku 1837 i 1838 po stronie Brytyjczyków.

Rozdział II

Saint-Denis i Saint-Charles

 

Dzień boju był bliski. Przeciwnicy gotowi. Jakie miejsce stanie się teatrem walki? Rzecz jasna wszystkie hrabstwa sąsiadujące z Montrealem, w których to wrzenie przybrało nagle zatrważające dla władz rozmiary, zwłaszcza w hrabstwach Verch?res i Saint--Hyacinthe. Szczególnie wyróżniały się dwa najbogatsze hrabstwa, przez które toczyła swe wody rzeka Richelieu, położone w odległości kilku mil od siebie - Saint-Denis, gdzie reformatorzy zgrupowali swe główne siły, i Saint-Charles, w którym Jean po przybyciu z Maison-Close gotował się do dania sygnału do walki. Generalny gubernator podjął wszelkie kroki, jakich wymagały zaistniałe okoliczności. Reformatorzy nie mogli nawet marzyć, by zgodnie z pierwotnym planem uwięzić z zaskoczenia gubernatora i władzę królewską zastąpić władzą demokratyczną. Przeciwnie, musieli raczej liczyć się z atakiem ze strony urzędników. Powstańcy zajęli najlepsze pozycje, na jakie pozwalały im obecne okoliczności. Następnie przeszli z defensywy do ataku. Pierwsze zwycięstwo odniesione w hrabstwie Saint-Hyacinthe oznaczało powszechny zryw ludności zamieszkującej brzegi Rzeki Świętego Wawrzyńca, zerwanie pęt anglosaskiej tyranii od jeziora Ontario po ujście Rzeki. Lord Gosford nie lekceważył żadnych, nawet najmniejszych zajść. Dysponował bardzo ograniczonymi siłami, które w przypadku rozprzestrzenienia się rewolty zostałyby w jednej chwili zmiecione. Pozostawało mu tylko uderzenie w samo serce Patriotów, równocześnie w Saint-Denis i w Saint--Charles. Przygotowania do tej akcji Anglicy rozpoczęli zaraz po wypadkach w Longueuil. Sir John Colborne, wódz naczelny anglokanadyjskiej armii, podzielił ją na dwa korpusy. Na czele jednego postawił podpułkownika Witheralla, na czele drugiego - pułkownika Gore'a. Pułkownik Gore natychmiast, jeszcze dwudziestego drugiego listopada, wyruszył z Montrealu. Jego korpus składał się z pięciu kompanii fizylierów i oddziału kawalerii, a za całą artylerię musiało mu wystarczyć jedno działko polowe. Do miasteczka Sorel dotarł wieczorem tego samego dnia. Choć pogoda była naprawdę paskudna, a droga praktycznie nie do przebycia, nie zawahał się nakazać oddziałom nocny marsz. Planował wydać bitwę powstańcom zgromadzonym w Saint-Charles, a wcześniej rozpędzić tych z Saint-Denis. Przed walką zamierzał dokonać oficjalnych aresztowań i w tym celu towarzyszył mu poseł sprawujący równocześnie funkcję szeryfa. Pułkownik Gore opuścił Sorel kilka godzin wcześniej, nim przybył tam porucznik Weir z Trzydziestego Drugiego Regimentu, z pilną depeszą od sir Johna Colborne'a. Wiadomość była ważna, porucznik ruszył więc na przełaj z tak wielką gorliwością, że znalazł się w Saint--Denis przed żołnierzami Gore'a i wpadł w ręce powstańców. Doktor Nelson, dowodzący obroną, przesłuchał młodego oficera i uzyskał wyznanie, że królewscy żołnierze są już w drodze i można się ich spodziewać nad ranem. Oddał jeńca pod straż kilku ludziom, z rozkazem, aby traktowali go z należnymi mu względami.

Przygotowania do walki zakończono w najwyższym pośpiechu. Pośród kompanii Patriotów znalazł się oddział o nazwie "Bobry" i oddział "Rakiet". Oba znane ze swoich umiejętności w posługiwaniu się bronią palną. Pod rozkazami doktora Nelsona byli też sam Papineau oraz kilku innych deputowanych, komisarz generalny Philippe Pacaud, a dalej pan de Vaudreuil, Vincent Hodge, André Farran, William Clerc i Sébastien Gramont. Na sygnał dany przez Jeana wszyscy oni dołączyli do reformatorów, pozbywając się - nie bez pewnego trudu - depczącej im po piętach montrealskiej policji. Podobnie stało się z Clary de Vaudreuil, która przybyła, aby towarzyszyć ojcu. Nie widziała się z nim od pamiętnych wydarzeń na farmie Chipogan. Od czasu, gdy wystawiono za nim nakaz aresztowania, gdy został zmuszony do zaniechania wszelkich kontaktów z willą Montcalm, pan de Vaudreuil nie przestawał się martwić o córkę, zdaną na własne siły, narażoną być może na wiele niebezpieczeństw. Dlatego, gdy tylko podjął decyzję o przystąpieniu do obrońców Saint-Denis, zaproponował Clary, aby tam do niego dołączyła. Clary posłuchała bez wahania, zwłaszcza że nie wątpiła w ostateczny sukces Patriotów, na których czele - o czym wiedziała - miał stanąć Jean. Tak więc pan i panna de Vaudreuil spotkali się w owej mieścinie, gdzie znaleźli schronienie w domu ich przyjaciela, sędziego Fromenta.

Tymczasem podjęto decyzję, do której Papineau, choć wbrew chęciom, musiał się dostosować. Doktor Nelson i kilku jego doradców przekonało tego dzielnego posła, że powinien opuścić teatr bezpośrednich działań militarnych, gdyż życie jego jest zbyt cenne, aby niepotrzebnie je narażać. Tak więc, wbrew sobie, Papineau opuścił Saint-Denis i zgodził się, aby ukryto go w bezpiecznym miejscu, gdzie nie mógł zostać wytropiony przez agentów Gilberta Argalla.

Noc upłynęła powstańcom na odlewaniu kul i wyrabianiu naboi. Nie tracąc ani chwili, pracowali przy tym wszyscy bez wyjątku, i syn doktora Nelsona ze swoimi towarzyszami, i pan de Vaudreuil z przyjaciółmi. Niestety ich uzbrojenie pozostawiało sporo do życzenia. Nieliczne strzelby, jakie posiadali, były to wyłącznie strzelby skałkowe7, niezbyt celne, a ich zasięg ograniczał się tylko do stu kroków. Wprawdzie podczas zaopatrywania w broń poszczególnych komitetów Jean nie zapomniał o hrabstwie Saint-Denis, jednak w przewidywaniu powszechnych rozruchów broń i amunicję podzielono po równo, bez koncentrowania jej w jednym miejscu. Tymczasem te przydałyby się tutaj bardziej niż gdzie indziej, gdyż głównego uderzenia spodziewano się właśnie na Saint-Charles i Saint-Denis.

Tymczasem pułkownik Gore pomimo zimna i nocy nieprzerwanie posuwał się ze swą armią do przodu. Niedaleko Saint-Denis w jego ręce wpadło dwóch Frankokanadyjczyków, od których dowiedział się, że powstańcy nie pozwolą przejść żołnierzom i że zamierzają bić się na śmierć i życie. W związku z tym pułkownik Gore nie pozwolił swoim ludziom nawet na chwilę odpoczynku i wygłosił przemowę, której konkluzja sprowadzała się do stwierdzenia, że "nie ma na co czekać". Następnie podzielił wojsko na trzy oddziały, jeden skierował do lasku obrastającego miasteczko od wschodu, drugi rozmieścił wzdłuż rzeki, a z trzecim, ciągnącym ich jedyną armatę, ruszył jak poprzednio głównym królewskim traktem.

O szóstej rano doktor Nelson z Vincentem Hodge'em i panem de Vaudreuil dosiedli koni, by udać się na rekonesans wzdłuż drogi w kierunku Saint-Ours. Panowały jeszcze nocne ciemności, tak głębokie, że o mało nie zderzyli się z forpocztą zmierzającej ku nim armii. Natychmiast cichcem się wycofali i pędem zawrócili do Saint-Denis. Wydano rozkaz zniszczenia mostów, a w miasteczku rozdzwoniły się dzwony. W ciągu kilku minut Patrioci zgromadzili się na placu. Ilu ich było? Najwyżej siedmiuset do ośmiuset, tylko nieliczni uzbrojeni w fuzje, pozostali mieli z sobą kosy, widły i piki, ale wszyscy byli równie zdecydowani nawet za cenę życia odeprzeć żołdaków pułkownika Gore'a.

Każdego, kto był zdolny do oddania celnego strzału, doktor Nelson umieścił na wyznaczonej pozycji, a mianowicie: sześćdziesiąt osób, a pośród nich pana de Vaudreuil i Vincenta Hodge'a, na drugim piętrze kamiennego domu stojącego tuż przy głównej drodze. W odległości dwudziestu pięciu kroków, za murem gorzelni należącej do doktora, trzydziestu - z Williamem Clerkiem i André Farranem. W głębi zaś sklepu - dalszych dziesięciu Patriotów, w ich szeregu deputowanego Gramonta. Pozostali, których uzbrojenie ograniczało się do białej broni, schowali się za ogrodzeniem kościoła, w każdej chwili gotowi zewrzeć się z nacierającymi w walce wręcz.

