Rozdział I
Przed burzą
Francuski statek handlowy "Mouette"1, odbywający rejs z Liverpoolu do Hawru, płynął z prędkością dziesięciu węzłów2.
- Pomyślna pogoda, dobry wiatr w plecy! - mruknął z zadowoleniem kapitan, przechadzając się po pokładzie statku i posyłając ku niebu spirale niebieskiego dymu z cygara. - Gdyby to utrzymało się jeszcze ze dwanaście godzin, jutro wpłyniemy do portu w Hawrze, którego "Mouette" nie widziała od czterech lat.
- Naprawdę, kapitanie, od lat czterech nie widziałeś Francji?
Takie pytanie zadał jeden z podróżnych, który również spacerując po pokładzie, ale idąc w przeciwnym kierunku, spotkał się twarzą w twarz z kapitanem i usłyszał jego okrzyk.
- No, sir - odparł kapitan po angielsku, co należy przetłumaczyć: "Nie, panie".
Chociaż pytanie zostało skierowane do niego po francusku, kapitanowi jednak można było wybaczyć odpowiedź w języku brytyjskim, jeśli zobaczyłoby się osobnika, który przyszedł nawiązać z nim rozmowę.
Był to młody dwudziestosześcioletni młodzieniec, średniego wzrostu, o blond włosach, przyjemnej powierzchowności, z miłą twarzą, ale przykrytej maską chłodnej obojętności, cechującą wszystkich synów wyniosłego Albionu3. Miał na sobie ubiór, jaki zwykle noszą Anglicy w podróży: obcisłe pantalony4 w dużą szaro-czarną kratę, szkocki pled, owinięty wokół rudawego palta z obszernymi kieszeniami, stożkowatą czapkę z długimi wstążkami spływającymi na ramiona, a przy sobie torbę podróżną, przy której zwisały: słownik francusko-angielski, duża luneta, etui z cygarami i mała manierka napełniona rumem. Ponadto na swym lewym przedramieniu niósł wielką księgę, to odwieczne vademecum5 każdego angielskiego podróżnika.
- Och! - powiedział z lekkim akcentem, który zdradzał wyspiarza, ale bardzo poprawną francuszczyzną. - Może pan zrezygnować z mówienia do mnie po angielsku, kapitanie. Każdą zimę spędzam w Paryżu.
Kapitan ukłonił się.
- Zatem - mówił dalej młody Anglik - powraca pan z Australii lub Ameryki Południowej?
- Powracam z Chin, sir.
- I pochodzi pan z Hawru?
- Jestem urodzony w Ingouville6.
- Sądzi więc pan, że jutro wpłyniemy do portu?
- Jeżeli nie przydarzy się coś złego lub szkwał7.
Rzekłszy to kapitan, skierował swą lunetę po kolei w cztery strony świata.
- Niebo jest błękitne jak jezioro utworzone z indygo8. Wydam rozkazy memu zastępcy i położę się spać. Już szósta wieczorem. Ubiegłej nocy pełniłem wachtę9 i padam ze znużenia. Dobranoc, sir Arthurze.
- Dobranoc, kapitanie.
Kapitan "Mouette" i młodzieniec, którego nazwał sir Arthurem, ukłonili się i rozeszli. Pierwszy wydawał rozkazy zastępcy, drugi pozostał na pokładzie i zamyślony, wsparł się łokciem o parapet10.
- Słowo honoru! - szepnął, kierując spojrzenie ku południowej stronie horyzontu, oświetlonej blaskiem księżyca w pełni. - Nie jestem ani sentymentalny, ani poetyczny, zawsze miałem niezłą pogardę dla tych, którzy mówią o cierpieniach wygnania, o urokach odległej i upragnionej ojczyzny, a jednak serce uderza mi silnie na myśl, że jutro będę w Hawrze. Jakież to szaleństwo! Miałbym zmienić się w Anglika, dżentelmena czystej krwi, interesującego się wyścigami w Epsom11, powieściami Charlesa Dickensa12, piszącego małe artykuliki w dzienniku swego hrabstwa i marzącego o poślubienia jakiejś chimerycznej miss13 o czerwonych ramionach, niebieskich oczach, włosach jak marchew, powracającego z trzeciej podróży dookoła świata? Nie, nic z tego! Serce mi bije, ponieważ jutro będę w Hawrze, a Hawr jest jedynie o pięć godzin drogi oddalony od Paryża...
