Rozdział 2
Obudził mnie budzik w telefonie. Była ósma rano. Byłam strasznie niewyspana, ponieważ zasnęłam dopiero koło piątej.
Rozciągnęłam się na łóżku po czym zdjęłam ubranie, które wyprasowałam wczoraj i powiesiłam na drzwiach szafy. Czekało mnie rozpoczęcie kolejnego roku szkolnego, z tego powodu założyłam białą bluzkę z długim rękawem i czarną spódniczkę.
Aby podkreślić talię i ładnie wyglądać zapięłam w pasie czarny pasek.
Nie miałam ochoty wychodzić z domu, ale niestety nie miałam innego wyjścia.
Zeszłam do kuchni, zjadłam śniadanie, po czym włożyłam do torebki notes i długopis, aby napisać plan na pierwsze dni, ponieważ później jak zwykle się zmieni.
Założyłam balerinki, szary płaszcz i wzięłam parasolkę, ponieważ było chłodno i było możliwe, że później będzie padać, co mnie cieszyło, ponieważ dzięki temu nie musiałam się martwić, że będę się źle czuła.
Za to nie byłam zadowolona, że już skończyły się wakacje i rozpoczynałam naukę w trzeciej klasie w III. Liceum Ogólnokształcącym
Był to bardzo ważny rok w moim życiu, ponieważ czekały mnie ważne wydarzenia - studniówka o ile na nią pójdę, a nie byłam przekonana, ponieważ nie miałam partnera, a nawet jakbym znalazła kogoś z kim chciałabym pójść, to nie mogłabym z nim spokojnie tańczyć, bo gdy tańczę z chłopakiem strasznie się denerwuję i potykam o własne nogi przez co nie mogę się skupić na muzyce ani na krokach, tylko myślę o tym, żeby się nie wywalić, co jest dosyć dziwne, bo gdy tańczę z innymi w kółku nie mam problemów z koordynacją.
W maju miało nastąpić kolejne ważne wydarzenie, czyli matura, którą bardzo się denerwowałam głównie przez to, że musiałam zdawać na maturze matematykę, a nie cierpiałam matmy. Nie wiedziałam jak sobie dam radę, ale miałam nadzieje, że uzyskam wynik, z którego będę zadowolona.
Poczekałam na Judytę, Marysię, Marcela i Weronikę i razem wsiedliśmy do Volkswagena Golfa VI, nie było z nami Owidiusza z Bogną, bo uczniowie drugiej klasy mieli wcześniej rozpoczęcie.
Kierował Marcel, bo miał prawo jazdy i lubił prowadzić, a ja nie i jakoś nie śpieszyło mi
się do zdawania prawka. Gdy nie miał mnie kto zawieźć jeździłam autobusem lub tramwajem i ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo miałam wtedy czas na przeczytanie książki lub naukę.
Przed szkołą nikogo nie było, niektórzy byli w środku, a część uczniów jeszcze nie dotarła.
Dziwnie się czułam po wakacjach. Nie miałam pojęcia co czeka mnie tym razem i czy wydarzy się coś ciekawego w moim życiu.
Dwie rzeczy były pewne - to że moja szkoła w niczym się nie zmieniła i że znów spotkam tych samych nauczycieli i znajomych z klasy.
Budynek nie wyglądał tak jak przeciętne szkoły. Nie był szary i ozdobiony napisami związanymi z klubami sportowymi tylko żółto-kremowy, a obok niego było duże boisko, pływalnia i park, co miało swoje złe strony: gdy było ciepło zamiast skupiać się na nauce spoglądałam tęsknie na park, a chłopcy myśleli tylko o tym, by jak najszybciej pograć w piłkę nożną.
Weszłam do środka, pożegnałam się z rodzeństwem, umówiliśmy się, że zobaczymy się później i od razu przeszłam do sali gimnastycznej, w której miał się odbyć apel. Wiele krzeseł było już zajętych, na szczęście udało mi się znaleźć wolne miejsce i usiadłam w gronie osób z mojej klasy.