Prawie równocześnie z ukończeniem tych przygotowań, około dziewiątej trzydzieści rano, doszło do zdarzenia tyleż tragicznego, co nigdy naprawdę niewyjaśnionego, nawet podczas toczącego się dużo później procesu, którego stało się powodem. Porucznik Weir, jeniec przebywający przy powstańczym oddziale, dostrzegłszy awangardę pułkownika Gore'a, rzucił się do ucieczki, chcąc dołączyć do swoich. Potknął się jednak i nie zdążył już powstać, rozsiekany szablami. W tym samym momencie zabrzmiały wybuchy. Pierwszy pocisk wystrzelony z działa w kierunku kamiennego domu zniósł dwóch Kanadyjczyków ustawionych na drugim piętrze, a trzeci z nich został śmiertelnie trafiony w oknie. Przez następne minuty po obu stronach trwała wymiana strzałów. Widoczni jak na dłoni królewscy żołnierze płacili teraz drogo za pogardliwe lekceważenie, z jakim podeszli do tego "chłopstwa", jak zwykł nazywać rebeliantów dowódca ich armii. Grad kul z kamiennego domu dziesiątkował napastników. Przy armacie zginęło już trzech kanonierów, każdy z gotową do zapalenia lontownicą w dłoni. Ale mimo to pociski armatnie zrobiły wyłom w murze i wkrótce drugie piętro kamiennego domu nie dawało najmniejszej osłony.

 

- Na parter! Na parter! - krzyczał doktor Nelson.

- Tak - zgodził się Vincent Hodge - stamtąd będziemy mieli bliżej do czerwonych kurtek!

Zbiegli czym prędzej i kanonada z muszkietów rozgorzała na nowo. Reformatorzy wykazywali się nieprzeciętną odwagą. Wybiegali nawet na całkowicie odsłoniętą drogę. Doktor wysłał swego adiutanta O. Perraulta z Montrealu, by zaniósł im rozkaz wycofania się, lecz adiutant został trafiony dwiema kulami i padł zabity. Przez następną godzinę trwała nieustanna wymiana ognia, w sumie na niekorzyść napastników, którzy wciąż nie mogli wyjść spoza osłaniającego ich muru i pobliskich stert drewna. Wówczas to pułkownik Gore, widząc, że kończy mu się amunicja, rozkazał kapitanowi Markmanowi zajść Patriotów od tyłu. Wskazany oficer usiłował wykonać rozkaz, lecz podczas tego manewru stracił większość ludzi, aż w końcu sam został ugodzony kulą, która zrzuciła go z konia. Spod ostrzału wynieśli go jego podkomendni. Dla królewskich żołnierzy sprawy przybrały zły obrót. Na drodze wybuchła jakaś wrzawa i nacierający zrozumieli, że to oni zostali otoczeni. Pojawiła się nowa osoba - ta sama, wokół której Frankokanadyjczycy gromadzili się równie chętnie jak pod swym sztandarem...

- Jean! Jean bez Nazwiska! - krzyczeli zewsząd, potrząsając bronią.

Rzeczywiście był to Jean... i to na czele stu powstańców przybyłych z Saint-Antoine, Saint-Ours i Contrec?ur. Pomimo świszczących ponad powierzchnią rzeki kul armatnich przeprawili się przez Richelieu. Jeden z pocisków uszkodził nawet wiosło na promie, na którym przebywał Jean.

- Naprzód "Bobry"! Naprzód "Rakiety"! - nawoływał do walki.

Na to wezwanie Patrioci ruszyli na królewskich żołdaków. Ci, którzy opierali się jeszcze w oblężonym domu, zachęceni nadejściem nieoczekiwanych posiłków, opuścili swoją osłonę. Pułkownik Gore musiał teraz bronić swego odwrotu w kierunku Sorel, pozostawiając w rękach zwycięzców jedyne działo i licznych jeńców. Jego straty wyniosły trzydziestu rannych i tylu samo zabitych, podczas gdy powstańcy mieli dwunastu zabitych i czterech rannych.

Tak oto potoczyła się bitwa pod Saint-Denis. W ciągu paru godzin wiadomość o zwycięstwie reformatorów rozeszła się po sąsiednich parafiach, docierając aż do hrabstw leżących przy brzegach Rzeki Świętego Wawrzyńca. Był to wprawdzie sam początek, jednak bardzo obiecujący dla zwolenników sprawy narodowej. A ponieważ powstańcy oczekiwali rozkazów od swoich przywódców, Jean wyznaczył im miejsce kolejnego zwycięstwa: "Patrioci! Do Saint-Charles!".