Sir Arthur wymówił to ostatnie słowo z całym wzruszeniem syna, który cicho wypowiada imię swej matki.
- Paryżu! - ciągnął. - Ziemio odważnych i silnych żołnierzy i myślicieli. Paryżu! Ojczyzno wszystkich tych, którzy mają w sercach iskrę dominacji, a w mózgu błysk geniuszu... Spędziłem cztery lata, owinięty w tej angielskiej mgle, której wilgotny uścisk kończy się śmiercią. Podczas tych czterech lat nie było godziny, minuty, w których nie widziałbym przed sobą jakby w niebiańskim olśnieniu tego nocnego albo jaśniejącego w słońcu Paryża. To Eldorado14, które zaczyna się w Tortoni15, a kończy w Lasku Bulońskim16 i ukazuje w słońcu Pól Elizejskich swoje konie i ekwipaże17, wprost usiane młodymi, eleganckimi i pięknymi kobietami, jakich daremnie by szukać na reszcie ziemi.
Sir Arthur westchnął i kontynuował swój monolog:
- Spędziłem cztery lata w Londynie, uprawiając cnotę, tak jak mieszczanin z Le Marais18 uprawia doniczki z rezedą, żyjąc skromnie ze swych dziesięciu tysięcy liwrów19 renty, nie mając nawet konia wierzchowego, stołując się na mieście, idąc wieczorem wypić filiżankę herbaty u kupców z City, którzy wszyscy zerkali na mnie, chcąc zdobyć mnie dla swojej córki... Jeszcze rok, a sir Arthur, anglo-italski dżentelmen poślubiłby na poważnie miss Annę Perkins albo wdowę, mistress20 o nieznanym nazwisku, został prawdziwym mieszczuchem, mieszał się do wyborów, uczestniczył w sprzeczkach na meetings21 i stał się wiceprezesem jakiegoś towarzystwa wstrzemięźliwości. Na szczęście sir Arthur przypomniał sobie, że niegdyś był wicehrabią de Cambolh, potem markizem don Inigo de los Montes, że przewodniczył nieistniejącemu Klubowi Sług Serca22 i że jego nieszczęsny mistrz, sir Williams, przepowiedział mu świetną przyszłość...
Po tych ostatnich słowach Rocambole, gdyż był to nasz dobry znajomy, opuścił pokład i zszedł do swojej kabiny.
- Coś takiego! - rzekł, zamykając się w tym pokoiku mającym sześć stóp kwadratowych, który był lokum pasażera pierwszej klasy. - Nie wystarczy powiedzieć sobie pewnego ranka: nie jestem stworzony do życia za dziesięć tysięcy franków renty jak cnotliwy mieszczanin. Moja ambicja potrzebuje rozległej sceny Paryża, koni czystej krwi, kochanek o blond włosach i małego pałacu. Trzeba pomyśleć, co należy zrobić, by mieć to wszystko, i to w tym bardziej niż kiedykolwiek odczuwam stratę mojego czcigodnego profesora sir Williamsa...
Rocambole uznał za stosowne lekko westchnąć, traktując to jako mowę pogrzebową skierowaną do sir Williamsa, bez wątpienia nadzianego na rożen i od dawna zjedzonego przez dzikich z ziem południowych. Następnie usiadł przy jedynym stole w swojej kabinie, gdzie rozłożone były różne papiery, a wśród nich mały notes, którego każdą kartkę pokrywały odręcznie skreślone znaki.
