Rodzice urwali się spod kontroli - Pete Johnson

Reflow text when sidebars are open.
piątek, 20 września
18.00
Rodzice właśnie zajrzeli do mojego pokoju. I ani się spostrzegłem, jak wpakowali się do środka, rozsiedli i patrzyli, jak odrabiam lekcje.
Nie dają człowiekowi spokoju. Gdy tylko podniosę wzrok, okazuje się, że już są. Wystarczy, że zasiedzę się w klopie dłużej niż dwie minuty, a już wołają:
- Nic ci nie jest? - oraz: - Mam nadzieję, że robisz tam coś związanego z edukacją?
Zespół zmęczenia rodzicem. To mi doskwierało. Na szczęście sami stwierdzili, że wywierają za dużą presję i zmienili taktykę. Teraz tylko syczą od progu:
- Jak idzie nauka?
Nie mogłem im powiedzieć prawdy. Staram się ich chronić przed okrucieństwem świata. (Ale tobie powiem, kochany dzienniczku, powiem, tylko później). Odparłem więc wymijająco:
- Całkiem nieźle.
- A tak w ogóle - rzucił tata - mój nowy szef przychodzi dziś na kolację.
- Jakoś szybko? - zdziwiłem się. - Założę się, że sam się zaprosił?
- Coś w tym stylu - uśmiechnął się.
- I głowę daję, że wygląda, jakby od trzech dni nie żył, jak ten poprzedni.
- I tu się mylisz. Jest dość młody. I chciałby poznać wszystkich menedżerów i ich rodziny. - Kolejny grymas. - Dziś szczęście uśmiechnęło się do nas.
- Będzie koło dziewiętnastej - dodała mama.
- Emocje sięgają zenitu - stwierdziłem. A potem dopadła mnie potworna myśl: - Chyba nie muszę wkładać garnituru?
- Tylko na kilka godzin - powiedziała mama.
Jęknąłem głośno.
- A jak przyjedzie, mam dygnąć, ukłonić się i sypać przed nim płatki kwiatów?
- Bądź po prostu sobą.
- Serio? - wyszczerzyłem zęby.
- Tylko się nie wczuwaj - sprecyzował szybko tata.
18.15
Rodzice już poszli, więc teraz mogę ci powiedzieć to, co przed nimi ukrywam.
W zeszłym tygodniu wszyscy z mojego rocznika musieli podejść do wielkiego sprawdzianu z historii. Mam już wynik, wypisany krwistoczerwonym atramentem na górze kartki.
Uzyskałem 4%.
Jasne strony są takie: mogłem dostać 3%. A nawet 2%. A na kogoś, kto dostał 1%, mógłbym patrzeć z wyższością.
Tylko że nikt tyle nie dostał. Mój wynik jest najniższy. Poczułem się jak burak.
Ale przecież chodzę do tej szkoły dopiero od dwóch tygodni i oni są o wiele dalej z materiałem niż ja w poprzedniej szkole (jeśli cię to choć trochę interesuje, choć prawdę mówiąc, szczerze wątpię, my nawet nie doszliśmy do XVIII wieku, a oni już go prawie skończyli).
W każdym razie poprawkę mam w przyszły wtorek. A rodzice myślą, że to pierwszy termin.
Moja szkoła oczekuje, że każdą chwilę aż do wtorku poświęcę na przekopywanie się przez stosy notatek, które mi dali, żebym jakoś nadrobił materiał. Głowa mnie boli od samego patrzenia.
Poza tym mam poważny problem. Zdiagnozowałem u siebie bardzo rzadkie schorzenie. Mam silną alergię na prace domowe.
W zeszłym tygodniu wziąłem do ręki podręcznik do matematyki i natychmiast poczułem mrowienie twarzy. A jak się rano obudziłem, miałem w tym miejscu wielkiego czerwonego pryszcza. Żeby nie doprowadzić do większych spustoszeń, od tamtej pory nie odrabiam lekcji.
Ale mam i dobre wieści. Wprost cudowne! No, czujesz, o co chodzi. Bo najlepsze jest to, że szkoła nie ma dla mnie żadnego znaczenia! Mógłbym w każdej chwili przestać się uczyć. Jako tako opanowałem alfabet i umiem liczyć do czterech. Więcej mi nie trzeba, bo chciałbym się w życiu zajmować tylko rozśmieszaniem ludzi.
Nawet teraz, kiedy piszę ten pamiętnik, obmyślam, co by ci tu zabawnego powiedzieć. W głowie mam cały czas pełno żartów. Nie widzę więc dla siebie innego zawodu. I innego, który chciałbym wykonywać. Chcę być komikiem.
I nie spocznę, dopóki nie będę miał własnego programu w telewizji. Co najmniej! (Najchętniej w wieczornym paśmie sobotnim, ale jestem otwarty na propozycje).
Nie uwierzysz, ale zeszłego lata moje marzenie prawie zaczęło się spełniać. Byłem o włos od zaistnienia w programie Gwiazdy jutra. Przeszedłem przez pierwsze rundy eliminacji i byłem nawet w finale, ale nie dotrwałem do nagrań do telewizji. Wszystko cudownie się składało, a nagle powiedzieli, żebym ich pocałował w pompkę i spadał.
Na szczęście moja agentka uważa, że samo to, że zaszedłem tak daleko, oznacza, że już nie jestem amatorem. Nie, jestem półprofesjonalnym komikiem.
No tak, bo mam agentkę! Co więcej, jestem jej jedynym klientem. Ma na imię Maddy i jest w moim wieku (ale chodzi do innej szkoły).
Poznaliśmy się na warsztatach teatralnych. Tam dowiedziałem się, że Maddy odkąd pamięta, chciała zostać sławną aktorką. Dostała nawet świetną rolę, Nancy w Olivierze Twiście! Niestety, zanim wyszła na scenę, zarzygała całe kulisy. Na scenę musiała wyjść jej dublerka.
Zrozumiała wtedy, że stres nie pozwoli jej na wykonywanie zawodu aktorki, więc poświęciła się łowieniu młodych talentów.
I złowiła mnie.
