Jak dobry rycerz Roderyk postanowił uwolnić cnego Roberta z niewoli
Skrzywił się rycerz, bo suma wydała mu się ogromna, ale szybko się pomiarkował, bo piękna panna patrzyła na niego z nadzieją, szukając w jego oczach pocieszenia. Zwinął więc pismo, wsunął za pas i rzekł do panny tak:
- Sprawa nie będzie łatwa, bo drogo wycenił wolność waszego Roberta ten podły handlarz. Poznałem ja dobrze kilku takich i wiem, że ludzie są z nich twardzi i nieużyci. Ale płakać nie ma co, bo dopóki ten Hassan, oby go psy pokąsały jak ich fałszywego proroka, ma nadzieję dostać pieniądze, waszemu Robertowi włos z głowy nie spadnie.
Tu Roderyk wzniósł oczy do nieba, bo nie całą prawdę pannie powiedział, ale pomyślał, że dość łez już dziś wylano z powodu dzielnego młodzieńca.
A panna w lot pojęła, że Roderyk powziął zamiar, by dopomóc w uwolnieniu cnego Roberta i chciała ucałować dłonie rycerza, ten jednak cofnął się o krok, bo, jak powiedzieliśmy, nie był zbyt śmiały wobec niewiast, a i jego ręce, stwardniałe od noszenia żelaznych mac, nie bardzo się nadawały do całowania.
- Jeszcze mi panno nie dziękuj. Powiedz mi raczej dwie rzeczy. Gdzie znajdę ów słynny Czarny Zamek, bo chciałbym go sobie dokładnie obejrzeć. A co ważniejsze, czy posłaniec, który przybył z listem, uciekł już daleko po gorącym przyjęciu, jakiego tu zaznał, czy może da się go jeszcze gdzieś odnaleźć.
I tu panna odzyskała najwyraźniej tego ducha, który kazał jej wysłać szybką strzałę w stronę Roderyka. Wyprostowała plecy, podniosła dumnie piękną twarz, co bardzo się spodobało rycerzowi, i trzymając w lewej ręce łuczysko, wskazała nim na południe:
- Tędy, dobry panie, dojedziecie na gościniec, który zaprowadzi was w mniej niż dwie godziny do brodu, skąd już będziecie mogli dostrzec wieżę kościoła, co wznosi się na rynku miasta Auzon. Od rynku odchodzi ulica żydowska, każdy wam ją wskaże, a przy niej stoi tylko jeden przyzwoity dom, mieszka w nim kupiec Samuel. Tam z pewnością zatrzymał się Izaak, bo obiecał zaczekać tydzień lub dwa, nie tracąc nadziei, że uda się zebrać złoto na wykupienie z niewoli dobrego Roberta. Z tego samego gościńca, w miejscu, z którego widać kościelną wieżę, skręcicie panie rycerzu w lewo, na ścieżkę wąską i niebezpieczną, pnącą się w górę, zrazu łagodną, później coraz bardziej stromą i kamienistą. Tam, gdzie las zacznie się przerzedzać, ujrzysz panie zamek Makrynusa, dziś rządzony przez jego podłego brata. Ale uważaj proszę, bo na murach zawsze stoją kusznicy, a załoga, widząc cię samego, z pewnością wypadnie na ciebie z bronią.
Roderyk podziękował pannie za radę, obiecał stawić się w południe dnia następnego przy kaplicy i ruszył w drogę, posilając się ostatnimi kawałkami sera i chleba.
Droga, jaką musiał przebyć do zamku, okazała się rzeczywiście dość uciążliwa, ale ani szlachetny wierzchowiec, ani rycerz nie bali się trudów. Zbliżywszy się ostrożnie do granicy boru, obejrzał sobie Roderyk okryty złą sławą zamek Makrynusa. Wprawnym okiem ocenił, że budowniczy wzniósł go na skale, stawiając ściany z łamanego jasnego kamienia. Mury forteczki ciągnęły się zgodnie z linią, jaką wyznaczał twardy fundament. Miała ona kształt mniej więcej trójkątny, z trzema okrągłymi wieżami, a od strony, gdzie wymurowano silną bramę zwieńczoną machikułem, wykopano fosę, rzecz jasna bez wody, a przejść ją można było jedynie przez zwodzony most, w tej chwili podniesiony. Skrzywił się rycerz na ten widok, bo miejsce nie spodobało mu się wcale. Zamek, choć niewielki, zbudowany został przez biegłego mistrza. Nie strzegł też, jak zrozumiał rycerz, żadnego przejścia, ni brodu, ni doliny. Nic dobrego z tego zamku, pomyślał Roderyk, tylko gniazdo zbójeckie. Cicho jak duch zawinął się rycerz i nim zaszło słońce, stanął na rynku miasta Auzon, gdzie w kościele pomodlił się chwilę, prosząc Pana o przychylność w przedsięwzięciu, którego się podjął.
A kiedy już skończył swoje modlitwy, rozejrzał się Roderyk za ulicą, przy której mieszkali miejscowi Żydzi. Znalazł i dom, większy i solidniej zbudowany od innych, z pewnością własność owego Samuela, wspomnianego przez Pannę Nadobną. Domu, na co zwrócił uwagę rycerz, nie zdobiły żadne posągi, wymyślne łuki ani kolumienki w oknach. Bryłę miał prostą, przysadzistą, i po prawdzie nieco przypominał ten zamek, co go sobie Roderyk wcześniej obejrzał. Nie zsiadając z konia zbliżył się do bramy i zastukał pięścią w grube, dębowe deski. Nikt jednak nie raczył się ruszyć na powitanie niespodziewanego gościa, więc rycerz zamienił pięść na obuch długiego topora. I jak to zwykle bywa, im bardziej gospodarz udawał, że nie słyszy stukania, tym głośniej Roderyk domagał się uwagi dla swojej osoby. A że posługiwał się toporem z wielką wprawą, huk zrobił się taki, jakby w bramę waliło dziesięciu ludzi z taranem. Otworzyło się wreszcie małe okienko za żelazną kratą i jakiś głos mało uprzejmy zapytał, czego sobie rycerz życzy. A rycerz życzył sobie widzenia z kupcem Samuelem, więc po dłuższej chwili, wypełnionej jakimiś szeptami i oznakami wyraźnego poruszenia, jakie starano się ukryć, otwarto wreszcie przez Roderykiem dębową bramę, a raczej jej połowę, i to tylko trochę.
Miał rycerz ochotę otworzyć ją sobie do reszty kopniakiem, ale pomiarkował się w gniewie, uwiązał konia, odwiesił przy siodle topór i przecisnął się do wnętrza domu. Stanął zatem rycerz w prowadzącym na wewnętrzne podwórze kamiennym przedsionku, ciemnym i dość ponurym. Usłyszał, jak za jego plecami zatrzaskują bramę, ale nie przejął się tym zbytnio. A kiedy po chwili oczy rycerza przywykły do mroku, dostrzegł trzech pachołków z drewnianymi pałkami, dowodzonych przez rosłego, bogato odzianego młodzieńca o wyniosłej postaci i równie wyniosłej minie, przepowiadającej niechybnie zbliżającą się awanturę. Lecz zanim ktoś uczynił pierwszy nieprzyjazny gest, rycerz usłyszał głos jakby mu znajomy.
- Jakubie, synu Samuela, ty opuść tę pałę.
Młodzieniec, do którego skierowano te rozsądne słowa, odwrócił głowę, ale najwyraźniej nie miał zamiaru usłuchać dobrej rady.
- Jakubie, synu Samuela, ja ci mówię, ty opuść tę pałę - głos stał się bardziej dobitny - bo jak ja znam tego goja, to zanim ty tą pałą machniesz, to ona się złamie na twoich plecach.
Zagadkowa przepowiednia nieco zbiła z tropu młodzieńca. Jakub syn Samuela chwycił pałkę w sposób jakby mniej bojowy, starając się przy tym nie uchybić swojej nieco nadszarpniętej dumie. Ale zanim zdążył odchrząknąć i ułożyć jakieś mądre zdanie, z cienia wyłoniła się kolejna postać. Był to kupiec postawy niemal książęcej, w bogatej szacie ozdobionej pysznym kołnierzem z bobrzego futra, lat mniej więcej czterdziestu, z lśniącą czarną brodą. Jeśli ustępował Roderykowi dostojeństwem, to tylko rozmiarem brzucha, patrzył więc na rycerza bez lęku, i chyba nie znalazłby się w całej słodkiej Francji inny Żyd, co tak śmiało spoglądałby rycerzowi w oczy. A dzielny Roderyk, robiąc groźną minę, podszedł do Izaaka (bo on właśnie był posłańcem, który przybył z Hiszpanii z listem w sprawie okupu za dobrego rycerza Roberta) na odległość miecza i przemówił w te słowa:
- A odkąd to Izaaku pochodzisz z Toledo, bo głowę dałbym sobie uciąć, że kiedym cię ostatni raz widział, mieniłeś się Izaakiem z Lyonu.
Na co dość chłodno odparł kupiec Izaak:
- Dla nas, ludzi bez ojczyzny, domem musi być cały świat. Wczoraj w Lyonie, dziś w Toledo, jutro, kto wie, może w Trebizondzie znajdę dach nad głową.
- Nie oskarżaj mnie Izaaku o coś, czegom nigdy nie uczynił. I zaprawdę, nic a nic nie cieszysz się na mój widok? - zapytał rycerz.
- Ależ dobry rycerzu, radość moja jest tak wielka, że boję się, by z jej powodu nie pękło mi serce - odparł kupiec z miną grabarza. - I z pewnością - pociągnął dalej swój wywód - widzieć cię tutaj to jakby mieć pewność, że gościńce wokół miasta Auzon bardzo są bezpieczne.
Zaśmiał się rycerz, bo obrazić człowieka tak, by ten nie miał powodów do obrazy, to niemała sztuka. Po czym wyciągnął prawicę i uścisnął dłoń Izaaka, twardszą, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, mocno i szczerze. A Izaak odwzajemnił uścisk, i wciąż trzymając dłoń rycerza, zwrócił się do młodzieńca:
- Pędź, Jakubie, do ojca i powiedz, że zawitał w jego domu gość wyjątkowy. Niech sługi szykują wieczerzę, a ugośćcie go wszystkim, co najlepsze w tym domu, bo wszedł w wasze progi Roderyk, rycerz dzielny i sławny ze swej sprawiedliwości. Powiedz też matce i siostrom, żeby niczego się nie obawiały, bo rycerz Roderyk nigdy nie skrzywdził żadnego uczciwego człowieka.
Aż się zaczerwienił rycerz słysząc, co wygaduje kupiec Izaak, wrócił więc zatroszczyć się o Peloponidesa, którego wprowadził przez otwartą już szerzej bramę, rozkulbaczył w stajni i sam nakarmił i napoił, bo jego dzielny wierzchowiec miał tę przywarę, że nikomu innemu nie pozwalał się dotknąć.
Jeśli dziwi Cię, Czytelniku, ta niezwykła komitywa pomiędzy żydowskim kupcem a chrześcijańskim rycerzem, pozwól że opowiem, w jakich to okolicznościach splotły się po raz pierwszy drogi tych dwóch ludzi.