Wziął go, otworzył i wydawał się chcieć użyć całej swojej uwagi i całej swojej inteligencji, aby rozszyfrować i zrozumieć dokładne znaczenie tego delikatnego i ściśniętego pisma, którym strony były zapełnione, a które było tajemniczym nagromadzeniem liter i cyfr. Był to notes, który Rocambole znalazł pod płótnem starego rodzinnego portretu w zamku de Kergaz, dzień przed swoim wyjazdem.
- Niech diabli porwą sir Williamsa i jego hieroglificzny język - szepnął po kilku minutach zamyślenia. - Od czterech lat nadaremnie szukam klucza do tego pisma i wiem tyle samo co pierwszego dnia. Niestety, muszę stwierdzić, że sir Williams posiadał dwa pisma, jedno mi znane, przy pomocy którego tajemnice mogłem odczytywać, w które mnie od dawna wprowadzał, drugie znane tylko jemu. Notatnik, gdzie na każdej stronie ujawnia się geniusz mojego biednego mistrza, jest pełen cennych dokumentów, doskonałych wskazówek, zawiera punkt wyjścia do kilkudziesięciu spraw. Niestety, brakuje mi ostatniego klucza do zamka, tego, który uruchamia tajemniczą sprężynę. Tak więc jestem w sytuacji człowieka, któremu można by powiedzieć: "Walizka pełna złota jest w Londynie, w domu, na pierwszym piętrze, w gabinecie od strony ulicy. Odszukaj ją, a my ci ją damy". Niestety zapomniano podać mu nazwę ulicy i numer domu... Ach, sir Williams był ostrożnym człowiekiem. Miał jedno pismo dla czynów, drugie dla nazwisk i dat. Oto, co tu na przykład przeczytałem: "Jest w Paryżu pałac przy ulicy...". Nazwa ulicy jest napisana w tym drugim tajemniczym języku, którego zupełnie nie rozumiem.
Po krótkiej przerwie mówił dalej do siebie:
- Ten pałac jest zamieszkały przez markizę i markiza de... - nazwisko nieczytelne - i jego córkę. Markiz ma sześćdziesiąt lat, markiza pięćdziesiąt, córka siedemnaście. Rodzina jest bogata, gdyż mają sto tysięcy liwrów renty. Markiz ma syna, który może mieć około dwudziestu czterech lat. Ten syn w wieku dziesięciu lat zaokrętował się jako chłopiec okrętowy23 na angielski statek Kompanii Indyjskiej24. Od tamtej pory już się więcej nie pojawił. Umarł czy żyje? Tego markiza nie wie. Tylko jej mąż mógłby coś powiedzieć o losie biednego dziecka, a on może zabierze tę tajemnicę ze sobą do grobu, podobnie jak sekret zachowania się tej bogatej i utytułowanej rodziny, która zgotowała swemu jedynemu spadkobiercy tak ciężki i nieszczęsny żywot chłopca okrętowego. Owa rodzina, żyjąca w ukryciu w głębi swojego pałacu, nie widuje nikogo. Markiz pozostaje ponury i milczący. Jego żona ma nikłą, ale żarliwą nadzieję, że pewnego dnia znowu zobaczy swego syna. Gdyby powrócił, otrzymałby po śmierci ojca siedemdziesiąt pięć tysięcy liwrów renty, ponieważ w rodzinie de... mężczyźni otrzymują jedną czwartą więcej. Można by więc...
Teraz znowu pojawiło się to zagadkowe pismo i stawało się niezrozumiałe dla posiadacza zapisków sir Williamsa.
Ewidentnie ten, dla kogo ten pierwszy rodzaj pisma, który młodzieniec potrafił rozszyfrować, był bardziej bliski, posługiwał się drugim tylko w porozumieniu z samym sobą. Ponadto było ono bardziej złożone niż tylko ze względu na nazwy, daty i najodważniejsze przemyślenia.
Rocambole odsunął notes, mocno zniechęcony.