Wierzy, że wkrótce czekają mnie niesamowite rzeczy.
Ja zresztą też w to wierzę.
Chciałbym tylko, żeby trochę się pośpieszyły, bo... No nie, mama woła, żebym przebrał się w garnitur.
Dokończę później.
21.30
I oto wbiłem się w garnitur, który spętał mnie jak faszerowany drób. Na twarzy miałem sztuczny uśmiech. Elliot, mój młodszy braciszek, też był w garniaku. Tata tak samo, a mama nawet włożyła perły.
Na to wszystko wkroczył taty szef wraz ze swoją bardzo ładną żoną, Marią. Miał rozczochrane włosy, znoszoną skórzaną kurtkę, dżinsowe rurki i czadowe adidasy. Zupełnie się nie nadawał na naszą kolację.
Musiał być mega skrępowany, ale nigdy byście nie powiedzieli po jego zachowaniu. Podszedł do Elliota i do mnie i powiedział:
- Elo, ziomy, jestem Rup. - Potem przybiliśmy żółwika. W przypadku każdego innego dorosłego to byłaby żenada, ale jakimś cudem w przypadku Rupa nie. Może dlatego, że zachowywał się w naszym domu jak gwiazda rocka, która wpadła z wizytą.
Tata zbudował w ogrodzie małą chatkę i zrobił w niej biuro, więc obstawiałem, że razem z Rupem znikną tam na trochę, żeby pogadać o pracy, ale nie. Rup gadał głównie ze mną i Elliotem, bo jak powiedział tacie, "młodzi są naszą przyszłością, musimy się z nimi trzymać. Są w cholerę ważni".
Zadawał różne pytania "w cholerę ważnemu" mnie. Kiedy spytał, jakie są moje ulubione zajęcia w szkole, odparłem:
- Łamanie ołówków ciosem karate i wkurzanie nauczycieli.
Śmiał się tak, że o mało nie spadł z krzesła. Bardzo go wtedy polubiłem.
- Zabawny z ciebie koleś - powiedział i wskazał na mnie z aprobatą. Potem zwrócił się do taty: - Pracujesz w firmie od dwudziestu lat, prawda?
- Tak jest - odpowiedział tata, trochę nieśmiało. Zdjął krawat i podwinął rękawy koszuli, żeby Rup nie czuł się taki wyobcowany, co było bardzo miłe z jego strony. - Oczywiście zaczynałem od samego dołu.
- A potem ciągle awansował - dodałem, żeby jakoś tatę wesprzeć. - I musieliśmy się tu przeprowadzić.
- Na pewno nie jest panu łatwo - zagaiła mama - zaczynać w zupełnie nowej firmie.
- Dlatego w takim stopniu polegam na ludziach z pozycją pani męża - odparł Rup. - Ma wielkie doświadczenie.
- Mam nadzieję - zauważył tata - że nie jest to dyplomatyczny sposób wytknięcia mi wieku. - Uśmiali się z Rupem zdrowo.
Potem Rup powiedział:
- Wspólnie zmienimy tę firmę! Niektórzy strasznie się już zastali, robiąc od wieków to samo. Czas nimi potrząsnąć! - uśmiechnął się do taty szeroko. - Gotowy na jazdę na kolejce górskiej?
Tata odrzekł, że jak najbardziej. Podobało mi się, że w wykonaniu Rupa nawet praca wydawała się emocjonująca.
Potem Rup i Maria wrócili na chatę (jak to ujął Rup), a ja powiedziałem tacie:
- Chyba się nie przejął, że zapomniał włożyć garnitur?
- A czym miałby się przejmować? - spytał tata, a w jego głosie słyszałem nawet więcej niż nutkę goryczy. Pewnie chodziło mu o to, że Rup jest szefem, a szefowie zawsze robią, co chcą.
- Wygląda w cholerę młodo - mówiłem dalej. - Ile ma lat?
- Dwadzieścia dziewięć - powiedział tata bardzo szybko. Jak nigdy.
- Jest chyba najfajniejszym szefem, jakiego miałeś, nie?
Mruknął coś w odpowiedzi, ale nie wydawał się ani trochę tak radosny jak w czasie wizyty Rupa. Żeby go jakoś pocieszyć, przypomniałem, że jutro ma urodziny. Ale to go chyba wcale nie ucieszyło.
sobota, 21 września
16.30
Dziś urodziny taty. Kupiłem mu pudełko herbatników i piłkę, która gra, kiedy się ją kopnie. Rozpieszczam go, wiem.
Miał całkiem dobry dzień, który skończył się jakieś dwadzieścia minut temu. Bo wtedy przypomniał sobie, kto dzisiaj przychodzi na herbatę. Moi dziadkowie, czyli jego rodzice.
Babcia mówi w czterech językach, ale w żadnym nie ma do powiedzenia nic wesołego. Dziadek nie jest aż tak ponury, ale nie nadaje się do współczesnego życia. Ani on, ani babcia nie lubią nowoczesności. Gdyby mogli, cofnęliby się w przeszłość. Zawsze chętnie jadą po Elliocie albo po mnie.
- Jeśli babcia jeszcze raz mi powie, że mam zdjąć łokcie ze stołu - mruknął Elliot - albo mnie spyta, czy myłem dzisiaj ręce, powiem jej, żeby się nie wtrącała w nie swoje sprawy. Ja jej nie pytam, czy myła ręce.
- Nic takiego nie powiesz - odparła stanowczo mama. - Postarasz się zrozumieć ich punkt widzenia i... Nie przychodzą wcale tak często.
Potem tata ogłosił, że już przyjechali, ale nie słyszałem w jego głosie radosnego podekscytowania.
19.25
- Powiedz, Louisie - zaczęła babcia, której perfumy o zapachu spreju na muchy zaatakowały mnie jak trujący gaz. - Zadomowiłeś się już w nowej szkole?
- Tak, jak najbardziej - powiedziałem oględnie i chciałem zmienić temat.
Ale babcia nie dała się zwieść.
- A jak się dogadujesz z nowymi nauczycielami?
- Doskonale - odparłem. - Mówią, że jestem ich pieszczoszkiem i trzymają mnie w klatce na końcu klasy. - Wydawało mi się to całkiem zabawne, ale babcia wyglądała na zszokowaną.
