2
Eliza
Teresa przysłała po mnie kierowcę. Jechałam czarnym lśniącym suwem, który wyglądał jakoś dziwnie znajomo, ale nie mogłam sobie przypomnieć, skąd go kojarzę. W ogóle nie byłam zaskoczona, że jedziemy w kierunku podmiejskim. Natomiast byłam totalnie zszokowana, kiedy dostrzegłam dom młodego. Kierowca zaparkował na odśnieżonym i wyłożonym kostką podjeździe. Wysiadłam z samochodu, naciągając kaptur płaszcza na głowę. Z sinego nieba spadały wątłe płatki śniegu, które miały się po chwili roztopić. Szofer wyciągnął moją walizkę, dysząc ciężko.
- Poradzę sobie - oznajmiłam. - Dziękuję.
Po drodze opowiedział mi o tym, że ma problem z kręgosłupem i ogólnie jest na zwolnieniu, ale pani Teresa poprosiła go o pomoc.
- Powodzenia. - Wyszczerzył się, oddalając się w stronę swojego samochodu.
Omiotłam spojrzeniem nowoczesną rezydencję z odnowionej cegły, podświetloną przez reflektory. Najprawdopodobniej był to młyn zaadoptowany na cele mieszkalne. Do rozległego budynku dodano wielkie przeszklenia i efektowny taras. Nieźle. Naprawdę nieźle. Przy tarasie znajdował się letni basen, który teraz był wyłączony z użytku i zasłonięty pokrywą. Mogłam sobie bez problemu wyobrazić, jak latem stoją tu leżaki i parasole.
Tę nowoczesną rezydencję otaczał surowy ogród teraz przykryty warstewką śniegu, który i tak miał zaraz stopnieć. Przytulne światło dobiegające z wewnątrz zachęcało, by wejść do środka i ogrzać się przy kubku parującej herbaty. Ciekawa byłam, gdzie bym zamieszkała, gdyby cena nie grała roli. Gdyby moja matka była agentką jakiejś gwiazdy i zarabiała kokosy. Może wybrałabym dom w Hiszpanii? Albo w Portugalii? A może w Grecji? Najważniejsze, żeby było ciepło i żebym mogła myć zęby z widokiem na zatokę. Trochę poniosły mnie marzenia, gdy wchodziłam po stopniach z wielkich płyt. Na werandzie czekała na mnie pani Teresa w płaszczu zarzuconym niedbale na beżowy garnitur, który wczoraj prasowałam. Końcówka papierosa żarzyła się na pomarańczowo, kiedy zaciągała się dymem.
- Dotarłaś bez problemu - stwierdziła z uśmiechem, dogaszając peta w popielnicy na parapecie. To nie było pytanie.
- Tak.
- Dobrze.
Miałam wrażenie, że jest trochę zdenerwowana. Czyżby syn nie zechciał opiekunki?
Zaprosiła mnie gestem do środka, więc nacisnęłam okrągłą klamkę i pchnęłam ciężkie drzwi. Od razu poczułam, jak przyjemne ciepło otula mi twarz.
W środku panował współczesny, ale przytulny klimat. Zdjęłam buty i zawiesiłam płaszcz na drewnianym haku wbitym w ścianę. Walizkę podsunęłam pod wiszące kurtki i usiadłam na miękkim siedzisku, żeby zdjąć kozaki. Trochę dziwnie się z tym czułam, że wprowadzam się do miejsca, w którym jestem pierwszy raz. Nie wiedziałam, czy już wyciągnąć kapcie z futerkiem, czy jeszcze z tym poczekać.
Pani Teresa zsunęła z ramion płaszcz, który od niej machinalnie zabrałam i powiesiłam obok swojego. Potem przeczesałam dłonią włosy przed lustrem, by nadać im puszystości.
- Za mną - oznajmiła lakonicznie i ruszyła jasnym korytarzem ozdobionym drewnianymi krokwiami.
Szłam, gapiąc się na jej czarne lśniące loki opadające na łopatki. Nagle zatrzymała się, sprawiając, że prawie na nią wpadłam. Wzięła teczkę z konsoli.
- Umowa o poufności. - Wręczyła mi papiery i długopis.
- Jestem zdania, że ważne dokumenty podpisuje się tylko swoim piórem - odparłam, grzebiąc w torebce. Nie wiem, czemu byłam wierna tej zasadzie, bo dotąd nie przyniosła mi szczęścia.