- Przeklęty sir Williams - wykrzyknął. - Otóż widzę, że jest jakaś markiza wyczekująca syna, który nie powraca. Ma córkę i sto tysięcy liwrów renty. Nie znam jednak nazwiska tej markizy, ulicy, przy której zamieszkuje i jak z tej sprawy wyciągnąć tyle, ile się da... Do licha! - dodał. - Już wiem, co należałoby zrobić... Można by się przedstawić jako syn markizy, gdybym wiedział tylko, jak się nazywa, gdzie mieszka i jakie było imię tego jej syna, który zapewne już nie żyje... Na nieszczęście tego nie wiem, a sir Williams zabrał tę tajemnicę do Australii.
Rocambole ponownie się zamyślił. Podszedł do luku25, który służył za okienko jego kabiny.
- Biedny sir Williams - powiedział do siebie - taki wspaniały geniusz, a taki pechowy! Niesamowite pomysły i brak szczęścia. Zawsze znajdował drogę do sukcesu i nigdy go nie osiągał. Och, gdybym to ja posiadał geniusz sir Williamsa!
Rocambole, który zakończył swój monolog nowym westchnieniem, nagle został wyrwany ze swych rozmyślań przez niezwykły hałas, jaki rozległ się w korytarzu.
- Wszyscy na pokład! - krzyczał nakazującym i mocnym głosem kapitan.
"Ho! ho! - pomyślał Rocambole. - Kapitan opuścił mnie godzinę temu, by udać się do spania, a teraz znów jest na nogach i zwołuje całą załogę... Co to wszystko może znaczyć?".
Rocambole wyszedł z kabiny i udał się na pokład. Kapitan był już na stanowisku dowodzenia, wydając rozkazy. Marynarze zwijali szybko żagle, pasażerowie wydawali się zaskoczeni, bowiem morze było spokojne, niebo pogodne, utrzymywała się piękna pogoda... Przynajmniej to mógłby przysiąc szczur lądowy...
Pierwszą osobą, którą spotkał Rocambole i którą poprosił o wyjaśnienie tego niezwykłego zachowania zakłócającego ciszę nocną na statku, był młody blondyn, szczupły, wysoki, w marynarskiej kapocie, mający na swej woskowanej czapce wąską srebrną naszywkę, co wydawało się wskazywać na oficera.
Pośród tych wszystkich przestraszonych wokół twarzy, jego była spokojna, a nawet uśmiechnięta. Z flegmą prawdziwego żeglarza skierowywał lunetę w stronę horyzontu.
- Przepraszam, czy nie mógłby mi pan wyjaśnić, co to wszystko znaczy? Dlaczego wzywa się nas na pokład, dlaczego zwijane są żagle... - zapytał Rocambole, a wskazując na około tuzin pasażerów, dodał: - I co takiego nam grozi, że wszyscy ci ludzie mają miny delikwentów, którzy idą na tortury?
Rocambole zadał to pytanie w dobrym angielskim.
- Panie - odparł młody człowiek w tym samym języku - nadciąga szkwał.
- Szkwał?
- Tak, to znaczy nawałnica.
- Coś takiego! Na niebie nie ma ani jednej chmurki.
- Dla pana, lecz nie dla nas, którzy jesteśmy ludźmi morza... Proszę wziąć moją lunetę i popatrzeć.
Rocambole wziął lunetę i popatrzył.
- Czy spostrzega pan tam, na zachodzie - ciągnął oficer - ten mały szarawy punkcik, podobny do żagla?
- Widzę - potwierdził Rocambole.
- Dobrze! Za godzinę ta mała chmura obejmie całe niebo i zamieni tę jasną i świetlistą noc w ciemną i ponurą. Z jej boków wystrzelą pioruny i narodzi się nawałnica, a to morze, spokojne jak wody jeziora, nagle stanie się wściekłe: bałwany okryją się pianą, nasz statek zatańczy na ich grzebieniach jak nieszczęsna skorupka orzecha i wystarczy jeden kawałek żagla, który zapomni się ściągnąć, by spowodować, że zaczniemy tonąć.
Młodzieniec wyjaśniał jasno, z zimną krwią doświadczonego żeglarza.
- Jak to, panie?! - zapytał Rocambole. - To wszystko nam przepowiada ta mała nędzna chmurka?
- Panie - odrzekł młodzieniec, uśmiechając się. - Jestem żeglarzem, a żeglarze tak dobrze znają niebo, że prawie nigdy się nie mylą!
- Zatem musimy przetrzymać burzę?
- I do tego straszną, panie.
- Faktycznie znajdujemy się w niebezpieczeństwie?
- Być może.
- Do diabła! - mruknął Rocambole, któremu choć był odważny, średnio uśmiechało się spanie na algach26.
- Mój Boże - mówił dalej młody marynarz z uśmiechem pełnym melancholii - my, ludzie morza, jesteśmy przyzwyczajeni do czynienia ofiary z naszego życia, które bierzemy zawsze z najgorszej strony. Może też być tak, że przesadzam w ocenie sytuacji... zresztą kapitan tego statku, którego jestem tylko pasażerem, zna swoje rzemiosło, a jego załoga jest dobra... A zresztą - dodał, podnosząc rękę ku niebu - Bóg jest wielki oraz dobry i jednym tchnieniem uspokaja nawałnicę...
- Och, więc pan jest tylko pasażerem? - spytał Rocambole.
- Tak, jestem oficerem marynarki Kompanii Indyjskiej.
Ta odpowiedź sprawiła, że Rocambole drgnął. Przypomniał sobie uwagi z notesu sir Williamsa.
- Udaje się pan do Hawru? - pytał dalej Rocambole.
- Nie, panie, podążam do Paryża, gdzie mam matkę i siostrę, których nie widziałem od osiemnastu lat... - odparł młody człowiek i skończył nagle emocjonalnie: - Od dnia, kiedy jako chłopiec okrętowy w wieku dziesięciu lat wypłynąłem na statku Kompanii Indyjskiej.
Usłyszawszy ostatnie słowa, Rocambole zapomniał o zbliżającej się burzy i ewentualności rozbicia statku, zapomniał o całym wszechświecie, by z całą żarłocznością popatrzeć na tego człowieka, którego miał przed sobą. Może nigdy przez całe swe życie, pełne tylu najrozmaitszych przygód, Rocambole nie doznawał emocji podobnych do tych, jakie nim owładnęły, gdy usłyszał ostatnie słowa wypowiedziane przez oficera. W tej chwili wydawało mu się, że przyszłość, dotąd okryta ciemnościami, rozświetliła się przed jego oczami i że sekret tej przyszłości wybiegnie z ust nieznajomego, którego przypadek z nim zetknął.
- Och, więc jest pan Francuzem? - zapytał głosem, w którym w każdej innej okoliczności jego rozmówca zauważyłby nagłą zmianę.
- Tak - potwierdził oficer skinieniem głowy i uśmiechnął się.
- Rozumiem - dodał - że dziwi to pana, iż będąc Francuzem, służę w Kompanii Indyjskiej. Proszę wybaczyć, ale jest to rodzinna tajemnica, której nie mogę wyjawić.
Rocambole odpowiedział dwuznacznym gestem, który zdawał się świadczyć zarówno o jego ciekawości, jak i chęci trzymania się jednak granic dyskrecji.
Młody marynarz ukłonił się uprzejmie i wziął ponownie lunetę z jego rąk.
- Przepraszam - powiedział - ale na chwilę zostawię pana, by pójść do mojej kabiny. Mam tam dokumenty, które chcę uratować w razie rozbicia statku, jeśli do tego dojdzie. To papiery, które zamknę w etui z ocynowanej blachy i w razie potrzeby rzucę się z nim wpław w morze!
