Rodzice i nastolatki. Gdy w relacji zaczyna robić się trudno - Aga Rogala

-
Proszę czekać

"Bunt trzylatka, bunt sześciolatka, bunt nastolatka... Ile razy jeszcze wytłumaczysz mi coś buntem jakiegoś latka, co?" - spytał mój Mąż podczas jednej z naszych rozmów na temat dzieci. W chwili, w której to piszę, jesteśmy rodzicami siedemnastolatka, piętnastolatki, dziewięciolatka oraz trzymiesięcznej dziewczynki. Mamy niemałe doświadczenie w rozmawianiu o dzieciach. Oraz w buntach.

Doskonale wiem, jak ciężko się słucha wyjaśnień dotyczących zachowania dzieci, które jest dla rodzica trudne do dźwignięcia (lub o nich czyta). Emocje kipią, a trzeba je trzymać na wodzy. Rozwiązania wydają się proste, a jednak żadną miarą nie chcą się urzeczywistnić. Chyba najtrudniej jest, gdy chodzi o nastolatków. Wyglądają jak dorosłe osoby, chcą być traktowani jak dorosłe osoby. Dlaczego więc nie próbują zachowywać się jak dorośli? Ile jeszcze tłumaczeń, że to "normalne", można wytrzymać? Dlaczego tylko jedna strona w tej relacji ma się silić na stoicki spokój, cierpliwie znosić, gryźć się w język?

Przeczytałam dziesięć (sic!) książek o samych nastolatkach i niezliczenie wiele publikacji, które w różnym stopniu dotykały wyzwań związanych z okresem dojrzewania. Gdy sama mierzyłam się z czymś dla mnie trudnym w rodzinie, często potrafiłam przywołać konkretny fragment z konkretnej książki, która analizowała obserwowane przeze mnie zachowanie. Znałam zjawisko, przeważnie rozumiałam, co się dzieje. I co z tego? Czy dzięki temu stałam się idealnym rodzicem? Bynajmniej. Czy to spowodowało, że rodzicielstwo przestało być dla mnie wyzwaniem? W żadnym wypadku. Czy przestałam się niecierpliwić, że wciąż jeszcze nie widzę poprawy sytuacji? Niekoniecznie.

Krótko mówiąc, problemy od tego nie zniknęły. Równocześnie, czytając te książki, czyniąc wysiłki, by lektura nie poszła na marne, wiele razy odczuwałam pewien brak. Brakowało mi krzepiącego poklepania po plecach i słów w stylu: "Kochana, to jest trudne. To nie jest tylko twoje osobiste wrażenie. A to, że się starasz, zasługuje na order". Naturalnie zdaję sobie sprawę, że nikt mi tego orderu nie wręczy. Co więcej, przecież od samych słów, że coś ma prawo być trudne, sprawy nie stają się łatwiejsze, prawda? A jednak to jakoś pokrzepiające, kiedy ktoś docenia wysiłek.

Agnieszko, Elu, Magdo... Krzysztofie, Tomku, Marcinie... masz prawo powiedzieć, że to ciężar. Masz prawo czuć bezsilność, smutek, bezradność, zniecierpliwienie, frustrację i chcieć jakoś te uczucia zaopiekować. A przynajmniej uznać za ważne. Masz prawo być w tej relacji, dla której tak bardzo się starasz, kimś równie istotnym jak druga strona. Nie występować jedynie w roli osoby służebnej, pełnej wyrozumiałości, i to w dodatku tak często wyrzucającej sobie swoją wstydliwą niedoskonałość.

Czy to nastolatki mają sprawić, abyśmy poczuli się ważni z naszymi przeżyciami, lękami, wysiłkami? Czy będziemy czekać, aż nasze dzieci w ferworze dorastania zaopiekują się jeszcze nami? Nie sądzę.

To my sami, dorośli, potrzebujemy zatroszczyć się o swoje samopoczucie fizyczne i psychiczne w rodzicielskiej roli. Usłyszeć swoje myśli, emocje, potrzeby. Zadbać o wspierające przekonania. O bezpieczne uwalnianie nagromadzonych emocji. O zaspokojenie swoich potrzeb. To my sami potrzebujemy uszanować siebie w wymagającej od nas wysiłku relacji. Czy kiedy daję się ponieść eskalującym emocjom, mówię rzeczy, których potem żałuję, to mam poczucie, że faktycznie uszanowałam siebie, na przykład podczas dyskusji z nastolatkiem o granicach? Czy zaopiekowałam się sobą? Czy moje nastoletnie dziecko, patrząc na mnie w takiej chwili, nauczy się o dorosłości, o rodzicielstwie czegoś pozytywnego?