Cóż, nie zapomniano, że miasteczko to było zagrożone przez oddziały Whiteralla. Godzinę później pan de Vaudreuil i Jean - pożegnawszy Clary, której zdali sprawę z sukcesów tego dnia - dołączyli do towarzyszy w drodze ku Saint-Charles. Tam dwa dni później miały się decydować losy całego powstania 1837 roku.

Miasteczko Saint-Charles, w którym skoncentrowały się główne siły reformatorów, stało się teatrem najważniejszych działań tej insurekcji. Do niego też zmierzał podpułkownik Whiterall z armią, której bynajmniej nie można było lekceważyć. Brown, Desrivi?res, Gauvin i pozostali zorganizowali silną obronę. Cały czas mogli liczyć na powszechny zapał ludności, objawiający się już wcześniej, na przykład wygnaniem z miasta jednego z notabli, niejakiego Debartzcha sprzyjającego Anglikom. Zresztą właśnie z opuszczonego przez tego człowieka domostwa uczyniono coś w rodzaju fortecy i Brown, tutejszy przywódca powstańców, założył w nim swój obóz z głównymi siłami.

Saint-Denis od Saint-Charles dzieli dystans nie większy niż sześć mil, tak więc tego pamiętnego dnia - dwudziestego trzeciego listopada - hałas wybuchów artyleryjskich niósł się swobodnie z jednego miasteczka do drugiego. Jeszcze przed nocą miejscowa ludność wiedziała już, że oddziały królewskie zostały zmuszone do odwrotu w kierunku Sorel. To pierwsze zwycięstwo wywołało wielkie wrażenie. We wszystkich domach pootwierano na oścież drzwi, całe rodziny wychodziły ogarnięte jakimś patriotycznym delirium!

Tylko jedna siedziba pozostała jak zwykle zamknięta na głucho - Maison-Close. Położony na zakręcie głównej drogi, a przez to nieco oddalony od obozu powstańców, dom Bridget był dzięki tej lokalizacji nieco mniej narażony w razie ataku królewskich wojsk niż sąsiednie posiadłości.

Bridget została w nim sama. Czekała, gotowa w każdej chwili przyjąć synów, gdyby okoliczności zmusiły któregoś z nich do szukania u niej schronienia. Ale w tym momencie ojciec Joann przemierzał właśnie parafie Górnej Kanady, nawołując do insurekcji, a Jean z kolei stanął otwarcie na czele Patriotów. Imię jego powtarzano sobie wzdłuż całego biegu Rzeki Świętego Wawrzyńca. Dotarło nawet do tak odosobnionego miejsca jak Maison-Close, a wraz z tym imieniem wiadomość o zwycięstwie w Saint-Denis, w którym miał swój udział.

Bridget zadawała sobie pytanie, czy Jeana nie ma już przypadkiem w obozie Saint-Charles... A jeśli jest, to czy nie zechce odwiedzić swej matki? Czy nie stanie w progu tego domostwa, żeby opowiedzieć jej, czego dokonał i co jeszcze zamierza... żeby uściskać ją być może po raz ostatni? W rzeczywistości wizyta taka zależała od przebiegu powstania. Bridget czuwała więc, by o każdej porze czy to nocą, czy za dnia być gotową na przyjęcie syna.

Na wieść o klęsce pod Saint-Denis lord Gosford, w obawie, żeby siły zwycięzców spod Saint-Denis nie wzmocniły Patriotów z Saint--Charles, rozkazał korpusowi Witheralla zawrócić. Za późno. Kurierzy wysłani z Montrealu przez sir Johna Colborne'a zostali po drodze zatrzymani, i korpus Witheralla zamiast się cofnąć, nadal podążał na Saint-Charles. Od tej chwili nie było już w ludzkiej mocy zapobiec starciu powstańców z tego miasta z żołnierzami regularnej armii.

Dwudziestego czwartego listopada do obrońców obozu w Saint--Charles dołączył Jean bez Nazwiska. Wraz z Jeanem przybyli tam pan de Vaudreuil, André Farran, William Clerc, Vincent Hodge i Sébastien Gramont. Dwa dni wcześniej dzierżawca Harcher i jego pięciu synów opuścili wioskę Saint-Albans i po przekroczeniu amerykańskiej granicy ruszyli w kierunku Saint-Charles, zdecydowani do końca wypełnić swój obowiązek. Zresztą, musimy tu wyraźnie zaznaczyć, że nikt z naszych bohaterów nie wątpił w ostateczne zwycięstwo. Ani przywódcy frakcji opozycyjnej, ani pan de Vaudreuil i jego przyjaciele, ani Thomas Harcher, ani Pierre, Rémy, Michel, Tony i Jacques - jego dzielni synowie - ani też nikt z tutejszych mieszkańców, podekscytowanych myślą, że oto z ich miasteczka padnie ten ostateczny cios zadany anglosaskiej tyranii.