Rocambole odkłonił się i pozwolił mu odejść, ale od tego momentu nasz bohater miał tylko jedną żarliwą myśl, jedno pragnienie, jeden cel: trzymać się marynarza, zyskać jego zaufanie, wydrzeć mu jego tajemnicę i być może...
Ostatnie słowo projektów Rocambole'a było tak bardzo nieokreślone, tak jeszcze zaciemnione, że nie śmiał go wypowiedzieć, ale przypomniał mu się sir Williams, flegmatyczny i bezlitosny sir Williams, który niegdyś często mu powtarzał: "Życie jest polem bitwy, na którym, by zwyciężyć, niezbędne są pewne ofiary. Rozumny człowiek zawsze pociesza się, myśląc że ludność świata jest ciągle olbrzymia i nigdy jej nie zabraknie".
Rocambole, obojętny na wszystko, co się wokół niego działo, całą godzinę chodził po pokładzie, pogrążony myślach.
- Francuz... - szeptał do siebie - w służbie Kompanii Indyjskiej... Opuścił Paryż w wieku dziesięciu lat... Jako chłopiec okrętowy! Nie ulega wątpliwości, że jest to syn tej markizy, o której wspomniał sir Williams w swoim notesie cztery lata temu...
Rocambole, trawiony żarliwymi i mrocznymi myślami, nie dostrzegał złowróżbnej prawdy przepowiedzianej przez żeglarza. Faktycznie, ten mały szarawy punkcik, ten obłoczek na horyzoncie, zaledwie widziany jeszcze przed godziną przez lunetę, rósł szybko.
Najpierw rozciągnął się poziomo jak półkolista opaska, po czym coraz bardziej obejmował niebo, na którym jeszcze przed chwilą błyszczał piękny księżyc; następnie po jego bokach, które z minuty na minutę przybierały gigantyczne proporcje, pokazały się inne chmury o miedzianej barwie oraz zmieniających się kształtach i nagle księżyc zniknął... Jednocześnie nad falami przeleciał podmuch wiatru, najpierw słaby, potem coraz potężniejszy, uderzył w maszty statku, powodując ich głuche trzeszczenie.
- Zaczyna się uderzenie, a my tu jesteśmy, do pioruna! - krzyknął jeden z majtków.
Ten okrzyk wyrwał Rocambole'a z rozmyślań. Rozejrzawszy się, spostrzegł zbliżającą się burzę i zrozumiał, że pasażerowie mieli pełne prawo być przerażeni, gdy tymczasem zahartowana załoga okazywała jedynie zatroskanie. Po tej rozświetlonej, usianej gwiazdami nocy, kiedy światło księżyca pozwalało dostrzec na pokładzie statku jak w biały dzień każdy szczegół manewrów, nastały ciemności... Pośród nich, zaledwie rozpraszanych tu i tam przez latarnie na rufie lub przy głównym maszcie rozlegał się przenikliwy, władczy głos kapitana, stojącego na stanowisku wachtowym, jęki kilku kobiet ogarniętych strachem i dominujący nad wszystkimi tymi odgłosami potężny głos huraganu, który podniósł się w dali i pędził hałaśliwie i złowrogo po grzbietach fal, które zaczęły się podnosić i pokrywać białą pianą.
- Do diabła! - powiedział Rocambole. - Jak się wydaje, zapewne jutro nie dopłyniemy do Hawru.
- Proś Boga, panie - rozległ się jakiś głos - abyś jutro był na tym świecie, a osiągniesz, jeśli On cię usłyszy, raczej dobry wynik.
Rocambole, odwróciwszy się, spostrzegł stojącego za nim młodego oficera Kompanii Indyjskiej,
Ściągnął swoją marynarską kapotę i miał na sobie wełnianą koszulę, płócienne spodnie i kaszkiet oficera. Jedynie z łańcucha na piersiach zwisało etui z ocynowanej blachy, jakie noszą marynarze lub żołnierze na urlopie. Do tego jego talię otaczał pas i Rocambole zobaczył wyłaniające się z niego lśniące kolby dwóch pistoletów i rzeźbioną rękojeść indyjskiego sztyletu.
- Oto mój strój morski - rzekł do Rocambole'a. - Jeśli trzeba będzie rzucić się do wody, mój bagaż nie sprawi mi zbyt wielkiego kłopotu.
- Och, myślę, że to niepotrzebne ostrożności - dodał Rocambole. - Rozbicie statku nie jest tak bliskie, jak się pan spodziewa...
- Zapomina pan, że jesteśmy w kanale La Manche, jakieś dziesięć mil od brzegu, że gwałtowny wiatr może nas zepchnąć na podwodną skałę, w którą może uderzyć statek i się roztrzaskać. Widzi pan z jaką szaloną prędkością, mimo zwiniętych żagli, pędzi z północy ku południowi? Posłuchaj tylko kapitana, starego wilka morskiego, posłuchaj jego komend nakazujących ekstremalne manewry, co wskazuje na to, że niebezpieczeństwo jest bardzo wielkie i bliskie.
Gdy żeglarz skończył z tym chłodnym entuzjazmem, tym podziwem człowieka, który przez całe życie był kołysany przez sztorm, rozległ się okrzyk: "Zrąbać grotmaszt!27". Główny maszt zwalił się pod toporem i z ponurym hukiem upadł na pokład. Niemal w tej samej chwili obserwator siedzący w bocianim gnieździe28 zawołał z przerażeniem: "Ziemia! Ziemia!".
Rocambole nie wahał się dłużej.
2 Węzeł - miara prędkości jednostek morskich, równająca się jednej mili morskiej (1852 m) na godzinę.
3 Albion - nazwa wyspy Wielka Brytania, spotykana u autorów starożytnych; sens nazwy nie jest pewny, najczęściej próbuje się ją wiązać z kredowymi, białymi (łac. albus) wzgórzami Dover; nazwa Albion była szczególnie popularna w okresie romantyzmu, obecnie używana w znaczeniu poetyckim lub przenośnym.
5 Vademecum (łac. vade mecum - pójdź ze mną) - zbiór podstawowych informacji z danej dziedziny, najczęściej o charakterze praktycznym, wydany w formie drukowanej; kompendium, podręcznik, przewodnik.
6 Ingouville - do 1853 roku przedmieście Hawru; może też chodzić o miejscowość (i gminę) we Francji, w regionie Normandia, w departamencie Sekwana Nadmorska; aby nie mylić jej z przedmieściem Hawru, jest też nazywana Ingouville-sur-Mer.
7 Szkwał - gwałtowny wzrost prędkości wiatru; może osiągać do 9 stopni w skali Beauforta; trwa krótko, do kilku minut, może nieść ze sobą śnieg lub deszcz; nawałnica.
8 Indygo - kolor niebieski, ciemnobłękitny.
9 Wachta - tu: czas, w ciągu którego jedna zmiana załogi pełni służbę na statku.
10 Parapet - lita płaska poręcz obiegająca pokład statku ponad wierzchnią częścią burty.
11 Epsom - miasteczko w hrabstwie Surrey w południowej Anglii, obecnie przedmieście Londynu, miejsce najsławniejszych i najważniejszych wyścigów konnych w Wielkiej Brytanii, urządzanych od 1661 roku, doroczne gonitwy od 1779 roku (Oaks Derby), na dystansie półtora mili.
12 Charles Dickens (1812-1870) - znakomity angielski pisarz, autor wielu powieści, głównie obyczajowych; występował przeciwko niesprawiedliwościom społeczeństwa brytyjskiego, często w sposób satyryczny; najbardziej znane dzieła: Klub Pickwicka, David Copperfield, Oliver Twist.
14 Eldorado (El Dorado) - legendarna kraina pełna złota i drogich kamieni, najczęściej umiejscawiana zwykle gdzieś w dorzeczu Orinoko lub górnego biegu Amazonki; w przenośni raj, kraina dobrobytu; miejsce upragnione, najlepsze do prowadzenia jakichś działań, badań, obserwacji.
15 Tortoni - kawiarnia w Paryżu, na bulwarze des Italiens, ciesząca się popularnością w XIX wieku, także ze względu na pierwsze lodziarnie; bywał w niej Ponson du Terrail.
16 Lasek Buloński - park na zachodnim skraju Paryża, na miejscu dawnych królewskich terenów łowieckich, Ludwik XIV udostępnił go wszystkim, stał się popularnym terenem wypoczynkowym; jego powierzchnia to 846 hektarów.
17 Ekwipaż - tu: lekki pojazd konny.
18 Le Marais (z fr. marais - bagna) - dzielnica Paryża na północnym brzegu Sekwany, na terenie 3. i 4. dzielnicy, określana tą wspólną historyczną nazwą; znajduje się w trójkącie między Centrum Pompidou, placem Bastylii i placem Republiki; pierwotnie było to zielone przedmieście Paryża, gdzie swoje posiadłości rolne mieli tu templariusze (np. twierdzę Temple); dzielnica rozkwitła na przełomie XVI/XVII wieku, gdy Henryk IV miał tu swoją główną siedzibę; przyciągnęła ona w te rejony arystokrację, która zaczęła tu budować swoje posiadłości; okolica ta opustoszała jednak ponownie już pod koniec XVII wieku, gdy siedziba królów Francji została przeniesiona do Luwru; dawne pałace i siedziby arystokracji przejęli drobni kupcy i miejska biedota.
19 Liwr - dawna srebrna moneta francuska dzieląca się na 20 sou i 240 denarów.
20 Mistress (ang.) - pani, tu w odniesieniu do właścicielki zajazdu.
21 Meeting (ang.) - wiec, zebranie publiczne wielu osób.
22 Klub Sług Serca - zbrodnicza organizacja założona przez sir Williamsa, wokół której toczy się akcja poprzedniej części cyklu Rocambole (tomy 3-6), noszącej właśnie tytuł Klub Sług Serca.
23 Chłopiec okrętowy (junga) - młody człowiek przysposabiający się do zawodu marynarza, początkujący żeglarz, praktykant na statku.
24 Kompania Indyjska - spółka powstała w 1600 roku z inicjatywy kupców angielskich pod nazwą "Gubernator i Kompania Kupców z Londynu handlujących z Indiami Wschodnimi", zatwierdzona przez królową Elżbietę I 31 grudnia 1600 roku; jej pierwszą siedzibą był Surat, od 1687 roku Bombaj; początkowo zajmowała się handlem z Indiami, później przystąpiła do podbojów i podporządkowywania sobie państw indyjskich; rozwiązana w 1858 roku po powstaniu sipajów, jej posiadłości przejęła korona brytyjska.
25 Luk - zamykany otwór w pokładzie statku lub jego nadbudówki, służący do ładowania i wyładowywania towarów, schodzenia w głąb kadłuba statku, oświetlania i wietrzenia pomieszczeń pod pokładem.
26 Algi (glony) - duża, zróżnicowana pod względem filogenetycznym grupa samożywnych, roślinopodobnych i roślinnych organizmów, niekiedy niespokrewnionych ze sobą i bardzo zróżnicowanych; m.in.: chryzofity, klejnotki, zielenice, ramienice, brunatnice, krasnorosty; wielkość od jednokomórkowych, mikroskopowych do wielosetmetrowych; mają bardzo duże znaczenie biologiczne, produkują bowiem we wszystkich morzach świata prawie jedną trzecią część całej roślinnej biomasy.
27 Grotmaszt - główny maszt na statku.
28 Bocianie gniazdo - platforma lub kosz umieszczony w górnej części najwyższego masztu (zwykle grotmasztu); na dawnych statkach pełniło funkcję pozycji obserwacyjnej.