List
Patrzył na mnie wielkimi, niby szklistą powłoką pokrytymi, oczami. Stał
przede mną, tuż przed szybą auta. Jakby tu na mnie czekał. Obydwoje
wiedzieliśmy, że nikogo poza nami tu niema. Nikogo z ludzi. Bo zwierzyna
tak, zwierzyny tu pełno. A więc tylko my. Ja i ten wielki łoś. Wciąż tak
stał, nieruchomo. Za nim widoczna była prosta linia nierówno wylanego
asfaltu, zaznaczająca drogę przez niekończący się las, ku wynurzającym
się z mgły na horyzoncie obłym szczytom Appalachów. Aż nagle poruszył
swym bogato ukwieconym porożem łbem, jakby pytał: zrozumiałaś? Nie
czekał odpowiedzi. Powoli, dostojnie odszedł w las. A ja nadal stałam.
Długo. Nie potrzebowałam patrzeć w lusterko wsteczne. Musiałby zdarzyć
się cud, by nagle ktoś się w nim pojawił. Dwie godziny temu, prawie
dwieście kilometrów za mną, zostawiłam ostatni ślad ludzkiej obecności,
mały barak i stację benzynową. Przecież byłam w niezwykłym kraju o rekordowych połaciach nomenslandu, podobne bezludzie można podobno
spotkać jeszcze w Mongolii. Byłam w Kanadzie. Od lat tu byłam. Ilu?
Bagatela, od ponad czterdziestu. I oto teraz ja, stara kobieta, niegdyś
ponoć piękna dziewczyna, wybrałam się w podróż życia, u końcu życia, do
jego początków, "do kraju tego, gdzie kruszynę chleba..." i tak dalej. Do
kraju dzieciństwa i dojrzewania, do mego, jak zwykli mawiać Niemcy,
Heimatu, do Warszawy, no dobrze, nie oszukujmy się, szerzej, do Polski.
Do tej boleśnie kochanej, ale też boleśnie niechcianej, ojczyzny. A może
ja wcale nie do żadnej ojczyzny chciałam wracać - i to wszystko co
wyżej, to samooszustwo - tylko do ciebie, stary teraz i pewno na
wszelkie możliwe starcze choroby cierpiący, były młodzieńcze, który tak
mi bardzo niegdyś zawróciłeś w głowie?
Ten łoś mi coś powiedział, choć głos usłyszałam w sobie. Powiedział:
"nie jedź". Łagodnie, ale stanowczo to powiedział. I już wiedziałam, że
nie pojadę. Decyzja sama została podjęta. Jakbym nie brała w tym
udziału. Żadnego wahania. Wiedziałam już, że nie wsiądę za kilka godzin
do samolotu "Lotu" na montrealskim lotnisku Mirabele i nie wyląduję za
kilkanaście godzin na Okęciu w Warszawie. Wiedziałam, że nigdy tam nie
wyląduję. Zostanę tu. Do, pewno niedalekiego, końca. Za rok, dwa czy
dziesięć pochowają mnie w tej ziemi, na starym, zaniedbanym cmentarzu,
na wzgórzu nad Halifaxem, w Nowej Szkocji, nad Atlantykiem. Mój Boże,
czy ty to zrozumiesz? Spróbuj. Ja, zostając tu, z myślą o tym, że
spocznę obok mego tajemniczego przodka - tak, tak, skoro już zaczęłam do
ciebie pisać i długo nie przestanę, to dowiesz się o mym stryjecznym
pradziadku, Zdanowskim, kto wie, może jego niegdyś istnienie, stało się
powodem mej myśli o powrocie i decyzji o pozostaniu tu, a także powodem
tego mego pisania - otóż spocznę obok niego, ale nim to się stanie,
przekażę ci sumę myśli, które zrodziły się dawno temu, były bodźcem dla
naszych rozmów. Otóż ja, zostając tu, naprawdę wrócę tam. Myślami, które
ty podejmiesz. Wierzę w to. Bo wierzę w ciebie. I wierzę w nas. Wierzę,
że nasze przed pół wiekiem spotkanie, miało sens. Głęboki. Wierzę w Los.
Dużo mówiliśmy, pamiętasz? Zachłannie. I kochaliśmy się. Też zachłannie.
Może zdziwiłeś się przed chwilą, czytając, że spocznę obok jakiegoś
tajemniczego przodka, a nie obok Jakuba. Nie mogłabym. Jego prochy
rozsypałam, tak jak tego pragnął, u wrót oceanu, naprzeciw przylądka, na
którego krańcu, na samym cyplu, zwykł siadać i patrzeć w bezkres, "w to
wspaniałe nic, które mnie czeka", jak mawiał.
Jakub. Oczywiście nie mógł się nie pojawić tam, w mych myślach, wtedy,
na granicy Nowej Szkocji z Quebekiem, "w środku nigdzie", gdyby tak
chcieć przetłumaczyć nasze powiedzenie "na końcu świata" na angielski
idiom: "In the mid of nowhere". Nie mógł był się nie pojawić, skoro ty
tam się znalazłeś. Bo skoro ty w tej mojej udręczonej głowie jesteś,
trwasz - to i on jest. Tak było i tak pozostanie. Do końca. A może i dłużej, jeśli ta wymyślona przez ludzką wyobraźnię wieczność, istnieje.
Dlaczego miłość najboleśniej, ale też najmocniej, objawia się, gdy
uderza w kogoś, kto już kocha. I kto jest tak absolutnie pewien swego
uczucia? Tak przecież było ze mną. Bo ja Jakuba kochałam. Niezmiennie.
Od chwili poznania go do jego upokarzającej śmierci w halifakskim
szpitalu. Nie przestałam go kochać także wtedy, gdy tak bardzo byłam z tobą. Bo, żeby wyrazić się wzniośle - kto dziś używa takiego języka -
zaiste wart on był miłości. Największej. On był, przede wszystkim, jak
nikt spośród ludzi, jakich w mym długim życiu poznałam, w pełnym tego
słowa sensie wielkoduszny. Kochałam w nim jego bogate w treść i znaczenie żydostwo. Wiesz, on lubił żartować sobie na temat naszego
mezaliansu, że oto panienka z dworu, lubił mówić: hrabianka (część
naszej rodziny kupiła sobie kiedyś taki tytuł w Wiedniu), otóż panna
hrabianka wzięła sobie chałaciarza za męża. Daj Boże każdej takiego
wspaniałego chałaciarza! Zresztą to określenie to swego rodzaju
kokieteria, korzenie rodziny Jakuba sięgały Hiszpanii. Część jego
przodków, Maroni, wyparło się ich wiary (albo też tak głęboko ją ukryli,
że trzeba ją było wymuszać na stosie), a część, początkowo w Niemczech a potem w Polszcze (proszę, nie poprawiaj) znalazła przed wiekami
schronienie. Wiesz, podziwiam Żydów, a Bóg świadkiem, staram się nie być
filosemitką (znasz może mądre powiedzenie Stryjkowskiego: "Filosemita to
lepiej niż antysemita. Ale najlepiej być normalnym". Otóż staram się być
normalna), podziwiam fenomen tego narodu, który, wbrew opinii obłąkanych
tropicieli "żydowskiego, wszechświatowego, spisku" jest taki niewielki,
populacja ich nie przekracza na całym świecie kilkunastu milionów,
podziwiam właśnie fenomen ich wielkoduszności. Wzięli wszak udział w stwarzaniu tylu narodów. Bo ileż dali Niemcom niemieckości (spróbuj
sobie wyobrazić kulturę niemiecką bez Heinego), ileż Francji
francuskości, Italii włoskości, czy nam, Polsce, polskości. Wszak nikt
chyba tak bardzo nie czuł naszego języka jak Leśmian (vel Lesman) czy
Tuwim, nie mówiąc już o największym, o wieszczu, który o swych
korzeniach mówił: "Ojciec z Mazurów, matka Majewska z Franków". Jakub
miał porażającą wręcz samoświadomość. Wiedział, że nie ma talentu i wiedział, no bo będąc tak samoświadomym, jakże by mógł nie wiedzieć, że
ma wielki intelekt. Jakub był mędrcem. I ty, mój kochany, wiesz o tym
najlepiej. Ty, któremu natura (czy Bóg) sypnęła talentami, garnąłeś się
do niego. I on cię przygarniał.