Przed przystąpieniem do ataku na Saint-Charles podpułkownik Witherall oznajmił Brownowi i jego towarzyszom, że jeśli się poddadzą, włos nie spadnie im z głowy. Propozycja ta została jednogłośnie odrzucona. Ale samo jej złożenie oznaczało, ni mniej, ni więcej, że królewscy żołnierze nie czują się na siłach, by zdobyć obóz. Nie! Nie ma mowy, aby weszli do Saint-Charles i wyrżnęli w odwecie Patriotów! Gdy tylko pojawią się oddziały pułkownika Witheralla, zostaną odepchnięte i rozpędzone! Armię królewską czeka kolejna klęska! Tym razem już definitywna, która zapewni powstańcom ostateczną wiktorię! Takie nastroje panowały w szeregach Patriotów.

Domniemanie, że obrońcy obozu są liczni, byłoby błędne. Nic więcej, jak zaledwie garstka, sama elita partii. Wodzów i podkomendnych, wszystkich razem, nie było więcej niż dwie setki. Za oręż mieli kosy, piki i kije, z rzadka fuzje skałkowe, a jako przeciwwagę dla królewskiej artylerii dwa stare działa, i to jeszcze nie całkiem sprawne.

Podczas gdy powstańcy szykowali się na spotkanie z nią, kolumna Witheralla maszerowała sprawnie, niezatrzymywana przez typowe dla tej pory roku przeszkody. Było wprawdzie zimno, lecz nadzwyczaj sucho. Tak więc oddziały posuwały się szybkim krokiem, a armaty toczyły się gładko po zamarzniętej ziemi i nie trzeba ich było mozolnie wyciągać ze śnieżnych zasp ani wydobywać z błota.

Reformatorzy czekali. Po ostatnim zwycięstwie z entuzjazmem, dodatkowo podekscytowani obecnością swoich wodzów, takich jak: Brown, Desrivi?res, Gauvin, Vincent Hodge, Vaudreuil, Amiot, Papineau, Marchessault, Maynard, a zwłaszcza Jeana bez Nazwiska. Wszyscy widzieli, jak zareagował na propozycję złożenia broni uczynioną przez podpułkownika Witheralla. Gotów był odpowiedzieć natychmiast, lecz wystrzałem z fuzji, ciosem kosy lub piki.

Jednakże obóz powstańców położony na obrzeżu miasteczka miał pewne mankamenty, którym nie sposób już było zaradzić. Chociaż z jednej strony chroniła go rzeka, a z drugiej stosy zrąbanych grubych pni piętrzących się wokół domu Debartzcha, to z tyłu dominowało nad nim spore wzgórze. Otóż powstańcy byli zbyt nieliczni, aby obsadzić to wzniesienie. W razie więc gdyby królewskim żołnierzom udało się zająć tam pozycje, reformatorzy zostaliby wystawieni na strzały, a podziurawiony pociskami dom Debartzcha nie stanowiłby żadnej osłony. Na dodatek musieliby odeprzeć atak i znaleźliby się w sytuacji obleganych. Czy Brown i jego towarzysze zdołają stawić czoła napastnikom?

Około drugiej po południu dały się słyszeć jakieś oddalone hałasy. A w ślad za nimi wielkie zamieszanie. W oddali, na przełaj polami, zmierzała w kierunku Saint-Charles czereda kobiet, dzieci i starców. Byli to umykający mieszkańcy okolicznych wiosek. Na horyzoncie wzbiły się w niebo kłęby czarnego dymu z podpalanych po drodze domów. Jak okiem sięgnąć płonęły farmy. Nadejście kompani Witheralla znaczyły ruiny i masakry. Brownowi udało się zatrzymać uciekinierów i wyłuskać spośród nich tych, którzy nadawali się do walki. Następnie przekazał ich pod komendę Marchessaulta i pobiegł na drogę po następnych. Marchessault wydał konieczne rozkazy w celu przedłużenia oporu i ukrył swych ludzi za sągami rozłożonymi po całym obozie.

- To tutaj - powiedział - rozstrzygną się losy całego narodu! To tutaj musimy się bronić...

- Aż do śmierci... - dodał Jean bez Nazwiska.