Zerknęłam pobieżnie na umowę. Czytałam ją wczoraj wieczorem w formie elektronicznej. Ogólnie czekały mnie wielkie kary pieniężne jeśli coś pisnę prasie. Nie miałam wcale ochoty tego robić. Złożyłam zamaszysty podpis, kładąc dokument na krawędzi schodów. To było dość podejrzane, ale widocznie pani Teresa miała swoje powody. Nie chciałam być wścibska. A może byłam po prostu naiwna.
Kiedy podpisałam się na dwóch egzemplarzach, pani Teresie wyraźnie ulżyło.
- Tędy.
Byłam zachwycona wspaniałym wnętrzem, urządzonym ze smakiem, nowocześnie, ale bez zbędnego szpanerstwa. Zaczynałam się nawet cieszyć, że przez miesiąc będę mieszkać w takich luksusach. Idąc zaraz za pracodawczynią, powyżej linii jej czarnych włosów dostrzegłam włączony ekran w salonie. Młody oglądał Gladiatora, co mnie ucieszyło, bo to oznaczało, że może znajdziemy wspólny język. Lubiłam ten film, chociaż nie miał nic wspólnego z odprężającymi komediami romantycznymi, które włączałam dla relaksu. Wślizgnęłam się za nią do pomieszczenia, czując się dziwnie zdenerwowana.
Widziałam czubek jego głowy, czarne jak nocne niebo włosy wystawały zza oparcia pasiastej sofy. Pani Teresa chrząknęła znacząco.
- Nikodem, Eliza już tu jest - rzekła z wymuszonym uśmiechem, obchodząc kanapę.
Chłopak wyłączył film, a potem spojrzał na mnie ponad oparciem. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie pięścią z całej siły w żołądek. Albo jakbym znalazła się w jakiejś ukrytej kamerze. Chciałam wrzasnąć, że on jest przecież stary. To znaczy starszy ode mnie, ale na pewno nie był już nastolatkiem. W dodatku...
- To ty - warknął gniewnie, przesuwając krytyczne spojrzenie po moim beżowym golfie, który znikał w czarnych spodniach w kant z wysokim stanem. Schrypnięty głos tylko mnie utwierdził w najgorszych przypuszczeniach.
- To ty - odpowiedziałam równie sympatycznie, krzyżując ręce w obronnym geście na brzuchu.
- Poznaliście się już? - zapytała pani Teresa, patrząc to na mnie, to na niego.
- Tak, mieliśmy tę wątpliwą przyjemność - rzekł cierpko. Teraz przyjrzałam mu się dokładniej. Czarne włosy dzisiaj były umyte i w miarę rozczesane, gęsta broda Robinsona Crusoe zniknęła zastąpiona krótkim zarostem. Oprócz tego, że był menelem z parkingu... Poczułam, że mój mózg zaczyna się gotować od natłoku bodźców i informacji. On był... On był sławnym muzykiem. Śpiewał w zespole The Black Suede, którego słuchałam z pasją jako nastolatka. Zespół najlepsze lata kariery miał już za sobą, a ich frontman...
Poczułam, jak rośnie mi gula w gardle, a ręce zaczynają się pocić ze stresu.
- Nastąpiło nieporozumienie - zwróciłam się prosto do pani Teresy. - Myślałam, że mam pilnować pani syna, a nie klienta.
- To jest mój syn - odparła pani Teresa, mrużąc oczy. Nie dało się ukryć podobieństwa. Kurde, ile on mógł mieć lat? Kiedy ja miałam jakieś szesnaście, on mógł mieć ze dwadzieścia kilka, czyli teraz pewnie był koło trzydziestki. Trochę mu dodałam na tym parkingu, a może nie? Dupa. Później go wygoogluję. Ale dlaczego ona mi nie powiedziała, że to dorosły facet?! To zupełnie zmienia postać rzeczy!
- Ale on jest ode mnie starszy - wypaliłam, czując gorąco wspinające się na policzki.
Nikodem zaśmiał się głośno.
- Po co mi przyprowadziłaś tę histeryczkę? Ona nie potrafi porządnie zaparkować samochodu, skąd pomysł, że mi pomoże?
Zadawałam sobie dokładnie to samo pytanie. To wszystko było całkowicie bez sensu. Pani Teresa spojrzała na mnie kątem oka, a potem zwróciła się do syna opanowanym tonem:
- Eliza jest jedną z moich najlepszych pracownic. Po prostu zadba o ciebie, kiedy mnie nie będzie.