Współcześnie, gdy zostajesz rodzicem nastolatka, nie stajesz się nagle wolnym człowiekiem, który od teraz może się zająć już tylko młodszymi dziećmi albo po prostu własnymi sprawami czy pracą. Owszem, nastolatek ma coraz większą autonomię, żyje swoim życiem, twoja kontrola nie jest już tak rozległa, ale w obecnym świecie łatwo się pogubić. Przed nastolatkami rozciąga się wiele dróg i ścieżek, którymi można pójść. Nikt jednak nie dysponuje mapą. No, niezupełnie nikt.

Jesteśmy my. Kochający dorośli. Gotowi raz za razem wyciągać rękę, nawet jeśli jest odtrącana. Podpowiadać, którędy da się przejść bezpiecznie, nawet jeśli ostatecznie nastolatek wybierze najmniej uczęszczaną i najbardziej niepewną trasę. Chętni czynić wysiłki, by budować relację z młodym człowiekiem, który przestał nas lubić. Nie dajmy się nabrać, że nasz czas minął. Nasz czas się "tylko" zmienił.

Ta książka NIE jest instrukcją obsługi nastolatka. Po pierwsze, byłoby to przedmiotowe potraktowanie młodego człowieka. Po drugie, nie jestem fachowcem stricte od dzieciaków w tym wieku. Po trzecie, doszłam do wniosku, że dopóki moje ostatnie dziecko nie przejdzie przez okres dojrzewania, nie mam prawa sądzić o sobie, że znam się na nastolatkach na tyle, by napisać o nich podręcznik.

Ta książka NIE jest instrukcją dla rodzica. Przecież to byłoby przedmiotowe potraktowanie ciebie. Masz swoje doświadczenia, sposoby działania, zasady postępowania. Czy mam prawo instruować cię i oczekiwać, że od teraz wszystko zmienisz, bo ja nauczę cię postępować "po nowemu"?

To NIE jest książka, która omówi wszystkie wyboje na trasie twojej relacji z nastoletnim dzieckiem. W tym celu musiałabym przepisać tych dziesięć przeczytanych książek.

Napisałam dla ciebie książkę, by zapewnić ci fundament do działania, gdy twoja relacja z nastolatkiem zacznie się komplikować. By stała się bodźcem do przemyślenia twojej roli w generowaniu trudności i inspiracją do radzenia sobie z nimi. By dostarczyć ci słów i metafor do nazwania tego, co przeżywasz i z czym się mierzysz. By dało się to ogarnąć. By dało się wytłumaczyć drugiemu rodzicowi. To książka o dwóch pełnoprawnych stronach relacji: rodzicach i nastolatkach. Pięćdziesiąt różnych tekstów. Niektóre napisane tak, by jak najlepiej wyjaśnić dane zjawisko. Inne bardziej metaforyczne, by dało się wyskoczyć na chwilę z kołowrotka codziennych wydarzeń i zamyślić się nad jakimś tematem. Skorzystasz z lektury, nawet jeśli twoje dziecko jeszcze nie każe ci się mierzyć z nowym etapem w życiu. I na pewno nie znudzisz się formą.

Znajdziesz tutaj sporo rad, dlatego bardzo cię proszę, podejdź do nich roztropnie. To, że nie wcielasz w życie wszystkich cennych informacji i porad, jakie spotykasz, nie oznacza, że niczego się nie uczysz, jesteś złym rodzicem albo te wszystkie złote rady nie mają sensu i lepiej nie zawracać sobie nimi głowy.

Będą dni, w których uda ci się być rodzicem na medal. Będą takie, w których skorzystanie z jednej podpowiedzi wystarczy, by odtrąbić sukces, na więcej po prostu nie starczy zasobów. A czasem będzie tak, że na koniec dnia, robiąc sobie rodzicielski rachunek sumienia, zauważysz, że można było coś inaczej powiedzieć, zareagować w lepszy sposób. Na szczęście, jestem tego pewna!, przyjdą i takie czasy, gdy jakaś złota rada stanie się częścią ciebie, nowym sposobem myślenia i postępowania, którego już nie będzie trzeba świadomie kontrolować. Najważniejsze to się nie poddawać. Poszukiwać. Próbować. Bycie rodzicem nastolatka to ciągłe uczenie się i dojrzewanie. Tak, tak, nie tylko nastolatek dojrzewa w tym czasie.