W tej chwili granicę obozu dosięgły pierwsze wybuchające pociski i stało się jasne, że od samego początku przewaga będzie po stronie królewskich żołdaków. Wystawienie swoich ludzi na bezpośredni ogień ukrytych za sągami drewna powstańców, którym udało się już zestrzelić kilku napastników, było ze strony Witheralla objawem wielkiej nieudolności. Ale i tak dla dowódcy dysponującego trzystoma lub nawet czterystoma piechurami i kawalerzystami, a do tego dwoma działami, opanowanie obozu Saint-Charles, a następnie zgniecenie jego obrońców przedstawiało się łatwo. Wydał rozkaz obejścia zaimprowizowanych szańców i zajęcia położonego za domem wzgórza. Manewr ten odbył się bez przeszkód. Obie armaty wciągnięto na górę i ustawiono w najwyższym punkcie terenu, jedna obok drugiej, na kształt minibaterii, i walka rozgorzała po obu stronach z najwyższą zawziętością. Wszystkie te posunięcia odbyły się tak szybko, że Brown, zajęty zwoływaniem uciekinierów, nie zdążył już wrócić do obozu, a tłum pociągnął go aż do Saint-Denis.

Patrioci, choć niewystarczająco osłonięci, bronili się z godną podziwu odwagą. Marchessault, pan de Vaudreuil, Vincent Hodge, Clerc, Farran, Gramont, Thomas Harcher z synami, wszyscy ci, którzy mieli fuzje, odpowiadali ogniem na ogień oblegających. Animuszu dodawała im już sama obecność Jeana bez Nazwiska, który starał się być wszędzie. Jeanowi brakowało jednak bezpośredniego kontaktu z wrogiem, zamętu pola walki, pojedynków wręcz, gdzie w starciu twarzą w twarz wygrywa najdzielniejszy. Bitwa na dystans odbierała mu zapał.

Tymczasem póki obie strony trzymały się mocno, toczyła się walka. Choć obrońcy obozu ustrzelili niejedną czerwoną kurtkę, jednak i sami ponieśli znaczne straty. Już przynajmniej tuzin z nich dosięgły pociski armatnie albo kule i teraz leżeli pokotem, jedni ranni, inni zabici. Wśród tych ostatnich znalazł się Rémy Harcher, rozciągnięty w kałuży własnej krwi, z piersią podziurawioną biskajką8. Kiedy bracia unieśli go, aby przenieść za dom, był już trupem. Więcej szczęścia miał André Farran, którego z pogruchotanym ramieniem odtransportowali w miejsce osłonięte przed karabinową palbą pan de Vaudreuil i Vincent Hodge, by zaraz potem wrócić na swoje posterunki. Niestety szybko się okazało, że i to ostatnie prowizoryczne schronienie trzeba jak najszybciej ewakuować. Spoza porozbijanych przez artyleryjskie pociski sągów drewna wyłonił się swobodny dostęp do obozu. Podpułkownik Witherall wydał rozkaz "potraktowania obleganych bagnetami"... Pisemne relacje z tego krwawego epizodu frankokanadyjskiego powstania podsumowały go jako "prawdziwą rzeź".

Ginący Patrioci z powodu braku amunicji walecznie odpierali atak przy użyciu kolb. W tej walce polegli obaj Hébertowie, mający o wiele mniej szczęścia niż A. Papineau, Amiot i Marchessault, którym po heroicznej obronie udało się przedrzeć przez tłum nacierających. Liczba zabitych obrońców sprawy narodowej nigdy nie została dokładnie poznana, gdyż wody pobliskiej rzeki uniosły liczne ciała.

Wśród postaci ściślej związanych z naszą historią również znalazło się kilka ofiar. Choć Jean bez Nazwiska bił się niczym lew, przez cały czas w pierwszym szeregu, nie bacząc na tumult, tym razem już otwarcie, rozpoznawany przez wrogów i przez przyjaciół, jakimś cudem nie został nawet draśnięty! Inni mieli mniej szczęścia. Po Rémym zostali trafieni kolejni dwaj bracia - Michel i Jacques. Ciężko rannych wynieśli ich daleko poza obóz Thomas i Pierre Harcherowie, i tym sposobem uchowali się od straszliwej masakry, którą królewscy żołnierze uczcili swoje zwycięstwo.

 

Rany odnieśli też William Clerc i Vincent Hodge. Widziano ich, gdy ze dwadzieścia razy z pistoletem czy fuzją w dłoniach rzucali się w wir napastników. W chwili najgorętszych zmagań towarzyszyli Jeanowi na wzniesieniu, z którego ziała ogniem artyleryjska bateria. Właśnie wtedy Jean o mało co byłby zginął, gdyby Vincent Hodge nie obrócił działa, z którego właśnie strzelił jeden z kanonierów.

- Dziękuję panu, panie Hodge! - rzekł mu Jean. - Ale być może nie było to potrzebne! To już koniec...