A zaczęło się tak. Przypomnę, jak ja to zapamiętałam.
Niewielka sala, zwyczajna, w starym budynku uniwersytetu, obok
biblioteki. Stoliki w trzech rzędach i krzesła. Nas, słuchaczy
seminarium, kilkanaście osób. Na tle tablicy ona, profesor Maria
Ossowska. To jest jakby rodzaj święta. Wyróżniła nas, zgodziła się, mimo
swego wieku i stanu zdrowia - ma prawie osiemdziesiąt lat - spotkać się
parokrotnie z nami, poprowadzić seminarium. Mówi dość cicho, spokojnie,
ale nie monotonnie, choć prawie nie podnosi głosu. Chłoniemy to, co
mówi. Dlaczego? Bo mówi inaczej niż niemal wszyscy inni wykładowcy. Nie
wiem, czy słowo klarownie oddaje istotę rzeczy. Bo wtedy jednak nawet ci
nieliczni, wybitni w jakimś sensie, ulegali nowomowie. Ona nie. Żadnej
pojęciowej kliszy. Jej mówieniu towarzyszy ledwie wyczuwalny uśmiech. To
jakby niezbędna asekuracja. Mamy nie sądzić, że głosi prawdy objawione.
Nie. Choć to, co mówi to rezultat wielu lat przemyśleń, to jednak jest
to wciąż proces myślenia, którego jesteśmy świadkami. I zaraz, niebawem,
będziemy dopuszczeni niejako do stołu, będzie nam wolno swoje myśli
wyłożyć. Ja wiem, że na pewno z tego skorzystam. Tymczasem przenoszę
spojrzenie z okolonej siwymi włosami twarzy starej kobiety na gęstą
szarość za oknem. To pomaga mi skupić się na tym, co słyszę. A ważne to,
bo dowiaduję się, jakie zadania ma przed sobą badacz moralności. I że
metaetyka to jest język norm i ocen moralnych. I jeszcze, że wolno nam
mówić o psychologii moralności i o socjologii moralności. Wszystko to,
co mnie, antropologa uzupełniającego studia na socjologii, tak bardzo
teraz interesuje. Wsłuchuję się zatem w ostrzeżenia, które zapamiętam na
zawsze. Chodzi o to, by zrozumieć. Nie, wiedzieć, ale zrozumieć.
Zrozumieć ludzi jako istoty działające z pobudek moralnych. Zrozumieć
sens oceny etycznej i jej społeczne uwarunkowania. I że oto chodzi, by
nie pozwolić sobie na wygodę złudzeń ani na powierzchowne poczucie
rozstrzygnięć definitywnych. Ba, myślę sobie, bagatela. Znaczy to ni
mniej, ni więcej, tylko mądrość. A już wiem, już jestem na tyle
dojrzała, że mam świadomość, jaka to rzadkość spotkać człowieka
prawdziwie mądrego. Bo inteligentny to jest prawie każdy. No i sporo,
zwłaszcza tu, na uczelni niemało można ich spotkać, pozorantów,
przemądrzałych i pustych. Wsłuchuję się więc w słowa Pani Profesor i ja,
która wtedy widzi siebie w przyszłości jako zasłużenie uznany autorytet,
badaczkę ludzkiej natury, człowieka (bo antropolog) i zbiorowości (bo
socjolog), notuję słowa, które mają we mnie zapaść głęboko, że konieczne
jest oddzielenie - choćby to było bolesne - prawdy rozumu od prawdy
serca. I że nie wolno tracić czujności.
I wtedy właśnie zauważam ciebie. Siedzisz samotnie na końcu sali. Twarz
wydaje mi się znajoma, ale tu, wśród nas, jestem tego pewna, widzę cię
po raz pierwszy. Tak, już wiem, chyba cię w jakimś nudnym filmie
widziałam, i jeszcze, ależ tak, w teatrze. Nie, nie, przedstawienie nie
było nudne, nawet dość intrygujące, grałeś Ryszarda III, pamiętam, że
kostiumy były współczesne i że pięknie uwodziłeś Lady Annę, zresztą ta
akurat scena u Szekspira jest chyba niedościgłym studium uwodzenia, więc
pewno trudno ją źle zagrać, chociaż kto wie, mało wiedziałam o aktorstwie. Wtedy. Bo wkrótce zacznie mnie ta przedziwna profesja mocno
interesować, jako badacza oczywiście: człowiek spełniający się
emocjonalnie w różnych, założonych okolicznościach, zaryzykuję
określenie: realizujący się emocjonalnie po wielokroć. No i - jeszcze
jedno przypomnienie: Pegaz. W tym programie mówiłeś, że chciałbyś sztukę
napisać na temat ciągle jakby skrywany, ale na jaki dokładnie, tego już
nie usłyszałam, bo wyszłam do kuchni zrobić sobie herbatę, obraz
zniknął, a głos się oddalił. Chyba pomyślałam wtedy z przekąsem: pan od
wszystkiego, "renesansowa osobowość". No i oto ta osobowość siedzi tu,
pomiędzy nami, słuchaczami profesor Ossowskiej, jak gdyby nigdy nic. Po
co? Odpowiedź miała paść z ust samej pani profesor, ale zanim padła, ja
musiałam swoje wygadać. Taki miałam plan, a wtedy jeszcze nie
wyobrażałam sobie, że mogłabym założonego planu nie zrealizować, a więc
gdy tylko profesor zaprosiła do dyskusji, wyrwałam się pierwsza.
Właściwie nie po to, aby dyskutować. Ani jedno zdanie z usłyszanego
wprowadzenia nie budziło mego sprzeciwu. Nie miałam pytań dotyczących
tego, co profesor Ossowska mówiła. Owszem, miałam pytanie, i to bardzo
ważne. Chciałam potwierdzenia - liczyłam na nie, bardzo - słuszności
projektu moich badań, myślałam zresztą, aby to był temat pracy
doktorskiej, chodziło o tworzenie się, powstawanie nowego typu
mentalności, o zmiany obyczajowe i mentalne właśnie u nowej niejako
klasy społecznej, jaką byli wczorajsi chłopi, a dziś robotnicy, słowem,
o nowy naród w Nowej Hucie, po dziesięciu latach od publikacji tak
bardzo bulwersującego przed dekadą Poematu dla dorosłych Adama Ważyka.
Nieskładnie mi się mówiło, bo jakbym czuła twój wzrok na moich plecach.
I pewno tak było, założę się, wpatrywałeś się we mnie. I pewno się
uśmiechałeś, bo nie ustrzegłam się chyba egzaltacji w tej mojej
prezentacji projektu, który pani profesor, po chwili namysłu, pochwaliła
i - co było dla mnie wspaniałą niespodzianką - zaprosiła na osobistą
rozmowę, bo rzecz jest warta dobrego przygotowania, jak powiedziała. I zaraz potem objaśniła nam powód twojej obecności. Przedstawiła cię
krótko i powiedziała, że jesteś tu jako reżyser i dramaturg, że masz nie
dość jeszcze sprecyzowany plan sztuki czy też scenariusza teatralnego,
który tyczyłby momentu przełomowego w przemianie narodu, kiedy to "chłop
stał się Polakiem". Tak powiedziała. I oczywiście prawie nikt z nas nie
zrozumiał dokładnie wtedy o co chodzi. Ja wkrótce miałam zrozumieć. Co
tam, dałeś mi na lata temat do myślenia.
Niebawem pani profesor zakończyła seminarium, zapraszając chętnych na
"za tydzień", a nas, tak, ciebie i mnie, zaprosiła na kawę i dość długą
rozmowę do swego gabinetu, to znaczy do maleńkiej klitki służącej jej za
gabinet. Chyba wyrazem wielkiego respektu władz uniwersytetu był fakt
pozostawienia jej do dyspozycji tego miejsca, mimo ciasnoty w starym
budynku instytutu.
Pani profesor jeszcze na korytarzu nas sobie przedstawiła. Pamiętam,
przetrzymałeś nieco za długo podaną ci rękę i próbowałeś wzrokiem mój
wzrok zatrzymać. Źle to odebrałam. Z niechęcią pomyślałam, że to zbyt
tani chwyt uwodziciela. Po chwili siedzieliśmy naprzeciw pani profesor,
oddzieleni od niej ciężkim biurkiem. Zaczęła od przeprosin, że tak
niestety musi pozostać, nie może nas zaprosić do stolika przeznaczonego
dla gości, bo takiego nie ma, nie zmieściłby się. Ale kawa będzie
podana. I była. Przyniosła ją woźna. Naszą. Czyli po polsku, czyli "po
turecku", zalaną w szklankach. Chyba w ogóle po tę kawę nie sięgnęliśmy,
tak bardzo byliśmy zasłuchani w to, co nam ta siwa pani siedząca za
biurkiem mówiła. To zadziwiające, że ona, przez lata nauczycielka
akademicka, nic nie wygłaszała - a wykład, chyba można tak to nazwać -
się wygłasza. Ona przekazywała myśli. Później, gdy, jak wiesz,
zastanawiałam się, ba, nawet coś na ten temat napisałam, nad fenomenem
aktorstwa, lubiłam cytować Gustawa, pamiętam, był on wtedy bodaj jedynym
żyjącym autorytetem dla ciebie, cytowałam więc Holoubkową definicję
aktorstwa, sama ją od niego usłyszałam: "aktorstwo, jest to, najkrócej
mówiąc, umiejętność przekazywania myśli". Później zdałam sobie sprawę,
że to jest właściwie warunek podstawowy, sine qua non, bycia
prawdziwym w aktorstwie, bo sporo jest oczywiście udawaczy, którzy
uprawiają ten zawód, potrzebne są wszak jeszcze niemałe umiejętności,
ale też zdałam sobie sprawę, że bywają ludzie, niewielu ich, nie
aktorzy, którzy ten, nazwijmy go, dar, posiadają. Nasza rozmówczyni
miała ten dar. A więc wsłuchiwaliśmy się, w powstające jakby tu i teraz,
w naszej obecności, jej myśli. Zaczęła od tego, że świadomie nas oboje
zaprosiła - nie byłam w stanie się powstrzymać, rzuciłam ci krótkie
spojrzenie, a tyś przyjął je uśmiechem, jakbyś był pewien, że spojrzę -
a zrobiła to dlatego, że, dokładnie tak to powiedziała, "coś nas oboje
łączy", a ja, zupełnie idiotyczna reakcja, chyba się zaczerwieniłam,
choć przecież natychmiast padło wyjaśnienie, co też takiego nas łączy.
Otóż zdaniem pani profesor jest to, niewykluczone, że instynktownie
(brawo intuicja!) dokonany wybór tematu, u mnie badań, a u ciebie w gruncie rzeczy też badań, przez sztukę. Chodzi o tworzenie się, właśnie
teraz, niejako na naszych oczach, nowego człowieka (który oby został
prawdziwie obywatelem - dodała to krótkie zdanie ciszej i chyba z goryczą), a w rezultacie nowego społeczeństwa i więcej, chyba można tak
powiedzieć, nowego narodu.
Milczała przez chwilę, jakby wsłuchała się w tę przed chwilą
wypowiedzianą swoją myśl, po czym nagle podjęła, mówiąc, właściwie jakby
się tłumacząc, że nie stać ją na to, aby mieć pewność marksistów, którzy
czytają dzieje, a ściślej "konieczności historyczne" jak wprawny muzyk
czyta partyturę, i że ona niestety nie ma ich boskiej pychy, a choćby
pewności Hegla, którego skądinąd ceni, i nie podejmuje się prorokowania:
co będzie. Wystarczy, że stara się ogarnąć i zrozumieć to co jest. Cóż,
delikatnie to było powiedziane, ale zastanawiam się, kto dziś potrafiłby
docenić, jak odważna to była wtedy, tam, ta wypowiedziana przez nią
myśl. Na zawsze tak dobrze zapamiętałam tamtą rozmowę - no bo przede
wszystkim przez to, że to były pierwsze chwile, kiedy poznałam ciebie -
również dlatego, że byliśmy dopuszczeni do wymiany zupełnie wolnej
myśli. Pomyśl, był to już co prawda schyłek czasów bezwzględnego
panowania marksizmu, ale jednak ciągle jeszcze panowania tej doktryny
traktowanej niczym dogmat. Leszek Kołakowski może już wątpił, tak zwany
rewizjonizm to były początki herezji, ale wciąż zdawał się być szczerym
wyznawcą marksizmu. Choć, to prawda, był zarazem, pewno podobnie jak my,
zafascynowany osobowością profesor Ossowskiej i tym zapewne, co ze
spokojem i bez ostentacji głosiła. I kto wie, jaki, bo może wcale
niemały, miało to wpływ na jego nadchodząca przemianę.
I oto nagle ty zostałeś wyrwany do odpowiedzi. Właśnie takie odniosłam
wrażenie, gdy pani profesor zwróciła się do ciebie z pytaniem. Bo
wydawałeś się być zaskoczony i jakby speszony. To trwało tylko moment,
ale dobrze ten moment zapamiętałam, bo nie przypominam sobie, abym cię
jeszcze kiedykolwiek w takim stanie - no właśnie, nie wiem jak go nazwać
- konfuzji, niepewności, zaskoczenia, zobaczyła. Byłeś wtedy chyba co
najmniej pod tak silnym wrażeniem tej starej, cicho mówiącej osoby jak
ja. A pytanie było bardzo proste: "O czym w istocie ma być pańska
sztuka? Ja zrozumiałam, że o tym, jak chłop żyjący na tej ziemi, stał
się, czy poczuł się Polakiem? Mam swoje o tym zdanie i dlatego mnie
pomysł przedstawienia tego w teatrze bardzo zainteresował". Minęło
trochę czasu nim ruszyłeś z odpowiedzią. Ty, który zwykle, o czym mogłam
się potem wielokrotnie przekonać, tak łatwo władasz słowami. Tak,
wyraźnie byłeś pod wrażeniem prawdy, która tak bardzo odczuwalna była w słowach tej, która cię pytała, że nie chciałeś uciekać w jakiś unik,
zażądałeś, w tym momencie, od siebie prawdy, tak to wyglądało.
Przeprosiłeś, że nie odpowiesz wprost i zacząłeś od wyznania, że sam
jesteś chłopem. To znaczy, że masz świadomość swych chłopskich korzeni.
Ojciec miał wcale niemałe, bo prawie dziesięciohektarowe gospodarstwo. Z reformy rolnej dostał pięć, więc stał się tam, pod Rzeszowem, na biednej
ziemi, pośród biednych ludzi, prawie bogaczem. Kułakiem stał się,
wrogiem klasowym. Wydało mi się, że specjalnie podniosłeś głos,
wymawiając to słowo. Twarz profesor Ossowskiej pozostała nieporuszona.
Udało się ojcu, kontynuowałeś, dotrwać do Gomułki i nie oddać ziemi
spółdzielni, czyli, jak uparcie nazywał, kołchozu. Obronił ojcowiznę i umarł. No i nie wiesz, czy masz być z niego dumny. Podobnie z brata,
który przejął gospodarkę. I jest taki jak ojciec. Chytry, nieufny,
podejrzliwy. Ale tak się składa, że od dzieciństwa miałeś podziw dla
stryja. Nie mógłbyś powiedzieć, że to on cię wychował, bo właściwie to
wydaje ci się, że wychowałeś się sam, ale masz świadomość, że kilka, a może było ich więcej, rozmów ze stryjem, miało decydujący wpływ na
ciebie, ukształtowało cię. Mądry był i świadomy. To ostatnie zdanie
wymówiłeś z naciskiem. Najpierw w jego skromnej chałupie, gdzie żył
samotnie po śmierci żony, wciśnięty w kąt izby wysłuchiwałeś opowieści o Jędrusiach, czyli partyzantach chłopskich, bechowskich, których
oddziałem stryj dowodził. A potem cała reszta opowieści cię wciągnęła.
Już nie było bezpośredniej walki, tylko dowodzenie okręgiem Batalionów
Chłopskich, bo po tym, jak stryj został ciężko ranny i się wylizał,
zrobiono go wyższym dowódcą. No a potem stawało się dla ciebie coraz
bardziej ciekawe to, co było przed wojną: posłowanie stryja do sejmu w Warszawie i strajki chłopskie i ugadywanie się z władzami. No i wreszcie
nadeszło to - dziś tak to oceniasz - najciekawsze. Najdawniejsze. Jak to
po latach skrywanej obcości i nienawiści, doszło do "porozumienia z panami". Jak dzięki Bojce, a stryj go jeszcze pamiętał, dzięki niemu,
który w Rzeszowie w 1895 roku Stronnictwo Ludowe założył, i dzięki
Witosowi - a jego to już stryj znał aż za dobrze, na przemian w zgodzie
i w walce ze sobą byli - no więc jak to dzięki tym dwóm, a potem wielu
takim jak stryj, chłopi w Polsce poczuli się Polakami. Bo przedtem - to
wszystko wiedza otrzymana od stryja - byli Polacy, czyli panowie, którzy
jedni doskonale z zaborcami żyli, a inni - i tych było może nawet więcej
- patriotami się zwali, o wolnej ojczyźnie marzyli i zmawiali się na
jakieś ich powstania, które zresztą przegrywali. A poza tym była cała
reszta, w tym właśnie wielka rzesza chłopów, tak zwany lud, czyli
niewolnicy, pańszczyźniani, którzy nie mieli głowy ani serca do jakiejś
tam pańskiej ojczyzny, tylko chcieli żyć godnie, to znaczy lepiej od
zwierząt. No i proszę, choć wyzwolenie z niewoli, czyli od pańszczyzny
dostali chłopi nie od panów Polaków, ale od zaborców, to przecież -
właśnie ten fenomen cię interesował - ze swymi właścicielami, a często i oprawcami, znaleźli wspólny język, ba, więź wspólną, tożsamość. Jak to
się stało, jak to mogło się stać, że dziś można mówić o jednym narodzie,
to chciałbyś pojąć. Ten naród, wiesz o tym, istnieje od niedawna, od
kilkudziesięciu lat. A co ciekawe, na przestrzeni tych lat stał się
inny, bardzo inny. I chyba teraz, w przyspieszonym tempie, staje się
coraz bardziej inny. Zawładnęliśmy nim, tak się wyraziłeś, jeśli masz
się przyznawać do wspólnoty ze stryjem, to tak właśnie się stało, bo
naród staje się chłopski, albo jeszcze inaczej trzeba by to nazwać,
tylko nie wiesz jak. A przecież zaledwie sto lat temu istniał jedynie
naród szlachecki.
Umilkłeś. A po chwili odezwała się pani profesor. Powiedziała, że nie
chce zatrzymywać się nad trafnością twoich spostrzeżeń, ale słucha cię,
jakby miała przed sobą socjologa. A oczekiwała planu dzieła, zna cię
przecież jako twórcę, dotychczas jeszcze nie dramaturga, ale przecież
często oni właśnie wywodzili się z aktorów, praktyków sceny, jak
Szekspir czy Molier, a u nas choćby Zapolska.
Wizja, człowiek pośród innych ludzi, uwikłany w konflikt.
Dramaturgiczny. Albo Los, tragiczna konieczność. Chyba o to chodzi.
Zamilkła. Ty też milczałeś. I nagle przeniosłeś na nią spojrzenie i powiedziałeś: Szela. To jedno słowo, to imię, zrobiło na niej wrażenie,
widziałam. Na mnie zresztą też. A ty jakbyś raptem ruszył przed siebie.
Mówiłeś z pasją. Dreszcz mnie przebiegł i gdzieś tam w głębi poczułam,
właśnie tak, nie pomyślałam, tylko poczułam, że to się stanie, że to już
się stało, że będziesz kimś ważnym w moim życiu.
Nie mogę wystawić Wesela tak, żeby scena z Upiorem stała się
najważniejsza, mówiłeś. A i tak tylko tam on się pojawia, budzi grozę.
Tylko jeden wizjoner, artysta naznaczony zbliżającą się śmiercią, tylko
Wyspiański miał odwagę dotknąć palącego tematu: "Mego dziada piłą
rżnęli, Myśmy wszystko zapomnieli". Bo zapomnieli. Potomkowie paru
tysięcy wymordowanych rodzin z dworów szlacheckich. Jakby na jakieś
mroczne zamówienie. Czyżby zbiorowy wstyd, poczucie winy? Schować
kościotrupa w szafie i stać przy drzwiach, uważać, żeby się nie
otworzyły i żeby nie wypadł. Chłopi po mordowaniu wrócili do kościoła i do posługi na pańskim, a panowie pozmywali krew, odbudowali spalone
dwory i nieszczerze, z lękiem uśmiechali się do poddanych-zabójców.
Jedni i drudzy przysuwali się do siebie coraz bliżej. Aż doszło do ślubu
w bronowickiej chacie. Mam jeszcze Turonia Żeromskiego, mówiłeś, ale
daleko mu do siły Wesela. I chyba nie zrobiłby wrażenia. Wiem, że
powinno powstać coś co poruszy, więcej, wstrząśnie. Obrazem i słowem.
Coś - pamiętam, zawahałeś się - tak, coś, co pokazałoby i przyczynę i skutek... Po pauzie, już ciszej, bo dość nagle jakby energia cię opuściła,
dokończyłeś, mówiąc, że pewno to mrzonki, że nie udźwigniesz tego. I chyba długo jeszcze nie powstanie dzieło, które zawstydzi, poruszy
głęboko i oczyści. Zrozumienie przez wstrząs, dodałeś po chwili namysłu.
Tylko że na razie to nie jest oczekiwane. Więcej, to jest niechciane.
Ludzie nie chcą siebie zrozumieć.
Pani profesor jakby się wahała. Takie odniosłam wrażenie. Milczała, a ja
odgadywałam, że bije się z myślami, czy uszanować wagę twojego wyznania
i decyzję, że za wcześnie, że nie dasz rady, wahała się, czy zakończyć
to spotkanie, czy podjąć jednak dyskurs, a w ten sposób dodać ci sił. Bo
warto. I było warto, jestem o tym przekonana, mimo że, choć upłynęło od
tamtej rozmowy kilkadziesiąt lat, i TA twoja sztuka wciąż nie powstała,
a powstało w tym czasie co najmniej kilka innych, ważnych, otóż jestem
przekonana, powtórzę, że ty ją ciągle nosisz w sobie, ona dojrzewa. I zaistnieje. Wkrótce. I ja ci w powstaniu tej sztuki pomogę. Oczywiście
nie w sensie pisarskim, co napiszesz, będzie twoje i tylko twoje, ale
ode mnie dostaniesz pewien tekst i jeszcze coś, co okaże się
katalizatorem - daruj porównanie, ale chyba jest trafne - wydobędzie z ciebie to, co czekasz, aby powstało. I ja wciąż na to czekam.
Mój mąż, jak wiecie, zajmował się badaniem więzi społecznych. Po
dłuższej pauzie usłyszeliśmy znów łagodny głos kobiecy. To zresztą jest
przecież główny przedmiot badan socjologicznych. No bo co kształtuje te
więzi, to wiemy: odziedziczone przede wszystkim - choć też uzupełniane
nabytymi w ciągu życia wyobrażeniami i przekonaniami - rzadziej te
narzucone i przyswojone. I to się tyczy jednolitych grup społecznych. Na
przykład Czesi mają wyraźnie wykształconą kulturę plebejską. Swoje
rycerstwo, swoją klasę wyższą stracili przed wiekami wraz z klęską w bitwie pod Białą Górą. Dziwność i inność naszego narodu polega na tym,
że chłopski on dzisiaj w przeważającej mierze - przecież jakieś
siedemdziesiąt procent studentów to dzieci chłopskie czy z małych osad i miasteczek, a jeśli z dużych miast, to dzieci wczorajszych chłopów, a zatem potomkowie tych, którzy nie tak dawno, przed stuleciem, byli w opozycji do panów Polaków i do ich Polski. A przecież dziś chyba nikt z tej rzeszy potomków pańszczyźnianych niewolników nie uwierzyłby gdyby mu
ktoś powiedział, że nie jest Polakiem. Bo jest. Czuje się nim. I to
jeszcze jak!... Otóż właśnie: jak? Bo pomyślcie, nie stanowią oni narodu
plebejskiego, przeciwnie, przejęli, często w wynaturzonej formie, etos
szlachecki. Na razie "to co w nich" (czy w nas) przytłoczone jest
sztucznym tworem, obcymi mentalnie rytuałami, ale pod spodem buzuje
dziwna mieszanka: najgorsze ślady szlachetczyzny, te spod znaku
Konfederacji Barskiej, hasła Polak-Katolik, "uwspółcześnione" endecką
ideą światłego drobnomieszczanina Dmowskiego o "egoizmie narodowym".
Myśmy, drodzy moi - mówiła - nie mieli rewolucji. Odruchowo spojrzeliśmy
na siebie. Ona zauważyła to i pociągnęła dalej: Tak...! Nie mieliśmy
czegoś takiego jak Francuzi w 1789, a Anglicy dwieście lat wcześniej. A to rewolucja kształtuje świadomość klasową. A bywa także, że narodową.
Zatem ani prawdziwej burżuazji, która by broniła swoich interesów, u nas
nie było, ani prawdziwego proletariatu, jako wielkiej siły. Bo przecież
na czele robotników - zresztą redagując "Robotnika" i tym
socjalistycznym pismem przygotowując proletariackich czytelników nie do
walki klasowej, tylko do walki (po szlachecku) o Niepodległą Ojczyznę,
był socjalista, typowy romantyk szlachecki, Piłsudski. Co prawda
zdarzyło się, że innemu szlacheckiemu romantykowi ojczyzna to było za
mało. Dzierżyński ze swoją Czeką walczył o szczęście proletariatu na
całym świecie. Ale to na marginesie, nie on i nie oni, bolszewicy nas
teraz interesują, tylko najbliżsi nam, rodacy. Otóż chłopów do narodu,
jeśli można tak powiedzieć, wprowadził Witos i tacy ludzie jak pański
stryj. Polska między wojnami, w wielkim przyspieszeniu stawała się
narodem. I to w pierwszych latach bardzo nowoczesnym, warto przeczytać
kwietniową konstytucję. Przecież na przykład u wielkich sąsiadów
europejskich kobiety dostały prawo wyborcze o wiele lat później niż u nas. Cóż, trwało to krótko, kilka lat zaledwie. Wcześnie ujawniły się
nieszczęsne narodowe cechy - i tu pytanie: szlacheckie, czy chłopskie.
Świetnym marszałkiem sejmu, tym, który starał się godzić, był przecież
chłop, Rataj. I proszę, pokorny nie tak dawno chłop pańszczyźniany -
tak, pokorny, który dopiero doprowadzony do ostateczności chwytał za
siekierę i zabijał - stał się podobny do reszty w parlamencie.
Kłótliwość i warcholstwo to tradycja szlacheckich sejmików. Po zamachu
majowym to już stawał się dziwny kraj, taka niezdecydowana półdyktatura.
I zmierzał do upadku. A to, co się stało po wojnie, w czterdziestym
czwartym, piątym, to sztuczne, przywiezione i pilnowane z zewnątrz. Taka
jakby zainscenizowana pseudorewolucja. Nie prawdziwa, własna, jak ta
pierwsza, a potem druga, lipcowa we Francji. Nie znalazło się na nią
miejsce w Polsce. Odbyła się niezbyt wielka, gdyby ją tak przyrównać do
hiszpańskiej z trzydziestego szóstego roku, wojna domowa. No bo z jednej
strony, co by nie mówić, beneficjenci nowej władzy, obdarowywani
wymarzoną ziemią z reformy - która będzie im, ale nie wiedzieli o tym
przecież, wkrótce odbierana; nie mogli przewidzieć kolektywizacji - a z drugiej, często ich bracia czy kuzyni, którzy nie posłuchali rozkazu
ostatniego dowódcy Armii Krajowej, albo też nie chcieli go słuchać i pozostali w lesie. Ja nie mówię o Sowietach, o ich NKWD, mówię o zabijaniu się nawzajem ludzi sobie bliskich. Dziś ci z lasu nazywani są
bandytami. Ale nie wykluczam, ja tego oczywiście nie dożyję, ale wy, kto
wie, że kult otrzyma znak odwrotny i ci z lasu zostaną bohaterami. Bo
umysł ludzki dobrze koduje mity. Społeczności, a więc też narody, mit
zespala. Niestety, politycy, przywódcy, często chcą pełnić rolę
demiurgów, stają się jakby karykaturami Boga. Manipulują przeszłością,
"stwarzają ją", po swojemu, dla "dobra przyszłości" oczywiście. Chcą
przemeblowywać ludziom w głowach i więcej, także w sercach. A prawda?
Obiektywna? Ja - może należę do nielicznych - uważam, że istnieje.
Po wyjściu z Instytutu szliśmy aleją obok biblioteki przez dłuższą
chwilę w milczeniu. I nagle ty, widząc przed nami ławkę, powiedziałeś:
usiądźmy. A gdy usiedliśmy, nadal milczałeś. A potem nagle, najzupełniej
nieoczekiwanie, powiedziałeś, że cieszysz się z naszego spotkania. Nie,
nie, wcale to nie zabrzmiało konwencjonalnie, choć wyraziłeś się mało
oryginalnie, spojrzałeś przy tym na mnie z wielką powagą i patrzyłeś tak
przez dłuższą chwilę. Zupełnie inne to było spojrzenie od tego przy
powitaniu, które mnie poirytowało. A potem znów zapadło milczenie. Nie
przerywałam go, czekałam. Wiedziałam, albo raczej czułam, że to są ważne
chwile, że coś się wydarzyło, albo raczej wydarza i nie chciałam tego
zaburzyć jakimś banalnym odezwaniem. No i wtedy znów przemówiłeś. Czy
nazwa wsi, Smarzowy, coś ci mówi? - zapytałeś, patrząc przed siebie.
Zaraz, chyba... - zaczęłam. - No tak, to znaczy, że mówi ci. Szela. Tam
gospodarzył. Tam się z innymi zmawiał. Stamtąd ruszyli na Rabację. - Tam
się urodziłem - dodałeś po chwili - To znaczy obok, w przysiółku, ale
właściwie tam... Dlaczego się uśmiechasz? - zapytał. - No bo jesteśmy
krajanami. - odpowiedziałam. - Nie pochodzę z Boguszów, bo z nimi, wiem,
znam tę historię, właściwie z nim, dziedzicem, toczył Szela przez lata
wojnę. Ale nasz dwór, zabawnie brzmi to nazwanie, bo to właściwie była
przeżerana grzybem rudera, tyle że z gankiem i kwietnym klombem przed
nim - stał niedaleko, kilkanaście kilometrów od Tarnowa. Wieś nazywała
się Czarne. To wszystko wiem z opowieści mamy. Ledwie zdołałam się tam
urodzić, wychowałam się w Rzeszowie. Po reformie rodzicom pozwolili
zostać na terenie województwa, chłopi wydali nam podobno bardzo dobrą
opinię. Pamiętam, że spojrzałeś na mnie, nareszcie z uśmiechem. Tak -
ciągnęłam dalej. - Mama mówiła, że ludzie naznosili co kto mógł,
jedzenie na drogę, a sami wiele nie mieli. Mnie, podobno, Zmarźlicha
tuliła na pożegnanie jak własne dziecko, miałam wtedy kilka miesięcy,
podobno się popłakała, inne kobiety też. Szli za nasza podwodą, za dwoma
furkami, na pierwszej ja z mamą, na drugiej siedzieli ojciec i dziadek,
szli tak do końca wsi. Ale tak naprawdę chyba z ulgą przyjęli nasze
odejście. No i zaraz zabrali się do rozbierania dworu, na cegły.
Wiesz co? - powiedziałeś, wciąż uśmiechając się do mnie, a ten uśmiech
już na zawsze pozostanie dla mnie jakby twoim znakiem firmowym. Nie raz,
przez te długie lata, gdy mi było smutno, a bywało, nawet beznadziejnie,
przywoływałam ten twój uśmiech. Nie zawsze, ale często skutkowało. -
Chodźmy na wódkę!
No i poszliśmy. Właściwie to pobiegliśmy. W pewnym momencie
zorientowałam się, że trzymamy się za ręce. Bar był obskurny, ale taki
powinien być, pasował nam wtedy, chciałoby się powiedzieć. Kiedy po
latach nieobecności pierwszy raz, już w Niepodległej, znalazłam się na
Krakowskim Przedmieściu i chciałam się przejść naszymi śladami, doznałam
zawodu. Wszystko wypucowane jak sztuczne zęby wdzięczące się w uśmiechu
do turysty. Zupełnie jak w innych zabytkowych centrach europejskich
stolic. Po tamtym barze śladu nie było. Jeden z dwóch stolików
obłożonych ceratą był akurat wolny, przy drugim, a właściwie na drugim,
spoczywał z rozkrzyżowanym ramionami znużony biesiadnik. Coś pomrukiwał
przez sen. Reszta obecnych tam tłoczyła się przy pulpicie baru, za
którym królowała lekko tyjąca już dama, świadoma swej władzy i wdzięku,
jakby wprost przeniesiona z dalekiej prowincji. Szklanki z wódką
podawała nie w kolejności zgłoszeń, lecz "po uważaniu". Ty ledwie
podszedłeś, już po chwili trzymałeś w rękach półlitrówkę i szklanki. A jako bonus szerokim uśmiechem zostałeś obdarowany. No cóż, miałeś "to
coś" co czyniło, że kobiety... No dobrze, wiesz co chciałam powiedzieć i że miało być powiedziane zabawnie. Wtedy było zabawnie. Zapamiętałam
nasz śmiech, choć dokładnie nie pamiętam z czego żeśmy się śmiali. Ale
głośny, frenetyczny był to śmiech. Aż nawet stłoczeni przed otyłą
pięknością przy barze pijaczkowie zamarli, patrząc na nas. Wtedy ty
zamówiłeś "dla wszystkich", podniósł się gwar i znów mogliśmy zostać
sami. I wtedy - byłeś już chyba pijany, albo przynajmniej "na krawędzi",
nagle zamilkłeś, spoważniałeś i... przeraziłam się. Trwało to zaledwie
przez moment i wyznam, że nigdy już więcej takiego twojego spojrzenia
nie doświadczyłam, bo oto wtedy zobaczyłam, tak, tak, coś przejmująco
okrutnego zobaczyłam w twoich oczach. Prześladowało mnie to twoje
spojrzenie. I, pamiętasz, po kilku miesiącach przypomniałam ci ten
moment. A ciebie to wcale nie zaskoczyło, jakbyś wiedział, że tamto we
mnie tak mocno zostało. Tym razem odpowiedź poprzedził uśmiech, ten twój
niepowtarzalny, nazwałam go kiedyś: melancholijny, bo jakby na smutku
ułożony, uśmiech. Odpowiedziałeś mi jakoś tak, że to był moment takiej
nienawiści do samego siebie. Bo zdałeś sobie sprawę, że znów kogoś
skrzywdzisz. Jeszcze trzy godziny wcześniej byłeś oddany dziewczynie,
którą kochałeś. A oto wszystko się zmieniło. Bo ja. Nie wiem, czy prawdę
mi wtedy powiedziałeś. I nie wiem, czy powinnam czuć się
dowartościowana, a moje ego czy winno spuchnąć, że niby takie
natychmiastowe na tobie zrobiłam wrażenie. Chyba nie. To przecież Los.
Chemia. Ja też ani myślałam tego dnia rankiem, że popołudniu będę
zupełnie inną istotą, że wstąpię w schizofreniczny stan kochania dwóch
mężczyzn. Powiem ci tylko, że mnie nie skrzywdziłeś. Ja ciebie zresztą
chyba też nie. A swoją drogą, ta jedna długa sekunda w mym życiu, to
zapamiętane spojrzenie, dziś jeszcze, po kilkudziesięciu latach nie daje
mi spokoju. Kim pan jest, drogi panie...? Może pan sam nie wie kim pan
jest?
Już nie śmieliśmy się więcej tego wieczoru. Rozmowa stała się
spokojniejsza. Pamiętam doskonale o czym mówiliśmy. O twoim ostatnim
przedstawieniu, które i wyreżyserowałeś, i zagrałeś w nim jedną z ról.
Wszystkie trzy były główne. Zorientowałam się, że ciągle tkwisz w tym
przedstawieniu, że to nie była jedna z reżyserii i jedna z ról. Chodziło
o Przy drzwiach zamkniętych Sartre'a. Za kilka dni miałam obejrzeć ten
spektakl. I wtedy to, gdy go obejrzałam, powiedziałeś, że to może twoja
ostatnia rola. Wahasz się, czy nie porzucić aktorstwa. Bo odnosisz
wrażenie, jakbyś się już w tym zawodzie spełnił, cowieczorne bycie na
scenie zaczęło cię nużyć. Może jeszcze film, to tak. Teatr, scenę,
chcesz uczynić projekcją siebie - tak powiedziałeś - chcesz tworzyć,
inscenizować. Ale też jedynie własne, to znaczy niekoniecznie przez
siebie napisane, ale, podkreśliłeś, własne propozycje.
Potem jeszcze długo spacerowaliśmy. Było ciemno i wilgotno. Zapamiętałam
gazowe latarnie na Agrykoli. Wiedzieliśmy oboje, jak ta noc się skończy.
I staraliśmy się ten nieuchronny finał odwlec. Długo chodziliśmy. Już
milcząc. Było jeszcze ciemno, kiedy w milczeniu, pospiesznie, każdy
osobno, zdzieraliśmy z siebie ubrania w twojej ciasnej kawalerce. I w milczeniu się kochaliśmy. Łapczywie. Wiem, że po raz drugi w tym pisaniu
używam tego określenia, ale tak było.
Ze stalowego nieba za oknem przeniosłam spojrzenie na ciebie, jak mi się
wydawało, wciąż śpiącego. Bo ja po tym nie spałam ani chwili. Najpierw
patrzyłam, jak noc przechodzi w dzień, a potem na ciebie. Długo. I nagle, po raz już nie wiem który w ciągu tych kilku godzin naszej
znajomości, zaskoczyłeś mnie. Mając wciąż oczy zamknięte - wiem, jestem
pewna, że były zamknięte, wpatrywałam się bacznie i nie mogłabym nie
zauważyć, gdybyś je uchylił - nagle, nieoczekiwanie, zupełnie przytomnie
zapytałeś: jak długo mogę się tak w ciebie wpatrywać? Nadal wydawało
się, że śpisz, więc powiedziałam: - Otwórz je. Otwórz oczy. I nagle
spojrzałeś wprost na mnie. Przenikliwie. Jakbyś przez zamknięte powieki
wiedział (widział?) dokładnie, gdzie jestem, gdzie jest moja twarz. Po
chwili zaskoczyłeś mnie jeszcze bardziej. Bo nie zdejmując ze mnie
wzroku - a patrzyłeś bardzo przenikliwie - odezwałeś się. - Chcesz mi
coś powiedzieć, wiem. I to coś bardzo ważnego. Zaniemówiłam. Dosłownie.
Dopiero po dłuższej chwili powiedziałam - Tak. I po pauzie dodałam - O Jakubie chcę ci powiedzieć. O moim... - Wiem, o kim chcesz mi powiedzieć -
przerwałeś mi. - Jest twoim mężem. Po tych trzech słowach poczułam w sobie wielką pustkę. Miałam uczynić wyznanie, miało to zabrzmieć
dramatycznie, a tymczasem ty jakbyś to wszystko zdmuchnął. Ułożyłam
głowę obok twojej głowy, twarz ukryłam w poduszce. Jakby z daleka
usłyszałam twój głos: - I już nie chcesz mi o nim powiedzieć? Nadal
milczałam. Wtedy ty zacząłeś mówić. Z rozwagą, oszczędnie
scharakteryzowałeś Jakuba dokładnie tak, jak mu się należało.
Powiedziałeś, że to, co on stworzył, zaraz, natychmiast po
październikowej przemianie w pięćdziesiątym szóstym roku, to dokonanie,
które kiedyś będzie odczytywane jako przełomowe, jedno z najważniejszych
w naszej kulturze. Bo to nie tylko świetnie redagowany miesięcznik, to
wrota na świat. Tyczy niby dramaturgii współczesnej, w ogóle teatru i spraw z nim związanych, ale w gruncie rzecz odgrywa rolę dużo
ważniejszą. To jakby szeroko otwarte wrota na świat - powiedziałeś. -
My, dzięki temu pismu jesteśmy w tym świecie. Nie wszyscy sobie z tego
zdają sprawę, ale to swego rodzaju fenomen, którego rolę można, w pewnym
sensie, porównać chyba tylko z "Tygodnikiem Powszechnym": są to jedyne
dwa pisma, na ile to możliwe, niezależne, wolne, na całym mrocznym
terytorium - tak się wyraziłeś - od Łaby do Władywostoku. I to, pomyśl,
w Polsce - dodałeś z dumą. - Może to i prawda, że jesteśmy szczególnym
barakiem w naszym "obozie". A potem, po raz już nie wiem który mnie
zaskoczyłeś. Powiedziałeś, że jemu, Jakubowi, zawdzięczasz swój debiut.
W ciągu pierwszego roku istnienia miesięcznika w kilkunastu miejscach, w całym kraju, powstały kluby teatralne pod jego patronatem, za zgodą
Jakuba używające nazwy, jak to się teraz mówi, logo pisma. W tych
klubo-teatrach wystawiano sztuki świeżo publikowane w miesięczniku. A publikowane były rzeczy najnowsze i najwartościowsze. Dzięki
znajomościom Jakuba - a znał on osobiście prawie wszystkich wybitnych
ludzi kultury na tak zwanym Zachodzie, jeśli chodzi o dramaturgów, o teatr, to chyba dosłownie wszystkich - w jego miesięczniku ukazywały się
teksty często tuż po ich premierach w Paryżu czy w Londynie. I tak się
stało, że twoja skromna, ale głośna, premiera Czekając na Godota w klubo-teatrze aktorskim w Rzeszowie, wyprzedziła sławną warszawską i niewykluczone, że była drugą po paryskiej.
Wstałam, sięgnęłam po papierosa z paczki, którą położyłeś przy łóżku i zapaliłam. Pewno byłeś zaskoczony. I słusznie. Nie wiem dlaczego to
zrobiłam, właściwie przecież nie paliłam. A oto stałam przy oknie,
zapatrzona na pusty plac pomiędzy blokami, wciągałam w siebie dym,
wypuszczałam jego kłęby i zupełnie nie wiedziałam, co będzie dalej.
Zaczęłam mówić, wciąż patrząc na pusty plac w dole. Właśnie jakaś stara
kobieta dotaszczyła dywan do trzepaka, z trudem rozwiesiła go na nim i zaczęła trzepać. Ciekawe, jakie głupstwa czepiają się pamięci człowieka;
to właśnie zapamiętałam. I to, że do ciebie mówię. O tym, skąd wziął się
Jakub w moim życiu, mówiłam. Był przyjacielem mojego ojca. Tu musiałam
zrobić dygresję o rodzinie. Już pradziadków można chyba nazwać
zubożonymi ziemianami. Przybyli do Galicji z Królestwa, kiedy to za
udział pradziadka w Powstaniu Styczniowym skonfiskowano im majątek.
Pradziadek przez lata był zarządcą u hrabiego Skarbka, aż w końcu udało
mu się wykupić upadający dwór i wieś. I już na swoim skromnym majątku
gospodarzył dziadek, ale istnieli zamożni kuzyni, galicyjska gałąź
rodziny, ci, co wspomniałam już, którzy kupili tytuł hrabiowski w Wiedniu. No i stryj postanowił być mecenasem mego ojca. Wysłał go, gdy
miał kilkanaście lat, "do szkół", do Szwajcarii, do Interlaken. I tam
ojciec poznał Jakuba, syna zamożnej rodziny żydowskich przemysłowców z Warszawy. Pod koniec pierwszej wojny ojciec wrócił do Polski, spóźnił
się do Legionów, ale dzielnie walczył w wojnie z bolszewikami, dostał
nawet Krzyż Walecznych. Tymczasem Jakub z Interlaken przeniósł się na
Uniwersytet we Fryburgu gdzie studiował filozofię i matematykę i gdzie
dał się wciągnąć w towarzystwo następców Bakunina, Lenina i innych
projektantów przyszłego szczęścia ludzkości, którzy upodobali sobie
właśnie Szwajcarię jako miejsce szczególnie stosowne do wymyślania
czegoś takiego. Pod koniec lat dwudziestych wrócił do Polski i bodaj
komunizował. Domyślam się, że wtedy z moim ojcem się mocno kłócili, ale
przyjaźń przetrwała. Do partii chyba nie należał, ale poznał kilku,
później, po wojnie, dygnitarzy, którzy zapamiętali mu to, że udostępniał
im wtedy mieszkanie na konspiracyjne zebrania i wspomagał finansowo. Z komunizmem rozstał się dość szybko. Nie zapomnę jednej naszej rozmowy,
chyba go jakimś pytaniem sprowokowałam, bo tylko raz widziałam go aż tak
wzburzonym. Nazwał to, w czym żyjemy "zbrodniczą utopią". Jak widzisz,
miał do mnie absolutne zaufanie. Szokiem dla niego były czystki
trzydziestego siódmego roku. On był już w kręgu tamtych ludzi, więc
dobrze rozumiał perfidię stalinowskich procesów, dużo lepiej niż jego
zachodni znajomi Po tej naszej rozmowie dał mi do przeczytania świeżo
wydaną u Giedroycia Ciemność w południe Koestlera. On Koestlera poznał
osobiście. Także innych rozstrzelanych albo zesłanych na Kołymę. Wojna
zastała go w Paryżu. Schronił się w Vichy, ale chyba działał w Resistance i przechodził do strefy okupowanej. Wtedy to poznał André
Malreaux. Przez lata, po wojnie, pozostawali w kontakcie. Stracił
wszystkich. Dosłownie. Matkę, ojca, siostrę, kuzynów. Siostra z mężem i z dziećmi zostali prawdopodobnie zagazowani w Treblince. Rodzice mieli
więcej szczęścia. Należeli do oszukanych, zwabionych do Hotelu
Polskiego, tych, którzy mieli kupić sobie wolność i zostali tylko
rozstrzelani. Jakub zaraz po wojnie ożenił się z dziewczyną przybyłą z Warszawy. To była ocalała Żydówka, niestety, o nieco semickich rysach,
która tuż przed wojną miała wyjść za mąż za pięknego i bogatego
młodzieńca. Tylko że ten jej aryjski narzeczony, śmiertelnie w niej,
zdawało się, zakochany, gdy Żydów napiętnowano, heroicznie zostawiał jej
nocami jedzenie na klatce schodowej, ale tylko do pewnego czasu, bo
zląkł się, że ktoś zauważy. Dziewczyna, czemu trudno się dziwić,
znienawidziła wszystkich Polaków, nie tylko tych urodziwych i rycerskich
i o powrocie do Polski nie była w stanie nawet myśleć. A Jakuba coś
pchało do kraju. Mówił, że paradoksalnie, po Shoah, po zagładzie narodu,
poczuł jakiś wewnętrzny imperatyw, pojął, że tu i tylko tu jest jego
miejsce na ziemi. Dlatego tak wielkim ciosem, taką niezatartą do końca
jego dni zniewagą, był sześćdziesiąty ósmy rok, haniebna erupcja
nikczemności jego polskich rodaków. Żył jeszcze dość długo w obcej mu
Nowej Szkocji, coś pisał, wykładał, ale był na wpół umarły. Czuł się
zdradzony i znieważony przez Polskę.
Rozgadałam się. A przecież miało być o tym, jak to się stało, że
zostałam jego żoną. Otóż sama o tym zdecydowałam. Nie on się o mnie
starał, raczej ja o niego. Jemu taki związek z dziewczyną o dwadzieścia
kilka lat młodszą, do tego córką przyjaciela, wydawał się nie do
przyjęcia. Cóż, sam był sobie winien, mogłabym tak powiedzieć, że
postanowiłam do niego należeć. Najpierw był dla mnie kimś tak oczywistym
w naszym domu, jak ktoś z bliskiej rodziny. Za duża byłam aby sadzał
mnie sobie mnie na kolana, ale traktował jak rozbrykane dziecko, no,
powiedzmy, pannę. Czule na mnie patrzył i to było ujmujące. Aż do
momentu, gdy poczułam w sobie coś takiego, że brak owego szczególnego
rodzaju spojrzenia, jakim, od pewnego momentu, mężczyźni zaczęli mnie
obdarzać, dotknął mnie i zaintrygował. Poczułam się, ależ tak, urażona.
Zaczęłam go, pewno nieświadomie, uwodzić. I to go najpierw szczerze
rozbawiło, a potem chyba zaintrygowało. Stał się mnie ciekaw. I tyle.
Rozmawialiśmy ze sobą coraz więcej. I to na poważne tematy. Chciałam go
słuchać, słuchać, słuchać. Odkrywał przede mną świat. Wymieniał tytuły
książek, ot tak, mimochodem, w trakcie rozmowy. A ja zaraz chciałam je
przeczytać. I czytałam. Dziś wiem, że była to najmądrzej pomyślana
edukacja. On dużo lepiej odczytał we mnie moje potrzeby, oczekiwania i możliwości, niż ja sama wtedy mogłabym to zrobić. A więc osiągnęłam to,
że mną się zainteresował. Bardzo. Ale wtedy był już dla mnie tak
atrakcyjny, że chciałam, aby też mnie pragnął. I stało się. Zapragnął.
Dostrzegłam to w jego spojrzeniu. Tylko że natychmiast się przeraził.
Zaczął delikatnie się dystansować. Już się mnie bał. A ja byłam
szczęśliwa. Mała, wredna kusicielka, można by pomyśleć. Ale nie. To nie
tak. Teraz ja poczułam czułość. Kiedy opowiedział mi pewnego wieczoru -
mówił bardzo cicho, z trudem - o swojej miłości do Olgi, tak miała na
imię jego żona, o tym, jak bolesne było ich rozstanie, bo nie można było
połączyć jej traumy, jej nieustającego bólu wspomnień z tym, podobnym,
co on w sobie nosił - wszyscy bliscy odeszli, zniknęli i nigdy ich
śladu, ich grobów nie będzie w stanie znaleźć - więc kiedy to, co on
mówił zapadło we mnie, pojęłam, że już zostanie tam na zawsze. Wzięłam
jego ból w siebie, to znaczy, że go pokochałam. I tak było. To ja
powiedziałam, że chcę być jego kobietą. Bronił się. Bardzo. Ale wreszcie
uległ. Bo on już mnie wtedy też kochał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki