Rozdział I
Plac budowy był opuszczony.
Pośród gruzów zburzonego domu, pośród nowych kamieni, niedawno wyciętych na dom, który miał zostać odbudowany, płonęło ognisko biwakowe rozpalone przez inwalidę, strażnika placu budowy i materiałów.
Noc była ciemna, odgłosy wielkiego miasta zanikały, a ostatni powóz powrócił już z balu.
Działo się to zaledwie od kilku dni, w samym środku nowoczesnego Paryża, rzut kamieniem od bulwaru i kolumny Vendôme1, w miejscu domu, w którym Tahan wystawiał swoje artystyczne przedmioty2, a Basset swoje szkatułki z perłami i diamentami.
Czy Paryż został podpalony? Czy jakaś barbarzyńska horda z północy podbiła królową miast, siejąc po swym przejściu nędzę i spustoszenie? Czy ten czerwonawy blask wydobywający się ze sterty gruzów był nocnym ogniem zwycięzców?
Tu był obraz spustoszenia i jego chaosu, a nieco dalej, gorączkowy spokój Paryża śpiącego po nocy rozkoszy.
Barbarzyńska horda, która doprowadziła do ruiny ulicę la Paix, nie była niczym innym jak oddziałem murarzy i nieszkodliwych Limuzyjczyków.
Paryż został podbity przez Limuzyjczyków, a miasto przecięła ulica Turbigo.
Gdyby był dzień, można by zobaczyć długą wyrwę biegnącą od bulwaru des Capucines do ulicy de Choiseul.
Po jednej stronie stare domy rozpadały się w pył, po drugiej wznosiły się stopniowo nowe budynki, najeżone rusztowaniami podtrzymującymi legion robotników wszelkiej maści.
Jednak o tej porze wyglądało to jak pole bitwy po pochówku zmarłych.
Wszędzie cisza i ciemność, wszędzie gruzy, a na wysokości tego splądrowanego miasta dwóch mężczyzn stojących przy ognisku rozpalonym z przeżartych przez robaki belek i rozbitych okiennic.
Jeden z nich był inwalidą, a drugi biednym murarzem, który leżał przed ogniskiem zawinięty w strzęp starego koca.
Inwalida był żołnierzem z wojny krymskiej, któremu Rosjanie zabrali nogę. Jego wąsy wciąż były czarne, a twarz pełna dumnej melancholii. Można by powiedzieć, że wyglądał jak bóg Mars skazany na wieczny spoczynek.
Murarz był młodym mężczyzną, ledwie dwudziestokilkuletnim, z długimi kasztanowymi włosami, niebieskimi oczami i otwartą, łagodną twarzą, która nie była pozbawiona energii.
Mimo że ciężko pracował przez cały dzień i musiał być wyczerpany, to jednak nie spał. Rzucał się i obracał w swoim kocu, czasami podnosząc głowę i spoglądając w przestrzeń i ciemność w poszukiwaniu jakiegoś tajemniczego obiektu lub punktu orientacyjnego. Wtedy z jego piersi wydobywało się ciężkie westchnienie, oczy zamykały się, ale sen nie przychodził.
,z ust krótką fajkę, którą palił. - Czy wiesz, że jesteś bardzo dziwnym chłopcem?
Młodzieniec zadrżał.
- Dlaczego, mój stary? - zapytał, na wpół unosząc się i spoglądając na inwalidę.
- Twoi towarzysze wychodzą co wieczór - kontynuował żołnierz bez nogi - niektórzy do Batignolles, inni do La Chapelle lub Belleville, każdy wraca do swojego pokoiku...
- A ja tu zostaję, prawda?
- Jakby szef potrzebował cię do pilnowania placu budowy! Czy ja nie wystarczam, ja, któremu za to płacą?
- Jeśli tu zostaję - odparł murarz - to dlatego, że tak jak moi towarzysze ja nie mam mieszkania.
- Więc nie płacą ci tak jak innym?
- Ależ płacą.
- Więc jesteś obżartuchem, pijakiem?
- Nie, mój stary.
- Może wysyłasz pieniądze matce?
- Wysyłam jej połowę, a i tak starcza mi na życie i mam pokój jak inni, ale wolę spać pod gołym niebem.
- Ale tu nie jest ciepło!
- Nie powiedziałbym. Ale nie boję się zimna.
- Dobrze - powiedział inwalida - ale dlaczego ty nie śpisz? Spędziliśmy razem osiem czy dziesięć nocy, a ty ledwie zamknąłeś oczy na kilka godzin.
- To dlatego, że nie jestem śpiący - odparł Limuzyjczyk z kolejnym westchnieniem.
- Masz jakieś zmartwienie, mój chłopcze?
- Być może, stary.
- Byłbyś zakochany?
Limuzyjczyk wzdrygnął się na to pytanie.
- Kto ci tak powiedział? - zapytał gwałtownie.
Inwalida zaczął się śmiać.
- Jak widzisz, nie jestem jeszcze staruszkiem - powiedział. - Miałem zaledwie dwadzieścia sześć lat, kiedy Rosjanie rozłupali mi nogę. To było czternaście lat temu! Zatem nie mam jeszcze czterdziestki.
- Zgoda - powiedział Limuzyjczyk.
- Miłość dotknęła mnie jak każdego innego - kontynuował inwalida - i nadal dotyka mnie niekiedy.
- Ho! ho! - powiedział murarz, uśmiechając się.
- Mogę nawet służyć dobrą radą, jeśli zajdzie taka potrzeba, a skoro nie śpisz, mój chłopcze, może opowiesz mi o swoich małych sprawach... kto wie... może ci pomogę...
Limuzyjczyk ponownie westchnął.
- Widzisz, mój stary - powiedział - kiedy dżdżownica zakochuje się w gwieździe, nic nie można zrobić.
- Mówisz jak nauczyciel z mojej wsi - zaśmiał się inwalida. - Więc jesteś dżdżownicą?
- Tak.
- A gdzie jest gwiazda?
- Tam w górze.
Mówiąc to Limuzyjczyk wyciągnął rękę w kierunku jednego z domów przy ulicy Louis-le-Grand, który ulica Turbigo pozostawiła na starym miejscu i którego okna wychodziły na plac budowy.
- Rzeczywiście - powiedział inwalida - to nie w tej dzielnicy ludzie tacy jak ty i ja mogą łatwo znaleźć coś szczególnego. Ale, basta! Nigdy ci nie wiadomo... i żeby ująć to tak jak ty, powiem ci, że są gąsienice, które stają się motylami, a potem odlatują ku gwiazdom.
Limuzyjczyk ponownie westchnął.
- Och! - powiedział. - Nawet gdy dostanę skrzydeł, ona wciąż jest za wysoko.
- Więc jest kobietą z wyższych sfer?
- Być może księżniczką. Codziennie o drugiej, kiedy jest słonecznie, idę tam, w kąt placu, wspinam się na stos drewna, prześlizguję się spojrzeniem przez deski i widzę, jak wsiada do pięknego powozu, by udać się na przejażdżkę.
- Czy jest sama?
- Nie, jest z nią dwóch ludzi. Wydaje się, że ich nienawidzi i boi się ich, a czasami wydaje mi się, że gdybym przeskoczył przez te deski z moim młotkiem, wpadł do powozu i ich zabił, ona byłaby bardzo zadowolona.
- Jesteś szalony, mój chłopcze!
- To nie przeszkodziło jej uśmiechnąć się do mnie pewnego dnia.
- Do ciebie?
- Tak, oczywiście...
- Poprzez te deski?
- Nie, kiedy wyburzaliśmy dom, byłem w trakcie wyrzucania ramy okiennej naprzeciwko jej okna i zawiesiłem pracę, żeby ją obserwować. Opierała się o okno, patrząc na dachy i wyglądała jak jaskółka w klatce, która chce odlecieć. Nagle zauważyła, że na nią patrzę i uśmiechnęła się do mnie.
Głos Limuzyjczyka był emocjonalny, a w blasku płomieni inwalida dostrzegł łzę spływającą po jego policzku.
- Hej, mój biedny Limuzyjczyku! - powiedział żołnierz. - Boję się, że straciłeś głowę; ale mów dalej. Powiedziałem ci, że daję dobre rady.
Potem inwalida czekał na ciąg dalszy miłosnych zwierzeń biednego Limuzyjczyka.
1 Kolumna Vendôme (oficjalnie Kolumna Wielkiej Armii) - pomnik w formie kolumny wzniesiony na placu Vendôme, w 1 dzielnicy Paryża.
2 Jean Pierre Alexandre Tahan (1813-1892) - francuski rzemieślnik, syn Pierre'a Lamberta Tahana; w 1844 roku, gdy jego ojciec wycofał się z biznesu, przejął całkowite zarządzanie firmą; oprócz udoskonalenia produkcji pudełek, rozszerzył zakres produkowanych mebli, w tym większych elementów jak biurka i stoły do szycia; już w 1845 roku zaczął reklamować swoje dzieła w gazetach, co w tamtych czasach było jeszcze rzadkością; dzięki jakości i elegancji swoich dzieł stał się "dostawcą króla i książąt" i zdobył srebrny medal na Wystawie Produktów Przemysłowych w 1849 roku; firma została zamknięta w 1882 roku.