- Trzymają cię w klatce... - zaczęła. - Nic nie rozumiem.
- To był żart! - upomniał ją dziadek. Wyglądał jak baset, który właśnie usłyszał bardzo złe wieści.
- Trafne spostrzeżenie, dziadku - pochwaliłem. - W nagrodę jeszcze jeden. Jakiego kompleksu nie mają sędziowie? Kompleksu niższości! Rozumiesz?
Dziadek zaśmiał się zgrzytliwie, a potem zawołał Elliota i mnie do siebie. Dał nam po nowiutkim banknocie dziesięciofuntowym. Dziadek nie jest skąpy, to mu trzeba przyznać.
- Rany, dziadku, genialnie! - zawołał Elliot.
Dziadek natychmiast się skrzywił.
- Wypaczasz język, bez powodu używając takich słów, jak "genialny". Genialny może być uczony człowiek albo wybitny film, ale...
Dziadek potrafił tak zrzędzić całymi godzinami, więc mieliśmy szczęście, że przerwała mu babcia:
- Nie uwierzycie, co dzisiaj znalazłam!
Miałem nadzieję, że wyciągnie skrzynię złotych monet albo dawno zaginioną rodzinną pamiątkę, która zrobi z nas miliarderów, ale ona podała tacie zdjęcie.
Zerknął na nie i podskoczył na krześle, jakby go poraził prąd. Potem powiedział cicho:
- Zobaczyłem ducha.
- Masz zdjęcie ducha?! - zainteresował się Elliot.
- W pewnym sensie - przyznał tata, cały czas wpatrując się w zdjęcie. - To ja, dawno, dawno temu. Gdzie to znalazłaś?
- Szukałam czegoś w kredensach - powiedziała babcia - i tam na nie trafiłam.
Tata podał zdjęcie mamie, która na nie zerknęła, a potem uśmiechnęła się szeroko i przekazała je mnie.
W pierwszej chwili myślałem, że to zdjęcie rozszerzanych spodni, które same wyszły na spacer. Były gigantyczne!
Ale potem dojrzałem, że ktoś w nich jednak jest. I to był tata.
Miał bardzo długie włosy (stanowczo za długie), falbaniastą koszulę i aksamitną marynarkę. Do tego szalik i srebrne kółko w jednym uchu.
- Widzę, że jeszcze wtedy nie byłeś w Zbuntowanych Dandysach? - spytała mama.
- Przepraszam w czym?! - wyszczerzyłem zęby.
- To był mój zespół - wyjaśnił tata. - Nie, to zdjęcie zostało zrobione trochę wcześniej.
- Ile miałeś lat?
- Nie pamiętam dokładnie... - zaczął tata.
- Ja pamiętam! - włączyła się babcia. - To było w dniu twoich piętnastych urodzin, czyli równo trzydzieści lat te...
- Dobrze, dobrze - przerwał jej tata. - Zostawmy to.
Ale już było za późno. Elliot dokonywał karkołomnych obliczeń w pamięci, ja wiedziałem, ile tata ma lat, więc chórem zawołaliśmy:
- Masz czterdzieści pięć lat!
A ja dodałem:
- Czterdzieści pięć! Tato, jesteś oficjalnie stary!
- Nie pogarszaj sprawy - szepnął tata.
- Poza tym czterdzieści pięć to nowe trzydzieści - poinformowała radośnie mama.
- Kto tak mówi? - dociekała babcia.
- Czterdziestopięciolatkowie - zaśmiał się dziadek. Potem zwrócił się do mnie: - Trzydzieści lat temu narzekałem na jego muzykę, tak jak pewni on dzisiaj narzeka na twoją.
- I tu się mylisz! - krzyknął tata. - Wczoraj oglądałem MTV. Jakieś hip-hopy, prawda Louis?
- Tak?
- Tak! No proszę cię, poprzyj mnie.
- Dobrze, może przez jakieś dwadzieścia sekund patrzyłeś - zgodziłem się.
- Bo miałem inne rzeczy do roboty, ale jak słuchałem, to czułem bluesa!
- Czułeś bluesa! - zaśmiałem się głośno. - Nikt już tak nie mówi!
Dziadek nachylił się z szyderczym uśmiechem.
- Czas spojrzeć prawdzie w oczy, synu. Tak samo ci blisko do nastolatka, jak i mnie. Tak to jest. Wcześniej czy później każdy z nas kończy jako stary zgred. - Potem przekręcił sztylet, który wcześniej wbił: - Dostajesz nawet takiego brzuszka jak ja w twoim wieku.
Tata natychmiast odwrócił się do mamy.
- Nie dostaję, prawda?
- Może zupełnie małego... - odparła mama.
Nigdy w życiu nie widziałem taty tak przerażonego.
niedziela, 22 września
8.05
Rano obudził mnie syczący szept:
- A może byś ze mną pobiegał?
W pierwszej chwili myślałem, że to koszmar, zwłaszcza kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem rozszalałego człowieka podskakującego w workowatym dresie.
- To jak, przebiegniemy się?
- Ty się przeleć, a później mi opowiesz. Dużo później. - Na nowo umościłem się pod kołdrą. - Postaraj się nie trzaskać drzwiami, jak będziesz wychodził.
- Oj, wstawaj, Louis, będzie super!
- Nie będzie, uwierz mi.
Ale tata nie zamierzał odpuścić i w końcu musiałem się zgodzić. A jak już wyszliśmy, to nie tyle biegał, co tańczył.
- Czy to nie cudownie wstać skoro świt i pooddychać świeżym powietrzem? - dopytywał, choć wszystko spowijała mgła i do tego było strasznie zimno. - Musimy to robić co rano!
Po tych słowach długo nie mogłem się uspokoić.
- Dawaj, pościgamy się! - zaproponował nagle. I zanim się spostrzegłem, już brałem udział w wyścigu.
Chociaż tak się przechwalał, tata wcale nie był wytrwałym biegaczem. Bez trudu go wyprzedziłem i słuchałem, jak sunie za mną, dysząc niczym czajnik tuż przed wybuchem.
Kiedy zbliżaliśmy się już z powrotem do domu, odgłosy wydawane przez tatę osiągnęły poziom alarmowy. Dawał z siebie wszystko i naprawdę chciał wygrać. Mnie to było całkowicie obojętne, ale jemu z jakiegoś powodu nie.
Zwolniłem, trochę nawet zacząłem utykać i pozwoliłem się wyprzedzić.
- I co ty na to? - wysapał z dumą.
- Jesteś dla mnie za szybki - przyznałem.
- Ha! - zawołał triumfalnie. - Czyli nadal jestem w formie! - Wyciągnął rękę, żeby entuzjastycznie przybić mi piątkę, ale zamiast tego runął na twarz.
- Tato...?
- Nie, nie, nic mi nie jest. - Ciężko podniósł się do pionu. - To tylko moje kolano. Czasem nie daje rady i chyba właśnie nie dało. Mógłbyś...?
- Oprzyj się o mnie.
Powlekliśmy się do domu w tempie za wolnym nawet dla emerytowanego żółwia.
20.30
Wieczór cudów.
Elliot poszedł do łóżka, a wtedy mama odezwała się do mnie.
- Cały weekend chcieliśmy cię o coś spytać. Kiedy Rup zderzył się z wami pięściami, coś powiedział ...
- Elo ziomy - podsunąłem natychmiast.
Rodzice powtórzyli za mną.
- A co to dokładnie znaczy? - dopytywała mama.
- Że jesteśmy kumplami.
- Jakie to ciekawe!
- Niezwykle - przyznał tata. - A może moglibyśmy - zaczął nieśmiało - poćwiczyć z tobą to powitanie pięściami? Na wszelki wypadek, żebyśmy wiedzieli co robić...
Śmiałbym się chyba przez tydzień, gdybym sobie na to pozwolił. Byli stanowczo zbyt stetryczali na żółwika.
Ale nie wytknąłem im tego, jestem na to zbyt miłosierny.
Pozwoliłem tacie spróbować. Po pierwszej próbie się skrzywiłem:
- Nie, tato, nie możesz nacierać na moje kłykcie, jakbyśmy się mieli bić. Więcej subtelności, gracji, o tak.
Rodzice przyglądali mi się w nabożnym skupieniu, a potem spróbowali jeszcze kilka razy.
- No, teraz świetnie - oceniłem.
Wtedy mama zapytała:
- A "średnio na jeża"? Mówi się tak jeszcze?
- Tak, ale nie możesz tego wymawiać z takim namaszczeniem. Powiedz nonszalancko, o tak. - I zademonstrowałem.
- Średnio na jeża - wygłosiła mama.
- Lepiej.
- Średnio na jeża - oznajmił tata.
- Idealnie!
Tata aż się rozpromienił.
- A jeszcze ten ruch ręką jak to wymawiacie - podsunęła mama.
Wyszczerzyłem zęby.
- Jest, a jakże. Przećwiczymy teraz. Poruszcie wyprostowanymi dłońmi w samym nadgarstku w jedną i w drugą stronę.
Patrzyłem, jak moi rodzice powtarzają "średnio na jeża" i poruszają rękami. Czułem, że to złe, na tyle różnych sposobów. Ale okna były porządnie zasłonięte, a oni świetnie się bawili.
Przecież nikomu jeszcze nie zaszkodziła chwila beztroski, prawda?
poniedziałek, 23 września
16.30
Niedawno rodzice złożyli mi propozycję, której nie mogłem odrzucić. Opowiem ci.
W poprzedniej szkole nie dogadywałem się z dyrektorem i z większością nauczycieli, ale miałem świetnych kumpli. Więc rodzice powiedzieli, że jeśli chcę spróbować uczyć się gdzie indziej, mogę się przenieść do innej szkoły, a ja chciałem. Nawet bardzo.
Przez jakiś czas nie chodziłem w ogóle do żadnej szkoły. Miałem prywatnego nauczyciela, bezrobotnego aktora Todda, którego bardzo lubiłem. A teraz od dwóch tygodni jestem w nowej szkole. Tutaj nie dogaduję się ani z dyrektorem, ani z większością nauczycieli, a do tego nie mam jeszcze ani jednego kolegi czy koleżanki.
Ta nowa szkoła jest znacznie mniejsza od poprzedniej. Podobało mi się to. Myślałem, że atmosfera będzie naprawdę przyjacielska. I nie mogłem się bardziej mylić. Bo wszyscy rzucili się na mnie z pazurami, jak tylko się tam pojawiłem. I to z najdurniejszego powodu, jaki potrafiłbyś sobie wyobrazić.
Otóż, kiedy poszedłem do tego śmiesznego, małego sklepiku, żeby dobrać nowy mundurek, okazało się, że nie mają mojego rozmiaru. Dla mnie nie było problemu - dopóki nie sprowadzą, będę nosił mój stary, obleśny mundurek. Ale okazało się, że nie oberwałbym bardziej, gdybym w szaliku Manchesteru United wmieszał się w tłum kibiców Manchesteru City.
Wystarczyło, że wszedłem przez bramę i od razu rzuciła się na mnie jakaś dziewczyna. Pokazywała mnie palcami i obnażała zęby.
- Nienawidzę tej szkoły. Wszyscy tam są tacy zarozumiali.
- Nieprawda... - zacząłem.
- Myślicie, że jesteście lepsi od innych. Ale nie jesteście!
Nagle zebrał się wokół mnie tłum, który oczekiwał wyjaśnienia, czemu śmiałem się tu pojawić we wrogich barwach. Generalnie rzecz biorąc, mega afera bez powodu. Przecież wszystkie mundurki są obleśne, tak? Więc co za różnica, który z nich mam na sobie? Ale okazało się, że ta opinia pozostaje w mniejszości.
Przez cały dzień rozbawiłem tylko jedną osobę. Dziewczynę, która krzyknęła do przyjaciółki:
- Strasznie gorąco na słońcu!
- To na nim nie siedź! - odkrzyknąłem.