Jakoż w istocie chyba lepiej by się stało, gdyby syn Simona Morgaza poległ na miejscu, w chwili gdy na bitewnym polu Saint-Charles ginęła idea niepodległości. Jean bez Nazwiska znów rzucił się w największy kłąb walczących, gdy nagle dostrzegł leżącego u stóp wzgórza pana de Vaudreuil, skąpanego we własnej krwi. Pan de Vaudreuil został położony uderzeniem szabli przez kawalerzystów Witheralla, którzy dobijali powstańców rozproszonych na obrzeżach obozu. W ułamku sekundy Jean usłyszał wewnętrzny głos, głos, a raczej krzyk: "Ratuj mojego ojca!". Szczęśliwie dla Jeana zakrywający go dym z muszkietów, pozwolił mu się zbliżyć do pana de Vaudreuil, który leżał bez przytomności, być może już martwy. Jean wziął go na ręce i podczas gdy kawalerzyści z niesamowitą zaciętością ścigali rebeliantów, pod osłoną szańca dotarł do górnej dzielnicy Saint--Charles. Wokół płonęły domy. Ukryli się w przedsionku kościoła. Była już piąta po południu. Gdyby nie płomienie strzelające z ruin miasta, niebo byłoby zupełnie czarne.

 

Zwycięskie powstanie z Saint-Denis, w Saint-Charles zostało całkowicie pognębione. I nawet nie można było porównywać efektów tych dwóch bitew! O nie! Dzisiejsza klęska niosła za sobą sto razy gorsze następstwa dla sprawy narodowej niż poprzednia wygrana dawała rzeczywistych korzyści. Na dodatek przegrana, przychodząc jako druga w kolejności, niweczyła wszelkie nadzieje reformatorów.

Ci z obrońców, którzy nie zginęli, zostali zmuszeni do opuszczenia pola walki bez wyraźnego rozkazu. William Clerc, towarzysząc lekko rannemu André Farranowi, musiał przedzierać się na przełaj przez pola i łąki. Stawiwszy czoła tysiącu niebezpieczeństw, przekroczyli w końcu granicę. Losy pana de Vaudreuil i Vincenta Hodge'a pozostały im nieznane.

A co się stanie z Clary de Vaudreuil, która oczekiwała na nowiny w zaprzyjaźnionym domu w Saint-Denis? Czy jeśli wcześniej nie ucieknie, będzie musiała się spodziewać represji ze strony lojalistów? O tym rozmyślał Jean przycupnięty w malutkim kościółku. Pan de Vaudreuil nie odzyskał wprawdzie przytomności, lecz jego serce, choć słabo, wciąż biło. Być może zapewnienie mu natychmiastowej pomocy pozwoliłoby go jeszcze uratować... Ale gdzie i jak udzielić mu tej pomocy? Nie było się nad czym zastanawiać. Jeszcze tej samej nocy trzeba było go przenieść do Maison-Close...

Dom matki znajdował się przecież niedaleko - jakieś sto kroków od miasteczka, idąc wzdłuż głównej drogi. W nocnych ciemnościach, gdy żołdaki Witheralla opuszczą okolicę lub gdy rozłożą się na nocleg, Jean zaniesienie tam rannego. Matka! Pan de Vaudreuil u Bridget... u żony Simona Morgaza...! A jeśli dowie się kiedykolwiek, pod czyj dach oddał go Jean... Wszystko jedno! Czyż on, syn Simona Morgaza, nie był przyjmowany pod dachem willi Montcalm...? Czyż nie stał się towarzyszem broni pana de Vaudreuil...? Czy nie wyrwał go śmierci...? W czym dla pana de Vaudreuil miałoby być gorsze zawdzięczanie życia Bridget Morgaz? Zresztą o niczym się nie dowie. Nie było powodu, aby incognito nieszczęsnej rodziny zostało zdradzone.

Jean powziął decyzję i teraz przyszło mu tylko czekać na zrealizowanie swojego zamierzenia, kilka godzin, nie więcej. Myśli jego powędrowały ku domostwu w Saint-Denis, w którym Clary de Vaudreuil dowie się zapewne o klęsce Patriotów. Podczas daremnego oczekiwania na powrót ojca czy jej pierwszą myślą nie będzie, że został zabity? Może udałoby się ją uprzedzić, że pan de Vaudreuil został odstawiony do Maison-Close, a przy okazji ją samą uchronić od niebezpieczeństw, jakie jej groziły w tej mieścinie - od groźby zemsty zwycięzców? Wszystkie te obawy mocno Jeana przygnębiały. I jeszcze ta klęska! Świadomość, jakie nieszczęście przedstawiała ona dla sprawy narodowej, była dla niego największą torturą. Wszystko było stracone... Wszystko... Cały misterny plan opierany na nadziejach rozbudzonych po zwycięstwie w Saint-Denis... Wszystko, co miało być bezpośrednią konsekwencją tej wiktorii... powstanie we wszystkich hrabstwach... insurekcja ogarniająca kraj po dolinę Richelieu i Świętego Wawrzyńca, armia królewska pozbawiona możliwości działania, przywrócenie niepodległości... i w końcu on sam... Jean, który miał zmazać winę swego ojca wobec ojczyzny... wszystko stracone... wszystko!

Wszystko...? Nie było więc już miejsca, z którego można by na nowo wyruszyć do boju? Czy patriotyzm miał raz na zawsze umrzeć w sercach Frankokanadyjczyków tylko dlatego, że kilkuset z nich zostało unicestwionych w Saint-Denis...? Nie! Jean podejmie dzieło! Będzie walczył, aż zabierze go śmierć!

Choć wokół panowała ciemna noc, miasteczko wciąż wypełniały nawoływania i okrzyki żołnierzy, jęki rannych... Hałas niósł się uliczkami rozświetlanymi ogniem pożogi. Pożar ze zdobytego obozu rozprzestrzenił się na zabudowania miasta. Dokąd dotarł...? Czy ogień osiągnął przeciwległy kraniec osady? Czy Maison-Close również spłonął? Co będzie, jeśli Jean nie odnajdzie ani domu, ani matki...?

Ta myśl go przeraziła. On sam zawsze mógł uciec przez pola, zaszyć się w gęsto porastających hrabstwo lasach, zniknąć pod osłoną nocy... Nim wstanie świt, byłby już daleko. Ale co z panem de Vaudreuil? Jeśli wpadnie w ręce królewskich oddziałów, będzie zgubiony, ponieważ w tej krwawej jatce nie darowano życia żadnemu rannemu!

W końcu około ósmej w Saint-Charles zapanował względny spokój. Czy to dlatego, że kolumna Witheralla odmaszerowała, czy dlatego, że przegnano mieszkańców, a ich niedobitki schroniły się w kilku ocalałych od ognia domach, lecz ulice ziały pustką. Trzeba było z tego skorzystać.

Jean podsunął się pod drzwi kościółka, uchylił je i omiótł szybkim spojrzeniem placyk wokół. Zszedł kilka stopni... Nikogo... Po placyku pełgały tylko refleksy odległego pożaru... Wrócił po pana de Vaudreuil, którego zostawił opartego o kolumnę. Uniósł go i wziął na ręce. Nawet dla takiego mężczyzny jak Jean bezwładne ciało było znacznym ciężarem, a jeszcze musiał donieść je za zakręt głównego traktu, gdzie stał Maison-Close. Przeciął placyk i ruszył wzdłuż sąsiedniej ulicy. W samą porę! Nie uczynił nawet dwudziestu kroków, gdy rozdzwoniły się miedziane dzwonki, a ziemia zadrżała pod uderzeniem końskich kopyt. Był to oddział kawalerii, który dostał rozkaz powrotu do Saint-Charles. Podpułkownik Witherall wydał polecenie, aby oddział, nim wyruszy w pościg za uciekinierami z miasta, spędził noc na biwaku ni mniej, ni więcej tylko właśnie w kościele!

W chwilę później kawalerzyści rozłożyli się w kościelnej nawie, nie zaniedbawszy środków ostrożności na wypadek ewentualnego ataku. Nie tylko żołnierze usadowili się wewnątrz świątyni, ale wprowadzono do niej także konie! Nie ma potrzeby rozwodzić się tutaj nad profanacją miejsca katolickiego kultu, której dopuściło się to upite krwią i dżinem żołdactwo.

Tymczasem Jean kontynuował swoją nocną wędrówkę opuszczonymi ulicami, przystając od czasu do czasu dla zaczerpnięcia tchu. Obawa, że zamiast domu zastanie ruiny, nie opuszczała go ani na chwilę!

Nareszcie minął zakręt i stanął przed siedzibą swej matki. Pożar tutaj nie doszedł. Nietknięty budynek ginął w mroku. Szczelnie zamknięte okiennice nie przepuszczały najmniejszego promyka światła. Jean doszedł do barierki ograniczającej dziedziniec, odsunął ją i z panem de Vaudreuil na barkach dowlókł się pod drzwi. Zastukał w ustalony sposób.

W chwilę potem pan de Vaudreuil i Jean byli bezpieczni w domu Bridget Morgaz.

 

 

7 Strzelba skałkowa - strzelba zaopatrzona w zamek, w którym zapalenie prochu na panewce następuje od iskier powstałych przy uderzeniu zamocowanej w szczękach kurka skałki (kawałka krzemienia) o krzesiwo (płytkę metalową); tego typu zamek, skonstruowany około 1570 roku, był w użytku jeszcze do około połowy XIX w. System ten występował we flintach, czyli strzelbach i pistoletach ładowanych od przodu.

8 Biskajka - pocisk w lekkiej obudowie, wypełniony żelaznymi lub ołowianymi kulkami, kartacz; także rodzaj muszkietu o długiej lufie i dalekim zasięgu strzału.