Obejrzałam przedstawienie, z którego niewiele zrozumiałam, ponieważ nie było słychać co mówią osoby w nim występujące, następnie pani dyrektor wygłosiła dłuuuugą i usypiającą mowę powitalną. Ogólnie była to godzina wycięta z życia i jedna z najgorzej wykorzystanych.
Niestety przetrwanie akademii to nie wszystko i czekała mnie jeszcze druga część rozpoczęcia roku, tym razem w klasie.
Podążyłam za tłumem uczniów, kierując się na pierwsze piętro szkoły.
W sali każdy zajął swoje miejsce. Panował ogromny hałas przez toczone rozmowy.
Jak zawsze usiadłam w pierwszej ławce w środkowym rzędzie ze względu na to, że to było najmniej lubiane miejsce i założyłam nogę na nogę.
Siedziałam sama częściowo przez to, że jestem typem samotnika i nie lubię zbytnio rozmawiać z innymi, a częściowo przez to, że jestem dhampirem, muszę to ukrywać i nie mogę nikomu zaufać. Dobrze, że wyglądałam całkiem zwyczajnie. Byłam szczupłą ciemną blondynką średniego wzrostu, wiele razy słyszałam, że jestem ładna, ale ja uważałam, że jestem przeciętna i jest wiele dziewczyn ładniejszych ode mnie. Wyróżniałam się jedynie dzięki bladej cerze, pełnym ustom, odrobinę skośnym oczom i źrenicom, które były większe niż u większości osób i przez nie niektórzy uważali, że jestem narkomanką, choć nawet nie palę papierosów i nie piję kawy, chociaż możliwe, że myśleli tak przez to, że często jestem zamyślona i patrzę wtedy w jeden punkt niewidzącym wzrokiem.
- Miło mi, że mogę was przywitać po wakacjach. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, odpoczęliście i będziecie się pilnie uczyć - wychowawczyni powitała nas, uśmiechając się do nas życzliwie.
Była niską, pulchną kobietą w średnim wieku, o owalnej twarzy, serdecznym spojrzeniu i nigdy nie znikającym szerokim uśmiechu. Była ubrana w szaro-niebieski kostium składający się z marynarki i długiej spódnicy.
- Chcę wam przedstawić nowego ucznia, który dołączy do nas - Bartłomieja Jugnykiela, jestem pewna, że choć przybył późno do naszej szkoły znajdzie wśród was wielu przyjaciół i będziecie dla niego życzliwi
Byłam mile zaskoczona słysząc, że pojawił się nowy uczeń, bo do tej pory chodziło do mojej klasy sześciu chłopców i to na dodatek nie w moim typie, a za to Bartek był przystojny. Miał brązowe włosy z odstającą grzywką, opaloną na jasny brąz skórę i zielone oczy, a największymi jego zaletami był uśmiech jak z reklamy i mięśnie doskonale podkreślone, dzięki obcisłej białej koszuli, które wskazywały, że dużo ćwiczy. Nie tylko mi się spodobał, innym dziewczynom i Michałowi też. Można to było poznać po ich minach i przez to, że wpatrywali się w niego jak w obrazek.
Wiedziałam to, też dlatego, że miałam dobry słuch i słyszałam o czym inni mówią nawet wtedy, gdy szeptali sobie coś do ucha.
Bartek przeszedł między ławkami i zajął miejsce w ostatniej ławce przy oknie, przy której nikt nie siedział, przez co wywołał smutek u osób, które miały nadzieje, że usiądzie z nimi i będą miały okazję go poznać, ale ja nie należałam do tego grona, bo wolałam, aby trzymał się ode mnie z daleka, bo mogła mu się stać przy mnie krzywda, zwłaszcza, gdybym straciła kontrolę nad własną mocą.
Rozdział 4
Szłam powoli, z trudem podnosząc nogi, byłam zmęczona po lekcjach, ale powoli nabierałam energii dzięki myśli, że już niedługo dotrę na przystanek autobusowy i wreszcie wrócę do domu.
W moją twarz zawiał mroźny wiatr, zapięłam guzik pod szyją, aby ochronić się trochę przed zimnem.
Okazało się to niekonieczne. Od razu zrobiło mi się gorąco, gdy zauważyłam małą uśmiechniętą dziewczynkę, wbiegającą na ulicę na czerwonym świetle i zbliżający się w jej stronę autobus, którego kierowca nie miał już szans na zatrzymanie się, a ona na ucieczkę, ponieważ każdym pasem jechał z dużą prędkością jakiś pojazd. Była to pora zwiększonego ruchu.
Nie bacząc na nic, kierowana instynktem przebiegłam środkiem jezdni, przeskoczyłam nad barierką przy torach tramwajowych, podbiegłam do dziewczynki i chwyciłam ją w pasie, gdy już dosłownie sekundy dzieliły nas od zderzenia z autobusem.
Upadłam na plecy trzymając dziewczynkę w ramionach, autobus przejechał obok i na szczęście nie stała się nam żadna krzywda.
Liczyłam, że już jesteśmy bezpieczne, ale wtedy zauważyłam nadjeżdżający samochód.
Zwróciłam uwagę na przerażone spojrzenie kierowcy, mała ściskała mnie za szyję wtulona w moją klatkę piersiową. Zaczęłam się krztusić.
Usiadłam, zgięłam nogi w kolanach chcąc ją w ten sposób osłonić. Oparłam ręce o zderzak samochodu robiąc w ten sposób w nim wgniecenie. Wyobraziłam sobie kierownicę, skręciłam nią za pomocą telekinezy i skierowałam samochód prosto na latarnię, w którą uderzył.
Wstałam trzymając dziewczynkę w ramionach i obie przeszłyśmy na chodnik, byłyśmy bezpieczne. Przyglądała mi się, a w jej oczach można było odczytać wielkie zdziwienie zapewne nie dotarło jeszcze do niej, co się przed chwilą stało.
Kierowca samochodu, który o mało w nas nie uderzył, wysiadł z samochodu rozejrzał się kompletnie skołowany, a następnie podszedł do mnie i do małej.
Po jego czole spływała strużka krwi i miał obtartą szyję.
- Nic się wam nie stało? - spytał ze zmartwioną miną.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałam, a on słysząc to odetchnął z ulgą.
Przyglądało nam się wiele osób i szeptali sobie coś na ucho.
- Mamusiu! - dziewczynka, która dotąd stała spokojnie, krzyknęła radośnie, widząc szczupłą, młodą kobietę około trzydziestki o fioletowych włosach i padła jej w ramiona, a jej mama przytuliła ją mocno, płacząc przy tym ze szczęścia.
- Dziękuje ci bardzo, nie wiem co bym zrobiła, gdyby coś stało się mojej córce. Wiem od jednego ze świadków wypadku, że to ty ją uratowałaś ale on nie rozumie jak tego dokonałaś.
- Po prostu miałyśmy szczęście - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do dziewczynki. Kobieta oddaliła się, trzymając córkę na rękach i zatrzymała się kawałek dalej.
Ucieszyłam się, że świadek nie zobaczył jak wgniotłam zderzak w samochodzie, zresztą to się wydarzyło tak szybko, że raczej nikt nie był w stanie tego zarejestrować.
- Wiem, kim jesteś - ktoś szepnął mi na ucho, oblał mnie zimny pot.
Przerażona tym, że jednak ktoś widział to co zrobiłam otworzyłam szeroko usta i wstrzymałam oddech. Po chwili na szczęście udało mi się opanować nerwy, odwróciłam się powoli marszcząc brwi i udałam, że nie wiem, o co mu chodzi.
Przede mną stał wysoki mężczyzna z krótkimi siwymi włosami, o szerokiej klatce piersiowej, orlim nosie, wysokim czole i wydatnym podbródku, z blizną na policzku, ubrany w czarną kurtkę i brązowe spodnie, wyglądający na jakieś pięćdziesiąt lat. Jego buty były brudne i zniszczone. Z jakiegoś powodu miał na dłoniach wiele śladów po skaleczeniach.
- Jesteś dhampirem - w jego tonie głosu dało się usłyszeć niezbitą pewność. Nie miał, żadnych wątpliwości, co do tego kim jestem i faktycznie miał rację, ale musiałam w jakiś sposób przekonać go, że się myli.
- Dhampiry nie istnieją. Każdy wie, że to postacie wymyślone - odpowiedziałam spokojnie i zaśmiałam się.
- Tak. W takim razie jak wytłumaczysz to, że choć jesteś szczupła i nie za wysoka, to masz tyle siły, że zdołałaś zatrzymać jadący z dużą prędkością samochód i dobiec do dziewczynki na czas, zanim zdążył w nią uderzyć autobus, choć dzieliła was duża odległość.
- Musiał się pan przewidzieć, nie zatrzymałam żadnego samochodu, nie dałabym rady kierowca sam zahamował i byłam blisko dziewczynki - przyglądałam mu się zastanawiając się, czy mi uwierzył, ale bez względu czy tak, musiałam nadal kłamać.
- Możesz zaprzeczać, ale dobrze wiem co widziałem i nie spocznę dopóki nie poznam prawdy i nie dowiem się co ukrywasz - powiedział i przyjrzał mi się podejrzliwie.
- Może pan próbować, ale ostrzegam, że straci pan tylko czas. Proszę się odsunąć i pozwolić mi przejść, nie lubię, gdy ktoś zaczepia mnie na ulicy.
Chciałam już iść, ale on złapał mnie mocno za ramię.
- Przyznaj się do tego, że wgniotłaś zderzak w samochodzie i nie kłam, bo i tak mnie nie oszukasz - zagroził, patrząc na mnie z gniewem. i coraz mocniej ściskał moje ramię.
- Nie przyznam się do czegoś czego nie zrobiłam - odpowiedziałam ostro.
Spoglądaliśmy na siebie groźnie, mężczyzna, który mnie zaczepił odszedł w momencie, gdy usłyszał zbliżającą się straż pożarną, domyślając się, że nie przyznam się do jego oskarżeń.
Przez moment stałam zaskoczona w miejscu, po czym szybko zniknęłam między blokami.
- Anastazja, to ty? - zawołała mama z głębi domu, słysząc, że ktoś otwiera drzwi.
- Tak, to ja.
- Dobrze, że już jesteś.
- Coś się stało? - spytała z troską, przykładając dłoń do mojego policzka.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałam, zmuszając się do swobodnego tonu, mimo to mama nie wyglądała na przekonaną.
Zobaczyłam zbliżającego się dziadka i zdecydowałam, że powiem mu o uratowaniu dziewczynki, bo i tak sam odkryje prawdę.
Duncan przytulił mnie.
- Właściwie masz rację mamo i wydarzyło się dzisiaj coś ważnego - zawahałam się na chwilę, lękając się ich reakcji, ale zdecydowałam, że muszę wyznać co uczyniłam.- W drodze do domu natrafiłam na dziewczynkę, która wybiegła na ulicę przez co mógł ją potrącić samochód i aby zapobiec wypadkowi skorzystałam ze zdolności telekinetycznych
Duncan odsunął się, spoglądając na mnie z gniewem, ale na jego twarzy malował się również strach.
- Ujawniłaś się, choć wiesz, że ci nie wolno. Czy zdajesz sobie sprawę na jak wielkie ryzyko naraziłaś siebie i nas? Nie powinnaś tego robić.
- Tak wiem. Ale nie miałam innego wyjścia. Gdyby nie ja, dziewczynka by zginęła.
Duncan potarł dłonią szyję i powoli zniknął z jego twarzy gniew, a w jego miejsce pojawiło się zrozumienie.
- Tak, nie miałaś wyjścia i dlatego jesteś usprawiedliwiona, a twoje zachowanie nie zostanie ukarane. Ale pamiętaj, że nikt nie może się dowiedzieć kim jesteśmy, bo nigdy nie zaznamy spokoju - powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.
- Tak wiem i przysięgam, że to się nigdy więcej nie powtórzy.
- Wiesz, że ci dałem drugą szansę, choć wyjawiłaś kim jesteś nieodpowiedniej osobie, a teraz jeszcze to. Mam nadzieję, że więcej mnie nie zawiedziesz.
- Nie zawiodę, przysięgam - pocałowałam dziadka w policzek na pożegnanie i ze spuszczoną głową poszłam do pokoju.
Przewróciłam się na bok i wpatrywałam się w księżyc oświecający mój pokój. Nie mogłam zasnąć, ponieważ martwiłam się tym, co zrobi mężczyzna, który mnie zaczepił, zastanawiałam się też, czy nie powiedzieć o tym rodzicom, ale nie chciałam ich denerwować, zresztą nie byłam pewna czy on zamierza mnie skrzywdzić lub wykorzystać moją tajemnicę.
Rozdział 5
Dwa tygodnie później już kompletnie zapomniałam o strasznym zdarzeniu i spotkaniu z mężczyzną, który dowiedział się, kim jestem.
Od tamtej pory go nie spotkałam, co bardzo pomogło mi w ukojeniu nerwów i powrocie do normalnego życia. Miały też w tym dużą zasługę zajęcia teatralne i upływ czasu.
Zbliżał się zmierzch. Na granatowym niebie pojawiły się czerwone smugi, właśnie zmierzałam na kolejne zajęcia.
Zatrzymałam się przed Pałacem Młodzieży, w którym miały się odbyć.
W pałacu najbardziej podobały mi się wieżyczki, graffiti przedstawiające postacie z bajek i panującą w nim przyjacielską atmosferę. Od dziecka brałam udział w tamtejszych zajęciach. Najpierw z samoobrony, a od początku września w zajęciach teatralnych.
Weszłam do środka. Do tablicy wiszącej na ścianie były przypięte kolorowe kartki, na których były napisane rodzaje i godziny zajęć. Uśmiechnięta grupka dzieci z hałasem przebiegła korytarzem Natychmiast udzieliła mi się ich wesołość i nabrałam energii niezbędnej do nauki.
Weszłam na górę po schodach i stanęłam jak wryta, widząc przed salą Bartka.
Gdy ochłonęłam, podeszłam do niego. Stał do mnie tyłem, dlatego mnie nie widział
- Cześć, co tu robisz?
- O, hej. Co za miłe zaskoczenie. Przyszedłem na zajęcia.
- Wcześniej cię tu nie widziałam.
- Bo jestem tu po raz pierwszy. Zastanawiałem się, czy to dobry pomysł, bo do tej pory nie interesowałem się teatrem i to będzie mój pierwszy raz.
- Nie przejmuj się, nikt cię tu nie zje.
- Naprawdę? Co za ulga, bo już się bałem, że tak i lepiej zwiewać stąd, gdzie pieprz rośnie - powiedział żartobliwie i udał, że wyciera pot z czoła.
Weszliśmy do sali i stanęliśmy z resztą osób w kole.
- Witam wszystkich serdecznie. Widzę, nowe twarze. To bardzo dobrze - powiedziała, słowiczym głosem wysoka, smukła kobieta prowadząca zajęcia, która miała idealnie gładką cerę, bez żadnej zmarszczki i krostki
Była ubrana w zwiewną, czarną tunikę i getry tego samego koloru.
Zaczesała za ucho kosmyk czarnych włosów i uśmiechnęła się do wszystkich serdecznie.
- Dobrze, zaczynajmy. Na początek trochę poćwiczmy. Unosimy ręce do góry, stajemy na palcach i wdech i wydech.
Wszyscy wykonali jej polecenia. Spojrzałam na Bartka, stojącego obok mnie i ledwo co byłam w stanie powstrzymać śmiech, widząc jak udaje, że ma zeza.
- I jeszcze raz.
Stanęłam na palcach, zaczerpnęłam powietrze i je gwałtownie wypuściłam, gdy parsknęłam śmiechem znów rozśmieszona przez Bartka.
Nauczycielka spojrzała na mnie z dezaprobatą i zacisnęła usta w wąską linię.
- Dobrze, a teraz czas na gardło. Powtarzajcie za mną a ę ą a a ę ą a... Wspaniale, a teraz wysuńcie języki do przodu i oddychajcie jak pieski.
Wykonując ćwiczenie znów spojrzałam na Bartka, co było okropnym błędem, bo znów o mało się nie roześmiałam. Nie tylko oddychał jak pies, lecz się też tak zachowywał. Zgiął ręce i przyłożył je do klatki piersiowej, aby wyglądały jak łapy, przekręcił lekko w bok głowę i spojrzał na mnie z radością, a następnie przyłożył głowę do mojego ramienia.
Przy kolejnym zadaniu zamiast się skupić na nim szturchał mnie palcem w brzuch i smyrał mnie po szyi.
- Może pan nie podrywać swojej koleżanki i zająć się czymś bardziej pożytecznym? To nie czas na amory - powiedziała pani surowo i wbiła w Bartka morderczy wzrok.
Uniosłam głowę dumnie i przytaknęłam na znak, że się w pełni z nią zgadzam i spojrzałam na niego wymownie, po czym ukłułam go palcem w bok.
Bartek uśmiechnął się, zamiast się pogniewać
- A teraz połączcie się w pary. Jedna osoba udaje węża i musi się wspiąć na drzewo, które udaje druga.
Pary stawały na środku i wykonywały zadanie, a reszta się im przyglądała z rozbawieniem.
- Pan jest wężem powiedziała nauczycielka, gdy nadeszła kolej moja i Bartka.
Stanęłam w rozkroku, z rękami przylegającymi do nóg, a Bartek zamiast wspinać się w górę, chwycił mnie za nogi i zarzucił mnie sobie na ramię.
Zaśmiałam się rozweselona, wisząc do góry nogami.
- Nie tak. Źle, wręcz okropnie. To nie miało być tak, proszę zrobić tak jak kazałam.
Tym razem wysłuchał polecenia. Postawił mnie, położył się na podłodze, przeczołgał się między moimi nogami, po czym próbował się wdrapać po moim ciele, łapiąc mnie najpierw za przedramię, a następnie za ramię. Zaczęliśmy się śmiać, przez co straciliśmy równowagę i upadliśmy na podłogę. Leżąc, dostaliśmy ataku niekontrolowanego śmiechu i nie mogliśmy się uspokoić.
- Dość. Tego już za wiele. Proszę stąd wyjść - powiedziała pani, cała czerwona na twarzy, ręką wskazując drzwi.
- Ja i Bartek spojrzeliśmy na siebie z zaskoczeniem.
- Nie przesłyszeliście się. Prosiłam, abyście stąd wyszli i wróćcie jak dojrzejecie.
- To raczej nie nastąpi zbyt szybko - powiedział Bartek, unosząc do góry jedną brew.
Spiorunowałam go wzrokiem, a następnie wyszłam na korytarz z opuszczoną głową, żałując, że zajęcia już się skończyły.
- Tak dobrze się bawiłam - pomyślałam i spojrzałam na Bartka z wyrzutem.
Przestał skakać i spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Wszystko zepsułeś. Pewnie następnym razem nas nie wpuszczą.
- Nie martw się. Pani "ja nie wiem, co to poczucie humoru" do przyszłych zajęć o wszystkim zapomni.
- Ale ja jeszcze nigdy nie zostałam wyrzucona.
Bartek rozłożył ręce i uniósł brwi.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz.
Miałam ochotę powiedzieć mu do słuchu, ale zrezygnowałam z tego pomysłu i roześmiałam się, zdając sobie sprawę, że to, że zostaliśmy wyproszeni było całkiem zabawne.
Zaczęłam się śmiać jeszcze głośniej, gdy spojrzałam na Bartka zbitego z tropu i jego zdezorientowaną minę, zastanawiającego się pewnie przy tym czy nie zwariowałam.
Ciągle się śmiejąc, oparłam głowę o jego ramię i poklepałam go po twarzy. Nie zamierzałam przestać się śmiać. Za bardzo mi się podobało to, że jestem taka wesoła, żeby się powstrzymać. Zresztą, przecież śmiech to zdrowie.