Możesz płakać w łazience, jeśli przyniesie ci to ulgę. Możesz zadzwonić do znajomego. Możesz powiedzieć swojej bliskiej osobie, że to ponad twoje siły, że masz dość. Możesz tak właśnie się czuć. A potem pójdź na spacer. Albo pobiegać. Z przymkniętymi oczami głęboko od­dychaj. Pełną piersią. I wróć na trasę. Jeśli ciebie zabraknie, nawet w całej twojej niedoskonałości, zostanie dziura.

Chodź. Twoje dziecko, choć coraz starsze, potrzebuje cię po drugiej stronie.

Jak czytać tę książkę?

Z serca bardzo polecam ci tych kilka zasad:

Nie nastawiaj się, że musisz być idealnym rodzicem. Nie musisz - wcale nie jest przyjemnie przytulać się do pomnika.

Bądź rodzicem, który rezygnuje ze stania na piedestale (twoje dziecko i tak już cię z niego strąciło, prawda? Możesz poudawać, że sam chciałeś z niego zejść...) i jest gotowy na uczenie się "rodzicowania". Jestem pewna, że to będzie bardzo cenna lekcja dla twojego nastolatka.

Nie obiecuj sobie, że jeśli zrobisz wszystko, co jest tu opisane, jeśli tylko spełnisz każdy warunek, ominą cię problemy i wyzwania. Trzeba to sobie powiedzieć wprost - okres dojrzewania nie może obyć się bez burz. Nie chodzi o to, że to taki niewdzięczny czas. Po prostu, jeśli starasz się być możliwie najlepszym rodzicem, to pozwolisz swojemu dziecku na bunt, na emocje, na zachowania, które w odbiorze są nieprzyjemne i mogą cię solidnie frustrować. Mądry kierowca nie oczekuje, że na drodze nie pojawią się wyboje i niebezpieczne zakręty tylko dlatego, że ma umiejętności i super samochód.

Pamiętaj, że nastolatek nastolatkowi nierówny. Każdy rok różnicy w tym wieku ma znaczenie, a czasem to wręcz przepaść. Nie porównuj się z innymi, nie uogólniaj. Wybieraj to, co będzie dla ciebie użyteczne na teraz, i to, co - twoim zdaniem - będzie szczególnie istotne w przyszłości.

Przyjmij, że w tekście używam słowa "nastolatek" zarówno w odniesieniu do chłopców, dziewcząt, jak i osób określających się jako niebinarne. Podobnie ma się sprawa z "rodzicem" - to mama, tata lub dorosły opiekun.

Korzystaj z zakreślaczy, długopisów, karteczek samo­przylepnych i wszystkiego, co pozwoli ci zaznaczać zdania i fragmenty, do których warto będzie wrócić lub które chcesz zapamiętać. Uwielbiam chwile, gdy moi czytelnicy pokazują mi swoje egzemplarze którejś z moich książek i widzę otarcia, zagięte rogi stron, kolorowe zakreślenia i wszystkie inne znaki świadczące o tym, że książka jest w ciągłym użyciu. Towarzyszy w drodze. Po to właśnie piszę. Chcesz zapamiętać lepiej jakieś informacje? Wszystkie ruchy wymagające oznaczenia w książce pomogą twojemu mózgowi skuteczniej zapisać je w pamięci.

W relacji rodzica i nastolatka tylko jedna z tych osób ma dojrzały mózg i - przynajmniej teoretyczną - zdolność panowania nad emocjami oraz spokojnego reflektowania nad swoim zachowaniem. Z tego powodu ta właśnie strona jest zobowiązana do większej uważności, a także działań na rzecz obniżania temperatury pomiędzy stronami, gdy robi się gorąco. Niemniej jestem przekonana, że zarówno rodzic, jak i nastolatek zasługują na uznanie ich przeżyć i potrzeb. Takie "samozaopiekowanie" wcale nie stoi w sprzeczności z odpowiedzialnym wywiązywaniem się ze swojej roli. W przypadku rodzica można tę rolę porównać do funkcji przystani portowej. Jest bezpieczna i przewidywalna. Nie zatrzymuje wypływających z niej statków, zarazem nie neguje niebezpieczeństw, które czekają na otwartym morzu. Przystani, która służy swoimi zasobami najlepiej, jak potrafi.

"Nie wiem, co robię źle".

To zdanie, które często pojawia się w wiadomościach od mam nastolatków. Co robię źle, że się na mnie złości? Że trzaska drzwiami, krzyczy, w ogóle się nie rozumiemy, głównie się kłócimy. Co robię źle, że nasza rzeczywistość tak wygląda?

Chcę ci o tym opowiedzieć kilka słów już na samym początku tej książki. Jednak zanim to zrobię, wyobraź sobie, proszę, że ty i ja siedzimy w twojej kuchni, przy stole. Znad kubków z gorącą kawą lub herbatą unosi się para. Rozmawiamy przyjaźnie, z wyrozumiałością, bez ściemy i udawania. Gdy siadam do pisania, taki właśnie obraz mam zawsze przed oczami. Marzy mi się taki klimat naszej rozmowy.

Mam dla ciebie dwie wiadomości. Jedną kiepską i nie da się jej ominąć. Drugą dobrą, choć niełatwą. Pamiętaj, że jestem tu, by ci pomóc.

Po pierwsze, okres dojrzewania twojego dziecka ma zrealizować kilka bardzo ważnych celów1. I to się wydarzy. Z twoją zgodą albo bez niej. Warto być ich świadomym, a nawet co jakiś czas przypomnieć sobie podstawowe informacje o nich. Dlaczego? Bo osiąganie tych celów niebywale wpływa na zachowanie nastolatka.

Zalicza się do nich na przykład doświadczenie fizycznej dojrzałości seksualnej. Uważaj, bo możesz pomyśleć, że chodzi tylko o seks. A to jest i o dojrzałości płciowej, i o tym wszystkim, co się z nią wiąże - także o relacjach, postrzeganiu siebie, o oczekiwaniach wobec siebie i innych oraz wielu rolach społecznych. To dotyka tożsamości. Ciała. Wstydu. Dumy. Porównań. Lęku.

Rozwijanie własnej tożsamości polega na poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: "Kim jestem?" oraz: "Jakie są moje relacje z innymi ludźmi?". Zwróć uwagę na słowo "poszukiwanie". To tryb niedokonany, a zatem czynność jest rozciągnięta w czasie, wymaga sprawdzania, doświadczania, błądzenia i zmieniania zdania. To bardzo frustrujące dla nastolatka, który chciałby wiedzieć "na już". Mieć jakąś pewność. Złapać się czegoś stałego, żeby przestać się chwiać. Dlatego tak chętnie przylgnie do tego, co proponuje mu współczesny świat: różnorodnych etykiet dotyczących identyfikacji czy seksualności. Etykieta naprawdę nie musi być buntem przeciwko tobie. Jest próbą uspokojenia chaosu.

W miejsce niepokoju i pulsujących w głowie pytań etykieta proponuje jakieś słowo, definicję, która wszystko wyjaśnia. Opisuje. Pozwala zarazem poczuć się w jakiś sposób wyjątkowo. Daje chwilową ulgę - "Już wiem, kim jestem". Co więcej, za nazwą idzie społeczność. Będąc "jakimś" albo "kimś", przynależę do grupy osób "takich samych". Rozumiejących się nawzajem, przynajmniej pozornie, a często równie zagubionych i poszukujących samookreślenia.

Nie każdy nastolatek przejdzie przez ten etap w taki sposób, ale każdy będzie szukał odpowiedzi na pytanie: "Kim jestem?", i każdy będzie potrzebował przynależności. Jeśli nie znajdzie jej w bezpiecznych relacjach, poszuka wszędzie tam, gdzie będzie szansa na zdobycie odpowiedzi.

To z kolei jest związane z kolejnymi celami okresu dojrzewania, mianowicie z kształtowaniem zobowiązań społecznych oraz uzyskiwaniem autonomii. Nastolatek odrywa się od rodziców, stopniowo uwalnia od ich opinii i autorytetu, wybija się na niepodległość. I to nie jest błąd systemu. To jest zadanie rozwojowe twojego dziecka. Jednocześnie bardzo potrzebuje przynależeć, znaleźć swoje "plemię" i określić swoją unikatową w nim rolę.

"Jaki jest sens mojego życia?" to nie jest pytanie, na które można odpowiedzieć sobie bez rzeczywistego doświadczania siebie, swoich słabych i mocnych stron. Swojej sprawczości. Nie da się tego zrobić bez kontaktów z in­nymi ludźmi, i to takimi, którzy są "nowi", z którymi otwieram nowe rozdziały. A to oznacza oddalanie się od ciebie.

Ile razy przyszło ci do głowy, że twoje nastoletnie dziecko jest bardzo egocentryczne? Nastolatki są naprawdę mocno skupione na sobie. I w pewnym sensie muszą takie być, bo to jest etap budowania "ja". Okres dojrzewania ma doprowadzić do wyrośnięcia z tego na rzecz poczucia wspólnoty z innymi ludźmi oraz wzajemnego poszanowania członków społeczeństwa. Zanim jednak to się wydarzy, twoje dziecko będzie przeżywać siebie bardzo intensywnie.

Nastolatek ma poczucie, jakby ciągle był na widoku, na scenie, jakby cały świat mu się przyglądał i go oceniał. Zwróć uwagę, jak bardzo sprzyja temu to, czego doświadcza w mediach społecznościowych. One potrafią brutalnie wzmocnić przekonanie, że "wszyscy patrzą". Jednocześnie on lub ona odczuwają, że nikt ich nie rozumie. "Nikt nie ma tak jak ja" - tak źle, tak trudno, tak wyjątkowo. W tym jest dużo samotności, lęku i napięcia.

Wreszcie cel, który realizuje się przez całe życie, czyli reorganizacja systemu wartości. Nastolatek kwestionuje wartości i przekonania obowiązujące w rodzinie. I to boli, bo często są to twoje wartości, twój porządek. Czasem twoja wiara i świętości. Bez kwestionowania ich nie powstanie jednak jego własny system.

Każdy z tych celów trzeba zrealizować, jeśli młody człowiek ma wyrosnąć z dzieciństwa i stać się świadomym, odpowiedzialnym dorosłym. Spójrz jednak, jak wielki jest tu potencjał... konfliktu. Jego czy jej dzieciń­stwo to w gruncie rzeczy my, rodzice i świat, który tworzyliśmy. My mówiliśmy, co i jak robić, co jest dobre, złe, warte uwagi lub niewłaściwe. Upraszczając - to z nas wyrasta nastolatek. Jak z za małych butów. A przecież rodzice wciąż są potrzebni. I to bardzo. Czy to oznacza, że trzeba chodzić w zbyt ciasnych butach?

Wyobraź sobie, że musisz tak właśnie postąpić - nosić buty, które są za ciasne, bo na razie nie masz innych. Są niezbędne. Bez nich nie pójdziesz dalej. Jakie rodzą się w tobie uczucia? Frustracja. Złość. Niewygoda. Jednocześnie potrzebujesz tych butów i chcesz je zrzucić. I właśnie w tym miejscu jest twój nastolatek. Pomiędzy zależnością a buntem. Dorzuć do tego ograniczoną zdolność do hamowania impulsów, rozbujaną emocjonalność i łatwe wybuchy, a zobaczysz, że konflikt nie jest porażką wychowawczą. Jest wpisany w proces.

I ty w tym wszystkim pytasz mnie, co robisz źle?

Czy naprawdę myślisz, że możesz przeprowadzić dziecko przez dojrzewanie bez zderzeń? Bez strat? Bez momentów, w których będzie cię odpychać? Czy wierzysz, że jeśli będziesz wystarczająco dobra, wystarczająco cierpliwa, wystarczająco spokojna, to ono przejdzie przez to gładko?

Nie przejdzie. Dojrzewanie nie jest projektem do perfekcyjnego zarządzania, nie da się go przeżyć bezkolizyjnie. Dojrzewanie jest trudne. Ma prawo być trudne dla nastolatka i dla rodziców. Ale nie jest nie do zniesienia. I na coś jednak masz wpływ.

Jeśli masz poczucie, że w twoim domu jakaś kwestia naprawdę jest "nie do zniesienia", zatrzymaj się. Taka sytuacja nie zrodziła się z powodu jednego "trudnego" nastolatka. To sygnał, że cały system potrzebuje uwagi. Nastolatek nie żyje w próżni. Jest częścią waszej rodziny. Jeśli dom stał się polem walki i ciągle towarzyszy wam napięcie, od którego nie ma ani chwili od­dechu, to odpowiedzialność nie leży wyłącznie po stronie dojrzewającego dziecka. Nie można jej też w całości przerzucić na szkołę, rówieśników czy internet. Rodzina jest bazą i z tej roli nie da się wypisać. Jeśli zmagasz się z problemem "nie do zniesienia", poszukaj pomocy. Być może potrzebna jest terapia, być może nie tylko dla dziecka. Czasem cały system wymaga wsparcia. Sięgnięcie po pomoc to nie jest porażka. To odpowiedzialność.

A może pytanie brzmi nie: "Co robię źle", ale: "Czego próbuję uniknąć za wszelką cenę?". Jeśli próbujesz uniknąć konfliktu, to próbujesz uniknąć dojrzewania. Przypuśćmy jednak, że mieścicie się w średniej: górki i dołki, czasem bliskość, czasem trzaskanie drzwiami.

I zdarzają ci się momenty, w których wiesz, jak należałoby zareagować, ale reagujesz inaczej. Wyrzucasz z siebie słowa, których potem żałujesz, podnosisz głos, zamykasz się. To nie zła wola. To zmęczenie, bezradność, przeciążenie.

Pamiętaj, by przeprosić. Pamiętaj, że hamulec bezpieczeństwa można trenować. Czasem jedyne, co możemy zrobić, to się wycofać, wyrównać oddech, obniżyć napięcie. Nie ma rodziców idealnych. Zresztą twoje dziecko ich nie potrzebuje. Potrzebuje rodzica, który wraca. Który potrafi powiedzieć: "Poniosło mnie".

Usłyszałam kiedyś od kogoś mądrego: jako rodzice rzadko jesteśmy pozbawieni możliwości zareagowania inaczej następnym razem. Następne razy będą. Pytania o to, co robisz źle, będą wracać. Ale spróbuj też zapytać: "Co robię dobrze? Gdzie jestem wystarczająca? Czy umiem szukać pomocy, kiedy jej potrzebuję?".

Zanim każde z nas odsunie krzesło od wyobrażonego stołu, weźmy kilka głębokich oddechów.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Nie musisz być idealna czy idealny. Wystarczy twoja obecność.

Chodźmy.

Na ścianie w salonie moich rodziców wisi duże zdjęcie oprawione w ramę. Przedstawia miejsce, które naprawdę kocham - przyczółek we wsi Piotrowice położonej nad samą Wisłą, kilka kilometrów od Annopola. Aby zrobić to zdjęcie, mój brat wstał pewnego letniego dnia jeszcze przed świtem, przeszedł z aparatem przez mokre od rosy łąki, by stanąć na wprost przyczółku, zanim jeszcze zza przeciwległego brzegu wstanie słońce.

Wyobraź to sobie. Gdy patrzysz na fotografię, widzisz przed sobą ułożoną z betonowych płyt drogę wiodącą w kierunku Wisły. Żadnych budynków, tylko przyroda. Nad twoją głową zwisa kilka gałęzi rosnącego nieopodal drzewa. Twoje spojrzenie biegnie wzdłuż drogi, by urwać się wraz z nią, gdy dotrze do rzeki. Woda jest jas­na, delikatnie złoci się w nadciągającym świetle słońca. Twój wzrok biegnie dalej, na drugi brzeg. Dostrzegasz tam kontynuację betonowej drogi, otoczonej z obu stron bujną zielenią, ale wszystko spowija mgła. Żaden kształt nie jest wyraźny. Linie się rozmywają. Kolory są rozrzedzone przez wilgotne opary.

Myślę sobie, że to chyba niezła metafora mojego rodzicielstwa w relacji z nastoletnimi dziećmi. Jeszcze idziemy razem, tą stroną drogi, która na zdjęciu jest nieco w mroku, ale przed nią już pobłyskuje światło. Jeszcze uda nam się kawałek przejść wspólnie i aż dotąd mam poczucie, że muszę prowadzić. Że nie idziemy jak równi sobie towarzysze w tej drodze. Ja mam obowiązki. Ja mam rolę do odegrania. Ja mam zadania do wykonania. Wobec. Dla. Ażeby.

Nieuchronnie jednak dojdziemy do rzeki. Rzeki, która daje życie. Która zabiera wszystko, co nie jest w stanie utrzymać się na powierzchni. Na jej drugim brzegu też widać drogę, choć przecież spowija ją mgła. Nie wiadomo, jak tam jest, za rzeką, ale słońce już wschodzi, a niewyraźne zarysy drzew wskazują, że toczy się tam życie. W sokach roślin płyną wody rzeki. Wśród krzewów na pewno skrywają się różnorodne zwierzęta. Cicho brzęczą owady. Wszystkie one żyją dzięki rzece oddzielającej nas od drugiego brzegu.

Kiedyś się tam znajdziemy. Dziś wygląda na to, że rzeka porwie wszystko. Nic się nie ostanie, cokolwiek spróbuje wejść pomiędzy fale, ale przecież po drugiej stronie jest brzeg. I droga. I życie. Może więc uda się przekroczyć rzekę, pokonać niebezpieczeństwa i znaleźć na bezpiecznym lądzie. Bez wątpienia wielu przed nami tak właśnie zrobiło. Myślę, że tamtą drogą będziemy iść już innym krokiem. Rzeka zmienia.

Możliwe jednak, że ja tutaj już zostanę, a moje dziecko przejdzie przez rzekę samo, samo pójdzie drogą po drugiej stronie, w promieniach wschodzącego słońca. Ja zostanę na mojej zacienionej części. Tej, gdzie teraz stoisz, przyglądając się temu obrazkowi. I myślisz o swoim rodzicielstwie, o swojej relacji z dorastającą córką lub dojrzewającym synem. Szukasz w tych metaforach miejsca dla siebie.

Dla mnie to nie jest opowieść o trzymaniu się za ręce. O wędrówce ramię w ramię. Choćbym nigdy nie kłóciła się z moimi nastolatkami. Choćbym stała się oazą wyrozumiałości, której nigdy nie poniosą emocje. Choćby moje dzieci nigdy nie sprawiły mi przykrości. To nie będzie wspólna droga. Ja swoją już odbyłam. Puściłam rękę mamy i powiedziałam, że nie chcę mieć takich rąk jak ona. Ja już weszłam kiedyś do rzeki, z której prądami zmagałam się, walcząc, choć nie do końca wiedziałam o co. Ja już kiedyś wyszłam z tej rzeki i stanęłam na drugim brzegu. I przywołałam mamę. Dziś mam takie same ręce jak ona. Mam nadzieję, że mam takie same ręce jak ona.

Myślę o swoim rodzicielstwie i czuję, że powoli docieram z moimi nastoletnimi dziećmi do krańca drogi. Do naszej wspólnej linii brzegu. Za chwilę rzeka odetnie mi drogę. Usiądę sobie na skraju i zamoczę w niej stopy. Jedyne, co będę mogła zrobić, to trzymać kciuki za moje dzieci, które znikną w wodzie. Będę wypatrywać przyczółku na drugim brzegu wśród mgieł, szukać tam ich sylwetek, gdy już pokonają rzekę. Będę pewnie zbyt nisko trzymać wzrok, nieprzyzwyczajona jeszcze, by patrzeć na nie jak na dorosłych. Będę liczyć na to, że przywołają mnie do siebie i pozwolą pójść za sobą drogą oświetlaną przez słońce.

Chciałabym o tym pamiętać, gdy dziś się kłócimy. Gdy dziś czuję się bezradna.

Piszę to dla siebie, by móc wrócić w to miejsce. I dla ciebie, by cię w tym miejscu zatrzymać na chwilę. Czasem trzeba stanąć nad rzeką i zobaczyć, że drugi brzeg JEST. Nawet jeśli jeszcze we mgle. Przecież to dopiero świt.

Pamiętam, gdy pierwszy raz przeczytałam, że to, co czuje niejeden rodzic dziecka, które powoli wchodzi w okres dojrzewania, śmiało można nazwać żałobą. Pamiętam zaskoczenie i ulgę. Pamiętam, gdy sama leżałam w łóżku i płakałam. Czułam stratę.

Zresztą nie tylko na mnie określenie "żałoba" zadziałało uwalniająco. Ilekroć w ten sposób opisywałam uczucia rodzica opowiadającego mi o tym, co przeżywa w związku ze swoim nastolatkiem, tylekroć widziałam najpierw zdziwienie, a potem coś, co wyglądało tak, jakby powietrze uchodziło ze zbyt mocno napompowanego balona.

Czym jest żałoba rodzica nastolatka? To taki etap, kiedy uświadamiasz sobie, że coś tracisz, i pozwalasz sobie to poczuć, nie przypisując nikomu winy, złej woli czy złośliwości. Ta strata po prostu się dzieje. Masz poczucie, że tracisz dzieciństwo swojego syna lub córki. Ten czas, gdy twoje dziecko było czułe, wpatrzone w ciebie. Było... znajome. Czas w pewien sposób beztroski, pełny dobrych wspólnych chwil, wyjazdów tylko waszej dwójki albo rodzinnych wypraw. Spędzaliście miłe wieczory, grając w planszówki? Dziecko opowiadało ci o wszystkim jak najlepszemu przyjacielowi? Albo coś w tym rodzaju. Tak czy inaczej, działo się to, co dawało ci stabilność, dmuchało w żagle. Przekonywało, że sprawdzasz się w roli rodzica i pewnie u was okres dojrzewania obędzie się bez nadwyżkowych burz, a więź pozostanie niezagrożona. Przecież macie taki świetny fundament wspólnych lat. Tymczasem przyszło nowe i to wszystko zabrało, nie dając w zamian niczego podobnie miłego lub łatwego.

A może nie wyglądało to tak słodko i tęczowo, nikt wam nie posypywał codzienności brokatem, ale jednak było... dobrze? Ogólnie było dobrze. Opłaciło się czytać te wszystkie poradniki pedagogiczne, wykupować webinary. Uczyć się mówić o emocjach, określać potrzeby, pozwalać na samodzielność, która wydłużała najprostsze czynności. Zrezygnować z kar i po omacku odnajdować stopami nową ścieżkę, którą nikt w poprzednich pokoleniach twojej rodziny nie chodził. A tu nagle odmowa wspólnych wakacji, trzaskanie drzwiami i wykrzyczane: "Niczego nie rozumiesz!". I niespodziewanie słyszysz siebie, gdy wypluwasz: "Nie będziesz się do mnie odzywać w ten sposób!", i czujesz, że budowana latami swoboda komunikacji w waszym domu chyba właśnie bierze w łeb. I nie masz pojęcia, jak należy postępować, a emocje kipią.

Uświadomienie sobie, że być może jesteś w żałobie po stracie dzieciństwa swojego nastolatka, pomoże ci łatwiej przejść do następnego etapu. Wielu rodziców zatrzymuje się na poczuciu straty. Nie opłakuje jej tak dosłownie lub w przenośni, ale zatrzymuje się, utyka. Grzęźnie w złości, gniewie, żalu. Wobec kogo? Przecież nie wobec wyimaginowanego obrazu dojrzewania, tylko wobec tego, kto dojrzewa, kto dorasta, kto jest uosobieniem tej straty, prawda? Kto przestał być stabilny, miły, współpracujący.

Innym powodem do żałoby, jaką odczuwa rodzic nastolatka, może być rozczarowanie, że "nie jest tak, jak się człowiek spodziewał". Budowałaś lub budowałeś tę relację z dzieckiem w mniej lub bardziej świadomym przekonaniu, że jeśli teraz będziesz postępować właściwie, zgodnie z jakimś nurtem, poradami albo wewnętrznym kompasem, to później pozostanie ci tylko odcinać od tego kupony. I może inni rodzice mają różne problemy ze swoimi dziećmi, ale u ciebie tak nie będzie. Ty masz wylany dobry fundament, wszystko zbudowane na właściwym gruncie, prawda? Wy się nie będziecie tak ciskać, wy się nie będziecie tak na siebie złościć, wy się będziecie kochać, rozumieć, rozmawiać ze sobą długo o filozofii, życiu i śmierci, a rano zrobicie jajecznicę. Tymczasem rzeczywistość słabo przystaje do wyobrażeń.

Możliwe, że twoja wizja dojrzewania syna lub córki była jeszcze inna. Tymczasem tkwisz w życiu, które ci się nie podoba, w etapie, który ci nie odpowiada, z problemami, na których obecność nie było z twojej strony przyzwolenia. Ani przygotowania. To miało być u innych, was to miało nie dotyczyć. Bardzo trudna sytuacja. I ona też wymaga odchorowania straty. Przede wszystkim chyba uświadomienia sobie, że tym to właśnie jest. Stratą. Trzeba ją jakoś przyjąć. I puścić. Pamiętaj, że to proces. Nie coś, co robi się samo. Nie coś, co wydarza się z wtorku na środę. Tym bardziej że nasze nastoletnie dzieci konfrontują nas z następnymi etapami dojrzewania i naprawdę nie jest wykluczone, że za jakiś czas, po przekroczeniu kolejnego progu, między wami zrobi się lepiej. Będą i filozofowanie, i rozmowy o życiu i śmierci, i jajecznica rano. Będą i ciekawe dyskusje, i wspólne aktywności. Dojrzewanie to proces, droga, pewna dynamika. Na początku człowiek ma wrażenie, że nastolatek wraca do okresu, gdy miał trzy lata, wykazywał magiczne myślenie, a dziecięcy egocentryzm płynął mu we krwi. Po pewnych naprawdę solidnych dołkach przychodzą jednak górki, bo twoje dziecko się zmienia. W niektórych obszarach zaczyna dorośleć, widzieć więcej, mniej czarno-biało, zadawać pogłębione pytania o siebie, o wartości, idee, sensy. Możliwe, że twoja relacja z nastolatkiem wejdzie w etap rozmów na takie właśnie tematy. Trzeba tylko dożyć do tego momentu. I utrzymać przyzwoity poziom relacji, przynajmniej po swojej stronie.

Tymczasem potrzebujesz zadbać o to, co pozwoli ci bezpiecznie uwalniać frustrację, wentylować się. O relacje, w których możesz opowiedzieć i odreagować to, co przeżywasz. Czy da się nie czuć nieprzyjemnych emocji? Jeśli ktoś ci umiera, a ty masz fajną pracę, związek ci się układa, dbasz o swój rozwój, to czy możesz nie odczuwać straty, nie czuć smutku, żalu, bo na innych polach jest przecież w porządku? Nie. Te emocje to adekwatna do sytuacji reakcja. Pytanie, co z nimi zrobisz. To, co układa się dobrze, będzie cię wtedy wspierać. Dostarczać motywacji, sensu, siły. Tak jest przy stracie bliskiej osoby. Tak jest przy stracie tego, co było ci drogie. Spokojnie, ten etap też minie.

Dalsza część w wersji pełnej