Odburknął coś niezrozumiałego. Chciałam mu powiedzieć, że również nie jestem z tego rozwiązania zadowolona.
- Proszę, nie utrudniaj tego - wyszeptała z malującą się rozpaczą na twarzy. Ku mojemu zaskoczeniu facet skinął głową, a potem rozsiadł się i z powrotem włączył film.
Teresa pożegnała się słowami, że bardzo się spieszy i wierzy, że sobie poradzimy, po czym wyszła, zostawiając mnie z nim sam na sam w tym dusznym pomieszczeniu. Wspaniale.
Usiadłam na tej samej kanapie, na jej drugim końcu. Był fatalnym gospodarzem, nie zaproponował mi niczego do picia ani nie powiedział, że pokaże mi mój pokój. Każde z nas skupiło się na ekranie i ciężko było stwierdzić, które jest bardziej niezadowolone. Oglądałam film, który znałam na pamięć, jak zamroczona. Czułam się jak ten biedny Russel Crowe, któremu wbito nóż chwilę przed kulminacyjnym pojedynkiem. Zrobiona w chuja.
- Jak wygląda twój rozkład dnia? - zapytałam, kiedy zaczęły lecieć napisy końcowe.
Nikodem bębnił palcami o oparcie, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.
Wpatrywałam się w paproch na swoich spodniach tak długo, aż zaczął mi się rozmazywać przed oczami. Prawdę mówiąc, miałam ochotę zadzwonić do pani Teresy i powiedzieć, że rezygnuję. Ale właściwie dlaczego? Pieniądze były atrakcyjne, a jedyne co musiałam zrobić to wytrzymać miesiąc i upewnić się, że ten wariat nic sobie nie zrobi. Jeśli będzie mnie dalej ignorować to może nawet lepiej.
- Nie mam rozkładu dnia - bąknął. - Żyję, jak chcę.
Uśmiechnęłam się kwaśno.
- Okej. Wobec tego opowiedz mi może coś o sobie - zaproponowałam, odwracając się do niego i udało mi się zdobyć na uśmiech. Jak mogłam go wziąć za menela? Miał szczupłe ciało, teraz sporo szczuplejsze, niż gdy grał w zespole. Ta twarz... symetryczne rysy, niebieskie oczy. Był bardzo przystojny, ale ze smutkiem stwierdziłam, że w jego obliczu odbijają się problemy i melancholia.
- Nie patrz tak na mnie - mruknął błagalnie i przycisnął dłoń do czoła.
- Jak?
- Jakbym był twoim projektem.
Parsknęłam.
- Przez najbliższy miesiąc właśnie tym dla mnie będziesz, więc nie wiem, czy będę umiała zapanować nad wyrazem twarzy - przyznałam. Głos prawie mi nie zadrżał. - No chyba że się wcześniej pozagryzamy.
Jego kształtne usta zacisnęły się w grymasie.
- Dobrze ci radzę, odpuść sobie - wyszeptał, posyłając mi magnetyzujące spojrzenie - Twoja obecność mnie jedynie drażni.
- Z wzajemnością - przyznałam, dzielnie je wytrzymując.
Nachylił się w moim kierunku, studiując oczami całą moją sylwetkę.
- Jaki masz plan, co? Chcesz mnie w sobie rozkochać i sprawić, żebym znowu poczuł motywację do życia?
Uniósł jedną z ciemnych brwi.
- Chciałam zauważyć, że do momentu przekroczenia progu tego pomieszczenia myślałam, że będę się zajmować nastolatkiem. - Wytarłam spoconą ze zdenerwowania dłoń o spodnie. W końcu niecodziennie rozmawia się z gwiazdą - Mój plan? Będę mieć na ciebie oko.
Jasne tęczówki przejechały po mojej twarzy i dotarły do oczu. Uśmiechnął się ironicznie, jakby mi nie wierzył. No dobra, byłam w stanie sobie wyobrazić, że każda wolna dziewczyna, która znalazła się z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu, próbowała go przelecieć.
- Hmmm - stwierdził, odrywając wzrok od mojej twarzy. - To dobrze, że nie robisz sobie złudnych nadziei.
Zagapiłam się na jego przedramię, które oplatał tatuaż ze smoczym okiem. Dopiero po chwili dotarły do mnie te słowa.
- Słucham?
- Powiedziałem, że cieszę się, że na nic nie liczysz - podsumował, biorąc do ręki shake'a i ciągnąc go przez słomkę, jednocześnie krytycznie przyglądając się mojej sylwetce. Poczułam, że robi mi się niedobrze. Na myśl, że będzie komentował moją nadwagę niemalże jęknęłam. Dom był moim azylem, tam nikt mnie nie oceniał. Jeśli miałabym to stracić i przez cały miesiąc znosić takie docinki, to... Eliza, pomyśl o swojej karierze. Twierdził, że nie mam u niego szans, ale heloł, przecież to ja wzięłam go za menela.
- Wiesz, że taki zarost na pirata z Karaibów nie jest modny od jakiejś dekady? - odgryzłam się. Prychnął, opluwając się shakiem.
Jego dłoń powędrowała automatycznie do szpiczastej bródki i wąsów. A potem jakby był zły na swoją reakcję, cofnął rękę i wziął słomkę do ust. Zaczęłam się śmiać, co jeszcze bardziej go wkurzyło.
- Oczywiście, że na nic nie liczę - podsumowałam. - A może inaczej. Liczę na to, że będzie mi się z tobą dobrze pracowało i jakoś wytrzymam miesiąc z dala od cywilizacji.
Wskazałam dłonią skraj lasu, który był doskonale widoczny przez wielkie tarasowe okno.
- Właściwie co robiłaś u Teresy? - zaciekawił się. Ogólnie jak się na niego patrzyło, nie było widać na pierwszy rzut oka, że coś jest nie tak. Wyglądał na schludnego, czystego i nie miał nic wspólnego z panami, którzy nachylają się nad twoim oknem samochodowym i nazywają cię kierowniczką. Ciemnozielona koszulka opinała jego bicepsy, nogi w czarnych poprzecieranych dżinsach położył na pufie.
- Porządki - odparłam.
- Jesteś sprzątaczką?
- Nie, ale nawet jakbym była, to chyba nic złego?
Wzruszył ramionami.
- Jeśli ci to nie przeszkadza.
Oparłam się o sofę, wypuszczając powietrze ze świstem.
- Nie jestem sprzątaczką. Porządkuję szafy klientek.
Niebieskie oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Nie wiedziałem, że jest taki zawód - stwierdził. Przewróciłam oczami.
- Twojej szafy nikt nie porządkuje?
Uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Owszem, robi to sprzątaczka. Więc po prostu jesteś sprzątaczką. Nie wiem, po co próbujesz to jakoś wybielić, skoro sama powiedziałaś, że nie ma w tym nic złego.
Położyłam dłonie na kolanach, siląc się na cierpliwość.
- Tak, jednak to nie jest dokładnie to samo. Do moich zadań należy również prasowanie oraz dopasowanie ubrań do siebie.
- Aaaa - teraz teatralnie złapał się za czoło - już rozumiem, jesteś sprzątaczką, która chciałaby zostać stylistką.
Zazgrzytałam zębami ze złości.
- Po co te złośliwości?
- Ale jakie złośliwości? - zapytał poważnie, biorąc w dłoń pilota i wracając do głównej strony Netflixa, na której były miniaturki filmów.
Nie miałam siły. Okej. Próbowałam być miła, ale to się po prostu nie uda.
- Wiesz co, naprawdę mam gdzieś, co o mnie myślisz. Jestem tutaj, bo pani Teresa poprosiła mnie o pomoc. Byłoby miło, gdybyś tego nie utrudniał.
Siorbnął złośliwie, znowu patrząc na mnie z wyższością. Miałam ochotę wziąć od niego kubek, zdjąć wieczko, a resztę wylać mu na głowę. Ale nie powinnam się zachowywać jak gówniara. Poza tym kubek pewnie był już pusty.
- Dobra. - Machnął na mnie ręką od niechcenia. Zaczynał mnie poważnie drażnić. Uznałam, że nie mam ochoty na siłę przełamywać lodów, dlatego wstałam.
- Będziesz uprzejmy pokazać mi mój pokój?
Pilot wypadł mu z ręki, a druga ręka, którą wyciągał w stronę torebki z logo McDonald's, zastygła w powietrzu.
- Będziesz tu nocować?
- Mama ci nie powiedziała? - W tym pytaniu pojawiło się więcej sarkazmu, niż chciałam. Czekałam na agresywny wybuch, na to, że wstanie i każe mi się wynosić albo zapewni mnie, że nie ma takiej opcji. A on jedynie wzruszył ramionami niedbale i wrócił do przeglądania filmów.
- Możesz zająć któryś z pokojów na górze. Ja śpię w ostatnim, będę wdzięczny, jeśli nie wybierzesz żadnego sąsiedniego.
Już na mnie nie patrzył. Jednak miałam do niego jeszcze jedną sprawę.
- Czy pomożesz mi z bagażami? - spytałam, kołysząc się na piętach.
Odrzucił pilota na bok i wstał. Dopiero teraz zauważyłam, że jest o ponad głowę ode mnie wyższy. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, bo byłam na obcasach.
Bez komentarza poszedł do drzwi i zanurkował w ciemnym korytarzu, by po chwili wyłonić się z niego z moją srebrną walizką. Nie prosiłabym go o pomoc, gdyby nie urwało mi się kółko i nie była bardzo ciężka. Poza tym pomyślałam sobie, że trochę "zastrzyku dżentelmena" mu nie zaszkodzi.
- Kolejne dwie są w aucie - powiedziałam, widząc jak się męczy z nią na stromych schodach. Nie miałam do nich zaufania, bo wyglądały jak deski wmontowane w ścianę.
Kiedy ją położył na piętrze, zbiegł po schodach, mijając mnie bez słowa. Przypadkowo trącił mnie ramieniem, przy okazji owiewając zapachem męskiego kosmetyku.
Dobrze, że poszedł, bo z wrażenia prawie oparłam się o ścianę. Szczęśliwie nie stałam na schodach, bo pewnie bym z nich spadła.
Usłyszałam przekleństwo z dworu. Ups. Wzięłam sporo ubrań, bo w końcu miałam tu spędzić miesiąc. Patrzyłam, jak rockman wtaszcza do środka bagaże. Na jego ciemnych włosach osiadł meszek śniegu. No tak, po co miałby wkładać na przykład kurtkę, kiedy na zewnątrz wiruje śnieg. Koszulka, którą miał na sobie, była wilgotna.
Na stopy wciągnął trampki, które teraz zostawiały mokre ślady na wypolerowanym parkiecie.
Zrobiło mi się go żal. Zazwyczaj tak postępuje ktoś, kto o siebie nie dba.
- Przeziębisz się - powiedziałam łagodnie.
- Nic mi nie będzie - odparł, nie patrząc mi w oczy. A potem pchnął pierwsze drzwi naprzeciwko schodów. - Mam nadzieję, że może być.
Dosłownie wturlał tam moje rzeczy, dysząc przy tym ostro.
Miał kondycję gorszą ode mnie, a ja nie miałam czym szastać.
Wnętrze spodobało mi się natychmiast, na myśl przywodziło najbardziej przytulną aranżację z Ikei z motywem brudnego różu i złota.
- Wow. - Pokiwałam głową z uznaniem. - Nie wymarzyłabym sobie lepszego pokoju.
Drzwi za moimi plecami zamknęły się z trzaskiem.
Walczyłam ze sobą, czy iść i zapytać go, dlaczego mnie tak traktuje. W końcu postanowiłam tego nie robić. Zdjęłam białe prześcieradła, którymi przykryte były meble, jasna komoda z lustrem oraz wiklinowy bujany fotel. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to był pokój kobiety. Teresy? A może jakiejś kochanki Nikodema?
Padłam na miękkie łóżko. Było dopiero po dwunastej, ale ja czułam się tak, jakbym miała za sobą cały ciężki dzień. Wykręciłam numer do mamy.
- Cześć, skarbie. Jak się miewasz?
Od razu zrobiło mi się lepiej, kiedy usłyszałam jej pełen troski głos.
- Świetnie! - odparłam tonem pełnym fałszywego entuzjazmu. - Dostałam nową pracę.
Nie z moją mamą te numery.
- Co się dzieje?
Miałam ochotę się rozbeczeć. Powiedzieć, że znowu ktoś mi dokopał. Że podjęłam się dziwnego zadania i nie wiem, czy mu sprostam. Umowa zakazywała mi rozmów na te tematy. Byłam z tym sama i sama będę musiała sobie z nim poradzić. Odgarnęłam kosmyk z czoła.
- Kolejny casting okazał się niewypałem - oznajmiłam. - Może powinnam dać sobie spokój?
- W żadnym razie.
Mama od zawsze widziała we mnie najpiękniejsze dziecko pod słońcem, nigdy nie usłyszałam żadnego nieprzyjemnego komentarza z jej strony. Kochała mnie bezwarunkowo, taką, jaka byłam. Z każdym dodatkowym kilogramem i centymetrem.
- Kaśka pokazała mi twoje zdjęcia na Instagramie. Wyglądasz bosko!
Kaśka była młodszą pracownicą mojej mamy. Razem szalały w kuchni.
- To tylko dobrze zrobione zdjęcia - mruknęłam skromnie. Na ostatniej sesji cyknęłam sobie chyba z pięćdziesiąt fotek, a do publikacji nadawało się zaledwie pięć.
Czekanie na odpowiednie światło, statyw, poza... to tylko brzmi łatwo.
- Kochanie, musisz w siebie wierzyć. Inaczej nie spełnisz swoich marzeń i będziesz zawsze zastanawiać się, a co by było, gdyby...
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Od najmłodszych lat interesowałam się makijażem, potrafiłam odpowiednio wykonturować twarz, nosiłam bieliznę modelującą sylwetkę i prawie pozbyłam się kompleksów. Mogłam z ręką na sercu powiedzieć, że podobał mi się mój obecny wygląd. Jednak nie zawsze tak było. Do tamtych czasów wolałam nie wracać w myślach.
- Co to za praca? - Mama wyrwała mnie z rozmyślań.
- Opiekuję się synem jednej z klientek - powiedziałam ogólnie.
- To fantastycznie! A jak na studiach?
Zerknęłam niechętnie na laptopa. Powinnam się zalogować na platformę i przeczytać zdalnie kilka tematów, ale mi się nie chciało. Przez tę szarą pogodę za oknem czułam, jak ogarnia mnie jesienna deprecha. Kolejne niepowodzenie w branży i użeranie się z Nikodemem nie dodawały mi wiatru w żagle.
- Wspaniale - odparłam. - A co u ciebie?
Mama zaczęła się rozgadywać na temat jednej z sąsiadek. Była straszną plotkarą, ale przy tym tak ciepłą i pomocną osobą, że można było jej to wybaczyć.
Dowiedziałam się, że Iwona spod piątki zaszła w ciążę ze swoim korepetytorem i cała miejscowość żyje tym skandalem. Mogłam jej tylko współczuć. A może nie powinnam, bo korepetytorem był starszy brat mojej przyjaciółki ze szkolnej ławy. Z tego, co pamiętałam, był ciachem, a do tego sympatycznym gościem, i skończył polibudę, więc sądzę, że dobrze trafiła. Była pełnoletnia, więc naprawdę nie widziałam w tym wszystkim problemu.
Skończyłam połączenie w jeszcze gorszym humorze. Według umowy mogłam korzystać tu z lodówki do woli, miałam nadzieję, że ten punkt dotyczył też puszki z herbatą. Włączyłam laptopa i wyciągnęłam z walizki klapki z futerkiem. Kupiłam je trochę dla jaj.
Podeszwy butów ślizgały się na tych przedziwnych schodach, kiedy szłam na dół. Na paluszkach minęłam salon, w którym Nikodem zasnął na kanapie. Wcale nie przyglądałam się jego umięśnionemu torsowi, gdy okazało się, że zdjął wilgotną koszulkę i przewiesił przez oparcie. Dotarłam do przestronnej kuchni. Na lodówce magnesem z podróży do Tajlandii przyczepiony był tygodniowy jadłospis. W środku znalazłam pudełka z logo diety na wynos.
Doszłam do wniosku, że mogę się poczęstować ryżem z piersią z kurczaka, skoro gospodarz zjadł już lunch z McDonald'sa. Przełożyłam danie na talerz i wrzuciłam je do mikrofali. Wcisnęłam przycisk na czajniku elektrycznym, po czym zaczęłam buszować po szafkach, szukając herbaty.
Chwilę później stałam z parującym kubkiem i patrzyłam przez wielkie okno. Po obdartych z liści gałązkach spływała woda. Świerki kołysały się lekko na wietrze. Mikrofala piknęła, wybudzając mnie z transu. Kiedy ją otworzyłam, w moje nozdrza uderzył okropny smród starego jedzenia, więc natychmiast zamknęłam ją z powrotem. Wyciągnęłam ze śmieci opakowanie i wcale nie zdziwiłam się, kiedy okazało się, że data przydatności minęła tydzień temu. Wyciągnęłam wszystkie pudełka z lodówki i sprawdziłam na nich daty. Po chwili wszystko wylądowało w koszu. Wyjęłam worek, zawiązałam i ruszyłam w kierunku wyjścia.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej