Prolog. Przed
Prolog
Przed
Wszystko poszło nie tak. Popaprane i nie na miejscu. To nie tak miało być. Popełniła błąd. Poważny błąd. Najgorszy z możliwych. Wydawało jej się, że mu zależy, że łączy ich coś wyjątkowego. Jakże bardzo się myliła. Najgorsza pomyłka, jaką kiedykolwiek popełniła. A teraz umierała. Widziała to po krwi -?było jej tak dużo. Gęsta, szkarłatna plama na podłodze, rozlewająca się i tworząca kałużę, wyciekająca z jej głowy. Metaliczny zapach wypełniał powietrze. Zrobiło jej się niedobrze. Z trudem zasłoniła usta dłonią, próbując powstrzymać falę mdłości, która podchodziła do gardła i paliła je jak ogień.
Rana była poważna. Nie musiała jej dotykać, żeby poczuć, jak bardzo jest
ranna. Jak poważne jest uszkodzenie, zarówno wewnątrz, jak i na
zewnątrz. Mdłości i zawroty głowy mówiły jej wszystko, co musiała
wiedzieć. Wystarczające było to, że jej myśli były zamglone, a podłoga
wirowała i kołysała pod nią. Wyobraziła sobie ziejącą dziurę z tyłu
czaszki. Była w kawałkach, była wrakiem człowieka. A teraz miała
wykrwawić się tutaj, na podłodze jego sypialni. Wszystko przez ten jeden
straszny, niewybaczalny błąd -?przez to, że uwierzyła, iż ją kocha, że
czeka ich wspólna przyszłość i że jest dla niego kimś więcej niż tylko
przelotnym zauroczeniem. Zwykłą, nic nieznaczącą przygodą.
Nie było sensu próbować się ruszać. Jej ciało było jak z ołowiu, a żyły
powoli opróżniały się z krwi. Nie pozostało jej wiele czasu. Jej umysł
wypełniały myśli o rodzinie: ciepłe, spokojne dni, pikniki na trawniku,
czułe uściski matki, śmiech ojca. I jej brat. Jej cudowny, troskliwy
brat. Gdyby mogła się ruszyć, wydostać się z tego miejsca, mogłaby ich
znów zobaczyć, usłyszeć ich słodkie głosy, wsłuchać się w miodowy dźwięk
swojego imienia. Mogłaby znów poczuć słodki zapach kwiatów w ich
ogrodzie i podziwiać bluszcz, który powoli wspinał się po ścianie domu,
oraz jasnoróżowe piwonie rosnące gęsto wzdłuż szerokich rabat.
Nagle ogarnęła ją potrzeba ucieczki, głęboka tęsknota za ponownym
zobaczeniem rodziny, więc próbowała czołgać się po podłodze, wyciągając
się z kałuży lepkiej, cuchnącej krwi. Gdyby udało jej się przesunąć
jeszcze kawałek, wślizgnąć się pod łóżko i poczekać chwilę, może miałaby
szansę, ale bez względu na to, ile wysiłku w to wkładała, jej kończyny
nie chciały działać tak, jak powinny, a ciało było bezwładne i sztywne.
Nawet oddychanie wymagało ogromnego wysiłku.
Więc pozostała nieruchoma, gromadząc resztki energii, które jej
pozostały, i koncentrując się wyłącznie na kolejnych kilku sekundach, na
ich przetrwaniu. To wszystko, czego potrzebowała, aby uciec z tego
miejsca, wydostać się z tego domu i wezwać pomoc. Tylko kilka kluczowych
sekund.
Wtedy, jakby jej modlitwy zostały wysłuchane, ból głowy zaczął
ustępować. Wydała z siebie cichy okrzyk, a łzy napłynęły jej do oczu.
Być może jednak wszystko będzie dobrze. Jej ręce i nogi stały się
lżejsze, pełne powietrza. Była jak z jedwabiu wszystko w niej było
płynne i pozbawione wysiłku. Z wyjątkiem oczu. Ociężałe, opadały
bezwładnie, ciężkie jak kamień, jakby sama grawitacja ciągnęła je w dół.
Zdrzemnie się tylko na chwilę, odzyska trochę sił w obolałym ciele,
pozbiera myśli, a potem wstanie i ucieknie z tego przeklętego miejsca na
zawsze.
Zajęło jej to tylko sekundę lub dwie, zanim zapadła w najgłębszy sen.
Sen, z którego nigdy się nie obudzi...
Rozdział pierwszy. Rodzice
Rozdział pierwszy
Rodzice
Zdejmuje kurtkę i buty i kładzie je na podłodze obok miejsca, w którym stoi. Ona robi to samo, obserwując go i naśladując jego ruchy. On nie ma pojęcia, dlaczego zdejmują ubrania. To bezsensowne zadanie. Gdy tylko zrobią kilka kroków do przodu, skoczą w ciemność nocy i zanurzą się pod powierzchnią wody, nie będzie miało znaczenia, co mają na sobie. Wcześniej tego dnia, zanim słońce powoli zaszło za linią wzgórz, był nad rzeką i widział, jak silny jest jej nurt. Jak niebezpieczny. Tam na dole woda pędzi szybko. I jest głęboka. Tygodnie deszczu zmieniły rzekę w niebezpieczny żywioł. Jednak pozostawienie ubrań jest znakiem. Pokazuje wszystkim, że faktycznie to zrobili, że skoczyli i zostawili swoje problemy daleko za sobą. Jeśli ich ciała nie zostaną znalezione, ich ubrania posłużą jako dowód. Nie chce myśleć o konsekwencjach: ich spuchniętych zwłokach, ich szarych, zniekształconych rysach twarzy, gdy ich ciała zostaną wyciągnięte z wody. Nie chce myśleć o swojej bezsilności, gdy wszystko się skończy. To zawsze było jego cechą charakterystyczną -?dowodzić. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Nic nie trwa wiecznie. Lepiej zakończyć to teraz, póki jest na fali.
Na zewnątrz panuje ciemność. Wpatruje się przed siebie, mrużąc oczy w noc, żałując, że sprawy zaszły aż tak daleko. A jednak tak się stało i bez względu na to, jak bardzo się stara, nie widzi innego wyjścia.
Podjęli decyzję. Makabryczny pakt. Nie ma odwrotu, nie ma drogi
powrotnej do tego, co było kiedyś. Są tylko oni dwoje, skazani na siebie
na całą wieczność. Czy to pocieszenie, czy przekleństwo, pozostaje
kwestią sporną.
Wiatr się wzmaga, nabierając siły: silny szkwał napiera na ich plecy.
-?Chodź -?mówi, a jego głos jest wystarczająco głośny, aby przebić się
przez szum rzeki i wycie wiatru, który smaga ich ciała. Już czas.
Ona nie odpowiada. On bierze ją za rękę, ale ona ją wyrywa i odwraca
się, by na niego spojrzeć, a księżyc oświetla jej rysy, podkreślając
każdy kontur i zmarszczkę, jej niegdyś gładka, nieskazitelna skóra jest
teraz mapą zmarszczek śmiechu i zmartwień. Takie życie. Takie życie ich
spotkało. Nie chciał, żeby tak się skończyło, ale przynajmniej dzięki
temu wszyscy unikną konieczności znoszenia tego, co nastąpiłoby, gdyby
nie zdecydowali się na ten niekonwencjonalny krok. Czasami życie zmienia
się diametralnie, zaskakując wszystkich, a ludzie muszą się dostosować i zaakceptować to, co nastąpi.
