Ród Rodrigandów (Tom 11). Ród Rodrigandów. Traper Sępi Dziób - Karol May

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cudaczny lord

Małe czółno zwinnie posuwało się po falach i wkrótce przybiło do lądu. Rzekomo ranny mruknął zadowolony.

– Nareszcie! Ależ durnie, ci Anglicy! Nawet na pustkowiu nie rozstają się z cylindrem. Do diabła! Co to za długi nochali?

Sępi Dziób wysiadł z czółna, pozostawiwszy w nim obu wioślarzy, i zbliżył się powoli do leżącego na ziemi Meksykanina. Polecił wioślarzom natychmiast uciekać, gdyby zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

Meksykanin usiłował podnieść się na łokciu.

– Och, senior, jak ja cierpię! – jęknął.

Sępi Dziób zsunął binokle na koniec nosa, obejrzał leżącego spode łba, dotknął go ostrożnie parasolem i rzekł skrzekliwym głosem:

– Cierpi? Where? Boli?

– Jeszcze jak!

– Miserable! Bardzo miserable! Jak się master nazywa?

– Ja?

– Tak.

– Federico.

– Kim jesteś?

– Vaquero.

– Goniec od Juareza?

– Tak.

– Jakie wiadomości?

Meksykanin skrzywił się i znowu jęknął, jak gdyby przeszył go straszliwy ból. Tymczasem Sępi Dziób rozglądał się uważnie. W pobliżu nie ujrzał żadnych śladów. Także i na skraju lasu nie dostrzegł nic podejrzanego.

– Czy to pan jest lordem Drydenem?

– Tak. Co masz mi do powiedzenia?

– Juarez jest w drodze. Kazał pana prosić, aby się senior w tym miejscu zatrzymał i oczekiwał go.

– Ach! Wonderfull! Gdzie on jest?

– Przypłynie rzeką.

– Skąd?

– Z Paso del Norte. Wyruszył stamtąd przed dwoma tygodniami. Szybciej nie można przebyć takiej odległości.

– Doskonale. Rozumiem, że wszystko w porządku. A więc pojadę dalej. Na pewno spotkam Juareza po drodze.

Z godnością odwrócił się i udawał, że zamierza odejść. Wtedy Meksykanin zerwał się na równe nogi i gwałtownie chwycił go w pół.

– Zostań, milordzie, jeśli panu życie miłe! – zawołał. Choć Sępi Dziób miał dość siły, by uwolnić się od napastnika, zesztywniał, jak gdyby go strach sparaliżował.

– Do kata, co wyczyniasz?! – krzyknął.

– Jest pan moim jeńcem!

– Ach! Oszustwo! Nie chory?

– Nigdy nie byłem taki zdrowy – roześmiał się Meksykanin.

– Łotr! Dlaczego?

– Aby pana schwytać, milordzie!

– Dlaczego schwytać?

– Z powodu ładunku, który znajduje się na pańskich łodziach.

– Moi ludzie mnie uwolnią!

– Ci tchórze?! Czy widzi pan, jak wioślarze uciekają? A teraz niech się pan obejrzy, milordzie!

Wioślarze istotnie odbili od brzegu w tym samym momencie, gdy Sępi Dziób pozwolił się schwytać. Traper odwrócił się i zobaczył, jak z lasu wyjeżdża oddział jeźdźców. W kilka sekund później otoczyli go. Udając zdumienie i zakłopotanie, gwałtownie potrząsał parasolem. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Kiedy Cortejo zbliżył się do jeńca, rozczarowanie odmalowało się na jego twarzy.

– Kim pan jest? – zapytał.

– A pan kim? – mruknął Sępi Dziób.

– Pytam, kim pan jest! – huknął Cortejo.

– To ja się pytam, kim pan jest! – odwzajemnił się traper. – Jestem Englishman, przednie wykształcenie, przedni ród. Daję pierwszeństwo panu.

– No dobrze! Nazywam się Cortejo.

– Cortejo? Może Pablo?

– W istocie tak – z dumą odpowiedział kandydat na prezydenta.

– Thunderstorm! – zaklął Sępi Dziób. – To szczególne!

Okrzyk ten był szczery. Sępi Dziób naprawdę się zdumiał, że widzi przed sobą Corteja. Nawet się ucieszył.

– Szczególne, nieprawda? – roześmiał się Cortejo. – Nie spodziewał się pan tego. Ale teraz niech pan powie, kim jest!

– Nazywam się Dryden.

– Dryden? To kłamstwo! Dobrze znam lorda Drydena. Pan nim nie jest!

Sępi Dziób nie stracił animuszu. Swoim zwyczajem wyplunął długie, cienkie pasmo soku tytoniowego. A kiedy przeleciało tuż koło nosa Corteja, odpowiedział obojętnym tonem:

– Faktycznie, nie jestem nim. Cortejo fuknął gniewnie:

– Uważaj, gdzie plujesz, senior!

– Tak też postępuję. Trafiam tylko tego, kogo chcę trafić.

– Wypraszam sobie! No, więc nie jest pan lordem Drydenem?

– Nie.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.