Dziewczyna się roześmiała, powiedziała, że ma na imię Holly i jest o rok starsza ode mnie. Potem dodała:
- Zwykle ludzie nie są tak wrogo nastawieni.
- Wiem, to moja wina. Przecież jestem nowy.
Znów się roześmiała.
Później zadzwoniłem do Thea, mojego najlepszego kumpla ze starej szkoły. Powiedział, że wszyscy za mną tęsknią. A potem doprecyzował: wszyscy tęsknią za tym, jak robiłem z siebie głupka.
- Wystarczyło, żebyś wszedł do klasy i już wszyscy zaczynali się śmiać.
- Tutaj tak nie jest - odparłem. - Tu na mój widok się rozglądają, czym by we mnie rzucić.
Wieczorem powiedziałem rodzicom, że chciałbym znów zmienić szkołę i wrócić do tej, z której właśnie odszedłem.
Najpierw się uśmieli, bo myśleli, że się zgrywam, a potem tata przypomniał:
- Ale przecież sam wybrałeś tę szkołę.
A mama dodała:
- Musisz dać jej szansę, skarbie.
Zdałem sobie sprawę, że przez jakiś czas nie ma sensu wracać do sprawy. I tak nie potraktują mnie poważnie. Ale ja nie mam zamiaru tam zostać, zwłaszcza po tym, co się stało dzisiaj.
Na przerwie sparodiowałem naszego pana od matematyki, który wiecznie mówi przez nos i ciągle powtarza:
- Nie, nie podoba mi się to. - A przy okazji wciąga smarki. Parodia wyszła mi genialnie, a wciąganie smarków zasługiwało na Oscara.
Ale nikt się nawet nie uśmiechnął. A na dodatek jedna dziewczyna powiedziała:
- Nie znoszę ludzi, którzy się popisują.
Wiedziała, gdzie jest mój czuły punkt.
Przecież ja się nie popisuję! Jestem po prostu nieodkrytą gwiazdą komedii, a to co innego, prawda? Ale mimo to czułem się tak dotknięty, że zaraz zadzwoniłem do Maddy.
Stwierdziła, że może za bardzo się starałem wszystkich rozbawiać i poradziła, żebym dał im czas i pozwolił się odkryć. Obiecała też, że wpadnie, żeby pomóc mi rozwiązać kolejny z moich wielkich życiowych problemów.
Jutrzejszy test z historii.
19.45
Właśnie doszliśmy z Maddy do wiekopomnego wniosku.
Ponieważ do tej pory nie powtórzyłem ani odrobiny materiału, nie powinienem jutro pisać poprawki. Tym bardziej że teraz już na pewno rodzice dowiedzą się o moim haniebnym wyniku i pod wpływem tych wieści wrócą na dawne męczące ścieżki. W końcu dopiero na początku sierpnia oddali mi telewizor i odtwarzacz DVD, które miałem w pokoju. (Pewnego dnia wynieśli je chyłkiem, bez mojej zgody).
Nie ma wyjścia, jutro muszę być chory.
Tylko na co?
Typowałem trwającą dobę arytmię serca. Już widziałem, jak mówię z wyrozumiałym uśmiechem:
- Zostawcie mnie tu, przed telewizorem, z pilotem pod ręką. Moje serce wkrótce znów nabierze mocy.
Ale Maddy sugerowała, że lepiej zostać przy sprawdzonych środkach.
- Na grypie żołądkowej nie można się przejechać!
No i jak zwykle miała rację.
21.15
Tata dzisiaj znów wrócił późno, ale zanim jeszcze dopił herbatę, zaatakował mnie gradem pytań.
- Wyśmiałeś mnie, jak w niedzielę powiedziałem, że czuję bluesa.
Znów zacząłem się śmiać.
- Czyli nikt już tak nie mówi?
- Nawet w dobranockach.
- Więc jak powiedzieć, że wpadła ci w ucho jakaś przyjemna muzyka? - dołączyła się mama.
- Można na przykład powiedzieć, że czujesz klimat. Albo że obczaiłaś muzę.
Mama zapisała to w notesie.
Wtedy tata zauważył:
- Człowiek ramoleje i nawet tego nie widzi.
- To się zdarza każdemu - pośpieszyła mama z zapewnieniem.
- No to jeszcze - podsunął tata - chcielibyśmy, żebyś nam powiedział, co się mówi na ulicy.
- Ale coś konkretnego? - dopytywałem, choć dobrze wiedziałem, co ma na myśli.
- Jakieś słówka, które są na czasie.
- Takie, których używają młodzi ludzie?
- Młodzi i jeszcze młodsi - potwierdził skwapliwie tata. - Na przykład "joł". Kiedy dokładnie się tego używa?
- Patrz na mnie jak na mistrza Yodę bycia na czasie - ogłosiłem - i czerp z mej mądrości.
Po "joł" przerobiliśmy jeszcze "masakrę", "ziomów" i całe mnóstwo innych wyrażeń. Zaskoczyło mnie, że aż tak ich to pasjonuje. Podejrzewam, że dzięki temu mogli po prostu na chwilę zapomnieć o swojej przedpotopowości. W każdym razie nieźle się napociłem, żeby ich wyedukować. Naprawdę, niepotrzebnie ich rozpieszczam.
wtorek, 24 września
20.30
Jeśli chodzi o symulowanie choroby, moja rada jest taka, że należy się bardzo starannie przygotować. Nie można w podskokach zbiec po schodach, żeby ogłosić, że jest się chorym. Nie, to wymaga finezji.
Trzeba nasmarować policzki talkiem, żeby osiągnąć odpowiedni odcień bladości. Włosy należy przetrzeć wilgotnym ręcznikiem, żeby wyglądały na przepocone.
Następnie, kiedy już przywleczemy się do stołu na śniadanie, nie wolno nic mówić! Siadamy w grobowej ciszy i wchodzimy w rolę.
Czekałem, aż mama wkroczy z moją herbatą i grzanką. Zwykle pochłaniam śniadanie jednym kłapnięciem paszczy, ale dzisiaj ledwie co skubnąłem, raz czy dwa, i odsunąłem, jakbym nie mógł na nią patrzeć. Udawałem też, że nie dostrzegam zaniepokojonych spojrzeń rodziców.
- To do tego sprawdzianu z historii uczyłeś się tak pracowicie? - spytała mama.
- Tak - odparłem słabo i uśmiechnąłem się ostatkiem sił.
- Prawie nie zjadłeś śniadania - zauważył w końcu tata.
Odłożyłem grzankę.
- Nie jestem dzisiaj głodny.
Wtedy mama zadała pytanie, na które tak czekałem:
- Dobrze się czujesz, skarbie?
Najpierw cicho jęknąłem, a potem poderwałem się na równe nogi.
- Prawdę mówiąc, chyba zaraz zwymiotuję. - To powiedziawszy, pomknąłem po schodach na górę i zamknąłem się w łazience.
Słyszałem, że mama, tata i Elliot biegną za mną. Czas na głośne odgłosy wymiotów. Następnie odkręciłem wszystkie krany, jakbym w panice zmywał ślady wymiocin.
- Wszystko w porządku? - zawołała mama przez drzwi.
- Tak - jęknąłem. - Trochę mi niedobrze.
Postanowiłem dodać jeszcze kilka efektów dźwiękowych. Dopiero co niedawno przyglądałem się wymiotującemu kotu (o dziwo, fascynujące!), więc wiedziałem, co robić.
- Louis, wpuść nas - poprosił tata, teraz już wyraźnie zaniepokojony. Otworzyłem drzwi, ale cały czas ścierałam z nosa, ust, a nawet uszu i włosów nieistniejące rozpryski.
- Gdzie są rzygi?! - dopytywał Elliot i z emocji aż podskakiwał. - Proszę cię, pokaż mi rzygi.
- Nie, Elliot, wracaj na dół i dokończ śniadanie - rozkazała mama. - Od kiedy źle się czujesz? - spytała mnie.
- Brzuch mnie bolał całą noc.
- Jesteś rozgrzany i spocony - zauważyła.
- I bardzo blady - dodał tata.
Dobrze, docenili moje przygotowania. Wtedy wyszeptałem drżącym głosem:
- Chciałbym się położyć. Jak trochę odpocznę, na pewno poczuję się lepiej.
No i proszę, leżę w łóżku i mam wszystko z głowy.
Tyle że jestem wykończony.
Udawanie choroby potrafi człowieka zmęczyć, zapamiętaj to sobie.
12.45
Ależ miałem genialny poranek!
Mama wyszła do pracy na 9.30. Ułożyła mnie w łóżku, okryła kołdrą i obiecała, że później zadzwoni sprawdzić, jak się czuję. Miałem cały dom dla siebie! I nie zamierzałem stracić ani sekundy. Uzupełniłem zeszyt z dowcipami, obejrzałem Hotel Zacisze i Porridge oraz najnowsze DVD Michaela McIntyre'a. Najważniejsze, to nie spocząć na laurach. Chcę być jeszcze zabawniejszy, więc jak najwięcej czasu spędzam w towarzystwie geniuszy komedii.
Dlatego też przeczytałem pierwszy rozdział The Inimitable Jeeves P.G. Wodehouse'a. Polecił mi go mój nauczyciel, Todd. To najzabawniejszy pisarz świata. Tak się nim zachwycałem, że nawet Maddy zaczęła go czytać.
Po tym wszystkim zrobiłem najazd na puszkę z herbatnikami i zacząłem przeskakiwać z kanału na kanał. I tak trafiłem na program Powiedz, jaki masz problem.
Nie wiem, może widziałeś, w każdym razie to totalny gniot. Facet z twarzą jak fretka i perwersyjną trwałą zaprasza do podzielenia się swoimi problemami. Nazywa się doktor Magnus.
Są z nim w studiu jacyś ludzie, ale głównie chodzi o to, żeby do niego dzwonić i opowiadać, że na przykład nie masz przyjaciół z powodu chronicznego łupieżu. Wtedy doktor Magnus mówi jakieś bzdury w stylu: "Musisz się nauczyć zdobywać przyjaciół mimo łupieżu" i szczerzy się prosto do kamery.
Zaraz bym przełączył, gdyby nie to, że podali numer i zachęcili do dzwonienia. Kiedy numer pojawił się na ekranie, zadzwoniłem. No bo niby czemu nie?
Zrobiłem to tylko dla jaj i nawet przez sekundę nie zakładałem, że się dodzwonię, ale o dziwo, połączyłem się od razu (to sugeruje, jaką popularnością cieszy się program doktora Magnusa). Zanim się spostrzegłem, już rozmawiałem z jego asystentką o łagodnym głosie.
Powiedziałem, jak mam na imię, a ona spytała, jaki problem mnie sprowadza.
Powinienem był się wtedy rozłączyć, ale to by było słabe. Więc załkałem subtelnie i spytałem:
- Nie będzie się pani śmiała, jak pani powiem? - Chociaż wciąż nie miałem pojęcia, jaki mógłbym mieć problem.
- Oczywiście, że nie - odparła tak szczerze, że nawet zrobiło mi się trochę głupio. Ale zaraz przypomniałem sobie o zakłamanym uśmieszku doktora Magnusa i wypaliłem: - Wie pani, że w szkole ludzie mają różne ksywki? Ja swojej nienawidzę.
- Powiedz, jak na ciebie mówią? - zaćwierkała.
- No dobrze... Drgawa. Albo Drgawiec. Czasem Drgawa Wielki Dragwiec. Ale głównie Drgawa. Chodzi o to, że mam tik i co kilka sekund drży mi cała twarz, a potem cały podskakuję. Zdarza się to w szkole, na mieście, wszędzie. Ludzie się zatrzymują i gapią. Czasem nawet za mną idą. A potem słyszę, jak wołają:
- Ej, Drgawa!
Bawiłem się jak nigdy w życiu, wymyślając tę wyssaną z palca historię, ale wtedy kobieta poprosiła, żebym podał jej swój numer i ona do mnie oddzwoni. Uznałem, że chce mnie spławić, a ponieważ już się ubawiłem, podałem numer i zaraz o tym zapomniałem. Ale telefon zadzwonił.
To była ona. Zadała jeszcze kilka pytań (w tym, dlaczego nie jestem w szkole), a potem oznajmiła:
- Chcielibyśmy omówić twój frapujący problem na wizji, z doktorem Magnusem. Myślisz, że dasz radę?
Wiedziałem, że powinienem się ze wszystkiego wycofać, ale padły dwa słowa, które mi na to nie pozwoliły.
Nie, nie chodzi mi o "doktor Magnus".
Dobra, może i będę opowiadał o urojonym problemie w najgorszym programie wszech czasów, ale mimo wszystko będzie to NA WIZJI.
13.30
Kiedy miła asystentka zadzwoniła po raz kolejny, kazała mi czekać na linii. Miałem być następny.
Trzymałem telefon przy uchu i wpatrywałem się w telewizor. Na ekranie, pod doktorem Magnusem w błyszczącej marynarce, który rozmawiał z kimś na widowni, widniał napis: "Następny rozmówca to dwunastoletni Louis z Herts".
Moje imię było w telewizji. Rozpierała mnie duma. Potem zaczęło się odliczanie: "trzydzieści sekund do wejścia na antenę, dwadzieścia... dziesięć...". Aż w końcu w słuchawce rozległ się głos doktora Magnusa, który zwrócił się do mnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi.
- Cześć, Louis! Wiem, że masz bardzo interesujący problem. Opowiedz nam o tym.
I popłynąłem. Opisałem swoje życie jako wymyślonego Drgawy. Dodałem też nowe szczegóły, jak na przykład wyprawa do kina, podczas której jakiś koleś dał mi kuksańca w bok i powiedział:
- Możesz przestać? Mojej dziewczynie to przeszkadza.
- Ale nad tikiem nie da się zapanować - dodałem cichym, ponurym głosem - więc nie miałem wyjścia i wyszedłem z kina. - Widownia jęknęła współczująco. - Ale nie szkodzi - dodałem mężnie. - Film na pewno niedługo wyjdzie na DVD. - Później, żeby trochę ożywić przekaz, westchnąłem i oznajmiłem: - Panie doktorze, właśnie znów miałem tik!
- Nic nie szkodzi, Louisie. Pomogę ci. - Był całkiem pewny siebie. - Jestem przekonany - mówił dalej - że twoje tiki są wynikiem stresu. Dlatego chciałbym, żebyś teraz coś dla mnie zrobił. Odpręż się i odetchnij głęboko.
Odetchnąłem tak głęboko i głośno, że świat jeszcze czegoś takiego nie słyszał. Kilka osób na widowni zachichotało.
- I jak? - spytał doktor Magnus.
- Absolutnie fantastycznie - oznajmiłem - ale dosłownie przed chwilą znów miałem tik. Mogę panu powiedzieć, co mnie odpręża. Opowiadanie kawałów. Mogę panu opowiedzieć kawał?
- No dobrze - zgodził się, choć po raz pierwszy wyglądał na wytrąconego z równowagi. - Pod warunkiem że nie będzie zbyt długi.
No i wtedy już byłem w swoim żywiole. Pierwszy dowcip wywołał taki śmiech widowni, że prawie zemdlałem z radości. Całkiem zapomniałem o doktorze Magnusie i moim problemie, z okazji którego byłem na wizji i opowiadałem kawał za kawałem. Zanim widownia skończyła się śmiać z poprzedniego, ja zaczynałem nowy.
Byłem na fali, kiedy w końcu doktor Magnus wszedł mi w słowo:
- Wystarczy, Louisie.
A ja krzyknąłem:
- Ale wie pan co? Już nie mam tików! Uleczył mnie pan! Jest pan cudowny! I do tego odważny! Żeby nosić taką fryzurę...
Doktor Magnus odezwał się bardzo cicho:
- Widzę, Louisie, że twoja pewność siebie bardzo wzrosła. Po krótkiej przerwie na reklamy wrócimy z kolejnym problemem.
Ale zanim zniknął z wizji, zauważyłem jak nerwowo wymachuje notatnikiem. Głowę daję, że najchętniej rzuciłby nim we mnie. Potem zniknął, a telefon zrobił się głuchy.
Ja się tym nie przejmowałem. Rozbawiłem widownię. Ze szczęścia prawie unosiłem się nad ziemią, aż usłyszałem za plecami głos mamy:
- Bardzo mnie rozczarowałeś.
Odwróciłem się i ujrzałem ją stojącą w drzwiach sypialni. To jeszcze nie była jej pora na powrót z pracy! Ale wyskoczyła na chwilę, żeby sprawdzić, jak się miewam. To tyle, jeśli chodzi o przebiegłość...
- Mamo, to ty? Co się stało? Chyba nie mówiłem przez sen?
13.35
Mimo mojej mistrzowskiej gry nie kupiła tego. Kazała mi się ubrać i zapowiedziała, że jak wróci tata, porozmawiają sobie ze mną.
19.15
Rodzice właśnie mnie zawołali na dół. Ale o dziwo, wcale nie byli tak wściekli, jak się spodziewałem.
Zaczęła mama:
- Wiem dokładnie, co się dzisiaj stało. Chciałeś jak najlepiej wypaść na sprawdzianie nie tylko dla siebie, ale także żeby zadowolić nas. Mam rację?
No tak, w pewnym sensie miała, więc ochoczo pokiwałem głową.
- Ale w dniu sprawdzianu tak się zdenerwowałeś, że ci nie wyjdzie, że postanowiłeś udawać chorego. A potem się wydurniałeś przez telefon, żeby się odprężyć.
Wydurniałem się! Ja rozśmieszałem ludzi i nic poza tym się nie liczyło! Postanowiłem się jednak nie kłócić. Pasował mi łagodny i pełen wyrozumiałości ton mamy. Może mi się uda ujść z życiem!
- Chcemy ci powiedzieć, że będziemy z ciebie dumni bez względu na wynik testu - zapewniła mama.
Nawet, jeśli uzyskam 4%? Jeśli tak, mój problem byłby rozwiązany. Miałem jednak potworne przeczucie, że w takim przypadku nie.
- Więc spokojnie, bez presji, jasne, chłopie? - odezwał się tata po raz pierwszy.
- Tak, jasne.
Ulżyło mi, że tak świetnie mi się udało, ale wtedy się okazało, że mama jeszcze nie skończyła.
- Dzwoniłam dziś do szkoły.
- Ach tak? - spytałem, desperacko próbując nie okazywać paniki, która we mnie narastała.
- Nie martw się, nie wydałam cię - zapewniła. - Powiedziałam, że źle się dzisiaj czułeś, ale że chciałbyś napisać test jutro.
- Tak powiedziałaś...? - wysapałem. - Znasz mnie aż za dobrze....
- Będziesz mógł przystąpić do sprawdzianu jutro rano.
- Rozpieszczasz mnie - pisnąłem.
- A na twoim miejscu - włączył się tata - dzisiaj już bym nic nie powtarzał. Postaraj się zapomnieć o wszystkim, czego się nauczyłeś.
Tak, to by nie było trudne.
- Postaram się - zapewniłem.
- A rano będziesz jak nowo narodzony, prawda? - A następnie dodał: - Oboje z mamą bardzo się dziś rano martwiliśmy. Nie symuluj już więcej żadnych chorób, dobrze?
- Ale coś mi się zdaje - wtrąciła mama z zadowolonym uśmieszkiem - że spędziłeś wyczesane przedpołudnie?
- Wow, mamo, jesteś coraz lepsza! Skąd znasz takie słowa?
- Pogrzebałam trochę w internecie - przyznała z dumą.
- No naprawdę - przyznałem - entuzjazm godny podziwu.
- Mam jeszcze kilka nowych słów - pochwaliła się. Pozwoliłem jej przetestować je na mnie.
Wszystko, byle nie wracać już do tematu testu z historii.
20.15
Opowiedziałem Maddy, jak rozbawiłem publiczność w programie doktora Magnusa. Kiedy skończyłem, na drugim końcu linii zapadła cisza.
- Słuchaj, wiem, że program jest kijowy...
- Nie, nie o to chodzi - przerwała mi Maddy. - Tylko że ja jestem twoją agentką, więc ja powinnam załatwiać ci występy. Niedługo mnie zwolnisz!
Roześmiałem się, że w ogóle coś takiego jej przyszło do głowy.
Maddy jest moją najlepszą przyjaciółką i agentką w jednym. Jest taką osobą, którą łatwo przeoczyć i wiele osób tak właśnie robi. Jest bardzo wysoka i bardzo nieśmiała. Zawsze wygląda poważnie, zwłaszcza kiedy siedzi z dłońmi złożonymi na kolanach, a siedzi tak bardzo często. Ale tak naprawdę Maddy jest bardzo zabawna i całkiem ładna. W zasadzie to bywa bardzo łada. Na przykład kiedy... ale nie chcesz tego słuchać, prawda?
No więc wracając do naszej rozmowy:
- Może u doktora Magnusa usłyszał cię jakiś znany producent telewizyjny?
- Może i tak - odparłem z powątpiewaniem - ale chodzi o to, że mam już dość czekania.
- Doczekasz się, zobaczysz! - Uwielbiam, jak to mówi, bo robi to zawsze z wielkim przekonaniem. - Wkrótce będziesz gwiazdą jakiegoś wielkiego show - kontynuowała. - Wystarczy, że będziesz miał opracowanych co najmniej pięć bisów.
- Jeśli chodzi o bisy, to naprawdę nie będę oszczędzał. A po kabaretonie pojadę na premierę filmu?
- Właśnie! - zgodziła się Maddy. - Będą się wokół ciebie tłoczyć fotoreporterzy i wypytywać, czy to prawda, że twoje życie zostanie przeniesione na ekran w formie kreskówki.
- A czy to prawda? - dociekałem.
- Ależ oczywiście! Przecież Pixar dopiero co kupił prawa do twojego życiorysu, nie pamiętasz?
- No tak! - westchnąłem uszczęśliwiony.
Teraźniejszość może nie przedstawia się zbyt ciekawie, ale za to jaka mnie czeka przyszłość!
środa, 25 września
10.45
Poprawkę sprawdzianu pisałem w auli, tak jak główny sprawdzian tydzień wcześniej. Tylko że teraz było nas tylko dwóch, ja i jeszcze jeden chłopak, który był chory przez prawie dwa tygodnie.
Patrzyłem, jak pisze, wysuwając koniuszek języka. Zazdrościłem mu, że ma tyle do powiedzenia. Od razu się poczułem jak mięczak. Chciałbym być mądry albo przynajmniej mieć cokolwiek do powiedzenia na temat XVIII wieku. Zakład, że ten chłopak dostanie co najmniej 90%?
Ale z drugiej strony na pewno nie potrafiłby z taką łatwością jak ja rozbawić widowni w programie doktora Magnusa, tak?
Co jednak nie rozwiązywało problemu tego testu. Zaczynałem wątpić, czy tym razem uzyskam choćby 4%.
I wtedy doznałem olśnienia. Postanowiłem napisać do egzaminatora list..
Oto i on:
Drogi Egzaminatorze,
już skończyłem pisać sprawdzian. Mam nadzieję, że się pan nie obrazi, jak panu wyznam, że niespecjalnie mi się podobał. Pytania zupełnie mi nie podeszły. Ale wiem, że robił pan, co w pana mocy. I domyślam się też, że umiera pan z nudów, oceniając arkusz za arkuszem, więc żeby trochę pana rozerwać, proponuję, żeby dał mi pan jeden albo dwa punkty za każdy z dowcipów, który pana rozbawi. Umowa stoi?
Super, no to zaczynamy:
(P) Co robi mózg blondynki jesienią?
(O) Zrzuca korę.
(P) Co mówi Azja u lekarza?
(O) Mam Katar.
(P) Co robią złodzieje na internetowych czatach?
(O) Stoją.
(P) Kiedy alpinista czuje się pewnie w internecie?
(O) Jak jest online.
W sumie zafundowałem mu czterdzieści dowcipów w tym stylu. Muszę przyznać, że nieźle się zmęczyłem.
Ale powinienem przynajmniej zaliczyć.