-?Jestem gotowy -?mówi, obserwując ją uważnie. Ona patrzy na niego i kiwa głową, ma ciemne oczy, a usta zaciśnięte w cienką linię. Boże, jak
on bardzo ją kochał. Miłością wzajemną. Tak było kiedyś. Zanim wszystko
się popsuło, a ich świat zaczął się rozpadać, zamieniając się w pył. Ona
obwinia go i być może ma rację. Popełnił błędy. Wiele błędów. Ale
ostatecznie to jej błąd, jej odmowa podjęcia właściwej decyzji,
zepchnęła ich w najciemniejszy kąt, z którego nie ma wyjścia. To -
zimna, rwąca woda -?jest jedyną rzeczą, jaka im pozostała. Jedyną
ucieczką, którą mają, od brutalnej prawdy o ich zniszczonym życiu.
Kiedyś byli kimś, ta dwójka razem, a ich imiona wymawiano z miłością i szacunkiem. Z czasem ich śmierć zostanie zapomniana. Życie potoczy się
dalej. Za rok o tej porze będą nikim. Parą zapomnianych zagubionych
dusz. Prawdopodobnie tak będzie lepiej. Lepiej odejść w zapomnienie, niż
trwać w czyichś słowach podszytych nienawiścią.
Ona nie okazuje żadnych emocji, mruży oczy przed wyjącymi podmuchami
wiatru, jej twarz jest pozbawiona wyrazu, gdy oboje wspinają się na
metalową barierę, a ich nogi zwisają nad krawędzią. Czy jest
zdenerwowana? Nie potrafi tego stwierdzić. Podczas podróży tutaj
milczała, na jego pytania i bezsensowne gadanie odpowiadała pustym
spojrzeniem. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę to, przez co przeszli. To,
co zamierzają zrobić. A teraz, gdy są tutaj, ona nadal milczy. Jest
zdystansowana i niewzruszona. Życie, ich działania i podjęte decyzje
oddaliły ich od siebie. Przynajmniej teraz zrobią to razem. Przez pewien
czas osobno, ale u kresu -?razem. Ta myśl dodaje mu otuchy, odpędzając
lęki, które zaczęły go dręczyć; drobne nitki niepokoju wbijające się pod
skórę. Strach jest przeszkodą, czymś, co należy wyeliminować. Dla niego
jest to obce i niepożądane doświadczenie. Pewność siebie zawsze
przychodziła mu łatwo. Nagle zniknęła, kiedy najbardziej jej
potrzebował, pozostawiając go zagubionym i zdezorientowanym. Kurczowo
trzyma poręcz, zamykając oczy.
Za nimi panuje cisza. Nie ma prawie żadnego ruchu. Wczesne godziny
poranne, wszyscy są w domach, bezpieczni i ciepło otuleni w swoich
łóżkach, podczas gdy oni oboje są tutaj, zmagając się z burzą, wysoko
nad rwącą rzeką, gotowi zrobić to, co należy. Odważni. Tacy właśnie są.
Tak właśnie chce, aby ich zapamiętano: jako odważną parę, która zrobiła
to, ponieważ było to słuszne. Nie jako ludzi, którzy popełnili straszny
błąd. Nie jako mężczyznę, który prowadził rozpustne życie, ani kobietę,
która próbowała go powstrzymać . Ludzie nie mówią źle o zmarłych,
prawda? Ma nadzieję, że tak. Ma nadzieję, że ich sekrety zostaną
pochowane wraz z nimi. Tak jak powinno być.
-?Policzę do trzech. Potem to zrobimy, dobrze?
Otworzył oczy i spojrzał na nią. Skinęła głową, nie patrząc na niego,
nadal się nie odzywając. Rozumiał to. Była zdenerwowana, zła i prawdopodobnie bardzo przestraszona. Miała do tego pełne prawo. To nie
było normalne. To, co zamierzali zrobić, było absurdalne, przerażające i całkowicie nienormalne. Nie tak wyobrażali sobie swoją przyszłość. Ale
teraz nie było już odwrotu.
Metalowa kratka bariery jest zimna w dotyku, jego palce zaciskają się na
jej lodowatej powierzchni. Patrzy w dół i przełyka ślinę, słuchając
szumu ciemnej wody poniżej. Ona robi to samo.
-?Raz, dwa, trzy...
Zdejmuje palce z metalu i dotyka jej ramienia, powoli popychając górną
część jej ciała do przodu, a następnie opuszcza dłoń, aż jego palce
mocno naciskają na jej dolną część pleców. Ona wzdryga się, ale on się
nie odsuwa. Nie ma gdzie uciec. Poza tym muszą to zrobić. Ona o tym wie.
Tak się umówili. Mocno ją popycha, po czym sam się puszcza, wiatr uderza
w jego ciało, odbiera uczucie nieważkości jako coś niesamowitego. Zamyka
oczy. Nie musi widzieć rwącej rzeki poniżej. Nie musi widzieć
spienionego nurtu i bezkresnej głębi lodowatej wody. Wiedział, co
nastąpi za chwilę, był gotowy to przyjąć, trwa więc w oczekiwaniu,
wstrzymując oddech i zwracając się w kilku słowach do Boga, w którego
nie wierzy, podczas gdy czeka, aż pochłonie go fala chłodu. Kiedy uderza
o wodę, czuje ostry ból, jakby nóż przeciął mu brzuch, a małe kamienie
schowane w kieszeniach ciągną go coraz niżej. Zimno ogarnia go
całkowicie, spowalniając jego ruchy i zaburzając jasność myślenia. Nagle
gwałtownie wciąga powietrze, pierś drży mu w spazmie, potem odlicza do
trzech, a za zamkniętymi powiekami eksplodują gwiazdy, kiedy czeka, aż
zabierze go śmierć.
Rozdział drugi. Flo
Rozdział drugi
Flo
Kościół jest pełen. Wypełniony po brzegi. Tak wielu ludzi. Tak wielu przyjaciół, sąsiadów i znajomych, a do tego jeszcze upiorni gapie, którzy dołączyli do tego widowiska. Podejrzewam, że facet z tyłu, ubrany w białą koszulę i źle dopasowane spodnie, jest z prasy. Nie rozpoznaję go. Będzie szukał sensacyjnej historii, fragmentu informacji, który będzie mógł przekształcić w coś wartego opublikowania.
Moi rodzice w tym miasteczku uchodzili za ziemiańską arystokrację.
Oczywiście, wcale nią nie byli. Mieszkaliśmy w bardzo dużym domu, który
choć przestronny, nie był tak okazały, jak niektóre z bardziej
reprezentacyjnych rezydencji rozsianych po hrabstwie North Yorkshire.
Jest to sześciopokojowa budowla w stylu palladiańskim, zbudowana w 1720
roku. Krążą plotki, że mój prapradziadek wygrał ją w grze w karty. Nie
sądzę, żebyśmy kiedykolwiek poznali prawdę o tej historii, zwłaszcza
teraz, gdy oboje moi rodzice są martwi. Albo za takich ich uznano. Mój
ojciec leży w trumnie, tyle wiem, bo to ja go zidentyfikowałam, a makijaż nałożony przez przedsiębiorcę pogrzebowego nie był w stanie
ukryć jego szarej bladości, ale ciała mojej matki nigdy nie odnaleziono.
Prawdopodobnie znajduje się już gdzieś na środku morza, a ta myśl
sprawia, że czuję się źle. Tłumię dreszcz, podciągam kołnierz, chroniąc
się przed chłodem w słabo ogrzewanym kościele, i wpatruję się w broszurę
leżącą na moich kolanach.
Ku pamięci Jacksona i Lydii Hemsworthów.
Patrzą na mnie dwie młode, uśmiechnięte twarze, pełne szczęścia i nadziei. Kiedy to zniknęło, to szczęście?
Palcami dotykam mych ust, całuję je lekko i przykładam do wizerunku
matki -?tyle miłości i tęsknoty w tym drobnym geście. Nie zdążyłam się
pożegnać, a tak bardzo za nią tęsknię. Tęsknię za tym ostatnim do
widzenia. Tkwi to we mnie jak ziejąca otchłań. Pustka, której nic już
nie wypełni.
Tamtego dnia, kiedy się dowiedziałam, wyrwała dziurę w moim życiu. Oboje
wyrwali. I wspomnienie tamtej chwili nigdy mnie nie opuści.
Widok dwóch policjantów stojących w drzwiach. Pytających, czy mogą
wejść. Najpierw usadzili mnie na krześle, zanim przekazali wiadomość: że
moi rodzice skoczyli z mostu w Newport, prosto w lodowatą wodę poniżej.
Wszystko, co było potem, zlewa się w mgłę. Chyba krzyczałam. A może
wydałam z siebie jakiś ochrypły, zwierzęcy dźwięk. Jeden z funkcjonariuszy poszedł do kuchni, wrócił ze szklanką wody i podał mi ją
z wyćwiczoną delikatnością i współczuciem -?to akurat pamiętam.
Możliwe, że zaczęłam przeklinać i pobiegłam do łazienki zwymiotować.
Już samo wspomnienie wywołuje falę mdłości -?żołądek kurczy mi się
boleśnie, jakby ktoś powoli kroił mnie od środka. Przełykam i odpycham
tę myśl.
Za mną ktoś pociąga nosem i odchrząkuje. Odgłos szelestu, gdy szuka
chusteczki, przenosi mnie z powrotem do teraźniejszości, do momentu w moim życiu, którego nigdy nie brałam pod uwagę. A może jednak brałam.
Być może wraz z rodzeństwem wyparliśmy z pamięci możliwość tego, co
mogło się stać, gdy wszyscy opuściliśmy dom. Nigdy nie było łatwo.
Sytuacja wyraźnie się pogorszyła, gdy wszyscy się wyprowadziliśmy i zamieszkaliśmy we własnych domach. Staram się o tym nie myśleć, o tym,
jak wiele musiała znosić nasza matka pod naszą nieobecność.
Nazwaliśmy to uroczystością upamiętniającą, a nie pogrzebem, mimo że
ciało mojego ojca spoczywa w trumnie na cokole tuż obok miejsca, w którym siedzę. Wydawało się to bardziej odpowiednie. Jak moglibyśmy
zorganizować pogrzeb dla jednego z nich, a dla drugiego nie? Zmarli
razem, i tak właśnie trzeba ich wspominać -?jako jedno, jako parę, a nie
osobno. Choć znacznie się różnili. Tę myśl też odrzuciłam. Moja głowa
wydaje się być pełna tych mrocznych, ropiejących wspomnień. Siedzenie
tutaj, na ich pogrzebie, skupianie się na tym, jak bardzo się różnili,
nie wydaje mi się właściwe. Najmniej, co możemy zrobić, to sprawiać
wrażenie, że próbujemy ich złączyć, choć ich dramatyczny,
niewytłumaczalnie okropny koniec niemal rozerwał nas wszystkich od
środka.
Hałas w kościele cichnie, gdy ksiądz podchodzi do ambony. Powinniśmy
byli zorganizować pogrzeb humanistyczny. Nie mam pojęcia, dlaczego
wybraliśmy ten kościół. Myślę, że dlatego, że jest tak blisko i wiele
osób uważało moich rodziców za filary społeczności, za parę pełną
oddania, która przez wiele dziesięcioleci, podobnie jak ich rodzice
przed nimi, mieszkała w Armett House, i oczekiwano, że Ezra, Jessica i ja zorganizujemy im godne pożegnanie, taki pamiętny pogrzeb, jaki
przystoi tak dobrze postrzeganym osobom. Jednak tylko przez niektórych.
Nie przez wszystkich. Moi rodzice mieli talent zarówno do pomagania, jak
i do irytowania ludzi w równym stopniu. A przynajmniej mój ojciec. To
była jego cecha rozpoznawcza. Jego specjalność.
Matka robiła tylko jedno: starała się niwelować jego paskudne przywary,
będąc zawsze obecna i obdarzając wszystkich jak największą życzliwością,
w próbie zrównoważenia jego trudnego charakteru.
Rozlega się grzmiący dźwięk organów, a nuty krążą w powietrzu jak
wirujący, melodyjny ryk. Biorę głęboki wdech i słucham głosów w pobliżu,
śpiewających Amazing Grace, ulubiony hymn naszej matki. Nie wybraliśmy
jednego z ulubionych hymnów ojca. Nie jestem nawet pewna, czy miał jakiś
ulubiony. Nasz ojciec tańczył według własnej melodii.
Ezra stoi po mojej lewej stronie, wpatrując się w punkt za amboną.
Jessica jest po drugiej stronie. Nikt z nas nie śpiewa. Myślę, że już
nas nie obchodzi, czy ludzie uważają za dziwne i lekceważące, że nie
dołączamy do śpiewu. Pogrzeby nie mają ustalonych zasad. Możemy robić i mówić, co chcemy. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy zgodzić się zaśpiewać
Knees Up Mother Brown i nikt nie mógłby nas powstrzymać. To jest czas
naszej żałoby, a żałoba przybiera różne formy i obejmuje szerokie
spektrum emocji.
Jeśli Ezra, Jessica i ja chcemy krzyczeć i wrzeszczeć, niech tak będzie,
a jeśli wolimy stać zgarbieni, bez wyrazu twarzy, to też jest to
całkowicie akceptowalne. Myślę, że biorąc pod uwagę okoliczności,
radzimy sobie nadzwyczaj dobrze -?nadal stoimy na nogach, zamiast leżeć
powykręcani gdzieś w kącie zakrystii, podczas gdy sfrustrowany ksiądz
stoi obok, załamując ręce w rozpaczy i próbując wymyślić, jak nas
rozplątać i wprowadzić z powrotem do kościoła, gdzie mógłby odprawić
przyzwoitą mszę. Ale odbiegam od tematu.
Muzyka jest dla mnie tylko białym szumem w głowie. Chociaż bardzo
kochałam moją matkę, nie mogę się doczekać, aż to się skończy. Mój brat,
siostra i ja mamy pracę do wykonania: dom do uporządkowania, pokoje do
posprzątania. Myślę o pracowni krawieckiej mojej matki i gabinecie
mojego ojca i czuję się oszołomiona i nieco przytłoczona. Tyle tego.
Pięćdziesiąt lat bałaganu do uporządkowania.
Ale zanim to nastąpi, musimy skupić się na pogrzebie, spotkać się z ludźmi, uścisnąć im dłonie. Na społeczności, którą trzeba nakarmić. Nie
chciałam żadnego spotkania po ceremonii. Wydało mi się to nie na
miejscu. Właściwie sama myśl przyprawiała mnie o mdłości. Jessica miała
mieszane uczucia, ale Ezra nalegał, choćby z szacunku dla naszej matki,
filaru naszej rodziny. Ona była tym elementem, który scalał nas
wszystkich. Tyle że ostatecznie nie sprostała. W końcu filar ugiął się i pękł pod naciskiem. Pomysł jedzenia, picia i rozmów, podczas gdy ciało
mojej matki pozostaje nieodnalezione, wydaje mi się makabryczny i niegrzeczny. Przynajmniej mój ojciec leży w trumnie, a jego szczątki są
czyste i suche. Moja matka jest obecnie Bóg wie gdzie, jej biedne,
spuchnięte ciało unosi się gdzieś w dół rzeki. Część mnie ma nadzieję,
że nigdy nie zostanie znaleziona, że zostanie pozostawiona w spokoju,
gdziekolwiek się znajduje, a jednak ta druga część mnie chce, żeby
wróciła do domu, tam, gdzie jej miejsce. Z powrotem do nas, do swojej
rodziny.
Gdy muzyka i śpiew cichną, zapada cisza. Czekamy, aż ksiądz zabierze
głos, a każdy szelest ubrania, każdy oddech, szept i westchnienie
rozbrzmiewają w mojej głowie jak huk. Jego słowa nie przynoszą mi żadnej
pociechy. Nie byliśmy religijną rodziną. Może powinniśmy byli być. Może
gdybyśmy zwrócili się do Boga i słuchali nauk Biblii, nasze kłopoty
znalazłyby rozwiązanie. Ale z drugiej strony, słowa sprzed wieków,
należące do niewidzialnego bóstwa, zapewne byłyby bezsilne wobec naszych
problemów. Na pewno nie pomogą w odnalezieniu ciała naszej matki.
Oddałabym wszystko, co mam, żeby ją znaleźć. Zasługuje na to i na wiele
więcej.
Słyszę, jak wymawiane są nasze imiona: Jessica, Ezra i ja. Ojciec
McLeod, proboszcz parafii, odczytuje przemowę pogrzebową, którą mu
przekazaliśmy. To tylko słowa na kartce papieru. Nic więcej. Nie
odzwierciedlają tego, kim jesteśmy teraz ani kim byliśmy kiedyś. To
jedynie migawka z najlepszych momentów naszego dzieciństwa. Tej części,
co do której nie mamy nic przeciwko, aby wszyscy ją usłyszeli.
Najbardziej pamiętne i najszczęśliwsze momenty małżeństwa naszych
rodziców. Bo były takie, zanim wszystko się popsuło i zrujnowało nasze
codzienne życie. Nie wszyscy to widzieli lub rozpoznali, nawet
członkowie mojej własnej rodziny. Wszyscy mamy takie miejsca, do których
wolimy nie zaglądać, nieprawdaż? Widzimy to, co chcemy widzieć, aby
nasze życie było bardziej znośne. I każdy ma swój punkt graniczny -
moment, w którym wszystko nagle się rozpada, a życie zaczyna spadać w dół bez żadnej kontroli.
Niektórzy z nas lecą już od lat, czekając na chwilę, gdy wreszcie uderzą
o dno z głuchym, bolesnym trzaskiem. Mam nadzieję, że wiadomość o samobójstwie moich rodziców jest tym obrzydliwym hukiem i że nic więcej
już nie nastąpi, ale nigdy nie wiadomo. Nie w przypadku rodziny
Hemsworthów. Po prostu nigdy nie wiadomo.
Znów zapada cisza. W mojej głowie kłębi się mgła. Czuję lekkie
szturchnięcie w bok i odwracam się, by zobaczyć Ezrę, który patrzy na
mnie i gestem zachęca mnie do wstania. To koniec. Czas odejść. Jessica
stoi, patrząc przed siebie, z niewzruszoną twarzą, suchymi policzkami i oczami pozbawionymi łez.
Biorę głęboki oddech i przygotowuję się na kolejną część. Najpierw
pochówek, a potem spotkanie w lokalnym centrum społeczności. Czuję się
zmęczona i oszołomiona, zanim cokolwiek zdąży się zacząć.
Amber, partnerka Ezry, uśmiecha się do mnie i pochyla, aby ścisnąć mi
dłoń. Odpowiadam tym samym gestem, bo tak wypada, i wstaję z miejsca,
czując słabość w nogach, a potem idę za wszystkimi, którzy wychodzą z kościoła i podążają w ciszy alejką za trumną ojca. Morze twarzy
obserwuje nasze ruchy, opuszczając wzrok, gdy przechodzimy, a potem
powoli i cicho wstają z ławek i idą za nami, tworząc cichą procesję
żałobników opuszczających kościół.
To pochówek tylko dla rodziny. Ezra, Amber, Jessica i ja idziemy na tyły
cmentarza, podążając za osobami niosącymi trumnę z pochylonymi głowami,
w cichej, pełnej szacunku czci. Nie żebym czuła taki szacunek. Po prostu
robię to, czego się ode mnie oczekuje. Nie wypadałoby robić publicznej
sceny, prawda? Zwłaszcza że całkiem sporo z tych ludzi uważa naszą
rodzinę za ósmy cud świata.
Zrobię więc to, co należy -?przez jeden dzień będę grała rolę
obowiązkowej, pogrążonej w żałobie córki, a kiedy wszystko się skończy,
wrócę do domu, zwinę się w łóżku i zostanę tam, dopóki wszystko nie
stanie się łatwiejsze do zniesienia. Mniej przytłaczające. Mniej
bolesne. I zostanę tam, aż życie znów będzie normalne. Cokolwiek to
znaczy.
Stoimy przy grobie, deszcz leje jak z cebra, a wielka dziura wielkości
trumny wypełnia się wodą i błotem. Odwracam wzrok, gdy mój ojciec jest
opuszczany do grobu, a w głowie kłębią mi się obrazy jego ostatnich
chwil -?zimna, który przenikało do kości. Strachu.
A jednak zrobił to. Oboje zrobili. Myślę o tym, jak w tę burzową noc
zdejmowali płaszcze i buty, a potem skakali do lodowatej, rwącej rzeki.
Do końca życia nie będę w stanie wymazać tego obrazu z pamięci: mam w głowie straszliwie wyraźny obraz ich zmarzniętych twarzy i wymachujących
kończyn, gdy skakali, a lodowata woda pochłaniała ich i ciągnęła w dół,
ku nieuchronnej śmierci, pozostawiając mnie, Jessicę i Ezrę, abyśmy
poskładali fragmenty ich porozwalanego i zaburzonego życia. Zastanawiam
się, czy przyszliśmy im do głowy? Czy w ogóle pomyśleli o nas, kiedy po
raz ostatni zanurzyli się w rzece? A może byli tak pochłonięci własnym
wirującym nieszczęściem, że nie było w nim miejsca dla nikogo innego?
Ojciec McLeod udziela krótkiego błogosławieństwa, gdy trumna zostaje
umieszczona w grobie. Ezra i Amber rzucają na nią pojedynczą czerwoną
różę. Jessica cicho łka. Ocieram twarz przemokniętym rękawem, po czym
odwracam się i odchodzę.
Rozdział trzeci. Flo
Rozdział trzeci
Flo
To nigdy nie miało być łatwe. Cała ta sytuacja jest okropna i przygnębiająca, ale musimy przez to przejść, aby móc dalej żyć.
Obserwuję, jak Amber opiera się o Ezrę, a ich ciała drżą z zimna, a ulewny, niekończący się deszcz utrudnia nam opuszczenie cmentarza. To
prawdziwe grzęzawisko -?błoto chlapie aż na nogawki spodni Ezry. Moje
własne stopy są przemoczone do suchej nitki. Zatrzymuję się i uderzam
podeszwami o chodnik, żeby strząsnąć nadmiar wody i brudu, a potem
próbuję oczyścić ubrania palcami zgrabiałymi z zimna, które wydają się
być zrobione z drewnianych klocków. Buty mam oblepione błotem, skarpetki
kompletnie przesiąknięte. Trzeba było założyć obcasy. Wyglądam, jakbym
spędziła ostatnie kilka godzin, orząc gołymi rękami rozmokłe pole, a moje dłonie są teraz umazane błotem i ziemią. To był długi dzień, a jeszcze nie dobiegł końca. Będę musiała jakoś, kiedy już tu skończymy,
przykleić do twarzy uśmiech i prowadzić uprzejme rozmowy z ludźmi,
których ledwo znam, a w wielu przypadkach nawet ich nie lubię.
-?Chodźcie, wracajmy na ścieżkę i wsiadajmy do samochodu. Tu jest
cholernie zimno.
Głos Ezry jest ochrypły, ostrzejszy niż zwykle, a pogoda i otoczenie
sprawiają, że wszyscy jesteśmy niespokojni i podenerwowani. Mówię, że
jest ostrzejszy niż zazwyczaj, ale kiedy się nad tym zastanawiam, choć w sumie jego zwykłe zachowanie od dawna jest nieco odbiegające od normy.
Odpędzam od siebie tę myśl i skupiam się na tym, żeby wydostać się z deszczu i wsiąść do suchego samochodu.
Amber umieszcza swoją małą, czarną kopertówkę nad głową, aby chronić
starannie ułożone włosy przed deszczem, i zaczyna biec, ale jej cienkie
obcasy utrudniają jej poruszanie się. Ezra bierze ją za rękę i ciągnie
za sobą, starając się, aby nie upadła, zatrzymując się co kilka sekund,
aby poczekać, aż odzyska równowagę. W końcu podtrzymują się nawzajem,
gdy wiatr nabiera prędkości, a ulewa staje się jeszcze silniejsza.
Opuszczam cmentarz jako pierwsza, pędząc bez oglądania się za siebie.
Stoję obok samochodu, gdy pozostała trójka pojawia się za rogiem z twarzami wykrzywionymi w grymasie. Jessica idzie za Ezrą i Amber, a jej
obcasy stukają o betonową nawierzchnię.
To będzie kilka trudnych tygodni, a może nawet miesięcy. Wszyscy mamy
mnóstwo do zrobienia, ogrom papierkowej roboty i dokumentów do
uporządkowania, chociaż dopóki nie odnajdziemy ciała matki, nasze
możliwości pozostają ograniczone. A do tego dochodzi jeszcze dom. Ten
pieprzony, wielki, rozległy stary dom, którego nikt z nas nie chce.
Ogarnia mnie mrok, wciągając mnie w swoje zacienione zakamarki, a okropne wspomnienia coraz bardziej zbliżają się do powierzchni. Opieram
się ich uściskowi i udaje mi się wykrztusić z siebie wymuszony uśmiech.
-?Gotowi? -?pytam.
Ezra i Amber kiwają głowami, Jess odpowiada tak piskliwym, dziecięcym
głosem, otworzono nam drzwi samochodu, abyśmy mogli wejść.
-?Dzięki Bogu za skórzane siedzenia, co? -?mówi Amber nieco zbyt
radośnie, gdy wszyscy bezpiecznie zasiadamy w eleganckim, czarnym
samochodzie. W przeciwnym razie w mgnieniu oka przemoczylibyśmy
tapicerkę.
-?Pieprzona, durna pogoda -?mruczy Ezra, wpatrując się w okno.
Ja również odwracam wzrok i palcem śledzę linię wody spływającą po
szybie.
-?Paskudna pogoda w paskudny dzień -?odpowiadam ponuro.
Ezra odwraca się do mnie, jakby czekał, aż powiem coś jeszcze. Więc
mówię.
-?Nie zostanę długo. W centrum społeczności, mam na myśli. Nie mam
ochoty na bezsensowne pogaduszki.
W jego oczach widać, że on też nie ma ochoty, ale milczy, a jego
ciemne rzęsy skrywają prawdziwe uczucia. Jest w tym dobry: w ukrywaniu
emocji. Pewnie musiał się tego nauczyć, ale czyż nie wszyscy musieliśmy?
Zamiast tego kiwa głową, prawdopodobnie świadomy mojego pogarszającego
się nastroju. Bycie starszą siostrą nigdy mi nie odpowiadało. Zawsze
czułam jakąś głupią potrzebę kontrolowania wszystkiego i opieki nad
młodszymi bratem i siostrą, nawet teraz, gdy oboje są już dorośli. Lubię
myśleć, że zawsze starałam się jak najlepiej, aby ich chronić. Czasami
się to udawało, a czasami nie. Nawet teraz, po śmierci naszych rodziców,
czuję, że ciężar ich niekonwencjonalnego i szokującego odejścia spoczywa
wyłącznie na mnie. Nie potrafię puścić wodzy i traktować mojego
młodszego rodzeństwa jak równych sobie. To dlatego, że są niewinni. Nie
jestem pewna, czy znają choćby połowę mrocznej przeszłości naszego ojca,
a może jestem naiwna i wiedzą więcej, niż jestem skłonna przyznać.
Wstydzę się nawet myśleć o tym, co zrobił. Niełatwo mi o tym mówić.
-?Zostanę jeszcze chwilę i porozmawiam z ludźmi, Ez -?mówi Jessica.
Uśmiecham się na jej sugestię. Biedna Jessie. Zawsze pełni rolę
rozjemczyni. Zawsze chętnie łagodzi napięcia i tuszuje wszelkie
pęknięcia. Prawie śmieję się na myśl o tym słowie -?pęknięcia. Bardziej
przypominają ogromne kratery. Leje, które prawie nas pochłonęły. Nie
żeby Ezra i Jess widzieli to wszystko. Nigdy nie udało mi się ustalić,
czy postanowili nie zwracać uwagi na to, co się działo, czy też naprawdę
udało mi się uchronić ich przed największym bólem serca. Wzięłam to na
siebie i teraz jestem do tego stopnia zgorzkniała, że stałam się
toksyczna, a pozostałości mojego dzieciństwa przylgnęły do mnie jak
smoła, pokrywając każdy centymetr mojej skóry.
Podróż do lokalnego centrum społeczności przebiega w ciszy, a atmosfera
jest napięta. Nie mamy sobie wiele do powiedzenia, przynajmniej nie bez
ryzyka, że wszystko zamieni się w chaos. Nie jesteśmy rodziną, w której
często dochodzi do kłótni, ale jesteśmy podzieleni, a nasze rany
ukrywamy przed światem zewnętrznym. I jesteśmy zmęczeni. A przynajmniej
ja jestem. Odkąd dowiedzieliśmy się o ich śmierci, nie możemy spać, ale
staramy się trzymać razem, ukrywając naszą desperację i smutek. Nie
przystoi, aby bogata rodzina ujawniała swojej lokalnej społeczności
ciemną stronę swojego życia, prawda? Uważają nas za uprzywilejowanych i bez skazy. Gdyby tylko wiedzieli. Zamiast tego prowadzimy bezsensowne
rozmowy o okropnej pogodzie i dużym natężeniu ruchu, o tym, jak
zatłoczone są drogi i jak nowe osiedle w okolicy dodatkowo utrudnia
kierowcom życie, zwiększając natężenie ruchu w miasteczku.
Kiedy Ezra, Jess i ja dorastaliśmy, Armett House znajdowało się na
skraju wsi. Ale Armett nie jest już klasyfikowane jako wieś, ale jako
miasto, i do tego rozwijające się. Być może to dobrze, że nowi
mieszkańcy nie wiedzą, kim jesteśmy. Nieświadomi naszej rodziny i jej
dziwnych, często niezrozumiałych zwyczajów. Nie ma to już jednak
znaczenia, ponieważ nasi rodzice odeszli. To, jak zginęli, wciąż potrafi
mnie sparaliżować.
Przesuwam palcami po włosach i obserwuję Ezrę, szukając oznak niepokoju
lub gniewu. Jest wyraźnie podenerwowany, jego oczy biegają wokół jak
ciemne, błyszczące kulki. Amber musi wyczuwać jego niepokój. Wyciąga
rękę i ściska jego dłoń. On czeka kilka sekund, po czym odsuwa się,
emanując gniewem i niezadowoleniem. Amber często jest apodyktyczna.
Czasami jej zachowanie jest mile widziane, ale innym razem Ezra mówi mi,
że jej czułość sprawia, że czuje się przytłoczony. Dzisiaj jest właśnie
taki dzień. Prawdopodobnie się obrazi. Być może później dojdzie nawet do
kłótni. W tej chwili wątpię, żeby mu to przeszkadzało. Dzisiaj chodzi o nas i naszą rodzinę. O mnie, moją siostrę i brata, moją matkę rodem z bohemy i jej niewiernego męża, mężczyznę, który był moim ojcem. Czy był
zły z własnej woli? Trudno powiedzieć. Był słaby i na pewno miał
skłonność do flirtowania. To była jego zguba: jego upodobanie do
młodszych kobiet. Myślę, że to właśnie zniszczyło nas wszystkich,
wbijając klin między naszych rodziców i zaciemniając nasze wspomnienia z Armett House.
Moje myśli powoli się rozpraszają. Nie ma sensu teraz nad tym rozmyślać.
To już przeszłość. Czas raz na zawsze z tym skończyć. Prawie śmieję się
głośno z mojego niezamierzonego dowcipu słownego.
-?Potrzebuję drinka.
Nie sądzę, żeby Ezra chciał wypowiedzieć te słowa na głos, ale jest już
za późno; już je wypowiedział i nabierają rozpędu. Przyciągają
niepożądaną uwagę.
Wszystkie oczy zwracają się na niego, a ich zbiorowe, osądzające
spojrzenia przesuwają się po jego twarzy, badając go jak szczura z laboratorium. Wzdycham i odwracam wzrok. Ezra nie pił alkoholu od ponad
dwóch lat. Jak dotąd trzeźwość mu służyła, a przynajmniej tak twierdził,
mijały już miesiące bez żadnych większych problemów, o ile mi wiadomo,
ale dzisiejsze wydarzenia to zupełnie inna sprawa. Wiem, że po
usłyszeniu wiadomości o śmierci naszych rodziców miał ogromną pokusę,
aby sięgnąć po najbliższą butelkę whisky i nalać sobie dużą szklankę,
ale tego nie zrobił. Trzeba mu to przyznać, udało mu się oprzeć, ale
wyobrażam sobie, że siedząc tutaj, w tym samochodzie, z tymi wszystkimi
kobietami, ich szeptami i surowymi, przerażonymi minami, prawdopodobnie
czuje się, jakby tonął, a łyk whisky pomógłby mu teraz zamazać kontury
tej pieprzonej, okropnej sytuacji.
Nikt nic nie mówi, ale widzę, jak Amber się napina. Jessica wpatruje się
w okno, a ja po prostu opuszczam wzrok, życząc sobie, żeby ten cholerny
samochód w końcu pospieszył się i dowiózł nas na miejsce.
-?Ale nie zamierzam tego robić, więc nie martwcie się. Potrzeba, a działanie to dwie różne rzeczy. Nie musicie tam siedzieć jak stado
przestraszonych, pieprzonych królików.
Twarz Amber się rumieni. Jessica bawi się rąbkiem płaszcza. Czuję, że
mój poziom tolerancji topnieje. Samochód zdaje się kurczyć wokół mnie.
Im szybciej tam dotrzemy, tym lepiej. Muszę się stąd wydostać,
potrzebuję trochę przestrzeni, żeby odetchnąć. Czuję, jakbym się dusiła.
Jessica odchyla głowę do tyłu, odwraca się do mnie i uśmiecha się lekko.
-?Ciekawe, czy w centrum społeczności będą podawać kanapki z jajkiem i rzeżuchą oraz nieświeże bułki z kiełbasą?
-?Och, mam nadzieję, że tak. A jeśli będziemy mieli szczęście, będą też
te obrzydliwe ciasteczka francuskie nadziewane różowym majonezem i krewetkami z salmonellą, które powinny były zostać wyrzucone już kilka
dni temu. Wszystko podane przez Trującą Pamelę, tę samą kobietę, która
prawie zgładziła połowę wioski swoim niedopieczonym plackiem z szynką i jajkiem podczas letniego festynu.
Samochód wypełnia się naszym śmiechem, rozluźniając napiętą atmosferę i nieco poprawiając nastrój. Nawet Ezra wydaje się cicho chichotać. Amber
uśmiecha się do mnie, a następnie bierze Ezrę za rękę. Zastanawiam się,
czy wybaczyła mu, że wcześniej ją zbył. Reszta dnia jeszcze przed nami.
Lepiej zrobić to razem, niż sprawić, by ich związek stał się kolejnym
problemem, którym trzeba się będzie zająć. On klepie ją po ręce i przysuwa się do niej. Biedna Amber, będąca częścią tak dysfunkcyjnej
rodziny. Jest niespokojna i martwi się, że Ezra wkrótce pogrąży się w wirze szaleństwa, a jego żal i szok zmuszają go do szukania szczęścia i rozwiązań na dnie butelki. Nie sądzę, żeby tak się stało. Nasi rodzice
nie są tego warci. Przetrwamy kilka następnych godzin, a potem wszyscy
pójdziemy do domu i przygotujemy się do spędzenia kilku następnych
tygodni na zajmowaniu się Armett House i jego zawartością. Myślę, że to
wystarczy, żeby doprowadzić każdego do picia. Jeśli Ezra zdoła pozostać
trzeźwy podczas tych czynności, to powinien dostać cholerny medal.
-?Jesteśmy na miejscu.
Jessica siada i pociąga za klamkę drzwi.
Ma dokładnie taką samą ochotę wysiąść z tego samochodu, jak ja, bo
poczucie klaustrofobii i gwałtownie zmieniająca się atmosfera ciąży jak
ogromny, przytłaczający ciężar, utrudniający normalne myślenie.
Kierowca stoi przy samochodzie, opiera palce na klamce drzwi, głowę ma
pochyloną, gdy wszyscy powoli wysuwamy się z pojazdu.
-?Dziękujemy za wszystko -?odzywa się Jessica ochrypłym głosem,
spuszczając wzrok. Podchodzi do otwartych drzwi centrum społeczności w Armett i niemal czuję, jak z niej emanują wielkimi falami przesiąknięte
negatywizmem, emocje i strach.
Niepokój kłębi się w dole mojego brzucha, a sama myśl o wtapianiu się w tłum wywołuje we mnie silną ochotę sięgnięcia po drinka. Nie zrobię tego
jednak. Nie, gdy Ezra jest tutaj. Będę posłuszną córką i wierną,
wspierającą siostrą i poprzestanę na herbacie, kawie lub soku, ale, na
Boga, potrzeba wina wydaje się być wszechogarniająca. Nikt z nas nie ma
ochoty tutaj być, ale to po prostu coś, przez co musimy przejść. Jest
tyle wspomnień, z którymi muszę się uporać -?kilka dobrych, a wiele
mrocznych i nieprzyjemnych -?ale ukryję je przed wszystkimi
zgromadzonymi tutaj. Uśmiechnę się uprzejmie, uścisnę kilka dłoni i cicho wymknę się do samochodu, żeby potem wrócić do domu przy Church
Road, na skraju miasta. Gdy się już tam znajdę, zamknę rolety i odetnę
się od reszty świata. Tylko ja i moje skażone, nieprzyjemne wspomnienia
z dzieciństwa. To moja naturalna postawa. Sama, ale jednak nie samotna.
Niektórzy ludzie lepiej funkcjonują w izolacji. Taka właśnie jestem. To
oni mnie tak ukształtowali, moi nieprzewidywalni i niekonwencjonalni
rodzice. Kocham ich i nienawidzę jednocześnie. Nie, chwila. Nienawidzę
jego. Mimo że on wyraźnie mnie kochał, ja w zamian go nienawidziłam.
-?Max! Miło cię widzieć -?mówi Ezra, gdy wchodzimy do małego
przedsionka. -?Cieszę się, że udało ci się przyjść.
Max i Ezra znają się od najmłodszych lat i chociaż życie rodzinne Maxa
bardzo różniło się od naszego -?wychowywał się w małym, dwupokojowym
szeregowym domu obok parku, gdzie narkomani czekali na kolejną dawkę -
on i Ezra zawsze pozostawali bliskimi przyjaciółmi. Pieniądze i przywileje niekoniecznie określają klasę społeczną. Mój ojciec był tego
dowodem. Max jest jedną z najbardziej przyzwoitych osób, jakie
kiedykolwiek spotkałam, i zawsze cieszyłam się, że on i Ezra pozostali
dobrymi przyjaciółmi.
-?Przygotuj się, stary -?mówi Max, marszcząc brwi. -?Połowa miasta jest
tutaj, niektórzy są przyjaźni, inni mniej. Próbowałem powstrzymać ich
przed rozmową z tobą, ale nie mogę ich dłużej trzymać z dala od ciebie.
-?Niezbyt przyjaźni? -?odpowiada Ezra, wyglądając na naprawdę
zakłopotanego. -?Dlaczego, w czym problem?
-?Wkrótce się dowiesz. -?Wzdycha, biorąc Ezrę pod łokieć i wprowadzając
mnie, Amber i Jessicę do obskurnego pokoju, w którym czeka na nas spory
tłum ludzi. -?Wkrótce się dowiesz.
Rozdział czwarty. Jessica
Rozdział czwarty
Jessica
Morze twarzy zwraca się w naszą stronę, obserwując nasze przybycie do centrum społeczności. Czuję, jak ciepło ogarnia moją szyję i piecze policzki. Gdy przekraczamy próg i wchodzimy do pomieszczenia, zapada cisza. Nie trwa ona długo. Zaczyna się od cichego szmeru, który całkowicie cichnie, gdy Jeff Wolf robi krok do przodu, zaciskając pięści.
-?Pieniądze -?zwraca się do Ezry, mrużąc oczy, a ślina leci mu z ust,
gdy mówi. -?Potrzebuję moich pieniędzy i to natychmiast.
Żołądek podchodzi mi do gardła. To może różnie się skończyć. Mam
nadzieję, że Ezra ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby mu zapłacić. Mam
również nadzieję, że Ezra zachowa spokój i sytuacja nie przerodzi się w chaos. Chcę, aby czas mijał błyskawicznie, abyśmy wszyscy mogli jak
najszybciej wrócić do domu. Odwracam się, aby spojrzeć na Flo, która ma
szeroko otwarte oczy i wyraźnie rozpacza z powodu tej sytuacji.
-?Ile? -?pyta Ezra, sięgając ręką do kieszeni marynarki.
-?Sto pięćdziesiąt funtów.
Wciągam gwałtownie powietrze. Ezra nie będzie miał wystarczającej ilości
pieniędzy. Kto w dzisiejszych czasach nosi przy sobie sto pięćdziesiąt
funtów? Wszystko kupuje się za pomocą kart debetowych i kredytowych. Mam
przy sobie czterdzieści, schowanych w bocznej kieszeni torebki. Jestem
osobą ostrożną. Trzymam je na wypadek sytuacji awaryjnych, gdyby zgubiła
mi się karta lub gdyby nie zadziałała. W razie potrzeby mogę je oddać.
Flo też może mieć trochę gotówki. Możemy się złożyć.
-?Proszę bardzo. Sto sześćdziesiąt funtów za niedogodności. -?Wsuwa
pieniądze w dłoń Jeffa i uśmiecha się do niego. -?Przepraszam za to,
kolego. Proszę się częstować jedzeniem i piciem.
Obserwuję, jak Ezra odchodzi, i zazdroszczę mu pewności siebie, tego,
jak z dużą łatwością radzi sobie z przeciwnikami mojego ojca. Nasz
ojciec zmarł, nie płacąc pracownikom, którzy dbają o dom i ogrody. Jeff
Wolf nie jest pierwszą osobą, która przyszła do nas po pieniądze, i jestem prawie pewna, że nie będzie ostatnią. To tylko wierzchołek góry
lodowej, która może okazać się bardzo duża.
-?Wziąłem to ze sobą na wszelki wypadek -?mówi Ezra, spoglądając przez
ramię na mnie, klepiąc się po górnej kieszeni i mrugając delikatnie. -
Przeczuwałem, że coś takiego może się wydarzyć. -?Odwraca się, a jego
ramiona opadają nieco, jakby ciążył na nim niewidzialny ciężar.
W duchu ganię samą siebie. Powinnam była pomóc. Ezra ma lepsze pojęcie o tym, jak działał nasz ojciec, ponieważ pracował z częścią personelu
technicznego podczas wakacji, kiedy wrócił z uniwersytetu do domu, w czasie gdy ja byłam chroniona przed najgorszymi skutkami jego
niepowodzeń. Mam na myśli jego niepowodzenia finansowe. Znam mojego ojca
i wiem, kim był w innych dziedzinach życia, ale to temat na inną okazję.
Wolę o tym nie opowiadać.
Kiedy myślę o naszej rodzinie, moje serce zaczyna bić szybciej, a w piersi pojawia się arytmiczne szarpnięcie. Moje myśli przerywa
dotknięcie ramienia. Odwracam się i widzę patrzącą na mnie znajomą
twarz.
-?Boże, tak mi przykro z powodu twojej straty, Jess. Brak mi słów.
Naprawdę nie wiem, co powiedzieć.
Amanda MacDonald, moja dawna koleżanka ze szkoły, stoi kilka centymetrów
ode mnie, z błyszczącymi od sztucznych łez oczami. Wyciąga rękę, aby
położyć ją na moim przedramieniu. Instynktownie cofam się o kilka
kroków, chcąc zwiększyć dystans między nami.
-?Dziękuję. Miło, że przyszłaś.
Moje słowa brzmią niezgrabnie. Nie na miejscu. Chciałabym, żeby istniał
podręcznik dla osób w żałobie, który zawierałby jasne wskazówki, jak się
zachowywać i co mówić osobom składającym kondolencje na pogrzebie
bliskiej rodziny. Rodziny, która podjęła decyzję o zakończeniu swojego
życia w tak straszny i spektakularny sposób.
-?Och, nie mogłam nie przyjść!
Na pewno nie mogłaś.
Amanda i ja nie widziałyśmy się od czasu ukończenia college'u ponad
dziesięć lat temu. Plotki. To dlatego tu jest.
Jackson i Lydia Hemsworth byli najbliżej bycia celebrytami, jakimi
Armett kiedykolwiek mogło się pochwalić -?aczkolwiek byli poobijani
przez życie. Ludzie mogli obserwować ich dziwactwa z daleka, nie będąc
nimi skażeni, w przeciwieństwie do mnie i mojego rodzeństwa, które
codziennie musiało znosić szalone ekscentryczności naszych rodziców.
Jestem niesprawiedliwa. Nasza matka starała się, jak mogła, aby
zrekompensować nam niedoskonałości ojca, będąc żywiołową i pełną
energii, co często postrzegano jako roztrzepanie i lekko maniakalne
zachowanie. Była jednak zupełnie inna. Była zraniona i zniszczona, i bardzo się starała, aby wszystko i wszyscy wokół niej zachowali
równowagę.
Ubrania Amandy nie zdradzają jej prawdziwego wieku. Ma na sobie tweedową
spódnicę do kolan, czarną koszulę i długi, ciemny kardigan w kratę. Ze
względu na swoje nijakie, mysie włosy można ją łatwo pomylić z osobą
starszą o kilkadziesiąt lat. Amanda i ja nie byłyśmy wrogami, ale też
nie byłyśmy przyjaciółkami. Po prostu należałyśmy do tego samego kręgu
znajomych, mieszkałyśmy w tym samym mieście i chodziłyśmy do tej samej
szkoły, a teraz ona zachowuje się, jakbyśmy były przyjaciółkami i bliskimi bratnimi duszami, które się dawno nie widziały.
-?W każdym razie dziękuję za przybycie. Proszę poczęstuj się
przekąskami. -?Mój głos jest nijaki, pozbawiony emocji. Nie lubię
Amandy, ale też jej nie nienawidzę. Jest po prostu kolejną uczestniczką
spotkania: osobą, z którą zamienię kilka słów, zanim przejdę do kogoś
innego, a potem opuszczę to miejsce i wrócę do domu, czując ulgę, że mam
to już za sobą. Zamierzałam odejść, gdy to wypowiada -?a jej wyczucie
chwili, w odróżnieniu od ubioru, jest nienaganne.
-?Szkoda tylko, że zostawili po sobie cień, prawda? Wszyscy mówią, że
zrobili to z jakiegoś powodu, żeby coś ukryć. No bo musieli mieć jakiś
powód, nie sądzisz?
Moje obcasy stukają o podłogę, gdy odwracam się, aby coś odpowiedzieć,
ale ona już odchodzi, niewątpliwie zadowolona, że miała ostatnie słowo.
Najchętniej podeszłabym do niej, złapała za ramię i zażądała wyjaśnienia
tej złośliwej uwagi, ale oczywiście jestem zbyt tchórzliwa, by być tak
bezpośrednia, więc zamiast tego zachowuję się z godnością i znikam w tłumie ludzi stojących przy stole z jedzeniem. Łatwiej jest unikać
konfrontacji. Życie jest wystarczająco trudne. Po co dodawać sobie
jeszcze więcej cierpienia? Niechęć bardzo szybko zajmuje miejsce moich
dotychczas ambiwalentnych w stosunku do niej uczuć.
Rozmawiam z ludźmi, próbując wmieszać się w tłum i wyrzucić z głowy
słowa Amandy, lecz choćbym nie wiem jak się starała, nie oddalają się -
krążą wokół mnie jak nieproszeni goście. Moi rodzice nie byli idealni,
daleko im było do doskonałości, ale umówmy się -?czy czyiś rodzice są?
Jednak jej insynuacje mnie irytują. Florence, Ezra i ja przeszliśmy
przez piekło w ciągu ostatnich kilku tygodni, próbując zrozumieć,
dlaczego to zrobili, i zgłębić intrygi naszych rodziców: co im chodziło
po głowie i dlaczego zdecydowali się zrobić to, co zrobili,
pozostawiając nas, abyśmy poskładali rozbite fragmenty naszego życia.
Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, są lokalni mieszkańcy wymyślający
historie i dolewający oliwy do ognia. Rozbuchany ogień, bardzo trudno
będzie stłumić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki